Miś na miarę

Powstaje nowa partia polityczna skupiona wokół ojca Tadeusza Rydzyka. Bo trzeba w końcu rozdzielić państwo od kościoła.

 

***

Tymczasem Robert Biedroń założył sklep z koszulkami i bluzami. Jak widać handluje nie tylko złudzeniami.

 

***

Paweł Kukiz postanowił „pożyczyć „posła” Katarzynie Lubnauer, żeby jej klub nie przestał istnieć. Ale okazało się, że nikt nie chciał zostać wypożyczony. Przestraszyli się, że Nowoczesna przed Sześcioma Królami nie odda.

 

***

Sebastian Kaleta, były rzecznik ministra sprawiedliwości, przeżywa, że na świątecznym plakacie warszawskiego ratusza znalazł się rysunek księżyca. Według polityka jest to ewidentny wpływ islamu. A mógł przesłać swoje zdjęcie jak szukali barana do szopki.

Bigos tygodniowy

Marek Cha, człowiek o najwyższych standardach etycznych, mąż nieposzlakowanej uczciwości i patriotyzmu – osadzony w turmie! I to przez dobrych katolików i patriotów! Panie Boże, ty patrzysz i nie grzmisz? Tymczasem protektor „Glapa”, prezes NBP, zamienił się w głównego cenzora kraju i chce zakazać publikacji tekstów o jego podejrzanych ruchach.

***

Jarosław Gowin wzdął się godnością na ambasador Georgette Mosbacher z powodu jej listu w obronie – tak to ogólnie nazwijmy – wolności mediów i odwołał zaplanowane z nią spotkanie. Po tym wzdęciu jego wspaniały i dostojny profil godny rzymskiego patrycjusza wygląda jeszcze szlachetniej niż do tej pory. A co do samego listu i oburzenia PiS. Z jednej strony cóż się dziwić – protektor wspomaga, protektor wymaga, więc wiernopoddańcza wobec USA władza PiS nie powinna się aż tak dziwić ani oburzać tym apodyktycznym, rugającym tonem. Z drugiej, trudno nie odczuć satysfakcji, że protektor tak brutalnie utarł podwładnym nochala, także przecież w obronie własnego interesu, acz summa sumarum także w obronie wolności mediów w końcu. Kończący się rok PiS zaczął od zadarcia z protektorem i podobnie też rok kończy. Zawsze jednak mogą sobie przypomnieć na pociechę nasładzające do mdłości, infantylne i infantylnie przez tubylców odebrane warszawskie przemówienie Trumpa z lipca 2017. Szczególik: pisiorów przeciw Mosbacher wsparła też dawna eseldówka-senatorka, dziś zagorzała pisówka, Grabowska Genowefa.

***

W reakcji na tę hańbę, ksiądz Isakowicz-Zaleski zaćwierkał: „Uległość rządu Polski wobec USA sprowadziła nasz kraj do poziomu Portoryko, w którym o wszystkim decyduje Waszyngton”. Portoryko? Cóż za wybujałe ambicje księdza dobrodzieja.

***

„Gazeta Wyborcza” uporczywie nazywa Cezarego Morawskiego „aktorem serialowym”. Odwołany właśnie ze stanowiska dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu ani mi brat ani swat, ale ten pogardliwy ton nie jest ani ładny ani – przede wszystkim – uzasadniony. Tak rozumując, można by lekceważącym mianem „aktorów serialowych” określić całą galerię wybitnych aktorów teatralnych, którzy brali lub biorą udział w serialach, z Teresą Lipowską, Witoldem Pyrkoszem, Franciszkiem Pieczką, Krzysztofem Kowalewskim, Andrzejem Grabowskim i dziesiątkami innych. A choć Morawski nie jest aktorem aż tej klasy, to przecież profesjonalnym, który lata całe grał w teatrze i w dziesiątkach filmów, n.p. u Zanussiego. Morawski sam jest sobie winien, bo zgodził się przyjąć rolę wrednego, nasłanego z zewnątrz pisiora, ale szacunek dla faktów obowiązuje.

***

Ordo Iuris rozszerza swoją reakcyjną ofertę poza kwestie aborcyjne oraz obyczajowe i wystąpiło do sądu przeciw TVN o propagowanie faszyzmu (sprawa głośnego materiału z „urodzin Hitlera”). Ciągle intryguje mnie uparta, fanatyczna zapalczywość tego dziwnego towarzystwa działającego w duchu krańcowo konserwatywnego, do granic sekciarstwa, katolicyzmu, źródła jego finansowej zasobności i pytanie o to, na kogo można by natrafić, gdyby skutecznie zajrzeć im za plecy.

***

Zawarczał ostrzegawczo, zupełnie jak to robi mój piesek, arcybiskup Stanisław Gądecki: „Ja myślę, że oczekiwanie i zniecierpliwienie ze strony katolików i także wyborców partii rządzącej jest pod tym względem ogromne. Wycofanie się PiS z tej obietnicy byłoby wielkim wyrzutem sumienia, który będzie miał dla nich złe skutki” – powiedział w wywiadzie dla częstochowskiej „Niedzieli”, wskazując m.in. na zahamowany w Sejmie projekt Kai Godek „Zatrzymaj Aborcję” – Tego głosu nie można od tak sobie zlekceważyć. (…) Oni wszyscy są coraz bardziej zniecierpliwieni i rozczarowani”. Miał też na myśli przetrzymywanie od roku w TK wniosku 79 posłów, głównie PiS, o uznanie aborcji eugenicznej za nielegalną. Takie napieranie ultrasów w sytuacji, gdy PiS ma same kłopoty, doprawdy pachnie co najmniej nielojalnością. Prawdziwych przyjaciół poznaje się przecież w biedzie.

***

Jak doniosła Wirtualna Polska (swoją drogą – co za piękna, odlotowa nazwa!), 22 października odbyło się tajne spotkanie na szczycie, Kaczyński-Rydzyk: „Relacje na linii Kaczyński – o. Rydzyk osłabły po rekonstrukcji rządu. Stanowiska stracili wtedy m.in. kojarzeni z toruńską rozgłośnią szef MON Antoni Macierewicz i minister środowiska Jan Szyszko” – napisali w WP. Według Wirtualnej „na spotkaniu 22 października wraz z prezesem PiS stawili się jego najbliżsi współpracownicy – minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i szef MSWiA Joachim Brudziński. Z kolei dyrektorowi Radia Maryja towarzyszyli biskup drohiczyński Antoni Dydycz i kapitan żeglugi wielkiej Mirosław Sielatycki”. Byłażby to grupa trzymająca władzę razem i w porozumieniu? Kapitan Sielatycki też? Czyżby gdzieś zamierzali odpłynąć?

***

O tempora, o mores! Kiedyś to była skala czynów, gdy sam towarzysz „Wiesław” aresztował obraz samej Matki Boskiej Częstochowskiej. A dziś co? W Galerii Dobro w Olsztynie zwykli stójkowi zaaresztowali portrety orła i kobiety z fallusami.

***

Pisiory sfinansowały Szczyt Klimatyczny w Katowicach z pieniędzy od największych trucicieli powietrza. Całe PiS. Całe one. To tak, jakby z pieniędzy Wilka sfinansować dla Babci dom spokojnej starości, a stypendium dla Czerwonego Kapturka. Wegańska uczta w szlachtuzie.

***

Według zamówionego przez rząd raportu, program mieszkanie plus poniósł klęskę. W raporcie, obok twardych danych padło też sformułowanie o rozbudzeniu nadmiernych, nierealistycznych oczekiwań.

***

Anonimowy minister rządu PiS ostrzegł w jednej z gazet przed przyszłoroczną przegraną wyborczą jego formacji. Instytut Badań Pollster wykazał, że zjednoczona opozycja mogłaby wygrać z PiS 50 do 38 procent, a szef rządowego Centrum Badań Strategicznych prof. Waldemar Paruch przestrzega obóz rządzący przed syndromem roku 2007. Może to płynące z takich wieści lęki powodują wyjątkowe dewocyjne wzmożenie w PiS? Pasażerowie PKP będą być może mogli natknąć się w wagonach kolejowych na konfesjonały ze spowiednikami w środku, a znacząca część pisowskiej wierchuszki udała się do Torunia na 27 urodziny radia Rydzyka. Tam Młody Morawiecki (MM) wzywał Maryję, by „wzięła w opiekę lud swój cały”, a dostojni goście, włącznie z Ziobrą, Macierewiczem i MM wzięli się za ręce i kołysali w takt pieśni. To klerykalizm prawdziwie pornograficzny. Był tam także prokurator Piotrowicz z różańcem wielkim jak pejcz. Jemu złośliwi internauci poświęcili taką oto litaniję: „Tajemnica Radosna – Piotrowicz zamyka pierwszego opozycjonistę, Tajemnica Świetlista – Piotrowicz dostaje błyszczący krzyż zasługi,Tajemnica Bolesna – Piotrowiczowi rozpada się PRL,
Tajemnica Chwalebna – Piotrowicz znowu ma Pana, któremu włazi w d…”. I tylko Prezes był w Toruniu nieobecny i to była – po prawdzie nie do końca tajemnicza – dodatkowa Tajemnica Bolesna tego spędu. I tylko Dudusia, „fspaniałego mufcy”, nie było, ale jaka tam z niego wierchuszka.

Kałuża czyli polityka III RP

Jeżeli przez trzydzieści lat III RP w polskiej polityce tolerowano szambo, to jedna kałuża nie powinna dziwić.

 

Moje najgłębsze zdumienie wzbudziło zachowanie radnych Koalicji Obywatelskiej, którzy pod adresem swojego byłego kolegi partyjnego, radnego Wojciecha Kałuży podczas pierwszej sesji Sejmiku Województwa Śląskiego krzyczeli „zdrajca”, „Judasz”, „sprzedawczyk”.
Wojciech Kałuża poprzednio był radnym i wiceprezydentem Żor , do Sejmiku Województwa Śląskiego dostał się z listy Koalicji Obywatelskiej, na którą został rekomendowany przez Nowoczesną. Kałuża był pierwszy na liście KO w swoim okręgu – co świadczy o jego silnej pozycji wśród śląskich liberałów i dzięki temu zdobył 25 tysięcy głosów.
W 45 osobowym śląskim Sejmiku decyduje jeden głos – do czasu jak Kałuża zmienił barwy klubowe 22 głosy miało Prawo i Sprawiedliwość a 23 głosy porozumienie Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna – 20 mandatów), Sojuszu Lewicy Demokratycznej (2 mandaty) i Polskiego Stronnictwa Ludowego (1 mandat). Porozumienie KO-SLD-PSL „już było w ogródku i witało się z gąską” – ustalili kto będzie marszałkiem Sejmiku, kto we władzach województwa. A tu nagle jeden radny Kałuża zmienił polityczną rzeczywistość na Śląsku o 180 stopni, stąd te okrzyki rozgoryczonych radnych pod adresem Kałuży na pierwszej sesji Sejmiku. W nagrodę Kałuża został wybrany głosami PiS wicemarszałkiem województwa, a partyjni koledzy oświadczyli, że złożą na niego doniesienie do prokuratury w związku z „możliwością zaistnienia korupcji politycznej”.

 

Polityczny „brak wartości”

Najbardziej mnie ubawiło, że szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer zarzuciła Kałuży „kłamstwo, brak wartości, oszustwo”. Zwłaszcza ten „brak wartości” mnie wzruszył. Bo rzeczywiście pomiędzy PiS-em a Nowoczesną jest ogromna programowa przepaść, dzieli ich wszystko co może dzielić. Nowoczesna to partia liberalna, PiS to konserwatywni chrześcijańscy demokraci, Nowoczesna jest raczej za państwem neutralnym światopoglądowo, jest liberalna zarówno w kwestiach gospodarczych, jak i obyczajowych. W PiS-ie wszystko na odwrót – konserwatyzm obyczajowy, etatystyczna, centralnie kierowana gospodarka z dużym udziałem państwa, aktywna polityka społeczna i udział kościoła w życiu publicznym. Jak radnemu Kałuży udała się w jedną noc tak radykalna przemiana? I rozumiem, że musiał zostać wicemarszałkiem województwa żeby mu rozchwiana psychika wróciła do właściwego stanu.
Ale już zupełnie na poważnie – wypowiedź Katarzyny Lubnauer oczywiście w złym świetle stawia Kałużę, ale przecież w nie lepszym ja samą i innych członków Nowoczesnej. Przecież Kałuża był wpływowym członkiem Nowoczesnej, radnym i wiceprezydentem miasta, a Nowoczesna wywalczyła dla niego możliwość startu w wyborach z prestiżowego, pierwszego miejsca na liście wyborczej Koalicji Obywatelskiej. Stąd zapewne te 25 tysięcy głosów. Czy Lubnauer i władze Nowoczesnej nie wiedziały kto to jest Kałuża i do czego jest zdolny w imię osobistej kariery? Bo przecież gdyby nie przeszedł do PiS to i tak byłby w obozie władzy w ramach bloku KO-SLD-PSL, ale zapewne nie na tak eksponowanym stanowisku. Co dla Kałuży znaczą wszystkie programowe założenia Nowoczesnej w obliczu osobistej kariery? Jeżeli tak prominentny działacz Nowoczesnej ma takie podejście do własnej partii to co można powiedzieć o szarych członkach? Rzeczywiście Katarzyna Lubnauer i władze Nowoczesnej mają problem, bo może przy tworzeniu Nowoczesnej nie chodziło o robienie „lepszej”, „prawdziwej” Platformy Obywatelskiej, ale tylko o to żeby był „ruch w interesie” i żeby w nowych strukturach poszczególni działacze uzyskali lepsze pozycje i stanowiska niż w Platformie Obywatelskiej, gdzie układ personalny był już w miarę stabilny?

 

Nie jeden Kałuża

Zmiana poglądów politycznych i co za tym idzie barw partyjnych w jedną noc oczywiście musi budzić co najmniej zdziwienie, zażenowanie czy wręcz oburzenie. Musi rodzić pytanie o kondycję już nawet nie tylko polityczną, ale wręcz moralno-etyczną człowieka. Ale to nie wszystko – przecież gdyby system był zdrowy to nikomu do głowy by nie przyszło zrobienie czegoś takiego. Ale system od dawna jest chory i polityczne wolty, takie jak radnego Kałuży, od lat są elementem polskiej sceny politycznej i są jak najbardziej tolerowane, a nawet pochwalane. Warto przypomnieć, że w chwili rozpadu Akcji Wyborczej „Solidarność” kwestia wyboru pomiędzy PO a PiS dla wielu działaczy politycznych była wielokrotnie sprawą przypadku, a nie poglądów politycznych. Przecież najpierw była koncepcja koalicji PO-PiS, a dopiero później nastąpiło wykrystalizowanie się polityczne tych partii. Więc skąd to zdziwienie i oburzenie na czyn radnego Kałuży? Jego działanie nie odbiegało od normy, tylko było wyjątkowo widowiskowe, bo decyzją jednego człowieka na kilka lat zmieniła się sytuacja polityczna w jednym z największych regionów Polski.
Ale spójrzmy na losy polityczne wybitnych polskich polityków i proszę mi powiedzieć czym się one różnią od politycznych losów radnego Kałuży?
Na początek polityczny życiorys konserwatywnego liberała, prezydenta RP, który raczej nie jest i nie był widziany jako polityczny awanturnik. Bronisław Komorowski – w okresie PRL był związany z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela, od 1980 członek NSZZ „Solidarność”. W 1981 sygnatariusz deklaracji założycielskiej Klubów Służby Niepodległości. Pełnił różne funkcje w rządach Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej. Jako bezpartyjny kandydat był posłem z listy Unii Demokratycznej w 1991 i 1993. Od 1994 w Unii Wolności m.in. sekretarz generalny. Wewnątrz UW w 1997 razem z Janem Marią Rokitą współtworzył Koło Konserwatywno-Ludowe. W tym samym roku razem z KKL współtworzył Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które przystąpiło do Akcji Wyborczej „Solidarność”. W SKL był sekretarzem generalnym i wiceprezesem. W 1997 został posłem z listy AW„S”. W 2001 razem z grupą działaczy SKL związał się z Platformą Obywatelską, z jej listy uzyskał mandat poselski, wystąpił z SKL i przystąpił do PO. Gdzie był m.in. członkiem Zarządu Krajowego i wiceprzewodniczącym. Z ramienia tej partii był marszałkiem Sejmu i w 2010 z powodzeniem kandydował na urząd prezydenta RP. Po wyborze na urząd prezydenta RP zrezygnował z członkostwa w PO.
Dla odmiany barwny polityczny życiorys człowieka związanego z prawą stroną sceny politycznej, przez wielu ludzi widziany jako polityczny awanturnik, co nie przeszkadza, że dziś jest prezesem Telewizji Polskiej. Jacek Kurski – od połowy lat 80. związany z NSZZ Solidarność”, w pierwszej połowie lat 90. związany z Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego, potem związany z Ruchem Odbudowy Polski byłego premiera Jana Olszewskiego. Po 1997 związany ze Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym, które wchodziło w skład Akcji Wyborczej „Solidarność”, za manipulacje przy liście wyborczej w 2001 został usunięty z ZChN, w związku z tym wstąpił do Prawa i Sprawiedliwości. Ponieważ w wyborach samorządowych w 2002 nie został umieszczony na listach PiS, wstąpił do Ligi Polskich Rodzin. W 2004 w wyniku lokalnego konfliktu w LPR wystąpił z tejn partii i ponownie wstąpił do PiS. W 2005 wykluczony z PiS za słynny tekst o „dziadku z wehrmachtu” Donalda Tuska, wkrótce jednak został przywrócony. W 2011 ponownie wykluczony z PiS. Od 2012 związany z partią Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, z której został wykluczony w lipcu 2014. Potem formalnie bezpartyjny. Od 2016 prezes TVP.
Powyższe dwa życiorysy, ludzi związanych z PO i z PiS, są charakterystyczne dla polityków tych formacji i bez żadnego trudu można przytoczyć polityczne losy jeszcze bardziej pokomplikowane niż dwa powyższe.

 

***

Tak wygląda polska polityka i losy jej bohaterów. Politycy zmieniają przynależność partyjną jak przysłowiowe rękawiczki, zakładają kolejne partie i koalicje partyjne tylko po to żeby je wkrótce opuścić w poszukiwaniu kolejnej „szalupy ratunkowej”. Polska polityka wytworzyła klasę polityczną – ludzi, którzy w rubryce „zawód” powinni wpisywać „polityk”. Bo to jest jedyne co potrafią. Dla tych ludzi wypadnięcie z polityki to śmierć życiowa, więc polityki muszą się trzymać za wszelką cenę, niezależnie od posiadanych poglądów i wyznawanych wartości.
Dlatego też działanie radnego Kałuży nie powinno dziwić, bo przecież jest tylko fragmentem większej całości.

Miś na miarę

Kronika polityczno-popkulturalna ostatniego tygodnia.

 

Wojciech Cejrowski w „Minęła dwudziesta” u Michała Rachonia spalił papierową flagę UE. – Unia Europejska nie jest państwem i w związku z tym jej godło nie jest chronione żadnymi przepisami poza patentowymi. Ktoś sobie kupił „flagę”, może ją spalić jeśli chce. Ja chciałbym zakwestionować także przepis, który chroni flagi państwowe – oświadczył podróżnik, kiedy temat zahaczył o nagrodę, którą wyznaczyła polska policja za pomoc w namierzeniu osoby, która spaliła flagę wspólnoty podczas marszu 11 listopada. – Flaga UE jest jak flaga Mc’Donalds. To jest kawałek papieru, to jest moja własność i mogę z nią robić co mi się żywnie podoba w mojej kajucie.
Po udzieleniu wykładu bosy podróżnik, najwyraźniej perfekcyjnie przygotowany do programu, wyjął zapalniczkę i rzeczony kawałek papieru, po czym demonstracyjnie spalił. Jednak prawnicy TVP byli tam czynni, gdyż ten fragment został wycięty i obejrzeć go można jedynie na kanale Cejrowskiego na YouTube. Nie zmienia to jednak faktu, że jaki program i prowadzący, taki gość.

 

***

Policja natomiast usilnie szuka warszawskiego podpalacza flagi. Za jego namierzenie zaoferowała aż 5 tys. zł. Apel nie poszedł w las. Skarbnik Młodzieży Wszechpolskiej już 12 listopada doniósł na swojego szefa. Nawet oni wiedzą, że poszukiwanie sprawcy zajmie stołecznej policji jeszcze co najmniej 15 lat.

 

***

11 grudnia o 21.30 nastawcie odbiorniki na Radio Maryja – zostanie wówczas wyemitowana audycja o elektryzującym tytule „Jak być dobrą żoną w sypialni?”. Ojciec Tadeusz chytrze milczy i nie zdradza, jaki będzie przekaz audycji. Tymczasem komentatorzy już zdążyli rozłożyć ją na czynniki pierwsze.
– Mnie tytuł tej audycji kojarzy się bardzo negatywnie – twierdzi Arkadiusz Brodziński, toruński lider stowarzyszenia Polska Laicka, który w dwa lata temu organizował protest przeciwko Radiu Maryja. – Uważam, że jest poniżający dla kobiet. Jeżeli ktoś wyznaje patriarchalne wartości, to być może będzie się zgadzał z takim podejściem. Mamy jednak równouprawnienie, a tu wygląda to tak, jakby jedna strona relacji małżeńskiej miała się w jakiś szczególny sposób dostosowywać do drugiej strony.
– Sam pomysł jest tyleż śmieszny, co straszny – komentuje Bogna Czałczyńska z Kongresu Kobiet.
– Jeśli rzeczywistym tematem audycji będzie pouczanie kobiet jak zadowalać mężczyzn w sypialni, bez analogicznej audycji w drugą stronę, to jest to kolejne działanie, które po prostu wpisuje się w patriarchalny paradygmat. Wpisuje się w nurt traktowania kobiet w sposób podrzędny. Kobiety mają zadowalać mężczyzn, podobać im się. W ten sposób już małym dziewczynkom wpaja się, że mają się podobać i zadowalać innych, że mogą być wykorzystywane. Jednocześnie same nie spełniają swoich planów i ambicji, bo to one mają przecież dbać o ognisko domowe i zadowolenie innych, a nie swoje – dodaje Monika „Pacyfka” Tichy, szczecińska aktywistka na rzecz równości.
A najpewniej chodzi o to, żeby wietrzyć sypialnię po przebudzeniu, myć nogi, wymieniać pościel raz na miesiąc i wpłacić na Lux Veritatis.

 

***

Poseł PiS Bartosz „Widelec” Kownacki chce, żeby na pokładzie samolotów LOT puszczane były dzieła filmowe ukazujące „trudną, choć bolesną historię Polski”: między innymi „Karol – człowiek, który został papieżem”, „Quo Vadis” i „Popiełuszko – wolność jest w nas”. Napisał w tej sprawie do premiera Morawieckiego, który formalnie nadzoruje polskie linie lotnicze. Pan poseł nie był łaskaw zainteresować się repertuarem lotów odwołanych z powodu strajku pracowników ani faktem, że firma nadal twierdzi, że nie stać jej na wypłatę podwyżek. Tak naprawdę jednak poseł Widelec w swojej interpelacji popełnił gafę nie do wybaczenia: w swojej rozpisce pereł polskiej kinematografii pominął wiekopomne dzieło Antoniego Krauzego.

 

***

Ponoć jedna z warszawskich sondażowni ma już badania mówiące, że „Teraz” – nowa partia Ryszarda Petru, może liczyć na 17 proc. poparcia w najbliższych wyborach. Jak mawia jeden z moich znajomych pytany o kolejną nowo poznaną dziewczynę: „spokojnie, nic z tego nie będzie!”.

Wesoły żywot grabarza…

…czyli o tzw. „Kanonie literackim 100 książek na stulecie” tygodnika „Polityka”.

 

Stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości wypada w bardzo niekorzystnym dla organizowania jakichkolwiek obchodów momencie. W polityce rok bieżący jest rokiem przejściowym, w którym jedno, do końca nie wiadomo co, zdaje się przechodzić w inne, jeszcze nie do końca nie wiadomo co, o którym, nie wiadomo do końca, czym będzie. Podobnie, chociaż w dłuższej perspektywie, rzecz wygląda w gospodarce, życiu społecznym i kulturze. Rozpoczynając w roku 1989 roku tzw. transformację jej inicjatorzy nawet w najczarniejszych snach nie sądzili, że otwierają drzwi, które nie dadzą się już zamknąć.

Efektem tych wszystkich procesów jest to, że zupełnie nie wiadomo co i jak świętować, ani tym bardziej co i jak podsumowywać. Nie chodzi tutaj tylko o to, że świętujemy w momencie gdy jeszcze nie wiadomo, czy zwycięży schetynizm czy kaczyzm. Że nie wiemy, czy w Polsce utrwali się autorytarna dyktatura czy powróci platformerska pseudodemokracja po liftingu. W Polsce następują głębokie przemiany społeczne i kulturowe. To nie polityka kreuje zmiany gospodarki, społeczeństwa i kultury ale głębokie zmiany cywilizacyjnego podglebia kreują nasza współczesność i to one czynią obecne wydarzenia głęboko niewydarzonymi.

Niewątpliwie jedną z najbardziej znamiennych cech współczesnej rzeczywistości jest krach wyobrażenia o sobie Polaków jako o narodzie, którego tożsamość wyznacza kultura i narodziny narodu określanego przez historię. W sposób dla siebie niezauważalny przestaliśmy być narodem, którego tożsamość wyznaczyły onegdaj Włócznia Św. Maurycego, Drzwi Gnieźnieńskie, Ołtarz Wita Stwosza, Kaplica Zygmuntowska, Arrasy Wawelskie, poezje Jana Kochanowskiego, Łazienki Królewskie i rymy Ignacego Krasickiego, strofy Adama Mickiewicza etc., a zaczęliśmy się samookreślać poprzez dokonania Mieszka I, zdobycie Kijowa i gwałt na Przecławie Bolesława Chrobrego, bitwę pod Legnicą, wojnę trzynastoletnią, dokonania Jana III Sobieskiego (nie chodzi tutaj o listy do Marysieńki), konfederatów barskich, Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, dr hab. (sic!) Sławomira Cenckiewicza i prof. (sic!) Antoniego Dudka. IBL (dla „nie znających poezji” Instytut Badań Literackich) został zastąpiony przez IPN.

To, że Platforma Obywatelska zawdzięcza zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego gremialnej mobilizacji emerytów, gdy nieliczna młodzież w większości głosowała na PiS nie jest tylko efektem 500plusa, ale głębokiej zmiany hierarchii wartości organizujących wspólne myślenie. Miejsce uniwersalnych standardów etycznych i moralnych zajmuje w nich grupowy egoizm i relatywizm. Polskość przestaje istnieć jako przepustka ku wartościom uniwersalnym i jej miejsce zajmuje ksenofobiczne Polactwo jako miara wszechrzeczy.

W starciu z neofaszystowskim populizmem kultura w Polsce okazała się cienkim i zwietrzałym papierkiem owijającym, niestety nieszczelnie, przaśne, plemienne guano. Nie stało się to jednak wskutek jędrności owego guana a rozpadu opakowania. Niewątpliwym, ponurym dowodem owego rozpadu jest wytwór niegdyś „opiniotwórczego” tygodnika „Polityka” określony jako „kanon literacki stulecia niepodległości” (nr 43/2018). Jest to zresztą jedyny powód by się owym skrajnie niewydarzonym wydarzeniem zająć jako, że odpowiedzi dziewiętnastu osób (nawet jeżeli połowa z nich ma profesorskie tytuły) trudno uznać za miarodajne dla ustanawiania czegokolwiek, już, o jakimkolwiek kanonie, nie wspominając.

Jak na urągowisko we wstępie do publikacji padają słowa poety Zbigniewa Macheja, uczestnika omawianej tu żałosnej imprezy: „Kanon jest jak kręgosłup. Bez niego trudno stanąć, zrobić krok do przodu i wybić się na oświeconą, nieegoistyczną niepodległość”. Zawsze, łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale trudno uznać pozbawioną jakiegokolwiek kośćca, ciemną, subiektywną i prymitywną amebę za drogę wybijania się gdziekolwiek poza salonową kanapą, której znaczenie maleje zmierzając ku przysłowiowemu „wąskiemu kręgowi ograniczonych osób”.

Tym co najbardziej uderza w „kanonie-kręgosłupie” jest bezpruderyjna dekomunizacja idąca nawet dalej niż ta polityczna. Nie ma tu nie tylko tracących ulice jak Leon Kruczkowski, Lucjan Szenwald czy Zbigniew Załuski ale nawet Władysława Broniewskiego.

Trudno o lepszą rekomendację dla „oświeconej, nieegoistycznej niepodległości” chociaż dekomunizacja kanonu jest tylko wisienką na torcie. Dalej dzieją się rzeczy nie mniej niezwykłe. W dwudziestoleciu „Panny z Wilka” przegoniły z kanonu „Dziewczęta z Nowolipek”. Literatura jak ją kiedyś określił Ignacy Fik „choromaniaków” wykreśliła literaturę etycznie, społecznie i politycznie zaangażowaną. Nie ma więc nie tylko „Granicy” Nałkowskiej, ale nawet „Kariery Nikodema Dyzmy” czy „Pamiętnika Pani Hanki” Tadeusza Dołęgi Mostowicza. Drobne formy wyparły epopeję. „Panny z Wilka” zastąpiły nie tylko” Dziewczęta z Nowolipek”, ale w co już trudno uwierzyć „Noce i Dnie” Marii Dąbrowskiej. Zastąpiły także w twórczości samego Iwaszkiewicza „Sławę i chwałę”.

W „kanonie” drobiazg i miernota nadają ton konsekwentnie i nieubłaganie. Znalazła się tu np. Zuzanna Ginczanka – autorka, w sumie jednego, dobrego wiersza. Trafił tam Rafał Wojaczek niewątpliwie najsłabszy z polskich „poetów niespełnionych”.

Licznie reprezentowani są twórcy, którzy być może jeszcze nie wykroczyli poza krąg własnego środowiska i wywarli wpływ na grono najbliższych admiratorów, i być może już nie wykroczą – Piotr Sommer, Marcin Świetlicki, Andrzej Sosnowski, Eugeniusz Traczyszyn-Dycki . Poeci którzy zawsze byli nawet nie drugorzędni (albowiem chyba słusznie Adam, Sandauer nazwał Czesława Miłosza poetą drugorzędnym) ale trzecio – i czwartorzędni – Jerzy Ficowski, Witold Wirpsza, Tymoteusz Karpowicz, Jarosław Marek Rymkiewicz. Feministki – Jolanta Brach-Czajna i Maria Janion. Genderowcy – Michał Witkowski. Nad kołyską „kanonu” stoją trzy tradycyjne polskie „matki chrzesne” – Malizna, Miernota i Niedoródźba.

Kolejną kwestia jest odmóżdżenie „kanonu” a więc jednostronny i żenujący dobór krytyki literackiej, eseistyki i publicystyki. Tadeusz Żeleński-Boy okazuje się twórcą kanonu jako autor felietonów „Piekło kobiet”. Na tym poziomie „kanoniczności” nie ma nawet możliwości mówić o jego dokonaniach krytycznoliterackich, ani przywołać chociażby Karola Irzykowskiego, Jerzego Stempowskiego, czy po wojnie Artura Sandauera. Eseistyka i publicystyka to Bolesław Miciński (sic!), Czesław Miłosz, „Rodowody niepokornych” Bogdana Cywińskiego, i najgłupsza niewątpliwie książka Leszka Kołakowskiego „Obecność mitu”. Książka, która jeśli ma jakąś wartość to jedynie dokumentalną, pokazującą, że Kołakowski, chociaż przeżył II wojnę światową, nie zrozumiał o co w niej chodziło i na gruncie intelektualnym otworzył z trudem zamkniętą bramę odrodzenia mitu prowadzącą ku obecnej restytucji faszyzmu – od torującego drogę nazistom mitu o ciosie w plecy (Dolchstoß) – do torującego drogę kaczystom mitu o smoleńskim ciosie w plecy. Kwestia książki Kołakowskiego, nie tylko żałosnej gdy idzie o treść ale i pozbawionej wszelkich walorów literackich, jest miarą „profesjonalizmu” tego „kanonu”, jako, że nawet w twórczości Kołakowskiego można znaleźć, jeśli już nie coś mądrzejszego, to napisanego znacznie lepiej.

Rzecz znamienna, że w „kanonie” nie pojawia się żadna książka ucząca myśleć, coś na miarę „Rozprawy o metodzie” Kartezjusza w literaturze francuskiej. Nie ma więc arcydzieła Floriana Znanieckiego „Ludzie teraźniejsi a cywilizacja przyszłości”, nie ma Bogdana Suchodolskiego „Wychowania dla przyszłości” (w wersji z 1947 roku), nie ma Stanisława Andreskiego „Czarnoksięstwa w naukach społecznych”, nie ma „Dziejów głupoty w Polsce” Aleksandra Bocheńskiego, nie ma „Margrabiego Wielopolskiego” Ksawerego Pruszyńskiego, ani nawet Pawła Jasienicy.

To, że w „kanonie” nie znalazło się żadne dzieło uczące myśleć samodzielnie jest ponurym świadectwem czegoś więcej niż tylko antyintelektualizmu, ukazuje ona uwiąd samej zdolności do debaty, która stanowi siłę napędowa każdej kultury.

Z kanonu wyleciała również literatura dla dzieci i młodzieży. „Twórcy” „kanonu” nie uznali jak widać Jana Brzechwy za godnego „kanonizacji”. Trudno oczywiście „kanonierom” nie pamiętać, że „Pana Kleksa” ekranizowano w stanie wojennym, ale nawet przedwojenny „jeż stalowy”, który zawsze dążył „w prawo” nie zasłużył na ich życzliwość. W „kanonie” nie znalazło się też żadne dzieło literatury popularnej. Science fiction uobecniła się w postaci „Solaris” Stanisława Lema. Nie pojawił się ani jeden kryminał chociaż ostanie dwudziestolecie w tych dziedzinach było chyba najpłodniejsze.

Oczywiście, uwagi nad tym, co się w „kanonie” nie znalazło zawsze można zbyć uwagą, że żaden kanon nie jest tak pojemny żeby zmieścić wszystko, co warto by w nim umieścić. Prawdziwy podziw budzi to co się kanonie znalazło! a są to prawdziwe cudeńka.

Niewątpliwie dokonaniem na miarę czasów jest „kanonizacja” „Złego” Leopolda Tyrmanda. Ta obecność niewątpliwie zwraca uwagę na niesprawiedliwe potraktowanie dzieła podobnej rangi i literackiego geniuszu „Czterech pancernych i psa” Janusza Przymanowskiego. O nieobecności jakichkolwiek kryteriów świadczy obecność kiczowatego do bólu zębów „Weisera Dawidka” Pawła Huelle. Rozczula „kanonizowanie” prezydenckiego teścia Juliana Kornhausera (ponieważ niewiele osób czytało onegoż poetę i można by powziąć podejrzenie, że kpię nie wiedząc z czego, oświadczam, że czytałem go jeszcze w latach siedemdziesiątych, w ramach przygotowań do Olimpiady Polonistycznej, rozpoczynając od tomu „Świat nie przedstawiony” popełnionego razem z Adamem Zagajewskim i od tej pory spotykając się z kolejnymi dokonaniami prezydenckiego teścia wyrobiłem sobie zdanie, iż zasłużenie otwiera on drugi tysiąc twórców w rankingu znaczących twórców literatury polskiej XX stulecia). W kontekście relacji „kanonierów” z władzą zwraca uwagę nieobecność pamiętnika Danuty Wałęsy, dzieła nie mniej zasługującego na uwagę niż poetycka twórczość profesora Kornhausera. Niezręcznością wydaje się również brak poezji papieża Jana Pawła II ale, jak sądzę, ludzie związani z tygodnikiem „Polityka” starają się być na bieżąco.

Tym, co uderza najbardziej, jest brak w resztkach „opiniotwórczego” środowiska, jakim była niegdyś „Polityka”, jakiegokolwiek wyczucia kryteriów. Jeżeli można mówić o kanonie jako o „kręgosłupie”, to tylko wtedy, gdy wiadomo czego ma stanowić podstawę. Można budować go na wartościach artystycznych, profesjonalnych, można na moralnych. Prowadzi to jednak do wewnętrznej sprzeczności albowiem, jak to zauważył Miłosz, (niezbyt mądrze odnosząc to do Szenwalda) – „poezja nie jest kwestią moralności”. Gdy poddajemy arcydzieła cenzurze moralnej, wychodzi nam nieuchronnie apologia miernoty. Jedynym wyjściem czyniącym kanon sensownym jest obrona wielkości przed politycznym i moralistycznym utylitaryzmem. Kanon literacki to wspólnota, która rozwija się niezależnie od politycznych i etycznych podziałów jako poczucie uczestnictwa wykraczającego poza doraźne podziały, kulturowe źródło odradzania się rozrywanej walkami społeczności w ramach wewnętrznego kręgu „ojczyzny polszczyzny”, gdzie znajduje schronienie to co niszczone i deptane, w życiu zewnętrznym. Niewątpliwie polskim tzw. „elitom” kultury polskiej udało się to źródło zasypać. IBL przestał być antytezą IPN na długo przed swoimi narodzinami.

W latach powojennych utrapieniem dla literatów była cenzura. Cenzura nie należy jednak do porządku kultury. Należy do porządku polityki, moralności, ładu społecznego. Niewątpliwie największą rewolucją w relacjach państwa z kulturą stało się przeniesienie cenzury na grunt kultury. W stanie wojennym to „ludzie kultury” wycieli z kultury tych, którzy go poparli. Wykreślenie Wojciecha Żukrowskiego i Romana Bratnego z literatury polskiej okazało się „wielkim sukcesem”. Podobnie – wykreślenie Przewodniczącego Narodowej Rady Kultury Bogdana Suchodolskiego. Najbardziej znany polski intelektualista zeszłego wieku znikł bez śladu. Był człowiek, nie ma człowieka. Można było popaść w euforię. I popadnięto. Uzasadnień teoretycznych dostarczył postmodernistyczny relatywizm i konstruktywizm. Nastąpiła masakra na miarę osławionych rzezi z czasów schyłku republiki rzymskiej, Każdy mógł zostać Sullą lub Mariuszem i chętnych nie zabrakło.
W wykreślaniu i konstruowaniu znaleziono sens kultury, powołanie jej twórców i radość kreacji. Spełniły się po latach wizje Czesława Miłosza, z „Traktatu moralnego”:

Żywot grabarza jest wesoły.
Grzebie systemy, wiary, szkoły,
Ubija nad tym ziemię gładko
Piórem, naganem czy łopatką,
Pełen nadziei, że o wiośnie
Cudny w tym miejscu kwiat wyrośnie.

Takie rozumienie kultury ma to do siebie, że pociąga za sobą pewne koszta. Realizując „wielkie czystki”, trzeba bardzo uważać, żeby samemu nie znaleźć się przed rewolucyjnym trybunałem. Czasem wystarczy jedno słowo za dużo, czasem za mało entuzjastyczne oklaski, żeby nas wykreślono i zrekonstruowano „kulturę” już bez nas. Efektem czystek jest zawsze konformizm i „słuszność”. Tym, co uderza najmocniej w tej rewii drugorzędnych autorów i dzieł jaką stał się „kanon” na Stulecie Niepodległości, jest wszechogarniająca „słuszność”. Dominują dzieła bezwzględnie słuszne – o Zagładzie, o Kresach, martyrologii takiej bądź innej ale zawsze „słusznej”. Aby być w kanonie trzeba być albo politycznie „słusznym”, albo „słusznie” apolitycznym. Trzeba urodzić się w „słusznym” czasie i żyć „słusznie”. Tzw. „poprawność polityczna” w krajach zachodnich jest tylko namiastką polskiej „słuszności”.

W kanonie nie znalazło się, z „oczywistych” względów, jedno z – niestety – najważniejszych, chociaż może nie najlepszych formalnie, dzieł polskiej poezji – „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka. Ta bezwzględna rozprawa z infantylizmem i niedojrzałością w literaturze, (której kryteriom nie podołał sam Ważyk) od chwili publikacji nie straciła niestety ani na moment aktualności. Zawiera też niezwykle trafny nekrolog „kulturotwórczych” elit, którym udało się, być może już nieodwracalnie, zaprzepaścić narodotwórczą rolę kultury polskiej:

Wyłowiono z Wisły topielca.
Znaleziono kartkę w kieszeni.
„Mój rękaw jest słuszny,
mój guzik niesłuszny,
mój kołnierz niesłuszny,
ale patka słuszna.”
Pochowano go pod wierzbą.

Kim pan jest, panie Macierewicz? Recenzja

W latach sześćdziesiątych krążył po polskich ekranach radziecki film „Kim pan jest doktorze Sorge?”, opowiadający o legendarnym agencie radzieckiego wywiadu w okresie II wojny światowej i przed jej wybuchem, Richardzie Sorge. Przypomniało mi się to przy lekturze najnowszej książki Tomasza Piątka, „Macierewicz. Jak to się stało”.

 

To już druga książka Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu. Poprzednia, „Macierewicz i jego tajemnice”, wydana w roku 2017 stała się powodem doniesienia do Prokuratury Wojskowej, jakie jej bohater, szef MON złożył na autora. Po odejściu Macierewicza z funkcji Ministra Obrony Narodowej w styczniu 2018 roku, prokuratura umorzyła postępowanie. Piątek tak wprowadza czytelników w zawartość swojej nowej książki: „Zawarte w niniejszej książce informacje i dokumenty mogą wstrząsnąć wieloma czytelnikami. Zaskoczą nawet tych, którzy przeczytali książkę „Macierewicz i jego tajemnice”. Na dalszych stronach przedstawiam bowiem nieznaną prawdę o Antonim Macierewiczu, ukrytą dotąd w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). Znajdują się tam akta komunistycznej Służby Bezpieczeństwa (SB), które dotyczą Macierewicza. Wynika z nich, że liczne koincydencje, które łączą byłego Ministra Obrony z ludźmi Kremla, nie powstały ot tak. Nie są wynikiem przelotnego uwikłania. Nie chodzi też o doraźny, taktyczny sojusz z przeciwnikami. Nieuniknione jest przypuszczenie, że rosyjskie i PRL-owskie koneksje Antoniego Macierewicza mają znamiona głębokiej zależności, która trwa niemal od pół wieku”.
Jak wywodzi w swoim wstępie autor, zbadane przez niego dokumenty „niedwuznacznie dają do zrozumienia, że komuniści roztoczyli nad Macierewiczem specjalny parasol ochronny. I to komuniści wysokiej rangi – członkowie Biura Studiów, czyli elitarnej jednostki SB. Był to zespół wybitnych, choć fanatycznych policjantów politycznych. Pracowali oni nad rozbiciem opozycyjnego związku zawodowego „Solidarność”, gdy ten działał w podziemiu. Mieli też bliskie związki ze służbami kremlowskimi. Jeden z opiekunów Macierewicza dostał medal od KGB (sowieckie służby specjalne, przekształcone później w FSB i SWR). O tym jest ta książka”. I dalej Piątek pyta: „Jak to się stało, że jesteśmy bezbronni? Dlaczego polska armia nie ma śmigłowców, flota – okrętów podwodnych, a sztab – planów obronnych? Dlaczego setki doświadczonych generałów i wyższych oficerów odeszły do cywila? Dlaczego zastąpili ich młodzieńcy bez autorytetu, za jednym zamachem awansowani o kilka stopni? A z drugiej strony – dlaczego Ministerstwo Obrony Narodowej wydawało i wciąż wydaje gigantyczne pieniądze na tzw. Wojska Obrony Terytorialnej (WOT)? (…) Dlaczego przepuszczamy te miliardy na amatorską formację, która przed niczym nas nie obroni? Dlaczego do WOT werbowano jawnych zwolenników Władimira Putina z prokremlowskiej partii Zmiana? Dlaczego tworzenie WOT powierzono pułkownikowi Krzysztofowi Gajowi – jawnemu zwolennikowi Putina, ekspertowi prywatnej organizacji Narodowe Centrum Sudiów Strategicznych (NCSS), której prezes, Jacek Kotas jest powiązany ze współpracownikowi rosyjskiej mafii?”. Tomasz Piątek zwraca też uwagę, że „Macierewicz nadal jest „wiceprzewodniczącym partii Prawo i Sprawiedliwość. Jego główny medialny sojusznik, oligarcha Tadeusz Rydzyk, popiera go jeszcze usilniej niż przedtem. Całkiem jasno daje do zrozumienia, że w razie odejścia Macierewicza z PiS nie zagłosuje na tę partię”. Odwołując się do sprawy katastrofy smoleńskiej Piątek pisze: „Po katastrofie smoleńskiej zaczął się jeden z najbardziej niezwykłych i dwuznacznych okresów działalności Antoniego Macierewicza. Człowiek otoczony ludźmi związanymi i powiązanymi z Kremlem zarzucił Rosji spowodowanie katastrofy polskiego samolotu prezydenckiemu w Smoleńsku. (…) Tymczasem żadne badania katastrofy przeprowadzone zgodnie z naukową metodologią nie dostarczyły dowodów na zamach czy spisek. Co zrobić, żeby zbrodniarz zaczął wyglądać na ofiarę? Zarzucić mu zbrodnię, której nie popełnił. Co więcej, Macierewicz i jego „specjaliści” oskarżali Rosję o zamach w sposób, który byłby dla niej pomocny, nawet gdyby faktycznie go dokonała. Posiedzenia tzw. ekspertów smoleńskich budziły śmiech, gdy wybuch w samolocie objaśniano za pomocą pękających parówek…”. Konkludując wątek smoleński Piątek zauważa: „ Głównym jednak efektem spiskowej teorii smoleńskiej było rozbicie narodu polskiego na dwa nieprzyjazne plemiona. (…)
Oto kolejny szczebel w karierze niszczyciela. Ten, który rozbijał KOR i „Solidarność”, zaczął rozbijać jeszcze większą społeczność”. Już sam autorski wstęp do książki jest frapujący i pada w nim więcej nazwisk, wątków i pytań niż zacytowane powyżej. Lektura samej książki jest podobnie frapująca, ale po jej lekturze czuję ogromny niedosyt się właściwie bezradny. Przeszło pięćset stron wypełnił Tomasz Piątek nieprzebranym, kolosalnym materiałem, z setkami faktów, dat, nazwisk, z dziesiątkami i wątków. Nikt jednak, kto nie jest specjalistą w materii, której książka dotyczy (ja też do tej kategorii nie należę), nie będzie w stanie należycie ocenić jej treści, nie będzie w stanie z pełnym zrozumieniem poruszać się po ukazywanym przez autora labiryncie.
Przy lekturze niektórych fragmentów ogarniają mnie jednak wątpliwości natury ogólnej. I nie chodzi mi n.p. o paralelę, jaką czyni Piątek, zestawiając postacie Anglika Kima Philby’ego, słynnego agenta Kremla z Antonim Macierewiczem. Co innego mam na myśli. Oto jeden tylko z przykładów. Piątek przedstawił w swojej książce obszernie przez niego potraktowany (znany zresztą z innych, renomowanych publikacji naukowych, m.in. Petera Rainy) wątek porwania i zabójstwa w roku 1957 Bohdana Piaseckiego, syna szefa Stowarzyszenia „PAX”, przed wojną jednego z przywódców Ruchu Narodowo-Radykalnego, potocznie ale nieprecyzyjnie określanego jako ONR – Bolesława Piaseckiego, po latach członka Rady Państwa PRL. Uczynił tak m.in. dlatego, że – jak pisze – „ubek i esbek Stefan Mikołajski, który zajmował się Bolesławem Piaseckim i jego zamordowanym synem Bohdanem, w latach 80 opiekował się Macierewiczem”. Trudno nie mieć wątpliwości (podkreślam, to wątpliwości, nie polemika z autorem), czy ma sens wiązanie ze sobą w jedną konstrukcję myślową wydarzeń odległych od siebie o lat kilkadziesiąt. Można odnieść wrażenie, że przez połączenie w jedną triadę nazwisk Piasecki-Mikołajski-Macierewicz chce wzmocnić swoją argumentację natury historycznej dotyczącą pokrewieństw ról obu polityków w kontekście relacji polsko-rosyjskich, ale przynajmniej w moich czytelniczych oczach to jej wystarczająco nie uzasadnia. Zbyt szerokie kwantyfikatory podatne są na większą zawodność. Podobne wrażenie odniosłem czytając rozbudowane partie poświęcone wątkowi zabójstwa Jerzego Popiełuszki. Jednak nie moje czytelnicze wątpliwości, które, jak wyżej wspomniałem, w znacznym stopniu wynikają najzwyczajniej z braku wystarczających kompetencji niezbędnych do lektury tej pracy, są tu najważniejsze. I nie jest też istotne moje poczucie dokuczliwego dyskomfortu poznawczego, wynikające z faktu, że najzwyczajniej miałem trudności z należytym ogarnięciem materii tej książki.
Najbardziej dramatyczne pytanie z jej lektury wynikające można sformułować następująco: dlaczego dzieje się tak, że dwie obszerne, oparte na dokumentach, w tym dokumentach IPN i do tego bardzo głośne publikacje książkowe, dotyczące bądź co bądź jednej z najbardziej prominentnych postaci obozu PiS, wiceprzewodniczącego partii rządzącej, do niedawna Ministra Obrony Narodowej w rządzie Zjednoczonej Prawicy, a przy tym człowieka o bogatej, historyczne biografii, nie stały się powodem do powołania sejmowej komisji śledczej czy też złożonego ze znawców problematyki jakiegoś ciała społecznego, które zbadałoby zasadność zarzutów, jakie Tomasz Piątek stawia bohaterowi tych publikacji, nawet jeśli część zarzutów opatrzył znakami zapytania?
Dlaczego Prokuratura Wojskowa, do której wystąpił Macierewicz, umorzyła postępowanie mimo ciężaru gatunkowego zarzutów sformułowanych pod adresem szefa MON przez autora książki? Dlaczego obóz PiS i podlegające mu kierownictwo IPN, które z taką pewnością i zaciekłością dążyło i dąży do zniszczenia Lecha Wałęsy, zarzucając mu agenturalność w okresie PRL, nad sprawą Macierewicza przechodzi do porządku dziennego bez jednego słowa wyjaśnienia? Dlaczego także kierownictwo NATO nie podjęło żadnych, przynajmniej jawnych (a tylko takie w tym przypadku miałyby znaczenie) działań odnośnie – bądź co bądź – Ministra Obrony jednego z państw należących do jego struktur? Dlaczego nikt nawet nie próbuje odnieść się do zawartości książki Piątka? Dlaczego w końcu milczy sam Macierewicz? Nie jestem w tych wątpliwościach odosobniony.
Podobne odczucia towarzyszą autorowi książki, gdy w ostatnich jej akapitach pisze z goryczą: „Przypominałem, że rozmawiamy o człowieku, który rozbroił Polskę i zrobił wyłom we wschodniej flance NATO. Nieraz miałem wrażenie, że słowa te wpadają w głuchą studnię. Rzecz jasna, nie tylko dawni przyjaciele Macierewicza wybierają przyjemne bielmo na oczach. Pół Polski, pół Europy, połowa Zachodu choruje na kremlowską odmianę ślepoty. Jakich lekarstw potrzeba? Faktów, świadectw, dokumentów. Dopóki chory nie będzie wiedział tego, co powinniśmy wiedzieć, dopóki będzie wierzył w to, w co chce wierzyć – dopóty będzie chorował”.
Jeśli ktoś z czytających powyższy tekst odniósł wrażenie, że krytykuję książkę Tomasza Piątka, to nietrafnie odczytał moje intencje. Chapeau-bas przed autorem, który wykonał benedyktyńską pracę badawczą w archiwach i poza nimi, i który swoje odkrycia ułożył we frapujące studium. Nie jest bowiem winą Tomasza Piątka, że nad owocami jego imponującej pracy niezmiennie rozciąga się szklany sufit. A najważniejsze, najogólniejsze pytanie, jakie budzi lektura jego książek może brzmieć następująco: kto ten „szklany sufit” zawiesił i kto pilnuje, aby nie został przebity?

 

Tomasz Piątek„Macierewicz. Jak to się stało”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2018, str. 509, ISBN 978-83-66095-02-1.

Uwag powyborczych gorąca porcja

Za wcześnie jeszcze na pełny bilans niedzielnych wyborów samorządowych. Przyjdzie na niego czas po ostatecznym uformowaniu się nowych struktur władzy samorządowej i po zawarciu wszelkich możliwych regionalnych koalicji. Jednak już teraz wypada poczynić kilka uwag bieżących. Jedno nie ulega wątpliwości: to nie są dla PiS dobre dni.

 

Po pierwsze, zostawiając na boku szczegóły i nie wdając się w potencjalny bieg zdarzeń i konsekwencji powyborczych, ani nie analizując poszczególnych segmentów tych wyborów (choćby klęska PiS w miastach z Warszawą, Łodzią i Poznaniem na czele i równolegle jego względny sukces w wyborach do sejmików wojewódzkich) nie sposób jednak przede wszystkim nie zauważyć, że suma wyników ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich (KO – ok. 26 procent, PSL – ok. 13 procent i SLD – ok. 6 procent) wynosi ok. 45 procent, czyli o około 6 punktów procentowych przewyższa sumę wyników PiS (33 procent) i Kukiz (ok. 6 procent). Jakkolwiek ukształtują się ostateczne wyniki liczbowe, owa proporcja najprawdopodobniej zostanie zachowana. To jest dla wszystkich sił (nie tylko dla władzy) koronne memento. Po drugie, na krótko przed wyborami samorządowymi 21 października 2018 roku, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał przywrócenie do orzekania sędziów Sądu Najwyższego, którzy sławetną, jawnie łamiącą Konstytucję ustawą zostali przeniesieni w stan spoczynku.

 

Twardy orzech do zgryzienia

To już nie jest podlegający spekulacjom stan pełen wątpliwości i niejasności, stwarzający pisowskiej władzy możliwości lawirowania, pozorowania ruchów kompromisowych, przeciągania negocjacji z UE, lecz twardy wyrok nie pozostawiający żadnej awaryjnej furtki. W reakcji na wyrok TSUE pisowcy właściwie zaniemówili. Duda Andrzej milczy, Morawiecki Mateusz ograniczył się do zdawkowych ogólników o odwołaniu się od wyroku i nawet główni promotorzy czystki w sądownictwie, czyli Ziobro Zbigniew z przybocznymi Piotrowiczem i Astem et consortes dostroili się do tych reakcji czy raczej do ich braku. Jedynie szef MSZ Jacek Czaputowicz napomknął coś samotnie o zmianie ustawy o SN, ale nie wyjaśnił w jakim kierunku miałaby ona zmierzać. W sytuacji gdy wezwani przez I Prezes SN Małgorzatę Gesdorf sędziowie wracają ze stanu spoczynku do pracy, PiS naprawdę ma twardy orzech do zgryzienia i patrzy na to dość biernie, gryząc palce z bezsilności. Wariant radykalnego, buńczucznego, w klasycznym stylu pisowskim, odrzucenia wyroku TSUE raczej już nie wchodzi w rachubę, tym bardziej, że gdyby miało do tego dojść, już by doszło. Ta zwłoka w reakcji nie działa tu na korzyść PiS i każdy kolejny dzień bierności stawia władzę w coraz trudniejszej sytuacji. Na domiar wszystkiego, poziom natężenia emocji w walce politycznej w Polsce jest tak wysoki, że jakikolwiek kompromis będzie bardzo trudny do osiągnięcia, o ile nie niemożliwy. Do tego dochodzi ta oto dodatkowa, niezmiernie dla PiS kłopotliwa okoliczność, że tzw. reforma sądownictwa była i pozostaje dla niego celem koronnym i flagowym, nie mniej istotnym niż wprowadzenie 500 plus. Wycofanie się z niej a nawet pójście na daleko idące kompromisy oznaczałoby wywieszenie przez PiS białej flagi, a to może wywołać trudne do przewidzenia reakcje w szeregach elektoratu. Natomiast kompromis pozorny, „lipny”, nie jest do przyjęcia przez żadną ze stron konfliktu, nie wspominając już o tym, że żaden kompromis nie jest na rękę żadnej ze stron, bo tylko ostra polaryzacja służy politykom. Problem, przed którym w kwestii SN stoi PiS, to istna kwadratura koła, twardy orzech do zgryzienia.

 

Kilka „szklanych sufitów”

Niedzielne wybory samorządowe pokazały dowodnie, że nad obozem rządzącym (PiS i przystawki) rozpościera się praktycznie niemożliwy do przebicia „szklany sufit”. O ile po wyborach parlamentarnych z października 2015 roku władza PiS mogła liczyć na przyszły bonus wynikający w pierwszym rzędzie z efektu dotrzymania obietnicy, czyli wprowadzenia 500 plus, o tyle wynik wyborów samorządowych pokazał, że było to tylko pobożne życzenie. Biorąc pod uwagę to, że władza PiS rzuciła na te wybory wszystkie możliwe siły i środki (instrumenty administracyjne, pieniądze, propagandę TVP i Polskiego Radia, służby specjalne, krajowy tour premiera Morawieckiego, etc.), to owe 33 procent jest wynikiem nader skromnym. I nie zmienia tego faktu okoliczność, że specyfika wyborów samorządowych jest inna niż parlamentarnych. Jednak syndrom „szklanego sufitu” dotyka niestety także sił opozycyjnych. Podlega mu wyraźnie Koalicja Obywatelska, co jest tematem na osobne rozważania, ale zatrzymam się przy „bliskiej ciału koszuli”, czyli SLD. Jego wynik znacząco odbiega na niekorzyść od poziomu aspiracji wywołanych przez obiecującą koniunkturę sondażową trwającą od zeszłego roku. Stawia to przed działaczami Sojuszu konieczność przeanalizowania przyczyn tego stanu rzeczy i szybkiego podjęcia działań mających na celu znalezienie sposobu na przełamanie owej bariery. Nie wolno się jednak łudzić: będzie to piekielnie trudne.

 

Nieudana próba dobicia PSL

Ciekawy jest niezły (choć liczbowo słabszy niż cztery lata temu) wynik PSL. PiS-owi nie udało się osiągnąć celu, do którego zmierzało intensywnie, zwłaszcza w końcowej fazie kampanii wyborczej – definitywnego zniszczenia wpływów PSL na wsi. Powodów tego niepowodzenia jest zapewne kilka. Po pierwsze, ogólne rozczarowanie wsi polityką rolną rządu PiS. Po drugie i po trzecie, na co prawie nikt nie zwraca uwagi: są nimi negatywne dla rolników skutki ustawy ograniczającej handel ziemią, a także… zakaz handlu w niedzielę. Dopiero z pewnym opóźnieniem rolnicy, właściciele ziemi uświadomili sobie, jak dolegliwa jest dla nich ta ustawa, jak bardzo ubezwłasnowolniająca. Po drugie, wbrew ogólnemu wyobrażeniu, coniedzielne zakupy w centrach handlowych bynajmniej nie były obyczajem wyłącznie miejskim. W warunkach ogólnego postępu cywilizacyjnego na wsi, w tym wynikającej z nich powszechnej dostępności do aut osobowych, duża część rolników i mieszkańców wsi fundowała sobie w każdą niedzielę „rozrywkę” i ucieczkę od „wiejskiej nudy” w postaci wyprawy do najbliższego centrum handlowego. PiS im to odebrał i w tych wyborach także za to zapłacił.

 

„Kler” zrobił swoje?

Warto wziąć pod uwagę jeszcze jeden czynnik. Co prawda film „Kler” do znaczącej części mieszkańców wsi jeszcze nie dotarł, ale z jego ogólną wymową mogli przecież zapoznać się dzięki sugestywnym zwiastunom obficie serwowanym w telewizji i internecie. Wypada poważnie przyjąć tezę profesora Andrzeja Rycharda, który w efekcie „Kleru” upatruje jednej z przyczyn słabszego wyniku PiS. Hipoteza, że film ten „ukradł” PiS-owi co najmniej jeden procent poparcia bynajmniej nie jest „od czapy”. Ostatecznie PiS jest z „Klerem” mocno zblatowany, a tradycyjny ludowy antyklerykalizm nie obumarł. Jakie natomiast przyczyny wpłynęły na osłabienie wyniku PiS? Było ich wiele i to one stworzyły nastrój i stan wojny PiS ze wszystkimi na wielu frontach. Z czynników bezpośrednio poprzedzających trzeba jednak wymienić fatalny dla PiS efekt wniosku Ziobry do tzw. TK, wniosku zmierzającego do odebrania sędziom prawa zadawania pytań prejudycjalnych, a także bardzo niefortunną, zbyt agresywną końcówkę kampanii, w tym absurdalny spot dotyczący rzekomego zagrożenia uchodźcami, którego grubymi nićmi szyty sposób epatowania odbiorców obraził inteligencję nawet części osób umiarkowanie życzliwych PiS. Jaki będzie polityczny efekt osłabienia PiS? Wyhamowanie agresywnego impetu politycznego władzy. Bezradność w reakcji na wyrok TSUE jest tego wyraźnym zwiastunem. Dlatego trudno uwierzyć, by pomimo histerycznych wrzasków Krystyny Pawłowicz Kaczyński dał znak do rzucenia na sejmowy stół projektu kagańcowej ustawy skierowanej przeciw wolności mediów. Tyle uwag na gorąco, z gorącym kartoflem powyborczym w dłoni. Na bardziej dogłębne analizy przyjdzie czas, gdy nowy pejzaż samorządowy ostatecznie się ustabilizuje.

Na kłopoty – Biedroń?

Czy lewica ma szansę zjednoczyć się pod sztandarem prezydenta Słupska? Tu potrzeba dwóch rzeczy: charyzmy i struktur.

 

Na spotkanie z Robertem Biedroniem we Wrocławiu organizatorzy przygotowali 520 krzeseł.

 

Wszystkie były zajęte

Przyszli byli i aktualni członkowie SLD, Ruchu Palikota i innych środowisk lewicy. Największą grupę stanowili ludzie młodzi, a nawet bardzo młodzi. Bohater spotkania nie wygłosił żadnego credo politycznego.

 

Ograniczył się do roli moderatora

Z takich debat chce stworzyć potem program swojego ruchu. Zabierający głos w dyskusji chcieli, by w Polsce przestali rządzić księża i aby w kraju było normalnie.
Młodzi podnosili przede wszystkim sprawę edukacji politycznej i obywatelskiej w szkole. Ten temat przewijał się ciągle w dyskusji. Było wiele o tolerancji, dobru wspólnym i wzajemnej życzliwości. Czy z tego uda się stworzyć program nowego ruchu? Pewnie nie będzie w nim nic nowego czego nie zapisano w programach lewicowych partii.
Ale skoro będzie firmować go sam Biedroń projekt może się udać.

 

Napisałem „może”

Bo do powstania sprawnej partii potrzebni są dobrzy organizatorzy jej struktur, świadomość u członków, że muszą się podporządkować zasadom życia wewnątrzpartyjnego i mieć świadomość, że partia jest przede wszystkim zgranym zespołem. Wtedy osiąga sukcesy na arenie politycznej. Jeżeli tego Biedroń nie zorganizuje to podzieli los Leppera, Palikota czy Petru. Czego mu nie życzę. Jest jeszcze inna opcja. Może już istniejące partie lewicy zdecydują się na jakieś wspólne projekty z udziałem Roberta Biedronia. Czy jest to możliwe? Osobiście chciałbym, bo tak pokawałkowana, jak dzisiaj, lewica zaczyna mnie osobiście bardzo martwić.

Burnyje apłodismienty…

…pieriechodiaszczije w owaciju czyli burzliwe oklaski przechodzące w owację, towarzyszyły wystąpieniom na niedzielnym przedwyborczym wiecu (konwencji) PiS. Sprawozdanie poniżej.

 

Ta, z języka rosyjskiego zapożyczona, fraza przyszła mi do głowy jako człowiekowi doświadczonemu latami, który miał okazję podobne wydarzenia nie raz słuchać i oglądać. Wszystkie były bardzo do siebie podobne, poza czasem, miejscem i przemawiającymi. No i, trzeba przyznać, że wystrój był też inny.

 

Przed rozpoczęciem

takich zjazdów/konwencji/kongresów i podobnych politycznych okoliczności, obowiązkowo i z wielką serdecznością witano ukochanych przywódców (tu można sobie wpisać odpowiednie nazwisko).

⇒ Przed wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego zgromadzeni na konwencji odśpiewali prezesowi PiS „sto lat” oraz przywitali go okrzykami „Jarosław”.

 

Dominowały zawsze podczas tych posiedzeń:

 

* przekonanie o słuszności

idei i poglądów, (np. leninizm-stalinizm, neoliberalizm, Polska solidarna) które wytyczają jedynie słuszną drogę do upragnionego celu;

⇒ Idziemy pod górę, nie w dół, nawet nie płasko, tylko pod górę, ku lepszej Polsce, ku lepszemu losowi Polaków, lepszemu to znaczy bardziej dostatniemu, to znaczy, i to jest bardzo ważne, godniejszemu, bardziej równemu – podkreślił prezes. Zrobił także standardowe streszczenie ideologii PiS i bronił niemal 3 lat swych rządów, odrzucając zarzuty naruszania demokratycznych standardów. Dotrzymujemy słowa, czyli nie uchybiamy temu co jest istotą demokracji. Jeżeli ktoś coś zapowiada, a potem tego nie realizuje to wtedy akt demokratyczny zmienia się w pustą procedurę. My nasze zapowiedzi realizujemy. Nie uchybiliśmy demokracji, realizujemy to co jest jej istotą – powiedział Jarosław Kaczyński.

 

** prezentacja celów

i podejmowanych wysiłków, którymi jest dobro (np. pokój wszystkich miłujących go narodów, klasy robotniczej i pracującego chłopstwa, naszego wybranego narodu, jedności wszystkich Polaków);

⇒ Jarosław Kaczyński podkreślił, że Polacy chcą być w Europie i chcą być w Unii Europejskiej. Zaznaczył jednocześnie, że dla Polski powinno oznaczać to równość na arenie międzynarodowej. Polacy rozumieją, że jako państwo musimy dźwigać różne ciężary. Ale to nie oznacza, że mamy powtarzać błędy Zachodu.

 

*** hasło walki i zwycięstwa,

bowiem zawsze organizatorzy takich imprez musieli – tak się dziwnie składało – z kimś się bić i ścierać (np. z kontrrewolucją, wrogami klasowymi, obskurantyzmem, wrogami naszej wiary), a nie współpracować. Jeżeli już tak, to tylko do ostatecznej wiktorii;

⇒ Mówiłem od początku, że nasza droga będzie drogą ostro pod górę i że jeszcze będą lecieć na nas kamienie i tak jest – podkreślił prezes PiS. Przypomniał jednocześnie, że ostrzegał przed atakami na „dobrą zmianę”. Nie powinniśmy się przejmować, musimy iść ostro do góry – zaapelował. To będzie wielkie osiągnięcie w skali 1050 lat historii naszej ojczyzny, bo nigdy dotąd tak nie było – dodał. Prezes PiS wyraził przekonanie, że Zjednoczona Prawica jest w stanie do tego doprowadzić. Musimy, powtarzam, być razem, pracować, być uczciwi, być, jeśli trzeba, pokorni i tego wszystkiego państwu i sobie samemu życzę. Zwyciężymy – zaznaczył.

 

**** wskazanie konkretnego wroga,

najlepiej z podkreśleniem jego wszelakich błędów i niegodziwości (kapitalizm, komunizm, wybrane partie), inni różni), który nadal podnosi głowę i przeszkadza;

⇒ Od długiego czasu, od początku trwa kampania przeciw dobrej zmianie, kampania, która daleko przekracza to, co jest w demokracji normalne, to jest zwykłą dyskusję między tymi, którzy są przy władzy i tymi, którzy do władzy aspirują – mówił Kaczyński. – Tutaj mamy atak od wewnątrz i z zewnątrz, atak, który tworzy coś na kształt alternatywnej rzeczywistości, coś, co nie liczy się zupełnie z faktami, coś, co ma poniżyć, zdefamować już nie tylko dobrą zmianę, tylko po prostu Polskę.

 

***** nawoływanie do jedności

i zwarcia szeregów, bo tylko w naszej jedności nasza siła, stanowi zawołanie na wszystkich tego rodzaju konwentyklach;

⇒ My wiemy, że można. Polska prawica wyciągnęła wnioski z historii. Polska prawica chce, chce chcieć. Polska prawica wie, że sukces wyborczy przychodzi wtedy gdy jest wytężona praca, konsolidacja, jedność, kiedy odrzucamy spory, kiedy jesteśmy razem – mówi Kaczyński. I podkreślił istotę jedności obozu prawicy.

 

****** liczne przykłady

wielu już osiągnięć i dokonań (np. stworzyliśmy, zbudowaliśmy, rozwinęliśmy, zatrzymaliśmy), oraz zapewnienie, że wytyczony cel zostanie osiągnięty;

⇒ Pokazujemy skuteczność w rozwiązywaniu problemów; przekazujemy coraz to nowe środki na wielkie programy solidarnościowe – powiedział Mateusz Morawiecki i dodał, że jest to możliwe, ponieważ Zjednoczona Prawica jest „dobrym gospodarzem tej ziemi”.

⇒ Czy ktoś pomyślałby cztery lata temu, że równocześnie będziemy mieli tak wielką politykę społeczną, wielkie wydatki na politykę obronną o 10 mld zł wyższe niż w czasach PO-PSL, równocześnie najniższe bezrobocie, najwyżej podniesioną płacę minimalną, stawki godzinowe, niską inflację, a równocześnie repolonizujemy polską gospodarkę? – wymieniał premier. Pokazaliśmy, że, wygrywając z mafiami VAT-owskimi, jesteśmy w stanie zdobyć środki i na politykę społeczną, i na politykę rozwojową jednocześnie – dodał Morawiecki.

⇒ Idziemy razem ku Polsce dużo lepszej. Będziemy mogli za 15-20 lat powiedzieć: W Polsce jest tak, jak za zachodnią granicą. Pod każdym względem. Polska prawica może do tego doprowadzić – powiedział Kaczyński.

 

******* najważniejsze aktualne zadanie,

różne (np. walka z kułactwem, rewizjonistami, o dumę narodową), w zależności kto i kiedy organizował takie wydarzenie.

⇒ Premier zaprezentował pięć propozycji programowych PiS na wybory samorządowe. Podkreślił jednak, że do ich realizacji konieczna jest współpraca samorządów z rządem, którą miałaby zagwarantować wygrana kandydatów Zjednoczonej Prawicy 21 października 2018 r.

⇒ Przed nami 21 szczególnych miesięcy, w trakcie których będziemy mieli cztery kampanie wyborcze – powiedział Jarosław Kaczyński. Nakłaniał też do głosowania na PiS w wyborach samorządowych, sugerując, że województwa, powiaty i gminy kontrolowane przez jego ludzi będą życzliwej traktowane przez rząd PiS. Czy nie można skorzystać z synergii, która powstaje ze współpracy między samorządami a rządem? – pytał szef PiS – Czy chcemy takich samorządów, które będą wojowały z rządem, warczały na rząd? Czy chcemy takich, które będą współpracować ku wspólnemu dobru?

 

Wartość merytoryczna

wszystkich takich zgromadzeń, jak i tego opisanego z wykorzystaniem tekstów Onetu, jest znikoma, ale i nie o nią tu idzie. Miting polityczny PiS z minionej niedzieli był zabiegiem czysto PR-owskim, obliczonym nie na głębszą ocenę i poważne rozważania, a na grę wyborczą, w której liczą się emocje wywołane demagogicznymi przemówieniami, pełnymi także licznych oskarżeń i niesprawdzalnych obietnic, ale potwierdzonych licznymi owacjami. I jeszcze tym wielkim ciepłem płynącym z ust osób najbliższych kandydatom – żony, siostry i wyraźnie nudzącego się synka Patryka Jakiego.

Konwencja samorządowa PiS była – jak to ocenił jeden nieopozycyjny poseł – hollywoodzka, a przemówienia liderów mało prawdziwe.

Raczej kłamliwe, pełne – jak to w PiS-ie bywa – marchewki kolejnych pięciu obietnic dla samorządów (ale tylko dla swoich) i kija na samorządy, które przecież „są polskie i mają obowiązki polskie”. I dalej „Z Polską się nie walczy, Polskę się kocha”, bo widocznie w mniemaniu Morawieckiego, wygłaszającego te słowa, Polska jest tożsama z PiS.
Premier w tym przemówieniu przebił wszystkie swoje wcześniejsze mowy oświadczając, że: PiS jest partią republikańską, „Przez ostatnie 30 lat nie było w Polsce tyle wolności, ile jest teraz.”, „my mamy piękny program dla Europy, jesteśmy z Europą związani”, przestrzegamy Konstytucji i chcemy państwa prawa, sklejamy Polskę za pomocą mostów, dróg i infrastruktury, ocieplamy Polskę poprzez ocieplenie polskich domów.

To wszystko potwierdzają słowa rozmawiającego w swoim czasie z premierem górala, który powiedział, że: „wyście są dobrymi gazdami”. Należy więc, à propos, przytoczyć koniecznie znaną maksymę ks. Józefa Tischnera z „Historii filozofii po góralsku”: „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”.

Prezes prezesa Kaczyńskiego

Premier Wiktor Orbán za granicą największym przyjacielem pana prezes Jarosława Kaczyńskiego jest. I pewnie wzorem skutecznego polityka, bo Orbán i jego partia kolejny raz wygrali parlamentarne wybory, dzięki czemu mają u naszych bratanków konstytucyjną większość. Może Orbán i jego Fidesz uchwalić wszystko, co mu w głowach zaświta.
Najnowszy sojusz polsko – węgierski zawarto w 2016 roku podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. W trakcie panelu dyskusyjnego Jarosława Kaczyńskiego, gospodarza Forum, i Viktora Orbán, najważniejszego z gości, padła historyczna deklaracja.
Orbán stwierdził, że choć Polska i Węgry nie zawsze mają wspólne interesy, to zawsze nawzajem sobie ufają. „Mówiłem prezesowi, że jak się komuś ufa, to na Węgrzech jest przysłowie, że można razem konie kraść”, powiedział Orbán, by pokazać wyjątkowość polsko-węgierskiej przyjaźni. Wtedy Jarosław Kaczyński nieoczekiwanie pociągnął wątek: „Z Węgrami możemy konie kraść./…/ Jest parę stajni, a na pewno jedna z wielkim napisem Unia Europejska…”, dodał ubawiony swoim żartem. Kiedy zorientował się, że spontanicznie odkrył sekrety swej strategii wobec Unii Europejskiej, próbował wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Dokończył o stajni UE: „Można i trzeba kraść…Oczywiście pro publico bono”.

 

My Europa Środkowa

Dwa lata później, 28 lipca 2018 roku, premier Orbán ogłosił na Wolnym Uniwersytecie w Baile Tusnad swój plan dla Węgier i Europy Środkowej. Orbán, cwany lis polityczny, uczynił to nie podczas parlamentarnej debaty, gdzie obowiązują rygory poprawności politycznej, lecz na forum dyskusyjnym węgierskiego uniwersytetu w rumuńskim miasteczku zamieszkałym przez mniejszość węgierską. Formalnie był to głos inicjujący dyskusję, ale szybko został powielony przez wszystkie media i instytucje propagujące politykę węgierską. Uznany za jej wykładnię.
I tam dowiedzieliśmy się, że celem ekipy Orbána jest rozwój Europy Środkowej. Silnego i bezpiecznego regionu gospodarczego i politycznego. Zadeklarował, że Europa Środkowa jest inną kulturowo od Europy Zachodniej. Odrębna kulturowo. I aby zachować swą tożsamość, Europa Środkowa musi zacząć respektować Pięć Zasad Wiktora Orbána.
Po pierwsze, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do obrony swej chrześcijańskiej kultury i odrzucenia ideologii „multikulturalizmu”. Ten „multikulturalizm” służy Orbánowi jako wyjątkowo skuteczny straszak na marzących o spokojnym życiu Węgrów.
Po drugie, każdy kraj ma prawo chronić konserwatywny model rodziny. Czyli wykluczyć na przykład samotne matki i samotnych ojców wychowujących dzieci. Także konkubinaty damsko-męskie i homoseksualne. No i zakazać wszelkim konkubinatom posiadania własnych dzieci i adopcji ich.
Po trzecie, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do „ochrony swych kluczowych gałęzi gospodarczych i swoich rynków”. Czyli ma prawo do ograniczania obowiązującej w Unii Europejskiej zasady swobodnego przepływu towarów, usług i ludzi. Do protekcjonistycznej polityki gospodarczej.
Po czwarte, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do ochrony swych granic i odrzucenia napływu imigrantów. Czyli Węgry tylko dla Węgrów, Czechy tylko dla Czech, Bułgaria tylko dla Bułgarów.
Po piąte, każdy kraj środkowoeuropejski musi wprowadzać w Unii europejskiej zasadę „jeden naród – jeden głos”. Co oznacza, że przyszła Unia Europejska będzie luźną konfederacją państw narodowych. Przedkładająca interesy małych narodów nad interesem wspólnoty europejskiej.
Orbána nie interesuje polityka globalna na poziomie UE – USA – Chiny – Rosja. Nie interesuje go zintegrowana Unia Europejska. Interesuje go przede wszystkim dobro narodu węgierskiego. Dziesięciu milionów żyjących na Węgrzech oraz pięciu milionów Węgrów żyjących za granicą, przede wszystkim na Słowacji i w Rumunii.
Autorytarnie deklaruje, że interesy średniego, w europejskiej skali, narodu węgierskiego są tożsame z interesami podobnej wielkości narodów państw Europy Środkowej. Dlatego kreuje się na lidera polityczno – ideologicznego całego regionu Europy Środkowej.

 

Rewolucja narodowo-chrześcijańska

Europa skręca na prawo, ogłasza Orbán. Posiłkując się przykładami ostatnich wyborów parlamentarnych w Europie, i na świecie też, wieszczy nadejście ery zwycięstw partii narodowo – chrześcijańskich.
Orbán celowo używa terminu „chrześcijańskich”, nie „katolickich”, bo na Węgrzech obok kościoła katolickiego istnieje też silny kościół ewangelicki. Oferta Orbána skierowana jest również do państw bałkańskich, gdzie dominują kościoły prawosławne, też chrześcijańskie.
Orbán zachęca do sojuszu środkowoeuropejskich partii antyliberalnych, negujących zachodnie wzorce demokracji parlamentarno-gabinetowej. Partii zwących się „prawicowymi”, ale głoszących konserwatyzm obyczajowy, prymat religii chrześcijańskich i nacjonalizm w sferze polityczno-obyczajowej. Ale też państwowy socjalizm w sferze gospodarczej.
W takim narodowo-chrześcijańskim państwie narodowa warstwa biurokratyczna będzie kontrolowała sferę obyczajowo-kulturalną, po marksistowsko zwaną ”nadbudową”. Oraz gospodarkę, czyli „bazę”. I aby osłodzić społeczeństwu ten religijno-obyczajowy zamordyzm, rządzące elity wprowadzą szeroki program pomocy socjalnej. Dowartościują warstwy najuboższe programami pomocowymi typu „500+”, „Mieszkanie+”, „Wyprawka szkolna+”.

 

Demokracja nieliberalna

Aby zbudować skuteczne państwa narodowo – chrześcijańskie społeczeństwa Europy Środkowej muszą odrzucić zachodnioeuropejskie wzorce demokracji liberalnej. Czyli państwa prawa, trójpodziału władz, poszanowania praw opozycji i wszelkich mniejszości.
Wzorując się na modelu rosyjskiej „demokracji suwerennej”, wylansowanej przez prezydenta Putina, premier Orbán proponuje państwom Europy Środkowej swój model autorytarnej „demokracji”.
Zwanej handlowo „demokracją nieliberalną”, bo w biednych warstwach europy Środkowej termin „liberalizm” to obelga, bo oznacza on dziki, niekontrolowany, kapitalistyczny wyzysk.

 

Witaj rosyjska jutrzenko

Aby wzmocnić swą, i ewentualnych sojuszników z Europu Środkowej, pozycję polityczną wobec zachodniej, liberalnej, i nadal najbogatszej Europy Zachodniej, Orbán zaprasza do sojuszów gospodarczo-politycznych wszystkich globalnych graczy. Bez rasowego, ideologicznego wybrzydzania. Zaprasza przede wszystkim Chiny, USA i Rosję. Państwa różne, ale też przeciwne dalszej integracji gospodarczej i politycznej Unii Europejskiej.
Do Rosji kieruje szczególną ofertę. Deklaruje, że Węgry, podobnie jak Słowacja i Czechy, oraz państwa Europie Zachodniej „nie czują rosyjskiego zagrożenia”. Dodatkowo orbánowskie Węgry nie widzą szans Ukrainy dla wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Bo Orbán uważa, że Ukraina powinna być w rosyjskiej „strefie buforowej”. To oznacza, ze trzeba jak najszybciej znieść europejskie sankcje gospodarcze wobec Rosji.

 

Polsce dziękujemy

Tworząc program dla zintegrowanej Europy Środkowej, premier Orbán nie znalazł tam miejsca dla Polski i republik bałtyckich. Ze względu na ich antyrosyjskie fobie i „poczucie niebezpieczeństwa” ze strony Rosji.
Aby zamknąć buzie tym państwom, zaproponował, aby „Polska i kraje bałtyckie otrzymały od NATO i od Unii Europejskiej dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa, natomiast reszta Europy powinna podjąć z Rosją relacje handlowe”.
Czyli premier Orbán dokonał nowego podziału Europy. Na liberalny Zachód, nieliberalną Europę Środkową pod przewodem Węgier, i antyrosyjską Europę Wschodnią. Czyli Polskę i republiki bałtyckie.
W takim układzie pan prezes Kaczyński będzie sojusznikiem Europy Środkowej jedynie kiedy zechce z brukselskiej stajni konie kraść. I odprowadzać je do stajni pana premiera Orbána. Nowego prezesa nowej Europy Środkowej.