To nie opowieść wigilijna lecz przedwyborcza

Władza postanowiła, że pomoże lichwiarzom w zerwaniu z ich niecnym procederem.

Pomocą będą kary. Rząd postanowił bowiem wziąć się za lichwę – czyli pobieranie zbyt dużych opłat od pożyczek. Rada Ministrów przyjęła więc projekt ustawy w celu przeciwdziałania temu zjawisku.
Nowe regulacje przewidują karę pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat dla każdego, kto w zamian za udzielone osobie fizycznej świadczenie pieniężne, będzie żądać od niej zapłaty kosztów pozaodsetkowych i odsetek co najmniej dwukrotnie wyższych niż maksymalnie dozwolone.
Koszty maksymalne, w zależności od rodzaju pożyczki, będą mogły wynosić od 22 do 45 proc. jej wartości. Odsetki – 10 proc.
Ściganie lichwiarza nie będzie już zależeć od tego, czy wiedział, że osoba biorąca pożyczkę jest w trudnej sytuacji życiowej i dramatycznie potrzebuje pieniędzy na zapewnienie sobie podstawowych warunków życia. Dotychczas taka uznaniowość często bywała przyczyną bezkarności lichwiarzy.
Problem lichwy niewątpliwie istnieje, bo plaga bandycko drogich pożyczek dotyczy wielu ludzi w Polsce. Ofiarami tego procederu są często osoby starsze, których trudna sytuacja materialna jest wykorzystywana przez nieuczciwe firmy pożyczkowe.

Mieszkania tracone za parę tysięcy

Przede wszystkim, będą obowiązywać nowe zasady przy zaciąganiu krótkoterminowych pożyczek na niewielkie kwoty, czyli chwilówek. Klienci, zachęcani umiarkowanym oprocentowaniem nominalnym, często nie zdają sobie bowiem sprawy jak wysoką kwotę będą musieli w rzeczywistości spłacić. Koszty pożyczek są powiększane o bardzo wysokie prowizje, marże czy opłaty.
Dlatego limit dodatkowych opłat w przypadku „chwilówek” zostanie ograniczony do 45 proc. kwoty pożyczki w skali roku. Przy pożyczce na okres miesiąca limit ten wyniesie 22 proc. Natomiast maksymalna wysokość odsetek od samej pożyczki będzie, jak dotąd, wynosić 10 proc. w skali roku.
Nowe prawo wprowadza także ograniczenia co do ustanawianych zabezpieczeń. Chodzi o to, aby nie dochodziło do pozbawiania dorobku całego życia osób, które nie spłaciły pożyczki o wielokrotnie niższej wysokości.
Zgodnie z nowymi regulacjami, zabezpieczenie pożyczek (np. w postaci hipoteki na nieruchomości) nie będzie mogło przekraczać wysokości pożyczonej kwoty powiększonej maksymalnie o 45 proc.
Niedopuszczalne stanie się żądanie przenoszenia własności nieruchomości w celu zabezpieczenia zaciąganej pożyczki.
Wyeliminowano też możliwość prowadzenia egzekucji komorniczej z mieszkania, jeżeli wysokość zadłużenia nie przekracza 5 proc. wartości domu lub lokalu. Trudno to sobie wyobrazić, ale dziś ludzie tracą mieszkania, bo nie mogą zwrócić pożyczki o wysokości kilku tysięcy złotych.
Zmiana nie jest jednak radykalna, bo komornik wciąż będzie mógł zabrać mieszkanie pożyczkobiorcy, jeśli niespłacona pożyczka choćby o grosz przekroczy wartość 5 proc. mieszkania dłużnika.

Limity dla wszystkich

Również i banki nie będą mogły dowolnie ustalać dodatkowych opłat za pożyczki udzielane osobom fizycznym.
W przypadku kredytu konsumenckiego (czyli o wartości do 255,5 tys. zł udzielonego na podstawie ustawy o kredycie konsumenckim) dodatkowe opłaty nie mogą przekroczyć 45 proc. wartości zaciągniętej pożyczki w skali roku, a maksymalne odsetki – 10 proc. w skali roku.
Taki limit będzie także obowiązywać w przypadku innych bankowych pożyczek dla osób fizycznych, udzielanych na wyższe kwoty.
Natomiast dla pożyczek udzielanych na podstawie umów cywilno-prawnych, czyli zaciąganych przez jedną osobę u drugiej, limit opłat dodatkowych ma wynosić 25 proc. pożyczonej kwoty. Limit odsetek – także 10 proc.

 

 

Płeć wydawania i pożyczania

Czy mężczyźni powinni brać przykład z kobiet – czyli dlaczego w naszym kraju jest mniej niesolidnych dłużniczek niż dłużników?

Ma od 35 do 44 lat, pochodzi z Mazowsza i zalega średnio na kwotę ponad 22 tys. zł – tak prezentuje się portret statystycznej dłużniczki w naszym kraju, która nie płaci terminowo swych zobowiązań i ma z tego powodu kłopoty.
W Polsce jest nieco więcej kobiet niż mężczyzn, ale stanowią one jedynie 38,5 proc. niesolidnych dłużników, a ich długi są wyraźnie niższe. Według raportu Biura Informacji Gospodarczej Info Monitor oraz Biura Informacji Kredytowej, panie zalegają na kwotę 24,2 mld zł, a panowie prawie na 50 mld zł. Skąd taka różnica?

Buszujące w sklepach

Jak głosi teoria o „płci mózgu”, mężczyźni i kobiety różnią się z powodu nieco odmiennej budowy tegoż. Może są więc i między płciami różnice wynikające z innego funkcjonowania jakiegoś ośrodka mózgowego, odpowiedzialnego za wydawanie i pożyczanie pieniędzy?
Pogląd psychologiczny tłumaczy, że jeżeli chodzi o nawyki finansowe, to kobiety w Polsce raczej wolą oszczędzać niż kupować na kredyt i częściej od mężczyzn dobrze planują wydatki. Tylko 1 na 10 kobiet przyznaje, że ich nie planuje wcześniej. Kłóci się to z dość powszechną opinią, że to najczęściej panie lubią trwonić pieniądze na zbędne zakupy i własne przyjemności oraz bez opamiętania buszują po sklepach.
W dodatku, podobno sam proces pożyczania od kogokolwiek pieniędzy mocno je stresuje, więc decyzję o zaciągnięciu jakiegoś zobowiązania podejmują wolniej niż mężczyźni i są ostrożniejsze w kwestiach finansowych.
Jeżeli kobiety są zmuszone do pożyczania pieniędzy, to przeważnie z powodu niskich zarobków, które nie pozwalają im pokrywać wszystkich wydatków, szczególnie tych nieplanowanych. Mężczyźni częściej przyznają się do tego, że wolą pożyczać niż oszczędzać – 14 proc. wobec 6 proc. kobiet.

Chętne na chwilówki

Statystyki dowodzą, że jeżeli chodzi o rzetelne podejście do spłaty zobowiązań, to kobiety są bardziej skrupulatne w tej kwestii i w planowaniu wydatków oraz rzadziej mają kłopoty finansowe. Dlatego polskie dłużniczki wypadają lepiej od dłużników.
Przeciętna dłużniczka, która boryka się ze spłatą zobowiązań, pochodzi z Mazowsza lub Śląska i jest w wieku od 35 do 44 lat. Jednak najwyższe średnie zaległości mają panie w grupie wiekowej 45–54 lata – jest to ponad 29 tys. zł. Co oczywiste, najmniej kobiet, bo jedynie 5,5 proc. mających problemy z terminowym regulowaniem należności, jest w przedziale wiekowym 18-24 lata.
Dłużniczą rekordzistką Polski jest 37-letnia mieszkanka Mazowsza z długiem przekraczającym 38 mln zł – to jednak niewiele w porównaniu do ponad 69 mln zł zadłużenia, które ma 62-letni rekordzista z woj. lubelskiego.
Kobiety zarabiają jednak nieco mniej niż mężczyźni. Raporty Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wskazują, że panowie otrzymują wynagrodzenie średnio prawie o tysiąc złotych wyższe niż panie. Mniej kobiet niż mężczyzn jest też aktywnych zawodowo (oczywista konsekwencja wynikająca z wychowywania dzieci). Niższe zarobki i mniejsza aktywność zawodowa nie skłaniają zaś do zaciągania kredytów
Kobiety mają zatem mniej środków do rozdysponowania każdego miesiąca – oraz mogą mieć utrudniony dostęp do kredytów i pożyczek, z powodu braku odpowiedniej zdolności i historii kredytowej.
– Dlatego to co gubi kobiety, to chwilówki. Czasami są zmuszane do sięgnięcia po szybką ale drogą pożyczkę, którą trudniej się spłaca. W momencie zaciągania kredytu czy pożyczki panom częściej towarzyszy poczucie ulgi (28 proc. przy 23 proc. pań), bo uważają, że dzięki dodatkowemu zastrzykowi gotówki będą mieli jeden problem z głowy. Inaczej jest ze stresem związanym z pożyczaniem. Kobiety bardziej niż mężczyźni obawiają się skutków podjęcia złej decyzji i rozmyślają o konsekwencjach braku terminowej spłaty – mówi Agnieszka Kunkel ekspertka Intrum.
45 proc. kobiet twierdzi, że za mało zarabiają, by radzić sobie z nieplanowanymi wydatkami i większymi bieżącymi opłatami więc dlatego muszą pożyczać. Podobną deklarację złożyło 38 proc. mężczyzn. Gdy już przychodzi do pożyczania, 60 proc. kobiet ostateczną decyzję podejmuje przez ponad tydzień, a u mężczyzn tyle czasu zastanawia się 50 proc.

Mniej mają, mniej wydają

Trudno powiedzieć, czy panie z natury są rozsądniejsze i podejmują bardziej rozważne decyzje finansowe. Na pewno jednak do takiego podejścia zmusza je sytuacja życiowa. Nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy jest nadal faktem. Nie wszyscy pracodawcy wspierają kobiety, które łączą karierę zawodową z życiem prywatnym i zakładaniem rodziny. Wiele z nich po urodzeniu dziecka jest zmuszonych zrobić sobie przerwę nawet na kilka lat, co odbija się negatywnie na finansach rodziny. Jeżeli kobieta jest samotną matką, jej zobowiązania finansowe wzrastają kilkukrotnie.
– Te czynniki sprawiają, że panie muszą być odpowiedzialne w podejmowanych decyzjach finansowych. Nie mogą pozwolić sobie na drogie „zachcianki” i popadnięcie w długi. Nie zapominajmy również o tym, że w naszym kraju przyjęło się, że to kobiety rządzą domową kasą czy finansami w związku. Co za tym idzie, są odpowiedzialne za płacenie rachunków i robienie zakupów, czyli są świadome tego, ile kosztuje życie i wzrosty cen, z którymi mamy regularnie do czynienia. To także skłania je do bycia oszczędnymi – dodaje Agnieszka Kunkel.
Kobiety dysponują na ogół mniejszymi kapitałami niz mężczyźni – a w związku z tym, mniejsze są też ich długi.

Emocje kontra pieniądze

Jeżeli wiemy, że mamy osobowość choleryczną, nie powinniśmy podejmować żadnych ryzykownych decyzji finansowych. Cholerycy często na nich tracą.

Dlaczego zdarza się, że mając świadomość tego, jakie będą konsekwencje naszych wyborów dotyczących finansów, i tak podejmujemy niewłaściwe decyzje?
Dlaczego np. zaciągamy kolejny kredyt, na który nas nie stać, pamiętając, że spłacamy już pożyczkę i raty za zakupy albo korzystamy z karty kredytowej, mimo że obiecywaliśmy sobie, że nie będziemy po nią sięgać kolejny raz?
Z drugiej strony, są osoby będące w trudnej sytuacji finansowej, którym przydałby się dodatkowy zastrzyk gotówki, ale nigdy nie zdecydują się pożyczyć pieniędzy. Jeszcze inni latami będą składać np. na zakup wymarzonego samochodu, zamiast kupić go „od ręki” na kredyt. Okazuje się, że duży wpływ na nasze decyzje finansowe ma nasze usposobienie.
Cztery typy osobowości: flegmatyk, melancholik, sangwinik i choleryk były już znane Starożytnym. Opisują one ludzkie temperamenty, to jak radzimy sobie z emocjami, a przez to, jak podchodzimy do podejmowania różnych decyzji w życiu.
Psychologowie, którzy zajmują się sferą ekonomii odkryli związek między tym, jaki typ osobowości posiadamy, a naszymi nawykami finansowymi.
Dlatego warto wiedzieć, jakie są charakterystyki czterech typów ludzi opisanych przez Hipokratesa, aby lepiej zrozumieć swoje zachowanie – co może uchronić nas w przyszłości przed popadnięciem w kłopoty finansowe.

Lekka ręka do wydawania kasy

Sangwinik to jedna z dwóch osobowości ekstrawertycznych, opisanych także przez Carla G. Junga na początku XX w.
Kogo nazwiemy tym mianem? Ludzi otwartych na świat, spontanicznych, żyjących tu i teraz, nierozpamiętujących przeszłości i co ważne – nie planujących szczegółowo przyszłości.
Taka beztroska z pewnością przydaje się w kontaktach międzyludzkich, ale może sprawiać problemy finansowe. Sangwinikom zdarza się często zapomnieć o terminowej spłacie raty kredytu lub o opłaceniu rachunków.
– To ludzie mający tendencję do odkładania obowiązków na później. Nie lubią planować, także wydatków. Dlatego sangwinikom nie wychodzi najlepiej pilnowanie domowego budżetu i przeważnie muszą korzystać z zewnętrznych źródeł finansowania, jeżeli muszą dokonać większych zakupów, ponieważ nie stawiają sobie celów finansowych, nie oszczędzają regularnie – komentuje Justyna Pawłowska, ekspert Intrum.
Sangwinikowi nie jest także obce zjawisko kompulsywnych zakupów, czyli kupowania rzeczy, których wcale nie potrzebuje lub co gorsza, na które go nie stać.
Co zatem może zrobić osoba posiadająca wymienione cechy osobowości, by zadbać o swoje finanse?
Może np. korzystać chociażby z aplikacji, które pozwolą regularnie kontrolować wydatki. Smartfon zawsze mamy w zasięgu ręku. Dzięki powiadomieniom sms-owym możemy śledzić na bieżąco stan naszego konta.
To dobry sposób, bo sporządzanie budżetu domowego na kartce papieru czy nawet w Excelu w przypadku sangwiników po prostu się nie sprawdzi. Będzie to dla nich kolejny obowiązek, który ich „ogranicza”.
– Lepszym rozwiązaniem jest ustawienie w dedykowanym programie dziennego czy tygodniowego limitu na wydatki różnego rodzaju (np. zakupy spożywcze, rozrywka, itp.). Aplikacja będzie myślała „za nas” i będzie ostrzegać, kiedy powinniśmy przyjrzeć się naszym finansom– radzi Justyna Pawłowska.
Warto także, aby sangwinicy korzystający z bankowości elektronicznej wybierali opcję poleceń zapłaty. Wtedy jest pewność, że wszystkie opłaty zostaną zrealizowane na czas i nie będzie niebezpieczeństwa żadnych zaległości finansowych.

Cholery można dostać

Wydaje się, że choleryk w większym stopniu niż sangwinik dba o swoje finanse. Impulsywnej osobie na co dzień nic nie przeszkadza w planowaniu domowego budżetu, większych wydatków czy nawet w odkładaniu pieniędzy na przyszłość.
Jednak cholerykiem rządzą emocje, dlatego, jeżeli chodzi o finanse, czasami może zachowywać się nieracjonalnie. Nie chodzi tylko o wydawanie pieniędzy – chociaż choleryk może podjąć pod wpływem chwili decyzję o wydaniu dużej sumy pieniędzy – ale w ogóle o zarządzanie swoimi funduszami.
– Jeżeli wiemy, że mamy osobowość choleryczną, nie jest dobrym pomysłem, abyśmy inwestowali pieniądze na giełdzie lub w produkty obarczone dużym ryzykiem finansowym. Choleryk może mieć doskonałą wiedzę na temat tych możliwości powiększania kapitału i być świadomym, że czasami przynoszą także i straty, a i tak może wykonać krok, na którym ucierpią jego finanse – wskazuje Justyna Pawłowska.
To właśnie różni choleryka od innych typów osobowości – podejmowanie nie do końca racjonalnych decyzji, które podyktowane są emocjami.
Czasami to się opłaca – ci, którzy ryzykują, zyskują więcej – ale o ile nie jesteśmy doświadczonymi graczami giełdowymi i nie mamy grubego portfela, a nerwy to nasze „drugie imię”, to lepiej zostać przy bardziej bezpiecznych” sposobach pomnażania gotówki (np. konta oszczędnościowe czy lokaty) – i za każdym razem kilkukrotnie zastanowić się, zanim podejmiemy decyzję o wydaniu większej sumy.

Kto jest bardziej rozsądny?

Wiele wskazuje na większą roztropność flegmatyków i melancholików w kwestii finansów
Flegmatyk wydaje się być wymarzonym kredytobiorcą. Dlaczego? Bo to zazwyczaj osoba opanowana, uważna i pewna tego, co robi, a w związku z tym, również nie podejmuje pochopnych decyzji dotyczących wydatków.
Flegmatyk, kiedy ma zamiar zaciągnąć kredyt, najpierw dokładnie przeanalizuje swoją sytuację finansową, a następnie poszuka najlepszej oferty na rynku, w banku, który zagwarantuje najlepsze warunki udzielenia finansowania. Dzięki takiemu rozsądnemu podejściu, nie będzie miał problemów ze spłatą zobowiązania.
Flegmatycy, czyli finansowi sceptycy nie są z natury rozrzutni. Z zasady nie pożyczają pieniędzy, nie potrzebują korzystać z karty kredytowej, by „dotrwać do pierwszego”, co więcej – gromadzą gotówkę na tzw. czarną godzinę. Lubią mieć różne sfery swojego życia pod kontrolą, także finanse.
– W oczach innych osób mogą być oceniani nawet jako skąpcy, którzy nie potrafią zrobić użytku ze swoich pieniędzy, ponieważ przez swoje usposobienie tracą okazję do inwestowania i wzbogacenia się. Flegmatycy jednak wybierają finansowy spokój. Można im powierzyć swoje z pieniądze i mieć pewność, że będą bezpieczne – zaznacza Justyna Pawłowska.
Z kolei melancholik w pewnym sensie jest podobny do choleryka – nim także kierują emocje, ale innego rodzaju.

Melancholik nie korzysta z szans

Melancholik podobnie jak flegmatyk, zachowuje rozwagę, jeżeli chodzi o wydawanie pieniędzy, ale potrafi popaść w zły nastrój, poprzez który widzi swoją przyszłość finansową w czarnych barwach – mimo że obiektywnie nie ma do tego powodów.
Często analizuje swoje finanse i bardzo dokładnie planuje budżet domowy na długi czas do przodu. Taka osoba frustruje się więc, gdy czeka ją – zwłaszcza większy – nieplanowany wydatek, nawet jeżeli ma na niego fundusze.
Paradoksalnie, na swoim podejściu do kwestii finansów melancholicy mogą wiele tracić. Są przywiązani do wybranych przez siebie kont i innych produktów bankowych, przez co sprzed oczu uciekają im atrakcyjnie oferty, na których mogliby skorzystać.
W dodatku, ze strachu przed tym, że mogą stracić finansowy grunt pod nogami, boją się zaciągać kredyty i pożyczki, a skorzystanie z takich rozwiązań czasem jest bardziej opłacalne niż kupowanie za gotówkę. Zdarza się, że w ogóle nie ufają instytucjom finansowym, mając poczucie, że w każdej umowie ukryte są pułapki: niekorzystne warunki lub dodatkowe koszty, itp.
Każdy z nas jest mieszanką osobowości, ale jedna z nich może wybijać się na tle pozostałych. Dlatego, warto mieć świadomość, czy jest to akurat ta, która może wpędzić nas w kłopoty finansowe czy wręcz przeciwnie.
Wprawdzie nie każdy może być flegmatykiem, co stanowi idealne przygotowanie psychiczne do prawidłowego zarządzania własnymi finansami. Ale nawet, jeżeli „zdiagnozujemy” u siebie osobowość sangwinika czy choleryka, to w żadnym wypadku nasze usposobienie nie może być wymówką dla pochopnie podejmowanych decyzji dotyczących pieniędzy.
Może to być jedynie wskazówka dla nas, że powinniśmy podjąć dodatkowe kroki zabezpieczające, które uchronią nas w dłuższej perspektywie przed długami i ich niebezpiecznymi konsekwencjami.

Zawód naszego zaufania Notariat – fundament obrotu gospodarczego

Dotychczas fakt zarejestrowanie u notariusza jakiejś czynności prawnej stanowił gwarancję jej pewności, zgodności z prawem, uczciwości. Niestety, przeświadczenie o tym, iż reprezentanci tej profesji nie mogą zawieść naszego zaufania, zaczęło się nieco kruszyć.

 

Stało się tak za sprawą tego, że aż pięciu notariuszy jednocześnie, przy okazji jednej – fakt, że rozwojowej sprawy – zostało objętych zakazem wykonywania swego zawodu. Taki środek zapobiegawczy zastosowała wobec nich Prokuratura Regionalna w Gdańsku. Prokuratura ta prowadzi śledztwo w sprawie wyłudzania mieszkań przy okazji udzielania oszukańczych pożyczek, poświadczanych aktami notarialnymi.
Umowa takiej pożyczki była skonstruowana w taki sposób, ze człowiek pożyczający od oszustów choćby kilkanaście tysięcy złotych, przekazywał w zamian własność swego mieszkania. Nie oddawał go w zastaw, lecz pozbywał się, niezależnie od tego, czy zwracał zaciągniętą pożyczkę, czy nie.
Takie pożyczki zaciągali ludzie zwykle słabiej zorientowani w meandrach prawa. Nie mieli cierpliwości, by dobrze zapoznać się z tekstem umowy, a zresztągdyby nawet wszystko wnikliwie przeczytali, mogliby nie zrozumieć. Mieli jednak przy sobie notariusza, gwaranta zaufania i pewności tego, że nie zostaną oszukani. Niestety, zostali… Niektórzy poszkodowani już są zmuszani do wyprowadzania się z utraconych mieszkań.
Notariuszy zatrzymano, postawiono im zarzuty pomocnictwa w oszustwie i niedopełnienia obowiązków, za co może grozić do 10 lat pozbawienia wolności. Nie zostali tymczasowo aresztowani, co nie spodobało się ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze.
Notariusze musieli jednak wyłożyć po 50 albo 100 tys zł kaucji, a przede wszystkim nie mogą wykonywać swych, dobrze opłacanych, czynności. Ten zakaz może potrwać nawet do chwili, gdy zaczną odsiadywać karę, o ile w ogóle nie zostaną wydaleni z zawodu. Oczywiście, jeśli nie zostaną uznani za winnych, będą mogli starać się o odszkodowanie.
Zgodnie z prawem, możemy i powinniśmy ufać notariuszowi. Przepisy prawa o notariacie mówią bowiem, że przy dokonywaniu swoich czynności notariusz jest obowiązany czuwać nad należytym zabezpieczeniem praw i słusznych interesów stron oraz innych osób, dla których czynność ta może powodować skutki prawne.
Notariusz musi więc reagować, gdy widzi zagrożenie dla praw i interesu strony – czyli ostrzec osobę, która może zostać poszkodowana w wyniku przygotowywanej umowy, oraz dokładnie przedstawić jej konsekwencje wynikające z treści tego dokumentu. Dlatego bolesne i dotkliwe jest to, gdy zawodzi on nasze zaufanie.

Drogo, coraz drożej?

Polacy skarżą się na rosnące ceny. Może to podważyć władzę PiS w stopniu o wiele większym, niż protesty w obronie zagrożonej demokracji.

 

Jak wynika z najnowszego raportu Krajowego Rejestru Długów, co miesiąc wydajemy na utrzymanie średnio 1572 zł, podczas gdy trzy lata temu było to 976 zł, czyli o ponad 60 proc. mniej.
Nie dziwi więc fakt, że przeszło 70 proc. badanych uważa, że koszty życia w Polsce są wysokie lub bardzo wysokie.

 

Zupełnie różne wskaźniki

Ta różnica: 1572 zł w tym roku, wobec 976 zł w 2015 r., robi porażające wrażenie. Nietrudno jednak zauważyć, że to wyliczenie ma się nijak do liczb podawanych przez Główny Urząd Statystyczny.
W świetle obliczeń GUS, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w naszym kraju też wprawdzie stopniowo rosną – ale nieporównanie wolniej, niż podaje to Krajowy Rejestr Długów.
Przy porównywaniu tych samych lat, 2015 i 2018, z danych GUS wynika, że w 2016 r. ceny dóbr konsumpcyjnych w ogóle nie wzrosły w porównaniu z rokiem poprzednim (a nawet spadły o 0,6 proc.). Ubiegły rok przyniósł wzrost o 2,1 proc. Na koniec września 2018 r. ceny zwiększyły się zaś o 0,7 proc.
Można zakładać, że koszty utrzymania to nie jest dokładnie to samo co ceny towarów i usług konsumpcyjnych. Oczywiste jednak, że wzrost kosztów utrzymania wynika bezpośrednio ze wzrostu cen dóbr konsumpcyjnych. Niemożliwe jest więc, aby przy wzroście kosztów utrzymania w latach 2015 – 2018 wynoszącym, jak podaje KRD, około 60 proc., ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły zaledwie o ok. 3 proc. Takich cudów nie ma.

 

Poszukiwanie rzetelności

Krajowy Rejestr Długów to prywatna spółka z siedzibą we Wrocławiu. Nie ma powodów, aby uznawać ją za bardziej wiarygodną niż Główny Urząd Statystyczny, który jest centralnym urzędem państwowym, zatrudniającym wielu specjalistów wysokiej klasy.
Warto też przypomnieć, że spółka KRD należy do tej samej grupy biznesowej co program Rzetelna Firma, w ramach którego przyznaje się certyfikaty rzetelności o tej samej nazwie. Rzetelna Firma była objęta patronatem Ministerstwa Gospodarki, które jednak pięć lat temu wycofało się z niego ze względu na „licznie zgłaszane zastrzeżenia dotyczące funkcjonowania programu” oraz pobieranie opłat za certyfikaty rzetelności.
Natomiast w ubiegłym roku spółka KRD stworzyła raport o kondycji branży turystycznej, który został uznany za mało rzetelny przez członków Polskiej Izby Turystyki. Tak więc, wydaje się, że do raportów KRD należy podchodzić z pewną dozą ostrożności.
Z drugiej jednak strony, na rynku mamy setki tysiące różnych dóbr konsumpcyjnych i GUS nie jest w stanie wyliczyć wskaźników wzrostu cen towarów i usług każdego z nich. Jest to więc jedynie pewien wyciąg, bazujący na informacjach pochodzących od – podobno – prawie 40 tys gospodarstw domowych, mających notować swoje codzienne zakupy.
Można mieć wątpliwości, czy te gospodarstwa – nie wiadomo zresztą jak często są one wymieniane na inne – zawsze rzetelnie notują swoje codzienne wydatki. Nie brak więc opinii, że GUS-owskie wskaźniki wzrostu cen towarów i usług są zaniżone.

 

Komuś trzeba wierzyć

Najważniejsze jest jednak nasze własne odczucie. Odczucia pewnej części Polaków są zaś takie, że w Polsce jest drogo – i coraz drożej.
Wspomniany raport Krajowego Rejestru Długów nie powstał na podstawie badań analitycznych lecz jest po prostu wynikiem sondażu, wykonanego przez jedną z firm badania opinii publicznej. Zawiera więc wyłącznie deklaracje pewnej grupy osób.
Grupa ta stanowi wprawdzie próbę uznawaną formalnie za reprezentatywną – ale wielokrotnie mniejszą, niż 40 tys gospodarstw domowych badanych przez GUS. Każdy Czytelnik sam więc musi zdecydować, komu woli wierzyć.
Ów sondaż, wykonany na zamówienie Krajowego Rejestru Długów, podaje, że według deklaracji respondentów, kwoty comiesięcznych rachunków, w porównaniu do badania z 2015 roku, wzrosły aż o 61 proc.
Z sondażu wynika, że obecnie średnio Polacy płacą 193 zł za prąd, 102 zł za telefon, 108 zł za wodę, 52 zł za wywóz nieczystości, 68 zł za Internet, 83 zł za telewizję kablową lub satelitarną, 116 zł za gaz, 514 zł za czynsz i 336 zł za energię cieplną.

 

Biedni i bogaci

Najdotkliwiej wysokość comiesięcznych opłat odczuwają co oczywiste, ci co zarabiają najmniej: osoby z wykształceniem podstawowym – 82 proc. oraz emeryci i renciści – 80 proc. To właśnie w portfelach tych dwóch grup, po opłaceniu wszystkich rachunków, zostaje najmniej pieniędzy (u osób z wykształceniem podstawowym – 596 zł oraz u emerytów i rencistów – 775 zł).
Trzeba jednak zauważyć, że emeryci i renciści nie stanowią jednorodnej warstwy społecznej. O ile renciści to rzeczywiście uboga część polskiego społeczeństwa, o tyle emeryci należą – statystycznie – do osób całkiem nieźle sytuowanych.
Najwięcej pieniędzy do dyspozycji po uregulowaniu wszystkich stałych zobowiązań pozostaje osobom od 25. do 34. roku życia oraz osobom z wyższym wykształceniem – jest to średnio ponad 2600 zł, czyli niemal o tysiąc złotych więcej powyżej średniej, która wynosi prawie 1679 zł.
Na podstawie deklaracji zebranych w sondażu, KRD ocenia, że w porównaniu do 2015 r., kiedy ta spółka przeprowadziła pierwszą edycję badania, obecnie Polacy gorzej oceniają swoją sytuację finansową oraz dostrzegają znaczny wzrost kosztów życia.

 

To, co poszło w górę

Jak wylicza KRD, w ciągu ostatnich trzech lat nasze rachunki za wodę wzrosły o 56 proc., za prąd o 65 proc., koszt gazu wzrósł o 73 proc., a wywozu nieczystości nawet o 93 proc.
Jednak niechlubne pierwsze miejsce na tej liście zajmują rachunki za energię cieplną – są one, zdaniem badanych, wyższe o 188 proc. w stosunku do 2015 r. Najmniej, bo o 20 proc. wzrosły nasze rachunki za telewizję i telefon – 24 proc.
Jak wynika z analiz KRD, na wzrost wydatków częściej wskazywały kobiety – 70 proc. w stosunku do 40 proc. mężczyzn. Z czego wynika ta dysproporcja?
– Powodem może być fakt, że to na kobietach częściej spoczywa obowiązek gospodarowanie rodzinną kasą, robienia codziennych zakupów i płacenia rachunków, w związku z tym, to one zauważają realny wzrost cen. Te ceny z kolei kobiety odnoszą do własnych zarobków, które rosną zdecydowanie wolniej niż koszty życia, i które w wielu zawodach są nadal niższe niż pensje mężczyzn na podobnych stanowiskach – komentuje Diana Jarocka, ekspertka Intrum.
Zupełnie innego zadania są osoby z grupy wiekowej 18-24 lat, które deklarują, że nie odczuły wzrostu kosztów życia, uważając, iż koszty te utrzymują się na średnim poziomie, a w związku z tym nie ma powodów do narzekania.
To nie oznacza, że tej grupy nie dotyczy wzrost kosztów życia.
– Część osób biorących udział w badaniu, które ukończyły 20. rok życia, nadal jest utrzymywana przez rodziców lub korzysta ze wsparcia dalszej rodziny. Młodzi Polacy, którym brakuje pieniędzy, chętnie sięgają po zewnętrzne źródła finansowania, takie jak np. kredyty czy pożyczki. Zadłużenie osób w wieku 18-24 lat łącznie wynosi już 872 mln zł, czyli w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wzrosło aż o 62 proc. – dodaje Diana Jarocka.

 

Kasa się nie zgadza

Polacy są niezadowoleni z stopniowo rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje im w portfelu pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów. To normalne, bo niezależnie od poziomu zamożności, trudno znaleźć kogoś, kto się cieszy, że musi więcej wydawać.
W rezultacie część z nas jest przez to zmuszona do sięgania po kredyty czy pożyczki, by załatać dziurę w domowej kasie. Rozmaite zobowiązania spłaca 4 na 10 Polaków. Niestety, rośnie liczba osób, które nie radzą sobie z bieżącym regulowaniem należności.
Statystyczne gospodarstwo domowe wydaje na spłatę rat pożyczek i kredytów gotówkowych około 706 zł miesięcznie, (w 2015 r. było to mniej, bo niecałe 440 zł). Wydaje się niewiele, ale to niemal dwukrotny wzrost w porównaniu z pierwszą edycją badania KRD.
Nasze długi rosną. Tę tendencję potwierdzają inne dane: w II kwartale 2018 r. zobowiązania kredytowe Polaków zwiększyły się o 3,74 mld zł (do 33,13 mld zł), podczas, gdy w pierwszym kwartale przyrost ten wyniósł 0,27 mld zł.
Ponadto, tzw. Indeks Zaległych Płatności Polaków, również się podwyższył, z poziomu 76,8 w 2017 r. do 86,5 obecnie, co oznacza, że na 1000 dorosłych obywateli w naszym kraju przypada prawie 87 niesolidnych dłużników.
W II kwartale tego roku przybyło 5,25 mld zł niespłaconych w terminie zobowiązań. Dla porównania, w okresie styczeń-marzec 2018 było to 1,24 mld zł. Liczba osób, które planują zaciągnięcie nowych pożyczek lub kredytów wzrosła zaś prawie dwukrotnie.
Wszystko to może skutecznie zniwelować, zauważany dotychczas, stopniowy wzrost zamożności części Polaków – i w niedalekiej przyszłości zagrozić rządom obecnej ekipy.

Młodzi z milionowymi długami

Jeszcze nie zdążyli się prawie niczego dorobić, a już mają kłopoty finansowe, rozpoczynając dopiero dorosłe życie.

 

Z każdym rokiem przybywa młodych Polaków, którzy weszli w dorosłość już z długiem. Aż 630 tys. osób należących do grupy wiekowej 25-35 lat jest zadłużonych na astronomiczną sumę ponad 6,5 mld zł łącznie. Pewien 31-latek ma 6 mln zł długów na koncie. To niechlubny rekord, ale najnowsze dane zebrane przez Krajowy Rejestr Długów pokazują, że nie jest to odosobniony przypadek.
Jak wynika z danych udostępnionych przez BIG InfoMonitor oraz BIG, pogłębia się również zadłużenie w młodszej grupie wiekowej, w której nieco ponad jedna na pięć osób posiada już jakieś zobowiązania kredytowe. Zaległości osób w wieku 18-24 lat łącznie wynoszą już 872 mln zł. Z kolei jak podaje KRD, od ostatniego roku zadłużenie młodych rodaków, którzy nie ukończyli 25. roku życia, wzrosło o 62 proc.

 

Start w dorosłość na kredyt

Dlaczego coraz więcej przedstawicieli tego pokolenia popada w spiralę długów – I jak uniknąć kłopotów finansowych przed 30-tką, które mogą rzutować na późniejsze lata życia?
– Przyczyny powstawania długów młodych Polaków są różne. Młodsi dorośli nie mają jeszcze doświadczenia w kwestii finansów i najczęściej nie czytają dokładnie umów przy zaciąganiu kredytów lub zakupach na raty. Dają się zwieść promocjom pt. „raty 0 proc.”, które po fakcie okazują się być atrakcyjnymi ofertami tylko z nazwy, bo np. nie byli świadomi dodatkowych kosztów występujących przy kredycie. Niespłacane na czas „drobne” pożyczki, nieuregulowane rachunki za telefon, nieopłacone mandaty za jazdę „na gapę” komunikacją miejską. To najczęstsze przyczyny zadłużenia osób w wieku 18-24 lat – wyjaśnia Tomasz Bienias, ekspert Intrum.
Nieco inną genezę mają długi młodych osób z następnej kategorii wiekowej (25-35 lat). Tylko nieliczna grupa 25-latków może pochwalić się pensją wyższą niż płaca minimalna, wynosząca obecnie nieco ponad 1500 zł netto. Natomiast osoby przekraczające 30. rok życia, które są dłużej na rynku pracy, zarabiają zdecydowanie więcej – ale nadal dla wielu są to niewystarczające kwoty, które nie pozwalają na pełne usamodzielnienie się. Dlatego też, w tej grupie wiekowej dług jest większy, bo jej przedstawiciele mają też większą zdolność kredytową. Na łączną sumę zadłużenia składają się kredyty na wyższe sumy, zaciągane na zakup dobrego samochodu czy pierwszego mieszkania.
Jak pokazują dane KRD, spośród młodszych Polaków najbardziej zadłużeni są 35-latkowie, którzy muszą zwrócić łącznie aż 1,14 mld zł – czyli każda z tych osób jest winna wierzycielom średnio 16 tys. zł.

 

Trzeba najpierw pomyśleć

Wydaje się, że skoro chęć posiadania własnego M stanowi dobry powód do zadłużenia się na wiele lat, to decyzja o zaciągnięciu kredytu hipotecznego zazwyczaj poparta jest szczegółowymi analizami. Jednak, zarówno osoby, które zrobiły ten ważny krok w dorosłość kilka lat temu, jak i dwudziestolatkowie, wciąż posiadają znikomą wiedzę na temat finansów.
Jak sugeruje Tomasz Bienias, osoby, które urodziły i wychowały się już po transformacji ustrojowej nie znają pojęcia ograniczenia, a świat stoi przed nimi otworem, kusząc dobrami, które mogą mieć od ręki. W rezultacie, młodzi nie są nauczeni oszczędzania, ponieważ nigdy nie musieli tego robić. Jeżeli tylko posiadają stałe źródło utrzymania, a przez to i zdolność kredytową, traktują kredyty jako normalne źródło finansowania swoich potrzeb.
Problemy zaczynają się wtedy, kiedy drobne zobowiązania zmieniają się w wysokie raty, które z miesiąca na miesiąc ciążą na domowym budżecie, aż w końcu przestają być regulowane. Niestety, często zdarza się, że młodzi sami winni są trudnej sytuacji finansowej, w której się znaleźli. Jeżeli dwudziestolatek znajdzie się w bazie KRD czy BIG, w przyszłości może mieć problem zaciągnięciem kolejnego kredytu lub nawet ze zrobieniem zakupów na raty.
Kłopotów jednak można uniknąć, przestrzegając kilku prostych zasad. Warto stosować je w praktyce, ponieważ złe nawyki finansowe szybko mogą wejść w krew.
Dokładne czytanie umów kredytowych popłaca. Nieważne, czy chodzi o kredyt zaciągany na samochód, czy o małą pożyczkę na kilka tysięcy złotych, którą planuje się spłacić w krótkim czasie. Przed podpisaniem każdej umowy kredytowej, warto dokładnie się z nią zapoznać, żeby później nie żałować.
W tym dokumencie znajdują się informacje o wszystkich kosztach zobowiązania, a tym samym o wysokości comiesięcznej raty. Niezależnie od tego, czy podejmuje się pożyczkę w oddziale banku czy online, umowa kredytowa w obu przypadkach wygląda tak samo i jest cennym źródłem informacji, więc warto rozumieć wszystkie zapisy, które się w niej znajdują. Warunki kredytu są oczywiście napisane takim językiem, że niełatwo cokolwiek pojć. Zawsze jednak można znaleźć kogoś, kto wytłumaczy o co chodzi.
Trzeba uważać na zakupy na raty – I jeśli to możliwe unikać ich, ponieważ wtedy oczywiscie pacimy drożej, niż kupując od razu za pełn cenę. Dziś na raty można kupić prawie wszystko, również wycieczki czy odzież.
Spłatę nowej komórki czy komputera, który kosztował 3-4 tys. zł. można rozłożyć nawet na kilkanaście rat, przez co młodym ludziom może wydawać się, że comiesięczny koszt takich zakupów jest niewielki – a w związku z tym i niewielkie są skutki tego, że .przestaną regularnie spłacać zobowiązanie.
Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Małe zadłużenie po pewnym czasie może przerodzić się w duży dług i jeszcze większe problemy finansowe. Okazuje się, że młodzi konsumenci decydując się na zakupy ratalne, nie zawsze są świadomi tego, kto w takim przypadku jest wierzycielem ich długu – i są zaskoczeni, kiedy powiadomienie o braku regularnej spłaty nie przychodzi ze sklepu, w którym kupili towar, a z banku. Należy więc pamiętać, że zakupy na raty to nic innego, jak kredyt zaciągany na normalnych warunkach (I zwykle dość drogi).

 

Nie bać się windykatora

Planowanie chroni przed finansowymi tarapatami. Układanie domowego budżetu, czyli posiadanie kontroli nad wszystkimi wydatkami, jest sprawdzonym sposobem pozwalającym uniknąć nadmiernego zadłużenia się. Jest to szczególnie ważne, gdy dysponuje się niższymi przychodami, jak w przypadku młodych osób, które są u progu kariery zawodowej. Nawet w takiej sytuacji zaciągnięcie kredytu jest możliwe – ważne jednak, aby jego spłata była uwzględniona w comiesięcznych wydatkach. Wtedy zyskuje się pewność, że w domowej kasie nie zabraknie środków na uiszczanie kolejnych rat.
Czasami przykry zbieg okoliczności nie pozwala uniknąć problemów, nawet jeżeli kredytobiorca zastosuje się do powyższych zasad. Wtedy na swojej drodze może spotkać firmę windykacyjną lub komornika, a jak pokazują dane, takich przypadków nie brakuje. Polacy w wieku 25-35 lat aż 1/4 wszystkich zobowiązań, czyli ok. 2,68 mld zł, posiadają wobec firm windykacyjnych oraz funduszy sekurytyzacyjnych, które odkupiły długi od pierwotnych wierzycieli.
Kiedy osoba zadłużona otrzymuje pismo od firmy windykacyjnej, nie powinna się obawiać. Taki list oznacza, że wierzyciel poprosił profesjonalną firmę o pomoc w odzyskaniu należności, ale kredytobiorca jednocześnie otrzymuje sygnał, że ma możliwość polubownego rozwiązania swojego problemu, zanim sprawą zainteresuje się komornik, a spłata długu zostanie nakazana przez sąd.
Z firmami windykacyjnymi warto rozmawiać, ale tylko wtedy, jeśli są one w stanie zrozumieć, że rozwiązanie polubowne musi oznaczać pewien kompromis, czyli po prostu to, że wierzyciel trochę obniży kwotę długu. Jeśli nie, to nie warto tracić czasu ani nerwów na negocjowanie z windykatorami. Pamiętajmy, że nie mają oni żadnych realnych możliwości oddziaływania na dłużnika – i jedyne co mogą zrobić, to oddanie sprawy do sądu. Sąd nakaże zaś dłużnikowi zapłacić tyle samo, ile się domagają windykatorzy.

Dobry zwyczaj – mniej pożyczaj

Od 1 marca 2018 roku mieliśmy już dziesięć niedziel z ograniczeniami w handlu. Pora więc na krótkie podsumowanie.

 

Okazuje się, że ograniczenie niedzielnego handlu przynosi pozytywne konsekwencje w nieoczekiwanych dziedzinach.
Oto z danych uzyskanych przez Polski Związek Instytucji Pożyczkowych wynika, że ograniczenie to ma ujemny wpływ na sprzedaż kredytów i pożyczek, udzielanych w całości przez internet.
PZIP informuje, że spadek zapytań o pożyczkę wynosi od 1 marca około 15 proc, w porównaniu do taki samych dni roku poprzedniego.

 

Niedziele wolne od zadłużania się

Dla PZIP, ów spadek pożyczek to naturalnie nie to dobra wiadomość, ale dla potencjalnych pożyczkobiorców – jak najbardziej. Im rzadziej korzystają oni bowiem z usług firm pożyczkowych, tym więcej pieniędzy zostaje im w kieszeni, gdyż są to pożyczki dużo droższe od kredytów bankowych.
Ponadto, spadek wartości i ilości pożyczek udzielanych przez internet siłą rzeczy poprawia bezpieczeństwo, bo zmniejsza się zagrożenie utraty środków za sprawą ataków hakerskich.
Ograniczenie handlu w niedzielę ma więc wpływ na wiele sektorów gospodarki – a w tym także i na sektor pozabankowego kredytu konsumenckiego.
– Na bieżąco weryfikujemy aktywność konsumentów na rynku pożyczkowym. Biorąc pod uwagę okres od wprowadzenia zakazu handlu w niedziele, trend zmniejszenia popytu na pożyczki w niedziele zaczyna się pogłębiać i różnice pomiędzy niedzielami handlowymi i niehandlowymi rosną. – stwierdza Bartosz Pundyk z branżowej bazy informacji pożyczkowej Credit-Check. Co trzeci wniosek składany jest mobilnie, przez telefon lub tablet, bardzo często poza domem konsumenta.

 

Pod wpływem chwili

Jak sprawdzono, część klientów instytucji pożyczkowych zaciąga zobowiązania na kupno jakichś towarów już podczas samych zakupów – na przykład, nie mogąc się oprzeć chęci skorzystania z zauważonych promocji cenowych (co przeważnie robią panie). Dzięki szybkiej pożyczce chcą także wybrać produkt lub usługę o wyższym standardzie.
To właśnie ta grupa klientów odpowiedzialna jest za spadek liczby wniosków o kredyty w niedziele niehandlowe. Nie mając okazji do niedzielnych zakupów, nie mają też potrzeby zaciągania pożyczki, zwłaszcza w sytuacji, gdy ma ona charakter krótkoterminowy i udzielana jest w ciągu kilkunastu minut.
I tu pojawia się jeszcze jeden nieoczekiwany i korzystny skutek ograniczeń niedzielnego handlu – ubywa bowiem okazji do robienia nieodpowiedzialnych zakupów, dokonywanych pod wpływem chwili, bez zastanowienia, często zupełnie zbędnych.
– Spadek zainteresowania kredytem w niedziele niehandlowe to naturalna konsekwencja nowych przepisów, która dodatkowo potwierdza tezę, że większość klientów instytucji pożyczkowych zaciąga zobowiązania na szybki, konkretny cel, np. naprawę pralki, zakup mebli czy zakończenie remontu mieszkania. Kiedy sklepy są zamknięte, zaspokojenie tych potrzeb przez część klientów przekładana jest na później, a z tym także i decyzja o wzięciu kredytu. Wielu klientów deklaruje, że korzysta z kredytu pozabankowego z powodu nagłych wydatków, np. koniecznej naprawy samochodu. Dla zobowiązań zaciąganych na ten cel zakaz handlu w niedzielę nie ma znaczenia – wskazuje Artur Więckowski z PZIP, ekspert portalu chwilowo.pl.

 

Pomoc 500 plus

W ostatnich latach stopniowo zmienia się sytuacja klientów instytucji pożyczkowych. Wyraźna poprawa sytuacji gospodarstw domowych nie pozostała bez wpływu na rynek kredytowy. Widać spadek popytu na pożyczki najdroższe i najbardziej ryzykowne.
Skoro ludzie mają trochę więcej pieniędzy za sprawą uruchomienia programu 500+, to nie muszą tak często ratować się „chwilówkami”. Zwiększenie zdolności finansowej kredytowej klientów pozwala im na wybieranie tańszych i dogodniejszych pożyczek – albo na zaciąganie kredytów bankowych oraz wzrost zakupów robionych za gotówkę.