CHF Sebix

Trochę się o siebie martwię. Coraz częściej łapię się na tym, że oplata mnie spiskowa teoria tego i tamtego, a dookoła rozgrywany jest pewien „układ”, którego przerwać nie sposób, jeśli ktoś jest spoza. Można być co najwyżej jego częścią, albo być poza nim. Kiedy dociera do mnie ta przykra świadomość, wzdrygam się i z obrzydzeniem strząsam ją z barków, jakbym strząsał zeń włochatego robaka. Ale nawet najmniejszy robaczek zostawia po sobie lepki ślad.

Byłem w sobotę z rodziną na basenie. W czasie gdy towarzystwo pluskało się na dole, ja polazłem na górę, żeby zjechać ze zjeżdżalni wodnej. Zasada działania zjeżdżalni jest prosta. Wskakuje się do środka i daje się ponieść nurtowi wody. Jest jednakowoż jedna podstawowa sprawa: nie wolno wskakiwać, zanim światło nad tunelem nie zmieni się z czerwonego na zielone. Prędkości bowiem są na tyle duże, że gdyby zignorować ten oblig, można by komuś lub sobie, zrobić dużą krzywdę, wparowując się człowiekowi nogami w plecy. Akuratnie szedłem za parą z dzieckiem. On, z tatuażem na całych plecach, raczej nienajlepszej jakości, ona, lekko zalkoholizowana pani z tipsami i trybalem na kości ogonowej. Klasyka. Zanim zdążyłem w ogóle zareagować, facet wrzucił dzieciaka do tunelu, wskoczył sam chwilę po nim, a za nim, jakby nigdy nic, jego pani. Nad zjeżdżalnią wciąż paliło się czerwone światło, znakiem tego, ktoś jeszcze zjeżdżał, albo właśnie zjazd kończył. Kiedy wylazłem z tuby po swoim zjeździe, począłem wypatrywać „sebixowego” towarzystwa. Nigdzie ich nie było. Minęło raptem 20-30 sekund od kiedy widziałem ich ostatni raz. W przebieralni męskiej też ich nie spotkałem. Może ktoś ich jednak za tą akcję ze zjeżdżalnią wyrzucił? Może, nie daj Bóg, stratowali kogoś i zrobił się dym, a po nim zasłużona spotkała ich kara? Bardzo sobie tego życzyłem, bo czego jak czego, ale głupoty na skraju zagrożenia zdrowia lub życie nie trawię najbardziej. Pod koniec minionego tygodnia dowiedziałem się, że poseł Cymański wykreślił z prezydenckiego projektu ustawy frankowej zapis tzw. Funduszu Konwersji. Sprowadzał się ów Fundusz to tego, że banki miały się składać na przewalutowania kredytów frankowych na złotówki w wybranych przypadkach, ale bankom się to nie podobało i ciach, Funduszu nie ma. Podobno Fundusz był też nie na rękę samym frankowiczom, bo nie wiadomo do końca jak jego zapisy współgrałyby z wyczekiwaną dyrektywą TSUE, na którą środowisko frankowiczów bardzo czeka. Jaka by jednak ona nie była, dla banków to zawsze ryzyko, że rząd każe im składać się na przewalutowanie, a na taką stratę nikt rozsądny w przeszkolonym biurowcu sobie nie pozwoli. Tadeusz Cymański bardzo ubolewał nad brakiem Funduszu w nowej ustawie, ale negocjacje o jego utrzymanie tak długo przeciągały już i tak przeciągniętą, zapowiadaną jeszcze w kampanii prezydenckiej przez Andrzeja Dudę pomoc dla frankowiczów, że czym prędzej trzeba ulżyć polskim rodzinom borykającym się z kłopotami finansowymi, nawet bez konwersji. Innymi słowy, dobrze było gdyby Fundusz Konwersji był, ale czasy są tak trudne, że lepiej żeby go nie było. Czytaj: banki zatrzymały pieniądze w kieszeni. Stwierdzono ponadto, ustami prezydenckiego ministra, że nie ma jeszcze klimatu społecznego, żeby kredytobiorcom frankowym wyjść naprzeciw i przewalutować kredyty, taka jak to Andrzej Duda obiecywał.
Przypomniała mi się wtedy scena z basenu. Jest czerwone światło. Nie wolno oszukiwać klientów rozmyślnie, a ustalając kursy walut za pomocą przeliczników z sufitu oraz oferując walutę, której nikt z kantoru do banku zanieść nie może, tylko musi płacić i tak w złotówkach, banki z premedytacją to światło olewają. Jak „sebixowa” rodzina. Mają świadomość, bo mają IQ wyższe niż kura, że mogą swoim działaniem zrobić ludziom krzywdę, a mimo wszystko to robią. I przy tym włos im przez lata z głowy nie spada. A politycy, jak ratownicy na basenie, odwracają głowy, jak tylko jeden czy drugi wypadający ze zjeżdżalni dresiarz, ląduje na karku licheroty i łamie mu kręgosłup. Najzabawniejsi są przy ty tokujący o niesprawiedliwości prezydenckiego projektu posłowie PO. Doprawdy, niezły tupet. Tyle było lat na pokazanie swojej prawdziwie społecznie sprawiedliwej twarzy, ale jakoś nigdy się nie składało. Może dlatego, że pod warstwą pudru i botoksami niewiele więcej tam było. Andrzej Duda obiecał, Andrzej Duda wykonał. Pięć lat prób i ugłaskiwania finansjery, i wreszcie banki zgodziły się na to, żeby, gdy tylko kredyt zżera połowę pensji, dostaniesz człowieku prosty pożyczkę na spłatę pożyczki. Którą oczywiście też kiedyś trzeba będzie spłacić. Ludzkie paniska, naprawdę. A że prezydent obiecywał coś innego? Kto by to w ogóle pamięta. Czekam dnia, aż znajdzie się w Polsce siła na tyle mocna, że wygra z banksterką raz na zawsze, ale jak na razie wszyscy siedzą cicho, bo wiedzą, że ktoś musi pożyczyć kasę na kampanię, a po ludziach się nie uzbiera. I może to jest właśnie wyjście…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Emocje kontra pieniądze

Jeżeli wiemy, że mamy osobowość choleryczną, nie powinniśmy podejmować żadnych ryzykownych decyzji finansowych. Cholerycy często na nich tracą.

Dlaczego zdarza się, że mając świadomość tego, jakie będą konsekwencje naszych wyborów dotyczących finansów, i tak podejmujemy niewłaściwe decyzje?
Dlaczego np. zaciągamy kolejny kredyt, na który nas nie stać, pamiętając, że spłacamy już pożyczkę i raty za zakupy albo korzystamy z karty kredytowej, mimo że obiecywaliśmy sobie, że nie będziemy po nią sięgać kolejny raz?
Z drugiej strony, są osoby będące w trudnej sytuacji finansowej, którym przydałby się dodatkowy zastrzyk gotówki, ale nigdy nie zdecydują się pożyczyć pieniędzy. Jeszcze inni latami będą składać np. na zakup wymarzonego samochodu, zamiast kupić go „od ręki” na kredyt. Okazuje się, że duży wpływ na nasze decyzje finansowe ma nasze usposobienie.
Cztery typy osobowości: flegmatyk, melancholik, sangwinik i choleryk były już znane Starożytnym. Opisują one ludzkie temperamenty, to jak radzimy sobie z emocjami, a przez to, jak podchodzimy do podejmowania różnych decyzji w życiu.
Psychologowie, którzy zajmują się sferą ekonomii odkryli związek między tym, jaki typ osobowości posiadamy, a naszymi nawykami finansowymi.
Dlatego warto wiedzieć, jakie są charakterystyki czterech typów ludzi opisanych przez Hipokratesa, aby lepiej zrozumieć swoje zachowanie – co może uchronić nas w przyszłości przed popadnięciem w kłopoty finansowe.

Lekka ręka do wydawania kasy

Sangwinik to jedna z dwóch osobowości ekstrawertycznych, opisanych także przez Carla G. Junga na początku XX w.
Kogo nazwiemy tym mianem? Ludzi otwartych na świat, spontanicznych, żyjących tu i teraz, nierozpamiętujących przeszłości i co ważne – nie planujących szczegółowo przyszłości.
Taka beztroska z pewnością przydaje się w kontaktach międzyludzkich, ale może sprawiać problemy finansowe. Sangwinikom zdarza się często zapomnieć o terminowej spłacie raty kredytu lub o opłaceniu rachunków.
– To ludzie mający tendencję do odkładania obowiązków na później. Nie lubią planować, także wydatków. Dlatego sangwinikom nie wychodzi najlepiej pilnowanie domowego budżetu i przeważnie muszą korzystać z zewnętrznych źródeł finansowania, jeżeli muszą dokonać większych zakupów, ponieważ nie stawiają sobie celów finansowych, nie oszczędzają regularnie – komentuje Justyna Pawłowska, ekspert Intrum.
Sangwinikowi nie jest także obce zjawisko kompulsywnych zakupów, czyli kupowania rzeczy, których wcale nie potrzebuje lub co gorsza, na które go nie stać.
Co zatem może zrobić osoba posiadająca wymienione cechy osobowości, by zadbać o swoje finanse?
Może np. korzystać chociażby z aplikacji, które pozwolą regularnie kontrolować wydatki. Smartfon zawsze mamy w zasięgu ręku. Dzięki powiadomieniom sms-owym możemy śledzić na bieżąco stan naszego konta.
To dobry sposób, bo sporządzanie budżetu domowego na kartce papieru czy nawet w Excelu w przypadku sangwiników po prostu się nie sprawdzi. Będzie to dla nich kolejny obowiązek, który ich „ogranicza”.
– Lepszym rozwiązaniem jest ustawienie w dedykowanym programie dziennego czy tygodniowego limitu na wydatki różnego rodzaju (np. zakupy spożywcze, rozrywka, itp.). Aplikacja będzie myślała „za nas” i będzie ostrzegać, kiedy powinniśmy przyjrzeć się naszym finansom– radzi Justyna Pawłowska.
Warto także, aby sangwinicy korzystający z bankowości elektronicznej wybierali opcję poleceń zapłaty. Wtedy jest pewność, że wszystkie opłaty zostaną zrealizowane na czas i nie będzie niebezpieczeństwa żadnych zaległości finansowych.

Cholery można dostać

Wydaje się, że choleryk w większym stopniu niż sangwinik dba o swoje finanse. Impulsywnej osobie na co dzień nic nie przeszkadza w planowaniu domowego budżetu, większych wydatków czy nawet w odkładaniu pieniędzy na przyszłość.
Jednak cholerykiem rządzą emocje, dlatego, jeżeli chodzi o finanse, czasami może zachowywać się nieracjonalnie. Nie chodzi tylko o wydawanie pieniędzy – chociaż choleryk może podjąć pod wpływem chwili decyzję o wydaniu dużej sumy pieniędzy – ale w ogóle o zarządzanie swoimi funduszami.
– Jeżeli wiemy, że mamy osobowość choleryczną, nie jest dobrym pomysłem, abyśmy inwestowali pieniądze na giełdzie lub w produkty obarczone dużym ryzykiem finansowym. Choleryk może mieć doskonałą wiedzę na temat tych możliwości powiększania kapitału i być świadomym, że czasami przynoszą także i straty, a i tak może wykonać krok, na którym ucierpią jego finanse – wskazuje Justyna Pawłowska.
To właśnie różni choleryka od innych typów osobowości – podejmowanie nie do końca racjonalnych decyzji, które podyktowane są emocjami.
Czasami to się opłaca – ci, którzy ryzykują, zyskują więcej – ale o ile nie jesteśmy doświadczonymi graczami giełdowymi i nie mamy grubego portfela, a nerwy to nasze „drugie imię”, to lepiej zostać przy bardziej bezpiecznych” sposobach pomnażania gotówki (np. konta oszczędnościowe czy lokaty) – i za każdym razem kilkukrotnie zastanowić się, zanim podejmiemy decyzję o wydaniu większej sumy.

Kto jest bardziej rozsądny?

Wiele wskazuje na większą roztropność flegmatyków i melancholików w kwestii finansów
Flegmatyk wydaje się być wymarzonym kredytobiorcą. Dlaczego? Bo to zazwyczaj osoba opanowana, uważna i pewna tego, co robi, a w związku z tym, również nie podejmuje pochopnych decyzji dotyczących wydatków.
Flegmatyk, kiedy ma zamiar zaciągnąć kredyt, najpierw dokładnie przeanalizuje swoją sytuację finansową, a następnie poszuka najlepszej oferty na rynku, w banku, który zagwarantuje najlepsze warunki udzielenia finansowania. Dzięki takiemu rozsądnemu podejściu, nie będzie miał problemów ze spłatą zobowiązania.
Flegmatycy, czyli finansowi sceptycy nie są z natury rozrzutni. Z zasady nie pożyczają pieniędzy, nie potrzebują korzystać z karty kredytowej, by „dotrwać do pierwszego”, co więcej – gromadzą gotówkę na tzw. czarną godzinę. Lubią mieć różne sfery swojego życia pod kontrolą, także finanse.
– W oczach innych osób mogą być oceniani nawet jako skąpcy, którzy nie potrafią zrobić użytku ze swoich pieniędzy, ponieważ przez swoje usposobienie tracą okazję do inwestowania i wzbogacenia się. Flegmatycy jednak wybierają finansowy spokój. Można im powierzyć swoje z pieniądze i mieć pewność, że będą bezpieczne – zaznacza Justyna Pawłowska.
Z kolei melancholik w pewnym sensie jest podobny do choleryka – nim także kierują emocje, ale innego rodzaju.

Melancholik nie korzysta z szans

Melancholik podobnie jak flegmatyk, zachowuje rozwagę, jeżeli chodzi o wydawanie pieniędzy, ale potrafi popaść w zły nastrój, poprzez który widzi swoją przyszłość finansową w czarnych barwach – mimo że obiektywnie nie ma do tego powodów.
Często analizuje swoje finanse i bardzo dokładnie planuje budżet domowy na długi czas do przodu. Taka osoba frustruje się więc, gdy czeka ją – zwłaszcza większy – nieplanowany wydatek, nawet jeżeli ma na niego fundusze.
Paradoksalnie, na swoim podejściu do kwestii finansów melancholicy mogą wiele tracić. Są przywiązani do wybranych przez siebie kont i innych produktów bankowych, przez co sprzed oczu uciekają im atrakcyjnie oferty, na których mogliby skorzystać.
W dodatku, ze strachu przed tym, że mogą stracić finansowy grunt pod nogami, boją się zaciągać kredyty i pożyczki, a skorzystanie z takich rozwiązań czasem jest bardziej opłacalne niż kupowanie za gotówkę. Zdarza się, że w ogóle nie ufają instytucjom finansowym, mając poczucie, że w każdej umowie ukryte są pułapki: niekorzystne warunki lub dodatkowe koszty, itp.
Każdy z nas jest mieszanką osobowości, ale jedna z nich może wybijać się na tle pozostałych. Dlatego, warto mieć świadomość, czy jest to akurat ta, która może wpędzić nas w kłopoty finansowe czy wręcz przeciwnie.
Wprawdzie nie każdy może być flegmatykiem, co stanowi idealne przygotowanie psychiczne do prawidłowego zarządzania własnymi finansami. Ale nawet, jeżeli „zdiagnozujemy” u siebie osobowość sangwinika czy choleryka, to w żadnym wypadku nasze usposobienie nie może być wymówką dla pochopnie podejmowanych decyzji dotyczących pieniędzy.
Może to być jedynie wskazówka dla nas, że powinniśmy podjąć dodatkowe kroki zabezpieczające, które uchronią nas w dłuższej perspektywie przed długami i ich niebezpiecznymi konsekwencjami.

Nieznośna lekkość zakupów internetowych

Rozwój handlu on line oraz mobilne metody płatności czasem bardzo skutecznie opróżniają nasze portfele, wpędzając nas w długi.

Przeszło 4 na 10 konsumentów przyznaje, że łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni i zdarzyło im się nawet nabyć droższe produkty niż myśleli.
Tak więc, możnaby powiedzieć, że Polacy coraz chętniej korzystają z alternatywnych sposobów płatności…, dzięki którym się zadłużają. Taki wniosek wydaje się płynąć z raportu Intrum – Europejski Raport Płatności Konsumenckich 2018 – Polska, z którego wynika również, że nowoczesne metody płatności i korzystanie z zalet sprzedaży internetowej co prawda ułatwiają nam życie, ale niemałą grupę konsumentów „zmuszają” do zbędnego kupowania, nierzadko na kredyt.
Jesteśmy już „zaprzyjaźnieni” z tymi metodami. Chociaż, jak wynika z badania, płacąc za zakupy, nadal najczęściej wybieramy gotówkę – 42 proc. codziennie i blisko 40 proc. raz w tygodniu korzysta z tego rozwiązania – to jednak inne metody płacenia zaczynają wypierać z obiegu papierowy pieniądz. 26 proc. pytanych przyznało, że przynajmniej raz w tygodniu korzysta z płatności mobilnych, czyli o 6 proc. więcej, niż w poprzednio analizowanym okresie (2017 r.).

Życie w kredycie

Blisko co 5 osoba korzysta codziennie z bankowości elektronicznej, a 46 proc. respondentów minimum raz na tydzień wykonuje przelewy internetowe i inne finansowe transakcje online. Niewiele mniej osób niż w przypadku bankowości internetowej, bo 16 proc., docenia zalety karty płatniczej, płacąc nią codziennie. Raz w tygodniu zdarza się to ponad jednej trzeciej Polaków.
Wzięto oczywiście pod uwagę również i osoby, które posiadają kartę kredytową. 12 proc. z nich wyciąga ją codziennie z portfela by robić zakupy, a blisko co 4 osoba płaci nią przynajmniej raz w tygodniu. 40 proc. używa karty kredytowej do płacenia w Internecie.
Liczba osób, które korzystają z karty kredytowej pozornie może nie robi wrażenia, ale w tym przypadku nie chodzi o „zwykły” środek płatniczy, ale o korzystanie z zewnętrznego źródła finansowania codziennych zakupów i bieżących rachunków. Aż 12 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że codziennie posługuje się kartą kredytową, czyli każdego dnia kupuje coś na kredyt.
Te dane pokazują, że z jednej strony, kiedy potrzebujemy dodatkowego zastrzyku gotówki, zaciągnięcie kredytu na karcie jest wygodnym rozwiązaniem, praktycznie w zasięgu ręki każdego z nas, ale dla niektórych może być to zbyt łatwym wyjściem – posiadanie plastikowego pieniądza w swoim portfelu może skłaniać do częstszego i łatwiejszego zadłużania się.
Kiedyś, gdy jedyną możliwością na uzyskanie finansowania było udanie się do oddziału banku, wypełnianie wielostronicowych formularzy/wniosków kredytowych i oczekiwanie na decyzję kredytodawcy – już sam proces starania się o kredyt zniechęcał wielu do pożyczania pieniędzy. Dzisiaj, wniosek o wydanie karty kredytowej można wypełnić online w 10 minut. Jeżeli spełniamy wymagane kryteria, limit zostaje nam przyznany przez bank i po kilku dniach po otrzymaniu karty, możemy dowolnie, w każdym momencie dokonać zakupów na kredyt – komentuje Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Nie czytają, a kupują

Jednak nie tylko nowoczesne metody płatności, których ciągłe przybywa, skłaniają nas do zadłużania się. Jak wynika z przeprowadzonego badania, w tym niekorzystnym zjawisku nie mniejszą rolę odgrywa także rozwój handlu internetowego (e-commerce).
Przez zakupy online wydajemy bowiem więcej niż chcemy. Szacuje się, że wartość rodzimego rynku e-commerce wynosi już ok. 50 mld zł, a do 2020 r. wzrośnie nawet do 60 mld zł, co nie zaskakuje.
Chętnie robimy zakupy online, bo choć niezbyt bezpieczne, są jednak szybkie, wygodne i dają niezależność. W ciągu kilku dni mogą do nas dotrzeć zamówione produkty, dosłownie z drugiego końca świata. Ponad połowa (52 proc.) pytanych zgadza się ze stwierdzeniem, że w porównaniu z rokiem poprzednim, dziś większą część swoich zakupów robi online.
Nie przeszkadza temu fakt, aż 63 proc. z nas martwi się o to, że gdy kupuje rzeczy w Internecie, nasze dane osobowe mogą trafić w niepowołane ręce. – Duża liczba respondentów, którzy uważają w ten sposób, nie musi koniecznie świadczyć o tym, że nie czujemy się do końca bezpiecznie kupując online lub że internetowi sprzedawcy nie dbają o bezpieczeństwo transakcji dokonywanych w sieci. Te dane pokazują, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, jakie zagrożenia mogą spotkać konsumentów nabywających rzeczy przez Internet – wskazuje Krzysztof Krauze.
Ale jak się okazuje, zakupy w sieci oprócz wielu plusów, mają także swoje minusy. Jak przyznaje 44 proc. ankietowanych, łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni.
Co 4 osoba stwierdza nawet, że kupiła online produkty, które okazywały się droższe, niż się początkowo wydawały, co również związane jest ze specyfiką kupowania w sieci. Często takich zakupów dokonujemy pospiesznie, nie wczytując się we wszystkie warunki transakcji, co potem odczuwa nasz portfel. Tę zależność również potwierdzają osoby pytane w trakcie badania.

Szkodliwe media społecznościowe

Aż 52 proc. ankietowanych nie ukrywa, że rzadko czyta zasady i warunki, kupując online. Nie pomaga również to, że jesteśmy stale zachęcani do kupowania online. Nie chodzi tylko o wszechobecne reklamy „atakujące” internautów. Również media społecznościowe wytwarzają presję, by kupować i konsumować więcej, niż się powinno. Tego zdania jest 55 proc. ankietowanych.
53 proc. Polaków uważa, że zakupy przez Internet są zbyt proste. Co to oznacza? Sama mechanika kupowania produktów w sieci oraz szczególnie, skrócenie całego procesu nabywania sprawia, że zbyt szybko podejmujemy decyzję o tym, co kupić, a co się z tym wiąże – nie zawsze myślimy o tym, czy jest nas stać na daną rzecz i jak za nią zapłacimy. A jeżeli stwierdzamy, że to problem, w zasięgu ręki od razu mamy rozwiązanie. Online możemy zaciągnąć kredyt lub starać się o pożyczkę. 6 na 10 respondentów przyznało, że martwi ich łatwy dostęp do kredytów przez smartfony, ponieważ to może skłaniać o pożyczania pieniędzy te osoby, które nie powinny tego robić – dodaje Krzysztof Krazue.
Tak więc, łatwość kupowania przez Internet w połączeniu z łatwością sięgnięcia po dodatkowe fundusze, dla niektórych osób może być prostym przepisem na popadnięcie w problemy finansowe.

Na szerokiej stopie

Życie w dużych miastach wielu osobom kojarzy się z wygodą, większymi szansami na rozwój, uzyskaniem lepiej płatnej pracy. Czy zawsze te pozytywy przeważają nad niedogodnościami?

Rzadziej zwraca się uwagę na minusy mieszkania w „city”, a tych nie brakuje.
Codzienne stanie w korkach, smog, mniejszy dostęp do zielonych terenów, to tylko początek listy wad metropolii.
Jak pokazują najnowsze dane zebrane przez BIG InfoMonitor pod koniec ubiegłęgo roku, wprost proporcjonalnie do zarobków mieszkańców polskich aglomeracji, rośnie poziom ich zadłużenia.
Co więcej, aż 1 milion osób nie daje rady opłacać w terminie rachunków i rat kredytów, których łączna suma wynosi prawie 34 mld zł. W tym zestawieniu prowadzi 56-letni mieszkaniec z okolic Rzeszowa, który do zapłaty ma aż 46,8 mln zł przeterminowanego długu.

Miasta wysysają kasę

Niesolidni dłużnicy zamieszkujący największe miasta w Polsce i okolice, stanowią blisko 40 proc. wszystkich Polaków z problemami finansowymi – i to do nich należy prawie połowa wszystkich zaległości w bieżącym regulowaniu należności uzbieranych przez naszych rodaków.
Wśród 13 największych ośrodków aglomeracyjnych, na pierwszym miejscu jest tradycyjnie Warszawa z miejscowościami ościennym – z 9,2 mld zł zaległych płatności. Czyli, suma ta jest większa niż łącznie w aglomeracji wrocławskiej, trójmiejskiej i poznańskiej, gdzie naliczono 207 965 osób niepłacących na czas.
Drugie miejsce należy do aglomeracji górnośląskiej: 4,7 mld zł przeterminowanych płatności z 191 443 niesolidnymi dłużnikami. Na przeciwnym końcu skali ze zdecydowanie mniejszymi kwotami uplasował się region rzeszowski (466 mln zł) i opolski (445 mln zł). Czyli, jest to logiczne – im mniej ludzi, tym mniejsza suma zadłużenia.
Dlaczego mieszkańcy dużych miast są bardziej zadłużeni? To także dzieje się z prostej przyczyny – wyższy standard życia, do którego dąży się w aglomeracjach, oznacza wyższe koszty utrzymania. Te z kolei niestety rosną szybciej niż pensje, nawet osiągane w stolicy, Krakowie czy Katowicach i nie rekompensują wszystkich wydatków. To zresztą bolączka całego kraju – że pod rządami obecnej ekipy koszty życia rosną generalnie szybciej od dochodów. Najdotkliwiej odczuwa się to jednak właśnie w wielkich miastach.
Ciągle rozwijające się miasta przyciągają młodych ludzi, wierzących, że szybko znajdą w nich dobrze płatną pracę, obiecują życie na pewnym poziomie. Ale w zamian trzeba liczyć się z wyższymi niż w innych rejonach Polski cenami mieszkań i domów, cenami najmu, a także pozostałymi kosztami życia, np. stawkami za media i innym podstawowymi opłatami.

Żyje się na kredyt

Już około 20 mln Polaków mieszka w miastach, (czyli ponad 60 proc. naszego społeczeństwa), z czego połowa w największych aglomeracjach – i wszystko wskazuje na to, że ta liczba będzie w przyszłych latach tylko rosnąć. Coraz więcej osób pochodzących z mniejszych miejscowości decyduje się na przeprowadzkę i szukanie pracy w większych ośrodkach.
Metropolie przyciągają pracowników z innych regionów, a ci często decydują się na osiedlenie na przedmieściach dużych miast (co zwiększa ich koszty życia bo muszą dłużej dojeżdżać. W związku z tym, przybywa także osób z długami. Wśród nich znajdują się również i tacy, którzy niestety nie są w stanie wywiązywać się z terminowego regulowania zaciągniętych zobowiązań (czyli mają opóźnienia w bieżącym regulowaniu należności wynoszące minimum 30 dni i na kwotę, która przekracza 200 zł).
Zaległości mieszkańców miast dzielą się na dwie grupy – wynikające z zaciągniętych kredytów i będące efektem innych zobowiązań finansowych.
W obu kategoriach liczby rozkładają się podobnie, ale w przypadku osób mieszkających poza największymi miastami, które mają generalnie mniejszą zdolność kredytową, zdecydowanie przeważają te drugie, pozakredytowe zobowiązania , wynikające np. z nieopłaconych na czas rachunków, pożyczek czy nawet i alimentów.
Z 34 mld zł zaległego długu, jaki posiadają mieszkańcy dużych miast, 49 proc. przypada na problemy ze spłatą kredytów. W mniejszych miejscowościach ten odsetek zmniejsza się do 41 proc. To efekt zaciągania kredytów mieszkaniowych przez mieszkańców miast, zwłaszcza przez przybyszy z mniejszych ośrodków, którzy muszą gdzieś mieszkać, skoro opuścili rodzinne strony.
– Średnia zaległość z powodu braku regularnej spłaty kredytów hipotecznych w miastach dochodzi do 220 tys. zł, a poza nimi przekracza nieco 120 tys. zł. Szczególnie młodzi, żyjący w dużych ośrodkach, mają ambicję „być na swoim” i w stosunkowo niedługim czasie po rozpoczęciu kariery zawodowej decydują się na zakup pierwszego lokum w życiu, oczywiście na kredyt – wskazuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.
I oczywiście pożyczane są większe kwoty niż w przypadku osób chętnych na zakup mieszkania w mniejszych miejscowościach, bo ceny nieruchomości w Warszawie czy innych aglomeracjach są zdecydowanie wyższe. Trzeba także ponosić większe wydatki na utrzymanie własnego M., mieszkając w metropolii.

Młodzi idą (się zadłużać)

Pieniądze są duże, bo średnia cena transakcyjna mieszkania o powierzchni 55 m2 w Warszawie wynosi 454,7 tys. zł. To ponad dwukrotnie więcej niż w Łodzi (212,4 tys. zł). Wysokie ceny mieszkań w stolicy dyktuje wciąż rosnący popyt – ale to nie mieszkańcy Warszawy mają największe zaległości w regularnej spłacie zaciąganych kredytów hipotecznych. Tutaj przoduje Szczecin, gdzie łączne zaległości wynoszą 320 tys. złotych.
Gdy się zaś zaciąga kredyty na zdecydowanie wyższe kwoty, mogą być także i większe zaległości Dane mówią same za siebie: w wielkich miastach średnio na osobę przypada 31,8 tys. zł przeterminowanych zobowiązań, a na mieszkańców mniejszych miejscowości „tylko” 22,3 tys. zł. Tę różnicę także w przypadku kredytów konsumpcyjnych: w dużych miastach i okolicach jest to blisko 27 tys. zł, a poza nimi 17,7 tys. zł.
Kim jest typowy dłużnik z dużego miasta? Największą grupę wśród osób, które mają przeterminowane zadłużenia, stanowią ludzie w grupie wiekowej 35-44 lata – blisko 270 tys. osób.
Co ciekawe, w bazach zadłużonych znajduje się 31 dłużników poniżej 18 roku życia, których łączna kwota zaległości wynosi 365,4 tys. zł. Ponadto, w dużych miastach jest dość duży udział osób starszych w ogólnej liczbie wszystkich zadłużonych, które mają problem ze spłatą swoich zobowiązań. Tam grupa wiekowa 55 plus stanowi ponad 30 proc. dłużników, którzy nie płacą na czas. Natomiast poza największymi miastami, większy jest odsetek osób poniżej 35. roku życia.
Wśród pierwszej dziesiątki najbardziej zadłużonych mieszkańców wielkich miast, pięcioro jest z Warszawy i okolic.

Nie wyjedziecie i już!

Problemy finansowe mogą nasilać się teraz, w okresie ferii, na które najczęściej wyjeżdżają właśnie dzieci miejskie, z dużych ośrodków.
Dwutygodniowa przerwa od zajęć szkolnych wiąże się z dużymi wydatkami, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wypoczynek w kraju, czy za granicą. Z danych serwisu Nocowanie.pl wynika, że ceny za noclegi w sezonie, w górach wynoszą średnio od 40 do 80 zł za osobę, co w przypadku 4-osobowej rodziny oznacza wydatek na poziomie nawet 2240 zł za tygodniowy pobyt.
To dopiero początek listy wydatków, do których doliczyć trzeba np. dojazd i koszt zakupu lub wynajmu sprzętu narciarskiego, jeżeli chcemy spędzić urlop aktywnie.
Znacznie więcej zapłacimy za zagraniczny wyjazd w ciepłe miejsce, na co decyduje się coraz więcej Polaków, chcących uciec od zimowych temperatur. Według portalu Travelplanet.pl, to koszt nawet od 3 tys. w górę za osobę. W porównaniu do średnich zarobków Polaków, które wynoszą około 4500 zł brutto miesięcznie, ferie mogą być sporym wydatkiem.
Z raportu Mfind z 2018 r. wynika, że weekendowe noclegi w górskich miejscowościach w Polsce dla czterech osób, razem z dojazdem i zakupem karnetów narciarskich to minimum 1500-2000 zł. Za tygodniowy pobyt, rodzina musi zapłacić już od 3000 zł wzwyż. To nie koniec wydatków, szczególnie gdy doliczymy do nich zakup lub wypożyczenie sprzętu sportowego czy lekcje z instruktorem. Koszty można nieco zmniejszyć i obniżyć do ok. 1000 zł, wysyłając dziecko na tygodniowy, zimowy obóz, organizowany np. przez szkołę, do której uczęszcza.
Nie każda rodzina będzie mogła pozwolić sobie na obciążenie finansowe związane z feriami, gdy domowe budżety często są nadszarpnięte po świątecznych wydatkach. Co więc możemy zrobić, gdy zbliżają się ferie, a w domowej kasie brakuje funduszy? Pozostaje nam spędzić zimowy urlop w domu lub poszukać zewnętrznego źródła finansowania.

Nadzór sprawdza się całkiem nieźle

Dzięki jego działaniom banki komercyjne w Polsce rosną w siłę, a ich szefom i akcjonariuszom żyje się coraz dostatniej.

 

W posiadaniu banków komercyjnych jest około 70 proc. aktywów całego polskiego systemu finansowego. Sektor bankowy jest głównym źródłem finansowania gospodarki, a depozyty bankowe – to z kolei największy składnik zasobów finansowych gospodarstw domowych.
Dlatego truizmem jest stwierdzenie, że utrzymanie stabilności sektora bankowego ma szczególne znaczenie dla zachowania stabilności całego systemu finansowego państwa.

 

Działano raczej skutecznie

Na koniec ubiegłego roku łączna wartość aktywów bankowych wynosiła 1 781 693 mln zł, fundusze inwestycyjne i domy maklerskie posiadały 410 138 mln zł (także złożonych przecież w bankach), sektor emerytalno – rentowy (głównie ZUS i OFE) 378 232 mln zł, zaś dogorywające SKOK-i 10 200 mln zł.
Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrolę stabilności sektora bankowego. Badała okres od listopada 2015 do listopada 2017, czyli faktycznie pierwsze dwa lata władzy Prawa i Sprawiedliwości.
Generalnie, NIK uznała, że sektor bankowy w Polsce jest stabilny, a co za tym idzie, oszczędności obywateli objęte ochroną bankowego funduszu gwarancyjnego są bezpieczne.
W ramach tej kontroli NIK badała także funkcjonowanie nadzoru ostrożnościowego nad sektorem finansowym – którego celem jest zapewnienie stabilności, bezpieczeństwa oraz przejrzystości rynku finansowego. Jak twierdziła Izba, został on wdrożony skutecznie i podniósł ogólny poziom bezpieczeństwa sektora bankowego, a także jego odporność na niepożądane zjawiska i zawirowania rynkowe.

 

Świadectwo wiarygodności

Prezesem NIK jest Krzysztof Kwiatkowski, kiedyś w Porozumieniu Centrum braci Kaczyńskich, który, gdy zawiały inne polityczne wiatry, został działaczem Platformy Obywatelskiej i za jej rządów był ministrem sprawiedliwości. Nie ma on specjalnych powodów by kochać obecną ekipę, a więc pozytywna dla niej ocena NIK posiada z pewnością walor wiarygodności.
Głównymi instytucjami odpowiedzialnymi ustawowo za zapewnienie bezpieczeństwa i stabilności sektora bankowego są: Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Komisja Nadzoru Finansowego i Bankowy Fundusz Gwarancyjny.
Nadzór jest niezwykle istotny z punktu widzenia państwa, bo sektora bankowy jest głównym źródłem finansowania gospodarki, a depozyty bankowe to największy zasób aktywów finansowych gospodarstw domowych. Dlatego szczególne znaczenie dla zachowania stabilności całego systemu finansowego ma stabilność banków.

 

Nadzór w nowej odsłonie

W listopadzie 2015 r. weszła w życie ustawa z dnia 5 sierpnia 2015 r. o nadzorze nad systemem finansowym – i zarządzaniu kryzysowym w systemie finansowym.
Nadzór ten obejmuje ocenę i monitorowanie ryzyka, powstającego w instytucjach i na rynkach finansowych lub w ich otoczeniu, a przede wszystkim działania na rzecz jego wyeliminowania lub ograniczenia.
Ustawa zmieniła nieco dotychczasowe zadania i uprawnienia Ministra Finansów, NBP, KNF i BFG, dotyczące przeciwdziałania ryzyku na rynku finansowym. Wprowadziła ponadto nowe, wyższe wymogi kapitałowe dla banków. Ten kapitał stanowi bufor bezpieczeństwa na wypadek ryzyka zakłócenia funkcjonowania sektora bankowego.
Wdrożenie postanowień tej ustawy było ważne dla bezpieczeństwa rynku finansowego, w tym szczególnie sektora bankowego, i dla całego państwa.
Głównym organem odpowiedzialnym za nadzór makroostrożnościowy i zarządzanie kryzysowe stał się Komitet Stabilności Finansowej. Gdy KSF zajmuje się kwestiami nadzoru makroostrożnościowego na jego czele stoi Prezes NBP, a członkami są: Minister Finansów, Przewodniczący KNF i Prezes Zarządu BFG.
Gdy zaś przedmiotem obrad KSF jest zarządzanie kryzysowe, rolę przewodniczącego przejmuje Minister Finansów. Zarządzanie kryzysowe obejmuje działanie na rzecz utrzymania lub przywrócenia stabilności systemu finansowego w przypadku bezpośredniego jej zagrożenia.

 

Frankowicze zostali na lodzie

Jednym z istotnych zagadnień, którym zajmował się KSF, była kwestia walutowych kredytów mieszkaniowych i potencjalnych konsekwencji ich restrukturyzacji.
Na podstawie przeprowadzonych analiz KSF uznał, że uzasadniona jest potrzeba restrukturyzacji walutowych kredytów mieszkaniowych – ale na zasadzie dobrowolnego porozumienia pomiędzy bankami i kredytobiorcami. Szczególnie miałoby to dotyczyć to kredytobiorców, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, w niezawinionych przez siebie okolicznościach.
KSF ostrzegał jednocześnie przed ryzykiem systemowym, które może powstać w wyniku rozwiązań prawnych o przewalutowaniu tych kredytów. W swych komunikatach KSF podkreślał, że inicjatywy legislacyjne, dotyczące tego zagadnienia, powinny być wdrażane ostrożnie, tak aby nie naruszały stabilności systemu finansowego, a także nie ograniczały zdolności banków do kredytowania gospodarki.
I tak też się stało. W wyniku tych działań KSF „frankowicze” zostali na lodzie. Nie przyjęto żadnych ustaw dotyczących tych kredytów, swojej obietnicy nie dotrzymał też prezydent Andrzej Duda.
Pozostały więc, proponowane przez KSF, dobrowolne porozumienia między bankami a kredytobiorcami – które w rzeczywistości były dyktatem narzucanym przez banki.

 

Nie wszystko było idealnie

Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że w okresie od listopada 2015 r. do listopada 2017 r., Narodowy Bank Polski i Minister Finansów rzetelnie wykonywały swoje zadania nadzorcze na rzecz zapewnienia stabilności sektora bankowego.
Są jednak i uwagi krytyczne. NIK zwróciła uwagę, że Minister Finansów, odpowiedzialny za implementację prawa Unii Europejskiej dotyczącego instytucji finansowych, przyczynił się do przyjęcia wymaganych aktów prawnych z opóźnieniami.
Działania Komisji Nadzoru Finansowego także nie były wolne od nieprawidłowości. NIK stwierdziła bowiem, że Komisja podejmowała za mało działań nadzorczych wobec banków spółdzielczych.
Zdarzały się również przypadki braku skutecznej reakcji na nieprawidłowości w tych bankach. Urząd KNF nie nadzorował w sposób wystarczający pracy kuratorów bankowych oraz nie przestrzegał zasad doboru kandydatów na te stanowiska.
Czy także i za to odpowie PiS-owski, odwołany już prezes KNF?

 

Świetnie im się wiedzie

Działania KNF były jednak w sumie korzystne dla banków komercyjnych w Polsce. Przyniosły one wzrost ich płynności, a w 2017 r. zahamowana została (kosztem klientów) spadkowa tendencja zyskowności banków.
Nie są one wszakże stuprocentowo zdrowe. Na dzień 30 czerwca 2017 r. postępowaniem naprawczym było objętych siedem banków komercyjnych i 43 spółdzielcze. NIK oceniła, że KNF nie podjęła działań w celu poprawy efektywności wdrażania programu naprawczego przez dwa banki.
Dość stabilna była sytuacja banków spółdzielczych (ich aktywa stanowią około 7 proc. całego sektora bankowego) – choć niepokoją kłopoty ze spłacaniem kredytów zaciągniętych w bankach spółdzielczych.
NIK stwierdziła jednak przypadki braku skutecznych działań nadzorczych wobec banków spółdzielczych, nierzetelnie prezentujących swe dane w formularzach przekazywanych do KNF.
Ponadto, w okresie do końca I kwartału 2017 r. 84 proc. banków spółdzielczych nie było objętych żadnymi czynnościami kontrolnymi ze strony KNF.
W tej grupie były banki, które powinny być objęte szczególnym nadzorem, z uwagi na podwyższony poziom ryzyka i realizowanie programów naprawczych.
Generalnie, nasz system nadzoru bankowego wypadł jednak nieźle – choć nie wiadomo, jak sprawdzi się on w warunkach nadciągającej, słabszej koniunktury gospodarczej.

Drogo, coraz drożej?

Polacy skarżą się na rosnące ceny. Może to podważyć władzę PiS w stopniu o wiele większym, niż protesty w obronie zagrożonej demokracji.

 

Jak wynika z najnowszego raportu Krajowego Rejestru Długów, co miesiąc wydajemy na utrzymanie średnio 1572 zł, podczas gdy trzy lata temu było to 976 zł, czyli o ponad 60 proc. mniej.
Nie dziwi więc fakt, że przeszło 70 proc. badanych uważa, że koszty życia w Polsce są wysokie lub bardzo wysokie.

 

Zupełnie różne wskaźniki

Ta różnica: 1572 zł w tym roku, wobec 976 zł w 2015 r., robi porażające wrażenie. Nietrudno jednak zauważyć, że to wyliczenie ma się nijak do liczb podawanych przez Główny Urząd Statystyczny.
W świetle obliczeń GUS, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w naszym kraju też wprawdzie stopniowo rosną – ale nieporównanie wolniej, niż podaje to Krajowy Rejestr Długów.
Przy porównywaniu tych samych lat, 2015 i 2018, z danych GUS wynika, że w 2016 r. ceny dóbr konsumpcyjnych w ogóle nie wzrosły w porównaniu z rokiem poprzednim (a nawet spadły o 0,6 proc.). Ubiegły rok przyniósł wzrost o 2,1 proc. Na koniec września 2018 r. ceny zwiększyły się zaś o 0,7 proc.
Można zakładać, że koszty utrzymania to nie jest dokładnie to samo co ceny towarów i usług konsumpcyjnych. Oczywiste jednak, że wzrost kosztów utrzymania wynika bezpośrednio ze wzrostu cen dóbr konsumpcyjnych. Niemożliwe jest więc, aby przy wzroście kosztów utrzymania w latach 2015 – 2018 wynoszącym, jak podaje KRD, około 60 proc., ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły zaledwie o ok. 3 proc. Takich cudów nie ma.

 

Poszukiwanie rzetelności

Krajowy Rejestr Długów to prywatna spółka z siedzibą we Wrocławiu. Nie ma powodów, aby uznawać ją za bardziej wiarygodną niż Główny Urząd Statystyczny, który jest centralnym urzędem państwowym, zatrudniającym wielu specjalistów wysokiej klasy.
Warto też przypomnieć, że spółka KRD należy do tej samej grupy biznesowej co program Rzetelna Firma, w ramach którego przyznaje się certyfikaty rzetelności o tej samej nazwie. Rzetelna Firma była objęta patronatem Ministerstwa Gospodarki, które jednak pięć lat temu wycofało się z niego ze względu na „licznie zgłaszane zastrzeżenia dotyczące funkcjonowania programu” oraz pobieranie opłat za certyfikaty rzetelności.
Natomiast w ubiegłym roku spółka KRD stworzyła raport o kondycji branży turystycznej, który został uznany za mało rzetelny przez członków Polskiej Izby Turystyki. Tak więc, wydaje się, że do raportów KRD należy podchodzić z pewną dozą ostrożności.
Z drugiej jednak strony, na rynku mamy setki tysiące różnych dóbr konsumpcyjnych i GUS nie jest w stanie wyliczyć wskaźników wzrostu cen towarów i usług każdego z nich. Jest to więc jedynie pewien wyciąg, bazujący na informacjach pochodzących od – podobno – prawie 40 tys gospodarstw domowych, mających notować swoje codzienne zakupy.
Można mieć wątpliwości, czy te gospodarstwa – nie wiadomo zresztą jak często są one wymieniane na inne – zawsze rzetelnie notują swoje codzienne wydatki. Nie brak więc opinii, że GUS-owskie wskaźniki wzrostu cen towarów i usług są zaniżone.

 

Komuś trzeba wierzyć

Najważniejsze jest jednak nasze własne odczucie. Odczucia pewnej części Polaków są zaś takie, że w Polsce jest drogo – i coraz drożej.
Wspomniany raport Krajowego Rejestru Długów nie powstał na podstawie badań analitycznych lecz jest po prostu wynikiem sondażu, wykonanego przez jedną z firm badania opinii publicznej. Zawiera więc wyłącznie deklaracje pewnej grupy osób.
Grupa ta stanowi wprawdzie próbę uznawaną formalnie za reprezentatywną – ale wielokrotnie mniejszą, niż 40 tys gospodarstw domowych badanych przez GUS. Każdy Czytelnik sam więc musi zdecydować, komu woli wierzyć.
Ów sondaż, wykonany na zamówienie Krajowego Rejestru Długów, podaje, że według deklaracji respondentów, kwoty comiesięcznych rachunków, w porównaniu do badania z 2015 roku, wzrosły aż o 61 proc.
Z sondażu wynika, że obecnie średnio Polacy płacą 193 zł za prąd, 102 zł za telefon, 108 zł za wodę, 52 zł za wywóz nieczystości, 68 zł za Internet, 83 zł za telewizję kablową lub satelitarną, 116 zł za gaz, 514 zł za czynsz i 336 zł za energię cieplną.

 

Biedni i bogaci

Najdotkliwiej wysokość comiesięcznych opłat odczuwają co oczywiste, ci co zarabiają najmniej: osoby z wykształceniem podstawowym – 82 proc. oraz emeryci i renciści – 80 proc. To właśnie w portfelach tych dwóch grup, po opłaceniu wszystkich rachunków, zostaje najmniej pieniędzy (u osób z wykształceniem podstawowym – 596 zł oraz u emerytów i rencistów – 775 zł).
Trzeba jednak zauważyć, że emeryci i renciści nie stanowią jednorodnej warstwy społecznej. O ile renciści to rzeczywiście uboga część polskiego społeczeństwa, o tyle emeryci należą – statystycznie – do osób całkiem nieźle sytuowanych.
Najwięcej pieniędzy do dyspozycji po uregulowaniu wszystkich stałych zobowiązań pozostaje osobom od 25. do 34. roku życia oraz osobom z wyższym wykształceniem – jest to średnio ponad 2600 zł, czyli niemal o tysiąc złotych więcej powyżej średniej, która wynosi prawie 1679 zł.
Na podstawie deklaracji zebranych w sondażu, KRD ocenia, że w porównaniu do 2015 r., kiedy ta spółka przeprowadziła pierwszą edycję badania, obecnie Polacy gorzej oceniają swoją sytuację finansową oraz dostrzegają znaczny wzrost kosztów życia.

 

To, co poszło w górę

Jak wylicza KRD, w ciągu ostatnich trzech lat nasze rachunki za wodę wzrosły o 56 proc., za prąd o 65 proc., koszt gazu wzrósł o 73 proc., a wywozu nieczystości nawet o 93 proc.
Jednak niechlubne pierwsze miejsce na tej liście zajmują rachunki za energię cieplną – są one, zdaniem badanych, wyższe o 188 proc. w stosunku do 2015 r. Najmniej, bo o 20 proc. wzrosły nasze rachunki za telewizję i telefon – 24 proc.
Jak wynika z analiz KRD, na wzrost wydatków częściej wskazywały kobiety – 70 proc. w stosunku do 40 proc. mężczyzn. Z czego wynika ta dysproporcja?
– Powodem może być fakt, że to na kobietach częściej spoczywa obowiązek gospodarowanie rodzinną kasą, robienia codziennych zakupów i płacenia rachunków, w związku z tym, to one zauważają realny wzrost cen. Te ceny z kolei kobiety odnoszą do własnych zarobków, które rosną zdecydowanie wolniej niż koszty życia, i które w wielu zawodach są nadal niższe niż pensje mężczyzn na podobnych stanowiskach – komentuje Diana Jarocka, ekspertka Intrum.
Zupełnie innego zadania są osoby z grupy wiekowej 18-24 lat, które deklarują, że nie odczuły wzrostu kosztów życia, uważając, iż koszty te utrzymują się na średnim poziomie, a w związku z tym nie ma powodów do narzekania.
To nie oznacza, że tej grupy nie dotyczy wzrost kosztów życia.
– Część osób biorących udział w badaniu, które ukończyły 20. rok życia, nadal jest utrzymywana przez rodziców lub korzysta ze wsparcia dalszej rodziny. Młodzi Polacy, którym brakuje pieniędzy, chętnie sięgają po zewnętrzne źródła finansowania, takie jak np. kredyty czy pożyczki. Zadłużenie osób w wieku 18-24 lat łącznie wynosi już 872 mln zł, czyli w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wzrosło aż o 62 proc. – dodaje Diana Jarocka.

 

Kasa się nie zgadza

Polacy są niezadowoleni z stopniowo rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje im w portfelu pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów. To normalne, bo niezależnie od poziomu zamożności, trudno znaleźć kogoś, kto się cieszy, że musi więcej wydawać.
W rezultacie część z nas jest przez to zmuszona do sięgania po kredyty czy pożyczki, by załatać dziurę w domowej kasie. Rozmaite zobowiązania spłaca 4 na 10 Polaków. Niestety, rośnie liczba osób, które nie radzą sobie z bieżącym regulowaniem należności.
Statystyczne gospodarstwo domowe wydaje na spłatę rat pożyczek i kredytów gotówkowych około 706 zł miesięcznie, (w 2015 r. było to mniej, bo niecałe 440 zł). Wydaje się niewiele, ale to niemal dwukrotny wzrost w porównaniu z pierwszą edycją badania KRD.
Nasze długi rosną. Tę tendencję potwierdzają inne dane: w II kwartale 2018 r. zobowiązania kredytowe Polaków zwiększyły się o 3,74 mld zł (do 33,13 mld zł), podczas, gdy w pierwszym kwartale przyrost ten wyniósł 0,27 mld zł.
Ponadto, tzw. Indeks Zaległych Płatności Polaków, również się podwyższył, z poziomu 76,8 w 2017 r. do 86,5 obecnie, co oznacza, że na 1000 dorosłych obywateli w naszym kraju przypada prawie 87 niesolidnych dłużników.
W II kwartale tego roku przybyło 5,25 mld zł niespłaconych w terminie zobowiązań. Dla porównania, w okresie styczeń-marzec 2018 było to 1,24 mld zł. Liczba osób, które planują zaciągnięcie nowych pożyczek lub kredytów wzrosła zaś prawie dwukrotnie.
Wszystko to może skutecznie zniwelować, zauważany dotychczas, stopniowy wzrost zamożności części Polaków – i w niedalekiej przyszłości zagrozić rządom obecnej ekipy.

Dług

Polscy seniorzy są zadłużeni ogółem na 7,3 miliarda złotych.

 

Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor i Biuro Informacji Kredytowej wskazują, że długi polskich seniorów po 65. roku życia to w głównej mierze niespłacone kredyty i pożyczki zaciągnięte na zakup niezbędnych leków, ale również zaległości w bieżących rachunkach.
Jak informuje prezes BIG InfoMonitor Sławomir Grzelczak, co osiemnasty senior nie reguluje płatności na czas, a średnie zadłużenie osoby po 64. roku życia to 21,23 tys. zł.
Portal money.pl podaje też, że w ciągu pierwszych 6 miesięcy tego roku, średnia kwota zadłużenia osób starszych urosła o 9 proc. Czyli wychodzi na to, że ilość pożyczek zaciąganych przez seniorów wciąż wzrasta.
W końcu leków nie kupi się raz: trzeba je przyjmować regularnie. BIG InfoMonitor przeprowadził badanie opinii publicznej, z którego wyszło, że zadłużeni inwestowali po prostu w zdrowie. 66 proc. ankietowanych seniorów miało przyznać, że pożyczone pieniądze wydało na leki, a 34 proc. – na prywatne leczenie i rehabilitację.
Rekordziści?
Pierwsze miejsce zajmuje 74-letnia mieszkanka Podkarpacie. Jest zadłużona na prawie 8 milionów złotych. Na podium znalazł się również 69-latek z Wielkopolski. On zalega tylko na 6. Trzecie miejsce zajmuje dłużnik na ponad 5 milionów złotych.
BIG Monitor zbadał również, w jaki sposób seniorzy w Polsce spędzają czas wolny, gdyż wydawałoby się, że za milionowe pożyczki grane będą egzotyczne podróże. A jednak wychodzi, że seniorzy w ankiecie mówili prawdę o tych lekach: w ramach rozrywki większość ogląda telewizję (41 proc.) i czyta książki, a także zajmuje się wnukami.

Jak zatrzymać znikające ciepło

Polska jest zbyt biednym krajem, żeby nadal mogła sobie pozwalać na ogrzewanie (i zatruwanie) powietrza.

 

W domu intensywnie pracują kaloryfery, mimo to w pomieszczeniach nie udaje się uzyskać komfortowej temperatury.
Dlaczego tak się dzieje? To wynik dużych strat ciepła, które są spowodowane głównie niewłaściwym izolowaniem i dociepleniem murów naszego „M”.
Okazuje się bowiem, że trzy na cztery domy w Polsce cechuje niska efektywność energetyczna. To zaś powoduje, że ucieka ciepłe powietrze, a wraz z nim również niemałe sumy pieniędzy, które wydajemy w sezonie jesienno-zimowym na ogrzewanie.

 

Przestańcie truć

Rozwiązaniem może być usunięcie wad i usterek powodujących uciekanie ciepła, czyli termomodernizacja. Problem jednak w tym, że zaledwie połowę Polaków byłoby stać na sfinansowanie takich działań z własnej kieszeni.
Termomodernizacja jest w Europie Zachodniej codziennością od lat. W Polsce też mówiło się o niej od dawna, ale w rzeczywistości poczynania termomodernizacyjne nabrały rozmachu dopiero za rządów PO-PSL.
Wtedy to powstał Fundusz Termomodernizacji i Remontów – narzędzie państwa, które od 2012 r. aktywnie wspierało poprawę efektywności energetycznej.
Niestety, po dojściu do władzy, rząd PiS w praktyce zarzucił działania termomodernizacyjne. Zlikwidował też system wsparcia termomodernizacji budynków jednorodzinnych. Te lata bierności trudno będzie nadrobić.
Dopiero w tym roku pojawiły się zapowiedzi wznowienia prac nad poprawą efektywności energetycznej budynków w Polsce, jednak mają one głównie wymiar propagandowy.
W rzeczywistości, termomodernizacja w wydaniu PiS ogranicza się tylko do jednego miasta, Skawiny, a i to na razie tylko teoretycznie. Bo jeśli chodzi o ograniczanie strat ciepła, to całe nasze państwo obecnie funkcjonuje tylko teoretycznie.

 

Gdy trzeba wyręczać rząd

Na szczęście są jeszcze samorządy, które swymi działaniami próbują nadrabiać bierność i zaniedbania rządu PiS.
W wielu aglomeracjach w całej Polsce działają programy walki ze smogiem, w ramach których spółdzielnie, wspólnoty mieszkaniowe, a także i mieszkańcy na własną rękę, mogą ubiegać się o dotację na wymianę pieca w mieszkaniu czy przyłączenie budynku do sieci gazowej.
Aby skorzystać ze wsparcia tego rodzaju, warto się upewnić, jaki program antysmogowy jest prowadzony w danym mieście. Trzeba zorientować się, jak wygląda procedura udzielania środków, a także sprawdzić terminy składania wniosku o udzielenie dofinansowania, które powinny widnieć na stronie internetowej stosownego urzędu – żeby nie przegapić okazji na otrzymanie pieniędzy.

 

Szukanie pieniędzy

Przedsięwzięcia termomodernizacyjne, które pozwolą obniżyć rachunki za ogrzewanie, można także przeprowadzić, korzystając z kredytu dofinansowanego przez Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Taki kredyt, z dopłatą do kapitału na poziomie nawet do 40 proc. kosztów całej inwestycji, możemy zaciągnąć w Banku Ochrony Środowiska.
Dostępność pożyczek i warunki ich przyznawania różnią się w poszczególnych województwach. Zależy to od modelu wspierania poczynań termomodernizacyjnych, przyjętych przez samorządy. Jeżeli w naszym miejscu zamieszkania bank nie przyjmuje wniosków na taki dofinansowany kredyt, możemy postarać się o uzyskanie wsparcia finansowego od miasta lub gminy., zgodnie z warunkami lokalnego programu antysmogowego.
Najczęściej można uzyskać dofinansowanie wymiany pieca węglowego, „kopciucha”, na piec najwyższej klasy grzewczej, albo na na gazowy.

 

Pora na wymianę

Według Głównego Urzędu Statystycznego, wydatki związane z ogrzewaniem w sezonie jesienno-zimowym stanowią nawet 20 proc. wszystkich kosztów utrzymania.
Tyle wynosi ogólnopolska średnia, jednak z jeszcze wyższymi wydatkami muszą liczyć się osoby mieszkające w niewystarczająco ocieplonych budynkach, w których w dodatku zwykle są też przestarzałe technologie grzewcze. Takie budynki mają niską efektywność energetyczną. Przez to, trudno o uzyskanie w jego wnętrzach komfortowej temperatury, która powinna wynosić około 21 stopni – a ogrzewanie pochłania znaczne sumy pieniędzy.
Podstawowe działania, jakie należy wtedy podjąć, to zwykle zakup nowego kotła grzewczego, docieplenia budynku z zewnątrz, oraz wymiana okien i drzwi na bardziej szczelne, a przez to zatrzymujące całe ciepło w środku.

 

W starym piecu

Podliczając koszty takiego niezbędnego remontu, które mogą wynosić nawet kilkanaście tysięcy złotych, nie należy jednak załamywać rąk. Gdy nie ma co liczyć na wsparcie ze strony rządu, można bowiem skorzystać z kilku komercyjnych możliwości sfinansowania termomodernizacji, która podniesie komfort przebywania w mieszkaniu jesienią i zimą. To oczywiście kosztuje, ale w dłuższej perspektywie pozwoli też zaoszczędzić pieniądze.
Jedną z takich możliwości są ekokredyty, które weszły na stałe do oferty niektórych banków.
– Część z nich oferuje preferencyjne kredyty na cele modernizacyjne, np. na wymianę kotła węglowego na gazowy, zakup i montaż instalacji ogrzewania centralnego czy docieplenie budynku. Zdarza się, że banki zwalniają klientów z prowizji, oferują niskie, stałe oprocentowanie lub małą marżę. Wysokość takiego wsparcia jest elastyczna Inna możliwość to dofinansowanie do kredytu w ramach premii termomodernizacyjnej Banku Gospodarstwa Krajowego. O taki kredyt można ubiegać się w bankach współpracujących z BGK – mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Warto się wziąć za docieplanie budynków i ograniczanie strat ciepła. Inwestycja w termomodernizację nie tylko podnosi komfort życia i obniża rachunki za ogrzewanie, ale również zmniejsza negatywny wpływ przestarzałego systemu grzewczego na środowisko.
Nawet bowiem jeśli ktoś ma w domu starego węglowego „kopciucha” zatruwającego środowisko, to gdy jego dom będzie ocieplony i lepiej uszczelniony, wystarczy krótsze palenie w takim piecu, aby osiągnąć wymaganą temperaturę. Do atmosfery trafi zatem mniej trujących dymów.

Bankom wiedzie się coraz lepiej

Zysk netto sektora bankowego w Polsce w ubiegłym roku zmniejszył się o 2,3 proc. w porównaniu z 2016 r. Pierwszy kwartał 2018 r. wskazuje jednak na to, że wzrost tegorocznego zysku z powodzeniem nadrobi ubiegłoroczny spadek.

 

Pierwszy kwartał 2018 roku w bankach stał pod znakiem boomu na rynku kredytów hipotecznych. Dobiegający końca program „Mieszkanie dla młodych” spowodował duży wzrost zainteresowania takimi kredytami.
Ale bankowcy bili rekordy także na innych polach – zwiększyła się liczba kont, kart, klientów oraz aktywnych użytkowników kanałów elektronicznych.

 

Ubyło kart kredytowych

W ciągu minionego roku bankom w Polsce przybyło ponad milion klientów, a liczba prowadzonych kont wzrosła o 860 tys. do poziomu 31,5 mln. W pierwszym kwartale najwięcej nowych rachunków otwarto w ING Banku Śląskim (61 tys.), Banku Millennium (60 tys.) i PKO BP (54 tys.). Na koniec pierwszego kwartału z ofert ankietowanych banków korzystało ponad pół miliona obcokrajowców.
Banki obsługiwały blisko 26 mln kart debetowych i 5,8 mln kart kredytowych. W porównaniu do danych z końca ubiegłego roku oznacza to spadek o 14 tys. kart, kredytowych, a w porównaniu do danych z marca ubiegłego roku, spadek o 78 tys. kart. Największym wydawcą kart kredytowych w Polsce pozostaje PKO BP – obsługuje ich 859 tys
Bankowości internetowej używało aktywnie 16 mln klientów. Natomiast ze swojego banku w komórce korzystało 9,3 mln. Jest to o 400 tys. więcej niż kwartał wcześniej i aż o 2 mln więcej niż rok temu. Najwięcej mobilnych klientów miał PKO Bank Polski – 2,3 mln, drugie miejsce zajmował mBank – 1,7 mln, a trzecie ING Bank Śląski – 1,5 mln.
Takie są wyniki podsumowania stanu sektora bankowego, dokonanego przez serwisy Bankier.pl i PRNews.pl.

 

Marzenie o wyższych procentach

Wzrost popularności kanałów elektronicznych, co zrozumiałe, przełożył się ujemnie na liczbę oddziałów w naszym kraju. W ciągu minionego roku ubyło 483 placówek własnych banków, a zatrudnienie stopniało o 4,1 tys. etatów.
Banki obsługują coraz więcej klientów, a to przekłada się na wzrost sprzedaży produktów takich jak konta czy karty. Warto zwrócić uwagę, że dynamicznie rośnie liczba osób, które korzystają z bankowości mobilnej. Aż 2,5 mln to osoby „mobile only” – klienci, którzy obsługują swoje finanse wyłącznie za pomocą smartfonów. Ponad milion osób zainstalowało w swoim telefonie kartę HCE do płatności zbliżeniowych – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl i autor raportu „Polska bankowość w liczbach – I kwartał 2018”.
Czego przede wszystkim polscy klienci oczekują od banków? Skuteczne stawianie oporu hakerom i gwarancja bezpieczeństwa danych – to oczekiwania klientów wobec banków, które najbardziej zyskały na znaczeniu w ciągu ostatniego roku – wynika z badania przeprowadzonego przez Bankier.pl i PRNews.pl.
Jednak najczęstszym życzeniem klientów, podobnie jak przed rokiem, było wyższe oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych.

Przeciw nieuczciwym umowom

Konsumenci będą mogli łatwiej dochodzić roszczeń, wynikających ze stosowania zakazanych postanowień umownych przez instytucje finansowe.

 

Takie ułatwienie stworzyło rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego, który podjął uchwałę że oceny tego czy jakieś postanowienie umowne jest niedozwolone, dokonuje się według stanu z chwili zawarcia umowy. Praktyczne znaczenie tej uchwały można prześledzić na przykładzie postanowienia, dotyczącego ustalania wysokości oprocentowania kredytu. W części umów kredytu hipotecznego – szczególnie tzw. „frankowych” – znajdują się zapisy pozwalające bankowi ustalać dowolnie i jednostronnie oprocentowanie, w oparciu o nieprecyzyjne, niejednoznaczne i trudne do zweryfikowania kryteria. W związku z ustawą SN ,sąd będzie oceniał tylko na podstawie treści umowy, czy zwiera ona nieuczciwe postanowienia.
Klient nie będzie musiał zatem wykazywać, że wykorzystując dowolność przepisów bank rzeczywiście zawyżał oprocentowanie w sposób krzywdzący dla niego. Dotychczas w takich sytuacjach konieczne było wyliczanie, o ile wyższe były odsetki płacone przez konsumenta, w porównaniu do odsetek ustalanych przy zastosowaniu jasnych kryteriów. Wykazanie nieuczciwości postanowienia bez wsparcia kogoś biegłego w finansach bywało więc praktycznie niemożliwe. Tak więc, klient w swojej indywidualnej sprawie będzie musiał wykazać przed sądem tylko sam fakt wpisania do umowy nieprecyzyjnej klauzuli.