Ukraina wybrała prezydenta

Był prezydentem Ukrainy w serialu, będzie nim także w prawdziwym życiu. Wołodymyr Zełenski rzucił Petra Poroszenkę na kolana w drugiej turze wyborów prezydenckich nad Dnieprem. Badania exit poll dają mu 73 proc. poparcia.

Zwycięstwo popularnego aktora i komika było wyraźne na zachodzie kraju – tam zdobył 56,9 proc. głosów, bezdyskusyjne w centralnych obwodach, gdzie miał 70,2 proc. i przytłaczające na wschodzie i południu, gdzie głosowało na niego odpowiednio 86 i 85 proc. wyborców. Za Poroszenką opowiedział się tylko obwód lwowski. Urzędujący prezydent uznał już swoją porażkę i pogratulował kontrkandydatowi, a Zełenski odwdzięczył się sugestią, że Poroszenko mógłby… objąć w przyszłości stanowisko rządowe, jeśli będzie taka „wola ludzi”.
Poza tym jednak w ukraińskiej administracji pojawią się nowe twarze – obiecał w pierwszym po ogłoszeniu wyników sondażu wystąpieniu prezydent-elekt. Zasugerował, że wśród zwalnianych polityków znajdzie się obecny prokurator generalny Jurij Łucenko. Oznajmił również, że jest gotów na każdy krok, by doprowadzić do zakończenia wojny na wschodzie Ukrainy. Jako swoje zadanie nr 1 na stanowisku głowy państwa wskazał zapewnienie ukraińskim jeńcom wojennym powrotu do domów.
Przed Zełenskim stoi jednak cały szereg wyzwań – a oczekiwania społeczne są ogromne. Głosy oddane na niego sami wyborcy nazywali głosami przeciwko całemu dotychczasowemu establishmentowi ukraińskiemu, skorumpowanym politykom, niesprawnej i przekupnej administracji, wszechwładzy oligarchów. Aktorowi zaufał zarówno elektorat krytycznie odnoszący się do wydarzeń Majdanu i zmian, które po jego zwycięstwie zachodziły na Ukrainie, rosyjskojęzyczni wyborcy ze wschodu i południa kraju, jak i poważna część obywateli, którzy ogólnie rzecz biorąc popierają proeuropejski i pronatowski kurs kraju, lecz rozczarowały ich afery korupcyjne w otoczeniu Poroszenki.
Przegrany prezydent nie wycofuje się z polityki. Zamierza skonsolidować swój obóz przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się na Ukrainie jesienią. Jego głównym rywalem znowu będzie wspierany zakulisowo przez oligarchę Ihora Kołomojskiego Wołodymyr Zełenski, jako przywódca partii Sługa Narodu. Nazwanej tak samo jak serial, na którym budował swoją popularność.

Wybór Ukrainy

Pierwsza tura wyborów prezydenckich ukazała w całej pełni głębię kryzysu politycznego, który od lat paraliżuje Ukrainę.

Objawami tego kryzysu są inflacja kandydatur (39) i niemal powszechna niechęć wobec dotychczasowej polityki. Przejawem tej niechęci jest żenująco słaby wynik uzyskany przez prezydenta Petro Poroszenkę, który wprawdzie zdołał wejść do drugiej tury, ale z wynikiem niemal o połowę słabszym niż uzyskany przez Wołodymyra Zełenskiego – popularnego aktora, ale człowieka spoza elity politycznej, bez jakiegokolwiek doświadczenia pracy państwowej.
Przyczyny tego stanu rzeczy tkwią nie tylko w fatalnych dla Ukrainy konsekwencjach tak zwanej „rewolucji godności” i konfliktu z Federacją Rosyjską. Obalenie w lutym 2014 roku prezydenta Wiktora Janukowycza było konsekwencją masowego sprzeciwu wobec odmowy podpisania przez niego umowy o stowarzyszeniu Ukrainy z Unią Europejską, protestu przeciw systematycznej korupcji i oburzenia wywołanego użyciem brutalnej siły wobec demonstrujących na kijowskim Majdanie. Obalenie Janukowycza rozbudziło wielkie nadzieje na demokratyczny i prozachodni rozwój Ukrainy, ale zarazem spotęgowało wewnętrzne podziały.
Podziały te mają korzenie historyczne. W momencie rozpadu ZSRR Ukraina obejmowała cztery regiony o wyraźnie różnej historii. Ukraina zadnieprzańska obejmuje ziemie, które do drugiej polowy XVII wieku stanowiły część państwa polsko-litewskiego i znalazły się pod panowaniem rosyjskim w wyniku powstania Chmielnickiego, Ugody Perejeslawskiej (1654) i kończącego wojnę polsko-rosyjską pokoju z 1686 roku. Ziemie te pozostawały pod panowaniem rosyjskim najdłużej, mają znaczącą liczebnie ludność rosyjskojęzyczną i tradycyjnie ciążą ku Rosji. Regionem jeszcze bardziej związanym historycznie z Rosją jest Krym, zdobyty dla Rosji w 1783 przez księcia Potiomkina, który odebrał ten półwysep chanatowi krymskiemu panującemu nad nim od 1441 roku. Krym stał się częścią Ukrainy dopiero w 1954 roku (decyzją Prezydium Rady Najwyższej ZSRR) a jego rosyjska w większości ludność po upadku ZSRR wielokrotnie opowiadała się za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. Trzecim i największym regionem Ukrainy są obszary centralne, gdzie panowanie rosyjskie miało swe korzenie w trzech kolejnych rozbiorach Polski. Czwarty reszcie region obejmuje ziemie, które nigdy nie należały do Rosji a wcielone do ZSRR zostały dopiero w wyniku drugiej wojny światowej – są to dawna Galicja Wschodnia i Ukraina Zakarpacka, w latach międzywojennych stanowiąca część Czechosłowacji, następnie anektowana przez Węgry i po wojnie wcielona do ZSRR. Ten historyczny podział ma trwałe konsekwencje polityczne. Ukraina zachodnia (zwłaszcza dawna Galicja Wschodnia) to najsilniejsze oparcie dla ugrupowań nacjonalistycznych i prawicowych, podczas gdy wschód Ukrainy w kolejnych wyborach udzielał poparcia politykom opowiadającym się za zbliżeniem z Rosją. Tegoroczne wybory potwierdziły tę tendencję. Poroszenko wygrywał w części zachodniej, Zełenski znokautował go w centrum kraju. Czwarty pod względem liczby zdobytych głosów – prorosyjski polityk Jurij Bojko (11 proc.) – miał poparcie tylko na wschodzie kraju, gdzie wypadł nawet lepiej od Zełenskiego.
Kryzys polityczny jest tylko częściowo związany z konfliktem ukraińsko-rosyjskim. Gdy z rosyjskim poparciem dokonała się secesja Donbasu, większość mieszkańców wschodniej Ukrainy nie poparła tej rebelii. W rosyjskojęzycznym Dnieprze (dawnym Dniepropietrowsku) i w innych miastach tego regionu widziałem tablice ku czci ochotników poległych po stronie Ukrainy. Okazało się wtedy, że różnice kulturowe (w tym językowe) nie przekładają się automatycznie na lojalność polityczną. Naród ukraiński to nie tylko ludzie, dla których językiem ojczystym jest ukraiński. Dlatego terytorialny zasięg secesji nie pokrywa się z obszarem dominacji języka rosyjskiego.
Nie przeczy to jednak temu, że region wschodni nie udzielał tak zdecydowanego poparcia nowym władzom, jak zachód kraju. Przyczyniła się do tego nacjonalistyczna polityka „ukrainizacji”, której przejawem było uchwalenie (bezpośrednio po obaleniu Janukowycza) ustawy pozbawiającej język rosyjski statusu drugiego oficjalnego języka. Została ona wprawdzie pod naciskiem państw zachodnich anulowana, ale samo jej uchwalenie ujawniło intencje nowej władzy. Nacjonalizm powoduje alienację mieszkańców wschodniej Ukrainy, a tym samym pogłębia kryzys państwa.
Jeszcze poważniejsze są skutki fatalnej polityki gospodarczej, na której odbija się brak odważnej reformy. Bank światowy szacuje spadek ukraińskiego PKB po 2014 roku na co najmniej 16 procent. Spadła stopa życiowa, czego pośrednim efektem jest masowa emigracja Ukraińców, także do Polski. Równocześnie rosną fortuny oligarchów, do których należy także prezydent Poroszenko. Polaryzacja bogactwa i biedy w warunkach ogólnego zubożenia społeczeństwa rodzi protest społeczny skierowany, rzecz prosta, przeciw dotychczasowej elicie władzy.
Obciąża ją także w oczach obywateli niezdolność rozwiązania konfliktu z Rosją. Najbardziej radykalni nacjonaliści mają pretensje do Poroszenki o to, że nie jest dostatecznie antyrosyjski i że nic nie zrobił, by odzyskać Krym oraz zbuntowany Donbas. Krytycy nie mówią, jak prezydent miałby tego dokonać, ale wykorzystują przeciw niemu wzrost nastrojów antyrosyjskich. Z drugiej strony pojawiły się także zapowiedzi (między innymi Zełenskiego) szukania jakiegoś rozwiązania konfliktu, przy czym nie zostało jasno powiedziane, na jakich zasadach miałoby się to dokonać.
Przewidywanie wyniku drugiej tury (21 kwietnia) jest obciążone pewnym ryzykiem, gdyż w warunkach bardzo niestabilnej sytuacji politycznej nie można wykluczyć jakiegoś spektakularnego zwrotu na korzyść urzędującego prezydenta. Najprawdopodobniej jednak cudu nie będzie i Poroszenko – jak wszyscy jego poprzednicy – odejdzie po jednej kadencji. Nie będzie to oznaczało końca kryzysu, ale otworzy nowe perspektywy. Ewentualny kompromis z Federacja Rosyjską wymagałby od obu stron zrezygnowania z maksymalnych żądań. Nie wiem, czy obie strony są do tego gotowe. Byłby on jednak w interesie Ukrainy, Rosji i Unii Europejskiej. Ta ostatnia stoi po stronie Ukrainy, kontynuuje stosowanie wobec Rosji sankcji ekonomicznych, ale zarazem odczuwa negatywne skutki tej polityki i chętnie by od niej odeszła, gdyby w wyniku kompromisu ukraińsko-rosyjskiego stało się to możliwe. Jeśli Wołodymyr Zełenski zostanie prezydentem, stanie więc przed historycznym wyzwaniem.

Chwali i obiecuje

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk przybył do Kijowa na obchody piątej rocznicy śmierci „Niebiańskiej Sotni” – poległych podczas skrytobójczego ostrzału kijowskiego Majdanu.

Wizyta Tuska, któremu towarzyszyli m.in. parlamentarzyści z Polski – Małgorzata Gosiewska z PiS, Grzegorz Schetyna i Robert Tyszkiewicz, obaj z PO, wpisała się w przedwyborczą kampanię prezydencką. Główny rozmówca byłego polskiego premiera, Petro Poroszenko, nie jest w najlepszej sytuacji przed pierwszą rundą głosowania. Zajmuje, według różnych ocen, drugie miejsce z dużą stratą do prowadzącego w rankingach komika Wołodymyra Zelenskiego (23 proc.). Na Poroszenkę chciałby głosować 16,4 proc. a na Julię Tymoszenko 15,7 proc. Poroszenko zajmuje też pierwsze miejsce w rankingu braku zaufania wśród polityków – ponad połowa pytanych deklaruje, że nie zagłosuje na niego podczas najbliższych wyborów.

Ukraińcy są generalnie rozczarowani ukraińskim państwem i jego polityką. 78 proc. uważa, że ich kraj zmierza w złym kierunku. Na tym tle wystąpienie Tuska w ukraińskim parlamencie było mieszaniną obietnic, nic nie kosztujących zachęt i gołosłownych twierdzeń.

– Nie może być sprawiedliwej Europy bez niepodległej i bezpiecznej Ukrainy – mówił były polski premier. Potem jednak się poprawił: „nie ma Europy bez Ukrainy”. Tusk zasygnalizował bezwarunkową solidarność Europy, którą reprezentuje, wobec Ukrainy. Według neoliberalnego polityka każdy, kto nie jest solidarny z Ukrainą w rozumieniu Tuska, nie jest Europejczykiem.
Donald Tusk przywiózł kolejny pakiet sankcji UE wobec Rosji, co miało być wyrazem wspomnianej solidarności. Zadeklarował także, że Europa pod jego przywództwem nigdy nie uzna rosyjskiej aneksji Krymu, ani nie pogodzi się z „żadnym aktem agresji na Morzu Azowskim”.

Jednocześnie Tusk dał kilka „rad” Ukraińcom, zarzekając się, że absolutnie nie chce pouczać obywateli tego dumnego państwa. Wezwał do łagodzenia konfliktu miedzy stronami politycznego sporu na Ukrainie, do solidarności wobec Brukseli, a także zaapelował, by omijali „pokusy radykalnego nacjonalizmu i populizmu, tak jak robicie to dotąd”. I to był jedyny sygnał w przemówieniu Donalda Tuska świadczący, że dostrzega zauważony wcześniej przez organizacje międzynarodowe rozwój faszyzmu i skrajnego nacjonalizmu na Ukrainie.

Wybory prezydenta Ukrainy odbędą się 31 marca tego roku.

Koniec pewnej przyjaźni

Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawę o zakończeniu działania Porozumienia o Przyjaźni miedzy Ukrainą i Rosją, podpisanego w maju 1997 roku.

 

Porozumienie, zgodnie z przyjętą ustawą (niepodpisana jeszcze przez prezydenta Poroszenkę, który jest autorem projektu, wniesionego pod obrady parlamentu 3 grudnia br.) przestanie obowiązywać 1 kwietnia 2019 roku. „Za” głosowało 227 deputowanych (Rada liczy 450 posłów), „przeciw” wystąpili deputowani Bloku Opozycyjnego.

Do dalszego pogorszenia relacji miedzy oboma skonfliktowanymi krajami doszło po incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej, kiedy Rosja przejęła trzy okręty Marynarki Wojennej Ukrainy, które, zdaniem strony rosyjskiej, naruszyły jej wody terytorialne. Według Kijowa okręty znajdowały się na wodach międzynarodowych.

Zakończenie obowiązywania Porozumienia oznacza, że Ukraina nie będzie zobowiązana do m.in. dostosowywania obowiązującego prawa do wymogów dokumentu, zgodnie z art. 70 Konwencji Wiedeńskiej o prawie międzynarodowych porozumień. Oznacza to też, jak wskazują eksperci, początek procesu usuwania z porządku prawnego Ukrainy wszelkich innych bilateralnych porozumień miedzy tymi dwoma sąsiadującymi krajami. Jak zapowiedział minister spraw zagranicznych Ukrainy, Pawło Klimkin, rząd ukraiński rzeczywiście ma zamiar wypowiedzieć około 40 podobnych dokumentów o wzajemnej, ukraińsko-rosyjskiej współpracy.

„Według stanu na dzisiaj, brak jest cech wskazujących na dążenie Rosyjskiej Federacji, by usunąć naruszenia prawa i naprawić szkody uczynione ich nieprawnymi działaniami” – czytamy w uzasadnieniu Rady Najwyższej przyjętej ustawy.

– To populistyczne kroki – powiedział Kazbek Taisajew, członek komitetu rosyjskiej Dumy Państwowej do spraw krajów b. ZSRR – Wszystko związane jest z wyborami [prezydenckimi na Ukrainie – przyp. Red.] Rosja z Ukrainą nigdy nie walczyła i walczyć nie będzie.

W Rosji przebywa obecnie około 3 milionów obywateli Ukrainy, którzy tutaj pracują, a wysyłane przez nich do kraju pieniądze stanowią znaczącą część ukraińskiego budżetu. Utrudnienie wzajemnego przepływu siły roboczej, pieniędzy i kontaktów międzyludzkich będzie ogromnym utrudnieniem przede wszystkim dla strony ukraińskiej.

Stan półwojenny

Stan wojenny na Ukrainie został wprowadzony tylko w wybranych obwodach. Rada Najwyższa nie przyjęła dekretu prezydenta Petra Poroszenki w wersji, jaką głowa państwa wniósł do parlamentu. To reakcja na ostrzelanie i zajęcie przez Rosję trzech ukraińskich okrętów przepływających przez Cieśninę Kerczeńską. Ukraina nie zerwie jednak stosunków dyplomatycznych z Moskwą.

 

W niedzielę dwa ukraińskie kutry artyleryjskie płynące z Odessy do Mariupola oraz towarzyszący im holownik zostały zajęte przez okręty rosyjskiej straży granicznej w Cieśninie Kerczeńskiej. Rosja oskarżyła jednostki ukraińskie o nielegalne wpłynięcie na rosyjskie wody terytorialne. W myśl umowy zawartej przez obydwa kraje w 2003 r. cieśnina stanowi wspólne wody terytorialne obydwu państw. Rosja wychodzi jednak z założenia, że przyłączenie Krymu – nieuznawane przez Ukrainę i Zachód – zmieniło tę sytuację.

Petro Poroszenko wezwał parlament do ogłoszenia stanu wojennego na całym terytorium kraju po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy, jakie odbyło się w nocy z niedzieli na poniedziałek. Podpisując dekret w tej sprawie, prezydent mówił o obronie państwa i zatrzymaniu wroga, wezwał weteranów do „bycia w gotowości”, ale zastrzegł, że nie przewiduje powszechnej mobilizacji do wojska. Dekret Poroszenki, jaki wpłynął we wtorek pod dyskusję w Radzie Najwyższej, zawierał natomiast zapowiedź ograniczenia praw i swobód obywatelskich w zakresie nietykalności mieszkania, tajemnicy korespondencji, ochrony danych osobowych, swobody słowa i poruszania się, udziału w wyborach i w pokojowych zgromadzeniach, ochrony własności prywatnej, wolności od pracy przymusowej, prawa do strajku i prawa do edukacji.

Takie brzmienie dekretu spotkało się z krytyką ukraińskich obrońców praw człowieka i aktywistów pozaparlamentarnej, rozproszonej ukraińskiej lewicy.

– Politycy, którzy zawłaszczyli władzę, nie chcą jej oddawać, chociaż są przerażająco niepopularni. Ich zagraniczni protektorzy nie mają nic przeciwko takiemu scenariuszowi. Nauczyli się zarządzać krajem przy pomocy wojny i zupełnie na serio liczą na to, że będą rządzili wiecznie (…) Stan wojenny to nie tylko odwołane wybory. W takim czasie zabrania się również organizacji strajków, masowych zgromadzeń i akcji protestacyjnych. Krytyka władz staje się przestępstwem, z niezadowolonymi można zrobić wszystko – napisał na Facebooku lewicowy dziennikarz i komentator Andrij Manczuk.

Podobnie Wołodymyr Iszczenko, redaktor lewicowego magazynu „Wrzesień” i członek kolektywu „Wspólne” (Spilne/Commons), ocenił, iż Poroszenko chce wprowadzić stan wojenny, by odłożyć wybory prezydenckie, których nie miał szans wygrać.

– Inna możliwość to wprowadzenie stanu wojennego tylko na południowym wschodzie kraju, graniczącym z Rosją i Morzem Czarnym, co z kolei eliminuje z głosowania miliony żyjących tam wyborców opozycji. Stan wojenny umożliwi blokowanie wieców protestacyjnych i zamknięcie niektórych mediów, w kontekście rosnącego niezadowolenia z powodu antyspołecznych reform i rosnących cen ogrzewania – napisał Iszczenko.

Scenariusz przewidziany przez Iszczenkę ziścił się. W Radzie Najwyższej po kilku godzinach burzliwej dyskusji przegłosowano wprowadzenie stanu wojennego tylko w obwodach, które graniczą z Rosją oraz z wspieranym przez nią nieuznawanym państwem naddniestrzańskim. Stan wojenny rozpocznie się 28 listopada i potrwa (na razie) 30 dni. Parlament zgodził się również na przełożenie wyborów prezydenckich na 31 marca, zaznaczając jednak, że data ta powinna absolutnie zostać dotrzymana.

Prezydencki projekt musiał zostać zmodyfikowany z powodu opozycji ze strony Batkiwszczyny (partii Julii Tymoszenko), Samopomocy (partii Andrija Parubija), Bloku Opozycyjnego i Partii Radykalnej Ołeha Laszki. Partie te wykorzystały szansę, by w oczach społeczeństwa coraz bardziej zmęczonego i niezadowolonego z powodu działań Poroszenki pokazać się jako obrońcy swobód obywatelskich i podstawowych praw mieszkańców Ukrainy. Zarzuciły prezydentowi, że stan wojenny w całym kraju w żaden sposób nie pomoże w rozwoju sił zbrojnych Ukrainy czy w walce z Rosją, a jego prawdziwym celem ma być stłumienie opozycji i zamknięcie ust krytykom.

Ołeksandr Wilkul z Bloku Opozycyjnego oraz przedstawiciele Samopomocy zwrócili uwagę, że w konflikcie na wschodzie Ukrainy miały już miejsce znacznie bardziej dramatyczne dla Kijowa wydarzenia, jak aneksja Krymu, walki pod Iłowajskiem i o Debalcewe. Wtedy jednak stan wojenny nie był wprowadzany. Gniewne przemówienie wygłosiła Julia Tymoszenko, która w ostatnich miesiącach wyrosła na liderkę antyprezydenckiej opozycji. Ona i jej partyjni koledzy mogą czuć się największymi zwycięzcami debaty: wygrała ich wersja uchwały, w której stan wojenny obejmuje tylko newralgiczne rejony kraju, za to w pełnym przewidzianym przez prezydenta zakresie ograniczeń. Przedstawiciele Swobody domagali się natomiast prawdziwej, a nie pozorowanej walki z Rosją: zamknięcia granicy, zerwania wszelkich stosunków i przerwania wymiany handlowej.

Również jeden z przedstawicieli Samopomocy wezwał ministra spraw zagranicznych Pawła Klimkina do całkowitego zerwania stosunków dyplomatycznych z Rosją. Szef resortu odpowiedział jednak, że krok taki jest niemożliwy, powołując się na możliwe utrudnienie sytuacji 2,5 mln Ukraińców przebywających i pracujących w Rosji.

W ocenie cytowanego już Wołodymyra Iszczenki nie jest wykluczone, że stan wojenny zostanie przedłużony, a obywatele niechętni prezydentowi – pozbawieni możliwości protestowania.
Obecne sondaże są dla prezydenta bezlitosne. Poroszenko zdobywa w sondażach nie więcej, niż 10 proc. poparcia. Największe szanse na zwycięstwo w głosowaniu dają Julii Tymoszenko.

Równocześnie jednak ponad 2/3 obywateli deklaruje, że nie ufa żadnemu politykowi. Potwierdzeniem tego były komentarze w mediach społecznościowych podczas posiedzenia Rady Najwyższej. W większości wpisów każdego bez wyjątku mówcę obrzucano inwektywami…

 

 

Zamknięte koło

 

Reakcje polskich polityków i mediów na kolejny akt eskalacji w relacjach między Kijowem a Moskwą – za wyjątkiem wyjątków – były doskonale przewidywalne. Skoro za wszystkim ma stać „straszny Putin”, to przecież nie można zachować się inaczej niż tylko potępiając działania strony rosyjskiej. Gromadzić się pod rosyjską ambasadą i wznosić okrzyki. Oświadczenie polskiego MSZ ma jednak – powiedzmy to sobie – znaczenie czysto rytualne i nic nie wnoszące. Po w tej sprawie opinia Polski jest postrzegana jako pozbawiona znaczenia.

Już w 2014 r. Polska pozwoliła się wyłączyć z procesu mediacyjnego, pozostawiając sprawy dziejące się na terytorium naszego sąsiada, a więc choćby z racji bliskości powinny nas obchodzić, jako wyłączną domę tzw. „formatu normandzkiego”, trudno oczekiwać, żeby teraz Warszawa mogła w jakikolwiek sposób zaistnieć w tym procesie. Może zatem i lepiej ograniczać się do buńczucznych słów potępienia Rosji, które ani Moskwy, ani także Kijowa nie obejdą.

A sprawa nie jest oczywista, nawet jeśli zakwestionuje się prawa Rosji do Krymu. Punkt widzenia tak jednej jak i drugiej stolicy są nieprzejednane. Rosja, zająwszy Krym metodą fait accompli, uważa go za swoje terytorium (choć reszta świata tego nie uznaje), w konsekwencji zatem uważa wody Cieśniny Kerczeńskiej za swoje wody terytorialne. Ukraina uważając Krym za terytorium ukraińskie – uważa tak samo. Stąd zatem rozbieżność w interpretowaniu umowy z 2003 r., na którą powołują się tak Kijów jak i Moskwa. Incydenty są zatem mniej lub bardziej nieuniknione, bo dochodziłoby do nich nawet wtedy, gdyby obie strony starały się wypracować jakiś modus vivendi. A bez tego każdy incydent wymaga ze strony rosyjskiej reakcji, bo reagując wykazuje sprawowanie suwerenności. Ukraina – tak samo, jeśli odpuści, przyzna tym samym, że z utratą Krymu nieodwołalnie się pogodziła. Czyli innymi słowy – pat.

Trudno oczekiwać, że tego rodzaju sytuację uda się przełamać bez zewnętrznej mediacji. Mediacji, czyli zaangażowania niezależnych partnerów, których celem – dodajmy, niełatwym, ale czy do rozwiązywania spraw łatwych potrzebni są mediatorzy – będzie pomoc w wypracowaniu rozwiązania akceptowalnego tak dla Kijowa jak i dla Moskwy. Choćby rozwiązania nieformalnego, czysto operacyjnego. Takiego, które otworzy drogę w przyszłość. Konstruktywną.

Taką drogę wskazują Niemcy. Z propozycją mediacji wystąpił niemiecki minister Heiko Mass. Czy zostanie przyjęta – trudno wykazywać przesadny optymizm. Prawdopodobnie szansa na to nie pojawi się wcześniej niż dopiero po wyborach na Ukrainie, jeśli do nich w ogóle dojdzie.

Najgorszą z kolei rzeczą jest dać się wciągnąć w spór, w którym Polska nie jest ani stroną, ani nie ma interesu. Bo stronom tego konfliktu tak naprawdę czyjekolwiek poparcie czy niechęć do niczego nie jest potrzebna. Jeśli by miało dojść do rozładowania konfliktu, a nie jego utrwalenia.

Obecne władze ukraińskie, które nie są w stanie opanować postępującego rozkładu państwa, a od przyznania własnej nieudolności uciekają w straszenie rosyjskim zagrożeniem. A taką retoryką Europa jest także znużona i zniecierpliwiona. Bo ile razy można kryczeć „ratunku, ratunku wilk!” W końcu wszyscy przestaną zwracać na to uwagę, bo ile razy można. Nie mówiąc o tym, że zapaść w jakiej znalazła się Ukraina czyni, że jej realne szanse na akcesję do UE w wyobrażalnej przyszłości robią się coraz bardziej mizerne. Żaden chyba poważny europejski analityk nie traktuje już tej perspektywy jako realnej, co najwyżej zaś obwarowanej mnóstwem zastrzeżeń typu „jeśli” i „o ile”.

Ale i wierzyć w to, że groźbami Rosję da się przymusić do ustąpienia także nie ma co. Jakiekolwiek rozwiązanie da się wypracować, może to być tylko rozwiązanie, które obie strony będą mogły ogłosić jako swój sukces, pogodziwszy się z tym, że wygaszenie zapalnej, konfliktogennej sytuacji dla obu większe korzyści niż trwanie w niej.Pragmatyka okazuje się w takich razach lepsza od pryncypialnej nieustępliwości. Bo – powiedzmy sobie szczerze – czy zależy nam na tym, żeby nieunormowana sytuacja między Rosją a Ukrainą trwała w nieskończoność, ta druga będzie toczyć się po równi pochyłej, podczas gdy pierwsza tym mniej chętnie będzie korzystać z okazji, aby wywierać na nią presję?

JAN LEWKOWICZ

Marne szanse

Zastępca szefa Komisji Międzynarodowej Rady Federacji Władimir Dżabarow w rozmowie z RT skomentował oświadczenie prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki o planach Rosji odnośnie „ingerencji w kampanię wyborczą na Ukrainie” przy użyciu „dezinformacji, falsyfikacji i ataków cybernetycznych”.

 

– Poroszenko podąża za ogólnym trendem. Teraz jest modne: każdy kraj przygotowujący się do wyborów oskarża Rosję o ingerencję. Petro Poroszenko nie zarządza żadnymi procesami na Ukrainie i rozumie, że ma bardzo małe szanse na reelekcję w uczciwy sposób. Dlatego próbuje za wszelką cenę asekurować się, zabezpieczać się i w razie czego oskarżyć Rosję o swoją porażkę. To kompletny nonsens. Nie interesuje nas to, co on tam robi, kogo wybierają. Ukraina żyje — i niech sobie żyje. Najważniejsze jest to, żeby realizowali porozumienia mińskie, a obywatele południowo-wschodniej Ukrainy nie cierpieli z powodu permanentnej agresji – powiedział Dżabarow.

Jego zdaniem życzenia aktualnego prezydenta nie pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy w kraju.

– U Poroszenki jest opozycja. To, czego chce i co się faktycznie dzieje na Ukrainie, to dwie różne rzeczy. Nawet jeśli ludzie milczą, nie oznacza to, że go popierają. Poroszenko ma minimalną szansę, a teraz powie, że wszyscy mu przeszkadzają, Rosja przewodzi jakimś podziemnym siłom politycznym na Ukrainie i stara się przeforsować swojego kandydata. Ale Rosja nie ma własnych kandydatów i nie zamierza ingerować w wewnętrzne procesy krajów zachodnich, zwłaszcza Ukrainy – podsumował.

Poroszenko uważa, że na Ukrainie należy zwiększyć odpowiedzialność za przekupywanie wyborców. Zapewnił na Twitterze, że posiada informacje, iż Rosja rzekomo „zamierza ingerować w kampanię wyborczą na Ukrainie”.

„Zdobyliśmy informacje, że Rosja zamierza ingerować w kampanię wyborczą na Ukrainie za pośrednictwem systemu dezinformacji i falsyfikacji oraz ataków cybernetycznych. Spodziewam się skutecznych działań ze strony zarówno Komisji Wyborczej, jak i służb specjalnych w celu przeciwdziałania rosyjskiej ingerencji i zapewnianie swobodnego wyrażenia woli przez Ukraińców” – podkreślił w swoim oświadczeniu ukraiński prezydent.

Wojna polsko-ukraińska pod krzyżem na drogę

Wystrzał ostrzegawczy poszybował z Warszawy w stronę Kijowa. Odpalił go poseł Kornel Morawiecki, „Marszałkiem seniorem” zwany. Były lider „Solidarności Walczącej”, ideowy antykomunista, obecny lider kanapowego koła parlamentarnego. A także ojciec pana premiera Mateusza Morawickiego.
Powiedział on w publicznych wywiadach dla mediów polskich i rosyjskich to, za co inny obywatel IV RP mógłby zostać szybko aresztowany. I oskarżony o agenturę rosyjskich wpływów.
Rzekł on bowiem: Rosja nie prowadzi agresywnej polityki”. Wojna na Ukrainie to „w pewnym sensie wojna domowa, zderzenie dwóch racji /…/ Na Krymie pierwsi kamieniem rzucili Rosjanie, ale wcześniej w Kijowie obalono demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza, który na prorosyjskim wschodzie i południu kraju miał ogromne poparcie. /…/ Krym został przejęty przez Rosjan bez walki. Ukraińskie wojsko przeszło na stronę Moskwy. Mieszkańcy Krymu wyrazili swą wolę w referendum”.
I stwierdził dobitnie: „Rosja nie ma żadnego interesu w tym, żeby użyć siły militarnej przeciwko Polsce. Rosjanie od czterech lat bronią się rękami i nogami, żeby tylko nie zająć Doniecka, to cóż dopiero mówić o agresji na Polskę /…/ Gazociąg Północny to efekt fatalnej polityki wschodniej Warszawy. Rosjanie chcieli przeprowadzić drugą nitkę Jamalu przez Polskę. Myśmy sie na to nie zgodzili, bo gazociąg miał iść nie przez Ukrainę, tylko przez Białoruś. Gdybyśmy nie postawili interesów Kijowa ponad naszymi, Rosjanie nie musieliby dogadywać się z Niemcami. A teraz będziemy przepłacać za amerykański gaz /…/ Nasza polityka zagraniczna sprowadza się niestety do odgrywania roli marionetki Waszyngtonu.
I na koniec snuje program takiej współpracy: Europa traci swą moc. Mogłaby ją odzyskać, gdyby połączyła się z Rosją. Jeśli do tego nie dojdzie, to wielki potencjał Syberii z czasem wpadnie w ręce Chin. Tylko w połączeniu z Rosją i jej ogromnym potencjałem Europa może stać się światową potęga – w sensie duchowym, gospodarczym, militarnym. Tylko taki sojusz zapobiegnie ostatecznej groźbie kolejnej wojny światowej z udziałem broni jądrowej, która doprowadzi do zniszczenia podstaw cywilizacji.
Ale taka Unia Europejska z Rosją nie jest obecnie możliwa , bo również rosyjskie władze i rosyjskie media nastawiają Rosję przeciwko Polakom. To przykre, że nieporozumienie psuje relacje z dwoma największymi narodami w regionie.
Głos Morawieckiego seniora zainicjował dyskusję wewnątrz elit PiS o przyszłej ich polityce wschodniej.
W przyszłym roku odbędą się prezydenckie wybory na Ukrainie. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ekipa prezydenta Petro Poroszenki straci władzę. Głoszony przez nią postulat wejścia Ukrainy do UE i NATO też traci tam zwolenników. Ale ochłodzenie miłości do Zachodu nie równa się wzrostowi sentymentu do Rosji. Nawet w tradycyjnie prorosyjskich regionach antymoskiewskie nastroje wzrosły. Rosja nie jest postrzegana jako brat, zwłaszcza Wielki Brat, lecz jedynie jako sąsiad. Trudny we współżyciu, ale znany od lat. Dobry partner do biznesu, ale na równoprawnych warunkach.

 

Trzecia droga

Na Ukrainie zwycięża koncepcja „Trzeciej Drogi”. Pisałem o niej jeszcze przed Majdanem, bo była wtedy popularna w środowiskach politologów i publicystów. Teraz rozpleniła się na fali rosnących nacjonalistycznych nastrojów.
Jej zwolennicy tak mówią. Skoro nie chcemy być młodszym bratem Moskwy, skoro nie chce nas Unia Europejska, to pójdźmy własna drogą. Bądźmy taką „drugą Turcją”. Bądźmy jak Turcja zintegrowani gospodarczo z Unią Europejską, ale bez przyjmowania obcych nam wartości „Gejoeuropy”. Bądźmy, jak Turcja, w sojuszu wojskowym z USA, bądźmy ich flanką wojskową, co nam da gwarancje bezpieczeństwa wobec Moskwy. Nie odpuszczamy Krymu i Donbasu, ale sprawę powrotu tych terytorium odłóżmy na przyszłość. Nie będziemy zakładnikami tego problemu. Dzięki temu odmrozimy kontakty i współpracę gospodarczą z Rosją. Ale nie zahamujemy budowy ukraińskiej tożsamości narodowo – kulturalnej.
Zwolennicy „Trzeciej Drogi” i „Drugiej Turcji” chcą być jak to sprytne ciele, które będzie jednocześnie ssać cycek europejski, chiński, amerykański, i nie pogardzi jeszcze rosyjskim. Chcą być geopolitycznym, aktywnym mostem pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Brukselą i Moskwą.
Jeśli na Ukrainie wygrają zwolennicy „Drugiej Turcji”, to Warszawa przestanie być potrzebna w Kijowie jako adwokat ukraińskich interesów w Brukseli. Dostrzegły to już elity PiS i pan Naczelnik Polski. Marginalizacja roli Warszawy w oczach Kijów i brak relacji Polski z Rosją grozi totalną klęską polityki wschodniej elit PiS.

 

Czwarty Rzym

Ważnym filarem „drugiej Turcji” ma być autokefalia Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. W kwietniu administracja prezydenta Poroszenki poinformowała, że Święty Synod Patriarchatu Ekumenicznego w Konstantynopolu zaakceptował rozpatrzenie prośby władz Ukrainy o nadanie jej cerkwi autokefalii. Czyli uniezależnienia administracyjnego ukraińskich prawosławnych od patriarchatu w Moskwie. Prośba ta szybko została przychylnie skomentowana przez tytularnego zwierzchnika światowego prawosławia, Bartłomieja patriarchę Konstantynopola.
Co to oznacza dla chrześcijan za naszą wschodnią granicą? Autokefalia ukraińskiej cerkwi osłabia cerkiew moskiewską. Największą na świecie, zwaną często „Trzecim Rzymem”.
Prawdopodobnym jest, że po rozłamie miano największej cerkwi otrzyma Kijów, bo prawosławie na Ukrainie liczne jest i najszybciej pozyskuje młodych wyznawców. Zatem idący „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” Kijów ma szanse zostać „Czwartym Rzymem”. Przynajmniej teoretycznie.
Praktyka może okazać się inna i bolesna. Moskwa będzie się tej autokefalii sprzeciwiać. Sprzeciw mogą wyrazić inne narodowe cerkwie prawosławne. Już teraz wstrzemięźliwość wobec kijowskich planów zasygnalizowały cerkwie serbska i polska.
Trudno też ocenić, ilu wiernych na Ukrainie zaakceptuje nową autokefalię. Już teraz istnieją tam trzy odrębne cerkwie. Jedna związana z Moskwą, dwie separatystyczne. Trudno ocenić, czy proces jednoczenia ukraińskich prawosławnych przez podział cerkwi moskiewskiej, przejdzie spokojnie czy wznieci wojnę religijną na Ukrainie?
Działania Kijowa są tez niezgodne z obecnie prowadzoną przez Watykan polityką wschodnią. Jej filarem jest plan porozumienia z patriarchatem moskiewskim, zorganizowanie spotkania papieża Franciszka i patriarchy Cyryla w Moskwie.
Administracja watykańska woli znaną od lat, przewidywalną, patriarchalną Moskwę, od nowej centrali w Kijowie. Obawia się też, że nowa, młoda, czyli ekspansywna ukraińska autokefaliczna cerkiew zechce zwiększyć swą kontrolę nad związanym z Watykanem ukraińskim kościołem grekokatolickim.
Zatem, jeśli władze w Kijowie zdecydują się iść „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” i „Czwartemu Rzymowi”, to Warszawa może demonstracyjnie odmrozić relacje z Moskwą. A dotychczasowym ukraińskim braciom życzyć przysłowiowego „krzyża na drogę”.

Flaczki tygodnia

Pan premier-milioner Mateusz Morawiecki poleciał do Parlamentu europejskiego aby podzielić się z naszymi partnerami z Unii Polsko-Europejskiej swymi propozycjami zreformowania Unii. Niektórymi sensownymi, jak choćby likwidacji okradających nas „rajów podatkowych. Ale poleciał w czasie, kiedy w Polsce kaczyści przejmują kontrolę nad Sądem Najwyższym. Chcą podporządkować go woli pana Naczelnika Kaczyńskiego. Taki stan sprzeczny jest z fundamentalnymi zasadami obowiązującymi w Unii Polsko – Europejskiej. I za to pan premier – milioner został w Parlamencie totalnie skrytykowany.

***

Ciepłe słowa usłyszał tam jedynie od brytyjskich konserwatystów, zdeklarowanych przeciwników Unii Polsko- Europejskiej. I euro deputowanych z PiS. Miss lizusostwa została euro deputowana Jadwiga Wiśniewska. Ogłosiła w narodowo-katolickiej TVP info, że było to wystąpienie najlepsze w historii tego Parlamentu. Wzbudziła tym zawiść koleżanek i kolegów z PiS. W czasach stalinowskich takim „przodownikom pracy”, jak Wiśniewska, podawano gorącą cegłę.

***

Swą klęskę w Parlamencie Europejskim pan premier-milioner Morawiecki ogłosił „ciemnemu ludowi” z PiS jako swoje zwycięstwo. A powodem słyszalnej krytyki był jedynie „postkomunizm i lewactwo” jakimi przesiąknięty jest ten Parlament. Dlatego on, prawdziwy polski antykomunista, trafił tam na wrogą sforę. Nie dodał, że najwięcej krytyki nie padło tam z ust euro deputowanych z frakcji komunistów, socjalistów i zielonych, lecz europejskiej prawicy. Liberałów, chrześcijańskich demokratów i ludowców. Trzeba być wyjątkowo głupim, albo zakłamanym, żeby niemieckich chadeków albo holenderskich liberałów oskarżać o „postkomunizm”.

***

W Warszawie krąży powiedzonko, że żydowscy faryzeusze i nawet sam Pinokio powinni teczki panu premierowi-milionerowi nosić. I uczyć się od niego kreowania „postprawdy”. A ściślej tej „trzeciej prawdy” w skali księdza profesora Józefa Tischnera. Czyli „gówno prawdy”.

***

O panu premierze Mateuszu Morawieckim piszemy teraz premier-milioner. Nieprzypadkowo, bo rzeczywiście pan premier jest milionerem. Swoich milionów, nawet tego pierwszego, nie ukradł. Zarobił je pracując dla międzynarodowej, zapewne też żydowskiej, finansowej plutokracji. W zarządzie niepolskiego, międzynarodowego banku, który zarabiał w Polsce i wyprowadzał swe zyski za granicę.
Teraz prorządowa propaganda kreuje pana premiera-milionera na na byłego lidera robotniczej „Solidarności”. Człowieka o gołębim, prosocjalnym sercu. Naprawdę pan premier-milioner był radykalnym działaczem „Solidarności Walczącej”, która uważała „Solidarność” Wałęsy, Frasyniuka, Piniora, Kaczyńskiego Lecha za związek oportunistów, zbyt uległy wobec ówczesnej władzy. Młody Morawiecki nieraz był pałowany przez funkcjonariuszy milicji i SB. Nieraz pewnie już za samo nazwisko, bo jego tatuś Kornel Morawiecki był przywódcą „Solidarności Walczącej”. Ma za co tamtej „komuny” nienawidzić.

***

Ten żywiołowy, obsesyjny czasem, antykomunizm pana premiera-milionera nie był szkodliwy społecznie, kiedy pan Mateusz Morawiecki był prezesem zagranicznego banku, albo doradcą byłego premiera Donalda Tuska. Teraz jest jednak premierem średniej wielkości państwa. I jego prywatne obsesje nie powinny determinować polityki całego państwa polskiego. Polska nie jest folwarkiem jaśnie pana premiera-milionera.

***

A tak bywa. W miniony weekend odbył się w Sofii szczyt Grupy 16+1. To szesnastka państw Europy Środkowo-Wschodniej + Chiny. Chiny stworzyły ją podczas spotkania założycielskiego w 2014 roku w Warszawie. I wyznaczyły Polskę na lidera tej szesnastki. Obiecały też szesnastce liczne inwestycje infrastrukturalne finansowane z chińskich kredytów. Co byłoby wzmocnieniem lansowanej przez kaczystów koncepcji „Trójmorza”.
Niestety chińskie młyny mielą powoli i wielkich projektów, poza linią kolejową Belgrad – Budapeszt na razie nie ma. Ale współpraca z Chinami wymaga cierpliwości i obecności na wszystkich spotkaniach. Jest jak ogród, trzeba go regularnie pielęgnować.

***

Na szczyt 16+1 przyleciał chiński premier Li Keqiang. Przylecieli liczni premierzy państw europejskiej szesnastki. Polskę, lidera tej grupy, reprezentował jedynie pan wicepremier, minister szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. Człowiek spoza grupy trzymającej władzę. Koalicjant PiS. Dla przeczulonych na punkcie hierarchii Chińczyków był to sygnał, że rząd PiS uznał sofijski szczyt i możliwość spotkania z chińskim premierem za sprawę drugorzędną. Bo przysłał polityka z drugiego rzędu. Zresztą sam pan wicepremier Gowin pytany przez TVP info o korzyści dla Polski wynikające ze szczytu, pochwalił się, że podpisano jedna ważną umowę z Chinami. O współpracy w hodowli koni.

***

W Warszawie od miesięcy wiewiórki ćwierkają, że nastąpiło ochłodzenie na linii Warszawa – Pekin, bo pan premier – milioner, żywiołowy antykomunista, nie trawi kontaktów z komunistami chińskimi. Dlatego nie poleciał na szczyt 6+1 do Sofii. Choć był tam obecny premier Wiktor Orbán, jedyny sojusznik PiS w Europie. Był, bo Budapeszt konsekwentnie zabiega, aby europejskim liderem 16+1 stały się Węgry. By tam popłynął strumień chińskich kredytów. Orbán, choć też deklaruje antykomunizm, starannie pielęgnuje kontakty z Pekinem, Moskwą, Waszyngtonem, Brukselą. Nie wojuje też z Izraelem, nie zaprzecza pomocy udzielanej Niemcom przez Węgrów w holocauście węgierskich Żydów. Ssie każdy, dostępny mu cycek.

***

Rosjanie i Niemcy wycyckają Polskę z zysków chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku. Niemiecka kolej DB i rosyjska RŻD podpisały umowę o tranzycie towarów z Chin do Europy z pominięciem Polski, przez Morze Bałtyckie. Jest zapotrzebowanie na taki nowy szlak, bo istniejąca linia Chengdu – Łódź jest niewydolna. Bo były minister obrony narodowej pan Antoni Macierewicz zablokował rozbudowę terminalu CARGO w Łodzi. Bo dostrzegł w tym „zagrożenie dla interesów amerykańskiego sojusznika”. Tak pisze Konrad Kołodziejski w prorządowym tygodniku „sieci”!!!. Ideowy antykomunista.

***

Niedzielę na wizytę na ukraińskim Wołyniu zaplanował pan prezydent Andrzej Duda. Aby przypomnieć tam ludobójstwo ukraińskie w roku 1943. Na ten sam dzień wizytę w lubelskiej wsi Sahryń zaplanował prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Aby przypomnieć tam polskie ludobójstwo w roku 1944. Poza tym obaj prezydenci wiele mówią o konieczności przyjaźni i strategicznego partnerstwa między obu bratnimi narodami

Wkurzeni górnicy, wkurzeni weterani

Około tysiąca osób 19 czerwca usiłowało wedrzeć się do budynku Rady Najwyższej w centrum Kijowa. Akcję protestacyjną zorganizowali górnicy wydobywający węgiel kamienny, ale również weterani i ofiary katastrofy w Czarnobylu. Sprzeciwiali się drastycznym cięciom świadczeń.

 

Do dzielnicy rządowej sprowadzono wzmocnione patrole Gwardii Narodowej oraz specjalne jednostki do negocjowania z uczestnikami manifestacji. Mimo to doszło do starć z policją.
Prezydent Poroszenko obciął emerytury oraz odszkodowania wypłacane ofiarom katastrofy atomowej. Postanowiono również zamknąć niektóre kopalnie – choć górnicy nie otrzymali jeszcze ponad 29 milionów dolarów zaległych pensji.

Na górników z Donbasu przypada prawie połowa sumy długu: 400 mln hrywien (15 milionów dolarów), z czego 186,7 milionów (7 milionów dolarów) należy się pracownikom państwowego przedsiębiorstwa „Selidowulog”.

„Górnicy z całej Ukrainy przyjechali do Kijowa. Zebraliśmy pod budynkiem Rady Najwyższej Ukrainy. W państwowym sektorze węglowym powstała krytyczna sytuacja. Zaległości w wypłatach dla górników państwowych przedsiębiorstw górniczych wynoszą 761,1 miliona hrywien” – informował w dniu protestu na Facebooku przewodniczący Niezależnego Związku Zawodowego Górników Ukrainy Michaił Wołyniec.

Razem z resztą pikietujących domagał się od rządu zmiany w ustawie o budżecie na bieżący rok, która zagwarantowałaby odpowiednie finansowanie przemysłu węglowego i wypłatę choć części zaległych wynagrodzeń dla pracowników. Praktycznie we wszystkich państwowych kopalniach górnicy czekają na pensje i powoli tracą cierpliwość.

Do protestujących wyszła pierwsza wiceprzewodnicząca Rady Najwyższej Iryna Heraszczenko, aby uspokoić nastroje. Obiecała im utworzenie grupy inicjatywnej, która ma lobbować na rzecz protestujących i negocjować z rządem. Protestujący zgodzili się – teraz czekają na efekty obietnic. Zapowiadają, że jeśli będzie trzeba, przyjadą po raz drugi.

– Mamy zagwarantowaną opiekę medyczną, transport oraz socjal. Prezydent zabrał nam jednak już prawie wszystko. Resztę zabiorą zimą. Jak długo mamy to wytrzymywać? – mówił mediom jeden z uczestników protestu.