Zdecydujcie się!

„Ilu znasz dobrych nauczycieli?” – zapytał sarkastycznie mój kolega zagadnięty o strajk. „A ilu znasz dobrych dziennikarzy?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Ja znam różnych – od bardzo dobrych, po takich, którzy nigdy w życiu nie powinni pisać tekstów ani relacjonować wydarzeń. Tak jak w przypadku nauczycieli, nie jest to jednolita grupa, nie ma więc sensu stosować odpowiedzialności zbiorowej.
„Czemu oni uczą tylu zbędnych rzeczy i przeładowują mózgi dzieci wiedzą?”.
„A czemu ty piszesz teksty na osiem tysięcy znaków, choć spokojnie to, co masz do przekazania, zmieściłbyś w czterech?”. Bo ktoś narzuca zasady pracy. Czasem mądre, czasem niezbyt.
Nikt już nie pamięta, że nauczyciele wysypywali na ulicach kredę w geście sprzeciwu wobec „deformy” minister Zalewskiej. Prawo strajkowe nie pozwala im porzucić pracy z powodów innych niż niezadowolenie z warunków zatrudnienia bądź wynagrodzenia.
Naprawdę, skończmy już z tym obwinianiem szeregowych pracowników za głupie decyzje „góry”, do których po prostu muszą się stosować. Bo i cóż mają robić? Pójść i podpalić MEN?
Strajkują – „roszczeniowcy”.
Nie strajkują – „bezczynnie patrzą jak nasze dzieci giną!”.
Zdecydujcie się. I przynajmniej w doborze metody krytyki bądźcie konsekwentni.

Oto, co z tą Polską

Obserwujemy obecnie narastające pęknięcie między położeniem pracowników sektora publicznego i prywatnego, z których uformowana zostać miała mityczna polska klasa średnia. Po jednej stronie coraz lepiej zarabiający informatycy, marketingowcy, coachowie i korposzczury, po drugiej stojący w miejscu nauczyciele, akademicy, pracownicy kultury i urzędnicy. Niebawem różnica między nimi może wyglądać tak jakby żyli w dwóch państwach o różnej zamożności, w dwóch różnych światach.
A przecież światy te się spotykają. I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie „American Psycho”), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety. Aż pęknięcie narasta do tego poziomu, że do wspólnych wypadów trzeba znaleźć sobie kogoś innego, bo jakoś tak przestaje wypadać – tym bogatszym dlatego, że z plebsem to wstyd, a tym biedniejszym też wstyd, ale to dlatego, że widzą jak bardzo są w tyle. Poza tym u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: „Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?”.
Niestety dla równościowej polityki to wcale nie jest łatwa sytuacja. Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze), chociaż kapitały te – których nie można łatwo wymienić na pieniądze – stają się świstkiem papieru. Ale są jednak ostatnim świadectwem tego, że „plebs to nie my”, nawet jeśli tenże plebs coraz częściej lepiej zarabia i może sobie pozwolić na nieosiągalną dla nas konsumpcję, co boli tym bardziej, że ta konsumpcja tak mało szykowna, nieprzemyślana, wystawna i obciachowa jednocześnie.
Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też – w drugą stroną – plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło. PiS-owska nagonka może tu trafiać na podatny grunt.
Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.

Jestem po stronie nauczycieli

W trakcie wywiadu dla telewizji internetowej „Studio w Szczecinie.pl” zapytał mnie dziennikarz, kiedy zakończy się strajk nauczycieli?

Odpowiedź nie jest prosta. Krzyżujące się komunikaty Min. Edukacji Narodowej i ZNP nie dają nadziei, że stanie się to szybko. Na razie niby nic groźnego się nie dzieje – egzamin gimnazjalny jakoś się odbył, poważniejszych zakłóceń nie odnotowano. To jednak nie znaczy, że problemy znikają, przeciwnie one narastają. Zarówno w warstwie psychologicznej – w postaci determinacji obu stron, jak i techniczne. Rozpoczęły się egzaminy ośmioklasistów, potem będą matury, a wraz z nimi specyficzny kalendarz, którego przestrzeganie warunkuje prawidłowość samego egzaminu.
To wszystko skłania, by na pytanie: kiedy to się skończy, odpowiedzieć: wtedy, gdy rząd dobrze wsłucha się w postulaty protestujących.
Za 2,5 tys. miesięcznie nie da się opłacić mieszkania i mediów, porządnie zjeść, porządnie się ubrać i jeszcze zadbać o swój rozwój intelektualny poprzez regularne, czynne uczestnictwo w życiu kulturalnym i społecznym. To znaczy – można, ale na kiepskim poziomie, a więc i z byle jakimi efektami. To jest niestety dramat. Nie chciałbym żyć za 2,5 tys. złotych… Chociaż jako młody naukowiec zarabiałem na początku 1050 zł., ale to było dawno, dawno temu i w zupełnie innym świecie. Martwię się więc, bo problemy nauczycieli i szkoły nawarstwiają się. Potrzebne jest porozumienie, bo może być
tylko gorzej.
Piłka jest jednak zdecydowanie po stronie rządu. Zapóźnienia są widoczne gołym okiem. Nauczyciel dyplomowany zarabia obecnie około 3,4 tys. zł brutto. W 2000 roku zarabiał 1,5 tys. zł. brutto. Przez 20 lat więc zyskał 1,9 tys. zł podwyżki.
Nauczyciel stażysta zarabia nieco ponad pensję minimalną – 1,7-1,8 tys. zł. na rękę.
Co niejednego zaskoczy, największą podwyżkę otrzymali nauczyciele za rządów SLD-UP-PSL – 30 proc. Koalicja PiS, Samoobrona i LPR (2005 – 2007) podniosła nauczycielskie pensje o 8 proc. Nauczyciele zarabiali wówczas 2,3 tys. zł.
Koalicja PO-PSL zwiększyła te wynagrodzenia do około 3,1 tys. zł. Natomiast Prawo i Sprawiedliwość (od 2015 do 2019) podwyższyło wynagrodzenie nauczycieli dyplomowanych o 12 proc. – z 3109 zł do 3483 zł. (za Polskie Radio 24 – BL)
Teraz wicepremier Beata Szydło zaproponowała nauczycielom podwyżki w zamian za stopniowe zwiększanie pensum, czyli liczby godzin pracy przy tablicy. Oni uważają, że to zdecydowanie za mało.
Jak więc wyglądają zarobki polskich nauczycieli na tle zarobków nauczycieli innych krajów UE? Informacje podaję za Business Insider Polska.
Najlepiej zarabiają nauczyciele w Luksemburgu – początkujący może zarobić w szkole średniej ponad 79 tys. dolarów rocznie (292 tys. zł. – wedle kursu średniego NBP z dn. 12.04.). Luksemburski nauczyciel – weteran zarabia nawet 138 tys. dolarów (510 tys. zł.). Na wysokie zarobki mogą również liczyć najbardziej doświadczeni nauczyciele w Szwajcarii (109 tys. dol. – 403 tys. zł.), Niemczech (92 tys. dol. – 340 tys. zł.) i Holandii (84 tys. dol. – 310 tys. zł.)
Doświadczony nauczyciel polski zarabia 26 tys. USD, czyli ok. 96 tys. zł. rocznie. To półtorej premii rocznej, którą przyznała sobie pani premier Szydło.
Z danych OECD (które przytacza Business Insider Polska) wynika też, że z kolei początkujący polski nauczyciel zarobi w ciągu roku tylko około 15 tys. dolarów, czyli ok. 55 tys. zł. To z kolei niecała premia pani premier, która wyniosła, przypomnijmy – 65 tys. zł.
Na koniec proponuję zatrzymać się na chwilę właśnie przy zarobkach początkujących nauczycieli. Nasz zarabia 15 tys. dolarów, a w krajach, gdzie edukacja jest na najwyższym poziomie w Europie, początkujący nauczyciel zarabia dwa – cztery razy więcej. To ma swoje bardzo poważne konsekwencje na przyszłość.
Na przykład nauczyciel duński zarabia trzy raz więcej niż jego wstępujący do zawodu polski kolega. To jednak nie wszystko. Duńczyk ma od ręki otworzony przyjazny kredyt w banku. Pomaga mu też system społecznego wsparcia państwa. Mieszkanie nie stanowi dla niego problemu. Dom nawet. Raty są humanitarne, nie zarzynają go finansowo. Stać go na książki, na teatr, na wyjazd, stać go na stały rozwój zawodowy i osobowościowy. Jego zarobki systematycznie rosną. Jak na warunki duńskie (podatki!) nie są niebotyczne, ale codzienne potrzeby nie spędzają mu snu z powiek. To wszystko przekłada się na wysoką jakość duńskiej szkoły, na poziom absolwentów, na – jak to się mówi – kapitał ludzki… Nauczyciel duński też pracuje dla idei, poświęca się swej pracy, kocha ją, ale w jakże innych okolicznościach.

Strajku nie można sztucznie wywołać

Dlaczego właśnie teraz nauczyciele organizują bezprecedensowy protest? Z jakimi planami i nadziejami wchodzą w drugi tydzień strajku? Jaki powinien być sens funkcjonowania całego systemu edukacji? Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Krajewskim, nauczycielem w LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego.

MKF: Jest 8 kwietnia. W całej Polsce rozpoczyna się strajk nauczycieli, 75 proc. szkół przerywa pracę. Jak jest u Ciebie?
Piotr Krajewski: Do strajku przystąpiło prawie 90 proc. nauczycielek i nauczycieli. Mniej więcej 50 osób, na ogólną liczbę pięćdziesięciu kilku. Osób, które nie przerwały pracy, jest dosłownie kilka, m.in. dwoje katechetów.

I ta solidarność się utrzymywała przez następne dni?
Niestety, część osób, które strajkowały w pierwszych dwóch dniach strajku, zawiesiły protest na okres egzaminów gimnazjalnych [LXIV LO prowadzi również klasy gimnazjalne – przyp. MKF]. Czy jeszcze dołączą? Dowiemy się w poniedziałek.
Z drugiej strony po tych kilku dniach strajku zauważyłem niemalże skokowy wzrost świadomości politycznej moich koleżanek i kolegów. Ludzie zrozumieli, że jesteśmy na „polu minowym” i że jeśli przegramy ten strajk, to zrobią z nami, co będą chcieli. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak wygrać, a nie, czy nasze działania będą zgodne z tzw. poczuciem misji. Rafał Trzaskowski, który pomógł organizować w Warszawie komisje na egzamin, był nazywany łamistrajkiem nawet przez osoby o poglądach liberalnych, a takich jest u nas większość.

Co więc zdecydowaliście?
Zacytuję stanowisko, które przyjęliśmy praktycznie jednogłośnie. Brzmi ono:
„My, nauczycielki i nauczyciele LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza z oddziałami gimnazjalnymi, stojąc na stanowisku, że jedynym powodem zakończenia akcji strajkowej może być spełnienie przez stronę rządową postulatów nauczycielskich, postanawiamy nie przerywać ani nie zawieszać strajku, dopóki nasze oczekiwania nie zostaną przyjęte przez władze.”
W tym stanowisku chodzi o to, żeby zablokować klasyfikację maturzystów. Jeśli nie przerwiemy strajku, nie będzie możliwe zwołanie rady klasyfikacyjnej.

To mocny gest. Jeszcze w ubiegłym roku byłby chyba nie do pomyślenia. Wygrałoby to poczucie misji, o którym mówiłeś, skłaniające nauczycieli, by nie upominać się o swoje zarobki, bo przecież ta praca to powołanie. Kiedy wśród pedagogów pojawiła się taka determinacja?
Już na początku marca większość nauczycieli mojej szkoły była zdecydowana strajkować. Pytali mnie, co ze strajkiem, ja wysyłałem regularnie maile informujące o rozwoju sytuacji.
A skąd determinacja? Wskazałbym kilka czynników. Swoją rolę odegrało olbrzymie wkurzenie na konkretne kłamstwa i manipulacje MEN. Do tego oczywista złość na deformę. Nie będę jednak ukrywał, że dość istotna była według mnie ogólna postawa anty-Zalewska. Większość ludzi w mojej szkole to przekonani wyborcy Platformy.

Media nie raz przedstawiały was jako roszczeniową, leniwą grupę zawodową. Nie baliście się, że tak będzie znowu? Że zostaniecie sami, niezrozumiani, atakowani np. przez rodziców uczniów?
Nas akurat obawy o postawę rodziców nie dotyczyły. Do liceum, gdzie pracuję, chodzi młodzież raczej ze środowisk, które mógłbym nazwać liberalnymi, moim zdaniem ich rodzice też podzielają postawę anty-Zalewska.
Ale obawy jednak były. Jaka jest szansa na powodzenie strajku? – pytali mnie koledzy i koleżanki.

I co odpowiadałeś?
Że duża. Wytworzyła się bardzo korzystna konfiguracja polityczna – nauczyciele mogą liczyć na bardzo duże poparcie społeczne, ludzie są wkurzeni na Zalewską… Jeśli nie teraz, to kiedy? – w tym stylu rozmawiało się w pokoju nauczycielskim.

A pracownicy obsługi, administracji szkoły?
Przed referendum sporo z nimi rozmawiałem. Prosiłem o głosowanie na tak, tłumaczyłem, że walczymy także o ich prawa. Kierownik administracyjny naszej szkoły również sugerował im głos na tak.
Kilka lat temu ZNP, z moim niewielkim udziałem, pomógł rozwiązać pewien konflikt dotyczący płac, między dwiema pracowniczkami szkoły a dyrekcją. Udało się wyjść z niego zwycięsko, a obie panie wstąpiły do ZNP. Sądzę, że to zdecydowanie zwiększyło zaufanie pracowników obsługi do związków zawodowych.

Wróćmy do ostatnich dni. Strajk trwa, ale egzaminy gimnazjalne jednak zostały przeprowadzone. MEN triumfuje.
Szczerze mówiąc bardzo bałem się tego dnia, nazywałem go „dniem sądnym” w rozmowach z koleżankami i kolegami. Trochę mi teraz wstyd, ale pomyślałem, że to już koniec.
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że przebieg egzaminów gimnazjalnych był przesądzony. Jeśli w naszej szkole, gdzie stopień zastraszenia nauczycieli jest niewielki, znalazło się bez problemu kilka osób chętnych do pomocy w przeprowadzeniu egzaminu, to w większości szkół w Polsce nie powinno być z tym problemu.

Ale to jednak nie był koniec.
Po krótkim okresie szoku, wkurzenia na łamistrajków (chociaż nie wszyscy byli skłonni ich tak nazywać) wewnętrznych i zewnętrznych, znowu zaczęliśmy się zastanawiać, co możemy zrobić, żeby wygrać strajk. Ludzie chcą i będą walczyć.

Macie wsparcie uczniów?
W okresie poprzedzającym strajk w klasach, które uczę, a także w swojej wychowawczej klasie maturalnej, przeprowadziłem wiele rozmów. Może macie jakieś pytania na temat strajku? – pytałem. Mieli, i to dużo, czasami te rozmowy ciągnęły się przez całą lekcję. Uczniowie raczej akceptowali sytuację, chociaż, rzadziej, były też komentarze: co z maturami? kto ewentualnie odpowie za „zniszczenie mojej przyszłości”? W czasie strajku do szkoły przyszło kilkoro uczniów, żeby wyrazić swoje wsparcie i po prostu pogadać. Nie były to jednak tłumy.

Kolejne wypowiedzi ministrów już w trakcie strajku nie pokazują, by ktokolwiek w rządzie zamierzał choćby podjąć z wami merytoryczne rozmowy. Czy spodziewacie się, że ta postawa się zmieni? Czy też sądzicie, że naprawdę musielibyście zablokować matury, żeby zaczęto z wami rozmawiać?
Tak sądzimy. Obawiamy się jednak, że zablokowanie matur Zalewska będzie mogła łatwo obejść. Żeby zdawać maturę, trzeba ukończyć szkołę. Klasyfikacja maturzystów kończy się formułką „decyzją Rady Pedagogicznej z dnia” uczeń ukończył szkołę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że bez tej decyzji ani rusz. Jednak Zalewska może zmienić zasady jednym zarządzeniem. Na przykład zmieni formułkę na „decyzją dyrektora szkoły” lub „decyzją ministra edukacji narodowej” i po ptakach.
Inną możliwością jest próba zablokowania egzaminów ustnych. Na każdym takim egzaminie musi być certyfikowany egzaminator i jeden nauczyciel z macierzystej szkoły. Takich ludzi nie da rady znaleźć na zasadzie łapanki. Jednak i to można obejść. Można wydać zarządzenie, że egzaminów ustnych w tym roku po prostu nie będzie, bo znajdujemy się w „sytuacji wyjątkowej”.
Mamy świadomość, że wygramy tylko wtedy, gdy zaczną się nas naprawdę bać. To jest walka na zasadzie: albo my ich, albo oni nas. I to nie nauczyciele zaczęli tę walkę – pod koniec „negocjacji” rządu z ZNP i FZZ tknęło mnie, że PiS prowadzi je w bardzo dziwny sposób…

Co masz na myśli?
Doszedłem do wniosku, że nauczycieli wręcz podburzano do strajku. Dlaczego? PiS był przekonany, że może bardzo wiele politycznie zyskać. Przerzucić odpowiedzialność za chaos wykreowany „reformą” na nauczycieli, przekierować na nich społeczną złość. Mało tego, nie wykluczam, że ktoś w rządzie kalkuluje, iż pod pretekstem niedopełnienia obowiązków służbowych będzie można wymienić niewygodnych dyrektorów na swoich, do tego spowodować falę masowych odejść z zawodu wkurzonych i rozczarowanych ewentualną przegraną strajku nauczycieli. No i wreszcie – doprowadzić do skompromitowania Broniarza, rozbicia, a nawet delegalizacji ZNP, pod pretekstem obrony „bezpieczeństwa narodowego”. Zarządzanie przez kryzys, doktryna szoku opisana przez Naomi Klein. Droga do całkowitego przejęcia systemu edukacji stałaby otworem.

Sądzisz, że ten rząd opracował tak staranny, a przy tym diaboliczny plan?
Uważam, że oni nie są głupi. Wiele wskazuje na to, że ich strategia jest bardzo dobrze przemyślana, że są raczej zawsze o ruch do przodu w tej grze. To oni dysponują informacjami, badaniami socjologicznymi. Mogli kalkulować, że nauczyciele byli do tej pory zatomizowaną i słabą grupą społeczną, niezdolną do kolektywnych działań w swoim interesie.

Oponentem rządu w tych negocjacjach są liderzy związkowi. Czy Ty i Twoi koledzy i koleżanki wierzą, że ci konkretni ludzie są w stanie bronić waszych interesów?
Nauczyciele z mojej szkoły przed strajkiem mieli liderów związkowych raczej za „tłuste koty”. Jestem jednak przekonany, że teraz ich szacunek do nich niepomiernie wzrósł. Szczególnie do Broniarza, który wykazywał się wyjątkowym spokojem i sprawnością polityczną podczas „negocjacji” z rządem. Nie jestem jednak pewien, czy stosunek do niego można nazwać zaufaniem. Ja do Broniarza przed strajkiem miałem wręcz pretensje, że jest za mało radykalny, że pozwolił na to, żeby nauczyciele byli regularnie i wręcz systemowo opluwani w mediach przez ostatnie powiedzmy 10 lat. Miałem pretensje, że nie popierał strajku dwa lata temu na początku „reformy” Zalewskiej. Z perspektywy czasu jednak mocno go doceniam za wyczucie polityczne. On wiedział, że strajk wtedy to pewna klęska. Zresztą dopiero niedawno zrozumiałem, że strajk zawsze jest wynikiem gniewu społecznego i nie można go „wywołać”. Oskarżenia rządowych mediów o to, że to prezes Broniarz podburzył ponad 500 tysięcy ludzi do przerwania pracy, są absurdalne.

Sławomir Broniarz w trakcie negocjacji raczej ustępował, łagodził główny postulat. Nie burzyliście się wtedy?
Moi koledzy przeszli nad tym dość łatwo do porządku dziennego. Zdawali sobie sprawę z tego, że ZNP nie mógł sztywno trzymać się tego początkowego tysiąca, bo łatwo propaganda rządową oskarżyłaby go o „unikanie negocjacji”. Ja się z nimi zgadzam pod względem politycznym. Szkoda mi jednak moich młodszych koleżanek i kolegów, którzy rozpoczynając pracę w szkole dostają naprawdę głodową pensję – im ten tysiąc należał się najbardziej. Teraz, w razie zwycięstwa, jak zwykle najwięcej zyskają najsilniejsi.
Żałuję pracowników obsługi szkoły – tysiąc więcej dla wszystkich był czytelnym równościowym postulatem, spełnienie którego pomogłoby być może w zbudowaniu solidarności wewnątrzszkolnej. Ci ludzie najczęściej zarabiają płacę minimalną, byłby to dla nich to olbrzymi skok. Mam nadzieję, że uda się dla nich coś wywalczyć i że nie pomyślą, że znowu zostali oszukani…

W czwartek 11 kwietnia powstał społeczny komitet wsparcia strajku, którego twarzami są m.in. szefowa konfederacji pracodawców Lewiatan Henryka Bochniarz czy znany neoliberalny publicysta Wojciech Maziarski. Jak odnosisz się do tego, że tacy ludzie nagle przedstawiają się jako zwolennicy godnego wynagradzania pracowników, dobrej publicznej oświaty? I czy nie sądzisz, że rządowi tym łatwiej będzie atakować protest jako polityczny?
Bawi mnie fakt, że głównym inicjatorem tego przedsięwzięcia jest Wojciech Maziarski – neoliberał pierwszego sortu. Ale cieszę się z tego, że powstał Fundusz Strajkowy, wiem, że on może pomóc nam zwyciężyć. Bardzo dziwna jest polityka, w której cieszę się z sojuszu z neoliberałami…
Zdaje sobie jednak sprawę, że to jest taki ich „odruch charytatywny” – łaskawe elity wspierają słabszych. „Wielmożny Pan” decyduje, komu dać.

Nauczyciele, z którymi rozmawiałam, bardzo podkreślają, że w tym strajku nie chodzi tylko o pieniądze, że stawką jest wręcz ratowanie polskiej oświaty. Jak to wygląda w Twoim przypadku – o jakie zmiany w polskich szkołach Ty walczysz?
Zmieniłbym naprawdę bardzo wiele. Absolutnie fundamentalne pytanie, jakie według mnie należy sobie zadać brzmi: Jaki w ogóle jest cel systemu edukacji? Po co on jest? Poważne debaty na temat edukacji praktycznie nie miały miejsca w III RP. Pracuję w szkole już prawie 20 lat, ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek zadał to pytanie. Pewnie dlatego, że istnieje jakaś cicha zgoda w tej sprawie.
Ja odpowiedziałbym na nie tak – system edukacji nie powinien mieć na celu produkcji wydajnej siły roboczej podporządkowanej potrzebom rynku. Powinien służyć głównie emancypacji człowieka, być służebny wobec społeczeństwa, w którym funkcjonuje.
W gruncie rzeczy, żeby odpowiedzieć na pytanie, jakiego modelu edukacji chcemy, musimy wcześniej zastanowić się, jakiego chcemy społeczeństwa. Dlatego wcale mnie nie dziwi działalność obecnego rządu na polu edukacji. Rząd robi wszystko, żeby dostosować funkcjonowanie obecnego systemu do modelu społeczeństwa, jaki sobie wymarzył. Chyba nie ma potrzeby przypominać, jaki to model.

Strajk nauczycieli puka do drzwi

25 marca w szkołach odbędą się referenda strajkowe, zaś 8 kwietnia, jeśli taka będzie wola nauczycielek i nauczycieli, rozpocznie się bezterminowy protest – ogłosił dziś przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz.

Prezydium związku zawodowego, który od ponad roku domaga się podwyższenia wynagrodzeń nauczycieli o 1000 zł, ustaliło treść pytania, jakie zostanie postawione uczestnikom referendum strajkowego. Będzie się ono odnosić właśnie do ignorowanych przez MEN postulatów finansowych pedagogów: „Czy wobec niespełnienia żądania do podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych o 1000 złotych z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 roku jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku?”. Jeśli w referendum zagłosuje przynajmniej połowa uprawnionych, w poniedziałek 8 kwietnia nauczyciele przerwą pracę – do odwołania.

Na konferencji Sławomir Broniarz mówił o tym, że nauczyciele wyczerpali wszystkie formy prowadzenia dialogu. Podkreślał, że uczestnictwo w Zespole ds. Statusu Zawodowego Nauczycieli i rozmowy z minister Anną Zalewską nic nie dawały.

– Nie było ze strony MEN żadnej woli do negocjacji – podsumował związkowiec. Trudno się z nim nie zgodzić w świetle tego, jak Anna Zalewska traktowała nauczycieli, ostentacyjnie porozumiewając się głównie z prorządowym związkiem zawodowym, „Solidarnością”, a w mediach rozpowszechniając zawyżone szacunki dotyczące płac w szkołach.

ZNP informuje, że w spór zbiorowy z pracodawcami weszło w zależności od województwa od 82 do 85 proc. szkół i przedszkoli. W skali całego kraju – 78 proc. Mobilizacja środowiska nauczycielskiego jest faktycznie wyższa niż kiedykolwiek. W grupach zrzeszających nauczycieli w mediach społecznościowych nieustannie padają wezwania, by działać „teraz albo nigdy”, zawalczyć o szacunek dla zawodu i przyszłość samych szkół, którym już obecnie trudno przyciągać utalentowanych absolwentów wyższych uczelni. Tych pedagogów, którzy jeszcze wahali się, czy strajkować, mobilizują pełne pogardy komentarze prawicowych polityków dotyczące ich pracy. Jak sugestia Krzysztofa Szczerskiego, że nauczycielki i nauczyciele mogą dostać pieniądze jak wszyscy Polacy, w postaci 500+ na urodzone/spłodzone dzieci, więc nie powinni mieć o nic pretensji.

W podobnym duchu wypowiedział się zresztą wiceminister edukacji narodowej Maciej Kopeć, odpowiadając na zapowiedzi ZNP. Powtórzył wielokrotnie obalane przez związek dane o rzekomych wysokich podwyżkach i zarobkach w szkolnictwie. Przekonywał także, że nauczyciele nie mają powodów do zmartwień, bo przecież trafiają do nich transfery społeczne wprowadzone przez PiS, a teraz, wraz ze zwolnieniem najmłodszych dorosłych z płacenia PIT-u, dojdą następne korzyści.

Z poparciem dla nauczycieli wystąpiła natomiast lewica. – Wielu wchodziło w ten zawód z poczuciem misji. Wielu się wypalało i zostawało z narastającymi frustracjami. Dość tyrania za jałmużnę. Dość wydawania grubych milionów na deformę edukacji – pisze na Facebooku partia Razem.

Szału nie ma

Minister Anna Zalewska przekazała do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych projekt rozporządzenia, na mocy którego zmienią się minimalne stawki wynagrodzenia zasadniczego dla nauczycieli.

 

Rozporządzenie reguluje kwestię drugiej transzy podwyżek dla nauczycieli. Pierwszą przyznano w kwietniu 2018 r., trzecia przypadnie na styczeń 2020 r. Po wszystkich trzech wynagrodzenie zasadnicze dla nauczycieli ma być o 15 proc. wyższe – zdaniem nauczycielskich związków zawodowych to i tak żenująco niewiele. Nauczyciele, którzy w ogromnej większości (96 proc.) posiadają wykształcenie wyższe magisterskie ze specjalnym przygotowaniem pedagogicznym, pozostają wśród najgorzej opłacanych zawodów, gdzie bezwzględnie wymaga się uniwersyteckiego dyplomu.

Jakie zapisy znalazły się w rozporządzeniu? Po podwyżce nauczyciel stażysta, dopiero rozpoczynający pracę w szkole, zarobi 2538 zł brutto. Bardziej doświadczeni nauczyciele kontraktowi dostaną 2611 zł brutto, mianowani – 2965 zł brutto, zaś ci z najdłuższym stażem pracy i największymi osiągnięciami, dyplomowani – 3483 zł brutto. Oprócz wynagrodzenia zasadniczego na nauczycielską pensję składają się dodatki za wykonywanie konkretnych zadań i funkcji w szkole, dodatek motywacyjny, za zastępstwa i nadgodziny czy stażowy. Ministerstwo lubi podkreślać ten ostatni aspekt, pisząc, że „nauczyciele mają kilkanaście dodatków”. Rzecz jednak w tym, że jedna osoba może równocześnie spełniać warunki uprawniające tylko do niektórych.

Obłaskawianie emerytów

W 2019 r. czeka nas zmiana zasad waloryzacji emerytur. Rząd postanowił zrobić eksperyment. Stracą najbogatsi, zyskają najbiedniejsi.

 

Według dotychczasowych zasad waloryzacja świadczeń emerytalnych odbywa się z uwzględnieniem dwóch czynników:
– wskaźnika inflacji w gospodarstwach emeryckich (oznacza to podwyżki cen towarów, które kupują głównie emeryci)
– wskaźnika nie mniej niż 20 proc. realnego wzrostu płac w roku poprzednim.
W 2019 jednak osoby otrzymujące emerytury wyższe niż 2692 zł brutto dostaną waloryzację jedynie na podstawie pierwszego wskaźnika – inflacji (czyli 2,6 proc. według szacunków rządu), natomiast osoby pobierające niższe świadczenia będą miały waloryzację uregulowaną oddolnym limitem 70 zł. To rozwiązanie będzie korzystne dla tych, którzy pobierają niskie świadczenia, bo waloryzacja według starych zasad w wielu takich przypadkach wyniosłaby 30-40 zł.
W ubiegłym roku PiS wprowadził natomiast obowiązkowe podniesienie emerytur minimalnych o 118 zł.
– W sumie na zmianach zasad skorzysta blisko 5 mln emerytów i rencistów. Najwięcej zyska kilkaset tysięcy osób pobierających emeryturę minimalną i wszyscy pobierający świadczenia rolnicze z KRUS – powiedział „Wyborczej” Łukasz Wacławik, specjalista od ubezpieczeń społecznych. Ale jest też druga strona medalu: – Na zmianie stracić może nawet 1-2 mln osób mających emerytury górnicze i z systemu mundurowego. Tutaj bowiem emerytury są dużo wyższe niż z powszechnego systemu.
Na przyszłoroczną waloryzację rząd zamierza przeznaczyć blisko 7 mld zł. To oczywiście inicjatywa słuszna, choć na dłuższą metę nie rozwiązuje problemu plagi niskich świadczeń – już teraz w Polsce żyje około 200 tys. osób, które nie mają prawa do emerytury minimalnej, zmuszonych utrzymywać się za 400-600 zł.
W PiS trwa podobno dyskusja na temat tego, czy nowe zasady wprowadzać od 2019 czy rok później. Informator „GW” twierdzi, że niektórzy politycy PiS są „przeciwni temu, by zrażać do siebie bogatszych emerytów przed wyborami”.

List Włodzimierza Czarzastego do służb mundurowych

Z uwagą zapoznałem się z postulatami przedstawionymi przez Federację Związków Zawodowych Służb Mundurowych.

 

Policjanci, strażacy i pracownicy pożarnictwa, funkcjonariusze Służby Granicznej, Służby Więziennej i Służby Celno-Skarbowej wykonują niezwykle trudną i odpowiedzialną pracę. Stanowi ona podstawową gwarancję bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz prawidłowego działania państwa. Dzięki Waszej codziennej służbie, w której ryzykujecie własnym zdrowiem i życiem, z roku na rok rośnie społeczne poczucie bezpieczeństwa, a jego różne zagrożenia maleją. Z tego powodu zasługujecie na godne warunki pracy i płacy oraz korzystne zasady zaopatrzenia emerytalno-rentowego. Państwo, które nie dba o funkcjonariuszy służb mundurowych nie dba bowiem o bezpieczeństwo swoich obywateli!
Nie jest to jedynie pusta deklaracja: Sojusz Lewicy Demokratycznej od wielu lat występuje w obronie interesów służb mundurowych. W 2012 r. sprzeciwialiśmy się wprowadzonym przez Platformę Obywatelską i Polskie Stronnictwo Ludowe zmianom w zaopatrzeniu emerytalnym służb mundurowych. W 2008 i 2009 r. popieraliśmy zgłaszane przez celników postulaty, by Służba Celna stała się jednolitą służbą mundurową, a jej funkcjonariusze byli objęci właściwymi dla takiej formacji uprawnieniami emerytalnymi. Od 2017 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej podejmuje natomiast, wspólnie z Federacją Stowarzyszeń Służb Mundurowych, systematyczne działania zmierzające do uchylenia ustawy pozbawiającej uprawnień emerytalnych i rentowych osób służących w służbach mundurowych przed 1989 r. Zebraliśmy ponad 300 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy przywracającym te prawa.
Z tych powodów w imieniu Sojuszu Lewicy Demokratycznej zobowiązuję się, że warunkiem naszego udziału we wszelkich przyszłych koalicjach będzie zgodna z postulatami Waszych środowisk poprawa warunków zatrudnienia i zaopatrzenia emerytalno-rentowego funkcjonariuszy służb mundurowych.

Godne płace w budżetówce

Rada Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych negatywnie ocenia rządowe propozycje dotyczące wzrostu minimalnego wynagrodzenia za pracę i zamrożenia średniorocznego wskaźnika wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej w 2019 roku.

 

Zwracamy uwagę, że rząd, zamiast działać na rzecz poprawy sytuacji dochodowej pracowników i podnoszenia zamożności społeczeństwa, podejmuje działania sprzeczne ze Strategią na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która wskazuje na konieczność szybszego wzrostu płac i wyrwania się Polski z pułapki średniego rozwoju. Rząd wprowadza w błąd społeczeństwo tymi decyzjami. W tej sytuacji Rada czuje się oszukana i uznaje, że przedłożone partnerom społecznym do negocjacji propozycje nie są dobrą podstawą do osiągnięcia porozumienia w Radzie Dialogu Społecznego. Apelujemy do strony rządowej o zweryfikowanie swojego stanowiska w kwestii wzrostu płac.
W ocenie Rady wynagrodzenia powinny odzwierciedlać rosnącą wydajność pracy i tempo wzrostu produktu krajowego brutto. Uwzględniając, że przez okres transformacji płace rosły wolniej niż wydajność, istnieje przestrzeń do podnoszenia wynagrodzeń, w tym płacy minimalnej. Potrzebna jest zmiana modelu rozwojowego naszej gospodarki i odejście od konkurowania niskimi kosztami pracyi wynagrodzeniami. Model ten skazuje bowiem rodzime przedsiębiorstwa na rolę podwykonawców w globalnym łańcuchu dostaw. Dlatego niezbędne są większe inwestycje i wyższe płace, które pozwolą wprowadzić na rynek innowacyjne produkty o wysokiej wartości dodanej.
Zaproponowany przez rząd wzrost minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2019 roku o 5,7 proc. (120 złotych brutto), do poziomu 2220 zł miesięcznie i 14,50 zł za godzinę pracy, spowoduje pogorszenie prognozowanej relacji płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Relacja ta ukształtuje się na poziomie 46,6 proc.. To mniej niż w 2017 roku (46,8 proc.) i zarazem mniej niż prognozowana wartość relacji na rok 2018 (47,3 proc.). Tak niskiej podwyżki OPZZ nie może zaakceptować, tym bardziej, że dotyczy ona kilku milionów pracujących. Jej zaaprobowanie oznaczałoby zgodę na to, aby płaca minimalna zwiększyła się o 83 zł netto a wydatki osób ją pobierających o niecałe 3 zł dziennie.
Mając na uwadze niezrealizowane dotąd zobowiązanie rządu wynikające z zawartego w 2009 roku Pakietu Działań Antykryzysowych, jak również złożoną przez Prezesa Rady Ministrów deklarację dotyczącą opracowania i przedstawienia partnerom społecznym skutecznego mechanizmu zapewniającego osiągnięcie przez płacę minimalną poziomu połowy przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, Rada uznaje propozycję wzrostu minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2019 roku za dalece niewystarczającą i podtrzymuje przekazane rządowi 21 maja 2018 roku stanowisko w tej sprawie, zgodnie z którym płaca minimalna w kolejnym roku powinna wzrosnąć do poziomu 50 proc.prognozowanego na rok 2019 przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej tj. o 13,5 proc. (o 283 zł), do kwoty 2383 zł (1727 zł netto), a minimalna stawka godzinowa do wysokości 15,50 zł.
Rada negatywnie ocenia także nieuwzględnienie propozycji OPZZ, aby wynagrodzenia w państwowej sferze budżetowej wzrosły w 2019 roku o co najmniej 12,1 proc.. W odpowiedzi na ten postulat rząd zapowiedział zamrożenie wskaźnika wzrostu wynagrodzeń na poziomie 100,0 proc. i przeznaczenie dodatkowych środków na wzrost funduszu wynagrodzeń na poziomie prognozowanej na rok 2019 inflacji (2,3 proc.), przy zachowaniu prawnie zdeterminowanych indeksacji dla poszczególnych grup pracowniczych.
Kolejny raz przypominamy rządowi, że istnieje zależność pomiędzy oczekiwaną poprawą jakości funkcjonowania państwa i wzrostem wynagrodzeń pracowników sfery budżetowej. Przyjazne podatnikom urzędy i sądy, wysokiej jakości opieka zdrowotna i edukacja oraz bezpieczeństwo są konieczne, aby zapewnić postęp, innowacyjność i konkurencyjność, a tym samym zrealizować Strategię na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Nie da się osiągnąć ww. celów bez zagwarantowania pracownikom sfery budżetowej godnych wynagrodzeń.
Zauważamy ponadto, że rządowa propozycja w zakresie wzrostu funduszu płac o wskaźnik inflacji stanowi próbę obejścia ustawy z dnia 23 grudnia 1999 r. o kształtowaniu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej oraz o zmianie niektórych ustaw, ponieważ pozbawia Radę Dialogu Społecznego ustawowego uprawnienia negocjowania wysokości wskaźnika wzrostu wynagrodzeń dla sfery budżetowej. Rodzi także dowolność w rozdziale tych środków i antagonizuje grupy zawodowe i pracowników. Z powyższych względów nie może zostać zaakceptowana przez OPZZ.
Rada podtrzymuje równocześnie stanowisko OPZZ dotyczące wzrostu płac w sferze budżetowej w 2019 roku oraz ponawia oczekiwanie, że rząd przedstawi partnerom społecznym propozycję systemowych rozwiązań zapewniających wszystkim pracownikom budżetówki wzrost ich wynagrodzeń.
Rada zobowiązuje członków Rady Dialogu Społecznego z ramienia OPZZ do prowadzenia dalszych negocjacji z rządem w tej sprawie. Wyzywa ponadto organizacje członkowskie OPZZ do:
• mobilizowania załóg,
• informowania społeczeństwa o szkodzących pracownikom decyzjach rządu,
• rozpoczęcia przygotowań do akcji protestacyjnych.

Pielęgniarki chore z bezsilności

Najpierw pielęgniarki z Lublina zaczęły masowo odchodzić na przedłużające się L4. Teraz tę strategię zastosowały ich koleżanki z Biłgoraja. To najwyraźniej jedyny sposób, aby zmusić pracodawców do refleksji nad tym, że ich wynagrodzenia w tym regionie należą do najniższych w Polsce.

 

Lublinowi się udało: wywalczył 1000 zł podwyżki. Ale szpital udawał, że problemu nie widzi. Dopiero kiedy na zwolnienia poszło 20 procent załogi, dyrekcji zaświtało w głowie, że może chodzić o podwyżki.
Na spotkaniach z pracownikami pojawiały się głosy od pielęgniarek, że ich wynagrodzenia są za niskie i że chcą podwyżek. Nie dostałem jednak żadnego oficjalnego komunikatu dotyczącego np. proponowanych kwot – tłumaczył się w mediach dyrektor Tomasz Kwiatkowski.
Niedomyślni
Ale ze strony pielęgniarek wygląda to nieco inaczej:
– Ponad 130 pielęgniarek z biłgorajskiego szpitala ma 1700–1800 zł brutto zasadniczego wynagrodzenia i to są już kwoty po dodaniu tzw. zembalowego. Wcześniej było to nawet 1400 zł brutto. To jedne z najniższych zarobków pielęgniarek w woj. lubelskim – mówiła Maria Olszak-Winiarska, przewodnicząca Zarządu Regionu Lubelskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.
Ale wypowiedzi dyrektora każą przypuszczać, że i tak o on uważa się tu za najbardziej pokrzywdzonego: – W związku z nieobecnością części pielęgniarek w pracy byliśmy zmuszeni do zamknięcia oddziału chorób wewnętrznych i przeniesienia pacjentów na inne oddziały, a także wstrzymania zabiegów planowych i pobytów diagnostycznych. Musimy się też posiłkować personelem z sąsiednich szpitali, a także z nocnej i świątecznej opieki. Jest to smutna sytuacja. Powiem szczerze, że widok pustych łóżek i szpitala jest jednym z najbardziej przykrych widoków dla lekarza.
Smutny widok
Bardzo smutnym widokiem dla wykwalifikowanego pracownika jest również przelew w wysokości 1700 zł, mogę się założyć.
– Wynagrodzenia są regulowane ustawą. Trudno mówić o jakichkolwiek podwyżkach, bo spółka jest w stanie upadłości i nie może zaciągać żadnych zobowiązań – oświadczył dyrektor. W poniedziałek 18 czerwca odbyło się spotkanie z udziałem przedstawicieli władz województwa, starosty i NFZ. Przekonywano pielęgniarki, że „działają na szkodę szpitala”. Był też syndyk zarządzający placówką.
Zapomnijcie o podwyżkach
– Proszę się uspokoić i wrócić do pacy wykonujemy kontrakt i to jest najlepsza droga do tego, żeby udało nam się szpital płynnie przeprowadzić przez ten trudny okres – apelował do pielęgniarek.
Starosta też nie widział nadziei na podwyżki: – To prosta droga do likwidacji szpitala, który jest przecież bardzo potrzebny w Biłgoraju. Zależy nam na tym, żeby on funkcjonował. Ale przy ograniczonej ilości oddziałów automatycznie ograniczamy ilość procedur, a co za tym idzie zmniejszają się środki z NFZ. Należy wykonywać więc jak najwięcej procedur, a do tego potrzebni są pracownicy.
Porozumienia nie ma. Pielęgniarki apelują ze swojej strony o racjonalizację płac. A dyrekcja czeka na uprawomocnienie się wyroku o upadłości. Wtedy, jak podaje lokalna prasa, zaistnieje szansa, że szpital zostanie przejęty np. przez starostwo powiatowe.