Chcą oszczędzać na ludziach

W Polsce nie brakuje rąk i głów do pracy. Nasi przedsiębiorcy domagają się jednak wprowadzenia ułatwień dla pracowników ze wschodu, gdyż godzą się oni na mniejsze wynagrodzenia niż Polacy.

Kryzys migracyjny to jeden z najbardziej palących problemów w Unii Europejskiej. Liczba imigrantów rośnie w ostatnich latach, a kwestia imigracji stała się w państwach UE przedmiotem politycznego sporu, który zdeterminował kształt debaty politycznej po 2015 roku.
Jednak Polska do tej pory faktycznie nie miała spójnej polityki migracyjnej. Była ona zastępowana doraźnymi reakcjami na różnokierunkowe wyzwania, nieskładającymi się w uzasadnioną całość. Stąd też coraz częściej pojawiają się apele o budowę merytorycznych fundamentów naszej strategii migracyjnej.

Przyjechały już miliony

Mimo zwiększenia imigracji w ostatnich latach, Polska nadal należy do krajów emigracyjnych, czyli do takich, z których więcej ludzi wyjeżdża, niż do nich przyjeżdża.
Tym samym Polska klasyfikowana jest jako państwo niedotknięte bezpośrednio kryzysem migracyjnym. To zaś ma ma wpływ na postawę rządu polskiego wobec kryzysu oraz sposobu jego rozwiązania.
Wśród motywów imigracji do Polski wciąż przeważa czynnik ekonomiczny oraz perspektywa stabilnego zatrudniania i zarobków, a czynnikiem ułatwiającym decyzję o imigracji do Polski są więzy rodzinne i bliskość kulturowa.
Według informacji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce pracuje około 1,5 mln cudzoziemców, choć dane te mogą być zaniżone ze względu na fakt, iż niektórzy cudzoziemcy przebywają na terenie Polski nielegalnie i podejmują pracę „na czarno”.
Wśród obywateli państw, które uznają Polskę za atrakcyjny kierunek imigracji znajdują się Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini, a także obywatele państw azjatyckich (Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi) i obywatele państw Kaukazu Południowego.

Inni się tak nie palą

Według szacunków Rządowej Rady Ludnościowej, z uwagi na niską dzietność kobiet Polska będzie potrzebowała ok. 5 mln imigrantów, tylko dla utrzymania obecnego poziomu gospodarczego.
Są to oczywiście tylko niesprecyzowane przewidywania, ale nie ulega wątpliwości, że obecność pracowników ukraińskich na polskim rynku pracy dziś często jest pożądana.
W ostatnich latach w Polsce wprowadzono szereg ułatwień dla cudzoziemców. Z drugiej strony społeczeństwo polskie jest wciąż postrzegane (dość stereotypowo) jako niechętne cudzoziemcom, a przepisy polskiego prawa, mimo aktualizacji, wciąż stanowią dość istotną barierę w dostępie do rynku pracy i edukacji.
Organizacje WEI i Nowa Konfederacja twierdzą: „Obecność pracowników z Ukrainy w Polsce jest coraz bardziej konieczna, a stwarzanie ułatwień dla nich bardzo potrzebne, bowiem stają się pożądani także na innych rynkach zachodnich”.
Trudno się jednak zgodzić z tym poglądem, bo państwa zachodnie jakoś nie palą się do ułatwiania mieszkańcom Ukrainy dostępu do swego rynku pracy. Widocznie nie uważają, że to jest konieczne. Nie ma więc też powodu, by i Polska otwierała swój rynek pracy dla obcokrajowców.

Najpierw pracownicy krajowi

Nasi przedsiębiorcy z łatwością mogliby sięgnąć po niewykorzystane zasoby krajowych rąk i głów do pracy. Aktywność zawodowa Polaków wciąż przecież pozostaje na niskim poziomie.
Przedsiębiorcy chcą jednak płacić ludziom jak najmniej. Dlatego wolą tańszych pracowników ze wschodu Europy – choć to sprzeczne z szeroko pojętym interesem Polski.
Tym niemniej niektóre propozycje WEI i Nowej Konfederacji w zakresie polityki migracyjnej Polski są warte rozpatrzenia. Zwłaszcza zaś pogląd, że polityka migracyjna może i powinna być uzupełnieniem innych narzędzi polityki ekonomicznej oraz demograficznej, lecz ich nie zastąpi.
Trudno też nie zgodzić się z postulatem, iż konieczne jest oparcie asymilacji i integracji migrantów na naturalnych procesach społeczno-gospodarczych, nie zaś na biurokratycznym przymusie. Rzeczywiście, na siłę nie ma co kogokolwiek ściągać do Polski.
Z pewnością też warto rozważyć propozycję uproszczenia procedur nostryfikacji dyplomów wysoko kwalifikowanych pracowników zagranicznych. Ich obecność w Polsce z pewnością się przyda.

Pozdro z Polandrocka! Ważny tunajt

Kupiłem sobie ostatnio w zagranicznym sklepie z towarami przecenionymi, piękne białe dresy z tęczowym lampasem. Za chwilę będę je ubierał i szedł w nich grać dla niespełna miliona ludzi, którzy zjechali się w tym roku na festiwal Poland Rock a.k.a. Woodstock. Tymczasem siedzę sobie jeszcze w hotelu w Gorzowie, popijam ciecz wielkiej wykwintności i zastanawiam się, ileż to jadu i złego trzeba w sobie nosić, żeby mącić ludziom w głowach w tak perfidny sposób, jak to robi rządowa telewizja Kurskiego.

Byłem dziś na hotelowej siłowni. Tak czasami mam. Kiedy konserwowałem swoją tężyznę fizyczną, grał akurat informacyjny kanał państwowej telewizji, bo prywatnej w odbiorniku nie było. W „Teleexpresie extra”, głównym niusem dnia był piknik rodzinny z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, dalej nowojorska wystawa kotów (to sporo wyjaśnia), a na koniec alarmistyczny materiał o topieniu się lodowców na biegunie. Ani słowa o festiwalu Poland Rock, gdzie akuratnie stworzyło się na mapie trzecie co do wielkości miasto w Polsce. Specjalnie mnie to jednak nie zdziwiło, bo niczego innego się po telewizji w wydaniu Jacka Kurskiego od dawna nie spodziewam, także dysonans poznawczy nie wystąpił. Jednakowoż stacja nie była by sobą, gdyby na odchodne nie wbiła szpili. I to w sposób tak strasznie chamski, że rada etyki mediów powinna z miejsca przyrżnąć towarzystwu karę za zdeptanie podstawowych prawideł zawodu i nierzetelność. Podano bowiem w „Teleexpresie”, że w Kostrzynie na d Odą, w którym akurat trwa festiwal Poland Rock, agresywny, nagi mężczyzna dopuścił się naruszenia nietykalności cielesnej policjanta, informację ilustrując obrazkiem ulicznej szarpaniny naćpanego golasa z funkcjonariuszem. Dodano jeszcze, że na tym samym festiwalu znaleziono na polu namiotowym zwłoki 35-latka, a przyczyna zgonu nie jest znana. I tyle. Kropka. Innemi słowy, festiwal w Kostrzynie to miejsce niebezpieczne. Można za frajer dostać w cymbał, albo się przekręcić od nie wiadomo czego. Matki, zostawcie w domach swoje córki, bo jak tam pojadą, to najpewniej wrócą z brzuchem i to pewnie z czarnym. Takich przekazów nie powstydziłaby się nawet telewizja ojca dyrektora.
Byłem wczoraj w Kostrzynie. Nie widziałem zajścia z policjantem i golasem. Widziałem za to tłumy młodych, wolnych na ciałach i umysłach ludzi. Dla takich ludzi wczoraj grałem. Grał będę też dla nich dzisiaj. I dumny jestem, że dane mi było i będzie robić taką robotę dla tych wszystkich, którym się w tej Polsce nie widzi.
W naszej kapeli rozstrzał polityczny idzie od prawa do lewa, przez liberalne centrum. Nikomu jednak do głowy by nie przyszło, żeby odrzucić zaproszenie na scenę, przed którą stanie kilkaset tysięcy ludzi, tylko dlatego, że wierzymy w innego Boga albo nie wierzymy w niego wcale. Zresztą, czy Bóg jest czy go nie ma, mam nadzieję, że ktoś tam kiedyś zliczy te bezczelne manipulacje Kurskiego i ekipy i wystawi im za to rachunek. To, że towarzystwo nie lubi Owsiaka to ich sprawa. Owsiak to nie zupa pomidorowa, żeby go każdy lubił. To jednak, że za cel bierze sobie młodych ludzi i dzieli ich na tych lepszych, z marszu 11 listopada, i na młodzież gorszego sortu, z festiwalu gdzie ćpają, kradną i gwałcą, o nie, co to ot nie. Historia i gniew młodzieży, a ten wśród młodych ludzi jest, zmiecie ich kiedyś, i zostaną sami, jak prącie po kastracji. Mam nadzieję, że kiedyś, jeszcze za tej Polski, to zobaczę, choć, co by nie było, źle nikomu nie życzę i czekam na opamiętanie, ale nie robię sobie na to specjalnych nadziei…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Potrzeba nam mobilizacji

Z dr. hab. Rafałem Chwedorukiem, profesorem UW, rozmawia Przemysław Prekiel (Przegląd Socjalistyczny).

W wyborach europejskich Donald Tusk jednoznacznie wsparł listę Koalicji Europejskiej. To była zatem również jego porażka? Czy były premier wróci jeszcze do polskiej polityki?
Udział Donalda Tuska w końcowej fazie kampanii Koalicji Europejskiej od razu sprawiał na mnie wrażenie absolutnego kuriozum. Koalicja Europejska bowiem skupiała trzy różne partie o trzech różnych elektoratach: PO, SLD i PSL. Chciała się przedstawić, poprzez zamazanie szyldów, zwłaszcza PO, jako nowa jakość w polityce. Wiele o SLD i PSL może powiedzieć, ale nie to, że były radykalne i pogrążone w ideologicznym ferworze. To miało tworzyć w dłuższej perspektywie drogę do tych wyborców, którzy się ciągle wahają, pokazując im, że to nie jest kontynuacja rządów PO i PSL, że to, co zostało zaoferowane przez PiS w polityce społecznej, zostanie zachowane. Pojawienie się Donalda Tuska, który tak mocno kojarzy się z PO, siłą rzeczy musiało zniweczyć te usiłowania, pokazać Koalicję Europejską jako poszerzoną Platformę Obywatelską. To oczywiście nie przeszkodziło zmobilizować elektoratu tych trzech partii, ale ułatwiło mobilizację PiS przeciwko KE. Koalicja Europejska, mimo dobrego procentowo wyniku, przegrała jednak sromotnie. Donald Tusk pojawiający się w ostatnich dniach kampanii, będący świadkiem wystąpienia pana Jażdżewskiego, zapewne wbrew własnym oczekiwaniom, stał się jedną z twarzy porażki. Może nawet większą twarzą porażki niż poszczególni liderzy tych trzech partii.

Dlaczego?
Ponieważ jest bardziej rozpoznawalnym politykiem. A po tych wyborach stało się jasne, że jeśli Donald Tusk będzie chciał wrócić do polskiej polityki i mieć jakiś pomost do tego, musi liczyć na całkowitą zmianę wśród opozycji i jakieś nowe rozdanie. Bardzo znamienne są słowa sprzed wielu miesięcy, wypowiedziane przez Donalda Tuska, chwalącego lidera PSL i można się zastanawiać, że PSL nie stało się elementem rozgrywek PO, co najdobitniej pokazuje związanie się z ludowcami kilku polityków PO, bliskich Donaldowi Tuskowi.

Czy wynik w wyborach europejskich będzie miał wpływ na wybory parlamentarne?
Nie ma wątpliwości, że wpływ ma już teraz. Mobilizacja nowych wyborców jest tutaj nową okolicznością. Wybory do PE doprowadziły do rzadko spotykanej w polityce sytuacji. Istotna część liberalnych elit opiniotwórczych niemal siłą wepchnęła PiS do centrum. Każda partia polityczna walcząca o władzę chciałaby się znaleźć w politycznym centrum. To znaczy pozyskiwać wyborców z różnych grup społecznych, także takich, którzy nie są wyborcami którejś z głównych formacji. Paradoks PiS polegał na tym, że ta partia w olbrzymim stopniu znalazła się nawet bez własnych działań w centrum poprzez postawę olbrzymiej części celebrytów, wypowiadających się z pogardą o gorzej sytuowanych wyborcach, głosujących najczęściej na PiS. To stworzyło nową okoliczność. W tym momencie partie opozycyjne zostały wypchnięte z centrum a do tego dochodzi dramatyczny zwrot PSL, moim zdaniem ten zwrot jest bardzo spóźniony i to o kilka lat, nie kilka miesięcy.

Sam Wincenty Witos z dużym dystansem odnosił się do lewicowej partii chłopskiej PSL „Wyzwolenie”. Ten zwrot PSL-u dziś jest zatem czymś naturalnym?
Dziś postrzegamy tradycję ludową w sposób równie uproszczony. Był to ruch bardzo żywy, pełen dyskusji i konfliktów wewnętrznych. Różnica między PSL „Piasta” a PSL „Wyzwolenie” była po trosze różnicą ideową a także różnicą przestrzenną. „Piast” to przede wszystkim Galicja z kolei „Wyzwolenie” do dawna Kongresówka. Dzisiejsze PSL powstałe w wyniku transformacji ZSL-u w wymiarze przestrzennym było silne przede wszystkim tam, gdzie przedwojenne PSL „Wyzwolenie” w latach 20-tych: kieleckie, Lubelszczyzna, nieszlacheckie wsie północnego Mazowsza. W pasie witosowym, który ciągnął się od Krakowa przez Tarnów aż po Rzeszów, Przemyśl i dalej Lwów, od lat prawica ma wyraźna przewagę nad dzisiejszym PSL. Także Ziemie Odzyskane był tym obszarem, gdzie współczesnego PSL-owi udało się odegrać większą rolę. Strategia, jaką przyjął PiS na początku tej kadencji, czyli konfliktu z ludowcami i ich totalnej dyskredytacji, okazała się być nieskuteczna. Po wyborach samorządowych, które dla PiS-u miały wymiar słodko-gorzki, ponieważ dostał największą w swojej historii władzę w samorządach, ale gorzki dlatego, że procentowy wynik PiS-u był daleki od oczekiwań, PiS zmienił te taktykę, stał się bardziej koncyliacyjny. I to stało się dla PSL bardziej niebezpieczne niż otwarta walka.

W co zatem grają ludowcy? Budują własną koalicję „Koalicję Polską”. To jest podbijanie stawki czy powrót do korzeni? Politycy PSL podkreślają, że zaszkodziła im rewolucja LGBT, którą lansowała Koalicja Europejska.
Ponad wszelką wątpliwość kwestie LGBT i wielkomiejskiego antyklerykalizmu uderzyły mocno w PSL. Diagnoza PSL jest trafna, tylko spóźniona. Wszelkie próby wejścia tej partii do miasta nie kończyły się powodzeniem. Są oczywiście wyjątki, takie jak prezydent Ciechanowa z PSL czy od lat radni w radzie miejskiej Płocka, to to wynika z lokalnej specyfiki. PSL ma coraz mniejsze możliwości rozrastania się i naturalną możliwością przetrwania byłoby pozostanie tej partii w centrum. Pozostawanie w długim związku z PO stało się dla PSL kłopotliwe, zwłaszcza moment, gdy podniesiono wiek emerytalny, to na wsi przyjęto bardzo krytycznie. Nie przysłużył ludowcom również skręt w lewo PO w czasach rządów Ewy Kopacz.
Dochodzi do tego niewyjaśniona sytuacja obalenia wicepremiera Waldemara Pawlaka wewnątrz partii. PSL nie potrafił w odpowiednim momencie uderzyć pięścią w stół. Pytanie zatem czy owa Koalicja Polska jest odpowiedzią adekwatną do obecnej sytuacji. Powstanie Koalicji Europejskiej było bardzo prostym komunikatem dla opinii publicznej: jesteśmy razem, jednoczymy się ponad podziałami. A teraz jeśli ta koalicja się rozpada, to komunikat jest również prosty: opozycja się kłóci i nie wierzy w zwycięstwo nad PiS-em. Działanie PSL w obecnej chwili sprawia wrażenie trochę desperackiej próby ratowania się w ostatniej chwili, tak jak niegdyś Bronisław Komorowski, który między dwoma turami zgłosił ideę referendum w sprawie JOW-ów. Ujmując to w kategoriach symbolicznych – obecnie ludowcy chcą zieloną koniczynkę przemalować na czarno i napisać na niej ZChN, co jednak pomija istotę ich problemów. Umiarkowany i centrowy elektorat PSL przepływa do PiS nie dlatego, że jest narodowo-katolicki. Ci wyborcy właśnie dlatego byli przy PSL, bo ta partia była umiarkowana. A sama już nazwa „Koalicja Polska” to jest retoryka charakterystyczna dla prawicy. A przy wyborze dwóch partii prawicowych, dlaczego wyborca nie miałby wybrać większej? Trudna i niewdzięczna ewentualna koalicja z PO i SLD pozwoliłaby z pewnością ludowcom na posiadanie własnego koła bądź nawet klubu parlamentarnego, natomiast pójście do wyborów samemu i ewentualne nie przekroczenie progu spowodowałoby rewolucję wewnątrz PSL.

Przejdźmy do lewicy. Wierzy Pan w koalicję SLD, Razem i Wiosna? To byłaby powtórka z 2015 roku czy taka realna alternatywa dla rządów PiS?
W sposób oczywisty grozi to powtórką z 2015 roku. Pytanie, czy wyciągnięto wnioski z dawnej katastrofy. Koalicja może być pewna tylko głosów części żelaznego elektoratu SLD, zorientowanego w istotnym stopniu na kwestie historyczne. W Polsce nie ma miejsca na partię wyrazistą w kwestiach światopoglądowych i wyrazistą w sprawach ekonomicznych i jednocześnie adresowaną do ludzi młodych i w średnim wieku. Nie ma po prostu takiego elektoratu. Nie to społeczeństwo i nie te czasy. Dla sporej części wyborców SLD skrajnie ideologicznie postulaty są rażące i nie do zaakceptowania. W 2015 roku, kiedy SLD poszło razem z Barbarą Nowacką i Januszem Palikotem, największe straty Sojusz odnotował w elektoracie prawosławnym, zawsze lojalnym wobec lewicy. Radykalizm światopoglądowy nie okazał się ani dla Zjednoczonej Lewicy w 2015 roku, ani dla Wiosny w 2019 roku wehikułem do sukcesów wyborczych.
Druga pułapka wiąże się z formalizacją koalicji, zamiast listy SLD jako partii. Partia Razem, z całym szacunkiem dla działaczy tej partii, ale nie dysponuje zasobami kadrowymi i strukturami, które dawały gwarancję długotrwałego istnienia. Trudno byłoby uwierzyć także, iż Wiosna dysponuje szerszym lokalnym, organizacyjnym zapleczem. Doświadczenia dla SLD z Ruchem Palikota były fatalne, zarówno w wymiarze organizacyjnym jak i finansowym. Do tego powraca problem progów 5 i 8 proc.

Wielu komentatorów podkreślało, że po wyborach europejskich mamy w Polsce de facto system dwupartyjny. Uważa Pan, że zmierzamy w tym kierunku?
Bardziej widzę perspektywę dwublokową niż dwupartyjną. Konflikt PO z PiS z czasem zaczął się nakładać na różne osie podziału socjologiczno-politycznego w polskim społeczeństwie. Kumulował je konflikt klasowy i konflikt kulturowy oraz konflikt na linii centrum-peryferie. I stąd taka intensywność konfliktu i polaryzacja w życiu społecznym. Temu oczywiście sprzyjały również błędy polityczne zarówno w wykonaniu SLD jak i PSL. Nie wydaje mi się jednak, aby to był konflikt wieczny. Młoda generacja Polaków nie bardzo odnajduje się w tym sporze. Po pierwsze, młodzi ludzie niezbyt interesują się polityką, po drugie, nieszczęsna reforma edukacji z 1999 roku i jej późniejsze dopełnianie obniżyły wymogi, ograniczyły faktycznie np. historię. Wreszcie w końcu ci młodzi ludzie urodzili się i wychowali w kompletnie innych warunkach niż generacje od nich starsze. To są już ludzie jakby w pełni ukształtowani w III RP. Ich poglądy na gospodarkę są bliższe PO niż PiS-owi, ale odpowiada im antyestablishmentowy charakter PiS-u. Stąd niska frekwencja wśród młodych ludzi. Ten efekt nie będzie moim zdaniem ułatwiał bipolaryzacji w przyszłych latach.
Widzi Pan profesor w niedługiej perspektywie odrodzenie się lewicy w Polsce? Na czym głównie powinna się skupić? Mówił Pan, iż nie może to być partia radykalna zarówno w kwestiach ekonomicznych jak i kulturowych.
Ostatnie wybory do PE najdobitniej to pokazały. Ucieczka od lewicowej tożsamości Roberta Biedronia pokazało, iż elektorat liberalny i obyczajowy niekoniecznie jest liberalny w kwestiach ekonomicznych. W tej chwili jedyne aktywa i zasoby jakie lewica ma, w aspekcie makrospołecznym, to jest istniejący, choć topniejący elektorat SLD i bardziej kwestie związane z odniesieniami tej partii do PRL i III RP są tutaj istotne. Z pewnością zrestartować myślenie wielu grup społecznych mógłby jakiś globalny kryzys i otworzyć nową przestrzeń dla lewicy. W zachodniej socjaldemokracji, pogrążonej w największym kryzysie w swojej historii, trwają żywiołowe dyskusje na różnych poziomach, co robić dalej. Z tych dyskusji wyłania się przekonanie, że socjaldemokracji niezwykle trudno bronić swoich tradycyjnych elektoratów a jednocześnie odnieść się do kwestii migracji czy praw osób LGBT. Już doszło do katastrof kilku partii socjalistycznych, np. we Francji. W końcu trzeba się jednak na coś zdecydować. Zauważmy, że duńska partia socjaldemokratyczna, zwycięska w ostatnich wyborach, zaostrzyła agendę w sprawie imigracji, to najdobitniej pokazuje skale zjawiska i jak bardzo imitacyjne i odrealnione są próby adaptacji do Polski zachodnich wzorców sprzed 10 czy 15 lat. To przestaje być aktualne.

Bigos tygodniowy

Nie wiem (nie ja jeden) jakie będą dalsze losy politycznego sojuszu lewicowego, który z nagła zrodził się z porozumienia Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i Adrian Zandberga, aktualenie roboczo nazwanego Lewicą. Co prawda okoliczności jego powstania były nieco wymuszone, ale powstrzymam się od wybrzydzań, bo żadne ludzkie dzieło nie jest bez zmazy i skazy. Odczuwam jednak satysfakcję, że nie będę zmuszony okolicznościami do oddania głosu na koalicję, której liderem byłby polityk centroprawicowy, który jeszcze kilka lat temu mówił o potrzebie „konserwatywnej kotwicy”. Pojawiła się szansa na to, że po raz pierwszy od 1989 roku będę mógł oddać głos zgodny z moim wewnętrznym przekonaniem ideowym, a nie na „mniejsze zło”. Jakikolwiek wynik uzyska w wyborach koalicja SLD, Razem, Wiosny i PPS wreszcie bez niekomfortowego poczucia przykładania ręki do zgniłego kompromisu oddam głos na formację łączącą lewicowy pragmatyzm SLD, lewicowy kurs socjalny Razem, lewicowość kulturową Wiosny oraz lewicową tradycję historyczną PPS. Wreszcie mam szansę zagłosować nie według zasady „jak się nie ma co się lubi…”.
*****
W Białymstoku kibolscy bandziorzy zaatakowali Paradę Równości i rozpętali burdy, w których pobito kobiety, uczestniczki Marszu, a także poturbowali policjantkę. Władza stosuje taką taktykę, że daje wolną rękę policji w pacyfikowaniu bandyckich ekscesów (niech się chłopaki ćwiczą w robocie), ale sama nie kwapi się do wyraźnie stanowczego, oficjalnego potępiania. Witek zabrała co prawda głos, ale nie wyszła poza to oficjalnej dezaprobaty. Jeden z uczestników MR po zajściach powiedział o Polsce: „Dziki kraj”. Poprzednio określenia tego użył przed laty Miro Drzewiecki z PO, ale, że tak powiem, na inny temat.
*****
„Strefa wolna od LGBT” – tak brzmi napis na naklejce (wlepce), którą „Gazeta Polska” ma dołączyć do najbliższego wydania tygodnika. Bez entuzjazmu, jako materiał poglądowy potrzebny mi do pracy publicystycznej, ale nabywam co tydzień ten tytuł. Jednak tego akurat numeru nie nabędę, by nie współfinansować faszyzujących metod. Potępiła te nalepki ambasadorka USA w Warszawie Georgette Mosbacher. Diabli nadali PiS-owi tę babę i to jako dar od przyjaciela Trumpa. I jak tu ją krytykować? A nie mógł Donald przysłać jakiejś fundamentalistki z „pasa biblijnego” tylko „kobietę wyzwoloną” z elity nowojorskiej? Trochę próbują, ale delikatnie i nieoficjalnie (rzecznik rządu). Pozostaje im dobra mina do złej gry.
*****
Natomiast w Lublinie szef klubu radnych miejskich PiS Tomasz Pitucha przegrał proces z miejscowym działaczem LGBT. Walka o normalność w Polsce trwa.
*****
Ame(ł)ryka przysłała też nad Wisłę niejakiego Roda Dehera, religijnego blogera, który po dokonaniu inspekcji stwierdził, że „przyjechał do Polski w przekonaniu, że odwiedzi prawdziwy bastion chrześcijaństwa w Europie, jak przystało na kraj Jana Pawła Drugiego, a zastał kraj na rozdrożu, w stanie kryzysu kulturowego”, w którym za 10 lat spodziewać się można powtórzenia wariantu irlandzkiego.
*****
Profesor Jacek Raciborski przypomniał wyliczenie, według którego na obóz anty-PiS czyli Koalicja Europejska, Wiosna i Razem z jednej strony, a PiS z drugiej, uzyskały 26 maja prawie identyczną liczbę głosów czyli, że mamy do czynienia niemal z idealnym remisem. Problem w tym jak ten faktyczny remis przekuć na remis w Sejmie i Senacie.
*****
Mianem „starego iluzjonisty” określił poseł Siemoniak Kaczora. W dobrym momencie, bo na jednym z pisowskich wieców wezwał do zakończenia „wojny polsko-polskiej”. „Stary wilk” znów udaje łagodnego baranka.
*****
Afera wokół myku Kury z datą premiery filmu „Solid Gold” pokazała, że znów aktualne jest leninowskie hasło, że „kino jest najważniejszą ze sztuk”. Natomiast „symetrystyczne” porównywanie intrygi Kury z przygotowywaną premierą „Polityki” Patryka Vegi jest nieuprawnione. W tym pierwszym przypadku chodzi bowiem o wykorzystywanie filmu do prorządowej kampanii wyborczej za publiczne pieniądze, w tym drugim o prywatną produkcję filmową.
*****
Wiceprezes TVPiS Mateusz Matyszkowicz wystąpił w obronie „Wiadomości” i Holeckiej skrytykowanych za prymitywizm przekazu przez „bywszego” sojuszniczego dziennikarza Roberta Mazurka. Nie ta obrona mnie jednak zaskoczyła, lecz wygląd i przyodziewek Matyszkowicza. Kiedy zimą 2016 przybył do TVPiS z „Frondy” na stanowisko szefa TVP Kultura wyglądał jak offowy dziennikarz-chudzina, w abnegackich porteczkach, bucikach i powyciąganym sweterku, co budziło we mnie nawet pewną sympatię. Teraz pokazał się przed kamerami z twarzą jakby prosto wyjętą z pszczelego ula, odziany w okazały „gang” i krawat. Co to władza robi z ludźmi!
*****
Jakubowska Aleksandra na łamach organu Karnowskich (w polityce, sieci) z jadem nienawiści analizuje sytuację na lewicy po porozumieniu Czarzasty-Biedroń-Zandberg. Jak ta niegdysiejsza „lwica lewicy” lewicy nienawidzi, jak pokochała klimaty klerykalno-prawolskie.
*****
Co mnie uderza, to nieustanny, nieprzerwany od czterech lat, zmasowany i konsekwentny atak władzy PiS na sędziów. Żadne środowisko społeczne nie jest zwalczane z taką nienawiścią, nawet wrodzy politycy z lewakami włącznie, nawet nieprzychylne PiS media. Skąd to się bierze? Kaczyński i jego kamaryla usilnie dążą do spacyfikowania sądownictwa, które przy wszystkich swoich niedostatkach jest jedynym prawdziwym buforem między społeczeństwem a władzą. Tej roli w tym stopniu nie spełnią ani opozycyjni politycy ani nawet niezależne media, bo przeciw jednym i drugim władza może wystawić swoich polityków i swoje media. Alternatywnego sądownictwa nie stworzy.

Co się stało z polskim chłopem?

Na pewno można powiedzieć, że wynik Koalicji Europejskiej przy słabej kampanii i zaniechaniach to wynik rewelacyjnie dobry – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) prof. Radosław Markowski, dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS.

JUSTYNA KOĆ: Według nowego sondażu dla “Faktów” zwycięża PiS, a właściwie Zjednoczona Prawica, z poparciem 42 proc. 27 proc. może osiągnąć Koalicja Obywatelska, do Sejmu wchodzi jeszcze ugrupowanie Kukiza z 6-proc. poparciem. Wiosna ma 5 proc., PSL 3 proc., SLD i Razem – po 2 proc. To dowód, że opozycja powinna iść do wyborów szeroką koalicją?
RADOSŁAW MARKOWSKI: Niekoniecznie. To jest tylko jeden z sondaży i oczywiście nie przeczę, że PiS prowadzi nad przedstawionymi partiami, gdzie PO została właściwie sama, bo oprócz Barbary Nowackiej i resztek po Nowoczesnej w tej koalicji nic ponadto nie ma. Ten wynik dla niemalże samej PO jest dobrym wynikiem i można przypuszczać, że inny sondaż mógłby dać wynik prawie 30 proc. dla PO. To już coś.
Sytuacja w wyborach parlamentarnych jest jednak inna niż w europejskich. Przed wyborami do PE miałem absolutne przekonanie, że ci, którzy pozornie “wygrają” te wybory na własnym, polskim podwórku, nie będą mieli siły sprawczej w PE i szerzej – w UE. Dziś to widzimy. Codziennie obserwujemy, jak kolejny kandydat PiS przegrywa. Pani, która dostała 500 tys. głosów w Polsce, nic nie zdziała w Brukseli, bo tam – na szczęście – mianuje się według profesjonalizmu, a misiewiczopodobne kompetencje nadają się do awansów tylko nad Wisłą. I dzieje się tak nie dlatego, że jest z PiS-u, ale dlatego, że jest w marginalnej frakcji w PE, a jej stosunek do UE jest taki, jaki jest, a także dlatego, że przegrało się jedno z istotniejszych głosowań stosunkiem 27:1 i to w nieestetycznym stylu. Natomiast o ile w tamtych wyborach hasło “wszyscy kupą” miało bardzo sensowny mechaniczny efekt, by zdobyć jak najwięcej, to w tych wyborach do parlamentu krajowego już niekoniecznie.
Podejrzewam, że 2 proc. poparcia dla SLD jest jednak zaniżone, bo prawdopodobnie mogą liczyć na ok. 5 proc., więc gdyby założyć, że jest możliwa jakaś lewicowa koalicja SLD z Biedroniem, może Zielonymi i pomniejszymi lewicowymi grupami, która wychodzi z prawdziwym lewicowym programem, to jej wynik może być lepszy, niż przewidywany.
Trzeba mieć pomysł: edukacja, transport publiczny, ochrona środowiska, klimat i dziesiątki innych kwestii, za którymi ludzie lewicy (i nie tylko) tęsknią. W przypadku takiego lewicowego bloku nie mam wątpliwości, że mogliby ugrać w granicach 15 proc., gdyby dobrze przemyśleć kampanię. Jeżeli blok lewicowy osiągnąłby ok. 15 proc., a drugi wokół PSL – choć tu mam większe wątpliwości, bo nie widzę partnera dla PSL w tym bloku – ale gdyby on zaistniał i też osiągnął w granicach 13-15 proc., to te dodatkowe 25-27 proc. Koalicji Obywatelskiej mogłoby być bardzo dobrym wynikiem nawet przy metodzie D’Hondta. Najważniejsze w tych wyborach będzie jednak to, by nie marnować swych głosów na partie, które w parlamencie się nie znajdą. W 2015 roku było to niemal 17 proc. głosów, choć w dwóch poprzednich wyborach wskaźnik ten wynosił zaledwie nieco ponad 4 proc.

Tylko jak to osiągnąć?
Bardziej niż mechaniczne zjednoczenie fundamentalną kwestią jest sensowny program ogólny i umiejętność docieranie ze specyficznymi kwestiami do konkretnych środowisk i miejscowości. Moim zdaniem zabieganie o inteligentnych, wykształconych ludzi drobnymi pomysłami zwiększenia zasobności ich kieszeni czy dziwacznym autokrytycyzmem minionych polityk nie jest dobrym pomysłem. Dla tego elektoratu sugestia, że podniesienie wieku emerytalnego było błędem, jest niezrozumiała, gdyż każdy myślący człowiek wie, że do tej pory szybko następowało wydłużanie naszego życia (w ostatnich dwóch latach trend się odwrócił), co powodowało konieczność choćby cząstkowego zniwelowania okresu pobierania emerytur. To nie był błąd, tylko niezbędność i tak będzie to trzeba, prędzej czy później, zrobić; tak zresztą postępuje ostatnio większość krajów UE.
Obniżanie wieku emerytalnego przez PiS jest sabotażem rozwoju kraju.
Zatem po pierwsze program, ale koniecznie w formie atrakcyjnej opowieści o dwóch, maksymalnie czterech poważnych kwestiach publicznych, którą trzeba ładnie opakować dla swojego obozu, a potem iść w teren i przekonywać do niej ludzi.
Po drugie, po raz kolejny powtórzę, choć już tracę nadzieję, że ktoś to w końcu zrozumie… Kilka dni temu PiS ogłosił jedynki i przyznam, że trudno o coś bardziej mylącego. Jest dla mnie zagadką, w jaki sposób, przez 30 lat, lud tej ziemi dał się tak otumanić, że jedynki mają jakiekolwiek znaczenie. By była jasność – one istotnie w wyniku tej manipulacji mają znaczenie, ale nie powinny. W Polsce mamy system otwartych list wyborczych i jeśli byśmy skoordynowali nasze działania, to na jedynkę może nie paść ani jeden głos, ponieważ głosujemy na ludzi, niejako wtórnie przypisanych do danej listy partyjnej. To my decydujemy, czy oddamy głos na osobę na pozycji pierwszej, piątej czy dwunastej… No, ale do tego trzeba być choć trochę zaangażowanym obywatelem, by coś o ludziach z listy wiedzieć. No i partie powinny chcieć ludzi tego uczyć.

To powinien być sposób Koalicji na obejście krytycznych głosów?
Koalicja, jeżeli już chce iść szerokim parasolem, to powinna tłumaczyć, że można wybrać przedstawicieli danej partii politycznej na wspólnej liście; wystarczy ustalić, że zawsze na miejscu 5 jest dana partia, a na 3 inna, i tyle. Tylko przy okazji trzeba by przeprowadzić wielką akcję instruktażową, jak działa polska ordynacja, a do tego potrzeba przynajmniej kilku miesięcy codziennej edukacji.
Muszę przyznać, że ta niewiedza mocno mnie irytuje, bo to rodzaj feleru intelektualnego znacznych odłamów społeczeństwa, że po 30 latach nie rozumiemy tego i dajemy się ogłupiać opowieściami o jedynkach.
W badaniach wyborczych często wychodzi, że ludzie irytują się, że znów “aparatczyki” weszli do Sejmu, którzy zazwyczaj są pierwsi na listach. Tylko ktoś na tych aparatczyków głosował. Wystarczy, by liczni zagłosowali na, powiedzmy, 14-osobowej liście na kogoś innego i to on wejdzie, a nie jedynka, ale żeby to wiedzieć, to trzeba poświęcić trochę czasu na zrozumienie ordynacji, być obywatelem i się zainteresować, a nie obserwatorem czy kibicem. Co więcej, w ten sposób zorganizowani obywatele mogą wpływać na partie, by te umieszczały ich kandydatów na swych listach; zazwyczaj jest to w interesie obydwu “stron”…

Wyborca tego nie rozumie, ale już politycy chyba wiedzą, jak to działa. Zatem dlaczego PSL zrywa koalicję, ryzykując, że może nie wejść do parlamentu?
Zastanawiające jest to, że partie nie czytają ze zrozumieniem dorobku naukowego. W efekcie jedną z takich tez, które wszystkie partie podzielają, jest rzekomy konserwatyzm społeczeństwa. To jest nieprawda. Na poziomie ogólnym nie ma takiego wyniku i mówię to z całą odpowiedzialnością, choć oczywiście w ostatnim okresie odnotowujemy w niektórych grupach nieco większą tendencję do przyznawania się do przekonań prawicowo-konserwatywnych. No, ale to na takiej samej zasadzie, jak chętniej przyznajemy się do kibicowania drużynie piłkarskiej, która akurat wygrywa. Gdy sięgnąć głębiej, choćby do ostatniego badania Polskiego Generalnego Studium Wyborczego, to widać albo odwrotny wynik, albo niepotwierdzający tego domniemania.
Wyniki do 2015 pokazują, że większość Polaków ma neoliberalne ciągoty.
Opowiadają się bardziej za nowoczesnością niż tradycją, za wolnością niż równością itd. Spada tradycyjna rola i zaufanie do Kościoła katolickiego. Ci, którym się nic nie chce, albo są intelektualnie leniwi patrzą na tzw. autoidentyfikacje na skali lewica-prawica, i tam rzeczywiście widzą, że nastąpiło przesunięcie na prawo i ludzie chętniej deklarują prawicową identyfikację niż lewicową, przynajmniej gdy porównujemy z końcówką lat 90. Ale to jest deklaracja o autoidentyfikacji. Natomiast jak się popatrzy, jaki ludzie mają stosunek do pomocy społecznej, prywatyzacji, do Kościoła, w sprawie aborcji, bezrobocia, to w Polsce jest co najmniej 40 proc. ludzi o lewicowych poglądach.
Tymczasem proszę zobaczyć, co się stało z Pocztą Polską.
Tam jest zawsze kilka biografii Jana Pawła II, gazety kościelne, książki kucharskie sióstr zakonnych albo ich porady, jak posługiwać się ziółkami. Państwowa instytucja robi z siebie przykościelny kramik, a największy problem w tym, że nikt na to nie reaguje. Problem w tym, że nikt na to nie reaguje, a już politycy PSL (a pewnie i wielu z PO, a nawet SLD) po prostu uważa, iż tego tematu nie można poruszać. Mieszanka oportunizmo-konformizmu w tej sprawie ulokowała się na stałe w przekonaniach polskich polityków różnej maści. Pewnie stoi za tym strach wyborczy, a niesłusznie, bo w głębi (nie deklaratywnie) liczna część Polaków chce przywrócenia cywilizowanego statusu tej instytucji. Dla drugiej części – wbrew pozorom, bardzo licznej – dla której ważny jest rozum, racjonalność, tradycja oświeceniowa i naukowa wiedza, obecna polska sfera publiczna to obraza ich głębokich przekonań. Co gorsza ja – bo do tej części należę – nie mogę się bronić przed zalewem narracji obrażającej mój rozum (a i instytucjonalnie potwierdzonych ocen trafności moich naukowych przekonań o świecie), podczas gdy o obrazie uczuć religijnych poprzez krytyka tychże nieweryfikowalnych wizji świata słyszymy co chwila, a nawet coraz chętniej liczni kierują sprawy do sądów.

Czy 45 proc. dla PiS w ostatnich wyborach do PE to maksimum możliwości tej partii?
Tego nie wiemy. Czekam właśnie na opracowanie porównawczych paneuropejskich badań, robionych także w Polsce po wyborach do PE, na badania na poziomie europejskim, i wtedy będzie można coś więcej i bardziej dogłębnie powiedzieć.
o analizie z poziomów obwodów wyborczych będzie można powiedzieć więcej, ale na pewno jest zastanawiające, co się stało z polskim chłopem, który poszedł głosować tak licznie w ostatnich dwóch trzech godzinach przed zamknięciem lokali. To jest novum i musiały nastąpić jakieś zmiany; być może ambona tak zadziałała, a może jakieś zmiany osobowościowe… W każdym razie sprawie tej należy się wnikliwie przyjrzeć. Na pewno można powiedzieć, że wynik KE przy słabej kampanii, zaniechaniach, takich jak np. Włodzimierza Cimoszewicza (choć mogły istnieć subiektywne powody bierności), który na pewno nie był jedyny, jest rewelacyjnie dobry. To pokazuje, że jak się naprawdę zakasa rękawy i pójdzie z opowieścią o Polsce, to można wiele zyskać. I skupić się trzeba nie na 6 milionach zwolenników PiS, tylko na pozostałych 25 milionach, z których połowa jest do polityki po prostu zniechęcona.
To, co się dzieje przez ostatnie lata, to opowieść o demobilizacji sytych, zadowolonych z siebie, dość bezrefleksyjnych przedstawicieli pokolenia, które nie zdaje sobie sprawy z wartości liberalnej demokracji.

Księga Wyjścia (20)

Ballada bardzo polityczna

Próbowałem, naprawdę próbowałem, ale nie da się żyć w Polsce i kompletnie olać politykę. To znaczy można, ale alternatywą jest jedynie świadoma i całkowita izolacja w oparach alkoholu. Z dwojga złego lepiej już przyglądać się krajowej scenie, zniszczy nerwy, ale oszczędzi wątrobę.

Podobno jesteśmy coraz bogatsi, coraz lepiej nam się wiedzie. Bezrobocie spada, a zadowolony lud ma do wyboru jedynie poprzeć lub odsunąć od władzy PiS. Doszliśmy do minimalizmu w polityce i mamy taki kompaktowy program – PiS, albo nie PiS – oto jest pytanie, chciałoby się powiedzieć. Sprowadziliśmy politykę do walki o symbole i nazwiska, kompletnie zapominając czym ona naprawdę jest. Programy to same hasła z dodatkiem rzeczownika „plus”.
Pewnie i tak wygrają rządzący, ale gdyby nawet było odwrotnie, to czy coś się zmieni? Będzie tak samo, ale z większą ogładą i w odpowiednio skrojonych garniturach. Faktycznie bezrobocie spadło, ale chyba nie o tego rodzaju spadek nam chodziło. Nie po to ludzie kończyli studia, by teraz bez problemu dostać pracę „siedzącą”, ale za kasą w markecie. Tak na marginesie w sieci Żabka jest to zabronione, pracownikowi za kasą nie wolno siedzieć.
Żeby jednak dostać tę pracę i „usiąść” lub „stanąć” za kasą trzeba zmodyfikować CV, najlepiej skrócić zatrzymując się maksymalnie na średnim wykształceniu. Z wyższym niechętnie przyjmą, należy więc schować ambicje, ukryć wszystkie fakultety, i dopiero wtedy można ze „spuszczonopodniesioną” głową usiąść przy kasie w markecie i cieszyć się wolną niedzielą.
Niejednokrotnie nawet po krótkiej nawet rozmowie widać, że za kasą nie siedzi ktoś, kto za kasą siedzieć powinien, ale co ma zrobić, jeśli skończył oligofrenopedagogikę i gwaroznawstwo? Albo nie – daj boże – Akademię Sztuk Pięknych i wybrał rzeźbę, to bez odpowiedniego ładunku szczęścia i znajomości wszystkie swoje dyplomy może najwyżej oprawić w ramki i powiesić na ścianie. A plany i ambicje? Cóż, szlag trafił. To właśnie jest polityka, tym powinniśmy się zajmować by wymusić na politykach odpowiednie rozwiązania.
Przypomina mi to trochę badania poziomu ubóstwa na świecie. Badania takie robi Bank Światowy. Według wszelkich danych wynika, że w ostatnich latach faktycznie znacznie zmalało, ale nie dlatego, że ludzie się wzbogacili, ale zmieniono sposób liczenia. Mimo, że głodnych wciąż jest tyle samo albo i więcej, to w statystykach wychodzi ich znacznie mniej. Wystarczył prosty zabieg, zmiana granicy progu ubóstwa. Jeśli kilka lat temu wynosiła około pięciu dolarów na osobę dziennie, to teraz zmniejszono do lekko ponad dolara. Tym prostym zabiegiem udało się bankowym badaczom wykluczyć całkiem sporą część populacji z obszaru nędzy. Bez żadnych nakładów, karmienia czy wsparcia finansowego. Drobna zmiana kilku cyfr dała ten sam efekt co wyłożenie ogromnej kasy.
Myśląc kategoriami BŚ, możemy w krótkim czasie w ogóle zlikwidować ubóstwo na świecie. Wystarczy, że poprzeczkę nędzy ustawimy na poziomie 0,0 dolara dziennie. Przecież można jeść bobry – ogłosił któregoś dnia jeden z ministrów.
Ciekawa jest nie tylko polska polityka. Od kiedy nowi euro deputowani dotarli na brukselskie salony, wnieśli ze sobą nieco krajowego folkloru. Mam na myśli polityków PiS-u oczywiście. Ci, którzy byli już europosłami wcześniej, zdążyli się tam jakoś dostosować i co najwyżej zaczynają gadać bzdury dopiero, gdy przyjadą do Polski. Natomiast nasz nowy, świeżo wybrany eksportowy towar polityczny sądził, że będzie tak samo jak na Wiejskiej. Oni naprawdę dostaną niezłej traumy, gdy się okaże, że muszą samodzielnie podejmować decyzje. Patrząc na to z boku – wyglądają jak grupa zagubionych przedszkolaków, którym postawiono zadanie wyraźnie ich przerastające.
Zadziwiające były słowa premiera. Zdziwiło mnie zwłaszcza to, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Komentując podwójną porażkę Beaty Szydło, premier Morawiecki w formie zarzutu skierowanego do europosłów powiedział – cytuję – „nie dotrzymywanie umów, nie dotrzymywanie układów”. „Umów” i „układów” – te dwa słowa mówią wszystko o jego rozumieniu polityki. Zawsze wydawało mi się, że w takich gremiach, decyzje podejmują jego członkowie. Podejmują autonomicznie na sali obrad zgodnie z własnym przekonaniem, a nie w wyniku uprzednich, korytarzowych czy kawiarnianych „układów”. Pomyślałem wtedy, że faktycznie premier Morawiecki może o tym nie wiedzieć.
To jest też ogromna wina społeczeństwa, że pozwoliliśmy politykom, by czuli się nadludźmi. Przez nasz egoizm walczymy jedynie o swoje, a jak już wywalczymy, lub nie ale ktoś obietnicą załagodzi problem, to cała resztę mamy w nosie, wypominając innym zawodom zarobki czy jakieś przywileje. Nikt jeszcze nie połączył sił, by pójść wspólnym frontem – poza kuriozalną obroną sądów (niewielu nawet pamięta jakich, Rejonowych, Apelacyjnego, Najwyższego, czy może KRS?), co już zupełnie było głupie.
Wyprowadzenie setek tysięcy ludzi w obronie instytucji, której nikt nigdy nie widział, konstytucji, której większość nie czytała, a gdy protestują nauczyciele, to inne środowiska zawodowe mają to gdzieś, mówiąc że przecież sami nie mają lepiej. W mediach przewinie się informacja na temat „przywilejów” typu wakacje, ferie itp. W głowie przeciętnego człowieka rodzi się bunt, ale nie przeciw rządzącym, lecz protestującym. Podobnie było z lekarzami, pielęgniarkami i każdą inną grupą zawodową. Co takiego mają w sobie sędziowie, że przez jakiś czas organizacja taka jak KOD potrafiła wyprowadzić tłumy na ulice?
W Warszawie Rafał Trzaskowski podpisał kartę LGBT – środowisko jest zadowolone i ma gdzieś, że zapisy tego dokumentu spokojnie można było rozszerzyć. Deklaracja spokojnie mogła nazywać się „kartą równości” i objęłaby także mieszkających w Polsce obcokrajowców. Nie trzeba byłoby zmieniać nawet jednego słowa.
Wtedy łatwiej byłoby przepchnąć ją w innych miastach. Ale nie, środowisko LGBT swoje osiągnęło i triumfalnie przejdzie obok żebraka, a niektórzy nie zareagują podczas wyrzucania bezdomnego z tramwaju, Nawet odetchną z ulgą, że już ten niehigieniczny i śmierdzący „żul” wyleciał z pojazdu.
Trochę przypomina to Amerykę lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdzie kobiety zaczynały upominać się o swoje prawa, ale generalnie nie miały nic przeciwko „segregacji rasowej” (z wyjątkami), oburzały się gdy z kolei o swoje prawa walczyli ludzie, którzy mieli nieco inny kolor skóry, którym nie wolno było zajmować miejsc w autobusach czy tramwajach zarezerwowanych dla białych, do niektórych kawiarni nie mieli wstępu, a jeśli już, to mieli wydzielone stoliki. Nie mając więc nic przeciwko „segregacji rasowej”, szły w proteście z równouprawnieniem na ustach. Sięgając pamięcią nieco dalej, po wojnie secesyjnej, wygrana Północ nie miała oporów by używać – to dobre słowo – wyzwolonych niewolników do likwidacji Indian. To drastyczne porównania, ale podobnie jest teraz w Polsce. Na szczęście mniej krwawo.
Czasami, gdy włączę telewizor, przewijają się jakieś migawki. Ostatnia jaką zapamiętałem, to były ogromne kolejki do wydziału komunikacji w jakimś mieście. Żeby zarejestrować samochód ludzie robili listy i czekali po kilka dni by dostać się do okienka, w którym wydadzą odpowiednie dokumenty.
Takiego problemu nie mają Szwedzi. Tak się składa, że mieszkałem w tym kraju jakiś czas i nawet kupowałem tam samochód. Wszystkie formalności wyglądały tak, że po spisaniu umowy wysłaliśmy ją pocztą do jedynego w tym kraju urzędu zajmującego się rejestracją pojazdów, a po jakimś czasie pocztą zwrotną przyszły odpowiednie, gotowe już dokumenty z naklejkami na tablice rejestracyjną. Oczywiście, w Szwecji mieszka czterokrotnie mniej ludzi niż w Polsce, ale może warto korzystać z tego typu rozwiązań, choćby na poziomie wojewódzkim. Jeszcze chwilę zostanę przy tym kraju, a konkretnie kancelariach komorniczych.
W Szwecji wygląda to następująco: istnieje tam 40 kancelarii komorniczych, w których pracuje jedynie dwa tysiące ludzi. Podlegają bezpośrednio pod ministerstwo finansów. A ich rolą nie jest śledzenie wierzycieli i eksmitowanie na bruk, ale zajmują się doradztwem finansowym, często udzielając wsparcia osobom zadłużonym. Nawet jeśli jest wobec nich prowadzone postępowanie egzekucyjne. Stają się opiekunami i zależy im na humanitarnym rozwiązaniu problemu robią wszystko, by dłużnik z tego wybrnął. Mają ustalone procedury. Najważniejsze, by nie generować długu, żeby ludzie nie wpadli w spiralę zadłużenia, tylko jak najmniej boleśnie z tego wyszli.
Tam nikt się komornika nie boi, bo człowiek ten przychodzi im z pomocą, jest takim opiekunem długu i dłużnika. Jeśli zadłużenie jest naprawdę duże i przerasta możliwości spłaty, to komornik wraz z dłużnikiem opracowują pięcioletni plan spłaty, skrojonej na miarę możliwości i zarobków konkretnej osoby. Jeśli przez te pięć lat wywiązuje się z tego obowiązku, pozostała kwota zostaje mu umorzona.
Nie mogłem się oprzeć, by o tym nie wspomnieć w kontekście krajowej polityki, gdzie ludzie niekompetentni zajmują najwyższe stanowiska i co kilka lat wprowadzają kuriozalne zmiany, które poza bałaganem niczego dobrego nie wnoszą. Ogromnym błędem były reformy Buzka, zupełnie niepotrzebnym i cholernie szkodliwym. Wszystkie te reformy były zbędne choćby ze względu na koszty. Jerzy Buzek powinien stać przed Trybunałem Stanu, ale bryluje w mediach robiąc za eksperta. Jeśli jednak zrobił już tę reformę edukacji, to odkręcanie tego przez PiS po kilkunastu latach było już zbrodnią.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że polityka w Polsce wygląda tak, że gdy ktoś dorwie się już do tej władzy, wstanie rano, podrapie się po głowie, pomyśli „a może tak będzie lepiej” i zanim na dobre się obudzi, zaczyna wprowadzać to w życie. Jednocześnie pieprząc bzdury, że jesteśmy jednym z najlepiej rozwijających się państw w Europie. Miałem jeszcze napisać coś o ministrze edukacji, ale gdy przywołam w pamięci minę Dariusza Piontkowskiego, to pozostaje mi jedynie współczuć jego byłym uczniom. Podobnie jak współczuję ludziom, którzy zaufali Robertowi Biedroniowi. Gdyby Sejm zdecydował się na legalizacje małżeństw homoseksualnych, można byłoby zarzucić mu nepotyzm, bo zdaje się mocno lansuje swojego partnera. Ale o Biedroniu pisać mi się już nie chce. Człowiek, który miał możliwość pokazać społeczeństwu, że w polityce można być przyzwoitym, tylko pogłębił wizerunek polityka oszusta. O oszustwo wyborcze mi chodzi – to tak, żeby nie było niedomówień. cdn

Ambasador

Mało który poznaniak jest świadom tego, jak sprawują się przypadkowi ambasadorowie miasta Poznań, gdy znajdą się „w terenie”. A sprawują się kiepsko…

1.
Na sobotni targ w miasteczku X. od lat przyjeżdża pewien mieszkaniec Poznania, który trudni się obwoźnym handlem zabawkami: gumowymi, plastikowymi, militarnymi i całkiem pokojowymi. Ceny ma wysokie, rabatu nie daje, życzliwością nie grzeszy, samoocenę ma wysoką jak najwyższa góra w Pieninach, no i łatwo wpada w gniew. Znaczy się – rozwodnik albo wdowiec.
Od czasu do czasu wdaje się on w dyskusję natury politycznej, a poglądy ma „GW-TVN-owskie”. Czyli – jest „elita” z Grzegorzem Schetyną na czele, która – białoskóra, wykształcona jak cholera, z wielkich miast – „wie, co i jak należy robić”, ale „plebs” – chłepczący 500plusy jak trzoda chlewna gnojówkę z koryta, przeszkadza mu w dziele podejmowania działań jedynie słusznych.
Standard, chciałoby się rzec.
Dziś doznał jednak z naszej strony despektu.

2.
Wyjaśnijmy, kto to „my”. „My” to: pan uprawiający warzywa wszelkiego rodzaju (głównie – ogóreczki, co przeszłyby najsroższe testy europejskie na „krzywiznę”), pan handlujący tanią biżuterią i perfumami, pani zwożąca z Niemiec i Holandii używane meble i dywany, oraz ja – prosty klient.
W skrócie – „Ogórecznik”, „Jubiler”, „Meblowniczka” i Wasz skromny bezpłatny korespondent na wieloletniej delegacji.

3.
Wstępna zaczepka przyjęła postać:
– I co, na PiS, tu będziecie głosować? Wiadomo, wiochy inaczej nie umieją…
Odwróciliśmy głowy, zaintrygowani.
Po czym – wszyscy grzecznie – jak to „plebs” skinęliśmy tymi głowami. Z góry na dół.
– No tak, pięćset się wzięło…
– Kto mógł to wziął…- potwierdziliśmy chórem.
– „Trzynastkę” pewnie też…
– Oczywiście, i „trzynastkę” też…
– Och, wy wsioki jedne, tak wam te wasze mózgi to radio i telewizja wyprały…
– Ano, wyprały i mamy teraz czyste – ukąsił „Ogórecznik” wstawiając puste po sprzedanych ogórkach wiaderka do auta.
– A kto będzie teraz na was robił? My z miast? Na was dzieciorobów i leni…
– Tak by wypadało. – zaśmiał się „Jubiler”, składając puste skrzyneczki po perfumach, z których żaden nie ma prawa kosztować więcej niż 12 złotych, przeto idą jak świeże bułeczki.
– Latami by człowiek do was gadał, a i tak nic nie skumacie – mózgi proste, nie sfałdowane…
– Fakt, proste, nie sfałdowane – potwierdziliśmy ochoczo.
I zasiedliśmy na pustych straganach, patrząc jak białoskóry, wykształcony, z wielkiego miasta posiadacz silnie sfałdowanego przodomózgowia za „Chiny ludowe” nie jest w stanie upchać w aucie zabawek, co nie dał rady ich dziś sprzedać.
A gdy odjechał, wzbijając tumany kurzu, odetchnęliśmy z ulgą i każdy z nas udał się do swego nicnierobienia.
„Ogórecznik” miał do podlania ogórki i kapustę (dwa hektary), „Jubiler” musi założyć tysiąc zawieszek do nowych kolczyków, „Meblarka” jutro jedzie na granicę Niemiec z Holandią, gdzie czeka na nią nowy transport używanych kanap, szafek i stołów. Tamtym tak się w głowach poprzewracało, że wyrzucają już umeblowanie sprzed 3-4 lat.
Nastała bowiem nowa moda mieszkaniowa: kafelki na podłodze, ściany wyglansowane w kolorze ecru, kilka zgeometryzowanych mebelków ze szkła. I poza tym – nic.
Żadnych książek, żadnych obrazów, żadnego psa, męża, dzieci, które naruszałyby nowy ideał: sterylną czystość i ciszę.
Chciałoby się napisać: trumienną.

4.
A wracając do handlarza zabawkami… Z nowymi, samozwańczymi radziwiłlami wypada wprawdzie rozmawiać na kolanach, ale nie zawadzi głowę trzymać wysoko i z niesfałdowanego mózgu czynić od czasu do czasu użytek…
Może się wtedy sfałduje.

Chaos i nadzieja?

Ukazały się ostatnio dwie wypowiedzi prof. Marcina Króla – pierwsza zatytułowana „Idzie chaos”, a druga „Mam nadzieję”. Z wielu powodów warto przemyśleć te teksty.

Dla przypomnienia: Autor jest filozofem polityki i historykiem idei, był działaczem opozycji demokratycznej w PRL, redaktorem naczelnym „Res Publica Nowa”, także bulwersującej książki „Byliśmy głupi”, w której pisał, że po 1989 roku w Polsce można było zrobić lepiej, „dużo lepiej gdybyśmy nie byli zaślepieni, niedoświadczeni, niewrażliwi”. Te myśli spotkały się z bardzo licznymi głosami protestu ze strony kół solidarnościowych, które, co zresztą powszechnie wiadome, nadzwyczaj są czułe na wszelką krytykę, a szczególnie na negatywną ocenę ze swoich kręgów.

Pierwszy tekst,

opublikowany w „Newsweek” z 23/2019 rozpoczyna się od stwierdzenia, że „Demokracja zwana liberalną się skończyła. A wraz z nią III RP…wyczerpała swoje możliwości. Trwała przez siedemdziesiąt lat. Dla Europy to były cudowne lata, najlepszy okres w historii Zachodu. I on się powoli kończy… Istotą demokracji liberalnej jest to, co swego czasu świetnie nazwał Tusk – ciepła woda w kranie. Przez wiele lat ludzie niczego innego nie chcieli. Ale dziś chcą gorącej.”
Z powyższych myśli wynika, że aktualny stan polskich spraw jest tylko częścią szerszego procesu, a więc czymś niejako nieuniknionym co nas spotkać musiało. Nie jest to prawdą, a specyficzne przykłady Wielkiej Brytanii (brexit) i Stanów Zjednoczonych (prezydentura Truma) nie wystarczają na tak daleko idące uogólnienie, bowiem w szeregu innych europejskich krajach jest normalnie, a więc sytuacja jest zasadniczo odmienna i daleko w niej także do naszego łamania prawa i demokracji, do polityki powszechnego przekupstwa, że nie wspomnę o upaństwowionym kłamstwie i nieodpowiedzialnych decyzjach. Wyjaśnianie tego upadku za pomocą tuskowego powiedzonka nie wytrzymuje krytyki, a potrzeba „gorącej wody” wynika nie tyle z ludzkich chęci, co z warunków ekonomicznych, i ich rozlicznych konsekwencji, podyktowanych przez neoliberalną politykę ekonomiczną.
Przyczyny i znamiona chaosu
wg Marcina Króla, kryją się w upadku:
• uprawianej polityki – „Wyczerpał się model, który i tak bardzo długo funkcjonował. Wyczerpał się seksapil polityki”;
• religii – „Nie Kościoła, bo to jest mniej istotne. Oczywiście to przygnębiające, jak się dziś patrzy na Kościół… dramatyczny upadek religii w Europie to jest wielka zmiana, moim zdaniem niekorzystna”;
• czytelnictwa – „Młodzi ludzie przestali czytać książki należące do kanonu kultury europejskiej. On dla nich nie istnieje. Więcej: przeszłość dla nich nie istnieje…Po raz pierwszy w historii kultury została zerwana ciągłość. Nie ma przeszłości, a więc nie ma przyszłości. Jest tylko teraz”;
• szansy – „Gdybyśmy mieli czas, żeby pewne wartości u nas zakorzenić, byłoby nam łatwiej… Zrobiono tak wiele niemądrych rzeczy [od początku III RP – Z.T.]…Lekceważenie wszystkich poglądów poza racjonalnymi poglądami demokratycznymi okazało się ciężkim błędem, ale to jest znów wiedza, którą mamy dziś.”
W tych rozważaniach zabrakło odpowiedzi na podstawowe pytanie: co jest przyczyną opisanego chaosu?
Na ten zły czas Marcin Król radzi: „Trzeba zachować pojęcie honoru. Czyli zachować Conrada. Trzeba zachować poczucie egzystencjalnego sensu jednostki” I jeszcze: „Jedno jest pewne: przyjdzie jeszcze nowy wspaniały świat. Tyle że trzeba na niego trochę poczekać.”

Problem w tym,

że już dawno miał nadejść ten nowy, lepszy świat. Mury wiele lat temu runęły, a my mamy ciągle czekać? Według Autora okazuje się, że pono z racji światowych trendów, i na pewno z powodu błędów solidarnościowych przywódców, nadal do niego daleko.

Drugi, dwukolumnowy tekst,

niejako sztandarowy, rozpoczynający się na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” (6-7.07.2019) nosi tytuł „Mam nadzieję” i tak się, też dwukrotnie, zapowiada: „Nie wchodźmy na terytorium zła. Nie bądźmy jak oni, bo się upodobnimy. Niech się biją z cieniem. Ufajmy wszystkim ludziom. Niektórzy zawiodą nasze zaufanie. Na razie, bo we wszystkich jest potencjał dobra. Spróbujmy wyleczyć nawet ciężko chorych na nienawiść” oraz „Nie polemizować, nie krytykować… Odnotowywać fakty, ale nie piętnować, nie rozpaczać, nie korygować. Ufać, że dzięki odwołaniu do dobrej strony ludzkiej natury każdy będzie widział, jaki jest stan rzeczy.”
Idealistyczna opinia o dobrej stronie ludzkiej natury kłóci się z powszechnym przekonaniem, że „Dobro i zło istnieją w życiu człowieka prawie od zawsze. Granica między nimi wydaje się być bardzo mocna, często jednak to, co dla jednych jest dobrem, inni traktują jako zło. Człowiek jest istotą niedoskonałą…”
Ale nie tylko, bowiem sam Autor w pierwszym przywołanym tekście zaprzecza sobie: „PiS wygrywa nie dlatego, że ma jakąś cudowną ideologię albo pomysł. Wygrało, bo miało pieniądze do dyspozycji i je dało. Nie wiadomo, czy to Polskę zawali. Nawet jeśli nie, to jest to najbardziej prymitywne zachowanie polityczne, jakie można sobie wyobrazić.” Zgoda z tą oceną, ale wypada zapytać jeszcze Profesora, gdzie w chwili wyborów podziewały się ta wiedza o stanie rzeczy i potencjał dobra u milionów Polaków, którzy bezkrytycznie przyjęli nachalną propagandę, a za większą wartość uznali dobro materialne, czyli kasę, niż prawdę i elementarne podstawy demokracji?

W dalszej części

wywodów czytamy, że „Pora skończyć z programami i całym tym banalnym i pustym językiem polityki, a skupić uwagę na sprawach duchowych, które mają doniosłe konsekwencje dla spraw praktycznych. Czas przywrócić odpowiednie miejsce nadziei na dobre czy chociaż znośne życie, a nie toczyć walkę polityczną o władzę”.
Nadto: „Zło dobrem trzeba zwyciężać, a nie kontragresją”, „Nasza opowieść powinna polegać na odnowieniu ducha, na przywróceniu jednostce nadziei, a nie na obszernym projekcie konkretnych działań, w których skuteczność nikt już nie wierzy”.
Marcin Król dla potwierdzenia wagi spraw duchowych i miejsca nadziei przywołuje romantyków z XIX wieku, którzy „posługując się najpiękniejszym polskim językiem, do odnowy ducha. Do stworzenia nowej opowieści o polskości i o jednostce”, a także „Solidarność”, która, „była przecież wielką opowieścią duchową, a nie programem. Owszem, przyszedł czas i na działania konkretne, ale oświetlone tym duchowym przewodnictwem. „Solidarność” nie dlatego uratowała Polaków, że była ruchem politycznym, że walczyła o władzę, ale dlatego, że „odnowiła oblicze ziemi”.

Z tych wywodów wypada
koniecznie uporządkować kilka kwestii:

• nie wiemy co Król rozumie konkretnie pod pojęciem spraw duchowych, ale przywrócenie nadziei na „chociaż znośne życie” zależy w przeważającej mierze niestety, czy się chce czy też nie, od wyniku walki politycznej;
• zło rzeczywiście najlepiej dobrem zwyciężać, acz istnieje zbyt wiele przykładów na brak skuteczności tej metody;
• przywrócenie nadziei zawsze jednak opiera się o jakiś projekt działań (mniejszy czy większy), które mają zaspokoić tę nadzieję; bez wskazania planu osiągnięcia określonego celu nie narodzi się powszechna nadzieja jego urzeczywistnienia;
• zgoda na to, że nie do przecenienia są idee, i ich twórcy, które stanowiły nie raz w historii zaczyn wielkich ruchów politycznych, społecznych i wszelkich innych, ale warunkiem sine qua non ich sukcesu były zawsze określone warunki i bardzo liczące się oczekiwanie społeczne. Nie wydaje się aby w dzisiejszej Polsce miały one wystarczające miejsce;
• dyskusyjną tezą jest stwierdzenie o uratowaniu przez „S” Polaków, bowiem uratował nas od kolejnej rzezi gen. Jaruzelski. Nie pomniejszając zasług „Solidarności” przypomnieć należy, że mimo formuły związku zawodowego, była niewątpliwie także ruchem politycznym, i jak się okazało, skutecznie walczącym o władzę.

„Nie program zatem,

ale wielki projekt odnowy Polski, – pisze dalej Autor – który zaczyna się od ducha, ale naturalnie ma znacznie szerszy charakter. Program nadziei, która jest jedynym dobrem, jakim dysponujemy, ale też dobrem całkowicie wystarczającym. Nadziei na co? Na to, że pojedynczy ludzie przejrzą na oczy i pójdą za horyzont, wiedząc, że niewiele jesteśmy w stanie osiągnąć na tym łez padole, ale jednak nieco potrafimy… każdy z nas może zmierzać do horyzontu dobra i przyzwoitości”.
Należy wyjaśnić kilka spraw:
• przyczyną główną chaosu, który przedstawia Marcin Król – tego w polityce, religii i Kościele, w czytelnictwie książki i błędach „Solidarności” – była i jest zasadnicza zmiana w hierarchii społecznie akceptowanych wartości, w której na pierwszym miejscu usadowił się pieniądz (zysk, dywidenda i inne podobne) mający wszechpotężny wpływ na prawie wszystkie dziedziny życia człowieka i brutalnie wyznaczający jego położenie nie tylko społeczne;
• w naszych warunkach, poza realizowaną neoliberalną doktryną o niewidzialnej ręce rynku, który wszelkie problemy rozwiąże, nowa monopartia jaką stała się „Solidarność” i jej różne kontynuacje, urządzała i urządzają nam taką Polskę, jaką właśnie dziś mamy;
• kapitalizm w swym dążeniu do maksymalizacji zysku sięgnął do wyżyn, ale trzeba wiedzieć, że w wielu krajach wielokrotnie w tych swoich zapędach był poważnie i skutecznie ograniczany – m. in. poprzez aktywną działalność partii socjaldemokratycznych, z obawy przed społecznym protestem, a nawet rewolucją, z uwagi na konkurencyjność ZSRR (pisała o tym niedawno Agnieszka Holland), także poprzez niejako samoświadomość pracodawców, co skutkowało tzw. kapitalizmem ludowym oraz realizowaną koncepcją państwa opiekuńczego. Analogicznie niejako było, i ma się, z przestrzeganiem prawa i pewnych wolności obywatelskich.
• W polskich warunkach kapitalizm okazał swoje najgorsze XIX-wieczne oblicze, a państwo spełniało rolę, może nie nocnego stróża, ale popołudniowego dozorcy, co w sumie na jedno wyszlo. Nawet od samego początku III RP do dziś nie zdołał przypilnować przestrzegania podstawowych zasad prawa i demokracji, nie mówiąc już o ich zakorzenieniu.• Wielki projekt odnowy Polski jest oczywiście bardzo na czasie, rodzi tylko dwa podstawowe pytania: jakiej to Polski ma dotyczyć, bowiem już jedną, z ograniczonym skutkiem odnowiliśmy po 1989 roku, oraz jakimi siłami i metodami ma się dokonać to , każdego z nas, zmierzenie się z horyzontem dobra i przyzwoitości ?

Jest rzeczą zrozumiałą i naturalną,

że w obliczu szansy PiS na reelekcję w nadchodzących wyborach parlamentarnych, rodzą się różne rozważania i pomysły jak temu zapobiec, bądź co dalej robić. Niestety nie zawsze realne i trafione.

Le Monde diplomatique (nr 3/2019)

Ten numer dwumiesięcznika społeczno-politycznego otwiera tekst Gilberta Achcara „Nowa „arabska wiosna” czy długofalowy proces rewolucyjny?” o znów przezywającym wstrząsy świecie arabskim (m.in. Sudan, Algieria).

Przemysław Wielgosz 30 rocznicę 4 czerwca 1989 roku zdyskontował tekstem „Z dziejów restauracji kapitalistycznej w Polsce”. Znajdziemy też m.in. tekst o handlu jako narzędziu władzy imperialnej („Inna historia merkantylizmu” Alaina Bihra). Georges Lefeuvre zastanawia się „Kto wygra wojnę w Afganistanie”. Wolfgang Streeck zajął się kryzysem projektu europejskiego („Imperium na skraju upadku”).
O protestach społecznych we Francji, od sankiulotów do żółtych kamizelek, traktuje Vincent Sizaire w tekście „Niebezpieczne bezpieczeństwo”. Eric Alterman napisał o oddalaniu się Izraela od Żydów amerykańskich. „Śladami George’a Orwella” do angielskiego Wigan udała się Gwenaelle Lenoir, a numer zamyka kilka recenzji książkowych oraz fragment książki Katarzyny Czeczot i Michała Pospiszyla „Romantyczny antykapitalizm”.

Litania do dobrej zmiany

Od trzech lat na budowie autostrad i dróg ekspresowych panuje zapaść,
Ale mamy 500+.

Wydłużają się kolejki do lekarzy,
Ale mamy trzynastą pensję dla emerytów za właściwe głosowanie,
Pracownicy administracji rządowej, samorządowej, sądowej i nauczyciele od lat nie dostają podwyżek,
Ale jest wyprawka szkolna,
Oczekiwanie na rozprawy sądowe ciągle się wydłuża, wymiar sprawiedliwości zrujnowano,
Ale sprawiedliwość musi być po stronie władzy,
Parlament jest przybudówką prezesa,
Ale za to ustawy uchwalane są szybko,
Reforma szkolna jakoś nie wyszła,
Ale minister Zalewska na destrukcję nauczania awansowała do Brukseli,
Zamach smoleński ośmieszył inteligencję logicznie myślących,
Ale pokazaliśmy Rosjanom, że się ich nie boimy,
Obsadzono swoimi posady w spółkach skarbu państwa,
A w zamian oni odpalają, z sowitych pensji, miliony na kampanie wyborcze,
Zablokowano rozdział funduszy na ochronę środowiska,
Za to UE chce zabrać nam te pieniądze,
Zabrakło pieniędzy na wiele rządowych inwestycji,
Ale ma być 500+, a nawet więcej, na krowy i świnie,
Władza sabotuje kształcenie światłych obywateli,
Ale za to łatwiej będzie nimi rządzić,
Władza obiecuje kolejne pieniądze dla obywatela,
Oczekując za to dobrego głosowania jesienią,
Ulgi w PiT dla młodych ulżą im niewiele,
ale zubożą budżety gmin, podskoczą opłaty za żłobki i przedszkola,
Posłuszny obywatel będzie miał się nieźle,
ale państwo będzie w ruinie, ta ruina spowoduje…….
I dalej dopisz sobie co uważasz….