Lodołamacz Fedor

Prowadziłem w szkołach lekcje traktujące o zagrożeniach narkotykowych. Pomagałem też młodym nauczycielom nie radzącym sobie z wychowaniem seksualnym. Mówić o seksie i miłości może tylko osoba, która wzbudza zaufanie. Prowadziłem też zajęcia uniwersyteckie, m.in. na wydziale resocjalizacji. Nie dostałbym się do samorządu krakowskiego czy do parlamentu gdybym nie prowadził tej społecznej działalności. Nigdy nie robiłem żadnych kampanii i wszedłem do Sejmu z dalekiego miejsca – z Jerzym Fedorowiczem, aktorem, reżyserem, senatorem KO, działaczem społecznym rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy zna Pan losy tych skinheadów i punków, z którymi zrealizował Pan na początku lat 90. głośne przedstawienie „Romea i Julii” Szekspira w teatrze nowohuckim?
Spotykałem się później z większością z nich, z niektórymi nawet stosunkowo nie tak dawno. Większość z nich poradziła sobie w życiu. Największą karierę zrobił Wiesiek Zagul, ksywa „Agrafa”, lider grupy punkowej „Punk rock PGR”, który ukończył Politechnikę i zrobił doktorat. Dzięki dotarciu do nowych środowisk wyskoczył poza swoje środowisko społeczne. Ostry chłopak, skinhead Radek założył rodzinę, ma dzieci. Dwóch jednak niż żyje. Jednego zniszczyły narkotyki, drugi został zamordowany. A przecież kiedy wymyśliłem to przedstawienie, to skinheadzi najpierw mówili, że złamali zasady, że nie wolno im było bawić się w teatr , zwłaszcza z punkami. Postanowili jednak dotrzymać danego słowa.
Domyślam się, że praca była ciężka…
Straszliwie, nieraz musiałem gasić ich młodzieńczy testosteron, były kryzysy, kłótnie, ale w końcu spektakl powstał i jeździliśmy z nim za granicę. I wie pan jakie doświadczenie było dla nich szczególnie ważne? Poznanie świata. Pojechaliśmy do Francji, pod Rambouillet na warsztaty teatralne, zorganizowane w starych koszarach żandarmerii. I wtedy zobaczyli, że Francuzi, obywatele francuscy są często Arabami, Algierczykami, Marokańczykami lub czarnoskórymi z Afryki, zobaczyli jak wielorasowa, różnorodna jest Europa.
Co Pan robił społecznie po tym doświadczeniu?
Przez trzy lata pracowałem jako wolontariusz w „Monarze”, pracowałem z młodzieżą wykluczoną. Później robiłem nowe rzeczy, na terenie Nowej Huty. Patronuję Fundacji Teatru Ludowego, którą założyłem w roku 1990. Celem jej była terapia przez sztukę i wspomaganie teatru Ludowego. Pomagałem też Dorocie Sendor, młodej nauczycielce języka polskiego w krakowskiej szkole dla niewidomych w realizacji przedstawień. Między innymi „Antygonę” Sofoklesa z uczniami tej szkoły jako aktorami pokazałem w zakładzie wychowawczym dla nieletnich chłopców w Mszanie Dolnej i w zawodowej szkole informatycznej w Krakowie. Wie pan co to było dla dwustu chłopaków z testosteronem oglądać „Antygonę” w samo południe? Aż im się coś wywracało w środku, ale proszę sobie wyobrazić, że wytrzymali te 45 minut w absolutnej ciszy! Poza tym od lat nie schodzą z afisza Teatru Ludowego spektakle Inki Dowlasz, traktowane jako temat do szkolnej dyskusji . Nauczyciele przyprowadzają na te spektakle już „naste” roczniki uczniów. „Bici biją”, o przemocy domowej gramy ponad 10 lat. Podobnie jest z „Błyskiem rekina” w mojej realizacji. To jest połączenie pedagogiki i sztuki. Nie mówię już o tym, że teatr pomaga w leczeniu narkomanii, w którym się już wyspecjalizowałem.
Współpracował Pan z tamtejszymi nauczycielami i wychowawcami?
Oczywiście, prowadziłem w szkołach lekcje traktujące o zagrożeniach narkotykowych. Pomagałem też młodym nauczycielom nie radzącym sobie z wychowaniem seksualnym. Mówić o seksie i miłości może tylko osoba, która wzbudza zaufanie. Prowadziłem też zajęcia uniwersyteckie, m.in. na wydziale resocjalizacji. Nie dostałbym się do samorządu krakowskiego czy do parlamentu gdybym nie prowadził tej społecznej działalności. Nigdy nie robiłem żadnych kampanii i wszedłem do Sejmu z dalekiego miejsca. Na pewno nie wszedłem „na celebrytę”, bo ludzie się już na to nie łapią. Pracowałem dla ludzi, dając im swój wolny czas i nigdy nie kłamiąc, bo to wyczuwają błyskawicznie.
Jest Pan aktorem o dużym dorobku w teatrze i filmie. Grał Pan m.in. Brauna w „Potopie” Hoffmana, w „Aktorach prowincjonalnych” Agnieszki Holland, „Szansie” Feliksa Falka i wielu innych znanych filmach. Nadal znajduje Pan czas na kontynuowanie pracy aktorskiej. Nie jest Pan przy tym aktorem typowym z psychologicznego punktu widzenia, bo nie koncentruje się Pan na sobie, na swoim ego, ale na innych. Jak to możliwe?
Powiem panu z całą, absolutną szczerością. Mnie nie udało się wejść do pierwszej ligi aktorskiej, jak moi koledzy Daniel Olbrychski czy Jerzy Stuhr. Żeby się przebić, trzeba zagrać jedną wielką rolę w wielkim przedstawieniu, jak Raskolnikow Radziwiłowicza w „Zbrodni i karze”. Pierwsza liga daje to, że można sobie wybierać role. Druga liga daje to, że można nie grać tego, czego się nie chce. Byłem jednak zawsze bardzo ważnie notowany w zawodzie i grałem bardzo poważne, złożone role, n.p. Lucky’ego w „Czekając na Godota” Becketta, Szatowa w „Biesach” Dostojewskiego czy Szelę w „Weselu” Wyspiańskiego. I to gdzie – w legendarnym krakowskim Starym Teatrze, który dawał nam poczucie, że jesteśmy panami świata, bo jeździliśmy po świecie, zdobywaliśmy nagrody, mieliśmy świetne dżinsy. Jako doświadczony aktor i reżyser znam problemy i psychologie tego zawodu. Grałem w kilku filmach Krzyśka Kieślowskiego, który był moim przyjacielem. Zapytałem go dlaczego nie dał mi większej roli mimo uznania dla mojego zawodowstwa. Odpowiedział mi na to, że ja mu nie pasuję do jego filmów, bo mam twarz, fizys człowieka, który rozwiązuje problemy, radzi sobie z życiem, a on potrzebuje takich aktorów, którzy komplikują własny świat, są zbliżeni do obrazu zwykłego człowieka, często z kompleksami. Obiecał mi, że spotkamy się, jak będę po sześćdziesiątce. Niestety, nie dożył. Żal! Po czterdziestce uznałem, że nie mogę dać sobą manipulować, zostałem więc dyrektorem teatru. Kiedyś jakiś młody i słaby reżyser kazał mi grać w sposób zupełnie dla mnie niezrozumiały, a ja jednak grałem u Swinarskiego, Jarockiego, Wajdy, Grzegorzewskiego i Kutza. Oni byli moimi autorytetami. Im mogłem się podporządkować. Powiedziałem mu więc, że takiego idiotycznego zadania nie wykonam i zrezygnowałem z roli i ze Starego Teatru. Mam wrodzone cechy przywódcze, a teatr wymaga podporządkowania. To było dla mnie za wiele.
Jednak Jerzy Skolimowski, który długo był za granicą i nie zna tak dobrze rynku aktorskiego, jak reżyserzy stale mieszkający w Polsce, zaangażował Pana do swoich „Czterech nocy z Anną”…
Znalazł mnie po przeczytaniu wywiadu w jednej z gazet pt. Romeo z irokezem”, który był historią mojego życia. Powiedziałem mu, że ponad czterdzieści lat czekałem na to, żeby zagrać u niego. Spotykałem się z wieloma jego współpracownikami, aż w końcu doszło pracy z samym Mistrzem. Dziwne!! Trzeba po prostu być cierpliwym.
Jest Pan jednym z krakowskich aktorów, którzy zawsze odróżniali się od warszawskich klimatem gry. To trudne do określenia, ale wyczuwalne, na czym to polega?
Krakowska szkoła uczyła, że najważniejszy jest temat i osobowość. Nie widzę specjalnych różnic wśród aktorów na wysokim poziomie. Czasami Jurek Radziwiłłowicz, uczeń Zapasiewicza i Gogolewskiego dodaje za dużo formy do swoich kreacji. Takie jest moje zdanie, z którym on się najczęściej nie zgadza. Ale przypominam, że mówimy o najwyższej półce. Zresztą spróbuję podać kilka nazwisk. Warszawa: Janda, Englert, Zapasiewicz, Kolberger, Kondrat – zresztą sami koledzy i przyjaciele. Kraków: Krzyżanowska, Seniuk, Polony, Dymna, Nowicki, Pszoniak, Walczewski, Trela, Stuhr, Bińczycki – to moje pokolenie, niektórzy niestety już nie żyją. Koledzy ze „Starego”. Może wśród nich jest i miejsce dla Fedora?! Niech pan sam to oceni.
Dziękuję za rozmowę.

Jerzy Fedorowicz – ur 1947, absolwent PWST w Krakowie (1969), w latach 1972-1989 aktor Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, uczestniczył w większości wybitnych wydarzeń na tej scenie, m.in. W „Dziadach” A. Mickiewicza w reż. K. Swinarskiego (1974) czy „Nocy listopadowej” St. Wyspiańskiego w reż. A. Wajdy (1974). W latach 1989-2005 aktor i dyrektor Teatru Ludowego w Krakowie. Ma na swoim koncie dziesiątki ról teatralnych i filmowych. Jedna z ostatnich jego ról, to Pan Poseł w „Obywatelu” Jerzego Stuhra (2014). W 2014 roku ukazał się wywiad rzeka z Jerzym Fedorowiczem p.t. „Lodołamacz Fedor”.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

22 luty 2012
Zaciekawiło mnie telewizyjne wspomnienie o Leopoldzie Tyrmandzie, postaci ożywiającej naraz kilka nurtów życia intelektualnego w powojennej Polsce. Egocentryczny, niepokorny, zwaśniony z władzą, uosabiał trwały typ intelektualnego oporu wobec panującego systemu, którego, wpędzając się w stan buntu o konsystencji wrzenia, totalnie nie akceptował. Giedroyć wspomina o nim niezbyt rozlegle w swej „Autobiografii na Cztery Ręce”: Tyrmand, po wyjeździe z Polski, nie zabawił długo w podparyskiej siedzibie „Kultury”, gdzie zdeponował rękopis „Dziennika 1954”. Książka jest jedyną tego autora przeczytaną przeze mnie w całości – niektóre fragmenty kilkukrotnie.
Nie mam zasadniczo cierpliwości do beletrystyki, co nie znaczy, że jej unikam. Zaledwie pobieżnie pochyliłem się przed laty nad „Złym”, który w swoim czasie został uznany za wydarzenie literackie. Książkę wypadało przeczytać, zwłaszcza że wyszła spod ręki niestrudzonego kontestatora powojennych porządków. Pierwsze wydanie rozeszło się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki; było tryumfem osobistym pisarza. Do dzisiaj uchodzi za koronne, obok „Dziennika 1954”, dzieło tego literata. Chociaż spod pióra Tyrmanda wyszło wiele innych pozycji, czytelniczą popularnością nie zdystansowały „Złego”.
„Dziennik 1954” został zaliczony do kanonu polskiej literatury. Jest pełnym pasji kronikarskim zapisem i opisem społecznych i politycznych realiów oraz postaw kręgów intelektualnych i twórczych Warszawy czasu apogeum polskiej wersji stalinizmu. Tyrmand świat ten znał znakomicie. Przez lata pozostawał jego świadkiem i bywalcem. Portretował ze zjadliwym krytycyzmem. Książka jest lekturą pasjonującą. Mimo iż dotyczy spraw w czasie odległych, wciąga i fascynuje, również za przyczyną znakomitego języka, którym autor posługiwał się z godną pozazdroszczenia lekkością. „Dziennik” nie jest – nie tylko mym zdaniem – pozbawiony słabości wypływających zapewne z osobistego, niełatwego w kontaktach z ludźmi charakteru pisarza. Odczytuję go również jako owoc nadwrażliwego egocentryzmu Tyrmanda. Emanuje przerysowaną, mym zdaniem, ostrością. Wydaje się, że należy odczytać dzieło jako intelektualną erupcję buntu, zwyczajnej złości wobec sposobu, w jaki traktuje go władza w odpowiedzi na otwarcie manifestowaną niezależność. Oryginalny styl bycia twórcy „Dziennika 1954” stanowił wartość samą w sobie: irytujący i podziwiany zarazem. Był niewątpliwie kłopotliwy dla rządzących. Opis świata wpisany w stronice „Dziennika” jest w wątku ludzkim nazbyt przejaskrawiony – dychotomiczny. Zapewne innym być nie mógł, gdyż, jak sądzę, ta właśnie cecha przesądza o wartości książki – decyduje zapewne o czytelniczej atrakcyjności. Jakkolwiek nie budzi zawodu, studzi w pewnym stopniu me czytelnicze rozpalenie oraz wiarę, iż oddaje prawdę i tylko prawdę. Z wyjątkami, nie w pełni ufam bytom czarno-białym, w czym Tyrmand najwyraźniej czuł się jak ryba w wodzie.
Tyrmandowe portrety współczesnych mu luminarzy kultury i polityki są w większości przejaskrawione: przesadnie zogniskowane na negatywach, tyle zasadnych, co po wielokroć wyolbrzymionych, lub wprost nietrafionych. Autor najwyraźniej nie posiadł zdolności zauważania pośrednich odcieni ludzkiej galerii, którą gniewnie portretował – w pisaniu Tyrmanda nie ma miejsca na kompromis polityczny i intelektualny. Zdaje się twierdzić i dowodzić, że otaczają go – z niewielkimi wyjątkami – wyłącznie koniunkturalni tchórze i twórczy oportuniści. Jakkolwiek niektórzy na taki opis zasłużyli, ten pozostaje po wielokroć demonizowanym. Na tak szkicowanym tle ludzkiej marności, pisarz – siłą rzeczy – kreuje się na herosa intelektu i tytana moralności zbrzydzonego światem, który go otacza. Nie szczędzi nikogo i niczego – nie przeczę, że niejednokrotnie zasadnie – z wyłączeniem paru osób, w tym w szczególności Kisielewskiego, z którym był w bliskiej przyjaźni i którego ogromnie cenił jako człowieka, dziennikarza i literata. Tak ostry opis sporego kręgu znanych Tyrmandowi ludzi, jakkolwiek na swój sposób pasjonujący, odchyla się często od realności; wydaje się, że nie o obiektywizm tu chodziło. Swoją drogą trudno uwierzyć, aby owa ludzka galeria nosiła w sobie wyłącznie zło, samo zło i tylko zło. Ja w każdym razie w coś takiego nie wierzę. I nie jest to tylko kwestia wiary. Nie akceptujący półcieni radykalizm Tyrmanda stworzył, w symbiozie ze znakomitym piórem, dzieło niewątpliwie ciekawe i ważne, wciągające w czytaniu.
Pomimo uwag, nie sposób odmówić pisarzowi trafności w diagnozowaniu epoki – tego jej skrawka, który wpisuje się 1954 rok. W ocenie systemu, wieszcząc jego wypalenie się – przyszły upadek – był na swój sposób proroczy.
Warto odnotować, że był Tyrmand żywym przykładem wojennego antybohatera: nigdy i nigdzie nie walczył, nie uczestniczył też w wojennej konspiracji. Całą wojnę przeczekał względnie spokojnie poza krajem. Na tle obowiązujących wzorców wojennego patriotyzmu chciałoby się rzez, że spokojnie „przepękał” te koszmarne lata. Do Polski powrócił w 1946 roku. Jest swoistą ciekawostką, że w ponurej epoce stalinizmu po polsku, zasadnicza dotkliwością, którą boleśnie odczuwał, były kolejne odmowy wydania mu paszportu – otrzymanie owego dokumentu było w tamtym czasie dla większości niemożliwym. Znał osobiście niezliczoną liczbę ludzi: sławnych, ważnych i znaczących, oraz tych bez znaczenia. Grono to często mu pomagało i wyciągało z kłopotów. Prowokował i drażnił. Był głośny i donośny. Swych poglądów publicznie nie skrywał, za co, o dziwo, nigdy nie trafił za stalinowskie kratki, co zdarzało się podobnym mu buntownikom. Trudno w związku z tym uznać Tyrmanda za kombatanta walki z „komuną” w klasycznym rozumieniu tego słowa. Zasadnym jest zauważyć, że wojenne i powojenne losy pisarza nie zostały naznaczone jakąś szczególną postacią osobistej „martyrologii”, jakże dziś modnej i pożądanej przez co niektórych. Właściwość ta kreuje swoisty dysonans pomiędzy tym, jak żył, tym, co zawarł w „Dzienniku”, a realnie zaznanymi ze strony władzy dolegliwościami osobistymi. Z pasją walczył o lepszą pozycje towarzyską i materialną, na którą, o czym był głęboko przekonany, zasłużył sobie pisarskim talentem. To co materialnie osiągał nie zadawalało pisarza, za co winił marności wypływające z panującego systemu politycznego.
Kupiłem swego czasu oryginalną, wydaną w 1995 roku wersję „Dziennika 1954” ze znakomitym wstępem zredagowanym przez nieżyjącego już Henryka Dasko – niegdyś czytywałem w „Polityce” artykuły poświęcone literaturze anglojęzycznej, której był znawcą i krytykiem. Był Dasko, zapewne na swój sposób dowcipnym, lub śmiertelnie poważnym. Cytuję kawałek wstępu do „Dziennika” pióra pana Henryka: „Tyrmand przeciwstawił samego siebie – europejskiego epikurejczyka – sprawnie posługującego się sztućcami i zadumanego nad eschatologicznymi meandrami mounierowskiego personalizmu. …dychotomia Tyrmand – komunista.” Po przeczytaniu tego kawałka pomyślałem sobie, że Dasko robi sobie jaja z „prostego” czytelnika.
„Dziennik 1954” jawi się w swym rozwarstwionym napięciu intelektualnym i moralnym jako wyłącznie dwubiegunowy: dobro i zło, a ściślej – powtórzę – czerń i biel bez najmniejszej próby zrozumienia i pobłażania temu, co poza nim: jakby ten inny świat był totalnym złem. Właściwość ta w jakiś sposób upodabnia „Dziennik” do „Zniewolonego umysłu”, paraboli literackiej (przypowieści) pióra Czesława Miłosza. Cenię obie, jednak w swej bezbrzeżnej megalomani ośmielam się mieć uwagi: otóż „winię” obie wybitności o ocierający się o łatwiznę łatwizną radykalizm, ustawiający piszących w pomnikowej roli nieomylnych, przy tym nieprzejednanych, jedynie słusznych arbitrów. Nie bez trudu akceptuję ten typ twórczego egocentryzmu oraz intelektualnej wyniosłości obojga. Nie odmawiam nikomu, kto pisze, świętego prawa do twórczej dowolności. Wiele dzieł światowej beletrystyki bazują na kontrapunkcie. Waham się jednak, czy obie książki nie noszą znamion pychy autorów. Odrzucam mogący się po ich przeczytaniu objawić pogląd, że każda inne zachowanie i postawy, odchylające się choćby o milimetr od wzorców, które kreślą, są a priori złe – nie do zaakceptowania na płaszczyźnie intelektualnej i moralnej. Mam taką naturę, przy tym pole, jak mi się wydaje, zdrowej tolerancji, że nie w pełni ufam tej kategorii nieomylności. Z trudem – z wyjątkami – przyswajam sobie dzieła o cechach przesadnie, wedle mnie, moralizujących. Te nierzadko wydają mi się być nadto nachalnymi. Jeśli sytuacje i osoby w nich opisane nie są w sposób oczywisty złe – o czym wiem, lub przypuszczam, że takimi są – zachowuję ostrożność. Z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika nie uważam, aby rozważania i wnioski zawarte w obu książkach należały do bezdyskusyjnie słusznych. Stronią autorzy – świadomie – od pogłębionej refleksji, wszak nie o nią im w tamtym czasie chodziło. Oddalają od siebie zamysł nad uwikłaniem człowieka w historię, a także to, że nie zawsze jesteśmy podmiotem własnego losu. Ja uważam, że nikt nie rodzi się i umiera jako kryształ. Rzecz jasna granice tego rodzaju wyrozumiałości nie mogą być bezbrzeżne. Nie wolno nam jednak totalnie wykasować tolerancji w odniesieniu do inkryminowanych postaw i zachowań, uwzględniającej rozmaite okoliczności: historyczne np., także te zwyczajnie ludzkie, które determinują czyny „osądzanych”.
Tyrmand pisał swój „Dziennik 1954” do szuflady, Miłosz „Captive Mind” napisał poza Polską – właściwie na zamówienie „Kultury”, krótko po tym, kiedy wzmagając się z rozterkami, zdecydował pozostać na Zachodzie. Jerzy Giedroyć uznał książkę Miłosza za ważną, jednak, np. przeciwnie do Herlinga Grudzińskiego, który podkreślał, że ta przede wszystkim kreuje i ożywia negatywny mit „ketmana” ( patrz: „Nienasycenie” Witkacego) twierdził, iż gromiona przez autora postawa czwórki jej głównych postaci – antybohaterów: Alfa, Beta, Gamma i Delta to przede wszystkim owoc strachu i oportunizmu (patrz: „Autobiografia na cztery ręce”), przez co, jak mi się wydaje, spłycał przesłanie i symbolikę dzieła. Ta z punktu widzenia zaangażowanego czytelnika – tego na emigracji i w kraju – wydawała się być znaczącą. Zwłaszcza wtedy.