Jakich pomników nam trzeba?

Pomniki nader często mówią niewiele o tych, których ustawia się na cokołach. Za to zawsze bardzo dużo o tych, którzy te pomniki budują.
W grudniu 2018 roku Finlandia na 100-lecie swej niepodległości uroczyście otworzyła pomnik poświęcony tej pięknej rocznicy – Helsińską Bibliotekę Centralną „Oodi”. Poparły ten projekt wszystkie siły polityczne tego kraju. Powstał budynek piękny, pożyteczny i funkcjonalny, zachwycający architektów z całego świata.

Najcenniejszy pomnik

W Polsce też tak kiedyś potrafiliśmy. Konkretnie w tej Polsce Ludowej, której rządząca prawica najchętniej odmówiłaby miana Polski w ogóle – według premiera Morawieckiego w 1968 r. Polski nie było. Idąc za tą logiką – nie było też Polski 24 września 1958 roku, gdy ówczesny I sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Władysław Gomułka rzucił hasło „Tysiąc szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego”.
Żeby była jasność: sekretarz partii komunistycznej miał na myśli uczczenie tysiąclecia chrztu Polski. Gomułka wiedział co mówi – polska oświata, jak i cały kraj, nie podniosła się jeszcze po zniszczeniach II wojny światowej. Dramatycznie brakowało nauczycieli, klasy były przepełnione (61 uczniów na izbę lekcyjną). Ten pomnik ku czci 1000-lecia Polski, PRL wypełnił z nawiązką. Do 1966 roku ze środków państwowych i społecznych (tak, tak, ludzie dawali na budowę szkół powszechnie) wybudowano nawet więcej niż tysiąc, bo 1417 nowoczesnych szkół.

Pomniki ratujące życie

W 1965 roku pisarka Ewa Szelburg-Zarembina ogłosiła inicjatywę budowy pomnika ku czci dzieci – ofiar II wojny światowej.
„(…)Niech świadectwo o ich bohaterstwie i cierpieniu nie będzie tylko cząstką małą ogólnej narodowej czci. należy im się wyraz pamięci trwałej osobny, wyłączny”, napisała pisarka. Szpital – Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka wybudowano w 1977 roku. W ciągu pierwszych 5 lat działalności szpital Centrum Zdrowia Dziecka przyjęto 144 808 małych pacjentów.
Generał Wojciech Jaruzelski w czerwcu 1982 roku zaproponował, by wznieść Pomnik – Szpital Matki Polki. „Czas dzisiejszy nie sprzyja stawianiu pomników [trwał stan wojenny – przyp. MW]. Ale nadeszła chyba pora, aby wznieść pomnik Matki Polki”, powiedział Jaruzelski.
Szpital powstał w 1988 roku. Przez lata swojego istnienia pomógł setkom tysięcy kobiet i ich dzieci. Ilu zupełnie dosłownie uratował życie?

„Dobre praktyki” III RP

W atmosferze skandalu, awantur i przepychanek w Warszawie 10 kwietnia 2018 roku odsłonięto pomnik ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej, którego forma do dziś wywołuje, delikatnie rzecz ujmując, poważne wątpliwości. Potem była druga seria awantur i przepychanek, gdy prawica zabrała się za forsowanie, gdzie się tylko da, Alei Lecha Kaczyńskiego. W Warszawie miał zastąpić lewicowych partyzantów, w Łodzi – Zwycięstwo w 1945 r. Jedno i drugie niewarte jak widać zachodu.

3 lutego poinformowano, że 6 kwietnia 2020 roku w Kołakach Kościelnych stanie kolejny już pomnik polityka „dobrej zmiany”, Przemysława Gosiewskiego. To bliźniacza multiplikacja postumentu, który został odsłonięty nieco ponad 3 miesiące temu w Kielcach.

W całej Polsce jest ponad 700 monumentów poświęconych papieżowi Janowi Pawłowi II i nic nie wskazuje na to, by na tej liczbie się skończyło. Ani by liczba zaczęła spadać, gdy wychodzą na jaw kolejne zbrodnie i przekręty tolerowane przez papieża „świętego natychmiast”. To, że padł na ziemię pomnik równie skompromitowanego prymasa Jankowskiego też nie musiało być trwałym sukcesem – do ostatka chcieli go bronić tzw. związkowcy z „Solidarności”.

Jakiś biedny, sfrustrowany człowiek, niegdyś dość znany, proponuje, by setną rocznice zwycięstwa nad Armią Czerwona pod Warszawą uczcić gigantycznym łukiem w nurtach Wisły.

Pomniki niewiele mówią prawdziwego o tych, których wpycha się na cokoły, natomiast bardzo wiele o tych, którzy te pomniki budują.

Bigos tygodniowy

PiS – 45,4 procent, Koalicja Europejska – 38,5 procent, Wiosna – 6,1 procent. Wszyscy, którzy nie chcą władzy PiS muszą, jeśli nie lubią robić dobrej miny do złej gry, uznać ten wynik za porażkę obozu demokratycznego, liberalno-lewicowego w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie dlatego, że PiS wygrało te wybory, bo z niewielką przewagą tej siły należało się liczyć, ale dlatego, że okazało się, iż wbrew krążącym od blisko czterech lat przypuszczeniom (które i ja żywiłem) elektorat PiS nie jest zabetonowany na poziomie z wyborów 2015, lecz ma rezerwę, która właśnie została zmobilizowana i która jest teflonowo odporna na pisowskie kompromitacje, za to łasa na korupcyjne datki. PiS uzyskało wynik lepszy o 8 procent od tego sprzed prawie czterech lat. W tej sytuacji czarno widzę przyszły wynik jesiennych wyborów do Sejmu i Senatu. Co gorsza, nawet suma potencjałów sił demokratycznych (Koalicja Europejska plus Wiosna) jest minimalnie (ale jednak) mniejszy niż potencjał PiS, czyli także wbrew temu co wielu sądziło. Na dodatek przetrwanie Koalicji, przynajmniej w obecnym kształcie nie jest pewne, więc może być jeszcze gorzej.
*****
Człowiek jest istotą seksualną, większość z nas doświadczało, doświadcza i doświadczy pożądliwości. Jednak świat na tym się nie kończy, tymczasem oglądając film Sekielskich i czytając w mediach liczne teksty o kościelnej pedofilii można odnieść wrażenie, że dla tych „DUCHOWNYCH” właśnie na tym się kończy. Boże Przedwieczny, żeby „DUCHOWNI” byli aż tak chutliwi!!! Można odnieść wrażenie, że tych „DUCHOWNYCH” nic innego niż genitalia dziecka nie interesuje. Żadnych zainteresowań, żadnych aspiracji natury wyższej, tylko fizjologiczne chucie, horyzont umysłowy na poziomie krocza małoletniej ofiary. W jednym z materiałów telewizyjnych mowa była o „palcu wkładanym do pupy”, który ma uzdrowić. Palec Księdza jako Palec Boży?
*****
Prawolstwo pieni się ze złości z powodu antyklerykalnej i antykościelnej satyry na sobotnim Marszu Równości w Gdańsku, Krzysztof Wyszkowski nazwał ekipę Aleksandry Dulkiewicz „szaloną” (czy nie zapomniał wziąć leków?), a na Jasnej Górze Tadeusz Rydzyk w histerycznej przemowie wołał w niedzielę: „Widzimy to w mediach, widzimy w tym ataku na kościół katolicki – z tymi strasznymi sprawami, o których słyszymy codziennie wśród polityków, wśród tak zwanych dziennikarzy, ale raczej nazwać: manipulatorów. Widzimy, że to jest atak, to jest potop. Chcą utopić naszą wiarę, chcą utopić zaufanie do kościoła”. Potop, oblężenie Jasnej Góry, Rydzyk jako przeor Kordecki? A ja zwrócę uwagę na jeden tylko aspekt tej fali ostrej krytyki Kościoła kat. z jej nie spotykaną dotąd w Polsce jaskrawą – rzekłbym – ekspresjonistyczną stylistyką, znaną dotąd n.p. z Holandii czy Hiszpanii. Otóż – paradoksalnie – nie występowała ona w czasach laickiej PRL, natomiast dziś jej wyrazicielami jest pokolenie absolwentów katechezy szkolnej od 1990 roku. Kościół chciał sobie wychować pokolenie prawowiernych owieczek, a wychował sobie pokolenie szyderców, czyli osiągnął skutek odwrotny o zamierzonego. Co się stało? To pytanie do socjologów.

****
Kto nie lubi „zachodniego” poziomu życia? Większość ludzi o tym marzy, cokolwiek by to znaczyło. Ujmując rzecz w daleko idącym uproszeniu można by rzec, że większość obywateli Polski chciałaby zarabiać tyle, co dobrze zarabiający Niemiec. Z wyjątkiem tych, którzy już zarabiają znacznie więcej. I dlatego też większość z nas, pewnie zauroczona „zachodnim poziomem życia”, nie zwróciła uwagi na narrację Kaczyńskiego i Młodego Morawieckiego. Otóż orzekli oni, przy okazji dyskusji wokół sprawy waluty euro, że chcą „zachodniego poziomu życia”, „zachodniego poziomu zarobków”, ale nie chcą zachodnich „nowinek obyczajowych” (Morawiecki). Czy te „nowinki”, to wolność, w tym wolność słowa, demokracja, praworządność, rozdział kościoła od państwa i tym podobne?
*****
Notoryczny Kłamca, Pinokio, który już musiał w trybie wyborczym publicznie przepraszać za kłamstwa znów przyłapany na jakichś skomplikowanych matactwach i przecherstwach majątkowych z arcybiskupem wrocławskim i jakimiś szemranymi osobami w tle. Jak dotąd, choć uwielbia upajać się własnym głosem podczas przemówień i sypać czerstwymi żartami, nie miał odwagi wytłumaczyć się przed opinią publiczną. Jeśli porównać to z aferą zegarka ministra Nowaka z PO, aferą opiewającą na kwotę całych 17 bodaj tysiąca złotych, to boki bolą od śmiechu
*****
Radna warszawska PiS Olga Semeniuk, domaga się rozbiórki pomnika Żołnierzy I Armii Wojska Polskiego, autorstwa wielkiego Xawerego Dunikowskiego. W miejsce usytuowanego na Muranowie monumentu przedstawiającego figurę żołnierza w hełmie i z pistoletem maszynowym w dłoniach, chciałaby wzniesienia pomnika generała Władysława Andersa. Moja propozycja jest inna: ustawić figurę Andersa obok figury żołnierza, w geście obejmowania go, na podobieństwo socrealistycznej rzeźby Aliny Szapocznikow „Przyjaciele”. Byłaby to metafora pojednania narodu. Perypetie z usunięciem przed laty tego pomnika przez hunwejbina z Pałacu Kultury powinny być memento dla wszystkich opętanych chorymi emocjami burzy murków i burzypomników. Pomnik Juliusza Słowackiego na placu Bankowym odpowiada mi ze wszechmiar, ale gdyby obok niego zrekonstruowano pomnik Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego, byłbym jeszcze bardziej usatysfakcjonowany.

Bigos tygodniowy

17 kwietnia 1917 roku na zebraniu działaczy bolszewickich w Piotrogrodzie, Włodzimierz Ilicz Lenin wygłosił tezy kwietniowe. 9 marca 2019 roku Jarosław Kaczyński wygłosił w Jasionce na Podkarpaciu tezy marcowe. O seksualizacji. Nie dodał tylko, że seksualizacja dzieci na największą skalę odbywa się w parafiach.

Mateusz Morawiecki powiedział w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”: „Chcemy dać Polakom dać święty spokój i dostatnie życie”. Dobra perspektywa. Miejmy nadzieję, że święty spokój od molestowania Polaków przez męczący Kościół kat.

Po decyzji rady miasta Gdańska o odebraniu prałatowi Henrykowi Jankowskiemu wszystkich zaszczytów, solidarnościowi obrońcy czci pedofila z Karolem Guzikiewiczem na czele, odgrażając się, że wrogów do kościoła świętej Brygidy nie wpuszczą, wzięli pomnik prałata na postronek, załadowali na ciężarówkę i wywieźli do miejsca odosobnienia. O co właściwie ten krzyk z pedofilią kleru katolickiego. W końcu realizują tylko wezwanie wypowiedziane przez ich najgłówniejszego Szefa, Jezusa Chrystusa: „Pozwólcie dzieciom przyjąć do mnie”

Pożal się Boże minister kultury Gliński określił ogłoszenie przez ZNP terminu strajku nauczycieli jako „awanturę polityczną”. Polityczną awanturą (a także zgorszeniem i głupstwem) to jest fakt, że ktoś taki jak pan Gliński został ministrem kultury. Brrr.

Sędzia Łukasz Biliński uniewinnił Obywateli RP, którzy swego czasu blokowali marsz ONR i tzw. Młodzieży Wszechpolskiej. Uzasadnił to m.in. antysemityzmem organizacji maszerujących. Stawiam dolary przeciw orzechom, że sędzia Biliński stanie niedługo przed komisją dyscyplinarną PiS dla sędziów, którą kieruje w Sadzie Najwyższym niegdysiejszy współzałożyciel i aktywista fundamentalistycznej organizacji proklerykalnej Ordo Iuris, niejaki Aleksander Stępkowski.

Kolega redaktor Piotr Gadzinowski zainspirował mnie swoim skojarzeniem filmu „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy z tematyką „żytwusów”, czyli „żołnierzy wyklętych”. Otóż faktem jest, że żaden wizerunek fotograficzny któregokolwiek z „żytwusów” nie znalazł miejsca w zbiorowym zasobie pamięci czy masowej wyobraźni i żaden z nich nie jest (jeśli nie liczyć garstki maniaków i wyznawców historii „żytwusów”) wizualnie identyfikowany. Natomiast do zbiorowej pamięci należą wizerunki „żytwusów” ze wspomnianego filmu, w kreacjach Zbigniewa Cybulskiego, Adama Pawlikowskiego, Bogumiła Kobieli i Ignacego Machowskiego. Proponuję więc, żeby wizerunek najsławniejszego z nich, Zbigniewa Cybulskiego, który zagrał „wyklętego” Maćka Chełmickiego uczynić ikoną „żytwusów”. Najlepiej w kadrze ze słynnej sceny przy barze, z zapalonymi szklaneczkami ze spirytusem, albo w momencie gdy strzela do komunisty Szczuki. Pozostali odpadają, bo Pawlikowski był TW, Kobiela miał zbyt śmieszny nos, a Machowski został po latach etatowym Leninem w polskim filmie i teatrze telewizji. A propos: IPN przestawił wajchę i od tej pory Romuald Rajs „Bury” nie jest mordercą, ale bohaterem pisowskiej Polski.

W Paryżu coraz trudniej o Francję-elegancję, niestety między innymi przez Polaków. Trzej naukowcy: Jacek Leociak i Andrzej Leder z Polski oraz Jan Tomasz Gross z USA, uczestnicy konferencji naukowej o antysemityzmie, zostali wykrzyczani, wytupani, zelżeni przez polską hołotę (częściowo miejscową, a częściowo być może przyjezdną) pod kierownictwem jakiegoś klechy. Naukowcy – ujmując rzecz w największym skrócie – mówili, że poza tymi Polakami, którzy ratowali Żydów za okupacji, były też ich liczne tysiące, które Żydów mordowały lub wydawały Niemcom. Działo się to przede wszystkim nie w kulturalnej Warszawie, ale w interiorze polskiej prowincji. Burdę tę urządzono w szacownej siedzibie College de France, gdzie odbywała się konferencja. Niespełna półtora wieku wykładał tam Adam Mickiewicz, ale bez wysłuchiwania polskich bluzgów. Ewidentnie w skali ogólnej jako naród Polacy się obsunęli. „Ideał sięgnął bruku”, jak napisał inny Polski paryżanin, Cyprian K. Norwid.

Po wańce-wstańce, gdańskim pomniku prałata-pedofila Henryka Jankowskiego zaistniała inna forma walki czynnej, czyli znikająca i powracająca tablica poglądowa „Układ Kaczyńskiego”, ustawiona w Sejmie przez posłów opozycji, Platformy Obywatelskiej konkretnie. Czynu społecznego kradzieży tablicy dokonał nie dziedzic pruski, lecz Marek Suski.

Pamiętacie comiesięczne „Zbliżamy się do prawdy”? Jęty szałem bliźniak i setki cynicznych cwaniaków, tuczących się na jego rozpaczy: Macierewicz, Binienda, Karnowscy… Miliony dla hochsztaplerów, by zaspokoić paranoję nieszczęśnika” – napisał na twitterze profesor Wojciech Sadurski. Nic dodać, nic ująć. A poza tym, jakże mi żal zwischenrufów „Niesioła”, którego tak kiedyś, w czasach gdy ZCN zbliżał się, nienawidziłem za jego katolicki fundamentalizm. Jego tyrad, bezpardonowych najazdów na PiS brakuje mi tak, jak Hamletowi kpinek, krotochwil i igraszek zmarłego błazna Yorricka. Mam nadzieję, że z tym płatnym seksem i fasolką po bretońsku, to bujda i zemsta pisiorskich łapiduchów i moja ulubiona czaszka znów się odezwie.

Ostatnio wysyp pobożności i konserwatyzmu wśród sportsmenek. Zofia Klepacka okazuje niechęć do osób LGBT. Jednak w wywiadzie dla organu Sakiewicza „Gazecie Polskiej” powiedziała, że jej dziadek do końca życia bał się mówić, że był w AK i powstaniu warszawskim. To chyba że dziadek pani Zofii zmarł przed 1956 rokiem. Po tej dacie można było o tym w PRL otwarcie mówić, pisać artykuły, wydawać książek i robić filmy o AK i PW, ile dusza zapragnęła.

Krzysztof Mieszkowski na Twitterze: „Kaczyński jest manipulatorem i homofobem. Dla utrzymania władzy poświęci każdego człowieka, każdą demokratyczną wartość. To zimny populistyczny autokrata, któremu strach zajrzał w oczy. Demokratyczna, otwarta, różnorodna Europa to nasz program na najbliższe wybory”. Nic dodać, nic ująć.

W roli wisienki humorystycznej: wspomniany wyżej poseł Marek Suski zrównał zarobki nauczycielskie z uposażeniami poselskimi. Gdy ten pierwszy komik parlamentu RP szarpał się ze sławną tablicą, przypomnieli mi się słynni komicy amerykańscy: Charlie Chaplin, Buster Keaton, Flip i Flap a także Harold Lloyd i jego komiczny świat.

Wojna o pamięć

Bitwa o pomniki i pamięć to nie wyłącznie polska specjalność. Burzliwe dyskusje o przeszłości toczą się we wszystkich współczesnych społeczeństwach, jako część tzw. debaty tożsamościowej. Tym, czym Polska wyróżnia się na ich tle, to bezwzględna dominacja jednej wizji historii.

 

Rodzimą debatę o przeszłości kreują rządzący, głównie za pośrednictwem Instytutu Pamięci Narodowej. Od początku swojego istnienia, czyli od 1999 r., IPN niepodzielnie stoi na straży właściwej interpretacji historii najnowszej. Najnowszym osiągnięciem jego pracowników jest nakaz zdjęcia tablicy w nadmorskim Dziwnowie, która upamiętniała ofiary wojny domowej w Grecji. Zdaniem instytutu, fragment „Pamięci bojowników o demokratyczną Grecję” jest „zwyczajnym kłamstwem”. Pewnie w innej rzeczywistości taka decyzja wywołałaby sprzeciw i protest ze strony historyków czy rozsądniejszych polityków. Jednak w obecnej Polsce można co najwyżej parsknąć śmiechem. Czym bowiem jest usunięcie jednej tablicy w porównaniu z niedawną „dekomunizacją” miejsc pamięci poświęconych walkom o Wał Pomorski czy usunięciem pomników upamiętniających szlak bojowy 1. Armii Wojska Polskiego?

 

Monumenty

są stawiane i obalane na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych od kilku już lat trwa gorąca dyskusja na temat dziedzictwa Konfederacji i jej roli w kształtowaniu amerykańskiej tożsamości. W sierpniu zeszłego roku decyzja władz miasta Charlottesville w Virginii o usunięciu pomnika gen. Roberta E. Lee – głównodowodzącego wojsk Konfederacji i właściciela pokaźnej liczby niewolników – wywołała burzliwe protesty ze strony skrajnie prawicowych środowisk. Podczas jednej z demonstracji, w której nacjonaliści starli się z antyfaszystami, jedna osoba zginęła a 19 odniosło poważne rany. Spór o historię ogarnął cały kraj. Podobne starcia, choć nie tak tragiczne jak w Charlottesville, odnotowano we wszystkich południowych stanach, gdzie znajduje się większość pomników poświęconych bohaterom „przegranej sprawy”.
Dyskusja o przeszłości rozgrzewa także sąsiednią Kanadę. Od kilku miesięcy tamtejsi politycy i historycy spierają się o dziedzictwo Johna A. Macdonalda, pierwszego premiera, który nadał państwu jego współczesny kształt. Obok jednak wielu niewątpliwych osiągnięć, Macdonald przeforsował w 1876 r. tzw. Indian Act, tworzący dla rdzennej ludności specjalne rezerwaty i wprowadzający jej przymusową asymilację. Wielu Indian do tej pory określa ustawę mianem „eksterminacyjnej”. Tymczasem imię pierwszego premiera noszą szkoły w całym kraju, zaś upamiętniające go pomniki można spotkać niemal w każdym kanadyjskim mieście. W sierpniu 2018 r. władze Wiktorii zdecydowały się usunąć podobiznę Macdonalda z głównego placu miasta, wywołując tym samym ogólnokrajową debatę.
Nie od miesięcy, lecz dobrych kilku lat w Wielkiej Brytanii i całym dawnym brytyjskim imperium toczy się dyskusja nad tym czy warto wciąż upamiętniać Cecila Rhodesa. Ten urodzony w 1853 r. polityk i awanturnik odegrał kluczową rolę w budowie potęgi brytyjskiej Afryki Południowej. W podziękowaniu za wkład w rozwój imperium, od jego imienia nazwano Rodezję (obecnie Zimbabwe), zaś w metropolii i licznych koloniach postawiono mu pomniki. Dzisiaj o dziedzictwo Rhodesa upomnieli się dawni poddani brytyjskiej monarchii, podkreślając, że był on rasistą, uważającym czarnoskórych za podludzi. Najwięcej emocji budzi pomnik Rhodesa na uniwersytecie w Oksfordzie. Studiuje tu wielu Afrykanów, których zdaniem pomnik jedynie umacnia kolonialne dziedzictwo i stereotypy.

 

Podobne emocje

wywołują rozmowy o historii w Niemczech, Francji, Włoszech czy Hiszpanii. W tej ostatniej decyzja lewicowych władz o przeniesieniu zwłok gen. Franco z dotychczasowego mauzoleum rozbudziła dyskusję, której wszystkie demokratyczne rządy starały się do tej pory unikać. Nawet na Słowacji historia dała ostatnio o sobie znać. Kiedy państwowa telewizja zaczęła reklamować show poświęcone bohaterom słowackiej niepodległości podobizną ks. Tiso, część polityków uznała, że przekroczono pewną granicę. Ostatecznie z głosowania na najwybitniejszą postać wykluczono wszystkich skazanych za zdradę, a więc i katolickiego przywódcę faszystowskiej Słowacji.
Wydaje się więc, że Polska wcale nie różni się tak bardzo od pozostałych państw. Czy, aby jednak na pewno? Wszystkie powyższe przykłady łączy nie tylko wysoka temperatura sporu, ale także jego względny pluralizm. W USA i Kanadzie ostateczną decyzję o przyszłości kontrowersyjnych pomników pozostawiono władzom i społecznościom lokalnym. Chociaż zatem głos w debacie o dziedzictwie Konfederacji zabrał sam prezydent Donald Trump, to nawet on nie mógł narzucić swojej interpretacji historii. Także w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii media i politycy dopuszczają różnorodne głosy. Jak to możliwe? W żadnym z tych państw nie funkcjonuje instytucja, która posiada niemal nieograniczoną i – co najważniejsze – prawnie umocowaną władzę decydowania o narracji historycznej.

 

Pomysłodawcy

Instytutu Pamięci Narodowej przekonywali, że będzie to instytucja naukowa, prowadząca obiektywne badania i wspierająca świadomość społeczną na temat najnowszej historii Polski. W rzeczywistości jednak od początku IPN pełnił przede wszystkim funkcje propagandowe, nie tyle inspirując debatę publiczną, co nią sterując i wyznaczając jej główne kierunki. Okres dobrej zmiany, która szybko zawitała też do IPN-u, jeszcze bardziej wynaturzył tę instytucję. Prowadzona właśnie „dekomunizacja” Ziem Zachodnich, gdzie praktycznie zlikwidowano wszelkie miejsca pamięci związane z powojenną historią, już przyniosła nieodwracalne straty dla polskiej tożsamości tych terenów. Nie mówiąc już o szkodach dla całego państwa i jego pozycji międzynarodowej, które spowodowała nowelizacja ustawy o IPN ze stycznia tego roku.

 

Zachodnie społeczeństwa

już dawno zrozumiały, że nie ma jednej pamięci narodowej. Każde bowiem państwo, także tak jednolite etnicznie jak Polska, składa się z różnorodnych grup, które mogą dzielić ogólne wyobrażenie o przeszłości, lecz zarazem różnią się w ocenie ważności pewnych wydarzeń i postaci. Mieszkańcy Kaszub czy Wielkopolski postrzegają drugą wojnę światową nie przez pryzmat powstania warszawskiego, lecz doświadczeń własnych przodków. Trudno też nakłonić społeczność Ziem Zachodnich, aby podziwiała żołnierzy wyklętych, skoro fundament jej tożsamości stanowi wspomnienie o pionierach i odbudowie powojennego państwa w nowych granicach.
Nie ma nic złego, ani tym bardziej niemoralnego, w prowadzeniu polityki historycznej. Każda władza – czy nam się to podoba, czy nie – posiada prawo do lansowania własnej narracji o przeszłości. Tak dzieje się we wszystkich wspomnianych powyżej państwach. Problem jednak rodzi się wówczas, gdy wszelkie odmienne poglądy są nie tylko marginalizowane, ale wręcz poddawane prawnym restrykcjom. W naszym podejściu do historii bardziej więc przypominamy Ukrainę i Rosję niż Zachód, do którego aspirujemy. To właśnie w tych państwach dominująca interpretacja historii podlega prawnej ochronie, zaś próby jej podważenia grożą więzieniem. Do czego to prowadzi widać chociażby na Ukrainie, gdzie nad kultem Bandery czuwa tamtejszy IPN, tak jak jego polski odpowiednik strzeże dziedzictwa żołnierzy wyklętych. Sposób kształtowania pamięci zbiorowej jest miarą respektowania zasad demokratycznych. Także w przypadku polityki historycznej oddalamy się od zachodnich standardów.

W Polsce, czyli nigdzie. Tymczasem w Europie

Pod naciskiem pisowskich fanatyków i nieuków z Zamościa, usunięto (lub zamierza się usunąć z fasady jednej z kamienic tego miasta – trudno nadążyć za skalą i tempem ich głupoty), na mocy tzw. ustawy dekomunizacyjnej, tablicę upamiętniającą miejsce urodzin Róży Luksemburg. Ta wybitna polska socjaldemokratka (SdKPiL) żydowskiego pochodzenia jest postacią, która ma poczesne miejsce we wszystkich europejskich, szkolnych podręcznikach historii nie tylko lewicy, ale także historii powszechnej. Tylko nie w polskich. Z kolei na naukową konferencję o Karolu Marksie w nadbałtyckim Pobierowie nasłano niedawno policję.

 

Podczas berlińskiej tzw. rewolucji Spartakusa w 1919 roku Luksemburg została zamordowana (wraz z Karlem Liebknechtem), w parku Tiergarten przez grupę reakcyjnych niemieckich oficerów, którzy wrzucili jej ciało do pobliskiego Landwehrkanal (śródmiejski kanał wodny). Właśnie dokładnie w tym miejscu, tuż obok Lichtensteinbrücke (mostu Lichtenstein), metalowe litery jej z jej imieniem i nazwiskiem posadowione zostały na metalowym cokole. Jednak, jako się rzekło, podczas gdy Niemcy i Europa pamiętają o wielkiej Róży, honorują jej miejsce w historii i mają dla niej co najmniej szacunek, dla pisowskich aparatczyków polsko-niemiecka komunistka żydowskiego pochodzenia, która podawała w wątpliwość celowość obudowywania państw narodowych, w tym Polski (tzw. luksemburgizm) jest postacią nienawistną. Na dźwięk jej imienia i nazwiska zawołali więc „A kysz!”

Z kolei niedaleko od słynnego Aleksanderplatz z monumentalną wieżą telewizyjną, będącą jednym z emblematów Berlina, można zobaczyć dubeltowy, figuralny pomnik Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. To właśnie nazwisko pierwszego z nich zmobilizowało polską policję, kierowaną przez pisowski rząd, by zamiast ścigać przestępców, zajęła się represjonowaniem spokojnych filozofów z Uniwersytetu Szczecińskiego i ich gości. To samo zapewne spotkałoby historyków, gdyby zorganizowali konferencję poświęconą Róży Luksemburg lub Julianowi Marchlewskiemu, innemu wybitnemu działaczowi polskiej, niemieckiej i europejskiej lewicy, który jest patronem jednej z ulic we wschodniej części Berlina (Marchlewskistrasse).

Jak zatem widać, Polska pod rządami PiS pogrąża się w odmętach klerykalno-nacjonalistycznego błocka i coraz bardziej rozmija się z czuciem, myśleniem i ideami cywilizowanej Europy. Polsce bliżej już raczej do klimatu mentalnego rodem z innej berlińskiej historii, z roku 1906, tym razem groteskowej, w której główną rolę odegrał tzw. kapitan z Köpenick. Ten przebrany za oficera bezrobotny szewc nazwiskiem Voigt aresztował burmistrza naówczas podberlińskiego miasteczka, (dziś wschodniej dzielnicy miasta), wykorzystując ślepy pruski szacunek dla munduru. Kto wie czego mógłby dziś dokonać w Polsce ktoś, kto pragnąc podstępem wymusić jakąś administracyjną decyzję, podałby się fałszywie za pisowskiego aparatczyka…