Bieda atakuje Polaków

Nieudolność rządu PiS w zwalczaniu pandemii wpędza mieszkańców naszego kraju nie tylko do grobu, ale także i w nędzę.
Nie jest dobrze z oszczędnościami Polaków. Po prostu, są one zbyt niskie albo zgoła żadne. Aż 56 proc. rodaków oświadcza, że nie ma w ogóle oszczędności, bądź ma, ale tak skromne, że nie zapewniające im żadnego poczucia bezpieczeństwa życiowego. Trudno się temu dziwić, bo co jak co, ale bezpieczeństwo życiowe to wyjątkowo deficytowy towar w Polsce pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości.
Mówiąc bardziej konkretnie, 19 proc. Polaków nie posiada żadnych oszczędności, zaś 37 proc. jakieś zgromadziło, ale znikome i nie dające poczucia bezpieczeństwa.
Wyniki te pochodzą z badania zatytułowanego „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu tego roku. przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska, we współpracy z firmą Analizy Online. Badanie zostało przeprowadzone w dość szczególnym momencie: niedługo po wakacjach, gdy polska gospodarka była jeszcze „odmrożona”, a pandemia dopiero szykowała się do jesiennego skoku na nasz nieprzygotowany kraj. Ponadto, przechwałki rządu PiS o tym, jak jesteśmy świetnie przygotowani do jej odparcia, nieco poprawiały nastroje rodaków, nie mających przecież pojęcia o skali zbrodniczych wręcz zaniedbań obecnej ekipy. W tej sytuacji o optymizm było nieco łatwiej niż na przykład w maju.
Spośród tych 56 proc. Polaków bez żadnych oszczędności, bądź z tak znikomymi, że nie zapewniającymi żadnego bezpieczeństwa, jedna trzecia oświadcza, że jeszcze przed pandemią miała oszczędności. Jednak w czasie kilku miesięcy trwania pandemii stopniały one do zera. Ten smutny wynik pokazuje, jak szybko pogarsza się sytuacja majątkowa mieszkańców naszego kraju.
Tylko 43 proc. Polek i Polaków deklaruje, że czuje się bezpiecznie z posiadanymi oszczędnościami. Ile udało się odłożyć osobom, które deklarują, że mają jakieś oszczędności? Otóż, z badania instytutu IBRIS wynika, że czterech na dziesięciu badanych posiada takie, które przewyższające ich sześciomiesięczne dochody. To jest poziom, który zwykle uznaje się za poduszkę finansową, mogącą dawać poczucie finansowego bezpieczeństwa (z tym, że „mogącą dawać” nie oznacza tego samego co „gwarantującą”).
Natomiast 26 proc. badanych ma odłożone pieniądze, które odpowiadają równowartości dwu lub trzymiesięcznych przychodów gospodarstwa domowego. W warunkach nasilającego się w Polsce pandemicznego kryzysu gospodarczego, tak skromne oszczędności nie gwarantują minimum stabilności.
Czy pieniądze dają poczucie bezpieczeństwa? Oczywiście, że dają.
– Przyjmuje się, że poduszka finansowa zapewniająca poczucie bezpieczeństwa, powinna wynosić równowartość co najmniej sześciokrotności miesięcznych dochodów lub w innym ujęciu stałych, miesięcznych wydatków. Z naszych badań wynika natomiast, że próg, po przekroczeniu którego wszyscy badani czują się zabezpieczeni finansowo to równowartość 8 miesięcznych pensji – wyjaśnia Monika Szlosek z Santander Banku Polska.
Taką poduszkę finansową czyli minimum 6 – krotność miesięcznego wynagrodzenia, ma pod głową zaledwie co czwarty Polak lub Polka (24 proc.) W grupie osób, które zgromadziły jakiekolwiek oszczędności odsetek ten wynosi zaś 39 proc.
Ta sytuacja sprawia, że ludzie z największym poczuciem bezpieczeństwa finansowego to dziś w Polsce generalnie emeryci, którzy mają wprawdzie skromne bo skromne, ale jednak stałe dochody. Przynajmniej na razie stałe, bo nie wiadomo, czy rząd PiS, łatając dziury, nie sięgnie po pieniądze seniorów. – Badania jasno wskazują, że wysokość oszczędności mierzona wielokrotnością wynagrodzeń rośnie wraz z dochodami. Osoby zarabiające do 2 000 zł najczęściej deklarują, że odłożyły 6 – 7 miesięcznych pensji, podczas gdy badani zarabiający minimum 4 000 zł miesięczne najczęściej odpowiadali, że mają oszczędzoną ponad 12 – krotność wynagrodzenia – dopowiada Monika Szlosek.
Na wysokość oszczędności ma wpływ także liczba osób, będących w jednym gospodarstwie domowym. Najczęściej posiadanie odłożonych pieniędzy deklarują rodziny czteroosobowe (53 proc.), natomiast trudno jest je odłożyć gospodarstwom jednoosobowym, w których koszty stałe nie rozkładają się na więcej zarabiających członków rodziny.
Z drugiej jednak strony warto zauważyć, że najwyższe kwoty oszczędności deklarują gospodarstwa jedno lub dwuosobowe. Badania wskazują, że w ponad 42 proc. z nich odłożone pieniądze przekraczają sześciokrotność miesięcznego wynagrodzenia. Najniższe oszczędności posiadają, co zrozumiałe, gospodarstwa z większą liczbą dzieci, co najmniej pięcioosobowe – w prawie co czwartym z nich, wysokość odłożonych pieniędzy to równowartość pensji z zaledwie jednego miesiąca.
Wysokość posiadanych oszczędności Polaków generalnie rośnie wraz z wiekiem. Podczas gdy w grupie młodych dorosłych (18 – 29 lat) posiadanie zasobów w wysokości minimum 12 -krotności miesięcznego wynagrodzenia deklaruje mniej niż jeden na 10 badanych (7 proc.), to w grupie osób od 50 do 69 lat jest ich już prawie trzykrotnie więcej. Tu pozytywny wpływ na wzrost oszczędności zaczyna już wywierać emerytura.
Trudno jednak o dobre perspektywy życiowe dla mieszkańców kraju, w którym grupa mająca największe poczucie bezpieczeństwa finansowego to emeryci.

Mniej ubogich, mniej też ubezpieczonych

Najmniej ubóstwa w USA jest w gospodarstwach domowych prowadzonych przez małżeństwa złożone z dwóch mężczyzn. Są one zamożniejsze, niż gospodarstwa kobiety i mężczyzny. Największy zasięg ubóstwa panuje w małżeństwach dwóch pań. To cenna wskazówka m.in. przy wyborze rodzin adopcyjnych.
Co nowego u statystyków amerykańskich? Najpierw jednak warto wiedzieć, że w USA funkcjonują trzy ogólnokrajowe agencje (urzędy) statystyczne. Są to: Biuro Spisów Stanów Zjednoczonych (US Census Bureau), Biuro Statystyki Pracy (Bureau of Labor Statistics) podległe Departamentowi (ministerstwu) Pracy oraz Biuro Analiz Ekonomicznych (Bureau of Economic Analysis) podległe Departamentowi Handlu. Każde z nich specjalizuje się w odrębnych dziedzinach. Dzisiaj powiemy o pracach Biura Spisów.
Biuro Spisów pracuje obecnie przede wszystkim nad Powszechnym Spisem Ludności 2020, który w USA przeprowadza się na mocy Konstytucji z 1787 r.
Artykuł I, Rozdział II Konstytucji wzywa do „faktycznego wyliczenia”, które ma być „dokonane w ciągu trzech lat po pierwszym spotkaniu Kongresu Stanów Zjednoczonych, a także w ciągu każdego dziesięcioletniego okresu, w sposób określony przez prawo bezpośrednie”. Jak pisze Biuro „230 lat temu, pieszo, konno, marszałkowie Stanów Zjednoczonych odwiedzili każde gospodarstwo domowe w naszym młodym kraju”.
Ta pierwsza „enumeracja” (spis) odbyła się 1790 r. i przyniosła wielką niespodziankę, gdyż oczekiwano, że liczba ludności ówczesnych Stanów Zjednoczonych wyniesie 2 mln osób, gdyż tymczasem według spisu wyniosła 3,9 mln osób.
W tym roku spisano do tej pory (dokładnie do 24 września br) 95 proc. gospodarstw domowych, w tym 66 proc. w trybie on line, telefonicznie bądź pocztą. Tegoroczny Spis Ludności przebiega pod hasłem: Historia spisów to historia Ameryki.
Według wstępnych szacunków liczba ludności USA wynosi obecnie 330 mln osób. W ciągu minionych 10 lat przybyło więc 10 mln osób.
Biuro Spisów ogłosiło, że wskaźniki ubóstwa w USA są obecnie najniższe od 1959 r. i wynoszą średnio 10,5 proc., w tym dla Latynosów 15,7 proc, a dla osób czarnoskórych 18,8 proc. Dla Azjatów wskaźnik ten wynosił 7,3 proc. Natomiast dla rasy białej nielatynoskiej – najmniej, bo 7,2 proc. (podobnie jak w 1973 r. i 2000 r.).
Udział osób czarnoskórych wśród ogółu ludności USA wynosi 13,2 proc. natomiast wśród ludności ubogiej, 23,8 proc. Wśród Latynosów udział w ogólnej liczbie ludności wynosił 18,7 proc., natomiast wśród ludności ubogiej aż 28,1 proc. Te dysproporcje są szczególnie wyraźne wśród dzieci i osób starszych powyżej 65 lat.
Od 2008 r. mediana dochodów gospodarstw domowych osób czarnoskórych wzrosła o 14,1 proc. w porównaniu z 24,3 proc. dla ludności latynoskiej i 11,1 proc. dla ludności białej. W sumie liczba osób żyjących w ubóstwie w USA wyniosła w 2019 r. – 34 mln, czyli o 4,2 mln osób mniej niż w 2018 r.
Biuro Spisów ogłosiło również dane dotyczące dochodów gospodarstw domowych par osób tej samej płci w porównaniu z małżeństwami. Wśród gospodarstw domowych małżeństw osób tej samej płci, 47 proc. stanowiły pary mężczyzn, a 53 proc. pary kobiet.
Wśród gospodarstw domowych małżeństw osób płci odmiennej i tej samej płci, wskaźniki ubóstwa nie różniły się istotnie. Jednak gospodarstwa domowe pary mężczyzn miały niższy wskaźnik ubóstwa niż małżeństwa osób płci odmiennej. Natomiast gospodarstwa domowe pary kobiet miały wskaźnik ubóstwa wyższy niż par osób płci odmiennej.
Różnice te częściowo mogą wynikać, jak stwierdza Biuro Spisów, ze struktury gospodarstw, zwłaszcza z liczby dzieci. Około 38 proc. gospodarstw domowych będących małżeństwami osób płci odmiennej posiada bowiem dzieci poniżej 18 lat, podczas gdy w przybliżeniu w gospodarstwach domowych małżeństw tej samej płci , tylko 9,3 proc. męskich i 26,5 proc. żeńskich miało dzieci. A utrzymanie dzieci kosztuje.
Niezależnie od wskaźnika ubóstwa, w obu kategoriach wiekowych (do i powyżej 65 lat) małżeństwa tej samej płci miały wyższą medianę dochodu niż małżeństwa płci przeciwnej.
Biuro Spisów opublikowało też ciekawe dane na temat dzieci w rodzinach. Spośród 1,1 mln par osób o tej samej płci, 14,7 proc. miało co najmniej jedno dziecko w swoim gospodarstwie domowym (w sumie 292 tysiące) – w porównaniu z 37,8 proc. gospodarstw należących do par o płci przeciwnej.
Na podstawie badań statystycznych Biura Spisów ogłoszono również, że sposród tzw. młodych dorosłych w wieku 25-34 lat, aż 17,8 proc. mieszkało we wspólnym gospodarstwie domowym ze swoimi rodzicami.
Tych wspólnych gospodarstw domowych było w 2019 r. 25,5 mln. Stwierdzono także, że w ten sposób zapewniono ich stabilność ekonomiczną oraz że osoby w tej grupie wiekowej miały czas na ukończenie szkoły, rozpoczęcie pracy i założenie własnego gospodarstwa domowego, już niezależnego od rodziców. Wskaźnik ubóstwa tych młodych ludzi zamieszkujących z rodzicami wynosił zaledwie 5,3 proc., co jest wartością niższą niż wskaźnik ubóstwa średnio dla wszystkich rodzin. Co oznacza, że ci młodzi także wnosili swoje dochody do gospodarstwa.
Dla informacji: próg ubóstwa w 2019 r. w USA to 19.998 dolarów na statystyczne gospodarstwo domowe rocznie a dla gospodarstwa czteroosobowego – 26.172 USD rocznie.
Według tegoż Biura Spisów oraz Biura Statystyki Pracy, mediana realnych zarobków pełnoetatowych pracowników wzrosła w 2019 r. w porównaniu z rokiem poprzednim o 0,8 proc. Zarobki kobiet były o 18 proc. niższe niż mężczyzn. Dochody gospodarstwa domowego w skali rocznej, także licząc według mediany (czyli wartości środkowej) wyniosły 68.703 USD.
Biuro Spisów wspólnie z American Community Survey (Program Badań Demograficznych) jak co roku prowadzi także badania statystyczne w zakresie ubezpieczeń zdrowotnych. Ubezpieczenia takie w 2019 r. posiadało 92 proc. osób. W tym 55 proc. to ubezpieczeni przez pracodawców. Prawie 20 proc. (mniej niż w 2018 r.) stanowią ubezpieczeni w ramach systemu Medicaid (wprowadzonego za prezydentury Obamy).
9,2 proc. osób w USA, czyli 29,6 mln nie posiadało żadnego ubezpieczenia zdrowotnego – i liczba ta była wyższa niż w 2018 r.

Drogo, coraz drożej?

Polacy skarżą się na rosnące ceny. Może to podważyć władzę PiS w stopniu o wiele większym, niż protesty w obronie zagrożonej demokracji.

 

Jak wynika z najnowszego raportu Krajowego Rejestru Długów, co miesiąc wydajemy na utrzymanie średnio 1572 zł, podczas gdy trzy lata temu było to 976 zł, czyli o ponad 60 proc. mniej.
Nie dziwi więc fakt, że przeszło 70 proc. badanych uważa, że koszty życia w Polsce są wysokie lub bardzo wysokie.

 

Zupełnie różne wskaźniki

Ta różnica: 1572 zł w tym roku, wobec 976 zł w 2015 r., robi porażające wrażenie. Nietrudno jednak zauważyć, że to wyliczenie ma się nijak do liczb podawanych przez Główny Urząd Statystyczny.
W świetle obliczeń GUS, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w naszym kraju też wprawdzie stopniowo rosną – ale nieporównanie wolniej, niż podaje to Krajowy Rejestr Długów.
Przy porównywaniu tych samych lat, 2015 i 2018, z danych GUS wynika, że w 2016 r. ceny dóbr konsumpcyjnych w ogóle nie wzrosły w porównaniu z rokiem poprzednim (a nawet spadły o 0,6 proc.). Ubiegły rok przyniósł wzrost o 2,1 proc. Na koniec września 2018 r. ceny zwiększyły się zaś o 0,7 proc.
Można zakładać, że koszty utrzymania to nie jest dokładnie to samo co ceny towarów i usług konsumpcyjnych. Oczywiste jednak, że wzrost kosztów utrzymania wynika bezpośrednio ze wzrostu cen dóbr konsumpcyjnych. Niemożliwe jest więc, aby przy wzroście kosztów utrzymania w latach 2015 – 2018 wynoszącym, jak podaje KRD, około 60 proc., ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły zaledwie o ok. 3 proc. Takich cudów nie ma.

 

Poszukiwanie rzetelności

Krajowy Rejestr Długów to prywatna spółka z siedzibą we Wrocławiu. Nie ma powodów, aby uznawać ją za bardziej wiarygodną niż Główny Urząd Statystyczny, który jest centralnym urzędem państwowym, zatrudniającym wielu specjalistów wysokiej klasy.
Warto też przypomnieć, że spółka KRD należy do tej samej grupy biznesowej co program Rzetelna Firma, w ramach którego przyznaje się certyfikaty rzetelności o tej samej nazwie. Rzetelna Firma była objęta patronatem Ministerstwa Gospodarki, które jednak pięć lat temu wycofało się z niego ze względu na „licznie zgłaszane zastrzeżenia dotyczące funkcjonowania programu” oraz pobieranie opłat za certyfikaty rzetelności.
Natomiast w ubiegłym roku spółka KRD stworzyła raport o kondycji branży turystycznej, który został uznany za mało rzetelny przez członków Polskiej Izby Turystyki. Tak więc, wydaje się, że do raportów KRD należy podchodzić z pewną dozą ostrożności.
Z drugiej jednak strony, na rynku mamy setki tysiące różnych dóbr konsumpcyjnych i GUS nie jest w stanie wyliczyć wskaźników wzrostu cen towarów i usług każdego z nich. Jest to więc jedynie pewien wyciąg, bazujący na informacjach pochodzących od – podobno – prawie 40 tys gospodarstw domowych, mających notować swoje codzienne zakupy.
Można mieć wątpliwości, czy te gospodarstwa – nie wiadomo zresztą jak często są one wymieniane na inne – zawsze rzetelnie notują swoje codzienne wydatki. Nie brak więc opinii, że GUS-owskie wskaźniki wzrostu cen towarów i usług są zaniżone.

 

Komuś trzeba wierzyć

Najważniejsze jest jednak nasze własne odczucie. Odczucia pewnej części Polaków są zaś takie, że w Polsce jest drogo – i coraz drożej.
Wspomniany raport Krajowego Rejestru Długów nie powstał na podstawie badań analitycznych lecz jest po prostu wynikiem sondażu, wykonanego przez jedną z firm badania opinii publicznej. Zawiera więc wyłącznie deklaracje pewnej grupy osób.
Grupa ta stanowi wprawdzie próbę uznawaną formalnie za reprezentatywną – ale wielokrotnie mniejszą, niż 40 tys gospodarstw domowych badanych przez GUS. Każdy Czytelnik sam więc musi zdecydować, komu woli wierzyć.
Ów sondaż, wykonany na zamówienie Krajowego Rejestru Długów, podaje, że według deklaracji respondentów, kwoty comiesięcznych rachunków, w porównaniu do badania z 2015 roku, wzrosły aż o 61 proc.
Z sondażu wynika, że obecnie średnio Polacy płacą 193 zł za prąd, 102 zł za telefon, 108 zł za wodę, 52 zł za wywóz nieczystości, 68 zł za Internet, 83 zł za telewizję kablową lub satelitarną, 116 zł za gaz, 514 zł za czynsz i 336 zł za energię cieplną.

 

Biedni i bogaci

Najdotkliwiej wysokość comiesięcznych opłat odczuwają co oczywiste, ci co zarabiają najmniej: osoby z wykształceniem podstawowym – 82 proc. oraz emeryci i renciści – 80 proc. To właśnie w portfelach tych dwóch grup, po opłaceniu wszystkich rachunków, zostaje najmniej pieniędzy (u osób z wykształceniem podstawowym – 596 zł oraz u emerytów i rencistów – 775 zł).
Trzeba jednak zauważyć, że emeryci i renciści nie stanowią jednorodnej warstwy społecznej. O ile renciści to rzeczywiście uboga część polskiego społeczeństwa, o tyle emeryci należą – statystycznie – do osób całkiem nieźle sytuowanych.
Najwięcej pieniędzy do dyspozycji po uregulowaniu wszystkich stałych zobowiązań pozostaje osobom od 25. do 34. roku życia oraz osobom z wyższym wykształceniem – jest to średnio ponad 2600 zł, czyli niemal o tysiąc złotych więcej powyżej średniej, która wynosi prawie 1679 zł.
Na podstawie deklaracji zebranych w sondażu, KRD ocenia, że w porównaniu do 2015 r., kiedy ta spółka przeprowadziła pierwszą edycję badania, obecnie Polacy gorzej oceniają swoją sytuację finansową oraz dostrzegają znaczny wzrost kosztów życia.

 

To, co poszło w górę

Jak wylicza KRD, w ciągu ostatnich trzech lat nasze rachunki za wodę wzrosły o 56 proc., za prąd o 65 proc., koszt gazu wzrósł o 73 proc., a wywozu nieczystości nawet o 93 proc.
Jednak niechlubne pierwsze miejsce na tej liście zajmują rachunki za energię cieplną – są one, zdaniem badanych, wyższe o 188 proc. w stosunku do 2015 r. Najmniej, bo o 20 proc. wzrosły nasze rachunki za telewizję i telefon – 24 proc.
Jak wynika z analiz KRD, na wzrost wydatków częściej wskazywały kobiety – 70 proc. w stosunku do 40 proc. mężczyzn. Z czego wynika ta dysproporcja?
– Powodem może być fakt, że to na kobietach częściej spoczywa obowiązek gospodarowanie rodzinną kasą, robienia codziennych zakupów i płacenia rachunków, w związku z tym, to one zauważają realny wzrost cen. Te ceny z kolei kobiety odnoszą do własnych zarobków, które rosną zdecydowanie wolniej niż koszty życia, i które w wielu zawodach są nadal niższe niż pensje mężczyzn na podobnych stanowiskach – komentuje Diana Jarocka, ekspertka Intrum.
Zupełnie innego zadania są osoby z grupy wiekowej 18-24 lat, które deklarują, że nie odczuły wzrostu kosztów życia, uważając, iż koszty te utrzymują się na średnim poziomie, a w związku z tym nie ma powodów do narzekania.
To nie oznacza, że tej grupy nie dotyczy wzrost kosztów życia.
– Część osób biorących udział w badaniu, które ukończyły 20. rok życia, nadal jest utrzymywana przez rodziców lub korzysta ze wsparcia dalszej rodziny. Młodzi Polacy, którym brakuje pieniędzy, chętnie sięgają po zewnętrzne źródła finansowania, takie jak np. kredyty czy pożyczki. Zadłużenie osób w wieku 18-24 lat łącznie wynosi już 872 mln zł, czyli w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wzrosło aż o 62 proc. – dodaje Diana Jarocka.

 

Kasa się nie zgadza

Polacy są niezadowoleni z stopniowo rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje im w portfelu pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów. To normalne, bo niezależnie od poziomu zamożności, trudno znaleźć kogoś, kto się cieszy, że musi więcej wydawać.
W rezultacie część z nas jest przez to zmuszona do sięgania po kredyty czy pożyczki, by załatać dziurę w domowej kasie. Rozmaite zobowiązania spłaca 4 na 10 Polaków. Niestety, rośnie liczba osób, które nie radzą sobie z bieżącym regulowaniem należności.
Statystyczne gospodarstwo domowe wydaje na spłatę rat pożyczek i kredytów gotówkowych około 706 zł miesięcznie, (w 2015 r. było to mniej, bo niecałe 440 zł). Wydaje się niewiele, ale to niemal dwukrotny wzrost w porównaniu z pierwszą edycją badania KRD.
Nasze długi rosną. Tę tendencję potwierdzają inne dane: w II kwartale 2018 r. zobowiązania kredytowe Polaków zwiększyły się o 3,74 mld zł (do 33,13 mld zł), podczas, gdy w pierwszym kwartale przyrost ten wyniósł 0,27 mld zł.
Ponadto, tzw. Indeks Zaległych Płatności Polaków, również się podwyższył, z poziomu 76,8 w 2017 r. do 86,5 obecnie, co oznacza, że na 1000 dorosłych obywateli w naszym kraju przypada prawie 87 niesolidnych dłużników.
W II kwartale tego roku przybyło 5,25 mld zł niespłaconych w terminie zobowiązań. Dla porównania, w okresie styczeń-marzec 2018 było to 1,24 mld zł. Liczba osób, które planują zaciągnięcie nowych pożyczek lub kredytów wzrosła zaś prawie dwukrotnie.
Wszystko to może skutecznie zniwelować, zauważany dotychczas, stopniowy wzrost zamożności części Polaków – i w niedalekiej przyszłości zagrozić rządom obecnej ekipy.