Drogo, coraz drożej?

Polacy skarżą się na rosnące ceny. Może to podważyć władzę PiS w stopniu o wiele większym, niż protesty w obronie zagrożonej demokracji.

 

Jak wynika z najnowszego raportu Krajowego Rejestru Długów, co miesiąc wydajemy na utrzymanie średnio 1572 zł, podczas gdy trzy lata temu było to 976 zł, czyli o ponad 60 proc. mniej.
Nie dziwi więc fakt, że przeszło 70 proc. badanych uważa, że koszty życia w Polsce są wysokie lub bardzo wysokie.

 

Zupełnie różne wskaźniki

Ta różnica: 1572 zł w tym roku, wobec 976 zł w 2015 r., robi porażające wrażenie. Nietrudno jednak zauważyć, że to wyliczenie ma się nijak do liczb podawanych przez Główny Urząd Statystyczny.
W świetle obliczeń GUS, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w naszym kraju też wprawdzie stopniowo rosną – ale nieporównanie wolniej, niż podaje to Krajowy Rejestr Długów.
Przy porównywaniu tych samych lat, 2015 i 2018, z danych GUS wynika, że w 2016 r. ceny dóbr konsumpcyjnych w ogóle nie wzrosły w porównaniu z rokiem poprzednim (a nawet spadły o 0,6 proc.). Ubiegły rok przyniósł wzrost o 2,1 proc. Na koniec września 2018 r. ceny zwiększyły się zaś o 0,7 proc.
Można zakładać, że koszty utrzymania to nie jest dokładnie to samo co ceny towarów i usług konsumpcyjnych. Oczywiste jednak, że wzrost kosztów utrzymania wynika bezpośrednio ze wzrostu cen dóbr konsumpcyjnych. Niemożliwe jest więc, aby przy wzroście kosztów utrzymania w latach 2015 – 2018 wynoszącym, jak podaje KRD, około 60 proc., ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły zaledwie o ok. 3 proc. Takich cudów nie ma.

 

Poszukiwanie rzetelności

Krajowy Rejestr Długów to prywatna spółka z siedzibą we Wrocławiu. Nie ma powodów, aby uznawać ją za bardziej wiarygodną niż Główny Urząd Statystyczny, który jest centralnym urzędem państwowym, zatrudniającym wielu specjalistów wysokiej klasy.
Warto też przypomnieć, że spółka KRD należy do tej samej grupy biznesowej co program Rzetelna Firma, w ramach którego przyznaje się certyfikaty rzetelności o tej samej nazwie. Rzetelna Firma była objęta patronatem Ministerstwa Gospodarki, które jednak pięć lat temu wycofało się z niego ze względu na „licznie zgłaszane zastrzeżenia dotyczące funkcjonowania programu” oraz pobieranie opłat za certyfikaty rzetelności.
Natomiast w ubiegłym roku spółka KRD stworzyła raport o kondycji branży turystycznej, który został uznany za mało rzetelny przez członków Polskiej Izby Turystyki. Tak więc, wydaje się, że do raportów KRD należy podchodzić z pewną dozą ostrożności.
Z drugiej jednak strony, na rynku mamy setki tysiące różnych dóbr konsumpcyjnych i GUS nie jest w stanie wyliczyć wskaźników wzrostu cen towarów i usług każdego z nich. Jest to więc jedynie pewien wyciąg, bazujący na informacjach pochodzących od – podobno – prawie 40 tys gospodarstw domowych, mających notować swoje codzienne zakupy.
Można mieć wątpliwości, czy te gospodarstwa – nie wiadomo zresztą jak często są one wymieniane na inne – zawsze rzetelnie notują swoje codzienne wydatki. Nie brak więc opinii, że GUS-owskie wskaźniki wzrostu cen towarów i usług są zaniżone.

 

Komuś trzeba wierzyć

Najważniejsze jest jednak nasze własne odczucie. Odczucia pewnej części Polaków są zaś takie, że w Polsce jest drogo – i coraz drożej.
Wspomniany raport Krajowego Rejestru Długów nie powstał na podstawie badań analitycznych lecz jest po prostu wynikiem sondażu, wykonanego przez jedną z firm badania opinii publicznej. Zawiera więc wyłącznie deklaracje pewnej grupy osób.
Grupa ta stanowi wprawdzie próbę uznawaną formalnie za reprezentatywną – ale wielokrotnie mniejszą, niż 40 tys gospodarstw domowych badanych przez GUS. Każdy Czytelnik sam więc musi zdecydować, komu woli wierzyć.
Ów sondaż, wykonany na zamówienie Krajowego Rejestru Długów, podaje, że według deklaracji respondentów, kwoty comiesięcznych rachunków, w porównaniu do badania z 2015 roku, wzrosły aż o 61 proc.
Z sondażu wynika, że obecnie średnio Polacy płacą 193 zł za prąd, 102 zł za telefon, 108 zł za wodę, 52 zł za wywóz nieczystości, 68 zł za Internet, 83 zł za telewizję kablową lub satelitarną, 116 zł za gaz, 514 zł za czynsz i 336 zł za energię cieplną.

 

Biedni i bogaci

Najdotkliwiej wysokość comiesięcznych opłat odczuwają co oczywiste, ci co zarabiają najmniej: osoby z wykształceniem podstawowym – 82 proc. oraz emeryci i renciści – 80 proc. To właśnie w portfelach tych dwóch grup, po opłaceniu wszystkich rachunków, zostaje najmniej pieniędzy (u osób z wykształceniem podstawowym – 596 zł oraz u emerytów i rencistów – 775 zł).
Trzeba jednak zauważyć, że emeryci i renciści nie stanowią jednorodnej warstwy społecznej. O ile renciści to rzeczywiście uboga część polskiego społeczeństwa, o tyle emeryci należą – statystycznie – do osób całkiem nieźle sytuowanych.
Najwięcej pieniędzy do dyspozycji po uregulowaniu wszystkich stałych zobowiązań pozostaje osobom od 25. do 34. roku życia oraz osobom z wyższym wykształceniem – jest to średnio ponad 2600 zł, czyli niemal o tysiąc złotych więcej powyżej średniej, która wynosi prawie 1679 zł.
Na podstawie deklaracji zebranych w sondażu, KRD ocenia, że w porównaniu do 2015 r., kiedy ta spółka przeprowadziła pierwszą edycję badania, obecnie Polacy gorzej oceniają swoją sytuację finansową oraz dostrzegają znaczny wzrost kosztów życia.

 

To, co poszło w górę

Jak wylicza KRD, w ciągu ostatnich trzech lat nasze rachunki za wodę wzrosły o 56 proc., za prąd o 65 proc., koszt gazu wzrósł o 73 proc., a wywozu nieczystości nawet o 93 proc.
Jednak niechlubne pierwsze miejsce na tej liście zajmują rachunki za energię cieplną – są one, zdaniem badanych, wyższe o 188 proc. w stosunku do 2015 r. Najmniej, bo o 20 proc. wzrosły nasze rachunki za telewizję i telefon – 24 proc.
Jak wynika z analiz KRD, na wzrost wydatków częściej wskazywały kobiety – 70 proc. w stosunku do 40 proc. mężczyzn. Z czego wynika ta dysproporcja?
– Powodem może być fakt, że to na kobietach częściej spoczywa obowiązek gospodarowanie rodzinną kasą, robienia codziennych zakupów i płacenia rachunków, w związku z tym, to one zauważają realny wzrost cen. Te ceny z kolei kobiety odnoszą do własnych zarobków, które rosną zdecydowanie wolniej niż koszty życia, i które w wielu zawodach są nadal niższe niż pensje mężczyzn na podobnych stanowiskach – komentuje Diana Jarocka, ekspertka Intrum.
Zupełnie innego zadania są osoby z grupy wiekowej 18-24 lat, które deklarują, że nie odczuły wzrostu kosztów życia, uważając, iż koszty te utrzymują się na średnim poziomie, a w związku z tym nie ma powodów do narzekania.
To nie oznacza, że tej grupy nie dotyczy wzrost kosztów życia.
– Część osób biorących udział w badaniu, które ukończyły 20. rok życia, nadal jest utrzymywana przez rodziców lub korzysta ze wsparcia dalszej rodziny. Młodzi Polacy, którym brakuje pieniędzy, chętnie sięgają po zewnętrzne źródła finansowania, takie jak np. kredyty czy pożyczki. Zadłużenie osób w wieku 18-24 lat łącznie wynosi już 872 mln zł, czyli w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wzrosło aż o 62 proc. – dodaje Diana Jarocka.

 

Kasa się nie zgadza

Polacy są niezadowoleni z stopniowo rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje im w portfelu pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów. To normalne, bo niezależnie od poziomu zamożności, trudno znaleźć kogoś, kto się cieszy, że musi więcej wydawać.
W rezultacie część z nas jest przez to zmuszona do sięgania po kredyty czy pożyczki, by załatać dziurę w domowej kasie. Rozmaite zobowiązania spłaca 4 na 10 Polaków. Niestety, rośnie liczba osób, które nie radzą sobie z bieżącym regulowaniem należności.
Statystyczne gospodarstwo domowe wydaje na spłatę rat pożyczek i kredytów gotówkowych około 706 zł miesięcznie, (w 2015 r. było to mniej, bo niecałe 440 zł). Wydaje się niewiele, ale to niemal dwukrotny wzrost w porównaniu z pierwszą edycją badania KRD.
Nasze długi rosną. Tę tendencję potwierdzają inne dane: w II kwartale 2018 r. zobowiązania kredytowe Polaków zwiększyły się o 3,74 mld zł (do 33,13 mld zł), podczas, gdy w pierwszym kwartale przyrost ten wyniósł 0,27 mld zł.
Ponadto, tzw. Indeks Zaległych Płatności Polaków, również się podwyższył, z poziomu 76,8 w 2017 r. do 86,5 obecnie, co oznacza, że na 1000 dorosłych obywateli w naszym kraju przypada prawie 87 niesolidnych dłużników.
W II kwartale tego roku przybyło 5,25 mld zł niespłaconych w terminie zobowiązań. Dla porównania, w okresie styczeń-marzec 2018 było to 1,24 mld zł. Liczba osób, które planują zaciągnięcie nowych pożyczek lub kredytów wzrosła zaś prawie dwukrotnie.
Wszystko to może skutecznie zniwelować, zauważany dotychczas, stopniowy wzrost zamożności części Polaków – i w niedalekiej przyszłości zagrozić rządom obecnej ekipy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *