Bankierom rośnie

Na co może liczyć dyrektor generalny banku w dobie pandemii koronowirusa, kiedy gospodarka pikuje w dół, na giełdzie pojawia się panika, a akcje banku spadają na łeb i szyję? Oczywiście na solidną podwyżkę. Bez obaw o niegospodarność, bo za ewentualne straty przedsiębiorstwa prawdopodobnie i tak zapłacą podatnicy – przeciętni Amerykanie.
David Solomon, dyrektor generalny banku inwestycyjnego Goldman Sachs, jest szczęśliwcem, który właśnie otrzymał 20 proc. podwyżki pensji. Teraz będzie zarabiał 27,5 mln USD rocznie. Ale to nie wszystko. Solomon dodatkowo dostał premię w wysokości 7,65 mln USD oraz stał się posiadaczem akcji wartych 17,85 mln USD.
Jak uzasadnia ten krok zarząd banku? „Kierował naszym opracowaniem trzyletniego biznesplanu firmy i jasnej długoterminowej strategii, która wykorzystuje nasze fundamentalne zalety, wzmacnia długoterminowe nastawienie firmy i wpaja kulturę innowacji” – czytamy w oświadczeniu. Ponadto dyrektor generalny „wyróżniał się także jako wykwalifikowany rzecznik firmy zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie”.
Gratyfikacja „pierwszego bankstera” ma miejsce w chwili, kiedy z powodu zagrożenia epidemiologicznego wywołanego koronawirusem COVID-19 gospodarka amerykańska zwalnia, a na amerykańskiej giełdzie trwa panika, w wyniku której tylko w ciągu pierwszego tygodnia marca Dow Jones stracił na wartości blisko 9 proc., a w skali całego miesiąca o około 35 proc., zaś NASDAQ aż o 35 proc. wartości.
Ucierpiały również akcje samego Goldman Sachs, notując spadek z 237,33 USD w dniu 19 lutego do 138,41 USD w piątek 20 marca.
Wśród zwykłych Amerykanów poddanych kwarantannie, którzy stracili pracę lub obawiają się jej utraty, a przynajmniej utraty części zarobków, narasta gniew. Pojawiają się wpisy w mediach społecznościowych, że takie zachowanie się klasy wyzyskiwaczy skończy się zamieszkami i gilotyną. Niektórzy porównują gromadzenie bogactwa przez krezusów w czasie pandemii do gromadzenia papieru toaletowego przez zwykłych spanikowanych ludzi.
Amerykanie mają prawo się czuć wkurzeni. Tym bardziej że narasta presja ze strony banksterów, finansjery i plutokratów, by Kongres zasilił ich biznesy publicznymi pieniędzmi, tak jak miało to miejsce podczas kryzysu finansowego w 2008 roku.
Fundamentalna zasada kapitalizmu, która opiera się o prywatyzację zysków i nacjonalizację strat, ma się cały czas dobrze.

Życie z drogim prądem

Za energię Polacy płacą coraz więcej, więc zrozumiałe, że są niezadowoleni. Rząd PiS, postępując tak, jak robiła władza „za komuny” zaczął więc obiecywać rekompensaty (oczywiście nie wszystkim).

W bieżącym roku płacimy drożej za prąd. Jaka jest rzeczywista skala podwyżek cen dla obywateli, tego dokładnie nie wiadomo.
Informują o tym same firmy energetyczne i naturalnie starają się podawać jak najmniejsze wysokości nowych stawek. O ile już zdrożał prąd naprawdę? Trudno powiedzieć.
Samodzielnie też nie da się obliczyć, jaka powinna być wysokość naszego rachunku. Firmy energetyczne rozmyślnie bowiem prezentują tak zawiłe wzory obliczania należności za prąd, aby nikt nie był w stanie ich zrozumieć.
Również i Urząd Regulacji Energetyki chyba dokładnie nie wie jakie są tegoroczne podwyżki, bo nie podaje ich średniej skali procentowej.
12 procent czy więcej?
W każdym razie, w obiegu publicznym funkcjonuje informacja, że prąd dla osób fizycznych zdrożał w tym roku średnio o ok. 12 proc. Firmy energetyczne podają więc liczby zbliżone do dwunastki.
Podobnie czyni i niemiecka firma Innogy, która również mówiła o 12-procentowej podwyżce cen energii. W jej przypadku Urząd Regulacji Energetyki nawet nie bardzo ma szanse, by przymierzyć się do zbadania wysokości podwyżek wprowadzanych przez tę firmę.
Niemiecka prywatna Innogy jest traktowana przez polskie władze w uprzywilejowany sposób. Nie musi przedstawiać swoich cenników do zatwierdzenia Urzędowi Regulacji Energetyki, w odróżnieniu od czterech państwowych firm energetycznych (Enei, Energi, Polskiej Grupy Energetycznej i Taurona). I oczywiście Innogy korzysta ze swej uprzywilejowanej pozycji.
Tak więc, wspomniane cztery polskie firmy państwowe muszą uzyskać zgodę URE na wprowadzenie nowych, wyższych stawek, do czego są zobowiązane przepisami prawa energetycznego. Niemiecka prywatna Innogy jest zaś zwolniona z obowiązku uzyskiwania zgody URE.
Innymi słowy, Innogy, w przeciwieństwie do naszych firm państwowych może wprowadzać u nas takie podwyżki cen energii, jakie sobie życzy – a polskiemu urzędowi nic do tego.
Grosze i miliony
Swoboda w ustalaniu cenników ma oczywiście konkretny wymiar finansowy. Ceny prądu dostarczanego przez różnych dostawców trudno porównywać.
Każda firma energetyczna stosuje wiele odmiennych stawek, w zależności od tego, do jakiego rejonu dostarcza prąd, na jakich zasadach go kupuje, ile nabywa energii odnawialnej, jakie ma składniki zmienne opłaty dystrybucyjnej, jak oblicza sobie koszty obsługi klienta itp.
Już w 2012 r. Urząd Regulacji Energetyki obliczył, że cena kilowatogodziny energii wynosiła (bez rozmaitych opłat dodatkowych) w Polskiej Grupie Energetycznej 0,2838 zł, w Enei 0,2845, w Tauronie 0,2758, a w RWE Polska (tak wtedy nazywała się dzisiejsza Innogy) 0,2878 zł – czyli najdrożej. Opłacało się więc samodzielne ustalanie cenników.
Różnica na kilowatogodzinie wynosząca drobną część grosza, przekłada się na miliony złotych dodatkowego czystego zysku rocznie. Oznacza to, że warto stosować własne ceny, do których URE nie ma prawa się wtrącać.
Gospodarstwa domowe są dziś jedyną grupą odbiorców w Polsce kupującą energię elektryczną po cenach teoretycznie regulowanych.
Ceny prądu dla przedsiębiorstw uwolniono, wychodząc z słusznego założenia, że producenci czegokolwiek mogą przerzucać koszty energii na klientów.
Gospodarstwa domowe już nie mają na kogo przerzucać, powinny więc być chronione przed dużymi podwyżkami cen prądu. Jak widać, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości są chronione w coraz mniejszym stopniu.
Trzeba wierzyć
Przedstawiciele Innogy, jak wspomniano, oświadczyli, że ich podwyżka cen energii wynosi 12 proc. od początku lutego 2020 r.
Nie da się zweryfikować prawdziwości tej informacji o wysokości podwyżki. Wątpliwości co do jej rzetelności może natomiast budzić to, iż w Innogy skala podwyżek dla osób korzystających z taryfy tzw. nocnej (tańszy prąd od 13 do 15 oraz od 22 do 6) i dziennej (droższy prąd w pozostałych godzinach), jest wyższa niż wspomniane 12 proc.
Innogy w komunikacie o podwyżkach nie używa oczywiście słowa „podwyżka”. Firma informuje jedynie o „zmianach” w taryfie i podaje tylko nowe stawki. O tym, jakie były stare, nie mówi się, aby klient nie mógł dokonać porównań.
Wiele osób przechowuje jednak ubiegłoroczne rachunki za prąd od Innogy – i może dość łatwo obliczyć różnicę.
We wspomnianej taryfie nocno-dziennej, cena tzw. energii czynnej netto w ubiegłym roku wynosiła w Innogy 0,2592 zł za kilowatogodzinę. Od 1 lutego 2020 r cena wynosi 0,2998 zł/ kwh, co oznacza wzrost o około 13,5 proc. Dotyczy to godzin 13 – 15 i 22 – 6.
Natomiast w pozostałych godzinach, cena energii czynnej wzrosła z 0,2928 zł/kWh do 0,3387 zł/kwh – czyli także o ok. 13,5 proc.
Jeśli zaś chodzi o tzw. opłatę handlową (rozliczaną raz na pół roku), to dla tej taryfy nocno-dziennej cena zwiększyła się z 4,84 zł do 6,80 zł miesięcznie – czyli aż o prawie 29 proc.
Jak widać, te nowe stawki zwiększyły się bardziej niż o 12 procent, zapowiedziane przez Innogy.
W przypadku taryfy obejmującej jednakową cenę energii przez cała dobę, także mamy do czynienia ze wzrostem o ok. 13,5 proc.
Przy okazji trzeba zauważyć, że w taryfie obejmującej jednakową cenę przez całą dobę opłata handlowa jest znacznie mniejsza niż w taryfie nocno-dziennej. Nie 6,80 zł miesięcznie lecz 6,25 zł miesięcznie.
To zasadzka na łatwowiernych klientów, którzy decydują się na wybór taryfy nocno-dziennej i mają nadzieję, że jak w tańszych godzinach skomasują korzystanie z urządzeń elektrycznych, to zapłacą mniej za prąd. Owszem, za sam prąd zapłacą mniej – ale oddadzą to w postaci wyższej opłaty handlowej.
Firma Innogy zapowiadała tylko 12 proc. wzrost cen energii, ale jednocześnie, ustami swej rzeczniczki Aleksandry Smyczyńskiej oznajmiła: „Oczywiście, zawsze to jaka jest konkretna podwyżka, konkretna kwota, zależy od stopnia zużycia”.
Warto wyjaśnić, że ów „stopień zużycia” nie ma tu nic do rzeczy. Procentowo skala podwyżek jest taka sama, zarówno dla osoby zużywającej dużo prądu, jak i mało. No chyba, żeby ktoś, przerażony wysokością podwyżek w Innogy w ogóle przestał korzystać z prądu.
Wtedy podwyżka (a i cała kwota płacona za energię) będzie dlań równa zeru, zarówno w złotówkach jak i procentach.
Rząd PiS: winni są inni
Prąd jest coraz droższy, natomiast rząd, z typowym dla Prawa i Sprawiedliwości zrzucaniem odpowiedzialności na innych, oświadczył, że wzrost cen energii jest wzrostem obiektywnym, nie wynikającym oczywiście z działań rządu. Jakby to nie kosztowne inwestycje rządowe w rozwój energetyki węglowej zwiększały ceny prądu.
Ponieważ jednak wkurzenie społeczeństwa na podwyżki cen prądu jest zauważalne, rząd zaczął mówić o rekompensatach za droższe rachunki.
Jest to więc ewidentny powrót do polityki prowadzonej „za komuny”, kiedy to także, gdy zwiększano ceny, zaczynano opowiadać bajki o rekompensatach.
Wedle dość enigmatycznych zapowiedzi rządu, o rekompensaty będą się mogły ubiegać wyłącznie osoby, których dochód roczny w tym roku nie przekroczy pierwszego progu podatkowego (czyli ok. 85 tys zł brutto, co daje ok. 7 tys. brutto miesięcznie. Dla całego gospodarstwa domowego będzie brany pod uwagę dochód osoby, której podpis widnieje na umowie z firmą energetyczną.
W celu otrzymania rekompensaty, trzeba będzie do końca tego roku złożyć pisemny wniosek do firmy, która dostarcza prąd.
Rekompensaty mają się wahać od około 30 do ok. 300 złotych rocznie, w zależności od wielkości zużycia prądu w gospodarstwie.
Najważniejsze zaś, że to na pewno nie będzie rekompensata wypłacana w żywym pieniądzu – lecz w postaci pomniejszonych rachunków za prąd w przyszłości. W jak dalekiej przyszłości? Otóż, to pomniejszanie zacznie się najwcześniej w drugiej połowie przyszłego roku.
Na razie wciąż mowa jest jedynie o projekcie ustawy. Nie wiadomo, czy ustawa o rekompensatach w ogóle trafi do parlamentu, ale należy jednak oczekiwać, że tak.
Prominenci PiS mają bowiem cichą nadzieję, że Senat, zauważywszy jakieś nielogiczności w tej ustawie, zawetuje ją. Dzięki temu rządowe media „publiczne” będą mogły godzinami ujadać na opozycję oraz oskarżać ją o działalność na szkodę ogółu Polaków.
I biorąc pod uwagę raczej mały rozumek opozycji, taki scenariusz wcale nie jest wykluczony.

Stracona szansa na rynku pracy

Eksperci się zgadzają: czas dobrej koniunktury i szybkiego rozwoju gospodarczego się skończył.

Gospodarka zwalnia, przybywa coraz mniej miejsc pracy, spada dynamika wzrostu płac, inwestycji i konsumpcji. Coraz więcej komentatorów mówi, że kończy się okres prosperity, a sytuacja pracowników w wielu branżach będzie się pogarszać.

Lepiej już było

PiS miał szczęście. Przez cały okres pierwszej kadencji rządów Jarosława Kaczyńskiego w całej Unii Europejskiej rósł Produkt Krajowy Brutto, spadało bezrobocie, poprawiały się wskaźniki jakości życia, rosły inwestycje. Był to czas, w którym polski rząd mógł wprowadzać rozwiązania legislacyjne korzystne dla pracowników. Niestety jednak rząd nie skorzystał z okazji. Przez ponad cztery lata władza nie znalazła czasu, aby zadbać o prawa pracownicze i poprawić sytuację świata pracy, o którym tak wiele mówiono w trakcie kampanii wyborczych. Od 2015 roku nie wprowadzono praktycznie żadnych całościowych rozwiązań, które pozwoliłyby trwale poprawić sytuację ludzi pracy.

Rozkwit śmieciówek, wegetacja PIP

Prawo i Sprawiedliwość nie wdrożyło żadnych rozwiązań na rzecz ograniczenia umów cywilno-prawnych. Nie zmieniło ani nie uszczelniło na tym polu przepisów, nie zwiększyło uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, nie zwiększyło skali kontroli ani nie podniosło kar dla nieuczciwych pracodawców. Na dodatek umowy niestandardowe rozlały się po kolejnych obszarach rynku pracy nadzorowanych przez rząd, w tym chociażby rozpowszechniły się w służbie zdrowia czy transporcie lotniczym. Masowe łamanie Kodeksu pracy i zatrudnianie na umowę zlecenie lub samozatrudnienie, gdy są spełnione wszystkie wymogi pracy etatowej, najwyraźniej nie przeszkadza partii, która zdobyła władzę na krytyce ekonomicznych liberałów.

Gdzie podwyżki?

Nie ma też przełomu w polityce płacowej. Zarobki w sferze samorządowej i budżetowej w ciągu ostatnich 4 lat rosły wolniej niż w całej gospodarce, a godne podwyżki dotyczyły jedynie pracowników nielicznych profesji, których władza uznała za swój elektorat. Również wzrost płacy minimalnej, chociaż dość znaczny, nie został w żadnej sposób usankcjonowany ustawowo, co oznacza, że przy kryzysie gospodarczym władza nie będzie zobligowana do dalszego podnoszenia minimalnego wynagrodzenia. Jednocześnie nie wprowadzono żadnych innych bodźców na rzecz wyższych płac poprzez całościową politykę podatkową czy inwestycyjną.

Związki wciąż słabe

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wprowadził żadnych istotnych rozwiązań, które pozwoliłyby wzmocnić związki zawodowe. Nie zwiększył ich uprawnień i kompetencji na obszarze zakładu pracy, nie zrobił nic, aby rozpowszechnić układy zbiorowe na poziomie branży, a na poziomie państwa całkowicie zmarginalizował dialog społeczny. Wzrosła jedynie rola Solidarności, ale tylko dlatego, że jest to dziś przybudówka partii rządzącej.
PiS wiele mówił o transparentności, a nie wprowadził jawności płac, ani nawet nie przegłosował ustawy o jawności płac przy ogłoszeniach o pracy. Rząd nie przeforsował też, ani nawet nie poddał dyskusji żadnych rozwiązań na rzecz przeciwdziałania nierównościom płacowym.

Wsparcie dla swoich

Wreszcie odnośnie jakości zarządzania spółkami skarbu państwa i przedsiębiorstwami państwowymi nie tylko nie było dobrej zmiany, ale wręcz nastąpił daleko idący regres. PiS-owscy prezesi na masową skalę zwalniali niewygodnych pracowników, obsadzali kluczowe stanowiska swoimi znajomymi, dyskryminowali krytyczne związki zawodowe. Miała być dobra zmiana na rynku pracy, a są zmarnowane cztery lata i zwalanie winy za patologie na poprzednie rządy.

Nie uciekniemy od transformacji energetyki

Liderzy Związku Zawodowego Górników obudzili się z letargu, w który popadli na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Nie reagowali, gdy kilka dni temu Andrzej Duda mobilizował ich do działań przeciwko sędziom. Nie organizowali akcji protestacyjnych i milczeli, gdy partia rządząca zamykała kopalnie i likwidowała miejsca pracy w branży. Przez wiele miesięcy nie przeszkadzało im, gdy import węgla z Rosji bił historyczne rekordy. Zmobilizowali się dopiero wtedy, gdy do Polski przyjechała nastoletnia szwedzka działaczka, Greta Thunberg.
Obelgi zamiast dyskusji
Związkowcy obudzili się z wielomiesięcznego snu, aby mocno uderzyć nie tylko w Thunberg, ale też górników, którzy ośmielili się z nią spotkać, w tym szczególnie organizującego spotkanie, Jerzego Hubkę. W ten sposób liderzy Związku Zawodowego Górników i Sierpnia 80 wpisali się w najgorsze stereotypy antyzwiązkowe. Rzecznik Sierpnia 80, Patryk Kosela zwyzywał Hubkę, używając prymitywnych, nienawistnych sformułowań. Brakowało tylko gróźb pobicia. Podejście władz ZZG o tyle zdumiewa, że przez wiele lat mówiły one tym samym językiem, co Hubka dziś. Najwyraźniej Prawo i Sprawiedliwość zepsuło nie tylko standardy działań w polityce sejmowej, ale też część środowisk związkowych.
W stanowisku, które przyjęła w tej sprawie Związkowa Alternatywa, czytamy, że „świat, w tym Polska, wymaga podjęcia całościowych działań na rzecz zapobiegania zmianom klimatycznym. Ślepota na te procesy jest przejawem nieodpowiedzialności i niewiedzy”.
Przypomnieliśmy też jako związek, że Hubka nie mówił o likwidowaniu żadnych kopalni – tym zajmuje się rząd za cichym przyzwoleniem dużych związków górniczych. Hubka jedynie „apelował o wdrożenie w górnictwie nowoczesnych technologii, które pozwoliłyby na zachowanie miejsc pracy, a zarazem realizację ambitnych celów klimatycznych”.
Ambitne cele nie dla Polski?
Niestety Polska jest krajem, w którym tak oczywiste tezy budzą kontrowersje. Związkowcy, podobnie jak i przedstawiciele władz publicznych, powinni usiąść i pilnie opracować zasady polityki energetycznej na najbliższe lata, uwzględniając cele klimatyczne. Tymczasem wolą bronić status quo, które jest niekorzystne dla nikogo: kopalnie są likwidowane, miejsc pracy w górnictwie ubywa, importujemy coraz więcej węgla z Rosji, nie mogąc sprzedać swojego, a zmiany klimaty dokonują się w coraz szybszym tempie, zagrażając przyszłości całej ludzkości. Ponadto polskie władze zamiast negocjować z Unią Europejską pozyskanie dodatkowych środków na inwestycje ekologiczne, wolą bronić status quo jak niepodległości. W konsekwencji polska energetyka ani nie jest bardziej ekologiczna, ani bardziej opłacalna, ani bezpieczniejsza. Jest tylko w 100 proc. narodowa, czyli zgodna z wolą partii rządzącej.
Od OZE… odchodzimy
Nagonka na Gretę Thunberg ukrywa brak jakiejkolwiek polityki energetycznej polskich władz i dokonujący się regres odnośnie ekologicznej transformacji. Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny opublikował raport dotyczący udziału energii odnawialnej w ogólnym zużyciu energii. Zgodnie z ostatnimi danymi w 2018 r. w krajach należących do Unii Europejskiej energia odnawialna stanowiła 18 proc. całej energii, czyli o 0,5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej o i 1,3 pkt proc. więcej niż w 2015 r. Blisko połowa państw osiągnęła już zaplanowane cele klimatyczne, większość się zbliża do ich realizacji.
Jak wygląda Polska? Nasz kraj wynegocjował jeden z najmniej ambitnych celów i zadeklarował, że w 2020 r. poziom energii odnawialnej sięgnie 15 proc. Ale nawet do tej granicy się nie zbliżamy. W 2018 r. energia odnawialna stanowiła 11,3 proc. wykorzystywanej energii, czyli o 0,4 pkt proc. mniej niż w 2015 r. Za rządów PiS odchodzimy zatem od energii odnawialnej. O energii atomowej wciąż nic nie wiadomo i wydawane są kolejne dziesiątki milionów na ekspertyzy.
Pod koniec ubiegłego roku rząd ogłosił, że w 2020 r. trzeba przyjąć plan budowy elektrowni i otworzyć pierwszy reaktor do 2033 r. Jakichkolwiek konkretów brak. Również oficjalnie adorowane przez rząd kopalnie są zamykane w coraz szybszym tempie. Cóż więc nam zostaje? Wygląda na to, że rząd celowo skazuje nas na rosyjski węgiel. Walka z Gretą Thunberg nic tutaj nie zmieni.

Ceny żywności spadają?

W sierpniu koszyk podstawowych produktów w marketach był tańszy niż w lipcu. To pierwszy spadek od kwietnia – można przeczytać we wtorkowym wydaniu Pulsu Biznesu i na portalu RMF24. Czy szalejąca drożyzna przestanie nam w końcu dokuczać?

Inflacja i rosnące ceny żywności są jednym z centralnych tematów trwającej kampanii wyborczej. Politycy opozycji, głównie tej prawicowej, chętnie demonstrują zdjęcia paragonów, mające ilustrować rosnące w szybkim tempie ceny. Tymczasem badanie wykonywane co miesiąc przez ASM Sales Force Agency dowodzi, że trend ten został zatrzymany. Przynajmniej w sierpniu podstawowe produkty były tańsze niż w lipcu i najtańsze od kwietnia, gdy przy okazji świąt wielkanocnych sklepy obniżały ceny i stosowały rozliczne promocje.
Badanie, na które powołują się media polega na porównaniu cen 40 najczęściej nabywanych w detalicznej sprzedaży spożywczych produktów.
„Podczas gdy lipiec był dla Polaków miesiącem drogich zakupów, druga połowa wakacji była nieco łaskawsza dla ich portfeli. Sierpniowe badanie koszyka zakupowego pokazuje, że najdroższe zakupy robiliśmy nie wychodząc z domu (kanał e-commerce), zaś najtańsze w stacjonarnym Kauflandzie – za ten sam koszyk zapłaciliśmy tu 220,16 zł zaś przez internet 246,54 zł” – podaje ASM SFA, cytowana przez Polską Agencję Prasową.
Według danych zebranych przez koszyk zakupowy ASM SFA, największe obniżki w ciągu miesiąca były w sieci E.Leclerc (spadek o 6,59 proc.), Kaufland (2,73 proc. w dół) oraz Carrefour (w dół o 2,27 proc.). Z kolei podwyżki zanotowano w sklepach Biedronki (wzrost o 1,87 proc.) oraz Selgros (0,23 proc. w górę).

Pomalowane ptaki

By tło (background) na politycznych piknikach PiS było przyjemne dla oka politycy tej partii ustawiają się zazwyczaj na tle na przebranych na ludowo osób. Piszę przebranych, bo takich strojów nikt dzisiaj na co dzień nie używa. Gdyby jednak PiS swoje pikniki adresował do grup zawodowych to kto w tle przemawiających polityków zechciałby stanąć?
Weźmy np. kilkusettęsieczną grupę pracowników służby zdrowia. Pielęgniarki ubrane w białe fartuchy, lekarze także, ale innego kroju, ze stetoskopami na ramionach. Wszyscy oczywiście uśmiechnięci i zadowoleni. Nie, po zaniedbaniach tej partii w tym sektorze, jego pracownicy na pewno nie dadzą tła dla PiS-u.
To może kilkaset tysięcy nauczycieli stanęłoby za panią minister Zalewską. Po degrengoladzie jaką oświacie zgotowała ta pani jest to niemożliwe.
A może rolnicy, ale ci prawdziwi, sprzedający produkcję, nie ci, mieszkańcy wsi, żyjący z socjalu, rent i emerytur. Rolnicy to dzisiaj jedna z najbardziej niezadowolonych grup zawodowych i tła dla ministra Ardanowskiego na pewno nie daliby.
Może tłem byłaby kilkusettysięczna grupa pracowników administracji rządowej i samorządowej. Ale to niemożliwe. Ta grupa zarabia grosze i od lat bezskutecznie upomina się o lepsze płace. Oni, z bardzo niezadowolonymi minami, nie byliby dobrym tłem dla PiS-owskich polityków
Bardziej zadowoleni są pracownicy zagranicznych firm i korporacji, ale tam zarobków nie ustala PiS. To może pracownicy wymiaru sprawiedliwości, sędziowie, prokuratorzy czy adwokaci byliby dobrym tłem dla ministra Ziobry. Obawiam się, że stanęliby za nim tylko nieliczni pracownicy jego resortu i nowomianowani funkcyjni, a i oni pewnie wstydziliby się pokazać swoje oblicza publicznie. Bo to przecież wstyd.
Mogą stanąć, jako tło, mundurowi, bo dostaną rozkaz, a i PiS im grosza ostatnio nie żałuje.
Jak to się zatem dzieje, że grupy zawodowe, zależne od rządu są niezadowolone, a PiS ma tak wysokie poparcie. To jest do wytłumaczenia. Skoro kilkadziesiąt miliardów rocznie daje się obywatelom w formie socjalu, a nie płaci za pracę, to zawsze znajdą się liczni zadowoleni, nawet wśród tych małozarabiających. I tak, pracownicy są niezadowoleni z płac, ale jest duża grupa zadowolona z socjalu. Nie wnikam teraz czy jest to sprawiedliwy rozdział publicznych pieniędzy. Jest faktem, że dużej grupie obywateli podoba się.
A tak, w praktyce zawsze uda się znaleźć chętnych, by stanąć za plecami władzy, pogrzać się w jej blasku i znajomi powiedzą, że widzieli sąsiada w telewizji, w kolorowym strojach pomalowanych ptaków. Kto czytał Kosińskiego zrozumie aluzję.

Startuje Związkowa Alternatywa

Nowo utworzona centrala związkowa postuluje pakiet na rzecz wyższych płac.

Pomimo dobrej koniunktury, płace w Polsce rosną nierównomiernie, a w wielu branżach stoją w miejscu. Ponadto wciąż zarobki setek tysięcy pracowników nie pozwalają im na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Dlatego Związkowa Alternatywa uważa, że władze publiczne powinny przyjąć pakiet na rzecz wyższych płac.
Po pierwsze, domagamy się ustanowienia płacy minimalnej co najmniej na poziomie 50% średniego wynagrodzenia. Rekomendowane przez rząd podniesienie płacy minimalnej do 2450 zł brutto nie zmieni proporcji minimalnego wynagrodzenia do średniej krajowej, a nawet może nieznacznie ją zmniejszyć. Dlatego proponujemy, aby w przyszłym roku płaca minimalna wynosiła co najmniej 2600 zł brutto. To wciąż niska kwota, ale pozwalająca na znaczącą poprawę warunków życia dla setek tysięcy pracowników i ich bliskich.
Po drugie, domagamy się podniesienia płac w sferze budżetowej o co najmniej 15%. Płace w budżetówce były zamrożone przez 9 lat, co oznaczało realny spadek o około 15 pkt proc.
Po trzecie, są w Polsce branże od lat lekceważone przez władzę, które zarazem mają olbrzymie znaczenie dla rozwoju społecznego. Takimi branżami jest edukacja, służba zdrowia i pomoc socjalna. Są to zawody przyszłościowe, a bardzo słabo płatne. Za wszystkie te trzy obszary odpowiada przede wszystkim państwo i każda z tych profesji powinna być znacznie lepiej opłacana niż obecnie. Dlatego płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia i pracowników socjalnych w placówkach publicznych powinny w przyszłym roku wzrosnąć o 30%.
Po czwarte, w Polsce nawet w sektorze publicznym są olbrzymie nierówności między pracownikami na tych samych stanowiskach. Prawo pracy opiera się na zakazie różnicowania praw pracowniczych i pracownicy mają równe prawa z tytułu jednakowego wypełniania takich samych obowiązków. Jeżeli praca jest równie trudna, wymaga takiego samego wysiłku i umiejętności, tych samych kompetencji, a pracownicy mają taki sam zakres decyzji – powinni otrzymać równe wynagrodzenie. Dlatego należy zrównać wynagrodzenia w sektorze publicznym pracowników zatrudnionych na tych samych stanowiskach. Pracownicy wymiaru sprawiedliwości czy urzędów skarbowych o takim samym zakresie obowiązków i tym samym stażu pracy powinni otrzymywać wynagrodzenie tej samej wysokości w całym kraju.
Wreszcie po piąte, uważamy, że rząd powinien wprowadzić oddzielne regulacje płacowe dla osób pracujących w niedziele i święta. Setki tysięcy pracowników ochrony, gastronomii, handlu, rozrywki, służby zdrowia, transportu, energetyki czy policji pracuje w niedziele i święta i zdecydowana większość z nich nie dostaje za pracę w tych dniach wyższych stawek niż za pracę w dni powszednie. Dlatego uważamy, że za każdą pracę w niedziele i święta powinny być 2,5 razy wyższe stawki niż za pracę w dni powszednie. Wprowadzenie takiego rozwiązania byłoby silnym, propracowniczym bodźcem dla całego rynku pracy, który zarazem umacniałby firmy skłonne do podniesienia płac.

Co strajk nauczycieli mówi o nas samych

Mówią za nas nagłówki w portalach informacyjnych i mówią westchnienia w komentarzach: ach, no załatwili tych nauczycieli po pisowsku, prawda – ale (tu rzeczone westchnienie ulgi) to jednak dobrze, że pójdą te matury normalnie, jak trzeba.
Naiwne są (wybacz, Piotr) bojowe pokrzykiwania redaktora Szumlewicza o prawie do strajku i nadziei na pozytywne zmiany. Nadziei nie ma. Między innymi dlatego, że strajk nauczycieli nie ma wsparcia, wręcz większość ludzi wkurza. W dyskusjach przy świątecznych stołach, rozciągniętych na Facebooki i inne media społecznościowe widać to wyraźnie. Wyciągane są z odmętów pamięci grube, niesympatyczne nauczycielki matmy o aparycji Krystyny Pawłowicz. Padają pytania: „ilu znałeś nauczycieli z prawdziwą pasją, no ilu?”. Deliberuje się: „a może dać podwyżki tylko tym, co zasługują”? Tym, co w pocie czoła w nocy wycinali papierowe zwierzątka żeby nam pokazać ginące gatunki i tym, którzy skakali na jednej nodze, układali autorskie rymowanki? Tak, tym ewentualnie podwyżki się należą. Ale co zrobimy z resztą?
Społeczeństwo ma już dosyć tego „buntu”, tej „hucpy”. Mówią o tym wprost wszelkie możliwe sondaże i mówią o tym pośrednio nawet dziennikarze mediów rzekomo pedagogom życzliwych – właśnie poprzez publikowanie wspominków o nauczycielach wybitnych, o pomysłowych Dobromirach, co ich redaktorka poczytnej gazety na całe życie zapamiętała. Ten, w mniemaniu piszących, piękny gest solidarności, spycha tak naprawdę na poziomie podświadomości odpowiedzialność na samych nauczycieli za własne zarobki. Sugeruje, że godna płaca nie należy im się wszystkim bez wyjątku, tym z polotem i tym bez polotu, ale otwiera debatę o jakości ich pracy, robiąc tym wspaniały prezent rządowi.
Zamiast krzyczeć: „po prostu dajcie im te podwyżki, bo to wstyd, żeby tyle dostawał na rękę w XXI wieku człowiek wykonujący jeden z najbardziej odpowiedzialnych zawodów świata!”, zaczyna się absurdalna dyskusja, w której już tylko krok dzieli nas od „nununu, wymagania to się stawia, a czy wy na pewno tak dobrze wszyscy pracujecie, żeby przed naszymi dziećmi drzwi klas zamykać?”.
„Zależy im tylko na kasie, a o przyszłości edukacji, o systemie oświaty, o kaganku, to rozmawiać nie chcą” – perorują ludzie z klasy średniej, z tytułami magistrów. Nieważne, ile by nauczyciele nie tłumaczyli, że chcą walczyć o ogólną naprawę polskiej edukacji, że podwyżki to zaledwie początek, niezbędny zresztą, by nadal przyciągać do pracy w zawodzie.
Dlaczego tak się dzieje?
Jedyną przekonującą odpowiedź na to pytanie, poszerzoną o bardziej rozległy kontekst, znalazłam we wpisie na blogu psychoanalityka Pawła Droździaka. Człowiek, który był w wojsku, gardzi tymi, którzy w wojsku nie byli. Twierdzi, że tacy życia nie znają – wywodzi autor. „Kto był w wojsku, jest dumny że to przeszedł, choć tego nienawidził. Analogicznie ten, kto przeczołgiwany jest przez wolny rynek pogardza tymi, którzy żyją w realności budżetówki i nie traktuje ich żądań i narzekań poważnie. Czuje swoją wyższość, bo wytrzymuje coś, czego nienawidzi. Ludzie zbyt mocno nienawidzą własnej sytuacji na wolnym rynku, by spokojnie obserwować, jak ktoś coś uzyskuje na nim się nie bijąc. Czuliby się wówczas jak zupełni idioci”.
Dokładnie na tej samej zasadzie, jak mi się zdaje, ludzie, bici w dzieciństwie dyscypliną będą bronić zbawczej mocy klapsów jak niepodległości. Wolą to, niż zmierzyć się z dysonansem poznawczym: tak, krzywdzono nas, to było zupełnie bezsensowne, złe, szkodliwe i niepotrzebne. Teraz od tego odejdziemy, żeby ci, co przyjdą po nas, mieli lepiej. Mało kto jest w stanie zdobyć się na taki heroiczny akt zaprzeczenia swoim prywatnym mechanizmom obronnym, budowanym przez lata.
To jest ta tajemna prawda, którą o nas samych mówi strajk nauczycieli. To nie PiS jest tu naszym głównym problemem, problemem jest to, że świat oszalał. Oszalał, robiąc z nas niewolników na rynkowej galerze, upodlonych tak bardzo, że nie chcemy już, żeby ci z ławki obok mieli lepiej. Chcemy, żeby mieli tak samo tragicznie.
Po prostu dajcie im te podwyżki, bez bredzenia o pasji i misji przy objaśnianiu twierdzenia Pitagorasa. To może jeszcze uchronicie swoje dzieci przed tym, że wychodząc po dzwonku ze szkoły, nie będą myśleć wyłącznie o tym, że bycie towarem dla korpo jest najlepszą z dostępnych życiowych opcji.
Po prostu dajcie im te podwyżki.

Zdecydujcie się!

„Ilu znasz dobrych nauczycieli?” – zapytał sarkastycznie mój kolega zagadnięty o strajk. „A ilu znasz dobrych dziennikarzy?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Ja znam różnych – od bardzo dobrych, po takich, którzy nigdy w życiu nie powinni pisać tekstów ani relacjonować wydarzeń. Tak jak w przypadku nauczycieli, nie jest to jednolita grupa, nie ma więc sensu stosować odpowiedzialności zbiorowej.
„Czemu oni uczą tylu zbędnych rzeczy i przeładowują mózgi dzieci wiedzą?”.
„A czemu ty piszesz teksty na osiem tysięcy znaków, choć spokojnie to, co masz do przekazania, zmieściłbyś w czterech?”. Bo ktoś narzuca zasady pracy. Czasem mądre, czasem niezbyt.
Nikt już nie pamięta, że nauczyciele wysypywali na ulicach kredę w geście sprzeciwu wobec „deformy” minister Zalewskiej. Prawo strajkowe nie pozwala im porzucić pracy z powodów innych niż niezadowolenie z warunków zatrudnienia bądź wynagrodzenia.
Naprawdę, skończmy już z tym obwinianiem szeregowych pracowników za głupie decyzje „góry”, do których po prostu muszą się stosować. Bo i cóż mają robić? Pójść i podpalić MEN?
Strajkują – „roszczeniowcy”.
Nie strajkują – „bezczynnie patrzą jak nasze dzieci giną!”.
Zdecydujcie się. I przynajmniej w doborze metody krytyki bądźcie konsekwentni.

Oto, co z tą Polską

Obserwujemy obecnie narastające pęknięcie między położeniem pracowników sektora publicznego i prywatnego, z których uformowana zostać miała mityczna polska klasa średnia. Po jednej stronie coraz lepiej zarabiający informatycy, marketingowcy, coachowie i korposzczury, po drugiej stojący w miejscu nauczyciele, akademicy, pracownicy kultury i urzędnicy. Niebawem różnica między nimi może wyglądać tak jakby żyli w dwóch państwach o różnej zamożności, w dwóch różnych światach.
A przecież światy te się spotykają. I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie „American Psycho”), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety. Aż pęknięcie narasta do tego poziomu, że do wspólnych wypadów trzeba znaleźć sobie kogoś innego, bo jakoś tak przestaje wypadać – tym bogatszym dlatego, że z plebsem to wstyd, a tym biedniejszym też wstyd, ale to dlatego, że widzą jak bardzo są w tyle. Poza tym u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: „Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?”.
Niestety dla równościowej polityki to wcale nie jest łatwa sytuacja. Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze), chociaż kapitały te – których nie można łatwo wymienić na pieniądze – stają się świstkiem papieru. Ale są jednak ostatnim świadectwem tego, że „plebs to nie my”, nawet jeśli tenże plebs coraz częściej lepiej zarabia i może sobie pozwolić na nieosiągalną dla nas konsumpcję, co boli tym bardziej, że ta konsumpcja tak mało szykowna, nieprzemyślana, wystawna i obciachowa jednocześnie.
Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też – w drugą stroną – plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło. PiS-owska nagonka może tu trafiać na podatny grunt.
Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.