Dobry Polak, choć Ruski Recenzja

„Nigdy w Polsce nie zrozumiecie jak bardzo tęskniliśmy za Polską. Stawialiśmy ją na ołtarzu, idealizowaliśmy. Chroniliśmy naszą polskość niczym błonę dziewiczą. I codziennie marzyliśmy, abyśmy mogli do tej polskiej macierzy przyjechać.”

 

To początek opowieści polskiej dziennikarki z Wilna. Władającej polskim, litewskim, rosyjskim i angielskim językiem. Urodzonej na radzieckiej wtedy Litwie, ale w polskiej społeczności.
Jednak kiedy w 1991 roku po raz pierwszy przyjechała do Polski, to poczuła się tu obcą. Co z tego, ze mówiła przepiękną polszczyzną, skoro miała, i nadal ma, wileński akcent. I choć mówi jak kiedyś Adam Mickiewicz, to mieszkańcy Polski zaklasyfikowali ją jako „ruską”.
„Tutaj, w tej waszej Polsce”, mówiła potem z nutą goryczy, „kobieta uznana za „ruską” ma dwie propozycje pracy. Jeśli ocenią ja jako brzydka, to zaproponują sprzątanie. Jeśli uznają za ładną to zaproponują pracę w agencji towarzyskiej. Innych ofert nie usłyszysz”.
Pewnie dlatego, nie wyemigrowała do swej „wytęsknionej” Polski. Wolała być Polką na Litwie niż „ruską” w Polsce. A kiedy Litwa i Polska wstąpiły do Unii Europejskiej została także obywatelką wspólnej Europy. Kolejnej unii polsko – litewskiej.

 

Polacy bez Polski

W 1921 roku, po ukształtowaniu się granic II Rzeczpospolitej, za jej wschodnimi rubieżami pozostało około 2 milionów Polaków. Ilu było naprawdę nigdy się nie dowiemy. Zresztą wielu z nich miało by dzisiaj kłopoty, gdyby zechcieli zdać egzamin na Kartę Polaka. Urzędowo potwierdzić swa polskość.
I trudno się temu dziwić. Tamci Polacy, ich rodzice i dziadkowie, urodzili się i wychowali już w państwie rosyjskim. A tam od połowy XIX wieku byli intensywnie rusyfikowani. Także po powstaniu II Rzeczpospolitej kilkaset tysięcy Polaków mieszkało w niepodległych republikach bałtyckich. Estonii, Łotwie i Litwie. Najlepsze warunki mieli w Łotwie. Najgorzej na Litwie, bo do 1938 roku relacje między Litwą a II Rzeczpospolitą przypominały obecne Korei Północnej i Południowej.
Najwięcej Polaków, ponad milion, zamieszkiwało Związek Radziecki. Początkowo władze ZSRR realizowały leninowskie zasady praw każdego narodu do własnego języka i kultury. Powstały dwa autonomiczne, administracyjnych polskie regiony na Ukrainie i Białorusi. Patronami ich byli wybitni twórcy ZSRR polskiego pochodzenia. Julian Marchlewski i Feliks Dzierżyński.
Wraz z umacnianiem się władzy Józefa Stalina i unifikacją ZSRR autonomię takich okręgów stopniowo ograniczano. Miejsce radzieckiego „Multi kulti” zajmował zunifikowany naród radziecki. Wyrosły z tradycji wielkorosyjskiej, imperialnej kultury.
W 1936 roku polskie województwa zostały zlikwidowane. Pod hasłem „oczyszczenia” przygranicznych terenów ZSRR z „polsko-niemieckiego elementu nacjonalistycznego”. Większość zamieszkałej tam ludności, nie tylko Polaków, wysiedlono do Kazachstanu. Ilu Polaków wtedy tam wywieziono, ilu zmarło po drodze, znów trudno precyzyjnie oszacować.
Może było ich 70 tysięcy a może 120 tysięcy.
Mieszkający wtedy w ZSRR Polacy identyfikowali się z polskością dlatego, że ich przodkowie byli Polakami. Bo mieli polsko brzmiące imiona i nazwiska. Bo uważali się za katolików, choć zwykle nie mieli już możliwości kultywowania swej wiary. Bo kultywowali dawne, polskie tradycje, zachowania. Ubierali się jak na Polaka przystało. Czuli się Polakami, chociaż przestawali już mówić po polsku, nawet w domach rodzinnych. Byli obywatelami ZSRR. Zatem po zakończeniu II wojny światowej nie mogli skorzystać z prawa do repatriacji do nowej Polski Ludowej.
Według spisu powszechnego w 1989 roku w Kazachstanie zamieszkiwało 169 narodowości. Kazachów było 6.5 miliona. Rosjan niewielu mniej, bo 6,2 milionów. Rosjanie rządzili krajem, zajmowali zwykle kierownicze stanowiska. Polską narodowość zadeklarowało jedynie 60 tysięcy spisanych. Tych najodważniejszych, bo wtedy za polskość więcej mogło być kłopotów niż profitów.

 

Nacjonalizm wasz i nasz

Po powstaniu niepodległego Kazachstanu w 1991 roku rozpoczęła się „kazachizacja”. Wymiana elit. Odgórną rozłożono na lata, oddolna przebiegała żywiołowo. Rosjanie tracili dobrą pracę. Często dostawali od Kazachów propozycje kupna ich domów. Nierzadko ultymatywne. Decyzje wyjazdów Rosjan przyśpieszały pożary ich samochodów, podpalanych przez „nieznanych sprawców”.
Ofiarami takiej „kazachizacji” padali także Ukraińcy, Polacy, Finowie. Bo byli rosyjsko podobni. Wielu z nich nie miało gdzie wyjechać. Często ich przodkowie mieszkali w Kazachstanie już w czasach rosyjskiego imperium. Nie mieli rodzin zagranicą, nawet w Rosji i na Ukrainie. Najłatwiej było Niemcom. Od 1993 roku władze Republiki Federalnej Niemiec rozpoczęły systematyczną repatriację wszystkich poczuwających się do niemieckości.
Niemieckość łatwo można było dowieść, bo język niemiecki był w radzieckim Kazachstanie powszechnie uczony w szkołach, a społeczność niemiecka dobrze zorganizowana. W efekcie takiej akcji niemieckiego rządu wyjechało z Kazachstanu ponad 900 tysięcy obywateli. Głodny siły roboczej, rosnący gospodarczo RFN przyjmował bez oporów także małżonków niemieckich repatriantów niezależnie od ich pochodzenia narodowego. Niemiecki obywatelstwo przyznawano osobom, które potrafiły odpowiedzieć po niemiecku na kilka podstawowych pytań. Decydowała przydatność na rynku pracy.
Rządząca III i IV Rzeczpospolitej polska prawica zawsze miała pełne gęby patriotycznych frazesów. O biednych, uciśnionych Polakach mieszkających na Wschodzie. O samotnych babciach z Kazachstanu, które ocaliły polskość pomimo „sowieckiego terroru”. O konieczności naprawy dziejowych krzywd im wyrządzonych narodowi polskiemu.
W praktyce przez ponad dwadzieścia lat repatriacji Polakom z Kazachstanu nie ułatwiono. Blokował po cichu repatriację polski kościół katolicki. Kardynał Glemp uważał ją za szkodliwą dla interesów kościoła katolickiego na Wschodzie. Bo pozbawiała kościoła tamtejszych wiernych. Groziła wymieraniem parafii katolickich.
Nie było też ekonomicznego parcia polskiej gospodarki na pozyskiwanie emigrantów. To z III Rzeczpospolitej wyjeżdżali emigranci w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia. Przyjęta za rządów prawicowego AWS w 2000 roku ustawa o repatriacji Polaków zamieszkujących państwa byłego ZSRR zrzucała odpowiedzialność za jej realizację na władze gminne. W Polsce jest około 2,5 tysiąca gmin. Przyjęto zatem założenie, że gdyby każda z nich zaprosiła przynajmniej 3 – 5 polskich rodzin to problem mógłby zostać rozwiązywany.

 

Patriotyczna bieda

Ale w Polsce gminy nie dysponują mieszkaniami, które mogłyby przekazać repatriantom, poza kolejką oczekujących na nie mieszkańców tychże gmin. Jeśli gdzieś takie wolne mieszkania były, to zwykle w miejscach gdzie nie było pracy. W Niemczech od początku lat sześćdziesiątych trwa ściąganie zagranicznych emigrantów do pracy. Istnieje tam sprawdzony w praktyce system adoptowania ich. Integrowania zawodowego i społecznego.
Jak było i jest repatriantom z Kazachstanu w niepodległej Polsce, możecie przeczytać w niedawno wydanej, znakomitej książce Jerzego Danilewicza. Zbiorze relacji Polaków, którzy pomimo przeszkód zdecydowali się na repatriację z Kazachstanu do naszego kraju.
Pod tytułem „Witajcie w Polsce. Powroty rodaków z Kazachstanu”.
I z gorzką dedykacją „Obcym wśród swoich”.
Bo poczucie obcości nadal jest najczęściej obecne wśród rozmówców Jerzego Danilewicza. Polacy mieszkający w Kazachstanie żyli tam zwykle dostatnio, ale czuli się tam obco. Nie czuli się jak u siebie, bo zawsze czuli się Polakami.
W Polsce często klepią biedę, bo wychowani w radzieckiej gospodarce nie potrafią znaleźć swego miejsca w tej polskiej. Egoistycznej, liberalnej. W wyścigu szczurów, w powszechnym wyzysku, zwłaszcza ludzi uznanych za obcych.
Cóż z tego, że repatrianci z Kazachstanu czują się Polakami, skoro przez tutejszych Polaków zwykle uważani są za „ruskich” . Czyli ludzi gorszych. Bo mówią ze wschodnim akcentem, bo kultywują nieznane już tutaj zwyczaje. Bo mają, jakże pogardzaną w obecnej Polsce, mentalność radziecką. Są dla wielu miejscowych żywymi reliktami „homo sovieticusów”.
Ale decyzji przyjazdu do Polski repatrianci publicznie nie żałują. Zwłaszcza ci, którzy przyjechali tu z dziećmi. Bo dzieci zwykle już wyemigrowały do Niemiec i tam nareszcie czuja się już swojo. Zwłaszcza wśród dzieci niemieckich emigrantów z Kazachstanu.
Jest też szczęśliwa grupa Polaków z Kazachstanu, która osiedliła się w Oziersku. W miasteczku leżącym w enklawie kaliningradzkiej. Mają tam rosyjskie obywatelstwa, rosyjskie emerytury i dobre warunki do życia w poniemieckich gospodarstwach.
Jeszcze trzy lata temu łatwo mogli jeździć do ukochanej Polski, bo była umowa o małym ruchu granicznym. Ale rządzący PiS zawiesił jej obowiązywanie i tak ograniczył Polakom wjazd do Ojczyzny.
Tacy to z PiS patrioci.

 

Jerzy Danilewicz. „Witajcie w Polsce. Powroty Rodaków z Kazachstanu”. Muza SA. 2018, str. 368, ISBN: 978-83-287-0783-2.

Blok Polska Europejska

Nadciąga wyborczy karnawał. Karnawał czy nawał kar – jak kto chce. Na pierwszy ogień idą wybory do lokalnych samorządów. Partyjni liderzy nie odrywają wzroku od wyników codziennych niemal sondaży: temu spadło, tamtemu wzrosło.

 

Oczywiście najważniejszy będzie Wielki Finał, czyli wybory do Sejmu i Senatu RP. Póki co dzisiaj podano, że wybory do sejmików wojewódzkich – najbardziej wiarygodny prognostyk wyborów parlamentarnych wygra PiS (w 12 województwach). Może tak, może nie. Ale Wielki Finał, jeżeli wygra go PiS ze swoimi przystawkami, ostatecznie przesądzi o przyszłości Polski.
Jest jedna karta, którą opozycja ma szansę skutecznie rozegrać. To karta europejska. PiS dostarczył morza dowodów, że jemu z taką jak obecnie Unią nie po drodze, że dąży do Plexitu lub przebudowania Unii do luźnego związku państw narodowych. Nie chodzi tylko o to, aby zlikwidować Unię Europejską w jej dotychczasowym, kształcie zanim Polska stanie się płatnikiem netto do unijnego budżetu. Powody są natury czysto ideologicznej, z przemożną rolą kościoła katolickiego za plecami Kaczyńskiego. Czy dążenie do rozmontowania Unii zbudowanej na dotychczasowych traktatach jest również celem Waszyngtonu czy/i Moskwy, a PiS w tej rozgrywce odgrywa rolę pożytecznego idioty, to inna sprawa. Ważne, że PiS jest zdeterminowany i nie cofa się nawet przed manipulacjami przy ordynacji wyborczej do najbliższych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Możemy też być pewni, że nie cofnie się przed żadnymi manipulacjami opinią publiczną, jakie znajdą się w jego zasięgu.
Z wypowiedzi Orbana można wywnioskować, że europejskie prawicowe siły eurosceptyków działają w tej kwestii w porozumieniu i szykują się do przejęcia inicjatywy w nowym Parlamencie. Jeżeli do tego dojdzie to, jak mówią, będzie pozamiatane.
Jedyną szansą dla Polski (a być może i dla Europy) jest w tej sytuacji – moim zdaniem – nadanie wyborom do Parlamentu Europejskiego charakteru ogólnonarodowego referendum: jesteś za członkostwem Polski w zintegrowanej i jednoczącej się wokół zawartych w traktatach wartości Unii Europejskiej, jednoczącej się wokół wyzwań, jakie przez Europą stawia rozwój światowej gospodarki i postęp technologiczny, czy jesteś za Europą pisowską, czy jesteś za marginalizowaniem Polski, za odrywaniem się Polski od Europy. Czy jesteś za Europą suwerenną, czy za Europą na pasku USA i Rosji.
Tą kartę można jeszcze wygrać póki nastroje prounijne dominują w Polsce, póki pisowska propaganda nie zrobiła i w tej kwestii wody z mózgów Polkom i Polakom.
Sytuacja staje się z dnia na dzień krytyczna i aby to osiągnąć sięgnąć trzeba po środki do niej adekwatne, nadzwyczajne, dotychczas nie praktykowane. Potrzeba nadzwyczajnej mobilizacji w obronie Unii Europejskiej przed politykami, którzy za nic mają parlamentarną demokrację, rządy prawa, wolności obywatelskie, którzy dążą do zniszczenia europejskiego ładu, jaki ukształtował się po II Wojnie Światowej.
Proponuję otóż powołanie do życia przez wszystkie prounijne partie polityczne wyborczego porozumienia o nazwie na przykład BLOK POLSKA EUROPEJSKA i wystawienie jednej, wspólnej listy kandydatów.
Pora sobie uświadomić, że od tego kto z jakiej partii będzie w Europejskim Parlamencie ważniejsze jest, aby zminimalizować w nim obecność PiS, aby nie dopuścić, aby w nowym PE karty rozdawał Kaczyński z Macierewiczem i Orbanem.
Prounijnie zorientowane partie polityczne niczym przy tym nie ryzykują w tym sensie, że wyniki wyborów do PE przełożą się najpewniej na krajowe wybory parlamentarne. Mogą więc one tylko wygrać, i to wygrać podwójnie: raz w wyborach do PE i drugi raz do Sejmu i Senatu, do których PiS może wystartować z czerwoną kartką wystawioną przez wyborców w maju 2019. Wystarczy poskromić ambicje personalne i pokazać, że potrafimy się jednoczyć wokół podstawowych europejskich wartości.
Czy liderzy proeuropejskich partii politycznych będą chcieli podjąć takie wyzwanie? Oczywiście nie wiem, ale wiem, że powinni. I wiem, że z tworzeniem takiego Bloku nie można czekać na maj 2019. Należy prace nad nim rozpocząć jak najwcześniej.
Tekst pochodzi z bloga „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Polacy o Polakach

… i o swojej historii, mają zbyt często opinie daleko odbiegające od minionej rzeczywistości.

 

Rzecz dotyczy preferowanych przez nas postaci, aktywnych w sferze publicznej w XX i XXI wieku, przedstawionych w najnowszym komunikacie Centrum Badania Opinii Społecznych. Przeprowadzone badania, z okazji odzyskania naszej niepodległości, są w tym opracowaniu porównywane do analogicznych, sprzed dziesięciu lat. Tegoroczna lista wzbogacona została przez respondentów o cztery osoby (I. Paderewski, W. Witos, L. Kaczyński, A. Kwaśniewski) co zapewne wiąże się z rocznicą 100-lecia, apoteozą Kaczyńskiego, także pozytywną refleksją o prezydenturze Kwaśniewskiego.

 

Lista osobistości

zawiera dwadzieścia dwa nazwiska, ułożone według skali pozytywnych opinii o działalności poszczególnych osób dla Polski.
Połowa z nich otrzymała ponad 50proc. pozytywnych ocen (od najwyższej akceptacji: Jan Paweł II, Józef Piłsudski, Stefan Wyszyński, Ignacy Paderewski, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, Lech Kaczyński, Lech Wałęsa, Władysław Sikorski, Aleksander Kwaśniewski, Wincenty Witos), a niewiele mniej jeszcze Edward Gierek. Po około 30proc. akceptacji otrzymały cztery osoby (Edward Rydz-Śmigły, Leszek Balcerowicz, Roman Dmowski, Tadeusz Bór-Komorowski), po około 20proc. trzy osoby (Wojciech Jaruzelski, Władysław Grabski, Władysław Gomółka) i po około 10 proc. także trzy osoby (Józef Beck, Eugeniusz Kwiatkowski, Bolesław Bierut).
Warta jest także uwagi lista zawierająca gradację ocen ujemnych: około 40proc. ocen negatywnych otrzymali B. Bierut i W. Jaruzelski, około 30proc. W. Gomułka i L. Balcerowicz, około 20 proc. E. Gierek i L. Wałęsa oraz po 10proc. L. Kwaśniewski i L. Kaczyński.
Należy na ten wykaz osobistości spojrzeć także w kontekście naszych ostatnich dziejów, zastrzegając przy tym, że niektóre osoby działając w różnym czasie, szczególną aktywnością wyróżniły się tylko w jednym okresie historycznym.

 

Czas II Rzeczpospolitej

reprezentuje osiem osób, II wojnę światową dwie osoby, aktywność w okresie Polski Ludowej przejawiało sześć osób, tyle samo w III Rzeczpospolitej.
Z powyższego wynika preferencja postaci II RP co zapewne wiąże się z nadchodzącymi obchodami niepodległości. Jeżeli zrozumieć można, z oczywistych powodów, przywoływanie niektórych postaci, to sama wielkość tej grupy świadczy o nadreprezentacji przedwojnia w opiniach Polaków, dla których aż jedna trzecia spośród zasłużonych dla Polski przypada na tamten, stosunkowo krótki, okres. Niewątpliwie zasłużyli się dla niej, w różnym zresztą stopniu, J. Piłsudski, I. Paderewski, W. Witos, R. Dmowski, W. Grabski, E. Kwiatkowski , ale uzasadnione zdziwienie i sprzeciw budzą osoby E. Rydza-Śmigłego i J. Becka (mających jedynie po 4proc. negatywnych ocen !), które nie najlepiej zapisały się dla naszego kraju.

 

Okres II wojny światowej

reprezentują w tych badaniach W. Sikorski (60proc. akceptacji) i T. Bór-Komorowski, który pomimo powszechnej krytyki związanej z jego sprawczą rolą dotyczącą wybuchu i tragicznych skutków Powstania Warszawskiego, oceniany jest pozytywnie przez jedną trzecią badanych (tylko 3 proc. negatywnych ocen !).

 

W Polsce Ludowej

swoją aktywność objawiło, acz diametralnie odmiennie, sześć osób. Pierwsze dwie to Jan Paweł II i S. Wyszyński, pozostali to ówcześni przywódcy polityczni: B. Bierut, W. Gomółka, E. Gierek i W. Jaruzelski.
Osoby duchowne, przede wszystkim z racji pełnienia najwyższych kościelnych urzędów, w naszym katolickim kraju znajdują się w tym rankingu na miejscach czołowych. Uznawane są także, wraz z J. Piłsudskim, jako najbardziej pozytywnie oceniane ze względu na działalność dla Polski. Można stwierdzić, abstrahując od oceny rzeczywistych zasług, że te postaci są dla badanych – w zdecydowanej większości zapewne wierzących – wzorcami osobowymi w kategoriach religijnych, ale też społeczno-politycznych.
Ocena przywódców PRL jest bardzo krytyczna; wyjątek stanowi E. Gierek zapewne z uwagi na zachowany, w pamięci zbiorowej, pozytywny obraz jego czasów. Na ocenę W. Jaruzelskiego kładzie się cieniem stan wojenny, na W. Gomułkę tragiczne wydarzenia w 1970 roku, a na B. Bierucie okres stalinizmu. Pomimo tych okoliczności (darując sobie wymienianie liczby zabitych w zamachu majowym, oraz w tłumieniu licznych robotniczych i chłopskich protestów w okresie II RP) w dużo poważniejszym, niż wynika to z badań, stopniu dobrze zasłużyli się dla naszego kraju. Komunikat CBOS obrazuje braki podstawowej wiedzy naszych obywateli o warunkach w jakich odradzała się powojenna Polska, o jej bardzo liczących się historycznych dokonaniach, pomimo całego zła, głównie w jej początkowym okresie.

 

W III Rzeczpospolitej

ranking osobistości przedstawia się następująco: J. Kuroń, T. Mazowiecki, L. Kaczyński, L. Wałęsa, A. Kwaśniewski i L. Balcerowicz. Preferencja postaci Kuronia wynika zapewne z jego demokratycznych dążeń i „ludzkiej postawy”, Mazowiecki jako pierwszy premier III RP, Kaczyński swoją wysoką pozycję zawdzięcza aktualnej gloryfikacji, Wałęsa degradowany jest przez PiS i z własnej częściowo woli. Charakterystyczne, że Kwaśniewskiego od Balcerowicza różni aż 22proc. pozytywnych opinii, co oznacza nie tylko akceptację lewicowej prezydentury, ale również bardzo poważną krytykę reform wprowadzonych przez tego drugiego.

 

Optyka tych badań

jednoznacznie dowodzi prawicowego oglądu minionych stu lat polskiej niepodległości, pomimo tego, że przez ponad lat czterdzieści, nie licząc ważnych demokratycznych decyzji u progu II RP, lewicowe wartości i ich realizacja zmieniły w gruntowny sposób cały polski świat. Na ogół na dużo lepszy dla milionów Polaków i ich współczesnych potomków.
Rodzi się za tym podstawowe pytanie: dlaczego tak jest ?. Odpowiedzi zawrzeć można w grubej księdze. O zagubionej pamięci wspominał ostatnio prof. Ludwik Stomma: „Dziś…potomkowie chłopów przypisują się do różnych kast, w których byli rzekomo w swojej historii… Nagle pojawiają się artykuły o Polsce odrodzonej, rzekomo mlekiem i miodem płynącej, nagle się okazuje, że chłopi sympatyzowali z powstaniem styczniowym i listopadowym… Takie bzdury obszywa się biało-czerwoną tasiemką i tym się macha, choć przecież tych ludzi, ich przodków, w tych powstaniach nie było… to wszystko jest przekłamane i zakłamane, wkłada się wszystko do garnka antykomunizmu i przysłania orłem białym.”

 

Odpowiada na to pytanie,

acz przy innej okazji, Przemysław Witkowski („Przegląd”, 30.07.2018): „Odpala się…cały ukształtowany przez IPN aparat ideologiczny, w którym lewicowość równa się zdradzie ojczyzny, zbrodni, porzuceniu polskości i szaleństwu. Od programów nauczania historii i WOS, przez licznie powstające ostatnimi laty muzea po prawicową publicystykę, opis socjalizmu, komunizmu czy anarchizmu jest potwornie demonizowany. Wystarczy więc etykietka i w głowach słabiej przygotowanych do samodzielnego myślenia czytelników i widzów uruchamia się projekcja: Kołyma, gułag, Katyń. Regularnie też w mediach, szkołach i książkach zrównuje się faszyzm i komunizm. Mimo że stalinizm był tylko specyficzną odmianą tego drugiego, a hitleryzm tego pierwszego esencją.” A ponadto komunizmu w Polsce nigdy nie było.

 

Mielenie świadomości Polaków

także przez prawicowe i postsolidarnościowe media, prezentujące antylewicową narrację a nie rzetelny obraz dalszej lub bliższej naszej historii, przynoszą właśnie takie, wręcz absurdalne, wyniki omawianych badań w postaci zatrważającego braku wiedzy, akceptacji kontrowersyjnych postaci i okresów, a nadto bezrozumne sympatie współczesnych Polaków.
Amunicji medialnej dostarczają także wypowiedzi różnych utytułowanych osób, które tylko z racji skrótu przed swoim nazwiskiem, mają mieć zawsze rację.
W związku z minioną rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego, 1 sierpnia na Onecie ukazała się wypowiedź prof. Pawła Kowalewskiego pt. „Powstanie może upaść po raz drugi”, która zawierała tyle niedorzeczności połączonych z propagandowymi akcentami, że spotkała się z druzgocącą krytyką internautów, co spowodowało zdjęcie jej przez redakcję jeszcze tego samego dnia.
Na temat Powstania w kolejny dzień Onet zamieścił wypowiedź znanego historyka prof. Normana Daviesa, który m. in. przedstawił nieznaną dotąd interpretację przyczyn wybuchu Powstania: „Zadanie AK było specyficzne. Miała ona dokonać dywersji, zająć newralgiczne punkty miasta, utrzymać się na nich sześć, siedem dni i w ten sposób pomóc Rosjanom zdobyć polską stolicę.” A kilka zdań dalej czytamy: „Stalin natomiast długo nie mógł zrozumieć, co się dzieje w Warszawie….W połowie września Beria wysłał nawet do Warszawy swojego oficera łącznikowego, by ten dowiedział się, gdzie znajduje się siedziba wojsk brytyjskich – bo byli przekonani, że powstańców musi wspierać zawodowe wojsko”. Tak więc zdaniem Normana Daviesa Powstanie miało pomóc Rosjanom, ale oni ani o terminie jego wybuchu, ani też nic więcej o nim samym nie wiedzieli. W tym kontekście zachwyca nie tylko brak elementarnej logiki, ale i kolejna część tej wypowiedzi, że dzięki Powstaniu Polska nie stała się kolejną republiką ZSRR.
I co ma po takiej i podobnych wypowiedziach odpowiedzieć ma na pytania CBOS-u biedny Polak, któremu wszystko pomieszano w głowie, a nadto dowiaduje się, że kasta sędziowska Sądu Najwyższego, zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości, nie zna się na prawie?