Czy da się nie zaKODować strajku nauczycieli?

Obserwując wydarzenia i komentarze towarzyszące masowej mobilizacji nauczycieli
chciałoby się zakrzyknąć „Strajk – tak! Wypaczenia wokół – nie!”. Tylko nie bardzo jest do kogo wrzasnąć.

Dzieje się tak ze wszystkim. Od kiedy Jarosław Kaczyński przejął niemal wszystkie stery życia politycznego w Polsce, a tonąca we własnej frustracji tzw. opozycja demokratyczna w odpowiedzi proponuje jedynie wspólną histerię nad „zaprzepaszczonym dorobkiem III RP”, o niczym nie można już dyskutować w sposób normalny. Ramy masowego myślenia wyznacza jedynie sztuczna linia demarkacyjna pomiędzy PiS-em i PO z przystawkami.
W ramach tego toksycznego duopolu funkcjonuje dziś w Polsce wszystko – od zasadniczych zagadnień politycznych po rodzinne rozmowy przy świątecznym stole. Ilu wujków, szwagrów i dziadków obrazi się na siebie po wsze czasy przy okazji najbliższej Wielkanocy? Z pewnością wielu. Pokłócą się między innymi o strajk nauczycieli. A w ostatecznym rozrachunku przestaną się do siebie odzywać, ponieważ nie będą potrafili spojrzeć nań inaczej niż poprzez pryzmat dobra i zła, za które, równie symbolicznie co fałszywie, uchodzą rząd i opozycja. To wszak oczywiste, że zło i dobro nie mogą się dogadać.
Strajk nauczycieli, niemal tydzień od rozpoczęcia, powoli zaczyna być zaprzęgany do tego spektaklu.
Jaki to będzie miało doraźny skutek dla samego protestu – okaże się. Być może oznaczone przez opozycyjny mainstream jako słuszne poparcie dla strajku zapewni mu sukces. A odzew wydaje się doprawdy niebywały. Trudno bowiem się nie wzdrygnąć lub nie zdumieć mocą Jarosława Kaczyńskiego, który nawet Balcerowicza i Henrykę Bochniarz uczynił umiarkowanymi pochlebcami strajku. Ba, nawet Gazeta Wyborcza popiera nauczycieli!
Niestety, na tym raczej koniec. Sondaże dotyczące stosunku do trwającego protestu wyraźnie wskazują, że społeczeństwo jest niemal równomiernie podzielone. Przyznaje to nawet OKO.press – internetowy wyznacznik opozycyjnego obłędu. „W poparciu dla strajku nauczycieli odbija się polaryzacja polskiej sceny politycznej. 47 proc. popiera strajk, 48 proc. jest przeciw. Wyborcy PiS są zdecydowanie na nie (79 proc), a wyborcy KE czy Wiosny zdecydowanie na tak (odpowiednio 71 proc. i 69 proc.)” – można przeczytać na stronach tego publikatora i założyć można, że są to najbardziej optymistyczne, realne dane, a opowieści przewodniczącego Broniarza o gigantycznym poparciu można włożyć między bajki.
Trudno w takich okolicznościach o inny wniosek niż stwierdzenie, że mobilizacja segmentu popierającego strajk jest wynikiem nie autentycznego zrozumienia sytuacji i samodzielnych przemyśleń, tylko agresywnego antyPiS-owskiego hype’u, w którego spiralę zostają właśnie wkręceni nauczyciele.

Doraźnie biorąc – dobre i to!
Niech zwyciężają, bo walczą w słusznej sprawie.

Nawet jeśli kciuki za nich trzymają ci, którzy są architektami ruiny polskiego sektora publicznego lub ich zawziętymi propagandystami. Swoją drogą, skoro nauczyciele tak chętnie i nieselektywnie przyjmują poparcie dla swoich działań, to też eksponują się na pewne niebezpieczeństwa. Doprawdy nietrudno sobie wyobrazić jak spindoktorzy PiS-u rozdmuchacją plotkę o poparciu Władimira Putina dla strajku nauczycieli. Chociaż tym razem zadziałała chyba nieoceniona Anna Mierzyńska, która już ostrzegła na łamach GW, iż wysłannicy kremlowskiego KGB-isty podszywają się pod wdowę Marię z Nowego Sącza, która „w 3,5 dnia opublikowała 224 wzmianki na temat protestu” (sic!). Dalej nie czytam, ale ni chybił, Rosja przekręci nam strajk, jak wybory prezydenckie w USA. Później ktoś mi powiedział, że wyśledziła ona, iż Putin, via jego trolle, jest przeciwko strajkowi. A jakże! Skoro Gazeta Wyborcza jest za?!
Jak prymitywny antyPiS-izm zaczyna podgryzać nauczycielski protest, dowodzi choćby piątkowa akcja solidarnościowa pod tytułem „Światełko dla Nauczycieli” przeprowadzona w Warszawie. Wydarzenie z pewnością pożyteczne, gdyż podnosi morale strajkujących, których rząd ewidentnie bierze na przetrzymanie. Niemniej nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż choć obrazki z morzem „światełek” na stołecznym placu Zamkowym pokrzepią serca protestujących, to będzie to jedyna korzyść i przy tym bardzo tymczasowa. Na dłuższą metę zaś wygląda to – przynajmniej póki co – słabo.
Całość wydarzenia bowiem utrzymana była w tanim klimacie antyrządowych protestów jeszcze z czasów odeszłego w niesławie KOD-u. Abstrahując od tego, że największy od ćwierć wieku strajk odarto z jakichkolwiek klasowych treści, co było do przewidzenia, większość przemówień była po prostu głupia (chyba że czegoś nie dosłyszałem ze względu na wyjątkowo marne nagłośnienie). Niemal wszystkie polegały na powtórnym przeciągnięciu markerem po wspomnianej na początku linii podziału na dobrych i złych. Zły jest rząd (to oczywiście prawda). I głupi. A my, neoliberalna opozycja, jesteśmy mądrzy i piękni.
Nikt nie zająknął się nawet na temat tego, jak usługi publiczne były systematycznie dewastowane przez polityków i publicystów dziś popierających nauczycieli, krzewicieli ideologii „zausz firmę”, tudzież, w nowej wersji „jeśli ci się nie podoba, to zmień pracę”. Nie było mowy o tym, że edukacja publiczna była przez lata wrogiem numer jeden tzw. obozu postsolidarnościowego i że „deforma” Zalewskiej jedynie pieczętuje jej poprzedni wieloletni upadek. Faza druzgocącego demontażu zaczęła się przecież nie od Kaczyńskiego, a od Buzka, Krzaklewskiego i Handkego. O tych dwóch ostatnich nikt już dziś nie pamięta, a pierwszy jest dziś prominentnym europarlamentarzystą i dostojnym obrońcą demokracji w Polsce. To oni, w ramach programu wyśmiewanego jako „Cztery wielkie reformy i pogrzeb” wdrożonego w 1999 r. przesądzili o krachu, którego ofiarami padają teraz nauczyciele.

A tym ostatnim chodzi przecież nie tylko o płace, a o zbliżające się zupełne załamanie.

Wynagrodzenia dla początkujących nauczycieli są tak niskie, że niedługo trzeba będzie zamykać szkoły ze względu na brak kadr. Związkowcy grzmią na ten temat od lat – chcą debaty na temat przyszłości systemu edukacji w Polsce, któremu pospieszna likwidacja znienawidzonych (w moim przekonaniu słusznie) gimnazjów nie pomoże. Nikt nie znalazł dla nich czasu, obecny rząd może się nie wymigać. Znalazł pieniądze na krowy i dla emerytów, będzie chyba musiał znaleźć również dla nauczycieli. Oby!
Ten aspekt również nie znalazł jednak uznania wśród „światełkowych” oratorów. Nic zatem nie popsuło atmosfery swoistego pikniku ludzi dobrej woli animowanych przez różne postaci publiczne. Wytworzono fałszywy przekaz, z którego wielu wyciągnie wnioski jakoby nauczyciele strajkowali nie ze względu na tragiczne warunki pracy i fatalne płace (fu! precz! #roszczeniowość), ale po to, by dopomóc niedozjednoczonej-na-zawsze opozycji obronić Polskę przed dyktaturą Kaczyńskiego.
Symbolicznie również wypadło to bardzo słabo. Najważniejszym momentem było ułożenie ze „światełek” gigantycznego wykrzyknika – logo protestu. Kropką pod nim była flaga Unii Europejskiej. W co najmniej kilku krajach UE nauczyciele zarabiają tak samo fatalnie jak w Polsce albo gorzej. Na takie niuanse jednak również nie było miejsca.
Optymizmem napawał widok dzieci, tj. uczniów, którzy ewidentnie solidaryzują się ze swoimi nauczycielami. To doprawdy dojmujące, że udało się przełamać (przynajmniej częściowo) oczywistą wrogość pomiędzy tymi dwiema grupami. Nauczyciele obecni na demonstracji usłyszeli bardzo wiele ciepłych słów od innych uczestników zgromadzenia i były to wyrazy autentycznego wsparcia. Takiego, na jakie górnicy czy inni pracownicy sfery budżetowej nigdy nie mogli liczyć.
Niektórzy protestujący byli też krytycznie nastawieni do mediów i atmosfery, którą polityczne środowiska budują wokół strajku.
– To jest oczywiście kabaret, ale nikt teraz przeciw temu nie będzie przecież krzyczał – powiedział mi nauczyciel WF-u z liceum na warszawskim Mokotowie i dodał – Mamy dość kłopotów na każdym poziomie. Z dyrektorami, z kuratoriami, z ministerstwem. Ze wszystkimi instytucjami. Państwo od lat działa tak, jakby nas nienawidziło. Tak, jakbyśmy się wdarli do tych szkół, jakbyśmy byli głównym problemem. Najlepiej, żeby szkoły były bez nauczycieli i bez uczniów. Wtedy można byłoby sobie reformować do woli, w każdej chwili. No i płacić by nie trzeba było. No, to byłoby super! – podsumowuje.

– Nie wiem, dlaczego w mediach jestem przedstawiana jako bohaterka. Ja i moje koleżanki zasługujemy na to, żeby nas chwalić, ale dlaczego się to robi teraz? Dlaczego nikt nie powiedział mi dobrego słowa przez tyle lat? Opiekuję się dziećmi i je uczę od blisko 15 lat. Przez cały ten czas nazywano mnie darmozjadem i oszustem, bo komuś się wydaje, że pracuję tylko 10 godzin w tygodniu i mam jakieś długie miesiące przerw wakacyjnych, świątecznych i w ogóle same uciechy! Teraz jestem bohaterką. No, dobrze – komentuje nauczycielka nauczania początkowego, nie chce powiedzieć w której szkole uczy; zasłania się „zemstą dyrektorki”.
Niezależnie jednak od wszystkich towarzyszących strajkowi okoliczności jest to mobilizacja zasługująca na pełne uznanie i pełne poparcie. Jeżeli związki przegrają tę bitwę, to o następnym zrywie tej skali będziemy mogli dyskutować może za 10 lat. Natomiast jeśli walka się powiedzie, powstanie szansa na budowanie alternatywnej opozycji, ruchu społecznego opartego na przesłankach klasowych i prawdziwie politycznych. Jeśli nauczyciele wyrwą nas z tego przygnębiającego spektaklu emocjonalnej huśtawki, którą cały czas bujają PiS i PO wszyscy im kiedyś podziękujemy. Poza Kaczyńskim i Schetyną.
P.S. Dodatkowa informacja dla tych, którzy wciąż mają wątpliwości czy w sektorze edukacji „rzeczywiście jest aż tak źle”. Owszem. Według danych Instytutu Badań w Oświacie tylko w Warszawie brakuje prawie 1600 nauczycieli. Na całym Mazowszu zaś, gdzie sytuacja jest fatalna, etaty czekają na 3000 pedagogów. W Małopolsce praca czeka na 800 nauczycieli. Zachodniopomorskie – blisko 200. Łódzkie – 150. W sumie w całym kraju brakuje kilkunastu tysięcy nauczycieli. Najgorsza sytuacja jest, a jakże, na wsi i w małych miastach.

Głos prawicy

Liroya „droga do ścieku” według Skiby

„Do Rzeczy” opisuje wojnę dwóch raperów będących dziś po przeciwnych stronach politycznej barykady. Chodzi o Skibę i Liroya.
Dawno temu byłem kumplem Liroya, a ostatnio widzieliśmy się ze dwa lata temu w studiu TVN, wkrótce po tym jak wywalił go z partii Kukiz. Żartował z lidera swej byłej już partii i mówił, że teraz pójdzie swoją drogą. Nie przypuszczałem, że będzie to droga z tak nieciekawym towarzystwem. Droga do ścieku – napisał na jednym z portali społecznościowych Krzysztof Skiba.
Swój wpis na Facebooku lider grupy Big Cyc zatytułował „Od rapera do zera”. Zaczyna go od wspomnień. „To ja zrobiłem z nim pierwszy wywiad dla telewizji. Nazywał się wówczas PM Cool Lee. Dotarł do nas do programu „Lalamido”, który w latach 90. realizowaliśmy dla TVP 2. Wydał się na tyle ciekawy i inny od wszystkich, że reżyser Beata Dunajewska postanowiła zrobić mu kilka clipów, a potem krótki program o nim samym. Pomogliśmy mu zaistnieć, bo wydał się nam oryginalny. Jeszcze hip hop nie był w Polsce modny. Ale wkrótce (w dużej mierze za sprawą programu MTV „Yo! Raps”) stał się muzyczną bombą, która zmieniła polską scenę muzyczną” – pisze o Piotrze Liroyu-Marcu Skiba.
W dalszej części wpisu muzyk wskazuje, że obecny prezes stowarzyszenia Skuteczni „pochodził raczej z rodziny dysfunkcyjnej” i „zdarzało mu się bywać na bakier z prawem i dokonywać drobnych kradzieży”. Później Skiba przechodzi do kariery muzycznej Liroya. „Gdy trafił do Francji spotkał się z muzyka hip hop i postanowił zostać wykonawcą tego gatunku. Już jako Liroy wydał słynny pierwszy album z hitem o scyzoryku. Nagle pojawiły się duże pieniądze i sława. A wraz z nimi zazdrość i niechęć sporej części środowiska. Liroy mimo konfliktów z innymi raperami, potrafił pokazać na co go stać. Wyjechał do USA. Tam nagrał numery z raperami z „Lordz of Brooklyn”. Legendarny czarnoskóry raper Ice T nazwał go „OG” czyli przyznał mu tytuł „orginal gangster” będący w świecie hip hopu czymś w rodzaju wyjątkowego wyróżnienia i potwierdzenia klasy. Na późniejszych jego nagraniach pojawili się nawet tacy wykonawcy jak Lionel Richie czy…Mietek Szczęśniak” – pisze.
Zdaniem Skiby, jeśli chodzi o poglądy polityczne Liroya, to był od zawsze „kontrowersyjnym połączeniem anarchisty z liberałem”. „Walczył o legalizację marihuany w Polsce i popierał partie Janusza Palikota (nagrał numer, który wspierał jego kampanię wyborczą)” – przypomina. Jak podkreśla, wszystko się zmieniło, kiedy „dzięki Kukizowi” został posłem.
Kończąc swój wpis Skiba wspomina swoje ostatnie spotkanie z Liroyem-Marcem. Było to dwa lata temu w studiu TVN – wkrótce po tym – pisze muzyk – jak wywalił go z partii Kukiz.

Martwa czuję się świetnie

Głos członkini Razem.

O Partii Razem zrobiło się ostatnio głośniej niż zwykle. To znamienne – zwłaszcza, że dzieje się to w momencie, kiedy ogłasza się jej zgon.
Każdy ma teraz coś do powiedzenia. Mówią więc osoby, które były we władzach, ale już nie są – i teraz wiedzą lepiej. Mówią osoby, które były członkami i członkiniami, ale już nie są – i teraz tłumaczą sobie dlaczego. Mówią lewicowi publicyści, którzy na Razem głosowali a już nie zagłosują – i teraz ciężko im, Boże. Publicystki, które popierały a już nie popierają – i teraz mają okazję uzewnętrznić swoje Schadenfreunde. I w końcu ci, którzy niby Razem lubili, a już nie lubią – i teraz mogą przestać się z tym kryć – oni też mówią.
Chciałoby się powiedzieć, że zleciały się do padliny rozmaite sępy i chcą wydrzeć swój kęs, ale nie można. Bo wbrew nawoływaniom do samorozwiązania, Partia Razem jeszcze nie umarła. I ten cykl tekstów – na Krytyce Politycznej opatrzony ironicznym hasztagiem #CodziennieJedenTekstOPartiiRazem – bardziej niż sekcję zwłok przypomina wiwisekcję na pacjencie, któremu podano dużą dawkę Pavulonu. To, że Razem przechodzi ogromny egzystencjalny kryzys, nie podlega żadnej wątpliwości. Ale to, że bronić nie bardzo ma się jak – też.
A jednak się broni. Do lokalnych struktur wciąż napływają zgłoszenia.
W mediach, nie tylko lewicowych, Partii Razem – i o Partii Razem – jakby nieco więcej niż zwykle. I sondażowe słupki – o dziwo! – wzrosły: z 0,7 proc. do 1,7 proc. To nadal, rzecz jasna, wartość zdecydowanie zbyt niska, by móc się upajać sukcesem, ale przecież to skok o ponad 100 proc.
Ja członkinią Razem nadal jestem i na razie nigdzie się nie wybieram. Również dlatego, że w mojej ocenie zarówno wewnętrzne analizy sytuacji i jej przyczyn, jak i publicystyczne diagnozy – co dziwniejsze, również ta sformułowana przez Samolińską i Trzeciaka – niewłaściwie definiują oś sporu, do którego wewnątrz partii doszło.
Drażni mnie ustawienie tego sporu jako konfliktu między „radykałami” a „prawym skrzydłem partii”, bo jest to jego niesamowite spłaszczenie i osobiście nigdy go tak nie postrzegałam – pewnie również dlatego, że nie tacy radykalni ci razemowi radykałowie i nie tak znów bardzo prawicowe to prawe, fioletowe skrzydło. Ten spór zawsze zdawał mi się przebiegać wokół tego, jak różne grupy w Razem rozumieją swoje zaangażowanie; wokół tego, jak postrzegają rolę i funkcję organizacji, którą jest partia polityczna. I był to „grzech pierworodny”, którym obarczyły Razem zarówno moment jej powstania, doświadczenia – i ich brak – założycieli i rosnącej, członkowskiej bazy, okoliczności społeczne oraz – to chyba przede wszystkim – postawione przed Razem oczekiwania. Tymczasem spór o istotę działania partii politycznej nie musiał, a nawet nie powinien był w niej zaistnieć.
Partii politycznych jest w Polsce 86. O ilu z nich regularnie słyszymy? O pięciu? O sześciu? A ostatnio – o dwóch? No dobra, wraz z pojawieniem się Wiosny – trzech?
Wejście Razem
na polityczną scenę w 2015 roku było spektakularnym sukcesem. Grupa ludzi, która niesamowitym wysiłkiem, bez finansowego i organizacyjnego wsparcia rejestruje w całym kraju własne listy. Zandberg, który wchodzi do studia TVP cały na biało. Alizarynowy sztandar co prawda nie przekracza progu wyborczego, ale zdobywa subwencję i rozpoznawalność, o której 80 pozostałych partii w tym kraju może jedynie pomarzyć. Toż to niesłychane!
W ten sposób grupa świeżych, politycznych twarzy zdobywa w 2015 głos i możliwość dalszego działania. Zdobywa bazę członkowską, która się rozrasta i rekrutuje z osób, które najczęściej z polityką do tej pory nie miały nic wspólnego – nawet jeśli działały politycznie w ruchach miejskich, czy organizacjach pozarządowych (jak ja), to ich aktywizm pozostawał absolutnie bezpartyjny.
I tak oto Razem bierze na siebie ciężar oczekiwań: własnych, bo uwierzyło, że może, że powinno, że teraz właśnie nadszedł jego czas. Cudzych też: tych, które wyraża baza członkowska i tych, które wyrażają media, niebezpodstawnie postrzegane przez partię, w czasach postpolityki, jako swoje być albo nie być. Oczekiwania są nie tylko wysokie – są często sprzeczne. Reaguj na bieżąco, ale jednocześnie prowadź swoją politykę, ciągnij swoją opowieść tworząc stanowiska i programy. Buduj demokratycznie zarządzane struktury, ale nie trać na czasie przy podejmowaniu decyzji, bo sytuacja ciągłego podgryzania systemu na szczeblu krajowym wymaga szybkości reakcji. Pozostań wierny sobie, bądź tą trzecią drogą, nie ubrudź się, nie miziaj z liberałami i jednostkami skompromitowanymi (choć w obecnej rzeczywistości są oni absolutnie wszędzie) a jednocześnie zdobądź mandaty, w końcu po to jesteśmy tu wszyscy, by zdobyć wpływ na rzeczywistość, by zdobyć władzę.
Tak oto ta grupa postanowiła spróbować sprostać temu zadaniu i grać w politykę – jak równy z równym – z organizacjami nie tylko o nieporównywalnie większych zasobach i większym zapleczu.
Z organizacjami, które od trzydziestu lat, konsekwentnie, wychowują sobie kolejne pokolenia wyborców. I robią to bez pardonu: w kościołach, w szkołach, w tylko teoretycznie niezależnych mediach, w internecie i na ulicy. Z organizacjami, które tym wyborcom mają co dać: na przykład te 46 ton żywności, które ostatnio ukradli, jak twierdzi prokuratura, z PCK i rozdali potrzebującym, choć właśnie tam miały trafić i bez dokonanego przez nich czynu; na przykład poczucie wspólnoty, niechby i złudnej, oferowanej przez wspólne pielgrzymki, dożynki i koncerty z udziałem gwiazd śpiewających „Mury” Jacka Kaczmarskiego w zupełnie nieprzystającym do ich przesłania kontekście. I wreszcie z organizacjami, jak medialne imperium Tadeusza Rydzyka, czyli Rodzina Radia Maryja, która redemptoryście z Torunia przyniosła monopol na dostęp do dwóch milionów wyborców i rząd ich dusz – i to pomimo tego, że radio jako medium było technologicznym przeżytkiem już w momencie powstania jego niesławnej rozgłośni.
Można się oczywiście spierać,
czy Razem właściwie określiło swoją grupę docelowych wyborców, czy jest autentyczne w swoim przekazie, które ktoś złośliwy porównał kiedyś do szalejącej wśród elit początku XX wieku chłopomanii. Można. Ale po co, skoro sprawa jest tak naprawdę prosta: Razem nie znalazło środków, w tym przede wszystkim języka, z którym i do swojej lewicowej bańki, i do swojego wyimaginowanego elektoratu mogłoby trafić. Nie znaleźli go również Samolińska i Trzeciak. To, że wiedzą, jak czegoś nie robić nie przybliżyło ich do rozwiązania zagadki, jak coś zrobić należy. Zwłaszcza, że potencjał, nazwijmy go, rewolucyjny, pokłady społecznego gniewu i frustracji nie tkwią dziś przecież tylko i wyłącznie wśród pracowników Amazona, czy traktowanych jak popychadła pielęgniarek i listonoszy. One tkwią też – a może przede wszystkim – wśród wykształconego wielkomiejskiego prekariatu i często również wśród pracowników korporacji. Ich też frustruje bezosobowa orka wśród tabelek w Excelu. Coraz częściej szukają od niej wytchnienia i ucieczki w czymś większym od siebie. To nie w tradycyjnie rozumianych klasach społecznych tkwi więc klucz.
Klucz tkwi w stworzeniu nie tyle struktur, co kanałów komunikacji społecznej; na wypracowaniu sobie elektoratu, który jeszcze nie wie, że nim jest.
I być może w tym celu należy nauczyć się mówić różnymi językami; dać przyzwolenie na istnienie więcej niż jednej opowieści o świecie, nawet jeśli ostatecznie wszystkie one doprowadzą do jednakowych wniosków.
Przychodząc do Razem,
większość z nas – osób z pokoleń poniżej 40 czterdziestki – nie miało doświadczenia w funkcjonowaniu nie tylko w polityce, ale w ogóle w większej grupie i wspólnocie. Dorastaliśmy w czasach, kiedy domy kultury likwidowano; kluby sportowe traciły finansowanie; harcerstwo rozdzieliło się na organizację otwarcie religijną i taką, która tylko udaje, że religijna nie jest. Lata, kiedy żeśmy się kształtowali przypadły na czas, kiedy jedynym, powszechnie dostępnym, doświadczeniem wspólnotowym pozostawał katolicki kościół. Poza grupą najbardziej doświadczonych działaczy, tych, co przyszli z Młodych Socjalistów, czy z Zielonych, w Razem niejednokrotnie zdobywaliśmy nie tylko pierwsze doświadczenia polityczne, ale przede wszystkim – pierwsze szlify jako członkinie i członkowie większej grupy o dość spójnej, ale przecież nie jednakowej tożsamości. I pozostaliśmy często dziećmi swoich czasów – zwłaszcza, że przecież „wychowanie” nas na część czegoś większego od nas samych absolutnie nie jest zadaniem partii politycznej!
Czy subwencja, jaką w 2015 roku otrzymało Razem byłaby lepiej spożytkowana, gdyby posłużyła do założenia internetowej rozgłośni radiowej lub kanałów na YT? Do wydawania gazetek? Publikacji broszur sprzedawanych, czy rozdawanych przy kasach w Biedronce? Nie wiem. Czy nie lepiej byłoby ją wykorzystać do finansowania fundacji, która organizowałaby w szkolnych i gminnych bibliotekach darmowe warsztaty na istotny – doraźnie lub ogólnie – społeczny temat? Zajęcia z informatyki dla seniorów? Półkolonie dla dzieci? Nie wiem. Być może.
Wiem za to, że jeśli nie chce się robić postpolityki śladem Roberta Biedronia, to bez tego, o czym pisał Paweł Jaworski, się nie obejdzie: nie obejdzie się bez stworzenia ruchu społecznego, który posłuży do edukacji zarówno przyszłych członkiń i członków partii, jak i stworzenia dla niej silnej bazy społecznej. Bo partia jest emanacją interesów tej bazy i jako taka ma praktyczny i pragmatyczny cel: iść po władzę. Im szybciej, tym lepiej.
Zwłaszcza, że w przypadku partii lewicowej „iść po władzę” oznacza iść po sprawiedliwość społeczną, po wyższe podatki dla najlepiej zarabiających, po wyższe pensje dla nauczycielek i pielęgniarek, po równe prawa, dostęp do dobrej edukacji i opieki medycznej.
Po transport publiczny i przyjazne państwo służące interesom milionów obywateli, a nie kilku milionerom.
Żeby nie było: propozycję Biedronia dla Razem uważam za absolutnie haniebną. Jeśli jednak wziąć pod uwagę ryzyko utraty przez Razem subwencji, to czy nie warto było odbyć spokojną, szeroką dyskusję o tym wariancie, zamiast ubierać go w osobowy spór, konflikt wizji co do przyszłości partii i interesów? Czy nie warto było porozmawiać o tym, jak zabezpieczyć sobie skromne zasoby – niechby i przytulone do biura jednego europosła – których rękami byłoby można wykonać choć część tej ogromnej, oddolnej pracy, jaka jest do zrobienia? Pewnie było można, ale tak się nie stało. Trudno.
Jest jednak w interesie nas wszystkich, aby lewica w Polsce wyszła z zapaści i zaczęła działać jak najszybciej i jak najszerzej. Za co, skoro nie sfinansuje nas ani Watykan, ani Kreml, a internetowa zrzutka na druk wlepek o bohaterach lewicy udała się ostatnim rzutem na taśmę, tylko dzięki interwencji internetowego celebryty? Nie wiem. Wiem jednak, że jak to mawiają: najlepszy czas, aby posadzić drzewo był dwadzieścia lat temu. Drugi najlepszy moment to dziś. A ja nie widzę żadnej organizacji – żadnej poza Razem – która mógłby takie drzewo zasadzić i podlewać. Dlatego – pomóżcie, zamiast kontynuować wiwisekcję tego nieszczęsnego, wcale nie tak martwego pacjenta.

Nie opuszczajmy gościńca

Nie ma już czegoś takiego jak „jedność narodowa”, „społeczna”, „moralno-polityczna”.
Jest pustoszejący gościniec, z którego wędrowcy pośpiesznie rozchodzą się drogami we wszystkie strony świata.
Ale nie do końca…
Gdy zwolennicy i przeciwnicy – wyliczę – WOŚP-u, PiS-u i POKO, ks. Jankowskiego i 500+, Izraela i obecności armii amerykańskiej, która właśnie zajmuje miejsce radzieckiej… etc,– przez pomyłkę lub roztargnienie zejdą z zapalnych tematów i zaczną rozprawiać o… kotach, pieskach, jeżach, dzikach, świnkach, żurawiach i żubrach, natychmiast ulatuje z nich wszelka złość.
I stają się tymi, którymi zapewne większość z nas jest: Trochę pogubionymi, ale dobrymi i życzliwymi w gruncie rzeczy ludźmi, którym przyszło żyć obok siebie w ładnym kraju między Bałtykiem a Tatrami.
Może zatem powinniśmy zamieszkać w zwierzęcych rezerwatach?
Albo – na początek – w jakimś ZOO?

Z kim (czym) do Europy?

Czasy Unii Europejskiej, do jakiej zdążyliśmy się po roku 2002 przyzwyczaić, odchodzą w przeszłość. Po majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie to już zupełnie inna Unia, i to bez względu na to, jaki będzie rodzaj Brexitu, i czy w ogóle nastąpi.
Aktualnie największymi ugrupowaniami w Europarlamencie są konserwatywni liberałowie (Europejska Partia Ludowa) i socjal(liberalni) demokraci (S&D). Te dwa ugrupowania dzielą i rządzą w parlamencie europejskim, mając odpowiednio 217 i 187 mandatów, czyli znacznie powyżej połowy wszystkich (751).
Nowy parament będzie zupełnie inny. Z ostatnich sondaży paneuropejskich można wywnioskować, że największe (do dziś) ugrupowania stracą, w sumie 100 lub więcej mandatów.
Sondaże wskazują, że nowy europarlament może być bardziej rozdrobniony niż dotąd. Prawdopodobne jest też powstanie nowych grup parlamentarnych z przekształcenia istniejących lub zupełnie nowych. Znacznie więcej będzie ugrupowań nierozumiejących korzyści z istnienia Unii lub wręcz jej istnieniu wrogich.
Możliwe będzie powstanie nowych koalicji i wielce prawdopodobne jest powstanie koalicji, która będzie rządziła Unią bez udziału grupy lewicowej.
W takim momencie pojawia deus ex machina wymyślona przez PO Koalicja Europejska. Polscy posłowie z grupy EPL czyli reprezentujący PO, jak zresztą większość posłów reprezentujących Polskę, nie należą do czołówki zapracowanych. Z drugiej strony, w czołówce „zarobionych” plasują się za to panowie Krasnodębski i Czarnecki. Można o nich, co prawda długo rozprawiać ale też nic dobrego nie powiedzieć. Na pewno zaś nie to, że potrafią zadbać o interesy Polski czy polskich obywateli.
(…)
Nie dziwi mnie, że szefowi PO zależy na osłabianiu wszystkich ugrupowań, które miały by szansę uzyskać mandaty do europarlamentu. Im mniej ich wystartuje i przekroczy próg, tym więcej mandatów zostanie dla PO. Mandaty dla PiS nie wydają się zagrożone, bo prawdopodobnie żadne ugrupowanie bliżej prawej ściany niż PiS, mandatów nie uzyska. Nie potrafię tego udowodnić, ale wydaje mi się, poparcie dla Kukiz 15 jest przeszacowane, i w konsekwencji to ugrupowanie nie uzyska mandatów.
Głosy uzyskane przez PSL nie są do uzyskania przez PO, stąd presja na ludowców, by przyłączyli się do koalicji. Nie jest to łatwa decyzja, bo PSL balansuje na progu wyborczym a startując w koalicji ryzykują utratę części wyborców, którzy nie muszą do niego wrócić w jesiennych wyborach.

Tekst ukazał się na blogu Adama Jaśkowa Aristokr’s Blog – Brzytwą Ockhama”.

Kto to jest ten Lasaj?

Robert Biedroń, niczym gwiazda muzyki pop, podróżuje po kraju. Także uprawia politykę w tym stylu. Melodia polityczna jest przyjemna i łatwo wpada w ucho. Słowa nieskomplikowane i łatwe do powtórzenia. To się młodym, i nie tylko, podoba. Nasza PiS-owska prawica lubuje się w disco polo, a jej idolem Zenek Martyniuk jest. Neofaszyści i im pokrewni pewnie zakochani są w muzyce marszowej, która w naszym kraju jest zabroniona. Trudno mi odgadnąć gusta muzyczne wyborców PO, ale pewnie są dość odległe od muzyki klasycznej. Jaki rodzaj muzyki przypisać wyborcom SLD, też nie odważę się odgadnąć. To pewnie jakiś mix.
Sam Biedroń obiecał wrocławianom przeniesienie do Wrocławia centrali Najwyższej Izby Kontroli, więcej żłobków i przedszkoli oraz nowatorskie metody wyłaniania dyrektorów teatrów, bo trenował to w Słupsku. Pochwalił także prezydenta Sutryka.
Zaprezentował także liderów Wiosny we Wrocławiu. Przedstawił Michała Syskę, którego uczynił szefem fundacji Lasaja. Nie znam gościa (tego Lasaja). Sysce też na moment twarz stężała, ale nie śmiał zwrócić uwagi swojemu aktualnemu liderowi. Biedroń popisał się żenującą niewiedzą i do tego we Wrocławiu. To z Wrocławia wywodzi się Ferdynand Lassalle, ojciec niemieckiej i europejskiej socjaldemokracji. Tu jest jego grób. Z Biedronia wyszła pop kultura. Lekka, łatwa i przyjemna, ale pozbawiona wiedzy. To na uprawiane poważnej polityki, na dłuższą metę, zdecydowanie za mało. Niestety takie wpadki naszym politykom zdarzają się nagminnie, nie on jeden i nie ostatni.
Aktualna gwiazda polityki przedstawiła także Waldemara Olika, który odpowiada za tworzenie struktur partyjnych. Obydwaj panowie już byli już w różnych partiach i pewnie to doświadczenie im się przyda. Ponieważ z sympatią przyglądam się nowej partii, to życzę im powodzenia. Ożywienie na skostniałej scenie politycznej jest bardzo potrzebne, czy będzie dla kraju korzystne, to się okaże.

Mit

Śmierć premiera Jana Olszewskiego PiS próbuje wykorzystać do zbudowania kolejnego mitu założycielskiego prawicy.

Szanowni Czytelnicy. Tym tekstem w pewnym stopniu łamię polską zasadę. Mówiącą, że o zmarłych należy mówić wyłącznie dobrze. Albo wcale. Pamiętam jak to było 9 lat temu. Gdy po katastrofie pod Smoleńskiem staraliśmy się unikać przypominania, że sondaże prezydenckie były bezlitosne dla zmarłego Lecha Kaczyńskiego. I nie dawały mu żadnych szans na reelekcję w wyborach zaplanowanych na jesień 2010 roku. Ale gdy większość rodaków pogrążona w smutku zapalała świeczki przed Pałacem Prezydenckim – inni działali. Doprowadzając do tego, że ten niczym specjalnym niewyróżniający się prezydent dzisiaj spoczywa na Wawelu.
Dlatego jeśli nie zareagujemy na czas, Jarosław Kaczyński zdąży napisać po swojemu kolejne karty historii. Przypomnijmy sobie, jak to było z półrocznym rządem Jana Olszewskiego.

Upadek

Dwa lata temu bez większego echa przeszła „Uchwała Senatu RP w 25. rocznicę odwołania rządu Jana Olszewskiego”. Takich okolicznościowych uchwał powstaje w parlamencie wiele. Zwykle przyjmowane są znaczną większością głosów lub wręcz przez aklamację. W przypadku tej uchwały było inaczej. Głosowało za nią wyłącznie 54 senatorów i senatorek Prawa i Sprawiedliwości. Zaś treść uchwały w ewidentny sposób wypaczała prawdę historyczną.
„W atmosferze bezkrwawego zamachu stanu, odwołano rząd Premiera Jana Olszewskiego” – napisali w uchwale parlamentarzyści PiS-u. Wiem, że słowo „zamach” to ulubiona retoryka Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Ale tak jak nie było żadnego zamachu 10 kwietnia 2010 roku, tak również nie było „zamachu stanu” ani 4, ani 5 czerwca 1992 roku. Na tragiczny skutek katastrofy prezydenckiego Tupolewa złożyło się wiele okoliczności. Przede wszystkim brawura pilotów próbujących lądowania w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Zaś koniec rządu Jana Olszewskiego był naturalnym skutkiem braku większości w Sejmie.
Pamiętamy, że w wyborach parlamentarnych w 1991 roku nie było progu wyborczego. Dlatego w ławach sejmowych zasiedli przedstawiciele i przedstawicielki 29 ugrupowań. Z tej liczby aż 11 formacji miało zaledwie po 1 mandacie. Historia pokazała, jak trudno było w takich warunkach rząd sformować. I jak łatwo go zmienić.

4 premierów

W dwuletniej kadencji Sejmu w latach 1991-93 do fotela premiera przymierzało się aż 4 kandydatów. Pierwszemu, Bronisławowi Geremkowi, desygnowanemu przez prezydenta Wałęsę w 1991 roku – nie udało się sformować gabinetu. Podobnie było z Waldemarem Pawlakiem, próbującym stworzyć rząd w 1992 roku – po upadku gabinetu Jana Olszewskiego.
Dwoje pozostałych premierów nie przetrwało nawet roku w swoich premierowskich gabinetach. Rząd Jana Olszewskiego upadł po 181 dniach, a rząd Hanny Suchockiej po 322 dniach (licząc do dnia przegłosowania wotum nieufności). Pod koniec swoich rządów Jan Olszewski dysponował poparciem zaledwie jednej czwartej parlamentarzystów.
Wyobraźmy sobie, że w obecnym Sejmie z PiS-u do opozycji przechodzi nagle połowa posłów i posłanek. A Mateusz Morawiecki pozostaje z poparciem stu kilkunastu głosów. Przecież taki rząd przetrwałby co najwyżej do najbliższego posiedzenia Sejmu. Tylko rozdrobnieniu i skłóceniu ówczesnego Sejmu Jan Olszewski zawdzięczał swoje aż 181‑dniowe rządy. Mówienie o „bezkrwawym zamachu stanu” lub o „koalicji strachu donosicieli” (takie sformułowanie pada też w uchwale senackiej) jest fałszowaniem historii.
„Oprócz racji, trzeba też mieć większość” – powtarzał wielokrotnie premier Leszek Miller. I wiedział, co mówi.

Wielki destruktor

To fakt, Polska aż do dzisiaj nie potrafiła zamknąć tematu lustracji i „teczek”. Czego najlepszym przykładem jest Kazimierz Kujda, najświeższy „bohater” jednej z licznych afer teczkowych III RP. Ale czy winę za to ponosi opisana przez senatorów PiS „koalicja strachu donosicieli”? Bzdura!
Niemcy mieli Joahima Gaucka, duchownego luterańskiego i bezpartyjnego działacza. Który potrafił w sposób merytoryczny zająć się aktami pozostawionymi przez Stasi. A w Polsce Jan Olszewski wziął sobie do pomocy Antoniego Macierewicza, mianując go ministrem spraw wewnętrznych swojego rządu. I na dodatek zlecając przygotowanie i upublicznienie listy rzekomych agentów.
Antonii Macierewicz nie zmienił się. Był, jest, jest i pozostanie do końca swoich politycznych dni „wielkim destruktorem”. Zaledwie w półtora roku potrafił zdezorganizować polskie wojsko i powyrzucać wielu kompetentnych oficerów. W 1992 roku to on podłożył „teczkową bombę” wysadzając przy okazji swój rząd. Można jedynie spekulować, jak wyglądałaby polska rzeczywistość, gdyby pozwolono Antoniemu Macierewiczowi działać wówczas dalej.

Nocna zmiana

Wielką furorę na prawicy zrobił film Jacka Kurskiego „Nocna zmiana”, ukazujący kulisy negocjacji polityków związane z głosowaniem wotum nieufności wobec rządu Jana Olszewskiego. I faktycznie, wielu z nas może poczuć niesmak, słysząc targi polityków.
Ale jest doskonała „odtrutka” dla tych, którzy skłonni byliby uwierzyć, że Jacek Kurski w swoim filmie odkrywa kulisy „bezkrwawego zamachu stanu”. To tak zwane „taśmy prawdy” ujawnione w programie telewizyjnym Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego. Adam Lipiński, prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości i Wojciech Mojzesowicz, nowy „nabytek” PiS-u, rozmawiają z posłanką Samoobrony Renatą Beger. Temat jest tego samego rodzaju jak w 1992 roku: większość parlamentarna. Tym razem to PiS ma kłopot. I nie rezygnując z metod zwanych potocznie „korupcją polityczną”, stara się sobie zapewnić większość w Sejmie.
Obie taśmy: „nocnej zmiany” i rozmów Adama Lipińskiego z posłanką Beger w hotelu sejmowym można z powodzeniem wrzucić do jednego worka. Załączając do nich etykietę zawierającą starą maksymę cesarza Wilhelma II: „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i jak się robi parówki”.
Beznadziejny
„Nie było programów, były słowa, brakowało czynów, brakowało sił sprawczych, brakowało w końcu odpowiednich fachowych ludzi, którzy potrafiliby wszystkie głośno wypowiadane zamierzenia zrealizować. Miał być to rząd nadziei, był to rząd beznadziejny” – tak podsumował 181‑dniowe rządy Jana Olszewskiego ówczesny przewodniczący klubu SLD Aleksander Kwaśniewski.
Podobnie źle ocenili prawicowe rządy Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej wyborcy. W wyborach parlamentarnych w 1993 roku klęskę poniosły obie strony konfliktu politycznego będącego przyczyną upadku rządu Jana Olszewskiego. Wybory wygrała koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej uzyskując 171 mandatów w Sejmie. Porozumienie Centrum, będące jednym z filarów rządu Olszewskiego nie przekroczyło progu wyborczego. Kongres Liberalno‑Demokratyczny, podpora z kolei rządu Hanny Suchockiej, też znalazł się pod progiem wyborczym. I takiego rachunku wystawionego przez wyborców – nie zmieni żaden mit o rzekomej wielkości rządu Olszewskiego.

Mit

Każda siła polityczna potrzebuje w polityce swojego mitu założycielskiego. Na naszych oczach taki mit buduje wokół siebie Robert Biedroń. Były poseł i polityk z 20‑letnim stażem stara się wykreować na kogoś dopiero rozpoczynającego działalność polityczną. I trzeba przyznać, jak na początek, idzie mu to nieźle.
Gorzej z „mitologią” PiS-u. Antoni Macierewicz po raz kolejny zawiódł. Już nawet w PiS-ie nikt nie wraca do „niezbitych dowodów” w postaci pękających parówek i puszek po coca-coli. O rzekomym „zamachu smoleńskim” -cisza. To puste miejsce politycy prawicy starają się zapełnić innym rzekomym zamachem. „Bezkrwawym zamachem stanu” z czerwca 1992 roku – którego też nie było.
Każda polityczna „mitologia” ma swój język. To dlatego Lech Kaczyński nie zginął śmiercią tragiczna w katastrofie lotniczej. Ale poległ. A rząd Jana Olszewskiego nie upadł po prostu. Jak dziesiątki innych rządów na świecie. On został „obalony”. Słowa, słowami. Ale nierzadko za warstwą lingwistyczną kryje się chęć poprawienia historii.

Ogień

Będąc zmuszonym do sięgnięcia pamięcią wstecz do początku lat dziewięćdziesiątych, przypomniałem sobie niektóre inne fakty będące następstwem upadku rządu Olszewskiego – popieranego przez Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Tyle że o niektórych z nich prezes PiS wolałby dzisiaj zapomnieć.
4 czerwca 1993 roku, w pierwszą rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego z inicjatywy Porozumienia Centrum zorganizowano w Warszawie demonstrację zwaną „marszem na Belweder”. Na zdjęciach z tamtych lat bez trudu rozpoznamy Jarosława Kaczyńskiego i Adama Glapińskiego, idących na czele kilkutysięcznego tłumu. Podczas manifestacji spalono kukłę urzędującego prezydenta Lecha Wałęsy.
Lech Wałęsa był złym prezydentem – moja ocena jest jednoznaczna. Ale są granice, których przekraczać nie wolno. Po śmierci prezydenta Adamowicza nasiliła się dyskusja o „mowie nienawiści”. Politycy obwiniają się wzajemnie. Ale mało kto pamięta, że korzenie mowy nienawiści sięgają aż tak daleko. Czym różni się spalenie kukły człowieka od zawieszenia na szubienicy jego portretu?
„A skądinąd tego rodzaju wydarzenia, tutaj w demokratycznym świecie i przedtem i potem się wielokrotnie zdarzały. A w Polsce zrobiono z tego niebywałą historię…” – tak kiedyś skomentował Jarosław Kaczyński spalenie kukły Wałęsy. Te jego słowa, być może, tłumaczą dzisiejszą opieszałość w ściganiu narodowców z Katowic.
Premiera nie było
To znamienne! Premier Olszewski odciął się od „marszu na Belweder” w roku 1993. Nie było go tam. Mimo że marsz zorganizowano dla upamiętnienia upadku Jego rządu. I na potrzeby tworzenia mitu założycielskiego prawicy Kaczyńskich.
Szkoda, że każdy kolejny mit PiS-u ma w tle ludzki dramat. Śmierć każdego człowieka wymaga refleksji. Zadumy. Dla niektórych – modlitwy. Współczucia dla rodziny. Bliskich.
Jan Olszewski był cenionym prawnikiem. Obrońcą represjonowanych w latach PRL-u. Człowiekiem wysokiej kultury i uczciwości. Ale nie zapisał się na kartach historii jako wybitny premier polskiego rządu. Wykorzystywanie Jego śmierci do pisania na nowo historii tamtych lat – jest po prostu niegodziwe.

Stół z wyłamywanymi nogami

Zapraszamy do debety o „Okrągłym Stole”.

Bólu głowy dostaje polska prawica już na sam widok „Okrągłego stołu”. Zwłaszcza, że w tym roku nie można tego politycznego mebla nie zauważać, ani ignorować. Bo okrągła, trzydziestoletnia, rocznica rozmów i porozumienia ówczesnej władzy i opozycji zbiega się z wyborami do parlamentów europejskiego i krajowego. Z już rozpoczętymi kampaniami wyborczymi. Eskalującą wojną plemienną dwóch prawicy wyrosłych z „etosu „Solidarności”. Wojną różnych interpretacji naszej najnowszej historii toczoną na wszystkich frontach medialnych.

Druga noga

Widać to już w niezdecydowanej postawie pana prezydenta Andrzeja Dudy. W przeddzień rocznicy rozpoczęcia obrad „Okrągłego Stołu” jego rzecznik prasowy nie potrafił powiedzieć co pan prezydent i jego środowisko polityczne będą świętować.
Na pewno pan prezydent nie będzie fetować rocznicy inauguracji „Okrągłego Stołu”. Faktu wyjątkowego w naszej historii, kiedy ówczesna władza zasiadła do rozmów z ówczesną opozycją. Do dyskusji jak wyjść z politycznego klinczu.
Negocjacji o tym na ile władza podzieli się posiadaną władzą z opozycją, a opozycja ulży władzy w dźwiganiu brzemienia odpowiedzialności za przyszłe, bolesne reformy gospodarcze.
Tego pan prezydent świętować nie będzie, bo musiałby uznać, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Nawet tych postkomunistów.
Zapewne pan prezydent Duda przyłączy się do świętowania trzydziestej rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Choć tu tez pewnie waha się, bo wtedy będzie musiał stanąć tam gdzie ustawi się Grzegorz Schetyna, Adam Michnik i Lech Wałęsa.
Oni bowiem przygotują obchody tamtych wyborów jako wielkie zwycięstwo „polskiej demokracji”, czyli tej reprezentowanej obecnie przez Platformę Obywatelską i jej zaplecze polityczno-intelektualne.
Ponieważ mamy rok wyborczy, to do uroczystych obchodów zostanie zaproszona jakaś reprezentacja „pokonanych”, czyli osób z ówczesnej „strony partyjno-rządowej”. Aby zademonstrować rycerskość obecnej opozycyjnej „koalicji demokratycznej”, która nie chce wieszać pokonanej „komuny”, jak ci barbarzyńscy z PiS.
Najchętniej pan prezydent uczciłby rocznicę powstania „pierwszego, niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego”. Bo przecież akuszerem tego rządu był Jarosław Kaczyński, który przeciągnął wtedy na stronę solidarnościową ówczesnych sojuszników PZPR ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego. A potem premier Tadeusz Mazowiecki musiał ustąpić po kłótniach z Lechem Wałęsą. Czyli „Bolkiem”.
Na pewno pan prezydent uczciłby niezwykle uroczyście trzydziestą rocznice powstania „pierwszego niepodległego rządu Jana Olszewskiego”. Bo to do jego tradycji, nie do rządu Mazowieckiego z Kiszczakiem i Siwickim, i nie do prezydentury Wałęsy, odwołują się teraz elity PiS. Ale pewnie tej rocznicy Andrzej Duda jako pan prezydent już nie doczeka.
My zaś możemy oczekiwać w tym roku burzliwych obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Już zapowiedzianych przez pana premiera Morawieckiego, co tylko podgrzało wojnę polskich prawic o dziedzictw tamtych wyborów.
Za to rocznic rozpoczęcia i zakończenia „Okrągłego Stołu” elity PiS i radykalnej prawic uroczyście obchodzić nie będą. Dla nich tamte porozumienia to „zmowa elit komunistycznych i zdradzieckich solidarnościowych”, która zrodziła patologiczną III RP”. Ta zmowa, która „przyniosła uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury”, „bezkarność zbrodniarzy stanu wojennego” i panowanie „resortowych dzieci” w sferze mediów i kultury.
Zatem Wersalu na prawicowych obchodach rocznicowych nie będzie.

Trzecia noga

Bólu głowy, a raczej amnezji dostają hierarchowie polskiego kościoła katolickiego na wieść o planowanych obchodach rocznicy obrad „Okrągłego Stołu”. Dzisiejsi hierarchowie kościelni i bliscy im publicyści historyczni nie chcą pamiętać, że tamten Stół, tamte negocjacje i umowy oparte były na trzech nogach.
Partyjno-rządowej, opozycyjnej- solidarnościowej i kościelnej. Na dwóch pierwszych nogach stał tamten stół, ale trzecia noga, ta kościelna go znacząco podpierała.
Ówczesny kościół katolicki podjął się wówczas roli gwaranta tamtych negocjacji i notariusza jego porozumień. To hierarchowie kościelni gwarantowali swym autorytetem, że zasiadające do negocjacji i zawarcia kontraktu strony mogą sobie ufać. Że nie dojdzie do sytuacji, jak ostatnio przy negocjacjach umowy o budowie wieżowców przy ulicy Srebrnej.
I dlatego zawsze, kiedy w czasie rozmów okrągłostołowych dochodziło do impasu, konfliktu, to do mediacji ruszali biskupi.
Za swe „notarialne” usługi hierarchia kościelna otrzymała wielkie korzyści materialne. Przede wszystkim ustawę z dania 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dając temu kościołowi uprzywilejowaną pozycję. Czasem czyniąc jego funkcjonariuszy bezkarnymi.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego nie chcą wspominać o tamtej roli swego kościoła. Bez cienia wdzięczności przyłączają się do grona krytyków ostatnich rządów PRL, choć dzięki nim mają zapewniony dostatek materialny.
I chociaż Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej od dawna już nie ma, chociaż przez ostatnie trzydzieści lat w III Rzeczpospolitej skutecznie usuwano wszelkie ślady po prawodawstwie Polski Ludowej, to ta ustawa została niezmieniona. Bo tej politycznej łapówki danej hierarchom przez rząd Mieczysława Rakowskiego i przegłosowanej jeszcze przez „komunistyczny” Sejm obecna hierarchia kościoła katolickiego zwrócić nie zamierza.

Pierwsza noga

Gdyby nie ówczesna „Strona partyjno-rządowa”, przedstawiana w mediach wtedy jako ta pierwsza noga podtrzymująca „Okrągły Stół”, nie zdecydowała się na negocjacje z opozycją, to nie mielibyśmy tej historycznej „pokojowej transformacji”.
Ale już 4 czerwca 1989 roku strona partyjno-rządowa przegrała wolne wybory do Senatu. Choć w wyborach kontraktowych, tych do Sejmu, utrzymała niezbędną większość. Przeforsowała też, z pomocą ambasady USA i hierarchii kościoła katolickiego, dotrzymanie przez opozycję porozumienia o wyborze generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
Ale po tym wyborze w „pierwszej nodze” nastąpił rozłam. Po zdradzie politycznej ze strony ZSL i SD, ówczesna PZPR straciła większość w Sejmie i musiała przejść do opozycji.
Już w III Rzeczpospolitej ta „pierwsza noga” przegrała swą bitwę o pamięć. Jej zasługi w historycznej, pokojowej transformacji ustrojowej zostały przez zwycięską prawicę zmarginalizowane i skarykaturyzowane. Stało się tak przez jej lenistwo intelektualne, na jej własne życzenie.
W tym roku Społeczny Komitet Lewicy zamierza przypomnieć i odkłamać zasługi ludzi lewicy w tamtej transformacji.
Redakcja „Trybuny” będzie patronowała działaniom SKL.
Zapraszamy też wszystkich chętnych do dyskusji o znaczeniu i skutkach porozumień „Okrągłego Stołu”. Nasze łamy są dla was otwarte.

Robert

W ten weekend Robert Biedroń inicjuje powstanie 82. polskiej partii politycznej. Czy ruch Biedronia zniweczy plany powrotu lewicy do Sejmu?

Tak naprawdę, to właśnie Robertowi Biedroniowi zawdzięczam wypłynięcie na szersze polityczne wody. Gdy na początku 2013 roku procedowana była w Sejmie ustawa o związkach partnerskich, Biedroń zaproponował mi prowadzenie tego projektu w ramach klubu poselskiego. Zależało mu, aby związki partnerskie nie były kojarzone wyłącznie z gejami i lesbijkami. We Francji, po wprowadzeniu w 1999 roku podobnej ustawy (PACS), skorzystały z niej w równym stopniu pary hetero i homoseksualne.
Do swojego 10-minutowego wystąpienia przygotowywałem się bardzo solidnie. Media zainteresowały się tematem. I mną – dotychczas słabo rozpoznawalnym posłem.

Media

Właśnie. Media. Mówi się potocznie o IV władzy. A przecież w wielu wypadkach o karierach lub porażkach polityków decydują przede wszystkim dziennikarze, ich kamery i gazety. Jeden z czołowych polityków podsumował to krótko: jak Cię nie ma w wieczornych Faktach, Wydarzeniach i Wiadomościach – to Cię nie ma w wielkiej polityce. To prawda.
Trzy główne serwisy informacyjne ogląda codziennie ponad 6 milionów widzów. Gdyby jakiś polityk postanowił dzień w dzień, przez 365 dni w roku, objeżdżać Polskę. I spotykać się codziennie z 50 wyborcami. To podobną widownią mógłby się pochwalić po 300 latach takiego pielgrzymowania. Czasami, siedząc w studiu telewizyjnym lub widząc je w telewizji, nie do końca zdajemy sobie sprawę z potęgi tej więcej niż IV władzy.
Robert Biedroń od dawna jest częstym gościem rozgłośni radiowych i telewizyjnych. Z licznego grona prezydentów miast i miasteczek to on z pewnością wygrał w ubiegłej kadencji ranking medialnej aktywności. To zresztą związek z wzajemnością. Z czasów wspólnego pobytu w Sejmie nie zapamiętałem ani jednego przypadku, by Robert Biedroń odmówił dziennikarzowi rozmowy lub zrezygnował z zaproszenia do programu.
Popularność medialna lidera będzie najsilniejszą stroną jego przyszłej partii.

Języki

Z zażenowaniem obserwowałem, jak premier Szydło, by zamienić parę słów z kanclerz Merkel, korzystała z pomocy tłumacza. W Sejmie znajomość języków obcych wśród czołowych polskich polityków jest na szokująco niskim poziomie.
Oczywiście Robert Biedroń nie jest w stanie przebić Tadeusza Iwińskiego. Deklarującego znajomość co najmniej 10 języków obcych. Z arabskim, japońskim i łaciną włącznie. Ale pamiętam, że w poprzedniej kadencji Sejmu Biedroń cierpliwie szlifował swoje umiejętności lingwistyczne. Gdy większość posłanek i posłów późnym popołudniem rozchodziła się do domów i pokojów w hotelu sejmowym, on zostawał. Czekając na nauczycielkę. I kolejną lekcję. Bodajże francuskiego lub włoskiego.
Dzisiejszy świat jest światem globalnym. Podobnie świat polityki. Łatwość poruszania się po tym świecie i łatwość wzajemnego komunikowania jest kolejną silną stroną lidera nowej partii.

Organizacja

Gdy po wyborze na prezydenta Słupska Robert Biedroń złożył mandat poselski, dyrektor jego biura poselskiego przez pewien czas był moim współpracownikiem. Poznałem wówczas bliżej metody pracy posła Biedronia.
Oceniam, że było to jedno z najlepiej zorganizowanych biur poselskich. Mimo ograniczonych funduszy, jakimi dysponował każdy poseł (wówczas 12 tys. zł miesięcznie na lokal, wynagrodzenia, delegacje, prawników itp.) potrafił zgromadzić wokół siebie spore grono współpracowników. To oni przygotowywali analizy, dokumenty i spotkania – zapełniając Jego kalendarz od rana do wieczora. Dzięki temu Biedroń mógł wykorzystać maksimum możliwości, jakie dawała mu obecność w parlamencie.
Umiejętności organizacyjne Biedroń podszlifował w słupskim ratuszu. I staną się kolejną silną stroną przy budowaniu nowego ruchu politycznego.

Struktury

Laurka – powiecie Szanowni Czytelnicy – wystawiona Robertowi Biedroniowi przez sejmowego kolegę. Nie! Teraz o rafach. Nowa partia trafi na wiele raf. I Biedroń nie ominie ich swą medialną popularnością, ani konwersacją po włosku. Pierwsza i najważniejsza rafa to… struktury!
Wyłapałem na pozór drobną różnicę w zapowiedziach Biedronia. Jeszcze dwa miesiące temu zapewniał, że w sobotę na Torwarze pochwali się strukturami nowej partii we wszystkich powiatach w Polsce. Później zaczęto mówić już tylko o pełnomocnikach powiatowych. To oczywiste. Budowanie wartościowych struktur partyjnych trwa latami, nie miesiącami. Wiem jak taka praca wygląda, bo sam byłem kiedyś zaangażowany w budowanie struktur nowej partii.
Zresztą takie zbudowane ad hoc struktury partyjne są wylęgarnią najróżniejszych konfliktów personalnych. Dzisiaj nie ma jeszcze partii Biedronia. Ale jestem przekonany, że jest już co najmniej 500 świeżo upieczonych działaczek i działaczy. Przekonanych, że to im należą się „jedynki” w 41 okręgach w wyborach parlamentarnych. Program, programem. A ambicje, ambicjami.

Program

Wydawało się, że ambicją Biedronia będzie stworzenie szerokiego frontu lewicowego. Nie, Biedroń, jak to kiedyś powiedział, nie chce być „mesjaszem lewicy”. Ostatnio zresztą coraz rzadziej słyszymy w jego ustach słowo lewica. Marcin Anaszewicz, szef Instytutu Myśli Demokratycznej, będącego think tankiem Roberta Biedronia, przez wszystkie przypadki odmienia słowo „progresywny”. Na pytanie co to oznacza, twierdzi, że myślenie progresywne dotyczy „bardzo mocnego przywiązania do idei dobra wspólnego, dialogu społecznego, praw i wolności jednostki” (Rzeczpospolita 11.09.2018).
Takie sformułowanie to programowy „wytrych”. Przecież pod postulatem przywrócenia praw i wolności jednostki podpisze się też Janusz Korwin Mikke. Żądając prawa do posiadania broni palnej przez każdego obywatela Rzeczypospolitej. Myślę, że tak naprawdę o to Biedroniowi i jego doradcom chodzi. Zainteresowania sobą nie tylko 20 proc. wyborców o poglądach lewicowych. Ale również dotarcia do tych, którzy głosowali na przykład na Pawła Kukiza.
Nie przypuszczam, by zabieg „odlewicowienia” Biedronia zakończył się sukcesem. W polityce prócz mediów, języków i pracowitości, kluczowym warunkiem powodzenia jest wiarygodność. Robert Biedroń – jako polityk lewicowy – jest wiarygodny. Gdy zacznie się zastanawiać, co wolno powiedzieć liberalnym i konserwatywnym wyborcom PO – przestanie być wiarygodnym. A dla „korwinowców” i „kukizowców” i tak zostanie po wsze czasy „lewakiem”. Albo jeszcze gorzej.

Bryza

Kto z Czytelników czytał ubiegłotygodniową Trybunę, pamięta, że o bryzie już pisałem. Polityk, jak surfer, musi korzystać z pojawiającej się fali. Płynąc pod prąd – ryzykuje zatopieniem. Nie ma dzisiaj dobrej fali dla Biedronia. To prawda, jest olbrzymie zniesmaczenie wyborców partiami, politykami i stylem rządzenia przez ostatnie co najmniej kilkanaście lat. Ale przede wszystkim – wśród elektoratu niepopierającego Jarosława Kaczyńskiego – dominuje chęć odsunięcia tegoż polityka od władzy. Prędzej zagłosują na znienawidzonego Schetynę, niż zaczną się zastanawiać, co proponuje progresywny Biedroń.
Podobna sytuacja miała już miejsce w III RP. Proszę w żadnym razie nie traktować tego przykładu jako przyrównania Roberta Biedronia do Stana Tymińskiego. Chodzi mi o olbrzymi dyskomfort, jaki może być udziałem wielu wyborców podczas jesiennych wyborów. Pamiętam, jak z ciężkim sercem stawiałem krzyżyk przy nazwisku Lecha Wałęsy. Ale tragedią dla Polski byłby prezydent Tymiński. A najważniejszym tegorocznym zadaniem jest odsunięcie PiS-u od władzy.
Jeśli nowa partia Biedronia dostanie się między dwa koła młyńskie – jedno z napisem „PiS”, a drugie z szyldem „antyPiS” – niewiele zostanie z pięknych i słusznych haseł o progresywnej polityce.

Torwar

Nie wątpię, że zwolennicy Biedronia licznie stawią się w niedzielę na warszawskim Torwarze. Będzie ich kilka tysięcy. By wprowadzić do Sejmu 40 posłów, potrzeba 1,5 miliona głosów. Jak pisałem tydzień temu, walorem partii Biedronia będzie efekt świeżości. Dzięki niemu, być może, uda mu się w majowych wyborach europejskich przekroczyć próg wyborczy i uzyskać wynik na poziomie 7-8 proc. Jeśli tak się zdarzy, będzie na dobrej drodze do powtórzenia podobnego wyniku w jesiennych wyborach parlamentarnych.

Indywidualista

„Jednej listy lewicy nie ma i wiemy, dlaczego i przez kogo jej nie ma” – powiedział Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Justyną Dobrosz-Oracz na łamach „Gazety Wyborczej”. Redakcja opatrzyła słowa przewodniczącego SLD tytułem: „Czarzasty uderza w Biedronia”. Nieprawda, nikt nikogo tutaj nie bije. Takie są fakty.
Po fiasku wykreowania Adriana Zandberga i Barbary Nowackiej na liderów lewicy, brak jest kandydata, który byłby akceptowalnym dla większości ugrupowań lewicowych. Robert Biedroń wydawał się kandydatem naturalnym. A laurka, jaką mu wystawiłem jako koledze z ław sejmowych, jest tego potwierdzeniem.
Wybrał samodzielną drogę polityczną. Nie zaskoczył mnie. Czteroletni pobyt w Sejmie to nie tylko przygoda z wielką polityką. To również zwykłe, codzienne życie. Słabo znam Biedronia z tej strony. Ale z tego co zaobserwowałem, zawsze chadzał swoimi ścieżkami. Tak zrobił i tym razem. Szkoda.

Lewica w Sejmie

Będę przyglądał się nowemu ruchowi. Mając świadomość, że Biedroń buduje partię konkurencyjną wobec Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Chcąc – to oczywiste – przejąć część elektoratu SLD. Czy jego partia zmniejszy szanse lewicy na powrót do Sejmu? Dzisiaj trudno dać jednoznaczną odpowiedź.
Badania wskazują, że nowa partia Biedronia zabierze wyborców głównie Platformie Obywatelskiej. Media odnotowały ostry skręt w lewo partii Grzegorza Schetyny podczas ubiegłotygodniowej Konwencji PO. Która przebiegała pod hasłem „powstrzymać Biedronia”. Jest więc prawdopodobnym, że w przyszłym Sejmie, obok Platformy Obywatelskiej, nieco osłabionej przez „progresywnego Biedronia”, znajdzie się też miejsce dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej. A suma głosów posłanek i posłów obozu antypisowskiego pozwoli na usadzenie Kaczyńskiego w ławach opozycji. To scenariusz pozytywny.
Ale może też się zdarzyć, że rozdrobniona lewica po raz drugi nie dostanie się do parlamentu. A PiS będzie rządził do 2023 roku. Wówczas jednym z ojców sukcesu Jarosława Kaczyńskiego będzie Robert.

Bo do tanga…

Byłem zdecydowanym przeciwnikiem tworzenia Zjednoczonej Lewicy przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Mój wniosek postawiony na posiedzeniu Rady Krajowej SLD, aby Sojusz startował samodzielnie, przepadł w głosowaniu. Swoje wystąpienie zakończyłem zdaniem: „co będzie, jeśli Zjednoczona Lewica otrzyma 7,9 proc. głosów, a PiS dzięki temu uzyska możliwość samodzielnego rządzenia”. Pomyliłem się o mniej niż pół procenta.

Jak dobre wino

Po wyborach – jak to Polak po szkodzie – już prawie wszyscy w partii wiedzieli, że „związek partnerski” Millera z Palikotem był błędem. Dlatego kierownictwo partii zapowiedziało zaniechanie tego typu eksperymentów w przyszłości. Szyld SLD miał być obecny podczas każdych kolejnych wyborów.
W wielu powyborczych dyskusjach zwracałem uwagę, że partia może (i powinna) przechodzić przeobrażenia. Niemniej Sojusz Lewicy Demokratycznej, myśląc o powrocie do Sejmu, powinien przede wszystkim liczyć na swoje siły. Znany wszystkim wyborcom szyld SLD – plus liczne i dobrze zorganizowane struktury partii – będą najlepszym gwarantem sukcesu w następnych wyborach. „Bo SLD jest jak stare, dobre wino” – powtarzałem. Dojrzewające z wiekiem. I oczywiście czerwone…
Czy dzisiaj – na parę miesięcy przed kolejnymi wyborami – coś się zmieniło? Tak!

Bryza

Jeden ze znanych polityków przyrównał uprawianie polityki do surfowania. Gdy nad morzem zawieje wiatr. Gdy pojawi się fala. Można surfować. Nie ma jednak szans ten surfer, który chciałby płynąć pod prąd. Ani polityk.
Rok temu zamysł kierownictwa Sojuszu Lewicy Demokratycznej był jasny. Nie opowiadamy się po żadnej stronie POPiS-owej wojny Kaczyńskiego ze Schetyną. Chcemy iść własną polityczną drogą. Niektórzy nazywali ją „trzecią drogą”. Inni – lewicą społeczną. To miał być wyraźny sygnał dla wyborców. „Nie musicie wybierać pomiędzy PiS i PO” – powtarzał wielokrotnie przewodniczący Czarzasty.
Próbą stworzenia „trzeciej siły” były rozmowy z Polskim Stronnictwem Ludowym, prowadzone wiosną 2018 roku. I przymiarki do wspólnego startu w wyborach samorządowych. Zamówiony wówczas przez obie partie bardzo obszerny sondaż (na próbie 16 tysięcy respondentów) dał obiecujący wynik. Można było się spodziewać, że w wielu województwach taka koalicyjna lista do sejmiku dorównałaby poparciem obu głównym partiom. Ostatecznie jednak ludowcy nie zdecydowali się na wspólny start.
Przebieg wyborów samorządowych pokazał, że hipotetyczna „trzecia siła” i tak nie miałaby wielkich szans. Tak przynajmniej dzisiaj sądzę. Bo „morska bryza” miała inny kierunek.

Dwa bieguny

Sondaże, sondażami. Nawet najdroższe. I robione stuprocentowo rzetelnie. Ale nic tak dobrze nie oddaje oczekiwań wyborców, jak prawdziwe wybory. Wybory samorządowe pokazały postępującą polaryzację sceny politycznej. Na dwa obozy: PiS i antyPiS. Potwierdza to wiele moich koleżanek i kolegów startujących w ostatnich wyborach. To, jaki program mieli do zaoferowania kandydaci, okazało się dla bardzo wielu wyborców sprawą drugorzędną. Najważniejszym było, czy kandydat należy do „armii” PiS-u? Czy antyPiS-u?
Można oczywiście ubolewać, że decyzja o wyborze konkretnego kandydata lub kandydatki na prezydenta, burmistrza i radnego zapadała w oparciu o tak uproszczone kryteria. Ale trudno. W wyborach też obowiązuje zasada sklepowa: „klient ma zawsze rację”. Ostatecznie to wyborcy decydują o wyniku wyborów. Nie politycy.
Uważam, że jedną z najistotniejszych przyczyn słabego wyniku Sojuszu Lewicy Demokratycznej w niektórych regionach Polski była właśnie polaryzacja zapatrywań wyborców. I nie jestem w tym osądzie odosobniony. Dlatego z tamtych wyborów trzeba wyciągnąć wnioski. Żadnemu surferowi nie uda się płynąć pod prąd.

Za Unią

Gdy piszę te słowa, senatorowie debatują nad budżetem. Sejm już go przegłosował. Można niemal w 100 procentach założyć, że Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się na skrócenie kadencji parlamentu. Tak jak pisałem dwa tygodnie temu. A więc wybory do parlamentu europejskiego będą pierwszymi w tym roku. I staną się czymś w rodzaju prawyborów do parlamentu krajowego. Tak zresztą było cztery lata temu. Dobra kampania Andrzeja Dudy (i zła Bronisława Komorowskiego) oraz ostateczne zwycięstwo kandydata PiS-u miało olbrzymi wpływ na późniejszy sukces Zjednoczonej Prawicy w wyborach parlamentarnych.
Nie trzeba być utytułowanym spin-doktorem, aby przewidzieć, pod jakim hasłem będzie przebiegała kampania w wyborach europejskich. To będzie drugie referendum unijne. Wyborcy PiS-u będą tymi, którzy chcą wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Pozostali wyborcy – okażą się proeuropejskimi. Oczywiście politycy PiS-u będą się zarzekali, że nie planują żadnego „polexitu”. Już to robią. To bez znaczenia. Polityka rządzących – osłabiająca pozycję Polski w UE – jest faktem.
Dla wyborców idących do urn 26 maja nie będzie się liczyła żadna „trzecia siła”. Będzie głosował na PiS. Lub antyPiS. Za Unią. Lub przeciw.

Unia kontra Unia

Wybory europejskie będą trudnym orzechem do zgryzienia dla Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego długo zastanawiał się, czy nie skrócić kadencji Sejmu, by najpierw odbyły się wybory krajowe. Jeśli opozycji uda się stworzyć jednolity blok proeuropejski, PiS może te wybory przegrać. Bo zwolenników polskiej obecności w Unii Europejskiej jest cztery razy więcej niż eurosceptyków.
Czy cała antypisowska opozycja będzie w stanie stworzyć jedną listę skupiającą wszystkie siły proeuropejskie? Nawołuje do tego wielu polityków lewicy. „Taki szeroki blok, koalicja wyborcza w wyborach do Parlamentu Europejskiego, powinien po prostu nazywać się Europa” – twierdzi Włodzimierz Cimoszewicz. Mniejsza o nazwę. Wola porozumienia jest – również ze strony SLD. Problemy mogą pojawić się, gdy zacznie się rozmowa o szczegółach. Czyli listach. Bo w tych wyborach jest zaledwie 13 okręgów wyborczych. I tylko 52 mandaty do obsadzenia.
W Parlamencie Europejskim liczącym 705 europosłów (już bez Brytyjczyków) Polska będzie miała niespełna 7,5 proc. reprezentację. Jednakże bardzo ważnym jest, aby w tym gronie znalazło się jak najwięcej przedstawicieli i przedstawicielek sił proeuropejskich. Liczba eurosceptyków i nacjonalistów w Europie rośnie. Wielu z nich wystartuje w najbliższych wyborach. Nie możemy przyłożyć ręki do budowania antyeuropejskich frakcji w samym Europarlamencie. To kolejny argument z wspólnym startem.

Konwencja

Przed Sojuszem Lewicy Demokratycznej trudna decyzja o ewentualnej rezygnacji z samodzielnego startu w wyborach europejskich. I włączeniu się w budowę wspólnego bloku europejskiego. Trudna! Bo z takimi partiami jak Platforma Obywatelska i Nowoczesna zdecydowanie więcej nas dzieli niż łączy. A dla wielu ludzi lewicy ewentualna koalicja wyborcza z partią Grzegorza Schetyny może się okazać równie niezrozumiała, jak cztery lata temu tworzenie Zjednoczonej Lewicy z Januszem Palikotem.
Na początku lutego odbędzie się Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To wówczas zapadnie wiążąca decyzja dotycząca startu SLD w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Według mojego rozeznania i opinii wielu działaczy, z którymi rozmawiałem, Konwencja prawdopodobnie zaakceptuje zamiar tworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej.
Co na to druga strona? W tym najważniejszy ewentualny koalicjant – Platforma Obywatelska. Rozmowy trwają. Oni też z pewnością mają kłopot. Jak wytłumaczyć swoim wyborcom dogadywanie się z „postkomunistami”.

Może sami?

Jak powiedział Włodzimierz Czarzasty, jeśli wysiłki zmierzające do stworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej spełzną na niczym, Sojusz Lewicy Demokratycznej może wystartować samodzielnie. A konkretnie, w ramach koalicji SLD – Lewica Razem, sprawdzonej już dwa razy w wyborach samorządowych. W wyborach europejskich próg wyborczy dla koalicji jest taki sam jak dla komitetu partyjnego – 5 proc. A więc powtórka ze Zjednoczonej Lewicy nam nie grozi. Co wówczas?
Jestem zdania, że taka formuła startu powinna być ostatecznością. Polaryzacja sceny politycznej może okazać w tych wyborach zdecydowanie silniejsza niż w wyborach samorządowych. I oznaczać utratę jakiejś części poparcia z 6,7 proc. uzyskanego przez koalicję SLD – Lewica Razem w wyborach samorządowych.
Rozważając start lewicy pod szyldem SLD – Lewica Razem, pamiętajmy o najważniejszym tegorocznym zadaniu. Powrocie lewicy do Sejmu. Słaby wynik w wyborach europejskich – poniżej wyniku z wyborów samorządowych – może plany powrotu Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Sejmu zniweczyć.

Partia Biedronia

Nie sposób nie wspomnieć o inicjatywie Roberta Biedronia. Dysponującego niezwykłym wsparciem części mediów. Jeśli policzylibyśmy ilość godzin spędzonych w studiu telewizyjnym, na przykład TVN, przez przewodniczącego największej partii pozaparlamentarnej i świeżo upieczonego kandydata na szefa nieistniejącej jeszcze partii, to… Ta proporcja miałaby się jak 1 do 100.
Wypromowana przez media – mimo polaryzacji – partia Biedronia ma szansę na przekroczenie progu w wyborach europejskich. Będzie bowiem dla wielu wyborców pachniała nowością. Moim zdaniem, Biedroń jest w stanie przekonać do siebie 7-8 proc. wyborców. Odbierze głosy przede wszystkim Platformie Obywatelskiej i Nowoczesnej. Ale Sojuszowi Lewicy Demokratycznej również – nie łudźmy się.
Rozważając samodzielny start SLD lub w ramach szerszej koalicji proeuropejskiej nie sposób nie zauważyć nowej siły politycznej – konkurencyjnej dla SLD. Dlaczego nie dogadacie się z Biedroniem – pytają mnie działacze. Odpowiedź jest oczywista dla każdego pragmatyka politycznego. Mimo gładkich słów i uśmiechów, Robert Biedroń nie zdecyduje się na siadanie przy jednym stole z działaczami swojej byłej partii. Bo wówczas ten „zapach nowości” natychmiast by się ulotnił.

Bo do tanga

Wielokrotnie na łamach Trybuny pisałem o celowości startu SLD pod własnym lewicowym szyldem. Dlaczego dzisiaj – na cztery miesiące przed wyborami europejskimi – uważam inaczej? Starałem się to wytłumaczyć. Że tegorocznego „wyborczego tanga” nie da się zatańczyć w pojedynkę.