Problem zdrowia My socjaliści

Amerykański slogan brzmi: „Najlepiej być młodym, zdrowym, pięknym i bogatym”. Nie wszystkim się to udaje, również w Ameryce. Problemem jest najczęściej zdrowie, którego z upływem czasu ubywa. Zorganizowane społeczeństwa współcześnie zabezpieczają się przed utratą zdrowia i tego skutkami.

Doświadczeniem naszej cywilizacji jest system ubezpieczeń społecznych. Polskie doświadczenia w systemie ochrony zdrowia społeczeństwa mają ponad wiekową tradycję i są wynikiem kompromisu przynajmniej dwóch nurtów ideowo-politycznych obecnych w naszym kraju: socjalizmu ze sztandarowym hasłem sprawiedliwości społecznej oraz liberalizmu nastawionego na swobodę działania i hasło głoszące: „radź sobie sam”.
Z czasem okazało się, że hasła i idee są dość trudno wprowadzane w życie, stąd konieczna była interwencja państwa i ustanowienie systemu ochrony zdrowia z mniejszym lub większym udziałem, obciążającego pracujących obywateli obowiązkowymi składkami.
Tylko niewielka część obywateli była w stanie poradzić sobie sama. Tak jest do dzisiaj i w Polsce, i w innych krajach.
Aktualnie palącym problemem naszego kraju jest niewydolność systemu ochrony zdrowia, co przerodziło się od co najmniej ćwierćwiecza w problem społeczny i już także polityczny. Od wielu lat żerują na nim populiści różnych maści, obiecując podwyższenie budżetu zdrowotnego państwa. Mimo trwałych podwyżek, pieniędzy od lat brakuje, a nikt nie pokusił się dotychczas o poważną analizę ich wykorzystania. Padają wyłącznie argumenty o trwałym braku środków i porównania ze społeczeństwami znacznie zasobniejszymi od naszego.
W PRL nie mówiło się jednak nigdy o zapaści, a do lekarza rzadko czekało się w kolejce dłuższej, niż kilka dni.
Dziś widać, że pełne zaangażowanie państwa w ochronę zdrowia obywateli przynosi pozytywne skutki. Doświadczenia amerykańskie, gdzie kilkadziesiąt milionów obywateli pozostaje dziś bez ubezpieczenia, są jak najbardziej odstraszające.
Ponadto widać, że społeczeństwo nie może pozostawić decyzji dotyczących zdrowia w rękach kapitału. Na szczęście posiada konstytucyjne gwarancje ochrony zdrowia, co stwarza nadzieję i szanse, ale w praktyce jednak mało to znaczy.
Widać więc po tych przykładach, że nie da się prosto, wyłącznie poprzez dofinansowanie uratować aktualnego systemu ochrony zdrowia w Polsce.
Dofinansowanie, co widać po wielu przykładach, skutkuje wzrostem dochodów sektora prywatnego w służbie zdrowia i postępującym zadłużeniem sektora państwowego i samorządowego. System wymaga rewolucyjnych zmian, wprowadzić je może wyłącznie polska lewica, która bez obrzydzenia posiłkować się będzie wartościami płynącymi z idei sprawiedliwości społecznej i wcześniejszymi doświadczeniami socjalistów.
Podstawowym problemem środowisk służby zdrowia i polityków działających w tym obszarze, a co szczególnie karygodne – lekarzy, jest to, że stały się one świadomie, lub często nieświadomie, więźniami rynku i pełnią rolę handlarzy i dystrybutorów a nie ratują ludzi za wszelką cenę.
Ani państwo dziś, ani środowiska związane ze służbą zdrowia nie zajmują się leczeniem chorych wynikającym z obowiązku pełnienia służby społecznej. W ramach tzw. usług społecznych sprzedają na rynku życie i zdrowie, a wielu z nich na tym dobrze zarabia.
Nie może być tak nadal, że w polskiej kulturze i obyczaju akceptujemy, że życie i zdrowie ludzkie jest towarem rynkowym, że można je kupować, sprzedawać, że opiera się na tym neoliberalnym paradygmacie również nasze państwo. Lewica musi walczyć z tą zasadą również w innych obszarach.
System ochrony zdrowia w Polsce trzeba zbudować od nowa pod egidą państwa. Powinno powstać ponadpartyjne porozumienie dotyczące jego przebudowy.
Do niezbędnych elementów nowego systemu zaliczyć trzeba takie generalne rozwiązania jak: bezpośrednie finansowanie ochrony zdrowia przez państwo, likwidacja NFZ i całej biurokracji, eliminacja wszelkich układów prywatno-publicznych, rozdzielenie państwowego i prywatnego systemu ochrony zdrowia, dostosowanie zarobków w służbie zdrowia do systemu państwowego, reforma systemu kształcenia lekarzy i personelu medycznego, wstrzymanie na co najmniej 10 lat inwestycji w infrastrukturę biurokratyczną służby zdrowia, przesunięcie w budżecie na rok 2021 środków na reformę służby zdrowia m.in. z budżetu MON na zakupy broni ofensywnych.

Polski dobrobyt ukraińskimi rękami

„Polski model państwa dobrobytu” zaproponowany w expose pana premiera Mateusza Morawieckiego kierowany był jedynie do „normalnych” Polaków. I dlatego program, który w normalnym expose powinien obywateli łączyć, albo niwelować istniejące różnice, jedynie zaostrzył istniejące już podziały w polskim społeczeństwie.

Bo oferta premiera została skierowana jedynie do „normalnych” polskich rodzin, czyli tych preferujących narodowo – katolicki wzorzec. Kolejna szansa na wygaszenie wojny polsko-polskiej została zmarnowana.
Okazało się bowiem, że przyszły dobrobyt obiecywany przez premiera pana prezesa Kaczyńskiego, nie dotyczy wielu milionów obywateli państwa polskiego. Nie dotyczy wszystkich niekatolików.
Gdybyśmy dzisiaj przeprowadzili w naszym kraju uczciwy spis, albo rzetelny sondaż okazałoby się, że grupa osób nie identyfikujących się z religiami przekracza już dziesięć procent polskiego społeczeństwa.
Nieprawdziwy zatem jest też upowszechniany przez prawicowe media mit, że ponad 90 procent społeczeństwa polskiego to rzymscy katolicy. Zapewne mamy ponad 80 procent obywateli naszego kraju kiedyś ochrzczonych w tym obrządku. Ale to nie oznacza, że wszyscy oni przynależą się obecnie do polskiego kościoła katolickiego.
Dość rzetelne niedawne kościelne statystyki wskazują, że na msze święte regularnie uczęszcza jedynie czterdzieści procent deklarujących się jako „katolicy”. Jeszcze mniejsza grupa regularnie przystępuje do komunii świętej.
Symbolicznym było ślubowanie nowo wybranych parlamentarzystów. Prawie jedna czwarta nowego składu Sejmu RP nie skorzystała z możliwości dodania do roty ślubowania religijnej końcówki. I pewnie byłoby ich więcej, gdyby ateiści z klubu parlamentarnego PiS mieli więcej odwagi i nie ulegli panującemu tam „terrorowi poprawności politycznej”. Ale pan prezes Kaczyński zapowiedział walkę z „poprawnością polityczną”. Może następnym razem i oni się odważą?
Ile Ukrainy w Polsce?
„Polski model państwa dobrobytu” nie był też kierowany do innych niż „normalni Polacy” obywateli i mieszkańców naszego kraju. Nie dotyczył chrześcijan obrządku prawosławnego. Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Mołdawian, Rosjan.
Tych, którzy zamieszkują Polskę od wieków, od lat posiadają polskie obywatelstwa. Szacowanych na przynajmniej ponad pół miliona, a może i milion obywateli.
I tych cudzoziemców, którzy przybyli do nas w ciągu ostatnich kilku lat. Migrantów zarobkowych i studentów. Z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii. Ich może być już w naszym kraju prawie dwa miliony.
Oślepione narodowo – katolickim nacjonalizmem elity PiS nie chcą ich zauważyć. Samookłamują się, że mamy do czynienia jedynie z okresowym pobytem „pracowników – gości”. Ot, biedni ludzie z dzikiego Wschodu skorzystają sobie z danej im okazji, zarobią sobie, i wrócą tam gdzie ich miejsce.
Elity PiS nie chcą się pogodzić z prawdą i ekonomiczną rzeczywistością. Przecież bez pracy obecnych i kolejnych setek tysięcy ekonomicznych emigrantów z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i innych krajów nie ma szans na „Polski model państwa dobrobytu”.
Pan premier Morawiecki w swym eksposeł opowiadał bajki o setkach tysięcy Polaków pakujących już swe emigracyjne walizki. Aby z wiosną, z bocianami, po wrócić na Ojczyzny łono, zwabieni wizją „państwa dobrobytu”.
Ale takiej reemigracji nie będzie. Elity PiS zakłamują rzeczywistość i oszukują swych wyborców. Nie wspominają im o milionach Ukraińców i Białorusinów stale pracujących w Polsce. A tych, którym udało się dostać „Kartę Polaka”, teraz już coraz łatwiej wydawaną, mianują „odzyskanymi Polakami”.
Za to miliony Ukraińców codziennie budujących nasz „polski dobrobyt” są dla elit, mediów i biurokracji PiS niewidzialnymi.
Nie ma długofalowej polityki państwa polskiego wobec tej nowej emigracji. Bo elity PiS dalej udają, że problemu nie ma. Łudzą się, że ukraińscy emigrancki wtopią się w polskie społeczeństwo niczym wspólnota wietnamska. Nie będą zawracać państwu polskiemu głowy. Schowają się w niszach rynkowych i kulturalnych.
Elity PiS zapominają, że emigracja ukraińska jest nie tylko wielokrotnie większą od wietnamskiej. Zatrudniona jest już we wszystkich sektorach polskiej gospodarki. Zapominają, że ta emigracja ma po drugiej stronie granicy własne państwo. Nadal nie ustabilizowane, skonfliktowane.
Skutki braku polityki
W efekcie takiego sąsiedztwa do Polski przenosi się nie tylko ukraińska siła robocza, ale też spory i podziały polityczne stale obecne w ukraińskim społeczeństwie.
Niedawno został w Polsce aresztowany Ihor Mazur, weteran walk w Donbasie, aktywista nacjonalistycznych bojówek. Bo był poszukiwanym przez Interpol na wniosek Rosji. Po ukraińskich protestach wypuszczono go z aresztu i wykreślono z rejestru poszukiwanych. Ale problem rosnącego znaczenia faszyzujących, czy wręcz odwołujących się do nazizmu, ukraińskich ugrupowań pozostał. Czego w Polsce nie dostrzega się. Nie ma w Polsce instytucji, które by monitorowały takie zachowania wśród nowych emigrantów. Nie mówiąc już o edukowaniu ich w celu eliminowania złych wzorców. Zakazanych w Unii Europejskiej.
Żyjące w bańce „normalności nagrodo-katolickiej” elity i media PiS nie dostrzegają innych, chrześcijańskich religii. Albo traktują je z góry, protekcjonalnie.
I pewnie dlatego znowu nikt nie reaguje kiedy ukraińskie konflikty między prawosławnymi cerkwiami przenoszą się na teren Polski. Niedawno znany we wspólnocie prawosławnej monaster Świętych Cyryla i Metodego w Ujkowicach stał się miejscem walk między dotychczasowym patriarchatem moskiewskim a nowym kijowskim.
Cóż, można rzec, że takie spory i problemy nie są warte uwagi elit budujących „polski model państwa dobrobytu”, bo ci emigranci – Ukraińcy nie są przecież „normalnymi Polakami”.
Ale oni żyją w Polsce są, budują tutejszy „dobrobyt”. Wielu z nich zostanie u nas na stałe. I mają wszelkie prawa by państwo polskie otaczało ich swą opieką. Pomagało im w integracji ze społeczeństwem polskim. Zapewniało im dostęp do kultury narodowej i polskiej. Tworzyło warunki do wyznawania ich religii. Zapobiegało krzewieniu nienawiści narodowej, religijnej, politycznej.
Bez ich ciężkiej pracy i wysiłku program pogoni gospodarczej za Niemcami, tak pięknie wyartykułowany przez pana prezesa Kaczyńskiego, nie spełni nam się.

PO musiałaby wystawić Ogórek, by nie wejść do II tury

– Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu – wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W piątek prezydent zaprzysiągł nowy stary rząd Mateusza Morawieckiego. Co ciekawe, premier pełni też funkcję tymczasowego ministra sportu. Dziwne?

JAROSŁAW FLIS: Nie ma rzeczywiście żadnego zaskoczenia, przetasowania są chyba nawet mniejsze, niż przy powoływaniu drugiego rządu Donalda Tuska. Sprawa ministra sportu jest dość kuriozalna. Powszechnie wiadomo, jeżeli wierzyć, że minister Paruch jest osobą dobrze poinformowaną, a trudno to podważać, że funkcja ministra sportu była elementem rozgrywek o senat i to nieudanych. Już samo podejmowanie takich rozgrywek nie jest powodem do chwały, a jeżeli jeszcze nie wychodzą, to już w ogóle jakieś kuriozum. To oczywiście nie wywróci rządu, ale jest na pewno dodatkowym obciążeniem do ogólnego bilansu ostatnich wydarzeń.
Widać też, że entuzjazm, gdy po raz pierwszy zdobędzie się władzę, jest dużo większy, niż gdy robi się to po raz drugi. Teoretycznie jest to trudniejsze, także patrząc na ostatnie ćwierćwiecze, gdzie przypadków oddawania władzy było znacznie więcej, niż jej zachowania. Chociażby z tego względu premier powinien bardziej się cieszyć, a przynajmniej to pokazywać.

Może rząd ma zbyt dużo zmartwień? Jeszcze kilka dni temu premier mówił w Sejmie: „Skarbiec jest pełny, ludzie mają pracę, granicę są bezpieczne”. Tak długo się chwalił, że aż marszałek Witek musiała mu przerywać. Teraz okazuje się, że skarbiec nie jest wcale pełen. Pomysł zniesienia limitu składek, podniesienie akcyzy do 10 proc. na alkohol i papierosy, 13. emerytura z funduszu niepełnosprawnych. Te ruchy pokazują prawdziwe kłopoty władzy?

Mamy pierwsze kłopoty rządzących i to też nie jest nowość. Znamy to z przeszłości. PO podwyższała wiek emerytalny, choć w kampanii zastrzegała się, że tego nie zrobi. Potem tłumaczyła, że to konieczne, ale koniec końców za to zapłaciła.
Teraz też PiS w kampanii opowiadał, że na wszystko jest, a jednak po wyborach okazało się, że niekoniecznie. Widać, że kampanię prowadzi się dużo łatwiej, niż później zarządza się państwem. Kampania wszystko przyjmie, a teraz trzeba się z tym naprawdę mierzyć.
Jak patrzymy na doświadczenia po, to właśnie tuż po drugim zwycięstwie teflon zaczął się rysować. Pis powinien wyciągnąć z tego wnioski. Lecz – jak widać – słodki jest ten miód i ta muchołapka działa na wszystkich. Trudno się oprzeć pokusie, żeby jeszcze trochę obiecać, a potem się zobaczy. Tylko że potem to już tak łatwo nie wygląda.

Mam jednak wrażenie, że w takiej skali takiej bezczelności jeszcze nie było. Ledwo co nowy Sejm się zebrał, a już mamy poselski projekt dotyczący zniesienia limitu składek. Pęka teflon?

Tu wszystko dzieje się bardziej. Jakiś czas temu sformułowałem tezę, że Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu, czyli wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej, oczywiście po za tym, że teraz to „my” będziemy u władzy, a „wy” na aucie. To też jest jeden z elementów: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej.

Czy sprzeciw Jarosława Gowina może zachwiać rządem Morawieckiego?

Do tego jeszcze daleka droga, chociaż widać, że łatwo to już było. Teraz będzie już tylko trudniej.

Na ile istotny stał się teraz Senat?

To rzeczywiście nowość w polskiej polityce. Do tej pory Senat był na trzecim, jeżeli nie dalszym miejscu, bo chyba nawet samorządy wzbudzały większe zainteresowanie, niż wydarzenia w Senacie. Oczywiście te emocje, które wywoływały spekulacje, czy ktoś przejdzie na drugą stronę, też wzmogły to zainteresowanie. Ciekawe, że sondowany był sam senator Grodzki, aby przeszedł na stronę PiS za posadę ministra zdrowia. Spekulacje w sprawie podkupywania senatorów trafiły na istotną barierę i to najlepiej widać właśnie na przykładzie nowego marszałka.
Przejście na drugą stronę oznaczałoby, że w przyszłości musiałby się on pożegnać z mandatem senatorskim, bo prawdopodobieństwo, że kandydat PiS zdobędzie mandat w Szczecinie są takie, jak szanse, że kandydat ko zdobędzie mandat na Podhalu czy Podkarpaciu.
Oczywiście jest to teoretycznie możliwe, ale raczej nikt na takim założeniu nie będzie budować swojej kariery politycznej. Tym bardziej, że lepiej być senatorem, który nagle zyskuje wielką wagę, bo Senat staje się ważny, niż kimś, kto powtarza przekazy dnia i klepie ustawy w środku nocy.

Jak bardzo Senat napsuje krwi PS-owi? Nie pytam tylko o spowolnienie procesu legislacyjnego, ale też np. o wezwanie szefa NIK-u Mariana Banasia przed komisję.

Tu wiele zależy od pomysłowości. Sam Banaś dostarcza powodów do tego, ale ważne jest jeszcze, jak zareagują na to media. I to nie media jednoznacznie opowiadające się po jednej czy drugiej stronie, ale te próbujące zachować dystans. Na przykładzie telewizji możemy powiedzieć, że nie to, jak zareaguje TVP Info czy TVN24, ale to, jak to będzie przedstawiał Polsat.
Potrzeba pomysłów, aby pozycję instytucji budować. Wiemy, że to takie proste nie jest, wystarczy spojrzeć na samorządy, które są jeszcze ważniejszą instytucją, niż Senat – tam są realne pieniądze i władza. Ale od czasu zeszłorocznych wyborów do mediów przebiło się niewiele spraw, a tak naprawdę to tylko awaria Czajki w Warszawie.
Prof. Jan Zielonka przypomniał ostatnio porzekadło tenisistów: nie ma takiej piłki, której się nie da zepsuć. Senat to jest bardzo wygodna i dobra piłka, którą opozycja dostała, ale to nie oznacza, że nie może jej zepsuć.

Jak ocenia pan pomysł, aby Tomasz Grodzki był kandydatem na prezydenta?

Wydaje mi się, że to nie jest realny pomysł, choć dobrze pokazuje przy okazji posuchę po stronie opozycji, więc i taki wariant można rozważyć. Jednak marszałek Grodzki to nie jest jakieś wunderwaffe, choć z drugiej strony innego nie widać. To jest ciężki temat dla PO i na pewno musi się tam rozstrzygnąć i to w najbliższym czasie.

Czyli pana zdaniem Małgorzata Kidawa-Błońska nie jest wunderwaffe?

Jej wynik w Warszawie, którym wszyscy się zachwycają, nie jest wcale taki spektakularny. W procentach głosów – nie jest to oczywiście najlepszy wskaźnik – zdobyła 71 proc. w obrębie listy PO. To jest mniej, niż Ewa Kopacz zdobyła 4 lata temu – 76 proc. Zatem jest porównywalną wunderwaffe do Ewy Kopacz, ale zobaczymy, co się zdarzy. Andrzej Duda też nie był zwalającym z nóg kandydatem, a jednak Bronisława Komorowskiego pokonał. Gdy teraz spojrzymy na wpadki prezydenta, chociażby z referendum, to wiadomo, że nie trzeba być jakimś super geniuszem, aby go pokonać, bo ma rozliczne słabości.

A Szymon Hołownia na prezydenta?

Jak wystartowałby w prawyborach i je wygrał, to byłoby to duże zaskoczenie. To jest jednak mało prawdopodobne. Oczywiście takie rzeczy się zdarzały – na przykład na Słowacji z prezydentem Andrejem Kiską. Jednak przyczyną było to, że tam scena polityczna poszła w kompletne drzazgi. Nasza scena polityczna akurat się pięknie poukładała.
Na dziś wygląda to tak, że kandydat PO zdobędzie najwięcej głosów, bo to partia, która istnieje 18 lat, zawsze była pierwsza albo druga. Musiałoby się zdarzyć coś naprawdę nieprawdopodobnego, np. PO musiałaby wystawić Magdalenę Ogórek, żeby nie wejść do II tury.
Chociaż oczywiście w polskiej polityce wszystko się może zdarzyć. Leszek Miller forsując nikomu nieznaną kandydatkę też zrobił coś, co wszystkich zaskoczyło. Nie sądzę jednak, by ktoś chciał spróbować zrobić coś podobnego raz jeszcze.

WK-K Ważny tunajt

Piszą w prasie, że dziś. tj. w niedzielę, w Wierzchosławicach, odbędzie się uroczyste posiedzenie Rady Naczelnej PSL. Mniej więcej rok temu, w siedzibie Superstacji, którą Zygmunt Solorz rozpędził na cztery wiatry, siedziałem na kanapie obok Władysława Kosiniak-Kamysza. Czekał akurat na rozmowę z red. Michalik. Ani po mnie, ani po niej nie ma w Superstacji śladu, a Władysław Kosiniak-Kamysz wciąż jest.

Pamiętam, że przeglądałem wtedy gazetę. Na pierwszej stronie była informacja o tym, że prezydent zaprasza do Pałacu Namiestnikowskiego polityków na narady. Chyba na temat, pożal się boże referendum, które miał zamiar rozpisać na 11 listopada. Zapytałem szefa ludowców, czy On i jego ludzie też są zaproszeni do Pałacu. Nic na ten temat nie wiedział i nie wybierał się. Zamierzał jechać w tym czasie do Wierzchosławic. Gadaliśmy też chwilę o piłce i o sporcie. Pamiętam, że mowa była o krakowskich drużynach, Wisły i Cracovii. Władysław Kosiniak-Kamysz zaskoczył mnie wówczas pozytywnie swoją aktualną wiedzą w temacie. Niestety, nie zdążyliśmy pogadać dłużej, bo chwilę później w obroty wzięła go red. Michalik. Pamiętam, że to była bardzo nieprzyjemna dla ucha rozmowa. Red. Michalik chciała wycisnąć na siłę z Kosiniak-Kamysza deklaracje o ludowców programowej antypisowości, potępieniu zmian w sądownictwie etc. ale robiła to z wdziękiem młockarni. Biedny chłopina jednak nie wstał od stołu i grzecznie parował ciosy. No właśnie, pomyślałem sobie wtedy, to jest taki grzeczny chłopak. Ułożony, trzymający się prosto. Czasem, aż za bardzo, jakby połknął bambusowy kij. A jesteśmy w końcu w jednym wieku. Dobrze wychowany i gładki, że na prezydenta aż za porządny. Zjedzą go w tym Pałacu te wszystkie harpie. Ale z drugiej strony, pomyślałem, może właśnie o to chodzi. Ja wolę kogoś bardziej czupurnego, ale naród lubuje się, przynajmniej w warstwie wizualno-poznawczej, w chłopiętach-patrz obecny prezydent. Być może właśnie z tego powodu Władysław Kosiniak-Kamysz ma rzeczywiście spore szanse na to, żeby z Andrzejem Dudą wygrać, bo obydwaj tacy podobni. O pomyłkę nie trudno.
Politycznie, z Kosiniak-Kamyszem też mam kłopot. Bo choć, jak sam podkreśla, od obecnego prezydenta różni go wiele, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednakowoż różnic między obydwoma panami byłoby mniej, niż może im samym się wydawać. Władysław Kosiniak-Kamysz jawi się jako polityk, na którego patrzy się jak przez fotograficzną kliszę. Obraz jest mocno nieostry i rozmyty. Jego ostatnie wybory trochę tę obłość ociosują; mało kto przypuszczał, że w wyborach PSL osiągnie tak dobry wynik. Do tego małżeństwo z rozsądku z Kukizem, które dało więcej korzyści Kosiniakowi niż Kukizowi; uwiarygodniło od nowa PSL w miastach, co znowu nie było takie trudne, kiedy startuje się z poziomu minus pięćset.
Coraz głośniej też można usłyszeć na mieście, że w wyścigu do dużego Pałacu wsparcia Kosiniak-Kamyszowi udzielić zdecyduje się dam Donald Tusk. I, moim zdaniem, jest to bardziej niż prawdopodobne. Tusk nie zaangażuje się w sprawy, w których nie ma pewności, że wygra, czemu się wcale nie dziwię. Też tak mam niestety, że widmo porażki paraliżuje mnie w blokach. Wolę wtedy stanąć obok, niż zmierzyć się ze swoimi demonami. Jest to sprawa dla terapeuty. Podobno dobry fachowiec potrafi sobie z tym poradzić.
Biorąc pod uwagę te wszystkie zmienne: podobieństwo mentalne i fizyczne do PAD, szeroki lej programowy, w którym może się zmieścić wiele dobrego i złego, poparcie opozycji na czele z Tuskiem, rację może mieć Bogdan Zdrojewski, który stwierdził niedawno, że z prezydentem Dudą można będzie w tych wyborach wygrać. Jeśli Tusk nie zdecyduje się na start, Kosiniak-Kamysz wydaje się jedynym możliwym, który byłby w stanie tego dokonać.
Jarek Ważny

Selfie w Sejmie

W różnych, zazwyczaj udostępnianymi w sieciach społecznościowych, wypowiedziach, można wyczuć rozdrażnienie części elektoratu lewicy parlamentarnej.

Ludzie zaczynają sarkać na selfiki swoich wybrańców w Sejmie z bardziej lub mniej (zazwyczaj mniej) mądrymi komentarzami, wścieka ich zajmowanie się przez posłów samymi sobą. Co ważniejsze, krytycznie odnoszą się do najnowszych pomysłów inicjatyw legislacyjnych: że zaczynają od tych nie najbardziej, w mniemaniu krytyków, ważnych. Oczekują, no, może nie rewolucyjnej, ale konkretnie lewicowej retoryki i takiegoż sposobu spoglądania na świat. Niedawno Jerzy Urban, dość dosadnie, czyli w swoim stylu, zrecenzował pierwsze przejawy aktywności lewicowych wybrańców.
„W TVN24 wpierw pokazano Kaczyńskiego zwycięzcę, który się martwił, że za mało ugrał. Później zaś skaczącą z radości Lewicę, jedyną formację, która dokonała publicznej demaskacji swoich dążeń. Nie martwiła się o los kraju (…) Przywódcy śmiali się, skakali i ściskali miłośnie bo ich cel został osiągnięty – wejdą do Sejmu, pokażą się w telewizjach, będą gadać i zachwycać się sobą. Dowiedziałem się, idiota o co naprawdę chodzi lewicy – o siebie” – napisał Urban w felietonie w tygodniku NIE.
Można wydziwiać na Urbana, podnosić, że jego lewicowość już dawno ma neoliberalny odcień, a sam on materialnie i mentalnie należy do liberalnego nurtu polskiego życia politycznego. Pewnie prawda, poza drobiazgiem, że jego mózg i polityczny instynkt wciąż działają bez pudła, zatem obserwacji i wniosków starego dziennikarza nie radziłbym lekceważyć.
Doświadczony poseł kilku kadencji, gdy zapytałem o jego ocenę powyższych zjawisk, wykazał daleko idącą wyrozumiałość. Uważa on, że to bardzo ludzkie, że nowo wybrani posłowie chcą się pokazać znajomym, wywalić symbolicznie język swoim wrogom, pochwalić się cioci i wujkowi, którzy do tej pory na każdej Wigilii podkpiwali z nieudacznika, co to polityką się zajmuje i „co z tego ma”, a teraz dzwonią i mówią, że widzieli w telewizji. W parlamencie personel mówi „dzień dobry panie pośle” pomaga w najprostszych sprawach, ułatwia życie… Trzeba to przeżyć, uważa poseł, dać im czas, by ochłonęli, a woda sodowa, co strzeliła do głów, miała czas opaść. Kiedy powstaną parlamentarne struktury, kiedy trzeba będzie wziąć się do roboty, często żmudnej i niewidocznej, wtedy zobaczymy ile są naprawdę warci.
Oba stanowiska – Urbana i doświadczonego posła – są w gruncie rzeczy próbą odpowiedzi na fundamentalne pytanie: z czego są zrobieni posłowie lewicy? Z gówna czy z metalu?
Czy w parlamencie rozmienią się na drobne intryżki i polityczne geszefciki, doraźne sojusze i reakcje na pojawiające się aktualne problemy, czy też, jak słusznie poddaje Jerzy Urban, będzie im chodzić o coś więcej? Stary świat zdycha, a odpowiedzi na podstawowe pytania powstałe po jego rozpadzie nikt z obecnych polityków nie udziela. Może dlatego, że nie są organicznie zdolni do postrzegania rzeczywistości dalej niż na jedną kadencję do przodu, a może po prostu są ograniczeni w ogóle. Akurat od polityków lewicy powinniśmy oczekiwać i żądać, by szukali najważniejszych odpowiedzi. Przygotowywali scenariusze i możliwe wyjścia z różnych sytuacji. Patrzyli daleko, byli odpowiedzialni i mądrzy.
Jeżeli to nadmierne wymagania, to idźcie do diabła.

 

Chłodnym okiem

Czy warto mówić o polityce, nawet w czasie przeszłym?

Dla kogoś takiego jak piszący te słowa, zajmującego się polityką na co dzień, od rana do późnego wieczora, jako publicysta-obserwator-komentator, kontakt z książką poświęconą materii, którą się obserwuje na bieżąco, wcale nie jest wymarzoną gratką. Może nawet zrodzić się refleksja, że „co za dużo, to niezdrowo”. Lektura książki, odróżnieniu od lektury gazety czy obserwowania mediów elektronicznych w poszukiwaniu informacji i komentarzy politycznych ma przynieść innego rodzaju satysfakcję, estetyczną, osobistą, wytchnienie.
Czy warto więc znów sięgać po problematykę stricte polityczną, którą przepełnione są media, by dostać kolejną porcję gazetowego, medialnego niepokoju? A jednak książkę dwóch wytrawnych i bardzo doświadczonych publicystów politycznych tygodnika „Polityka”, Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki koniecznie trzeba przeczytać, jeśli się chce tę magmę polityczną otrzymywaną każdego dnia lepiej przetrawić, uporządkować, lepiej zrozumieć. Walor tej książki polega nie na odkryciu przed czytelnikiem nowych faktów – wszystko to, o czym piszą autorzy znamy – w sferze faktów – z bieżących serwisów. Jej walor polega natomiast na tym, że zamiast syntezy napisanej już po 12-leciu 2007-2019, a więc z pozycji wiedzy następczej o sensie i kierunku zdarzeń, Janicki i Władyka zaprezentowali teksty pisane w ciągu tych lat, pisane współcześnie zdarzeniom, a więc bez wiedzy o tym, co się zdarzy. To nadaje im walor dokumentów czasu rzeczywistego, a nie analiz i ocen post factum, z perspektywy zyskanej wiedzy.
Janicki i Władyka rozpoczynają swoją książkę od rozdziału „Dokąd zmierza Jarosław Kaczyński”, czyli od rozpisania mapy zagadnienia, a następnie, tekstami pisanymi latach 2007-2019, precyzyjnie, krok po kroku, analizują proces „narodzin potwora”, systemu PiS, od skromnych początków i relatywnie skromnych celów, do dzisiejszej potęgi i hegemonii. To zapis „ciągu technologicznego” produkcji partii, której początki kontrastują z dzisiejszą potęgą jak w przypadku żadnej innej partii politycznej w Polsce. „To jest najlepszy czas na lekturę tej książki. Zbliżamy się do wyborów, które na długie lata, może na pokolenie, określą warunki życia w Polsce. Ustawią nasze relacje z władzą, między nami samymi, z sąsiadami Polski, ze współczesnym światem. (…) I albo potwierdzimy, że staliśmy się częścią Zachodu ze wszystkimi jego kłopotami, wątpliwościami, autokrytycyzmem, ale też wartościami, aspiracjami, racjonalnością – albo zdecydujemy się kontynuować trwający od 4 lat eksperyment ustrojowy: budowę autorskiego państwa Jarosława Kaczyńskiego” – tak, w eleganckich słowach, we wstępie, definiuje sytuację Jerzy Baczyński.
Ja bym ten dylemat sformułował w znacznie ostrzejszych słowach. Na pewno jednak ma on rację, gdy pisze, że „to najlepszy czas na lekturę tej książki”, jeśli chce się z nią zapoznać jako z książką współczesną. Dlatego i ja rekomenduję tę lekturę tu i teraz. Jednak po 13 października jest ona już tylko – choć cennym – dokumentem z zakresu historii publicystki politycznej.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka – „Brat bez brata. Dokąd prowadzi Polskę Jarosław Kaczyński”, Wydawca „Polityka”, Warszawa 2019, str. 369, ISBN 978-83-64076-91-6 22/457 60 37-38

Księga wyjścia (28)

Ballada o smutnym bigosie

Demokracja idealna – to oczywiście oksymoron, ale ponieważ wybory nadchodzą wielkimi krokami to kampania wrze jak smoła w beczce na budowie dachów domów z plusem. Tych z desek kreślarskich (sądziłem, że architekci pracują już przy komputerach).

Gdzieś na jakimś murze widziałem napis: „miłość do Polski to ekonomicznie Syndrom Sztokholmski”, coś w tym jest. Żyjemy w kraju wiecznego eksperymentu i to eksperymentu na ludzkim organizmie. Od realnego socjalizmu, po plan Balcerowicza, który miał być mieszanką ustrojową dwóch kontynentów Ameryki. Południowej z północną. I faktycznie, niewielka część społeczeństwa dostała tę metaforyczną wizę ustrojową, część została w Boliwii czy brazylijskich fawelach, a reszta dryfuje gdzieś po „trójkącie bermudzkim”.
Kampania wyborcza ruszyła z kopyta. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszyscy działają w jakimś nieprawdopodobnym chaosie, determinacji i amoku. Zachowują się jak modelowy urzędnik, który po kilkudziesięciu latach nienagannej pracy odkrył, że po raz pierwszy w życiu zaspał do pracy. Trudno nie dostrzec tego całego bałaganu, nieprzemyślanych ruchów i braku pomysłu na kampanię. We wszystkich komitetach. Nawet partia władzy, która ustaliła datę wyborów zaczyna wpadać w panikę. Afery zaczęły już wypływać lawinowo i gdyby tylko mogli ogłosiliby wybory natychmiast, bez kampanii. Obietnica podwyżek padła i to wystarczy. Każda afera spada teraz na ich barki i mimo tłumaczenia, że to wina poprzedników, już niewielu daje się na to nabrać. Perfekcyjnie opanowali komunikację ze społeczeństwem, mówią prostym i zrozumiałym językiem.
Dwa hasła wypowiedziane przez Kaczyńskiego – do końca 2020 roku najniższa pensja wyniesie trzy tysiące, a do 2024 cztery.
Kidawa Błońska, gdyby miała powiedzieć to samo, zapewne zaczęłaby od słów: w trosce o obywateli, po przeprowadzeniu analiz i konsultacji, musimy pamiętać o tych najbiedniejszych, ale musimy także dbać o przedsiębiorców. Poziom najniższej pensji ustalimy po szerokich konsultacjach z ekspertami, pracodawcami i pracownikami. Być może uda się osiągnąć przyzwoity poziom wynagrodzeń jeśli będziemy dopłacać do pensji. Taki mamy plan i jest on realny – . Pomijam fakt, że już w połowie pierwszego zdania ludzie przestaną rejestrować co mówi, a jeśli dotrwają do końca, to będą mieli sporo kłopotu, by złożyć to w całość. Całość z której nic nie wynika. A tu sam prezes wyszedł i w kilku pierwszych słowach podał dokładne sumy i konkretne daty. Dalej i tak nikt nie słuchał. Kaczyński doskonale o tym wie, w taki sam sposób na swoich wiecach i spotkaniach wyborczych mówił Wałęsa. Gdy ktoś z sali krzyknął, że nie ma mieszkania, to Wałęsa bez wahania wskazując palcem mówił: „ja panu załatwię”. W kilka minut sala była jego. Gdyby nie debata z Kwaśniewskim w telewizji, zapewne wygrałby drugą turę. Kaczyński naprawdę dużo się od niego nauczył. Teraz ma pod kontrolą większość mediów, nie musi obawiać się wpadki. Ale paradoksalnie właśnie to może mu zaszkodzić. Tu może zadziałać inny syndrom, syndrom PRL. Popularnym powiedzeniem wtedy było, że: „wiadomości dzielimy na prawdziwe, prawdopodobne i kłamstwa. Prawdziwe to informacje sportowe, prawdopodobne, prognoza pogody, reszta natomiast to kłamstwa”.
Nie każdy działacz społeczny jest politykiem, ale każdy polityk powinien być działaczem społecznym. Dzisiaj będzie głównie o naszej, polskiej, przedwyborczej kuchni. I czy bigos w niej ugotowany będzie nadawał się do zjedzenia, a jeśli tak, to czy nie spowoduje jakiejś ciężkiej choroby żołądka i ogólnego rozstroju. Kto wie co z tego wyjdzie. W zależności od okręgu wyborczego i w znacznym stopniu rokowań, komitety przewidują ile mogą dostać mandatów. Duże komitety liczą na kilka, małe zaś na choćby jeden. Z punktu widzenia partii politycznej są też bardziej i mniej atrakcyjne okręgi, tak zwane bastiony jakiejś jednej opcji politycznej. Zwykle jest to prawica, a region ten składa się nie tyle z gmin i sołectw, co z parafii. Nie będę się jednak o nich rozpisywał, tylko wrócę do tego bigosu, który już się nam ugotował, czyli do obsady miejsc. Jest to jeden z trudniejszych momentów dla większości partii.
Krwawa walka idzie zwykle o pierwsze i drugie miejsce. W Warszawie są one zarezerwowane dla lidera i jego największego pupila, lub jeśli w grę wchodzi koalicja, to dla koalicjanta. Podobnie jest na prowincji, tylko tu gra jest ostrzejsza i bywa perfidna, bo niejednokrotnie trudno określić bezdyskusyjnego lidera. To jest ten moment, w którym już wiadomo kto z kim będzie najbardziej rywalizował. Wbrew intencjom szefów partii, komitetów i tych, którzy zajmują niekwestionowanie pierwsze miejsca, czyli naturalnych liderów, największym wrogiem kandydata nie jest jego konkurent polityczny, ale sąsiad z listy.
Miejsca trzecie (czwarte w zależności od okręgu) i ostatnie to miejsca dla ludzi, których z różnych powodów zignorować nie można. Głównie dlatego, że mają wysoką pozycję społeczną, są znani, często jedyni fachowcy i ich rozpoznawalność oraz osobowość może przyciągnąć wielu nowych wyborców, co przy metodzie D’onta jest bardzo istotne dla całej listy. Mimo, że ideologicznie są to ludzie sprawdzeni, to niekoniecznie liderzy widzieliby ich w sejmie, choćby dlatego, że nie są do końca przewidywalni, mogą mieć własne zdanie i dlatego trudno nimi sterować. Są jednak znani i jako tacy mogą przyciągnąć wielu sympatyków, którzy niezależnie od partii na nich właśnie oddadzą swój głos. A ich nieobecność na liście może nawet zaszkodzić.
Przyjęło się, że miejsce ostatnie jest lepsze niż trzecie. Niekoniecznie. Ktoś mniej zorientowany jeśli zechce poprzeć dwóch, lub trzech kandydatów, to karta pozostaje ważna, ale ten głos dopisuje się temu, który jest wyżej. Często wyborcy zaznaczają pierwszego kandydata, sadząc, że w ten sposób oddają głos na listę, a dopiero później wskazują osobę, którą chcieliby widzieć w sejmie. Zaletą ostatniego jest jedynie to, że jest to miejsce w jakiś sposób wyeksponowane. W okręgu takim jak np. Lubelski, gdzie jest do podziału dziesięć miejsc, komitet może zarejestrować maksymalnie dwudziestu kandydatów, czyli dwa razy tyle, ile okręg przewiduje mandatów.
Od czwórki do przedostatniego, przy średniej wielkości komitecie wyborczym, są to już tylko tak zwani wypełniacze. Chociaż zdarzało się w historii, że ktoś z piątego czy szóstego miejsca wszedł do parlamentu. To jednak wyjątki, najczęściej rolą tych ludzi jest przyciągnięcie głosów rodziny, znajomych oraz namówienie ich, by robili sobie kampanię. Polityka to taki narkotyk, że nawet nie mając śladowych szans, w pewnym momencie zaczynamy wierzyć, że jednak nam się uda i ludzie ci, naprawdę ciężko pracują na zdobycie każdego głosu. Wielokrotnie partie nie miały tylu chętnych by w mniejszych ośrodkach zapełnić wszystkie miejsca i zamknąć listy. Owszem, mogą wystawić mniej kandydatów, ale to oznacza, że w całości uzbierają mniej głosów. Proces budowania list jest trudny, pełen napięć, intryg i nienawiści. Poza PiS-em, gdzie prezes jednoosobowo ustala to w jeden wieczór. Jestem już zmęczony wybieraniem mniejszego zła. Ale nie mogę też przyłożyć ręki do tego, by wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Mam już swojego kandydata, a jeśli jesteście wściekli, że znowu nie ma na kogo głosować, oddajcie swój głos na kogoś ze środka lub ostatniego. Fajnie byłoby się umówić, że wszyscy głosujemy na konkretny numer, właśnie ten daleki od wpływów lidera. Np, wszyscy na środkowego. Owszem, jest ryzyko, że jako wypełniacz może nie być specjalnie rozgarnięty. Ale trójki lub ostatnie, to już nie są leszcze. Może nie są też idealni, ale wolę ich niż liderów, z których każdy w jakiś sposób mnie, jako wyborcę, oszukał.

Spokojny koniec lata (do czasu)

Pod wpływem wielu pozytywnych informacji we wrześniu złoto na rynkach światowych taniało, ceny obligacji spadały, a na giełdach akcji zapanował optymizm. Wszystko to może zmienić atak na rafinerię w Arabii Saudyjskiej.

Po bardzo słabym dla rynków finansowych sierpniu nadszedł kończący lato wrzesień i nastroje szybko się poprawiły.
Teoretycznie, a właściwie statystycznie, wrzesień uznawany jest (szczególnie w USA) za najgorszy miesiąc dla rynków akcji, ale ta statystyka często się nie sprawdza.
Czynników, dzięki którym nastroje się poprawiły, było wiele. Przede wszystkim prezydent Donald Trump zrezygnował (na chwilę?) z wojowniczego tonu i wzywania do opuszczenia Chin przez firmy amerykańskie. USA i Chiny z dniem 1 września wprowadziły nowe cła na importowane produkty, ale jednocześnie zapowiedziano wstępne rozmowy w drugiej połowie września oraz spotkanie USA – Chiny na wysokim szczeblu na początku października (potwierdził to swoim tweetem Donald Trump).
Już to wystarczyłoby do znacznego poprawienia nastrojów na giełdach. Były jednak i inne czynniki. W sprawie Brexitu wielokrotnie przegrane głosowania premiera Borisa Johnsona w parlamencie brytyjskim i decyzja tego parlamentu zakazująca wyjścia Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy, pomagały europejskim graczom giełdowym. Pomagał im też zwrot politycznej sytuacji we Włoszech. Tam nie tylko nie doszło do wcześniejszych wyborów, ale premier Giuseppe Conte utworzył nowy rząd (Pięć Gwiazd i Partia Demokratyczna) wykluczając w ten sposób partię Liga z jej wojowniczym, antyeuropejskim, szefem Matteo Salvinim.
To nadal nie wszystkie pozytywne czynniki pomagające „bykom” na rynkach finansowych. Weszliśmy bowiem w okres, w którym znacznie wzrosło znaczenie banków centralnych. Po działaniach Europejskiego Banku Centralnego oraz Federalnego Komitetu Otwartego Rynku oczekuje się dalszego łagodzenia polityki monetarnej. Oczywiste jest też, że nic się nie zmieni w polityce Rady Polityki Pieniężnej. (RPP), ale oczywiste jest, że nic w jej polityce się nie zmieni.
Fed zazwyczaj robi to, czego chcą od niego rynki, ale ciągła krytyka jego polityki prowadzona za pomocą tweetów przez prezydenta Trumpa może usztywnić stanowisko Fed. ECB nie bardzo może zaś nadal łagodzić politykę monetarną, bo stopy główne są na poziomie zera, a stopa dyskontowa jest ujemna.
Pod wpływem tych wszystkich pozytywnych informacji złoto taniało, rentowności obligacji rosły (czyli ich ceny spadały), a na giełdach akcji zapanował optymizm. Z tej sytuacji korzystał również polski rynek. Na warszawskiej giełdzie pojawił się duży popyt podnosząc szczególnie mocno indeks WIG 20. Na rynku walutowym kurs euro do złotego szybko spadał wracając do trendu na poziomie 4,25 – 4,35. Interesujące było zwłaszcza to, że złoty bardzo się umocnił w poniedziałek 9 września. Czyżby gracze zakładali, że propozycje podniesienia płacy minimalnej zmuszą Radę Polityki Pieniężnej do podniesienia stóp procentowych?
Dla rynków najważniejsze jest jednak czekanie na wydarzenia. Najgorsze w stawianiu prognozy jest zaś to, że nikt nie jest w stanie prognozować tego, co może w dowolnej chwili zrobić prezydent Trump.

Czas na nowe otwarcie z Rosją?

Grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski.

Stosunek do Rosji na Starym Kontynencie się zmienia. Jednak nie jest to powrót do przeszłości. Nie mamy do czynienia ani z naiwną wiarą w poprawę postępowania Kremla, ani też z próbą rozgraniczenia stref wpływów na modłę jałtańską. Zmiana podejścia do Rosji to konsekwencja fundamentalnych przeobrażeń dokonujących się zarówno na poziomie globalnym, jak i w naszym bezpośrednim otoczeniu. Powstaje „nowy świat” i dla wielu w Europie konflikt z Kremlem wydaje się mieć coraz mniejszy sens, co więcej Moskwa widziana jest bardziej jako część rozwiązania, a nie problemu. Polska nie może dłużej lekceważyć tej sytuacji. Jest to bowiem kluczowy element nowych uwarunkowań bezpieczeństwa, w których przyjdzie nam funkcjonować w nadchodzących latach.
Dwa tygodnie przed głosowaniem w Radzie Europy, na odbywającym się w Petersburgu Forum Ekonomicznym, niemiecki minister gospodarki podpisał porozumienie, które zakłada zwiększanie eksportu niemieckich technologii do Rosji. Choć dokument formalnie nie musi prowadzić do łamania sankcji, to de facto podważa on ducha unijnej polityki ekonomicznych restrykcji.
Zbliżenie z Moskwą widoczne jest także w drugiej kluczowej europejskiej stolicy. W czerwcu 2019 roku we Francji gościł Dmitrij Miedwiediew. Celem wizyty miało być – jak określili to gospodarze – „nadanie nowego impulsu relacjom dwustronnym”. W trakcie rozmów premier Edouard Philippe stwierdził: „sankcje nie są na zawsze; mogą zostać odwołane w każdej chwili”. Konsultacje premierów poprzedzały spotkanie Macron–Putin, które odbyło się w połowie sierpnia w rezydencji francuskiego prezydenta w Prowansji. Takie ulokowanie wizyty świadczy o woli podkreślenia znaczenia bliskich personalnych relacji między rosyjską i francuską głową państwa.
Nowe podejście do Rosji nie dotyczy zresztą tylko Unii, ale widoczne jest także na poziomie Sojuszu Transatlantyckiego. Najbardziej spektakularnym przykładem jest tu bezprecedensowa decyzja Turcji, będącej drugą co do wielkości siłą militarną NATO, o zakupie rosyjskiego systemu rakietowego S-400. Niepokojące sygnały płyną także od naszego głównego sojusznika USA. Na sierpniowym szczycie G7 Donald Trump zaproponował ponowne dołączenie do wielkiej siódemki Rosji, którą wyrzucono z tego formatu po aneksji Krymu.
Polityka Moskwy wobec krajów postradzieckich, ale także wobec UE i NATO, jest dzisiaj jednym z bardziej przewidywalnych elementów międzynarodowej układanki. Mimo to Rosja jest coraz częściej postrzegana jako wystarczająco satysfakcjonujący partner, ewentualnie jako mniejsze zło. Konflikt z Kremlem coraz częściej widziany jest jako, być może, jedyny front, który Europa mogłaby dzisiaj zamknąć, nie ponosząc przy tym zbyt dużych kosztów. Taka zmiana podejścia do naszego największego wschodniego sąsiada wynika z głębokich przekształceń regionalnego i globalnego kontekstu.
Relacje międzynarodowe znowu wkraczają w fazę dwubiegunowej konkurencji, ale tym razem oś konfliktu nie przebiega między imperium rosyjskim a Zachodem, ale Chinami a USA. Oznacza to, że nasz główny sojusznik militarny – Stany Zjednoczone – jest uwikłany w bardzo absorbujące wielopoziomowe zwarcie (o przewagi technologiczne, warunki handlu, wpływy polityczne i dominację militarną), rozgrywające się daleko od Polski i Europy Wschodniej. Z perspektywy tego konfliktu problemy naszego regionu, nawet takie jak agresja zbrojna Kremla na Ukrainę, mają dla Waszyngtonu charakter drugorzędny.
W konflikcie chińsko-amerykańskim Rosja gra wprawdzie nie kluczową, ale istotną rolę. Na dzisiaj Moskwa akceptuje pozycję „młodszej siostry” Chin. Pogłębiające się uzależnienie ekonomiczne i technologiczne od Pekinu czy narastająca konkurencja w Azji Środkowej budzą na Kremlu coraz większe zaniepokojenie. Z kolei Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa już kilkukrotnie pokazały, że są gotowe na radykalne zwroty polityki, nie zważając na koszty, jakie niesie to dla innych państw, w tym dla europejskich sojuszników. Nie można więc wykluczyć, że w przyszłości może dojść do jakiegoś niekorzystnego z naszej perspektywy układu z Moskwą, u podłoża którego będą leżały amerykańskie kalkulacje związane z Pekinem. Bezpośrednie koszty takiej sytuacji może ponieść Ukraina, co oczywiście ma znaczenie dla Polski.
Wobec reorientacji priorytetów USA coraz większego znaczenia w regionalnej „układance” bezpieczeństwa nabiera polityka Unii. Jednak Europa ugina się pod ciężarem mnożących się problemów. Do „tradycyjnych” frontów w otoczeniu UE, takich jak: Afryka Północna, Bliski Wschód i oczywiście Rosja, doszły dwa nowe: Chiny i USA. Napięcia z Chinami mają głównie wymiar ekonomiczny, choć coraz częściej mówi się także o wyzwaniach bezpieczeństwa, związanych z ekspansją ekonomiczną, a także z penetracją cyfrową oraz agenturalną. Konflikt z Waszyngtonem jest bardziej wielowymiarowy. Poza gospodarką dotyczy takich fundamentalnych kwestii, jak podważanie jedności Unii (Trump jednoznacznie opowiada się za Brexitem bez umowy) czy groźnej dla bezpieczeństwa Europy eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie (np. wskutek zerwania przez USA wielostronnego porozumienia nuklearnego z Iranem).
Ze względu na głębokie powiązania europejsko-amerykańskie nieprzewidywalna polityka Stanów Zjednoczonych jest dla wielu krajów zachodnioeuropejskich dużo bardziej dotkliwa niż „wykroczenia”, których dopuszcza się Rosja. Przy czym za narastającym konfliktem z Waszyngtonem idą emocje społeczne. Według badań zrealizowanych w 2018 roku dla Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 49% Francuzów i Niemców wskazało USA jako główne zagrożenie dla własnego kraju. W przypadku Rosji było to odpowiednio 40% i 30%1. W niektórych zachodnich społeczeństwach ewidentnie włącza się logika: im większy mamy problem ze Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej warto szukać rozwiązań we współpracy z Rosją.
Na to wszystko nakładają się konflikty w samej Unii. Wspólnota uległa fragmentaryzacji jak nigdy dotąd, przy czym podziały przebiegają zarówno na poziomie międzypaństwowym, jak i wewnątrz poszczególnych krajów członkowskich. W efekcie uwaga polityków skierowana jest przede wszystkim na sytuację we własnych państwach, a dopiero w dalszej kolejności na poszukiwanie rozwiązań na poziomie unijnym. Słabnie też wola i zdolność do wspólnego działania wobec państw trzecich.
Wreszcie, koroduje wewnątrzunijna solidarność. Jednym z najbardziej widocznych objawów jest odnawiający się podział na „starą” i „nową” Europę. Ta ostatnia postrzegana jest coraz częściej jako niedojrzała do integracji, bo kontestuje wspólnotowe zasady, a przez niektóre rządy traktowana jest wręcz jako obciążenie, które należy „wypchnąć” na peryferia Unii. Dramatycznym pokazem tej tendencji jest nowe rozdanie personalne w UE, w którym Europie Środkowo-Wschodniej nie przypadło żadne z pięciu głównych stanowisk. „Nowa” Unia dostała też tylko jedno przewodnictwo komisji w Parlamencie Europejskim, gdy w poprzedniej kadencji miała ich osiem. To pokazuje dramatyczną słabość naszego regionu, ale także brak woli „starej Europy”, aby dbać o zintegrowanie wschodniej i zachodniej
części Wspólnoty.
Przede wszystkim grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydowali o rozwiązaniach ekonomicznych i w wymiarze bezpieczeństwa ponad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski i – szerzej – całego regionu.
„Nowe” podejście do naszego wschodniego sąsiada ma w Europie swoich zdeklarowanych przeciwników. Nie jest też tak, że w Niemczech czy we Francji wszystko zostało zdecydowane. Mamy do czynienia z procesem, który można współkształtować. Wymaga to sprawnych działań mobilizacyjnych i perswazyjnych. Jednak przekaz dotyczący polityki wobec Rosji już nie może być budowany wyłącznie na powielaniu starego. Krytykowanie wszelkich możliwych form współpracy nikogo dzisiaj nie przekona.
Nie wystarczy mówić, czego robić nie wolno, trzeba też formułować pozytywne propozycje. Przestrzeń na te ostatnie wydaje się dotyczyć przede wszystkim współpracy na poziomie społecznym. Argumentacji o konieczności utrzymania reżimu sankcyjnego mogłaby więc towarzyszyć propozycja powrotu do rozmowy UE–Moskwa o ruchu bezwizowym.
Ważnym elementem polityki bezpieczeństwa są też nasze relacje w regionie, zwłaszcza z Kijowem. Po politycznym trzęsieniu ziemi, jakie dokonało się na Ukrainie w wyniku wyborów prezydenckich, Polska musi zintensyfikować kontakty na najwyższym szczeblu z naszym głównym partnerem na wschodzie. Obecność prezydenta Zełenskiego na uroczystościach z okazji 80. rocznicy wybuchu wojny to krok w dobrym kierunku. Potrzebna jest jednak wizyta dwustronna. To bardzo niepokojące, że Polska pozostaje tu w tyle za Niemcami i Francją, dla których Ukraina jest partnerem trzeciorzędnym, a tam takie wizyty już się odbyły.
Przede wszystkim jeśli polski rząd chce rzeczywiście prowadzić odpowiedzialną i skuteczną politykę bezpieczeństwa, to musi zadbać o wiarygodność naszego kraju wśród potencjalnych sojuszników w Europie. Oczekiwanie solidarności od innych państw nie może bazować tylko na przekonaniu, że coś „nam się należy”. Kluczowa jest tu wspólnota tożsamości, przekonanie przywódców i społeczeństw krajów członkowskich, że jesteśmy częścią tej samej „rodziny” europejskich liberalnych demokracji.