Wolność cenię najbardziej

Tadeusz Łomnicki był między młotem a kowadłem. Towarzysze z KC źle znosili jego nieposkromiony charakter nie pasujący do aparatu, a „Solidarność” potraktowała go jako strasznego kacyka partyjnego – z Michałem Aniołem, aktorem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Lubisz swoje imię i nazwisko, w tym właśnie zestawieniu?
Lubię, nawet czasem mnie bawi. Po śmierci ojca, porządkowałem stare mieszkanie i znalazłem dwie bajki, które napisałem i zilustrowałem jako sześciolatek. Gdybym miał talent plastyczny i dostałbym się na Akademii Sztuk Pięknych, to myślę, że wystawa malarska pod takim imieniem i nazwiskiem miałaby wzięcie. Tamte bajeczki pisałem, drukowanymi literami i ilustrowałem wspólnie z bratem, pod firmą oczywiście „Nasza Księgarnia” i podpisałem je tak: napisał pan Michał Anioł i pan Sławomir Anioł.
O czym były te bajeczki?
O samotnym Dżonie i o samotnym Dicku. Wykorzystałem do tego kartki z dalekopisami PAP, które przynosił do domu mój ojciec, dziennikarz. Pamiętam, że to pisanie dawało mi niesamowite uczucie wolności, że mogę pisać co mi się żywnie podoba, podczas gdy w rzeczywistości byłem chłopcem stłamszonym, przestraszonym, nieśmiałym, zamkniętym sobie, nadwrażliwym. Poczucie wolności dawała mi jeszcze telewizja, to co można było zobaczyć na malutkich ekranach odbiornika „Wisła” i „Belweder”, zwłaszcza westerny, filmy przygodowe. Z kina pamiętam westerny „Rio Bravo”, „Vera Cruz”, „Siedmiu wspaniałych”, które potem chadzały też w telewizji z tekstem polskim czytanym przez Jana Suzina. Telewizja z Suzinem, Eugeniuszem Pachem i Edytą Wojtczak, to była wtedy przygoda. Poczucie wolności dawało mi też radio ze skalą, na której były napisane nazwy miast i po której wodziło się gałką słuchając różnych języków.
Z niej i z kina wywiodłeś marzenie, żeby zostać aktorem?
Tak, już jako 9-latek, choć i wcześniej chciałem być szoferem. Po latach polubiłem więc filmy drogi, takie jak „Strach na wróble”, „Swobodny jeździec”, czy „Nocny kowboj”. Ameryka zawsze kojarzyła mi się z wolnością, przez swoje odludzia, wolne przestrzenie, prerie, góry, doliny i kaniony. Nie lubię wielkich miast i tłoku, dlatego kompletnie nie pociąga mnie np. Japonia. A świat aktorski zawsze mnie pociągał.
No i 10 lat później przystąpiłeś do egzaminu w warszawskiej szkole teatralnej. Z czym wystąpiłeś przed komisją egzaminacyjną?
Zanim do tego doszło przyjeżdżałem rowerem na Miodową, żeby oglądać sławnych aktorów, ale ciągle miałem poczucie, że jestem za mało zdolny, za niski, za brzydki. A wystąpiłem z „Ocalonym” Tadeusza Różewicza. „Mam 24 lata, ocalałem prowadzony na rzeź …(…) Szukam mistrza i nauczyciela, niech przywróci mi wzrok, słuch i mowę, niech jeszcze raz nazwie rzeczy po imieniu, niech oddzieli światło od ciemności”. Zawsze pociągały mnie teksty mocne, konkretne, takie jak „Reduta Ordona”, „Bagnet na broń” czy „Pogrzeb prezydenta Narutowicza”, a nie liryka w rodzaju Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. I kiedy mówiłem tego Różewicza, zasugerowano mi, bym powiedział to jak na wiecu. Wyobraziłem więc sobie taki tłum, który słuchał Gomułki na placu Defilad 19 października 1956 roku i mocno wypowiedziałem ten wiersz.
Jaka była reakcja?
Cisza. Pomyślałem, że zrobiło to na komisji dobre wrażenie, a poza tym w końcu zostałem przyjęty.
Kto był w komisji?
Między innymi Andrzej Łapicki, wtedy bożyszcze, u szczytu sławy. Siedział sobie na luzie i kiedy zacząłem recytować „Pogrzeb prezydenta Narutowicza” Tuwima, powiedział: „Kochany, ty recytujesz, a powiedz to tak normalnie”.
Rektorem był wtedy Tadeusz Łomnicki, jak go wspominasz?
Genialny aktor, jeden z największych na świecie. To był nie tylko mój mistrz. Wspaniały hipnotyzer. Potrafił być straszny, wpadał w szały, ale bywa¸ też czarujący, dowcipny, miał ogromnie bogatą osobowość.
„Solidarność” bardzo źle go potraktowała…
Tak, odebrano mu ten Teatr na Woli, który stworzył, czyniąc go w pewnym momencie jednym z najlepszych teatrów Warszawy, a może i Polski. Odebrano mu salę pod śmiesznym pretekstem odzyskania jej dla potrzeb kółka fotograficznego i wędkarskiego. On był między młotem a kowadłem. Towarzysze z KC źle znosili jego nieposkromiony charakter nie pasujący do aparatu, a „Solidarność” potraktowała go jako strasznego kacyka partyjnego. Przed odejściem zdążył jeszcze wystawić „Amadeusza”, o Mozarcie, z udziałem Romana Polańskiego. Trzeba sobie wyobrazić to wrażenie, jakie wywołała wielka gwiazda hollywódzka w końcu, w tym teatrzyku na Woli. Dla mnie Łomnicki był ojcem teatralnym, tak jak matką Zofia Mrozowska, bardzo dla nas dobra i ciepła.
Studiowałeś na jednym roku z Grażynę Szapołowską, Cezarym Morawskim, Marcinem Trońskim. Czujesz się spełniony w zawodzie?
W sumie tak, choć najważniejszą dla mnie rolę teatralną zagrałem nie Polsce, ale w Kanadzie, gdzie spędziłem 10 lat życia. To był Pozzo w „Czekając na Godota” Becketta. Nie mam w sobie jednak dość często w tym zawodzie występującej cechy zawiści w stosunku do dokonań innych. Umiem podziwiać kolegów. Mój ulubiony aktor polski to wspaniały, ale dobry i ciepły Janusz Gajos, a z obcych Al Pacino, Robert de Niro i Jack Nicholson.
Jakie realizacje filmowe ze swoim udziałem najlepiej wspominasz?
Oczywiście serial „Przyjaciele” Andrzeja Kostenki, „Podróże pana Kleksa” Krzysztofa Gradowskiego czy „Pensję pani Latter”, do której osobiście zaprosił mnie pan Stanisław Różewicz.
Dlaczego wyemigrowałeś na 10 lat do USA i Kanady?
To był rok 1987. Czułem się wypalony zawodowo, trochę za dużo balangowałem, miałem za sobą mnóstwo romansów i trzy małżeństwa. Poza tym pod koniec lat 80. narosły nastroje beznadziei, a ponadto namówiła mnie na to moja ówczesna dziewczyna. Dostałem azyl polityczny.
Byłeś zaangażowany w opozycję?
Nie czułem się jakimś specjalnym opozycjonistą, choć współpracowałem trochę z księdzem Popiełuszko. Polityka nigdy nie stała się dla mnie pasją i tak jest do dziś. Pasją było aktorstwo, teatr. Na potwierdzenie tego przywołam takie zdarzenie. W Kanadzie próbowaliśmy w prywatnym mieszkaniu „Godota”. Grałem go tak ostro, tak głośno, że sąsiedzi, którzy myśleli, że kogoś mordują, wezwali policję, która weszła do nas z bronią. W latach 1989 -1998 mieszkałem w Kanadzie i USA. Studiowałem w najstarszej amerykańskiej szkole aktorskiej „The American Academy of Dramatic Arts”, którą ukończyli m.in. Robert Redford, Kirk Douglas, Anne Bancroft i Grace Kelly. Grałem w teatrach kanadyjskich i serialach amerykańskich, „Millenium” (Twentieth Century Fox) oraz „The Sentinel” (Paramount Pictures).W Kanadzie prowadziłem studio aktorskie.
Co skłoniło Cię do powrotu?
Chęć ponownej zmiany, bo Ameryką już się nasyciłem. Ciekawość tej nowej Polski. Do powrotu namawiał mnie Tadeusz Łomnicki, mój mentor. Dostałem od niego list. Doszedł do mnie już po jego śmierci.
Masz jakąś swoją metodę pracy nad rolą? Jak n.p. przygotowałeś postać generała Kazimierza Witaszewskiego do realizacji spektaklu „Afera mięsna” o sprawie Stanisława Wawrzeckiego?
Bronię się przed jakąś metodą. Do każdego zadania podchodzę indywidualnie. Miałem pewne wyobrażenie jak mam zagrać tego człowieka, symbol „betonu”, człowieka która miała straszną opinię stupajki, nazywanego „gazrurką”. Atmosfera gmachu byłego KC ułatwiła mi ożywienie w sobie takiego klimatu. Pomogła mi też pamięć takich filmów jak „Człowiek z żelaza” czy „Człowiek z marmuru” A. Wajdy.
Jakie masz teraz plany?
Trochę się ustabilizować w życiu, bo ciągle mi do tego daleko. I znaleźć czas i koncentrację, by zacząć pisać. Ten dziecięcy jeszcze imperatyw, by pisać, żyje we mnie. Chciałbym napisać coś dużego może powieść, może dramat. Strasznie dużo nagromadziło się we mnie doświadczeń i chciałbym je wykorzystać. A poza tym pisanie to wielka wolność twórcza, Chyba największa w sztuce. Nic poza nami samymi nas nie krępuje, kiedy siedzimy nad białą kartką papieru.
Dziękuję za rozmowę.

Michał Anioł – ur. 11 maja 1954 w Warszawie. Absolwent warszawskiej PWST (1977). W latach 1977-1984 był aktorem warszawskiego Teatru Na Woli, 1984-1986 – Teatru Narodowego. Współpracował m.in. z takimi reżyserami, jak: Jerzy Krasowski, Tadeusz Łomnicki, Roman Polański, Ludwik René, Krystyna Skuszanka, Andrzej Strzelecki, Stanisław Tym. Debiutował w 1977 w „Zimowej opowieści” Szekspira jako Mamiliusz. Inne role, to m.in. Mały Mnich w „Życiu Galileusza”, w reż. L. René, Partyzant w „Do piachu” w reż. T. Łomnickiego, Kapitan w „Niebezpiecznie, panie Mochnacki” w reż. J. Krasowskiego, Zalotnik w „Amadeuszu” w reż. R. Polańskiego, Poeta w „Lilli Wenedzie” w reż. K. Skuszanki, On w „Apetycie na czereśnie” A, Osieckiej. W Teatrze Telewizji, m.in.: „Zimowa opowieść” w reż. Z. Mrozowskiej (1977), „Wesele” St. Wyspiańskiego jako Wojtek w reż. Jana Kulczyńskiego (1981). Na ekranie telewizyjnym zadebiutował w serialu „Polskie drogi”. W pełnometrażowej produkcji fabularnej zadebiutował w roku 1979 w telewizyjnym filmie „Wege in der Nacht” rolę partyzanta. Zagrał też Michała Szczerbica w filmie „Karate po polsku” W. Wójcika (1982), Studenta w „Pensji pani Latter” w reż. St. Różewicza (1985), Kapitana Kwaterno w „Podróżach Pana Kleksa” K. Gradowskiego (1985). Seriale telewizyjne: „Polskie drogi” (1976), „Lalka” (1977), „Noce i dnie” (1979), „Przyjaciele”, „Dorastanie” (1988), „W labiryncie” (1988-1990), „Klan” (1997-2007), ”Miodowe lata” (2001), „ Na dobre i na złe”, „Samo życie”, „Na Wspólnej”, „Glina”, „Mrok”, „Kryminalni”.

Czytanie czyni człowieka

-W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością -z prof. Marcinem Królem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Głosi Pan pochwałę lektury, wpływu jaki czytanie wartościowych książek wywiera na człowieka. Z Pana eseju „Czytanie czyni człowieka” wynika, że czytanie czytaniu nierówne…
Oczywiście. Pomijam na przykład czytanie publikacji związanych z wykonywaniem niektórych zawodów. To w ogóle nie jest czytanie, to pomijam. To obowiązek, który człowiek musi wypełniać, czasem przyjemny, czasem nieprzyjemny.
Dużo Pan czyta? Jaką literaturę?
Bardzo dużo. W młodości oczywiście przede wszystkim powieści, a później rzeczy z dziedziny sztuki, a w ostatnich latach – zgodnie z tendencją naszych czasów – tzw. dokumenty osobiste, listy, dzienniki, pamiętniki. Nadal bardzo lubię czytać powieści. Bardzo chętnie czytam w oryginale, po angielsku – powieść angielską właśnie, bo Anglia, z powodu ciągłości tradycji społecznej jest jedynym krajem, w którym przetrwała klasyczna powieść, choć w stanie oczywiście zmienionym, nie taka jak za Conrada, Dickensa czy Grahama Greena. Mam na myśli n.p. takich autorów współczesnych jak n.p. Julien Barnes.
Dlaczego lubi Pan powieść?
Bo znajduję w niej świat fikcji, w której czuję się jak w świecie rzeczywistym. Wolę fikcję czyli rzeczywistość powieści jest dla mnie piękniejsza niż smutek rzeczywistości. Co nie oznacza, że powieść musi być radosna. Wielki Dostojewski radosny nie jest. Nie interesuje mnie w powieści gra słowami, zabawianie się wiedzą historyczną i przewracanie jej do góry nogami, jak to robi Umberto Eco czy jak robi¸ to Teodor Parnicki. Lubię natomiast powieści sensacyjne, detektywistyczne, ale ostatnio takich brakuje.
Co daje czytelnikowi fikcja?
Pomaga nam odnaleźć się we własnym życiu. Nie daje nam tej możliwości otaczająca nas rzeczywistość, bo jest zbyt rozproszkowana. Poza tym czytanie daje coś, o co trudno w dzisiejszym świecie, o zajęcia mieszczące się w jakimś horyzoncie czasowym, żyjemy w świecie straszliwie pokawałkowanym, fragmentarycznym, w warunkach doraźności. Nienawidzę seriali telewizyjnych nie tylko dlatego, że są na ogół głupie, ale właśnie dlatego, że są pokawałkowane na odcinki, więc nie wiem, czy będę mógł obejrzeć czy nie. Czytanie powieści daje miłe poczucie pewnej stałości.
To co powie Pan na pomysły, by młodzież czytała lektury szkolne we fragmentach?
To jest nonsens. I to nie tylko dlatego, że to jest sprzeczne z intencją autora, który zamyślił i napisał utwór jako całość. Nie da się n.p. zrozumieć „Ferdydurke” Gombrowicza czytając je we fragmentach, bo to jest utwór skonstruowany w oparciu o spoistą koncepcję intelektualną i artystyczną. Nie tylko o to jednak chodzi. Ważne jest, by młodzież uczyła się oddechu, który daje czytanie powieści, a nie trenowała się w dojutrkowości i fragmentaryczności. Już samo czytanie przez długi czas o zdarzeniach rozgrywających się jeszcze w dłuższym czasie daje wyczucie tej kategorii, jaką jest czas i jego upływ. Pamiętam jak w dzieciństwie i młodości czytałem przez wiele godzin, ku mojemu niezadowoleniu wywoływany przez rodziców, a to do obiadu, a to do czegoś jeszcze.
Woli Pan poruszać się po świecie literatury jak po nieplewionym, zagraconym ogrodzie, wynajdując rzeczy ciekawe według własnego wyboru czy też posługując się eleganckim, odświętnym kanonem rzeczy wybranych?
Nie lekceważąc sensu kanonu, osobiście wolę owoce swojego wyboru niż to, co narzuca świat zewnętrzny, media etc. Co do kanonu, to starałem się go poznać, ale mimo najlepszej woli „Fausta” nigdy do końca nie przeczytałem. Nie dałem rady, ale nie bardzo się tego wstydzę.
A czy ceni Pan powracanie do dawnych lektur?
Bardzo. Trawestując znane powiedzenie z „Rejsu” powiem, że czasem najciekawsze są te książki, które już przeczytaliśmy. To jest jak z podróżą, z której mamy trzy przyjemności: poznania nowego i nieznanego, czyli zaskoczenia, poznania naocznie czegoś o czym się dużo wie oraz powrotu do tego, co dobrze znamy. Podobnie jest z książkami. Bywa, że kochamy książki, które nie są arcydziełami, ale są bliskie nam psychicznie, emocjonalnie, z różnych powodów. Mam takie wspomnienie z 1968 roku kiedy 48 godzin spędziłem w Pałacu Mostowskich. Okoliczność nieprzyjemna, a na dodatek musiałem leżeć z głową przy klozecie, wśród panów pijaków. I wtedy pożyczyłem z więziennej biblioteki „Zorany ugór” Michaiła Szołochowa zatapiając się w tej lekturze na całe prawie dwie doby. To było fantastyczne doświadczenie: siedzę przyskrzyniony, z głową przy klozecie i w świętym spokoju czytam powieść tego bądź co bądź wielkiego pisarza.
Kto w Panu zaszczepił miłość do książek?
Mój ojciec chrzestny, Józef Rybicki, szef Kedywu AK i wybitna postać, który był więźniem UB, a po latach członkiem KOR. Ocalała z wojny jego biblioteka i po jego śmierci ofiarowała mi część młodzieżową tej biblioteki wdowa po nim. Znalazłem w niej m.in. powieści Ossendowskiego o rewolucji bolszewickiej, o 1920 roku. Lektura tych książek w 1952 roku utrudniła mi polubienie władzy marksistowsko-leninowskiej. Mnie świat książek urządził życie wewnętrzne i społeczne. Nauczenie dziecka przyjemności czytania, to jeden z najistotniejszych obowiązków wychowawczych rodziców, bo na inne sprawy mamy niewielki wpływ. Z takim nawykiem będzie się odpornym nawet na działania szkoły zniechęcającej do czytania.
Czy z takim wychowaniem wyniesionym z domu potrafił Pan polubić socjalistyczne, majowe dni Oświaty Książki i Prasy w Polsce Ludowej?
Trudno mi zrekonstruować dziś co myślałem wtedy, ale dziś myślę, że to było bardzo cenne. Już wtedy czułem wielką wdzięczność do PIW i do Czytelnika, że tłumaczył i wydawał wspaniałe książki. Panie tam pracujące, często żony wysoko postawionych osób, odznaczały się szlachetnym snobizmem na wyższą kulturę. To wtedy wydano całego Balzaca oraz mnóstwo książek, które wcale nie były proustrojowe. Oczywiście nie wydawano książek antykomunistycznych, ale tych i tak było relatywnie niewiele, takich jak choćby „W oczach Zachodu” Conrada czy proza Józefa Mackiewicza. Dzięki temu n.p. w inteligenckich, chłopskich domach było sporo książek i były czytane. dziś to jest raczej nie do pomyślenia. To wtedy należało do powinności człowieka, nawet niekoniecznie bardzo dobrze wykształconego. Pod tym względem dobrze było do 1968 roku. Potem się pogorszyło, choć rozluźniły się cenzuralne ograniczenia nałożone na kwestie historyczne. Nigdy już potem jednak, do dziś włącznie, nie wznowiono tego wspaniałego kanonu wydanego w latach 1945 – 1968. Na Zachodzie, n.p. w Anglii kanon klasyczny jest stale w księgarniach. W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością. Książki poszerzają nasze duchowe doświadczenia, których nie przeżyjemy w tzw. życiu realnym i w tym sensie ja nie widzę różnicy między rzeczywistością fikcji literackiej, rzeczywistością rzeczywistą. Na przykład dzięki „Czerwonemu i czarnemu” Stendhala i losowi Juliana Sorela lepiej zrozumiałem los pewnego mojego znajomego. Dzięki „Biesom” zrozumiałem, na czym polega psychika nihilisty. Poza tym intensywna i obfita lektura wyposaża nas w pewien system skojarzeń, którego nie da się zracjonalizować, ale na im większym polu operujemy, tym jesteśmy bogatsi i w konsekwencji sprawniejsi w pewnych dziedzinach życia. Do tego żyjemy w kulturze zamkniętej, w której mężczyźni w zasadzie nic nie mówią o sprawach osobistych, intymnych, inaczej niż na Południu. To też, sprawiając, że mamy mniejsze doświadczenie życiowe, zwiększa rolę książek.
Woli Pan książki klarowne czy też zmagania z materią pisarstwa?
Na pewno nie lubię kawy na ławie, bo to jest nudne, ale też nie przepadam za autorami, którzy sami gubią się w tym, co piszą, jak n.p. Karol Irzykowski w „Pałubie”.
Jaki jest Pan ulubiony współczesny powieściopisarz?
Vladimir Nabokov. To autor, który pisał powieści fragmentami, nie po kolei. On chaos i zawikłanie swoich powieści budował w sposób przemyślany, jakby przy użyciu puzzli. Nie czytam już książek o książkach.
Zdarzało się Panu pewnie przeprowadzać do nowego mieszkania. Przy takich okazjach często dokonuje się selekcji księgozbioru. Co Pan wtedy czuł?
To jest zawsze przykrość. Mam to szczęście, że mam duży strych. Mimo to wyrzucam książki, a ściślej mówiąc oddaję je do bibliotek. Oddałem wszystkie publikacje poświęcone transformacji ustrojowej, bo już się dokonała. Podobnie postąpiłem z książkami politologicznymi, bo mnie śmiertelnie nudzą i są na ogół dość słabe. Często mam problem z tzw. średnią literaturą. Wyrzucić czy zachować? Trzeba z tym jednak uważać, bo czasem wydaje nam się, że do jakiejś książki nigdy nie wrócimy, a po latach to się zmienia.
Czytanie to czynność intelektualna, ale czy ceni Pan też zmysłowe przyjemności w rodzaju odczuwania zapachu książek i słuchania szelestu papieru?
Oczywiście, że tak i do tego połączone z zapachem dobrej kawy. Dlatego cenię te księgarnio-kawiarnie, które pojawiły się ostatnimi czasy. Lubię krążyć po księgarni nie pytany czego poszukuję. Bo nie wiem czego poszukuję. To co lubię w czytaniu, to jest to, że to najbardziej indywidualna i swobodna forma kontaktu z kulturą. każda inna, kino, teatr, koncert, jest trochę wspólnotowa. Szczególnie nie lubiłem interakcyjnych form teatru, polegających na wciąganiu widza w akcję. Otóż książka mnie w nic nie wplątuje.
Czy czytanie eklektyczne, czyli różnorodne jest najwartościowsze?
Tak, choć cenię eklektyzm kontrolowany, bo nie sposób czytać wszystko, co wpadnie nam w ręce.
Czyta Pan sytuacyjnie? N.p. „Trzech muszkieterów” w paryskim Palais Royal czy „Eneidę” lub „Juliusza Cezara” w Rzymie?
Nie, niespecjalnie w tym gustuję. Zwykle wyręczają mnie w tym znajomi towarzysze podróży.
Czy nie sądzi Pan, że upadek czytelnictwa, zwłaszcza na wsi, powoduje ogromną zapaść cywilizacyjną?
Tak, i nie pojmuję, dlaczego lewica nie zajmuje się tym. Czy uważa, że wyręczą ją w tym liberałowie? Także ta młoda lewica „Krytyki Politycznej” za bardzo zajmuje się pretensjonalnym, lewicowym intelektualizmem Żiżka, Becka, Deriddy. Nie ma to żadnego przełożenia na prawdziwą lewicowość. Ja osobiście, choć jestem konserwatystą w sferze kultury, to w sferze społecznej mam wrażliwość lewicową, socjalistyczną, a dramatyczny poziom nierówności społecznych w Polsce oburza mnie. Szczególnie oburza mnie brak dostępu, do wyższych studiów dla młodych ludzi ze wsi. Z powodu braku pieniędzy. Jest ich kilka procent na Uniwersytecie Warszawskim. To większa nierówność niż przed wojną. Powstają w związku z tym swoiste getta kulturowego zaniedbania, a biedni reprodukują biednych. To jest skandal. Tak żaden kraj nie może być rządzony. To są rzeczy wołające o pomstę do nieba i nie trzeba być lewicowcem w poglądach politycznych, by to dostrzec i nad tym boleć. Niech o to przede wszystkim walczą, a dopiero w drugiej kolejności o cele światopoglądowe. Kościół, owszem, jest siłą antymodernizacyjną, ale nie jest bezpośrednim sprawcą tych nieszczęść i nierówności, więc nie na nim trzeba się koncentrować. Dlatego skoro Sławomir Sierakowski wydał kiedyś „Płomienie” Brzozowskiego, to powinien wiedzieć, że nie u Żiżka, ale tam właśnie, na tej strasznej prowincji, są prawdziwe „płomienie”. Socjaldemokracja w takim kraju jak Polska ma ogromnie wiele do zrobienia w sferze socjalnej. Tylko trzeba je podjąć, sięgając po gotowe wzorce zagraniczne. Owszem, religia na maturze to głupota, ale Polska łaknie przede wszystkim wielkich reform społecznych i to lewica powinna je przeprowadzić.
O bieżącej polityce wypowiada się Pan rzadko, ale za to dobitnie. W tym roku wysłuchałem w jednej z telewizji wywiadów, których Pan udzielił. Jest Pan bardzo krytyczny w stosunku do obecnej władzy PiS i personalnej władzy Jarosława Kaczyńskiego. Nazwał ich Pan między innymi „złodziejami ducha”…
Przecież nie ja jeden jestem tak surowy, a człowiekowi rozsądnemu i przyzwoitemu nie sposób nie być krytycznym wobec tej władzy. To środowisko sprawuje ją w sposób daleki od elementarnej przyzwoitości, a rządzą Polską ludzie straszni. Tyle powiem i nie będę kontynuował tego tematu, żeby nie zniweczyć pięknego tematu lektury, o który mnie pan rozpytywał.
Dziękuję za rozmowę.

Marcin Król – ur. 19 maja 1944 r. w Warszawie, filozof polityki i historyk idei, publicysta. W 1978r. założył i pełnił rolę redaktora naczelnego opozycyjnego, liberalnego pisma „Res Publica”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in. „Style politycznego myślenia: wokół „Buntu młodych” i „Polityki”, (1979), „Józef Piłsudski: ewolucja myśli politycznej” (1981), „Stańczycy: antologia myśli społecznej i politycznej konserwatystów krakowskich” (1985), „Ład utajony. Zbiór publicystyki” (1983), „Słownik demokracji” (1983), „Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku” (1985), „Romantyzm – piekło i niebo Polaków” (1998), „Historia myśli politycznej: od Machiavellego po czasy współczesne” (1998), „Patriotyzm przyszłości” (2004), „Bezradność liberałów: myśl liberalna wobec konfliktu i wojny” (2005), „Byliśmy głupi” (2015), „Do nielicznego grona szczęśliwych” (2018), „Krótka historia myśli politycznej” ( 2019).