Kto może, niech oszczędza

Z jednej strony, Polacy deklarują, że planują zwiększanie oszczędności, z drugiej zaś, życie zmusza ich do tego, by coraz częściej przejadać to, co udało się im odłożyć.

Przełom roku to tradycyjnie dobry czas na składanie rozmaitych noworocznych postanowień.
Jak zbadano, na szczycie listy naszych planowanych zamierzeń znajdują się z reguły: rozpoczęcie nowej pracy, wprowadzenie zdrowego stylu życia, lepsza i uporządkowanie swego czasu, a także oszczędzanie pieniędzy.
Bezpieczeństwo najpierw
Plany związane z lepszym zarządzaniem domowym budżetem ma prawie połowa z nas – pokazuje zeszłoroczny raport Deutsche Banku,. Przede wszystkim chcemy zacząć samodzielnie odkładać na emeryturę (19 proc. odpowiedzi) oraz umieszczać swe środki pieniężne na lokatach terminowych (16 proc.). Znacznie rzadziej myślimy o inwestowaniu, co pokazuje, że w dalszym ciągu boimy się – i słusznie – podejmować ryzyko finansowe.
Cały czas nie najlepiej wyglądają oszczędności Polaków na tle sąsiadów. Stopa oszczędności w naszym kraju w ostatnich latach wahała się w okolicach 2%, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi ok. 5-6%, a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10% – zgodnie z niezmienną reguła, że ci co zarabiają najwięcej, także i odkładają najwięcej.
Spośród państw „nowej Unii „ tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy i Finowie.

Z góry czy z dołu?

– Warto zauważyć, że w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty, a towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w długi – komentuje ekspert Artur Frelek.
Oszczędzanie to proces, który nie zależy wyłącznie od wysokości naszych dochodów ani silnej woli. Jesteśmy skuteczni w oszczędzaniu, jeśli założyliśmy, że co miesiąc odłożymy np. 10% naszych przychodów i faktycznie tak się dzieje. Plan jest niby prosty, ale w rzeczywistości niewielu się to udaje. Przyczyny mogą leżeć w naszej naturze, wzorcach wyniesionych z domów lub zwyczajnie wynikać ze złej strategii – a przede wszystkim biorą się stąd, że po prostu generalnie za mało zarabiamy.
Zrozumiałe, że większość z nas stara się odłożyć pieniądze dopiero na koniec miesiąca − z tego, co zostanie po uregulowaniu należności, rachunków i po prostu codziennym życiu. Jest to tzw. oszczędzanie resztowe.
– Jeśli jednak odwrócimy tę zasadę o 180 stopni i przykładowe 10% z naszych przychodów przekierujemy na bezpieczny rachunek oszczędnościowy na początku miesiąca, jeszcze przed koniecznymi płatnościami, to istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że plan się powiedzie (tzw. oszczędzanie z dołu). Może warto więc spróbować? – mówi Dominika Nawrocka z bloga Kobieta i Pieniądze.

Porządki w domowym budżecie

Generalnie, niełatwo dotrzymać noworocznych deklaracji. Często uważamy, że mamy zbyt niskie przychody, które uniemożliwiają nam odłożenie jakiejkolwiek sumy pieniędzy. Czy jednak tak jest naprawdę?
Warto w takim przypadku krytycznie przyjrzeć się swoim kosztom życia, szukając przestrzeni na uzyskanie dodatkowych oszczędności – oraz aktywnie zwiększać przychody (co oczywiście jest trudne). Dobre zarządzanie budżetem domowym to jedna z kluczowych umiejętności w całym procesie oszczędzania, dlatego, że budżet domowy może być naturalnym źródłem naszej nadwyżki finansowej. Gromadzenie oszczędności to proces wieloetapowy i wymagający od nas dość dużej aktywności. Dzięki temu zyskujemy nie tylko pieniądze, ale też wiedzę i doświadczenie, a to się może przydać na drodze do osiągania naszych długoterminowych celów finansowych.

A może nie oszczędzać?

Z pewnością pozytywną wiadomością jest to, że jak podaje GUS, nastąpił wzrost ocen dotyczących możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy (o 3,9 punktu proc).
Mimo rosnącej świadomości dotyczącej oszczędzania, wciąż jedynie połowa Polaków odkłada pieniądze. Reszta po prostu nie ma z czego. Jedynie co 25 osoba odkłada pieniądze z myślą o emeryturze, a jedna na 10 uzupełnia swój domowy budżet, sięgając po oszczędności.
Niepokoi natomiast to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia zauważalnie zwiększyła się liczba Polaków, którzy zmuszeni są sięgać po oszczędności, by załatać domowy budżet – z 9,2 proc. do 11 proc.
Wszyscy namawiają nas do oszczędzania, ale wydaje się, że strategia nie oszczędzania pieniędzy na jesień życia też ma racjonalne strony. Lepiej przecież wydawać pieniądze na różne miłe strony życia wtedy, kiedy jeszcze mamy siły i zdrowie aby z nich korzystać.

Jak kreatywni dogadują się z uporządkowanymi?

Jeżeli polska firma ma problemy z wykonaniem kontraktu zawartego z niemieckim odbiorcą, to nie powinna udawać, że wszystko gra, lecz otwarcie powiedzieć o problemach i przedstawić program naprawczy.

Stereotyp naszego sąsiada zza Odry najczęściej prezentuje go jako osobę skrupulatnie przestrzegającą zasad, wymagającą od siebie i innych dyscypliny i punktualności. W Polsce synonimem jakości jest zaś wciąż – choć już raczej w opinii osób starszych – niemiecki samochód. Stereotyp, dziś odchodzący w przeszłość, głosił, iż jest to niezawodna maszyna, która może służyć przez lata.
Jak to natomiast wygląda po drugiej stronie granicy – abstrahując od niemieckich opinii, głoszących, że Polacy bardzo sprawnie umieją osiągać to, iż wspomniany samochód zdematerializuje się znad Renu i odnajdzie nad Wisłą?
Otóż jeżeli Niemcy coś doceniają w Polakach, to przede wszystkim naszą słynną, choć nieco mityczną, kreatywność.
Mamy natomiast całkiem świeży i konkretny przykład tego, co Niemcy mogliby docenić w Polakach. Otóż polska młodzież wypadła bardzo dobrze w szkolnych testach piętnastolatków PISA, zostawiając daleko w tyle młodzież niemiecką.
Szkoda, że to ostatni taki polski sukces, bo PiS w ramach dobrej zmiany zrujnował budowany z powodzeniem w naszym kraju racjonalny model edukacyjny. Jednak w tym roku możemy jeszcze być dumni z przewag edukacyjnych naszej młodzieży. My jesteśmy lepiej wyedukowani i mamy większe zasoby wiedzy niż oni. Niemcy umieją za to perfekcyjnie wykorzystywać swe skromniejsze zasoby i są bardziej uporządkowani oraz wytrwali niż Polacy.
My rozwijamy się znacznie szybciej niż Niemcy – ale oni doskonale umieją wykorzystywać swe wypracowane przez lata przewagi konkurencyjne i potrafią sterować Unią Europejską w dogodnym dla siebie kierunku.
Jak na razie różnice między Polakami i Niemcami udaje się godzić tak, że relacje handlowe przekładają się na korzyści dla obu stron.
– Z nami jest trochę tak jak w słowach Napoleona: „Jeśli coś jest niemożliwe do wykonania, dajcie to zrobić Polakom”. Tam, gdzie nasi sąsiedzi widzą regulaminy i biurokrację, tam Polacy widzą po prostu pracę do zrobienia. A nasze zadania potrafimy wykonywać z prawdziwą fantazją – mówi Artur Kasiubowski, założyciel firmy pomagającej polskim firmom znajdować niemieckich klientów. Zręczne znajdowanie rozwiązań tam, gdzie wydają się one nie istnieć, to zaledwie tylko jedna z cech, które mogą pomóc Polakom w zdobyciu zaufania zachodniego klienta.
– Żeby zaistnieć na obcym rynku, trzeba znać specyfikę klientów, do których kieruje się swój towar. Niemieckich konsumentów nie przekonują jedynie niskie ceny, które dla wielu polskich firm na przełomie milenium stanowiły kartę przetargową. Oczekują oni towaru wysokiej jakości, tak samo, jak w przypadku korzystania z usług firm z Francji czy Anglii. Dobry towar obroni się sam, ale dopiero gdy o jego istnieniu dowiedzą się klienci. W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa – jedna niezawodnie wykonana usługa może okazać się przepustką do kolejnych zleceń – dodaje Artur Kasiubowski.
Warto o tym pamiętać szczególnie w przypadku wysokich cen reklam i ich stosunkowo niewielkiej skuteczności. Nawet niewielkie ogłoszenie w lokalnej niemieckiej gazecie to koszt kilkuset euro, a przecież to zaledwie jedna publikacja o ograniczonym zasięgu.
W Niemczech wciąż doskonale sprawdza się rozmowa z sąsiadem, który zadowolony z usługi poleca firmę kolejnym klientom. To dobra wiadomość szczególnie dla polskiej firmy, która nie chce inwestować w reklamę zagranicą.
Bez dogłębnej znajomości lokalnego rynku płatny przekaz może nie tylko nie trafić do odpowiedniej grupy odbiorców, narażając firmę na straty finansowe, ale nawet zaszkodzić wizerunkowi przedsiębiorstwa przez treść ogłoszenia odbiegającą od niemieckich przyzwyczajeń.
Sprawy nie ułatwia również rzecz tak prozaiczna jak dystans – mimo, że żyjemy w dobie cyfryzacji, nie będąc w stanie poznać reakcji klientów na reklamę ciężko jest zmierzyć jej skuteczność i zaplanować skuteczną kampanię. Tym bardziej, że niemiecki nabywca z założenia preferuje rodzime produkty. Każdy przedsiębiorca w którymś momencie mierzy się z przeciwnościami, które mogą przeszkodzić w wykonaniu pracy na takim poziomie, jaki sobie założył – na przykład w przypadku, gdy towar nie dotarł na czas lub sezonowy brak pracowników wymusił przesunięcie prac. Co powinien zrobić usługodawca, któremu zależy na dobrej opinii w Niemczech pomimo napotkanych problemów?
– Przede wszystkim powinien uczciwie wyjaśnić sytuację klientowi. Czasami wystarczy jeden telefon i zaproponowanie wyjścia z sytuacji, nowego terminu lub rekompensaty – niemieccy klienci wykazują się dużą cierpliwością i zaufaniem. Jeśli wiedzą, że usługodawca ma plan działań, a okoliczności są tylko przejściową niedogodnością, będą współpracować przy rozwiązaniu problemu. Nie warto udawać, że wszystko gra i liczyć, że sytuacja sama się rozwiąże. Otwartość i uczciwość zdecydowanie pomogą obu stronom dojść do porozumienia ponad granicami – przekonuje Artur Kasiubowski.

Z wężem w kieszeni

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nasi rodacy stają się niestety coraz mniej skłonni do działań charytatywnych na rzecz potrzebujących.

Jesteśmy w przededniu 28. finału wspaniałej imprezy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy organizowanej przez Fundację Jurka Owsiaka.
Warto zatem przyjrzeć się, jacy jesteśmy jako społeczeństwo pod względem dobroczynności (czy szczodrości) na tle innych krajów. Jak jesteśmy oceniani oraz jakie są tendencje, zauważane od 2012 r – bo właśnie od tego roku sporządzany jest raport na temat dobroczynności społeczeństw szeregu krajów.
Opracowuje go Fundacja Pomocy Charytatywnej (CAF) z siedzibą w Wielkiej Brytanii a podstawowe dane statystyczno-ankietowe dostarcza Instytut Gallupa.

Zadziwiająca Indonezja

Badania Instytutu Gallupa obejmują 144 krajów (spośród jeszcze większej liczby badanych), i jako wiarygodne wchodzą w skład indeksu i rankingu.
Badania mają charakter reprezentatywny. Są oparte są na losowych próbach statystycznych na ogół rzędu 1000 osób w krajach średniej wielkości, 2000-4000 osób dla krajów dużych i ok. 500 dla małych.
Łącznie w badaniach bierze udział ok. 153,2 tys. ankietowanych. Indeks 2018 jest dziewiątą edycją światową i dotyczy danych za 2017 r.
W badaniach dobroczynności zadawane są ankietowanym trzy pytania:
1. Czy udzieliłeś pomocy nieznajomemu, gdy ten jej potrzebował?
2. Czy udzieliłeś charytatywnej pomocy finansowej?
3. Czy poświęciłeś swój czas w wolontariacie?
Indeks Dobroczynności (World Giving Index) jest średnią arytmetyczną z tych trzech wartości, wyrażonych w odsetku osób powyżej 15 lat, które udzieliły pozytywnej nań odpowiedzi.
W skali świata, pierwsze miejsce w Indeksie Dobroczynności 2018 zajęła Indonezja. Państwo to wyprzedziło zajmującą pierwszą pozycję od czterech lat Myanmar (Birmę), która z kolei tym razem spadła na 9. miejsce.
Do pierwszej piątki najbardziej szczodrych społeczeństw należą ponadto Australia, Nowa Zelandia, USA i Irlandia. Średni odsetek osób, które udzieliły pozytywnej odpowiedzi na przytoczone tu pytania wynosi 56-59 proc.

Polskie skąpstwo

Polska zajęła Indeksie Dobroczynności dopiero 112 miejsce, po Rosji i Wybrzeżu Kości Słoniowej a przed Gabonem i Meksykiem. W całej tej piątce odsetek pozytywnych odpowiedzi wynosił średnio 24-25 proc.
Natomiast w ostatniej piątce rankongu odsetek ten wynosił zaledwie 15-18 proc. Znajdują się w niej m. in. Chiny i Grecja.
W 2012 r. Polska zajmowała jeszcze 94. miejsce, w 2017 r. – 105, a obecnie – odległe 112. Aż przykro się robi na sercu. Nie dość, że dalekie miejsca w rankingu, to z roku na rok coraz gorsze.
Odnosząc się do zadanych pytań, to w Indeksie Dobroczynności 2018 na pierwsze z nich Polacy pozytywnie odpowiedzieli twierdząco w 34 proc. (131 miejsce), na drugie w 24 proc. (78 miejsce) i na trzecie jedynie w 15 proc. (99 miejsce).

Starzy dają więcej

Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami jest Słowenia (47 miejsce), Słowacja (88), Rumunia (102) i Estonia (109). Natomiast za nami: Węgry (120), Czechy (125, Bułgaria (126), Chorwacja (132), Łotwa (137) i Litwa (138).
W ostatniej, najgorszej piątce, pod względem pomocy nieznajomemu znalazły się Czechy i Chorwacja, a w zakresie udziału w wolontariacie, Bułgaria.
Spośród starych członków UE największą dobroczynnością wykazuje się Wielka Brytania – 6. miejsce (niestety odchodzi z Unii). Holandia jest na 11. miejscu a Niemcy na 22.
Warto odnotować, że na 20 pierwszych miejscach w Indeksie Dobroczynności znajdują się także biedne kraje, jak właśnie Myanmar oraz Haiti, Liberia czy Sierra Leone.

Ranking Dobroczynności 2018
1. Indonezja 59 proc.
2. Australia 59 proc.
3. Nowa Zelandia 58 proc.
4. USA 58 proc.
5. Irlandia 56 proc.
——————
110. Rosja 25 proc.
111.Wyb. Kości Słoniowej 25 proc.
112. Polska 24 proc.
113. Gabon 24 proc.
——–
140. Kambodża 18 proc.
141. Palestyna 17 proc.
142. Chiny 17 proc.
143. Grecja 17 proc.
144. Jemen 15 proc.

Upija się niewielu, płacą wszyscy

Europa, a w niej Polska, to najbardziej rozpity region świata.

Roczne spożycie alkoholu na jednego dorosłego mieszkańca wynosi w naszym kraju ponad 10 litrów czystego spirytusu. Jednak gdy wyłączymy z kalkulacji abstynentów, to według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Polacy przeciętnie konsumują 23 litry czystego alkoholu (ekwiwalent 2300 standardowych porcji alkoholu na osobę rocznie), a Polki 8,3 litra. W przypadku kobiet średnia jest dwukrotnie wyższa niż w całej Unii Europejskiej.
Picie na umór, które jest szczególnie popularne w naszej części Wspólnoty, powoduje zatrważające skutki. Raporty WHO z 2019 r. dotyczące obszaru UE+ Norwegia i Szwajcaria pokazują, że ze względu na spożywanie tej psychoaktywnej substancji przedwcześnie traci życie ok. 290 tys. ludzi rocznie. W Polsce – około 30 tys. Ponad 20 proc. zgonów mężczyzn w wieku 15-54 lata powodują choroby i obrażenia powypadkowe, do których przyczynił się alkohol – zwraca uwagę Cinkciarz.pl.
Ze statystyk polskiej policji wynika natomiast, że wśród dorosłych podejrzanych o zabójstwo i poddanych badaniu na stan trzeźwości 83 proc. było nietrzeźwych. W przypadku podejrzanych o wyrządzenie uszczerbku na zdrowiu, udziału w bójce lub pobiciu, zgwałceniu, rozboju, uszkodzeniu rzeczy oraz przestępstwach przeciwko funkcjonariuszom publicznym odsetek nietrzeźwych wynosi od 64 do 83 proc.
W Polsce mimo olbrzymich problemów społecznych związanych z alkoholem praktycznie nie prowadzi się żadnych działań ograniczających jego spożycie. Spośród wielu sposobów zniechęcających do jego spożywania Polska w pełni wprowadziła tylko dwa – minimalny wiek dla konsumenta oraz koncesję.
Wódkę, wino czy piwo – według danych WHO – można u nas nabyć w dowolnych godzinach (zarówno w lokalu, jak i w sklepie). Nie ma ograniczeń co do zagęszczenia punktów sprzedaży alkoholu. W internecie oraz w mediach społecznościowych dopuszczona jest reklama piwa, nie ma także problemu ze sprzedażą alkoholu w celach promocyjnych poniżej kosztu jego wytworzenia czy sponsorowania wydarzeń sportowych (również tych dla młodzieży) przez producentów wina bądź piwa. Najbardziej jednak dziwi fakt, że polski parlament nie zdecydował się na indeksowanie akcyzy o wzrost przeciętnego wynagrodzenia lub przynajmniej o inflację. I tak dochodzimy do skrajnie patologicznej sytuacji. Nominalne ceny detaliczne alkoholu nie zmieniły się praktycznie od 17 lat – wskazuje Cinkciarz.pl.
Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.
W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu.
Co ciekawe, mimo bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza pisma „The Lancet”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie.
Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?
Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. One dobitnie pokazują, że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.
Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Większość problemów związanych z alkoholem generuje niewielki odsetek osób, ale koszty związane z ich leczeniem, przemocą w rodzinach, wypadkami, funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości bądź przestępstwami przeciwko mieniu zwykle ponoszą wszyscy. Do tego dochodzi dodatkowo utrata produktywności tych osób, których koszty np. w wykształceniu poniosło całe społeczeństwo. Zaniedbują oni swoje obowiązki zawodowe, chodzą często na zwolnienia lekarskie, aż wreszcie tracą pracę i przechodzą całkowicie na utrzymanie państwa lub rodziny.
O jakich kosztach mówimy? W USA w 2010 r. wynosiły one 250 mld dolarów (niecałe 1,7 proc. PKB.). W Polsce ten odsetek w relacji do PKB może oscylować wokół 2,1-2,5 proc. Coroczne koszty nadmiernego spożycia alkoholu wynoszą dla Polski prawie 50 mld zł. Tylko ok. jedna czwarta tej kwoty jest zaspokajana przez akcyzę. Za poparciem idei znacznie wyższej akcyzy (docelowo nawet trzykrotnie) na alkohol powinny przemawiać jeszcze inne wyliczenie. Zakup popularnej ostatnio małpki (100 ml wódki) i puszki piwa kosztuje ok. 8 zł. Ten miks pity w ryzykowny sposób powoduje wygenerowanie dodatkowych obciążeń społecznych na poziomie ponad 10 zł.

Wielu chłopców wyjechało z naszego puebla

Jednak wielu też i wróciło. Nie ma tu żadnych konkretnych wyliczeń lecz tylko szacunki,
ale można przypuszczać, że szczyt migracji z Polski jest już za nami.

Wszystko wskazuje na to, że w roku ubiegłym, po raz pierwszy od ośmiu lat zmniejszyła się liczba Polaków, przebywających na emigracji w innych krajach.

Decydujący wpływ na spadek liczby nowych wyjazdów za granicę i wzrost liczby powrotów miała dobra sytuacja na polskim rynku pracy, w tym niski poziom bezrobocia, a także – w przypadku Wielkiej Brytanii – niepewność związana z brexitem.

Za rządów PiS wyjechało najwięcej

Zgodnie z wynikami szacunku Głównego Urzędu Statystycznego, w końcu 2018 r. poza granicami Polski przebywało czasowo około 2 455 tys. stałych mieszkańców naszego kraju, tj. o 85 tys. (3 proc.) mniej niż w 2017 r. W Europie mieszkało około 2 155 tys. osób (o 85 tys. mniej niż w 2017 r.), większość z nich – ok. 2 030 tys. – w krajach członkowskich Unii Europejskiej.
Na koniec 2017 r. liczba emigrantów z Polski wynosiła 2 540 tys., a więc prawie o 900 tys więcej niż rok później, z czego na Europę przypadło 2 240 tys.
Po ponad dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości mieliśmy więc szczytowy punkt nasilenia emigracji z naszego kraju. Pod koniec 2014 r. za granicą przebywało bowiem 2 320 tys. Polaków z czego w Europie 2 015 tys. Wszystkie te dane dotyczą ludzi przebywających za granicą powyżej trzech miesięcy. W świetle statystyki jest tu mowa o wyjazdach czasowych, bo podane liczby nie dotyczą osób, które formalnie już uregulowały swój trwały pobyt poza Polską.
Wrócą na święty nigdy
W rzeczywistości jednak często chodzi o osoby będące za granicą już od wielu lat – i prawdopodobnie większosć tej prawie dwu i półmilionowej grupy co najmniej do emerytury pozostanie w innych krajach.
W pewnym stopniu potwierdzają to dane z gminnych jednostek ewidencji ludności, bo wśród osób, których wyjazd za granicę został zgłoszony, najliczniej reprezentowana w 2018 r. była grupa wieku 30-39 lat. Natomiast 10 lat wcześniej były to osoby w wieku 20-29 lat.
„Można zatem przypuszczać, że znaczna część osób, które wyjechały za granicę w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do UE, pozostała za granicą do chwili obecnej” – stwierdza GUS.

Brexit nas straszy

Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w Niemczech (706 tys.), Wielkiej Brytanii (695 tys.), Holandii (123 tys.) oraz w Irlandii (113 tys.). W 2018 r., w porównaniu do 2017 r., odnotowano zmniejszenie się liczby mieszkańców Polski przebywających w Wielkiej Brytanii i Włoszech.
Najbardziej znaczące zmiany zaobserwowano właśnie w przypadku Wielkiej Brytanii: liczba przebywających tam czasowo polskich emigrantów zmniejszyła się o około 98 tys. (12 proc.). Z grona osób, które opuściły Wielką Brytanię, tylko część powróciła do Polski, a pozostali przenieśli się do innych krajów. Niewielki wzrost liczby Polaków zaobserwowano w Niemczech (o 3 tys.), a także w Holandii, Austrii, Czechach, Danii, Irlandii, Szwecji, Norwegii oraz innych krajach spoza UE (głównie w Szwajcarii i Islandii).

Wciąż za chlebem

Podobnie jak w poprzednich latach, głównym powodem wyjazdów za granicę była oczywiście chęć podjęcia tam pracy. Wskazują na to wyniki polskich badań statystycznych prowadzonych w gospodarstwach domowych.
W sumie, na koniec ubiegłego roku najwięcej Polaków przebywało czasowo w: Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Irlandii, Włoszech i Norwegii. Trzeba zwrócić uwagę, że statystyka jak zwykle oznacza jedynie szacunki i wartości przybliżone, a nie twarde dane.
„Szacunek jest utrudniony ze względu na różne systemy ewidencjonowania przepływów migracyjnych funkcjonujące w poszczególnych krajach, oraz różną dostępność danych o migracjach (…) Zjawisko emigracji jest trudne do uchwycenia w statystyce w pełni „ – wskazuje GUS, dodając również: „Uzyskanie danych o rzeczywistej skali migracji z konkretnego badania lub rejestru jest niezwykle trudne”.
Część osób w ogóle nie zgłasza swojego wyjazdu z naszego kraju, ani w żaden sposób nie rejestruje się za granicą, co dotyczy zwłaszcza państw Unii Europejskiej. Zdarza się też, że w poszukiwaniu lepszych warunków życia wyjeżdżają oni z jednego państwa do drugiego (taki trend dotyczy np. wyjazdów z Wielkiej Brytanii do Norwegii) i także nie zgłaszają tego faktu w żadnym kraju. Nie są więc ujmowani w jego statystykach emigracyjnych.
Wreszcie, niemała grupa Polaków ma podwójne obywatelstwo – a osoba, będąca obywatelem Polski oraz innego kraju, nie jest traktowana w tym kraju jako polski imigrant.
W rzeczywistości więc, dane statystyczne to jedynie wielkości bardzo orientacyjne. Liczba emigrantów z Polski jest zaś z pewnością wyższa, niż pokazuje to GUS.

 

Więcej zarabiamy, bardziej się zadłużamy

Pomimo stopniowego wzrostu średniego poziomu dochodów Polaków, prywatne oszczędności obywateli rosną powoli.

Rosnące ceny żywności, mieszkań i paliw to największe zmartwienie Europejczyków. Nasz kraj nie jest niestety zieloną wyspą cenową.
W Polsce ​wywóz śmieci jest już o 27 proc. droższy niż przed rokiem, za wycieczki turystyczne płacimy już o 6,8 proc. więcej, usługi transportowe, lekarskie oraz fryzjerskie i kosmetyczne to średnio wzrost o 5,7 proc. (przy inflacji na poziomie 2,9 proc.) – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Jak więc oszczędzać więcej w czasach, gdzie galopująca drożyzna zjada portfele Polaków?
Stopa oszczędności w Polsce w ostatnich latach wahała się w okolicach 2 proc., podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosiła ok. 5-6 proc., a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10 proc.
Z badanych przez Europejski Urząd Statystyczny państw, tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy (5,16 proc.) i Finowie (6,16 proc.).
Jednak w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba naszych rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty. Towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w poważne długi (choć sama wartość naszego zadłużenia nieco rośnie). Jest to związane ze wzrostem średniego wynagrodzenia brutto, które w 2019 r. przekroczyło 5 tys. zł – i tylko w ciągu ostatnich 10 lat wzrosło ono o ok. 60 proc., choć trzeba pamiętać, że ponad dwie trzecie Polaków zarabia mniej niż owa średnia.
Z badania „Nawyki finansowe Polaków, czyli na czym lubimy oszczędzać” zrealizowanego dla BIG InfoMonitor przez Quality Watch wynika, że ponad 50 proc. mieszkańców Polski w ramach oszczędności kupuje głównie na promocjach. Bezpłatne parkowanie to sposób na oszczędzanie dla 40 proc. Polaków (choć oczywiście każdy, kto tylko może, stara się parkować bezpłatnie), a powstrzymywanie się od zostawiania napiwków deklaruje 35 proc. (naturalnie tylko z tej niewielkiej grupy, która chodzi do rozmaitych lokali). Około 63 proc. Polaków deklaruje, że posiada oszczędności, a ich wysokość jest zwykle mniejsza niż półroczne dochody.
41 proc. respondentów odpowiedziało, że pieniądze odkłada „na wszelki wypadek/na zapas”. Okazuje się, że dla ponad połowy z nas główną zaletą oszczędzania jest większe poczucie bezpieczeństwa.
Znacznie mniej osób wskazywało na inne cele. Warto zauważyć, że udział składki ubezpieczeń na życie w wydatkach polskich konsumentów zanotował spadek, szczególnie gdy porówna się to z kilkudziesięcioprocentowym wzrostem średniego poziomu wynagrodzeń.
Zapewne wynika to z tego, że polskie społeczeństwo coraz bardziej się starzeje, zaś towarzystwa ubezpieczeniowe nie chcą ubezpieczać ludzi starszych od następstw chorób i nieszczęśliwych wypadków. Ci natomiast nie są specjalnie zainteresowani ubezpieczaniem się tylko na wypadek własnej śmierci, rozumiejąc, że żaden z tego dla nich pożytek.

Rewolucja konstytucyjna

Zamiarem i celem rewolucji konstytucyjnej jest stworzenie w ramach mechanizmu społecznego i politycznego możliwości wyegzekwowanie przez społeczeństwo zapisów Konstytucji RP z 1997 roku, która obowiązuje aktualnie, a została przyjęta w referendum i podpisana przez prezydenta przy poparciu wszystkich głównych sił politycznych w Polsce.

Społeczeństwo jako suweren ma do tego prawo, a w sytuacji nadzwyczajnej obowiązek, aby Konstytucji strzec i walczyć o jej wykonywanie w życiu kraju i narodu.
Nie jest celem rewolucji konstytucyjnej pogrzebanie czy zmiana starej Konstytucji, jak niektórzy twierdzą nieaktualnej i sprzecznej z interesem narodowym. Jeżeli jest rzeczywiście taka potrzeba i do takiego wniosku dojdą w przeważającej większości siły polityczne w Polsce, to po to, aby przyjąć i uchwalić nową Konstytucję należy rozliczyć się przed narodem z wykonania dotychczasowej i jej nieprzystawalności do nowych założeń i wyzwań, jakie stoją przed Polską. Tymczasem mamy do czynienia z sytuacją, że wszystkie, szczególnie ostatnio zgłoszone projekty i propozycje zmian zmierzają do przykrycia zaniechań i świadomych działań antykonstytucyjnych w okresach wcześniejszych i aktualnie. Działania takie stanowią złamanie prawa i przede wszystkim winny być ścigane w określonym trybie.
Warto przypomnieć, że w okresie 22 lat obowiązywania aktualnej Konstytucji czołowe funkcje państwowe sprawowali praktycznie przedstawiciele wszystkich głównych nurtów politycznych obecnych w Polsce. Prezydentami Polski byli w tym czasie: Aleksander Kwaśniewski (1995-2005), Lech Kaczyński (2005-2010), Bronisław Komorowski (2010-2015) i aktualnie Andrzej Duda (od 2015 roku). Przedstawicielami koalicji rządzących z funkcją premiera byli: Jerzy Buzek (1997-2001), Leszek Miller (2001-2004), Marek Belka (2004-2005), Kazimierz Marcinkiewicz (2005-2006), Jarosław Kaczyński (2006-2007), Donald Tusk (2007-2014), Ewa Kopacz (2014-2015), Beata Szydło (2015-2017) i Mateusz Morawiecki (2017- ). Wszystkie wymienione osoby uczestniczyły w realizacji zapisów Konstytucji i ponoszą mniejszą lub większą konstytucyjną odpowiedzialność za aktualny stan państwa.
Trzeba zwrócić uwagę, że Państwo Polskie staje się w ostatnich latach coraz mniej wydolne, ma poważne trudności w rozwiązywaniu problemów wewnętrznych (politycznych, społecznych i gospodarczych) oraz zewnętrznych, jak samodzielne zapewnienie bezpieczeństwa narodowi, szczególnie przy komplikującej się sytuacji globalnej. Jeżeli Konstytucja z 1997 roku w momencie przyjęcia zadawalała i uzyskała poparcie większości sił politycznych i narodu, to można domniemywać, że trudności, na jakie aktualnie napotykają kolejne ekipy władzy, wynikają w znacznej części z nierespektowania podstawowych jej zapisów lub też ich świadomego omijania. Skutkuje to coraz brutalniejszą walką polityczną wewnątrz kraju i trwałym spadkiem poparcia społecznego dla wszelkich form polityki.
Ostatnie wybory parlamentarne w 2015 roku potwierdziły zjawisko narastającej absencji wyborczej, co można rozumieć jako zaprzepaszczenie w polskiej demokracji szansy zbudowania społeczeństwa obywatelskiego. Obywatele stają się wyłącznie konsumentami i coraz słabiej identyfikują się z Państwem Polskim. Na trwałe już w ostatniej kadencji debata publiczna przeniosła się z Sejmu i Senatu na ulice, co świadczy o wątpliwej skali reprezentacji przez polski system parlamentarny coraz bardziej zróżnicowanych interesów społecznych i politycznych zatomizowanego społeczeństwa. Dyktuje to rozważenie zmiany ordynacji wyborczej.
Zbliżają się wybory parlamentarne. W wyniku nadzwyczajnego splotu zdarzeń i tendencji politycznych przeformułowuje się scena polityczna. Powstała m.in. koalicja Lewica, która obejmuje dość szerokie kręgi związane z partiami i ugrupowaniami polskiej lewicy. Sytuacja ta po części wymuszona splotem wydarzeń, po części marzeniami wielu kręgów lewicy na przykład socjalistów, aby powrócić do Sejmu i Senatu, i rozpocząć w Polsce reformy na miarę odrodzenia narodowego. W ostatnich latach nastąpiło bowiem niekorzystne dla rozwoju zapętlenie głównych sił rządzących po prawej stronie sceny politycznej. Wewnętrzny kryzys, który objął elity postsolidarnościowe będące zwycięzcą politycznych zmagań wiele lat temu, dziś nie rokuje żadnych nadziei dla możliwości wyartykułowania ogólnonarodowego programu rozwoju, będącego przedmiotem wspólnej troski i nadzieją dla większości Polaków.
Społeczeństwo jest podzielone, przy czym wydaje się, że oś podziału przebiega według wyznaczników cywilizacyjnych, nie zaś ideowych, czy światopoglądowych, choć odgrywają one też pewną rolę. Podział ten nastąpił w związku z brakiem równowagi w układzie sceny politycznej, powszechnego populizmu i wystąpienia nieuprawnionych działań szeregu instytucji państwowych, które realizują wyłącznie politykę koalicji rządzącej, nie biorąc pod uwagę zasad konstytucyjnych, czy obyczaju demokratycznego uznającego prawa mniejszości, a także szkód społecznych, jakie niesie za sobą nierozważne używanie do walki politycznej z opozycją mediów publicznych i takich instytucji jak np. IPN.
Jest na tle rozwijającego się w Polsce konfliktu bardzo poważny problem rozumienia przez rządzące grupy polityczne, trudno je bowiem nazywać elitami, takich kategorii jak interes narodowy i racja stanu. Rażącym przykładem niekompetencji i braku rozumienia naszego usytuowania w świecie jest sprawa stosunku do Polski Ludowej.
Mamy do czynienia z konsekwentną eliminacją tego okresu historycznego z pamięci narodowej, międzynarodowego systemu prawnego i dorobku sojuszy, szczególnie w gronie tzw. państw niezaangażowanych. Niesie to ogromne szkody dla autorytetu naszego państwa na arenie międzynarodowej i gospodarki. Trzeba dla porządku przypomnieć, że Republika Federalna Niemiec wzięła na siebie ciężar odpowiedzialności za zbrodnie i zobowiązania III Rzeszy Niemieckiej. Podobnie Federacja Rosyjska uznaje ciągłość państwa rosyjskiego i zobowiązania jakie pozostały po ZSRR.
Trudno się dziwić więc, że na Polskę spadają nieprzyjazne odniesienia ze strony wielu państw w sprawie np. odszkodowań i reparacji wojennych. Trudno się też dziwić w związku z tym, że 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej obchodzić będziemy głównie w gronie byłych sojuszników Hitlera, a w małym stopniu w gronie przedstawicieli koalicji antyhitlerowskiej. Trudno się dziwić… ale społeczeństwo tego nie zrozumie.
Polska ma wspaniałą historię, szczególnie walki o odzyskanie niepodległości w 1918 roku. Zarówno po prawej, jak i lewej stronie sceny politycznej Polski stali wybitni politycy, mężowie stanu, znani i uznani jako wielcy patrioci, ale również ludzie o nieskazitelnych życiorysach i cechach charakteru. Nie można nie przypomnieć tutaj Piłsudskiego, Daszyńskiego, Dmowskiego, Korfantego czy Witosa. Porównajmy dziś współczesną Polskę – rządzą nami, wybrani przez nas, ludzie o cechach handlarzy i drobnych biznesmenów, dla których liczy się wyłącznie własny interes a nie Polska i jej obywatele.
Polska lewica powinna dziś w ramach kampanii wyborczej, a później w ramach pracy parlamentarnej, podjąć te wszystkie problemy z odpowiedzialnością wypływającą z jej tradycji walki o państwo i jego siłę. Także z tradycji walki o sprawiedliwość i demokrację, jako ustroju pozwalającego rozwiązywać wszystkie problemy w duchu zrozumienia i racji większości, ale dla dobra wszystkich. Polska Partia Socjalistyczna ze swym dorobkiem i tradycją może być tutaj znaczącym wzorem.

***
Przedstawiona tutaj koncepcja polityczna wdrożenia zasad rewolucji konstytucyjnej zawiera w sobie dwa elementy podstawowe:
– zmiany systemu zarządzania państwem w oparciu o obowiązujące zapisy Konstytucji, a więc odnowy państwa w imię dobra człowieka i sprawiedliwości społecznej
– zmiany systemu gospodarowania poprzez odrzucenie niezgodnych z zapisami Konstytucji zasad gospodarki neoliberalnej i dominacji własności prywatnej oraz zbudowanie od nowa systemu społecznej gospodarki rynkowej

Sprawiedliwość społeczna, którą opisuje art. 2 Konstytucji RP obejmuje szereg zagadnień teoretycznych i praktycznych, które pojawiają się w praktyce rządzenia w Polsce:
– podstawowym obowiązkiem państwa jest eliminowanie z życia społecznego dyskryminacji, nierówności, biedy, bezdomności i bezrobocia
– państwo zobowiązane jest określić i realizować wobec wszystkich obywateli zasadę zapewnienia minimum socjalnego (minimalny dochód gwarantowany)
– państwo powinno określić w dłuższym horyzoncie czasowym jak rozumie ideę „państwa dobrobytu” obejmującego wszystkich Polaków
– niedopuszczalne jest zaliczanie ludzi (obywateli) do kategorii kapitału ludzkiego, człowiek nie jest przedmiotem w grze interesów politycznych i ekonomicznych, człowiek jest podmiotem społecznym i politycznym,
– wszystkie instytucje państwowe wykonują swe obowiązki na rzecz obywateli i państwa, nie sprzedają usług obywatelom, a działają na ich rzecz. Praca w administracji państwowej i samorządowej to służba a nie etat i gratyfikacja. Niedopuszczalne jest upolitycznienie i stronniczość administracji,
– państwo zobowiązane jest zapewnić obywatelom wolność i równość, szczególnie wobec prawa; praktyka pokazuje, że wartości te są przywilejem
– państwo powinno dać w swej praktyce działania równy dostęp młodzieży do edukacji na poziomie średnim, eliminując jakiekolwiek ograniczenia społeczne i ekonomiczne
– obowiązkiem państwa jest przywrócenie jego świeckiego charakteru
Społeczna gospodarka rynkowa zdefiniowana w art. 20 Konstytucji RP dotyczy teorii i praktyki systemu gospodarczego, który został zdominowany przez doktrynę neoliberalną nie dającą możliwości wydobycia z gospodarki jej społecznych elementów:
– działający w Polsce system gospodarki neoliberalnej jest sprzeczny z Konstytucją i powinien w szybkim tempie zostać zmieniony na społeczną gospodarkę rynkową, co wiąże się ze zmianą wielu regulacji prawnych
– państwo nie może być przedsiębiorstwem komercyjnym, w swej istocie działania kieruje się interesem społecznym a nie kryterium zysku,
– państwo nie świadczy obywatelom usług, a wyłącznie wypełnia wobec obywateli swoje obowiązki wynikające z Konstytucji i innych zapisów prawa,
– życie i zdrowie ludzkie nie może być towarem; system ochrony zdrowia i życia nie może być podmiotem komercyjnym, realizuje zobowiązania państwa wobec obywateli
– istnienie i działalność rynków musi podlegać regulacji, rynki mają służyć społeczeństwu i państwu a nie wyłącznie realizować interesy kapitału; widać w ustawodawstwie i praktyce działania państwa wyraźną nierównowagę na korzyść kapitału prywatnego, banków i korporacji, a na niekorzyść państwa i obywateli
– system podatkowy musi odzwierciedlać zasady sprawiedliwości społecznej, nie może być od niego odstępstw i wyjątków
– podstawowe zmiany ustawodawcze: – ograniczenie dominacji własności prywatnej, – przywrócenie równoprawności wszystkich sektorów gospodarowania, – zwiększenie uprawnień związków zawodowych i samorządu pracowniczego, – sprawiedliwy system podatkowy, – ograniczenie kosztów pracy.
Przedstawione powyżej zasady powinny stanowić minimum programowe lewicy na zbliżające się wybory parlamentarne. Ważne jest, aby w działaniach programowych i propaństwowych lewicy priorytetem było zachowanie równowagi społecznej i politycznej oraz wytyczenie drogi do odnowy opartej o ideę budowy państwa dobrobytu dla wszystkich Polaków.

Ci odlatują, ci zostają

Coraz trudniejsze warunki życia w Polsce sprawiają, że mimo dobrej sytuacji na rynku pracy, wciąż więcej ludzi wyjeżdża z kraju niż do niego wraca.

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, tylko w latach 2015 – 2017 liczba osób które wyjechały z naszego kraju zwiększyła się o prawie 290 tys. Można oczekiwać, że rosnące uciążliwości życia w Polsce nie zmieniły tej tendencji i w ubiegłym roku.
Rząd PiS doprowadził do zapaści w dostępie do opieki medycznej, spadku liczby narodzin, skrócenia długości naszego życia, coraz większej umieralności Polaków, rosnącego zanieczyszczenia powietrza, pogorszenia warunków edukacji i wychowywania dzieci, wzrostu inflacji zjadającej płace. Tak wymieniać można długo – a przecież oprócz tych najbardziej konkretnych przyczyn utrudniających i skracających życie Polaków, są i te trudniej mierzalne, ale także dotkliwe.
Rosnący nadzór i inwigilowanie obywateli, ich coraz coraz słabsza pozycja wobec wszechmocy władzy, nepotyzm, mowa nienawiści, promowanie zachowań ksenofobicznych, szczucie na myślących i zachowujących się inaczej niż większość – w takim kraju coraz trudniej normalnie żyć i pracować.

Powrócą tu?

Jak na wyjazdy zarobkowe rodaków wpłynęło niskie bezrobocie w Polsce? Czy jednak zamierzają wracać, czy raczej zostaną za granicą? Jakie są i jak się zmieniają ich więzi z krajem? Na te i inne pytania odpowiada najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego.
Jak stwierdza NBP, dobra sytuacja na polskim rynku pracy ograniczyła tendencję do powiększania się liczby obywateli polskich przebywających za granicą. Jednak ujemne saldo migracji osób z polskim obywatelstwem wciąż było obserwowane w 2017 roku i prawdopodobnie także w 2018 r. (choć ubiegłorocznych danych jeszcze nie ma). Czyli, nadal więcej z nas wyjeżdża niż wraca.
Natomiast bezrobocie jest wprawdzie oficjalnie niskie, ale NBP poczynił zaskakującą i udokumentowaną obserwację, iż nowi migranci w Niemczech i Wielkiej Brytanii znacznie częściej, niż ich koledzy z dłuższym stażem migracyjnym, wskazywali na brak pracy w Polsce jako główny powód wyjazdu.
„Biorąc jednak pod uwagę aktualną sytuację na polskim rynku pracy i rekordowo niski poziom bezrobocia, można przypuszczać, że chodzi raczej o brak pracy zgodnej z kwalifikacjami i niespełniającej oczekiwań osób, które zdecydowały się na wyjazd niż brak możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy” – tłumaczy Narodowy Bank Polski, także rządzony przecież przez ekipę z nadania PiS i nie będący przesadnie krytyczny wobec niej. Oczywiście, jakąkolwiek pracę nie tak trudno w Polsce znaleźć – ale nie przez wszystkich i wciąż nierzadko za głodowe uposażenie.
Wyniki badań NBP wskazują też, że niskie bezrobocie w Polsce ograniczyło wyjazdy „nowych” emigrantów do głównych krajów, które były dotychczas tradycyjnym miejscem migracji zarobkowej, takich jak Wielka Brytania, Irlandia czy Niemcy. Pojawiły się zaś stosunkowo nowe, coraz popularniejsze kierunki, na przykład Norwegia.
Badanie ankietowe emigrantów z Polski zostało zrealizowane w okresie listopad-grudzień 2018 roku. We wszystkich badanych krajach nieco większy jest udział kobiet niż mężczyzn. Udział pań wśród nowych emigrantów był rekordowo wysoki w przypadku Holandii, gdzie wyniósł aż 61,3 proc.
Najważniejszą motywacją wyjazdów i pozostawania na emigracji pozostają wynagrodzenia, których mediany za granicą są około dwukrotnie wyższe niż w Polsce. Natomiast dominanty (czyli najczęstsze wynagrodzenia) są nawet i 3,6 raza wyższe niż w Polsce.
Dobra sytuacja gospodarcza w naszym kraju wpłynęła na ograniczenie odsetka Polaków planujących pozostanie na emigracji na stałe, natomiast zwiększyła liczebność tych, którzy planują kiedyś powrót do Polski (nie wcześniej niż za minimum 3 lata). Tym niemniej, tylko około 15 proc. imigrantów jest zdecydowanych wracać do Polski w przyszłości (jednak bliżej nieokreślonej), niezależnie od różnicy w poziomie wynagrodzeń.
Wraz z długością przebywania na emigracji zmniejsza się naturalnie skłonność do przekazywania środków pieniężnych do Polski (bo są coraz potrzebniejsze tam, gdzie się żyje i pracuje). Jest to jednak zróżnicowane zależnie od kraju.

Tam uciekają najmądrzejsi

Emigranci z Polski do Wielkiej Brytanii pochodzą na ogół ze średnich i największych miast i są najlepiej wykształceni w porównaniu z innymi państwami objętymi ankietą. Jedna trzecia z nich posiada wykształcenie wyższe. Wielka Brytania najbardziej więc korzysta na drenażu mózgów z Polski.
Jedynie 10 proc. ankietowanych w Wielkiej Brytanii zadeklarowało skrócenie planowanego pobytu na emigracji z powodu konsekwencji brexitu. Zdecydowana większość emigrantów (85 proc. ) spełniałaby bowiem warunki pozostania w Wielkiej Brytanii po brexicie, po relatywnie prostej procedurze administracyjnej.
NBP stwierdza: „Obserwowana ostatnio zwiększona emigracja do Norwegii to głównie osoby w wieku najwyższej aktywności zawodowej, ze średnim wykształceniem, które stosunkowo często przekazują pieniądze do Polski i dość rzadko wykorzystują świadczenia społeczne”.
Do tego zdania warto wnieść poprawkę, bo emigracja do Norwegii nie jest zwiększona „ostatnio”, lecz co najmniej od dziesięciu lat. Według szacunków GUS, liczba Polaków przebywających w Norwegii na przestrzeni lat 2010 –2017 wzrosła o 70 proc.
Norwegia dołączyła do listy najbardziej popularnych kierunków wyjazdów zarobkowych, zastępując Irlandię, której znaczenie od kilku lat systematycznie spadało. Liczba emigrantów z Polski do Irlandii znacznie zmniejszyła się po kryzysie w 2008 r., stabilizując się na poziomie nieco ponad 110 tys. osób
Większość z około 85 tys. polskich emigrantów z Polski w Norwegii to ludzie, którzy wyjechali z Polski po 2015 roku. To głównie osoby młode, ze średnim wykształceniem. Przeważnie pracują one w przemyśle lub służbie zdrowia i przy opiece nad osobami starszymi. Także i do Holandii najczęściej wyjeżdżają ludzie młodzi ze średnim wykształceniem.
Natomiast migracja zarobkowa w Niemczech jest najstarsza i najsłabiej wykształcona. Osoby z wykształceniem zawodowym najczęściej wybierają właśnie Niemcy jako kierunek migracji. Częściej są to osoby z małych miast i wsi (co wykazuje podobieństwo z migracją do Stanów Zjednoczonych).
Zauważyć należy, że zwiększenie się ogółu liczby emigrantów z Polski w 2017 roku nastąpiło w całości przez emigrację do krajów europejskich. Europa jest pod wieloma względami znacznie dogodniejsza do życia niż kraje zamorskie. A poza tym, rząd PiS nie potrafi spowodować, by nasz największy sojusznik zniósł wreszcie wizy, co także hamuje wyjazdy do USA (gdzie nawiasem mówiąc, coraz łatwiej znaleźć śmierć od kuli, zamiast dobrobytu).

Mają co robić

Polscy emigranci są na ogół bardzo aktywni zawodowo. Ich pozycja na zagranicznych rynkach pracy stabilizuje się. Coraz częściej mają regularną pracę zamiast zajęć sezonowych. Zmniejsza się udział emigrantów narzekających na pracę poniżej kwalifikacji, wciąż bardzo duże są różnice pomiędzy ich wynagrodzeniami, a płacami w Polsce. Pracują normalnie, coraz rzadziej muszą korzystać za granicą ze świadczeń społecznych.
NBP stwierdza: „Sytuacja polskich emigrantów na zagranicznych rynkach pracy jest lepsza i w większym stopniu wykorzystują oni swoje kwalifikacje. Dane te świadczą o coraz większym dopasowaniu emigrantów do lokalnych rynków pracy na emigracji, co zwiększa prawdopodobieństwo pozostania przez te osoby na emigracji w przyszłości”.
Wszystko to, w połączeniu z rzeczywistością rządów PiS, sprawia, że rzeczywiście, brakuje powodów, które skłaniałyby ich do powrotu nad Wisłę.

Pozdro z Polandrocka! Ważny tunajt

Kupiłem sobie ostatnio w zagranicznym sklepie z towarami przecenionymi, piękne białe dresy z tęczowym lampasem. Za chwilę będę je ubierał i szedł w nich grać dla niespełna miliona ludzi, którzy zjechali się w tym roku na festiwal Poland Rock a.k.a. Woodstock. Tymczasem siedzę sobie jeszcze w hotelu w Gorzowie, popijam ciecz wielkiej wykwintności i zastanawiam się, ileż to jadu i złego trzeba w sobie nosić, żeby mącić ludziom w głowach w tak perfidny sposób, jak to robi rządowa telewizja Kurskiego.

Byłem dziś na hotelowej siłowni. Tak czasami mam. Kiedy konserwowałem swoją tężyznę fizyczną, grał akurat informacyjny kanał państwowej telewizji, bo prywatnej w odbiorniku nie było. W „Teleexpresie extra”, głównym niusem dnia był piknik rodzinny z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, dalej nowojorska wystawa kotów (to sporo wyjaśnia), a na koniec alarmistyczny materiał o topieniu się lodowców na biegunie. Ani słowa o festiwalu Poland Rock, gdzie akuratnie stworzyło się na mapie trzecie co do wielkości miasto w Polsce. Specjalnie mnie to jednak nie zdziwiło, bo niczego innego się po telewizji w wydaniu Jacka Kurskiego od dawna nie spodziewam, także dysonans poznawczy nie wystąpił. Jednakowoż stacja nie była by sobą, gdyby na odchodne nie wbiła szpili. I to w sposób tak strasznie chamski, że rada etyki mediów powinna z miejsca przyrżnąć towarzystwu karę za zdeptanie podstawowych prawideł zawodu i nierzetelność. Podano bowiem w „Teleexpresie”, że w Kostrzynie na d Odą, w którym akurat trwa festiwal Poland Rock, agresywny, nagi mężczyzna dopuścił się naruszenia nietykalności cielesnej policjanta, informację ilustrując obrazkiem ulicznej szarpaniny naćpanego golasa z funkcjonariuszem. Dodano jeszcze, że na tym samym festiwalu znaleziono na polu namiotowym zwłoki 35-latka, a przyczyna zgonu nie jest znana. I tyle. Kropka. Innemi słowy, festiwal w Kostrzynie to miejsce niebezpieczne. Można za frajer dostać w cymbał, albo się przekręcić od nie wiadomo czego. Matki, zostawcie w domach swoje córki, bo jak tam pojadą, to najpewniej wrócą z brzuchem i to pewnie z czarnym. Takich przekazów nie powstydziłaby się nawet telewizja ojca dyrektora.
Byłem wczoraj w Kostrzynie. Nie widziałem zajścia z policjantem i golasem. Widziałem za to tłumy młodych, wolnych na ciałach i umysłach ludzi. Dla takich ludzi wczoraj grałem. Grał będę też dla nich dzisiaj. I dumny jestem, że dane mi było i będzie robić taką robotę dla tych wszystkich, którym się w tej Polsce nie widzi.
W naszej kapeli rozstrzał polityczny idzie od prawa do lewa, przez liberalne centrum. Nikomu jednak do głowy by nie przyszło, żeby odrzucić zaproszenie na scenę, przed którą stanie kilkaset tysięcy ludzi, tylko dlatego, że wierzymy w innego Boga albo nie wierzymy w niego wcale. Zresztą, czy Bóg jest czy go nie ma, mam nadzieję, że ktoś tam kiedyś zliczy te bezczelne manipulacje Kurskiego i ekipy i wystawi im za to rachunek. To, że towarzystwo nie lubi Owsiaka to ich sprawa. Owsiak to nie zupa pomidorowa, żeby go każdy lubił. To jednak, że za cel bierze sobie młodych ludzi i dzieli ich na tych lepszych, z marszu 11 listopada, i na młodzież gorszego sortu, z festiwalu gdzie ćpają, kradną i gwałcą, o nie, co to ot nie. Historia i gniew młodzieży, a ten wśród młodych ludzi jest, zmiecie ich kiedyś, i zostaną sami, jak prącie po kastracji. Mam nadzieję, że kiedyś, jeszcze za tej Polski, to zobaczę, choć, co by nie było, źle nikomu nie życzę i czekam na opamiętanie, ale nie robię sobie na to specjalnych nadziei…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Nasi tu byli

Sobotnie wydarzenia w stolicy Podlasia,gdy pokojowy Marsz Równości (dla skrajnej prawicy,a nawet części prawicy umiarkowanej,nie mówiąc o kibolach, był to swoisty marsz dewiantów dążących do podważenia podstaw naszej cywilizacji oraz narodowej religii) spotkał się z brutalnymi aktami przemocy ze strony chuliganów i awanturników. Oliwy do ognia dodało niefortunne oświadczenie metropolity białostockiego oraz słabo kamuflowane poparcie dla takich poczynań ze strony lokalnych i regionalnych polityków PiS.
A nowy minister edukacji swymi pokrętnymi wypowiedziami o całej sprawie szybciej zasłużył na wniosek o odwołanie niż jego niesławna poprzedniczka.
Czy to wszystko może być jakimś katharsis dla sporej części społeczeństwa na niecałe 3 miesiące przed wyborami parlamentarnymi? Trudno powiedzieć,bowiem takie procesy na ogół nie zachodzą szybko. Z pewnością natomiast znów dużo straciliśmy w opinii międzynarodowej,gdyż obraz kraju nad Wisłą dodatkowo się pogorszył. Nie istnieje-wbrew silnie propagowanym tezom- żadna ideologia LGBT. Chodzi tylko o
poszanowanie praw mniejszości,co jest sensem demokracji, zwłaszcza w ujęciu Rady Europy. Większość decyduje,ale powyższy warunek to conditio sine qua non uznania danego państwa za demokratyczne. Nota bene mało kto zauważył,iż to na terenie ambasady Kanady,znajdującej się obok Sejmu, zawisła najpierw tęczowa flaga,a dopiero później dołączyli do tego Amerykanie. Zresztą rozmaite rozwiązania kanadyjskie są niezwykle ciekawe i mało znane. Np. ilu naszych polityków wie, że tak wyśmiewana przez rodzimą prawicę (szczególnie w kontekście przyjmowania bądż nie uchodźców i migrantów) WIELOKULTUROWOŚĆ wpisana jest do konstytucji kraju Klonowego Liścia? Raczej nie należy do tego grona PiS-owski wiceprezydent Gdyni wypowiadający głupie i rasistowskie uwagi nt. ludności Afryki.
To co wydarzyło się w Białymstoku to oczywista dyskryminacja mniejszości seksualnych. Ta i inne rodzaje dyskryminacji (np. ze względu na płeć,kolor skóry czy wiek) to rodzaj wykluczenia społecznego,które należy zwalczać. W prawie unijnym i szerzej w prawie międzynarodowym, znajdują się uniwersalne oraz regionalne systemy ochrony praw człowieka gwarantujące instrumenty przeciwdziałania wszelkiego rodzaju dyskrymi-nacji. Zakaz dyskryminacji oraz zasada równego traktowania obywateli to dwa fundamenty funkcjonowania współczesnych systemów politycznych.
Jako członek Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodo-wego (1993-1997),która przygotowała projekt ustawy zasadniczej, przyjętej następnie w referendum ogólno-krajowym, pozwolę sobie przypomnieć odnośne zapisy z rozdziału II „Wolności,prawa i obowiązki człowieka i obywatela”.W omawianym kontekście kluczowy jest art. 32 Konstytucji:”1.Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2.Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Tymczasem Tomasz Nałęcz przedstawił w TVN ciekawą i daleko idącą,kontrowersyjną tezę,że obecnie społeczność LGBT w Polsce jest traktowana przez rządzących w stopniu zbliżonym do tego, jak podchodzono przez długie lata (np. przed II wojną światową) do mniejszości żydowskiej.
Ponieważ polska prawica marzy od dawna o uchwaleniu nowej konstytucji (jej projekt-kiedyś na stronie PiS-został skutecznie „schowany”) lub co najmniej dokonaniu w obecnej szeregu zmian, to warto zaakcentować,iż zmiany zapisów w rozdziale II Konstytucji (a także I i XII) wymagają specjalnej procedury. Otóż 1/5 ustawowej liczby posłów,Senat lub Prezydent RP mogą zażądać przeprowadzenia referendum zatwierdzającego. W sumie więc-na szczęście-nie jest łatwo dotychczasowe, dobre zapisy usunąć.