Nienażarci nie na żarty

Jarek Ważny
Nienażarci nie na żarty

Jarek Ważny

Powiadają ludzie, że za dużo, to i świnia nie przeżre. Człowiek jednak to nie świnia, i nie miewa podobnych rozterek. Zwłaszcza jak idzie o pieniądze. Na dodatek publiczne, znaczy niczyje. Wtedy chapnie tyle, ile mu się włoży w gardziel, choćby łopatą. I jeszcze podziękuje!

Ostatnio, dzięki inicjatywie posłów partii rządzącej, wraz z podwyżkami dla posłów czy prezydenta, przegłosowano też podwyżki pensji samorządowców. Przymus wzięcia podwyżki wynika wprost z ustawy. Ta mówi o tym, że wynagrodzenie prezydenta musi wynosić przynamniej 80 proc. maksymalnego na tym stanowisku. A maksymalny pułap takiej pensji wynosi teraz 20 041,50 zł brutto. Radni więc głosują na potęgę. W opinii części samorządowców, podwyżka ich uposażeń, to perfidna pułapka zastawiona na nich przez PiS; bo oni ją muszą wziąć. Tę podwyżkę. Muszą. A tamci muszą im dać. Furę i samolot też!

Wychodzi więc na to, że biedni prezydenci, wójtowie i burmistrzowie, co to muszą pieniądze przyjąć a nie chcą, są dziś jak ongiś Gowin pośród ław rządowych, który po podwyżkach zarządzonych przez Beatę Szydło powiedział, że dostał więcej, ale wcale się z tego nie cieszy.

W jednym się z biednymi-bogatszymi samorządowcami się zgadzam. Gdyby nie pisowska ustawa, nie trzeba by się zajmować podobnymi problemami, a znając cynizm tego ugrupowania, jestem w stanie uwierzyć, że ten drenaż publicznej kasy jest obliczony na skłócenie samorządowców i pokazanie ich jako bandy darmozjadów i nierobów, co to biorą na potęgę, a pożytku z nich żadnego. Niebawem wejdą w życie rozwiązania podatkowe z Polskiego Ładu, które mocno zredukują budżety miast. Tymczasem samorządy muszą wysupłać pieniądze dla prezydentów i burmistrzów. Że pisowski wójt czy wójcina dostaną więcej, nikt wszak o tym nie usłyszy. Ale o tym, że nagradzają Trzaskowskiego, Dulkiewicz czy Majchrowskiego, kiedy w miejskiej kasie bieda aż piszczy, usłyszy każdy, kto ma w domu telewizor albo radio. Zwłaszcza publiczne. Dodatkowo inflacja bije w Polaków jak w bęben i podwyżek domagają się również szeregowi pracownicy urzędów miast, którzy mają oczy i widzą, ile zarabiają w urzędzie ich zwierzchnicy. Gdyby jednak opozycja miała głowę na karku, a być może jest kilku trzeźwo myślących rajców w samorządach, mogłaby, czy to dla poklasku czy czystszego sumienia, choć bardziej stawiam na to pierwsze, rozegrać rzecz po swojej myśli.

Podwyżki przyznają radni. Nigdzie nie jest napisane, że te muszą być podniesione do maksymalnych wysokości. Po pierwsze, na samym początku debaty o uposażeniach, należałoby, jeśli już koniecznie trzeba, podnieść zarobki o niezbędne minimum. A gdy się to wykona, nadwyżkę, informując uprzednio media, przekazać na zbożny cel i tak nakazać miejskiemu skarbnikowi, aby co pensję, ściągał z poborów te parę groszy i wpłacał; na Owsiaka, na Caritas, na uchodźców, na co kto woli. Albo jeszcze lepiej: rozdzielić tę parę groszy pośród najmniej zarabiających pracowników magistratu. Jest jeszcze rozwiązanie dalej idące, ale to wymagałoby kompromisu ustawowego. Proponował je kiedyś Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli.
Podwyżki, zwłaszcza w budżetówce, nie są niczym złym i niespotykanym. Inaczej jednak wygląda 20 tys. miesięcznie na koncie prezydenta Warszawy a inaczej burmistrza Hrubieszowa. Robota robocie nierówna, a pieniądze takie same. Gdzie tu sprawiedliwość? Tyszkiewicz proponował, aby zarobki samorządowców połączyć ze średnią dochodów w konkretnych regionach. Pensja miejskiego włodarza musi być bowiem adekwatna do możliwości danego miasta czy gminy, a nie, tak jak, dziś odklejona od rzeczywistości. To bowiem prosta droga skłócenia lokalnych polityków z mieszkańcami. O ile w państwie PiS, da się jeszcze ludzi bardziej ze sobą skłócić.

Dziwne, a może i nie, że kiedy głośno o samorządowcach, którzy dali się wpuścić w pisowskie maliny przez swoją własną bezmyślność, mało kto, oprócz np. mnie, nie mówi o tym, że i pan prezydent Polski dostał przy okazji parę groszy więcej, żeby się prezentować godnie. Święta tuż tuż, warto więc popuścić pasa, żeby było czym zapełnić kałdun. Później i tak się to wszystko spali na nartach.

Poprzedni

Polska jednak nie będzie drugim Salwadorem?

Następny

Pierwsza i ostatnia