„Bez dogmatu” ostatnie

Na pożegnanie cenionego kwartalnika.

Każde pomniejszenie archipelagu prasy lewicowej w Polsce to strata szczególna, bo choć to archipelag interesujący, to jednak liczbowo raczej skromny.
Niestety, swoją trwającą prawie trzy dekady egzystencję, kończy właśnie kwartalnik „Bez dogmatu”, pismo społeczno-polityczne. To neutralne określenie niezupełnie oddaje charakter pisma, które od początku Swojego istnienia było jednoznacznie zadeklarowanym periodykiem (przez kilka pierwszych lat – miesięcznikiem) laickim, wolnomyślicielskim, krytycznym wobec religii, w szczególności instytucjonalnej, w warunkach polskich oczywiście w pierwszym rzędzie wobec katolicyzmu, zwłaszcza w stosunku do jego wymiaru politycznego.
Wśród założycieli pisma byli m.in. wybitni filozofowie, Barbara Stanosz i Bohdan Chwedeńczuk, wśród autorów n.p. inny wybitny filozof Jan Woleński, a przez łamy periodyku przewinęły się dziesiątki nazwisk.
„Bez dogmatu” powstało dwa lata po tygodniku „Nie”. Łączył je profil ideowy, różniła skala i styl narracji. „Nie” było wielkonakładowym, popularnym tygodnikiem antyklerykalnym posługującym się ostrym językiem satyrycznym, pierwszym, które wprowadziło wulgaryzmy do języka oficjalnej prasy polskiej.
„Bez dogmatu” było pismem niskonakładowym, niszowym w sensie zasięgu, stosującym narrację nadającą mu charakter periodyku teoretycznego o profilu do pewnego stopnia uniwersyteckim. Podejmowało rozległy zakres tematów związanych z walką o szeroko rozumianą świeckość państwa, którego demontaż rozpoczął się tuż po tzw. transformacji ustrojowej 1989 roku.
Można powiedzieć, że oba pisma powstały w odpowiedzi na forsowną klerykalizację życia społecznego. Swoisty, przykry w wymowie paradoks sprawił, że zakończenie działalności pisma zbiegło się w czasie z wyjątkowo intensywną i barbarzyńską fazą owej klerykalizacji.
Gdy wiosną 1995 roku wysłałem swój pierwszy tekst (nosił on, o ile dobrze pamiętam tytuł „Szalbierze”) na adres redakcji miesięcznika „Bez dogmatu”, kierując go personalnie na ręce Barbary Stanosz, traktowałem to przede wszystkim jako indywidualny akt wolności, niezbędny mi w atmosferze dojmującej duchoty ideologicznej i konfesyjnej jaka ogarniała wtedy kraj.
Polska roku 1995 roku, mimo rządów SLD i perspektywy prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, to nie był kraj kleru postawionego w stan społecznego oskarżenia z powodu pedofilii, to nie był kraj po 30 latach doświadczeń pokazujących naocznie całą przestrzeń i głębię wszechogarniającej patologii, którą tworzą nieuprawnione i szkodliwe wpływy kleru katolickiego, to nie był kraj po „czarnych protestach” roku 2016, to nie był kraj po niezliczonych demaskacjach nieuczciwości i przestępstw kleru w sferze materialno-fiskalnej, to nie był jeszcze kraj przyspieszającej laicyzacji, zwłaszcza młodego pokolenia.
Był to kraj jeszcze przed tymi doświadczeniami, żyjący w cieniu idola z Watykanu nazywanego „polskim papieżem”, kraj w którym kler ciągle jeszcze korzystał z owoców niezasłużonej idealizacji, jaką był w Polsce otoczony „przez tak liczne wieki”.
Był to kraj piątego dopiero roku ustrojowej transformacji, w której logikę, być może nieuchronną, tak przynajmniej wtedy wielu się wydawało, wpisane było objęcie przez
Kościół katolicki roli uciążliwego hegemona w życiu społecznym i politycznym – hegemona nie wolnego wprawdzie od zewnętrznej krytyki, ale przez wiele lat na tę krytykę impregnowanego, nie liczącego się z nią i nie traktującego jej ani poważnie ani z szacunkiem.
To był kraj, w którym nawet szokujące niejednokrotnie teksty o kryminalnych aspektach działalności kleru publikowane w popularnym wtedy tygodniku „Nie” Jerzego Urbana, nie znajdowały jakiegokolwiek przełożenia na działania organów państwa, a krytyka obyczajowa o charakterze satyrycznym, antyklerykalizm czy ekspresja ateizmu traktowane były jako dziwactwo, przeczulenie czy ekstrawagancja.
Brakowało mi przy tym materiału, tworzywa myślowego do bieżącej, ale pogłębionej refleksji ateistycznej, laickiej, wolnomyślicielskiej, opartej na podstawach filozoficznych, socjologicznych, psychologicznych, na szeroko rozumianej podstawie nauk społecznych i humanistycznych.
I wtedy, a był to rok 1993, natrafiłem na kilka numerów miesięcznika (kilka lat później przekształconego w kwartalnik) „Bez dogmatu”. Od tego momentu stałem się jego regularnym czytelnikiem, a lektura ta pomagała mi tę potrzebę zaspokajać. Po moim debiucie na łamach pisma wiosną 1995 roku, spotkała mnie przyjemność bezpośrednich spotkań z zespołem redakcyjnym i gronem współpracowników w Warszawie.
Poznałem wtedy osobiście m.in. Barbarę Stanosz, Bohdana Chwedeńczuka, Mateusza Kwaterko, Piotra Rymarczyka, Jerzego Nasierowskiego. Po pewnym czasie dołączyłem do zespołu redakcyjnego. Pismo egzystowało wtedy po pierwszej „transformacji” i nie było już w jego zespole sporej części „lokatorów” stopki redakcyjnej z pierwszego okresu.
W międzyczasie do pisma przyłączył się Andrzej Dominiczak. Po kilku latach, po roku 2000, nastąpiła kolejna „transformacja” pisma i przyjście do redakcji nowego grona młodych, utalentowanych osób, takich jak Katarzyna Chmielewska, Katarzyna Nadana, Michał Kozłowski, Tomasz Żukowski, Agnieszka Mrozik czy Piotr Szumlewicz.
Wymieniam osoby, które poznałem osobiście i z którymi współpracowałem, ale przecież nie mogę pominąć sporego grona autorów, których znałem i do tej pory znam tylko z tekstów, n.p. profesora Jana Woleńskiego, przedstawiciela najstarszego pokolenia, czy Jakuba Majmurka.
Numer (125-126) otwiera wywiad „Odzyskać prawo do samostanowienia” przeprowadzony przez Agnieszkę Mrozik z Ewą Dąbrowską-Szulc, przewodniczącą Stowarzyszenia Pro-Femina.
W trybie po części prywatnym opowiada ona Agnieszce Mrozik o swojej działalności w walce z „upiornymi pomysłami socjopatycznego rządu, który w ten sposób zamierza pozyskać dla swojej partii mocne poparcie dominującej w Polsce siły ideologicznej, medialnej i ekonomiczne, jaką jest Kościół katolicki”. Następnie Małgorzata Büthner –Zawadzka w wywiadzie „Rewolucja jest osobą” rozmawia z pisarką, kuturoznawczynią, aktywistką społeczną Sylwią Chutnik, uczestniczką kobiecych protestów.
Agata Diduszko-Zyglewska, radna i działaczka społeczna w wywiadzie „Kościół zrobił o jeden krok za daleko” opowiada z kolei Małgorzacie Büthner-Zawadzkiej o swojej walce o świeckie państwo, z pedofilią księży, z narzucaniem społeczeństwu religijnych zasad.
„Żaden granatowy przebieraniec mnie nie zdołuje” stwierdza w kolejnym wywiadzie Katarzyna Augustynek–Babcia Kasia, uliczna opozycjonistka, od kilku lat uczestnicząca w protestach, dotyczących przestrzegania praw obywatelskich.
Gleb Barton aktywista znany jako Jednorożec, mieszkający od kilku lat w Polsce, opowiada o swoim zaangażowaniu w antyrządowe protesty, postrzeganiu Polaków, niezgodzie na niesprawiedliwość, zaś Linus Lewandowski, aktywista LGBTQ+, homogenerał, twórca Homokomanda zdradza okoliczności w jakich powstała ta inicjatywa, mająca na celu nie tylko „bycie w miejscach konfliktowych, uspokajanie ludzi”, ale także np. blokowanie radiowozów, czy odbijanie osób, które w trakcie demonstracji policja chciała zatrzymać.
W wywiadzie „Tłum może być potężną bronią” Dorota Malinowska, wydawczyni, aktywistka społeczna, generałka Homokomanda, opowiada o swoim udziale w tej inicjatywie, doświadczeniach związanych z udziałem w protestach ulicznych, wspieraniu osób, które jak np. Ewa Podleśna stawały przed sądem za obrazę uczuć religijnych. Rozmowa redakcji „Bez dogmatu” z Agnieszką, Anią i Ewą, dziewczynami, które utknęły w policyjnym kotle w dniu 28 listopada 2020. po marszu Strajku Kobiet ukazuje z jednej strony opresyjną funkcję państwa wymierzoną w pokojowo protestujących w rocznicę uzyskania praw wyborczych przez kobiety, z drugie niechętne wręcz wrogie postawy tzw. „zwykłych mieszkańców” wobec demonstrujących.
Hesia, 17-letnia córka jednej z liderek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Klementyny Suchanow, opowiedziała o okolicznościach zatrzymania w dniu 9 grudnia 2020 roku, brutalności interweniujących policjantów i swojej motywacji, aby nadal w protestach ulicznych uczestniczyć.
We „Wpisie z pamiętnika raczkującej rewolucjonistki” Zuzanna Geremek wspomina protest, jaki odbył się w dniu 20 października 2020 roku w Warszawie, zachowanie policji i brutalność kiboli, atakujących pokojowo protestujących, dojmujące uczucie strachu, że „stanie się jej krzywda, i strach, że nie było warto”.
Walce o prawa reprodukcyjne są poświęcone artykuły „Wspólna walka. Protesty w dniach 26-31 października 2020”, autorstwa K.K., doktoranta, „I jeszcze raz o aborcji…” autorstwa Michała Kozłowskiego. Anna Tatar w artykule „Skrajna prawica wobec Strajku Kobiet w Warszawie” analizuje nie tylko przebieg protestów, ale także postawy dziennikarzy czy prawicowych działaczy. Zuzanna Szor podkreśla rolę działalności lokalnej, w artykule o tym samym tytule, w walce o prawo do aborcji czy małżeństw jednopłciowych.
Józef Domagała w artykule „Jakiej suwerenności potrzebuje Polska?” analizuje sytuację naszego kraju na przestrzeni wieków i obecną, zwracając szczególną uwagę na członkowstwo Polski w strukturach Unii Europejskiej.
Obszerny wywiad z Jeanem-François Bayartem politologiem, afrykanistą, jaki przeprowadził Michał Kozłowski „O Macronie, laickości, kolonializmie i globalizacji”, zawiera interesującą analizę sytuacji w jakiej obecnie znajduje się nie tylko Francja, ale także Europa.
Wracam raz jeszcze do kończącego swój byt kwartalnika.
Redakcja żegna się z czytelnikami podziękowaniem za blisko trzy dekady wspólnej walki o „legalną aborcję i świeckie państwo”.
Niestety, brutalna rzeczywistość w Polsce pokazuje nam każdego dnia, że walka ta nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Czy to znaczy jednak, że jesteśmy w punkcie wyjścia?
Miejmy nadzieję, że nie, bo ujawniona w protestach kobiet nowa świadomość społeczna może okazać się zarzewiem procesów, które otworzą drogę sekwencji zdarzeń dziś może zupełnie jeszcze nieprzewidywalnych.
Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu.

10 najlepszych polskich filmów dekady

Poprzednia dekada była jedną z lepszych w historii polskiej kinematografii. Świadczą o tym nie tylko wysokojakościowe produkcje, kooperacje z twórcami zagranicznymi, ale także zdobywane nagrody na europejskich i światowych festiwalach. Gorące przyjęcie jednej z polskich produkcji na Berlinale to powoli standard, Oscar dla polskiego filmu czy reżysera przestał być czymś nieosiągalnym. I ja pokusiłem się zatem o stworzenie listy dziesięciu najlepszych polskich produkcji filmowych ostatnich dziesięciu lat.

Spisując swój TOP 10, postawiłem na filmy pełnometrażowe i fabularne, aczkolwiek na liście znalazł się również jeden film dokumentalizowany, który znalazł w moim sercu szczególne miejsce. I jeszcze gwoli wyjaśnienia: nie wszedł do dziesiątki żaden z głośnych filmów Jana Komasy, mimo że stworzył ich on w ostatnim dziesięcioleciu aż cztery. Nie jest to spowodowane jakąś awersją do jego produkcji. Sądzę jednak, że w latach 2011-2020 powstało naprawdę wiele ciekawszych dzieł, o których nie wszyscy mogą pamiętać. Nie ma w zestawieniu żadnego filmu Romana Polańskiego, ale to akurat spowodowane jest faktem, że nagrywa on w innych państwach, niż Polska.
Każdy, poza jednym, film w tym zestawieniu jest do obejrzenia w legalnych źródłach internetowych. Większość z nich nie wymaga wykupienia dodatkowego seansu w ramach VOD i znajduje się na Netfliksie. W przypadku braku jakiegoś filmu na platformie internetowej pozostaje poszukanie go na DVD lub Blu Ray.
Miejsce 10. – Plac Zabaw (2016), reż. Bartosz M. Kowalski
Bardzo mocny fabularny debiut młodego reżysera. Po premierze zebrał mieszane recenzje, a dla części widzów okazywał się zwyczajnie zbyt obciążający: część wychodziła z sali w połowie, reszta tuż przy końcówce. Aby nie zdradzić za wiele szczegółów ze scenariusza, skupię się na przekazie, jaki niesie ten film kręcony w bliskiej mojemu sercu Świdnicy. Kowalski w swoim filmie pokazuje, jak trudny jest los dziecka, który nie może polegać na swoim rodzicu; które samo dla siebie musi stać się rodzicem.
Ascetyczny, blady obraz narastającego gniewu i frustracji został skonstruowany tak, że oglądając Plac Zabaw można poczuć się, jakby uczestniczyło się w pokazie filmu Michaela Haneke. Odważna teza? Będę jej bronić, bo Kowalski to reżyser niezwykle ciekawy. Odważne i radykalne wybory scenariuszowe są tym, co pozwalają kinu się rozwijać i nie stać w miejscu.
Miejsce 9. – Ostatnia rodzina (2016), reż. Jan P. Matuszewski
Rodzina Beksińskich zdecydowanie zasługiwała na film biograficzny poświęcony każdemu z jej członków. Cieszę się, że w 2016 Netflix nie był jeszcze skory do produkowania w naszym kraju seriali, bo pomysł Matuszewskiego doczekałby się pewnie rozwleczonej wersji na kilka odcinku. A tutaj w niewiele ponad dwie godziny reżyserowi udało się oddać klimat tamtych lat i wyciągnąć ze swoich bohaterów wszystko co możliwe.
Najbardziej przed kamerą szalał Dawid Ogrodnik, wcielający się w rolę Tomka Beksińskiego, ale to nic dziwnego (ten aktor tak szaleje zawsze). Na uwagę zasługują w tym filmie wielkie-małe kreacje, takie jak Aleksandry Koniecznej w roli żony i matki dwóch artystów. Ostatnia rodzina nie jest filmem komediowym. Obraz genialnie balansuje na granicy ostentacyjnego szaleństwa i idealnej, pustej ciszy. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów sztuki i idealna odtrutka dla tych, którzy zawiedli się na Powidokach (2016) Andrzeja Wajdy.
Miejsce 8. – Cicha Noc (2017), reż. Piotr Domalewski
Trzeci z rzędu debiut fabularny, trzeci z rzędu film o patologicznej, dysfunkcyjnej rodzinie, o konflikcie ojca z synem i trudnym do przyjęcia na trzeźwo finale. Domalewski osobiście napisał scenariusz i wyreżyserował swój film, więc mamy tutaj do czynienia z autorską wizją w pełnej krasie. Cichej nocy niedaleko jest do osławionego Wesela (2004) w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Jeśli jednak zależy nam na porównaniach, to Cichą noc nazwałbym “polską Sieranevadą” – Domalewski w niektórych miejscach dorównał Cristiemu Puiu, mistrzowi rumuńskiej nowej fali w pokazywaniu cholernie trudnych relacji rodzinnych.
Cicha noc ma kilka słabych stron, takich jak dialogi, które momentami wychodzą bardzo nienaturalnie. No i nie warto jej oglądać przy rodzinnej kolacji, no chyba że w celu przejścia swego rodzaju terapii. Rodzina, jaka by nie była, pełna jest jednostek, które muszą ze sobą koegzystować, mimo, że tylko część z nich wyraziła na tę relację pisemną lub nieformalną zgodę.
Miejsce 7. – Wołyń (2016), reż Wojciech Smarzowski
Wołyń Smarzowskiego pierwszy raz widziałem podczas klasowego wyjścia do kina, bodajże w drugiej klasie gimnazjum. Wywarł na mnie bardzo duże wrażenie. To, co udało się stworzyć reżyserowi w tym filmie momentami zakrawa o majstersztyk. Dziś, mając już nieco więcej wiedzy filmowej i będąc po drugim seansie tego dzieła jestem przekonany, że Wołyń znajdzie się za jakiś czas w poczecie najlepszych polskich filmów wojennych.
Niektóre sceny pokazywane nam przez Smarzowskiego mogą być dla wielu niemożliwe do przyjęcia. Kto jednak przetrwał Idź i patrz (1985) albo Underground (1995), ten, sądzę, będzie w stanie zanurzyć się całkowicie w seansie Wołynia. Autor tego filmu zrobił naprawdę świetną robotę, przecinając supeł, jaki zawiązały środowiska nacjonalistyczne wokół prawdy o Wołyniu. Pokazał, że ani świat, ani pamięć po masakrze nie jest czarno-biała. I zarówno Ukraińcy, jak i Polacy mają swoje za kołnierzem.
Miejsce 6. – Body/Ciało (2015), reż. Małgorzata Szumowska
Z filmami Małgorzaty Szumowskiej zazwyczaj jest tak, że albo zapowiadają się na wielkie kino, a później wychodzą okropnie albo na odwrót – pozornie nudna i opowiedziana tysiąc razy opowieść staje się małym arcydziełem. I tak właśnie jest w przypadku tego, nagrodzonego na festiwalu Berlinale Srebrnym Niedźwiedziem obrazu. Produkcja Szumowskiej opowiada o młodej dziewczynie przegrywającej walkę z zaburzeniami odżywienia, jej ojcu – znudzonym życiem policjancie-wdowcu oraz terapeutce, która ma pomóc Oldze wyjść z anoreksji.
Stanowczo odradzam ten film osobom, które mają jakieś zaburzenia odżywiania i trudno radzą sobie ze słuchaniem na ich temat. Wszystkim innym jednak film serdecznie polecam. Szumowska zawarła w nim wzruszający portret relacji córki z ojcem. Choć przez cały seans trudno nawet na chwilę się uśmiechnąć, to dajcie sobie czas. Zakończenie filmu było potężną ulgą oraz plastrem na zszargane przez scenariusz serce.
Miejsce 5. – Ida (2013), reż. Paweł Pawlikowski
Jedyny polski obraz, który kiedykolwiek zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Film, który podzielił Polaków, ale ustawiając linie podziału na zupełnie innej płaszczyźnie, niż dotychczas. Pawlikowskiemu zarzucano zbytnie upolitycznienie filmu, przekazywanie lewicowej narracji, bicie w polskie narodowe świętości, w tym w Kościół, a do tego uderzenie w kapitalizm i bezceremonialne podejście do polskiej historii pełnej porażek.
Ale nie czas teraz na streszczanie prawicowej histerii. Ida jest naprawdę pięknym, minimalistycznym i ascetycznym obrazem pełnym metafor i odniesień. I jeszcze te dwie genialne kreacje – Agaty Kuleszy wcielającej się w łódzką prokuraturę Wandę Gruz i Agaty Trzebuchowskiej, która odtwarzając rolę tytułowej bohaterki wygląda, jakby uciekła z planu zdjęciowego do Matki Joanny od Aniołów (1961).
Miejsce 4. – Monument (2018), reż Jagoda Szelc
Monument jest drugim po filmie Wieża. Jasny dzień pełnometrażowym filmem wrocławskiej reżyserki. I choć ten pierwszy jest znacznie bardziej przystępny, to poziom surrealizmu, do jakiego posunęła się Szelc w Monumencie nie pozwolił mi go tutaj nie umieścić. Historię grupy kelnerów można interpretować na wiele sposób. U części widzów obudzą się zapewne skojarzenia z klasykami polskiego kina, na czele z filmem Janusza Majewskiego Zaklęte rewiry (1975).
Mimo wszystko sugeruję oddać się Jagodzie Szelc, zaznać fenomenologicznego epoché i wyrwać się z tego transu dopiero na napisach końcowych. Monument jest filmem szalonym i każdy odbierze go inaczej. Tak jak w teorii Tomasza Raczka – choć oglądamy ten sam tytuł, to dla każdego widziany film jest czym innym. Filmografia Jagody Szelc to absolutne must see. Za kilka, kilkanaście lat ta autorka będzie wygrywać nagrody na światowych festiwalach.
Miejsce 3. – Zimna wojna (2018), reż. Paweł Pawlikowski
Choć umieszczanie dwóch filmów jednego reżysera w topkach uważam za nudne, to jednak nikt na to nie zasłużył w minionej dekadzie, jak Paweł Pawlikowski. Przy współpracy z odpowiedzialnym za zdjęcia Łukaszem Żalem odtworzyli losy dwójki zakochanych w znakomity sposób pełen słodyczy i goryczy. Pozwolili widzom całkowicie zanurzyć się w opowiadanej historii. Zaznać całkowitej immersji, gdy Joanna Kulig z zespołem Mazowsze śpiewa “Dwa serduszka, cztery oczy” na tle wielkiego płótna z wizerunkiem Józefa Stalina.
Pawlikowski wydobył ze swoich aktorów wszystko, co się tylko dało. Enigmatyczna rola Tomasza Kota, ponętna, ale jednocześnie silna Joanna Kulig, naprawdę dobry (a to rzadkość) Borys Szyc i świetna Agata Kulesza. Zimną wojnę doceniono zarówno w Polsce, jak i na zachodzie – słusznie, bo to naprawdę rewelacyjny film.
Miejsce 2. – Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham (2016), reż. Paweł Łoziński
Jedyny dokument w całym zestawieniu. Najprawdopodobniej także najkrótszy obraz ze wszystkich – dosłownie nagranie z terapii dwóch osób. Ale nawet nie wiecie jak bardzo mocny jest ten film. Łoziński dokonał wiwisekcji relacji pomiędzy matką, a córką. Zwrócił uwagę na to, co utrudnia nam, ludziom sobie bliskim, normalny kontakt. W roli terapeuty wystąpił najbardziej znany polski psycholog Bogdan de Barbaro. Cały film dzieje się w tylko jednym pomieszczeniu. Zmieniają się wyłącznie ubrania bohaterek, bo terapia, jak to terapia, nie trwa 45 minut, tylko kilka tygodni.
Osobiście nie jestem w stanie odnaleźć w produkcji Łozińskiego remedium na własne konflikty rodzinne. Czytałem jednak mnóstwo wypowiedzi innych, głównie młodych dziewczyn, które obejrzały film i czują, że zmienił ich życie. Dlatego zdecydowałem się umieścić go na tak wysokim, drugim miejscu. Jest to bowiem film inny niż reszta. Polecam do obejrzenia także synom, ojcom, babciom, dziadkom i innym, aby nie powielali błędów, jakie popełniły główne bohaterki.
Miejsce 1. – Córki Dancingu (2015), reż. Agnieszka Smoczyńska
Film Smoczyńskiej zdecydowanie nie jest pierwszym wyborem na podobnych listach, które dotychczas pojawiły się w internecie i prasie i wcale nie dziwię się, dlaczego. Mało która produkcja doczekała się tak koszmarnej reklamy. Marketingowcy skierowali go do starszej publiczności, która zachęcona klimatem posiadówek z lat 70. i 80. ruszyła do kin, by tam zderzyć się z szaloną wizją artystyczną Agnieszki Smoczyńskiej, kinem autorskim i niezależnym w pełnej krasie.
Córki dancingu opowiadają o historii dwóch dziewczyn, które są… syrenami. To nie sequel popularnego serialu młodzieżowego H2O. Wystarczy kropla. Film Smoczyńskiej to poważny traktat o tym, czym jest kobiecość. Czym jest nasza wewnętrzna i zewnętrzna tożsamość. To także rzecz o tolerancji wobec innych i wobec siebie. Dodatkowo, absolutnie pokręcony, jak na standardy polskiego kina, artystyczny performance.
Na szczególne wyróżnienie w tej produkcji zasługują jednak role pierwszoplanowe. To, co swoimi kreacjami aktorskimi zrobiły Marta Mazurek i Michalina Olszańska przeszło moje najśmielsze oczekiwanie. Nie tylko grały wybitnie, ale również śpiewały, bo film przymila się do gatunku kina muzycznego. Dla mnie – najlepszy obraz dekady w moim kraju.

Dwie dwudziestki według Szczepana Sadurskiego

Krótkie i kolorowe, acz subiektywne, podsumowanie mijającego, nader dziwnego, 2020 roku. Roku maseczek, kopertowych wyborów tu i ówdzie, łamiącej ręce policji oraz Ziobry.

Mijający rok w Polsce warto w miarę sensownie i na trzeźwo podsumować. Nie umie zrobić tego Morawicki, to podsumuje za niego podrzędny sowizdrzał Sadurski. Skoro nie będzie szopki, padł pomysł, żeby wybrać najlepsze rysunki drukowane w Trybunie, po jednym z każdego miesiąca. Mógłby wybrać red. nacz. Gadzinowski. Pewnie wybrałby lepsze, ale jak zwykle jest bardzo zajęty albo mu się nie chciało.
Jak wybrać 12 najlepszych rysunków, z ćwierci tysiąca wydrukowanych w (prawdopodobnie) najgorszym roku mijającego tysiąclecia? Z tych które ukazały się w mojej autorskiej rubryce na stronie 2, na mniej więcej 60-ciu na okładkach, plus ilustracje do tekstów? Wybór arcy subiektywny, ale może kilka osób się uśmiechnie i powspomina jaki to był dziwny (i ciekawy) rok. Przy okazji wspominania mijającego roku, nasunął mi się pomysł na ten tekst.
Ile razy w ostatnich latach na scenie politycznej działo się coś ciekawego, nikt nie chciał pokazywać moich rysunków. Jak było nudno – akurat wtedy chcieli. Wreszcie się udało: dzieje się dużo, że tylko satyrycznie komentować. Los chciał, że trafiłem do Trybuny. A ponieważ Covid na spółkę z Morawieckim i PiS-em zamrozili wszystko co się nad Wisłą rusza, włącznie z karykaturzystami rysującymi na eventach, miałem wystarczająco dużo czasu, aby na bieżąco to wszystko komentować.
Może niektórzy czytelnicy sądzą, że zostałem nadwornym karykaturzystą prezydenta (powinien mi płacić, że go wciąż rysuję) albo czerpię z ukrytego funduszu PiS, rządu lub jakiejś spółki skarbu państwa, bo rządzących też na okrągło w Trybunie uwieczniam. Zresztą wystarczy przejrzeć zestaw rysunków umieszczonych obok. Zwyciężyli ex aequo Morawiecki i Kaczyński (sorry, powinienem zmienić kolejność, ale nie jestem Kurskim ani Karnowskimi). Trafili na obrazki po pięć razy. Na podium załapał się też Duda, podobno prezydent. Reszta daleko w tyle, bo sobie widocznie nie zasłużyli. Miękiszon raz się załapał, przechodząc tym samym wbrew sobie i dzięki Sadurskiemu do historii prasy lewicowej.
Mijający rok, to straty nie tylko restauratorów, hotelarzy, sklepikarzy, branży turystycznej, transportowej i wielu innych branż. Także karykaturzystów i satyryków. Tych jest o wiele mniej niż choćby kominiarzy, więc nie ma szans, żeby protestować, bo i tak władza ich nie wysłucha. Nie mówiąc o tym, że satyryków potraktuje poważnie. 95% strat rok do roku, to wg. (podobno) obiektywnego algorytmu za mało, żeby dostać jakiekolwiek rządowe / unijne wsparcie. Dlatego w 2020 r. z najlepiej zarabiającego karykaturzysty zostałem najczęściej publikowanym karykaturzystą w Polsce, dzięki Trybunie. Zawsze to coś i wnukom można będzie opowiadać. A jeśli jakimś cudem lewica znów dojdzie do władzy, mam prośbę o jakieś konkretne stanowisko, niekoniecznie premiera czy ministra.
Na końcu życzę sam sobie (a przy okazji osobom, które to czytają), żeby w przyszłym roku było mniej tematów do skomentowania. Żeby była mądra władza, co słucha lud. Która przestrzega konstytucji i nie śmieje się z prawa. Przestrzega wyroków sądowych wydanych zgodnie z prawem Polski i Unii Europejskiej, zamiast karać sędziów za uczciwą pracę. Żeby władza nie wmawiała nam, że 500 zł to mnóstwo pieniędzy i dzięki temu rodzi się więcej Polaków, którzy będą kiedyś łożyć na nasze emerytury. Żeby było mniej podatków i opłat, skoro jest tak wspaniale, tak dużo pieniędzy w budżecie i złota w banku centralnym, że nie potrzeba nam już pieniędzy z UE. Żeby Polak znów mógł rozmawiać z Polakiem, a ksiądz pedofil z ofiarą swojej chuci. Żeby polscy policjanci nie łamali kobietom rąk, nie bili je pałami i nie urządzali ulicznych łapanek. Żeby znów zajmowali się ściganiem złodziei, a nie byli żoliborskimi ochroniarzami. Żeby TVP bez wstrętu znów chcieli oglądać wszyscy Polacy, nawet ci chorzy na raka. Żeby lekarze i nauczyciele zarabiali godnie, a ich praca była doceniana. Żeby raz na zawsze skończyć z wykopywaniem ofiar pewnej katastrofy lotniczej. Żeby rozliczyć tych, co przekręcili ciężko zarobione pieniądze kilku ostatnich pokoleń Polaków.
Wiem, takie życzenia możemy sobie teraz między bajki z krasnoludkami włożyć. Dlatego nie ma szans na to, żeby satyrykom zabrakło weny w nadchodzącym roku. I nie ma szans, żeby Trybuna nie miała ochoty drukować celnych rysunków piętnujących głupotę władzy i artykułów takich, jak drukuje obecnie. Przynajmniej aż do czasu, gdy Obajtek na kosmiczne pieniądze jej nie kupi. Bo wtedy połowa Polaków będzie musiała na dobre ze swego kochanego kraju wypier****ć. Razem z niżej podpisanym.

Podsumowanie roku 2019 w teatrze telewizji

O teatr w Teatrze Telewizji. Głos wołającego na ulicy Woronicza.

Chciałbym, aby tytułowa fraza zabrzmiała cokolwiek tak, jak parafraza znanych tytułów – komedii filmowej „Gdzie jest generał?” Tadeusza Chmielewskiego i słynnego przed dziesięcioleciami przeboju piosenkarskiego „Gdzie ci mężczyźni?” w wykonaniu Danuty Rinn.
W tym pierwszym „generał” niby był, a jakby go nie było. W piosence mężczyzn było niby pod dostatkiem, a też jakby ich nie było, o czym świadczyło rozpaczliwe wołanie artystki.
Pod koniec czerwca, powodowany zadawnionym nawykiem kronikarskim starego widza i fana Teatru Telewizji, z metryką sięgającą 1965 roku, planowałem dokonać podsumowania pierwszego półrocza 2019 na telewizyjnej scenie, ale zrezygnowałem, bo mi ręce opadły.
Nie dlatego, że spektakle na telewizyjnej scenie są źle zrealizowane czy źle zagrane. Spora część z nich jest warsztatowo, realizacyjnie na niezłym poziomie, a kilka przedstawień można uznać za bardzo pod tym względem dobre, a nawet bardzo dobre.
Jednak nie w jakości profesjonalnej jest problem, tym bardziej, że współczesne techniki produkcji widowisk telewizyjnych bardzo ułatwiają pracę twórcom i ogólny poziom generalnie się podwyższył w stosunku do czasów siermiężnej technologii. Problem jest gdzie indziej.
W Teatrze Telewizji nadal króluje nie teatr, ale publicystyka i widowiska historyczne, konstruowane z ujednoliconej pozycji ideowo-światopoglądowej, którą – umownie – można nazwać prawicowo-nacjonalistyczną. Ta publicystyka bywa czasem nawet nieźle zrealizowana, ale jednak pozostaje tylko publicystyką, a ta, niejako z definicji, nie tylko nie jest teatrem, lecz jego przeciwieństwem.
Jeśli nawet nie jest to publicystyka w stanie czystym, to są te przedstawienia o tematyce historycznej, publicystyką mocno zabarwione. Do tej oferty doszło, zwyczajowo, jak każdego roku, kilka powtórek.
Zróbmy pobieżny, niekompletny, bo nie mam ochoty być szczególnie skrupulatnym rejestratorem przedstawień, przegląd tego, z czym mieliśmy jako widzowie do czynienia w kończącym się roku (w końcu zebrałem się w sobie, by jednak dopełnić tego niespecjalnie fascynującego zadania, wynikającego z wewnętrznego poczucia obowiązku, a może raczej powodowany pedanterią). Oto niektóre przedstawienia.
Polityka historyczna i publicystyka rządzi
„Listy z tamtego świata” Anny Wieczurr-Bluszcz, oparte na prozie wspomnieniowej Kornela Makuszyńskiego, dotykającej świata ziemiaństwa, jego rzeczywistości materialnej i duchowej. „Ekspedycja” Wojciecha Adamczyka według sztuki Rosjanina Wiktora Szenderowicza, to z kolei publicystyka reportażowa z zacięciem satyrycznym, osnuta wokół działalności humanitarnej ONZ. „Cena” Jerzego Zelnika według Waldemara Łysiaka, to moralitet z tłem biblijnym, z akcją usytuowaną podczas niemieckiej okupacji.
Z kolei „Wiktoria” Ewy Pytki według sztuki Joanny Murray-Smith, to banalna „obyczajówka” wokół rozrachunków małżeńskich.
„Paradis” Andrzeja Strzeleckiego, to retrospekcja historyczna nie bez sentymentu sięgająca do czasu schyłku II Rzeczypospolitej, połączenie wątku kryminalnego z ewokacją przeczuć katastrofy Polski, towarzyszących aurze „balu na Titanicu”, w scenerii lokalu rozrywkowego nawiązującego do tradycji przedwojennej warszawskiej „Adrii”. „Znaki” Artura Tyszkiewicza powstały według opartej na wydumanym koncepcie sztuki Jarosława Jakubowskiego.
„Wieczernik” Krzysztofa Tchórzewskiego, według religijnego poematu dramatycznego Ernesta Brylla, nawiązuje oczywiście do motywu Zmartwychwstania. „Komedia romantyczna” Marka Bukowskiego, to fantazyjna opowieść nawiązująca do motywów biografii Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. „Imperium” Roberta Talarczyka według sztuki Wojciecha Tomczyka, to powrót do najbardziej tendencyjnej publicystyki historycznej w duchu apologii II Rzeczypospolitej.
„Oskar dla Emily” Jacka Kaduczaka według tekstu Alexa Alexy’ego, to druga w tym roku banalna konfekcja o tematyce małżeńskiej, kwalifikująca się raczej do obyczajowego serialu, a nie do Teatru Telewizji. „Inny świat” Igora Gorzkowskiego według Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, to znów widowisko historyczne podejmujące temat, którego nie trzeba tu objaśniać, o wymowie humanistycznej, ale też żadną miarą nie teatr.
„Dzień gniewu” Jacka Raginisa-Królikiewicza według sztuki Romana Brandstaettera dotyka problematyki Holocaustu. „Fantazja polska”, to telewizyjna realizacja przedstawienia teatralnego osnuta wokół działalności Ignacego Jana Paderewskiego u progu odzyskania niepodległości przez Polskę czyli publicystyka historyczna. „Ostatnia bitwa” Mariusza Malca według tekstu Piotra Derewendy, to z kolei publicystyka historyczna osadzona akcją u schyłku PRL.
Nie zamierzam ryczałtowo deprecjonować tych przedstawień. Część z ich, jako się rzekło, została zrealizowana na przyzwoitym poziomie warsztatowym.
Niektóre spektakle spektakli zrealizowali uznani twórcy jak Maciej Wojtyszko, Wojciech Adamczyk czy Wawrzyniec Kostrzewski. Pojawili się cenieni autorzy jak Roman Brandstaetter czy Ernest Bryll i kilka ważnych, historycznych nazwisk oraz postaci. Pojawiło się też kilka nowych, obiecujących nazwisk reżyserskich, pokaźne grono aktorów stworzyło ciekawe kreacje, a przesłanie części tych przedstawień jest interesujące czy szlachetne.
Tylko gdzie w tym wszystkim teatr, sztuka, której podstawą jest tekst o konstrukcji dramatycznej, z konfliktem racji, a jego esencją jest odczytywanie sensów przez inscenizatora?
W prawdziwym, rudymentarnym teatrze, z definicji, nic nie jest rozstrzygnięte przed ostatecznym „opadnięciem kurtyny”, a czasem i po jej „opadnięciu” . Nawet, wbrew obiegowemu powiedzeniu, strzelba ze ściany nie musi być użyta.
To teatralna „klasyczna definicja prawdy”. Tam gdzie racje moralne i wszelkie inne są z góry rozdane przez historię i autora tekstu czy spektaklu, lub gdy sporu racji w przedstawieniu nie ma – także dramatu, a zatem teatru nie ma. Definicji teatru tak pojętego nie wypełnia żadne z wymienionych przedstawień.
Klasyka – na lekarstwo i na odczepne
Poza tym, teatr to jednak przede wszystkim realizacje klasyki dramatu. Dzieje inscenizacji wielkiej dramaturgii, od tragików antycznych poprzez Szekspira i Moliera po dramat współczesny, ich kolejne, czasem sprzeczne lub polemiczne odczytania uwzględniające doświadczenia kolejnych epok, przemiany warunków ludzkiego bytowania, zmiany kulturowe, obyczajowe i psychologiczne (klasyczne już nowe „odczytywania” szekspirowskiego „Hamleta” w kolejnych epokach i pod różnymi kątami), to „créme de créme” sztuki teatru, to jej najbardziej pasjonujący aspekt.
A co dostaliśmy od Teatru Telewizji z klasyki właśnie w minionym roku? „Chorego z urojenia” Moliera, „Aszantkę” Włodzimierza Perzyńskiego w reż. Jarosława Tumidajskiego, „Żabusię” Gabrieli Zapolskiej w reż. Anny Wieczurr-Bluszcz i niby współczesną, a klasyczną już „Czapę, czyli śmierć na raty” Janusza Krasińskiego w reżyserii Zbigniewa Lesienia.
Klasyka najwyższego kalibru
Cóż, „Chory z urojenia” to wielka klasyka, ale intelektualnie lżejszego kalibru, raczej ku uciesze niż namysłowi widza. „Aszantka” i „Żabusia”, to klasyka ze średniej półki polskiej, bez większej dziś siły rezonansu myślowego, realizowana raczej ku rozrywce niż namysłowi.
Z klasyki kalibru najwyższego otrzymaliśmy trzy interesujące artystycznie realizacje – „Wesela” Wyspiańskiego w reżyserii bardzo utalentowanego Wawrzyńca Kostrzewskiego, „Hamleta” w reżyserii Michała Kotańskiego oraz „W małym dworku” Witkacego w reżyserii niezawodnego w swoim zawodowstwie Jana Englerta.
Nie będę ich tu oceniał, bo nie one są przedmiotem niniejszego tekstu. Te trzy premiery były, w tych trzech przypadkach wywiązaniem się przez TVP z obowiązku misji kulturotwórczej, polegającej m.in. na przybliżaniu masowej widowni najcenniejszych zjawisk kultury. Jednak gołym okiem widać klucz według którego działa kierownictwo Teatru Telewizji.
Oto nie ma lepszego sposobu na wytrącenie argumentów z ręki krytykom, niż wypłacenie im zwyczajowego trybutu, czegoś „na odczepne”. Wielkiej klasyki światowej wam się zachciało? Macie więc dramat dramatów, „pik” (jak mawia prezes TVP Jacek Kurski) dramaturgii światowej, sam wielki „Hamlet” osobiście.
Marudzicie o wielką klasykę polską? Macie tu jeden arcydramatów narodowych, „Wesele”. Upominacie o klasykę dramatu XX wiecznego i o zaspokojenie szczypty „snobizmu”? To macie Witkacego, nie „Gyubala Wahazara”, „Jana Macieja Karola Wścieklicę” czy „Mątwę” co prawda, lecz nieco mniej ważkie, acz wybitne „W małym dworku”. To co uderza jednak uderza, gdy się wspomina listę przedstawień w 2019 roku, to jej totalny prowincjonalizm.
Poza zainteresowaniem kierownictwa Teatru Telewizji (nie pierwszy zresztą raz) znalazła się cała wielka tradycja dramaturgii europejskiej i światowej. Nie można wszystkiego „opędzić”, zwekslować jedną inscenizacją „Hamleta” i „Chorym z urojenia” Moliera. Nie było bowiem ani jednej realizacji dramatu antycznego (Ajschylos, Eurypides, Sofokles, komediopisarz Arystofanes), poza Szekspirem nie zainteresowano się żadnym dramatopisarzem z epoki renesansu, jak choćby Christopher Marlowe czy Calderon de la Barca. Nie było ani jednej realizacji z kręgu francuskiego klasycyzmu (Racine, Corneille).
Głęboki prowincjonalizm myślowy
Nie było ani jednej realizacji z kręgu dramaturgii XVIII wieku (Beaumarchais czy Marivaux). Nie zechciało kierownictwo Teatru Telewizji zajrzeć do słowników dramaturgii europejskiej i światowej XIX i XX wieku, by przypomnieć sobie nazwiska romantyków francuskich, Hugo czy de Musseta, wielkich naturalistów ze Skandynawii – Strindberga czy Ibsena, kogoś z wielkich Rosjan XIX wieku, choćby Czechowa, także psychologiczny dramat Pirandella, czy symboliczny Maeterlincka, a także dużo późniejszych twórców teatru absurdu, Becketta, Ghelderode’a czy Ionesco (a przecież choćby „Końcówka” tego pierwszego, czy „Nosorożec” tego ostatniego, to utwory, które nabrały w naszym czasie, ponownej, bardzo niepokojącej aktualności), francuskiego egzystencjalizmu Geneta, Sartre’a, amerykańskich naturalistów (Williamsa, Wildera czy O’Neilla). Bez wątpienia można.
Dowodem na głęboki prowincjonalizm myślowy kierownictwa Teatru Telewizji jest także brak realizacji współczesnych polskich klasyków, jak Gombrowicz, Mrożek czy Różewicz.
To tylko garść pierwszych z brzegu wielkich nazwisk z wysokiej półki, nie ma sensu ich tu mnożyć, bo nie piszę leksykonu dramaturgii. A przecież można by także wymienić całkiem sporą listę współczesnych autorów dramatycznych, polskich i obcych, z dwóch-trzech kolejnych pokoleń.
Wybitny znawca teatru, krytyk i prezes polskiej sekcji prestiżowego Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej, redaktor Tomasz Miłkowski jest tu ode mnie nieporównywalnie bardziej kompetentny.
Tymczasem w uważanej za odciętą od świata PRL Teatr Telewizji był w swoim repertuarze europejski i światowy w stopniu, o jakim dziś możemy tylko pomarzyć. Przy czym nie chodzi tu o jakieś ożywianie „staroci” czy dramaturgicznych archiwaliów. Jak pisał jeden z najwybitniejszych krytyków teatralnych XX wieku Konstanty Puzyna, teatr żywy to taki, który „uznaje jedynie czas teraźniejszy”.
Jednostronnie zideologizowana wymowa
A o czasie teraźniejszym można mówić zarówno przez klasykę dawną i najdawniejszą, przez klasykę współczesną, jak i przez dramat tworzony współcześnie. Jak we wstępie do tomu jego tekstów („Czasem coś żywego”) napisała Joanna Krakowska, podstawowym, najważniejszym dla Puzyny kryterium dla teatru był „nie profesjonalizm, estetyczna jakość czy nowatorstwo, lecz współbrzmienie z tym, co do teatru przyniesione zostało z zewnątrz”.
Zamiast tego wszystkiego kierownictwo Teatru Telewizji poza konfekcją obyczajowo-komediową, serwuje nam głównie parateatralne widowiska historyczne o jednostronnie zideologizowanej wymowie.
Rozumiem, że „polityka historyczna”, czyli indoktrynacja ideologiczna widzów, to oczko w głowie TVP i jej prezesa, w ścisłej zgodzie z dyspozycjami z centrali przy Nowogrodzkiej.
Proponuję im więc grać w otwarte karty: stworzyć w Jedynce lub Dwójce stosowny cykl pod nazwą „Polityka historyczna PiS w obrazach” i tam serwować „historyczne” widowiska. Teatr Telewizji natomiast niech zostawią w spokoju i pozwolą przywrócić przypisaną mu już u jego źródeł w połowie lat pięćdziesiątych rolę instytucji upowszechniającej wiedzę i kulturę teatralną.
Wprost podsuwam konkretny pomysł. Jeśli władze TVP chcą okazać dobrą wolę i udowodnić, że na serio traktują publiczny charakter tej telewizji, to niech „odstąpią” Teatr Telewizji twórcom sympatyzującym z opozycją i pozwolą im autonomiczne kształtowanie tej sceny.
Byłby to test na szczerość deklaracji prezesa Kurskiego, że TVP to publiczna, ogólnospołeczna, a nie tylko partyjna, pisowska telewizja.
Nie mam złudzeń, co do skutków tego głosu wołającego na ulicy Woronicza 17, ale wołać trzeba.

Idziemy do przodu

Kończący się 2019 rok był dla lewicy rokiem udanym. Udało nam się dokonać tego, czego nie dokonała żadna partia polityczna w Polsce po 1989 roku. SLD wrócił do Sejmu, po tym jak w 2015 roku został – z woli wyborców – z Sejmu wypchnięty. Pamiętajmy jednak, że inne SLD z Sejmu się wyprowadzało, a inne do niego wracało.

Nie chodzi nawet to, że lewica szła do wyborów w formule szerokiego porozumienia i realnego wyborczego zjednoczenia. W 2019 roku nie było żadnej konkurencyjnej listy na lewicy. Istotniejsze jest to, że lewica do Sejmu wróciła głosami znacznie szerszej grupy wyborców, niż do tej pory. Nie chodzi o liczby bezwzględne, chociaż 2,3 mln głosów to wynik najlepszy od 2001 roku. Chodzi o nową strukturę elektoratu. Na listę SLD zagłosował tradycyjny elektorat Sojuszu, który był z nami na dobre i na złe przez lata. I za to poparcie chciałbym tu podziękować. Ale lewica zyskała poparcie Ponad miliona nowych wyborców wywodzących się spoza naszego tradycyjnego elektoratu. Osób aktywnych w ruchach społecznych, w tym: ruchach miejskich, ruchach kobiecych, ruchach na rzecz praw osób LGBT, ruchach na rzecz świeckiego państwa. Oczywiście Sojusz zawsze miał w tych środowiskach przyczółki. Teraz jednak zamieniły się one w falę masowego poparcia, która wyniosła nas do Sejmu. Za te głosy też dziękujemy i je szanujemy.

Szersza baza, szersza nadbudowa

Ale przede wszystkim wyciągamy wnioski. Po marksowsku, nadbudowa musi nadążać za bazą. Jeśli zmieniła, poszerzyła się, nasza baza wyborcza to potrzebujemy nowej nadbudowy, nowej formuły organizacyjnej, aby poparcie naszego nowego szerokiego elektoratu utrzymać. Do wyborów poszliśmy jako Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wyciągnęliśmy wnioski, nie szarżowaliśmy na 8-procentowy próg wyborczy, o który potknęliśmy się w 2015 roku. Ale nasze listy wyborcze były porozumieniem trzech partii, trzech środowisk i trzech pokoleń lewicy. Ta formuła przyniosła nam sukces, dlatego postanowiliśmy iść za ciosem.

Transformacja – ma się czego bać

Zdecydowaliśmy się na transformację naszej partii. Nie rozwiązanie! Transformację! Nie pierwszą w historii naszego środowiska. PZPR umożliwiła narodziny SdRP, Socjaldemokracja przekształciła się w SLD, teraz czas na przekształcenie SLD w Nową Lewicę. Większość z Czytelniczek i Czytelników „Trybuny” obserwowała wcześniejsze transformacje lub brała w nich udział. Emocje i obawy na początku zawsze były spore. Ale każdy lęk był oswajany, a po kilku miesiącach stawaliśmy się jedną ekipą.
O transformacji SLD zdecydowała konwencja. Dyskusja była momentami emocjonalna, przeważały jednak głosy merytoryczne. Obawy wielu osób na sali rozwiał poseł Marek Dyduch, który jest uosobieniem prawdziwości tezy, że w Nowej Lewicy jest miejsce również dla osób działających w naszej formacji od kilkudziesięciu lat. Nikt nikogo wypraszał nie będzie. Przeciwnie, obowiązuje zasada wszystkie ręce na pokład. Ceniony jest młodzieńczy entuzjazm, ale równie cenione są mądrość życiowa i doświadczenie.

Nie wyprowadzamy sztandaru

Jedna rzecz musi wybrzmieć stanowczo. Nikt nie rozwiązuje SLD. Nikt nie wyprowadza sztandaru. Konwencja SLD zdecydowała o zmianach w statucie partii. 109 głosów za, przy 10 przeciw i 8 wstrzymujących. Zmienia nazwę partii na Nowa Lewica, tak jak SdRP zmieniła nazwę na . Wprowadza zasadę, że partia na szczeble centralnym i wojewódzkim będzie miała dwóch przewodniczących. To rozwiązanie znane w Europie, ostatnio zdecydowali się na nie nasi przyjaciele z Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). Koła partyjne będą funkcjonować bez zmian. Przyjmiemy w nasze szeregi Koleżanki i Kolegów Wiosny, którzy wzbogacą partię o nową frakcję. Nikomu nic nie zostanie zabrane, a formacja zyska nowych ludzi, nową energię i nowe grupy wyborców. Partia Razem zachowa swoją niezależność. Nadal będziemy sojusznikami w ramach klubu parlamentarnego i poprzemy wspólnego kandydata na prezydenta. Kto nim będzie? Decyzja władz partyjnych zostanie podjęta na przełomie roku. Ze swojej strony mogę obiecać, że decyzja wzmocni lewicę.
W sprawie przyszłości partii decydujące znaczenie będzie miała decyzja sądu rejestrowego. Szanujemy wolne sądy. I szanujemy, uzyskaną dzięki ciężkiej pracy wszystkich działaczek i działaczy, subwencję. Dlatego działamy i będziemy działać rozważnie i zgodnie z obowiązującym prawem.

Cztery lata, czyli jak odbiliśmy się od dna

Za nami dobry 2019 rok. Ale za nami też ciężkie cztery lata. Cieniem na nich położyła się kandydatura Magdaleny Ogórek i potknięcie się o 8-procentowy próg dla koalicji wyborczych. Cztery lata temu przejąłem partię poza Sejmem, z milionowymi długami i z klątwą, że nikt kto z Sejmu wypadł do niego nie powrócił. Klątwę udało nam się wspólnie przełamać. Ale zanim to się stało, były miesiące i lata żmudnej pracy organizacyjnej. Oddłużenie partii, scementowanie struktur, utrzymanie relacji z naszymi partnerami społecznymi, w tym związkami zawodowymi, organizacjami zrzeszającymi funkcjonariuszy służb mundurowych, udział w Czarnych Protestach w obronie praw kobiet do decydowania o swojej przyszłości.
Efektem tych działań było 6,7% poparcia w wyborach samorządowych. Wynik, jak na partię znajdująca się poza Sejmem i poza głównym obiegiem medialnym, przyzwoity. Tak też ocenili to nasi partnerzy po stronie demokratycznej opozycji, którzy zaproponowali nam wejście do szerokiej koalicji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Na uczciwych warunkach, uwzględniających naszą podmiotowość. W efekcie uzyskaliśmy 5 mandatów w Parlamencie Europejskim i wielu dalekich od SLD komentatorów oceniało, że jesteśmy drugim obok PiS zwycięzcą tych wyborów. Jeśli do 5 mandatów SLD dodamy 3 mandaty Wiosny to okazuje się, że 8-osobowa drużyna reprezentująca w Brukseli lewicowe wartości to całkiem pokaźny wkład do europejskiej socjaldemokracji.
Co działo się później wszyscy pamiętamy. Męska decyzja o budowie listy łączącej całą lewicę. Dynamiczna kampania wyborcza i powrót do Sejmu. Stworzenie ekipy łączącej trzy pokolenia lewicy, w której są młode twarze, ale w której słucha się też doświadczenia i mądrości życiowej. W Sejmie zasiada 49 reprezentantek i reprezentantów lewicowej części społeczeństwa. W Senacie Państwa wartości reprezentują 2 osoby. Jedną z nich jest Wicemarszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka. Ja z woli Sejmu zostałem wybrany na funkcję Wicemarszałka Sejmu. Ludzie lewicy kierująca trzema bardzo ważnymi Komisjami Sejmowymi. Klub ma plan ustawodawczy na cały rok, który jest gwarancją, że będziemy opozycją stawiającą merytorykę ponad totalność. Sukces osiągnęliśmy wspólnie, wspólną pracą trzech partii. pod
W Klubie panuje dobra atmosfera. Poznajemy się i docieramy. Proces ten odbywa się w atmosferze wzajemnego szacunku. Jestem przekonany, że ta atmosfera zejdzie na dół: do rad wojewódzkich, rad powiatowych i kół. Stworzymy wspólną ekipę, które nie będzie walczyć o przetrwanie, ale o władzę w Polsce. Przed nami długi marsz. Ale perspektywy lewicy od lat nie były tak dobre.

Proszę wszystkie Czytelniczki i Czytelników „Trybuny” o przyjęcie życzeń zdrowych i rodzinnych Świąt. Jednocześnie życzę Państwu wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Za błędy przepraszam. Dziękuję wszystkim osobom zaangażowanym w kampanie wyborcze. Imiennie pozwolę sobie podziękować prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego poparcie symbolizuje ciągłość w rozwoju lewicy. Proszę o zaufanie wobec podejmowanych decyzji. Jednocześnie jestem otwarty na wszystkie głosy z Państwa strony.

Ci, co dokonali niemożliwego

Z okazji podsumowania pierwszego roku pracy funkcjonariuszy Krajowej Administracji Skarbowej,
resort finansów przygotował panegiryk na własną cześć.

 

Minął pierwszy rok funkcjonowania Krajowej Administracji Skarbowej. Z tej okazji na stronie Ministerstwa Finansów pojawiło się podsumowanie jej działalności.
Wynika z niego, że KAS jest połączeniem najlepszych doświadczeń administracji podatkowej, kontroli skarbowej i służby celnej, a jej utworzenie było reakcją na oczekiwania podatników.
Podsumowanie sporządzone przez Ministerstwo Finansów to obszerna, 43-stronicowa prezentacja opisująca liczne dokonania KAS. Rzec można, że jest to list pochwalny, przybliżający pomysł stworzenia i sposób wdrożenia nowej struktury administracji państwowej.

 

Umieją się chwalić

Według tej prezentacji, misją Krajowej Administracji Skarbowej jest „zapewnienie stabilnych, efektywnych i zrównoważonych finansów publicznych oraz wysokiej jakości świadczonych usług”.
Dalej czytamy o wizji, jaka przyświeca KAS – „nowoczesna, skuteczna w egzekwowaniu podatków oraz ciesząca się zaufaniem społecznym organizacja, wspierająca uczciwych podatników i przedsiębiorców, zwalczająca oszustwa podatkowe i celne oraz chroniąca rynek i społeczeństwo”.
Zdaniem Ministra Finansów, KAS już w pierwszym roku „dokonała wręcz niemożliwego” – uszczelniła system podatkowy i zmniejszyła liczbę kontroli podatkowych dzięki zwiększeniu ich efektywności. Najważniejszym osiągnięciem jest jednak to, że KAS przyczyniła się do zdecydowanego wzrostu wpływów do budżetu państwa.
Tu pojawia się pytanie: czy ten wzrost wpływów do budżetu rzeczywiście został spowodowany efektywnym, realnym i zgodnym z obowiązującymi przepisami działaniem organów KAS?
W podsumowaniu czytamy: „Przedsiębiorcy mają prawo oczekiwać, że państwo stworzy im dobre warunki do prowadzenia legalnej działalności – i KAS realizuje to uprawnienie. Oprócz skutecznej walki z przestępczością gospodarczą i oszustwami podatkowymi naszym priorytetem jest ochrona legalnego biznesu i wsparcie uczciwych podatników”. Tymczasem, jak pokazuje doświadczenie, już przy założeniu działalności gospodarczej i wniosku o wpis na listę czynnych podatników VAT, zaczynają się schody. Pracownik urzędu skarbowego podejmuje bowiem czynności sprawdzające.
Teoretycznie taka procedura może pozwolić na wykrycie oszustwa już na samym początku. Jednak nie każdą osobę, która chce zostać przedsiębiorcą, powinno się traktować jak oszusta.
W Polsce procedura sprawdzania wygląda zaś tak, że pracownik urzędu skarbowego nie tylko dzwoni do danej osoby i wypytuje o każdy najmniejszy szczegół dotyczący przyszłej działalności, ale też może złożyć wizytę w miejscu zarejestrowania siedziby – i to bez uprzedzenia. Stawiane są liczne pytania. Czy aby na pewno dana osoba ma zamiar w tym miejscu prowadzić działalność? Czy właśnie tu będzie przyjmowała klientów? Czy rzeczywiście będzie wykonywała taką, a nie inną działalność?
Pytania są z pozoru nieszkodliwe. Uzasadniona jest jednak obawa o to, czy na podstawie odpowiedzi urzędnik nie zmusi nas do zmiany naszych zamiarów dotyczących takiej działalności.

 

Cel – łapać jak najczęściej

Wspomniane w podsumowaniu „dobre warunki dla prowadzenia legalnej działalności” z pewnością nie obejmują możliwości wykreślenia podmiotu z listy podatników czynnych VAT bez jakiegokolwiek powiadomienia – co może nastąpić. Część przedsiębiorców, w obawie przed tym, że zostaną wykreśleni, co jakiś czas nerwowo więc sprawdza, czy aby na pewno widnieją jeszcze w systemie. Jest to niepotrzebny stres.
Resort finansów chwali się zmniejszeniem liczby wszczętych kontroli podatkowych i jednoczesnym zwiększeniem ich efektywności. W podsumowaniu czytamy, że: „w 2017 r. efektywność kontroli podatkowych, liczona stosunkiem liczby kontroli zakończonych do liczby kontroli w których stwierdzono nieprawidłowości, wyniosła 86 proc. i była większa niż w 2016 r. Czas trwania kontroli został skrócony średnio o 10 dni. Średni czas trwania kontroli – do 45 dni”.
Jak ocenia kancelaria prawna Skarbiec, która specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców, te dane obrazują właśnie prawdziwy cel KAS. Dla fiskusa efektywność kontroli oznacza bowiem jedno: stwierdzanie coraz większej liczby nieprawidłowości. Czy na pewno jednak zawsze jest to uzasadnione? Czy kontrolujący rzeczywiście mają odpowiednie kwalifikacje, aby interpretować przepisy prawne i wykładać sposób ich stosowania?

 

Kontrola niemal permanentna

Czas kontroli, jak mówi resort, wyniósł średnio 45 dni. Pamiętajmy jednak, że nie chodzi tylko o dni następujące po sobie. Protokół kontroli może zawierać wskazanie 45 konkretnych dni np. w przeciągu roku, przy czym coraz częściej organy podatkowe zawieszają kontrole na czas uzyskania danych – zwłaszcza od administracji skarbowych państw właściwych dla zagranicznych kontrahentów przedsiębiorcy. A czasu zawieszenia również nie wlicza się do czasu trwania kontroli. W dalszym ciągu istnieją przypadki, że kontrola podatkowa trwa już kilka lat i wcale nie zmierza ku końcowi. Nadal zdarza się też, że protokół stwierdzający nieprawidłowości nie zawiera stosownego uzasadnienia faktycznego ani prawnego – zauważa kancelaria prawna Skarbiec. Czy na tym polega efektywność?
Bywa tak, że kontrola została zakończona i stwierdzono podczas niej nieprawidłowości – ale czy aby na pewno kontrolujący działali w granicach prawa?
Warto zastanowić się, z czego wynika zmniejszenie liczby wszczętych kontroli? W latach 2013–2016 znaczna część kontroli była wszczynana w związku z oszustwami podatkowymi mającymi za przedmiot obrót paliwem, stalą czy elektroniką. Od tamtego czasu sukcesywnie wprowadza się mechanizm odwróconego obciążenia w VAT. W związku z tym systematycznie zmniejsza się też liczba kontroli (z uwagi na przedawnienie oraz brak możliwości organizacji tzw. oszustwa karuzelowego w kolejnych latach).
Do zmniejszenia liczby kontroli z pewnością przyczyniło się również wdrożenie jednolitego pliku kontrolnego. Narzędzie to pozwala organom na efektywne i niejako automatyczne wykrywanie oszustw podatkowych. Pamiętać jednak trzeba, że JPK to także forma kontroli – i to dotycząca wszystkich przedsiębiorców!

 

Wszyscy jesteście podejrzani

Zgodnie z podsumowaniem resortu finansów, w 2017 r. zidentyfikowano „faktury wystawione przez podmioty nie mające otwartego obowiązku w podatku VAT o łącznej wartości ok. 2 mld zł”.
„Urzędy Celno Skarbowe to trudny przeciwnik dla przestępców podatkowych” – czytamy w podsumowaniu. Rozwinięcie tezy wskazuje m.in., że w 2017 r. w wyniku kontroli UCS wstrzymano zwrot VAT lub zmniejszono kwotę jego zwrotu na kwotę ponad 1,5 mld zł. Kwota ta z pewnością w jakimś stopniu załatała lukę budżetową. Należałoby jednak liczyć się z tym, że znaczną jej część będzie trzeba w końcu oddać podatnikom (z odsetkami!).
Sam w sobie cel działania Krajowej Administracji Skarbowej jest rzeczywiście słuszny. Niewątpliwie utworzenie tej instytucji przyczyniło się do zwiększenia wpływów do budżetu państwa oraz wzrostu efektywności walki z przestępczością gospodarczą i oszustwami podatkowymi. Nasuwa się jednak pytanie, czy środki realizacji celu KAS są odpowiednie i czy nie godzą również w uczciwych podatników?
Odczuwalna jest dziś wzmożona podejrzliwość – nie tylko wobec przedsiębiorców działających już od dawna, ale również wobec tych nowych. Niepokoją coraz większe ingerencje państwa w swobodę działalności gospodarczej. A Ministerstwo Finansów niestety nie zauważa problemów, z jakimi borykają się przedsiębiorcy właśnie w związku z nowymi przepisami i nową organizacją administracji podatkowej. Czy KAS jest zatem organizacją cieszącą się zaufaniem społecznym? Na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sam.