Próba krótkiego bilansu

Jak ekipa Prawa i Sprawiedliwości traktuje swoje obietnice składane obywatelom?
Trwa kampania wyborcza, więc pora na próbę krótkiego bilansu prawie pięcioletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości. A oto dwadzieścia kilka pytań, które pomogą w sporządzeniu takiego bilansu i pozwolą na przybliżenie rzeczywistych dokonań obecnej ekipy rządzącej:

  1. W których więzieniach siedzi osądzona mafia VAT-owska?
  2. O ile obniżono podatek VAT?
  3. Gdzie są setki tysięcy imigrantów z pasożytami i chorobami?
  4. O ile podniesiono kwotę wolną od podatku?
  5. Jaką pomoc otrzymali frankowicze?
  6. Kto mieszka w 100 tysiącach mieszkań plus?
  7. Kto jeździ milionem samochodów elektrycznych?
  8. Jak wysokie są reparacje wojenne z Niemiec otrzymywane przez Polskę?
  9. Jakie wojska latają helikopterami zakupionymi dla armii?
  10. W jakich miejscowościach można już oddychać czystym powietrzem?
  11. Dokąd pływają promy ze szczecińskiej stoczni?
  12. Jak pokonano ASF (afrykański pomór dzików)?
  13. O ile skróciły się kolejki do lekarzy?
  14. Ile łóżek szpitalnych przybyło w Polsce?
  15. O ile wzrosły renty z tytułu niezdolności do pracy?
  16. Jak bardzo zmalały kolejki w sądach i skróciły się czasy rozpraw?
  17. Ilu Polaków wróciło z emigracji zarobkowej?
  18. Ilu Polaków wyjechało na dobre z kraju?
  19. W jakich lasach posadzono pół miliarda drzew?
  20. Jak bardzo zmniejszył się nasz import węgla z Rosji?
  21. Gdzie jest wrak Tupolewa?
  22. Jak bardzo zmniejszyła się strefa ubóstwa w Polsce i wzrosła długość życia?
  23. Jakie ilości nowoczesnego uzbrojenia trafiły do polskiej armii?
  24. O ilu urzędników mniej pracuje w ministerstwach?
  25. Kto został oskarżony o zamordowanie działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej?
  26. Gdzie można przeczytać aneks do raportu WSI?
  27. Kto jeździ po 100 obwodnicach polskich miast?

Co myślą sobie Polacy

Poszłam kiedyś z dziadkiem na grzyby. Miałam kilka lat. Zakonotowałam jednak, że szczególnie pożądanymi grzybami w koszyku są kanie. Zapytałam „Dziadziuś, a jak wygląda kania?”. Usłyszałam: „Tak jak muchomor. Tylko że kania”.

Co myślą sobie Polacy w czasach zarazy? Że są lepiej przygotowani od Włochów i nie popełniają tych samych błędów. Tylko że to samo mówili Włosi o Chińczykach. I to samo mówią teraz Francuzi o reszcie świata, w przerwie między jedną lampką wina na bulwarach, a następną.
Polacy się nie przejmują. TVP mówi im przecie ustami ministra zdrowia, który ledwo skończył jedną konferencję prasową a już zaczyna drugą, że wszystko jest w porządku. Mamy 60 przypadków zachorowań, to przecież mniej niż grypa albo ugryzienie pająka. Odmawiają oglądania TVN, który razi ich obrazkami z Włoch i innych części Europy. Polacy nie lubią, jak mówi się do nich kategorycznym tonem, że trzeba myć ręce. Na Facebooku naprawdę widziałam wpisy znajomych oburzonych tym, że w autobusach kierowca zakleja swoją przestrzeń taśmą i izoluje się od pasażerów. Ich wrażliwe serca czują się wtedy skrzywdzone i niesprawiedliwie zaklasyfikowane.

Jedna strona deklaruje, że nie przestanie chodzić do kościoła, druga deklaruje, że nie przestanie jeździć komunikacją miejską, zwłaszcza teraz, kiedy jest tak luźno. A w ogóle to jeździć komunikacją jest szlachetnie. Oczywiście, to wszystko była prawda. Była, do niedawna.
Żeby było jasne, nie winię ludzi za brak wypracowanej strategii przetrwania. Taka już nasza natura, że pojedziemy do tych Włoch, bo zapłacone. Że zbuntujemy się, kiedy ktoś czegoś kategorycznie zażąda. W wielu przypadkach ma to swoje psychologiczne uzasadnienie na poziomie indywidyualnym i zbiorowym. Ale winię rządową propagandę, osadzoną na „będzie dobrze” i na tym, że skoro nie robimy testów, to nie wyjdą nam wyniki, które mogą nas przerazić.

Czytam autentyczne pochwały działań Łukasza Szumowskiego. Że zachował się, że sprawnie, że ma oczy przekrwione z niewyspania ten nasz stachanowiec. Tylko że nie sposób dostać się do lekarza. Nie sposób, bo człowiek z gorączką, półżywy, odbija się od ściany. Bo albo nikt nie odbierze telefonu, albo do tej przychodni nie jest zapisany, albo nie ma miejsc. Jeśli uda mu się przyjechać i przeczekać pół dnia na korytarzu, jest szansa, że przyjmą go nadprogramowo prawdziwi cisi bohaterowie ostatnich dni: lekarze i lekarki, którzy sami mają pod opieką dzieci z pozamykanych szkół i przedszkoli. Którzy znów odwalają robotę za nieudolne państwo.
Brakuje systemu wsparcia dla wszystkich, którzy jednak w domach pozostać nie mogą. Niektóre uczelnie zamknęły dziekanaty. Inne organizują zebrania kadr, biurokracja kręci się w najlepsze. Ludzie stoją w kolejkach w urzędach, które normalnie pracują do 16.00.

Brakuje systemu wsparcia dla seniorów. Organizują je kandydaci na prezydenta w ramach swoich indywidualnych kampanii.

Brakuje systemu wsparcia dla tych, którzy już poplajtowali albo poplajtują za chwilę. Fajnie sobie pobajdurzyć o upadku kapitalizmu i pośmiać się, ze nie zarobi w tym miesiącu sklep sprzedający torebki i buty dla paniuś z middleklasy. Tylko powiedzcie to mojej znajomej, która prowadzi studio fotograficzne albo znajomemu kociemu behawioryście. Powiedzcie im, że sami są sobie winni, bo wymyślili sobie hipsterską karierę zamiast układać kafelki. Na które, nota bene, również nie będzie teraz popytu.
Nagłówki krzyczą: rząd apeluje do banków, by ulżył kredytobiorcom! I faktycznie, szykują się ulgi. Na Placu Czerwony rozdają samochody. Tylko że nie rozdają, i nie ulgi, a odraczają spłaty rat (o odsetkach strategicznie nie było mowy), i nie wszystkim, tylko tym, co zachorowali i to udowodnią.
To nie jest państwo z kartonu. To jest państwo, jak mawiał klasyk, teoretyczne.

Zupełnie nie rozumiem optymizmu tych, którzy mówią, że nie grozi nam włoski scenariusz. Na razie jedyny wniosek, jaki wyciągnęliśmy z ich historii to „informować jeszcze mniej, pozamykać ludzi w domach, najsilniejsi przetrwają”. A że oprócz koronawirusa ludziom zdarza się w marcu 2020 chorować na zupełnie inne rzeczy? Sami są sobie winni.

Pokazuję co naprawdę się dzieje w Chinach

“Zrobiłem to ze względu na babcię i siostrę, które są w Polsce i bardzo panikują. Przez codzienne telefony z domu i prośby o pilny powrót, zdecydowałem się publikować filmiki dla rodziny i bliskich aby pokazać jak to naprawdę wygląda, że nie jest tak źle jak to pokazują polskie media” – mówi Denis Gierczak.

Polak, pracuje i mieszka ze swoją chińską dziewczyną w Szanghaju od czterech lat. W ciągu kilku dni od wybuchu epidemii koronawirusa w Chinach, zaczął filmować i robić wideo, aby pokazać swoje miasto w mediach społecznościowych.

Kasia Le, Polka, która od 10 lat mieszka w Zhoushan (ponad 200 kilometrów na południe od Szanghaju), również zaczęła dokumentować swoje życie po wybuchu epidemii. Od momentu przybycia do Chin zaczęła blogować o tym, jak szybko zmieniają się Chiny.

„A czemu teraz zaczęłam pisać? Dlatego, że w mediach ukazuje się wiele przekłamanych informacji na temat obecnej sytuacji. Czytam, że nie mamy co jeść, bo półki sklepowe są puste, że jesteśmy więzieni, musimy siedzieć zamknięci w domach. Teściowa nie śpi po nocach, bo martwi się o mnie i wnuczkę. Zaczyna podejrzewać, że ją okłamuję, bo jestem podejrzanie spokojna. Chciałam pokazać jak to rzeczywiście wygląda w mojej okolicy. Obecnie jest spokojnie, ludzie stosują się do zaleceń miejscowych władz i wszyscy liczą na szybki powrót do normalności” – opowiada Kasia.

Na filmach zrealizowanych przez Denisa pokazywane są towary w supermarkecie i mieszkańcy stojący w kolejce po maski.

„Przez pierwsze dni popyt przekraczał podaż, ale potem sytuacja się ustabilizowała i raczej nie brakuje żadnych przedmiotów codziennego użytku. Praktycznie cały czas próbujemy robić zakupy w sklepach stacjonarnych. Aby ograniczyć sytuacje, kiedy mnóstwo ludzi stoi w kolejkach do aptek – co zwiększa ryzyko zakażenia – w niektórych miastach chińskich wprowadzono specjalny system zdalnego zakupu maseczek. W Szanghaju możesz zapisać w systemie dystrybucji masek prowadzonym przez administracje osiedli” – wyjaśnił Denis.

Z zakupami nie było i nie ma żadnych problemów dla Kasi. Od początku epidemii do dnia dzisiejszego w markecie są wszystkie niezbędne produkty. Otwarte są również małe sklepiki w których można kupić najpotrzebniejsze rzeczy.

„Zdarza mi się robić zakupy online. W tej kwestii zmieniło się tylko to, że nie są dostarczane pod drzwi jak to było wcześniej, trzeba się wybrać na główną bramę osiedla aby je odebrać, gdyż nie są wpuszczani ludzie z zewnątrz. Ale tak się dzieje również jak nie ma epidemii, bo wiele osiedli w Chinach jest strzeżonych i nie wpuszcza się obcych na ich teren” – wyjaśnia Kasia.

W celu kontroli rozprzestrzeniania się epidemii wiele chińskich miast wdrożyło ścisłe środki zarządzania, a osiedle, w których mieszka Denis, są podobnie zarządzane.
„W tej chwili jedynie mieszkańcy mogą wejśc na teren osiedla po uprzedniej kontroli temperatury i pokazywaniu przepustki wejściowej. Kurierzy nie mogą wjechać na osiedla i wszystkie przesyłki lub jedzenie muszą być zostawiane, lub odbierane bezpośrednio przed bramą. Dodatkowo każda osoba powaracająca spoza Szanghaju musi się zgłosić u administracji osiedla i zgłosić swoją podróż. Po tym czasie jest rekomendowana 14 dniowa kwarantanna. Codziennie wolontariusze informują ludzi o środkach zapobiegwaczych jak mycie rąk, przewietrzenie pomieszczeń, noszenie maseczek itp. Jest rekomendowane pozostawanie w domach. Działania są zakrojone na bardzo obszerną skalę” – opowiada Denis.

W odpowiedzi na krytykę chińskiego ograniczenia praw człowieka, w opinii Kasi wszystkie te środki są z korzyścią dla ludzi.

„Środki podjęte przez rząd chiński, uważam za bardzo dobre. Myślę, że tylko w taki sposób można wyodrębnić osoby już chore i nie dopuścić do przemieszczania się wirusa w tak ogromnej populacji. Można widać duże zaangażowanie i ciężką pracę ludzi pilnujących tych kontroli” – wyjaśniła Polka.

Z powodu epidemii wszystkie szkoły podstawowe i średnie oraz przedszkola w całym kraju zostały zamknięte. Pod koniec lutego chińskie Ministerstwo Edukacji wydało zawiadomienie, że zasadniczo szkoły nie zostaną otwarte, dopóki sytuacja epidemii nie zostanie opanowana. Szkoła, w której znajduje się córka Kasi, również przełożyła datę rozpoczęcia nauki. Od 17 lutego jej córka rozpoczęła naukę online w domu. Szkoła przywiązuje dużą wagę do edukacji.

„U mojej córki w szkole system nauczania jest bardzo dobrze zorganizowany. Jest bardzo dobry kontakt ucznia z nauczycielami. Pokaz slajdów, odpytywanie w trakcie wykładu, prace domowe. Nauczyciele pilnują przerw między lekcjami i przypominają, żeby odkładać komputery w czasie przerwy z obawy na oczy. Kontaktują się z rodzicami aby w takiej sytuacji kontrolowali czas spędzony na telefonach, laptopach i innym sprzęcie” – opowiada mama dziewczynki.

Walka z epidemią to także udział dużej liczby personelu medycznego na pierwszej linii frontu. Po wybuchu epidemii personel medyczny w całym kraju pomagał Wuhanowi, a większość z nich zgłosiła się na ochotnika, ryzykując życiem. Aby pokazać szacunek i wsparcie dla nich, Kasia i jej polska przyjaciółka przetłumaczyły chińską piosenkę „Ruszajmy, kierunek światło”, która jest dedykowana dla wszystkich osób ciężko pracujących i walczących na linii frontu w zapobieganiu epidemii, na różne języki obce.

„Chciałam im przekazać, że jestem pełna podziwu dla ich morderczej pracy, szczególnie dla tych, którzy są na pierwszej lini zagrożenia. Życzę im z całego serca dużo zdrowia i siły. Z mojego miasta pojechała ekipa lekarzy i pielęgniarek do Wuhanu aby zmienić osoby tam będące. Jest wśród nich moja koleżanka Denny, którą bardzo w myślach wspieram” – tłumaczy Polka.

Denis wykorzystał również swoje siły, aby pomóc swojemu miastu przetrwać epidemię. Po tym jak ujrzał inicjatywę krwiodawstwa zorganizowaną w Szanghaju dołączył do zespołu.

„Czterokrotnie uczestniczyłem w nieodpłatnym oddawaniu krwi, odkąd przybyłem do Chin. Wiem, że Chiny potrzebują teraz oddawania krwi bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To może pomóc innym. Przybyłem z daleka. Jako gość w Chinach zostałem ciepło przyjęty przez Chińczyków. Stąd moja chęć zrobienia czegoś, aby pomóc Chińczykom” – opowiada Denis.

W ostatnich dniach Denis zaczął nagrywać swój powrót to pracy, także innych pracowników w całym Szanghaju. Wszyscy mają nadzieję na powrót do normalnego życia i pracy jak najszybciej, a tylko pozytywna energia może dać siłę do przetrwania.

Zanim kupimy coś niepotrzebnego

Im jesteśmy zamożniejsi, tym więcej rzeczy uważamy za absolutnie dla nas niezbędne.

Aż 84 proc. Polaków przyznaje, że w ich mieszkaniach zalegają niepotrzebne i nieużywane przedmioty. Często jest ich więcej niż sto, a czasami tak dużo, że trudno oszacować liczbę – wynika z badania przeprowadzonego przez SW Research w styczniu 2020 r. na zlecenie Gumtree.pl.
Większość z nas nie ma pomysłu, jak nieprzydatnym rzeczom nadać „drugie życie”. To niepokojące nie tylko dlatego, że niedostateczna jest nasza wiedza na temat możliwości ponownego wykorzystania przedmiotów. Problemem jest również rosnący konsumpcjonizm, który w skali globalnej przekłada się na nadmierną eksploatację dostępnych na Ziemi zasobów.
Dekonsumpcja – to postawa polegająca na świadomym ograniczeniu konsumpcji do niezbędnego minimum. Wciąż jest ona bardziej modnym hasłem, niż światopoglądem większości polskiego społeczeństwa – bo 4 na 10 mieszkańców naszego kraju kupuje zbyt dużo w stosunku do swoich aktualnych potrzeb. Choć wciąż konsumujemy mniej niż mieszkańcy najbogatszych krajów Europy Zachodniej (ale z roku na rok nadrabiamy ten dystans.)
W wspomnianym badaniu mieszkańcy Polski zostali poproszeni o oszacowanie, ile niepotrzebnych przedmiotów znajduje się w ich domach. Co trzeci respondent stwierdził, że ich liczba wynosi od 1 do 20. 24 proc. uznało, że ma takich rzeczy między 21 a 50, a około 8 proc. – więcej niż 100 (co chyba należy uznać za zaniżony odsetek). Tylko 16 proc. zapytanych odpowiedziało, że nie ma ich w ogóle, a 15 proc. udzieliło odpowiedzi „nie wiem, ale bardzo dużo”.
Ciekawe, że najmniej zbędnych rzeczy mają osoby między 50 a 65 rokiem życia – jeden na pięciu zapytanych z tej grupy wiekowej uważa, że nie ma ich wcale. Podobnie deklaruje 28 proc. Polek i Polaków o dochodzie powyżej 5000 złotych miesięcznie.
Z badania Gumtree wynika, że o dziwo, niepotrzebne przedmioty najczęściej przechowują Polacy o najniższych dochodach. W przypadku respondentów zarabiających poniżej 1000 złotych miesięcznie, odsetek ten wynosi 47 proc. Z kolei do śmieci zbędne rzeczy najczęściej wyrzucają Polacy otrzymujący na rękę między 3001 a 5000 złotych (35 proc) oraz powyżej 5000 złotych (30 proc.) Zapewne te dane wynikają z faktu, iż w miarę wzrostu dochodów, rośnie też liczba rzeczy uważanych przez nas za niezbędne.
Nie ma natomiast znaczących różnic między kobietami i mężczyznami – zarówno panie, jak i panowie mają tendencję do chomikowania. Najczęściej w polskich mieszkaniach zalegają ubrania – 35 proc. ankietowanych wskazało, że to właśnie odzież w niewłaściwym rozmiarze czy po prostu taka, która przestała nam się podobać, stanowi największą część niepotrzebnych i nieużywanych rzeczy w naszych zbiorach.
Na drugiej pozycji uplasowały się bibeloty i ozdoby, które kurzą się w domach 21 proc. respondentów. Kolejne miejsca zajęły zabawki (14 proc.), książki (13 proc.), przybory kuchenne i naczynia (9 proc.) oraz buty (7 proc.).
Niepotrzebne ubrania nieco częściej przechowują mężczyźni (39 proc.) niż kobiety (32 proc.). Panie uważają, że prawie wszystkie ciuchy są im niezbędne. Poza tym, chętniej gromadzą nieczytane książki (16 proc. w porównaniu do 9 proc. u panów).
Rosnąca konsumpcja to zjawisko, które w przestrzeni publicznej do niedawna było przedstawiane przede wszystkim jako coś pozytywnego. Wpływ na to miały z pewnością konsekwencje przełomu politycznego roku 1989, po którym Polska wkroczyła w erę kapitalizmu. Niedostępne w gospodarce niedoboru przedmioty, zaczęły nagle być na wyciągnięcie ręki, a Polacy zapragnęli posiadać ich jak najwięcej.
– Ten trend się zmienia, ponieważ coraz więcej osób myśli o tym, jaką planetę zostawi swoim dzieciom i wnukom. Również najmłodsze pokolenie zaczyna mieć świadomość znaczenia działań w duchu zero waste – komentuje wyniki badania Katarzyna Merska z Gumtree.
Co piąty mieszkaniec Polski przekazuje nieużywane przedmioty organizacjom charytatywnym. Podobny odsetek oddaje je bliskim. Najczęściej wolimy jednak… nic z nimi nie robić. Aż 38 proc. zapytanych Polek i Polaków stwierdziło, że zbędne rzeczy po prostu zalegają w ich mieszkaniach. Jedna na cztery osoby wyrzuca je do kosza na śmieci, a 9 proc. badanych to, co zalega w domach, sprzedaje w internecie. Ten ostatni trend trzeba ocenić pozytywnie, bo w dobie powszechnej cyfryzacji, takie rzeczy możemy z powodzeniem sprzedawać za pośrednictwem rozmaitych portali czy dedykowanych grup w social mediach.
Znacznie łatwiejsze niż kiedyś jest także wspieranie organizacji charytatywnych. W sieci znajdziemy dziesiątki adresów kontaktowych do fundacji, które przyjmą zalegające u nas ubrania czy książki.
Co czwarta osoba o dochodzie między 3001 a 5000 złotych deklaruje, że przekazuje niepotrzebne i nieużywane rzeczy wybranym instytucjom i organizacjom charytatywnym. Jednak w przypadku najlepiej zarabiających (powyżej 5000 złotych) odsetek ten spada do 20 proc. Zbędne rzeczy najchętniej organizacjom dobroczynnym przekazują osoby między 50 a 65 rokiem życia (26 proc.) oraz te poniżej 24 roku życia (22 proc.). Młodzi ludzie, chętniej niż inni, sprzedają używane przedmioty w internecie. Robi to 13 proc. badanych w grupie wiekowej 18-24 lata.
W mentalności większości Polaków nie ma zaszczepionych zachowań, które odzwierciedlałyby tzw. hierarchię postępowania z odpadami. W tej hierarchii, najważniejsza jest prewencja, czyli zapobieganie zbędnej konsumpcji. Następnie chodzi o ponowne użycie, które może być rozumiane jako odsprzedaż, przekazanie, naprawa czy recykling.
– Jeśli to pomijamy i dochodzi do zbędnego przechowywania nieużywanych produktów, zasoby i energia potrzebne do ich produkcji zostają nieracjonalnie wykorzystane, przyczyniając się w ten sposób do degradacji środowiska. Nadzieję na poprawę tej sytuacji niosą zmiany w unijnych dyrektywach odpadowych, przyjęte w 2018 roku, a teraz wzmocnione w tzw. Europejskim Zielonym Ładzie. Kładą one większy nacisk na działania prewencyjne, obligując kraje członkowskie, samorządy oraz przedsiębiorców do lepszego projektowania produktów – tak, aby były trwalsze i nadające się do naprawy, a sektor second-hand był wspierany narzędziami edukacyjnymi czy ekonomicznymi – ­mówi Piotr Barczak, z stowarzyszenia Zero Waste i Europejskiego Biura Ochrony Środowiska.
Dzień Długu Ekologicznego to umowna data, kiedy Ziemia wykorzystała wszystkie zasoby na dany rok, w stopniu przekraczającym zdolność planety do ich odnawiania. W 2019 dzień ten przypadł 29 lipca, a więc zaledwie po 7 miesiącach roku.
Są rozmaite sposoby na to, jak ograniczać konsumpcję. Działania te wciąż nie przekładają się jednak na wymierne, pozytywne efekty, a ich skala pozostaje ograniczona. Najbardziej godny polecenia jest tzw. smart shopping – czyli kupowanie tylko takich produktów, które są nam niezbędne, a przy tym ich stosunek jakości do ceny stoi na bardzo wysokim poziomie.

Polacy się nie przepracowują

I nie są też specjalnie chętni do szukania jakiegoś dodatkowego zatrudnienia. Wypoczynek jest ważniejszy.

Przeciętny tygodniowy czas pracy we wszystkich miejscach pracy (głównej i dodatkowej) wynosi w Polsce 40,6 godzin – podaje Główny Urząd Statystyczny. Wbrew powszechnym opiniom, nasi rodacy nie są więc jakoś przesadnie zaharowani – wychodzi niemal równo osiem godzin dziennie, przy weekendach wolnych od roboty. Nie jesteśmy też zbyt wydajni. Pod tym względem wyprzedzają nas Czesi, Słowacy czy Węgrzy, o krajach bardziej rozwiniętych już nie mówiąc.
Nieco zaskakuje natomiast, że tygodniowy czas pracy jest dłuższy wśród mieszkańców polskiej wsi (42,1 godz.) niż miast (39,7 godz.). Kobiety pracują krócej niż mężczyźni (odpowiednio: 38,6 godz. i 42,2 godz.) – bo po pracy zawodowej przechodzą do darmowej pracy domowej. Analiza struktury ludności Polski w wieku 15 lat i więcej, pokazuje, że na koniec III kwartału ubiegłego roku, w porównaniu z III kwartałem 2018 r. zwiększył się udział pracujących, ale także i biernych zawodowo, wśród wszystkich mieszkańców naszego kraju. Zmniejszył natomiast – udział osób bezrobotnych. Na przestrzeni roku spadła stopa bezrobocia oraz odsetek ludzi długotrwale poszukujących pracy – podaje GUS.
Bierni zawodowo to ta część społeczeństwa, którą stanowią osoby w wieku powyżej 15 lat (nie ma górnej granicy wieku) nie pracujące i nie będące bezrobotnymi. Naturalnie więc głównym powodem bierności jest osiągnięcie wieku emerytalnego. Tak więc, najczęściej występującymi przyczynami bierności zawodowej są obowiązki rodzinne (zwłaszcza opieka nad małymi dziećmi), choroba lub niepełnosprawność, nauka i uzupełnianie kwalifikacji oraz oczywiście emerytura. W III kwartale 2019 r. ludność aktywna zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła 17151 tys. osób i zwiększyła się w porównaniu z II kwartałem 2019 roku o 120 tys. Populacja osób biernych zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła zaś 13124 tys. – oblicza Główny Urząd Statystyczny. Współczynnik aktywności zawodowej w III kwartale 2019 r. wyniósł 56,7 proc.
Tak jak w poprzednich kwartałach, znacznie wyższy współczynnik aktywności zawodowej odnotowano wśród mężczyzn niż wśród kobiet (65,6 proc. wobec 48,5 proc.). W porównaniu z ubiegłym rokiem liczba osób pracujących zwiększyła się wśród mężczyzn, a wśród kobiet zmniejszyła się (efekt programu 500 plus). Prawie 72 proc. ogółu osób pracujących posiada wykształcenie co najmniej średnie. Wśród polskich kobiet udział takich osób jest znacząco wyższy niż wśród mężczyzn – 81,1 proc. wobec 64,5 proc. Osoby legitymujące się wykształceniem wyższym stanowią zaś 36,5 proc. ogółu pracujących. Jako najemni pracuje 13269 tys. osób, czyli 79,8 proc. ogółu pracujących. Liczba pracujących na własny rachunek wynosi zaś 2987 tys. (18 proc. ogółu pracujących). Pomagający bezpłatnie członkowie rodzin to grupa licząca 362 tys. osób.
Mężczyźni najczęściej pracują w przetwórstwie przemysłowym (co czwarty z nich), natomiast kobiety – w działalności związanej z handlem (17,3 proc.). Generalnie, zarówno wśród mieszkańców miast, jak i wsi najczęstsza jest praca w przemyśle (odpowiednio 19,3 proc. i 21,6 proc.). W więcej niż jednym miejscu pracy pracuje 840 tys. osób. Udział tych bardziej zapracowanych w liczbie pracujących ogółem wynosi tylko 5,1 proc. Jak widać, nie jest tak, że Polacy muszą harować na paru posadach, żeby związać koniec z końcem.
Prace dodatkowe częściej wykonują mężczyźni niż kobiety (6,0 proc. ogółu pracujących mężczyzn wobec 3,8 proc. kobiet) oraz mieszkańcy wsi niż miast (odpowiednio: 7,4 proc. i 3,5 proc.). Praca dodatkowa wykonywana jest najczęściej w rolnictwie (43,1 proc. ogółu pracujących dodatkowo) – co oczywiste, ze względu na sezonowe nasilenie robót polowych – a następnie w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej (10,4 proc.) oraz edukacji (9,2 proc.). Polacy generalnie nie są przesadnie skłonni do zmieniania miejsca i rodzaju zatrudnienia. Pod koniec ubiegłego roku innej pracy niż obecnie wykonywana poszukiwało zaledwie 205 tys. osób, co stanowiło 1,2 proc. pracujących.
Najważniejszą przyczyną poszukiwania nowej pracy jest oczywiście chęć poprawy własnych zarobków. Powód ten wskazało 110 tys. osób, czyli 53,7 proc. ogółu poszukujących innej pracy. Drugą pod względem wielkości grupę stanowiły osoby poszukujące lepszych warunków pracy innych niż finansowe (np. bliższy dojazd) – 34 tys. osób (16,6 proc.), kolejną – osoby poszukujące pracy zgodnej z kwalifikacjami – 14 tys. osób (6,8 proc.).
Liczba Polaków, szukających nowej pracy, którzy planują przeniesienie się w tym celu do jakiegoś kraju Unii Europejskiej, to około 30 tys. osób (14,6 proc. wszystkich poszukujących innej pracy). Na ogół są to dobrze wykwalifikowani specjaliści, którzy wiedzą, że zagraniczny wyjazd zarobkowy będzie dla nich szansą na rozwój i większe pieniądze.
W 2019 r. utrzymały się korzystne tendencje na rynku pracy. Zarówno liczba pracujących w gospodarce narodowej, jak i przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosły, choć w mniejszym stopniu niż w poprzednim roku. Dalszemu ograniczeniu uległo bezrobocie rejestrowane. Pojawiają się też jednak sygnały, że niedługo może się zacząć zmieniać sytuacja na rynku pracy. Bezrobocie w naszym kraju wprawdzie wciąż spada, ale już coraz wolniej – i wciąż dotyka ponad pół miliona Polaków. .Jak podaje GUS, w okresie ostatniego roku bezrobocie zmniejszyło się wśród mężczyzn, natomiast zaobserwowano jego wzrost wśród kobiet. Wciąż jednak większość bezrobotnych stanowią mężczyźni – ich udział na koniec trzeciego kwartału 2019 r. wyniósł 51,3 proc. Na wsi bezrobocie jeszcze się zmniejsza – ale wśród mieszkańców miast stopa bezrobocia pozostała już na poziomie sprzed roku. Mnożą się także oznaki zapowiadające spowolnienie naszej gospodarki. Dynamika produkcji sprzedanej przemysłu oraz sprzedaży detalicznej była wolniejsza niż w 2018 r. – czyli zaczyna słabnąć popyt konsumpcyjny, główny element nakręcający koniunkturę w Polsce. Szybki wzrost cen sprawia bowiem, że coraz wolniej rośnie siła nabywcza naszych zarobków.
Wolniej niż przed rokiem zwiększa się produkcja budowlano-montażowa – czyli wciąż nie można liczyć na wyraźny wzrost inwestycji. Również obroty towarowe z zagranicą wzrosły w słabszym tempie niż w 2018 r.

Powikłane związki

Nie mam wątpliwości, że teatr żydowski jest częścią kultury polskiej” – pisała w niedawno wydanej fundamentalnej księdze o teatrze polskim i żydowskim „Polska Szulamis” profesor Anna Kuligowska-Korzeniewska.

Tym właśnie tomem studiów o teatrze polskim i żydowskim, opublikowanym przez Akademię Teatralną, potwierdza żywotność tych związków, choć obarczonych licznymi dowodami demonstrowanej niechęci albo obojętności. Ubolewał nad takim stanem relacji Tadeusz Żeleński-Boy, tak pisząc po obejrzeniu pokazywanego gościnnie w Warszawie (1928) spektaklu Trupy Wileńskiej „Baj nacht ijfn ałtn mar” („Nocą na starym rynku) Icchoka Pereca:
„Czy to ma jaki sens, aby żyjąc obok siebie tak mało wiedzieć o sobie, tak zupełnie się nie znać? Grywa się u nas sztuki z całego świata, często błahe i liche, a nie czynimy absolutnie nic dla poznania duszy narodu, z którym jest nam przeznaczone współżycie. Czy nie warto by w teatrach polskich pokazać paru reprezentatywnych utworów żydowskich? Bodaj tej „Nocy na starym rynku” posłuchałbym z wielką satysfakcją”.
Autorka podzielając opinię Boya, że to nie ma sensu „aby żyjąc obok siebie tak mało wiedzieć o sobie”, z pasją oddaje się od wielu lat badaniom związków polsko-żydowskich w teatrze, ustalaniem historii narodzin i rozwoju scen żydowskich, analizą utworów dramatycznych pisanych przez Żydów i Polaków, ukazujących wzajemne relacje i wielu innym szczegółowym badaniom historycznym. Jak widać, przez lata powstało niemało studiów autorki, które złożyły się na tę imponujących rozmiarów księgę (ponad 600 stron druku). W dodatku księgę bogato ilustrowaną zdjęciami aktorów, afiszów teatralnych, budynków, w których odbywały się spektakle.
Zgromadzone studia podzieliła Anna Kuligowska-Korzeniewska na cztery działy: „Przeszłość i teraźniejszość”, „Łódź”, „Zagłada”. „Po polsku”. Już same tytuły tych działów tematycznych określają ich zawartość. Pierwszy zawiera studia uporządkowane historycznie, drugi skupia się na ukochanej Łodzi pani profesor, trzeci opisuje dramatyczne dzieje teatru w getcie łódzkim i żydowskim, a na koniec autorka bada polskojęzyczne losy czołowych dramatów żydowskich.
Pierwsza część, zatytułowana „Przeszłość i teraźniejszość” to sekwencja szkiców poświęconych wybranym bohaterom sceny żydowskiej w Polsce, teatralnym relacjom polsko-żydowskim i najważniejszym instytucjom, w tym polskiemu Państwowemu Teatrowi Żydowskiemu. Szkic otwierający ten dział – „Teatr żydowski na ziemiach polskich (do roku 1939)” – to zwięzła prezentacja nienapisanej jeszcze historii polskiego teatru żydowskiego. Nie sposób przecenić zasług autorki, która zbiorem „Polska Szulamis” uczyniła znaczący krok w stronę powstania w przyszłości syntezy historycznej. Warto przypomnieć, że ma także wraz z prof. Małgorzatą Leyko na swoim koncie zbiór „Teatr żydowski w Polsce” (1998), opracowała też plon konferencji „Teatralna Jerozolima. Przeszłość i teraźniejszość” (2006), publikując zbiór referatów w książce pod tym tytułem. Zanim narodzi się synteza, to panorama dziejów teatru żydowskiego w Polsce do roku 1939 może taką funkcję spełniać.
Autorka przypomina z jakimi przeciwnościami musieli się zmagać pionierzy teatru żydowskiego. Po pierwsze, konfrontowali się z niechętnym stosunkiem ortodoksów żydowskich przeciwnych teatrowi w ogólności. Po drugie, narażeni byli na ataki purystów języków, dla których jidisz, nazywany żargonem nie miał prawa kulturalnego obywatelstwa, Po trzecie, zderzali się z polityką zaborcy, niechętnie zezwalającemu na występy teatralne w „żargonie” (często dla niepoznaki nazywanych żargonem „niemiecko-żydowskim” przez antreprenerów ubiegających się o zgodę na dawanie przedstawień w zaborze rosyjskim). Po czwarte wreszcie, borykali się z repertuarem, zwykle korygowanym „w dół” przez niewyrobioną publiczność i jej niewyszukany gust, a dobierając repertuar pod jej gust, narażali się na kpiny prasy, nieoszczędzającej wytwórców kiczu. Na koniec okazywało się, że interes nie wychodził, czasem dyrektorzy znikali z resztkami kasy, zostawiając swoich aktorów na lodzie albo wszyscy razem głodowali. Opisy tych zmagań przypominają bez mała akcję powieści przygodowych, pełnych zwrotów sytuacji, nieoczekiwanych zwycięstw i klęsk.
W jeszcze większym stopniu praca badaczki przypomina trud detektywa w studiach poświęconych narodzinom pierwszych przedstawień polskich, niemieckich i żydowskich w Łodzi. Wiele materiału źródłowego uległo zniszczeniu, cześć informacji pochodzi więc siłą rzeczy z drugiej ręki, z ocalałych okruchów, ze wspomnień albo marginalnych zapisów w dokumentach pochodzących z innych zupełnie miejscowości, czasem napomknięć w gazetach. Toteż po większości aktorów-pionierów, którzy próbowali swych sił w robotniczej Łodzi pozostało tylko nazwisko albo anonimowy ślad pobytu. Autorka sięgając po statystyki demograficzne i ekonomiczne z połowy XIX wieku, pokazuje, jak niezwykle niesprzyjająca teatrowi panowała tu sytuacja – przede wszystkim brakowało polskiej inteligencji, wśród mieszkańców początkowo dominowali Niemcy. Pierwsze pokazy kończyły się więc finansową klapą. Z czasem dopiero udawało się zaprezentować polskie przedstawienie, któremu frekwencję zapewniała w znacznej mierze publiczność żydowska. Badaczka, związana emocjonalnie z Łodzią, nie szczędziła wysiłku, aby wiarygodnie odtworzyć heroiczne dzieje narodzin teatru w ośrodku produkcji i handlu włókienniczego.
Szczególny charakter mają szkice poświęcone teatrowi żydowskiemu w czasach zagłady – autorka opisuje i analizuje spektakle za murami getta, w tym fenomen teatrów grających w języku polskim. Kluczem do rekonesansu po teatrach, rewiach i kabaretach getta warszawskiego są dramaty. Po pierwsze, Jerzego Jurandota „Miłość szuka mieszkania”, którą Jurandot wystawił w teatrze Femina (1942); była to pierwsza komedia „dzielnicowa”, o miłości za murami, utwór powstały w czasach zagłady i próbujący się tej zagładzie przeciwstawiać. Po drugie, dramaty Jacka Burasa („Gwiazda za murem”) i Henryka Grynberga („Kabaret po tamtej stronie”), już z perspektywy powojennej odtwarzające (nie bez patosu) emocje towarzyszące teatralnej twórczości w getcie.
Pora wyjaśnić tytuł zbioru studiów Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej. Kim jest owa Szulamis? W dodatku polska. Rzecz idzie o najpopularniejszą spośród 60 sztuk Abrahama Goldfadena – melodramat „Szulamis, córka jerozolimska” (1881), którego prapremiera miała miejsce w Odessie. To rodzaj operetki, której wątek został zaczerpnięty z biblijnej „Pieśni nad pieśniami” – historia miłosna tytułowej Szulamis i Absaloma, którzy poprzysięgli sobie wierność po grób. Mężczyzna jednak przysięgi nie dotrzymał, poślubił inną, ale dzieci z tego związku zginęły śmiercią tragiczną. Wtedy wiarołomny Absalom odnajduje Szulamis i dawni kochankowie biorą ślub pod palmami. Obok romantycznego wątku utwór zawierał zapowiedź syjonizmu, rozbudzał uczucia patriotyczne. Łączył malowniczość, egzotykę, melodramatyczne napięcie z ideą odrodzenia wspólnoty państwowej.
Kiedy Goldfaden zjechał do Warszawy, pokazywał swoją operetkę historyczną z ogromnym powodzeniem kilkadziesiąt razy. Nasilające się jednak zakazy używania „żargonu żydowskiego” zmusiły go do wyjazdu. Wtedy przyszedł czas na premierę w języku polskim (1887). Na widowni spotkała się publiczność żydowska, głównie inteligencja, i polska. Niektórzy badacze – jak zauważa autorka – uważają, że gdyby carski zakaz grania w jidisz utrzymał się dłużej (został zniesiony w roku 1905), powstałaby polskojęzyczna dramaturgia żydowska, publiczność żydowska bowiem już w teatrze zasmakowała. Tak czy owak, polska Szulamis (albo Sulamita) zrobiła furorę i kasę, co przy znanych kłopotach trup grających nieco ambitniejszy repertuar żydowski warte jest szczególnego odnotowania.
Autorka śledzi recepcję „polskiej „Szulamis”, tropiąc kolejne wystawienia i tournée. Co ciekawe, mimo wielkiego powodzenia sztuki (a może właśnie dlatego) nie zachował się ani jeden egzemplarz polskiego przekładu. Nie ulega przy tym wątpliwości, że ta historyczna operetka odegrała wielką rolę w zbliżaniu obu narodowości, wypełniających widownię: „Obie narodowości – konkludowała badaczka – zaspokajały dzięki „Szulamis” swoje potrzeby emocjonalne i estetyczne. Ten widowiskowy melodramat Goldfadena można uznać za idealny przykład teatru popularnego w końcu XIX wieku”.
W szkicach pomieszczonych w tomie „Polska Szulamis” znaleźć można wiele innych ciekawych wątków, m.in. zarys dziejów Państwowego Teatru Żydowskiego, dopełniony osobnymi tekstami o wybranych dramatach. Jedno jest pewne – autorka dotrzymała obietnicy wyrażonej we wstępie do swojej książki: „Redagując na nowo i uzupełniając rozprawy wyznaczyłam podstawowy cel tej książce: ukazanie złożonych stosunków polsko-żydowskich, dla których dramat i teatr były i są do dzisiaj czułym zwierciadłem”.

POLSKA SZULAMIS. Studia o teatrze polskim i żydowskim Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej, Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza, Warszawa 2018

Jak pożyczają Polacy?

Niby chcemy być ostrożni, ale czasami jednak idziemy na żywioł
i niestety wpadamy w pętle zadłużenia.

Niskie oprocentowanie, niewysokie raty i atrakcyjny łączny koszt pożyczki lub kredytu to główne kryteria, jakimi kierujemy się przy zaciąganiu zobowiązań finansowych. Jednak po już wyborze oferty, tracimy czujność.
Z treścią zawieranej umowy uważnie zapoznaje się tylko połowa konsumentów, a co trzecia osoba sprawdza wyłącznie wysokość rat i termin ich płatności – wynika z raportu „Preferencje pożyczkowe Polaków” przygotowanego przez Federację Konsumentów i Fundację Rozwoju Rynku Finansowego (został on oparty o wyniki badania zrealizowanego przez firmę badawczą ABR Sesta w październiku 2019 r., na reprezentatywnej próbie 1122 Polaków w wieku 18+).
W nagłej potrzebie
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy kredyt lub pożyczkę (w banku, SKOK-u, firmie pożyczkowej czy też u rodziny bądź znajomych) spłacało 45 proc. Polaków. Decyzję o zaciągnięciu nowego zobowiązania podejmujemy dość ostrożnie.
Po kredyty i pożyczki sięgamy głównie w sytuacji, gdy w naszym życiu pojawia się nagły wydatek lub potrzeba, z którą nie można czekać (62 proc. deklaracji). Jeśli już pożyczamy to głównie na remont mieszkania, zakup samochodu oraz w celu pokrycia wydatków związanych z leczeniem. Co piąta osoba finansuje w ten sposób zakup sprzętu AGD i RTV.
Duże grono Polaków – 36 proc. – w ogóle odrzuca gotowość skorzystania z kredytu lub pożyczki w ciągu kolejnego roku.
Co jest tego powodem? Przede wszystkim niechęć do długów. Niemal połowa osób z tej grupy badanych nie lubi mieć zobowiązań i uznaje je za ostateczność. Z kolei 4 osoby na 10 wskazują, że nie ma takiej potrzeby, a co piąta nie pożycza, bo obawia się problemów ze spłatą.
Zamożni też biorą chwilówki
O pożyczkę lub kredyt gotówkowy najczęściej starają się 30- i 40-latkowie, stanowiąc 1/3 osób spośród grona zadłużonych. Niewiele mniejszą grupę stanowią osoby młode, w wieku 18-34 lata. Najrzadziej pożyczają natomiast osoby starsze.
„Wokół aktywności kredytowej Polaków narosło wiele mitów. Jednym z nich jest przekonanie, że z kredytów i pożyczek najczęściej korzystają seniorzy. Jak jednak wynika z naszych badań, osoby powyżej 65 roku zycia stanowią tylko 15 proc. wszystkich pożyczko- i kredytobiorców – mówi Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. „Podobnie w przypadku stwierdzenia, że najbardziej zadłużają się osoby o niskim statusie materialnym, którym nie wystarcza środków na pokrycie bieżących wydatków. Tymczasem ponad połowa osób, która w ciągu ostatnich 12 miesięcy zaciągnęła tego rodzaju zobowiązanie, określa swoją sytuację finansową jako średnią, a co czwarta osoba deklaruje wyższy status materialny” – dodaje Agnieszka Wachnicka.
Najważniejszy jest procent
Czym Polacy kierują się przy wyborze pożyczko- lub kredytodawcy? Przede wszystkim niskim oprocentowaniem zaciąganego zobowiązania, na które zwraca uwagę połowa badanych. Kolejnym ważnym kryterium jest wysokość rat (39 proc. wskazań), a następnie atrakcyjny koszt pożyczki, który bierze pod uwagę ponad 1/3 osób.
Niemal równie ważne jak warunki finansowe oferty są jasny opis i zrozumiałe zapisy umowy oraz wiarygodność i znajomość instytucji, z którą planujemy związać się na dłużej. Mniejsze znaczenie mają natomiast m.in. szybkość wypłaty gotówki czy też fakt, że cały proces zawierania umowy odbywa się online.
Choć wysokość kosztów związanych z zaciągnięciem kredytu lub pożyczki to najważniejszy czynnik dla ogółu Polaków, to biorąc pod uwagę odpowiedzi tylko tych osób, które w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy korzystały z tego rodzaju produktów finansowych, obraz jest zgoła odmienny.
Okazuje się, że dla pożyczko- i kredytobiorców znad Wisły najistotniejsze są nie tyle koszty, ile opinie o firmie i rekomendacje bliskich. Ważniejszy od warunków finansowych konkretnej oferty bywa również łatwy i wygodny proces zawierania umowy.
Opinie o firmie to nie tylko ważne kryterium przy wyborze oferty banku lub instytucji pożyczkowej, ale również sposób, aby sprawdzić wiarygodność i uczciwość danego podmiotu.
Trudne sprawdzanie uczciwości
Polacy zapytani o znajomość metod, jakimi zweryfikowaliby rzetelność firmy, w której planują zaciągnąć zobowiązanie wskazują, że w pierwszej kolejności sprawdziliby, co o danym podmiocie piszą w sieci pozostali internauci (55 proc. wskazań). 40 proc. osób sprawdziłoby listę ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego i niemal tyle samo osób zapytałoby o znajomość firmy wśród swoich bliskich lub sprawdziłoby, czy firma figuruje w Krajowym Rejestrze Sądowym. Wciąż jednak 1 osoba na 10 przyznaje, że nie wie, w jaki sposób może sprawdzić wiarygodność pożyczko- lub kredytodawcy.
Choć wybór oferty pożyczki lub kredytu wydaje się być poprzedzony analizą – sprawdzamy wysokość kosztów związanych z udzieleniem finansowania przez bank lub firmę pożyczkową – to jednak tracimy czujność przy podpisywaniu umowy. Nadal większość osób sprawdza całkowity koszt pożyczki lub kredytu (60 proc. wskazań), ale już tylko 54 proc. badanych przyznaje, że dokładnie czyta zawieraną umowę.
„Od lat przyglądamy się rynkowi finansowemu – badamy i analizujemy, jak zachowują się na nim instytucje finansowe i sami konsumenci. Widzimy, że rynek się zmienia, ale konsumenci też. Zawsze zwracaliśmy uwagę, jak ważne jest czytanie przez konsumentów umów i to nie tylko kredytowych czy pożyczkowych. Podpisać możesz, przeczytać musisz” – to hasło odnosiło się właśnie do umów – zauważa Agnieszka Wachnicka z FRRF.
Lepiej niż było
Czy to, że z aktualnego badania wynika, iż jedynie połowa respondentów dokładnie czyta zawieraną umowę, oznacza, że nadal jest źle i polscy konsumenci podpisują „w ciemno” zobowiązania finansowe?
Nie do końca. Bo, gdy przyjrzymy się wszystkim odpowiedziom dotyczącym zagadnień związanych z procesem zaciągania zobowiązań, to zobaczymy, że konsumenci wprawdzie „idą na skróty” i nie czytają umów, przynajmniej połowa z nich – ale wybierają pożyczkodawcę lub kredytodawcę i ich produkty na podstawie czynników, które rzeczywiście mogą być dla konsumenta najważniejsze. I wiedzą czego szukać!
„Jest na pewno lepiej niż kilkanaście, a nawet kilka lat temu. To pokazuje, że dotychczasowe działania, między innymi Federacji Konsumentów, przynoszą efekty, ale również że nadal potrzebna jest edukacja i docieranie z rzetelną wiedzą do konsumentów” – powiedział w podsumowaniu wyników badania Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.

Jak uprzejmie donosimy

Można się domyślać, że donosy najczęściej przekazują osoby skonfliktowane ze sobą. Zawarte w nich informacje o nieprawidłowościach na ogół potwierdzają się w niewielkim stopniu.

Sąsiad na sąsiada, pracownik na pracodawcę, najemca na wynajmującego, klienci na sprzedawców i kontrahenci na przedsiębiorców. Polacy donoszą do fiskusa – anonimowo i pod wpływem emocji.
Około 60 donosów dziennie wpływa bezpośrednio do urzędów skarbowych lub za pomocą Krajowego Telefonu Interwencyjnego – wynika z danych pozyskanych przez Bankier.pl.
Nielegalne zatrudnienie, wypłacanie części wynagrodzenia pod stołem, nieprzekazanie dowodu zakupu, niewłaściwa stawka VAT na fakturze, ale również – nowy samochód albo inwestycja w nieruchomości – te „grzechy” Polaków znalazły się na szczycie długiej listy przyczyn złożenia donosu do fiskusa.
Według danych zebranych przez Bankier.pl średnia liczba donosów składanych w województwach waha się od tysiąca do niemal 4 tysięcy skarg rocznie. Na bazie informacji dostępnych odnośnie do minionego roku oznacza to statystycznie około 60 skarg dziennie. Trafiają one za pośrednictwem organów podatkowych oraz przez Krajowy Telefon Interwencyjny.
W związku z powstaniem KTI obsługiwanego przez Krajową Administrację Skarbową, zniesiono obowiązek sporządzania sprawozdań na temat liczby doniesień, które spływają do urzędów skarbowych. Jednak Bankierowi.pl udało się uzyskać te dane od większości województw.
W ubiegłym roku najwięcej donosów składanych do urzędów skarbowych lub za pomocą Krajowego Telefonu Interwencyjnego wysłano w województwie Pomorskim (3512 według stanu na koniec września 2019 r.) oraz Łódzkim (3146 według stanu na 5 grudnia 2019). W tym zestawieniu nie ma jednak danych z województwa Mazowieckiego, które najprawdopodobniej zajęłoby pierwsze miejsce.
Z zabranych danych widać, że w ostatnim roku nie nastąpił znaczny wzrost składanych donosów. W większości województw liczba skarg jest na podobnym poziomie, biorąc pod uwagę rok 2018 i 2019. Najmniej odnotowano ich w woj. Świętokrzyskim (766).
Na co Polacy skarżą? Otóż, do najczęściej wymienianych przyczyn donosów należą: naruszenie przepisów prawa podatkowego, niezgodne z przepisami działania pracodawców, niewystawianie lub wystawianie tzw. pustych faktur, niewydanie paragonu, nielegalna sprzedaż, nieprzekazanie pracownikowi informacji koniecznych do zeznania PIT.
Mówiąc bardziej konkretnie, według Bankiera.pl, wśród 10 najczęstszych powodów donosów składanych do urzędów skarbowych, na piewszej pozycji jest prowadzenie niezarejestrowanej działalności gospodarczej – co dotyczy najczęściej mechaniki pojazdowej, usług kosmetycznych, handlu samochodami.
Drugie miejsce to brak dokonywania rejestracji na kasie fiskalnej; a dalej kolejno: nielegalny handel w internecie, niewystawianie faktur, nielegalne zatrudnianie pracowników, prowadzenie działalności w trakcie jej zawieszenia, nieodprowadzanie podatków z najmu, organizacja nielegalnych punktów gier hazardowych, wypłacenie wynagrodzenia „pod stołem”, oferowanie w sprzedaży produktów naruszających prawa własności intelektualnej – towarów podrobionych
Jednak lista powodów, za które fiskus może zlecić kontrolę, jest znacznie dłuższa. Obejmuje ona również doniesienia na nielegalny handel paliwem, błędne odliczanie faktur, sprzedaż papierosów i alkoholu bez akcyzy, nieujawniania źródeł dochodów, niezgodny z przepisami wywóz lub zbycie poza terytorium RP produktów leczniczych bez zezwolenia Głównego Inspektora Farmaceutycznego.
Dość często zdarza się, że osoby składające skargi nie są zaznajomione z obecnymi przepisami. Tak może być w przypadku zgłoszenia braku działalności gospodarczej – od niedawna w Polsce można prowadzić tzw. działalność nierejestrowaną, podobnie jak z brakiem kasy fiskalnej – obowiązek ewidencji na jej podstawie powstaje dopiero, gdy kwota obrotu z tytułu sprzedaży na rzecz osób fizycznych w poprzednim lub bieżącym roku podatkowym przekroczyła 20 000 zł.
Nadal pokutuje w społeczeństwie przeświadczenie, że nowy samochód lub inwestycja w nieruchomość czy budowę domu stanową dla niektórych niezbity dowód na ukrywanie dochodów lub pozyskiwanie ich z nielegalnych źródeł.

Kto może, niech oszczędza

Z jednej strony, Polacy deklarują, że planują zwiększanie oszczędności, z drugiej zaś, życie zmusza ich do tego, by coraz częściej przejadać to, co udało się im odłożyć.

Przełom roku to tradycyjnie dobry czas na składanie rozmaitych noworocznych postanowień.
Jak zbadano, na szczycie listy naszych planowanych zamierzeń znajdują się z reguły: rozpoczęcie nowej pracy, wprowadzenie zdrowego stylu życia, lepsza i uporządkowanie swego czasu, a także oszczędzanie pieniędzy.
Bezpieczeństwo najpierw
Plany związane z lepszym zarządzaniem domowym budżetem ma prawie połowa z nas – pokazuje zeszłoroczny raport Deutsche Banku,. Przede wszystkim chcemy zacząć samodzielnie odkładać na emeryturę (19 proc. odpowiedzi) oraz umieszczać swe środki pieniężne na lokatach terminowych (16 proc.). Znacznie rzadziej myślimy o inwestowaniu, co pokazuje, że w dalszym ciągu boimy się – i słusznie – podejmować ryzyko finansowe.
Cały czas nie najlepiej wyglądają oszczędności Polaków na tle sąsiadów. Stopa oszczędności w naszym kraju w ostatnich latach wahała się w okolicach 2%, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi ok. 5-6%, a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10% – zgodnie z niezmienną reguła, że ci co zarabiają najwięcej, także i odkładają najwięcej.
Spośród państw „nowej Unii „ tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy i Finowie.

Z góry czy z dołu?

– Warto zauważyć, że w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty, a towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w długi – komentuje ekspert Artur Frelek.
Oszczędzanie to proces, który nie zależy wyłącznie od wysokości naszych dochodów ani silnej woli. Jesteśmy skuteczni w oszczędzaniu, jeśli założyliśmy, że co miesiąc odłożymy np. 10% naszych przychodów i faktycznie tak się dzieje. Plan jest niby prosty, ale w rzeczywistości niewielu się to udaje. Przyczyny mogą leżeć w naszej naturze, wzorcach wyniesionych z domów lub zwyczajnie wynikać ze złej strategii – a przede wszystkim biorą się stąd, że po prostu generalnie za mało zarabiamy.
Zrozumiałe, że większość z nas stara się odłożyć pieniądze dopiero na koniec miesiąca − z tego, co zostanie po uregulowaniu należności, rachunków i po prostu codziennym życiu. Jest to tzw. oszczędzanie resztowe.
– Jeśli jednak odwrócimy tę zasadę o 180 stopni i przykładowe 10% z naszych przychodów przekierujemy na bezpieczny rachunek oszczędnościowy na początku miesiąca, jeszcze przed koniecznymi płatnościami, to istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że plan się powiedzie (tzw. oszczędzanie z dołu). Może warto więc spróbować? – mówi Dominika Nawrocka z bloga Kobieta i Pieniądze.

Porządki w domowym budżecie

Generalnie, niełatwo dotrzymać noworocznych deklaracji. Często uważamy, że mamy zbyt niskie przychody, które uniemożliwiają nam odłożenie jakiejkolwiek sumy pieniędzy. Czy jednak tak jest naprawdę?
Warto w takim przypadku krytycznie przyjrzeć się swoim kosztom życia, szukając przestrzeni na uzyskanie dodatkowych oszczędności – oraz aktywnie zwiększać przychody (co oczywiście jest trudne). Dobre zarządzanie budżetem domowym to jedna z kluczowych umiejętności w całym procesie oszczędzania, dlatego, że budżet domowy może być naturalnym źródłem naszej nadwyżki finansowej. Gromadzenie oszczędności to proces wieloetapowy i wymagający od nas dość dużej aktywności. Dzięki temu zyskujemy nie tylko pieniądze, ale też wiedzę i doświadczenie, a to się może przydać na drodze do osiągania naszych długoterminowych celów finansowych.

A może nie oszczędzać?

Z pewnością pozytywną wiadomością jest to, że jak podaje GUS, nastąpił wzrost ocen dotyczących możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy (o 3,9 punktu proc).
Mimo rosnącej świadomości dotyczącej oszczędzania, wciąż jedynie połowa Polaków odkłada pieniądze. Reszta po prostu nie ma z czego. Jedynie co 25 osoba odkłada pieniądze z myślą o emeryturze, a jedna na 10 uzupełnia swój domowy budżet, sięgając po oszczędności.
Niepokoi natomiast to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia zauważalnie zwiększyła się liczba Polaków, którzy zmuszeni są sięgać po oszczędności, by załatać domowy budżet – z 9,2 proc. do 11 proc.
Wszyscy namawiają nas do oszczędzania, ale wydaje się, że strategia nie oszczędzania pieniędzy na jesień życia też ma racjonalne strony. Lepiej przecież wydawać pieniądze na różne miłe strony życia wtedy, kiedy jeszcze mamy siły i zdrowie aby z nich korzystać.

Jak kreatywni dogadują się z uporządkowanymi?

Jeżeli polska firma ma problemy z wykonaniem kontraktu zawartego z niemieckim odbiorcą, to nie powinna udawać, że wszystko gra, lecz otwarcie powiedzieć o problemach i przedstawić program naprawczy.

Stereotyp naszego sąsiada zza Odry najczęściej prezentuje go jako osobę skrupulatnie przestrzegającą zasad, wymagającą od siebie i innych dyscypliny i punktualności. W Polsce synonimem jakości jest zaś wciąż – choć już raczej w opinii osób starszych – niemiecki samochód. Stereotyp, dziś odchodzący w przeszłość, głosił, iż jest to niezawodna maszyna, która może służyć przez lata.
Jak to natomiast wygląda po drugiej stronie granicy – abstrahując od niemieckich opinii, głoszących, że Polacy bardzo sprawnie umieją osiągać to, iż wspomniany samochód zdematerializuje się znad Renu i odnajdzie nad Wisłą?
Otóż jeżeli Niemcy coś doceniają w Polakach, to przede wszystkim naszą słynną, choć nieco mityczną, kreatywność.
Mamy natomiast całkiem świeży i konkretny przykład tego, co Niemcy mogliby docenić w Polakach. Otóż polska młodzież wypadła bardzo dobrze w szkolnych testach piętnastolatków PISA, zostawiając daleko w tyle młodzież niemiecką.
Szkoda, że to ostatni taki polski sukces, bo PiS w ramach dobrej zmiany zrujnował budowany z powodzeniem w naszym kraju racjonalny model edukacyjny. Jednak w tym roku możemy jeszcze być dumni z przewag edukacyjnych naszej młodzieży. My jesteśmy lepiej wyedukowani i mamy większe zasoby wiedzy niż oni. Niemcy umieją za to perfekcyjnie wykorzystywać swe skromniejsze zasoby i są bardziej uporządkowani oraz wytrwali niż Polacy.
My rozwijamy się znacznie szybciej niż Niemcy – ale oni doskonale umieją wykorzystywać swe wypracowane przez lata przewagi konkurencyjne i potrafią sterować Unią Europejską w dogodnym dla siebie kierunku.
Jak na razie różnice między Polakami i Niemcami udaje się godzić tak, że relacje handlowe przekładają się na korzyści dla obu stron.
– Z nami jest trochę tak jak w słowach Napoleona: „Jeśli coś jest niemożliwe do wykonania, dajcie to zrobić Polakom”. Tam, gdzie nasi sąsiedzi widzą regulaminy i biurokrację, tam Polacy widzą po prostu pracę do zrobienia. A nasze zadania potrafimy wykonywać z prawdziwą fantazją – mówi Artur Kasiubowski, założyciel firmy pomagającej polskim firmom znajdować niemieckich klientów. Zręczne znajdowanie rozwiązań tam, gdzie wydają się one nie istnieć, to zaledwie tylko jedna z cech, które mogą pomóc Polakom w zdobyciu zaufania zachodniego klienta.
– Żeby zaistnieć na obcym rynku, trzeba znać specyfikę klientów, do których kieruje się swój towar. Niemieckich konsumentów nie przekonują jedynie niskie ceny, które dla wielu polskich firm na przełomie milenium stanowiły kartę przetargową. Oczekują oni towaru wysokiej jakości, tak samo, jak w przypadku korzystania z usług firm z Francji czy Anglii. Dobry towar obroni się sam, ale dopiero gdy o jego istnieniu dowiedzą się klienci. W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa – jedna niezawodnie wykonana usługa może okazać się przepustką do kolejnych zleceń – dodaje Artur Kasiubowski.
Warto o tym pamiętać szczególnie w przypadku wysokich cen reklam i ich stosunkowo niewielkiej skuteczności. Nawet niewielkie ogłoszenie w lokalnej niemieckiej gazecie to koszt kilkuset euro, a przecież to zaledwie jedna publikacja o ograniczonym zasięgu.
W Niemczech wciąż doskonale sprawdza się rozmowa z sąsiadem, który zadowolony z usługi poleca firmę kolejnym klientom. To dobra wiadomość szczególnie dla polskiej firmy, która nie chce inwestować w reklamę zagranicą.
Bez dogłębnej znajomości lokalnego rynku płatny przekaz może nie tylko nie trafić do odpowiedniej grupy odbiorców, narażając firmę na straty finansowe, ale nawet zaszkodzić wizerunkowi przedsiębiorstwa przez treść ogłoszenia odbiegającą od niemieckich przyzwyczajeń.
Sprawy nie ułatwia również rzecz tak prozaiczna jak dystans – mimo, że żyjemy w dobie cyfryzacji, nie będąc w stanie poznać reakcji klientów na reklamę ciężko jest zmierzyć jej skuteczność i zaplanować skuteczną kampanię. Tym bardziej, że niemiecki nabywca z założenia preferuje rodzime produkty. Każdy przedsiębiorca w którymś momencie mierzy się z przeciwnościami, które mogą przeszkodzić w wykonaniu pracy na takim poziomie, jaki sobie założył – na przykład w przypadku, gdy towar nie dotarł na czas lub sezonowy brak pracowników wymusił przesunięcie prac. Co powinien zrobić usługodawca, któremu zależy na dobrej opinii w Niemczech pomimo napotkanych problemów?
– Przede wszystkim powinien uczciwie wyjaśnić sytuację klientowi. Czasami wystarczy jeden telefon i zaproponowanie wyjścia z sytuacji, nowego terminu lub rekompensaty – niemieccy klienci wykazują się dużą cierpliwością i zaufaniem. Jeśli wiedzą, że usługodawca ma plan działań, a okoliczności są tylko przejściową niedogodnością, będą współpracować przy rozwiązaniu problemu. Nie warto udawać, że wszystko gra i liczyć, że sytuacja sama się rozwiąże. Otwartość i uczciwość zdecydowanie pomogą obu stronom dojść do porozumienia ponad granicami – przekonuje Artur Kasiubowski.