Nasz trzynasty rachunek za prąd

Holender Timmermans dba o holenderskie interesy, forsując w UE szybkie przechodzenie na energię odnawialną. Polska niestety nie ma nikogo, kto by zadbał o jej interesy.
W Polsce ceny energii od kilku lat były już dość wysokie, ale tak naprawdę poszybowały w górę dopiero pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości. W tym roku na naszych rachunkach za energię pojawiła się po raz pierwszy tzw. opłata mocowa wprowadzona przez rząd PiS-u. Gdyby energia elektryczna w Polsce była rozliczana w systemie miesięcznym, można byłoby powiedzieć, że za sprawą tej nowej daniny mieszkańcy naszego kraju otrzymują 13 rachunek za prąd.
Jak policzyli eksperci Lewicy, średnio płacimy o 9 zł więcej niż w ubiegłym roku za każdy rachunek za prąd. Wraz z podwyżkami cen energii elektrycznej zdrożały oczywiście również wszystkie inny produkty, przede wszystkim żywność i produkty pierwszej potrzeby. Niestety to dopiero początek kolejnych podwyżek. Zła polityka energetyczna, a raczej jej brak spowoduje, iż w najbliższym czasie możemy spodziewać się kolejnych podwyżek o 30-50 procent.
Skąd podwyżki cen prądu? Zdaniem Lewicy, jest to efekt zaniedbań w budowaniu energetycznego miksu w produkcji energii elektrycznej. W przeciągu roku stawka za emisję tony dwutlenku węgla wzrosła z 5 euro do 25 euro. Unijny mechanizm tych opłat funkcjonuje od dawna i jego celem jest zmotywowanie rządów oraz firm energetycznych do większych inwestycji w odnawialne źródła energii.
Pieniądze z opłat ze sprzedaży uprawnień do emisji zasilają budżety krajowe. Dyrektywa unijna zaleca wykorzystanie co najmniej połowy wpływów z aukcji uprawnień na modernizację energetyki i cele związane z klimatem. Rządy PiS miały świadomość istnienia tego mechanizmu, przecież działa on od 2005 r., jednakże przez lata nie brały pod uwagę scenariusza, w którym stawka ze emisję CO2 rośnie powyżej 20 euro za tonę.
Inna sprawa, że nie ulega wątpliwości, iż zadekretowany przez UE tak szybki wzrost cen emisji CO2 jest zbójecki i leży przede wszystkim w interesie najzamożniejszych państw Unii – co jest sprzeczne z główną zasadą funkcjonowania Wspólnoty Europejskiej, polegającą na zmniejszaniu dystansu między bogatym Zachodem, a pozostałymi członkami Unii.
Jednakże ani rząd Beaty Szydło, ani rząd Mateusza Morawieckiego nie wykorzystywały tych środków na wprowadzenie zielonej zmiany w polskiej energetyce i stosowały sztuczki księgowe, aby wykorzystać pieniądze z emisji CO2 na inne cele. Ta polityka dzisiaj się mści, a ceną płacą konsumenci w coraz wyższych rachunkach za prąd. Trzeba jednak też pamiętać, że w Polsce zyski budżetowe z wyższych opłat za emisję CO2 były stosunkowo niewielkie, zważywszy, że opłaty te były wnoszone do budżetu przez państwowe głównie zakłady energetyczne.
Dziś PiS w kontekście polityki energetycznej mówi o „okupancie brukselskim” oraz o „ekototalitaryźmie”, zapominając, że liderzy PiS-u zgadzali się na taką politykę. Trzeba pamiętać, że w grudniu 2020 r. premier Mateusz Morawiecki zaakceptował założenia polityki klimatycznej i redukcji emisji CO2 do 55 proc. w 2030 r. Wtedy trzeba było działać, lecz rząd PiS jak zwykle w podobnych sprawach wykazał się biernością.
Co prawda jeszcze w lipcu 2020 r. premier Morawiecki zapowiadał brak zgody na przyjęcie przez UE celu neutralności klimatycznej. Wszystko działo się w takt narzucony mu wtedy przez hasło Solidarnej Polski: „Weto albo śmierć”. Morawiecki oceniał wtedy, iż ten cel redukcji jest sprzeczny z polską racją stanu. Kilka miesięcy później zmienił zdanie, ale politycy PiS udają, że nic takiego nie miało miejsca. Tak więc to nie biurokraci w Brukseli podjęli te decyzje, ale szefowie rządów państw członkowskich w tym premier Mateusz Morawiecki, który jest odpowiedzialny za akceptację rozwiązań kosztownych dla Polski.
Jak zatrzymać drożejący prąd? Lewica proponuje przyjąć program likwidacji ubóstwa energetycznego oraz inwestować co roku minimum 8 mld złotych w zieloną energię. Ogromne środki na ten cel czekają na Polskę w unijnym programie „Fit for 55”, trzeba jednak zakasać rękawy i przygotować mądre projekty, które nie tylko zatrzymają podwyżki, ale i przyczynią się do uzyskania przez Polskę neutralności klimatycznej do 2050 r. Pytanie tylko, kto miałby te mądre projekty przygotować, a zwłaszcza wdrożyć?
Pos. Beata Maciejewska zarzuciła rządowi: – Na Komisji Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych minister klimatu Michał Kurtyka miał przedstawić stanowisko rządu na temat katastrofalnego raportu na temat zmian klimatycznych, niestety pan minister jak zwykle się nie pojawił. Michał Kurtyka jest ministrem widmo, podobnie jak widmem jest polska polityka klimatyczna. Podczas komisji dowiedzieliśmy się od pracowników Ministerstwa Klimatu i Środowiska, że wszystko jest w porządku. Polski rząd wyprodukował wiele różnego rodzaju dokumentów, z których wynika, że jesteśmy przygotowani na rozwój różnego rodzaju energetyk, np. wiatraków na morzu. Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna od tej sterty papierów – a jest ona taka, że już wkrótce czekają nas podwyżki cen prądu o 30-50 proc. Dlaczego? Ponieważ polska energetyka jest źle reformowana, wciąż opiera się na węglu, zaś koszty coraz droższej energetyki węglowej przerzucane są na wszystkich. Osobiście składałam projekt ustawy dotyczący rozwoju energetyki wiatrowej na lądzie, dostał numer druku oraz został skierowany do komisji. Ale przewodniczący Komisji Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych Marek Suski nigdy nie zajął się tym projektem, by był on procedowany.
Rząd PiS twierdzi, że musi walczyć z ubóstwem energetycznym, ale absolutnie tego nie robi. Przeciwnie, w czasie pandemii, rządzący będą obciążać Polaków wyższymi cenami energii. Rząd obiecuje też, że będzie rozwijać energetykę wiatrową. Nie robi jednak w tej sprawie nic konkretnego, prowadząc złą politykę, która stawia nas w pozycji czarnego skansenu na mapie zielonej Europy.
Prominenci Prawa i Sprawiedliwości swoją nieudolność, lenistwo i brak woli podejmowania decyzji maskują, oskarżając, że to za sprawą tempa transformacji energetycznej przyjętej w Unii Europejskiej nasz kraj jest skazany na drożejącą energię, szybko rosnącą inflację i potężny wzrost cen. Takie oświadczenie wygłosił ostatnio na przykład prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński. W rzeczywistości, winę za te zjawiska, rujnujące dobrobyt Polaków, ponosi ekipa rządząca z PiS, która mając wiedzę ekspercką, całą władzę w ręku i wszelkie możliwości decyzyjne, po prostu wykazała się tradycyjną bezczynnością w obronie interesów Polski i Polaków. – Jestem oburzony, ponieważ pan przewodniczący Suski po raz kolejny powtórzył słowa, że mamy do czynienia z „okupacją brukselską”. Padły one w kontekście również polityki energetycznej, że Unia Europejska wymusza jakieś ogromne zmiany na Polsce, jeżeli chodzi o politykę klimatyczną. Pragnę przypomnieć, że w Parlamencie Europejskim wynegocjowaliśmy w czerwcu zeszłego roku 44 mld na Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, ale to premier Morawiecki odpuścił te pieniądze. Na późniejszej Radzie Europejskiej ten Fundusz zredukowano dla Polski o blisko 60 proc., tylko dlatego, że były naciski ze strony Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobro, aby rząd polski walczył o brak zapisów na temat praworządności. Jestem też zbulwersowany postępowaniem posłów PiS w Parlamencie Europejskim, którzy głosowali przeciwko wprowadzeniu cła węglowego na produkty z Rosji czy Chin. Eurodeputowani PiS głosują ręka w rękę z Władimirem Putinem – oświadczył europoseł Łukasz Kohut.
Parlament Europejski debatował na temat pakietu „Fit for 55” w Parlamencie Europejskim. Zgodnie z jego założeniami, do 2030 roku Unia ma emitować 55 proc. mniej gazów cieplarnianych w porównaniu do poziomu z 1990 r. Europarlament jest podzielony i generalnie przeważa rozsądny pogląd, iż obniżka emisji nie może odbywać się kosztem obywateli i gospodarki.
Jedynie wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej do spraw klimatu Frans Timmermans zdecydowanie uważa, że rosnące ceny energii nie powinny hamować zmian, przeciwnie, należy nawet przyspieszyć przechodzenie na energię odnawialną. Ale Frans Timmermans jest Holendrem i jako wiceprzewodniczący KE walczy o interes swojego kraju.
W Holandii odnawialne źródła energii, a zwłaszcza turbiny wiatrowe i fotowoltaika odgrywają dużą rolę w gospodarce, wiele firm holenderskich specjalizuje się w produkcji urządzeń do wytwarzania energii odnawialnej. Frans Timmermans świadomie forsuje więc rozwiązania korzystne dla gospodarki holenderskiej, choć w krótszym horyzoncie czasowym szkodliwe dla niektórych innych państw Unii. Jednak kapitał zawsze ma narodowość, także i we Wspólnocie Europejskiej.
Holandia ma Timmermansa – szkoda, że Polska nie ma swojego wiceprzewodniczącego KE z podobną siłą przebicia. W gronie ośmiu wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej są też przedstawiciele i przedstawicielki Danii, Czech, Słowacji, Chorwacji, Grecji, Hiszpanii i Łotwy – ale oczywiście nie ma Polaka, co dobrze pokazuje, jakie znaczenie w UE ma Polska pod rządami PiS.

Ludzie, zejdźcie z drogi

Albo może wynieście się z Poczty Polskiej, która wyraźnie źle znosi obsadzenie jej przez PiS-owskich nominatów. Tracą na tym wszyscy Polacy korzystający z usług pocztowych.
Jak pracuje Poczta Polska, każdy widzi. Zobaczyła to także dokładnie i Najwyższa Izba Kontroli. Swą lapidarną ocenę zawarła już w tytule najnowszego raportu pokontrolnego: „NIK o (nie)dostępności usług pocztowych”.
Rzeczywiście, ta dostępność jest niekiedy mocno wątpliwa, a NIK stwierdza jednoznacznie: „Poczta Polska S.A. nie zapewnia właściwej jakości powszechnych usług pocztowych”. Chyba prawie każdy pamięta, że kiedyś Poczta Polska była symbolem solidności – no ale to było jeszcze przed panowaniem Prawa i Sprawiedliwości.
NIK skontrolowała jakość, terminowość doręczania i bezpieczeństwo przesyłek, oraz to czy Poczta zapewniła powszechny dostęp do usług pocztowych. Kontrola objęła Urząd Komunikacji Elektronicznej, centralę Poczty Polskiej S.A. oraz wybrane jednostki organizacyjne Poczty Polskiej. Badano lata 2015–2020, czyli głównie czas rządów PiS.
Wspomnianej solidności dziś zostało już niewiele. Obecnie nasza rzeczywistość pocztowa jest taka, jak ją pokazuje NIK: występują opóźnienia w dostarczaniu przesyłek, a przesyłki te są coraz droższe, w niektórych miejscowościach mieszkańcy mają problemy z dostępnością do usług pocztowych, brakuje tu reakcji prezesa UKE.
Jak się okazuje, Poczta Polska nie dostarczała terminowo większości kategorii przesyłek w ramach tzw. usługi powszechnej. Wykazały to prowadzone badania czasu przebiegu przesyłek pocztowych. Od roku 2016 Poczta nie osiągnęła wskaźników wymaganych przepisami prawa pocztowego oraz rozporządzenia w sprawie warunków wykonywania usług powszechnych. Sytuacja ta dotyczyła wszystkich rodzajów przesyłek listowych z jednym wyjątkiem – paczek pocztowych ekonomicznych, których terminowość dostarczania była nawet sporo ponad minimalne standardy.
Wskaźniki czasu przebiegu przesyłek w latach 2015-2019 jeszcze malały siłą rozpędu do 2017 r. Zaczęły rosnąć, gdy niekorzystne skutki rządów PiS stały się coraz bardziej dotkliwe. Terminowość dostarczania przesyłek kształtowała się różnie w zależności od regionów. W latach 2015-2019, łącznie na 35 poszczególnych rodzajów przesyłek terminowo dostarczano tylko 20. Najlepsze wyniki osiągnął region w Lublinie: na 35 rodzajów przesyłek terminowo dostarczono 30. Najgorsza sytuacja panowała zaś w Warszawie, gdzie na 35 rodzajów przesyłek terminowo dostarczano jedynie 7.
Prezes UKE monitorował wskaźniki terminowości dostarczania przesyłek pocztowych i oczywiście widział co się dzieje. Jednak przez pięć lat nie wszczął żadnego postępowania administracyjnego w tej sprawie.
Opóźnienia w dostarczaniu przesyłek Poczta tłumaczy brakami kadrowymi. Co więcej, Poczta w ciągu pięciu lat objętych kontrolą trzykrotnie podniosła ceny podstawowych usług powszechnych, tłumacząc podwyżki zwiększeniem kosztów, szczególnie wynagrodzeń. Ceny wzrosły w granicach od 4,4 proc. do nawet 88,6 proc. (za list o najniższym gabarycie, krajowy ekonomiczny). W tym okresie minimalne wynagrodzenie za pracę wzrosło o 29 proc.
Prezes UKE nie podjął skutecznych działań, które zapobiegałyby wzrostowi cen za usługi pocztowe. Akceptował podwyżki tłumacząc je koniecznością” ochrony interesu ekonomicznego operatora wyznaczonego” oraz koniecznością zachowania ciągłości świadczenia usług.
Choć Poczta Polska posiada wymaganą prawem liczbę placówek pocztowych, nie oznacza to równej dostępności do usług pocztowych w całym kraju. Kontrola pokazała, że lokalnie dostępność do placówek pocztowych bywa niewystarczająca. W latach 2015–2020 Poczta o 5,5 proc. zmniejszyła liczbę posiadanych czynnych placówek pocztowych. W efekcie lokalnie liczba mieszkańców przypadających na jedną czynną placówkę pocztową znacznie przekraczała 6 000 mieszkańców. „Takie sytuacje miały miejsce w Warszawie (ponad 7 tys. osób), Poznaniu, ale także i w gminie Limanowa oraz Grybów, gdzie na jedną placówkę przypadało ponad 30 tys. osób” – podkreśla NIK.
W latach 2015–2020 zmniejszył się także udział placówek pocztowych dostosowanych do potrzeb osób niepełnosprawnych, co dobrze pokazuje, gdzie PiS-owska administracja ma te osoby.
Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej nie kontrolował czy Poczta zapewniła właściwą dostępność usług pocztowych – mimo, że prawo pocztowe nadaje mu szerokie uprawnienia kontrolne jeśli chodzi o przestrzeganie przepisów z zakresu działalności pocztowej. „Prezes UKE, w kontrolowanym okresie, przeprowadził zaledwie jedną kontrolę Poczty w zakresie ochrony tajemnicy korespondencji” – zauważa NIK.
Kontrolerzy w toku oględzin w placówkach pocztowych i wydziałach ekspedycyjno–rozdzielczych stwierdzili uchybienia, które ocenili jako „zagrażające obrotowi pocztowemu i tajemnicy korespondencji”. Najczęstszym efektem niepożądanym tych uchybień było zaginięcie przesyłek poleconych. Z tytułu niewykonania lub nienależytego wykonania powszechnych usług pocztowych w kraju, w latach 2015-2020, Poczta wypłaciła odszkodowania w łącznej kwocie 11,8 mln zł.
Zauważono także liczne uchybienia mające wpływ na jakość obsługi klienta, na przykład niedostatek rzetelnej informacji, niesprawność urządzeń w salach obsługi klienta czy brak pełnej funkcjonalności części wykorzystywanych przez Pocztę samoobsługowych nadawczych kiosków pocztowych.
NIK zauważa, że prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej jest generalnie mało aktywny. Ma on monitorować i kontrolować świadczenie usług pocztowych. Jego pasywność nie pozostaje jednak bez wpływu na ich jakość i przystępność. Między innymi nie dopełnił on obowiązku określenia maksymalnych rocznych poziomów opłat za usługi pocztowe.
Rola prezesa UKE w sprawnym funkcjonowaniu Poczty jest istotna. To on po przeprowadzeniu konkursu wybrał w 2015 roku Pocztę Polską S.A. na operatora wyznaczonego do świadczenia gwarantowanych przez państwo powszechnych usług pocztowych w latach 2016-2025 (choć było to poniekąd formalnością).
Wykonywanie usług gwarantowanych zobowiązuje Pocztę między innymi do funkcjonowania nie mniej niż pięć dni w tygodniu oraz utrzymywania placówek pocztowych i infrastruktury pocztowej na terenie całego kraju, także na terenach słabo zaludnionych. Działalność taka generuje wysokie koszty, co nieraz prowadzi do strat. Trudno więc traktować Pocztę Polską jak zwykłą spółkę, której podstawowym celem działania jest zysk.
„Sytuacja operatora wyznaczonego jest o tyle skomplikowana, że z jednej strony przepisy prawa zobowiązują go do świadczenia usług w sposób, który generuje koszty, jednocześnie jest spółką prawa handlowego, wiąże go więc rachunek ekonomiczny” – podkreśla NIK. Rozwiązaniem miał tu być tzw. mechanizm finansowania kosztu netto, polegający na wypłacaniu rekompensaty z funduszu kompensacyjnego, tworzonego przez prezesa UKE ze składek operatorów pocztowych.
Dopłata taka miałaby miejsce, jeśli w ciągu roku przychody z tytułu usług powszechnych nie pokrywałyby kosztów świadczenia tych usług. Jednak ten mechanizm wyrównawczy jak dotąd nie zadziałał. Jeśli oznacza to, że przychody z tytułu usług pocztowych są wystarczające, to ani szef UKE, ani władze Poczty Polskiej nie mają żadnego usprawiedliwienia dla nieprawidłowości w funkcjonowaniu tej firmy.
Są oczywiście i tak zwane uwarunkowania obiektywne. Kurczący się rynek tradycyjnych listów ma decydujący wpływ na zmniejszanie się dochodów Poczty Polskiej. Jest to tendencja ogólnoeuropejska, a w Polsce ta ujemna dynamika wynosi po kilka procent rocznie. Z kolei rozwój e-handlu wpływa na wzrost rynku usług kurierskich.
Nową sytuację na rynku logistyki pocztowej może stworzyć też ustawa o tzw. doręczeniach elektronicznych, polegających na tym, iż podmioty publiczne – co do zasady – będą nadawały i odbierały korespondencję w elektronicznej formie. To jednak na razie przyszłość. Rząd przyjął wprawdzie projekt takiej ustawy, ale do jej uchwalenia i wdrożenia jeszcze daleka droga.

Jak się buduje, to ceny są z sufitu

Lawinowo drożejące materiały budowlane powodują oczywiście, że i mieszkania stają się nieprzyzwoicie drogie.

Drewno i stal drożeją w ekspresowym tempie, ale podwyżki dotyczą także pozostałych materiałów budowlanych. Wzrost cen materiałów może przynieść rekordowe ceny mieszkań w przyszłości, czego już teraz nie wykluczają sami deweloperzy. Winna jest hossa na rynkach surowców, za którą stoi pandemia koronawirusa.
Jak wynika z analiz, do których dotarli dziennikarze Bankier.pl, najmocniej w ostatnich miesiącach podrożało właśnie drewno i stal. Zgodnie z badaniem koniunktury prowadzonym przez Główny Urząd Statystyczny, problem drożejących materiałów budowlanych jest jedną z największych uciążliwości dla firm budowlanych w Polsce.
Bariera rynkowa związana z wysokim kosztem materiałów budowlanych wyniosła w lipcu 2021 r. 58,2 pkt, co było najwyższym wynikiem w historii. Poprzedni najwyższy wynik (49,4 pkt.) został zanotowany przed czternastoma laty – w lipcu 2007 r. – u progu światowego kryzysu finansowego.
Inwestorzy indywidualni oraz deweloperzy mierzą się nie tylko z rosnącymi cennymi materiałów budowlanych, ale także z ich dostępnością. Tak odczuwalny wzrost cen wywołuje presję na wyższe ceny mieszkań. Stąd też zmiany cenowe materiałów mogą przełożyć się na cenniki deweloperskie – podkreśla Bankier.pl.
– Dostajemy coraz więcej sygnałów od naszych firm członkowskich o stale rosnących cenach materiałów z sektora budowlanego. Mamy również problem z dostępnością styropianu – mówi Sebastian Juszczak, prawnik Polskiego Związku Firm Deweloperskich. – Oczywiście wpłynie to na wzrost cen mieszkań w niedalekiej przyszłości – kontynuuje.
Możliwe podwyżki cen mieszkań, nieśmiało zapowiadane przez deweloperów, oznaczałyby kolejne rekordy średnich stawek ofertowych w największych polskich miastach. Pomimo chwilowego spowolnienia wzrostów cen na początku pierwszej i drugiej fali pandemii koronawirusa kolejne miesiące przyniosły wzrosty oczekiwań deweloperów.
Jak wynika z danych Bankier.pl udostępnionych przez serwis nieruchomości Otodom, średnie ceny ofertowe notowane w czerwcu 2021 r. w największych polskich miastach były wyższe o kilkanaście procent względem czerwca 2020 r. Najmocniej – średnio o 17,6 proc. wzrosła w tym czasie średnia wycena mieszkań oferowanych przez deweloperów w Warszawie. Nominalnie wzrost na przestrzeni 12 miesięcy wyniósł ponad 1700 zł/mkw. O więcej niż 10 proc. w skali roku wzrosły także średnie ceny ofertowe notowane w Krakowie, Łodzi, Szczecinie, Katowicach i Lublinie.

Bigos tygodniowy

Niektórzy mawiają, że nie ma niczego tak pewnego w życiu jak śmierć i podatki. I faktycznie ekipa pisowska, jeśli chodzi o podatki to zagwarantowała nam moc wrażeń. W 2021 roku mamy po prostu ich wysyp, przy czym, warto w tym miejscu przypomnieć, że jeszcze w lipcu 2020 roku, Tadeusz Kościński, dla przypomnienia Minister Finansów, zapewniał, że rząd nie zgodzi się na żadne podwyżki, a mówił tak, przy pełnym poparciu rządu Mateo właśnie oraz Dudy. A tymczasem wprowadzono opłatę mocową (to o energię elektryczną w gniazdkach chodzi), opłatę OZE, opłatę od wymiany oleju silnikowego, podatek transportowy, podatek cukrowy, podatek od dochodów uzyskiwanych za granicą, wzrośnie też abonament radiowo-telewizyjny i to nie koniec listy. Podatki są wprowadzane, jak twierdzą rządzący, dla dobra ludu, który przecież korzysta z benefitów w rodzaju 500+, 300+, 13. emerytury i jak należy rozumieć, nie będzie czuł się pokrzywdzony tymi podatkowymi drobiażdżkami. Czy aby na pewno tak będzie? Wystarczy choćby pamiętać, że wzrost ceny nośników energii musi się przełożyć na wzrost cen żywności czy usług.


Rozpoczął się Narodowy Program Szczepień, w grudniu 2020. i styczniu 2021. zaszczepiono około 200 tysięcy osób, głównie przedstawicieli zawodów medycznych. Niestety, wbrew tryumfalistycznym tonom, dobiegającym ze stron rządowych, ten wynik nie jest oszłamiający, a nawet można go uznać za kiepski, zważywszy skalę problemów związanych ze skuteczną walką z COVID-em. Pamiętajmy, że w etapie 0 (przedstawiciele zawodów medycznych) i 1(seniorzy 60+, służby mundurowe, nauczyciele) jest do zaszczepienia około 11 milionów obywateli. Jeśli szczepienia będą prowadzone w takim ślimaczym tempie, to obywatele zaliczeni do grup szczepionych w 2 i 3 etapie, dostąpią wkłucia, ratującego życie i zdrowie, dopiero w 2022. i jest to wariant optymistyczny. Tymczasem jest coraz więcej zakażonych i coraz więcej zmarłych, zatem rząd zamiast urządzać konferencje prasowe, aby lansować poszczególnych swoich przedstawicieli, winien po prostu nawet kosztem tych konferencji, wziąć się solidnie do roboty i pilnie opracować precyzyjny plan szczepień, tak aby i medycy i obywatele wiedzieli kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach szczepienia będą się odbywały. Wieści ze świata, choćby z Izraela i USA, mogą być podpowiedzią dla niejakiego Dworczyka Michała – Pełnomocnika Rządu ds. Szczepień czy Niedzielskiego Adama – Ministra Zdrowia, jak można to sprawnie zrobić przy wykorzystaniu współczesnych środków komunikacji (internet, telefon). Inaczej z zarazą będziemy walczyć lata całe, a śmierć będzie tej walki zwycięzcą.


Kontynuując temat żywotnych spraw wszystkich Polaków, czyli koronawirusa i walki z zarazą warto zauważyć, że pierwsze dni stycznia zdominowała informacja, szczególnie intensywnie eksploatowana przez media pisowskie, że 18 przedstawicieli świata artystycznego m.in. Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, Maria Seweryn, Wiktor Zborowski, zaszczepili się poza kolejnością na COVID-19. Jak się szybko okazało nie byli jedynymi, którzy w tym trybie doznali wkłucia Pfizerem, takich osób jest znacznie, ale to znacznie więcej. Okoliczności szczepień artystów, przedstawicieli mediów, przedsiębiorców, polityków różnych opcji są niejasne, choć trudno sobie wyobrazić, że ci szczęśliwcy pod koniec 2020. przechodzili z tragarzami koło punktów szczepień i wpadli o, tak i się zaszczepili. Sprawa wymaga bez wątpienia porządnego wyjaśnienia, ale już bez tego widać, że w temacie szczepień jest megabałagan, zaś brak jasnych procedur tylko to wrażenie pogłębia. Sukces Narodowego Programu Szczepień, jak tak dalej będzie szło, jest wątpliwy, a spektakularna klapa prawdopodobna.


Nadal nie mamy nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, pomimo że kadencja Adama Bodnara oficjalnie skończyła się we wrześniu 2020 roku. Obecnie kandydatów na RPO jest już czworo. Do Zuzanny Rudzińskiej – Bluszcz, kandydatki Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i ruchu Szymona Hołowni, popieranej przez ponad 1000 organizacji pozarządowych, Piotra Wawrzyka, kandydata Zjednoczonej Prawicy, obecnego wiceministra spraw zagranicznych, dołączył profesor Robert Gwiazdowski, kandydat PSL i Konfederacji. Niestety, ten kandydat, adwokat i doradca podatkowy, jest znany także z tego, że opracowując w 2018 roku projekt ustawy zasadniczej chciał urząd RPO po prostu zlikwidować, a odnośnie choćby prawa do aborcji wypowiedział się nader finezyjnie, że w tym względzie kobieta „wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki”. W tej sytuacji, trudno takiego kandydata na stanowisko RPO poważnie rozważać. Ożywił się Duda, który przy okazji jakiegoś wywiadu rzucił nazwisko kolejnego kandydata na RPO. Tym razem padło na niedoszłego premiera z Krakowa –Jana Rokitę. Ciekawe to bardzo, bo termin do zgłaszania kandydatów minął w grudniu 2020. Czyżby Duda wiedział coś, czego nie wie nawet PiS? W każdym razie, jak się zdaje wyborczy rzecznikowy pat trwa i trwać będzie, a jak Julka ze swoim Trybunałem w lutym orzeknie, że Adam Bodnar nie może być Rzecznikiem Praw Obywatelskich do czasu wyboru nowego RPO, to ciekawe kto będzie bronił Polaka – szaraka w starciu z organami władzy państwowej? Tym bardziej jest to ważne, gdyż rządzący właśnie przygotowali projekt ustawy, która wprowadza zakaz odmowy przyjęcia przez obywatela mandatu, z zachowaniem możliwości zaskarżenia tegoż do sądu powszechnego. Najprościej oznacza to, że funkcjonariusz policji państwowej nie tylko złapie osobę, która w jego mniemaniu popełniła wykroczenie, ale też ją na miejscu oskarży, a następnie też na miejscu wymierzy karę. Będzie zatem policjantem, prokuratorem i sędzią w jednym. Można? Pewnie, że w pisowskim państwie można. Tylko gdzie w tym wszystkim są prawa zagwarantowane obywatelowi konstytucją, choćby prawo do sądu czy zasada domniemania niewinności?

Flaczki tygodnia

Pilnujcie portfeli i kart kredytowych. Życie podrożeje nam, nie tylko za sprawą zarazy i szczepionkowego chaosu. PiS funduje nam jeszcze serię bolesnych podwyżek podatków i nowych opłat. Co przyśpieszy i tak już szybko rosnącą inflację.

Wielki przyjaciel PiS, przegrany prezydent USA Trump, zdewaluował amerykański wzorzec deportacji.
Po paranoicznym puczu Trumpa, po „wyzwoleniu Kapitolu” przez jego wyborców, po zamieszkach i walkach z policją, upadł światowy mit promieniującego demokratycznymi wartościami Waszyngtonu. Kolebki zachodniej demokracji.
Mit uczciwej Administracji USA stale monitorującej poziom demokracji w państwach deklarujących się demokratycznymi i przede wszystkim aspirującymi do prestiżowego klubu demokracji Zachodu. Wystawiającej innym państwom certyfikaty „Państwa demokratycznego”.

Po autorytarnych rządach prezydenta Trumpa i wieńczących jego kadencję autorytarnych ekscesach, administracja waszyngtońska straciła zwyczajowe, moralne prawo do oceniania poziomu demokratyczności w innych państwach. Do pouczania ich, napominania, i przede wszystkim uzasadniania „łamaniem prawa i demokracji” nakładanych na inne państwa sankcji.

Trump przegrał swe amerykańskie wybory, ale w elitach PiS, w ich mentalności historyczno- politycznej na zawsze pozostanie zwycięzcą.
Moralnym. Zdradzonym o świcie przez antynarodowe, kosmopolityczne elity.
Jest dla nich jak ukochani przez elity PiS „żołnierze wyklęci”. Przegrany, nieskuteczny, bandyckie metody stosujący, ale do końca wierni złożonej sobie przysiędze.
Nie zdziwmy się kiedy szybko dożyjemy PiS -owskich inicjatyw uhonorowania przegranego prezydenta mszami świętymi w intencji Jego pomyślności, hagiograficznymi audycjami w TVP info, ulicami jego imienia, a nawet pomnikami odlewanymi ku czci Jego.

Nie będzie symbolu PiS- owskiego lizusostwa politycznego. Wielkiej nadziei elit PiS. Tarczy obronnej przed „ neobolszewikami ze wschodu”. Słynnego „Fortu Trump”.
Nie będzie ukłonów, politycznych przysiadów i słodkich fotek na potrzeby kampanii wyborczych i krzepienia swego „ciemnego ludu”. Bo prominenci PiS nadal nie mogą pogodzić się mentalnie z wygraną Joe Bidena.
Pan prezydent Duda długo zwlekał z gratulacjami dla nowego amerykańskiego prezydenta. Potem polski prezydent oficjalnie uznał paranoiczny pucz Trumpa za wewnętrzną sprawę amerykańskiego, zaprzyjaźnionego państwa.
Trzymając się tej logiki politycznej państwo polskie nie powinno również krytykować polityki wewnętrznej prezydenta Łukaszenki. Uznać białoruski kryzys polityczny za domenę tego „miłego, ciepłego człowieka”, jak określił białoruskiego prezydenta pan PiS marszałek Karczewski.

Elity polityczne PiS powszechne krytykowane za katastrofalną politykę zagraniczną, za skłócenie państwa polskiego ze wszystkimi swymi europejskimi sąsiadami oraz liderami Unii Europejskiej, zawsze osłaniały się swymi znakomitymi relacjami z przywódcą największego światowego mocarstwa, prezydentem Donaldem Tumpem.
Dziś widzimy, że taktyczny sojusz militarny z USA zapewne pozostanie, ale o nowej, wielkiej przyjaźni między polskimi i amerykańskimi przywódcami politycznymi mowy już nie będzie.

Teraz jedynym oficjalnym przyjacielem Polski jaśniepana prezesa Kaczyńskiego jest węgierski premier Wiktor Orban. Krętacz polityczny. Autokrata. Patron węgierskiej oligarchii, złodziei unijnych pieniędzy i zakłamanych miłośników homoseksualnych orgii.
Idealny wzorzec osobowy dla polskiej narodowo- katolickiej młodzieży.

Jak nieudolne, zakłamane i złodziejskie są rządzące nami elity PiS wielu z nas już dostrzega. I chciałoby końca władzy tej oligarchii. Choć już teraz wiele osób boi się, że jaśnie pan prezes Kaczyński będzie oddawał swą władzę równie elegancko jak jego amerykański przyjaciel.

Niechęć do elit PiS rośnie, ale nie przekłada się ono automatycznie na spadek przedwyborczych notowań Zjednoczonej Prawicy. Bo choć wielu wyborców chciałoby nowej władzy, ale nie widzi przekonywującej alternatywy dla dotychczasowych rządów.
Platforma Obywatelska nadal kojarzona jest z arogancją wielkomiejskich elit. Pogardą wobec Polski prowincjonalnej. Pogardliwym, liberalnym ekonomicznym wyzyskiem uosabianym przez ministra finansów Rostowskiego i prezydenta Komorowskiego.
PSL postrzegana jest jako partia pazerna na władzę, obrotowy dopełniacz koalicyjnych większości. Konfederacja i Lewica są prezentowani przez największe krajowe media jako ugrupowania skrajne. Partie protestu, ale nie partie alternatywnej władzy. Przyprawy politycznej kuchni, przystawki ewentualne, ale nie dania główne.

Cóż może zrobić lewica, zwłaszcza ta parlamentarna, aby być postrzegana jako poważna formacja?
Zaprezentować swój program alternatywnej V Rzeczpospolitej. Sprawiedliwej społecznie i demokratycznej. Tylko tyle. I aż tyle.

Czy Henryk Gulbinowicz używający jeszcze niedawno tytułów i insygniów kardynała polskiego kościoła kat. miał duszę?
Pytanie to może paść, bo ukarany przez administrację watykańską polski hierarcha kościelny miał w ramach nałożonej na niego pokuty przekazać „pewną sumę pieniędzy jako darowizny” na rzecz fundacji świętego Józefa. Fundacji powstałej dla pomocy ofiarom nadużyć seksualnych.

Ale dziennikarze z portalu Interia sprawdzili i okazało się, że przymusowa darowizna nie wpłynęła.
Były kardynał zmarł bowiem niedługo po nałożeniu na niego kary. Nie zdążył dokonać przelewu.
Jego macierzysty zakład pracy, czyli archidiecezja wrocławska, nie poczuwa się do odpowiedzialności za swego szefa. Dowodząc tym starego porzekadła, że polski kościół kat. prędzej zrezygnuje z dogmatu o zmartwychwstaniu Jezusa niż z posiadanych przez siebie pieniędzy.
Do „darowizny” nie poczuwają się też spadkobiercy Gulbinowicza, choć były kardynał spory mająteczek zostawił.
Trwa uchylanie się od odpowiedzialności. Należnej fundacji kasy nie ma.
Myślę, że to ważne dla samego śp. kardynała. Dla spokoju jego duszy należy rozwiązać jego ziemskie sprawy i wypełnić nałożone na niego zobowiązani, powiedziała Interii Marta Titaniec, członkini zarządu fundacji św. Józefa.

Dlatego kiedy słyszę teraz w przewodach kominowych charakterystyczne ciche wycie, to niechybnie jest ono efektem niespokojnej duszy byłego kardynała.
Musi tak być, bo inaczej trzeba by uznać, że były kardynał duszy nie miał.

Organizatorzy zbrodni

Pamiętajmy, że to na PiS ciąży wina za haniebne usiłowanie podwyższenia płac posłów w czasie kryzysu.

Żeby było jasne: to prominenci Prawa i Sprawiedliwości oraz posłowie tego ugrupowania ponoszą pełną odpowiedzialność za haniebną próbę przeforsowania podwyżek uposażeń poselskich. I to na ich głowy spada całe odium związane z tym projektem: pogarda dla milionów Polaków coraz mocniej dostających po kieszeni w kryzysie; hipokryzja kłamliwych tłumaczeń, że chodziło jedynie o przyjęcie racjonalnych zasad wynagradzania „najważniejszych osób w państwie”; bezwstyd wprowadzania tych podwyżek prawie potajemnie, w wakacje, żeby wyborcy się nie dowiedzieli; bezczelność zagarniania dla siebie coraz większej kasy z pieniędzy publicznych; cyniczne szczucie opozycji propagandystami z partyjno-rządowej TVP (ochoczo uczestniczącymi w tej hucpie), którzy wmawiali widzom, że wszystko to było robione niemal w ścisłej współpracy z posłami opozycyjnymi i stanowi w zasadzie wspólny projekt obu ugrupowań.
Owszem, ci posłowie opozycji, którzy głosowali „za” nie są bez winy – tak jak nie są bez winy współuczestnicy zbrodni, namówieni przez głównych organizatorów, żeby się przyłączyli. Ale to nie posłowie opozycji wymyślili zbrodnię, nie oni opracowali jej scenariusz i dokładny sposób dokonania. Najważniejsze zaś, że posłowie opozycji szybko doszli do wniosku, że nie powinni brać w niej udziału – w przeciwieństwie do jej organizatorów z PiS.
Niech więc przy kolejnych wyborach parlamentarnych każdy głosujący pamięta: to posłowie Prawa i Sprawiedliwości, grabiąc w swoją stronę, chcieli wprowadzenia podwyżek poselskich. To oni, mimo głośnego deklarowania, jak bardzo troszczą się o los Polaków dotkniętych kryzysem, bez skrupułów uznali, że właśnie nadszedł najlepszy moment, by w majestacie prawa dokonać skoku na jeszcze większy kawałek polskiego publicznego tortu. Najważniejszy z nich, Jarosław Kaczyński, jak zwykle w podobnych sytuacjach jest wielkim nieobecnym.
Zapewne duża część Polaków myśli w dosyć standardowy sposób o naszych, pożal się Boże reprezentantach: że bardzo wielu z nich kradnie, ale ci z PiS-u przynajmniej się dzielą. Otóż, oni tylko opowiadają, że się dzielą – a w rzeczywistości chcą się nachapać jak mogą kosztem innych.

Budżet w cieniu hańby

Produkt krajowy brutto spada, a posłowie podnoszą swoje płace. Hańba grozi głosującym „za” ale to nie wszystko. Talleyrand powiedziałby w tej sytuacji: To gorzej niż zbrodnia – to błąd. Konsekwencje tego błędu poniosą zwłaszcza posłowie opozycji.

Rada Ministrów przyjęła założenia do projektu budżetu państwa na 2021 r. Rząd oświadczył, że jego polityka „będzie nakierowana na możliwe szybką odbudowę potencjału gospodarczego Polski”.
Kiedy ta odbudowa nastąpi, dość trudno powiedzieć. „Obecnie perspektywy naszej gospodarki zależą przede wszystkim od rozwoju światowego kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19” – stwierdziła Rada Ministrów. Także poziom dochodów budżetu państwa w przyszłym roku będzie uzależniony głównie od spodziewanego (acz niepewnego) ożywienia gospodarczego po recesji z 2020 r. spowodowanej epidemią koronawirusa.
Mimo tej niepewności, rząd PiS – jak zawsze optymistycznie – założył, że w tym roku polski produkt krajowy brutto spadnie zaledwie o 4,6 proc., aby w 2021 r. urosnąć o 4,0 proc.
Czyli, oznacza to, że na koniec przyszłego roku polska gospodarka odrobi dużą większość tegorocznych strat. Wydaje się to kompletnie niewykonalne, skoro w drugim półroczu tego roku nasz PKB spadł o 8,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2019 r. Nie wiadomo też, jakim cudem w drugim półroczu 2020 r. polski PKB miałby nadrobić aż 3,6 punktu procentowego i „wyjść” tylko na 4,6 -procentowy regres.
Podobną wędrówkę w górę i w dół ma odbyć nasza wymiana towarowa z zagranicą. W warunkach obserwowanego załamania koniunktury i światowego handlu, zakłada się, że w 2020 r. polski eksport spadnie o 9,3 proc. w ujęciu realnym, aby w 2021 r. wzrosnąć o 6,9 proc. Zdaniem Rady Ministrów powinno się to przełożyć na wzrost udziałów polskiego eksportu w światowym handlu. Ponadto, zmniejszenie konsumpcji prywatnej oraz mniejszy eksport w 2020 r. spowodują spadek importu o 10,2 proc. w 2020 r. Natomiast odbudowa popytu w przyszłym roku powinna przyczynić się do wzrostu importu o 7,3 proc.
Według Rady Ministrów, głównym czynnikiem polskiego wzrostu gospodarczego pozostanie popyt krajowy. Przyjęto, że w 2020 r. spożycie prywatne spadnie realnie o 4,2 proc., ale w kolejnym roku już wzrośnie o 4,4 proc. Zaplanowano też bardzo niską stopę bezrobocia rejestrowanego na koniec przyszłego roku – tylko 7,5 proc. Przeciętne zatrudnienie w gospodarce narodowej wyniesie 10 433 tys. etatów (i bliżej nieokreśloną liczbę ludzi pracujących na umowach śmieciowych). Natomiast zatrudnienie w państwowej sferze budżetowej – 557 tys. etatów.
Przewidywane jest utrzymanie wzrostu wynagrodzeń – choć jego tempo zmniejszy się znacząco w stosunku do trendów z ostatnich lat (już w ubiegłym roku wynagrodzenia rosły wolniej).
Rząd przyjął, że w 2020 r. nominalne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie 3,5 proc., wobec 7,2 proc. wzrostu zanotowanego średnio w 2019 r. Natomiast w 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej zwiększy się nominalnie o 3,4 proc.
Przy średniorocznym wzroście cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3,3 proc. w 2020 r. i 1,8 proc. w 2021, byłby to wciąż zauważalny, realny przyrost płac. Trudno jednak uwierzyć i w tak niskie ceny, i w tak wysokie wynagrodzenia. Jeszcze trudniej zaś – w sprawiedliwy rozkład tego wzrostu wynagrodzeń.
Najnowsze decyzje Sejmu, mające podnieść zarobki naszej, pożal się Boże, „klasy politycznej”, pokazują, że pod panowaniem PiS najszybciej będą rosnąć zarobki ekipy władzy, której i dziś się świetnie powodzi.
Nikogo nie może dziwić to, że Prawo i Sprawiedliwość grabi w swoją stronę (o czym świadczy choćby ustawa zapewniająca bezkarność za łamanie prawa w trakcie pandemii) – i wprowadzając te podwyżki, okazuje pogardę milionom Polaków. Takie właśnie jest ugrupowanie panujące w naszym kraju. Jednak to, iż również większość posłów opozycji poparła wzrost zarobków parlamentarzystów, w czasie gdy Polska pogrąża się w kryzysie, a ludzie tracą pracę – jest po prostu oburzające.
Chwała tym posłom, którzy zagłosowali przeciwko podwyżkom płac dla siebie!. Po stronie lewicy Partia Razem stanęła na wysokości zadania. Natomiast ci posłowie, którzy głosowali „za” okryją się hańbą. Hańba spadnie oczywiście i na głowy posłów PiS, i na tych z opozycji – ale posłowie opozycji zhańbią się bardziej, bo udzielają poparcia posłom PiS nie dla jakiejś ważnej polskiej sprawy, lecz dla swoich niskich, osobistych interesów.
Będzie im to na zawsze zapamiętane i przypomniane przy najbliższych wyborach – chyba, że się zmitygują i zagłosują „przeciw” gdy ustawa o podwyżkach dla „polityków” wróci z Senatu. O ile oczywiście Senat wniesie jakieś poprawki, co nie jest pewne, gdyż marszałek Tomasz Grodzki z PO także wygląda na zwolennika zwiększenia płac parlamentarzystów mimo kryzysu i pandemii.
Nie chodzi jednak tylko o hańbę. Talleyrand powiedziałby: głosowanie dziś za podwyżkami poselskich wynagrodzeń to gorzej niż zbrodnia – to błąd. Posłowie opozycji zdają się jednak nie rozumieć, jak wielki błąd popełniają – a może zresztą i rozumieją, ale uważają, że wstyd nie dym, oczu nie wykole, zaś kilka tysięcy złotych więcej przyda się w kieszeni. Niestety, źle to świadczy o ich inteligencji, ale także i o poziomie uczciwości.
Warto tu przytoczyć opinię pos. Barbary Nowackiej (przeniosła się z lewicy pod egidę Platformy Obywatelskiej, żeby wreszcie zostać posłem), która jest oczywiście zwolenniczką podwyżek poselskich uposażeń. Uważa ona, że dziś firmy mogą sobie „kupić” dowolnego posła za 2 tys zł miesięcznie, co grozi galopem w stronę korupcji. Czyli, jak ich zarobki wzrosną, to skłonność do korupcji powinna zmaleć.
Te szczere słowa pokazują, jak niski jest poziom etyczny naszych sejmowych „wybrańców” (czy należy rozumieć, że i pos. Barbary Nowackiej?). Wynika z tej wypowiedzi, że naprawdę, bardzo niewiele im trzeba, żeby się sprzedać za małe pieniądze. I tacy właśnie ludzie reprezentują Polaków.
Cóż, można tylko dodać, że każde społeczeństwo ma takich reprezentantów, na jakich sobie zasłużyło. Jakoś, tak na koniec, przypominają się słowa Józefa Piłsudskiego: „Każdy z posłów ma prawo wrzeszczeć, krzyczeć, ma prawo rzucać obelgi, ma prawo oszczercze pisać interpelacje, dotykające honoru innych, ma prawo i przywilej zachowywać się jak świnia i łajdak”.

Flaczki tygodnia

To był tydzień klęsk. I obchodów zwycięstwa sprzed stu lat. Ale one też zakończyły się klęską. I kolejne wygenerowały.

Obiecywane, przygotowywane od ponad dwóch lat obchody Stulecia Bitwy Warszawskiej bezlitośnie obnażyły nieskuteczność i nędzę umysłową elit PiS. Nie zbudowano hucznie zapowiadanego pomnika zwycięstwa, ani obiecywanego muzeum w Ossowie.

Aby oszukać ten przysłowiowy „ciemny ludu” dokonano otwarcia muzeum Józefa Piłsudskiego w dworku w Milusin. Otwarto uroczyście i głośno, aby w przyszłym miesiącu zamknąć je po cichu. Bo restaurowany od lat dworek potrzebuje dalszego, gruntownego remontu. Obecny stan wyklucza przyjmowanie dużych grup zwiedzających. x/ Od totalnej klęski uratował PiS-oców korona wirus. Dzięki pandemii można było nie organizować tradycyjnej defilady wojskowej. Dzięki wirusowi elity PiS uniknęły kompromitacji, szyderstw i zasadnej krytyki ich polityki wojskowej. Polityki gigantycznych, hurra patriotycznych obietnic i zakonserwowania wojska polskiego w stanie muzealnym. Dzisiaj, przy tak archaicznym, wysłużonym i zużytym sprzęcie wojsko polskie żadnej poważnej bitwy by nie wygrało. Dziś nawet na cud nikt już nie liczy.

Centralnym punktem artystycznych obchodów miał być multimedialny koncert „1920.Wdzięczni bohaterom”. I odbył się on na warszawskim stadionie PGE Narodowy. I był uroczyście transmitowany przez TVPiS. Koncert wzbudził wiele emocji i opinii, zwykle krytycznych. Nawet ze strony dziennikarz związanych z PiS. Niedawny dyrektor pierwszego programu TVPiS określił go dosadnie. Jako „ G..no pomalowane na biało- czerwono”. Cóż, nawet „Flaczki”, nie nazwałby tej PiS chałtury patriotycznym gównem.

Najważniejszą osobą obchodów Stulecia polskiego zwycięstwa był amerykański urzędnik średniego szczebla. Sekretarz stanu USA. Pieszczotliwie zwany przez polskie media „Pompeom”.

Ów Pompeom poruszał się po naszym kraju z gracją i wdziękiem rosyjskiego rewizora. Najwięcej czasu spędził z panem ministrem spraw zagranicznych Jackiem Czaputowiczem, który od tygodni deklaruje swą silną wolę rezygnacji z wykonywanej pracy. Nie trudno zgadnąć, że po przewidywanej klęsce wyborczej szefa Pompoeo, tenże Pomopeom również swoje stanowisko straci. Zatem o przyszłości Polski rozmawiali w Warszawie dwaj urzędnicy bez przyszłości na swych stanowiskach pracy.

Podczas konferencji prasowej obaj panowie bez przyszłości zachowywali się jakby rozmawiali jedynie ze sobą. Pan minister Czputowicz utrzymywał, że rozmowy dotyczyły przede wszystkim sytuacji na Białorusi oraz zaangażowania wojskowego USA w Polsce i budowy polskiej elektrowni atomowej wedle amerykańskiej technologii. Sekretarz Pompeo unikał deklaracji wobec konfliktu na Białorusi. Skupiał się na walce z chińskimi komunistami i oferowaną przez nich technologią 5G. Chwalił Polskę za przyłączenie się do antychińskiej krucjaty i sprzeciw wobec budowy gazociągu Nord Stream 2, konkurencji wobec ich gazu. Obaj zgodnie mówili o rozszerzonej współpracy wojskowej i umowie regulującej czasowe stacjonowanie wojsk USA na ziemiach polskich.

Choć wszystkich szczegółów jej jeszcze nie ujawiono, to wytycza ona nowy kierunek rozwoju wojska polskiego. Wzorowany na reformie króla Władysława IV. Wtedy, w XVII wieku ustalono, że nowoczesne wojsko będzie dzieliło się na autorament narodowy i cudzoziemski. Uzupełniony pospolitym ruszeniem. Dzisiaj autorament narodowy stanowi wojsko polskie, które przekształcane jest w grupy konserwujące i rekonstruujące stary sprzęt. Oczkiem w głowie elit PiS jest pospolite ruszenie, czyli Wojska Obrony Terytorialnej. Oraz autorament cudzoziemski, czyli wojska USA. One mają odstraszać rosyjskiego agresora. One będą pochłaniać najwięcej pieniędzy z zwiększonego budżetu na obronę „narodową”. Za sam pobyt i szkolenie wojsk USA na polskich poligonach polscy podatnicy mogą zapłacić rocznie pomad 2 miliardy USD. To zrozumiałe, że na modernizację autoramentu narodowego kasy może nie wystarczać.
Nie trudno zauważyć, że na przywiezionej przez Pompeo umowie wygrał budżet USA i politycy PiS, który zaprezentują ją jako swe wielkie zwycięstwo w obiecanej, ale nie wybuchłej wojnie z Rosja. Przegrało zmarginalizowane wojsko polskie.

Kto wygra na Białorusi? Administracja USA, politycy Unii Europejskiej i elity PiS modlą się aby nie była to frakcja prorosyjska. Stary Łukaszenka nie jest demokratą, ale skutecznie opierał się przed aneksją Białorusi przez Rosję. Jeśli jednak wygra na Białorusi demokracja i demokratyczną wolą naród opowie się za zaproszeniem wojsk rosyjskich na Białoruś, skoro Polacy zaprosili armię USA, to niejeden polski demokrata zatęskni za autorytarnym Saszą Ł.

Bez wątpienia podwyżki polskiej klasie politycznej należały się. Ale to jeszcze nie powód aby przeprowadzać je w takim terminie i w takim wkurwiającym społeczeństwo stylu.
Polityka nie opiera się tylko na racjonalnych argumentach. Czasem emocje biorą górę.

Na podwyżkach politycznych uposażeń najmniej politycznie straci PiS, bo jego elektorat darzy go miłością sekciarsko-kibolską. Najwięcej straci lewica, bo jej elektorat zwykle przyjmuje postawę krytyka teatralnego. Bezlitosnego wobec ulubieńców, mściwego nawet. Przekonanego, że sam zgrałby te role znacznie lepiej.

Bankierom rośnie

Na co może liczyć dyrektor generalny banku w dobie pandemii koronowirusa, kiedy gospodarka pikuje w dół, na giełdzie pojawia się panika, a akcje banku spadają na łeb i szyję? Oczywiście na solidną podwyżkę. Bez obaw o niegospodarność, bo za ewentualne straty przedsiębiorstwa prawdopodobnie i tak zapłacą podatnicy – przeciętni Amerykanie.
David Solomon, dyrektor generalny banku inwestycyjnego Goldman Sachs, jest szczęśliwcem, który właśnie otrzymał 20 proc. podwyżki pensji. Teraz będzie zarabiał 27,5 mln USD rocznie. Ale to nie wszystko. Solomon dodatkowo dostał premię w wysokości 7,65 mln USD oraz stał się posiadaczem akcji wartych 17,85 mln USD.
Jak uzasadnia ten krok zarząd banku? „Kierował naszym opracowaniem trzyletniego biznesplanu firmy i jasnej długoterminowej strategii, która wykorzystuje nasze fundamentalne zalety, wzmacnia długoterminowe nastawienie firmy i wpaja kulturę innowacji” – czytamy w oświadczeniu. Ponadto dyrektor generalny „wyróżniał się także jako wykwalifikowany rzecznik firmy zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie”.
Gratyfikacja „pierwszego bankstera” ma miejsce w chwili, kiedy z powodu zagrożenia epidemiologicznego wywołanego koronawirusem COVID-19 gospodarka amerykańska zwalnia, a na amerykańskiej giełdzie trwa panika, w wyniku której tylko w ciągu pierwszego tygodnia marca Dow Jones stracił na wartości blisko 9 proc., a w skali całego miesiąca o około 35 proc., zaś NASDAQ aż o 35 proc. wartości.
Ucierpiały również akcje samego Goldman Sachs, notując spadek z 237,33 USD w dniu 19 lutego do 138,41 USD w piątek 20 marca.
Wśród zwykłych Amerykanów poddanych kwarantannie, którzy stracili pracę lub obawiają się jej utraty, a przynajmniej utraty części zarobków, narasta gniew. Pojawiają się wpisy w mediach społecznościowych, że takie zachowanie się klasy wyzyskiwaczy skończy się zamieszkami i gilotyną. Niektórzy porównują gromadzenie bogactwa przez krezusów w czasie pandemii do gromadzenia papieru toaletowego przez zwykłych spanikowanych ludzi.
Amerykanie mają prawo się czuć wkurzeni. Tym bardziej że narasta presja ze strony banksterów, finansjery i plutokratów, by Kongres zasilił ich biznesy publicznymi pieniędzmi, tak jak miało to miejsce podczas kryzysu finansowego w 2008 roku.
Fundamentalna zasada kapitalizmu, która opiera się o prywatyzację zysków i nacjonalizację strat, ma się cały czas dobrze.

Życie z drogim prądem

Za energię Polacy płacą coraz więcej, więc zrozumiałe, że są niezadowoleni. Rząd PiS, postępując tak, jak robiła władza „za komuny” zaczął więc obiecywać rekompensaty (oczywiście nie wszystkim).

W bieżącym roku płacimy drożej za prąd. Jaka jest rzeczywista skala podwyżek cen dla obywateli, tego dokładnie nie wiadomo.
Informują o tym same firmy energetyczne i naturalnie starają się podawać jak najmniejsze wysokości nowych stawek. O ile już zdrożał prąd naprawdę? Trudno powiedzieć.
Samodzielnie też nie da się obliczyć, jaka powinna być wysokość naszego rachunku. Firmy energetyczne rozmyślnie bowiem prezentują tak zawiłe wzory obliczania należności za prąd, aby nikt nie był w stanie ich zrozumieć.
Również i Urząd Regulacji Energetyki chyba dokładnie nie wie jakie są tegoroczne podwyżki, bo nie podaje ich średniej skali procentowej.
12 procent czy więcej?
W każdym razie, w obiegu publicznym funkcjonuje informacja, że prąd dla osób fizycznych zdrożał w tym roku średnio o ok. 12 proc. Firmy energetyczne podają więc liczby zbliżone do dwunastki.
Podobnie czyni i niemiecka firma Innogy, która również mówiła o 12-procentowej podwyżce cen energii. W jej przypadku Urząd Regulacji Energetyki nawet nie bardzo ma szanse, by przymierzyć się do zbadania wysokości podwyżek wprowadzanych przez tę firmę.
Niemiecka prywatna Innogy jest traktowana przez polskie władze w uprzywilejowany sposób. Nie musi przedstawiać swoich cenników do zatwierdzenia Urzędowi Regulacji Energetyki, w odróżnieniu od czterech państwowych firm energetycznych (Enei, Energi, Polskiej Grupy Energetycznej i Taurona). I oczywiście Innogy korzysta ze swej uprzywilejowanej pozycji.
Tak więc, wspomniane cztery polskie firmy państwowe muszą uzyskać zgodę URE na wprowadzenie nowych, wyższych stawek, do czego są zobowiązane przepisami prawa energetycznego. Niemiecka prywatna Innogy jest zaś zwolniona z obowiązku uzyskiwania zgody URE.
Innymi słowy, Innogy, w przeciwieństwie do naszych firm państwowych może wprowadzać u nas takie podwyżki cen energii, jakie sobie życzy – a polskiemu urzędowi nic do tego.
Grosze i miliony
Swoboda w ustalaniu cenników ma oczywiście konkretny wymiar finansowy. Ceny prądu dostarczanego przez różnych dostawców trudno porównywać.
Każda firma energetyczna stosuje wiele odmiennych stawek, w zależności od tego, do jakiego rejonu dostarcza prąd, na jakich zasadach go kupuje, ile nabywa energii odnawialnej, jakie ma składniki zmienne opłaty dystrybucyjnej, jak oblicza sobie koszty obsługi klienta itp.
Już w 2012 r. Urząd Regulacji Energetyki obliczył, że cena kilowatogodziny energii wynosiła (bez rozmaitych opłat dodatkowych) w Polskiej Grupie Energetycznej 0,2838 zł, w Enei 0,2845, w Tauronie 0,2758, a w RWE Polska (tak wtedy nazywała się dzisiejsza Innogy) 0,2878 zł – czyli najdrożej. Opłacało się więc samodzielne ustalanie cenników.
Różnica na kilowatogodzinie wynosząca drobną część grosza, przekłada się na miliony złotych dodatkowego czystego zysku rocznie. Oznacza to, że warto stosować własne ceny, do których URE nie ma prawa się wtrącać.
Gospodarstwa domowe są dziś jedyną grupą odbiorców w Polsce kupującą energię elektryczną po cenach teoretycznie regulowanych.
Ceny prądu dla przedsiębiorstw uwolniono, wychodząc z słusznego założenia, że producenci czegokolwiek mogą przerzucać koszty energii na klientów.
Gospodarstwa domowe już nie mają na kogo przerzucać, powinny więc być chronione przed dużymi podwyżkami cen prądu. Jak widać, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości są chronione w coraz mniejszym stopniu.
Trzeba wierzyć
Przedstawiciele Innogy, jak wspomniano, oświadczyli, że ich podwyżka cen energii wynosi 12 proc. od początku lutego 2020 r.
Nie da się zweryfikować prawdziwości tej informacji o wysokości podwyżki. Wątpliwości co do jej rzetelności może natomiast budzić to, iż w Innogy skala podwyżek dla osób korzystających z taryfy tzw. nocnej (tańszy prąd od 13 do 15 oraz od 22 do 6) i dziennej (droższy prąd w pozostałych godzinach), jest wyższa niż wspomniane 12 proc.
Innogy w komunikacie o podwyżkach nie używa oczywiście słowa „podwyżka”. Firma informuje jedynie o „zmianach” w taryfie i podaje tylko nowe stawki. O tym, jakie były stare, nie mówi się, aby klient nie mógł dokonać porównań.
Wiele osób przechowuje jednak ubiegłoroczne rachunki za prąd od Innogy – i może dość łatwo obliczyć różnicę.
We wspomnianej taryfie nocno-dziennej, cena tzw. energii czynnej netto w ubiegłym roku wynosiła w Innogy 0,2592 zł za kilowatogodzinę. Od 1 lutego 2020 r cena wynosi 0,2998 zł/ kwh, co oznacza wzrost o około 13,5 proc. Dotyczy to godzin 13 – 15 i 22 – 6.
Natomiast w pozostałych godzinach, cena energii czynnej wzrosła z 0,2928 zł/kWh do 0,3387 zł/kwh – czyli także o ok. 13,5 proc.
Jeśli zaś chodzi o tzw. opłatę handlową (rozliczaną raz na pół roku), to dla tej taryfy nocno-dziennej cena zwiększyła się z 4,84 zł do 6,80 zł miesięcznie – czyli aż o prawie 29 proc.
Jak widać, te nowe stawki zwiększyły się bardziej niż o 12 procent, zapowiedziane przez Innogy.
W przypadku taryfy obejmującej jednakową cenę energii przez cała dobę, także mamy do czynienia ze wzrostem o ok. 13,5 proc.
Przy okazji trzeba zauważyć, że w taryfie obejmującej jednakową cenę przez całą dobę opłata handlowa jest znacznie mniejsza niż w taryfie nocno-dziennej. Nie 6,80 zł miesięcznie lecz 6,25 zł miesięcznie.
To zasadzka na łatwowiernych klientów, którzy decydują się na wybór taryfy nocno-dziennej i mają nadzieję, że jak w tańszych godzinach skomasują korzystanie z urządzeń elektrycznych, to zapłacą mniej za prąd. Owszem, za sam prąd zapłacą mniej – ale oddadzą to w postaci wyższej opłaty handlowej.
Firma Innogy zapowiadała tylko 12 proc. wzrost cen energii, ale jednocześnie, ustami swej rzeczniczki Aleksandry Smyczyńskiej oznajmiła: „Oczywiście, zawsze to jaka jest konkretna podwyżka, konkretna kwota, zależy od stopnia zużycia”.
Warto wyjaśnić, że ów „stopień zużycia” nie ma tu nic do rzeczy. Procentowo skala podwyżek jest taka sama, zarówno dla osoby zużywającej dużo prądu, jak i mało. No chyba, żeby ktoś, przerażony wysokością podwyżek w Innogy w ogóle przestał korzystać z prądu.
Wtedy podwyżka (a i cała kwota płacona za energię) będzie dlań równa zeru, zarówno w złotówkach jak i procentach.
Rząd PiS: winni są inni
Prąd jest coraz droższy, natomiast rząd, z typowym dla Prawa i Sprawiedliwości zrzucaniem odpowiedzialności na innych, oświadczył, że wzrost cen energii jest wzrostem obiektywnym, nie wynikającym oczywiście z działań rządu. Jakby to nie kosztowne inwestycje rządowe w rozwój energetyki węglowej zwiększały ceny prądu.
Ponieważ jednak wkurzenie społeczeństwa na podwyżki cen prądu jest zauważalne, rząd zaczął mówić o rekompensatach za droższe rachunki.
Jest to więc ewidentny powrót do polityki prowadzonej „za komuny”, kiedy to także, gdy zwiększano ceny, zaczynano opowiadać bajki o rekompensatach.
Wedle dość enigmatycznych zapowiedzi rządu, o rekompensaty będą się mogły ubiegać wyłącznie osoby, których dochód roczny w tym roku nie przekroczy pierwszego progu podatkowego (czyli ok. 85 tys zł brutto, co daje ok. 7 tys. brutto miesięcznie. Dla całego gospodarstwa domowego będzie brany pod uwagę dochód osoby, której podpis widnieje na umowie z firmą energetyczną.
W celu otrzymania rekompensaty, trzeba będzie do końca tego roku złożyć pisemny wniosek do firmy, która dostarcza prąd.
Rekompensaty mają się wahać od około 30 do ok. 300 złotych rocznie, w zależności od wielkości zużycia prądu w gospodarstwie.
Najważniejsze zaś, że to na pewno nie będzie rekompensata wypłacana w żywym pieniądzu – lecz w postaci pomniejszonych rachunków za prąd w przyszłości. W jak dalekiej przyszłości? Otóż, to pomniejszanie zacznie się najwcześniej w drugiej połowie przyszłego roku.
Na razie wciąż mowa jest jedynie o projekcie ustawy. Nie wiadomo, czy ustawa o rekompensatach w ogóle trafi do parlamentu, ale należy jednak oczekiwać, że tak.
Prominenci PiS mają bowiem cichą nadzieję, że Senat, zauważywszy jakieś nielogiczności w tej ustawie, zawetuje ją. Dzięki temu rządowe media „publiczne” będą mogły godzinami ujadać na opozycję oraz oskarżać ją o działalność na szkodę ogółu Polaków.
I biorąc pod uwagę raczej mały rozumek opozycji, taki scenariusz wcale nie jest wykluczony.