Polacy a Kaukaz

Już Adam Mickiewicz w swej pracy „Pierwsze wieki historii polskiej” pisał, że Polacy są potomkami Łazów, indoeuropejskiego ludu przybyłego z Kaukazu.

Kontakty handlowe naszego kraju z tym rejonem sięgają XIII wieku, a zainicjowali je zamieszkujący Polskę Ormianie. Szczyt wymiany handlowej przypadł na przełom XVII i XVIII wieku, gdy w Polsce nastała moda na kaukaskie stroje, broń i konie. Na przestrzeni wieków ukształtowały się trzy główne szlaki handlowe łączące Polskę z Kaukazem. Najważniejsze znaczenie miał tzw. szlak turecki. Prowadził on ze Lwowa przez Kamieniec Podolski; i dalej przez terytorium Anatolii do Tabryzu i innych miast Kaukazu. Drugi, tzw. czarnomorski, wiódł ze Lwowa i Kamieńca Podolskiego drogą lądową do tureckich portów na północnych wybrzeżach Morza Czarnego, a następnie drogą morską do portów na wybrzeżu zachodniej Gruzji i stamtąd drogą lądową do innych miast Kaukazu. Trzeci, tzw. tatarski, prowadził też ze Lwowa przez Dzikie Pola i stepy czarnomorskie do Perekopy, dalej przez Krym do zachodnich wybrzeży Kaukazu.
Poszukiwanie sojuszników w toczonych przez Polskę wojnach z Turcją spowodowało skierowanie na Kaukaz i dalej do Persji pierwszych polskich misji dyplomatycznych. Ciekawostką jest, ze Rzeczpospolita utworzyła swoje pierwsze stałe przedstawicielstwo dyplomatyczne w Persji już w XVI wieku, a w sąsiedniej Rosji dopiero… w drugiej połowie XVIII wieku!
Na Kaukaz docierali z naszego kraju także misjonarze katoliccy, którzy korzystając z poparcia polskich monarchów założyli tzw. misję perską. Zaowocowało to pierwszymi relacjami o Kaukazie. Najobszerniejszą spisał jezuita Tadeusz Krusiński na początku XVIII w. i stanowiła ona podstawowe kompendium wiedzy o Persji i Kaukazie w całej Europie aż do połowy XIX w.
Liczba Polaków na Kaukazie zaczęła gwałtownie rosnąć w końcu XVIII wieku. W wyniku rozbiorów wschodnia część Rzeczypospolitej znalazła się w Imperium Rosyjskim, a miliony Polaków – chcąc nie chcąc stały się poddanymi cara. Dla Rosji zaś Kaukaz był strategicznie ważny w jej potężnym konflikcie z Turcją o Bałkany, Krym, Azję Mniejszą…
Na Kaukaz trafiało wielu Polaków służących w carskiej armii. Byli to i generałowie, i oficerowie – a także prości żołnierze z poboru. Polacy byli topografami, podróżnikami, odkrywcami, lekarzami. Jedni jechali na Kaukaz dobrowolnie, zdobywając fortuny i stanowiska – inni byli zesłańcami lub ich potomkami.
Napiszę o kilkunastu rodakach związanych z Kaukazem.
Jednym z nich był urodzony w 1831 roku w Warszawie Ludwik Aleksander Młokosiewicz. Był wybitnym przyrodnikiem i leśnikiem. Po ukończeniu Aleksandryjskiego Korpusu Kadetów w Brześciu Litewskim został skierowany do służby wojskowej na Kaukazie. Był oficerem sztabu Tyfliskiego Pułku Grenadierów. Gromadził kolekcje biologiczne i zoologiczne. Po przejściu na emeryturę dołączył do wypraw swego rodaka Konstantego Branickiego do Persji i Turcji. Sprawozdania z wypraw były drukowane przez polskie i rosyjskie czasopisma. Zebrane eksponaty przesyłał do Gabinetu Zoologicznego w Warszawie i do Muzeum Branickich, a także do Rosyjskiego Towarzystwa Entomologicznego w Petersburgu – tym bardziej że jego prezesem od 1879 roku był Polak – Oktawiusz Radoszkowski. W 1898 roku w uznaniu zasług Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne przyznało mu swój medal. W 1900 roku z asystentem Uniwersytetu Dorpackiego Bolesławem Hryniewieckim udał się do Kachetii. Odegrał dużą rolę w rozwoju hodowli i rolnictwa na Kaukazie, upowszechnił uprawę włóknodajnej rośliny ramii indyjskiej i hurmy wschodniej. Należał tam do pionierów uprawy herbaty, oliwek, cytryn i bawełny. Udomawiał kuropatwę górską, cietrzewia kaukaskiego oraz bażanta kolchidzkiego. Dzięki jego staraniom utworzono Rezerwat Łogodechski na Równinie Kachetyjskiej. Zmarł w 1909 roku w Dagestanie. Jego grób znajduje się w Lagodeczi (Gruzja), a na pięknej płycie kamiennej wygrawerowano jego portret i umieszczono napis w językach polskim, rosyjskim i gruzińskim: „Ludwik Młokosiewicz – Niestrudzony badacz fauny i flory Kaukazu”.
Na Kaukazie prowadzili prace topografowie Józef Chodźko i Hieronim Stebnicki. Zygmunt Łukawski w swojej książce pt. Ludność polska w Rosji napisał, że podobnie jak na Syberii i w Azji Środkowej, pierwsi badacze tego regionu rekrutowali się spośród zesłańców. Garnizony wojskowe były przepełnione żołnierzami z byłej Rzeczypospolitej, których tu przysyłano dla odbycia służby. Wielu pozostawało tu już na stałe. W gronie takich wojskowych znalazł się filomata, kolega uniwersytecki Mickiewicza – wspomniany wyżej Józef Chodźko (1800–1881), jeden z najwybitniejszych topografów polskich. Członek Towarzystwa Filomatów. W 1821 roku wstąpił do armii rosyjskiej.
W 1852 roku awansowany został na generała. W 1855 roku został naczelnikiem wszystkich topografów wojskowych na terytorium Kaukazu i przystąpił do wykonania triangulacji całego regionu. Pierwszą mapę Kaukazu Chodźko przedstawił osobiście carowi Aleksandrowi II na specjalnej audiencji. W 1868 roku odznaczony został wielkim złotym medalem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
Jego następcą na stanowisku naczelnika topografów wojskowych Kaukazu został również Polak, wspomniany wcześniej Hieronim Stebnicki. Prócz prac topograficznych zajmował się również etnografią ludów kaukaskich. W 1859 roku oddelegowany do służby w Sztabie Generalnym. Od 1860 roku prowadził prace związane z triangulacją i wykonaniem map Kaukazu oraz rejonu Morza Kaspijskiego. Na głównym pasie Kaukazu pomierzył wszystkie większe szczyty od Elbrusu do Kazbeku. Pozostawił też opis triangulacyjny szczytów Kaukazu.
W Azji Mniejszej kierował pracami triangulacyjnymi i niwelizacyjnymi. Od 1866 roku szef Wojskowo-Topograficznego Oddziału w Sztabie Głównym Imperium Rosyjskiego, od 1867 roku szef Kaukaskiego Oddziału Wojskowo-Topograficznego. Tam przeprowadził wiele astronomicznych i gipsometrycznych pomiarów w południowej części podnóża Kaukazu i w Persji.
W latach 1870–1872 kierował wyprawą do Turkmenii, podczas której jako pierwszy opisał rzekę Amu-darię. Opracował wycinki map Azji Mniejszej, Persji, Kaukazu i zachodniej Turkmenii.
Po wojnie rosyjsko-tureckiej 1877–1878 rząd rosyjski zlecił mu wytyczenie nowej linii granicznej z Turcją. Projekt Stebnickiego stał się podstawą do rokowań na kongresie berlińskim. Służbę w armii zakończył w randze generała.
Od 1878 roku członek korespondent Petersburskiej Akademii Nauk. Członek Imperatorskiego Towarzystwa Geograficznego. W 1881 roku powiązał geodezyjnie Konstantynopol z innymi punktami geodezyjnymi i topograficznymi Europy, określił różnicę długości geograficznej między Konstantynopolem a Odessą. Od 1885 roku szef Zarządu Topograficznego Sztabu Generalnego. Pod jego kierownictwem były wykonane liczne prace geodezyjne, m.in. opracowanie uogólnienia prac rosyjskich geodetów dotyczące odległości między równoleżnikami 52 – 47 1/2 stopnia szerokości geograficznej północnej, skatalogowanie rosyjskiej sieci niwelacyjnej. W 1887 roku został przewodniczącym oddziału matematyki geograficznej Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, a potem w tym samym roku zastępcą przewodniczącego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego i przewodniczącym Komisji do spraw określenia sił ciężkości w Rosji. Dzięki tym obserwacjom siły ciężkości zostały określone dla europejskiej i azjatyckiej części Rosji.
Hieronim Stebnicki jest dla nas, Polaków, osobą ciekawą także z innego powodu: otóż przez swoją córkę (która wyszła za mąż także za Polaka) był on dziadkiem wybitnego fizyka niskich temperatur i laureata Nagrody Nobla z 1978 roku Piotra Kapicy.
Piotr Kapica był wnukiem topografa Hieronima Stebnickiego, ale słynne uzdrowiska na Kaukazie powstały głównie dzięki rekomendacjom innego polskiego uczonego z dziedziny topografii – profesora Stanisława Stefana Zaleskiego. Ukończył on medycynę i chemię na Uniwersytecie Warszawskim, a tytuł profesora uzyskał na uniwersytecie w Tomsku na Syberii. W 1895 roku skierowano go na Kaukaz do zbadania właściwości źródeł „Narzan”.
Zaleski bardzo wysoko ocenił ich jakość leczniczą i w swoim raporcie zarekomendował utworzenie uzdrowisk w określonych miejscowościach. Po zakończeniu pracy na Kaukazie przeniósł się w 1897 roku do Petersburga, prowadził tam wydział ogólnej chemii anatomicznej i fizjologicznej w Petersburskim Kobiecym Instytucie Medycznym. Jego praca pt. O nieodpowiedniości srebrnych kloszek tracheotomicznych napisana w nawiązaniu do choroby Fryderyka III, została przetłumaczona na prawie wszystkie języki europejskie. Liczba prac naukowych Zaleskiego, głównie o eksperymentach laboratoryjnych, sięga 100.
Znanym topografem w Rosji w XIX wieku był nasz rodak generał Edward Kowerski. Pod jego kierunkiem dokonano nowych topograficznych pomiarów Krymu. Był on również autorem specjalnej mapy państwa rosyjskiego, którą opracował na jubileusz pięćdziesięciolecia Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, przypadający w 1895 roku. Przyjaźnił się z innym Polakiem, też generałem – Janem Borkowskim, członkiem Komitetu Technicznego Zarządu Intendentury Armii. Brał on udział w ekspedycji w okolice Nadwołża, mającej zbadać pozyskiwanie i logistykę zbóż w tej części Rosji. Za pracę na ten temat pt. Issledowanya chlebnoy torgowli Borkowski otrzymał od Towarzystwa Wolno-Ekonomicznego złoty medal. Przepracował wiele lat na stanowisku naczelnika biura statystycznego w Ministerstwie Komunikacji, był też redaktorem organu prasowego tego ministerstwa.
W nieco inny sposób swój wkład w rozwój Kaukazu wniósł Witold Zglenicki herbu Prus – znany jako ojciec nafty bakijskiej. Ten urodzony pod Kutnem Polak ukończył Instytut Górniczy w Petersburgu. W 1893 roku skierowano go do pracy do Baku. Pasjonował się geologią, wolny czas i fundusze inwestował w tę działalność. Opracował i podarował nafciarzom przyrząd do pomiarów prostopadłości wiercenia otworów górniczych. Zaprojektował też urządzenie do podmorskich wierceń i wydobycia ropy naftowej, stając się w tej dziedzinie absolutnym światowym pionierem. Wyznaczył podmorskie działki naftowe, określając ich zasobność, oraz ustalił złoża naturalne na tym terenie. Świetnie oceniła jego dokonania jedna z gazet: „Człowiek, który uczynił z Baku naftowe eldorado”. Szach Persji Muzaffar ad-Din za odkrycia geologiczne na terenie tego kraju wyróżnił go w 1900 roku Orderem Lwa i Słońca. Dzięki inżynierowi Zglenickiemu powstały w Baku wodociągi.
Dowiedziawszy się niespodziewanie o swojej śmiertelnej chorobie – cukrzycy, która w tamtym czasie była nieuleczalna, sporządził testament, zapisując na polską naukę (utworzenie specjalnego funduszu dla jej wsparcia) i inne cele charytatywne dochody ze swoich pól naftowych.
Zmarł w Baku, pochowany jest w Woli Kiełpińskiej koło Zegrza pod Warszawą. Niestety, jego testament został wykonany tylko po części z wolą zmarłego. Po przewrocie bolszewickim w Rosji pola naftowe należące do fundacji Zglenickiego zostały przez bolszewików wywłaszczone bez odszkodowania. W ten sposób przestał istnieć kapitał Polskiego Nobla.
Z pobytem Zglenickiego w Baku związana jest inna ciekawa historia. Otóż współfinansował on wraz z rodziną Rylskich budowę kościoła rzymskokatolickiego (pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny). Kościół ten stał się silnym ośrodkiem polskości. Bakijską Polonią kierował przybyły z Kijowa aptekarz January Wyszyński. Kilkadziesiąt lat później jego syn Andrzej Wyszyński zostanie generalnym prokuratorem Związku Radzieckiego, głównym narzędziem Stalina do oskarżania wrogów ludu.
Godnym następcą Zglenickiego w Baku był inżynier Paweł Potocki, specjalista przemysłu naftowego, szczególnie wydobycia ropy naftowej. Urodził się w polskiej rodzinie z Sankt-Petersburga. Ojciec, Mikołaj Potocki, był generałem infanterii i wykładał w Akademii Wojskowej w Petersburgu. Paweł przybył do Baku w 1910 roku, by podjąć pracę nad osuszeniem zatoki Bibi Ejbat, kontynuując dzieło nieżyjącego już Witolda Zglenickiego (zmarł w 1904), który – jak wcześniej pisałem – badał złoża naftowe w Azerbejdżanie i wskazał najbardziej perspektywiczne działki roponośne na lądzie i na Morzu Kaspijskim. W 1922 roku Potocki stworzył śmiały projekt osuszenia 27 hektarów morza, za który na konkursie w Moskwie otrzymał nagrodę. Wkrótce stworzył nowy projekt, na 79 hektarów, który również z powodzeniem był zrealizowany. Potocki był także wynalazcą pompy piaskowej do gaszenia płonącej ropy naftowej. Za swoje osiągnięcia został odznaczony najwyższą nagrodą w Związku Radzieckim – Orderem Lenina. Zgodnie ze swoją ostatnią wolą został pochowany na miejscu swojej pracy – na sztucznie utworzonym lądzie Bibi Ejbat, nad brzegiem Morza Kaspijskiego. Na jego katolickim grobie znajdują się tablice w trzech językach. Napis na nich głosi: „Paweł Potocki (1879–1932) – polski inżynier, osuszył zatokę Bibi Ejbat, umożliwiając pierwsze na świecie wydobycie ropy spod dna morza”.
Odkrywcą wielu nowych złóż ropy naftowej w Rosji był urodzony w 1873 roku w Petersburgu Kazimierz Kalicki. W 1899 roku ukończył tamtejszy Instytut Górniczy. Z dużym powodzeniem prowadził poszukiwania ropy naftowej w Dagestanie, na Archipelagu Bakijskim, w górach Kopet-dag. Później odkrył pokłady tego surowca w Ferganie i na terenie Uzbekistanu. Zmarł w 1941 roku w Leningradzie.
Wielkim kapitalistą naftowym w Baku był także inny Polak – Hipolit Rylski. Po zwolnieniu z zesłania syberyjskiego przybył do Baku i rozpoczął pracę jako zwykły dróżnik kolejowy. Z czasem dorobił się ponadmilionowej fortuny na operacjach naftowych i należał do najbogatszych ludzi w mieście.
Z Kaukazem związany był przyszły bohater wojny z Napoleonem – generał Eufemiusz Czaplic s.Ignacego. Urodzony w 1768 roku wstąpił jako kadet do wojska polskiego, ale już w 1783 roku przeniósł się do armii rosyjskiej. W 1796 roku zasłużył się w walkach z Persami, gdzie dowodził pułkami kozaków. Brał m.in. Derbent i Baku – i to jego za wybitne zasługi generał Zubow wysłał do carycy Katarzyny II z kluczami do zdobytego Baku. Ta awansowała go wówczas na pułkownika (18.07.1796). W 1801 roku car Aleksander I wziął go do swojej świty i awansował na generała. Czaplic był potem rosyjskim bohaterem wojen napoleońskich, uczestniczył w największych bitwach, bohater spod Austerlitz.
Generał Eufemiusz Czaplic był stryjem innego carskiego dowódcy – Justyniana Czaplica s.Adama, urodzonego w 1797 roku. Od 1840 roku służył on na Kaukazie, 7 kwietnia 1846 roku mianowany na generał-majora. Brał udział w wielu bojach, dowodził rosyjskimi wojskami w wielu walkach, za co został odznaczony m.in. orderem św.Stanisława I stopnia. To on zdusił powstanie Szamila w Dagestanie. W latach 1850-1856 dowodził dywizją, w 1865 roku awansowany na generała-lejtnanta. Zmarł w 1877 roku.
Józef Hauke-Bosak urodził się w 1790 roku w Warszawie. Jako pułkownik polskiego wojska wysłany został na front wojny rosyjsko-tureckiej 1828–1829. Po zakończeniu działań przywiózł do Warszawy zdobyte na Turkach przez Iwana Dybicza działa. W 1830 roku car Mikołaj I nadał mu tytuł hrabiego. Później osiadł w Petersburgu, pełniąc przy dworze kilka ważnych funkcji: adiutanta cesarza, generała majora orszaku carskiego i nauczyciela języka polskiego następcy tronu Aleksandra Nikołajewicza, późniejszego cara Aleksandra II.
Konsekwentnie Józef Ludwik Hauke-Bosak – syn Józefa Haukego – w 1855 roku został ordynansem cara Aleksandra II. Brał aktywny udział w walkach na Kaukazie, dosłużył się dwóch krzyży i złotej szabli za męstwo, zyskał przydomek „Lwa Kaukazu”. Po wybuchu powstania styczniowego (1863-1864), na prośbę dowódcy tego powstania RomualdaTraugutta, uczyniono go wojennym komendantem województw krakowskiego i sandomierskiego. Dowodził wojskami powstańczymi w bitwach pod Opatowem i Ociesękami, taktyką długich marszów wiązał siły rosyjskie. Po upadku powstania zdążył wyemigrować. Wyjechał do Francji, gdzie zdobył sławę bohatera, walcząc w wojnie prusko-francuskiej w korpusie Garibaldiego. Zginął w 1871 roku w bitwie pod Dijon. Trumnę okrytą biało-czerwoną flagą złożono na cmentarzu w Genewie.
W latach 40. XIX wieku kozackimi oddziałami armii rosyjskiej tłumiącej powstania kaukaskie dowodził generał Feliks Krukowski, który zginął w walce z Czeczenami w 1848 roku. W sumie w latach1834–1855 na Kaukazie służbę pełniło ok. 20tys. Polaków. Wierni carowi i polskiemu królowi, wielu z nich dosłużyło się wysokich stopni, niektórzy zajmowali się działalnością badawczą dotyczącą losów polskiego (ukraińskiego) kozactwa – przeniesionego częściowo przez carycę Katarzynę II na południe Rosji. Na przykład Konstanty Rakowski był „ojcem” historiografii Kubańskiego Wojska Kozackiego – wraz z innym Polakiem, Walentym Olszewskim. Z kolei Adam Pijanowski był pierwszym badaczem Stawropolskich Pułków Kozackich, a Rzewuski napisał pierwszą książkę o Kozakach terskich (tereckich). Oni oraz inni autorzy byli znawcami kozactwa i to do nich odwołuje się współczesna literatura naukowa.
Tajnym radcą stanu i naczelnym chirurgiem Armii Kaukaskiej był urodzony w 1826 roku pod Witebskiem Jan Minkiewicz. W 1848 roku ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Moskiewskim. Po ich ukończeniu pracował jako ordynator w twierdzy w Dagestanie, napisał tam pracę po łacinie na temat febry. Otrzymał za nią doktorat. W czasie wojny krymskiej (1853) był naczelnym lekarzem szpitala w Sewastopolu. Od 1854 roku przebywał w Erewaniu, został naczelnym chirurgiem Armii Kaukaskiej. Zainteresował się wtedy medycyną tradycyjną ludów Kaukazu. Był wieloletnim prezesem Towarzystwa Lekarskiego Kaukaskiego. Po przejściu na emeryturę osiadł w Gruzji, w Tyflisie. Pozostawił ok. 150 prac w języku polskim, rosyjskim i niemieckim. Całe życie spędził w Rosji – zawsze uważając się za Polaka z Witebska. Kilkadziesiąt artykułów zamieścił w polskich pismach, działał aktywnie w polskiej wspólnocie katolickiej skupionej wokół kościoła św. Piotra i Pawła w Tyflisie. Zmarł w tym mieście w 1897 roku, pochowany został na cmentarzu katolickim w Sołołakach.
Na Kaukazie rozpoczął swoją karierę wojskową przyszły dowódca 200-tysięcznej armii Komuny Paryskiej – generał Jarosław Dąbrowski. Urodził się 13 listopada 1836 roku w Żytomierzu na Ukrainie, w szlacheckiej rodzinie herbu Radwan. W 1845 roku został wysłany do Korpusu Kadetów w Brześciu Litewskim. W 1853 roku przeniósł się do Korpusu Kadetów w Petersburgu, który ukończył w 1855 roku, uzyskując stopień chorążego. Następnie przez cztery lata służył w wojsku rosyjskim, walcząc z powstańcami czerkieskimi na Kaukazie. Za kampanię kaukaską został odznaczony, co otworzyło mu drogę do kariery wojskowej. W latach 1859–1861 studiował w Mikołajowskiej Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Po jej ukończeniu został skierowany do Warszawy, gdzie włączył się w przygotowywanie powstania polskiego przeciw Rosji. Został za to zesłany na Syberię, skąd uciekł do Francji, zostając wybitnym dowódcą. 5 maja 1871 roku został mianowany naczelnym wodzem całości wojsk Komuny Paryskiej. Ranny 23 maja roku na barykadzie przy ulicy Myrha w dzielnicy Montmartre, w czasie obrony 19. i 20. dzielnicy Paryża, zmarł tego samego dnia w szpitalu Lariboisière, w obecności doktora Henryka Gierszyńskiego. Został pochowany na cmentarzu Pére Lachaise, niedaleko grobu naszego innego wielkiego rodaka – Fryderyka Chopina.
Innym carskim dowódcą był urodzony w 1811 roku pod Witebskiem Lucjan Łukomski, syn Juliana. W 1841 roku za męstwo na Kaukazie został mianowany majorem. Jego kariera się rozwijała, w 1861 roku został generałem majorem. Odznaczony wieloma orderami, m.in. św. Stanisława I stopnia. Zmarł w 1867 roku.
Rosyjskim generałem-lejtnantem został Paweł Marceli Chrzanowski, urodzony w 1846 roku pod Piotrkowem. Ukończył Akademię Wojskowo-Prawną. Został mianowany sędzią wojskowym w Tyflisie (obecnie Tbilisi). Na Kaukazie poślubił Cecylię Gilewiczównę. Szybko awansował. Był wiceprezesem sądu w Taszkencie, a w 1895 podczas wojny z Chinami został prezesem sądu we Władywostoku. Gdy wysłużył pełną emeryturę oraz stopień generał-lejtnanta – wraz z żoną i czworgiem dzieci zamieszkał na stałe w Warszawie, gdzie utworzył najsłynniejszą wówczas i największą na ziemiach polskich szkołę średnią.
W 1916 roku na dowódce Kaukaskiej Dywizji Kawalerii wyznaczono generała-majora Aleksandra Karnickiego.Był on już wcześniej nagrodzony wieloma odznaczeniami, również zagranicznymi – z Chin, Japonii i Niemiec. Ostatnie rosyjskie odznaczenie – Order Wojenny Świętego Jerzego – przyznano mu w czerwcu 1917 r. Potem nastąpiło pożegnanie z armią rosyjską – jak wielu Polaków Karnicki zasilił szeregi I Korpusu Polskiego w Rosji. W lutym 1918 roku został zastępcą gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po rozwiązaniu I Korpusu gen. Karnickiemu powierzono dowództwo grupy w Armii Ochotniczej dowodzonej przez urodzonego w Polsce i przez Polkę generała Antona Denikina. W styczniu 1919 roku wrócił do Wojska Polskiego. Został generalnym inspektorem jazdy.
Po przeciwnej stronie frontu, czerwonej, stał inny Polak – generał – Michał Lewandowski. Jego ojciec Karol pochodził z chłopskiej rodziny z Królestwa Polskiego, wezwany do wojska służył w Tyflisie (Tbilisi), tam też urodził się mu syn. Gdy Michał dorósł, też został żołnierzem, walczył w latach 1914–1918 na frontach I wojny. Związał się z komunistami i piął po szczeblach kariery od dowódcy dywizji aż do stanowiska dowódcy w latach 1919–1921 w 11. Armii, a potem 9. Armii. Walczył z Korniłowem, a jego armia zajęła Azerbejdżan. Po wojnie był m.in. szefem Biura Politycznego Armii Czerwonej, delegatem do Rady Najwyższej ZSRR. W 1938 roku został skazany w ramach represji stalinowskich na karę śmierci, zrehabilitowany w 1956 roku.
Rosyjskim, a potem polskim generałem był także Filip Stanisław Dubiski urodzony w 1860 roku w Dubiszczach na Wołyniu. 1 września 1879 rozpoczął zawodową służbę w Gwardii Imperium Rosyjskiego – po ukończeniu nauki w 2 Konstantynowskiej Szkole Wojskowej w Petersburgu. Po 1896 przeniesiony został z gwardii do armii, w stopniu podpułkownika. Służył w jednostce piechoty w Puławach. Przeszedł kolejne szczeble dowódcze i sztabowe na Dalekim Wschodzie i na Kaukazie. 25 marca 1914 awansował na generała majora i objął dowództwo 2 brygady 39 Dywizji Piechoty. Odznaczył się na froncie tureckim i w operacji nad rzeką Eufrat. W 1916 sformował w Tyflisie 5 Kaukaską Dywizję Strzelecką i dowodził nią, a od 1917 I Korpusem na Froncie Kaukaskim. W 1917 został awansowany na generała lejtnanta. Po rewolucji październikowej powrócił do Polski.
23 grudnia 1918 przyjęty został do Wojska Polskiego, z zatwierdzeniem posiadanego stopnia generała porucznika. Od stycznia 1919, po wybuchu powstania wielkopolskiego, dowodził 1 Dywizją Strzelców Wielkopolskich. W czerwcu objął dowództwo Okręgu Zachodniego Wojsk Wielkopolskich.
Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej. Zginął 28 września 1919 pod Bobrujskiem. Pochowany został na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Za największego szpiega w historii Związku Radzieckiego uważany jest w Rosji agent amerykański Oleg Pieńkowski. Październik 1962 roku. Świat stoi na krawędzi wojny. Chruszczow rozmieszcza na Kubie rakiety jądrowe i ogłasza pełną gotowość wojsk do uderzenia na USA. Sowieci zestrzeliwują amerykański samolot szpiegowski. Kennedy nie odpowiada na te działania, tylko wprowadza blokadę Kuby, wydając rozkaz zatopienia wszystkich jednostek sowieckich, które zbliżą się do wyspy. Dokładnie wie, że Chruszczow blefuje, bo Związek Sowiecki nie ma wystarczającego potencjału do uderzenia. USA mają 17-krotną przewagę w liczbie rakiet jądrowych, 5 tys. amerykańskich pocisków atomowych przeciw 300 sowieckim. Wie to od najważniejszego szpiega amerykańskiego – pułkownika GRU Olega Pieńkowskiego, który od kwietnia 1961 roku do aresztowania go w październiku 1962 roku przekazał Amerykanom i Brytyjczykom 110 kaset błon fotograficznych – ponad 7,5 tys. stron fotografii najtajniejszych dokumentów.
Oleg Pieńkowski został aresztowany przez KGB 22 października 1962 roku. W pokazowym publicznym procesie, który miał miejsce w maju 1963 roku, udowodniono Pieńkowskiemu szpiegostwo. Skazany został na karę śmierci przez rozstrzelanie, a o wykonaniu wyroku doniesiono 17 maja 1963 roku.
Ojciec Olega Pieńkowskiego Włodzimierz był inżynierem wojskowym we Władykaukazie. Ale wyrósł w Warszawie, dokąd wysłał go „po nauki i polskie wychowanie” pochodzący z tego miasta jego z kolei ojciec – Florian Pieńkowski, Polak i patriota, pracujący jako sędzia w Stawropolu, dokąd go skierowano po studiach. Włodzimierz Pieńkowski ukończył Politechnikę Warszawską, został inżynierem wojskowym, służył we Władykaukazie. W czasie wojny domowej w 1918 roku był oficerem w wojsku białych, zginął na początku 1919 roku, cztery miesiące przed narodzinami syna.
Dyrektorem Kolei Władykaukaskiej i członkiem Zarządu Kolei Rządowych, rzeczywistym radcą stanu Rosji był urodzony w 1837 roku w Petersburgu Józef Malewski, syn Franciszka Hieronima Malewskiego, członka Towarzystwa Filomatów i wiceprezydenta Towarzystwa Filaretów. Józef ukończył Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego oraz Instytut Inżynierów Komunikacji. Rozbudowywał linie kolejowe w całej Rosji. Po przejściu na emeryturę w 1883 roku wyjechał do Polski i osiadł w majątku Oryszew pod Sochaczewem. Tam zmarł w 1897 roku, został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Wybitnym inżynierem kolejowym, projektantem i budowniczym linii kolejowych, tunelów i mostów w Rosji był urodzony w 1875 roku w Warszawie Kazimierz Emil Elżanowski. W 1899 roku otrzymał dyplom Instytutu Inżynierów Komunikacji w Petersburgu. Kierował budową kolei Tyflis–Kars, tunelu dżadurskiego na Kaukazie, kolei z Samarkandy do Andiżanu i Taszkentu. Zaprojektował Kolej Siestrorecką oraz kierował budową uzdrowiska w Siestrorecku. Po powrocie do Petersburga został tam naczelnikiem kanalizacji i wodociągów. Od 1902 roku wykładał w Instytucie Politechnicznym w Petersburgu. W czasie rewolucji więziony przez bolszewików. W 1923 roku udało mu się wrócić do ojczyzny, gdzie pracował m.in. w dyrekcji Kolei Warszawskiej. Zmarł w 1932 roku w Radomiu, pochowany został na Powązkach w Warszawie.
Szczególnie ważną i trudną (pełną tuneli) Kolej Kaukaską, a także Gruzińską Drogę Wojenną zaprojektował zespół inżynierów pod kierownictwem zesłańca inż. Ferdynanda Rydzewskiego. Zwiedzając turystycznie Kaukaz można tam znaleźć liczne tablice z polskimi nazwiskami budowniczych.
Zasłużonym dla rosyjskiej nauki geografem i botanikiem był profesor Uniwersytetu Taszkenckiego Władysław Massalski. Urodził się w 1859 roku pod Wilnem, studiował na Uniwersytecie Petersburskim, gdzie w 1883 roku uzyskał stopień kandydata nauk. Został asystentem w katedrze botaniki. W 1885 roku Towarzystwo Geograficzne w Petersburgu wysłało go na Kaukaz, gdzie prowadził badania florystyczne i fizjograficzne. Oprócz badań geobotanicznych prowadził także studia klimatologiczne, etnograficzne i topograficzne. Wyniki jego badań były regularnie publikowane w „Izwiestiach” Towarzystwa, stał się badaczem znanym w Rosji. W 1887 roku został członkiem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Aż trzykrotnie był odznaczony medalami przez to Towarzystwo. Blisko współpracował z innym Polakiem – generałem Józefem Żylińskim, po którym objął funkcję dyrektora departamentu melioracji w Ministerstwie Rolnictwa i Dóbr Państwowych Rosji. Zorganizował wtedy w latach 1890–1891 wyprawę do Turkiestanu dla zbadania stanu rolnictwa, w której wyniku napisał pracę Turkiestanskij kraj (1913) uznawaną za najlepsze opracowanie dotyczące tego regionu. Książka ta ukazała się w monumentalnej serii encyklopedycznej Rossija. Otrzymał za nią „wielki złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego”, a w 1895 roku został wybrany na sekretarza tegoż Towarzystwa. W 1919 roku otrzymał nominację na profesora geografii na Uniwersytecie Taszkenckim. W 1922 roku zdecydował się wyjechać do ojczyzny, pracował początkowo w Ministerstwie Rolnictwa w Warszawie, potem w NIK-u. W latach 1926–1931 był prezesem Polskiego Towarzystwa Geograficznego. Zmarł w 1932 roku w Warszawie.
Wybitnym rosyjskim prawnikiem był profesor Uniwersytetu Charkowskiego Jan Sobestiański. Urodził się w 1856 roku w Tyflisie w polskiej rodzinie. Jego ojciec był znanym tam lekarzem. Po uzyskaniu w 1874 roku matury w miejscowym gimnazjum Jan rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Charkowskiego, które ukończył w 1878 roku. W 1893 roku został na tej uczelni profesorem zwyczajnym na katedrze historii prawa rosyjskiego. Badał prawo pierwotnych Słowian. Zapoczątkował badania nad nieuprawianą dotąd w Rosji dyscypliną, jaką była historia prawa słowiańskiego. Jako pierwszy ukazał funkcjonowanie instytucji odpowiedzialności zbiorowej u Słowian i innych narodów. Wykazał, że była ona właściwa nie tylko Słowianom. Jego młodszy brat Edmund, lekarz, po rewolucji pozostał w Rosji i w 1925 roku został dyrektorem Instytutu Położnictwa w Tyflisie. Sam Jan Sobestiański zmarł w grudniu 1895 roku w Charkowie.
Głównym architektem Piatigorska i Suchumi był Wilhelm Franciszek Kowalski, ur. w 1868 roku w Tyflisie.
Kompozytorem, profesorem i dyrektorem konserwatorium w Odessie był Witold Maliszewski. Urodził się w 1873 roku w Mohylowie n. Dniestrem. Młodość spędził w Tyflisie, jego ojciec był tam urzędnikiem w magistracie. Gry na fortepianie uczyła go matka Leonia z Kryńskich. W 1891 roku ukończył ze złotym medalem gimnazjum klasyczne w Tyflisie i wyjechał do Petersburga, gdzie równolegle studiował na Wydziale Matematyczno-Fizycznym tamtejszego uniwersytetu matematykę, a w Wojskowej Akademii Medycznej – medycynę. Po uzyskaniu dyplomu lekarskiego w 1898 roku rozpoczął studia muzyczne w petersburskim Konserwatorium. Kompozycji uczył się u Mikołaja Rymskiego-Korsakowa. W latach 1908– 1921 był profesorem i dyrektorem Konserwatorium w Odessie, dyrygował też tamtejszą orkiestrą. W 1921 roku wyjechał do ojczystej Polski i został zatrudniony jako profesor Konserwatorium Muzycznego w Warszawie. W 1934 roku wraz z Mieczysławem Idzikowskim założył Instytut Fryderyka Chopina. Był autorem bardzo wysoko cenionego podręcznika modulacji wydanego w języku rosyjskim (Moskwa 1915). Zmarł w lipcu 1939 roku pod Warszawą.
W stolicy Azerbejdżanu (Baku) znajduje się muzeum wybitnego muzyka wiolonczelistyMścisława Rostropowicza i jego ojca – także wiolonczelisty – Leopolda. Ojciec Leopolda (dziad Mścisława, a syn Hannibala Rostropowicza, który był przyjacielem Henryka Sienkiewicz) Witold Wojciech Rostropowicz urodził się w Skotnikach pod Sochaczewem w 1858 roku i również był muzykiem. To on wyjechał za pracą do Rosji, gdzie zmarł w 1913 roku w Woroneżu. A gdy światowej sławy rosyjski wiolonczelista Mścisław Rostropowicz odwiedził w 1997 roku rodzinne Skotniki pod (do dziś stoi tam dworek Rostropowiczów, a na miejscowym cmentarzu w Mikołajewie znajdują się rodzinne groby, w tym Hannibala Rostropowicza), opowiedział historię związaną z Dymitrem Szostakowiczem: Gdy Mścisław jako młodzian przybył na studia do Petersburga, to bardzo wspierał go Szostakowicz, wnuk powstańca styczniowego i zesłańca Bolesława Szostakowicza – powtarzając często: „My, Polacy, powinniśmy sobie pomagać”.
Polacy wraz z Rosjanami i miejscowymi ludami stwarzali i budowali współczesny Kaukaz. Pamiętajmy o tym i chciejmy, by narody Kaukazu i Rosjanie o tym pamiętali. By tak jednak było – to musimy o tym pamiętać przede wszystkim my – Polacy.

Na podstawie książki własnego autorstwa pt. „Jak budowaliśmy Rosję”, dostępnej w księgarniach, także internetowych.
Tekst ukazał się pierwotnie na łamach „Myśli polskiej”.

Zdalnie to nie zawsze znaczy zdrowo

Lubimy pracować zdalnie, ale lubimy też narzekać. Większość z nas twierdzi więc, że warunki pracy w domu odbiegają od warunków w biurze, co przekłada się na różne bóle i dolegliwości organizmu.

Polacy chętnie pracują w domu, ale często nie mają ku temu właściwych warunków. Okazuje się, że praca zdalna może mieć destrukcyjny wpływ na zdrowie milionów z nich. W czasie panowania home office znacznie częściej niż przedstawiciele innych europejskich nacji uskarżają się m.in. na brak energii (63 proc.), osłabienie wzroku (61 proc.), bóle pleców (56 proc.) oraz bóle głowy (51 proc.).
Takie wyniki przyniosło badanie przeprowadzone w listopadzie ubiegłego roku przez agencję Atomik Research na próbie 7000 pracowników z siedmiu największych krajów w granicach Europy, w tym 1000 pracowników z Polski, którzy pracowali z powodu pandemii pracowali z domu przez co najmniej 4 miesiące. Jednak siedem największych krajów to tylko część Europy, a poza tym badacze nie wzięli pod uwagę, że i skłonność do narzekania jest u Polaków większa niż w innych narodach.
W każdym razie, 53 proc. zapytanych Polaków twierdzi, że ich warunki pracy w domu znacznie odbiegają od warunków pracy w biurze, co przekłada się na liczne bóle i dolegliwości organizmu. Niestety, mamy małe mieszkania, gdzie trudno pracować wygodnie. Na warunki pracy domowej najrzadziej zaś narzekają mieszkańcy Holandii, Niemiec i Wielkiej Brytanii. W dodatku Polacy w 76 proc. sami musieli kupić wyposażenie domowego biura – średnio przeznaczając na ten cel 2 514 zł.
Zdalne wykonywanie obowiązków służbowych powoduje dla mieszkańców Polski także – jak wykazało badanie – konkretne dolegliwości psychiczne. Nieobce jest nam poczucie samotności lub izolacji (48 proc.), przytłoczenia (38 proc.) czy bezradności (32 proc.).
Ponadto, blisko co trzeci badany Polak (30 proc.) przyznaje, że dzień pracy zdalnej jest dłuższy niż w biurze, a 41 proc. czuje się zbyt zajęta, aby w trakcie home office zrobić sobie przerwę i odejść od biurka.
Praca zdalna, choć w powszechnej opinii daje większą elastyczność i pozorną wygodę, zdecydowanie przegrywa z pracą stacjonarną w kwestii ergonomii – porównując pracę w biurze i zdalną, ponad połowa (53 proc.) Polaków przyznaje, że to właśnie praca z domu najczęściej wywołuje różnego rodzaju dolegliwości natury fizycznej i psychicznej.
– Praca zdalna może się wiązać nie tylko z pewnymi skutkami ekonomicznymi i organizacyjnymi, ale przede wszystkim z trwałym wpływem na zdrowie milionów ludzi. Pracownicy umysłowi przebywający na “home office” to coraz częstszy przypadek pacjentów trafiających do gabinetów fizjoterapeutów z drętwiejącymi rękami, bólem szyi, bólem karku, głowy czy dolnego odcinka kręgosłupa. Wynika to najzwyczajniej w świecie z nieprzystosowania naszych „domowych biur” do pracy przy komputerze, związanej z długotrwałym siedzeniem. Wszystko to nie sprzyja komfortowi pracy zdalnej. Jeśli nie zmieni się świadomość ludzi i nie pojawi powszechna potrzeba dbałości o wdrożenie ergonomicznych sprzętów domowego użytku, to problem narastających dolegliwości bólowych w czasie „home office” może powodować powstanie nowych chorób cywilizacyjnych naszych czasów – tłumaczy fizjoterapeuta Michał Dachowski.
Konieczność szybkiego przejścia na zdalny tryb pracy zaskoczyła wiele firm, które do tej pory zapewniały swoim pracownikom mniej lub bardziej wygodne przestrzenie biurowe. Szybko okazało się jednak, że warunki, które oferuje pracownikom przestrzeń ich własnego domu, jeszcze bardziej odbiegają od ergonomicznych wzorców, a wielu pracodawców nie zapewniło tutaj odpowiedniego wsparcia. Aż 42 proc. zapytanych pracowników stwierdziło, że ich szefowie nie pomogli im w stworzeniu odpowiednich warunków pracy zdalnej.
Co ciekawe, problem ten dotyczy także innych europejskich krajów w równym, a niekiedy nawet większym stopniu. Z podobnym odsetkiem odpowiedzi negatywnych na pytanie o to, czy pracodawca wsparł pracownika w stworzeniu odpowiedniego stanowiska pracy w domu mamy do czynienia w Wielkiej Brytanii (42 proc.). Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w Niemczech i Francji (po 47 proc. odpowiedzi odmownych) oraz Hiszpanii (54 proc.) i Włoszech (55 proc.). Ostatecznie, wielu pracowników postanowiło zorganizować sobie domowe biuro na własną rękę.
Badanych zapytano również o to, czy ich zdaniem pracodawcy troszczą się o ich stan zdrowia fizycznego i psychicznego w czasie pracy zdalnej. Choć w obu przypadkach odpowiedź co do zasady brzmi twierdząco (po 70 proc. na „tak”), to jednocześnie ponad połowa z tej grupy osób uważa, że działania te nie były wystarczające.
W dodatku, gdy respondentów poproszono o uszeregowanie w kolejności od najważniejszego do najmniej ważnego aspektów, na które zwracają uwagę ich pracodawcy, to dobrostan podwładnych znalazł się na szarym końcu. Za: wynikami, produktywnością, zarabianiem pieniędzy i naciskiem na dobrą pracę zespołową. To jednak poniekąd logiczne, bo firma to miejsce wytwarzania dóbr, a nie instytucja świadcząca usługi charytatywne dla zatrudnionych
Z drugiej zaś strony, warto zwrócić uwagę, że pracownik działający w dogodnych warunkach to pracownik zdrowszy, mniej narażony na różnego rodzaju dolegliwości, bardziej wydajny. Pracodawcy powinni spojrzeć na tę sprawę z punktu widzenia czystego rachunku ekonomicznego. Zdrowy pracownik rzadziej korzysta ze zwolnień lekarskich, a to ma już realny wpływ na koszt funkcjonowania przedsiębiorstwa. – Podwładny, który jest zmęczony czy odczuwa ból w czasie pracy, wykonuje zaś swoje obowiązki wolniej i mniej efektywnie. To, co w biurze zajmowało dwie godziny – w domu może zająć trzy, a nawet cztery. Narasta więc zmęczenie i frustracja. Wystarczą jednak niewielkie zmiany i wybór odpowiednich akcesoriów, aby znacznie poprawić komfort pracy i zmniejszyć dolegliwości. Laptop, zamiast trzymać na kolanach lub na stole, lepiej ustawić na specjalnej podstawie, unosząc jego ekran na wysokość wzroku. Do laptopa podłączmy osobną klawiaturę i myszkę oraz dodajmy podkładki ergonomiczne pod dłonie, na krzesło załóżmy podpórkę pod plecy, poprawiającą wsparcie odcinka lędźwiowego ­– wyjaśnia ekspertka Iwona Zastawna.
Mimo rozmaitych trudności, praca zdalna zyskała akceptację Polaków. Model pracy domowej przyjął się w naszym kraju bardzo dobrze – aż 82 proc. Polaków deklaruje, że chciałoby długoterminowo pracować w domu. Większość tej grupy chętnie wybierałaby jednak model hybrydowy, polegający na łączeniu pracy z biura i pracy z domu. Na pewno to, że pracujemy w warunkach domowych wymaga zadbania o wygodę naszych stanowisk pracy.

O słuszną sprawę

PiS nie zdoła przykryć postulatów kobiet za pomocą wywoływania kolejnych awantur.
Pod koniec października Ogólnopolski Strajk Kobiet przedstawił szereg postulatów skierowanych do rządu. Przyglądając się pod koniec roku debacie publicznej, w mediach tradycyjnych oraz społecznościowych, można było odnieść wrażenie, że z czasem społeczne poparcie dla protestów zaczęło maleć – miedzy innymi ze względu na incydenty zdarzające się podczas demonstracji oraz formę postulatów, która mogła być dla niektórych rażąca.
Gdy jednak gdy zapytano Polaków, jaka jest ich opinia o protestach biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, to 68 proc. osób uznało je za słuszne – czyli ponad dwie trzecie społeczeństwa. Co warte podkreślenia, mężczyźni i kobiety popierają protesty w równym stopniu.
Największym poparciem cieszą się postulaty dotyczące poprawy publicznej ochrony zdrowia (89 proc. wskazań), wsparcia osób z niepełnosprawnościami (86 proc.) oraz zapewnienia ogólnie rozumianych praw kobiet (86 proc.). Spośród postulatów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet niemal wszystkie popierane są przez ponad połowę Polaków, łącznie z hasłem o rozdziale Państwa od Kościoła (70 proc.).
Warto tutaj zauważyć, że dwa postulaty uzyskały wyraźnie niższe wyniki – jest to zapewnienie praw osób LGBT (44 proc. poparcia) oraz aborcja na żądanie, którą popiera 47 proc. Polaków. W bezpośrednim pytaniu dotyczącym aborcji największa grupa jest przy utrzymaniu tzw. kompromisu aborcyjnego, który obowiązywał w Polsce przez ponad dwie dekady. Tylko 36 proc. Polaków uważa, że aborcja powinna być dostępna bez ograniczeń albo do określonego miesiąca ciąży, 43 proc. respondentów opowiada się za dotychczasowym rozwiązaniem, a jedynie 15 proc. chciałoby zaostrzenia prawa aborcyjnego – wykazuje badanie Inquiry zrealizowane między 20 a 29 listopada 2020 r.
Polacy chętnie więc popierają protesty organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet, pomimo że w mniejszym stopniu popierają istotę tych protestów, a więc walkę o nieograniczone prawo do aborcji. Kompromis aborcyjny zdążył się w Polsce przyjąć, a wyrok Trybunału Konstytucyjnego naruszył tę równowagę. Rośnie też frustracja społeczna, która przekłada się na coraz niższy poziom poparcia dla partii rządzącej. – Wynik naszego badania pozwala przypuszczać, że w oczach dużej części społeczeństwa protesty, które przetoczyły się przez kraj, miały przede wszystkim charakter antyrządowy. Sprzeciw wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego to tylko jeden z aspektów obecnej sytuacji, wcale nie najważniejszy – komentuje Agnieszka Górnicka, prezes Inquiry.
Na scenie politycznej brakuje jednak alternatywy – wprawdzie nieco ponad połowa badanych wskazała inne partie niż PiS, ale żadna z nich nie ma przeważającej siły. Aż jedna trzecia nie zamierza głosować wcale lub nie wie, na jaką partię miałaby oddać głos.

Czy staną przed sądem za brak szczepionki?

PiS-owscy dygnitarze debatują, jak skłonić Polaków do szczepień na Covid-19, a nie potrafią zapewnić odpowiednich dostaw szczepionek przeciw grypie znanych od wielu lat.

Dotychczas w sezonie grypowym 2020/2021 do Polski trafiło zaledwie niespełna 2 mln dawek szczepionek przeciw grypie. To skandalicznie niskie dostawy, stanowiące kroplę w morzu. Warto przypomnieć, że w sezonie 2019/2020 do naszego kraju dostarczono około 1,6 mln dawek, a zaszczepiło się 1,58 mln mieszkańców Polski, czyli 4,12 proc. populacji.
Tyle, że wtedy nie było jeszcze mowy o pandemii koronawirusa, i o tym jak groźne jest jego połączenie z grypą. O tym wszystkim mówiło się natomiast na okrągło od połowy marca bieżącego roku, fachowcy na całym świecie i w Polsce już od wiosny przekonywali, że warto będzie się zaszczepić przeciw grypie.
Normalne, w miarę rozumne rządy innych państw zakupiły więc dla swych mieszkańców odpowiednie dawki szczepionek antygrypowych. W Wielkiej Brytanii, prawie 30 mln dawek, we Włoszech około 16 mln, w Niemczech około 26 mln.
A w Polsce? Otóż rząd Prawa i Sprawiedliwości informuje, że zorganizował dostawy tylko niespełna 2 mln dawek! To oczywisty skandal, wyglądający jak świadome narażanie Polaków na zwiększone ryzyko śmierci.
Przecież nawet osoba o umysłowości sześciolatka, widząc co się dzieje i obserwując zachowania rządów innych państw (z których doświadczeń PiS podobno umiejętnie czerpie), wiedziałaby że w tym roku zainteresowanie szczepieniami przeciw grypie będzie znacznie wyższe niż rok temu. I oto, w takiej sytuacji, rząd PiS organizuje tylko minimalnie zwiększone dostawy: w ubiegłym sezonie 1,6 mln, a teraz niespełna 2 mln. To karygodne zaniedbanie!.
Członkowie rządu PiS z wicepremierem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo i kierownictwem resortu zdrowia na czele powinni stanąć przed sądem z art. 165 paragraf 1 kodeksu karnego: „Kto sprowadza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej /…/ podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”.
Natomiast par. 3 wspomnianego artykułu kk dopowiada: „Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 jest śmierć człowieka lub ciężki uszczerbek na zdrowiu wielu osób, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12”.
Ten przepis pasuje jak ulał do oceny działalności członków rządu PiS. Ale to nie wszystko. Czegokolwiek by nie mówić o tych ludziach, nie są oni jednak ograniczeni umysłowo i z pewnością doskonale wiedzieli, że w tym roku Polacy będą potrzebować co najmniej parę razy więcej szczepionek na grypę niż rok temu. Tylko, że widocznie te potrzeby ich kompletnie nie obchodziły – a to, że ileś ludzi więcej może umrzeć z powodu braku szczepionek przeciw grypie musiało być dla nich sprawą pozbawioną jakiegokolwiek znaczenia.
Przecież, gdyby członkowie rządu przejmowali się potrzebami zdrowotnymi Polaków, to na pewno postarali by się o zwiększą ilość dawek szczepionek na grypę. Prominenci PiS mieli to jednak w nosie. Niestety, oczekiwanie, by zobaczyć ich na ławie oskarżonych z pewnością się nie spełni. Postara się już o to upartyjniona prokuratura.
Obecnie minister zdrowia opowiada, że w sezonie 2020/2021 być może uda się się jeszcze sprowadzić stopniowo do ok. 0,5 mln dawek. I to już będzie wszystko. Wolne żarty!
Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) grupy ryzyka o największym priorytecie szczepień to przede wszystkim pracownicy ochrony zdrowia, seniorzy, dzieci, kobiety w ciąży oraz osoby z chorobami współistniejącymi. U nas te grupy ryzyka mogą sobie najwyżej posłuchać, jakie to ważne, żeby się zaszczepić.
A tymczasem szczepienia przeciw grypie, gdy nie ma na razie szczepionki na Covid-19, są jednym z podstawowych narzędzi walki z pandemią koronawirusa. Potwierdzają to krajowe i międzynarodowe wytyczne medyczne wskazujące na zasadność zwiększenia liczby szczepień przeciw grypie w dobie pandemii
Eksperci Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy, od kilku lat prowadzącego działania w celu eliminowania zagrożeń wynikających z tej groźnej choroby, podkreślają, że szczepienie jest najskuteczniejszą metodą walki z wirusem grypy, a na zaszczepienie się nigdy nie jest za późno. Wykonanie szczepień w grudniu i styczniu, w dalszym niosłoby za sobą wymierne korzyści zdrowotne (odporność na zakażenie grypą zyskuje się po około miesiącu od dnia zaszczepienia) i dało możliwość zwiększenia ochrony przed szczytem sezonu grypowego, który przypada na okres styczeń – marzec.
Takie szczepienie nie tylko chroni przed zakażeniem wirusem grypy, zmniejsza także ryzyko wystąpienia groźnych powikłań, które mogą wymagać pilnego skierowania do szpitala. Szczepienia przeciwko grypie byłyby ważne także, w kontekście powrotu dzieci do nauczania stacjonarnego, który jest zapowiadany przez premiera i ministra edukacji na 18 stycznia. – Warto zaszczepić się nawet na początku przyszłego roku, jeżeli tylko będą dostępne szczepionki. Ze względu na to, że objawy COVID-19 i grypy są do siebie bardzo zbliżone, z większym prawdopodobieństwem będzie można wykluczyć zachorowania na grypę u pacjenta, który był zaszczepiony – tłumaczy prof. dr hab. med. Adam Antczak, przewodniczący Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy. Niestety, tych szczepionek w Polsce nie ma i nie będzie
Ze względu na pandemię i sezon grypowy, okres jesienno – zimowy stanowi nadzwyczaj duże wyzwanie zarówno dla ochrony zdrowia, jak i samych pacjentów. Partie szczepionek przeciw grypie w tym sezonie w sumie wystarczają na zaszczepienie najwyżej 5 proc. polskiego społeczeństwa.
„Warto już teraz wyciągnąć wnioski na przyszły rok i odpowiednio wcześniej zastanowić się nad zapotrzebowaniem na kolejny sezon” – sugerują eksperci Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy. Święte słowa. Ale przede wszystkim, warto aby polski rząd składał się z ludzi, którym choć w minimalnym stopniu zależy na zdrowiu Polaków.

Przede wszystkim nie stracić

Przy odkładaniu pieniędzy Polacy odznaczają się cennymi cechami; niechęcią do ryzyka i wybieraniem bezpiecznych metod powiększania majątku. To zrozumiałe po dekadach wojen i różnych zaburzeń, gdy traciło się wszystko.

Wedle stanu na połowę bieżącego roku oszczędności Polaków osiągnęły wartość 1,7 biliona złotych. To prawie dwa razy więcej niż dekadę temu. Za oszczędności uważa się gotówkę, akcje, obligacje, depozyty bankowe, fundusze inwestycyjne, polisy z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym oraz środki z otwartych funduszy emerytalnych.
Oszczędza, lub próbuje to robić, 63 proc. Polaków, z tego 53 proc. regularnie, co miesiąc. W ciągu ostatniego dziesięciolecia wzrósł dochód rozporządzalny gospodarstw domowych (jest to suma bieżących dochodów gospodarstwa domowego pomniejszona o podatki oraz składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne). Wśród osób, które posiadają oszczędności, prawie połowa (46 proc.) odkłada powyżej 10 proc. miesięcznego wynagrodzenia.
Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2019 r. wydatki stanowiły 68,8 proc. naszych dochodów, podczas gdy 10 lat temu, o niemal 20 punktów procentowych więcej. W obecnym, pandemicznym roku ta proporcja zapewne się pogorszyła.
Jak wynika z badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu tego roku przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska, posiadanie oszczędności deklarują najczęściej osoby w wieku 40-49 lat (71 proc. oszczędzających z osób w tym przedziale wiekowym). Najtrudniej odłożyć́ cokolwiek gospodarstwom 1-osobowym – oszczędności posiada 56 proc. Relatywnie najłatwiej: gospodarstwom 4-osobowym (71 proc. z nich zadeklarowało posiadanie oszczędności.
Oczywiście im wyższy dochód gospodarstwa domowego, tym częściej ma ono oszczędności – posiada je tylko 29 proc. gospodarstw domowych z dochodem netto do 2 tys. zł oraz około 80 proc. gospodarstw z dochodami przekraczającymi 8 tys. zł netto miesięcznie.
– Polacy stopniowo budują swój majątek i szukają sposobów na jego pomnażanie. Odkładamy stosunkowo niewielką część dochodu w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, ale coraz więcej z nas deklaruje, że oszczędza. W 2019 roku, po raz pierwszy od 20 lat, więcej niż połowa osób badanych zadeklarowała, że odkłada część pieniędzy – mówi Monika Szlosek z Santander Bank Polska.
Najwięcej badanych rodzin, nieco ponad jedna czwarta, zadeklarowała, że ma zgromadzone oszczędności o równowartości dochodów z dwóch – trzech miesięcy. W oszczędzaniu Polacy unikają ryzyka i pomimo rekordowo niskich stóp procentowych łączna wartość depozytów sięga prawie 1 biliona złotych (969 mld zł).
Na koniec ubiegłego roku depozyty stanowiły aż 72 proc. aktywów finansowych gospodarstw domowych w Polsce, podczas gdy średnia europejska wynosiła 37 proc. Wyższy udział lokat mieli jedynie mieszkańcy Grecji i Cypru. Z kolei w funduszach, w tym emerytalnych oraz akcjach, Polacy posiadali w 2019 roku 28 proc. swoich aktywów, podczas gdy średnia europejska wynosi ponad dwukrotnie więcej – 63 proc.
– Największą motywacją do oszczędzania jest „niepewność jutra”. Rzadziej odkładamy na jasno sprecyzowane cele, a w finansowe DNA mamy wpisaną niechęć do ryzyka. Polacy na tle mieszkańców Europy Zachodniej są bardziej ostrożni i mniej chętnie akceptują jakiekolwiek ryzyko inwestycyjne. Świadczy o tym dużo wyższy udział lokat oraz niższy udział akcji i jednostek funduszy w posiadanych aktywach, w porównaniu z innymi nacjami. W krajach Europy Zachodniej udział innych niż depozyty aktywów finansowych jest mocno zróżnicowany, co zależy przede wszystkim od rozwoju rynku funduszy emerytalnych. W Wielkiej Brytanii i Niderlandach aktywa w nich zgromadzone stanowią ponad 50 procent oszczędności mieszkańców. W Skandynawii akcje ma średnio kilkanaście procent społeczeństwa Większość naszych oszczędności utrzymywana jest w bankach (aż ok. 59 proc. ) oraz w gotówce, czyli najniżej oprocentowanych, ale i najbezpieczniejszych formach oszczędzania. Wysoki udział depozytów jest charakterystyczny dla krajów byłego bloku wschodniego – dodaje Monika Szlosek.
W wyniku pandemii koronawirusa w systemie pozabankowym zwiększyła się ilość gotówki, a także nastąpił odpływ z lokat bankowych na nieoprocentowane rachunki bieżące. Suma gotówki w obiegu na koniec czerwca osiągnęła poziom 283 miliardów złotych, a łącznie depozyty i gotówka wynoszą 1,2 biliona złotych. W drugim kwartale 2020 roku ilość gotówki w obiegu wzrosła o 30 miliardów złotych, a suma środków na nieoprocentowanych rachunkach powiększyła się o 72 miliardy.
Rekordowo niskie stopy procentowe sprawiają, że Polacy zaczynają rozglądać się za alternatywami dla depozytów. Badanie wskazuje, że 22 proc. osób posiadających oszczędności rozważa inwestycje w nieruchomości, które traktowane są jako swoista forma lokaty (oczywiście tylko przez zamożniejszych, których stać na zakup takiej nieruchomości). 11 proc. myśli o inwestycji w złoto lub inne kruszce. 7 proc. badanych przygląda się możliwościom zainwestowania w fundusze inwestycyjne, a 6 proc. w akcje na giełdzie. Generalnie, zdaniem Polaków, jeśli lokować swoje oszczędności, to bezpiecznie. Zazwyczaj wolimy nisko oprocentowaną lokatę niż instrumenty obarczone jakimkolwiek ryzykiem, jak akcje czy fundusze inwestycyjne.
Najbardziej zyskownymi inwestycjami są, zdaniem Polaków, niezmiennie nieruchomości. Aż 65 proc. badanych uważa, że mogą one przynieść wysokie zyski. Grupą najsilniej przekonaną o dużych zyskach z takiej inwestycji są osoby w wieku 40 – 49 lat.
Na kolejnych miejscach pod względem potencjalnie wysokiej stopy zwrotu znalazły się inne aktywa materialne, jak złoto, diamenty i dzieła sztuki. Za zyskowne lub bardzo zyskowne uznała je około połowa respondentów. Znacznie mniej osób uznaje za zyskowne inwestycje w waluty (27 proc.), kryptowaluty (21 proc.), oraz inwestycje na giełdzie (20 proc.).
W przypadku ostatniej kategorii uwagę zwraca fakt, że przekonanie o zyskowności inwestowania w akcje z wiekiem maleje. Za najbardziej zyskowne uważają je badani w wieku 18 – 29 lat (około 30 proc. z nich), a za najmniej – w wieku powyżej 70 lat (tylko 6 proc. badanych). Także inwestowanie w kryptowaluty jest szczególnie dobrze postrzegane wśród osób w wieku 18-29 lat. Aż 79 proc. z nich uznało je za inwestycję z dużym potencjałem zysku.

Niezbyt szczerze o kasie

O pieniądzach kobiety chętniej rozmawiają z mężczyznami, niż mężczyźni z kobietami. Czyżby pokazywało to, komu na czym bardziej zależy?
Wbrew dość powszechnym opiniom, Polacy w zdecydowanej większości deklarują, że pieniądze są dla nich naturalnym tematem rozmowy. Jednak nie do końca. Jeśli spojrzy się bardziej wnikliwie, można się dowiedzieć, że co piąty z nas uważa rozmowę o finansach za źródło konfliktów, a co czwarty woli szukać informacji na ten temat w internecie, niż wśród najbliższych. Tak wynika z badań ING.
Owszem, o pieniądzach rozmawiamy, ale ostrożnie. Pomimo deklarowania otwartości do rozmów, przyznajemy się też do konfliktów wynikających z dyskusji o pieniądzach (doświadcza ich19 proc. pytanych). Powodem takiego stanu rzeczy może być to, jak duże znaczenie mają dla nas pieniądze. To wszak środek służący realizacji naszych potrzeb, czy życiowemu zabezpieczeniu, który – jak wierzymy – daje nam szczęście. Prawie 80 proc. Polaków przyznaje, że oszczędności są bardzo ważne dla nich i ich rodzin. Zapewne jest to pogląd tak powszechny, gdyż nasze oszczędności są nikłe – a wiadomo, że najbardziej ceni się to, czego się nie ma.
Pieniądze nie są łatwym tematem ani dla singli, ani dla par – 16 proc. z nas nie lubi rozmawiać z drugą połówką na ten temat. Kończy się bowiem zwykle na wyrzutach, kto za mało zarabia i dlaczego. Z badania ING wynika również, że 75 proc. kobiet deklaruje, że podejmowało ten temat z partnerem w ciągu ostatniego tygodnia, ale twierdząco na to samo pytanie odpowiada jedynie 62 proc. To się zgadza, bo kobiety chętniej rozmawiają z mężczyznami o kasie, niż odwrotnie – więc niekiedy mówią na ten temat, choć nie są słuchane. Mamy zatem do czynienia z różnicami zdań, które wpływają również na nasze bliskie relacje.
„W rozmowie o pieniądzach powinniśmy nie tylko przedstawić swoje zdanie, ale również zobaczyć, co sprawia nam trudność w tej komunikacji. Kiedy już dowiemy się, czy wstydzimy się, czy może mamy odmienne zdanie, dużo łatwiej będzie nam dojść do kompromisu. Rozmowa jest dla nas naturalna, ale już jej jakość może być różna. A właśnie dbając o jakość komunikacji, bardzo wpływamy na nasze relacje, bo faktycznie przekazujemy to, co mamy w sobie. Aby nauczyć się rozmawiania o pieniądzach, trzeba spojrzeć na nie z innej perspektywy – tej drugiej strony, czyli naszego rozmówcy. To zupełnie naturalne, że jedno z nas może mieć podejście bardziej instrumentalne, a drugie bardziej emocjonalne. Im więcej będziemy mówić i argumentować, tym lepiej się zrozumiemy i nie będziemy utożsamiać rozmowy o finansach z konfliktem” – taką, dość oczywistą opinię prezentuje Maria Rotkiel, psycholożka rodzinna.
Efektywna i szczera komunikacja w tym ważnym temacie, jakim są pieniądze, jest oczywiście możliwa. Aż 74 proc. proc. badanych przyznających się do bycia w szczęśliwym związku, zadeklarowało, że rozmawiało o pieniądzach w ostatnim tygodniu. Być może to droga do zdrowej i szczęśliwej relacji.

Próba krótkiego bilansu

Jak ekipa Prawa i Sprawiedliwości traktuje swoje obietnice składane obywatelom?
Trwa kampania wyborcza, więc pora na próbę krótkiego bilansu prawie pięcioletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości. A oto dwadzieścia kilka pytań, które pomogą w sporządzeniu takiego bilansu i pozwolą na przybliżenie rzeczywistych dokonań obecnej ekipy rządzącej:

  1. W których więzieniach siedzi osądzona mafia VAT-owska?
  2. O ile obniżono podatek VAT?
  3. Gdzie są setki tysięcy imigrantów z pasożytami i chorobami?
  4. O ile podniesiono kwotę wolną od podatku?
  5. Jaką pomoc otrzymali frankowicze?
  6. Kto mieszka w 100 tysiącach mieszkań plus?
  7. Kto jeździ milionem samochodów elektrycznych?
  8. Jak wysokie są reparacje wojenne z Niemiec otrzymywane przez Polskę?
  9. Jakie wojska latają helikopterami zakupionymi dla armii?
  10. W jakich miejscowościach można już oddychać czystym powietrzem?
  11. Dokąd pływają promy ze szczecińskiej stoczni?
  12. Jak pokonano ASF (afrykański pomór dzików)?
  13. O ile skróciły się kolejki do lekarzy?
  14. Ile łóżek szpitalnych przybyło w Polsce?
  15. O ile wzrosły renty z tytułu niezdolności do pracy?
  16. Jak bardzo zmalały kolejki w sądach i skróciły się czasy rozpraw?
  17. Ilu Polaków wróciło z emigracji zarobkowej?
  18. Ilu Polaków wyjechało na dobre z kraju?
  19. W jakich lasach posadzono pół miliarda drzew?
  20. Jak bardzo zmniejszył się nasz import węgla z Rosji?
  21. Gdzie jest wrak Tupolewa?
  22. Jak bardzo zmniejszyła się strefa ubóstwa w Polsce i wzrosła długość życia?
  23. Jakie ilości nowoczesnego uzbrojenia trafiły do polskiej armii?
  24. O ilu urzędników mniej pracuje w ministerstwach?
  25. Kto został oskarżony o zamordowanie działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej?
  26. Gdzie można przeczytać aneks do raportu WSI?
  27. Kto jeździ po 100 obwodnicach polskich miast?

Co myślą sobie Polacy

Poszłam kiedyś z dziadkiem na grzyby. Miałam kilka lat. Zakonotowałam jednak, że szczególnie pożądanymi grzybami w koszyku są kanie. Zapytałam „Dziadziuś, a jak wygląda kania?”. Usłyszałam: „Tak jak muchomor. Tylko że kania”.

Co myślą sobie Polacy w czasach zarazy? Że są lepiej przygotowani od Włochów i nie popełniają tych samych błędów. Tylko że to samo mówili Włosi o Chińczykach. I to samo mówią teraz Francuzi o reszcie świata, w przerwie między jedną lampką wina na bulwarach, a następną.
Polacy się nie przejmują. TVP mówi im przecie ustami ministra zdrowia, który ledwo skończył jedną konferencję prasową a już zaczyna drugą, że wszystko jest w porządku. Mamy 60 przypadków zachorowań, to przecież mniej niż grypa albo ugryzienie pająka. Odmawiają oglądania TVN, który razi ich obrazkami z Włoch i innych części Europy. Polacy nie lubią, jak mówi się do nich kategorycznym tonem, że trzeba myć ręce. Na Facebooku naprawdę widziałam wpisy znajomych oburzonych tym, że w autobusach kierowca zakleja swoją przestrzeń taśmą i izoluje się od pasażerów. Ich wrażliwe serca czują się wtedy skrzywdzone i niesprawiedliwie zaklasyfikowane.

Jedna strona deklaruje, że nie przestanie chodzić do kościoła, druga deklaruje, że nie przestanie jeździć komunikacją miejską, zwłaszcza teraz, kiedy jest tak luźno. A w ogóle to jeździć komunikacją jest szlachetnie. Oczywiście, to wszystko była prawda. Była, do niedawna.
Żeby było jasne, nie winię ludzi za brak wypracowanej strategii przetrwania. Taka już nasza natura, że pojedziemy do tych Włoch, bo zapłacone. Że zbuntujemy się, kiedy ktoś czegoś kategorycznie zażąda. W wielu przypadkach ma to swoje psychologiczne uzasadnienie na poziomie indywidyualnym i zbiorowym. Ale winię rządową propagandę, osadzoną na „będzie dobrze” i na tym, że skoro nie robimy testów, to nie wyjdą nam wyniki, które mogą nas przerazić.

Czytam autentyczne pochwały działań Łukasza Szumowskiego. Że zachował się, że sprawnie, że ma oczy przekrwione z niewyspania ten nasz stachanowiec. Tylko że nie sposób dostać się do lekarza. Nie sposób, bo człowiek z gorączką, półżywy, odbija się od ściany. Bo albo nikt nie odbierze telefonu, albo do tej przychodni nie jest zapisany, albo nie ma miejsc. Jeśli uda mu się przyjechać i przeczekać pół dnia na korytarzu, jest szansa, że przyjmą go nadprogramowo prawdziwi cisi bohaterowie ostatnich dni: lekarze i lekarki, którzy sami mają pod opieką dzieci z pozamykanych szkół i przedszkoli. Którzy znów odwalają robotę za nieudolne państwo.
Brakuje systemu wsparcia dla wszystkich, którzy jednak w domach pozostać nie mogą. Niektóre uczelnie zamknęły dziekanaty. Inne organizują zebrania kadr, biurokracja kręci się w najlepsze. Ludzie stoją w kolejkach w urzędach, które normalnie pracują do 16.00.

Brakuje systemu wsparcia dla seniorów. Organizują je kandydaci na prezydenta w ramach swoich indywidualnych kampanii.

Brakuje systemu wsparcia dla tych, którzy już poplajtowali albo poplajtują za chwilę. Fajnie sobie pobajdurzyć o upadku kapitalizmu i pośmiać się, ze nie zarobi w tym miesiącu sklep sprzedający torebki i buty dla paniuś z middleklasy. Tylko powiedzcie to mojej znajomej, która prowadzi studio fotograficzne albo znajomemu kociemu behawioryście. Powiedzcie im, że sami są sobie winni, bo wymyślili sobie hipsterską karierę zamiast układać kafelki. Na które, nota bene, również nie będzie teraz popytu.
Nagłówki krzyczą: rząd apeluje do banków, by ulżył kredytobiorcom! I faktycznie, szykują się ulgi. Na Placu Czerwony rozdają samochody. Tylko że nie rozdają, i nie ulgi, a odraczają spłaty rat (o odsetkach strategicznie nie było mowy), i nie wszystkim, tylko tym, co zachorowali i to udowodnią.
To nie jest państwo z kartonu. To jest państwo, jak mawiał klasyk, teoretyczne.

Zupełnie nie rozumiem optymizmu tych, którzy mówią, że nie grozi nam włoski scenariusz. Na razie jedyny wniosek, jaki wyciągnęliśmy z ich historii to „informować jeszcze mniej, pozamykać ludzi w domach, najsilniejsi przetrwają”. A że oprócz koronawirusa ludziom zdarza się w marcu 2020 chorować na zupełnie inne rzeczy? Sami są sobie winni.

Pokazuję co naprawdę się dzieje w Chinach

“Zrobiłem to ze względu na babcię i siostrę, które są w Polsce i bardzo panikują. Przez codzienne telefony z domu i prośby o pilny powrót, zdecydowałem się publikować filmiki dla rodziny i bliskich aby pokazać jak to naprawdę wygląda, że nie jest tak źle jak to pokazują polskie media” – mówi Denis Gierczak.

Polak, pracuje i mieszka ze swoją chińską dziewczyną w Szanghaju od czterech lat. W ciągu kilku dni od wybuchu epidemii koronawirusa w Chinach, zaczął filmować i robić wideo, aby pokazać swoje miasto w mediach społecznościowych.

Kasia Le, Polka, która od 10 lat mieszka w Zhoushan (ponad 200 kilometrów na południe od Szanghaju), również zaczęła dokumentować swoje życie po wybuchu epidemii. Od momentu przybycia do Chin zaczęła blogować o tym, jak szybko zmieniają się Chiny.

„A czemu teraz zaczęłam pisać? Dlatego, że w mediach ukazuje się wiele przekłamanych informacji na temat obecnej sytuacji. Czytam, że nie mamy co jeść, bo półki sklepowe są puste, że jesteśmy więzieni, musimy siedzieć zamknięci w domach. Teściowa nie śpi po nocach, bo martwi się o mnie i wnuczkę. Zaczyna podejrzewać, że ją okłamuję, bo jestem podejrzanie spokojna. Chciałam pokazać jak to rzeczywiście wygląda w mojej okolicy. Obecnie jest spokojnie, ludzie stosują się do zaleceń miejscowych władz i wszyscy liczą na szybki powrót do normalności” – opowiada Kasia.

Na filmach zrealizowanych przez Denisa pokazywane są towary w supermarkecie i mieszkańcy stojący w kolejce po maski.

„Przez pierwsze dni popyt przekraczał podaż, ale potem sytuacja się ustabilizowała i raczej nie brakuje żadnych przedmiotów codziennego użytku. Praktycznie cały czas próbujemy robić zakupy w sklepach stacjonarnych. Aby ograniczyć sytuacje, kiedy mnóstwo ludzi stoi w kolejkach do aptek – co zwiększa ryzyko zakażenia – w niektórych miastach chińskich wprowadzono specjalny system zdalnego zakupu maseczek. W Szanghaju możesz zapisać w systemie dystrybucji masek prowadzonym przez administracje osiedli” – wyjaśnił Denis.

Z zakupami nie było i nie ma żadnych problemów dla Kasi. Od początku epidemii do dnia dzisiejszego w markecie są wszystkie niezbędne produkty. Otwarte są również małe sklepiki w których można kupić najpotrzebniejsze rzeczy.

„Zdarza mi się robić zakupy online. W tej kwestii zmieniło się tylko to, że nie są dostarczane pod drzwi jak to było wcześniej, trzeba się wybrać na główną bramę osiedla aby je odebrać, gdyż nie są wpuszczani ludzie z zewnątrz. Ale tak się dzieje również jak nie ma epidemii, bo wiele osiedli w Chinach jest strzeżonych i nie wpuszcza się obcych na ich teren” – wyjaśnia Kasia.

W celu kontroli rozprzestrzeniania się epidemii wiele chińskich miast wdrożyło ścisłe środki zarządzania, a osiedle, w których mieszka Denis, są podobnie zarządzane.
„W tej chwili jedynie mieszkańcy mogą wejśc na teren osiedla po uprzedniej kontroli temperatury i pokazywaniu przepustki wejściowej. Kurierzy nie mogą wjechać na osiedla i wszystkie przesyłki lub jedzenie muszą być zostawiane, lub odbierane bezpośrednio przed bramą. Dodatkowo każda osoba powaracająca spoza Szanghaju musi się zgłosić u administracji osiedla i zgłosić swoją podróż. Po tym czasie jest rekomendowana 14 dniowa kwarantanna. Codziennie wolontariusze informują ludzi o środkach zapobiegwaczych jak mycie rąk, przewietrzenie pomieszczeń, noszenie maseczek itp. Jest rekomendowane pozostawanie w domach. Działania są zakrojone na bardzo obszerną skalę” – opowiada Denis.

W odpowiedzi na krytykę chińskiego ograniczenia praw człowieka, w opinii Kasi wszystkie te środki są z korzyścią dla ludzi.

„Środki podjęte przez rząd chiński, uważam za bardzo dobre. Myślę, że tylko w taki sposób można wyodrębnić osoby już chore i nie dopuścić do przemieszczania się wirusa w tak ogromnej populacji. Można widać duże zaangażowanie i ciężką pracę ludzi pilnujących tych kontroli” – wyjaśniła Polka.

Z powodu epidemii wszystkie szkoły podstawowe i średnie oraz przedszkola w całym kraju zostały zamknięte. Pod koniec lutego chińskie Ministerstwo Edukacji wydało zawiadomienie, że zasadniczo szkoły nie zostaną otwarte, dopóki sytuacja epidemii nie zostanie opanowana. Szkoła, w której znajduje się córka Kasi, również przełożyła datę rozpoczęcia nauki. Od 17 lutego jej córka rozpoczęła naukę online w domu. Szkoła przywiązuje dużą wagę do edukacji.

„U mojej córki w szkole system nauczania jest bardzo dobrze zorganizowany. Jest bardzo dobry kontakt ucznia z nauczycielami. Pokaz slajdów, odpytywanie w trakcie wykładu, prace domowe. Nauczyciele pilnują przerw między lekcjami i przypominają, żeby odkładać komputery w czasie przerwy z obawy na oczy. Kontaktują się z rodzicami aby w takiej sytuacji kontrolowali czas spędzony na telefonach, laptopach i innym sprzęcie” – opowiada mama dziewczynki.

Walka z epidemią to także udział dużej liczby personelu medycznego na pierwszej linii frontu. Po wybuchu epidemii personel medyczny w całym kraju pomagał Wuhanowi, a większość z nich zgłosiła się na ochotnika, ryzykując życiem. Aby pokazać szacunek i wsparcie dla nich, Kasia i jej polska przyjaciółka przetłumaczyły chińską piosenkę „Ruszajmy, kierunek światło”, która jest dedykowana dla wszystkich osób ciężko pracujących i walczących na linii frontu w zapobieganiu epidemii, na różne języki obce.

„Chciałam im przekazać, że jestem pełna podziwu dla ich morderczej pracy, szczególnie dla tych, którzy są na pierwszej lini zagrożenia. Życzę im z całego serca dużo zdrowia i siły. Z mojego miasta pojechała ekipa lekarzy i pielęgniarek do Wuhanu aby zmienić osoby tam będące. Jest wśród nich moja koleżanka Denny, którą bardzo w myślach wspieram” – tłumaczy Polka.

Denis wykorzystał również swoje siły, aby pomóc swojemu miastu przetrwać epidemię. Po tym jak ujrzał inicjatywę krwiodawstwa zorganizowaną w Szanghaju dołączył do zespołu.

„Czterokrotnie uczestniczyłem w nieodpłatnym oddawaniu krwi, odkąd przybyłem do Chin. Wiem, że Chiny potrzebują teraz oddawania krwi bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To może pomóc innym. Przybyłem z daleka. Jako gość w Chinach zostałem ciepło przyjęty przez Chińczyków. Stąd moja chęć zrobienia czegoś, aby pomóc Chińczykom” – opowiada Denis.

W ostatnich dniach Denis zaczął nagrywać swój powrót to pracy, także innych pracowników w całym Szanghaju. Wszyscy mają nadzieję na powrót do normalnego życia i pracy jak najszybciej, a tylko pozytywna energia może dać siłę do przetrwania.

Zanim kupimy coś niepotrzebnego

Im jesteśmy zamożniejsi, tym więcej rzeczy uważamy za absolutnie dla nas niezbędne.

Aż 84 proc. Polaków przyznaje, że w ich mieszkaniach zalegają niepotrzebne i nieużywane przedmioty. Często jest ich więcej niż sto, a czasami tak dużo, że trudno oszacować liczbę – wynika z badania przeprowadzonego przez SW Research w styczniu 2020 r. na zlecenie Gumtree.pl.
Większość z nas nie ma pomysłu, jak nieprzydatnym rzeczom nadać „drugie życie”. To niepokojące nie tylko dlatego, że niedostateczna jest nasza wiedza na temat możliwości ponownego wykorzystania przedmiotów. Problemem jest również rosnący konsumpcjonizm, który w skali globalnej przekłada się na nadmierną eksploatację dostępnych na Ziemi zasobów.
Dekonsumpcja – to postawa polegająca na świadomym ograniczeniu konsumpcji do niezbędnego minimum. Wciąż jest ona bardziej modnym hasłem, niż światopoglądem większości polskiego społeczeństwa – bo 4 na 10 mieszkańców naszego kraju kupuje zbyt dużo w stosunku do swoich aktualnych potrzeb. Choć wciąż konsumujemy mniej niż mieszkańcy najbogatszych krajów Europy Zachodniej (ale z roku na rok nadrabiamy ten dystans.)
W wspomnianym badaniu mieszkańcy Polski zostali poproszeni o oszacowanie, ile niepotrzebnych przedmiotów znajduje się w ich domach. Co trzeci respondent stwierdził, że ich liczba wynosi od 1 do 20. 24 proc. uznało, że ma takich rzeczy między 21 a 50, a około 8 proc. – więcej niż 100 (co chyba należy uznać za zaniżony odsetek). Tylko 16 proc. zapytanych odpowiedziało, że nie ma ich w ogóle, a 15 proc. udzieliło odpowiedzi „nie wiem, ale bardzo dużo”.
Ciekawe, że najmniej zbędnych rzeczy mają osoby między 50 a 65 rokiem życia – jeden na pięciu zapytanych z tej grupy wiekowej uważa, że nie ma ich wcale. Podobnie deklaruje 28 proc. Polek i Polaków o dochodzie powyżej 5000 złotych miesięcznie.
Z badania Gumtree wynika, że o dziwo, niepotrzebne przedmioty najczęściej przechowują Polacy o najniższych dochodach. W przypadku respondentów zarabiających poniżej 1000 złotych miesięcznie, odsetek ten wynosi 47 proc. Z kolei do śmieci zbędne rzeczy najczęściej wyrzucają Polacy otrzymujący na rękę między 3001 a 5000 złotych (35 proc) oraz powyżej 5000 złotych (30 proc.) Zapewne te dane wynikają z faktu, iż w miarę wzrostu dochodów, rośnie też liczba rzeczy uważanych przez nas za niezbędne.
Nie ma natomiast znaczących różnic między kobietami i mężczyznami – zarówno panie, jak i panowie mają tendencję do chomikowania. Najczęściej w polskich mieszkaniach zalegają ubrania – 35 proc. ankietowanych wskazało, że to właśnie odzież w niewłaściwym rozmiarze czy po prostu taka, która przestała nam się podobać, stanowi największą część niepotrzebnych i nieużywanych rzeczy w naszych zbiorach.
Na drugiej pozycji uplasowały się bibeloty i ozdoby, które kurzą się w domach 21 proc. respondentów. Kolejne miejsca zajęły zabawki (14 proc.), książki (13 proc.), przybory kuchenne i naczynia (9 proc.) oraz buty (7 proc.).
Niepotrzebne ubrania nieco częściej przechowują mężczyźni (39 proc.) niż kobiety (32 proc.). Panie uważają, że prawie wszystkie ciuchy są im niezbędne. Poza tym, chętniej gromadzą nieczytane książki (16 proc. w porównaniu do 9 proc. u panów).
Rosnąca konsumpcja to zjawisko, które w przestrzeni publicznej do niedawna było przedstawiane przede wszystkim jako coś pozytywnego. Wpływ na to miały z pewnością konsekwencje przełomu politycznego roku 1989, po którym Polska wkroczyła w erę kapitalizmu. Niedostępne w gospodarce niedoboru przedmioty, zaczęły nagle być na wyciągnięcie ręki, a Polacy zapragnęli posiadać ich jak najwięcej.
– Ten trend się zmienia, ponieważ coraz więcej osób myśli o tym, jaką planetę zostawi swoim dzieciom i wnukom. Również najmłodsze pokolenie zaczyna mieć świadomość znaczenia działań w duchu zero waste – komentuje wyniki badania Katarzyna Merska z Gumtree.
Co piąty mieszkaniec Polski przekazuje nieużywane przedmioty organizacjom charytatywnym. Podobny odsetek oddaje je bliskim. Najczęściej wolimy jednak… nic z nimi nie robić. Aż 38 proc. zapytanych Polek i Polaków stwierdziło, że zbędne rzeczy po prostu zalegają w ich mieszkaniach. Jedna na cztery osoby wyrzuca je do kosza na śmieci, a 9 proc. badanych to, co zalega w domach, sprzedaje w internecie. Ten ostatni trend trzeba ocenić pozytywnie, bo w dobie powszechnej cyfryzacji, takie rzeczy możemy z powodzeniem sprzedawać za pośrednictwem rozmaitych portali czy dedykowanych grup w social mediach.
Znacznie łatwiejsze niż kiedyś jest także wspieranie organizacji charytatywnych. W sieci znajdziemy dziesiątki adresów kontaktowych do fundacji, które przyjmą zalegające u nas ubrania czy książki.
Co czwarta osoba o dochodzie między 3001 a 5000 złotych deklaruje, że przekazuje niepotrzebne i nieużywane rzeczy wybranym instytucjom i organizacjom charytatywnym. Jednak w przypadku najlepiej zarabiających (powyżej 5000 złotych) odsetek ten spada do 20 proc. Zbędne rzeczy najchętniej organizacjom dobroczynnym przekazują osoby między 50 a 65 rokiem życia (26 proc.) oraz te poniżej 24 roku życia (22 proc.). Młodzi ludzie, chętniej niż inni, sprzedają używane przedmioty w internecie. Robi to 13 proc. badanych w grupie wiekowej 18-24 lata.
W mentalności większości Polaków nie ma zaszczepionych zachowań, które odzwierciedlałyby tzw. hierarchię postępowania z odpadami. W tej hierarchii, najważniejsza jest prewencja, czyli zapobieganie zbędnej konsumpcji. Następnie chodzi o ponowne użycie, które może być rozumiane jako odsprzedaż, przekazanie, naprawa czy recykling.
– Jeśli to pomijamy i dochodzi do zbędnego przechowywania nieużywanych produktów, zasoby i energia potrzebne do ich produkcji zostają nieracjonalnie wykorzystane, przyczyniając się w ten sposób do degradacji środowiska. Nadzieję na poprawę tej sytuacji niosą zmiany w unijnych dyrektywach odpadowych, przyjęte w 2018 roku, a teraz wzmocnione w tzw. Europejskim Zielonym Ładzie. Kładą one większy nacisk na działania prewencyjne, obligując kraje członkowskie, samorządy oraz przedsiębiorców do lepszego projektowania produktów – tak, aby były trwalsze i nadające się do naprawy, a sektor second-hand był wspierany narzędziami edukacyjnymi czy ekonomicznymi – ­mówi Piotr Barczak, z stowarzyszenia Zero Waste i Europejskiego Biura Ochrony Środowiska.
Dzień Długu Ekologicznego to umowna data, kiedy Ziemia wykorzystała wszystkie zasoby na dany rok, w stopniu przekraczającym zdolność planety do ich odnawiania. W 2019 dzień ten przypadł 29 lipca, a więc zaledwie po 7 miesiącach roku.
Są rozmaite sposoby na to, jak ograniczać konsumpcję. Działania te wciąż nie przekładają się jednak na wymierne, pozytywne efekty, a ich skala pozostaje ograniczona. Najbardziej godny polecenia jest tzw. smart shopping – czyli kupowanie tylko takich produktów, które są nam niezbędne, a przy tym ich stosunek jakości do ceny stoi na bardzo wysokim poziomie.