Księga wyjścia (28)

Ballada o smutnym bigosie

Demokracja idealna – to oczywiście oksymoron, ale ponieważ wybory nadchodzą wielkimi krokami to kampania wrze jak smoła w beczce na budowie dachów domów z plusem. Tych z desek kreślarskich (sądziłem, że architekci pracują już przy komputerach).

Gdzieś na jakimś murze widziałem napis: „miłość do Polski to ekonomicznie Syndrom Sztokholmski”, coś w tym jest. Żyjemy w kraju wiecznego eksperymentu i to eksperymentu na ludzkim organizmie. Od realnego socjalizmu, po plan Balcerowicza, który miał być mieszanką ustrojową dwóch kontynentów Ameryki. Południowej z północną. I faktycznie, niewielka część społeczeństwa dostała tę metaforyczną wizę ustrojową, część została w Boliwii czy brazylijskich fawelach, a reszta dryfuje gdzieś po „trójkącie bermudzkim”.
Kampania wyborcza ruszyła z kopyta. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszyscy działają w jakimś nieprawdopodobnym chaosie, determinacji i amoku. Zachowują się jak modelowy urzędnik, który po kilkudziesięciu latach nienagannej pracy odkrył, że po raz pierwszy w życiu zaspał do pracy. Trudno nie dostrzec tego całego bałaganu, nieprzemyślanych ruchów i braku pomysłu na kampanię. We wszystkich komitetach. Nawet partia władzy, która ustaliła datę wyborów zaczyna wpadać w panikę. Afery zaczęły już wypływać lawinowo i gdyby tylko mogli ogłosiliby wybory natychmiast, bez kampanii. Obietnica podwyżek padła i to wystarczy. Każda afera spada teraz na ich barki i mimo tłumaczenia, że to wina poprzedników, już niewielu daje się na to nabrać. Perfekcyjnie opanowali komunikację ze społeczeństwem, mówią prostym i zrozumiałym językiem.
Dwa hasła wypowiedziane przez Kaczyńskiego – do końca 2020 roku najniższa pensja wyniesie trzy tysiące, a do 2024 cztery.
Kidawa Błońska, gdyby miała powiedzieć to samo, zapewne zaczęłaby od słów: w trosce o obywateli, po przeprowadzeniu analiz i konsultacji, musimy pamiętać o tych najbiedniejszych, ale musimy także dbać o przedsiębiorców. Poziom najniższej pensji ustalimy po szerokich konsultacjach z ekspertami, pracodawcami i pracownikami. Być może uda się osiągnąć przyzwoity poziom wynagrodzeń jeśli będziemy dopłacać do pensji. Taki mamy plan i jest on realny – . Pomijam fakt, że już w połowie pierwszego zdania ludzie przestaną rejestrować co mówi, a jeśli dotrwają do końca, to będą mieli sporo kłopotu, by złożyć to w całość. Całość z której nic nie wynika. A tu sam prezes wyszedł i w kilku pierwszych słowach podał dokładne sumy i konkretne daty. Dalej i tak nikt nie słuchał. Kaczyński doskonale o tym wie, w taki sam sposób na swoich wiecach i spotkaniach wyborczych mówił Wałęsa. Gdy ktoś z sali krzyknął, że nie ma mieszkania, to Wałęsa bez wahania wskazując palcem mówił: „ja panu załatwię”. W kilka minut sala była jego. Gdyby nie debata z Kwaśniewskim w telewizji, zapewne wygrałby drugą turę. Kaczyński naprawdę dużo się od niego nauczył. Teraz ma pod kontrolą większość mediów, nie musi obawiać się wpadki. Ale paradoksalnie właśnie to może mu zaszkodzić. Tu może zadziałać inny syndrom, syndrom PRL. Popularnym powiedzeniem wtedy było, że: „wiadomości dzielimy na prawdziwe, prawdopodobne i kłamstwa. Prawdziwe to informacje sportowe, prawdopodobne, prognoza pogody, reszta natomiast to kłamstwa”.
Nie każdy działacz społeczny jest politykiem, ale każdy polityk powinien być działaczem społecznym. Dzisiaj będzie głównie o naszej, polskiej, przedwyborczej kuchni. I czy bigos w niej ugotowany będzie nadawał się do zjedzenia, a jeśli tak, to czy nie spowoduje jakiejś ciężkiej choroby żołądka i ogólnego rozstroju. Kto wie co z tego wyjdzie. W zależności od okręgu wyborczego i w znacznym stopniu rokowań, komitety przewidują ile mogą dostać mandatów. Duże komitety liczą na kilka, małe zaś na choćby jeden. Z punktu widzenia partii politycznej są też bardziej i mniej atrakcyjne okręgi, tak zwane bastiony jakiejś jednej opcji politycznej. Zwykle jest to prawica, a region ten składa się nie tyle z gmin i sołectw, co z parafii. Nie będę się jednak o nich rozpisywał, tylko wrócę do tego bigosu, który już się nam ugotował, czyli do obsady miejsc. Jest to jeden z trudniejszych momentów dla większości partii.
Krwawa walka idzie zwykle o pierwsze i drugie miejsce. W Warszawie są one zarezerwowane dla lidera i jego największego pupila, lub jeśli w grę wchodzi koalicja, to dla koalicjanta. Podobnie jest na prowincji, tylko tu gra jest ostrzejsza i bywa perfidna, bo niejednokrotnie trudno określić bezdyskusyjnego lidera. To jest ten moment, w którym już wiadomo kto z kim będzie najbardziej rywalizował. Wbrew intencjom szefów partii, komitetów i tych, którzy zajmują niekwestionowanie pierwsze miejsca, czyli naturalnych liderów, największym wrogiem kandydata nie jest jego konkurent polityczny, ale sąsiad z listy.
Miejsca trzecie (czwarte w zależności od okręgu) i ostatnie to miejsca dla ludzi, których z różnych powodów zignorować nie można. Głównie dlatego, że mają wysoką pozycję społeczną, są znani, często jedyni fachowcy i ich rozpoznawalność oraz osobowość może przyciągnąć wielu nowych wyborców, co przy metodzie D’onta jest bardzo istotne dla całej listy. Mimo, że ideologicznie są to ludzie sprawdzeni, to niekoniecznie liderzy widzieliby ich w sejmie, choćby dlatego, że nie są do końca przewidywalni, mogą mieć własne zdanie i dlatego trudno nimi sterować. Są jednak znani i jako tacy mogą przyciągnąć wielu sympatyków, którzy niezależnie od partii na nich właśnie oddadzą swój głos. A ich nieobecność na liście może nawet zaszkodzić.
Przyjęło się, że miejsce ostatnie jest lepsze niż trzecie. Niekoniecznie. Ktoś mniej zorientowany jeśli zechce poprzeć dwóch, lub trzech kandydatów, to karta pozostaje ważna, ale ten głos dopisuje się temu, który jest wyżej. Często wyborcy zaznaczają pierwszego kandydata, sadząc, że w ten sposób oddają głos na listę, a dopiero później wskazują osobę, którą chcieliby widzieć w sejmie. Zaletą ostatniego jest jedynie to, że jest to miejsce w jakiś sposób wyeksponowane. W okręgu takim jak np. Lubelski, gdzie jest do podziału dziesięć miejsc, komitet może zarejestrować maksymalnie dwudziestu kandydatów, czyli dwa razy tyle, ile okręg przewiduje mandatów.
Od czwórki do przedostatniego, przy średniej wielkości komitecie wyborczym, są to już tylko tak zwani wypełniacze. Chociaż zdarzało się w historii, że ktoś z piątego czy szóstego miejsca wszedł do parlamentu. To jednak wyjątki, najczęściej rolą tych ludzi jest przyciągnięcie głosów rodziny, znajomych oraz namówienie ich, by robili sobie kampanię. Polityka to taki narkotyk, że nawet nie mając śladowych szans, w pewnym momencie zaczynamy wierzyć, że jednak nam się uda i ludzie ci, naprawdę ciężko pracują na zdobycie każdego głosu. Wielokrotnie partie nie miały tylu chętnych by w mniejszych ośrodkach zapełnić wszystkie miejsca i zamknąć listy. Owszem, mogą wystawić mniej kandydatów, ale to oznacza, że w całości uzbierają mniej głosów. Proces budowania list jest trudny, pełen napięć, intryg i nienawiści. Poza PiS-em, gdzie prezes jednoosobowo ustala to w jeden wieczór. Jestem już zmęczony wybieraniem mniejszego zła. Ale nie mogę też przyłożyć ręki do tego, by wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Mam już swojego kandydata, a jeśli jesteście wściekli, że znowu nie ma na kogo głosować, oddajcie swój głos na kogoś ze środka lub ostatniego. Fajnie byłoby się umówić, że wszyscy głosujemy na konkretny numer, właśnie ten daleki od wpływów lidera. Np, wszyscy na środkowego. Owszem, jest ryzyko, że jako wypełniacz może nie być specjalnie rozgarnięty. Ale trójki lub ostatnie, to już nie są leszcze. Może nie są też idealni, ale wolę ich niż liderów, z których każdy w jakiś sposób mnie, jako wyborcę, oszukał.

Spokojny koniec lata (do czasu)

Pod wpływem wielu pozytywnych informacji we wrześniu złoto na rynkach światowych taniało, ceny obligacji spadały, a na giełdach akcji zapanował optymizm. Wszystko to może zmienić atak na rafinerię w Arabii Saudyjskiej.

Po bardzo słabym dla rynków finansowych sierpniu nadszedł kończący lato wrzesień i nastroje szybko się poprawiły.
Teoretycznie, a właściwie statystycznie, wrzesień uznawany jest (szczególnie w USA) za najgorszy miesiąc dla rynków akcji, ale ta statystyka często się nie sprawdza.
Czynników, dzięki którym nastroje się poprawiły, było wiele. Przede wszystkim prezydent Donald Trump zrezygnował (na chwilę?) z wojowniczego tonu i wzywania do opuszczenia Chin przez firmy amerykańskie. USA i Chiny z dniem 1 września wprowadziły nowe cła na importowane produkty, ale jednocześnie zapowiedziano wstępne rozmowy w drugiej połowie września oraz spotkanie USA – Chiny na wysokim szczeblu na początku października (potwierdził to swoim tweetem Donald Trump).
Już to wystarczyłoby do znacznego poprawienia nastrojów na giełdach. Były jednak i inne czynniki. W sprawie Brexitu wielokrotnie przegrane głosowania premiera Borisa Johnsona w parlamencie brytyjskim i decyzja tego parlamentu zakazująca wyjścia Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy, pomagały europejskim graczom giełdowym. Pomagał im też zwrot politycznej sytuacji we Włoszech. Tam nie tylko nie doszło do wcześniejszych wyborów, ale premier Giuseppe Conte utworzył nowy rząd (Pięć Gwiazd i Partia Demokratyczna) wykluczając w ten sposób partię Liga z jej wojowniczym, antyeuropejskim, szefem Matteo Salvinim.
To nadal nie wszystkie pozytywne czynniki pomagające „bykom” na rynkach finansowych. Weszliśmy bowiem w okres, w którym znacznie wzrosło znaczenie banków centralnych. Po działaniach Europejskiego Banku Centralnego oraz Federalnego Komitetu Otwartego Rynku oczekuje się dalszego łagodzenia polityki monetarnej. Oczywiste jest też, że nic się nie zmieni w polityce Rady Polityki Pieniężnej. (RPP), ale oczywiste jest, że nic w jej polityce się nie zmieni.
Fed zazwyczaj robi to, czego chcą od niego rynki, ale ciągła krytyka jego polityki prowadzona za pomocą tweetów przez prezydenta Trumpa może usztywnić stanowisko Fed. ECB nie bardzo może zaś nadal łagodzić politykę monetarną, bo stopy główne są na poziomie zera, a stopa dyskontowa jest ujemna.
Pod wpływem tych wszystkich pozytywnych informacji złoto taniało, rentowności obligacji rosły (czyli ich ceny spadały), a na giełdach akcji zapanował optymizm. Z tej sytuacji korzystał również polski rynek. Na warszawskiej giełdzie pojawił się duży popyt podnosząc szczególnie mocno indeks WIG 20. Na rynku walutowym kurs euro do złotego szybko spadał wracając do trendu na poziomie 4,25 – 4,35. Interesujące było zwłaszcza to, że złoty bardzo się umocnił w poniedziałek 9 września. Czyżby gracze zakładali, że propozycje podniesienia płacy minimalnej zmuszą Radę Polityki Pieniężnej do podniesienia stóp procentowych?
Dla rynków najważniejsze jest jednak czekanie na wydarzenia. Najgorsze w stawianiu prognozy jest zaś to, że nikt nie jest w stanie prognozować tego, co może w dowolnej chwili zrobić prezydent Trump.

Czas na nowe otwarcie z Rosją?

Grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski.

Stosunek do Rosji na Starym Kontynencie się zmienia. Jednak nie jest to powrót do przeszłości. Nie mamy do czynienia ani z naiwną wiarą w poprawę postępowania Kremla, ani też z próbą rozgraniczenia stref wpływów na modłę jałtańską. Zmiana podejścia do Rosji to konsekwencja fundamentalnych przeobrażeń dokonujących się zarówno na poziomie globalnym, jak i w naszym bezpośrednim otoczeniu. Powstaje „nowy świat” i dla wielu w Europie konflikt z Kremlem wydaje się mieć coraz mniejszy sens, co więcej Moskwa widziana jest bardziej jako część rozwiązania, a nie problemu. Polska nie może dłużej lekceważyć tej sytuacji. Jest to bowiem kluczowy element nowych uwarunkowań bezpieczeństwa, w których przyjdzie nam funkcjonować w nadchodzących latach.
Dwa tygodnie przed głosowaniem w Radzie Europy, na odbywającym się w Petersburgu Forum Ekonomicznym, niemiecki minister gospodarki podpisał porozumienie, które zakłada zwiększanie eksportu niemieckich technologii do Rosji. Choć dokument formalnie nie musi prowadzić do łamania sankcji, to de facto podważa on ducha unijnej polityki ekonomicznych restrykcji.
Zbliżenie z Moskwą widoczne jest także w drugiej kluczowej europejskiej stolicy. W czerwcu 2019 roku we Francji gościł Dmitrij Miedwiediew. Celem wizyty miało być – jak określili to gospodarze – „nadanie nowego impulsu relacjom dwustronnym”. W trakcie rozmów premier Edouard Philippe stwierdził: „sankcje nie są na zawsze; mogą zostać odwołane w każdej chwili”. Konsultacje premierów poprzedzały spotkanie Macron–Putin, które odbyło się w połowie sierpnia w rezydencji francuskiego prezydenta w Prowansji. Takie ulokowanie wizyty świadczy o woli podkreślenia znaczenia bliskich personalnych relacji między rosyjską i francuską głową państwa.
Nowe podejście do Rosji nie dotyczy zresztą tylko Unii, ale widoczne jest także na poziomie Sojuszu Transatlantyckiego. Najbardziej spektakularnym przykładem jest tu bezprecedensowa decyzja Turcji, będącej drugą co do wielkości siłą militarną NATO, o zakupie rosyjskiego systemu rakietowego S-400. Niepokojące sygnały płyną także od naszego głównego sojusznika USA. Na sierpniowym szczycie G7 Donald Trump zaproponował ponowne dołączenie do wielkiej siódemki Rosji, którą wyrzucono z tego formatu po aneksji Krymu.
Polityka Moskwy wobec krajów postradzieckich, ale także wobec UE i NATO, jest dzisiaj jednym z bardziej przewidywalnych elementów międzynarodowej układanki. Mimo to Rosja jest coraz częściej postrzegana jako wystarczająco satysfakcjonujący partner, ewentualnie jako mniejsze zło. Konflikt z Kremlem coraz częściej widziany jest jako, być może, jedyny front, który Europa mogłaby dzisiaj zamknąć, nie ponosząc przy tym zbyt dużych kosztów. Taka zmiana podejścia do naszego największego wschodniego sąsiada wynika z głębokich przekształceń regionalnego i globalnego kontekstu.
Relacje międzynarodowe znowu wkraczają w fazę dwubiegunowej konkurencji, ale tym razem oś konfliktu nie przebiega między imperium rosyjskim a Zachodem, ale Chinami a USA. Oznacza to, że nasz główny sojusznik militarny – Stany Zjednoczone – jest uwikłany w bardzo absorbujące wielopoziomowe zwarcie (o przewagi technologiczne, warunki handlu, wpływy polityczne i dominację militarną), rozgrywające się daleko od Polski i Europy Wschodniej. Z perspektywy tego konfliktu problemy naszego regionu, nawet takie jak agresja zbrojna Kremla na Ukrainę, mają dla Waszyngtonu charakter drugorzędny.
W konflikcie chińsko-amerykańskim Rosja gra wprawdzie nie kluczową, ale istotną rolę. Na dzisiaj Moskwa akceptuje pozycję „młodszej siostry” Chin. Pogłębiające się uzależnienie ekonomiczne i technologiczne od Pekinu czy narastająca konkurencja w Azji Środkowej budzą na Kremlu coraz większe zaniepokojenie. Z kolei Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa już kilkukrotnie pokazały, że są gotowe na radykalne zwroty polityki, nie zważając na koszty, jakie niesie to dla innych państw, w tym dla europejskich sojuszników. Nie można więc wykluczyć, że w przyszłości może dojść do jakiegoś niekorzystnego z naszej perspektywy układu z Moskwą, u podłoża którego będą leżały amerykańskie kalkulacje związane z Pekinem. Bezpośrednie koszty takiej sytuacji może ponieść Ukraina, co oczywiście ma znaczenie dla Polski.
Wobec reorientacji priorytetów USA coraz większego znaczenia w regionalnej „układance” bezpieczeństwa nabiera polityka Unii. Jednak Europa ugina się pod ciężarem mnożących się problemów. Do „tradycyjnych” frontów w otoczeniu UE, takich jak: Afryka Północna, Bliski Wschód i oczywiście Rosja, doszły dwa nowe: Chiny i USA. Napięcia z Chinami mają głównie wymiar ekonomiczny, choć coraz częściej mówi się także o wyzwaniach bezpieczeństwa, związanych z ekspansją ekonomiczną, a także z penetracją cyfrową oraz agenturalną. Konflikt z Waszyngtonem jest bardziej wielowymiarowy. Poza gospodarką dotyczy takich fundamentalnych kwestii, jak podważanie jedności Unii (Trump jednoznacznie opowiada się za Brexitem bez umowy) czy groźnej dla bezpieczeństwa Europy eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie (np. wskutek zerwania przez USA wielostronnego porozumienia nuklearnego z Iranem).
Ze względu na głębokie powiązania europejsko-amerykańskie nieprzewidywalna polityka Stanów Zjednoczonych jest dla wielu krajów zachodnioeuropejskich dużo bardziej dotkliwa niż „wykroczenia”, których dopuszcza się Rosja. Przy czym za narastającym konfliktem z Waszyngtonem idą emocje społeczne. Według badań zrealizowanych w 2018 roku dla Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 49% Francuzów i Niemców wskazało USA jako główne zagrożenie dla własnego kraju. W przypadku Rosji było to odpowiednio 40% i 30%1. W niektórych zachodnich społeczeństwach ewidentnie włącza się logika: im większy mamy problem ze Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej warto szukać rozwiązań we współpracy z Rosją.
Na to wszystko nakładają się konflikty w samej Unii. Wspólnota uległa fragmentaryzacji jak nigdy dotąd, przy czym podziały przebiegają zarówno na poziomie międzypaństwowym, jak i wewnątrz poszczególnych krajów członkowskich. W efekcie uwaga polityków skierowana jest przede wszystkim na sytuację we własnych państwach, a dopiero w dalszej kolejności na poszukiwanie rozwiązań na poziomie unijnym. Słabnie też wola i zdolność do wspólnego działania wobec państw trzecich.
Wreszcie, koroduje wewnątrzunijna solidarność. Jednym z najbardziej widocznych objawów jest odnawiający się podział na „starą” i „nową” Europę. Ta ostatnia postrzegana jest coraz częściej jako niedojrzała do integracji, bo kontestuje wspólnotowe zasady, a przez niektóre rządy traktowana jest wręcz jako obciążenie, które należy „wypchnąć” na peryferia Unii. Dramatycznym pokazem tej tendencji jest nowe rozdanie personalne w UE, w którym Europie Środkowo-Wschodniej nie przypadło żadne z pięciu głównych stanowisk. „Nowa” Unia dostała też tylko jedno przewodnictwo komisji w Parlamencie Europejskim, gdy w poprzedniej kadencji miała ich osiem. To pokazuje dramatyczną słabość naszego regionu, ale także brak woli „starej Europy”, aby dbać o zintegrowanie wschodniej i zachodniej
części Wspólnoty.
Przede wszystkim grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydowali o rozwiązaniach ekonomicznych i w wymiarze bezpieczeństwa ponad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski i – szerzej – całego regionu.
„Nowe” podejście do naszego wschodniego sąsiada ma w Europie swoich zdeklarowanych przeciwników. Nie jest też tak, że w Niemczech czy we Francji wszystko zostało zdecydowane. Mamy do czynienia z procesem, który można współkształtować. Wymaga to sprawnych działań mobilizacyjnych i perswazyjnych. Jednak przekaz dotyczący polityki wobec Rosji już nie może być budowany wyłącznie na powielaniu starego. Krytykowanie wszelkich możliwych form współpracy nikogo dzisiaj nie przekona.
Nie wystarczy mówić, czego robić nie wolno, trzeba też formułować pozytywne propozycje. Przestrzeń na te ostatnie wydaje się dotyczyć przede wszystkim współpracy na poziomie społecznym. Argumentacji o konieczności utrzymania reżimu sankcyjnego mogłaby więc towarzyszyć propozycja powrotu do rozmowy UE–Moskwa o ruchu bezwizowym.
Ważnym elementem polityki bezpieczeństwa są też nasze relacje w regionie, zwłaszcza z Kijowem. Po politycznym trzęsieniu ziemi, jakie dokonało się na Ukrainie w wyniku wyborów prezydenckich, Polska musi zintensyfikować kontakty na najwyższym szczeblu z naszym głównym partnerem na wschodzie. Obecność prezydenta Zełenskiego na uroczystościach z okazji 80. rocznicy wybuchu wojny to krok w dobrym kierunku. Potrzebna jest jednak wizyta dwustronna. To bardzo niepokojące, że Polska pozostaje tu w tyle za Niemcami i Francją, dla których Ukraina jest partnerem trzeciorzędnym, a tam takie wizyty już się odbyły.
Przede wszystkim jeśli polski rząd chce rzeczywiście prowadzić odpowiedzialną i skuteczną politykę bezpieczeństwa, to musi zadbać o wiarygodność naszego kraju wśród potencjalnych sojuszników w Europie. Oczekiwanie solidarności od innych państw nie może bazować tylko na przekonaniu, że coś „nam się należy”. Kluczowa jest tu wspólnota tożsamości, przekonanie przywódców i społeczeństw krajów członkowskich, że jesteśmy częścią tej samej „rodziny” europejskich liberalnych demokracji.

W przedszkolu

Mam ostatnio dobry okres. Odnoszę wrażenie, że ubywa mi lat, że znowu jestem w wieku przedszkolnym, że inni – starsi – za mnie myślą, uczą mnie odróżniać dobro od zła. Mogę znowu wierzyć we wszystko, co mi mówią. śpiewać te same piosenki powitalne lub wiernopoddańcze, z uśmiechem wręczając bukieciki polnych kwiatków.

Nic nowego

Wzruszenie ogarnia mnie szczególnie, gdy dzieci, na cześć naszego premiera, śpiewają „sto lat niech żyje, żyje nam”. To samo śpiewałem w trzydziestych latach ubiegłego wieku stojąc w krótkich majteczkach i patrząc z wiarą i wzruszeniem na ówczesnego premiera – Śławoja – Składkowskiego, generała i z zawodu lekarza, wielce zasłużonego w podnoszeniu higieny codziennego życia Narodu.
Piszę to bez złośliwości, bo w ówczesnych warunkach robił rzeczy naprawdę pożyteczne. Przy tej okazji w moim sklerotycznym umyśle rodzi się tylko wątpliwość, czy gnębiący nas od dziesięcioleci niedostatek lekarzy nie ma przyczyny także w tym, że zbyt wielu fachowców z tego zawodu przerywa lekarską praktykę i wybiera karierę polityczną. Także dzisiaj lekarze prowadzą partie polityczne, marszałkują w Senacie, posłują, reprezentują nas w Unii Europejskiej.
Nie psuje mi to jednak radości z obserwacji spotkań naszych, aktualnie rządzących, polityków, z uwielbiającymi ich mieszkańcami miast, miasteczek i wsi. Te wspierające opinie w rodzaju „teraz dzieci nie żebrzą”, „teraz jest uczciwie”, „to pierwszy rząd, który myśli o wszystkich”, „pan premier przecież mówi, jak piękne mamy perspektywy” – są naprawdę budujące.
Elektorat chłonie jak gąbka wszelkie informacje o tym, że niedługo dogonimy i przegonimy Szwajcarię i Niemcy, wymijając po drodze zacofane kraje Skandynawii, że będziemy mieli największy w tej części Europy port lotniczy, że będziemy produkowali masowo samochody elektryczne, promy, łodzie podwodne i inne, super – nowoczesne uzbrojenie. To ostatnie dlatego, żeby odstraszać. wszystkich, a szczególnie tych ze wschodu. Żeby nie ważyli się nic nam odbierać – jak tej biednej Ukrainie – i nie robili zamachów.To wszystko przypomina mi znowu czasy SławojaSkładkowskiego, kiedy byliśmy „silni, zwarci, gotowi”, z uniesieniem przyjmowaliśmy informacje o produkowaniu polskich bombowców Łoś, pistoletów Vis, najbardziej na świecie nowoczesnych armat w Stalowej Woli. To przypominanie mnie rozczula i wprowadza w bardziej patriotyczny nastrój.
Większy kłopot sprawia mi pouczanie. W przedszkolu i w pierwszych klasach szkoły powszechnej pouczanie traktowałem jako normalne, – chociaż intelektualnie nie było (I teraz te z nie jest) dostosowane do nierównomiernego rozwoju dzieci.
W wieku np. 6-ciu lat większość „koleżeństwa’” nie umiała wcale. A tym bardziej płynnie, czytać. Nie chcę się chwalić, ale z kilku kolegami wymienialiśmy się „wypożyczone”: z ojcowskich bibliotek książki w rodzaju powieści przygodowych Londona i Coopera, kryminały Leblanca, ale także – apage satanas – „Życie seksualne dzikich” Malinowskiego.
Czytałem prawie tak samo szybko, jak dzisiaj, ale często pod kołdrą, przyświecając latarką – bo zapalenie światła budziło podejrzenia Rodziców.

Złe kolory

Przedszkolne odczucia wracają jednak także ze znacznie większą siłą, kiedy słucham pouczeń niektórych hierarchów Kościoła i bardzo ważnych prezesów, zapewne podświadomie pretendujących do dawno nieużywanego tytułu Naczelnika Państwa. Starcza demencja w oczywisty sposób blokuje lub zniekształca docierające do mnie wskazówki bogobojnego życia, ale część z nich wydaje się jasna. Mam przede wszystkim nie lubić koloru czerwonego i stanowczo odrzucać barwy tęczy. To mnie smuci.
Czerwony
mi się podobał od czasów przedszkolnych, gdy mieszkałem obok ślizgawki i niewielkiej hali sportowej w Warszawie, na Wareckiej, w której czasem odbywały się zebrania Piłsudczyków należących do PPS. Towarzystwo śpiewało wówczas piosenkę, w której powtarzał się refren „a kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew”.
Czyżby Piłsudski, który pół życia był aktywnym działaczem PPS już przestawał być naszym idolem? Czyżby ktoś się szykował, aby go zastąpić?
Moja sympatia do tego koloru niepomiernie wzrosła w czasach młodości, kiedy poznałem pewną panienkę, która na balu (dzisiaj bym powiedział – na imprezie) miała długą suknię w tym kolorze. Mój zachwyt osiągnął apogeum, kiedy przy głębszej analizie nie znalazłem pod tą sukienką żadnej bielizny.

Kolory tęczy

zachwyciły mnie nie tylko po burzach przeżywanych zwłaszcza w wakacyjnych obozach „zuchów”, ale także przy zapoznawaniu się z pryzmatem na pierwszych lekcjach fizyki.
Nigdy się nie zastanawiałem. ile jest tych kolorów. Tęcza to tęcza. I nic mi to nie przeszkadza, że jakaś grupa ludzi traktuje ją, jako swój znak rozpoznawczy.
Teraz się jednak dowiaduję, że ci, którzy lubią kolor czerwony i kolory tęczy są niebezpieczni, że chcieli i chcą zawładnąć naszymi „umysłami i sercami”. Ale ciągle nie wiem, w jakim celu? Żebym polubił ich sposób życia albo poglądy, albo jedno i drugie? Żebym był nieuczciwy, kradł, robił awantury, bił innych w blasku rzucanych rac? Żebym zajmował się hejtowaniem razem z niektórymi ważnymi pracownikami ministerstwa sprawiedliwości?

Rodzina

Bardziej inteligentni ode mnie, (o co nie trudno) znawcy problemu mówią mi, że nie o to chodzi. Że ostrzegającym kapłanom i prezesom w ogóle nie chodzi o mnie, tylko o rodzinę. Żeby koniecznie składała się z mamy i taty, związanych sakramentem małżeńskim, i wychowywanych „po bożemu” dzieci. Żeby te dzieci do czasu pełnoletniości w ogóle nie myślały i nic nie wiedziały o seksie, – bo to psuje im zdrowie, fizyczne a także psychiczne, i przeszkadza myśleć o patriotycznych przodkach.
Ponieważ mój skostniały umysł przyjmuje ostatnio tylko łopatologicznie sformułowane argumenty, więc zadałem przyjaciołom kilka idiotycznych pytań.
Po pierwsze – czy mama i tata koniecznie muszą mieć ślub? I co to zmienia, jeśli go nie mają?
Po drugie – czy dzieci muszą być zrodzone z ich sił witalnych, czy też mogą być np. sierotami, wziętymi na wychowanie?
Po trzecie, – jeśli siły witalne okazują się za słabe – to czy dzieci mogą być częściowo produktem laboratoryjnym (In vitro)?
Po czwarte, – dlaczego jest źle, jeśli nie ma taty, a są dwie mamy? I czym to się różni od sytuacji, w której tatuś umiera lub ucieka i dzieci wychowują mama i babcia?
I wreszcie po piąte, – dlaczego osieroconego dziecka nie może wychowywać dwóch facetów? Czy naprawdę będzie miało gorzej, niż w sierocińcu prowadzonym np. przez nobliwe siostry zakonne?
Rodziną – szanowni Eminencje i Ekscelencje – nie jest każda formalnie zadekretowana grupa ludzi. Znamy przecież rodziny, których członkowie się nienawidzą, biją, a nawet zabijają.
Prawdziwa rodzina, to zespół ludzi wzajemnie się wspierających w trudnych sytuacjach, skutecznie pomagających w sytuacjach pozornie beznadziejnych, zawsze służących dobrą radą i współczuciem. I taka rodzina nie musi podpisywać żadnych dokumentów sankcjonujących jej status a nawet – o zgrozo – nie musi być specjalnie pobożna. Pobożność bowiem nie ratuje przed „czynieniem zła” i zwykłą głupotą.

Potomkowie przedszkolnych świnek

Życie biegnie niesłychanie szybko i właśnie na tym etapie przedszkolnych wspomnień, dopadły mnie informacje o wysoko postawionych „internetowych trollach”, zawodowo zajmujących się niesieniem kaganka sprawiedliwości, ale jednocześnie anonimowo obrzucających błotem tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Porównanie z moim przedszkolem technologicznie nie jest możliwe. Wtedy nie było nawet telewizorów i telefonów komórkowych, a tym bardziej komputerów i Internetu.
Ale były skarżypyty („Prose pani, Jasio sikał na końcu korytaza”), które potem wyrastały na donosicieli, zwanych teraz sygnalizatorami. Sądzę, że z ich potomków rekrutują się dzisiaj ci, którzy wymyślają i piszą na portalach internetowych idiotyzmy, zmierzając do zniszczenia, albo przynajmniej zdenerwowania i zniechęcenia „niepokornych” – zresztą nie tylko sędziów, adwokatów czy polityków. Bo – jak mawiał jeden z moich kolegów siedzący wraz ze mną w niewoli po Powstaniu – „świński charakter ma się w genach”. I on nie ginie ani po maturze, ani po studiach, ani po awansach. Jakieś „kodeksy etyki” i grożące kary mogą zwiększyć ostrożność świni, ale jej nie uciszą. Z prostego powodu. Bo świnia lubi być świnią.

Bandersnatch

Aktualnie przebywam na wczasach z rodziną na greckiej wyspie na K. Byłem tu już dwa lata temu i tak mi się spodobało, że postanowiłem przyjechać w to samo miejsce raz jeszcze. Nie znam lepszego niż greckie wina, lepszej oliwy i lepszej niż grecka kuchni i pogody; wszystko mi tu smakuje, wiatr od morza pozwala choć na chwilę schłodzić myśli pod czaszką. Żeby jednak zupełnie nie zapomnieć skąd jestem, bo w końcu z każdych wakacji kiedyś się wraca, zabrałem ze sobą ze starego kraju książkę o księdzu Jankowskim i dzięki temu jeszcze kompletnie nie odleciałem, choć to lektura iście kosmiczna. Powieść „Uzurpator” autorstwa św. pamięci Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego, to wstrząsająca opowieść o tym, jak ktoś z pozoru kompletnie nierokujący i bez charyzmy, potrafi dzięki uporowi oraz tzw. szczęśliwym zbiegom okoliczności, awansować w Polsce na głównego rozgrywającego czasów największych przemian. To również historia o człowieku zagubionym i do cna cynicznym, który umie uzależniać od siebie całe rzesze ludzi i wykorzystywać z premedytacją ich słabość. To w końcu rzecz o człowieku z Pomorza; zrodzonym w niemieckiej rodzinie, w której matka do końca życia mówiła w domu po niemiecku, dziadek miał przed wojną pięć sklepów w Wolnym Mieście, a ojciec zginął na froncie wschodnim. On sam jednak wolał ubierać się w sarmackie kontusze i obstalowywać sobie rodowe pierścienie z orzełkiem, bo to w nowej Polsce widział swoje jutro. To on karmił i ubierał Lecha Wałęsę i opozycję w czasach największego kryzysu. To w garniturze za jego pieniądze Lech Wałęsa podpisywał Porozumienia Sierpniowe w Sali BHP. Kiedy powoli zbieramy graty z plaży albo znad basenu i idziemy szykować się do kolacji, włączam tuż przed nią komputer, żeby przeczytać, co też podczas nieobecności w Polsce akuratnie mnie ominęło. Dziś zatrzymałem się dłużej nad informacją o tym, że wicepremier Piotr Gliński postanowił zmniejszyć o 3 mln złotych dotację dla Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Podobno nie oddaje ono prawdy historycznej o „Solidarności” i jej czasach i Ministerstwo nosi się z zamiarem powołania swojego „odpowiednika” na tamtym terenie – Instytutu Dziedzictwa Solidarności. Tak jak w przypadku Westerplatte. Jeśli historia którą zastajemy, obudowaną w ściany i wystawy za poprzedników, nie do końca nam odpowiada, zaczynamy pisać swoją własną historię za pomocą własnych ludzi i na własnych zasadach. Dziwi się pani prezydent Gdańska ideom rządowym, podług których mamy mieć dwie ścieżki tej samej historii, wyrażane w dwóch konkurencyjnych muzeach, ale mnie to w ogóle nie dziwi. Po niezbyt nawet uważnej lekturze powieści o księdzu Janowskim, nie sposób nie odnieść wrażenia, że ruch któremu nieformalnie przewodził i formalnie zupełnie go podtrzymywał materialnie i finansowo, to opowieść o co najmniej dwóch różnych wizjach tego samego dążenia; innymi słowy, z jednej matki rodzi się dwoje dzieci, które idą równoległą do pewnego momentu ścieżką. Później jedno wyrasta na spadkobiercę ojców i dziadów, drugie jest marginalizowane i podupada na zdrowiu Z czasem drugie, bardziej liche i pełne goryczy, powie, że to to pierwsze ukradło mu sukces, bo skumało się z komuną w Magdalence, i to ono powinno mieć, jako to prawdziwe i pominięte przy ustalaniu testamentu, jedyne prawa do nazwiska, ale los obszedł się z nim bardzo źle i dopiero teraz, kiedy dorosło i okrzepło, sięga po sprawiedliwość dziejową i może opowiedzieć potomnym, jak to naprawdę było. I rzeczywiście: ja chciałbym taką właśnie narrację zafundować na lekcjach historii młodym ludziom; aby dowiedzieli się, że wbrew temu co mogą dziś usłyszeć, „Solidarność” nigdy monolitem nie była i podzieliła się szybciej niż za Okrągłego Stołu. A że w związku z tym, wszyscy ci, którzy podpinają się pod jej spuściznę i twierdzą, że to ich racja jest najbliższa prawdy nigdy ze sobą nie będą w stanie się porozumieć, bo to by oznaczało, że jedna ze stron musiała by się zrzec dogmatu swojej nieomylności, musimy postawić dwa muzea „Solidarności”, żeby prosty człowiek mógł zapoznać się z dwiema wersjami-dziecka A i dziecka B. Musimy postawić dwa muzea II Wojny Światowej, żeby czasem nie było tak, że w jednym ktoś powie, że nie wszyscy Polacy byli Kolumbami rocznik 20, a Powstanie Warszawskie to nie najwspanialsza ostatnia pieśń patriotycznej Europy, tylko nieprzemyślana decyzja i rzeź, której można było ludziom oszczędzić. Żeby tak mówić, trzeba postawić alternatywne muzeum, bo władza obecna wie, jaka była prawda, a ta jak wiadomo, nie może być skalana choćby cieniem wątpliwości czy szarości. Nie dziwi więc mnie ta wielka władzy mobilizacja i zacięcie, żeby fundować dla narodu alternatywne zakończenia tej samej historii. Trochę jak w „Bandersnatchu” z serialu „Czarne Lustro”. Sami możemy sobie wybrać, którą ścieżką podąży nasz bohater. Szkopuł w tym, że ktoś mądry wyrysował kiedyś to algorytmiczne drzewko. Obejrzał wszystkie możliwe scenariusze i kombinacje i stwierdził…że w żadnym układzie nie będzie happy endu.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Kraj widziany oczyma obecnej władzy

Po rządach koalicji PO-PSL PiS zastało kraj w ruinie. Mafia VAT-owska ukradła w tym czasie, za przyzwoleniem tamtej władzy, kilkaset miliardów złotych.
Teraz wstaliśmy z kolan i przestajemy być wasalami Zachodu. Obywatele dostali 500+ i inne bonusy. Dzieci przestały chodzić głodne i wiele z nich mogło wreszcie zobaczyć morze czy góry. Sprawiedliwy rząd walczy z niesprawiedliwymi sądami. Parlament, rząd i prezydent to jedna drużyna pragnąca wyłącznie dobra obywateli. Kraj się rozwija wyjątkowo dynamicznie. W Polsce jest dobrze bo nie ma w niej obcych. My, Polacy, jesteśmy dumnym, dobrym i gościnnym narodem przywiązanym do wartości katolickich i dlatego kościół jest ważnym sprzymierzeńcem politycznym władzy. Reforma szkolnictwa spowoduje, że staniemy się bardzo wykształconym społeczeństwem.
Niestety jest spora grupa zdradzieckich mord, które ryją pod dobrym i sprawiedliwym rządem, a przecież prezes, premier, a nawet i prezydent bardzo się starają.
Podstawowym źródłem obiektywnej wiedzy i informacji o tym co się dzieje w kraju jest rządowa telewizja z prezesem Kurskim na czele. Inne, prywatne media powinny być w najbliższym czasie wzięte w cugle i wtedy wreszcie nikt nie będzie wichrzył i krytykował władzy, która zawsze chce dobrze. Nasza armia jest nareszcie sprawa i silna. I dlatego Rosja nas się boi i atakuje naszą dobrą władzę.
Aktualnie bohaterami są żołnierze wyklęci, bo zabijali komunistów i Rosjan. Teraz Niemcy będą naszymi historycznymi sojusznikami, ale najpierw muszą tylko zapłacić odszkodowania za ostatnią wojnę.
Solą naszej ziemi będą obywatele wsi i miasteczek. Inteligencja i inne grupy zbyt samodzielnie myślące będą pod baczną obserwacją, by nie sprowadziły ludu polskiego na manowce. Parafie są strażnicami moralności i polskości. Są ideowym ramieniem władzy w terenie.

Chcą oszczędzać na ludziach

W Polsce nie brakuje rąk i głów do pracy. Nasi przedsiębiorcy domagają się jednak wprowadzenia ułatwień dla pracowników ze wschodu, gdyż godzą się oni na mniejsze wynagrodzenia niż Polacy.

Kryzys migracyjny to jeden z najbardziej palących problemów w Unii Europejskiej. Liczba imigrantów rośnie w ostatnich latach, a kwestia imigracji stała się w państwach UE przedmiotem politycznego sporu, który zdeterminował kształt debaty politycznej po 2015 roku.
Jednak Polska do tej pory faktycznie nie miała spójnej polityki migracyjnej. Była ona zastępowana doraźnymi reakcjami na różnokierunkowe wyzwania, nieskładającymi się w uzasadnioną całość. Stąd też coraz częściej pojawiają się apele o budowę merytorycznych fundamentów naszej strategii migracyjnej.

Przyjechały już miliony

Mimo zwiększenia imigracji w ostatnich latach, Polska nadal należy do krajów emigracyjnych, czyli do takich, z których więcej ludzi wyjeżdża, niż do nich przyjeżdża.
Tym samym Polska klasyfikowana jest jako państwo niedotknięte bezpośrednio kryzysem migracyjnym. To zaś ma ma wpływ na postawę rządu polskiego wobec kryzysu oraz sposobu jego rozwiązania.
Wśród motywów imigracji do Polski wciąż przeważa czynnik ekonomiczny oraz perspektywa stabilnego zatrudniania i zarobków, a czynnikiem ułatwiającym decyzję o imigracji do Polski są więzy rodzinne i bliskość kulturowa.
Według informacji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce pracuje około 1,5 mln cudzoziemców, choć dane te mogą być zaniżone ze względu na fakt, iż niektórzy cudzoziemcy przebywają na terenie Polski nielegalnie i podejmują pracę „na czarno”.
Wśród obywateli państw, które uznają Polskę za atrakcyjny kierunek imigracji znajdują się Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini, a także obywatele państw azjatyckich (Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi) i obywatele państw Kaukazu Południowego.

Inni się tak nie palą

Według szacunków Rządowej Rady Ludnościowej, z uwagi na niską dzietność kobiet Polska będzie potrzebowała ok. 5 mln imigrantów, tylko dla utrzymania obecnego poziomu gospodarczego.
Są to oczywiście tylko niesprecyzowane przewidywania, ale nie ulega wątpliwości, że obecność pracowników ukraińskich na polskim rynku pracy dziś często jest pożądana.
W ostatnich latach w Polsce wprowadzono szereg ułatwień dla cudzoziemców. Z drugiej strony społeczeństwo polskie jest wciąż postrzegane (dość stereotypowo) jako niechętne cudzoziemcom, a przepisy polskiego prawa, mimo aktualizacji, wciąż stanowią dość istotną barierę w dostępie do rynku pracy i edukacji.
Organizacje WEI i Nowa Konfederacja twierdzą: „Obecność pracowników z Ukrainy w Polsce jest coraz bardziej konieczna, a stwarzanie ułatwień dla nich bardzo potrzebne, bowiem stają się pożądani także na innych rynkach zachodnich”.
Trudno się jednak zgodzić z tym poglądem, bo państwa zachodnie jakoś nie palą się do ułatwiania mieszkańcom Ukrainy dostępu do swego rynku pracy. Widocznie nie uważają, że to jest konieczne. Nie ma więc też powodu, by i Polska otwierała swój rynek pracy dla obcokrajowców.

Najpierw pracownicy krajowi

Nasi przedsiębiorcy z łatwością mogliby sięgnąć po niewykorzystane zasoby krajowych rąk i głów do pracy. Aktywność zawodowa Polaków wciąż przecież pozostaje na niskim poziomie.
Przedsiębiorcy chcą jednak płacić ludziom jak najmniej. Dlatego wolą tańszych pracowników ze wschodu Europy – choć to sprzeczne z szeroko pojętym interesem Polski.
Tym niemniej niektóre propozycje WEI i Nowej Konfederacji w zakresie polityki migracyjnej Polski są warte rozpatrzenia. Zwłaszcza zaś pogląd, że polityka migracyjna może i powinna być uzupełnieniem innych narzędzi polityki ekonomicznej oraz demograficznej, lecz ich nie zastąpi.
Trudno też nie zgodzić się z postulatem, iż konieczne jest oparcie asymilacji i integracji migrantów na naturalnych procesach społeczno-gospodarczych, nie zaś na biurokratycznym przymusie. Rzeczywiście, na siłę nie ma co kogokolwiek ściągać do Polski.
Z pewnością też warto rozważyć propozycję uproszczenia procedur nostryfikacji dyplomów wysoko kwalifikowanych pracowników zagranicznych. Ich obecność w Polsce z pewnością się przyda.

Pozdro z Polandrocka! Ważny tunajt

Kupiłem sobie ostatnio w zagranicznym sklepie z towarami przecenionymi, piękne białe dresy z tęczowym lampasem. Za chwilę będę je ubierał i szedł w nich grać dla niespełna miliona ludzi, którzy zjechali się w tym roku na festiwal Poland Rock a.k.a. Woodstock. Tymczasem siedzę sobie jeszcze w hotelu w Gorzowie, popijam ciecz wielkiej wykwintności i zastanawiam się, ileż to jadu i złego trzeba w sobie nosić, żeby mącić ludziom w głowach w tak perfidny sposób, jak to robi rządowa telewizja Kurskiego.

Byłem dziś na hotelowej siłowni. Tak czasami mam. Kiedy konserwowałem swoją tężyznę fizyczną, grał akurat informacyjny kanał państwowej telewizji, bo prywatnej w odbiorniku nie było. W „Teleexpresie extra”, głównym niusem dnia był piknik rodzinny z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, dalej nowojorska wystawa kotów (to sporo wyjaśnia), a na koniec alarmistyczny materiał o topieniu się lodowców na biegunie. Ani słowa o festiwalu Poland Rock, gdzie akuratnie stworzyło się na mapie trzecie co do wielkości miasto w Polsce. Specjalnie mnie to jednak nie zdziwiło, bo niczego innego się po telewizji w wydaniu Jacka Kurskiego od dawna nie spodziewam, także dysonans poznawczy nie wystąpił. Jednakowoż stacja nie była by sobą, gdyby na odchodne nie wbiła szpili. I to w sposób tak strasznie chamski, że rada etyki mediów powinna z miejsca przyrżnąć towarzystwu karę za zdeptanie podstawowych prawideł zawodu i nierzetelność. Podano bowiem w „Teleexpresie”, że w Kostrzynie na d Odą, w którym akurat trwa festiwal Poland Rock, agresywny, nagi mężczyzna dopuścił się naruszenia nietykalności cielesnej policjanta, informację ilustrując obrazkiem ulicznej szarpaniny naćpanego golasa z funkcjonariuszem. Dodano jeszcze, że na tym samym festiwalu znaleziono na polu namiotowym zwłoki 35-latka, a przyczyna zgonu nie jest znana. I tyle. Kropka. Innemi słowy, festiwal w Kostrzynie to miejsce niebezpieczne. Można za frajer dostać w cymbał, albo się przekręcić od nie wiadomo czego. Matki, zostawcie w domach swoje córki, bo jak tam pojadą, to najpewniej wrócą z brzuchem i to pewnie z czarnym. Takich przekazów nie powstydziłaby się nawet telewizja ojca dyrektora.
Byłem wczoraj w Kostrzynie. Nie widziałem zajścia z policjantem i golasem. Widziałem za to tłumy młodych, wolnych na ciałach i umysłach ludzi. Dla takich ludzi wczoraj grałem. Grał będę też dla nich dzisiaj. I dumny jestem, że dane mi było i będzie robić taką robotę dla tych wszystkich, którym się w tej Polsce nie widzi.
W naszej kapeli rozstrzał polityczny idzie od prawa do lewa, przez liberalne centrum. Nikomu jednak do głowy by nie przyszło, żeby odrzucić zaproszenie na scenę, przed którą stanie kilkaset tysięcy ludzi, tylko dlatego, że wierzymy w innego Boga albo nie wierzymy w niego wcale. Zresztą, czy Bóg jest czy go nie ma, mam nadzieję, że ktoś tam kiedyś zliczy te bezczelne manipulacje Kurskiego i ekipy i wystawi im za to rachunek. To, że towarzystwo nie lubi Owsiaka to ich sprawa. Owsiak to nie zupa pomidorowa, żeby go każdy lubił. To jednak, że za cel bierze sobie młodych ludzi i dzieli ich na tych lepszych, z marszu 11 listopada, i na młodzież gorszego sortu, z festiwalu gdzie ćpają, kradną i gwałcą, o nie, co to ot nie. Historia i gniew młodzieży, a ten wśród młodych ludzi jest, zmiecie ich kiedyś, i zostaną sami, jak prącie po kastracji. Mam nadzieję, że kiedyś, jeszcze za tej Polski, to zobaczę, choć, co by nie było, źle nikomu nie życzę i czekam na opamiętanie, ale nie robię sobie na to specjalnych nadziei…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Potrzeba nam mobilizacji

Z dr. hab. Rafałem Chwedorukiem, profesorem UW, rozmawia Przemysław Prekiel (Przegląd Socjalistyczny).

W wyborach europejskich Donald Tusk jednoznacznie wsparł listę Koalicji Europejskiej. To była zatem również jego porażka? Czy były premier wróci jeszcze do polskiej polityki?
Udział Donalda Tuska w końcowej fazie kampanii Koalicji Europejskiej od razu sprawiał na mnie wrażenie absolutnego kuriozum. Koalicja Europejska bowiem skupiała trzy różne partie o trzech różnych elektoratach: PO, SLD i PSL. Chciała się przedstawić, poprzez zamazanie szyldów, zwłaszcza PO, jako nowa jakość w polityce. Wiele o SLD i PSL może powiedzieć, ale nie to, że były radykalne i pogrążone w ideologicznym ferworze. To miało tworzyć w dłuższej perspektywie drogę do tych wyborców, którzy się ciągle wahają, pokazując im, że to nie jest kontynuacja rządów PO i PSL, że to, co zostało zaoferowane przez PiS w polityce społecznej, zostanie zachowane. Pojawienie się Donalda Tuska, który tak mocno kojarzy się z PO, siłą rzeczy musiało zniweczyć te usiłowania, pokazać Koalicję Europejską jako poszerzoną Platformę Obywatelską. To oczywiście nie przeszkodziło zmobilizować elektoratu tych trzech partii, ale ułatwiło mobilizację PiS przeciwko KE. Koalicja Europejska, mimo dobrego procentowo wyniku, przegrała jednak sromotnie. Donald Tusk pojawiający się w ostatnich dniach kampanii, będący świadkiem wystąpienia pana Jażdżewskiego, zapewne wbrew własnym oczekiwaniom, stał się jedną z twarzy porażki. Może nawet większą twarzą porażki niż poszczególni liderzy tych trzech partii.

Dlaczego?
Ponieważ jest bardziej rozpoznawalnym politykiem. A po tych wyborach stało się jasne, że jeśli Donald Tusk będzie chciał wrócić do polskiej polityki i mieć jakiś pomost do tego, musi liczyć na całkowitą zmianę wśród opozycji i jakieś nowe rozdanie. Bardzo znamienne są słowa sprzed wielu miesięcy, wypowiedziane przez Donalda Tuska, chwalącego lidera PSL i można się zastanawiać, że PSL nie stało się elementem rozgrywek PO, co najdobitniej pokazuje związanie się z ludowcami kilku polityków PO, bliskich Donaldowi Tuskowi.

Czy wynik w wyborach europejskich będzie miał wpływ na wybory parlamentarne?
Nie ma wątpliwości, że wpływ ma już teraz. Mobilizacja nowych wyborców jest tutaj nową okolicznością. Wybory do PE doprowadziły do rzadko spotykanej w polityce sytuacji. Istotna część liberalnych elit opiniotwórczych niemal siłą wepchnęła PiS do centrum. Każda partia polityczna walcząca o władzę chciałaby się znaleźć w politycznym centrum. To znaczy pozyskiwać wyborców z różnych grup społecznych, także takich, którzy nie są wyborcami którejś z głównych formacji. Paradoks PiS polegał na tym, że ta partia w olbrzymim stopniu znalazła się nawet bez własnych działań w centrum poprzez postawę olbrzymiej części celebrytów, wypowiadających się z pogardą o gorzej sytuowanych wyborcach, głosujących najczęściej na PiS. To stworzyło nową okoliczność. W tym momencie partie opozycyjne zostały wypchnięte z centrum a do tego dochodzi dramatyczny zwrot PSL, moim zdaniem ten zwrot jest bardzo spóźniony i to o kilka lat, nie kilka miesięcy.

Sam Wincenty Witos z dużym dystansem odnosił się do lewicowej partii chłopskiej PSL „Wyzwolenie”. Ten zwrot PSL-u dziś jest zatem czymś naturalnym?
Dziś postrzegamy tradycję ludową w sposób równie uproszczony. Był to ruch bardzo żywy, pełen dyskusji i konfliktów wewnętrznych. Różnica między PSL „Piasta” a PSL „Wyzwolenie” była po trosze różnicą ideową a także różnicą przestrzenną. „Piast” to przede wszystkim Galicja z kolei „Wyzwolenie” do dawna Kongresówka. Dzisiejsze PSL powstałe w wyniku transformacji ZSL-u w wymiarze przestrzennym było silne przede wszystkim tam, gdzie przedwojenne PSL „Wyzwolenie” w latach 20-tych: kieleckie, Lubelszczyzna, nieszlacheckie wsie północnego Mazowsza. W pasie witosowym, który ciągnął się od Krakowa przez Tarnów aż po Rzeszów, Przemyśl i dalej Lwów, od lat prawica ma wyraźna przewagę nad dzisiejszym PSL. Także Ziemie Odzyskane był tym obszarem, gdzie współczesnego PSL-owi udało się odegrać większą rolę. Strategia, jaką przyjął PiS na początku tej kadencji, czyli konfliktu z ludowcami i ich totalnej dyskredytacji, okazała się być nieskuteczna. Po wyborach samorządowych, które dla PiS-u miały wymiar słodko-gorzki, ponieważ dostał największą w swojej historii władzę w samorządach, ale gorzki dlatego, że procentowy wynik PiS-u był daleki od oczekiwań, PiS zmienił te taktykę, stał się bardziej koncyliacyjny. I to stało się dla PSL bardziej niebezpieczne niż otwarta walka.

W co zatem grają ludowcy? Budują własną koalicję „Koalicję Polską”. To jest podbijanie stawki czy powrót do korzeni? Politycy PSL podkreślają, że zaszkodziła im rewolucja LGBT, którą lansowała Koalicja Europejska.
Ponad wszelką wątpliwość kwestie LGBT i wielkomiejskiego antyklerykalizmu uderzyły mocno w PSL. Diagnoza PSL jest trafna, tylko spóźniona. Wszelkie próby wejścia tej partii do miasta nie kończyły się powodzeniem. Są oczywiście wyjątki, takie jak prezydent Ciechanowa z PSL czy od lat radni w radzie miejskiej Płocka, to to wynika z lokalnej specyfiki. PSL ma coraz mniejsze możliwości rozrastania się i naturalną możliwością przetrwania byłoby pozostanie tej partii w centrum. Pozostawanie w długim związku z PO stało się dla PSL kłopotliwe, zwłaszcza moment, gdy podniesiono wiek emerytalny, to na wsi przyjęto bardzo krytycznie. Nie przysłużył ludowcom również skręt w lewo PO w czasach rządów Ewy Kopacz.
Dochodzi do tego niewyjaśniona sytuacja obalenia wicepremiera Waldemara Pawlaka wewnątrz partii. PSL nie potrafił w odpowiednim momencie uderzyć pięścią w stół. Pytanie zatem czy owa Koalicja Polska jest odpowiedzią adekwatną do obecnej sytuacji. Powstanie Koalicji Europejskiej było bardzo prostym komunikatem dla opinii publicznej: jesteśmy razem, jednoczymy się ponad podziałami. A teraz jeśli ta koalicja się rozpada, to komunikat jest również prosty: opozycja się kłóci i nie wierzy w zwycięstwo nad PiS-em. Działanie PSL w obecnej chwili sprawia wrażenie trochę desperackiej próby ratowania się w ostatniej chwili, tak jak niegdyś Bronisław Komorowski, który między dwoma turami zgłosił ideę referendum w sprawie JOW-ów. Ujmując to w kategoriach symbolicznych – obecnie ludowcy chcą zieloną koniczynkę przemalować na czarno i napisać na niej ZChN, co jednak pomija istotę ich problemów. Umiarkowany i centrowy elektorat PSL przepływa do PiS nie dlatego, że jest narodowo-katolicki. Ci wyborcy właśnie dlatego byli przy PSL, bo ta partia była umiarkowana. A sama już nazwa „Koalicja Polska” to jest retoryka charakterystyczna dla prawicy. A przy wyborze dwóch partii prawicowych, dlaczego wyborca nie miałby wybrać większej? Trudna i niewdzięczna ewentualna koalicja z PO i SLD pozwoliłaby z pewnością ludowcom na posiadanie własnego koła bądź nawet klubu parlamentarnego, natomiast pójście do wyborów samemu i ewentualne nie przekroczenie progu spowodowałoby rewolucję wewnątrz PSL.

Przejdźmy do lewicy. Wierzy Pan w koalicję SLD, Razem i Wiosna? To byłaby powtórka z 2015 roku czy taka realna alternatywa dla rządów PiS?
W sposób oczywisty grozi to powtórką z 2015 roku. Pytanie, czy wyciągnięto wnioski z dawnej katastrofy. Koalicja może być pewna tylko głosów części żelaznego elektoratu SLD, zorientowanego w istotnym stopniu na kwestie historyczne. W Polsce nie ma miejsca na partię wyrazistą w kwestiach światopoglądowych i wyrazistą w sprawach ekonomicznych i jednocześnie adresowaną do ludzi młodych i w średnim wieku. Nie ma po prostu takiego elektoratu. Nie to społeczeństwo i nie te czasy. Dla sporej części wyborców SLD skrajnie ideologicznie postulaty są rażące i nie do zaakceptowania. W 2015 roku, kiedy SLD poszło razem z Barbarą Nowacką i Januszem Palikotem, największe straty Sojusz odnotował w elektoracie prawosławnym, zawsze lojalnym wobec lewicy. Radykalizm światopoglądowy nie okazał się ani dla Zjednoczonej Lewicy w 2015 roku, ani dla Wiosny w 2019 roku wehikułem do sukcesów wyborczych.
Druga pułapka wiąże się z formalizacją koalicji, zamiast listy SLD jako partii. Partia Razem, z całym szacunkiem dla działaczy tej partii, ale nie dysponuje zasobami kadrowymi i strukturami, które dawały gwarancję długotrwałego istnienia. Trudno byłoby uwierzyć także, iż Wiosna dysponuje szerszym lokalnym, organizacyjnym zapleczem. Doświadczenia dla SLD z Ruchem Palikota były fatalne, zarówno w wymiarze organizacyjnym jak i finansowym. Do tego powraca problem progów 5 i 8 proc.

Wielu komentatorów podkreślało, że po wyborach europejskich mamy w Polsce de facto system dwupartyjny. Uważa Pan, że zmierzamy w tym kierunku?
Bardziej widzę perspektywę dwublokową niż dwupartyjną. Konflikt PO z PiS z czasem zaczął się nakładać na różne osie podziału socjologiczno-politycznego w polskim społeczeństwie. Kumulował je konflikt klasowy i konflikt kulturowy oraz konflikt na linii centrum-peryferie. I stąd taka intensywność konfliktu i polaryzacja w życiu społecznym. Temu oczywiście sprzyjały również błędy polityczne zarówno w wykonaniu SLD jak i PSL. Nie wydaje mi się jednak, aby to był konflikt wieczny. Młoda generacja Polaków nie bardzo odnajduje się w tym sporze. Po pierwsze, młodzi ludzie niezbyt interesują się polityką, po drugie, nieszczęsna reforma edukacji z 1999 roku i jej późniejsze dopełnianie obniżyły wymogi, ograniczyły faktycznie np. historię. Wreszcie w końcu ci młodzi ludzie urodzili się i wychowali w kompletnie innych warunkach niż generacje od nich starsze. To są już ludzie jakby w pełni ukształtowani w III RP. Ich poglądy na gospodarkę są bliższe PO niż PiS-owi, ale odpowiada im antyestablishmentowy charakter PiS-u. Stąd niska frekwencja wśród młodych ludzi. Ten efekt nie będzie moim zdaniem ułatwiał bipolaryzacji w przyszłych latach.
Widzi Pan profesor w niedługiej perspektywie odrodzenie się lewicy w Polsce? Na czym głównie powinna się skupić? Mówił Pan, iż nie może to być partia radykalna zarówno w kwestiach ekonomicznych jak i kulturowych.
Ostatnie wybory do PE najdobitniej to pokazały. Ucieczka od lewicowej tożsamości Roberta Biedronia pokazało, iż elektorat liberalny i obyczajowy niekoniecznie jest liberalny w kwestiach ekonomicznych. W tej chwili jedyne aktywa i zasoby jakie lewica ma, w aspekcie makrospołecznym, to jest istniejący, choć topniejący elektorat SLD i bardziej kwestie związane z odniesieniami tej partii do PRL i III RP są tutaj istotne. Z pewnością zrestartować myślenie wielu grup społecznych mógłby jakiś globalny kryzys i otworzyć nową przestrzeń dla lewicy. W zachodniej socjaldemokracji, pogrążonej w największym kryzysie w swojej historii, trwają żywiołowe dyskusje na różnych poziomach, co robić dalej. Z tych dyskusji wyłania się przekonanie, że socjaldemokracji niezwykle trudno bronić swoich tradycyjnych elektoratów a jednocześnie odnieść się do kwestii migracji czy praw osób LGBT. Już doszło do katastrof kilku partii socjalistycznych, np. we Francji. W końcu trzeba się jednak na coś zdecydować. Zauważmy, że duńska partia socjaldemokratyczna, zwycięska w ostatnich wyborach, zaostrzyła agendę w sprawie imigracji, to najdobitniej pokazuje skale zjawiska i jak bardzo imitacyjne i odrealnione są próby adaptacji do Polski zachodnich wzorców sprzed 10 czy 15 lat. To przestaje być aktualne.

Bigos tygodniowy

Nie wiem (nie ja jeden) jakie będą dalsze losy politycznego sojuszu lewicowego, który z nagła zrodził się z porozumienia Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i Adrian Zandberga, aktualenie roboczo nazwanego Lewicą. Co prawda okoliczności jego powstania były nieco wymuszone, ale powstrzymam się od wybrzydzań, bo żadne ludzkie dzieło nie jest bez zmazy i skazy. Odczuwam jednak satysfakcję, że nie będę zmuszony okolicznościami do oddania głosu na koalicję, której liderem byłby polityk centroprawicowy, który jeszcze kilka lat temu mówił o potrzebie „konserwatywnej kotwicy”. Pojawiła się szansa na to, że po raz pierwszy od 1989 roku będę mógł oddać głos zgodny z moim wewnętrznym przekonaniem ideowym, a nie na „mniejsze zło”. Jakikolwiek wynik uzyska w wyborach koalicja SLD, Razem, Wiosny i PPS wreszcie bez niekomfortowego poczucia przykładania ręki do zgniłego kompromisu oddam głos na formację łączącą lewicowy pragmatyzm SLD, lewicowy kurs socjalny Razem, lewicowość kulturową Wiosny oraz lewicową tradycję historyczną PPS. Wreszcie mam szansę zagłosować nie według zasady „jak się nie ma co się lubi…”.
*****
W Białymstoku kibolscy bandziorzy zaatakowali Paradę Równości i rozpętali burdy, w których pobito kobiety, uczestniczki Marszu, a także poturbowali policjantkę. Władza stosuje taką taktykę, że daje wolną rękę policji w pacyfikowaniu bandyckich ekscesów (niech się chłopaki ćwiczą w robocie), ale sama nie kwapi się do wyraźnie stanowczego, oficjalnego potępiania. Witek zabrała co prawda głos, ale nie wyszła poza to oficjalnej dezaprobaty. Jeden z uczestników MR po zajściach powiedział o Polsce: „Dziki kraj”. Poprzednio określenia tego użył przed laty Miro Drzewiecki z PO, ale, że tak powiem, na inny temat.
*****
„Strefa wolna od LGBT” – tak brzmi napis na naklejce (wlepce), którą „Gazeta Polska” ma dołączyć do najbliższego wydania tygodnika. Bez entuzjazmu, jako materiał poglądowy potrzebny mi do pracy publicystycznej, ale nabywam co tydzień ten tytuł. Jednak tego akurat numeru nie nabędę, by nie współfinansować faszyzujących metod. Potępiła te nalepki ambasadorka USA w Warszawie Georgette Mosbacher. Diabli nadali PiS-owi tę babę i to jako dar od przyjaciela Trumpa. I jak tu ją krytykować? A nie mógł Donald przysłać jakiejś fundamentalistki z „pasa biblijnego” tylko „kobietę wyzwoloną” z elity nowojorskiej? Trochę próbują, ale delikatnie i nieoficjalnie (rzecznik rządu). Pozostaje im dobra mina do złej gry.
*****
Natomiast w Lublinie szef klubu radnych miejskich PiS Tomasz Pitucha przegrał proces z miejscowym działaczem LGBT. Walka o normalność w Polsce trwa.
*****
Ame(ł)ryka przysłała też nad Wisłę niejakiego Roda Dehera, religijnego blogera, który po dokonaniu inspekcji stwierdził, że „przyjechał do Polski w przekonaniu, że odwiedzi prawdziwy bastion chrześcijaństwa w Europie, jak przystało na kraj Jana Pawła Drugiego, a zastał kraj na rozdrożu, w stanie kryzysu kulturowego”, w którym za 10 lat spodziewać się można powtórzenia wariantu irlandzkiego.
*****
Profesor Jacek Raciborski przypomniał wyliczenie, według którego na obóz anty-PiS czyli Koalicja Europejska, Wiosna i Razem z jednej strony, a PiS z drugiej, uzyskały 26 maja prawie identyczną liczbę głosów czyli, że mamy do czynienia niemal z idealnym remisem. Problem w tym jak ten faktyczny remis przekuć na remis w Sejmie i Senacie.
*****
Mianem „starego iluzjonisty” określił poseł Siemoniak Kaczora. W dobrym momencie, bo na jednym z pisowskich wieców wezwał do zakończenia „wojny polsko-polskiej”. „Stary wilk” znów udaje łagodnego baranka.
*****
Afera wokół myku Kury z datą premiery filmu „Solid Gold” pokazała, że znów aktualne jest leninowskie hasło, że „kino jest najważniejszą ze sztuk”. Natomiast „symetrystyczne” porównywanie intrygi Kury z przygotowywaną premierą „Polityki” Patryka Vegi jest nieuprawnione. W tym pierwszym przypadku chodzi bowiem o wykorzystywanie filmu do prorządowej kampanii wyborczej za publiczne pieniądze, w tym drugim o prywatną produkcję filmową.
*****
Wiceprezes TVPiS Mateusz Matyszkowicz wystąpił w obronie „Wiadomości” i Holeckiej skrytykowanych za prymitywizm przekazu przez „bywszego” sojuszniczego dziennikarza Roberta Mazurka. Nie ta obrona mnie jednak zaskoczyła, lecz wygląd i przyodziewek Matyszkowicza. Kiedy zimą 2016 przybył do TVPiS z „Frondy” na stanowisko szefa TVP Kultura wyglądał jak offowy dziennikarz-chudzina, w abnegackich porteczkach, bucikach i powyciąganym sweterku, co budziło we mnie nawet pewną sympatię. Teraz pokazał się przed kamerami z twarzą jakby prosto wyjętą z pszczelego ula, odziany w okazały „gang” i krawat. Co to władza robi z ludźmi!
*****
Jakubowska Aleksandra na łamach organu Karnowskich (w polityce, sieci) z jadem nienawiści analizuje sytuację na lewicy po porozumieniu Czarzasty-Biedroń-Zandberg. Jak ta niegdysiejsza „lwica lewicy” lewicy nienawidzi, jak pokochała klimaty klerykalno-prawolskie.
*****
Co mnie uderza, to nieustanny, nieprzerwany od czterech lat, zmasowany i konsekwentny atak władzy PiS na sędziów. Żadne środowisko społeczne nie jest zwalczane z taką nienawiścią, nawet wrodzy politycy z lewakami włącznie, nawet nieprzychylne PiS media. Skąd to się bierze? Kaczyński i jego kamaryla usilnie dążą do spacyfikowania sądownictwa, które przy wszystkich swoich niedostatkach jest jedynym prawdziwym buforem między społeczeństwem a władzą. Tej roli w tym stopniu nie spełnią ani opozycyjni politycy ani nawet niezależne media, bo przeciw jednym i drugim władza może wystawić swoich polityków i swoje media. Alternatywnego sądownictwa nie stworzy.