Czego życzę Panu Prezesowi

Jarosław Kaczyński kończy 70 lat w dniu 18 czerwca. W młodości ponoć założył sobie, że będzie rządził do dziewięćdziesiątki, aby pobić rekord kanclerza Adenauera. Już wiadomo, że mu się nie uda – za późno zaczął sprawować władzę. Ale klimat mamy taki, że następne wybory parlamentarne będą należeć do niego, więc przynajmniej część tej zapowiedzi ma szansę się spełnić.
Jarosławowi Kaczyńskiemu w dzień urodzin, ale również i sobie (obchodzę swoje urodziny dwa dni wcześniej) chciałabym życzyć, aby nie przyszedł po nim na stanowisko prezesa partii nikt „gorszy”.
Zdaję sobie sprawę, że po Jarosławie Kaczyńskim losy PiS staną się wielką niewiadomą. W powszechnej opinii – raczej słusznej – nie wyhodował on sobie żadnego godnego go następcy. Jeśli więc Kaczyński przejdzie na polityczną emeryturę, będziemy skazani na przejęcie sterów na prawicy przez Joachima Brudzińskiego lub Zbigniewa Ziobrę. To mało korzystna perspektywa.
Choćby ostatni przypadek, kiedy Zbigniew Ziobro rwał się do pozywania wykładowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego pokazał, że interwencja Jarosława Kaczyńskiego bywa jednak zbawienna, i że politycy z jego – oraz pokrewnych – ugrupowań, potrzebują kogoś, by ich tonował w zbyt szybkim marszu ku autorytaryzmowi.
Jarosław Kaczyński długo nie mógł zaistnieć w polityce krajowej, zawsze pozostawał w czyimś cieniu. Ominął go strajk w stoczni, ominęło ogłoszenie stanu wojennego. Teraz wreszcie gra pierwsze skrzypce.
Życzę panu prezesowi, żeby po nim nie przyszedł potop. Żeby pokolenie, któremu podarował 500 plus, nie musiało spłacać olbrzymich długów. Żeby nie zjadły nas podatki i żebyśmy nie podzielili losu Grecji, kiedy będzie dobijał do swojej długo zapowiadanej dziewięćdziesiątki.
Życzę mu, aby chęć kupowania wyborców Prawu i Sprawiedliwości wyewoluowała w końcu w prawdziwie lewicowe myślenie – z socjalem lub bezwarunkowym dochodem podstawowym w swoich założeniach. To oczywiście marzenie ściętej głowy, ale gdyby prezes zabrał się za to już dziś, mamy przed sobą dwie dekady potencjalnego dobrobytu.

Świeckie państwo

Zabieganie o przestrzeganie rozdziału kościoła i państwa nie ma nic wspólnego z walką z religią.

Kończy się zbiórka podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy „Świeckie państwo”. Zarejestrowany w kwietniu komitet inicjatywy ustawodawczej miał trzy miesiące czasu na zebranie 100 tysięcy podpisów pod projektem ustawy. Wkrótce projekt zostanie złożony w Sejmie, zaś marszałek Sejmu po sprawdzeniu i przeliczeniu podpisów powinien skierować go do pierwszego czytania na posiedzeniu plenarnym.
Fakt, mamy końcówkę VIII kadencji Sejmu, a posłankom i posłom pozostały zaledwie trzy posiedzenia plenarne. Gdyby projekt nie trafił pod obrady w tej kadencji Sejmu – nie przepadnie. Zwykłe projekty ustaw obowiązuje zasada dyskontynuacji – kończą swój żywot wraz z upływem kadencji. Wyjątkiem są projekty obywatelskie – nierozpatrzone w poprzedniej kadencji Sejmu, trafiają do nowowybranych parlamentarzystów. I chyba lepiej, by taki los spotkał „Świeckie państwo”.
Nikt nie ma chyba wątpliwości, jak sprawy świeckiego państwa traktuje rządząca prawica. W przyszłym Sejmie w ławach poselskich z pewnością pojawi się spora reprezentacja lewicy. A ponadto projekt „Świeckie państwo” będzie doskonałym sprawdzianem dla tych polityków i polityczek z innych partii, którzy wielokrotnie zapewniali swoich wyborców o „nie klękaniu przed biskupami”.

Zjednoczona lewica

Nie pamiętam sytuacji, w której cała lewica byłaby tak zjednoczona jak w przypadku obywatelskiego projektu „Świeckie państwo”. Obok siebie stanęli Włodzimierz Czarzasty z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Adrian Zandberg – szef partii Razem. Poparcie projektu zadeklarowali również politycy Wiosny Roberta Biedronia. Prócz partii politycznych, w projekt „Świeckie państwo” zaangażowało się kilkadziesiąt lewicowych stowarzyszeń i fundacji oraz wielu działaczy społecznych, naukowców, artystów, poetów i pisarzy.
Po tak szumnej zapowiedzi, sam projekt „Świeckie państwo” być może niektórych zaskoczy. Nie proponuje rewolucji. Nie ma w nim wodotrysków. Jest – aż do znudzenia – wyliczanką paragrafów, które należy zmienić. By zlikwidowana została niczym nieuzasadniona uprzywilejowana pozycja Kościoła w Polsce.

Tajemnice finansów

Od szeregu tygodni opinię publiczną bulwersuje skala ujawnianych przestępstw pedofilii w Kościele katolickim. A także zachowanie licznej rzeszy hierarchów, którzy w przeszłości starali się skrzętnie ukrywać te przestępstwa, również przed organami ścigania. Zresztą nie tylko w przeszłości.
W tym tygodniu media obiegła wiadomość, że kierowana przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego kuria w Poznaniu odmówiła udostępnienia prokuraturze dokumentów dotyczących księdza pedofila z Chodzieży. Nie pomógł nawet sądowy nakaz, zobowiązujący kurię do wydania dokumentacji zgromadzonej podczas postępowania kościelnego. Biskupi tłumaczą, że wszystkie dokumenty zostały wysłane do Watykanu. Lub inaczej: zostały ukryte w Watykanie, dokąd nie sięga jurysdykcja polska.
Nie, projekt „Świeckie państwo” nie porusza tematu pedofilii wśród kleru. Ma za to zobowiązać Kościół do ujawnienia innych, skrywanych od lat, tajemnic. Tajemnic finansów kościelnych!

Konkordat

Istotę obywatelskiego projektu „Świeckie państwo” wyjaśnia tytuł ustawy: „O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych”. Autorzy projektu nie starają się sięgać po działo największego kalibru: żądanie wypowiedzenia przez Polskę Konkordatu. Wychodzą z założenia, że zebranie w parlamencie większości konstytucyjnej do wykreślenia z art. 25 Konstytucji ustępu 4 („Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”) zapewne jeszcze długo będzie nieosiągalne. Powołują się za to na artykuł 22 tegoż Konkordatu, mówiący o „przyjęciu za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązującego ustawodawstwa polskiego i przepisów kościelnych”. No właśnie – ustawodawstwo polskie.
Ustawodawstwo polskie skrupulatnie określa obowiązki Polek i Polaków w zakresie finansów. Coroczne PIT-y szczegółowo informują organy skarbowe o przychodach podatników. Nawet nie mając obowiązku płacenia podatku, jak w przypadku niektórych darowizn i spadków, jesteśmy zobowiązani do składania odpowiednich informacji. Od dwóch lat przedsiębiorcy co miesiąc wysyłają do ministerstwa finansów tak zwany jednolity plik kontrolny z wyszczególnionymi wszystkimi wystawionymi i otrzymanymi fakturami. Z każdej złotówki rozliczają się fundacje i stowarzyszenia. A Kościół?
W 2009 roku poseł SLD Sławomir Kopyciński w interpelacji poselskiej pytał ministra finansów o poziom finansowania kościołów i związków wyznaniowych z budżetu państwa i budżetów samorządowych. Minister z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że… nie wie. Bo nikt tego nie zlicza. Podobną odpowiedź otrzymaliśmy w 2013 roku na interpelację poselską zawierającą pytanie o nieruchomości (również nieruchomości rolne) będące w posiadaniu kościołów. Nikt z polskich władz nie był w stanie udzielić odpowiedzi na takie pytanie.

Taca i kolęda

W roku 2014 kardynał Kazimierz Nycz oszacował roczny budżet Kościoła katolickiego na 8 miliardów złotych. Wielu ekonomistów potraktowało tę kwotę jako mocno zaniżoną. Twierdząc, że 6-8 mld zł przychodów Kościół ma z samej tacy. Seweryn Mosz w książce „Kasa Pana Boga” ocenia, że rokrocznie państwo w różny sposób dofinansowuje Kościół katolicki kwotą rzędu 14 mld zł.
Zwykle tylko w przypadku mafii zdarzało się, że miliardowe przepływy finansowe odbywały się poza wiedzą państwa. I właśnie temu obrotowi ogromnymi pieniędzmi bez jakiejkolwiek kontroli państwa ma postawić tamę ustawa „Świeckie państwo”. Nakłada ona obowiązek informacyjny dotyczący ujawnienia przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne wszelkich przychodów. Zarówno tych otrzymywanych od instytucji państwowych i publicznych, jak i od osób prywatnych. A więc Kościół musiałby zaprowadzić ewidencję przychodów z tacy, kolędy, opłat za chrzty, śluby czy pogrzeby. Aby system był transparentny, również wszystkie podmioty publiczne zostałyby zobowiązane do składania informacji dotyczących kwot przeznaczonych na finansowanie kościołów i związków wyznaniowych. Wszelkie informacje dotyczące finansów Kościoła trafiałyby w jedno miejsce – na biurko szefa Krajowej Administracji Skarbowej. I byłyby to informacje jawne.
To ważne: projekt „Świeckie państwo” nie przewiduje powszechnego opodatkowania przychodów kościelnych, szczególnie tych przeznaczonych na działalność religijną. Również przychodów z tacy czy kolędy. To racjonalne rozwiązanie. Nikt z nas nie wyobraża sobie opodatkowania pieniędzy wrzucanych do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podobnie powinny być traktowane datki wiernych w kościołach. Dzisiaj różnica polega na tym, że Owsiak rozlicza się co do grosza, a o miliardach Kościoła nie ma pojęcia nawet minister finansów.

Spekulacja ziemią

Drugim ważnym celem ustawy „Świeckie państwo” jest unormowanie działalności gospodarczej kościołów i związków wyznaniowych, także jeśli chodzi o obrót nieruchomościami. Związane z tym uprzywilejowane traktowanie Kościoła dobrze ilustruje przykład gruntów nabytych we Wrocławiu przez Mateusza Morawieckiego.
Wrocławska parafia Świętej Elżbiety otrzymała od państwa 15 hektarów ziemi rolnej. Tak stanowiło ówczesne prawo, przyznające kościołom na Ziemiach Zachodnich grunty rolne przeznaczone na działalność rolniczą parafii (pomijam fakt absurdalności takich przepisów). Proboszcz parafii natychmiast ziemię sprzedał, inkasując od Mateusza Morawieckiego 700 tys. zł. Transakcja była chyba dla Morawieckiego korzystna, bo za 15 hektarów gruntu w obrębie miasta Wrocławia zapłacił tyle co za średniej wielkości szeregówkę. Niektórzy twierdzą, że już wówczas działka, którą obracano, mogła mieć wartość 4 mln zł. Gdyby sprzedawcą był nie proboszcz, a zwykły Kowalski, skarbówka bez wątpienia zakwestionowałaby kwotę zapisaną w umowie. I naliczyłaby parafii podatek od wartości rynkowej. Niejeden Kowalski w Polsce wie, jak to wygląda.
Ustawa „Świeckie państwo” nie zabrania Kościołowi prowadzenia działalności biznesowej. Ale wszystkie dochody z działalności gospodarczej muszą być opodatkowane na zasadach ogólnych. Zaś obrót ziemią odbywać się na takich samych zasadach jak innych podmiotów.

Fundusz Kościelny

Donald Tusk zabierał się za likwidację Funduszu Kościelnego z wielkim hukiem. To wtedy padły słowa, że „nie będzie klęczał przed biskupami”. Koniec końców biskupi okazali się silniejsi od premiera polskiego rządu. Pamiętam, że przy okazji dyskusji o in-vitro wraz z innymi posłami proponowałem, aby cały Fundusz Kościelny przeznaczyć na dofinansowanie zabiegów in-vitro. Wówczas była to kwota 94 mln zł. Rządząca koalicja PO‑PSL pomysł odrzuciła.
Od czasu objęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość Fundusz Kościelny rośnie jak na drożdżach. Już w 2018 roku przekroczył 150 mln zł. Wśród celów, na które mogą być wydatkowane pieniądze z Funduszu Kościelnego znajdziemy remonty zabytkowych obiektów sakralnych, prowadzenie placówek opieki społecznej, pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i wiele innych. Ale niech nikogo nie zmyli ta lista zbożnych celów. Lwia cześć pieniędzy z Funduszu Kościelnego przeznaczana jest na finansowanie składek ZUS osób duchownych.
„Obecny system ubezpieczeń społecznych osób duchownych narusza zasadę równości ubezpieczonych wobec prawa” – piszą w uzasadnieniu autorzy ustawy „Świeckie państwo”. To zupełnie oczywiste. Któż z nas nie chciałby otrzymywać „dotacji” na płacone co miesiąc horrendalne składki ZUS. Ale póki co, takimi szczęśliwcami są tylko księża i siostry zakonne.

Tęcza i wagina

Debatę publiczną rozgrzewa tęcza wokół głowy Matki Boskiej. Słowa Leszka Jażdżewskiego o świniach taplających się w błocie. Hostia w kształcie waginy (albo odwrotnie). Nabożeństwo ekumeniczne podczas Parady Równości. Można z aprobatą podchodzić do wspomnianych happeningów. Lub z dużą rezerwą. Jedno jest pewne. Zręby świeckiego państwa budowane są gdzie indziej.
Systematycznie. Krok po kroku. Politycy. Ale również prawnicy i legislatorzy. Powinni z polskiego prawodawstwa eliminować wszystkie te zapisy, które dają Kościołowi więcej. Więcej praw. Więcej ulg. Więcej przywilejów. Winni po części są wszyscy: Unia Wolności, AWS, SLD. Ważne, by dzisiaj naprawiać tamte błędy. Odbudowując świecką Polskę.
Obywatelski projekt „Świeckie państwo” nie załatwia wielu problemów pojawiających się na styku państwa i kościoła. Ale z pewnością jest krokiem we właściwym kierunku.

SLD+

Podstawowym politycznym obowiązkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej
jest zdobycie mandatów do Sejmu i Senatu RP.

Aby reprezentować tam interesy swoich lewicowych Wyborców. Mieć możliwość uprawiania realnej polityki.
Aby stworzyć tam lewicowy parlamentarny klub. Który będzie pełnił rolę „lewicowego Piemontu”.

Teraz dygresja.

Ci, którzy jeszcze nie rozumieją, czym może być „lewicowy Piemont”, mogą wpisać do internetowych wyszukiwarek hasła: „Piemont XIX wiek”, „Marks – Zjednoczenie Włoch”, „Wiosna Ludów w Europie XIX wiek”. Poguglać sobie i poczytać.

Koniec dygresji.

SLD nie idzie do polskiego parlamentu aby „zdobyć stołki” dla grona swoich kandydatów. Jak to piszą w Internecie ludzie uważający się za stuprocentową, „prawdziwą lewicę”.
I w swej politycznej naiwności pełnią tam rolę „pożytecznych idiotów” pana prezesa Kaczyńskiego.
Bo przecież już teraz wzbudzają zbiorową zawiść – nienawiść do przecież nieznanych im jeszcze kandydatów na parlamentarzystów z list SLD.
Już teraz ciężko pracują, aby pro-lewicowi Wyborcy w czasie jesiennych wyborów pozostali w domu. Albo dumnie oddali głos na kandydatów z politycznych kanap, którzy nie przekroczą progu wyborczego.
W ten sposób ich głosy zwiększą potencjał polityczny PiS. Tak, jak to było w 2015 roku, kiedy brak kandydatów Zjednoczonej Lewicy w Sejmie RP, dał więcej mandatów dla klubu parlamentarnego PiS. I tym dał im pełną władzę.

Teraz druga dygresja.

Byłem posłem Sejmu RP w latach 1997 -2007. Mogę porównać tamtejsze uposażenia poselskie z obecnymi. Obciętymi w mijającej kadencji przez PiS, aby osłabić materialnie parlamentarzystów z opozycji. Bo „władza zawsze się wyżywi”, cytuję klasyka Jerzego Urbana.
Dlatego jeśli ktoś myśli, że w przyszłym Sejmie i Senacie będzie się można pieniężnie nachapać, albo i nakraść, to grubo się myli. Jeśli ktoś naiwny szuka łatwego i pieniężnego chleba, to nie tam powinien. Jest wiele lepszych pieniężnie i mniej odpowiedzialnych posad w naszym kraju.
Zwłaszcza, kiedy jest się w opozycyjnym klubie parlamentarnym.

Koniec drugiej dygresji.

Podstawowym politycznym obowiązkiem SLD jest zdobycie mandatów w Sejmie i Senacie RP. Wtedy lewica polska będzie wygraną. Nawet jeśli reprezentacja Sojuszu będzie siedziała w ławach opozycji parlamentarnej.
Po majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego wszyscy już zauważyli, że nie wolno lekceważyć PiS. Nie wolno też ufać obietnicom i deklaracjom narodowo-katolickich elit.
Przypomnijcie sobie jak jeszcze w maju stroili się oni we flagi Unii Europejskiej. Czas wyborów minął i flagi po cichutku zostały zwinięte.
Wynik jesiennych wyborów nie jest jeszcze przesądzony. Popularny PiS może znów je wygrać. Nie wolno go lekceważyć jak to uczyniło wielu wyborców Koalicji Europejskiej podczas majowych wyborów.
Ale nawet kiedy PiS znów wygra, to lewica i prodemokratyczna koalicja partii centrowych nie musi wyborów przegrać.
Prodemokratyczna koalicja, z udziałem SLD i innych lewicowych ugrupowań, musi mieć tak silną reprezentację w Sejmie i Senacie, aby PiS i jego satelici nie uzbierali tam konstytucyjnej większości. Nie podporządkowali sobie całego państwa na własność.
Dlatego Sojusz Lewicy Demokratycznej, wraz z popierającymi go ugrupowaniami lewicowymi, na przykład z Porozumieniem Socjalistów, czyli takie SLD+, powinien stworzyć wspólną listę wyborczą z prodemokratycznymi partiami centrum. Platformą Obywatelską, Nowoczesną, Zielonymi.
I razem wystartować w październikowych wyborach.
Alternatywą mogłaby być lewicowo-centrowa lista wyborcza. Czyli SLD+ i jeszcze Wiosna, Zieloni, Partia Razem, RSS.
Niestety, kiedy słyszę buńczuczne wypowiedzi liderów Wiosny i dalej zadowolonego chóru przegranych w majowych wyborach generałów lewicowych kanap i szezlongów, to trudno dostrzec polityczny sens takiego porozumienia.
Zwłaszcza, że ordynacja wyborcza, zarówno do Sejmu, jak i Senatu, przede wszystkim premiuje listy wyborcze przekraczające 25-30 procent społecznego poparcia.
Reszcie pozostawia wyborczą klęskę, osładzaną samooszukiwaniem się rzekomym „moralnym zwycięstwem”.
A przecież podstawowym politycznym obowiązkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest zdobycie mandatów do Sejmu i Senatu RP.

Marek Sekielski: Przeorał mnie ten film

Z Markiem Sekielskim – o dokumencie, o zjawisku pedofilii wśród duchowieństwa, sytuacji polskiego Kościoła, reakcji hierarchów oraz dalszych planach braci Sekielskich, czyli filmie o SKOK-ach – rozmawiał Michał Ruszczyk (wiadomo.co).

MICHAŁ RUSZCZYK: W „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy pada słynna kwestia „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic, to razem mamy właśnie tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę”. Jak to się stało, że pewnego dnia bracia Sekielscy doszli do wniosku, że skoro nie mają nic, to razem mają w sam raz tyle, żeby zrobić dokument o pedofilii w polskim Kościele?
MAREK SEKIELSKI: Jak to się stało? To się stało tak, że Tomasz po iluś tam próbach zainteresowania tym tematem różnych możnych świata tego w 2017 rzucił pomysł, żeby zrobić taki film za pomocą crowdfundingu. Sprawdziłem organizacje zajmujące się zbieraniem pieniędzy w Polsce. Z racji tego, że Kościół jest specyficzną i mocno zamkniętą instytucją, nie wiedzieliśmy wówczas, jak szybko pozyskamy osoby, które zechcą z nami rozmawiać, i ile czasu potrzebujemy na weryfikację pewnych spraw. Założyliśmy wówczas, że potrzebujemy roku, żeby zrobić taki film. W czasie budżetowania produkcji zastanawiałem się, ile przez rok będzie kosztowało utrzymanie tego przedsięwzięcia. Pojawiła się wtedy kwota oscylująca w okolicach pół miliona. Wówczas zaniepokoiłem się o zbiórkę, gdyż zwątpiłem, czy darczyńcy w momencie zobaczenia takiej kwoty będą mieli wiarę w pozytywne zakończenie zbiórki. I czy ludzie nadal będą nas wspierać finansowo.

Co pana i pańskiego brata zainspirowało do nakręcenia filmu o pedofilii w polskim Kościele? Kto był muzą braci Sekielskich?
Muzą braci Sekielskich, a przede wszystkim inspiracją Tomasza był pierwszy kontakt z tym tematem w 2013 roku, kiedy robił materiał dla TVP i poznał wtedy poszkodowanych. W jednym z programów Tomek opowiedział historię jednego z bohaterów naszego filmu – Marka Mielewczyka.
Mój brat jest bardzo niepokornym człowiekiem, trudno jest nad nim zapanować w warunkach korporacyjnych. Mam wrażenie, że ten film w pewnym sensie w nim dojrzewał… W pewnym momencie zrozumiał, że jest bardzo realny problem pedofilii, o którym wszyscy naokoło milczą i to według mnie było jego inspiracją. I to w nim kiełkowało.
Mnie nie trzeba było długo przekonywać do podjęcia próby nakręcenia takiego filmu, gdyż od dawna widzę, jak bardzo są zaburzone stosunki na linii Kościół-państwo. Oprócz tego warto, żeby Kościół jako instytucja sam zobaczył, że sytuacja, w której jest, działa długofalowo na jego niekorzyść.

Czy spodziewali się panowie tak pozytywnej reakcji społeczeństwa na hasło zbiórki?
Tomek był optymistą w tym temacie, a ja nie. Po przebiegu zbiórki widać było, że jest zapotrzebowanie na taki film. Od pierwszego dnia licznik zbiórki szedł bardzo szybko w górę. Tomek w ogóle się tym nie zajmował, to ja jako kierownik produkcji i dyrektor finansowy śledziłem cały czas zbiórkę i zajmowałem się social mediami. Po pierwszych miesiącach pojawiły się problemy. Wszyscy myśleli, że chcemy ten film zrobić i sprzedać go. Zarobić na nim. A my chcieliśmy oddać go za darmo ludziom.
Dopiero po premierze filmu „Kler” Wojtka Smarzowskiego pojawiło się większe zainteresowanie naszym projektem. Momentem kluczowym dla pomyślnego zakończenia zbiórki był artykuł Gazety.pl o projekcie, gdzie pojawiła się informacja, że film o pedofilii w polskim Kościele będzie dostępny za darmo na YouTube. Dzięki temu zbiórka zakończyła się dwa-trzy miesiące przed terminem.

Czy utrudniano panom pracę przy filmie? Jakieś szykanowanie ze strony policji, brak reakcji ze strony episkopatu?
Uważam, że nie było utrudnień. Mieliśmy dużo życzliwych sygnałów od różnych ludzi znanych i nieznanych, którzy życzyli nam powodzenia, ale też ostrzegali.
Pojawiały się czasem obawy o nas, ale szczerze – nie czułem, że coś się dzieje wokół nas.
Mieliśmy raz dziwne zatrzymanie w trakcie zdjęć, ale według mnie nie była to ogólnopolska akcja ze strony kogoś, tylko lokalne zatrzymanie, które pokazało, jak władze funkcjonują w lokalnych miastach. W czasie zatrzymania legitymowano nas nie wiadomo, za co, i to była taka jedna dziwna sytuacja, ale ponieważ nie chcieliśmy eskalować, to nie drążyliśmy tematu.
Natomiast decyzja kościelnej wierchuszki, która odmówiła nam komentarza, nie była utrudnieniem, gdyż w międzyczasie szczęśliwie dla nas odbyła się konferencja episkopatu, w wyniku czego usłyszeliśmy dużo ciekawych rzeczy, które mogliśmy wykorzystać w filmie. Lepiej byłoby się z nimi spotkać i porozmawiać twarzą w twarz, gdyż film nabrałby trochę głębszego wymiaru i byłby pełniejszy.
Mam takie informacje od moich znajomych, którzy są świadomie i głęboko wierzącymi katolikami i dla niektórych z nich, po obejrzeniu filmu, najmocniejszą sceną były tablice z nazwiskami pięciu biskupów, którzy odmówili nam komentarza.
Mój znajomy napisał coś takiego, że „to jest najmocniejsze, bo ci biskupi w ten sposób świadomie podali się do dymisji”.

Co dla pana było najtrudniejsze w trakcie realizacji tego filmu?
Najtrudniejszy tak naprawdę był ten tydzień ostatni. Od samego początku udało mi się robić zdjęcia pod kątem tych wywiadów. Udało mi się też założyć blokadę na swoje emocję, nie wchodziłem w te historie ofiar księży emocjonalnie, słuchałem ich tylko z ciekawością bez uniesień wewnętrznych.
Był jednak pewien moment kryzysowy, gdy przesłuchiwałem dwie czy trzy historie i wycinałem materiał do filmu. Nagle dotarło do mnie, czego właściwie słucham i wtedy zdałem sobie sprawę, jaka tragedia spotkała bohaterów naszego filmu i poczułem taki smutek, taki żal… Pamiętam, że wtedy popłynęły mi pierwszy raz łzy. Musiałem na pewien czas wyłączyć się z pracy.
Natomiast ostatni tydzień – to były nerwy, gdyż zbliżał się termin premiery i niepokoiłem się tym, co powiedzą ludzie po obejrzeniu filmu. Ci, którzy cały czas nas wspierali. Mam takie podejście, że najważniejsze jest to, co powiedzą ludzie, którzy wpłacili na ten film, gdyż są to nasi szefowie. Zdawałem sobie sprawę, że jest to film mocny, ale temat jest powszechnie znany, więc nikogo nie będzie szokował.
Momentem, w którym nie wytrzymałem, był tydzień przed premierą, gdy nagrywaliśmy w Polsacie, w programie „Skandaliści”, materiał na dzień premiery i wtedy puściliśmy redaktorce nasz film. Ja widziałem ten film wielokrotnie, przy montażu i kolaudacji, ale w tym programie oglądałem go z innej perspektywy i widziałem reakcje publiczności. Wtedy zdałem sobie sprawę, co my zrobiliśmy i ile jest tam materiału.
Do samej premiery oglądałem nasz film i wyłapywałem sceny, które można by było poprawić. I nie wstydzę się tego powiedzieć, że cały czas płakałem przy tym filmie, tak samo jak i na premierze. Najgorszym momentem była właśnie ta presja w stosunku do ludzi, do tych naszych patronów… I emocje związane z treścią filmu, ciągle płakałem, do samej premiery. Na premierze też… Po pokazie dla dziennikarzy wiedziałem już, że jest dobrze. Natomiast sam film bolał mnie cały czas, może za tydzień albo dwa obejrzę go na spokojnie. No, przeorał mnie ten film, przeorał… Dobrze, że miałem przy sobie żonę, która mnie wspierała.

Czy liczył pan na taki sukces filmu i „pozytywne zakończenie” kilku spraw w pierwszych dniach po premierze – wydalenia księży pedofilów ze stanu kapłańskiego i reakcję prymasa Polaka?
Jestem pozytywnie zaskoczony reakcją społeczeństwa, gdyż nie dostaję żadnych negatywnych opinii. Świetna reakcja społeczeństwa, co pokazuje, że jest to ważny temat i ludzie tego potrzebowali.
Natomiast w kwestii hierarchów nie jestem do końca zadowolony. Co do podania się do dymisji księdza Olejniczaka – mogę powiedzieć, że zachował się honorowo. Ale mogę zadać też pytanie – dlaczego czekał tak długo? Wiedział, że go nagrywaliśmy. Orientował się, co to za film. Wiedział, kim jest Tomasz Sekielski i wiedział, że ten film będzie. Jeżeli chodzi o Makulskiego i Anioła, to mogę powiedzieć, że są to właściwe decyzje. Ale co z odpowiedzialnością?
W filmie wyraźnie pokazaliśmy, że jednym z biskupów odpowiedzialnych za przerzucanie skazanego prawomocnym wyrokiem był biskupa Jan Tyrawa. I nie ma reakcji zainteresowanego, jak i również innych hierarchów Kościoła, którzy by apelowali do biskupa Tyrawy o to, żeby zawiesił się w czynnościach lub podał do dymisji. Natomiast co z arcybiskupem Głódziem, który jest bardzo negatywną postacią tego filmu? Wiedział doskonale, że jest nagranie z księdzem Cybulą i są bardzo mocne dowody – nagranie, na którym Cybula przyznaje się, a mimo to w rozmowie z Renatą Kijowską odpowiedział, że „nie ogląda byle czego”. A przecież według mnie są to osoby do dymisji. Przylatuje niebawem arcybiskup Malty, wysłannik papieża Franciszka. Zobaczymy, może on coś z tym zrobi.
W końcu to ci u góry decydują o przenoszeniu księży z parafii do parafii i to też jest ich wina, ich jest odpowiedzialność moralna, a przecież ktoś, kto jest biskupem, powinien być krystalicznie czysty w kwestiach etycznych. Tak mi się wydaje…

Jaka jest pańska reakcja na próby relatywizowania problemu pedofilii w polskim Kościele przez prawicowych polityków i część duchowieństwa?
Nie chcę komentować polityki. A to, co opowiada Legutko, woła o pomstę do nieba. Mam córkę. Ona ma 11 lat. Jeśli miałbym słuchać słów profesora Legutki, to za rok w jego kategoriach, jak rozumiem, moja córka byłaby zdolna do legalnego pożycia seksualnego.
Nie chcę w to wchodzić, nie chcę mieszać naszego filmu z polityką. Według mnie politycy po obu stronach wykorzystują ten film do swoich celów. Jest to niesmaczne. Nie do końca wierzę w ich intencje.

Czy według pana nie należałoby nakręcić podobnych filmów o żeńskich klasztorach i sytuacji zakonnic w Kościele katolickim? O coraz bardziej nagłaśnianych sprawach molestowania i wykorzystywania seksualnego zakonnic (jeśli problem ten występuje w Europie Zachodniej i Ameryce, to zapewne Polska nie jest „zieloną wyspą” wolną od takich występków)? A także wrócić do tematu sierocińców prowadzonych przez zakonnice?
Nie będę nikomu mówił, jaki film ma kręcić, gdyż najlepiej, żeby każdy twórca miał jak największą wolność i mógł robić to, co go naprawdę interesuje.
Najważniejsze dla mnie jest to, żeby dziennikarze, a mówię to jako członek tego środowiska, pamiętali o dwóch podstawowych zasadach naszego zawodu. Pierwsza zasada to jest to, że naszą rolą jest zawsze stawanie w obronie najsłabszych, a drugą najważniejszą rolą jest patrzenie najsilniejszym na ręce.
To jest to, co powiedział pan w pytaniu, w tych obu przypadkach, które osobiście są dla mnie interesujące, gdyż z jednej strony są dzieci w sierocińcach oraz problem zakonnic, które są wykorzystywane, a z drugiej strony jest Kościół, czyli najsilniejsza organizacja w Polsce, taka poza strukturami rządowymi, poza administracją państwową. Polska jest taką ostatnią ostoją katolicyzmu w Europie.
Nie lubię mówić, co dziennikarze powinni robić. Natomiast te tematy, które pan przywołał, według mnie wyczerpują zasady, którymi dziennikarze powinni się kierować, czyli z jednej strony chronić słabszych, a drugiej kontrolować silnych. Tego zabrakło przy okazji pedofilii, co pokazuje nasz film. Nie przez przypadek na YouTube mamy tyle wyświetleń, gdyż nikt nie pokazał tego w ten sposób. Systemy kamer ukrytych w telewizjach funkcjonują już od dawna. Dziennikarze z ukrytymi kamerami wchodzili do polityków, sędziów, prokuratorów, policjantów, gangsterów itd. Czemu więc nie wzięli takiej kamery i nie poszli do biskupa wcześniej? Wystarczyło zrobić to samo, co my, tylko parę lat temu.

Pański brat zapowiedział film o SKOK-ach. Nie obawia się pan w trakcie realizacji takiego filmu konfliktu z dzisiejszą władzą? Nie boi się pan aktów przemocy podobnych do tych, które dotknęły np. Wojciecha Kwaśniaka?
Ten film będzie się stykał z polityką, ale ostrzegano nas również, gdy kręciliśmy nasz film o pedofilii. I nic się nie sprawdziło. W ramach nowego projektu ludzie też nas ostrzegają, ale ja się nie boję.
Nie umiem pracować w strachu, więc gdybym się bał, to nie angażowałbym się w nowy projekt.
Wydaje mi się też, że ta sytuacja, w której teraz jesteśmy z Tomaszem, pewna sława i ogromne zaufanie społeczne, powoduje, że trudno mi sobie wyobrazić, żeby znalazła się jakaś osoba z powiązaniami, jakiś gangster, który by sobie wymyślił taką historię jak z Kwaśniakiem… Nie, nie wydaje mi się, żeby spotkała nas podobna historia jak Wojciecha Kwaśniaka. Mówiąc wprost – gdyby nam się teraz coś stało, to chyba nikt nie miałby wątpliwości, że to dlatego, że robimy ten film. To by chyba skierowało uwagę wszystkich mediów na ten problem.
Jeszcze wracając do samych SKOK-ów – to nie jest tak, że ten problem dotyczy tylko obecnej władzy. Owszem, senator PiS-u i twórca SKOK-ów, Bierecki, jest również właścicielem gazety, która w każdej sytuacji stoi murem za obecną władzą, jest wręcz biuletynem partyjnym. Ten związek jest bliski. Zdaję sobie sprawę, że SKOK-i są bardzo powiązane z PiS-em, ale odpowiedzialność rozchodzi się bardzo szeroko, w wielu kierunkach. Ale nikt nie wie, co i jak my chcemy robić, więc na pewno zaskoczymy wszystkich tym filmem.

Życzę zatem powodzenia przy nowym projekcie i bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Wieść gminna Ważny tunajt

Kiedy nie gram, albo nie jestem na próbie, piszę pracę doktorską na temat lokalnych tygodników i historii ich powstania. Niezwykle mnie ten temat zajmuje. W zasadzie nie wiem skąd u mnie ta fascynacja, może za krótko byłem w wojsku, albo z jakiegoś innego powodu. Grunt, że bardzo mi się ta robota podoba. Bo lokalna prasa i to co w niej czytam, podobała mi się od zawsze dużo bardziej, niż to, co czytam w gazetach warszawskich. Z małymi wyjątkami.

Z uwagą pochyliłem się nad niusem dotyczącym Anny Wilk, dziennikarki „Gazety Powiatowej”, która od lat opisuje sytuację we wronieckiej spółce Amica, tej od kuchenek i pralek i dawniej, od drużyny piłkarskiej. Sąd w Poznaniu skazał panią Annę w pierwszej instancji na 3 lata banicji zawodowej oraz kary grzywny na łączną sumę 7 tys. PLN, za pomówienia względem firmy od lodówek. Proces trwał od 2017 r. Pani Anna w jednym ze swoich artykułów napisała, że w otoczeniu firmy na A. „nie brak bandziorów” i że zamiast spółką akcyjną Amika powinna się nazywać raczej „przestępczą grupą zorganizowaną”. I z te właśnie słowa poznański sąd wymierzył karę. Pani redaktor będzie się odwoływać. Tłumaczy, że sąd nie wziął pod uwagę wielu przedstawianych przez nią dowodów, jak również odmówił jej składania wyjaśnień. I rzeczywiście-zakazywanie pracy w mediach, zwłaszcza komuś, kto patrzy na ręce prywaciarzowi i pisze o przewinach dużych wobec małych, to w mojej ocenie zbyt daleko idąca penalizacja. Ale to, że dziennikarka z wieloletnim stażem pozwala sobie na wypisywanie takich a nie innych słów o spółce, to mnie co najmniej zastanawia. Bo, choćby przez wzgląd na gen samozachowawczy, pisanie czegoś podobnego o kimkolwiek lub czymkolwiek, jest wysoce ryzykowne, jeśli się nie ma mocnych dowodów w ręku na działalność mafijną i przestępczą. Nazywanie kogoś bandziorem, lub usadawianie w jego otoczeniu bandytów, jest bardzo ryzykownym zabiegiem, chyba że obliczonym na medialny szum, możliwy do okupienia grzywną finansowaną z nadsprzedaży numeru. Tego raczej nie zakładam, bo wiem jak się sprzedają gazety, zwłaszcza lokalne i ile na tym można zarobić. Dlatego też nie okażę zawodowej solidarności z panią redaktor do końca, bo, wychodząc z pryncypialnych pobudek, uważam że nazywanie kogoś publicznie złodziejem, bandytą, mafiosem albo nawet idiotą jest po prostu słabe, i nawet jeśli ma się na to mocne kwity, można to zrobić z klasą i z fasonem a nie walić obuchem między oczy, bo to ten nieszczęsny dyskurs publiczny nad stanem którego załamujemy ręce, przez takie a nie inne operowanie słowem, popada w jeszcze większy dołek. To właśnie takie pisanie, na granicy obrażania, lub tę granicę przekraczające, każe powątpiewać w jakość dziennikarstwa lokalnego i regionalnego, a szkoda, bo ludzie wszędzie potrzebują rzetelnej informacji. To ważne, zwłaszcza wobec planów które otwartym tekstem głosił swego czasu Paweł Kukiz i jego ludzie, a które tyczyły się zakazu finansowania lokalnych gazet przez samorządy. Gdyby tylko zapytali kukizowcy medioznawców albo choćby mnie, czy rzeczywiście tak jest, że lokalna prasa, finansowana bezpośrednio z samorządu, to dobrze czy kiepsko, usłyszeliby, że w dużej mierze jest tak jak sądzą, że te gazety to słupy ogłoszeniowe władzy, ale choćby dla tych parunastu procent wydawców z towarzystw regionalnych ziemi i powiatu czy z domów kultury, nie warto tych tytułów utrącać, bo częstokroć są one, lokalne gazety, jedynym źródłem informacji o regionie i to właśnie one budują małe ojczyznę i coś, co się nazywa społeczeństwo obywatelskie, a chyba o to nam wszystkim idzie. Inna rzecz, że przy okazji rozprawy z gazetami samorządowymi, chciał Kukiz zakazać finansowania bilbordów z pieniędzy podatników, na okoliczność dzielenia się burmistrza czy wójta z ludem podziękowaniami za udane dożynki albo pozyskane inwestycje. I to było dobre. Ale że wrzucone do jednego wora, umarło jako projekt pozbawiony szansy powodzenia, bo która partia pozwoliłaby sobie na obcięcie dotacji na darmową reklamę?
Liczę na to, że sąd drugiej instancji przywróci panią redaktor Wilk możliwość pracy w zawodzie i że jej teksty będą nie raz jeszcze dawać ludziom nadzieję, że w starciu z firmą i jej prawnikami nie są pozostawieni sami sobie. A ci bandyci i grupa przestępcza to tylko chwilowe semantyczne nadużycie.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Księga Wyjścia (13)

Ballada o polskiej odysei wyborczej

Wróciłem z Poznania cały i zdrowy, nie rozstrzelali Nie skazali na wygnanie ani ciężkie roboty na dalekiej Kołymie, ot przesłuchali i wypuścili. Jedyne co może mi grozić, to przeziębienie, bo przemokłem jak cholera w drodze między hotelem a budynkiem sądu.
To, że łagodnie odegrałem rolę świadka i nie pociągnęło to dalszych restrykcji może wydawać się dziwne w kontekście Anki Wilk-Baran, którą kilka dni wcześniej skazali na zakaz wykonywania zawodu dziennikarza i trzyletni zakaz pracy w mediach. Wyrok kuriozalny, dlatego nie wiedziałem czego się spodziewać. Tym bardziej, że obie sprawy ściśle się ze sobą łączą. Ale, jak już wspomniałem, tym razem nic takiego się nie wydarzyło i nie nakazali zmienić mi miejsca z pozycji świadka na oskarżonego, albo od razu winnego, nikt też nie stał za mną z pistoletem przystawionym do głowy. Oczywiście, to co teraz piszę jest kpiną jak najbardziej adekwatną do wspomnianego wyroku.
Kiedyś faktycznie istniał taki przepis, jedną z jego ofiar był Jerzy Urban. Oczywiście pisać nie przestał, a swoje teksty podpisywał jako Jerzy Kibic. Wydaje mi się, że było to jeszcze w czasach gdy pracował w „Po prostu”. Mało kto to pamięta, a jeszcze mniej ludzi wie, że był wtedy jednym z najlepszych opozycyjnych dziennikarzy. W pamięci pozostał jedynie jako cyniczny rzecznik prasowy rządu. Rządu, którego składu nikt nie pamięta, niektórzy mieliby problem określić kto był wówczas premierem. To świadczy jedynie o wyrazistości i osobowości Urbana, po 1989 roku był najbardziej rozpoznawalną twarzą w Polsce. Chyba nawet Wojtyła go nie przebił, mogli iść równo. Wracając jednak do rozprawy, jest to wciąż pokłosie mobbingu i samobójstwa Ilony Pujanek.
Szczegóły tej sprawy opiszę po już jej zakończeniu. Bo o samym mobbingu i związanej z tym tragedii napisano już chyba wszystko. Gdy zapadnie wyrok, wtedy pokuszę się o podsumowanie.
Sama podróż była ciekawa. Jadąc z Puław do Poznania, przy dobrym połączeniu autobusów i pociągów zajmuje średnio dziesięć godzin. Ponieważ w sądzie miałem się stawić we wtorek o 10.00 rano, przyjechałem dzień wcześniej. Wyjeżdżałem więc w poniedziałek rano i trafiłem w sam szczyt powyborczych emocji. Miałem więc dużo czasu, by poczytać komentarze i posłuchać dyskusji współpasażerów.
Napisałem niedawno taki post pod tytułem „Niech nie zgubi was pycha”. Dotyczył zachowania jednego z braci Sekielskich po premierze filmu, filmu, który oceniłem najwyżej jak tylko się dało, ale później odniosłem się do zachowania jednego z twórców, które według mnie było delikatnie mówiąc nie na miejscu. Pamiętam dyskusję pod tym postem. Niektóre komentarze nie były przyjemne i sprowadzały się do tego, że nie mam prawa oceniać zachowania twórców. To jedne z delikatniejszych. Podobne wpisy typu „jak śmiem krytykować”, wyskakiwały pod postem, w którym napisałem co mnie raziło w klipie kończącym kampanię „Wiosny”. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że w Polsce nie ma czegoś takiego jak fan, jest jedynie fanatyk. Niektóre komentarze były mistrzowskim pokazem słownej akrobacji. Na mój zarzut, że pani poseł Joanna Scheuring-Wielgus oddała swoje „ukochane” psy do schroniska, głupio się przy tym tłumacząc, pewien pan napisał mi tak, cytuję w całości: „Prosiłbym o niezamieszczanie półprawd i komentarzy hejterskich. Miałem 6 przygarniętych zwierzaków (cześć umarła ze starości), mam też zaopiekowanego psa żyjącego przy moim wynajętym domu i jeśli będę musiał się z niego wyprowadzić (oby nie) to prawdopodobnie do mieszkania bez Piesinki – z tysiąca względów. Jest to stary (12 lat) duży nierasowiec. Oczekuję od autora posta rewelacyjnych pomysłów na rozwiązanie sytuacji. Łatwo być maksymalistą moralnym nad klawiaturą. Pani Joanna Scheuring-Wielgus była w trakcie 40 dniowego strajku RON w Sejmie „na posyłki” dla tych rodzin – pomoc była zbierania w Miasteczku Wolności pod Sejmem, a p. Joanna dostarczała ją do budynku. Pani posłanka od dawna walczy z pedofilą w Kościele – podkomisja sejmowa zbierała się z jej inicjatywy dwukrotnie. Joanna Scheuring-Wielgus była b. wiele razy na komisariatach, gdzie byliśmy bezprawnie przetrzymywani po np. blokach faszystow i wykłócała się o nas z mundurowymi. Chciałbym zobaczyć innego posła równie aktywnego społecznie. Proszę nie trollować posłanki Scheuring-Wielgus. To nie jest wpis polityczny – w najbliższych wyborach będę głosował na KE” (pisownia oryginalna).
Przyjęło się, że jeśli ktoś jest niepełnosprawny, lub zachowa się właściwie w jakiejś sytuacji – właściwie z punktu widzenia człowieka, który ten komentarz pisał, to ktoś taki jest nietykalny. Ergo – inwalidzie na wózku wolno wszystko. Nie. Bardzo chętnie pomogę mu we wszystkim, wniosę go z wózkiem do autobusu, czy będę pchał jeśli zabraknie mu sił w rękach, ale jeśli dostanę od niego po mordzie, to mu oddam. Tylko kopać nie wypada, bo akurat te kończyny ma niesprawne.
Ponieważ pani Wielgus oddała psy do schroniska, to znaczy że oddała psy do schroniska, a tłumaczenie, że oddała przyjaciółce jest lekkim nagięciem. Fakt, że ktoś się przyjaźni z dyrektorem domu starców, nie oznacza, że oddając tam rodziców, powierza ich pod opiekę przyjaciół.
Można eksponować, że nosiła zupę protestującym pod Sejmem, ale nie używać jako kontrargumentu odnośnie tych biednych psiaków. Bo kto inny wytknie, że głosowała przeciwko płacy minimalnej.
Wybory dla zwycięzców są jak czteroletnie żniwa, podczas których należy zebrać jak najobfitszy plon. Możemy obarczać winą polityków – najchętniej PiS-u – bo ich się najlepiej obśmiewa, ale tak naprawdę wszystkie partie, które sprawowały władzę po 1989 roku zachowywały się tak samo, robiły to samo. Różnica była jedynie w formie, ale dla przeciętnego wyborcy nie ma znaczenia, czy rządzi tzw. Antypisowska „inteligencja”, czy gburowaci, nieokrzesani a nawet prostaccy politycy z PiS.
Zresztą, patrząc na słynny rysunek trzymany w rękach przez Krystynę Jandę, to już się gubię kto jest chamem. Bo cecha ta wychodzi z obu stron i to coraz bardziej. Po tym obrazku Jandy chciałoby się napisać „Wart Pac pałaca, a pałac Paca”.
Są ludzie, którzy na co dzień nie interesują się polityką. Serio. Wstają rano i nie myślą o sondażach, tylko o tym co zrobić na śniadanie, a potem o pracy, rodzinie, zakupach. Polityka jest na końcu listy ich zainteresowań. O głosy takich ludzi powinny zawalczyć partie czy koalicje. Jednak ich fani robią im krecią robotę. I to nie tylko wspomniana aktorka. Jeśli ktoś ceni sobie uczucia, a zwłaszcza uczucia zwierząt, to widząc posłankę Wielgus wytknie jej że oddała psy do schroniska, psy, które podobno kochała, a z pewnością one kochały ją. Jeśli ten sam ktoś z innych względów gotów był oddać głos na partię Biedronia, ale w jakimś poście czy komentarzu wspomniał o tych psiakach, to natychmiast grupa „fanów” zalewała go hejtem. Skutek był taki, że rezygnował z wyborów, zmieniał decyzję, lub oddawał głos nieważny. Będąc politykiem trzeba się wytłumaczyć z błędów, spokojnie i rzeczowo odnieść do krytyki, wtedy jest szansa na zdobycie wyborcy. Hejt nie przyciągnie nowego zwolennika.
Taki apel do polityków – weźcie w cugle własną próżność i pohamujcie swoich wyznawców, niech biją wam pokłony i wyznają miłość, ale nie poprzez słowa nienawiści kierowane do osób zadających pytanie, lub krytykujących. Politycy się odrealniają, co widać po Robercie Biedroniu, niegdyś skromnym chłopaku, który wprowadzał się do słupskiego ratusza. Ale to, że stają się odrealnieni, to jest tylko i wyłącznie nasza wina, wina wyborców. Tylko raz słyszałem z ust polityka słowa „popełniłem błąd, byłem głupi” – to powiedział Włodzimierz Czarzasty. Gdyby takie oświadczenie dotyczyło innej sprawy, zapewne zyskałby tym wyznaniem szacunek wielu osób, które dotychczas niechętnie zerkały, gdy pojawiał się w telewizorze. To wyznanie dotyczyło kandydatki SLD na urząd prezydenta i związanej z tym kompromitacji całego ugrupowania.
Gdy już obierzemy sobie idola, zawężamy pole widzenia jedynie do rzeczy pozytywnych odrzucając wszystko, co psuje wizerunek. Odrzucając wszelkie wpadki, głupoty, czy popełnione błędy – syndrom wyparcia. Zaczynamy go czcić i stawiać na cokole, a gdy dorwie się do władzy może wszystko, bo jako społeczeństwo nigdy niczego od niego nie wymagaliśmy, nie rozliczaliśmy i tak zostało. Nawet jeśli pojawił się jakiś protest pracowniczy, to skutecznie napuszczono przedstawicieli innych grup zawodowych, by się od tego odcięli. Tak było z pielęgniarkami, lekarzami, rodzicami niepełnosprawnych czy nauczycielami. Z jednej strony narzekamy, że koszt życia w Polsce jest taki sam jak w Europie Zachodniej, a zarobki czterokrotnie niższe, z drugiej gdy jedna z grup zawodowych domaga się podwyżki, to inne ripostują, że nie poprą, bo też mało zarabiają. I tak w kółko.
Wróćmy jednak do idoli. Pamiętacie wybory prezydenckie? Jeśli ktoś wytknął jakąś głupotę Magdalenie Ogórek, narażał się na internetowy lincz członków i sympatyków SLD. Każdy wpis dotyczący jej niekompetencji był hejtowany.
Potem był lider liderów – Kijowski. Gdy tylko napisałem krytykę tej postaci, to w ciągu kilku sekund wylewały się na mnie kubły pomyj. Tak naprawdę już nawet nie pamiętam jak miał na imię. A Wy – jego dawni fani – pamiętacie?
Śmiejecie się z „moherów”, że padają na kolana przed Rydzykiem, a Wy co innego robicie? Niech tylko ktoś skrytykuje „naszego” kandydata, to od razu wojna. Nie ma ludzi świętych i nietykalnych, nazywajmy dobro dobrem, ale wytknijmy błąd czy głupotę. Nawet gdy jest to nasz faworyt polityczny.
Zastanawiałem się w drodze jaki system byłby w Polsce najlepszy. Może zlikwidowanie D’Hondta i tej bariery pięciu procent? Ograniczenie to, wprowadzono, by Sejm nie był rozdrobniony na dziesiątki małych ugrupowań, tylko żeby zasiadali tam przedstawiciele trzech, góra czterech największych frakcji. Wtedy łatwiej się dogadać i zbudować koalicję. Politycy przekonali nas, że ten próg jest potrzebny, a my im uwierzyliśmy. On nie jest nam potrzebny do niczego, wręcz przeciwnie. Tysiące głosów idą do kosza, albo w efekcie przekładają się na partie, której nigdy byśmy nie poparli. Ten próg jest bardzo wygodny dla polityków największych ugrupowań.
Jeśli ktoś decyduje się na start w wyborach i ewentualną wygraną, to niech się przygotuje na to, że będzie musiał się napracować, by stworzyć koalicję. Likwidacja progu spowoduje, że parlament będzie bardziej reprezentatywny, ale zbudowanie koalicji rządzącej naprawdę będzie trudne. Od tego jednak są, dlaczego więc ułatwiać im życie, jeśli oni nie odwdzięczają się tym samym? Natomiast zmiana systemu liczenia głosów i rezygnacja z D’Hondta przestanie promować jedynki na listach. Przypomniały mi się słowa Churchilla, które tłumaczone są „Demokracja to najgorszy system, ale nie wynaleziono lepszego”. Chyba autorowi chodziło, że to zły system, bo jeśli coś jest najgorsze, to oznacza, że istnieje porównanie, a w takim razie musi to być coś lepszego. Ale rozbawiło mnie, że tak często powtarzany u nas cytat pochodzi od człowieka, który był premierem kraju, w którym panuje tak zwana „królewska monarchia parlamentarna”
I tak rozważając, czytając i słuchając współpasażerów dojechałem do Poznania. Przerwałem rutynę w jaką powoli wpadałem, czyli dom, Kazimierz, Lublin – Suboxon. Wyjazd bardzo dobrze mi zrobił i przypomniał, że jeszcze nie tak dawno praktycznie nie wysiadałem z pociągów i autobusów, a w domu nocowałem raz na kilkanaście dni.
W terapii również nastąpił pewien przełom – udało się znaleźć terapeutę. Oczywiście pomógł mi w tym doktor Andrzej Kaciuba – znowu bez niego bym sobie nie poradził. Umówiliśmy się na cotygodniowe konsultacje, pierwszą już zaliczyliśmy, co będzie dalej – zobaczymy.
Z moim dawnym kumplem J. wciąż utrzymuję kontakt, kilka dni spędził w szpitalu, wyszedł i wpadł do mnie na kawę. Ma chłopak problem z zadłużonym mieszkaniem. Nie jest to duża kwota, ale już dostał nakaz opuszczenia lokalu i przeprowadzki do 13 metrowego pokoju w miejscu, które określam jako getto. Są w Puławach dwa takie osiedla, wybudowane specjalnie jako mieszkania socjalne, zastępcze etc. Problem polega na tym, że miasto postanowiło zgromadzić biedę w jednym miejscu i zostawić samą sobie. Nie ogrodzili tylko dlatego, że budynki są już praktycznie za miastem.
Znam rodziny, którym coś się w życiu nie udało, przeprowadzili się do jednego z tych mieszkań i środowisko ich wchłonęło. To już nie są ci sami ludzie, którzy szukali pracy, aktywnie udzielali się towarzysko, zmieniali się po przeprowadzce. Getta te, rządzą się swoimi prawami i obowiązują tam zupełnie inne wartości.
J. dostał też pismo od prezydenta miasta, że dług musi odpracować. J. ma pierwszą grupę inwalidzką, zakaz pracy jakiejkolwiek. Bywają takie dni, że nie jest w stanie podnieść się z łóżka, a tu urzędowe pismo nakazujące mu odpracować ileś tam godzin.
Polityka psuje ludzi, ale polityka lokalna psuje ich do potęgi. O tym jednak napiszę już następnym razem.

Kompendium wiedzy politycznej

Czy myśl polityczna ma coś wspólnego z polityką?

Jak wynika ze słowa wstępnego Marcina Króla do jego „Krótkiej historii myśli politycznej”, z wyklinanej tak często, i słusznie, biurokratyzacji uniwersytetu, może wyniknąć także pożytek. „Jeszcze do niedawna myśl polityczna nie była zaliczana do dyscyplin akademickich. Wielu wybitnych myślicieli wprost twierdziło, że akurat polityka należy do tych spraw, których nie powinno się wykładać w akademiach, gdyż (…) bliższa jest wiedzy praktycznej, potrzebnej na przykład w artystycznej pracowni lub w kuchni”. Co do mnie, to myślę że biorąc pod uwagę, co nam świat polityki („klasa polityczna”) często wysmaża, polityce bliżej jest na ogół do kiepskiej kuchni niż do pracowni artystycznej.
„Sytuacja zmieniała się – kontynuuje Król – w miarę rozbudowywania i biurokratyzowania uniwersytetów. Stopniowo pojawiły się nowe przedmioty, jak historia i teoria myśli politycznej. W znacznej mierze był to wynik skutecznych i egoistycznych działań nauczycieli akademickich, którzy nie są przecież zawsze – a tylko bywają – myślicielami”. Król wyjaśnia też istotę „nauk politycznych”. Zajmują się one nie praktycznymi działaniami czy faktami politycznymi, lecz „tym, jak ludzie myślą o faktach”, i jak myślą, „żeby istniejącą rzeczywistość opisać i zmienić”. Król zwraca uwagę, że jego książka „traktuje o nowożytnej myśli politycznej dla której niewątpliwie najistotniejszym problemem i wyzwaniem stały się demokracja i liberalizm”.
Jego praca nie ma charakteru eseju, lecz bliższa jest formule podręcznika akademickiego. „Na pewno warto ją opisać w długim eseju, ale na podsumowanie jeszcze czas” – konkluduje autor.
Część pierwsza obejmuje okres „między Machiavellim a Rewolucją Francuską” i właśnie myśl włoskiego filozofa otwiera pracę. Część druga prowadzi od tejże Rewolucji, a kończy się na początkach myśli socjalistycznej. Kolejna zaczyna się Romantyzmem, który wytworzył nie tylko poezję ale i swoją myśl polityczną a kończy na Karolu Marksie.
Okres zaznaczony nazwiskami Klemensa Metternicha i Ottona Bismarcka obejmuje m.in. myśl Alexisa de Tocqueville i Johna Stuarta Milla. Z częścią „Irracjonalizm, elitaryzm, nacjonalizm-liberalizm” wchodzimy w sferę myśli politycznej znajdującej się o podłoża naszej współczesności, bo obejmuje on m.in. myśl Vilfredo Pareto o „krążeniu elit”, Friedricha Nietzsche, Herberta Spencera, a także zagadnienia wynikające z pojawienia się socjalizmu i kultury masowej.
Odrębna część poświęcona jest katolickiej myśli społecznej, opisanej poprzez encykliki i inne dokumenty papieży, od Grzegorza XVI do Pawła VI, a także katolicyzmowi personalistycznemu Jacquesa Maritain i Emmanuela Mounier.
Dwa ostatnie rozdziały są pod znakiem pesymizmu, totalitaryzmu i odrodzenia demokracji, a w nim takie nazwiska jak Max Weber, Oswald Spengler, Jose Ortega y Gasset i Carl Schmitt, a także takie nurty jak totalitaryzm, liberalizm i konserwatyzm.
We wstępie autor przypomina, że obecna „Krótka historia…” jest nową wersją książki, która ukazała się w 1998 roku i że jest ona wersją dalece zmienioną i pod nowym tytułem. Niezależnie od tego warto jednak zwrócić uwagę, że książkę kończy rozdział o Hannah Arendt, myślicielki zmarłej w 1975 roku. Oznacza to, że z punktu widzenia historyka myśli politycznej Marcina Króla od tego czasu nie pojawił się żaden nowy nurt godny odnotowania w tego rodzaju podręcznikowej syntezie. Bo przecież gdy 21 lat temu ukazała się poprzednia wersja jego pracy, od śmierci Arendt dzieliły nas 23 lata. Dziś, od śmierci Arendt minęły już 44 lata. Czy to oznacza, że przemielamy to co już było, że nie powstają nowe, oryginalne nurty myśli politycznej? Chyba, tak, natomiast trudno oprzeć się wrażenie, że coraz większe powodzenie mają „odgrzewane kotlety” czyli że żyjemy w epoce epigońskiej i eklektycznej.
Zdaje się tę intuicję potwierdzać fakt, że jednym z najmodniejszych myślicieli w ostatnim piętnastoleciu okazał się zmarły również w 1975 Carl Schmitt i atmosfera ponownego odwrotu od demokracji, która nam obecnie towarzyszy. Obficie powoływali się na niego także nad Wisłą publicyści prawicowi, zwłaszcza podczas pierwszych rządów PiS. Jednak chyba najbliżsi prawdy są ci, którzy uważają, że polityka w XXI wieku całkowicie oderwała się od jakiejkolwiek myśli politycznej i rządzi się wyłącznie swoimi, skrajnie i totalnie pragmatycznymi prawami.
Nic więc dziwnego, że po objęciu władzy przez PiS w 2015 roku żaden ze sprzyjających władzy publicystów już się na myśl Schmitta nie powołuje, bo i po co komu jakiś intelektualny background, skoro wystarczy oszustwo, kłamstwo, strach, manipulacja medialna, korupcja polityczna i cześć dla Matki Boskiej, bo nawet nie teologia. Co nie zmienia faktu, że warto sięgnąć po „Krótką historię myśli politycznej”, bo to praca zwięzła – jak na rozległość problematyki – i klarownym językiem wykładająca sensy i zawiłości myśli politycznej w nowożytnych dziejach Europy.

Marcin Król – „Krótka historia myśli politycznej”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, str. 315, ISBN 978-83-66232-08-2.

Przypij piątkę Kaczyńskiemu

Rząd wezwał wódkę na ratunek. Wódko daj żyć, poprosił.

Dziś każdy trzeźwy ekonomista widzi, że bez wódki „Piątka Kaczyńskiego” zdechnie jak pies. I żadne dodatkowe „Jarkowe” strumieniem pieniężnym też nie popłynie.

Bo budżet IV RP wysycha.

Nie stać go na jednoczesne kupowanie głosów wyborczych, dotowanie kolejnymi miliardami narodowo-katolickiej TVP Jacka Kurskiego i Imperium Zmysłów Ojca Dyrektora Rydzyka.
Dodatkowo pani minister finansów alarmuje, że narastający deficyt budżetowy może przekroczyć granice bezpieczeństwa. I zagrożone są nawet coroczne premie i nagrody dla ministrów tego najliczniejszego rządu w historii III i IV Rzeczpospolitej!
Suche wyliczenia resortu finansów są jednoznaczne – bez przelewów z podwyższonej akcyzy na alkohol budżet IV Rzeczpospolitej wyschnie jak Morze Aralskie. Dlatego, aby utrzymać go przy życiu i obiecywaną „Piątkę Kaczyńskiego”, rząd pana premiera Morawieckiego musi podwyższyć akcyzę na alkohol. O całe 3 procent.
Teraz od każdej flaszki taniego wina sprzedawanego w polskim lub polskojęzycznym markecie za 15 złotych, narodowo-katolicki rząd ma 1,11 złotych. Za piwo sprzedawane tam po 3 złote, rząd ma 0,48 złotych.
Za to od każdej flaszki najtańszej wódki sprzedawanej za 20 złotych pan premier dostaje 11,41 złotych. Bo akcyza na wódkę jest najwyższa. Stanowi aż 57 procent ceny każdej flaszki.
Koszty produkcji wódki są też tańsze od wyrobu wina i piwa.
Dodatkowo wódkę produkujemy wyłącznie z produktów polskiego pochodzenia. Polskiego kartofla, polskiej pszenicy i żyta.
Pan prezes Kaczyński obiecał po pięćset złotych każdej polskiej krowie produkowanej z polskiej trawy i po stówce każdej polskiej świni spasionej polskimi kartoflami.
A flaszce wódki pędzonej wyłącznie na polskich ziemniakach nic!

Ani grosza dopłaty.

Takie to mamy prawo. I gdzie tu sprawiedliwość?
Statystyczny obywatel IV Rzeczpospolitej wypija rocznie niecałe 10 litrów statystycznego, stuprocentowego alkoholu. Spożycie alkoholu za czasów rządów PiS systematycznie rośnie, co dobitnie dowodzi renesansu patriotycznych, tradycyjnych postaw Polek i Polaków. Co jest sukcesem rządowej polityki historycznej. Polityki przywracania godności wszystkiemu co polskie, dowartościowania narodowych wartości.
Spośród wszystkich alkoholowych trunków, Polki i Polacy, najwięcej wypijają piwa – ponad 50 procent. A potem wódki – ponad 35 procent.
„Piwo bez wodki – diengi na wietier”, mawiał Stalin, bo znał się na trunkach i potrafił ekonomicznie skalkulować proces ludzkiego upijania się. Nic dziwnego, że nauki tego klasyka popijawek znajdują w Polsce podatny grunt i głębokie zrozumienie.
Dziś rząd pana premiera Morawieckiego trzeźwo postawił na wzrost wpływów z płynącego do narodowych i katolickich gardeł alkoholu. Bo jego pan prezes Kaczyński postanowił kupić sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze.
Ale zdążył te nasze pieniądze wydać już na swe, nietrzeźwe ekonomicznie obietnice wyborcze.
Zatem w wódce i wódkopijcach pozostała ostatnia nadzieja Prawa i Sprawiedliwości. Pod jej obronę ucieka się narodowo-katolicka polska prawica. Już dziś każdy polski patriota, każdy przywiązany do trakcyjnych wartości polski katolik musi wyciągnąć pomocną dłoń ku panu prezesowi. I dłoń ta nie może być pusta. Trzeźwa „Piątka Kaczyńskiego” nie pożyje długo.
„Małpki w dłoń, kufle w dłoń, „Piątkę Kaczyńskiego chroń!” – już słychać patriotyczne uniesienia.
Pić trzeba, Polki i Polacy, bo kampania wyborcza PiS polega na wprowadzeniu obywateli IV Rzeczpospolitej w stan chronicznej nietrzeźwości umysłowej.
Upijania wyborców przez upajanie ich mile szumiącymi w głowach obietnicami kolejnych, rozdanych pieniędzy.
Niestety, radość z picia, nawet najbardziej patriotycznej wódeczki, nie jest wieczna. Następstwem jej jest przykra suchość organizmu i nieznośny ból głowy.
Obiecywana „Piątka Kaczyńskiego” podobna jest piciu wódki. Najpierw szał, potem kac.

Ale idą święta.

Niech zatem pocieszą się obietnicami wszyscy obdarowani. Rachunek za rządy PiS przyjdzie nam zapłacić później.
Pij, pij, pij braci pij, na starość torba i kij!

Ps. Już teraz rząd może zlikwidować zbędną Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Wielkich oszczędności nie będzie, bo budżet agencja ma kusy, ale prezes Kurski albo Ojciec Dyrektor każdą kasę łykną.

Czy da się nie zaKODować strajku nauczycieli?

Obserwując wydarzenia i komentarze towarzyszące masowej mobilizacji nauczycieli
chciałoby się zakrzyknąć „Strajk – tak! Wypaczenia wokół – nie!”. Tylko nie bardzo jest do kogo wrzasnąć.

Dzieje się tak ze wszystkim. Od kiedy Jarosław Kaczyński przejął niemal wszystkie stery życia politycznego w Polsce, a tonąca we własnej frustracji tzw. opozycja demokratyczna w odpowiedzi proponuje jedynie wspólną histerię nad „zaprzepaszczonym dorobkiem III RP”, o niczym nie można już dyskutować w sposób normalny. Ramy masowego myślenia wyznacza jedynie sztuczna linia demarkacyjna pomiędzy PiS-em i PO z przystawkami.
W ramach tego toksycznego duopolu funkcjonuje dziś w Polsce wszystko – od zasadniczych zagadnień politycznych po rodzinne rozmowy przy świątecznym stole. Ilu wujków, szwagrów i dziadków obrazi się na siebie po wsze czasy przy okazji najbliższej Wielkanocy? Z pewnością wielu. Pokłócą się między innymi o strajk nauczycieli. A w ostatecznym rozrachunku przestaną się do siebie odzywać, ponieważ nie będą potrafili spojrzeć nań inaczej niż poprzez pryzmat dobra i zła, za które, równie symbolicznie co fałszywie, uchodzą rząd i opozycja. To wszak oczywiste, że zło i dobro nie mogą się dogadać.
Strajk nauczycieli, niemal tydzień od rozpoczęcia, powoli zaczyna być zaprzęgany do tego spektaklu.
Jaki to będzie miało doraźny skutek dla samego protestu – okaże się. Być może oznaczone przez opozycyjny mainstream jako słuszne poparcie dla strajku zapewni mu sukces. A odzew wydaje się doprawdy niebywały. Trudno bowiem się nie wzdrygnąć lub nie zdumieć mocą Jarosława Kaczyńskiego, który nawet Balcerowicza i Henrykę Bochniarz uczynił umiarkowanymi pochlebcami strajku. Ba, nawet Gazeta Wyborcza popiera nauczycieli!
Niestety, na tym raczej koniec. Sondaże dotyczące stosunku do trwającego protestu wyraźnie wskazują, że społeczeństwo jest niemal równomiernie podzielone. Przyznaje to nawet OKO.press – internetowy wyznacznik opozycyjnego obłędu. „W poparciu dla strajku nauczycieli odbija się polaryzacja polskiej sceny politycznej. 47 proc. popiera strajk, 48 proc. jest przeciw. Wyborcy PiS są zdecydowanie na nie (79 proc), a wyborcy KE czy Wiosny zdecydowanie na tak (odpowiednio 71 proc. i 69 proc.)” – można przeczytać na stronach tego publikatora i założyć można, że są to najbardziej optymistyczne, realne dane, a opowieści przewodniczącego Broniarza o gigantycznym poparciu można włożyć między bajki.
Trudno w takich okolicznościach o inny wniosek niż stwierdzenie, że mobilizacja segmentu popierającego strajk jest wynikiem nie autentycznego zrozumienia sytuacji i samodzielnych przemyśleń, tylko agresywnego antyPiS-owskiego hype’u, w którego spiralę zostają właśnie wkręceni nauczyciele.

Doraźnie biorąc – dobre i to!
Niech zwyciężają, bo walczą w słusznej sprawie.

Nawet jeśli kciuki za nich trzymają ci, którzy są architektami ruiny polskiego sektora publicznego lub ich zawziętymi propagandystami. Swoją drogą, skoro nauczyciele tak chętnie i nieselektywnie przyjmują poparcie dla swoich działań, to też eksponują się na pewne niebezpieczeństwa. Doprawdy nietrudno sobie wyobrazić jak spindoktorzy PiS-u rozdmuchacją plotkę o poparciu Władimira Putina dla strajku nauczycieli. Chociaż tym razem zadziałała chyba nieoceniona Anna Mierzyńska, która już ostrzegła na łamach GW, iż wysłannicy kremlowskiego KGB-isty podszywają się pod wdowę Marię z Nowego Sącza, która „w 3,5 dnia opublikowała 224 wzmianki na temat protestu” (sic!). Dalej nie czytam, ale ni chybił, Rosja przekręci nam strajk, jak wybory prezydenckie w USA. Później ktoś mi powiedział, że wyśledziła ona, iż Putin, via jego trolle, jest przeciwko strajkowi. A jakże! Skoro Gazeta Wyborcza jest za?!
Jak prymitywny antyPiS-izm zaczyna podgryzać nauczycielski protest, dowodzi choćby piątkowa akcja solidarnościowa pod tytułem „Światełko dla Nauczycieli” przeprowadzona w Warszawie. Wydarzenie z pewnością pożyteczne, gdyż podnosi morale strajkujących, których rząd ewidentnie bierze na przetrzymanie. Niemniej nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż choć obrazki z morzem „światełek” na stołecznym placu Zamkowym pokrzepią serca protestujących, to będzie to jedyna korzyść i przy tym bardzo tymczasowa. Na dłuższą metę zaś wygląda to – przynajmniej póki co – słabo.
Całość wydarzenia bowiem utrzymana była w tanim klimacie antyrządowych protestów jeszcze z czasów odeszłego w niesławie KOD-u. Abstrahując od tego, że największy od ćwierć wieku strajk odarto z jakichkolwiek klasowych treści, co było do przewidzenia, większość przemówień była po prostu głupia (chyba że czegoś nie dosłyszałem ze względu na wyjątkowo marne nagłośnienie). Niemal wszystkie polegały na powtórnym przeciągnięciu markerem po wspomnianej na początku linii podziału na dobrych i złych. Zły jest rząd (to oczywiście prawda). I głupi. A my, neoliberalna opozycja, jesteśmy mądrzy i piękni.
Nikt nie zająknął się nawet na temat tego, jak usługi publiczne były systematycznie dewastowane przez polityków i publicystów dziś popierających nauczycieli, krzewicieli ideologii „zausz firmę”, tudzież, w nowej wersji „jeśli ci się nie podoba, to zmień pracę”. Nie było mowy o tym, że edukacja publiczna była przez lata wrogiem numer jeden tzw. obozu postsolidarnościowego i że „deforma” Zalewskiej jedynie pieczętuje jej poprzedni wieloletni upadek. Faza druzgocącego demontażu zaczęła się przecież nie od Kaczyńskiego, a od Buzka, Krzaklewskiego i Handkego. O tych dwóch ostatnich nikt już dziś nie pamięta, a pierwszy jest dziś prominentnym europarlamentarzystą i dostojnym obrońcą demokracji w Polsce. To oni, w ramach programu wyśmiewanego jako „Cztery wielkie reformy i pogrzeb” wdrożonego w 1999 r. przesądzili o krachu, którego ofiarami padają teraz nauczyciele.

A tym ostatnim chodzi przecież nie tylko o płace, a o zbliżające się zupełne załamanie.

Wynagrodzenia dla początkujących nauczycieli są tak niskie, że niedługo trzeba będzie zamykać szkoły ze względu na brak kadr. Związkowcy grzmią na ten temat od lat – chcą debaty na temat przyszłości systemu edukacji w Polsce, któremu pospieszna likwidacja znienawidzonych (w moim przekonaniu słusznie) gimnazjów nie pomoże. Nikt nie znalazł dla nich czasu, obecny rząd może się nie wymigać. Znalazł pieniądze na krowy i dla emerytów, będzie chyba musiał znaleźć również dla nauczycieli. Oby!
Ten aspekt również nie znalazł jednak uznania wśród „światełkowych” oratorów. Nic zatem nie popsuło atmosfery swoistego pikniku ludzi dobrej woli animowanych przez różne postaci publiczne. Wytworzono fałszywy przekaz, z którego wielu wyciągnie wnioski jakoby nauczyciele strajkowali nie ze względu na tragiczne warunki pracy i fatalne płace (fu! precz! #roszczeniowość), ale po to, by dopomóc niedozjednoczonej-na-zawsze opozycji obronić Polskę przed dyktaturą Kaczyńskiego.
Symbolicznie również wypadło to bardzo słabo. Najważniejszym momentem było ułożenie ze „światełek” gigantycznego wykrzyknika – logo protestu. Kropką pod nim była flaga Unii Europejskiej. W co najmniej kilku krajach UE nauczyciele zarabiają tak samo fatalnie jak w Polsce albo gorzej. Na takie niuanse jednak również nie było miejsca.
Optymizmem napawał widok dzieci, tj. uczniów, którzy ewidentnie solidaryzują się ze swoimi nauczycielami. To doprawdy dojmujące, że udało się przełamać (przynajmniej częściowo) oczywistą wrogość pomiędzy tymi dwiema grupami. Nauczyciele obecni na demonstracji usłyszeli bardzo wiele ciepłych słów od innych uczestników zgromadzenia i były to wyrazy autentycznego wsparcia. Takiego, na jakie górnicy czy inni pracownicy sfery budżetowej nigdy nie mogli liczyć.
Niektórzy protestujący byli też krytycznie nastawieni do mediów i atmosfery, którą polityczne środowiska budują wokół strajku.
– To jest oczywiście kabaret, ale nikt teraz przeciw temu nie będzie przecież krzyczał – powiedział mi nauczyciel WF-u z liceum na warszawskim Mokotowie i dodał – Mamy dość kłopotów na każdym poziomie. Z dyrektorami, z kuratoriami, z ministerstwem. Ze wszystkimi instytucjami. Państwo od lat działa tak, jakby nas nienawidziło. Tak, jakbyśmy się wdarli do tych szkół, jakbyśmy byli głównym problemem. Najlepiej, żeby szkoły były bez nauczycieli i bez uczniów. Wtedy można byłoby sobie reformować do woli, w każdej chwili. No i płacić by nie trzeba było. No, to byłoby super! – podsumowuje.

– Nie wiem, dlaczego w mediach jestem przedstawiana jako bohaterka. Ja i moje koleżanki zasługujemy na to, żeby nas chwalić, ale dlaczego się to robi teraz? Dlaczego nikt nie powiedział mi dobrego słowa przez tyle lat? Opiekuję się dziećmi i je uczę od blisko 15 lat. Przez cały ten czas nazywano mnie darmozjadem i oszustem, bo komuś się wydaje, że pracuję tylko 10 godzin w tygodniu i mam jakieś długie miesiące przerw wakacyjnych, świątecznych i w ogóle same uciechy! Teraz jestem bohaterką. No, dobrze – komentuje nauczycielka nauczania początkowego, nie chce powiedzieć w której szkole uczy; zasłania się „zemstą dyrektorki”.
Niezależnie jednak od wszystkich towarzyszących strajkowi okoliczności jest to mobilizacja zasługująca na pełne uznanie i pełne poparcie. Jeżeli związki przegrają tę bitwę, to o następnym zrywie tej skali będziemy mogli dyskutować może za 10 lat. Natomiast jeśli walka się powiedzie, powstanie szansa na budowanie alternatywnej opozycji, ruchu społecznego opartego na przesłankach klasowych i prawdziwie politycznych. Jeśli nauczyciele wyrwą nas z tego przygnębiającego spektaklu emocjonalnej huśtawki, którą cały czas bujają PiS i PO wszyscy im kiedyś podziękujemy. Poza Kaczyńskim i Schetyną.
P.S. Dodatkowa informacja dla tych, którzy wciąż mają wątpliwości czy w sektorze edukacji „rzeczywiście jest aż tak źle”. Owszem. Według danych Instytutu Badań w Oświacie tylko w Warszawie brakuje prawie 1600 nauczycieli. Na całym Mazowszu zaś, gdzie sytuacja jest fatalna, etaty czekają na 3000 pedagogów. W Małopolsce praca czeka na 800 nauczycieli. Zachodniopomorskie – blisko 200. Łódzkie – 150. W sumie w całym kraju brakuje kilkunastu tysięcy nauczycieli. Najgorsza sytuacja jest, a jakże, na wsi i w małych miastach.

Głos prawicy

Liroya „droga do ścieku” według Skiby

„Do Rzeczy” opisuje wojnę dwóch raperów będących dziś po przeciwnych stronach politycznej barykady. Chodzi o Skibę i Liroya.
Dawno temu byłem kumplem Liroya, a ostatnio widzieliśmy się ze dwa lata temu w studiu TVN, wkrótce po tym jak wywalił go z partii Kukiz. Żartował z lidera swej byłej już partii i mówił, że teraz pójdzie swoją drogą. Nie przypuszczałem, że będzie to droga z tak nieciekawym towarzystwem. Droga do ścieku – napisał na jednym z portali społecznościowych Krzysztof Skiba.
Swój wpis na Facebooku lider grupy Big Cyc zatytułował „Od rapera do zera”. Zaczyna go od wspomnień. „To ja zrobiłem z nim pierwszy wywiad dla telewizji. Nazywał się wówczas PM Cool Lee. Dotarł do nas do programu „Lalamido”, który w latach 90. realizowaliśmy dla TVP 2. Wydał się na tyle ciekawy i inny od wszystkich, że reżyser Beata Dunajewska postanowiła zrobić mu kilka clipów, a potem krótki program o nim samym. Pomogliśmy mu zaistnieć, bo wydał się nam oryginalny. Jeszcze hip hop nie był w Polsce modny. Ale wkrótce (w dużej mierze za sprawą programu MTV „Yo! Raps”) stał się muzyczną bombą, która zmieniła polską scenę muzyczną” – pisze o Piotrze Liroyu-Marcu Skiba.
W dalszej części wpisu muzyk wskazuje, że obecny prezes stowarzyszenia Skuteczni „pochodził raczej z rodziny dysfunkcyjnej” i „zdarzało mu się bywać na bakier z prawem i dokonywać drobnych kradzieży”. Później Skiba przechodzi do kariery muzycznej Liroya. „Gdy trafił do Francji spotkał się z muzyka hip hop i postanowił zostać wykonawcą tego gatunku. Już jako Liroy wydał słynny pierwszy album z hitem o scyzoryku. Nagle pojawiły się duże pieniądze i sława. A wraz z nimi zazdrość i niechęć sporej części środowiska. Liroy mimo konfliktów z innymi raperami, potrafił pokazać na co go stać. Wyjechał do USA. Tam nagrał numery z raperami z „Lordz of Brooklyn”. Legendarny czarnoskóry raper Ice T nazwał go „OG” czyli przyznał mu tytuł „orginal gangster” będący w świecie hip hopu czymś w rodzaju wyjątkowego wyróżnienia i potwierdzenia klasy. Na późniejszych jego nagraniach pojawili się nawet tacy wykonawcy jak Lionel Richie czy…Mietek Szczęśniak” – pisze.
Zdaniem Skiby, jeśli chodzi o poglądy polityczne Liroya, to był od zawsze „kontrowersyjnym połączeniem anarchisty z liberałem”. „Walczył o legalizację marihuany w Polsce i popierał partie Janusza Palikota (nagrał numer, który wspierał jego kampanię wyborczą)” – przypomina. Jak podkreśla, wszystko się zmieniło, kiedy „dzięki Kukizowi” został posłem.
Kończąc swój wpis Skiba wspomina swoje ostatnie spotkanie z Liroyem-Marcem. Było to dwa lata temu w studiu TVN – wkrótce po tym – pisze muzyk – jak wywalił go z partii Kukiz.