Organizatorzy zbrodni

Pamiętajmy, że to na PiS ciąży wina za haniebne usiłowanie podwyższenia płac posłów w czasie kryzysu.

Żeby było jasne: to prominenci Prawa i Sprawiedliwości oraz posłowie tego ugrupowania ponoszą pełną odpowiedzialność za haniebną próbę przeforsowania podwyżek uposażeń poselskich. I to na ich głowy spada całe odium związane z tym projektem: pogarda dla milionów Polaków coraz mocniej dostających po kieszeni w kryzysie; hipokryzja kłamliwych tłumaczeń, że chodziło jedynie o przyjęcie racjonalnych zasad wynagradzania „najważniejszych osób w państwie”; bezwstyd wprowadzania tych podwyżek prawie potajemnie, w wakacje, żeby wyborcy się nie dowiedzieli; bezczelność zagarniania dla siebie coraz większej kasy z pieniędzy publicznych; cyniczne szczucie opozycji propagandystami z partyjno-rządowej TVP (ochoczo uczestniczącymi w tej hucpie), którzy wmawiali widzom, że wszystko to było robione niemal w ścisłej współpracy z posłami opozycyjnymi i stanowi w zasadzie wspólny projekt obu ugrupowań.
Owszem, ci posłowie opozycji, którzy głosowali „za” nie są bez winy – tak jak nie są bez winy współuczestnicy zbrodni, namówieni przez głównych organizatorów, żeby się przyłączyli. Ale to nie posłowie opozycji wymyślili zbrodnię, nie oni opracowali jej scenariusz i dokładny sposób dokonania. Najważniejsze zaś, że posłowie opozycji szybko doszli do wniosku, że nie powinni brać w niej udziału – w przeciwieństwie do jej organizatorów z PiS.
Niech więc przy kolejnych wyborach parlamentarnych każdy głosujący pamięta: to posłowie Prawa i Sprawiedliwości, grabiąc w swoją stronę, chcieli wprowadzenia podwyżek poselskich. To oni, mimo głośnego deklarowania, jak bardzo troszczą się o los Polaków dotkniętych kryzysem, bez skrupułów uznali, że właśnie nadszedł najlepszy moment, by w majestacie prawa dokonać skoku na jeszcze większy kawałek polskiego publicznego tortu. Najważniejszy z nich, Jarosław Kaczyński, jak zwykle w podobnych sytuacjach jest wielkim nieobecnym.
Zapewne duża część Polaków myśli w dosyć standardowy sposób o naszych, pożal się Boże reprezentantach: że bardzo wielu z nich kradnie, ale ci z PiS-u przynajmniej się dzielą. Otóż, oni tylko opowiadają, że się dzielą – a w rzeczywistości chcą się nachapać jak mogą kosztem innych.

Budżet w cieniu hańby

Produkt krajowy brutto spada, a posłowie podnoszą swoje płace. Hańba grozi głosującym „za” ale to nie wszystko. Talleyrand powiedziałby w tej sytuacji: To gorzej niż zbrodnia – to błąd. Konsekwencje tego błędu poniosą zwłaszcza posłowie opozycji.

Rada Ministrów przyjęła założenia do projektu budżetu państwa na 2021 r. Rząd oświadczył, że jego polityka „będzie nakierowana na możliwe szybką odbudowę potencjału gospodarczego Polski”.
Kiedy ta odbudowa nastąpi, dość trudno powiedzieć. „Obecnie perspektywy naszej gospodarki zależą przede wszystkim od rozwoju światowego kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19” – stwierdziła Rada Ministrów. Także poziom dochodów budżetu państwa w przyszłym roku będzie uzależniony głównie od spodziewanego (acz niepewnego) ożywienia gospodarczego po recesji z 2020 r. spowodowanej epidemią koronawirusa.
Mimo tej niepewności, rząd PiS – jak zawsze optymistycznie – założył, że w tym roku polski produkt krajowy brutto spadnie zaledwie o 4,6 proc., aby w 2021 r. urosnąć o 4,0 proc.
Czyli, oznacza to, że na koniec przyszłego roku polska gospodarka odrobi dużą większość tegorocznych strat. Wydaje się to kompletnie niewykonalne, skoro w drugim półroczu tego roku nasz PKB spadł o 8,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2019 r. Nie wiadomo też, jakim cudem w drugim półroczu 2020 r. polski PKB miałby nadrobić aż 3,6 punktu procentowego i „wyjść” tylko na 4,6 -procentowy regres.
Podobną wędrówkę w górę i w dół ma odbyć nasza wymiana towarowa z zagranicą. W warunkach obserwowanego załamania koniunktury i światowego handlu, zakłada się, że w 2020 r. polski eksport spadnie o 9,3 proc. w ujęciu realnym, aby w 2021 r. wzrosnąć o 6,9 proc. Zdaniem Rady Ministrów powinno się to przełożyć na wzrost udziałów polskiego eksportu w światowym handlu. Ponadto, zmniejszenie konsumpcji prywatnej oraz mniejszy eksport w 2020 r. spowodują spadek importu o 10,2 proc. w 2020 r. Natomiast odbudowa popytu w przyszłym roku powinna przyczynić się do wzrostu importu o 7,3 proc.
Według Rady Ministrów, głównym czynnikiem polskiego wzrostu gospodarczego pozostanie popyt krajowy. Przyjęto, że w 2020 r. spożycie prywatne spadnie realnie o 4,2 proc., ale w kolejnym roku już wzrośnie o 4,4 proc. Zaplanowano też bardzo niską stopę bezrobocia rejestrowanego na koniec przyszłego roku – tylko 7,5 proc. Przeciętne zatrudnienie w gospodarce narodowej wyniesie 10 433 tys. etatów (i bliżej nieokreśloną liczbę ludzi pracujących na umowach śmieciowych). Natomiast zatrudnienie w państwowej sferze budżetowej – 557 tys. etatów.
Przewidywane jest utrzymanie wzrostu wynagrodzeń – choć jego tempo zmniejszy się znacząco w stosunku do trendów z ostatnich lat (już w ubiegłym roku wynagrodzenia rosły wolniej).
Rząd przyjął, że w 2020 r. nominalne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie 3,5 proc., wobec 7,2 proc. wzrostu zanotowanego średnio w 2019 r. Natomiast w 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej zwiększy się nominalnie o 3,4 proc.
Przy średniorocznym wzroście cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3,3 proc. w 2020 r. i 1,8 proc. w 2021, byłby to wciąż zauważalny, realny przyrost płac. Trudno jednak uwierzyć i w tak niskie ceny, i w tak wysokie wynagrodzenia. Jeszcze trudniej zaś – w sprawiedliwy rozkład tego wzrostu wynagrodzeń.
Najnowsze decyzje Sejmu, mające podnieść zarobki naszej, pożal się Boże, „klasy politycznej”, pokazują, że pod panowaniem PiS najszybciej będą rosnąć zarobki ekipy władzy, której i dziś się świetnie powodzi.
Nikogo nie może dziwić to, że Prawo i Sprawiedliwość grabi w swoją stronę (o czym świadczy choćby ustawa zapewniająca bezkarność za łamanie prawa w trakcie pandemii) – i wprowadzając te podwyżki, okazuje pogardę milionom Polaków. Takie właśnie jest ugrupowanie panujące w naszym kraju. Jednak to, iż również większość posłów opozycji poparła wzrost zarobków parlamentarzystów, w czasie gdy Polska pogrąża się w kryzysie, a ludzie tracą pracę – jest po prostu oburzające.
Chwała tym posłom, którzy zagłosowali przeciwko podwyżkom płac dla siebie!. Po stronie lewicy Partia Razem stanęła na wysokości zadania. Natomiast ci posłowie, którzy głosowali „za” okryją się hańbą. Hańba spadnie oczywiście i na głowy posłów PiS, i na tych z opozycji – ale posłowie opozycji zhańbią się bardziej, bo udzielają poparcia posłom PiS nie dla jakiejś ważnej polskiej sprawy, lecz dla swoich niskich, osobistych interesów.
Będzie im to na zawsze zapamiętane i przypomniane przy najbliższych wyborach – chyba, że się zmitygują i zagłosują „przeciw” gdy ustawa o podwyżkach dla „polityków” wróci z Senatu. O ile oczywiście Senat wniesie jakieś poprawki, co nie jest pewne, gdyż marszałek Tomasz Grodzki z PO także wygląda na zwolennika zwiększenia płac parlamentarzystów mimo kryzysu i pandemii.
Nie chodzi jednak tylko o hańbę. Talleyrand powiedziałby: głosowanie dziś za podwyżkami poselskich wynagrodzeń to gorzej niż zbrodnia – to błąd. Posłowie opozycji zdają się jednak nie rozumieć, jak wielki błąd popełniają – a może zresztą i rozumieją, ale uważają, że wstyd nie dym, oczu nie wykole, zaś kilka tysięcy złotych więcej przyda się w kieszeni. Niestety, źle to świadczy o ich inteligencji, ale także i o poziomie uczciwości.
Warto tu przytoczyć opinię pos. Barbary Nowackiej (przeniosła się z lewicy pod egidę Platformy Obywatelskiej, żeby wreszcie zostać posłem), która jest oczywiście zwolenniczką podwyżek poselskich uposażeń. Uważa ona, że dziś firmy mogą sobie „kupić” dowolnego posła za 2 tys zł miesięcznie, co grozi galopem w stronę korupcji. Czyli, jak ich zarobki wzrosną, to skłonność do korupcji powinna zmaleć.
Te szczere słowa pokazują, jak niski jest poziom etyczny naszych sejmowych „wybrańców” (czy należy rozumieć, że i pos. Barbary Nowackiej?). Wynika z tej wypowiedzi, że naprawdę, bardzo niewiele im trzeba, żeby się sprzedać za małe pieniądze. I tacy właśnie ludzie reprezentują Polaków.
Cóż, można tylko dodać, że każde społeczeństwo ma takich reprezentantów, na jakich sobie zasłużyło. Jakoś, tak na koniec, przypominają się słowa Józefa Piłsudskiego: „Każdy z posłów ma prawo wrzeszczeć, krzyczeć, ma prawo rzucać obelgi, ma prawo oszczercze pisać interpelacje, dotykające honoru innych, ma prawo i przywilej zachowywać się jak świnia i łajdak”.

Flaczki tygodnia

To był tydzień klęsk. I obchodów zwycięstwa sprzed stu lat. Ale one też zakończyły się klęską. I kolejne wygenerowały.

Obiecywane, przygotowywane od ponad dwóch lat obchody Stulecia Bitwy Warszawskiej bezlitośnie obnażyły nieskuteczność i nędzę umysłową elit PiS. Nie zbudowano hucznie zapowiadanego pomnika zwycięstwa, ani obiecywanego muzeum w Ossowie.

Aby oszukać ten przysłowiowy „ciemny ludu” dokonano otwarcia muzeum Józefa Piłsudskiego w dworku w Milusin. Otwarto uroczyście i głośno, aby w przyszłym miesiącu zamknąć je po cichu. Bo restaurowany od lat dworek potrzebuje dalszego, gruntownego remontu. Obecny stan wyklucza przyjmowanie dużych grup zwiedzających. x/ Od totalnej klęski uratował PiS-oców korona wirus. Dzięki pandemii można było nie organizować tradycyjnej defilady wojskowej. Dzięki wirusowi elity PiS uniknęły kompromitacji, szyderstw i zasadnej krytyki ich polityki wojskowej. Polityki gigantycznych, hurra patriotycznych obietnic i zakonserwowania wojska polskiego w stanie muzealnym. Dzisiaj, przy tak archaicznym, wysłużonym i zużytym sprzęcie wojsko polskie żadnej poważnej bitwy by nie wygrało. Dziś nawet na cud nikt już nie liczy.

Centralnym punktem artystycznych obchodów miał być multimedialny koncert „1920.Wdzięczni bohaterom”. I odbył się on na warszawskim stadionie PGE Narodowy. I był uroczyście transmitowany przez TVPiS. Koncert wzbudził wiele emocji i opinii, zwykle krytycznych. Nawet ze strony dziennikarz związanych z PiS. Niedawny dyrektor pierwszego programu TVPiS określił go dosadnie. Jako „ G..no pomalowane na biało- czerwono”. Cóż, nawet „Flaczki”, nie nazwałby tej PiS chałtury patriotycznym gównem.

Najważniejszą osobą obchodów Stulecia polskiego zwycięstwa był amerykański urzędnik średniego szczebla. Sekretarz stanu USA. Pieszczotliwie zwany przez polskie media „Pompeom”.

Ów Pompeom poruszał się po naszym kraju z gracją i wdziękiem rosyjskiego rewizora. Najwięcej czasu spędził z panem ministrem spraw zagranicznych Jackiem Czaputowiczem, który od tygodni deklaruje swą silną wolę rezygnacji z wykonywanej pracy. Nie trudno zgadnąć, że po przewidywanej klęsce wyborczej szefa Pompoeo, tenże Pomopeom również swoje stanowisko straci. Zatem o przyszłości Polski rozmawiali w Warszawie dwaj urzędnicy bez przyszłości na swych stanowiskach pracy.

Podczas konferencji prasowej obaj panowie bez przyszłości zachowywali się jakby rozmawiali jedynie ze sobą. Pan minister Czputowicz utrzymywał, że rozmowy dotyczyły przede wszystkim sytuacji na Białorusi oraz zaangażowania wojskowego USA w Polsce i budowy polskiej elektrowni atomowej wedle amerykańskiej technologii. Sekretarz Pompeo unikał deklaracji wobec konfliktu na Białorusi. Skupiał się na walce z chińskimi komunistami i oferowaną przez nich technologią 5G. Chwalił Polskę za przyłączenie się do antychińskiej krucjaty i sprzeciw wobec budowy gazociągu Nord Stream 2, konkurencji wobec ich gazu. Obaj zgodnie mówili o rozszerzonej współpracy wojskowej i umowie regulującej czasowe stacjonowanie wojsk USA na ziemiach polskich.

Choć wszystkich szczegółów jej jeszcze nie ujawiono, to wytycza ona nowy kierunek rozwoju wojska polskiego. Wzorowany na reformie króla Władysława IV. Wtedy, w XVII wieku ustalono, że nowoczesne wojsko będzie dzieliło się na autorament narodowy i cudzoziemski. Uzupełniony pospolitym ruszeniem. Dzisiaj autorament narodowy stanowi wojsko polskie, które przekształcane jest w grupy konserwujące i rekonstruujące stary sprzęt. Oczkiem w głowie elit PiS jest pospolite ruszenie, czyli Wojska Obrony Terytorialnej. Oraz autorament cudzoziemski, czyli wojska USA. One mają odstraszać rosyjskiego agresora. One będą pochłaniać najwięcej pieniędzy z zwiększonego budżetu na obronę „narodową”. Za sam pobyt i szkolenie wojsk USA na polskich poligonach polscy podatnicy mogą zapłacić rocznie pomad 2 miliardy USD. To zrozumiałe, że na modernizację autoramentu narodowego kasy może nie wystarczać.
Nie trudno zauważyć, że na przywiezionej przez Pompeo umowie wygrał budżet USA i politycy PiS, który zaprezentują ją jako swe wielkie zwycięstwo w obiecanej, ale nie wybuchłej wojnie z Rosja. Przegrało zmarginalizowane wojsko polskie.

Kto wygra na Białorusi? Administracja USA, politycy Unii Europejskiej i elity PiS modlą się aby nie była to frakcja prorosyjska. Stary Łukaszenka nie jest demokratą, ale skutecznie opierał się przed aneksją Białorusi przez Rosję. Jeśli jednak wygra na Białorusi demokracja i demokratyczną wolą naród opowie się za zaproszeniem wojsk rosyjskich na Białoruś, skoro Polacy zaprosili armię USA, to niejeden polski demokrata zatęskni za autorytarnym Saszą Ł.

Bez wątpienia podwyżki polskiej klasie politycznej należały się. Ale to jeszcze nie powód aby przeprowadzać je w takim terminie i w takim wkurwiającym społeczeństwo stylu.
Polityka nie opiera się tylko na racjonalnych argumentach. Czasem emocje biorą górę.

Na podwyżkach politycznych uposażeń najmniej politycznie straci PiS, bo jego elektorat darzy go miłością sekciarsko-kibolską. Najwięcej straci lewica, bo jej elektorat zwykle przyjmuje postawę krytyka teatralnego. Bezlitosnego wobec ulubieńców, mściwego nawet. Przekonanego, że sam zgrałby te role znacznie lepiej.

Bankierom rośnie

Na co może liczyć dyrektor generalny banku w dobie pandemii koronowirusa, kiedy gospodarka pikuje w dół, na giełdzie pojawia się panika, a akcje banku spadają na łeb i szyję? Oczywiście na solidną podwyżkę. Bez obaw o niegospodarność, bo za ewentualne straty przedsiębiorstwa prawdopodobnie i tak zapłacą podatnicy – przeciętni Amerykanie.
David Solomon, dyrektor generalny banku inwestycyjnego Goldman Sachs, jest szczęśliwcem, który właśnie otrzymał 20 proc. podwyżki pensji. Teraz będzie zarabiał 27,5 mln USD rocznie. Ale to nie wszystko. Solomon dodatkowo dostał premię w wysokości 7,65 mln USD oraz stał się posiadaczem akcji wartych 17,85 mln USD.
Jak uzasadnia ten krok zarząd banku? „Kierował naszym opracowaniem trzyletniego biznesplanu firmy i jasnej długoterminowej strategii, która wykorzystuje nasze fundamentalne zalety, wzmacnia długoterminowe nastawienie firmy i wpaja kulturę innowacji” – czytamy w oświadczeniu. Ponadto dyrektor generalny „wyróżniał się także jako wykwalifikowany rzecznik firmy zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie”.
Gratyfikacja „pierwszego bankstera” ma miejsce w chwili, kiedy z powodu zagrożenia epidemiologicznego wywołanego koronawirusem COVID-19 gospodarka amerykańska zwalnia, a na amerykańskiej giełdzie trwa panika, w wyniku której tylko w ciągu pierwszego tygodnia marca Dow Jones stracił na wartości blisko 9 proc., a w skali całego miesiąca o około 35 proc., zaś NASDAQ aż o 35 proc. wartości.
Ucierpiały również akcje samego Goldman Sachs, notując spadek z 237,33 USD w dniu 19 lutego do 138,41 USD w piątek 20 marca.
Wśród zwykłych Amerykanów poddanych kwarantannie, którzy stracili pracę lub obawiają się jej utraty, a przynajmniej utraty części zarobków, narasta gniew. Pojawiają się wpisy w mediach społecznościowych, że takie zachowanie się klasy wyzyskiwaczy skończy się zamieszkami i gilotyną. Niektórzy porównują gromadzenie bogactwa przez krezusów w czasie pandemii do gromadzenia papieru toaletowego przez zwykłych spanikowanych ludzi.
Amerykanie mają prawo się czuć wkurzeni. Tym bardziej że narasta presja ze strony banksterów, finansjery i plutokratów, by Kongres zasilił ich biznesy publicznymi pieniędzmi, tak jak miało to miejsce podczas kryzysu finansowego w 2008 roku.
Fundamentalna zasada kapitalizmu, która opiera się o prywatyzację zysków i nacjonalizację strat, ma się cały czas dobrze.

Życie z drogim prądem

Za energię Polacy płacą coraz więcej, więc zrozumiałe, że są niezadowoleni. Rząd PiS, postępując tak, jak robiła władza „za komuny” zaczął więc obiecywać rekompensaty (oczywiście nie wszystkim).

W bieżącym roku płacimy drożej za prąd. Jaka jest rzeczywista skala podwyżek cen dla obywateli, tego dokładnie nie wiadomo.
Informują o tym same firmy energetyczne i naturalnie starają się podawać jak najmniejsze wysokości nowych stawek. O ile już zdrożał prąd naprawdę? Trudno powiedzieć.
Samodzielnie też nie da się obliczyć, jaka powinna być wysokość naszego rachunku. Firmy energetyczne rozmyślnie bowiem prezentują tak zawiłe wzory obliczania należności za prąd, aby nikt nie był w stanie ich zrozumieć.
Również i Urząd Regulacji Energetyki chyba dokładnie nie wie jakie są tegoroczne podwyżki, bo nie podaje ich średniej skali procentowej.
12 procent czy więcej?
W każdym razie, w obiegu publicznym funkcjonuje informacja, że prąd dla osób fizycznych zdrożał w tym roku średnio o ok. 12 proc. Firmy energetyczne podają więc liczby zbliżone do dwunastki.
Podobnie czyni i niemiecka firma Innogy, która również mówiła o 12-procentowej podwyżce cen energii. W jej przypadku Urząd Regulacji Energetyki nawet nie bardzo ma szanse, by przymierzyć się do zbadania wysokości podwyżek wprowadzanych przez tę firmę.
Niemiecka prywatna Innogy jest traktowana przez polskie władze w uprzywilejowany sposób. Nie musi przedstawiać swoich cenników do zatwierdzenia Urzędowi Regulacji Energetyki, w odróżnieniu od czterech państwowych firm energetycznych (Enei, Energi, Polskiej Grupy Energetycznej i Taurona). I oczywiście Innogy korzysta ze swej uprzywilejowanej pozycji.
Tak więc, wspomniane cztery polskie firmy państwowe muszą uzyskać zgodę URE na wprowadzenie nowych, wyższych stawek, do czego są zobowiązane przepisami prawa energetycznego. Niemiecka prywatna Innogy jest zaś zwolniona z obowiązku uzyskiwania zgody URE.
Innymi słowy, Innogy, w przeciwieństwie do naszych firm państwowych może wprowadzać u nas takie podwyżki cen energii, jakie sobie życzy – a polskiemu urzędowi nic do tego.
Grosze i miliony
Swoboda w ustalaniu cenników ma oczywiście konkretny wymiar finansowy. Ceny prądu dostarczanego przez różnych dostawców trudno porównywać.
Każda firma energetyczna stosuje wiele odmiennych stawek, w zależności od tego, do jakiego rejonu dostarcza prąd, na jakich zasadach go kupuje, ile nabywa energii odnawialnej, jakie ma składniki zmienne opłaty dystrybucyjnej, jak oblicza sobie koszty obsługi klienta itp.
Już w 2012 r. Urząd Regulacji Energetyki obliczył, że cena kilowatogodziny energii wynosiła (bez rozmaitych opłat dodatkowych) w Polskiej Grupie Energetycznej 0,2838 zł, w Enei 0,2845, w Tauronie 0,2758, a w RWE Polska (tak wtedy nazywała się dzisiejsza Innogy) 0,2878 zł – czyli najdrożej. Opłacało się więc samodzielne ustalanie cenników.
Różnica na kilowatogodzinie wynosząca drobną część grosza, przekłada się na miliony złotych dodatkowego czystego zysku rocznie. Oznacza to, że warto stosować własne ceny, do których URE nie ma prawa się wtrącać.
Gospodarstwa domowe są dziś jedyną grupą odbiorców w Polsce kupującą energię elektryczną po cenach teoretycznie regulowanych.
Ceny prądu dla przedsiębiorstw uwolniono, wychodząc z słusznego założenia, że producenci czegokolwiek mogą przerzucać koszty energii na klientów.
Gospodarstwa domowe już nie mają na kogo przerzucać, powinny więc być chronione przed dużymi podwyżkami cen prądu. Jak widać, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości są chronione w coraz mniejszym stopniu.
Trzeba wierzyć
Przedstawiciele Innogy, jak wspomniano, oświadczyli, że ich podwyżka cen energii wynosi 12 proc. od początku lutego 2020 r.
Nie da się zweryfikować prawdziwości tej informacji o wysokości podwyżki. Wątpliwości co do jej rzetelności może natomiast budzić to, iż w Innogy skala podwyżek dla osób korzystających z taryfy tzw. nocnej (tańszy prąd od 13 do 15 oraz od 22 do 6) i dziennej (droższy prąd w pozostałych godzinach), jest wyższa niż wspomniane 12 proc.
Innogy w komunikacie o podwyżkach nie używa oczywiście słowa „podwyżka”. Firma informuje jedynie o „zmianach” w taryfie i podaje tylko nowe stawki. O tym, jakie były stare, nie mówi się, aby klient nie mógł dokonać porównań.
Wiele osób przechowuje jednak ubiegłoroczne rachunki za prąd od Innogy – i może dość łatwo obliczyć różnicę.
We wspomnianej taryfie nocno-dziennej, cena tzw. energii czynnej netto w ubiegłym roku wynosiła w Innogy 0,2592 zł za kilowatogodzinę. Od 1 lutego 2020 r cena wynosi 0,2998 zł/ kwh, co oznacza wzrost o około 13,5 proc. Dotyczy to godzin 13 – 15 i 22 – 6.
Natomiast w pozostałych godzinach, cena energii czynnej wzrosła z 0,2928 zł/kWh do 0,3387 zł/kwh – czyli także o ok. 13,5 proc.
Jeśli zaś chodzi o tzw. opłatę handlową (rozliczaną raz na pół roku), to dla tej taryfy nocno-dziennej cena zwiększyła się z 4,84 zł do 6,80 zł miesięcznie – czyli aż o prawie 29 proc.
Jak widać, te nowe stawki zwiększyły się bardziej niż o 12 procent, zapowiedziane przez Innogy.
W przypadku taryfy obejmującej jednakową cenę energii przez cała dobę, także mamy do czynienia ze wzrostem o ok. 13,5 proc.
Przy okazji trzeba zauważyć, że w taryfie obejmującej jednakową cenę przez całą dobę opłata handlowa jest znacznie mniejsza niż w taryfie nocno-dziennej. Nie 6,80 zł miesięcznie lecz 6,25 zł miesięcznie.
To zasadzka na łatwowiernych klientów, którzy decydują się na wybór taryfy nocno-dziennej i mają nadzieję, że jak w tańszych godzinach skomasują korzystanie z urządzeń elektrycznych, to zapłacą mniej za prąd. Owszem, za sam prąd zapłacą mniej – ale oddadzą to w postaci wyższej opłaty handlowej.
Firma Innogy zapowiadała tylko 12 proc. wzrost cen energii, ale jednocześnie, ustami swej rzeczniczki Aleksandry Smyczyńskiej oznajmiła: „Oczywiście, zawsze to jaka jest konkretna podwyżka, konkretna kwota, zależy od stopnia zużycia”.
Warto wyjaśnić, że ów „stopień zużycia” nie ma tu nic do rzeczy. Procentowo skala podwyżek jest taka sama, zarówno dla osoby zużywającej dużo prądu, jak i mało. No chyba, żeby ktoś, przerażony wysokością podwyżek w Innogy w ogóle przestał korzystać z prądu.
Wtedy podwyżka (a i cała kwota płacona za energię) będzie dlań równa zeru, zarówno w złotówkach jak i procentach.
Rząd PiS: winni są inni
Prąd jest coraz droższy, natomiast rząd, z typowym dla Prawa i Sprawiedliwości zrzucaniem odpowiedzialności na innych, oświadczył, że wzrost cen energii jest wzrostem obiektywnym, nie wynikającym oczywiście z działań rządu. Jakby to nie kosztowne inwestycje rządowe w rozwój energetyki węglowej zwiększały ceny prądu.
Ponieważ jednak wkurzenie społeczeństwa na podwyżki cen prądu jest zauważalne, rząd zaczął mówić o rekompensatach za droższe rachunki.
Jest to więc ewidentny powrót do polityki prowadzonej „za komuny”, kiedy to także, gdy zwiększano ceny, zaczynano opowiadać bajki o rekompensatach.
Wedle dość enigmatycznych zapowiedzi rządu, o rekompensaty będą się mogły ubiegać wyłącznie osoby, których dochód roczny w tym roku nie przekroczy pierwszego progu podatkowego (czyli ok. 85 tys zł brutto, co daje ok. 7 tys. brutto miesięcznie. Dla całego gospodarstwa domowego będzie brany pod uwagę dochód osoby, której podpis widnieje na umowie z firmą energetyczną.
W celu otrzymania rekompensaty, trzeba będzie do końca tego roku złożyć pisemny wniosek do firmy, która dostarcza prąd.
Rekompensaty mają się wahać od około 30 do ok. 300 złotych rocznie, w zależności od wielkości zużycia prądu w gospodarstwie.
Najważniejsze zaś, że to na pewno nie będzie rekompensata wypłacana w żywym pieniądzu – lecz w postaci pomniejszonych rachunków za prąd w przyszłości. W jak dalekiej przyszłości? Otóż, to pomniejszanie zacznie się najwcześniej w drugiej połowie przyszłego roku.
Na razie wciąż mowa jest jedynie o projekcie ustawy. Nie wiadomo, czy ustawa o rekompensatach w ogóle trafi do parlamentu, ale należy jednak oczekiwać, że tak.
Prominenci PiS mają bowiem cichą nadzieję, że Senat, zauważywszy jakieś nielogiczności w tej ustawie, zawetuje ją. Dzięki temu rządowe media „publiczne” będą mogły godzinami ujadać na opozycję oraz oskarżać ją o działalność na szkodę ogółu Polaków.
I biorąc pod uwagę raczej mały rozumek opozycji, taki scenariusz wcale nie jest wykluczony.

Stracona szansa na rynku pracy

Eksperci się zgadzają: czas dobrej koniunktury i szybkiego rozwoju gospodarczego się skończył.

Gospodarka zwalnia, przybywa coraz mniej miejsc pracy, spada dynamika wzrostu płac, inwestycji i konsumpcji. Coraz więcej komentatorów mówi, że kończy się okres prosperity, a sytuacja pracowników w wielu branżach będzie się pogarszać.

Lepiej już było

PiS miał szczęście. Przez cały okres pierwszej kadencji rządów Jarosława Kaczyńskiego w całej Unii Europejskiej rósł Produkt Krajowy Brutto, spadało bezrobocie, poprawiały się wskaźniki jakości życia, rosły inwestycje. Był to czas, w którym polski rząd mógł wprowadzać rozwiązania legislacyjne korzystne dla pracowników. Niestety jednak rząd nie skorzystał z okazji. Przez ponad cztery lata władza nie znalazła czasu, aby zadbać o prawa pracownicze i poprawić sytuację świata pracy, o którym tak wiele mówiono w trakcie kampanii wyborczych. Od 2015 roku nie wprowadzono praktycznie żadnych całościowych rozwiązań, które pozwoliłyby trwale poprawić sytuację ludzi pracy.

Rozkwit śmieciówek, wegetacja PIP

Prawo i Sprawiedliwość nie wdrożyło żadnych rozwiązań na rzecz ograniczenia umów cywilno-prawnych. Nie zmieniło ani nie uszczelniło na tym polu przepisów, nie zwiększyło uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, nie zwiększyło skali kontroli ani nie podniosło kar dla nieuczciwych pracodawców. Na dodatek umowy niestandardowe rozlały się po kolejnych obszarach rynku pracy nadzorowanych przez rząd, w tym chociażby rozpowszechniły się w służbie zdrowia czy transporcie lotniczym. Masowe łamanie Kodeksu pracy i zatrudnianie na umowę zlecenie lub samozatrudnienie, gdy są spełnione wszystkie wymogi pracy etatowej, najwyraźniej nie przeszkadza partii, która zdobyła władzę na krytyce ekonomicznych liberałów.

Gdzie podwyżki?

Nie ma też przełomu w polityce płacowej. Zarobki w sferze samorządowej i budżetowej w ciągu ostatnich 4 lat rosły wolniej niż w całej gospodarce, a godne podwyżki dotyczyły jedynie pracowników nielicznych profesji, których władza uznała za swój elektorat. Również wzrost płacy minimalnej, chociaż dość znaczny, nie został w żadnej sposób usankcjonowany ustawowo, co oznacza, że przy kryzysie gospodarczym władza nie będzie zobligowana do dalszego podnoszenia minimalnego wynagrodzenia. Jednocześnie nie wprowadzono żadnych innych bodźców na rzecz wyższych płac poprzez całościową politykę podatkową czy inwestycyjną.

Związki wciąż słabe

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wprowadził żadnych istotnych rozwiązań, które pozwoliłyby wzmocnić związki zawodowe. Nie zwiększył ich uprawnień i kompetencji na obszarze zakładu pracy, nie zrobił nic, aby rozpowszechnić układy zbiorowe na poziomie branży, a na poziomie państwa całkowicie zmarginalizował dialog społeczny. Wzrosła jedynie rola Solidarności, ale tylko dlatego, że jest to dziś przybudówka partii rządzącej.
PiS wiele mówił o transparentności, a nie wprowadził jawności płac, ani nawet nie przegłosował ustawy o jawności płac przy ogłoszeniach o pracy. Rząd nie przeforsował też, ani nawet nie poddał dyskusji żadnych rozwiązań na rzecz przeciwdziałania nierównościom płacowym.

Wsparcie dla swoich

Wreszcie odnośnie jakości zarządzania spółkami skarbu państwa i przedsiębiorstwami państwowymi nie tylko nie było dobrej zmiany, ale wręcz nastąpił daleko idący regres. PiS-owscy prezesi na masową skalę zwalniali niewygodnych pracowników, obsadzali kluczowe stanowiska swoimi znajomymi, dyskryminowali krytyczne związki zawodowe. Miała być dobra zmiana na rynku pracy, a są zmarnowane cztery lata i zwalanie winy za patologie na poprzednie rządy.

Nie uciekniemy od transformacji energetyki

Liderzy Związku Zawodowego Górników obudzili się z letargu, w który popadli na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Nie reagowali, gdy kilka dni temu Andrzej Duda mobilizował ich do działań przeciwko sędziom. Nie organizowali akcji protestacyjnych i milczeli, gdy partia rządząca zamykała kopalnie i likwidowała miejsca pracy w branży. Przez wiele miesięcy nie przeszkadzało im, gdy import węgla z Rosji bił historyczne rekordy. Zmobilizowali się dopiero wtedy, gdy do Polski przyjechała nastoletnia szwedzka działaczka, Greta Thunberg.
Obelgi zamiast dyskusji
Związkowcy obudzili się z wielomiesięcznego snu, aby mocno uderzyć nie tylko w Thunberg, ale też górników, którzy ośmielili się z nią spotkać, w tym szczególnie organizującego spotkanie, Jerzego Hubkę. W ten sposób liderzy Związku Zawodowego Górników i Sierpnia 80 wpisali się w najgorsze stereotypy antyzwiązkowe. Rzecznik Sierpnia 80, Patryk Kosela zwyzywał Hubkę, używając prymitywnych, nienawistnych sformułowań. Brakowało tylko gróźb pobicia. Podejście władz ZZG o tyle zdumiewa, że przez wiele lat mówiły one tym samym językiem, co Hubka dziś. Najwyraźniej Prawo i Sprawiedliwość zepsuło nie tylko standardy działań w polityce sejmowej, ale też część środowisk związkowych.
W stanowisku, które przyjęła w tej sprawie Związkowa Alternatywa, czytamy, że „świat, w tym Polska, wymaga podjęcia całościowych działań na rzecz zapobiegania zmianom klimatycznym. Ślepota na te procesy jest przejawem nieodpowiedzialności i niewiedzy”.
Przypomnieliśmy też jako związek, że Hubka nie mówił o likwidowaniu żadnych kopalni – tym zajmuje się rząd za cichym przyzwoleniem dużych związków górniczych. Hubka jedynie „apelował o wdrożenie w górnictwie nowoczesnych technologii, które pozwoliłyby na zachowanie miejsc pracy, a zarazem realizację ambitnych celów klimatycznych”.
Ambitne cele nie dla Polski?
Niestety Polska jest krajem, w którym tak oczywiste tezy budzą kontrowersje. Związkowcy, podobnie jak i przedstawiciele władz publicznych, powinni usiąść i pilnie opracować zasady polityki energetycznej na najbliższe lata, uwzględniając cele klimatyczne. Tymczasem wolą bronić status quo, które jest niekorzystne dla nikogo: kopalnie są likwidowane, miejsc pracy w górnictwie ubywa, importujemy coraz więcej węgla z Rosji, nie mogąc sprzedać swojego, a zmiany klimaty dokonują się w coraz szybszym tempie, zagrażając przyszłości całej ludzkości. Ponadto polskie władze zamiast negocjować z Unią Europejską pozyskanie dodatkowych środków na inwestycje ekologiczne, wolą bronić status quo jak niepodległości. W konsekwencji polska energetyka ani nie jest bardziej ekologiczna, ani bardziej opłacalna, ani bezpieczniejsza. Jest tylko w 100 proc. narodowa, czyli zgodna z wolą partii rządzącej.
Od OZE… odchodzimy
Nagonka na Gretę Thunberg ukrywa brak jakiejkolwiek polityki energetycznej polskich władz i dokonujący się regres odnośnie ekologicznej transformacji. Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny opublikował raport dotyczący udziału energii odnawialnej w ogólnym zużyciu energii. Zgodnie z ostatnimi danymi w 2018 r. w krajach należących do Unii Europejskiej energia odnawialna stanowiła 18 proc. całej energii, czyli o 0,5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej o i 1,3 pkt proc. więcej niż w 2015 r. Blisko połowa państw osiągnęła już zaplanowane cele klimatyczne, większość się zbliża do ich realizacji.
Jak wygląda Polska? Nasz kraj wynegocjował jeden z najmniej ambitnych celów i zadeklarował, że w 2020 r. poziom energii odnawialnej sięgnie 15 proc. Ale nawet do tej granicy się nie zbliżamy. W 2018 r. energia odnawialna stanowiła 11,3 proc. wykorzystywanej energii, czyli o 0,4 pkt proc. mniej niż w 2015 r. Za rządów PiS odchodzimy zatem od energii odnawialnej. O energii atomowej wciąż nic nie wiadomo i wydawane są kolejne dziesiątki milionów na ekspertyzy.
Pod koniec ubiegłego roku rząd ogłosił, że w 2020 r. trzeba przyjąć plan budowy elektrowni i otworzyć pierwszy reaktor do 2033 r. Jakichkolwiek konkretów brak. Również oficjalnie adorowane przez rząd kopalnie są zamykane w coraz szybszym tempie. Cóż więc nam zostaje? Wygląda na to, że rząd celowo skazuje nas na rosyjski węgiel. Walka z Gretą Thunberg nic tutaj nie zmieni.

Ceny żywności spadają?

W sierpniu koszyk podstawowych produktów w marketach był tańszy niż w lipcu. To pierwszy spadek od kwietnia – można przeczytać we wtorkowym wydaniu Pulsu Biznesu i na portalu RMF24. Czy szalejąca drożyzna przestanie nam w końcu dokuczać?

Inflacja i rosnące ceny żywności są jednym z centralnych tematów trwającej kampanii wyborczej. Politycy opozycji, głównie tej prawicowej, chętnie demonstrują zdjęcia paragonów, mające ilustrować rosnące w szybkim tempie ceny. Tymczasem badanie wykonywane co miesiąc przez ASM Sales Force Agency dowodzi, że trend ten został zatrzymany. Przynajmniej w sierpniu podstawowe produkty były tańsze niż w lipcu i najtańsze od kwietnia, gdy przy okazji świąt wielkanocnych sklepy obniżały ceny i stosowały rozliczne promocje.
Badanie, na które powołują się media polega na porównaniu cen 40 najczęściej nabywanych w detalicznej sprzedaży spożywczych produktów.
„Podczas gdy lipiec był dla Polaków miesiącem drogich zakupów, druga połowa wakacji była nieco łaskawsza dla ich portfeli. Sierpniowe badanie koszyka zakupowego pokazuje, że najdroższe zakupy robiliśmy nie wychodząc z domu (kanał e-commerce), zaś najtańsze w stacjonarnym Kauflandzie – za ten sam koszyk zapłaciliśmy tu 220,16 zł zaś przez internet 246,54 zł” – podaje ASM SFA, cytowana przez Polską Agencję Prasową.
Według danych zebranych przez koszyk zakupowy ASM SFA, największe obniżki w ciągu miesiąca były w sieci E.Leclerc (spadek o 6,59 proc.), Kaufland (2,73 proc. w dół) oraz Carrefour (w dół o 2,27 proc.). Z kolei podwyżki zanotowano w sklepach Biedronki (wzrost o 1,87 proc.) oraz Selgros (0,23 proc. w górę).

Pomalowane ptaki

By tło (background) na politycznych piknikach PiS było przyjemne dla oka politycy tej partii ustawiają się zazwyczaj na tle na przebranych na ludowo osób. Piszę przebranych, bo takich strojów nikt dzisiaj na co dzień nie używa. Gdyby jednak PiS swoje pikniki adresował do grup zawodowych to kto w tle przemawiających polityków zechciałby stanąć?
Weźmy np. kilkusettęsieczną grupę pracowników służby zdrowia. Pielęgniarki ubrane w białe fartuchy, lekarze także, ale innego kroju, ze stetoskopami na ramionach. Wszyscy oczywiście uśmiechnięci i zadowoleni. Nie, po zaniedbaniach tej partii w tym sektorze, jego pracownicy na pewno nie dadzą tła dla PiS-u.
To może kilkaset tysięcy nauczycieli stanęłoby za panią minister Zalewską. Po degrengoladzie jaką oświacie zgotowała ta pani jest to niemożliwe.
A może rolnicy, ale ci prawdziwi, sprzedający produkcję, nie ci, mieszkańcy wsi, żyjący z socjalu, rent i emerytur. Rolnicy to dzisiaj jedna z najbardziej niezadowolonych grup zawodowych i tła dla ministra Ardanowskiego na pewno nie daliby.
Może tłem byłaby kilkusettysięczna grupa pracowników administracji rządowej i samorządowej. Ale to niemożliwe. Ta grupa zarabia grosze i od lat bezskutecznie upomina się o lepsze płace. Oni, z bardzo niezadowolonymi minami, nie byliby dobrym tłem dla PiS-owskich polityków
Bardziej zadowoleni są pracownicy zagranicznych firm i korporacji, ale tam zarobków nie ustala PiS. To może pracownicy wymiaru sprawiedliwości, sędziowie, prokuratorzy czy adwokaci byliby dobrym tłem dla ministra Ziobry. Obawiam się, że stanęliby za nim tylko nieliczni pracownicy jego resortu i nowomianowani funkcyjni, a i oni pewnie wstydziliby się pokazać swoje oblicza publicznie. Bo to przecież wstyd.
Mogą stanąć, jako tło, mundurowi, bo dostaną rozkaz, a i PiS im grosza ostatnio nie żałuje.
Jak to się zatem dzieje, że grupy zawodowe, zależne od rządu są niezadowolone, a PiS ma tak wysokie poparcie. To jest do wytłumaczenia. Skoro kilkadziesiąt miliardów rocznie daje się obywatelom w formie socjalu, a nie płaci za pracę, to zawsze znajdą się liczni zadowoleni, nawet wśród tych małozarabiających. I tak, pracownicy są niezadowoleni z płac, ale jest duża grupa zadowolona z socjalu. Nie wnikam teraz czy jest to sprawiedliwy rozdział publicznych pieniędzy. Jest faktem, że dużej grupie obywateli podoba się.
A tak, w praktyce zawsze uda się znaleźć chętnych, by stanąć za plecami władzy, pogrzać się w jej blasku i znajomi powiedzą, że widzieli sąsiada w telewizji, w kolorowym strojach pomalowanych ptaków. Kto czytał Kosińskiego zrozumie aluzję.

Startuje Związkowa Alternatywa

Nowo utworzona centrala związkowa postuluje pakiet na rzecz wyższych płac.

Pomimo dobrej koniunktury, płace w Polsce rosną nierównomiernie, a w wielu branżach stoją w miejscu. Ponadto wciąż zarobki setek tysięcy pracowników nie pozwalają im na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Dlatego Związkowa Alternatywa uważa, że władze publiczne powinny przyjąć pakiet na rzecz wyższych płac.
Po pierwsze, domagamy się ustanowienia płacy minimalnej co najmniej na poziomie 50% średniego wynagrodzenia. Rekomendowane przez rząd podniesienie płacy minimalnej do 2450 zł brutto nie zmieni proporcji minimalnego wynagrodzenia do średniej krajowej, a nawet może nieznacznie ją zmniejszyć. Dlatego proponujemy, aby w przyszłym roku płaca minimalna wynosiła co najmniej 2600 zł brutto. To wciąż niska kwota, ale pozwalająca na znaczącą poprawę warunków życia dla setek tysięcy pracowników i ich bliskich.
Po drugie, domagamy się podniesienia płac w sferze budżetowej o co najmniej 15%. Płace w budżetówce były zamrożone przez 9 lat, co oznaczało realny spadek o około 15 pkt proc.
Po trzecie, są w Polsce branże od lat lekceważone przez władzę, które zarazem mają olbrzymie znaczenie dla rozwoju społecznego. Takimi branżami jest edukacja, służba zdrowia i pomoc socjalna. Są to zawody przyszłościowe, a bardzo słabo płatne. Za wszystkie te trzy obszary odpowiada przede wszystkim państwo i każda z tych profesji powinna być znacznie lepiej opłacana niż obecnie. Dlatego płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia i pracowników socjalnych w placówkach publicznych powinny w przyszłym roku wzrosnąć o 30%.
Po czwarte, w Polsce nawet w sektorze publicznym są olbrzymie nierówności między pracownikami na tych samych stanowiskach. Prawo pracy opiera się na zakazie różnicowania praw pracowniczych i pracownicy mają równe prawa z tytułu jednakowego wypełniania takich samych obowiązków. Jeżeli praca jest równie trudna, wymaga takiego samego wysiłku i umiejętności, tych samych kompetencji, a pracownicy mają taki sam zakres decyzji – powinni otrzymać równe wynagrodzenie. Dlatego należy zrównać wynagrodzenia w sektorze publicznym pracowników zatrudnionych na tych samych stanowiskach. Pracownicy wymiaru sprawiedliwości czy urzędów skarbowych o takim samym zakresie obowiązków i tym samym stażu pracy powinni otrzymywać wynagrodzenie tej samej wysokości w całym kraju.
Wreszcie po piąte, uważamy, że rząd powinien wprowadzić oddzielne regulacje płacowe dla osób pracujących w niedziele i święta. Setki tysięcy pracowników ochrony, gastronomii, handlu, rozrywki, służby zdrowia, transportu, energetyki czy policji pracuje w niedziele i święta i zdecydowana większość z nich nie dostaje za pracę w tych dniach wyższych stawek niż za pracę w dni powszednie. Dlatego uważamy, że za każdą pracę w niedziele i święta powinny być 2,5 razy wyższe stawki niż za pracę w dni powszednie. Wprowadzenie takiego rozwiązania byłoby silnym, propracowniczym bodźcem dla całego rynku pracy, który zarazem umacniałby firmy skłonne do podniesienia płac.