Hipoteki w czasie epidemii

Tych kredytów nie da się załatwić bez wizyty w oddziale banku.
Banki komercyjne działające w Polsce deklarują, że nadal bez przeszkód obsługują wnioski składane przez klientów, starających się o kredyty hipoteczne. Część instytucji wprowadza zmiany w procedurach – wynika z informacji zebranych przez Bankier.pl. Umożliwiają na przykład uruchomienie finansowania bez wizyty w oddziale lub wydłużają terminy ważności decyzji.
Bankier.pl zapytał banki o losy wniosków kredytowych składanych przed wprowadzeniem ograniczeń związanych z pandemią oraz zmiany w polityce kredytowania wprowadzone w ostatnim tygodniu. Na pytanie odpowiedziały między innymi Alior Bank, BNP Paribas Bank, Bank Pocztowy, PKO BP, BOŚ oraz mBank.
Aplikacje złożone przed 12 marca są przetwarzane bez zmian – zgodnie deklarują zapytane instytucje. Kredytodawcy wskazują, że nie obserwują na razie opóźnień, ale kilka banków wypowiedziało się nieco ostrożniej. PKO BP podkreśla, że dokłada wszelkich starań, aby utrzymać najwyższą jakość świadczonych usług. W podobnym tonie odpowiada Bank Ochrony Środowiska.
Kilka instytucji wskazuje, że wprowadzało w ostatnim czasie zmiany w samych procedurach przetwarzania wniosków kredytowych. Przykładowo, BNP Paribas Bank wymienia w tym kontekście możliwość złożenia wniosku o produkt hipoteczny bez wizyty w oddziale jeśli wnioskodawca jest już klientem banku (np. posiada już inny produkt banku) i wydłużenie terminu ważności decyzji kredytowej z 60 dni do 90 dni. Bank w imieniu klienta przekazuje wymagane dokumenty do sądu w celu złożenia wniosku o wpis hipoteki. Kredyt można także uruchomić (ostatni element procesu) bez wizyty w oddziale.
Alior Bank podkreśla, że zmniejszył liczbę wymaganych w procesie kontaktów z bankiem. „Wybrane formy standardowych zaświadczeń zastąpiliśmy dokumentami wygenerowanymi elektronicznie. Obejmuje to np. dokumentację fotograficzną nieruchomości, zaświadczenia generowane z portali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i Urzędów Skarbowych” – wskazano w stanowisku banku.
– Większość najprostszych operacji bankowych można wykonać z powodzeniem zdalnie, za pomocą bankowości elektronicznej. Niestety udzielenie kredytu hipotecznego w całości online to nadal pieśń przyszłości. Spora część dokumentacji musi mieć formę papierową, a niektóre etapy procedury wymagają fizycznej obecności klienta w banku. Podczas epidemii koronawirusa to dodatkowa przeszkoda dla osób, które nadzwyczajne okoliczności zastały w trakcie wnioskowania o kredyt mieszkaniowy – komentuje Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Tarcza wciąż za mała

Rząd nie jest w stanie stworzyć spójnego planu ratunkowego, odpowiadającego rzeczywistym potrzebom naszej gospodarki.

Zdaniem ekspertów, polski rząd powinien rozważyć 100-procentową odpowiedzialność państwa za kredyty udzielane w ramach tarczy antykryzysowej. Uważa tak między innymi Lars Gutheil, dyrektor zarządzający Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Jego opinia jet o tyle istotna, że Niemcy są przecież głównym partnerem gospodarczym naszego kraju.
Problemy z stosowaniem tarczy kryzysowej zaczęły się od razu po jej wdrożeniu. Średnie przedsiębiorstwa w Polsce już teraz zgłaszają problemy z uzyskaniem pomocy w ramach rozwiązań tarczy antykryzysowej. Kredyty gwarantowane przez Bank Gospodarstwa Krajowego, udzielane firmom przez ich banki w ramach pomocy w utrzymaniu płynności w czasie pandemii koronawirusa, BGK gwarantuje w 80 proc. Problem jednak z pozostałymi 20 proc.
Należy oczywiście docenić, że państwowy BGK wychodząc przedsiębiorcom naprzeciw, nie pobiera prowizji za udzielenie gwarancji kredytowej i przedłuża okres jej obowiązywania do 39 miesięcy. Wciąż jednak firmy muszą zapewnić poręczenie spłaty pozostałych 20 proc., co w sytuacji załamania rynku okazuje się barierą nie do pokonania.
Zdaniem bardzo wielu banków komercyjnych działających w Polsce, ryzyko to, nawet ograniczone do 20 proc. sumy kredytu, jest nadal zbyt wysokie. Niestety, na rynku kredytowym nie ma równości stron. To banki komercyjne dyktują warunki. W rezultacie, mogą one powszechnie dokonywać negatywnej weryfikacji wniosków kredytowych.
Okazuje się, że jest to nie tylko polski problem, lecz także i niemiecki.
„Jak pokazały pierwsze dni po uruchomieniu rozwiązań tarczy antykryzysowej w Niemczech, liczne małe i średnie przedsiębiorstwa nie otrzymywały kredytów od swoich banków mimo gwarancji ze strony państwa – nawet jeśli przed pandemią koronawirusa prosperowały one bez zarzutu. W związku z tym rząd niemiecki podniósł pierwotny pułap gwarancji dla kredytów w wysokości 80 proc. (dla dużych firm) i 90 proc. (dla małych i średnich przedsiębiorstw) na pełne gwarancje 100-procentowe. Szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw, które stanowią absolutną większość firm w Niemczech – ale także w Polsce – oznacza to w wielu przypadkach gwarancję przetrwania. Warto więc, aby rząd polski rozważył podobne rozwiązanie” – stwierdza w swojej opinii dyr. Lars Gutheil.
Jego zdaniem, upadek wielu dobrych firm byłaby ostatecznie dużo droższym rozwiązaniem dla państwa. Jedyne, co się obecnie liczy, to utrzymanie egzystencji wcześniej zdrowych ekonomicznie firm i zabezpieczenie miejsc pracy, aby gospodarka mogła wrócić na właściwe tory po zakończeniu pandemii.
Z tego samego powodu w ramach poprawianej tarczy 2.0 należy rozważyć rozszerzenie proponowanych instrumentów w zakresie skracania czasu pracy. Zdaniem Larsa Gutheila, dla zachowania dotychczasowych miejsc pracy byłoby dobrze, gdyby firmy w kryzysie mogły w razie potrzeby skrócić czas pracy swoich pracowników o ponad 20 proc.
Pytanie tylko, co wtedy z płacami, które już dziś w wielu przedsiębiorstwach zaczynają być głodowe? Czy w Polsce pogłębi się proces podziału na korzystającą z bezpiecznych form zatrudnienia i wysoko opłacaną kastę urzędniczą, oraz na całą resztę? Ale urzędnicy nie wyprowadzą naszego kraju z kryzysu.

Europa pomaga swojej gospodarce

Polska tarcza antykryzysowa nie dorównuje planom potentatów, ale zrozumiałe, że mamy mniejsze możliwości.
Państwa unijne zapowiedziały rozliczne działania dla złagodzenia kryzysu gospodarczego, jaki sprowadza pandemia. Są to środki z zakresu polityki fiskalnej i pieniężnej, mające zapobiegać gwałtownemu wzrostowi upadłości firm oraz bezrobocia.
Komisja Europejska poinformowała o utworzeniu funduszu inwestycyjnego dla członków Unii Europejskiej w wysokości 25 mld euro, którego celem będzie wspieranie utrzymania płynności przez sektor prywatny oraz zwiększenie zdolności operacyjnych krajowych systemów ochrony zdrowia. Poluzowane zostaną również unijne i krajowe przepisy podatkowe, aby poszczególne kraje mogły zwiększyć wydatki na systemy opieki zdrowotnej i zastosować ulgi podatkowe dla sektora prywatnego.
Prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde oświadczyła, że bank poluzuje politykę finansową. Światowa grupa ubezpieczeniowo-finansowa Euler Hermes przewiduje, że EBC obniży stopę depozytową z minus 0,5 proc do poziomu minus 0,6 proc.
Środki z zakresu kompleksowej polityki pieniężnej, takie jak właśnie obniżki stóp, raczej nie pomogą jednak w rozwiązaniu problemów wynikających z zakłóceń produkcji i łańcuchów dostaw, ani też nie przekonają ludzi do zwiększania wydatków, skoro ci nie wychodzą z domów. Dlatego większość działań EBC powinna koncentrować się na zapewnieniu wystarczającej płynności w rzeczywistej gospodarce.
Chodzi na przykład o TLTRO czyli o udzielanie bankom komercyjnym długoterminowych pożyczek, skonstruowanych w taki sposób, by stanowiły zachętę do nasilenia akcji kredytowej na rzecz firm i konsumentów w strefie euro – zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw. EBC prawdopodobnie zwiększy też zakupy aktywów finansowych do poziomu 40 mld euro miesięcznie.
Obniżenie kosztów kredytu powinno być czynnikiem skłaniającym banki do zwiększania i wydłużania obowiązywania linii kredytowych. Bardziej efektywnym rozwiązaniem byłoby przyjęcie przez rządy roli „pożyczkodawcy ostatniego ratunku” – poprzez oferowanie gwarancji publicznych, do których mogłyby uciekać się banki dla ograniczenia własnego ryzyka kredytowego.
Najbardziej dotknięte koronawirusem Włochy wprowadzają pakiet fiskalny o wartości 25 mld euro. Połowa pakietu została uruchomiona 13 marca, zaś reszta stanowi rezerwę. Pakiet obejmuje rekompensaty dla pracowników zmuszonych do czasowego powstrzymania się od pracy; fundusz gwarancyjny dla małych i średnich przedsiębiorstw; moratorium podatkowe i odroczenie spłat kredytów (we współpracy z bankami prywatnymi); rekompensaty dla firm dotkniętych spadkiem obrotów o ponad 25 proc.
Wielka Brytania zapowiada, że zrobi wszystko, co konieczne w celu ochrony firm. Bank Anglii obniżył stopy procentowe do 0,25 proc. oraz wprowadził program finansowania teminowego dla małych i średnich przedsiębiorstw, którego wartość szacowana jest na 100 mld funtów. Ma on stanowić wsparcie dla udzielania kredytów.
Poinformowano też o wdrożeniu pakietu fiskalnego o wartości 30 mld funtów oraz o przeznaczeniu 7 mld funtów na wsparcie firm i osób fizycznych, poprzez obniżki podatków, odroczenia spłaty kredytów oraz dotacje dla małych i średnich przedsiębiorstw.
Rząd brytyjski zobowiązał się: zrekompensować małym i średnim firmom koszty ustawowych zasiłków chorobowych do 14 dni (przeznacza na to 2 mld funtów); udzielić wsparcia w postaci dalszych kredytów w wysokości 1 mld funtów [program kredytów z tytułu zakłóceń spowodowanych przez koronawirus]; zagwarantować kredyty udzielane małym i średnim przedsiębiorstwom (w kwotach do 1,2 mln funtów); pokryć do 80 proc. strat banków z powodu epidemii.
Stawki podatków od przedsiębiorstw zostaną obniżone dla małych firm w sektorach handlu detalicznego, rozrywki oraz hotelowym (obniżka podatków do 1 mld funtów). Ulgi podatkowe udzielone przedsiębiorcom wyniosą zaś 3 mld funtów. Ulgę podatkową z tytułu działalności badawczo-rozwojowej podwyższono z 12 do 15 proc. Małe firmy otrzymają też dotację gotówkową w całkowitej wysokości 2 mld funtów.
Przyspieszone zostaną również wydatki związane z infrastrukturą: 27 mld funtów przeznaczone zostanie na budowę nowych dróg, zaś 5 mld na internet szerokopasmowy w odległych obszarach kraju. Zwiększone będą inwestycje w publiczny system ochrony zdrowia (do wysokości 5 mld funtów). W sumie wydatki na rekompensowanie skutków wybuchu epidemii Covid-19 przekroczą oczekiwania o około 10 mld funtów.
Kanclerz Angela Merkel także zadeklarowała wolę zrobienia „wszystkiego, co będzie konieczne” w celu stawienia czoła kryzysowi. Rząd Niemiec zapowiedział, że udzieli wszelkiej pomocy firmom, które najmocniej ucierpią z powodu epidemii koronawirusa. Można ją szacować na 550 mld euro. Nie ma jednak górnej granicy kredytu oferowanego przez państwowy bank rozwoju.
Rząd poluzował również ograniczenia dotyczące rekompensat pracowniczych z tytułu skrócenia czasu pracy. Rekompensaty te są obecnie wypłacane przez państwo, jeżeli już 10 proc. pracowników ma istotnie skrócony czas pracy (wcześniejszy wymóg to 1/3 pracowników). Władze zadeklarowały znaczące zwiększenie inwestycji w latach 2021-24.
Francja zagwarantuje państwowe pożyczki o wartości do 300 miliardów euro. Na bezpośrednie wsparcie zostanie przeznaczona pula 45 mld euro dla firm krajowych, aby ograniczyć wpływ koronawirusa na gospodarkę.
Rząd Hiszpanii zapowiada program pomocy dla obywateli i firm, szacowany łącznie na 200 mld euro.
Jak widać, skala europejskich działań antykryzysowych jest rekordowa. Na tym tle polska „tarcza antykryzysowa”, wynosząca około 66 miliardów złotych (14,5 miliarda euro) prezentuje się znacznie skromniej.

Głód mieszkań sprzyja bankom

Nieruchomości drożeją, kredyty mieszkaniowe także – ale chętnych na ich zaciąganie wciąż nie brakuje.

Marże banków w górę, zdolność kredytowa Polaków w dół – tak należy podsumować mijający rok jeśli chodzi o rynek kredytów hipotecznych. W każdym z kolejnych kwartałów można było zaobserwować tę prawidłowość (o ile uznawać, że rzeczywiście jest to prawidłowość).
W grudniu banki narzucały klientom oprocentowanie kredytów mieszkaniowych średnio wyższe o 0,15 punktu procentowego niż na początku 2019 r. – taki wniosek płynie z analizy Bankier.p.
Rynek kredytowy podgrzewają niskie stopy procentowe i kiepska oferta lokat, co zachęca do zakupów inwestycyjnych mieszkań, które finansowane są właśnie kredytami.
Tak więc, kredyt z 20-procentowym wkładem własnym jest obecnie średnio o wspomniane 0,15 pp. droższy niż w styczniu, ale kwota jaką może uzyskać kredytobiorca – niższa o ok. 10 tys. zł. Czyli, trochę tak jak w „Chłopcach z Placu Broni”: „teraz chałwa jest droższa, więc daję mniej”.
W rezultacie, średnia zdolność kredytowa amatora własnego M w naszym kraju osiągnęła w listopadzie najniższą wartość od początku 2018 r. – czyli 551 tys. zł. W grudniu powróciła do poziomu nieco poniżej 570 tys. zł. Dla porównania, w styczniu 2018 r. przeciętni kredytobiorcy byli w stanie średnio pożyczyć 606 tys. zł, a w styczniu 2019 r. – 581 tys. zł.
Od stycznia 2018 r. Bankier.pl śledzi, jak zmienia się rynkowa oferta kredytów hipotecznych dla jednego, niezmiennego profilu klienta. W symulacji przyjęto, że kwota kredytu hipotecznego zaciąganego przez standardowych kredytobiorców będzie zbliżona do średniej wartości kredytu zaciąganego obecnie w Polsce. Założono więc, że o finansowanie stara się bezdzietne małżeństwo mieszkające w mieście mającym powyżej 500 tys. mieszkańców, kupujące na rynku pierwotnym mieszkanie o wartości 337,5 tys. zł (o powierzchni 50 metrów kwadratowych), zarabiające łącznie 6,2 tys. zł miesięcznie netto, pracujące w oparciu o umowy o pracę na czas nieokreślony, posiadające pozytywną historię kredytową, bez żadnych dodatkowych i obecnie spłacanych obciążeń.
Ci standardowi klienci gotowi są skorzystać z dodatkowych produktów banku, aby obniżyć marżę kredytową. Jako ludzie unikający zbędnego ryzyka, nie chcą jednak nabywać produktów inwestycyjnych czy ubezpieczeń z funduszami kapitałowymi.
Ich kredyt mieszkaniowy zaciągany jest na 30 lat i spłacane w ratach równych. Przy badaniu cen kredytu i kwoty finansowania, prezentowane są średnie wartości zaczerpnięte z ofert 14 banków, dla kredytów z 10 – i 20-procentowym wkładem własnym.
– Drożeją nieruchomości, ale chętnych na kredyty mieszkaniowe nie brakuje. Chociaż na ostateczne podsumowanie roku jeszcze za wcześnie, to jest niemal pewne, że kredytodawcy odnotują rekordową sprzedaż.
W takim otoczeniu bankom nie jest trudno stopniowo, przez korekty cenników o kilka punktów bazowych, podnosić ceny. Efekty pełzających zmian widać wyraźnie w porównaniach obejmujących kilkanaście miesięcy – podsumowuje analityk Bankier.pl dr Michał Kisiel.
Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku sytuacja się nie zmieni. Brak jakiegokolwiek wsparcia ze strony rządu PiS dla Polaków, kupujących swoje własne M, sprawia, że banki mogą spokojnie łupić skórę kredytobiorców, a ci muszą się na to godzić.

TSUE – Polska 1:0 Ważny tunajt

Z zasady nie śledzę zbyt uważnie szczekania probankowej sfory, bo parokroć się przekonałem, że jej opinie są podyktowane grubością pęgi, którą towarzystwo przytula co miesiąc, w ramach „obsługi medialnej” sektora, a ten, jak chce, to z kasą się nie liczy. Jak chce. Bo jak nie chce, to wyczyści człowieka z ostatniego grosza i zostawi na bruku. To akurat potrafi.

Wyczekiwany przez środowisko frankowiczów wyrok TSUE zapadł; nie należy zastępować klauzul niedozwolonych polską licentia poetica sądu. Klient wybiera, czy kredyt jest nieważny czy nie. Konsument był oszukiwany przez banki i widać to jak na dłoni. Taka jest po krótce sentencja orzeczenia przedsądowego luksemburskiego Trybunału. Innym słowy, wypełniły się pisma, o których wieszczył rzecznik tegoż Trybunału jeszcze w wakacje, a przed którymi to bankowe środowisko w Polsce drżało, bo to bodaj pierwszy raz, kiedy ktoś znajduje na nich bat. I to do tego na Zachodzie, bo w Polsce żaden rząd, jak dotąd, nie wszedł banksterce w paradę.
W środę, dzień przed wyrokiem TSUE, przemogłem się, i przeczytałem kilka mądrych artykułów na temat tego, czym może grozić korzystny dla frankowiczów, potencjalny wyrok TSUE. Na głównej stronie jednego z dużych, ogólnopolskich portali, pewien mądry Pan, nie wiem, czy w szale uniesienia, czy też może w pomroczności jasnej, pisał był wprost, że nawet jeśli bank „zdecyduje się unieważnić w umowach klauzule niedozwolone (…)”. Dosłownie! Złapałem się za głowę, i długo nie mogłem uwierzyć, w to co czytam. Są w zapisach umów klauzule niedozwolone i wszyscy to wiedzą, ale bank, po uważaniu, decyduje, które są mu na rękę, a które nie. Gorzej na wątrobie zrobiło mi się jeszcze bardziej, gdym przeczytał tekst samego Witolda Gadomskiego, guru polskiego dziennikarstwa ekonomicznego, i to gdzie-w „Gazecie”, tej samej, której nie jest wszystko jedno. Pisał tamże jeszcze wczoraj Gadomski Wiktor, że „(…) Oczywiście zdarzało się, że banki ustalały własne, niekorzystne dla klientów kursy kupna i sprzedaży franków, co było nadużyciem, ale problem ten już dawno został rozwiązany”. Po pierwsze, nie „zdarzało się”, ale było normą. Po drugie: nie było „nadużyciem”, ale zapisem niezgodnym z prawem i zgodnie z tym, na podstawie art. 385 KC, „ustalanie własnych niekorzystnych kursów” jest i powinno być usuwane z umów przez sądy. Jest to konsekwencja stosowania prawa, a nie widzimisizm. Po trzecie, problem „nie został rozwiązany” – ani dawno, ani niedawno. Chyba, że za rozwiązanie można uznać dzisiejszy wyrok TSUE, choć wyrok ów jest li tylko wskazówką dla sędziów, istotną i ważną, ale nie wytyczną i obligiem. Doprawdy, zastanawiam się, ileż trzeba mieć w sobie a) cynizmu, b) naiwności, c) złej woli, d) wszystkiego naraz, żeby wierzyć, że po orzeczeniu TSUE, które przywraca normalność w relacji klient-bank, system polskiej finansjery zawali się na łeb na szyję, korporacje pójdą z torbami a ludzie stracą swoje oszczędności. Metoda szczucia biednych złotówkowiczów na pazernych frankowiczów, akurat w Polsce, gdzie jeden drugiego utopiłby w łyżce wody, a poziom empatii wobec współobywatela sięga holenderskich depresji, została przez lobby bankowe opanowana do perfekcji. Gorzej jest, kiedy pisząc podobne do przytoczonych pamflety, autor naprawdę wierzy, w to co pisze i uważa, że w starciu kredytobiorca versus międzynarodowy bank, to ten drugi jest na straconej pozycji. Leczy się podobne przypadki w Alpach Szwajcarskich. Drogo, jak to w Szwajcarii, ale jest szansa, że z każdym dniem od dziś będzie ciut taniej. Jest więc i dla nich nadzieja.
Mało kto wierzył, że wyrok TSUE może być inny. Mam wrażenie, że samo lobby bankowe pogodziło się z porażką, bo przed 3 października spodziewałem się w mediach zmasowanego ataku na chytrusów, co to mają po kilka mieszkań i spekulantów, którzy śmieją się w twarz polskim „Rodzinom na swoim”. Tymczasem, owszem, wypuszczono parę brzydkich bąków, ale bez totalnej nagonki. Taka sytuacja zawsze budzi moje podejrzenia, że coś się jednak szykuje. Że jest za spokojnie i że towarzystwo przygotowuje odwet. Jak z dziećmi; kiedy w pokoju, w którym się bawią robi się zbyt cicho, to znak, że dziatwa patrzy na płonącą firankę. Spodziewam się wiec w najbliższych dniach mocnych uderzeń i próby polaryzowania społeczeństwa, oczywiście, rękami polityków. Bo chyba tylko naiwny uwierzy, że ci, nie wszyscy, ale zwłaszcza ci, którzy bronią wolnego rynku jak dogmatu, nie siedzą u bankierów w kieszeniach. Ktoś musi przecież dawać kredyty na kampanie i komuś trzeba je spłacać.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

CHF Sebix

Trochę się o siebie martwię. Coraz częściej łapię się na tym, że oplata mnie spiskowa teoria tego i tamtego, a dookoła rozgrywany jest pewien „układ”, którego przerwać nie sposób, jeśli ktoś jest spoza. Można być co najwyżej jego częścią, albo być poza nim. Kiedy dociera do mnie ta przykra świadomość, wzdrygam się i z obrzydzeniem strząsam ją z barków, jakbym strząsał zeń włochatego robaka. Ale nawet najmniejszy robaczek zostawia po sobie lepki ślad.

Byłem w sobotę z rodziną na basenie. W czasie gdy towarzystwo pluskało się na dole, ja polazłem na górę, żeby zjechać ze zjeżdżalni wodnej. Zasada działania zjeżdżalni jest prosta. Wskakuje się do środka i daje się ponieść nurtowi wody. Jest jednakowoż jedna podstawowa sprawa: nie wolno wskakiwać, zanim światło nad tunelem nie zmieni się z czerwonego na zielone. Prędkości bowiem są na tyle duże, że gdyby zignorować ten oblig, można by komuś lub sobie, zrobić dużą krzywdę, wparowując się człowiekowi nogami w plecy. Akuratnie szedłem za parą z dzieckiem. On, z tatuażem na całych plecach, raczej nienajlepszej jakości, ona, lekko zalkoholizowana pani z tipsami i trybalem na kości ogonowej. Klasyka. Zanim zdążyłem w ogóle zareagować, facet wrzucił dzieciaka do tunelu, wskoczył sam chwilę po nim, a za nim, jakby nigdy nic, jego pani. Nad zjeżdżalnią wciąż paliło się czerwone światło, znakiem tego, ktoś jeszcze zjeżdżał, albo właśnie zjazd kończył. Kiedy wylazłem z tuby po swoim zjeździe, począłem wypatrywać „sebixowego” towarzystwa. Nigdzie ich nie było. Minęło raptem 20-30 sekund od kiedy widziałem ich ostatni raz. W przebieralni męskiej też ich nie spotkałem. Może ktoś ich jednak za tą akcję ze zjeżdżalnią wyrzucił? Może, nie daj Bóg, stratowali kogoś i zrobił się dym, a po nim zasłużona spotkała ich kara? Bardzo sobie tego życzyłem, bo czego jak czego, ale głupoty na skraju zagrożenia zdrowia lub życie nie trawię najbardziej. Pod koniec minionego tygodnia dowiedziałem się, że poseł Cymański wykreślił z prezydenckiego projektu ustawy frankowej zapis tzw. Funduszu Konwersji. Sprowadzał się ów Fundusz to tego, że banki miały się składać na przewalutowania kredytów frankowych na złotówki w wybranych przypadkach, ale bankom się to nie podobało i ciach, Funduszu nie ma. Podobno Fundusz był też nie na rękę samym frankowiczom, bo nie wiadomo do końca jak jego zapisy współgrałyby z wyczekiwaną dyrektywą TSUE, na którą środowisko frankowiczów bardzo czeka. Jaka by jednak ona nie była, dla banków to zawsze ryzyko, że rząd każe im składać się na przewalutowanie, a na taką stratę nikt rozsądny w przeszkolonym biurowcu sobie nie pozwoli. Tadeusz Cymański bardzo ubolewał nad brakiem Funduszu w nowej ustawie, ale negocjacje o jego utrzymanie tak długo przeciągały już i tak przeciągniętą, zapowiadaną jeszcze w kampanii prezydenckiej przez Andrzeja Dudę pomoc dla frankowiczów, że czym prędzej trzeba ulżyć polskim rodzinom borykającym się z kłopotami finansowymi, nawet bez konwersji. Innymi słowy, dobrze było gdyby Fundusz Konwersji był, ale czasy są tak trudne, że lepiej żeby go nie było. Czytaj: banki zatrzymały pieniądze w kieszeni. Stwierdzono ponadto, ustami prezydenckiego ministra, że nie ma jeszcze klimatu społecznego, żeby kredytobiorcom frankowym wyjść naprzeciw i przewalutować kredyty, taka jak to Andrzej Duda obiecywał.
Przypomniała mi się wtedy scena z basenu. Jest czerwone światło. Nie wolno oszukiwać klientów rozmyślnie, a ustalając kursy walut za pomocą przeliczników z sufitu oraz oferując walutę, której nikt z kantoru do banku zanieść nie może, tylko musi płacić i tak w złotówkach, banki z premedytacją to światło olewają. Jak „sebixowa” rodzina. Mają świadomość, bo mają IQ wyższe niż kura, że mogą swoim działaniem zrobić ludziom krzywdę, a mimo wszystko to robią. I przy tym włos im przez lata z głowy nie spada. A politycy, jak ratownicy na basenie, odwracają głowy, jak tylko jeden czy drugi wypadający ze zjeżdżalni dresiarz, ląduje na karku licheroty i łamie mu kręgosłup. Najzabawniejsi są przy ty tokujący o niesprawiedliwości prezydenckiego projektu posłowie PO. Doprawdy, niezły tupet. Tyle było lat na pokazanie swojej prawdziwie społecznie sprawiedliwej twarzy, ale jakoś nigdy się nie składało. Może dlatego, że pod warstwą pudru i botoksami niewiele więcej tam było. Andrzej Duda obiecał, Andrzej Duda wykonał. Pięć lat prób i ugłaskiwania finansjery, i wreszcie banki zgodziły się na to, żeby, gdy tylko kredyt zżera połowę pensji, dostaniesz człowieku prosty pożyczkę na spłatę pożyczki. Którą oczywiście też kiedyś trzeba będzie spłacić. Ludzkie paniska, naprawdę. A że prezydent obiecywał coś innego? Kto by to w ogóle pamięta. Czekam dnia, aż znajdzie się w Polsce siła na tyle mocna, że wygra z banksterką raz na zawsze, ale jak na razie wszyscy siedzą cicho, bo wiedzą, że ktoś musi pożyczyć kasę na kampanię, a po ludziach się nie uzbiera. I może to jest właśnie wyjście…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Emocje kontra pieniądze

Jeżeli wiemy, że mamy osobowość choleryczną, nie powinniśmy podejmować żadnych ryzykownych decyzji finansowych. Cholerycy często na nich tracą.

Dlaczego zdarza się, że mając świadomość tego, jakie będą konsekwencje naszych wyborów dotyczących finansów, i tak podejmujemy niewłaściwe decyzje?
Dlaczego np. zaciągamy kolejny kredyt, na który nas nie stać, pamiętając, że spłacamy już pożyczkę i raty za zakupy albo korzystamy z karty kredytowej, mimo że obiecywaliśmy sobie, że nie będziemy po nią sięgać kolejny raz?
Z drugiej strony, są osoby będące w trudnej sytuacji finansowej, którym przydałby się dodatkowy zastrzyk gotówki, ale nigdy nie zdecydują się pożyczyć pieniędzy. Jeszcze inni latami będą składać np. na zakup wymarzonego samochodu, zamiast kupić go „od ręki” na kredyt. Okazuje się, że duży wpływ na nasze decyzje finansowe ma nasze usposobienie.
Cztery typy osobowości: flegmatyk, melancholik, sangwinik i choleryk były już znane Starożytnym. Opisują one ludzkie temperamenty, to jak radzimy sobie z emocjami, a przez to, jak podchodzimy do podejmowania różnych decyzji w życiu.
Psychologowie, którzy zajmują się sferą ekonomii odkryli związek między tym, jaki typ osobowości posiadamy, a naszymi nawykami finansowymi.
Dlatego warto wiedzieć, jakie są charakterystyki czterech typów ludzi opisanych przez Hipokratesa, aby lepiej zrozumieć swoje zachowanie – co może uchronić nas w przyszłości przed popadnięciem w kłopoty finansowe.

Lekka ręka do wydawania kasy

Sangwinik to jedna z dwóch osobowości ekstrawertycznych, opisanych także przez Carla G. Junga na początku XX w.
Kogo nazwiemy tym mianem? Ludzi otwartych na świat, spontanicznych, żyjących tu i teraz, nierozpamiętujących przeszłości i co ważne – nie planujących szczegółowo przyszłości.
Taka beztroska z pewnością przydaje się w kontaktach międzyludzkich, ale może sprawiać problemy finansowe. Sangwinikom zdarza się często zapomnieć o terminowej spłacie raty kredytu lub o opłaceniu rachunków.
– To ludzie mający tendencję do odkładania obowiązków na później. Nie lubią planować, także wydatków. Dlatego sangwinikom nie wychodzi najlepiej pilnowanie domowego budżetu i przeważnie muszą korzystać z zewnętrznych źródeł finansowania, jeżeli muszą dokonać większych zakupów, ponieważ nie stawiają sobie celów finansowych, nie oszczędzają regularnie – komentuje Justyna Pawłowska, ekspert Intrum.
Sangwinikowi nie jest także obce zjawisko kompulsywnych zakupów, czyli kupowania rzeczy, których wcale nie potrzebuje lub co gorsza, na które go nie stać.
Co zatem może zrobić osoba posiadająca wymienione cechy osobowości, by zadbać o swoje finanse?
Może np. korzystać chociażby z aplikacji, które pozwolą regularnie kontrolować wydatki. Smartfon zawsze mamy w zasięgu ręku. Dzięki powiadomieniom sms-owym możemy śledzić na bieżąco stan naszego konta.
To dobry sposób, bo sporządzanie budżetu domowego na kartce papieru czy nawet w Excelu w przypadku sangwiników po prostu się nie sprawdzi. Będzie to dla nich kolejny obowiązek, który ich „ogranicza”.
– Lepszym rozwiązaniem jest ustawienie w dedykowanym programie dziennego czy tygodniowego limitu na wydatki różnego rodzaju (np. zakupy spożywcze, rozrywka, itp.). Aplikacja będzie myślała „za nas” i będzie ostrzegać, kiedy powinniśmy przyjrzeć się naszym finansom– radzi Justyna Pawłowska.
Warto także, aby sangwinicy korzystający z bankowości elektronicznej wybierali opcję poleceń zapłaty. Wtedy jest pewność, że wszystkie opłaty zostaną zrealizowane na czas i nie będzie niebezpieczeństwa żadnych zaległości finansowych.

Cholery można dostać

Wydaje się, że choleryk w większym stopniu niż sangwinik dba o swoje finanse. Impulsywnej osobie na co dzień nic nie przeszkadza w planowaniu domowego budżetu, większych wydatków czy nawet w odkładaniu pieniędzy na przyszłość.
Jednak cholerykiem rządzą emocje, dlatego, jeżeli chodzi o finanse, czasami może zachowywać się nieracjonalnie. Nie chodzi tylko o wydawanie pieniędzy – chociaż choleryk może podjąć pod wpływem chwili decyzję o wydaniu dużej sumy pieniędzy – ale w ogóle o zarządzanie swoimi funduszami.
– Jeżeli wiemy, że mamy osobowość choleryczną, nie jest dobrym pomysłem, abyśmy inwestowali pieniądze na giełdzie lub w produkty obarczone dużym ryzykiem finansowym. Choleryk może mieć doskonałą wiedzę na temat tych możliwości powiększania kapitału i być świadomym, że czasami przynoszą także i straty, a i tak może wykonać krok, na którym ucierpią jego finanse – wskazuje Justyna Pawłowska.
To właśnie różni choleryka od innych typów osobowości – podejmowanie nie do końca racjonalnych decyzji, które podyktowane są emocjami.
Czasami to się opłaca – ci, którzy ryzykują, zyskują więcej – ale o ile nie jesteśmy doświadczonymi graczami giełdowymi i nie mamy grubego portfela, a nerwy to nasze „drugie imię”, to lepiej zostać przy bardziej bezpiecznych” sposobach pomnażania gotówki (np. konta oszczędnościowe czy lokaty) – i za każdym razem kilkukrotnie zastanowić się, zanim podejmiemy decyzję o wydaniu większej sumy.

Kto jest bardziej rozsądny?

Wiele wskazuje na większą roztropność flegmatyków i melancholików w kwestii finansów
Flegmatyk wydaje się być wymarzonym kredytobiorcą. Dlaczego? Bo to zazwyczaj osoba opanowana, uważna i pewna tego, co robi, a w związku z tym, również nie podejmuje pochopnych decyzji dotyczących wydatków.
Flegmatyk, kiedy ma zamiar zaciągnąć kredyt, najpierw dokładnie przeanalizuje swoją sytuację finansową, a następnie poszuka najlepszej oferty na rynku, w banku, który zagwarantuje najlepsze warunki udzielenia finansowania. Dzięki takiemu rozsądnemu podejściu, nie będzie miał problemów ze spłatą zobowiązania.
Flegmatycy, czyli finansowi sceptycy nie są z natury rozrzutni. Z zasady nie pożyczają pieniędzy, nie potrzebują korzystać z karty kredytowej, by „dotrwać do pierwszego”, co więcej – gromadzą gotówkę na tzw. czarną godzinę. Lubią mieć różne sfery swojego życia pod kontrolą, także finanse.
– W oczach innych osób mogą być oceniani nawet jako skąpcy, którzy nie potrafią zrobić użytku ze swoich pieniędzy, ponieważ przez swoje usposobienie tracą okazję do inwestowania i wzbogacenia się. Flegmatycy jednak wybierają finansowy spokój. Można im powierzyć swoje z pieniądze i mieć pewność, że będą bezpieczne – zaznacza Justyna Pawłowska.
Z kolei melancholik w pewnym sensie jest podobny do choleryka – nim także kierują emocje, ale innego rodzaju.

Melancholik nie korzysta z szans

Melancholik podobnie jak flegmatyk, zachowuje rozwagę, jeżeli chodzi o wydawanie pieniędzy, ale potrafi popaść w zły nastrój, poprzez który widzi swoją przyszłość finansową w czarnych barwach – mimo że obiektywnie nie ma do tego powodów.
Często analizuje swoje finanse i bardzo dokładnie planuje budżet domowy na długi czas do przodu. Taka osoba frustruje się więc, gdy czeka ją – zwłaszcza większy – nieplanowany wydatek, nawet jeżeli ma na niego fundusze.
Paradoksalnie, na swoim podejściu do kwestii finansów melancholicy mogą wiele tracić. Są przywiązani do wybranych przez siebie kont i innych produktów bankowych, przez co sprzed oczu uciekają im atrakcyjnie oferty, na których mogliby skorzystać.
W dodatku, ze strachu przed tym, że mogą stracić finansowy grunt pod nogami, boją się zaciągać kredyty i pożyczki, a skorzystanie z takich rozwiązań czasem jest bardziej opłacalne niż kupowanie za gotówkę. Zdarza się, że w ogóle nie ufają instytucjom finansowym, mając poczucie, że w każdej umowie ukryte są pułapki: niekorzystne warunki lub dodatkowe koszty, itp.
Każdy z nas jest mieszanką osobowości, ale jedna z nich może wybijać się na tle pozostałych. Dlatego, warto mieć świadomość, czy jest to akurat ta, która może wpędzić nas w kłopoty finansowe czy wręcz przeciwnie.
Wprawdzie nie każdy może być flegmatykiem, co stanowi idealne przygotowanie psychiczne do prawidłowego zarządzania własnymi finansami. Ale nawet, jeżeli „zdiagnozujemy” u siebie osobowość sangwinika czy choleryka, to w żadnym wypadku nasze usposobienie nie może być wymówką dla pochopnie podejmowanych decyzji dotyczących pieniędzy.
Może to być jedynie wskazówka dla nas, że powinniśmy podjąć dodatkowe kroki zabezpieczające, które uchronią nas w dłuższej perspektywie przed długami i ich niebezpiecznymi konsekwencjami.

Nieznośna lekkość zakupów internetowych

Rozwój handlu on line oraz mobilne metody płatności czasem bardzo skutecznie opróżniają nasze portfele, wpędzając nas w długi.

Przeszło 4 na 10 konsumentów przyznaje, że łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni i zdarzyło im się nawet nabyć droższe produkty niż myśleli.
Tak więc, możnaby powiedzieć, że Polacy coraz chętniej korzystają z alternatywnych sposobów płatności…, dzięki którym się zadłużają. Taki wniosek wydaje się płynąć z raportu Intrum – Europejski Raport Płatności Konsumenckich 2018 – Polska, z którego wynika również, że nowoczesne metody płatności i korzystanie z zalet sprzedaży internetowej co prawda ułatwiają nam życie, ale niemałą grupę konsumentów „zmuszają” do zbędnego kupowania, nierzadko na kredyt.
Jesteśmy już „zaprzyjaźnieni” z tymi metodami. Chociaż, jak wynika z badania, płacąc za zakupy, nadal najczęściej wybieramy gotówkę – 42 proc. codziennie i blisko 40 proc. raz w tygodniu korzysta z tego rozwiązania – to jednak inne metody płacenia zaczynają wypierać z obiegu papierowy pieniądz. 26 proc. pytanych przyznało, że przynajmniej raz w tygodniu korzysta z płatności mobilnych, czyli o 6 proc. więcej, niż w poprzednio analizowanym okresie (2017 r.).

Życie w kredycie

Blisko co 5 osoba korzysta codziennie z bankowości elektronicznej, a 46 proc. respondentów minimum raz na tydzień wykonuje przelewy internetowe i inne finansowe transakcje online. Niewiele mniej osób niż w przypadku bankowości internetowej, bo 16 proc., docenia zalety karty płatniczej, płacąc nią codziennie. Raz w tygodniu zdarza się to ponad jednej trzeciej Polaków.
Wzięto oczywiście pod uwagę również i osoby, które posiadają kartę kredytową. 12 proc. z nich wyciąga ją codziennie z portfela by robić zakupy, a blisko co 4 osoba płaci nią przynajmniej raz w tygodniu. 40 proc. używa karty kredytowej do płacenia w Internecie.
Liczba osób, które korzystają z karty kredytowej pozornie może nie robi wrażenia, ale w tym przypadku nie chodzi o „zwykły” środek płatniczy, ale o korzystanie z zewnętrznego źródła finansowania codziennych zakupów i bieżących rachunków. Aż 12 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że codziennie posługuje się kartą kredytową, czyli każdego dnia kupuje coś na kredyt.
Te dane pokazują, że z jednej strony, kiedy potrzebujemy dodatkowego zastrzyku gotówki, zaciągnięcie kredytu na karcie jest wygodnym rozwiązaniem, praktycznie w zasięgu ręki każdego z nas, ale dla niektórych może być to zbyt łatwym wyjściem – posiadanie plastikowego pieniądza w swoim portfelu może skłaniać do częstszego i łatwiejszego zadłużania się.
Kiedyś, gdy jedyną możliwością na uzyskanie finansowania było udanie się do oddziału banku, wypełnianie wielostronicowych formularzy/wniosków kredytowych i oczekiwanie na decyzję kredytodawcy – już sam proces starania się o kredyt zniechęcał wielu do pożyczania pieniędzy. Dzisiaj, wniosek o wydanie karty kredytowej można wypełnić online w 10 minut. Jeżeli spełniamy wymagane kryteria, limit zostaje nam przyznany przez bank i po kilku dniach po otrzymaniu karty, możemy dowolnie, w każdym momencie dokonać zakupów na kredyt – komentuje Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Nie czytają, a kupują

Jednak nie tylko nowoczesne metody płatności, których ciągłe przybywa, skłaniają nas do zadłużania się. Jak wynika z przeprowadzonego badania, w tym niekorzystnym zjawisku nie mniejszą rolę odgrywa także rozwój handlu internetowego (e-commerce).
Przez zakupy online wydajemy bowiem więcej niż chcemy. Szacuje się, że wartość rodzimego rynku e-commerce wynosi już ok. 50 mld zł, a do 2020 r. wzrośnie nawet do 60 mld zł, co nie zaskakuje.
Chętnie robimy zakupy online, bo choć niezbyt bezpieczne, są jednak szybkie, wygodne i dają niezależność. W ciągu kilku dni mogą do nas dotrzeć zamówione produkty, dosłownie z drugiego końca świata. Ponad połowa (52 proc.) pytanych zgadza się ze stwierdzeniem, że w porównaniu z rokiem poprzednim, dziś większą część swoich zakupów robi online.
Nie przeszkadza temu fakt, aż 63 proc. z nas martwi się o to, że gdy kupuje rzeczy w Internecie, nasze dane osobowe mogą trafić w niepowołane ręce. – Duża liczba respondentów, którzy uważają w ten sposób, nie musi koniecznie świadczyć o tym, że nie czujemy się do końca bezpiecznie kupując online lub że internetowi sprzedawcy nie dbają o bezpieczeństwo transakcji dokonywanych w sieci. Te dane pokazują, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, jakie zagrożenia mogą spotkać konsumentów nabywających rzeczy przez Internet – wskazuje Krzysztof Krauze.
Ale jak się okazuje, zakupy w sieci oprócz wielu plusów, mają także swoje minusy. Jak przyznaje 44 proc. ankietowanych, łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni.
Co 4 osoba stwierdza nawet, że kupiła online produkty, które okazywały się droższe, niż się początkowo wydawały, co również związane jest ze specyfiką kupowania w sieci. Często takich zakupów dokonujemy pospiesznie, nie wczytując się we wszystkie warunki transakcji, co potem odczuwa nasz portfel. Tę zależność również potwierdzają osoby pytane w trakcie badania.

Szkodliwe media społecznościowe

Aż 52 proc. ankietowanych nie ukrywa, że rzadko czyta zasady i warunki, kupując online. Nie pomaga również to, że jesteśmy stale zachęcani do kupowania online. Nie chodzi tylko o wszechobecne reklamy „atakujące” internautów. Również media społecznościowe wytwarzają presję, by kupować i konsumować więcej, niż się powinno. Tego zdania jest 55 proc. ankietowanych.
53 proc. Polaków uważa, że zakupy przez Internet są zbyt proste. Co to oznacza? Sama mechanika kupowania produktów w sieci oraz szczególnie, skrócenie całego procesu nabywania sprawia, że zbyt szybko podejmujemy decyzję o tym, co kupić, a co się z tym wiąże – nie zawsze myślimy o tym, czy jest nas stać na daną rzecz i jak za nią zapłacimy. A jeżeli stwierdzamy, że to problem, w zasięgu ręki od razu mamy rozwiązanie. Online możemy zaciągnąć kredyt lub starać się o pożyczkę. 6 na 10 respondentów przyznało, że martwi ich łatwy dostęp do kredytów przez smartfony, ponieważ to może skłaniać o pożyczania pieniędzy te osoby, które nie powinny tego robić – dodaje Krzysztof Krazue.
Tak więc, łatwość kupowania przez Internet w połączeniu z łatwością sięgnięcia po dodatkowe fundusze, dla niektórych osób może być prostym przepisem na popadnięcie w problemy finansowe.

Na szerokiej stopie

Życie w dużych miastach wielu osobom kojarzy się z wygodą, większymi szansami na rozwój, uzyskaniem lepiej płatnej pracy. Czy zawsze te pozytywy przeważają nad niedogodnościami?

Rzadziej zwraca się uwagę na minusy mieszkania w „city”, a tych nie brakuje.
Codzienne stanie w korkach, smog, mniejszy dostęp do zielonych terenów, to tylko początek listy wad metropolii.
Jak pokazują najnowsze dane zebrane przez BIG InfoMonitor pod koniec ubiegłęgo roku, wprost proporcjonalnie do zarobków mieszkańców polskich aglomeracji, rośnie poziom ich zadłużenia.
Co więcej, aż 1 milion osób nie daje rady opłacać w terminie rachunków i rat kredytów, których łączna suma wynosi prawie 34 mld zł. W tym zestawieniu prowadzi 56-letni mieszkaniec z okolic Rzeszowa, który do zapłaty ma aż 46,8 mln zł przeterminowanego długu.

Miasta wysysają kasę

Niesolidni dłużnicy zamieszkujący największe miasta w Polsce i okolice, stanowią blisko 40 proc. wszystkich Polaków z problemami finansowymi – i to do nich należy prawie połowa wszystkich zaległości w bieżącym regulowaniu należności uzbieranych przez naszych rodaków.
Wśród 13 największych ośrodków aglomeracyjnych, na pierwszym miejscu jest tradycyjnie Warszawa z miejscowościami ościennym – z 9,2 mld zł zaległych płatności. Czyli, suma ta jest większa niż łącznie w aglomeracji wrocławskiej, trójmiejskiej i poznańskiej, gdzie naliczono 207 965 osób niepłacących na czas.
Drugie miejsce należy do aglomeracji górnośląskiej: 4,7 mld zł przeterminowanych płatności z 191 443 niesolidnymi dłużnikami. Na przeciwnym końcu skali ze zdecydowanie mniejszymi kwotami uplasował się region rzeszowski (466 mln zł) i opolski (445 mln zł). Czyli, jest to logiczne – im mniej ludzi, tym mniejsza suma zadłużenia.
Dlaczego mieszkańcy dużych miast są bardziej zadłużeni? To także dzieje się z prostej przyczyny – wyższy standard życia, do którego dąży się w aglomeracjach, oznacza wyższe koszty utrzymania. Te z kolei niestety rosną szybciej niż pensje, nawet osiągane w stolicy, Krakowie czy Katowicach i nie rekompensują wszystkich wydatków. To zresztą bolączka całego kraju – że pod rządami obecnej ekipy koszty życia rosną generalnie szybciej od dochodów. Najdotkliwiej odczuwa się to jednak właśnie w wielkich miastach.
Ciągle rozwijające się miasta przyciągają młodych ludzi, wierzących, że szybko znajdą w nich dobrze płatną pracę, obiecują życie na pewnym poziomie. Ale w zamian trzeba liczyć się z wyższymi niż w innych rejonach Polski cenami mieszkań i domów, cenami najmu, a także pozostałymi kosztami życia, np. stawkami za media i innym podstawowymi opłatami.

Żyje się na kredyt

Już około 20 mln Polaków mieszka w miastach, (czyli ponad 60 proc. naszego społeczeństwa), z czego połowa w największych aglomeracjach – i wszystko wskazuje na to, że ta liczba będzie w przyszłych latach tylko rosnąć. Coraz więcej osób pochodzących z mniejszych miejscowości decyduje się na przeprowadzkę i szukanie pracy w większych ośrodkach.
Metropolie przyciągają pracowników z innych regionów, a ci często decydują się na osiedlenie na przedmieściach dużych miast (co zwiększa ich koszty życia bo muszą dłużej dojeżdżać. W związku z tym, przybywa także osób z długami. Wśród nich znajdują się również i tacy, którzy niestety nie są w stanie wywiązywać się z terminowego regulowania zaciągniętych zobowiązań (czyli mają opóźnienia w bieżącym regulowaniu należności wynoszące minimum 30 dni i na kwotę, która przekracza 200 zł).
Zaległości mieszkańców miast dzielą się na dwie grupy – wynikające z zaciągniętych kredytów i będące efektem innych zobowiązań finansowych.
W obu kategoriach liczby rozkładają się podobnie, ale w przypadku osób mieszkających poza największymi miastami, które mają generalnie mniejszą zdolność kredytową, zdecydowanie przeważają te drugie, pozakredytowe zobowiązania , wynikające np. z nieopłaconych na czas rachunków, pożyczek czy nawet i alimentów.
Z 34 mld zł zaległego długu, jaki posiadają mieszkańcy dużych miast, 49 proc. przypada na problemy ze spłatą kredytów. W mniejszych miejscowościach ten odsetek zmniejsza się do 41 proc. To efekt zaciągania kredytów mieszkaniowych przez mieszkańców miast, zwłaszcza przez przybyszy z mniejszych ośrodków, którzy muszą gdzieś mieszkać, skoro opuścili rodzinne strony.
– Średnia zaległość z powodu braku regularnej spłaty kredytów hipotecznych w miastach dochodzi do 220 tys. zł, a poza nimi przekracza nieco 120 tys. zł. Szczególnie młodzi, żyjący w dużych ośrodkach, mają ambicję „być na swoim” i w stosunkowo niedługim czasie po rozpoczęciu kariery zawodowej decydują się na zakup pierwszego lokum w życiu, oczywiście na kredyt – wskazuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.
I oczywiście pożyczane są większe kwoty niż w przypadku osób chętnych na zakup mieszkania w mniejszych miejscowościach, bo ceny nieruchomości w Warszawie czy innych aglomeracjach są zdecydowanie wyższe. Trzeba także ponosić większe wydatki na utrzymanie własnego M., mieszkając w metropolii.

Młodzi idą (się zadłużać)

Pieniądze są duże, bo średnia cena transakcyjna mieszkania o powierzchni 55 m2 w Warszawie wynosi 454,7 tys. zł. To ponad dwukrotnie więcej niż w Łodzi (212,4 tys. zł). Wysokie ceny mieszkań w stolicy dyktuje wciąż rosnący popyt – ale to nie mieszkańcy Warszawy mają największe zaległości w regularnej spłacie zaciąganych kredytów hipotecznych. Tutaj przoduje Szczecin, gdzie łączne zaległości wynoszą 320 tys. złotych.
Gdy się zaś zaciąga kredyty na zdecydowanie wyższe kwoty, mogą być także i większe zaległości Dane mówią same za siebie: w wielkich miastach średnio na osobę przypada 31,8 tys. zł przeterminowanych zobowiązań, a na mieszkańców mniejszych miejscowości „tylko” 22,3 tys. zł. Tę różnicę także w przypadku kredytów konsumpcyjnych: w dużych miastach i okolicach jest to blisko 27 tys. zł, a poza nimi 17,7 tys. zł.
Kim jest typowy dłużnik z dużego miasta? Największą grupę wśród osób, które mają przeterminowane zadłużenia, stanowią ludzie w grupie wiekowej 35-44 lata – blisko 270 tys. osób.
Co ciekawe, w bazach zadłużonych znajduje się 31 dłużników poniżej 18 roku życia, których łączna kwota zaległości wynosi 365,4 tys. zł. Ponadto, w dużych miastach jest dość duży udział osób starszych w ogólnej liczbie wszystkich zadłużonych, które mają problem ze spłatą swoich zobowiązań. Tam grupa wiekowa 55 plus stanowi ponad 30 proc. dłużników, którzy nie płacą na czas. Natomiast poza największymi miastami, większy jest odsetek osób poniżej 35. roku życia.
Wśród pierwszej dziesiątki najbardziej zadłużonych mieszkańców wielkich miast, pięcioro jest z Warszawy i okolic.

Nie wyjedziecie i już!

Problemy finansowe mogą nasilać się teraz, w okresie ferii, na które najczęściej wyjeżdżają właśnie dzieci miejskie, z dużych ośrodków.
Dwutygodniowa przerwa od zajęć szkolnych wiąże się z dużymi wydatkami, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wypoczynek w kraju, czy za granicą. Z danych serwisu Nocowanie.pl wynika, że ceny za noclegi w sezonie, w górach wynoszą średnio od 40 do 80 zł za osobę, co w przypadku 4-osobowej rodziny oznacza wydatek na poziomie nawet 2240 zł za tygodniowy pobyt.
To dopiero początek listy wydatków, do których doliczyć trzeba np. dojazd i koszt zakupu lub wynajmu sprzętu narciarskiego, jeżeli chcemy spędzić urlop aktywnie.
Znacznie więcej zapłacimy za zagraniczny wyjazd w ciepłe miejsce, na co decyduje się coraz więcej Polaków, chcących uciec od zimowych temperatur. Według portalu Travelplanet.pl, to koszt nawet od 3 tys. w górę za osobę. W porównaniu do średnich zarobków Polaków, które wynoszą około 4500 zł brutto miesięcznie, ferie mogą być sporym wydatkiem.
Z raportu Mfind z 2018 r. wynika, że weekendowe noclegi w górskich miejscowościach w Polsce dla czterech osób, razem z dojazdem i zakupem karnetów narciarskich to minimum 1500-2000 zł. Za tygodniowy pobyt, rodzina musi zapłacić już od 3000 zł wzwyż. To nie koniec wydatków, szczególnie gdy doliczymy do nich zakup lub wypożyczenie sprzętu sportowego czy lekcje z instruktorem. Koszty można nieco zmniejszyć i obniżyć do ok. 1000 zł, wysyłając dziecko na tygodniowy, zimowy obóz, organizowany np. przez szkołę, do której uczęszcza.
Nie każda rodzina będzie mogła pozwolić sobie na obciążenie finansowe związane z feriami, gdy domowe budżety często są nadszarpnięte po świątecznych wydatkach. Co więc możemy zrobić, gdy zbliżają się ferie, a w domowej kasie brakuje funduszy? Pozostaje nam spędzić zimowy urlop w domu lub poszukać zewnętrznego źródła finansowania.

Nadzór sprawdza się całkiem nieźle

Dzięki jego działaniom banki komercyjne w Polsce rosną w siłę, a ich szefom i akcjonariuszom żyje się coraz dostatniej.

 

W posiadaniu banków komercyjnych jest około 70 proc. aktywów całego polskiego systemu finansowego. Sektor bankowy jest głównym źródłem finansowania gospodarki, a depozyty bankowe – to z kolei największy składnik zasobów finansowych gospodarstw domowych.
Dlatego truizmem jest stwierdzenie, że utrzymanie stabilności sektora bankowego ma szczególne znaczenie dla zachowania stabilności całego systemu finansowego państwa.

 

Działano raczej skutecznie

Na koniec ubiegłego roku łączna wartość aktywów bankowych wynosiła 1 781 693 mln zł, fundusze inwestycyjne i domy maklerskie posiadały 410 138 mln zł (także złożonych przecież w bankach), sektor emerytalno – rentowy (głównie ZUS i OFE) 378 232 mln zł, zaś dogorywające SKOK-i 10 200 mln zł.
Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrolę stabilności sektora bankowego. Badała okres od listopada 2015 do listopada 2017, czyli faktycznie pierwsze dwa lata władzy Prawa i Sprawiedliwości.
Generalnie, NIK uznała, że sektor bankowy w Polsce jest stabilny, a co za tym idzie, oszczędności obywateli objęte ochroną bankowego funduszu gwarancyjnego są bezpieczne.
W ramach tej kontroli NIK badała także funkcjonowanie nadzoru ostrożnościowego nad sektorem finansowym – którego celem jest zapewnienie stabilności, bezpieczeństwa oraz przejrzystości rynku finansowego. Jak twierdziła Izba, został on wdrożony skutecznie i podniósł ogólny poziom bezpieczeństwa sektora bankowego, a także jego odporność na niepożądane zjawiska i zawirowania rynkowe.

 

Świadectwo wiarygodności

Prezesem NIK jest Krzysztof Kwiatkowski, kiedyś w Porozumieniu Centrum braci Kaczyńskich, który, gdy zawiały inne polityczne wiatry, został działaczem Platformy Obywatelskiej i za jej rządów był ministrem sprawiedliwości. Nie ma on specjalnych powodów by kochać obecną ekipę, a więc pozytywna dla niej ocena NIK posiada z pewnością walor wiarygodności.
Głównymi instytucjami odpowiedzialnymi ustawowo za zapewnienie bezpieczeństwa i stabilności sektora bankowego są: Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Komisja Nadzoru Finansowego i Bankowy Fundusz Gwarancyjny.
Nadzór jest niezwykle istotny z punktu widzenia państwa, bo sektora bankowy jest głównym źródłem finansowania gospodarki, a depozyty bankowe to największy zasób aktywów finansowych gospodarstw domowych. Dlatego szczególne znaczenie dla zachowania stabilności całego systemu finansowego ma stabilność banków.

 

Nadzór w nowej odsłonie

W listopadzie 2015 r. weszła w życie ustawa z dnia 5 sierpnia 2015 r. o nadzorze nad systemem finansowym – i zarządzaniu kryzysowym w systemie finansowym.
Nadzór ten obejmuje ocenę i monitorowanie ryzyka, powstającego w instytucjach i na rynkach finansowych lub w ich otoczeniu, a przede wszystkim działania na rzecz jego wyeliminowania lub ograniczenia.
Ustawa zmieniła nieco dotychczasowe zadania i uprawnienia Ministra Finansów, NBP, KNF i BFG, dotyczące przeciwdziałania ryzyku na rynku finansowym. Wprowadziła ponadto nowe, wyższe wymogi kapitałowe dla banków. Ten kapitał stanowi bufor bezpieczeństwa na wypadek ryzyka zakłócenia funkcjonowania sektora bankowego.
Wdrożenie postanowień tej ustawy było ważne dla bezpieczeństwa rynku finansowego, w tym szczególnie sektora bankowego, i dla całego państwa.
Głównym organem odpowiedzialnym za nadzór makroostrożnościowy i zarządzanie kryzysowe stał się Komitet Stabilności Finansowej. Gdy KSF zajmuje się kwestiami nadzoru makroostrożnościowego na jego czele stoi Prezes NBP, a członkami są: Minister Finansów, Przewodniczący KNF i Prezes Zarządu BFG.
Gdy zaś przedmiotem obrad KSF jest zarządzanie kryzysowe, rolę przewodniczącego przejmuje Minister Finansów. Zarządzanie kryzysowe obejmuje działanie na rzecz utrzymania lub przywrócenia stabilności systemu finansowego w przypadku bezpośredniego jej zagrożenia.

 

Frankowicze zostali na lodzie

Jednym z istotnych zagadnień, którym zajmował się KSF, była kwestia walutowych kredytów mieszkaniowych i potencjalnych konsekwencji ich restrukturyzacji.
Na podstawie przeprowadzonych analiz KSF uznał, że uzasadniona jest potrzeba restrukturyzacji walutowych kredytów mieszkaniowych – ale na zasadzie dobrowolnego porozumienia pomiędzy bankami i kredytobiorcami. Szczególnie miałoby to dotyczyć to kredytobiorców, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, w niezawinionych przez siebie okolicznościach.
KSF ostrzegał jednocześnie przed ryzykiem systemowym, które może powstać w wyniku rozwiązań prawnych o przewalutowaniu tych kredytów. W swych komunikatach KSF podkreślał, że inicjatywy legislacyjne, dotyczące tego zagadnienia, powinny być wdrażane ostrożnie, tak aby nie naruszały stabilności systemu finansowego, a także nie ograniczały zdolności banków do kredytowania gospodarki.
I tak też się stało. W wyniku tych działań KSF „frankowicze” zostali na lodzie. Nie przyjęto żadnych ustaw dotyczących tych kredytów, swojej obietnicy nie dotrzymał też prezydent Andrzej Duda.
Pozostały więc, proponowane przez KSF, dobrowolne porozumienia między bankami a kredytobiorcami – które w rzeczywistości były dyktatem narzucanym przez banki.

 

Nie wszystko było idealnie

Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że w okresie od listopada 2015 r. do listopada 2017 r., Narodowy Bank Polski i Minister Finansów rzetelnie wykonywały swoje zadania nadzorcze na rzecz zapewnienia stabilności sektora bankowego.
Są jednak i uwagi krytyczne. NIK zwróciła uwagę, że Minister Finansów, odpowiedzialny za implementację prawa Unii Europejskiej dotyczącego instytucji finansowych, przyczynił się do przyjęcia wymaganych aktów prawnych z opóźnieniami.
Działania Komisji Nadzoru Finansowego także nie były wolne od nieprawidłowości. NIK stwierdziła bowiem, że Komisja podejmowała za mało działań nadzorczych wobec banków spółdzielczych.
Zdarzały się również przypadki braku skutecznej reakcji na nieprawidłowości w tych bankach. Urząd KNF nie nadzorował w sposób wystarczający pracy kuratorów bankowych oraz nie przestrzegał zasad doboru kandydatów na te stanowiska.
Czy także i za to odpowie PiS-owski, odwołany już prezes KNF?

 

Świetnie im się wiedzie

Działania KNF były jednak w sumie korzystne dla banków komercyjnych w Polsce. Przyniosły one wzrost ich płynności, a w 2017 r. zahamowana została (kosztem klientów) spadkowa tendencja zyskowności banków.
Nie są one wszakże stuprocentowo zdrowe. Na dzień 30 czerwca 2017 r. postępowaniem naprawczym było objętych siedem banków komercyjnych i 43 spółdzielcze. NIK oceniła, że KNF nie podjęła działań w celu poprawy efektywności wdrażania programu naprawczego przez dwa banki.
Dość stabilna była sytuacja banków spółdzielczych (ich aktywa stanowią około 7 proc. całego sektora bankowego) – choć niepokoją kłopoty ze spłacaniem kredytów zaciągniętych w bankach spółdzielczych.
NIK stwierdziła jednak przypadki braku skutecznych działań nadzorczych wobec banków spółdzielczych, nierzetelnie prezentujących swe dane w formularzach przekazywanych do KNF.
Ponadto, w okresie do końca I kwartału 2017 r. 84 proc. banków spółdzielczych nie było objętych żadnymi czynnościami kontrolnymi ze strony KNF.
W tej grupie były banki, które powinny być objęte szczególnym nadzorem, z uwagi na podwyższony poziom ryzyka i realizowanie programów naprawczych.
Generalnie, nasz system nadzoru bankowego wypadł jednak nieźle – choć nie wiadomo, jak sprawdzi się on w warunkach nadciągającej, słabszej koniunktury gospodarczej.