Głos niewiarka

Polityka historyczna staje się współczesną religią. Opium coraz bardziej znacjonalizowanych, ogłupianych przez media ludów. Narzędziem gry cynicznych polityków. Coraz częściej polityka historyczna zaczyna pełnić też rolę podobną do dawnej religii państwowej. Wedle XVII – cznej zasady „Cuius regio, eius religio”. Czyli „Czyj rząd, tego religia”.

Dzisiaj upolityczniona wizja przeszłości staje się częścią polityki elit rządzących. Najpierw wewnętrznej, ale też coraz częściej polityki zagranicznej. Stąd już krok do wojen quasi religijnych. Propagandowych starć napędzanych skonfliktowanymi politykami historycznymi.

Pan premier Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla prorządowego tygodnika „Do rzeczy” ogłosił wojnę polskiej polityki historycznej.
„Zaczynamy walczyć z antypolonizmem”, zagrzmiał.
„Polska zawsze stawała po stronie Dobra, a nie Zła”, tak syntetycznie, iście religijnie podsumował dzieje narodu polskiego.
Zatem każdy, kto teraz ujawni zbrodnie dokonane przez Polaków, albo chociaż niechlubne kary z dziejów polskiego narodu katolickiego, zostanie wliczony do grona wrogów. Piątej kolumny. A ponieważ jesteśmy na wojnie, to z takimi nie można się cackać.
Kulka w zdradziecki łeb i po kłopocie.
A dla umiarkowanych „antypolonistów” internowanie w specjalnych obozach.

Każdy polityczny taktyk wie, że mała, lokalna, najlepiej propagandowa wojenka znakomicie przykrywa wewnętrzne socjalne, gospodarcze klęski.
Dzięki wojnie polsko- ruskiej o antysemityzm i sprawstwo rozpętania Drugiej Wojny Światowej, pan premier Morawicki nie musi już tłumaczyć się z licznych klęsk swojej formacji politycznej.
Nie jest już pytany o totalną porażkę programu „Mieszkanie +”.
O klęskę programu „PKS w każdej gminie”.
O obiecany i niezmaterializowany polski samochód elektryczny.
O niezrealizowany program „Luxtorpeda”, czyli budowy kolei dużych prędkości.
O równie niezrealizowany program budowy promów przez szczecińskie stocznie.
A nawet o program modernizacji wojska polskiego, które zamienia się w wielką grupę rekonstrukcyjną konserwującą archaiczny sprzęt.

Na każdej wojnie, zawłaszcza propagandowej można się nieźle obłowić. Już dzisiaj widzimy rosnące zastępy zawodowych i amatorskich anty „antypolonistów”.
Rwą się do tego prorządowe, narodowo- katolickie media. Ministerstwa kultury i spraw zagranicznych. Fundacje zajmujące się obroną „Czci Narodu Polskiego”, a zwłaszcza „Boga, Honoru, Ojczyzny”.
Ponieważ wojna na polu polityk historycznych dotyczy zwykle sfery propagandowej to raz po raz pojawiają się wielkie, kosztowne, znane z filmu Stanisława Barei, propagandowe „Misie”. Raj dla przekrętów i malwersantów finansowych.
Honor Polski i Polaków nie ma limitu ceny. Zwłaszcza kiedy bój z antypolonizmem finansowany jest z publicznych, czyli naszych, wspólnych pieniędzy. Zapewne dzięki zaczepkom prezydenta Putina wielu aktywnych pogromców antypolonizmu rozwiąże swe problemy mieszkaniowe i komunikacyjne bez wyczekiwania na rządowe „Mieszkanie +”,czy czysto polski samochód elektryczny.
Pan premier Morawicki powinien podziękować prezydentowi Putinowi za pomoc w oszukiwaniu polskiego, przysłowiowego „ciemnego ludu”. Za podrzucanie gleby do rozwoju nowej, państwowej religii.

Wbrew wielkim oczekiwaniom, mobilizacji wszelkich anty „anty polonistycznych” sił i środków prezydent Putin olał swe antykolonistyczne obowiązki i nie antypolonił podczas jerozolimskiej Konferencji poświęconej Holocaustu.
Pan premier, pan prezydent, nawet pan prezes mogą teraz ogłosić swe historyczne zwycięstwo.

Ale z „antpolonizmem jest jak z trójgłowym smokiem. Odrąbiesz jeden łeb, a już kolejny odrasta. Nieustanna robota.

Laureat Nagrody Nobla Lech Wałęsa udzielił czternastego stycznia wywiadu w głównym dziennikowi I kanału rosyjskiej telewizji „Wremia”. Oświadczył tam, że Armia czerwona wyzwoliła Polskę spod okupacji. hitlerowskiej. Nie można, powiedział, mieszać porządków. Drugą Wojnę Światową wygrała Rosja, a wolność dla wielu państw Europy wywalczyły wojska radzieckie
Polskę utraciła swą suwerenności potem. Nie należy tego mylić z wyzwoleniem kraju, a zwłaszcza wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci w Oświęcimiu. Niezaproszenie Putina na obchody 75 -tej rocznicy wyzwolenia tego obozu jest głupotą i niegodziwością, powiedział były prezydent Polski.
Oświadczył też, że jeśli tylko zostanie zaproszony, to z przyjemnością uda się w tym roku do Moskwy na Paradę Zwycięstwa z okazji 75- tej rocznicy zakończenia II wojny światowej.

Jeśli prezydent Putin zaprosi prezydenta Wałęsę to zawodowi, prorządowi „anty anty poloniści” dostaną potężnego, propagandowego kopa. Wałęsa uchodzi na świecie za symbol wolnej suwerennej Polski. Pan prezes Kaczyński znany jest jedynie ze swych autorytarnych zapędów, pan prezydent Duda z firmowania ustawy o IPN cenzurującej badania nad Holocaustem, a pan premier z uprawiania zakłamanej polityki historycznej i hołdów dla żołnierzy antysemickiej, nacjonalistycznej i kolaborującej z hitlerowcami Brygady Świętokrzyskiej.
Cóż wtedy pan premier Morawiecki z prezydentem Wałęsą uczyni?
Kulka w anty polonistyczny łeb, czy tylko internowanie?

Historia, propaganda, tematy zastępcze

Doniesienia o historycznych wypowiedziach Władimira Putina, a potem o polskich i zagranicznych reakcjach na nie, przyjmowaliśmy różnie: trochę ze złością (bo doraźne gry historią nie mogą się podobać na lewicy, w niczyim wykonaniu), trochę z niedowierzaniem, a trochę z poczuciem, że tak się w końcu stać musiało. Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) starają się ocenić, dlaczego stało się właśnie teraz i właśnie tak, i co to może oznaczać dla przyszłości polsko-rosyjskich relacji.
Czy mają one przyszłość na jakiejkolwiek, choćby kulturalnej i naukowej płaszczyźnie?

Gdy pod koniec listopada rozmawialiśmy z Borisem Kagarlickim, rosyjskim lewicowym opozycjonistą, nie mogliśmy nie zapytać o to, w jaki sposób jego zdaniem władze Rosji zamierzają przeciwdziałać narastającemu w społeczeństwie rozczarowaniu, któremu coraz bliżej do przerodzenia się w gniew. Zapytaliśmy: czy może być tak, że nie mając pomysłu i/lub możliwości uspokojenia społeczeństwa działaniami wewnątrz kraju Kreml spróbuje rozegrać na swoją korzyść jakiś konflikt zewnętrzny? Kagarlicki kręcił głową: to niemożliwe. Drugi Krym jest nie do pomyślenia, a interwencja Rosji na Bliskim Wschodzie dawno przestała grzać opinię publiczną. A jednak władze Rosji posłużyły się konfliktem, tyle tylko, że propagandowo-historycznym. Wiele wskazuje na to, że załatwiano w ten sposób równocześnie trzy sprawy: kierowano uwagę społeczeństwa na bezpieczne tory, przygotowywano je do orędzia silnego przywódcy, jakie zostało wygłoszone 15 stycznia, a zarazem puszczano oko do ściśle wytypowanych adresatów za granicą.
Technologię rozgrywania tematów zastępczych znamy z Polski aż za dobrze. Polityk czy inna osoba publiczna rzuca w przestrzeń celowo kontrowersyjną, często manipulatorską frazę, a potem przygląda się, jak inni reagują (dzięki mediom społecznościowym stało się to jeszcze łatwiejsze i bardziej masowe), przyklaskują, oburzają się, twórczo rozwijają jego myśl lub polemizują. Społeczeństwo ekscytuje się, nie mając już czasu ani przestrzeni do dyskusji na długofalowo poważniejsze, ale trudniejsze do ogarnięcia tematy. Nawet te, które wiążą się z jego bezpośrednimi doświadczeniami i najbardziej żywotnym interesem.
Bezpośrednim doświadczeniem coraz większej części rosyjskiego społeczeństwa są nierówności społeczne, rosnące systematycznie od upadku Związku Radzieckiego wraz z ostatecznym załamaniem się w Moskwie egalitarystycznego myślenia o gospodarce, jeszcze w 2008 r. uznane oficjalnie za jeden z kluczowych problemów państwa. Walkę z nierównościami oficjalnie wciągnięto wówczas na listę zadań do zrealizowania w ramach długofalowej strategii Federacji Rosyjskiej do 2020 r. Wymieniony rok właśnie się rozpoczął, a z założeń strategii wcielone w życie zostało może 30 proc. Z czystymi wskaźnikami nierówności wiąże się problem kolejny: systematyczny wzrost dysproporcji między metropoliami a prowincją, upadek już nie wsi, a miasteczek. Do tego dochodzi wdrożona wbrew woli społeczeństwa reforma emerytalna i zaczyna być jasne, dlaczego w publikacji Centrum Lewady sprzed kilku dni wskazano, że aż 66 proc. Rosjan chce poważnych zmian w elitach władzy, które ich zdaniem przestały służyć społeczeństwu. A jako że już starsze wskaźniki popularności rządu i prezydenta wypadały dla Putina i jego otoczenia bardzo źle, z punktu widzenia Kremla konieczne było przeciwdziałanie.
Najważniejszym elementem tego przeciwdziałania jest oczywiście orędzie z 15 stycznia i następująca po nim dymisja rządu. Jedno i drugie musiało być wcześniej starannie przygotowane: nie ma żadnej przypadkowości ani w odejściu Dmitrija Miedwiediewa, ani w zestawie obietnic socjalnych, jakie przedstawiono Rosjanom. Jednak bez odpowiedniego przygotowania i wymiana gabinetu, i zapowiedzi wzmocnienia polityki prorodzinnej oraz reformowania służby zdrowia mogłyby zostać odczytane jako wyraz słabości i ustępstw władzy. A tego nikt na Kremlu sobie nie życzy, więc przez ponad dwa tygodnie przed wystąpieniem Putina media wałkowały temat, który sprawdza się zawsze: II wojnę światową.
Wielka Wojna Ojczyźniana odgrywa w rosyjskiej świadomości rolę trudną do przecenienia. W świadomości, nie w propagandzie, gdyż do kultywowania pamięci o tym, jak Związek Radziecki pokonał nazizm i za cenę jakich ofiar mieszkańcom Rosji nie są potrzebne żadne odgórne zachęty (co nie znaczy, że władze nie dążą do utrzymania tej pamięci w najkorzystniejszym dla siebie wariancie – w ostatnich latach modne stało się np. akcentowanie roli Cerkwi we wspieraniu wysiłku zbrojnego). Prezentując się pod koniec grudnia jako ten, który broni wielkiej wspólnej historii przed fałszerzami z Zachodu, Władimir Putin po raz kolejny rozegrał archetyp silnego przywódcy. Jeśli Donald Trump sądzi, że w celu konsolidowania społeczeństwa może podpalić Bliski Wschód, to Putin uznał, że wystarczy mu – z konieczności – wejście w rolę obrońcy kraju w warstwie symbolicznej. Z takiej pozycji o wiele łatwiej i skuteczniej następnie występować z orędziem, które w gruncie rzeczy jest przyznaniem, że problemy społeczne kraju są bardzo poważne. Aby „odgórna rewolucja” czy chociaż jej namiastka się udała, władze muszą demonstrować, że wszystko nadal jest pod kontrolą.
Wcielenie się rosyjskiego prezydenta w rolę nauczyciela historii równocześnie spełniało określone zadania w międzynarodowych grach prowadzonych przez rosyjską dyplomację. I Polska, chociaż o niej było najwięcej mowy, nie była wcale głównym adresatem „lekcji”.
Putina, który potępia antysemityzm i stanowczo piętnuje nie tylko Hitlera, ale wszystkich współwinnych Holokaustu, usłyszeć mieli w Tel Awiwie. W ramach przygotowania do coraz bliższych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, ale też jako przygrywkę przed wielką fetą z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami 9 maja 2020 r. Obecność szefa izraelskiego rządu – ktokolwiek nim w maju będzie – jest na tych uroczystościach potrzebna choćby ze względów prestiżowych: brak, zbyt mała liczba lub zbyt niska ranga zagranicznych gości z tzw. liczących się krajów byłby dyplomatyczną klęską Rosji. W „nieokrągłych” latach 2018 i 2019 obecność pojedynczych zaledwie zagranicznych prezydentów i premierów dawała się od biedy wytłumaczyć mało symboliczną datą właśnie. W 2020 r. będzie katastrofą. Ale dobre stosunku z Izraelem są Rosji potrzebne także dlatego, że nie da się skutecznie podważać amerykańskiej dominacji na Bliskim Wschodzie, ba, nawet umocnić się na przyczółku w samej tylko Syrii, jeśli władze Izraela nie są gotowe na to przystać i nie przeszkadzać. To już nie te czasy, gdy Związek Radziecki miał w regionie potężne aktywa w postaci wspieranych przez siebie masowych ruchów socjalistycznych w świecie arabskim. Obecnie nawet współpraca rosyjsko-irańska na Bliskim Wschodzie nie jest żelazna. Trudno mówić o tym, by interesy obu państw były na dłuższą metę zgodne, a w sprawach przyszłości Syrii Putinowi łatwiej przychodziło dogadać się nawet z tureckim prezydentem Erdoganem.
Równocześnie na Zachodzie poważne siły lewicowe, jak brytyjska Partia Pracy czy Nieuległa Francja, mniej lub bardziej odważnie wypowiadają się na temat izraelskiej polityki apartheidu, a Izrael przeciwdziała, przyklejając im (z pomocą przychylnych mediów i organizacji) łatkę antysemitów, celowo myląc to pojęcie z antysyjonizmem. Czy rosyjski rząd sądzi, że jeśli sam zacznie najgłośniej piętnować antysemityzm, choćby ten sprzed 80 lat, to utrwali swoją przyjaźń z Tel Awiwem? Jeśli tak, to efekty, jeśli sądzić po najpoważniejszych izraelskich mediach, nie są oszałamiające: główne dzienniki w bliskowschodnim państwie owszem poinformowały o „polsko-rosyjskiej kłótni o historię”, ale poprzestały na jej zwykłym zreferowaniu, czasem z krótkim tłem dot. złych stosunków polsko-rosyjskich, czasem z uwagą, że faktycznie wielu Polaków ma na sumieniu mordy na żydowskich sąsiadach. Szczególnego zachwytu nad wystąpieniem Putina brak.
Echa historycznych pouczeń rosyjskiego prezydenta miały dotrzeć również do Brukseli. Społeczeństwo rosyjskie miało zobaczyć, jak przywódca daje mocną odpowiedź na rezolucję Europarlamentu, w której zrównano „dwa totalitaryzmy” jako winowajców II wojny światowej. Równocześnie Moskwa nie może wszak nie wiedzieć, że jej rola w pokonaniu nazizmu jest w zachodniej świadomości minimalizowana od lat, i to skutecznie. To „zasługa” nie tylko polityki historycznej, bo tę w duchu zażartego antykomunizmu i wypierania wybranych kart własnych dziejów prowadzą głównie państwa Europy Wschodniej, ale i chwytliwej popkultury, zwłaszcza niezliczonych filmów gloryfikujących US Army. Wiele mówi zestawienie sondaży opinii publicznej we Francji: jeśli w maju 1945 r. 57 proc. ankietowanych wskazywała ZSRR jako główną siłę, jaka przyczyniła się do zwycięstwa, to już w kolejnym pokoleniu, w r. 1994 niemal połowa Francuzów była zdania, że pokonanie Hitlera to w pierwszej kolejności dzieło Amerykanów. Tendencja jest stabilna, gdyż w 2015 r. w odpowiedziach na to pytanie 54 proc. wskazań zebrały Stany Zjednoczone. 23 proc. doceniło Związek Radziecki. Fakt, że na radzieckie pomniki w Berlinie czy Wiedniu nikt jak na razie zamachnąć się nie zamierza, to marne pocieszenie: ewolucja polityki pamięci, której wyrazem jest wspomniana rezolucja, jest w oczach Moskwy więcej niż niekorzystna.
Rosyjscy specjaliści od polityki historycznej doszli zatem do wniosku, że najlepszą obroną będzie atak, i to radykalny: jeśli zjazd deputowanych ludowych ZSRR w 1989 r. potępił tajny protokół paktu Ribbentrop-Mołotow i takiej interpretacji trzymano się również w latach 90., to stopniowo upowszechniło się podejście sprowadzające się do hasła „o swoich tylko dobrze”. W maju 2015 r. Putin mówił już o pakcie jako dokumencie żywotnym dla bezpieczeństwa ZSRR, a 80. rocznicy podpisania niemiecko-radzieckiego porozumienia towarzyszyła już wystawa, na której był on niemalże szczytowym osiągnięciem dyplomacji radzieckiej. Rzeczniczka prasowa ministerstwa spraw zagranicznych Rosji tłumaczyła przy okazji na Twitterze, że dzięki układowi Moskwa zyskała korzystniejsze granice i dodatkowy czas na obronę stolicy po nieuchronnym ataku ze strony III Rzeszy (reakcje rosyjskich internautów były, co znamienne, dość podzielone). Dodatkowo przypomniano „wzorowym europejskim demokracjom”, że same z entuzjazmem przyklasnęły w Monachium rozbiorowi Czechosłowacji (też demokratycznej!), byle skierować uwagę Hitlera na tę gorszą, wschodnią Europę; i tyle w temacie ich legitymacji do wytykania komukolwiek, że podpisał z III Rzeszą jakieś porozumienia.
Tyle, że na dłuższą metę Putin tej Francji czy Wielkiej Brytanii jednak potrzebuje – zwłaszcza prezydent Francji, który traci wiarę w NATO, ma swoje ambicje i gościł u siebie historyczne spotkanie prezydentów Rosji i Ukrainy może być postrzegany jako potencjalnie interesujący partner do rozmowy. Rosyjski przywódca nie zamierzał zatem przesadzić z krytyką zachodnich demokracji, zwłaszcza że – wracamy do początku – był inny sposób, by równocześnie wyprodukować temat zastępczy, odbić zarzuty z Brukseli i puścić oko do Tel Awiwu. Tym sposobem było właśnie postawienie pod pręgierzem Polski, co jest zresztą zabiegiem stosowanym nie od wczoraj. W przychylnych rządowi programach telewizyjnych regularnie chłopcami do bicia i antypatycznymi figurami byli właśnie nasi rodacy, ostentacyjnie ucieleśniający stereotyp „dumnego Polaka”, rzucający tekstami obraźliwymi dla rosyjskich odbiorców. Temat zastępczy wybrany był starannie. Rosyjska opinia publiczna, a przynajmniej jej część, nie mogła nie przyjąć z satysfakcją tego, jak Putin w końcu „doprowadza do porządku” wschodnioeuropejski kraj, gdzie w przestrzeni medialnej normą stały się wszelkiego rodzaju obelgi, złośliwości i oskarżenia pod adresem Moskwy. Ich przeglądu dokonuje w tekście poniżej red. Maciej Wiśniowski.
Co może na to wszystko powiedzieć człowiek o lewicowej wrażliwości? Przede wszystkim wyrazić najgłębsze ubolewanie nad tym, że II wojna światowa, która powinna być dla wszystkich wielką i gorzką lekcją, stała się przedmiotem doraźnych rozgrywek. I Rosja, i kraje Europy Wschodniej, i Unia Europejska, i Stany Zjednoczone, i Izrael zamiast wspólnie czcić poległych i zamordowanych, przerzucają się „interpretacjami”, w których jedna wybrana strona czyni wszystko od początku do końca dobrze, na żadnym etapie się nie myli ani tym bardziej nie popełnia zbrodni. To zaś, komu zbrodnie zarzuca, zależy od bieżącej konfiguracji w polityce międzynarodowej i doraźnych potrzeb wewnątrz kraju.
Uczciwi historycy, którzy są we wszystkich tych krajach, wiedzą najlepiej, że to nonsens. Oni rozumieją, że do wybuchu II wojny światowej nierozwiązane po poprzednim globalnym konflikcie z lat 1914-1918 sprzeczności między mocarstwami; już postanowienia konferencji wersalskiej niosły w sobie zarzewie nowych napięć i konfrontacji. Zdają sobie sprawę ze złowieszczej roli wielkiego kapitału, który sprzyjał wyniesieniu do władzy agresywnych nacjonalistów i faszystów, byle tylko nie zwyciężyła nadzieja na bardziej sprawiedliwy świat reprezentowana przez partie socjalistyczne i komunistyczne. Wobec faktu, że potencjał tych ostatnich został zmarnowany przez fatalne decyzje Kominternu i to, że stalinowski Związek Radziecki realnie sprzyjał zagranicznym ruchom lewicowym tylko wtedy, gdy widział w tym własny, wąsko pojęty interes – powstał idealny grunt dla głównego agresora: niemieckiego faszyzmu. Nacjonalistyczne lub idące w tym kierunku dyktatury w Europie Wschodniej mogły patrzeć nań z różną dozą inspiracji czy podziwu, nie one jednak, przy całym swoim antypatycznym (i antysemickim) obliczu tę wojnę rozpętały. Czy ktokolwiek z polityków potrzebuje takiej historii? Okazuje się, że nie. Czy zamierza oddać historię historykom? Też nie. I to jest powód do najgłębszego niepokoju.

Małgorzata Kulbaczewska Figat


Ostatnie wypowiedzi Putina wprawiły cały bez wyjątku polski mainstream w dygot. Mam złą wiadomość: to dopiero początek.
Polska właśnie płaci za 30 lat nieustannej, nieracjonalnej rusofobii. Przez ten czas nie było złego słowa, wyzwiska, obelgi czy wreszcie nieskrywanej pogardy, której oszczędzono by nie tylko władzom sąsiedniego kraju, ale jego mieszkańcom. Wszystko to mówiono najpierw ciszej, potem, kiedy okazało się, że nikt na to nie zwraca uwagi, głośniej, zwalniając wszelkie hamulce nie to, że dobrych obyczajów, ale po prostu elementarnej przyzwoitości. I teraz nagle zaskoczenie: Rosja zareagowała!
Ale to nie jest tak, że Putin obudził się pewnego dnia rano i przy goleniu wpadła mu do głowy myśl, że trzeba Polsce dać po łapach. W polityce rosyjskiej na takim szczeblu przypadków nie ma. Moment został wybrany starannie. Jego szerokie uwarunkowania opisuje doskonale Małgorzata Kulbaczewska-Figat w swoim artykule powyżej.
Niezależnie od przyczyn rosyjskiego uderzenia w Polskę, Putin był rozkosznie pewien, że jego słowa trafią na podatny grunt. Rosjanie od dawna wiedzieli, że Rosja dla Polski jest wrogiem numer jeden. Stąd więc reakcja. A że właśnie taka… cóż, nie uważałaś jak robisz, rób jak uważasz, powiedział ojciec synowi, który przybiegł z wiadomością, że dziewczyna jest w niezaplanowanej ciąży. Polskie elity latami pracowały na fatalny stan polsko-rosyjskich stosunków.


„Celem najważniejszym [zmian w efekcie robotniczego zrywu „Solidarności” – przyp. MW] jest odepchnięcie Rosji raz na zawsze od Europy”.
„Rosja, nawet demokratyczna, a nawet przede wszystkim demokratyczna, będzie dla nas zbyt potężna, abyśmy mogli sobie pozwolić na bezpośrednie z nią sąsiadowanie (…) Dlatego nie możemy dopuścić, aby w jakiejkolwiek formie powstała Federacja Rosyjska”.
„Warunkami normalizacji stosunków z Rosją: powrót do granicy ryskiej (następnie przekazanie Wilna i Lwowa Litwie i Ukrainie, Rosja z ustrojem wynegocjowanym z udziałem Polaków, żołnierze radzieccy polegli na terytorium Polski uznani za najeźdźców, przyłączenie do Polski Kaliningradu, wreszcie wyegzekwowanie od Rosji wysokich odszkodowań za okupację. Przed Rosja bowiem nie ma ucieczki, trzeba ją pokonać”.
Wszystkie te myśli, wnioski i oczekiwania wobec Rosji ze strony całej Polski i wszystkich Polaków, jak uzurpują sobie ich autorzy, zostały przedstawione w antologii „Na przekór geopolityce. Europa Środkowo-Wschodnia w myśli politycznej polskiej opozycji demokratycznej 1976-1989”. Ani to myśli, ani polityczne, ale mniejsza o to.
Warto sobie jednak uzmysłowić, że autorzy powyższych słów w 1989 roku stali się elitą tego państwa i od tego czasu to ich poglądy kształtują polsko-rosyjskie relacje. I nie ma co się pocieszać, że minęły lata od czasu, kiedy te opinie zostały wypowiedziane lub napisane. Ależ nie, nabrały aktualności i wagi całkiem współcześnie – zebrano je i opublikowano w 2014 roku przez Kancelarię Prezydenta RP. I żeby już nikt nie miał żadnych wątpliwości co do tego, czy najwyższe władze państwa polskiego odnoszą się do nich poważnie, została ona poprzedzona autopromocją-wstępem ówcześnie urzędującego prezydenta, Bronisława Komorowskiego. Ciekawe, czy pomysłodawcy wydania tej pozycji w 2014 roku naprawdę uważali, że tej książki nikt nie przeczyta w Moskwie? Że nikt jej nie zauważy? Że nie wyciągnie wniosków?
W gruncie rzeczy cała, z niewielkimi wyjątkami, polska scena polityczna, choć śmiertelnie pokłócona, kiedy mowa o Rosji, łączy się w tej samej narracji. Media, czy liberalne, czy skrajnie prawicowe, w swym stosunku do Rosji są zadziwiająco zgodne. Tego, jak bardzo zasłużona w skrajnej rusofobii jest „Gazeta Wyborcza” nie trzeba jakoś specjalnie udowadniać. Wystarczy ją po prostu czytać. Korespondencje Wacława Radziwinowicza przejdą z pewnością do annałów skrajnie stronniczej narracji. Kiedyś jeden z polskich korespondentów zagranicznych powiedział mi, że nie sposób być korespondentem w obcym kraju nie lubiąc, lub choćby nie szanując jego narodu. Radziwinowicz udowodnił, że można. Jest jeszcze mnóstwo dziennikarzy, których nie krępują ani wymogi obiektywizmu, ani prawdy, ani wreszcie znajomości języka, a których relacje z Rosji przypominają lekturę tanich horrorów, są byli i obecni korespondenci wszelkich mediów, komentatorzy i „eksperci”, których poziom nie tyle niechęci do Rosji, ale po prostu niewiedzy, wywołuje w najlepszym wypadku zażenowanie. To ich staranna, mrówcza praca tworzenia atmosfery zagrożenia, obcości, pogardy i wstrętu stworzyła fundamenty polskiej rusofobii, której jednym z najważniejszych elementów składowych jest pozbawienie Rosjan cech ludzkich. To znany chwyt, pozwalający na zastosowanie wobec odczłowieczonego obiektu takich form oddziaływania, które w przypadku jednostek ludzkiego gatunku wywoływałyby opory. W naszej przestrzeni medialnej wciąż skutecznie stosowany. Do historii polskich mediów przejdą też relacje i komentarze z tragedii, które wszystkich Rosjan, niezależnie od ich poglądów, jednoczyły w autentycznym bólu. Tak było po ataku terrorystycznym na szkołę w Biesłanie, tragedii „Kurska”, ataku terrorystycznym na teatr na Dubrowce. Reakcje polskich mediów były haniebne i okrutne, z trudem skrywające satysfakcję, że Rosji i Rosjanom zdarzyło się nieszczęście. I nie jest specjalnym usprawiedliwieniem dziennikarzy, że taka podła narracja była też udziałem oficjalnych przedstawicieli Polski. Wtedy nawet Amerykanie potrafili zdobyć się na gesty solidarności i współczucia. Tylko nie Polska. Dziś zresztą niewiele się zmieniło.
„Wolę narodowca od KGB-owca. Wolę nawet polskiego rasistę, niż czekistę. Do wszystkich naszych spraw będziemy mogli wrócić, kiedy wrócimy do normalnych zachodnich standardów państwa prawa, które pozwolą być we wspólnocie zachodniej, a nie we wschodniej” To Jacek Żakowski.
„Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie” To Tomasz Lis, w ubiegłym roku.
Takich cytatów można zebrać bez trudu dziesiątki, jeśli nie setki. Mówiąc „Wschód”, sławni dziennikarze przecież nie mają na myśli Chin, ani Japonii. Te w istocie rasistowskie wypowiedzi opisują Rosję i tylko ją. To prawda, kiedy zarzucić im antyrosyjską nienawiść, jak jeden mąż zaprzeczą. Będą mówić o sympatii do „zwykłego Rosjanina”, o tym, że kochają rosyjską kulturę, nawet rzucą kilka nazwisk. W istocie jednak ich obraz „zwykłego Rosjanina” to nieogolony, lekko pijany „mużyk” grający na bałałajce czy harmoszce, koniecznie w kufajce i walonkach. Rosjanie mogą wszystko, pod jednym wszakże warunkiem: muszą być od nas gorsi.
Na koniec jeszcze słowa nie byle kogo, bo Andrzeja Talagi, byłego zastępcy naczelnego „Rzeczpospolitej” i wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, prawicowego think tanku, który namawia do odcięcia państw Partnerstwa Wschodnie (czyli również Polski) od rosyjskich kanałów telewizyjnych, książek, czasopism, stron internetowych, ponieważ „sączą one rosyjską wrażliwość, rosyjski punkt widzenia”. Czyli zakazać Puszkina, Gogola, radzieckich filmów i spektakli, bez których nie ma europejskiej kultury. Takie samo barbarzyństwo jak niszczenie pomników ku czci poległych radzieckich żołnierzy i oficerów, w towarzystwie słów okropnych i podłych. Takich rzeczy Rosjanie nie zapominają.
Rosyjskiego ataku można było oczekiwać również na podstawie innych sygnałów. Polska od lat w rosyjskich mediach pełniła rolę chłopca do bicia. Do politycznych talk-show o wielkiej oglądalności regularnie zapraszano polskich „publicystów” – Jakuba Korejbę i Tomasza Maciejczuka. Obaj na zamówienie i prawdopodobnie za wysokie wynagrodzenie odgrywali role ludzi, których wypowiedzi budziły głęboki sprzeciw widzów. Niektóre z ich słów głęboko obrażały uczucia zwykłych Rosjan. W gruncie rzeczy jednak nieważne, kim są Korejba i Maciejczuk i co konkretnie mówili. Ważniejsze jest to, że ktoś w rosyjskiej centralnej telewizji państwowej podjął decyzję, by nasi rodacy byli symbolami wrogiego, prowokacyjnego Zachodu. To nie był przypadek, w rosyjskiej machinie propagandowej przypadków też nie ma. Podsumowaniem był talk-show „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”, jeden z najchętniej oglądanych przez mniej wyrobionych widzów programów tego typu. Poświęcony Polsce. Charakterystyczne: nie zaproszono ani jednego Polaka, a dyskutanci przerzucali się co najmniej kontrowersyjnymi zdaniami na temat Polski. Od „polska państwowość powstała w 1918 roku”, wygłoszona przez słabo rozgarniętego posła partii komunistycznej, do niezgodnych z prawdą twierdzeń obywatela Izraela, byłego szefa służby specjalnej „Nativ” Jakowa Kedmi, że antysemityzm był w Polsce przed wojną tak silny, że w Armii Krajowej nie służył ani jeden Żyd. Ten seans nienawiści mógłby też komuś dać do myślenia. Ale nie dał.
Polska straciła w ciągu lat swojej nowej niepodległości cały kapitał szacunku do jej historii (w tym wspólnej walki z nazizmem), kultury i ludzi ze strony Rosji. Kiedyś kultura polska była dla wielu wykształconych Rosjan przedmiotem swoistej fascynacji, nieodłącznym segmentem kultury europejskiej, a zarazem czymś bliskim. Dzisiaj bardzo niewielu zna polskie filmy, książki, spektakle.
Polsko-rosyjska Grupa ds. Trudnych przestała działać właśnie wtedy, kiedy zaczęło być naprawdę trudno. Chętnych do podjęcia oficjalnego dialogu brak.
Ostatnie słowa prezydenta Rosji, choć ostre i w wielu aspektach niesprawiedliwe nie budzą we mnie aż takiego niepokoju. Jasne, wolę Putina i jego sądy z 2009 roku, kiedy napisał: „bez żadnych wątpliwości można z pełnym uzasadnieniem potępić pakt Mołotow-Ribbentrop zawarty w sierpniu 1939 roku. (…) Dziś rozumiemy, że każda forma zmowy z reżimem nazistowskim była nie do przyjęcia z moralnego punktu widzenia i nie posiadała żadnych perspektyw na realizację. które w tej całej sytuacji można uznać za korzystne”. Dzisiaj mówi inaczej, ale jego słowa tylko dowodzą, że są elementem większej politycznej gry.
Głęboko niepokojące jest jednak to, że wszelkiej maści rosyjscy pseudohistorycy, politolodzy i usłużni dziennikarze chcą za wszelka cenę przypodobać się swojej władzy i wypowiadają mnóstwo nieprawdziwych i głęboko krzywdzących Polskę słów, czynią z niej wspólnika nazistów, współarchitekta najstraszniejszych zbrodni. Pompują przestrzeń medialną nieskrywaną wrogością do Polski, rozpalając ogień, który trudno będzie ugasić.
Putin uderzył nas w najtrudniejsze do obrony miejsce i w najgorszym dla nas momencie. Trudno bowiem zaprzeczać istnieniu antysemityzmu w Polsce przed wojną, w jej trakcie i obecnie. W tej sprawie bronić nas trudno. Chętni do ripostowania Putinowi pojawili się na arenie międzynarodowej dopiero wtedy, gdy na Twitterze obśmiano amerykańską ambasador w Warszawie, gdy odpowiedziała na wypowiedzi rosyjskiego prezydenta. Cóż, jesteśmy sami, to wynik wieloletnich starań obecnej ekipy rządzącej. Analogie z 1939 roku są dość oczywiste. Co robić zatem? Rozmawiać. Myśleć o własnych interesach, rozumieć cudze. Szukać porozumienia a nie wojny, która przegramy zawsze, niezależnie od jej końcowego wyniku. Myśleć. To ostatnie może być najtrudniejszym wyzwaniem.
Jest oczywiście jedna korzyść z tej całej sytuacji: od momentu wypowiedzi Putina, której jednym z istotnych elementów jest polski antysemityzm, można mieć nadzieję, że skończyła się bliska i pełna wzajemnych duserów współpraca niektórych rosyjskich mediów z przedstawicielami skrajnej, antysemickiej i faszyzującej prawicy polskiej. To, co uczynił w ciągu ostatnich lat „Sputnik Polska” w tej dziedzinie jest czymś niepojętym. Promowanie i nagłaśnianie takich ludzi, jak Grzegorz Braun czy szef polskiej Falangi Bartosz Bekier, przeprowadzanie z nimi wywiadów i traktowanie jako wiarygodnych źródeł opisu polskiej rzeczywistości to zwykła kompromitacja. Jeśli Rosja chce wypadać wiarygodnie jako wróg antysemityzmu, czas z tym skończyć. Ale czy tak będzie?

Maciej Wiśniowski

Największe zagrożenie

Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych od lat jest nieprzewidywalna, imperialna, nieracjonalna. Amerykanie swoimi nieodpowiedzialnymi, często niezgodnymi z prawem międzynarodowym działaniami prowokują problemy, których potem sami nie potrafią rozwiązać. Za rządów Donalda Trumpa ta strategia została doprowadzona do absurdu.

Decyzje największego na świecie mocarstwa są uzależnione od kaprysów nieprzewidywalnego megalomana, który stosunki międzynarodowe traktuje jak grę komputerową, a głównym miejscem podejmowania przez niego decyzji jest twitter. Morderstwo Kasema Sulejmaniego było aktem politycznego terroru, którego nie da się w żaden sposób uzasadnić.
Zresztą to kolejny przykład barbarzyńskich działań USA, które mogą doprowadzić do nieobliczalnych konsekwencji. Tuż po zamordowaniu Sulejmaniego Trump zagroził, że jeżeli Iran odpowie na akt agresji, to wojska amerykańskie zbombardują 52 cele w Iranie, w tym centra kultury.
Innymi słowy po dokonaniu aktu terroru politycznego prezydent USA zapowiedział kolejne działania wojenne, na dodatek sprzeczne z konwencjami ONZ. Następnie, gdy parlament iracki zadeklarował, że nie życzy sobie wojsk amerykańskich na terenie kraju,
Trump ogłosił, że nie podporządkuje się tej decyzji, chyba, że Irak… zapłaci za bazy amerykańskie. Innymi słowy wydawałoby się suwerenny kraj ma płacić swojemu okupantowi za to, że ten rozbudował na jego terenie swoje bazy.
A skąd wzięły się bazy amerykańskie w Iraku? Z innej bezsensownej awantury opartej na kłamstwie. Gdy w 2003 roku wojska amerykańskie dokonały inwazji na Irak, głównym argumentem było posiadanie przez reżim Saddama Husseina broni masowego rażenia i jego rzekoma współpraca z Al Kaidą.
Dziś już wiemy, że były to fałszywe oskarżenia. Hussein nie miał broni chemicznej, biologicznej ani atomowej i nie współpracował z Al Kaidą. W wyniku kłamstw i manipulacji ówczesnej administracji amerykańskiej zginęło 200 tys. Irakijczyków, a na dodatek terroryści islamscy, Al Kaida, a potem ISIS urośli w siłę. Innym skutkiem tych działań było wzmocnienie wpływów irańskich szyitów na terenach irackich, z którymi do dzisiaj Amerykanie walczą.
Najpierw obalili Husseina, co doprowadziło do wzrostu siły Al Kaidy i powstania ISIS, teraz zamordowali generała Sulejmaniego, który zasłużył się głównie walką z… ISIS.
Czy zatem działania Amerykanów na Bliskim Wschodzie mają jakikolwiek sens? Wydaje się, że rządzi nimi jedna prosta zasada: gdy krajom regionu udaje się zaprowadzić względny porządek, Amerykanie go zaburzają, używając kłamstw i manipulacji, a na dodatek łamiąc prawa człowieka. Wtedy wraca chaos, a prezydent USA, rozkładając ręce, ogłasza, że wojska amerykańskie muszą stacjonować w całym regionie.
Jaka powinna być lekcja z tych wydarzeń dla Polski? Awanturnicza polityka USA nie jest w naszym interesie, a Stany Zjednoczone nie są krajem godnym zaufania w polityce międzynarodowej. Oczywiście warto dążyć do deeskalacji konfliktu, ale wraz z innymi krajami Unii Europejskiej powinniśmy jednoznacznie odciąć się od barbarzyńskiej polityki Donalda Trumpa.
Kilkanaście lat temu polskie władze przyniosły wstyd swojemu krajowi, angażując się w niesłuszną i szkodliwą wojnę. Obyśmy już nigdy nie powtórzyli tego błędu.

CIENIE NACJONALIZMU

Nacjonalizm w swej istocie ma wiele odcieni – etniczny i obywatelski, religijny i świecki, prawicowy i lewicowy w warstwie ideowej. Pogardliwy, zły, wręcz nieludzki stosunek do innych narodów, nacji i ras. W historii nacjonalizmu w Europie i w innych częściach świata, na Bliskim Wschodzie, w Azji, a także w Ameryce, USA było i wciąż jest wiele zła czynionego przez człowieka wobec innego człowieka, poniżania, a nawet ludobójstwa.

Przesadne oceny własnych narodów, wywyższanie się oraz poniżanie innych. Te dramatyczne wydarzenia o dużym zabarwieniu nacjonalistycznym muszą mieć negatywny wpływ na relacje i stosunki międzynarodowe. Katolicy to niewierne psy, natomiast Żydzi, Cyganie to gorsi ludzie wedle części ideologów nacjonalizmu. Przykładem aktualnym jest tzw. państwo islamskie.

Istota narodu

A historia nacjonalizmu, jej niektóre karty, wydarzenia i poglądy głosicieli jego ideologów? Myślę, że warto spojrzeć na jego antyludzkie i niedemokratyczne odcienie. Tylko krótki przegląd.
Sto lat temu nowy nacjonalizm Theodora Roosevelta wezwał do podatków od spadków, zakazu płacenia korporacyjnych pieniędzy w polityce, odszkodowań dla pracowników i płacy zapewniającej utrzymanie. Natomiast ostatnia Narodowa Konferencja Konserwatywna nakreśliła obraz „nowego amerykańskiego i angielskiego nacjonalizmu”, który charakteryzował się zrównoważonymi budżetami, silnymi granicami narodowymi i powrotem do angloamerykańskich tradycji narodowych.
Istnieje tak wiele odmian nacjonalizmu, że chyba warto, zatrzymać się i zapytać: czym jest naród? Prowokująca, oryginalna i dość użyteczna odpowiedź przyszła kiedyś od dziewiętnastowiecznego francuskiego uczonego Ernesta Renana: „Istotą narodu jest to, że wszystkie jego jednostki mają wiele cech wspólnych, a także, że wszyscy mają tendencje do zapominania wielu rzeczy.” Zatem zastanówmy się, o czym obywatele muszą zapomnieć, zanim naród stanie się narodem? Różnice etniczne, po pierwsze: „Żaden obywatel francuski nie wie, czy jest Burgundem, Alainem, Taifalą, czy Sigothem” – powiedział Renan.
W przeszłości należy pozostawić starożytne różnice co do sekty lub wyznania. „Każdy obywatel francuski zapomniał – twierdzi Renan – że w XIII wieku armia papieża prawie zniszczyła Katarów, rywalizującą sektę chrześcijaństwa, i że w dzień świętego Bartłomieja w XVI wieku katolicki motłoch zamordował tysiące wyznawców konfesji protestanckiej – kalwinistów.” Na szczęście w obecnych czasach takie stare konflikty od zamierzchłych czasów popadły w narodową niepamięć i tym samym uwolniły Francję i Francja stała się Francją.

Negatywna tożsamość

Dodajmy, że szkicując model narodowości, Renan przedstawia swego rodzaju negatywną definicję tożsamości narodowej, starannie wyliczając wszystkie rzeczy, które mogą być postrzegane jako esencja narodu, odrzucając kolejno wiarę religijną, język, rasę, politykę etnograficzną czy nawet geografię. Renan daje do zrozumienia, że esencja narodu to także fakt posiadania przez obywateli wielu wspólnych cech, co może oznaczać rodzaj niepodzielnych świeckich ideałów, takich, do których nawiązuje np. konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki, takich jak powszechne prawo wyborcze, odpowiedni proces prawny i gwarancja, że rząd nie uchwali żadnego ustawodawstwa wyróżniającego jakąkolwiek religię.
Czy może być nowy nacjonalizm, który łączy się z takimi ideałami? Być może, ale Narodowa Konferencja Konserwatystów, zorganizowana przez Fundację Edmunda Burke, pokazała, jak trudne to może być. Organizatorzy tego spotkania postanowili utrwalić bogatą tradycję narodowej myśli konserwatywnej, jednocześnie podkreślając, że ich projekt stoi w wyraźnej opozycji do teorii politycznych zakorzenionych w rasie, „opozycji wyrażonej częściowo przez odwołanie się do rzekomo bardziej łagodnej teorii politycznej, opartej na kulturze.

Zakorzenienie

Kiedy jednak wnikali w szczegóły, trudno było oddzielić konkretną ziemię od danej rasy, religii czy kultury, jak zadeklarował jeden z mówców. Nacjonalizm zawsze wyłania się z określonego czasu. Przykładem jest słynne kazanie obrazujące kolonię Massachusetts Bay jako miasto na wzgórzu. Był to, jak pamiętamy, inspirujący tekst zakorzeniony w konkretnej glebie i w szczególnym sposobie myślenia. Ojczyzną byłaby oczywiście Anglia, a sposób myślenia purytańskiej odmiany radykalnie antykatolickiego Kościoła Anglii, wyraźnie europejski, biały i protestancki.
Nowy nacjonalizm obserwowany w Europie oraz za oceanem wydaje się być napędzany głodem tożsamości, silnym poczuciem obecności na świecie, połączonym z rodzajem samoświadomości, który działa poprzez opozycję. Jestem Brytyjczykiem, a nie Francuzem, jestem Amerykaninem, a nie Meksykaninem, jestem chrześcijaninem, a nie muzułmaninem, jestem biały, a nie czarny. Biorąc pod uwagę ten punkt wyjścia, nacjonalizm staje się skrótem uwydatniającym wszystkie tego rodzaju przeciwieństwa. Jednakowoż zawsze cennym ćwiczeniem jest wyobrażenie sobie, co nasz kraj dla nas znaczy, ale robiąc to, powinniśmy pamiętać, że jeśli chodzi o podziały rasowe, etniczne i religijne, to wspomniane wcześniej, swoiste „nie zapominanie” jest nauczycielem narodów.

Czystki etniczne

Co zatem może się stać z narodem, którego obywatele nie mają tendencji do swoistego zapominania? Renan nie byłby zaskoczony losem byłej Jugosławii. Jak pamiętamy, przez wiele lat muzułmańscy Bośniacy, rzymskokatoliccy Chorwaci i prawosławni Serbowie żyli we względnej harmonii. Jednak po upadku komunizmu pod koniec lat osiemdziesiątych wydawało się prawdopodobne, że kraj rozpadnie się na części składowe, a Serbowie, obawiając się, że staną się mniejszością drugiej kategorii, zaczęli masakrować swoich muzułmańskich sąsiadów. Slobodan Miloszewicz, bezwzględny apologeta pamięci o różnicach, pomógł zasiać nasiona niezgody właśnie takiego myślenia podczas czystek etnicznych, kiedy świętował rocznicę starożytnej bitwy. Dla Serbów bitwa ta stała się okaleczającą traumą, klęską narodową, której pamięć łączy rzeczywista historia ze współczesną krzywdą i nadzieją. Przypomnijmy, że podczas bitwy na Kosowym Polu w 1389 roku wojska osmańskie dowodzone przez sułtana Murada I pokonały dowodzoną przez księcia serbskiego Lazara armię złożoną z Serbów i ich sojuszników. Obie strony poniosły duże straty. Następnie Imperium Osmańskie rządziło Kosowem przez 400 lat.

Kampania ludobójstwa

Aby uczcić 800. rocznicę tej bitwy, Miloszewicz zebrał tłum na historycznym Polu Kosowym. On sam zstąpił na miejsce helikopterem, jakoby święty Łazarz przybywał z wysokości. Następnie wygłosił przemówienie, którego odniesienia do godności i upokorzenia, ojczyzny i zdrady, odwagi i cierpienia, dumy i wstydu zostały tak zaprojektowane, aby sprowokować i odtworzyć zadawnioną, ale współcześnie odsuniętą w niepamięć wrogość między chrześcijanami a muzułmanami. W kolejnych latach rozpoczęła się ludobójcza kapania. W mieście Srebrenica serbscy wojownicy zamordowali około 8 000 muzułmanów. Henry Adams, amerykański historyk, nazwał kiedyś „systematyczną organizację nienawiści”, co z pewnością w przypadku byłej Jugosławii ma sens. Wielu współczesnych polityków, w tym również amerykańskich, często sięga do tej metody działania. Warto wspomnieć w tym kontekście np. o Ronaldzie Reaganie, który udał się do hrabstwa Neshoba w stanie Missouri – znanego miejsca morderstw trzech pracowników zajmujących się prawami obywatelskimi w 1964 roku – aby rozpocząć swoją kampanię prezydencką w 1980 roku, przemawiając do wiwatujących tłumów na targach hrabstwa, „wierzę w państwo prawa”. Albo nieco świeższy przykład związany z Donaldem Trumpem, który udał się na te same targi okręgowe w lipcu 2016 roku, aby zapewnić tłum: „wierzę w tradycje”. Cóż, jak się wydaje, była to w obu przypadkach prosta podpowiedź wyborcom, dla których motywującą wybraną „traumą” jest wojna domowa i jej dziedzictwo rasowej wrogości.
Tyle o historii nacjonalizmu, jego dążeniach, a także o wypowiedziach niektórych historyków i polityków o jego istocie i zagrożeniach dla narodów i człowieczeństwa.

Kiereszowanie świadomości

A teraz współcześnie. Niestety, jego cienie i macki istnieją wciąż w niektórych rejonach naszego globu ziemskiego. Wciąż jest on realnym zagrożeniem w niektórych częściach świata, a nie zawsze państwa demokratyczne i ich rządy skutecznie z nim walczą i przeciwdziałają zbrodniom oraz atakom terroru. Jego różne odłamy ideologiczne, religijne także, kiereszują świadomość młodych ludzi.
Cywilizowanie narodów po wojnie powodowało pozytywne zmiany w postawach i zachowaniach ludzi. Chodząc po Wrocławiu, jego ulicach, po Kudowie Zdroju, spotykam często wyznawców Świadków Jehowy. Rozdają swoje pisma, prezentują je na stoiskach. Widziałem ich ostatnio w Kudowie w Parku Zdrojowym przed pijalnią. Niektórzy ludzie się zatrzymują i biorą ich pisma. Gdy patrzyłem na tych ludzi, którzy przekonują do swoich religijnych poglądów, przypomniało mi się jedno bardzo przykre wydarzenie z lat trzydziestych w moim rodzinnym mieście, w Sokołowie Podlaskim. Grupa nieletnich nastolatków rzucała kamieniami w kobietę, która rozdawała pismo Świadków Jehowy. Przyjechała z pobliskich Siedlec. Na jej twarzy widziałem krew. Starsze osoby obserwując to, były obojętne na zachowanie dzieciarni. A ona nie broniła się, tylko powtarzała słowa: „Panie, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.” W dzisiejszej Polsce nic takiego się nie zdarza. Ludzie manifestują swoją wiarę i nie są napiętnowani tak okrutnie, jak to było kilkadziesiąt lat temu. Takie zmiany w naszych zachowaniach były możliwe w miarę, jak stawaliśmy się bardziej cywilizowani.

Wolności konstytucyjne

Dziś takie wydarzenie, którego przed laty byłem świadkiem, wzbudziłoby powszechne oburzenie i reakcję. A i konstytucja nasza zapewnia wolność sumienia i wyznania, ochronę uczuć religijnych. Kto w nie godzi, może stanąć przed niezawisłym sądem. Żyjemy już w innej epoce, bardziej cywilizowanej. Pomału kołtuństwo i nietolerancja wobec bliźniego znika z naszego życia publicznego. To nie znaczy, że już wszyscy w Polsce rozumieją właściwie wolność religii, poglądów, bycia sobą zgodnie z własną naturą. Nie, tak jeszcze nie jest. Jesteśmy świadkami zdarzeń i zachowań, także wobec symboli religijnych i kościoła, godnych potępienia, ale też i tych, którzy mają inne poglądy, zachowania. Inaczej kochających, bo mają taką ludzką naturę. Ktoś może jednak powiedzieć, no tak, zgoda, piszesz o istotnych zmianach świadomości naszego społeczeństwa, ich etapach rozwoju po II wojnie światowej, jakie nastąpiły na całym niemal świecie, w tym i w Polsce. To oczywiste. Ale jak do tych zmian mają się marsze równości, np. ten w Lublinie w lipcu 2019 roku. W innych miastach także. Brutalne zachowania skrajnych konserwatystów czujących wsparcie niektórych polityków obozu władzy. Mają pełne usta słów o naszych wartościach niezwykle ważnych dla państwa i narodu. Wypowiadają się o tym również ci, którzy nie mogą być przykładem w tworzeniu rodziny, którzy nigdy jej nie stworzyli. Nie mieli i nie mają żon, dzieci, wnuków. I to oni stale gardłują o rodzinie stworzonej przez kobietę i mężczyznę. Trochę powinni wykazywać umiar w tym ważnym problemie społecznym. Niestety, mówią tak jak ci, którzy mają sporą gromadkę wnuków i prawnuków.

Teoria ras

Ja jestem szczęśliwym dziadkiem i pradziadkiem sześciorga wnuków i dziesięciorga prawnuków. Tak na ludzki rozum, czy można odbierać, pozbawiać aktem państwowym prawa tworzenia rodziny osobom tej samej płci. W wielu państwach demokratycznych prawo zezwala na takie związki rodzinne. W naszym kraju jest to potępiane jako coś niezgodnego z naturą człowieka, uczuciami religijnymi. Ich przeciwnicy mają ogromne wsparcie kościoła rzymskokatolickiego. Polak katolik! A jeśli nie katolik, to co, to już nie Polak? Takie poglądy są bliskie cieniom nacjonalizmu, który jest zaprzeczeniem człowieczeństwa.
Jad nacjonalizmu kiereszuje świadomość wielu narodów. Ma ogromne wsparcie finansowe, materialne oraz środków światowej propagandy. Jest poważnym zagrożeniem we współczesnym świecie. System budowania Trzeciej Rzeszy jest bardzo pouczający. W jaki sposób skrajny nacjonalizm spowodował zdeformowanie świadomości Niemców. Dla ich dobra unicestwiono niemal całe nacje narodowe. Niemcy, Niemcy ponad wszystko, teoria ras lepszych i gorszych doprowadziła naród niemiecki do ludobójstwa i zagłady milionów ludzi. Niemcy mieli być panami, a inni, m.in. Słowianie, mieli być zgładzeni lub stać się niewolnikami pracującymi dla wielkiej Rzeszy Niemieckiej.

Historia to też człowieczeństwo

Holokaust to przecież najbardziej skrajny, ludobójczy nacjonalizm. Niemcy zbudowali w Polsce obozy zagłady Żydów, bo sądzili, że tu będzie łatwiej zlikwidować ich z całej niemal Europy. Mylili się w tych przewidywaniach. To przecież już król Polaków Kazimierz Wielki w XIV wieku przyjął Żydów, którzy byli wysiedleni z terenów niemieckich. Źródła podają, że już wcześniej sporo się ich osiedliło na polskich terenach. Zajmowali się oni handlem i rzemiosłem. Ich działalność miała duży wpływ na rozwój gospodarczy tych terenów. Polska nigdy nie pozbawiała prawa osiedlania się innych narodowości. Przyjmowaliśmy ich w różnych okresach naszej historii, kiedy byli pozbawiani prawa pobytu w niektórych państwach Europy. Tu, na polskiej ziemi powstawały ich osiedla i gminy żydowskie. Moje miasto też ich przyjmowało. W Sokołowie Podlaskim w 1939 roku prawie połowa mieszkańców to byli obywatele pochodzenia żydowskiego. Ich rodziny miały swoich przodków już w średniowieczu.
Nic też dziwnego, że w czasie okupacji niemieckiej Polacy udzielali im pomocy. Mieszkańcy mojego miasta zachowali się godnie, udzielając pomocy mordowanym współmieszkańcom. Sami ginęli za udzielanie pomocy Żydom. Ginęli wraz z ukrywającymi się Żydami, a ich domostwa palono. To są fakty opisane w wielu wspomnieniach. Dlatego nasza historia to także człowieczeństwo, szacunek dla innych narodów, nie wywyższanie się. Mamy więc dowody i zachowania świadczące o szacunku dla innych racji i poglądów. W Polsce nie ma podłoża i gleby dla jadu nacjonalizmu. Mamy poważne atuty, by się zdecydowanie przeciwstawiać wszelkim odpryskom nacjonalistycznym.

Giną, bo wierzą

I na koniec trochę refleksyjnie. Podjęty temat wciąż jest aktualnym problemem, którym zajmują się rządy i politycy niemal całego świata. Bo przecież nacjonalizm jest podstawową strawą dla niektórych skrajnych odłamów islamu. Pamiętamy makabryczne obcinanie głów porwanym chrześcijanom, masowe mordy tzw. niewiernych psów i inne zbrodnie pokazywane w telewizji. To musi budzić zdecydowany sprzeciw narodów. Podawane są przerażające liczby zamordowanych katolików w wielu krajach. Giną ludzie tylko dlatego, że wierzą w Chrystusa. Czynią to w imię ich boga, Allaha, mimo że on tego nie nakazuje, wręcz zakazuje.
I jeszcze jedna refleksja. To dobrze, że staramy się wspierać materialnie inne narody żyjące w wielkiej biedzie, mieszkańców Afryki, Bliskiego Wschodu i Polaków mieszkających za wschodnią granicą. Dzielimy się dobrami materialnymi w miarę naszych możliwości. Jest to oczywiście niewiele wobec potrzeb ludzi żyjących w skrajnych warunkach sanitarnych. Ale te symbole naszego człowieczeństwa są dobrym przykładem dla naszych dzieci i młodzieży, są czymś, co może być zaprzeczeniem nacjonalizmu, wywyższania się, nienawiści wobec innych narodów, różnych ras.

Szkoła bez presji

To nasze wsparcie innych powinno się lepiej upowszechniać jako lekcja wychowania obywatelskiego, życia w przyjaźni do innych ludzi żyjących w biedzie, którym jest potrzebna pomoc tych, którzy mają więcej. Nasz stosunek do bliźniego kształtuje się już w latach dziecięcych i w okresie dorastania.
Ten przykład, o którym wspomniałem wcześniej, ciskania kamieniami w kobietę na oczach dorosłych ludzi, ich synów i córek tylko dlatego, że różniła się stosunkiem do tego samego Boga, w którego i oni wierzyli, mógł zaistnieć, bo takie było wychowanie w rodzinach. Zmieniło się wiele od lat mego dzieciństwa w zakresie kształtowania świadomości naszych rodaków.
Jednak cienie nacjonalizmu całkowicie nie zniknęły. Mogą nam dalej zagrażać w życiu publicznym. Potrzebna jest mądra i przyjazna polityka wychowawcza rodziny i szkoły. Niemal powszechnie się mówi, i co do tego jest zgoda większości, że podmiotem, ośrodkiem wychowania młodzieży, przygotowania do życia w społeczeństwie, jest rodzina i szkoła.
Szkoła kierowana przez odpowiedni system oświatowy bez ideologii i presji nieracjonalnych. Ten system naszego szkolnictwa powinien być transparentny i doskonalony zgodnie z zasadami ogólnoludzkimi. Temu powinna sprzyjać odpowiednia polityka oświatowa rządzących, a nie będąca wymysłem jednej siły przewodniej, która wszystko wie najlepiej i dobrze robi, a inni tego nie potrafią, albo są za leniwi do uczciwej pracy dla społeczeństwa.
I to już wszystko, co chciałem powiedzieć o nacjonalizmie w trzech jego wymiarach – historycznym, światowym, a także naszym, krajowym, przy uwzględnieniu aktualnych odniesień.

Bigos tygodniowy

O Literackiej Nagrodzie Nobla dla Olgi Tokarczuk można czytać we wszelakich mediach obficie, ile dusza zapragnie, a i ja też pisałem. W bigosie zmieszczę jeden tylko wątek. Nienawiść i pogardę, z jaką polska prawica nacjonalistyczno-klerykalna przyjęła pierwszego od 1924 roku ( wtedy Władysław St. Reymont) Nobla dla polskiej powieściopisarki. A szczególnie haniebne jest to, że hasło do tego dał pożal się boże, obecny minister kultury.

Wybuchła afera z Polską Fundacja Narodową. To kompromitacja kolejnej (po Najwyższej Izbie Kontroli – afera Banasia) oficjalnej instytucji. W tym przypadku powołanej przez władzę PiS i do tego bardzo zasobnej. Dla mnie ten były szef FN, niejaki Świrski, od początku mi – jak mówił Max Baum z „Ziemi Obiecanej” noblisty Reymonta – „na milę pachniał szachrajem. W tle afery – Macierewicz i jego młodzi minionowie (z franc. les mignons – pupile, faworyci). Tak nazywano erotycznych towarzyszy Henryka III, króla Francji, znanego też jako Henryk Walezy, król Polski.

Propisowskie do „Do rzeczy” donosi, że Przewodniczący Mało „jest załamany” sprawą Banasia, a ma też problem z „polskim Fouché” („o duszy demona i twarzy trupa” – to Wiktor Hugo) Kamińskim Mariuszem, koordynatorem służb specjalnych. Tymczasem mówi się o 15 wnioskach, które NIK (czyli Banaś) kieruje do prokuratury w związku z nadużyciami w sferze więziennictwa, co jest w pierwszym rzędzie uderzeniem w Jakiego Patryka, a w dalszej kolejności w całą rządzącą kamarylę. Profesor Antoni Dudek pisze o „zmierzchu PiS”, a jeden z prawicowych publicystów (konkretnie Łukasz Warzecha, jeden z tych co wybili się na publicystyczną niepodległość od bazy) powiada, że – paradoksalnie – Banaś może okazać się najbardziej niepodległym i bezpardonowym (w efektach działania, nie w motywacjach) prezesem NIK.

Sąd Najwyższy zawyrokował, że Izba Dyscyplinarna tegoż nie jest niezależnym sądem, ale grupą pisowskich funkcjonariuszy. PiS unosi się świętym oburzeniem i woła o pomstę do nieba. W telewizyjnym programie „Studio Polska” Ogórek i Łęskiego, poseł Lewicy Andrzej Szejna zwrócił się wprost do sędziego Schaba Piotra, szefa tzw. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, aby nie łamał prawa, bo może go w przyszłości za to czekać surowa odpowiedzialność. Schab ostentacyjnie się obraził. No to, jeśli Schabowi za mało, trzeba mu zadedykować wypowiedź I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, jego przełożonej (?), która zaapelowała do członków ID, aby wstrzymali się od orzekania.

Trwa rozważanie, czy pomnik Bitwy Warszawskiej 1920 roku ma mieć – jak chce pisowski satyryk Pietrzak Jan – kształt rozkraczonych nóg w kalesonach, okraczających nurt Wisły czy też zwykłego naziemnego łuku triumfalnego w okolicy placu Na Rozdrożu. Czy Pietrzak i zwolennicy jego pomysłu zastanowili się choć raz, jak organizowane byłyby obchody bitwy? Czy uczestnicy podpływaliby łajbami? I pod którą nogą, lewą czy prawą, składano by wieńce i wiązanki kwiatów?

Karczewski Stanisław, ex-marszałek Senatu, a obecnie wicemarszałek tej izby pracował jako lekarz, w czasie urlopu bezpłatnego wziętego w szpitalu na czas pełnienia mandatu senatora RP, dla idei za jedyne czterysta tysięcy złotych.

Niejaki Zaradkiewicz, wyjątkowo śliski typek, uzyskał z Ministerstwa Sprawiedliwości, a następnie udostępnił mediom listę sędziów mianowanych jeszcze w PRL. Ma to być piętno na nich ciążące, a lista zważywszy okoliczności ma cechy listy proskrypcyjnej. Nudzi się biedaczek w Sądzie Najwyższym, gdzie jest tzw. sędzią i z tych nudów zajmuje się głupotami za ciężkie pieniądze z naszych podatków.

Sąd w Lublinie przyznał obywatelowi z Białej Podlaskiej 4 tysiące złotych odszkodowania za haniebne zatrzymanie go w jego domu nad ranem po tym, jak ubrał pomnik Kaczora Martwego w koszulkę z napisem „Konstytucja”. Gołym okiem widać, że PiS nie da rady z sądami. W tej sytuacji pomysł Ziobra na ustawę, która pozwałaby więzieniem karać sędziów za zachowania nieprawomyślne wobec PiS to tylko już forma bezsilnego wrzasku czystego histeryka, tupanie nóżkami w bezsilnej złości. Ze wszystkich funków obecnej władzy ten właśnie człowiek najbardziej zasłużył na solidną odsiadkę. To szkodnik być może większy od Kaczora. Przy nim głupkowaci eksmarszałkowie Izb: Kuchciński i Karczewski to niewinne blotki.

Posłanka Jagna Marczułajtis zwróciła uwagę, że za pośrednictwem sekretariatu Kancelarii Sejmu dostęp do poselskich skrzynek meblowych ma sekretariat jakiejś głupawej Krucjaty Różańcowej, która kieruje zaproszenia na jakieś głupkowate modły.

Żałosny DD (Duduś-Dewot) najpierw – wybałuszając swoim zwyczajem gałki oczne, jakby trzymały się na szypułkach – wydzierał się na sędziów „komunistów i postkomunistów, którzy mają zniknąć”, po czym jak gdyby nigdy nic mianował Piotrowicza Stanisława tzw. sędzią tzw. Trybunału Konstytucyjnego. W moim dzieciństwie śpiewano piosneczkę: „Duduś, Duduś, tylko mnie nie uduś, bo jak mnie udusisz, to pochować musisz”.

W Platformie odbyła się debata kandydatów na kandydata na prezydenta. Debata była słaba, Małgorzata Kidawa Błońska jest dystyngowana, ale mało porywająca i słaba retorycznie. „Pistolet” Jacek Jaśkowiak też był dość nijaki. O szansach powodzenia Szymona Hołowni trudno jeszcze coś powiedzieć.

Niejaki Kraszewski, radny PiS z Puław, pisowski bęcwał i nieuk zawnioskował, by zdemontować tamtejszy pomnik Ludwika Waryńskiego (1856-1889), absolwenta tamtejszego instytutu weterynaryjnego. Bęcwał motywuje to tym, że Waryński, wybitny ideolog i działacz polskiego ruchu socjalistycznego, postać szlachetna, zmarły w więzieniu w carskim Szlisselburgu, był przeciwnikiem polskiego państwa narodowego i chciał państwa robotników i chłopów” Bigos tygodniowy Bigos tygodniowy.

Problem zdrowia My socjaliści

Amerykański slogan brzmi: „Najlepiej być młodym, zdrowym, pięknym i bogatym”. Nie wszystkim się to udaje, również w Ameryce. Problemem jest najczęściej zdrowie, którego z upływem czasu ubywa. Zorganizowane społeczeństwa współcześnie zabezpieczają się przed utratą zdrowia i tego skutkami.

Doświadczeniem naszej cywilizacji jest system ubezpieczeń społecznych. Polskie doświadczenia w systemie ochrony zdrowia społeczeństwa mają ponad wiekową tradycję i są wynikiem kompromisu przynajmniej dwóch nurtów ideowo-politycznych obecnych w naszym kraju: socjalizmu ze sztandarowym hasłem sprawiedliwości społecznej oraz liberalizmu nastawionego na swobodę działania i hasło głoszące: „radź sobie sam”.
Z czasem okazało się, że hasła i idee są dość trudno wprowadzane w życie, stąd konieczna była interwencja państwa i ustanowienie systemu ochrony zdrowia z mniejszym lub większym udziałem, obciążającego pracujących obywateli obowiązkowymi składkami.
Tylko niewielka część obywateli była w stanie poradzić sobie sama. Tak jest do dzisiaj i w Polsce, i w innych krajach.
Aktualnie palącym problemem naszego kraju jest niewydolność systemu ochrony zdrowia, co przerodziło się od co najmniej ćwierćwiecza w problem społeczny i już także polityczny. Od wielu lat żerują na nim populiści różnych maści, obiecując podwyższenie budżetu zdrowotnego państwa. Mimo trwałych podwyżek, pieniędzy od lat brakuje, a nikt nie pokusił się dotychczas o poważną analizę ich wykorzystania. Padają wyłącznie argumenty o trwałym braku środków i porównania ze społeczeństwami znacznie zasobniejszymi od naszego.
W PRL nie mówiło się jednak nigdy o zapaści, a do lekarza rzadko czekało się w kolejce dłuższej, niż kilka dni.
Dziś widać, że pełne zaangażowanie państwa w ochronę zdrowia obywateli przynosi pozytywne skutki. Doświadczenia amerykańskie, gdzie kilkadziesiąt milionów obywateli pozostaje dziś bez ubezpieczenia, są jak najbardziej odstraszające.
Ponadto widać, że społeczeństwo nie może pozostawić decyzji dotyczących zdrowia w rękach kapitału. Na szczęście posiada konstytucyjne gwarancje ochrony zdrowia, co stwarza nadzieję i szanse, ale w praktyce jednak mało to znaczy.
Widać więc po tych przykładach, że nie da się prosto, wyłącznie poprzez dofinansowanie uratować aktualnego systemu ochrony zdrowia w Polsce.
Dofinansowanie, co widać po wielu przykładach, skutkuje wzrostem dochodów sektora prywatnego w służbie zdrowia i postępującym zadłużeniem sektora państwowego i samorządowego. System wymaga rewolucyjnych zmian, wprowadzić je może wyłącznie polska lewica, która bez obrzydzenia posiłkować się będzie wartościami płynącymi z idei sprawiedliwości społecznej i wcześniejszymi doświadczeniami socjalistów.
Podstawowym problemem środowisk służby zdrowia i polityków działających w tym obszarze, a co szczególnie karygodne – lekarzy, jest to, że stały się one świadomie, lub często nieświadomie, więźniami rynku i pełnią rolę handlarzy i dystrybutorów a nie ratują ludzi za wszelką cenę.
Ani państwo dziś, ani środowiska związane ze służbą zdrowia nie zajmują się leczeniem chorych wynikającym z obowiązku pełnienia służby społecznej. W ramach tzw. usług społecznych sprzedają na rynku życie i zdrowie, a wielu z nich na tym dobrze zarabia.
Nie może być tak nadal, że w polskiej kulturze i obyczaju akceptujemy, że życie i zdrowie ludzkie jest towarem rynkowym, że można je kupować, sprzedawać, że opiera się na tym neoliberalnym paradygmacie również nasze państwo. Lewica musi walczyć z tą zasadą również w innych obszarach.
System ochrony zdrowia w Polsce trzeba zbudować od nowa pod egidą państwa. Powinno powstać ponadpartyjne porozumienie dotyczące jego przebudowy.
Do niezbędnych elementów nowego systemu zaliczyć trzeba takie generalne rozwiązania jak: bezpośrednie finansowanie ochrony zdrowia przez państwo, likwidacja NFZ i całej biurokracji, eliminacja wszelkich układów prywatno-publicznych, rozdzielenie państwowego i prywatnego systemu ochrony zdrowia, dostosowanie zarobków w służbie zdrowia do systemu państwowego, reforma systemu kształcenia lekarzy i personelu medycznego, wstrzymanie na co najmniej 10 lat inwestycji w infrastrukturę biurokratyczną służby zdrowia, przesunięcie w budżecie na rok 2021 środków na reformę służby zdrowia m.in. z budżetu MON na zakupy broni ofensywnych.

Polski dobrobyt ukraińskimi rękami

„Polski model państwa dobrobytu” zaproponowany w expose pana premiera Mateusza Morawieckiego kierowany był jedynie do „normalnych” Polaków. I dlatego program, który w normalnym expose powinien obywateli łączyć, albo niwelować istniejące różnice, jedynie zaostrzył istniejące już podziały w polskim społeczeństwie.

Bo oferta premiera została skierowana jedynie do „normalnych” polskich rodzin, czyli tych preferujących narodowo – katolicki wzorzec. Kolejna szansa na wygaszenie wojny polsko-polskiej została zmarnowana.
Okazało się bowiem, że przyszły dobrobyt obiecywany przez premiera pana prezesa Kaczyńskiego, nie dotyczy wielu milionów obywateli państwa polskiego. Nie dotyczy wszystkich niekatolików.
Gdybyśmy dzisiaj przeprowadzili w naszym kraju uczciwy spis, albo rzetelny sondaż okazałoby się, że grupa osób nie identyfikujących się z religiami przekracza już dziesięć procent polskiego społeczeństwa.
Nieprawdziwy zatem jest też upowszechniany przez prawicowe media mit, że ponad 90 procent społeczeństwa polskiego to rzymscy katolicy. Zapewne mamy ponad 80 procent obywateli naszego kraju kiedyś ochrzczonych w tym obrządku. Ale to nie oznacza, że wszyscy oni przynależą się obecnie do polskiego kościoła katolickiego.
Dość rzetelne niedawne kościelne statystyki wskazują, że na msze święte regularnie uczęszcza jedynie czterdzieści procent deklarujących się jako „katolicy”. Jeszcze mniejsza grupa regularnie przystępuje do komunii świętej.
Symbolicznym było ślubowanie nowo wybranych parlamentarzystów. Prawie jedna czwarta nowego składu Sejmu RP nie skorzystała z możliwości dodania do roty ślubowania religijnej końcówki. I pewnie byłoby ich więcej, gdyby ateiści z klubu parlamentarnego PiS mieli więcej odwagi i nie ulegli panującemu tam „terrorowi poprawności politycznej”. Ale pan prezes Kaczyński zapowiedział walkę z „poprawnością polityczną”. Może następnym razem i oni się odważą?
Ile Ukrainy w Polsce?
„Polski model państwa dobrobytu” nie był też kierowany do innych niż „normalni Polacy” obywateli i mieszkańców naszego kraju. Nie dotyczył chrześcijan obrządku prawosławnego. Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Mołdawian, Rosjan.
Tych, którzy zamieszkują Polskę od wieków, od lat posiadają polskie obywatelstwa. Szacowanych na przynajmniej ponad pół miliona, a może i milion obywateli.
I tych cudzoziemców, którzy przybyli do nas w ciągu ostatnich kilku lat. Migrantów zarobkowych i studentów. Z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii. Ich może być już w naszym kraju prawie dwa miliony.
Oślepione narodowo – katolickim nacjonalizmem elity PiS nie chcą ich zauważyć. Samookłamują się, że mamy do czynienia jedynie z okresowym pobytem „pracowników – gości”. Ot, biedni ludzie z dzikiego Wschodu skorzystają sobie z danej im okazji, zarobią sobie, i wrócą tam gdzie ich miejsce.
Elity PiS nie chcą się pogodzić z prawdą i ekonomiczną rzeczywistością. Przecież bez pracy obecnych i kolejnych setek tysięcy ekonomicznych emigrantów z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i innych krajów nie ma szans na „Polski model państwa dobrobytu”.
Pan premier Morawiecki w swym eksposeł opowiadał bajki o setkach tysięcy Polaków pakujących już swe emigracyjne walizki. Aby z wiosną, z bocianami, po wrócić na Ojczyzny łono, zwabieni wizją „państwa dobrobytu”.
Ale takiej reemigracji nie będzie. Elity PiS zakłamują rzeczywistość i oszukują swych wyborców. Nie wspominają im o milionach Ukraińców i Białorusinów stale pracujących w Polsce. A tych, którym udało się dostać „Kartę Polaka”, teraz już coraz łatwiej wydawaną, mianują „odzyskanymi Polakami”.
Za to miliony Ukraińców codziennie budujących nasz „polski dobrobyt” są dla elit, mediów i biurokracji PiS niewidzialnymi.
Nie ma długofalowej polityki państwa polskiego wobec tej nowej emigracji. Bo elity PiS dalej udają, że problemu nie ma. Łudzą się, że ukraińscy emigrancki wtopią się w polskie społeczeństwo niczym wspólnota wietnamska. Nie będą zawracać państwu polskiemu głowy. Schowają się w niszach rynkowych i kulturalnych.
Elity PiS zapominają, że emigracja ukraińska jest nie tylko wielokrotnie większą od wietnamskiej. Zatrudniona jest już we wszystkich sektorach polskiej gospodarki. Zapominają, że ta emigracja ma po drugiej stronie granicy własne państwo. Nadal nie ustabilizowane, skonfliktowane.
Skutki braku polityki
W efekcie takiego sąsiedztwa do Polski przenosi się nie tylko ukraińska siła robocza, ale też spory i podziały polityczne stale obecne w ukraińskim społeczeństwie.
Niedawno został w Polsce aresztowany Ihor Mazur, weteran walk w Donbasie, aktywista nacjonalistycznych bojówek. Bo był poszukiwanym przez Interpol na wniosek Rosji. Po ukraińskich protestach wypuszczono go z aresztu i wykreślono z rejestru poszukiwanych. Ale problem rosnącego znaczenia faszyzujących, czy wręcz odwołujących się do nazizmu, ukraińskich ugrupowań pozostał. Czego w Polsce nie dostrzega się. Nie ma w Polsce instytucji, które by monitorowały takie zachowania wśród nowych emigrantów. Nie mówiąc już o edukowaniu ich w celu eliminowania złych wzorców. Zakazanych w Unii Europejskiej.
Żyjące w bańce „normalności nagrodo-katolickiej” elity i media PiS nie dostrzegają innych, chrześcijańskich religii. Albo traktują je z góry, protekcjonalnie.
I pewnie dlatego znowu nikt nie reaguje kiedy ukraińskie konflikty między prawosławnymi cerkwiami przenoszą się na teren Polski. Niedawno znany we wspólnocie prawosławnej monaster Świętych Cyryla i Metodego w Ujkowicach stał się miejscem walk między dotychczasowym patriarchatem moskiewskim a nowym kijowskim.
Cóż, można rzec, że takie spory i problemy nie są warte uwagi elit budujących „polski model państwa dobrobytu”, bo ci emigranci – Ukraińcy nie są przecież „normalnymi Polakami”.
Ale oni żyją w Polsce są, budują tutejszy „dobrobyt”. Wielu z nich zostanie u nas na stałe. I mają wszelkie prawa by państwo polskie otaczało ich swą opieką. Pomagało im w integracji ze społeczeństwem polskim. Zapewniało im dostęp do kultury narodowej i polskiej. Tworzyło warunki do wyznawania ich religii. Zapobiegało krzewieniu nienawiści narodowej, religijnej, politycznej.
Bez ich ciężkiej pracy i wysiłku program pogoni gospodarczej za Niemcami, tak pięknie wyartykułowany przez pana prezesa Kaczyńskiego, nie spełni nam się.

PO musiałaby wystawić Ogórek, by nie wejść do II tury

– Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu – wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W piątek prezydent zaprzysiągł nowy stary rząd Mateusza Morawieckiego. Co ciekawe, premier pełni też funkcję tymczasowego ministra sportu. Dziwne?

JAROSŁAW FLIS: Nie ma rzeczywiście żadnego zaskoczenia, przetasowania są chyba nawet mniejsze, niż przy powoływaniu drugiego rządu Donalda Tuska. Sprawa ministra sportu jest dość kuriozalna. Powszechnie wiadomo, jeżeli wierzyć, że minister Paruch jest osobą dobrze poinformowaną, a trudno to podważać, że funkcja ministra sportu była elementem rozgrywek o senat i to nieudanych. Już samo podejmowanie takich rozgrywek nie jest powodem do chwały, a jeżeli jeszcze nie wychodzą, to już w ogóle jakieś kuriozum. To oczywiście nie wywróci rządu, ale jest na pewno dodatkowym obciążeniem do ogólnego bilansu ostatnich wydarzeń.
Widać też, że entuzjazm, gdy po raz pierwszy zdobędzie się władzę, jest dużo większy, niż gdy robi się to po raz drugi. Teoretycznie jest to trudniejsze, także patrząc na ostatnie ćwierćwiecze, gdzie przypadków oddawania władzy było znacznie więcej, niż jej zachowania. Chociażby z tego względu premier powinien bardziej się cieszyć, a przynajmniej to pokazywać.

Może rząd ma zbyt dużo zmartwień? Jeszcze kilka dni temu premier mówił w Sejmie: „Skarbiec jest pełny, ludzie mają pracę, granicę są bezpieczne”. Tak długo się chwalił, że aż marszałek Witek musiała mu przerywać. Teraz okazuje się, że skarbiec nie jest wcale pełen. Pomysł zniesienia limitu składek, podniesienie akcyzy do 10 proc. na alkohol i papierosy, 13. emerytura z funduszu niepełnosprawnych. Te ruchy pokazują prawdziwe kłopoty władzy?

Mamy pierwsze kłopoty rządzących i to też nie jest nowość. Znamy to z przeszłości. PO podwyższała wiek emerytalny, choć w kampanii zastrzegała się, że tego nie zrobi. Potem tłumaczyła, że to konieczne, ale koniec końców za to zapłaciła.
Teraz też PiS w kampanii opowiadał, że na wszystko jest, a jednak po wyborach okazało się, że niekoniecznie. Widać, że kampanię prowadzi się dużo łatwiej, niż później zarządza się państwem. Kampania wszystko przyjmie, a teraz trzeba się z tym naprawdę mierzyć.
Jak patrzymy na doświadczenia po, to właśnie tuż po drugim zwycięstwie teflon zaczął się rysować. Pis powinien wyciągnąć z tego wnioski. Lecz – jak widać – słodki jest ten miód i ta muchołapka działa na wszystkich. Trudno się oprzeć pokusie, żeby jeszcze trochę obiecać, a potem się zobaczy. Tylko że potem to już tak łatwo nie wygląda.

Mam jednak wrażenie, że w takiej skali takiej bezczelności jeszcze nie było. Ledwo co nowy Sejm się zebrał, a już mamy poselski projekt dotyczący zniesienia limitu składek. Pęka teflon?

Tu wszystko dzieje się bardziej. Jakiś czas temu sformułowałem tezę, że Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu, czyli wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej, oczywiście po za tym, że teraz to „my” będziemy u władzy, a „wy” na aucie. To też jest jeden z elementów: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej.

Czy sprzeciw Jarosława Gowina może zachwiać rządem Morawieckiego?

Do tego jeszcze daleka droga, chociaż widać, że łatwo to już było. Teraz będzie już tylko trudniej.

Na ile istotny stał się teraz Senat?

To rzeczywiście nowość w polskiej polityce. Do tej pory Senat był na trzecim, jeżeli nie dalszym miejscu, bo chyba nawet samorządy wzbudzały większe zainteresowanie, niż wydarzenia w Senacie. Oczywiście te emocje, które wywoływały spekulacje, czy ktoś przejdzie na drugą stronę, też wzmogły to zainteresowanie. Ciekawe, że sondowany był sam senator Grodzki, aby przeszedł na stronę PiS za posadę ministra zdrowia. Spekulacje w sprawie podkupywania senatorów trafiły na istotną barierę i to najlepiej widać właśnie na przykładzie nowego marszałka.
Przejście na drugą stronę oznaczałoby, że w przyszłości musiałby się on pożegnać z mandatem senatorskim, bo prawdopodobieństwo, że kandydat PiS zdobędzie mandat w Szczecinie są takie, jak szanse, że kandydat ko zdobędzie mandat na Podhalu czy Podkarpaciu.
Oczywiście jest to teoretycznie możliwe, ale raczej nikt na takim założeniu nie będzie budować swojej kariery politycznej. Tym bardziej, że lepiej być senatorem, który nagle zyskuje wielką wagę, bo Senat staje się ważny, niż kimś, kto powtarza przekazy dnia i klepie ustawy w środku nocy.

Jak bardzo Senat napsuje krwi PS-owi? Nie pytam tylko o spowolnienie procesu legislacyjnego, ale też np. o wezwanie szefa NIK-u Mariana Banasia przed komisję.

Tu wiele zależy od pomysłowości. Sam Banaś dostarcza powodów do tego, ale ważne jest jeszcze, jak zareagują na to media. I to nie media jednoznacznie opowiadające się po jednej czy drugiej stronie, ale te próbujące zachować dystans. Na przykładzie telewizji możemy powiedzieć, że nie to, jak zareaguje TVP Info czy TVN24, ale to, jak to będzie przedstawiał Polsat.
Potrzeba pomysłów, aby pozycję instytucji budować. Wiemy, że to takie proste nie jest, wystarczy spojrzeć na samorządy, które są jeszcze ważniejszą instytucją, niż Senat – tam są realne pieniądze i władza. Ale od czasu zeszłorocznych wyborów do mediów przebiło się niewiele spraw, a tak naprawdę to tylko awaria Czajki w Warszawie.
Prof. Jan Zielonka przypomniał ostatnio porzekadło tenisistów: nie ma takiej piłki, której się nie da zepsuć. Senat to jest bardzo wygodna i dobra piłka, którą opozycja dostała, ale to nie oznacza, że nie może jej zepsuć.

Jak ocenia pan pomysł, aby Tomasz Grodzki był kandydatem na prezydenta?

Wydaje mi się, że to nie jest realny pomysł, choć dobrze pokazuje przy okazji posuchę po stronie opozycji, więc i taki wariant można rozważyć. Jednak marszałek Grodzki to nie jest jakieś wunderwaffe, choć z drugiej strony innego nie widać. To jest ciężki temat dla PO i na pewno musi się tam rozstrzygnąć i to w najbliższym czasie.

Czyli pana zdaniem Małgorzata Kidawa-Błońska nie jest wunderwaffe?

Jej wynik w Warszawie, którym wszyscy się zachwycają, nie jest wcale taki spektakularny. W procentach głosów – nie jest to oczywiście najlepszy wskaźnik – zdobyła 71 proc. w obrębie listy PO. To jest mniej, niż Ewa Kopacz zdobyła 4 lata temu – 76 proc. Zatem jest porównywalną wunderwaffe do Ewy Kopacz, ale zobaczymy, co się zdarzy. Andrzej Duda też nie był zwalającym z nóg kandydatem, a jednak Bronisława Komorowskiego pokonał. Gdy teraz spojrzymy na wpadki prezydenta, chociażby z referendum, to wiadomo, że nie trzeba być jakimś super geniuszem, aby go pokonać, bo ma rozliczne słabości.

A Szymon Hołownia na prezydenta?

Jak wystartowałby w prawyborach i je wygrał, to byłoby to duże zaskoczenie. To jest jednak mało prawdopodobne. Oczywiście takie rzeczy się zdarzały – na przykład na Słowacji z prezydentem Andrejem Kiską. Jednak przyczyną było to, że tam scena polityczna poszła w kompletne drzazgi. Nasza scena polityczna akurat się pięknie poukładała.
Na dziś wygląda to tak, że kandydat PO zdobędzie najwięcej głosów, bo to partia, która istnieje 18 lat, zawsze była pierwsza albo druga. Musiałoby się zdarzyć coś naprawdę nieprawdopodobnego, np. PO musiałaby wystawić Magdalenę Ogórek, żeby nie wejść do II tury.
Chociaż oczywiście w polskiej polityce wszystko się może zdarzyć. Leszek Miller forsując nikomu nieznaną kandydatkę też zrobił coś, co wszystkich zaskoczyło. Nie sądzę jednak, by ktoś chciał spróbować zrobić coś podobnego raz jeszcze.