Obniżki i podwyżki

Zamieszanie wokół pensji polityków jeszcze się nie zakończyło. Bardzo ciekawy sondaż zamieściła Gazeta Prawna, tyleż ciekawy… co fałszywy w założeniach.

Gazeta podaje, i jak sądzę takie informacje otrzymali ankietowani, że prezydent zarabia 12.800 PLN brutto. Ok 40 proc.ankietowych oceniła ,że Prezydent powinien zarabiać 13-17 tys. brutto. Reszta, że mniej. Tyle, że na zarobki Prezydenta składają się : podstawowe wynagrodzenie dodatek funkcyjny oraz dodatek stażowy w sumie to 20 150.

Czyli niemal 100 proc. badanych ocenia, że Prezydent zarabia za dużo. Na pewno za dużo w stosunku to funkcji powierzonych temu urzędowi oraz osobistych kompetencji osoby aktualnie sprawującej urząd. W polskim systemie konstytucyjnym urząd prezydenta nie jest niezbędny, a mając prezydenta który nie potrafi, lub nie chce, działać w konstytucyjnych ramach, nawet szkodliwy. I słusznie obywatele sadzą, nie jest wart tych pieniędzy.

Badani odpowiadali również na pytanie o wynagrodzenie parlamentarzystów. Prawie połowa badanych uważała, że zarobki parlamentarzystów są odpowiednie lub zbyt duże. Cóż pomimo narzekań niektórych posłów i senatorów na swój los, a część jak sądzę cierpi w milczeniu, można się chyba z ankietowanymi zgodzić.

Posłowie rządzącej koalicji i tak grzecznie głosują jak prezes każe, więc nie należy ich przepłacać. Z posłami opozycji jest pewien problem. Albo zdarza im się głosować jak koalicja, a wtedy patrz powyżej. Albo zagłosują rozsądnie przeciw no ale wtedy, poza odrobiną szacunku u wyborców, nie ma żadnego efektu. Czyli też nie ma co przepłacać.

Z wynagrodzeniem dla Pierwszej Damy mam problem. Nie tylko z powodu ostatniej Damy, tj pardon, aktualnej. Owszem kwalifikuje się do bezwarunkowego dochodu podstawowego, ale czy należy go testować na jednej tylko osobie? Jeśli jednak uznamy, że wykonuje jakąś pracę, to wahałbym się z jej wyceną pomiędzy najniższym ustawowym wynagrodzeniem a średnią krajową. W tym konkretnym wypadku jednak bliżej najniższego wynagrodzenia.

Jeśli zaś uznać, co jest rozsądne, że pełniąc funkcję pierwszej Damy utraciła możliwość zarobkowania, to można np. wypłacać jej niejako w formie odszkodowania równowartość ostatniej miesięcznej pensji z zastrzeżeniem, że odszkodowanie nie będzie wyższe niż średnia krajowa w danym roku.

Projekt ustawy mającej podnieść wynagrodzenia polityków miał też podnieść wynagrodzenia pracowników samorządowych. Tu mamy do czynienia z tragifarsą… Śmieszną jedynie dla kogoś kto w tej sferze nie pracuje. Rozporządzenie Rady ministrów z 15 maja 2018 roku, czyli dosyć świeże, ustala stawki wynagrodzeń dla osób będących zarządzających jednostkami samorządu jak i dla pracowników. Zarządzających dopadła zemsta prezesa i ustalono im maksymalne stawki wynagrodzeń, niższe poprzednio obowiązujące. Pracowników samorządowych podzielono zaś na 22 grupy, którym przypisano odpowiednie stawki wynagrodzeń podstawowych, przy czym pierwsza grupa ma stawkę najniższą a 22 najwyższą.

W tym roku najniższe wynagrodzenie za pracę wynosi 2600 PLN… Tej wysokości wynagrodzenie przysługuje urzędnikowi grupy … 20. Czyli nieomal u szczytu kariery urzędniczej. Oczywiście urzędnicy otrzymują dodatki stażowe a nawet premie. To daję szansę na osiągniecie najniższego wynagrodzenia. Np. kierownik referatu ma szansę na wynagrodzenie z X grupy (1880 PLN) dodatek funkcyjny i stażowy. To jakby ktoś chciał robić karierę w samorządzie.

W nieco lepszej sytuacji są pracownicy administracji rządowej. Tam też są grupy zaszeregowań. No i stawki w grupach są ustalone przedziałami. Tak więc już gdzieś w połowie grup zaszeregowania, można osiągnąć już nawet minimalne ustawowe wynagrodzenie. Czyli dużo lepiej niż w samorządzie.

Żeby się pracownicy administracji rządowej za bardzo nie cieszyli, rząd szykuje im niespodziankę w nowym budżecie. Redukcje, obcięcie wynagrodzeń i zmniejszenie odpraw. Tylko policjanci nie muszą się obawiać obniżek, bo przecież na kimś władza musi się opierać. Na policji i na biskupach.

To kolejny argument za tym by wypowiedzieć konkordat.

Primus inter pares – wersja gender

Sejm przyjął, a Senat odrzucił projekt ustawy, o podwyżce wynagrodzeń dla prezydenta, premiera, posłów i senatorów. To retorsja po karze finansowej, jaką pan prezes Kaczyński nałożył na posłów i samorządowców w 2018 roku za protesty wobec przyznawania nagród dla rządu i niektórych urzędników.

Nagrody te, zgodnie ze stwierdzeniem pani Szydło, ówczesnej premier, po prostu się należały.

W ustawie tej znalazł się zapis, aby upaństwowić żonę pana prezydenta. Pierwsza Dama, bo taki termin jest powszechnie używany, miałaby otrzymywać pensję z tytułu sprawowania funkcji reprezentacyjnych, działalności charytatywnej oraz z powodu utraty możliwości na rozwój kariery osobistej i niemożności podejmowania pracy zawodowej. Nie da się ukryć, że przywódcy polityczni, prominentni funkcjonariusze państwowi czy też liderzy życia społecznego posiadają niekiedy współmałżonków. Często zdarza się, że współmałżonek wspiera partnera w działalności publicznej. Protokół dyplomatyczny korzysta czasem z formuły „wraz z małżonkiem lub małżonką”. Czy jest to jednak wystarczający powód do tworzenia sztucznego bytu „Pierwsza Dama” jako dobrze opłacanego stanowiska państwowego?

Jednym z symboli ruchu socjalistycznego są „trzy strzały”. Występują one w Symbolu mojej partii PPS. Pierwotnie miały symbolizować polityczną, ekonomiczną i fizyczną siłę robotników, jednak według najpopularniejszej wersji oznaczają one trzy wrogie socjaldemokracji idee: monarchizm, faszyzm, i stalinizm („państwowy komunizm”). Uważam, że współmałżonek w charakterze instytucji państwowej to jeden z licznych reliktów monarchizmu, który chyłkiem zakrada się do naszego życia publicznego. Takich reliktów jest więcej, np. Senat, którego istnieniu sprzeciwiała się swego czasu lewica czy też „przywileje” klasy rządzącej wynikające z wyimaginowanego etosu pełnionej funkcji lub koneksji rodzinnych.
Jesteśmy państwem demokratycznym. Europa, z którą Polska jest nierozerwalnie związana, wywodzi swoje rozumienie demokracji z idei rewolucji francuskiej, a ta zdecydowanie odrzuciła monarchizm. Nawet gilotyna była w użyciu.

W Europie funkcjonują jeszcze monarchie (Wielka Brytania, Dania, Belgia Hiszpania itd.). Mają one formę konstytucyjną. Najczęściej decyduje o tym tradycja. W tych krajach rodziny królewskie funkcjonują jako instytucja państwowa, opłacana przez społeczeństwo z określonymi obowiązkami i uprawnieniami. Rodziny królewskie rządzą się zasadami feudalnymi, a społeczeństwo wyraża na to zgodę. Najczęściej ich wpływy na losy państw są znikome. W demokratycznej Polsce o wyborze Prezydenta, Sejmu, Senatu i samorządu decyduje suweren w demokratycznych wyborach. Nie wybieramy żon, partnerów i partnerek naszych prominentom. Są to ich indywidualne decyzje, a konsekwencje muszą ponosić sami, na swój własny rachunek.

Nasza własna historia parlamentaryzmu wskazuje słuszność zasady oddzielenia tego co państwowotwórcze od tego co prywatne. Kilku wielkich polskich mężów stanu związało się z osobami, które nie zawsze dorastały do pozycji małżonka. Przykładem niech będzie pani Helena Paderewska czy też Marta Śmigłowa. Te panie i inni małżonkowie oraz małżonki jednak nie pełnili funkcji państwowych, dzięki czemu ich działalność stanowi tylko ciekawy przyczynek historyczny, bez znaczącego wpływu na losy państwa.
Samo pojęcie „Pierwsza Dama” jest nam kulturowo obce. Wydaje mi się, że jest zawleczone ze Stanów Zjednoczonych. Demokracja amerykańska opiera się o specyficzne źródła historyczne i polityczne, można się dopatrzyć wpływów monarchii brytyjskiej epoki wiktoriańskiej. Wśród amerykańskich pierwszych dam były osoby, które błyszczały światłem odbitym małżonka prezydenta i takie, które były osobistościami politycznymi, przykładowo pani Clinton, pani Obama czy Eleanor Roosevelt. Swoją charyzmę zawdzięczały one jednak przymiotom osobistym, a nie tylko małżeństwu. W naszej tradycji językowej istnieje forma: pani prezydentowa, premierowa, sędzina itd. Może to archaizm, ale jest mi bliższy niż formy obce.

Zastanówmy się nad argumentami wnioskodawcy. Na pani prezydentowej spoczywają obowiązki reprezentacyjne. Najczęściej jest to bierna obecność podczas oficjalnych wizyt i spotkań głowy państwa, czasem indywidualnych spotkań ze społeczeństwem. Koszty, pewnie spore ponosi jednak skarb państwa. Mieści się w tym wikt i opierunek ochrona czy też transport. Koszty utrzymania pary prezydenckiej także pokrywamy z naszych podatków. Nie mam pojęcia, jaką rolę miałaby tu pełnić gaża pani prezydentowej.

Jest wiele dróg rozwoju kariery zawodowej i osobistej, praca naukowa, publicystyka działalność organizacyjna w organizacjach społecznych. Nie sądzę, żeby przepisy bezpieczeństwa najwyższych organów państwa to uniemożliwiały. Jeżeli tak jest, należy się zastanowić nad ich zasadnością.
Działalność charytatywna, wymieniana jako jedno z kluczowych zajęć pani prezydentowej z definicji jest niedochodowa i nie uzasadnia tworzenia płatnego stanowiska. W wypadku powołania do życia takiego stanowiska zasadne byłoby określenie zakresu obowiązków i wszystkiego, co wiąże się z pełnieniem płatnej funkcji, a trudno to sobie wyobrazić. Także konstytucja RP nie przewiduje takiego rozwiązania. „Etatowa pierwsza dama” mnie nie przekonuje.

Sprzedaż wiązana czy zwykła pazerność

Takie dwa warianty dealu zawartego między PiS a większością opozycji w sprawie poselskich podwyżek rozpatruje szewc Fabisiak.

Sprzedaż wiązana polega na tym, że sprzedawca uzależnia zakup butów od jednoczesnego nabycia szczotki i pasty do obuwia. Tego rodzaju praktyki są w Polsce zakazane, ale tylko w handlu, a nie w polityce – zauważa szewc Fabisiak. Być może taki rodzaj transakcji miał miejsce pomiędzy siłą rządząca a ugrupowaniami opozycyjnymi. Dostaniecie wyższe dotacje na swoje partie, ale za to przegłosujecie podwyżki wynagrodzeń dla siebie i dla nas też przy okazji. Jednak prawdopodobny był także inny układ. Szacowni wybrańcy i wybrańczynie narodu zwyczajnie połasili się na kasę, wykazując tym samym, że nie są masochistami czy też niedojdami, niepotrafiącymi zadbać o własne interesy.

Bez względu na to, jakie były rzeczywiste kulisy całej afery, jedno jest pewne. PiS zrobił w jajo opozycję, a przynajmniej jej większość za wyjątkiem dwóch skrajnych ugrupowań: Razem i Konfederacji. Polityczny środek wykazał się kunktatorstwem tym razem indolentnym. Jak zauważa szewc Fabisiak – to opozycja mogła zrobić w jajo pisowców. Wystarczyło zagłosować przeciw. Ustawa i tak przeszłaby większością pisowskich głosów, ale to na PiS spadłoby całe odium pazerności. Opozycja otrzymałaby prezent w postaci lepszych uposażeń i większych dotacji, a rządzący wyszliby na głupków. A tak głupkami okazali się opozycjoniści.

Dopóki Senat nie uwalił owej nieszczęsnej inicjatywy ci, którzy głosowali za projektem ustawy, a ściślej rzecz ujmując ustawki pomiędzy klubami tym razem nie piłkarskimi, starali się w sposób delikatnie mówiąc mało przekonywający uzasadnić swoją decyzję. Do annałów parlamentaryzmu przejdzie wypowiedź Barbary Nowackiej. Jak się wyraziła, dowolnego posła można kupić za 2 tys. zł miesięcznie podczas gdy wiceminister zarabia 7 tysięcy. Szewc Fabisiak nie dostrzega żadnego związku logicznego między poselskim łapówkarswem a zarobkami wiceministra, lecz być może nie jest w stanie wczuć się w głębię rozumowania pani posłanki. Z kolei poseł Krzysztof Paszyk z PSL napomknął o nieznaczących podwyżkach poselskich apanaży. Ciekawe czy, gdyby obcięto mu zarobki o 40 proc, to też mówiłby o nieznacznej obniżce? – zadaje retoryczne pytanie szewc Fabisiak. Ów poseł, podobnie jak kilku innych, starał się uwypuklić to, że podwyżki mieli też otrzymać samorządowcy. Jednak w tym celu można było przygotować odrębną ustawę i obyłoby się bez skandalu i kompromitacji.

Szewc Fabisiak uważa, że osoby z najwyższej półki, których tknęła ustawa mają zagwarantowane dochody na poziomie zapewniającym dostatni żywot. Zwłaszcza, gdy porówna się je z tymi, których dochody na skutek epidemii drastycznie spadły. Szewc Fabisiak jest zdania, iż osoby usytuowane w politycznej czołówce powinny mieć co roku waloryzowane pensje tak jak to dotyczy emerytów. A jeśli im się nie podoba posłowanie za marne 8 tys., to niech sobie poszukają lepiej płatnego zajęcia. Jednak jakaż poważna firma chciałaby zatrudnić u siebie takich partaczy, jak choćby – i tu szewc Fabisiak wstrzymuje się z wymienianiem nazwisk.

Projekt rzeczonej ustawy zakładał również uhonorowanie wysoką pensją tzw. Pierwszej Damy. Na ten temat szewc Fabisiak już raz wypowiadał się w Trybunie (8.07.2020) wskazując, że żona prezydenta z punktu widzenia konstytucji jest zwykłą obywatelką. Zaliczenie jej w poczet najważniejszych osób w państwie jest sprzeczne z ustawą zasadniczą, co jednak niespecjalnie kręci do niedawna tak aktywnych obrońców konstytucji. Pani prezydentowa miałaby dostawać miesięcznie tyle samo co ministrowie oraz wicemarszałkowie obu izb parlamentarnych. Osoby te, które jednak coś tam robią, powinny być tym do cna oburzone. A jednak nie są. Z opłacaniem Pierwszej Damy wiązałyby się też pewne problemy proceduralne. Kto miałby ją zatrudnić i na jakim etacie? Kto ustalałby zakres jej obowiązków i na czym miałyby one polegać oprócz milczącego towarzyszenia małżonkowi podczas krajowych i zagranicznych spotkań oraz uczestnictwa w celebracyjnych uroczystościach i mszach świętych?

Zdroworozsądkowy Senat uwolnił politycznych decydentów od tej uciążliwej myślówy. Na jak długo? – zastanawia się szewc Fabisiak domniemując, że temat ten kiedyś ponownie stanie na wokandzie, gdyż nie do pomyślenia jest, aby małżonka samego pana prezydenta musiała przez drugą już kadencję za darmo przymilnie się uśmiechać.

Praca, płaca i rzeczywistość

Rzeczywistość, która oczywiście skrzeczy. Bo lato w pełni, pandemia również, a posłowie klepią biedę!

Klepią z winy byłej premier, aktualnej europosłanki Beaty Szydło. To ona hojnie obdarzała premiami swoich ministrów chcąc im wynagrodzić te 8 lat chudych pod rządami PO. Sprawa się rypła, tj wyszła na jaw. Najwyższy (najbardziejśredni) Prezes się wkurzył i kazał oddać nagrody na Caritas. Caritas się nawet nie zdążył ucieszyć, bo – okazało się – nagrody naprawdę oddali tylko nieliczni. Prezes postanowił ukarać posłów, choć nie oni najbardziej zawinili, i nakazał obniżenie poselskich uposażeń.
Dotknęło to najbardziej posłów i posłanki opozycji.

Elita PiS mogła liczyć na konfitury w spółkach, bezpłatne loty do Rzeszowa i inne ciche apanaże.

Teraz, tuż przed świętem Cudu nad Wisłą, do Sejmu wpłynął poselski projekt wprowadzający możliwość podwyżki wynagrodzeń. Wygląda na to , że możliwości dorabiania poza Sejmem się kończą i posłowie PiS postanowili sięgnąć bezpośrednio do budżetu, tym bardziej, że do wyborów ponad trzy lata, a tu kredyty trzeba spłacić lub zaciągnąć. W tej sytuacji kredyt zaufania u wyborców można wymienić na gotówkę i liczyć, że przez te trzy lata wszyscy zapomną.

Do tej pory wynagrodzenie parlamentarzystów oraz osób sprawujących kierownicze funkcje w państwo regulowała ustawa z 31 lipca 1981 wielokrotnie nowelizowana. To oczywiste, że wynagrodzeń w wolnej Polsce nie może regulować socjalistyczna ustawa.

Ustawa, po nowelizacji, przewidywała, że pensja Prezydenta ma wynosić siedmiokrotność kwoty bazowej, określanej w ustawie budżetowej oraz dodatku funkcyjnego w wysokości 3 krotności kwoty bazowej. Czyli łącznie dziesięciokrotność kwoty bazowej, która w tym roku wynosi 1789 PLN. Oraz dodatek stażowy.

Jeśli pensja Prezydenta wynosi, w tym roku, 20138 złotych brutto, to łatwo obliczyć, że dodatek stażowy w jego przypadku to 2248. W sumie pan Prezydent dostaje 7,75 najniższych wynagrodzeń.

Autorzy „poselskiego” projektu wpadli na pomysł zmiany wskaźnika, powołując się na przykład UE. Już PRL-owski sposób obliczania wynagrodzeń dla stanowisk kierowniczych, choć nie był bardzo skomplikowany sprawia wiele trudności piszącym o tym dziennikarzom, i nie tylko im.

Nowe rozwiązania jeszcze bardziej rzecz komplikują.

Proponuje się ustalenie pensji relacji do pensji sędziego Sądu Najwyższego poprzez sztywny wskaźnik. Wysokość wynagrodzenia sędziego Sądu Najwyższego – zgodnie z ustawą z dnia 8 grudnia 2017 roku o Sądzie Najwyższym – stanowi wielokrotność podstawy ustalenia tego wynagrodzenia, z zastosowaniem mnożnika 4,13. Z kolei podstawę w danym roku stanowi przeciętne wynagrodzenie w drugim kwartale roku poprzedniego, ogłaszane w „Monitorze Polskim”. W drugim kwartale 2019 r wynosiło ono 4839,24 PLN Żeby więc zgodnie z ustawową propozycją obliczyć wynagrodzenie osoby na wysokim stanowisko, warto sobie przygotować odpowiedni arkusz kalkulacyjny.

Ile zarobią?

Ustawa nie wspomina do dodatkach funkcyjnych dla osób zajmujących najwyższe stanowiska więc można przyjąć, że je znosi, zostawiając je dla stanowisk nie wymienionych w ustawie. Nie wiadomo też, jakie właściwie wynagrodzenie miałby mieć wojewoda, bo w jednym punkcie projektu przewidziano dla niego wskaźnik 0,85, natomiast w drugim 0,75.

Wedle moich obliczeń proponowane pensje, zgodnie z projektem ustawy wynosiłyby: Prezydent 25982, Premier, Marszałkowie Sejmu i Senatu – 21985, ministrowie – 17987. Małżonek Prezydenta (cytuję za projektem), tyle, co minister, czyli 17987.

Prezydentowi trzeba by doliczyć dodatek stażowy, bo projekt milczy o jego zniesieniu likwidując jednak dodatki funkcyjne. W rezultacie pensja prezydenta ostatecznie wynosiłaby 28230 PLN. Czyli 10,86 najniższych wynagrodzeń. I tu dochodzimy to sedna rozważań. Sedna, którego politycy unikają od dawna.

Jak powinny kształtować się proporcje wynagrodzeń w demokratycznym państwie?

Piszę demokratycznym niejako z przyzwyczajenia, ale przecież takiej debaty dawno nie było.

Przechodząc zaś do konkretów: czy na pewno Prezydent zasługuje na 10 minimalnych pensji, w kraju, gdzie najczęściej wypłacane wynagrodzenie (dominanta 2018) wynosiło 2379 złotych, czyli niewiele ponad obowiązujące wtedy najniższe wynagrodzenie, czyli 2100 złoty.ch Brutto oczywiście.

Może warto, by posłowie się zastanowili, ile warta jest ich praca dla społeczeństwa. Czy jest to trzykrotność najniższego wynagrodzenia. Czy czterokrotność? Bo więcej to chyba jednak przesada.

Zrozumiałbym pewnie, gdyby posłowie powrócili do poziomu wynagrodzeń sprzed zemsty prezesa, ale ten projekt to taki trochę policzek dla wyborców. Lekko nawet zaciśniętą pięścią.

A na koniec Dama.

Tj. zgodnie z projektem ustawy Małżonek Prezydenta. Jakby trochę odchodzą od oceny zasług aktualnej Pierwszej damy, pardon Pierwszego Małżonka, to obiektywnie patrząc – mamy problem.

Przez okres kadencji Prezydenta ,nie może zarabiać, a jeszcze ma obowiązki. Co prawda nie ponosi wydatków na utrzymanie domu ,czyli pałacu i żyrandoli, ale wykonuje jakąś pracę. Czy należy jej się wynagrodzenie? To warto przedyskutować.

Jednak bezwzględnie byłbym za zaliczeniem tego czasu jako okresu składkowego, liczonego do emerytury, zakładając wskaźnik na poziomie średniego wygrodzenia w kraju. To byłaby elementarna uczciwość. Czy, jak jest w projekcie, należy jej się pensja jak ministrowi? Odpowiem wymijająco, kto wie… szkodliwość społeczna jej czynów jest zapewne niższa niż większości ministrów.

A konkordat, wiecie sami…

Poland made in USA

Polska coraz bardziej upodabnia się do Stanów Zjednoczonych. Do takiego wniosku dochodzi szewc Fabisiak zwłaszcza, lecz nie tylko, na podstawie wyborów prezydenckich.

Szewc Fabisiak zauważa, że kampania oraz cała jej otoczka zostały zaimportowane z USA. Najpierw były partyjne konwencje utrzymane w iście zaoceanicznym stylu. Następnie kandydaci ochoczo brali udział w wiecach wyborczych otoczeni rojem swoich zwolenników trzymających tablice z nazwiskami swoich faworytów i wykrzykujących ich nazwiska bądź imiona tudzież skandujących odpowiednie hasła w odpowiednich momentach.
Tego rodzaju pijar miał znaczenie czysto propagandowe mające uzmysłowić oglądających te imprezy telewidzom jak wielkim poparciem cieszą się widoczni na ekranach politycy. W założeniu miało to zapewne na celu dalsze mobilizowanie zwolenników czy też pozyskiwanie nowych. Szewc Fabisiak uważa jednak, że tego typu mało wysublimowane zagrywki mogą niekiedy dać efekt odwrotny od zamierzonego. Otóż zwolennicy danego kandydata mogą dojść do wygodnego dla siebie wniosku, że skoro ich faworyt ma tak wielkie poparcie to mój jeden głos będzie miał niewielkie znaczenie a ja w tym czasie będę mógł sobie celebrować niedzielny wypoczynek.
W przekonaniu o bardziej propagandowym niż merytorycznym charakterze kampanijnych spotkań szewca Fabisiaka utwierdza ich typowo wiecowy charakter. Taki wiec ma bowiem postać monologu a nie rozmowy. Kandydat nie pyta się potencjalnych wyborców o to czego od niego oczekują, czy też tego jak odnoszą się do jego programowych zapowiedzi natomiast wyborcy nie mają możliwości spytania się go o cokolwiek. Służą jedynie jako tłumna ilustracja jego poparcia.
Nieco poza ten schemat wyszło spotkanie prezydenta z mieszkańcami Końskich nie wiedząc czemu nazwane telewizyjną debatą. Pytania, zarówno zadawane przez mieszkańców, jak i nadsyłane drogą internetową – były na tyle retoryczne, że odpowiedzi na nie można było z góry przewidzieć. Bardziej obiektywna była zastępująca debatę konferencja prasowa Rafała Trzaskowskiego w Lesznie, gdzie do głosu dopuszczono propisowskie media. Jednak w przypadku obydwu tych „debat” pytania były tak formułowane aby kandydatom dać możliwość powtórzenia po raz kolejny tego, co już mówili podczas kampanii wyborczej. Idea publicznej debaty kandydatów pojawiła się w USA już w XVII wieku i w międzyczasie stała się światową normą. Przyjęła się też w Polsce, jednak tylko do czasu. Bowiem, jak zauważa szewc Fabisiak, w roku 2020 Polska wniosła istotny wkład w poszerzenie demokratycznych procedur o debatach nad debatą,
O ile przetransferowanie na polski grunt wyborczych debat sprawia duże trudności, to całkiem sprawnie wychodzi adaptowanie obyczaju eksponowania w kampanii żon kandydatów. Szewc Fabisiak zwraca jednak uwagę na to, że w Stanach służą one dla nich głównie za tło, natomiast u nas zbyt często dopuszczane są do głosu przez co czasem bardziej szkodzą niż pomagają swoim współmałżonkom. Jeden z przykładów: zona Kosiniaka-Kamysza w wyborczym spocie twierdziła, iż jej mąż jest jedynym kandydatem ubiegającym się o prawa kobiet, podczas gdy o równouprawnieniu płci mówił kilka minut wcześniej Robert Biedroń. Oczywiście pani Kosiniakowa nie mogła znać tej wypowiedzi, jednak wystarczyło elementarne zapoznanie się z podstawami programowymi innych kandydatów.
Małżonka prezydenta nazywana jest na wzór amerykański Pierwszą Damą co ma ją wyróżniać spośród innych kobiet, które co prawda też są damami, lecz jakby drugiej kategorii. Polska Damę Nr 1 stawia się na piedestale władzy a także formułuje się pod jej adresem wymagania, postulaty i oczekiwania. Tym czasem z punktu widzenia konstytucji Polish First Lady jest zwykłą obywatelką bez dodatkowych uprawnień i obowiązków. Niepełni żadnej funkcji z nominacji ani z wyboru. Za wyjątkiem wyboru jakiego dokonał jej życiowy partner. Ewentualnie to ona go sobie wybrała.
Analogie pomiędzy Polską a USA są też widoczne w układzie sił politycznych. W obydwu krajach dominują dwa ugrupowania z których jedno jest bardziej konserwatywne (Republikanie), zaś drugie bardziej liberalne (Demokraci). Analogia do PiS i PO narzuca się sama przez się – zauważa szewc Fabisiak. Co ciekawsze, zarówno u nas jak i za oceanem jest bliźniaczo podobny rozkład sił w parlamencie. Różnica polega jedynie a tym, że w Stanach demokraci mają większość w ichnim sejmie – Izbie Reprezentantów a konserwatyści w Senacie, zaś w Polsce jest na odwrót.
Polska jednak czymś się różni od Stanów Zjednoczonych. Tam co prawda jest taka sama liczba senatorów, jednak parlamentarna izba niższa liczy tylko 435 deputowanych, choć to kraj znacznie ludniejszy – porównuje szewc Fabisiak. Zauważa też, że przed kilkoma laty dało się zauważyć zjawisko dezamerykanizacji na rzecz restalinizacji. Otóż w PRL po reformie administracyjnej funkcjonowało 49 województw co odpowiadało ówczesnej liczbie amerykańskich stanów. W RP zredukowano liczbę województw do 16 tj. do tylu ile było radzieckich republik związkowych w czasach Stalina.