Ponura francuska miłość

Nie tak często się zdarza, że jakaś książka wywołuje ciąg zaskakujących społecznych zdarzeń i konsekwencje, wśród których jest nawet śmierć. Na początku roku wyszła w Paryżu La familia grande napisana przez 45-letnią prawniczkę Camille Kouchner, rzecz o rodzinnych sekretach. Kazirodztwo, gejowskie gwałty – te ciche, wstydliwe zjawiska zostały wywleczone na publiczne światło i okazało się, że tag #Metoo jest daleko niewystarczający. Przemoc seksualna jest obecna w środowiskach elit polityczno-artystycznych tak samo, jak gdzie indziej.

„Seks to nasza wolność” – odpowiedziała kiedyś autorce La familia grande jej matka Évelyne Pisier, gdy zwróciła uwagę, że jej ojczym, dziś 70-letni Olivier Duhamel, smali cholewki do żony przyjaciela. Dostęp do seksu był obowiązkiem w tym środowisku, pod karą kpin. Matka pisarki, jej ciotka Marie-France Pisier i matczyna babka promowały feminizm, który ma się spełnić dzięki emancypacji seksualnej. Taka „wolność” stała się przymusem w tej lewicowej, dobrze sytuowanej paryskiej rodzinie, która kibicowała rewolucjom ludowym w Ameryce Łacińskiej.
Podobnie jak wielu lewicowców z 1968 r., Olivier Duhamel wylądował w końcu u „socjalistów” (w Partii Socjalistycznej), by jak oni przyjąć oligarchiczny neoliberalizm i tzw. realpolitik jako wyznaczniki działania społecznego. W tej sytuacji partia się rozpadła, a Duhamel od początku, jak np. Daniel Cohn-Bendit, poparł prezydenturę Emmanuela Macrona, doradzał mu nawet i regularnie spotykał się z jego żoną Brigitte. Może nie był Rasputinem, ale miał ogromne wpływy. Problem w tym, że kiedyś wieczorami naciskał klamkę do pokoju swego 13-letniego pasierba, brata bliźniaka Camille, zamykał drzwi i zostawał tam jakiś czas.
Fin de Siècle
Camille Kouchner i jej gwałcony brat to dzieci Bernarda Kouchnera, który politycznie też przeszedł drogę z lewicy prosto na prawicę, był nawet szefem francuskiej dyplomacji u Sarkozy’ego i rządził Kosowem w imieniu ONZ. Wielki zwolennik wojen humanitarnych wplątał się w interesy kosowskiej mafii, która handlowała ludzkimi organami, ale jakoś wyplątał się z oskarżeń. Duhamel przejął jego żonę z dziećmi. Wykładowca politologii na Science Po, czyli w prestiżowym Instytucie Studiów Politycznych, paryskiej „kuźni kadr” Republiki, stał na czele różnych stowarzyszeń i fundacji, był członkiem kilku rad nadzorczych, ale przede wszystkim był idealnie przytulony do władzy, jako szef klubu Siècle.
Paryski klub Siècle ma mniej więcej tylu członków, co parlament, a jego działalność polega na urządzaniu uroczystych kolacji raz na miesiąc, na których omawia się „tematy bieżące”. To prawie rodzaj obiadów czwartkowych, tyle, że ściśle politycznych. Siècle zawsze był mega-elitarnym klubem władzy – dziś np. należy doń 11 ministrów rządu Macrona. Duhamel miał pozycję tego, który „wyznacza królów” we francuskiej polityce, krążąc nad wszystkimi ministrami, radcami stanu, różnymi mandarynami politycznymi, szefami największych spółek giełdowych, generałami, bankierami oraz redaktorami naczelnymi największych mediów, którzy mieli członkostwo klubu. Nikt otwarcie nie mówił, że to Siècle wyznacza pewne trendy polityczne i decyzje państwa, ale to się wiedziało. Kiedy po ukazaniu się książki Duhamel musiał podać się do dymisji, klub niemal się rozpadł, w każdym razie stał się maksymalnie dyskretny.
Śmierć w basenie
Camille Kouchner opisuje rodzinę, która mogłaby wystąpić w powieści Houellebecqa. Wakacje w rajskim, prowansalskim domostwie, gdzie żyło się po nowemu, bez pruderii. Wszyscy łącznie z gośćmi musieli być nagusami, a Olivier Duhamel robił zdjęcia piersiom czy pośladkom dzieci i starszych, by je rozlepiać na ścianach. Starsi podrywają się przy małych, mali mają całować się z języczkiem… Camille zabrało trochę czasu, zanim zrozumiała, dlaczego źle się czuje. Pokazuje środowisko dysfunkcyjne, niezdrowe, nieodpowiednie dla dzieci i nastolatków, krzywdzące. No i kazirodztwo. Duhamel wykorzystywał brata Camille, a ich matka postanowiła milczeć.
Hałas zaczęła podnosić w końcu Marie-France, siostra ich matki. Pisała listy, kontaktowała się z dziennikarzami, ale wczesną jesienią 2017 r. znaleziono ją martwą na dnie jej przydomowego basenu. Czy Duhamel byłby zdolny do morderstwa? Można odnieść wrażenie, że Camille tego nie wyklucza. Z początku szef Siècle’u zapewniał, że po prostu zakochał się w chłopcu, ale brat autorki zaraz wniósł skargę do prokuratury, będzie sprawa, choć czyny są przedawnione. Prawdziwym kontekstem książki nie jest nawet kazirodztwo, ale bezwzględna dominacja, możliwa dzięki zaufaniu, zależności od kata i zależności afektywnej w ogóle. Tymczasem efektem ubocznym „skandalu Duhamela” stał się nieoczekiwany efekt domina.
Science Po
Szkoła ta znała już skandale: jej czcigodny dyrektor Richard Descoings w 2012 r. został znaleziony bez życia w swoim nowojorskim pokoju hotelowym, nagi, obrzygany i nawalony kokainą po dziurki w nosie. On również był z pokolenia lewicy, która zmieniła się w prawicę. Pojechał do USA na zaproszenie sekretarza generalnego ONZ, by wziąć udział w kolokwium na Uniwersytecie Columbia, ale wieczorem zamówił sobie dwie męskie prostytutki, żeby się rozerwać i serce nie wytrzymało. Mimo wszystko, najwyższe czynniki państwowe oddały mu hołdy jak trzeba, aż okazało się, że zmarły rektor zarządzał szkołą jak pięciolatek, powstały duże szkody i lepiej było o nim zapomnieć.
Gdy wszyscy już poznali treść książki Camille Kouchner, padło pytanie skąd się wzięła wieloletnia omerta, kto wiedział i nie powiedział? Tu znowu mamy dyrektora Science Po, czyli wysokiego urzędnika państwowego: Frédéric Mion musiał oddać klucze, bo wyszło, że wiedział co trzeba o jednym z wykładowców, a jednak nic nie zrobił. Mion to tuszował, bo Duhamel był jakby nad nim, ale teraz stał się pierwszą kostką domina. Posypały się i inne dymisje bliskich przyjaciół Duhamela: np. Élisabeth Guigou – „socjalistka”, która stała na czele parlamentarnej komisji ds. kazirodztwa i przemocy seksualnej wobec dzieci, czy prefekt regionu paryskiego, ciężki prawicowy seksista Marc Guillaume. Macron oczywiście wyraził oburzenie kazirodztwem i pedofilią, gdy z Science Po zaczęły nadchodzić informacje o protestach przeciw molestowaniu seksualnemu i nawet gwałtom, do których miało dochodzić na uczelni.
Dwa nurty
„Skandal Duhamela” zaczął nagle pączkować innymi aferami tego typu, z których kilka warto wspomnieć: wkrótce poleciał też inny macronista Dominique Boutonnat, szef francuskiego kina, producent, odpowiednik hollywoodzkiego Weinsteina, prezes Narodowego Ośrodka Kinematografii (CNC), który postawił wymóg zyskowności filmów. Nie za to poleciał, lecz z powodu podejrzenia gwałtów na swoim 22-letnim chrześniaku, podczas ostatnich wakacji w Grecji, gdy tamten wniósł skargę na fali poksiążkowego przebudzenia. 70-letni Richard Berry, jedna z legend francuskiego kina, oskarżony przez 45-letnią córkę Coline Berry-Rojtman o kazirodztwo w jej dzieciństwie. Albo 38-letni radny komunistyczny Paryża Maxime Cochard, który wraz ze swym partnerem miał zgwałcić 20-letniego chłopaka w jego akademiku pod Paryżem…
To, co stanowiło składniki skandalu – kazirodztwo i gejowskie gwałty – rozbiło się w dwa nurty społecznego oburzenia, które wyraziło się rychłym powstaniem tagów #MetooInceste i #MetooGay. Nimi oznaczono dziesiątki, setki i w końcu tysiące wyznań skrzywdzonych na zawsze ludzi. Skruszony rząd dał do zrozumienia, że wycofa się z pomysłu obniżenia wieku dojrzałości seksualnej do 13 lat, ma zostać jednak 15. W lutym okazało się, że 20-letni Guillaume T., który pierwszy wrzucił do sieci tag #MetooGay, był ofiarą Cocharda. Dwa tygodnie później znaleziono studenta powieszonego we własnym pokoju. Jak wszyscy, Cochard wszystkiemu zaprzecza.
Tylko nie QAnon
We Francji Kościół nie kojarzy się tak automatycznie z pedofilią jak w Polsce, bo też nie ma takiego znaczenia politycznego, jak u nas. Ludzie są raczej skłonni uważać, że jeśli oni i ich dzieci są dupczeni, to raczej przez elity, przez polityków i oligarchię. Ale taki pogląd ma w sobie coś z niebezpiecznego populizmu – alarmują podręczni komentatorzy, jak pochodzący z naszych stron prawicowy filozof Alain Finkielkraut, który w telewizji zawzięcie bronił Oliviera Duhamela, a wcześniej Romana Polańskiego. Francja chyba nie chce mieć na karku czegoś w rodzaju trumpowskiego QAnonu oskarżającego demokratyczne elity, w tym samego Joe Bidena, o zorganizowaną pedofilię? Chcecie wojska na ulicach, jak w Waszyngtonie? Wystarczy „żółtych kamizelek”!
Cały ten ruch ofiar stał się wrażliwy polityczne, aż po anegdoty: o molestowanie seksualne został oskarżony nawet podtatusiały François Asselineau, po którym autentycznie nikt się tego nie spodziewał. To 63-letni szef Ludowego Związku Republikańskiego (UPR), „partii Frexitu”. Dwóch byłych pracowników partii, w tym szef gabinetu szefa, oskarża go o „skradzione całusy”(!). Asselineau publicznie powiedział o swej biseksualności i uważa całą sprawę za intrygę polityczną. W tle takich doniesień sprawa gejowskich gwałtów nie przestaje jednak elektryzować, jakby to było nowe, dopiero odkryte tabu. Ma ono przed sobą dużą przyszłość.
Miłość Macrona
Sprawa Duhamela, nauczyciela Macrona z Science Po, pozostaje bardzo niewygodna dla obecnej władzy, bo przecież Brigitte poderwała Emmanuela, gdy miał 14 lat. Normalnie zajęłyby się tym służby socjalne, ale oboje pochodzili z wyższej burżuazji, ona już wtedy była żoną bankiera, i skandal przeszedł bokiem. Dziś jest trochę trudniej, bo skrzywdzeni, z opóźnieniem lub nie, zaczęli się odzywać, albo tylko świadkowie, jak Camille Kouchner. Władza i gwałt, władza i dominacja, władza i wyzysk – te tematy wróciły do publicznych debat szeroką falą, od grzecznych w telewizji, po niegrzeczne, bardzo polityczne w internecie.
We Francji sam szef policji, minister spraw wewnętrznych Gérald Darmanin ze skrajnej prawicy, ma na karku śledztwa ws. gwałtów z czasów, gdy jako prowincjonalny urzędnik przydzielał mieszkania w zamian za usługi seksualne. Feministki domagają się jego dymisji, ale prezydent Macron go kocha. Dlatego dużo pozostaje jeszcze do zrobienia w sprawach władzy i seksu.

Osiągnięcia Chin w zakresie praw człowieka zasługują na szacunek

Realizacja pełni praw człowieka jest wspólnym celem ludzkości oraz nieustannym dążeniem Komunistycznej Partii Chin i chińskiego rządu.

Po ustanowieniu Nowych Chin naród chiński dokonał bezprecedensowego cudu w zakresie rozwoju, a w sprawie ochrony praw człowieka w Chinach dokonano znacznych osiągnięć, które przyciągnęły uwagę całego świata. Podjęliśmy wysiłki, których punktem wyjścia oraz celem było zwiększanie dobrobytu, zapewnienie, by obywatele mogli sami decydować o własnym życiu oraz promowanie wszechstronnego rozwoju ludzi. Od początku do końca realizowaliśmy nasz cel, jakim jest dobrobyt obywateli. Z powodzeniem podążaliśmy odpowiadającą warunkom narodowym Chin ścieżką rozwoju praw człowieka. Niedawno członek Rady Państwa ChRL i minister spraw zagranicznych Wang Yi wziął udział w 46. sesji Rady Praw Człowieka ONZ i wygłosił przemówienie, w którym przedstawił światu rzeczywistą sytuację przestrzegania praw człowieka w Chinach, a także metodycznie objaśnił i podsumował chińską politykę w tym zakresie.

  1. Uważamy, że w koncepcji ochrony praw człowieka najważniejsi są właśnie ludzie.
    Istotą praw człowieka są ludzie. Zwiększanie poczucia spełnienia, szczęścia i bezpieczeństwa jest podstawowym zadaniem praw człowieka i głównym celem władz na szczeblu krajowym. Chiny podkreślają najwyższą pozycję ludzi w kontekście praw człowieka i stawiają ich interesy na pierwszym miejscu tak, aby owoce rozwoju tych praw przyniosły wszystkim więcej sprawiedliwych korzyści. Generalne zwycięstwo Chin w walce z ubóstwem jest kamieniem milowym dla respektowania praw człowieka. Wniosło ono również istotny wkład w rozwój praw człowieka w kontekście międzynarodowym. Od czasu rozpoczęcia reform i otwarcia 770 mln mieszkańców wsi w całym kraju wyszło z ubóstwa, liczba ta stanowi ponad 70 proc. ówczesnej światowej populacji ubogich wychodzących z ubóstwa. Chiny tym samym osiągnęły cel redukcji ubóstwa 10 lat przed terminem określonym w Agendzie ONZ na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030, zyskując szerokie uznanie społeczności międzynarodowej. Chiny działają na rzecz szybkiego rozwóju gospodarczego i długoterminowej stabilności społecznej. Chiński PKB przekroczył 100 bln juanów. Państwo to stworzyło największy na świecie system zabezpieczeń społecznych, obejmujący wszystkie aspekty życia, takie jak emerytury, opieka medyczna, zapomogi i mieszkania socjalne. Cały czas zwiększa się dobrobyt mieszkańców i pogłębiana jest realizacja gwarancji dotyczących ochrony praw człowieka, co zyskało szczere poparcie wszystkich Chińczyków.
  2. Uważamy, że powszechność praw człowieka jest nierozerwalnie związana z sytuacją danych państw.
    Poszczególne kraje różnią się historią i kulturą, systemami społecznymi oraz poziomami rozwoju gospodarczego i społecznego. Różnią się także zadania związane z rozwojem praw człowieka i metody ich ochrony. Ochrona praw człowieka musi postępować zgodnie z krajowymi uwarunkowaniami i potrzebami danego narodu. Jako największy kraj rozwijający się na świecie, Chiny od dawna borykają się z problemem niezrównoważonego i niewystarczającego rozwoju, dlatego uważamy prawa do życia i rozwoju za podstawowe prawa człowieka. Dla kraju takiego jak nasz (o populacji 1,4 mld osób) oraz rządzącej nim Komunistycznej Partii Chin głównym obowiązkiem jest rozwiązać problem zaspokajania podstawowych potrzeb. Na takich podstawach możemy lepiej się rozwijać i sprawić, by życie obywateli było szczęśliwsze. Jak zauważył Przewodniczący Xi Jinping: „Proces, w którym Chińczycy realizują marzenie Chin o wielkim odrodzeniu narodu chińskiego, w swej istocie jest procesem urzeczywistniania sprawiedliwości społecznej oraz ciągłego rozwoju praw człowieka”.
  3. Będziemy systematycznie propagować różnego rodzaju prawa człowieka.
    Definicja praw człowieka jest wszechstronna i obejmuje nie tylko prawa obywatelskie i polityczne, ale również prawa gospodarcze, społeczne i kulturalne. Wszystkie rodzaje praw człowieka należy rozpatrywać globalnie i rozpowszechniać w sposób wszechstronny. Ich zakres podlega ciągłej ewolucji, w chwili obecnej prawa do zdrowia i czystego środowiska powinny zajmować coraz ważniejsze miejsce. Aktywnie promując rozwój społeczny i gospodarczy, Chiny nieustannie poprawiają poziom ochrony praw człowieka. Wskaźnik edukacji powszechnej znacznie wzrósł, a z publicznych usług kulturalnych korzysta coraz więcej osób. Wybory demokratyczne, konsultacje, systemy podejmowania decyzji i nadzoru są stale ulepszane. Prawa grup, takich jak kobiety, dzieci, osoby starsze i niepełnosprawne, są skutecznie gwarantowane. Stawiając czoła epidemii COVID-19 na pierwszym miejscu umieściliśmy bezpieczeństwo i zdrowie ludzi. Dokładamy wszelkich starań, aby bronić godności życia ludzkiego i wartości, jaką ono przedstawia.
  4. Podtrzymujemy dialog międzynarodowy i współpracę w kontekście praw człowieka.
    Ochrona i propagowanie praw człowieka jest wspólną sprawą ludzkości. Globalne zarządzanie prawami człowieka musi być negocjowane i tworzone przez wszystkie państwa, a owoce rozwoju praw człowieka muszą być rozdzielane na wszystkich. Chiny zawsze były uczestnikiem, twórcą i ofiarodawcą międzynarodowego systemu zarządzania prawami człowieka oraz aktywnie promowały jego zdrowy rozwój. Podczas walki z epidemią przeprowadzono największą na świecie akcję humanitarną w historii Chińskiej Republiki Ludowej. To Chiny, jako pierwsze, zadeklarowały, iż nowa szczepionka przeciw COVID-19 stanie się globalnie dostępnym produktem. Do tej pory w zakresie szczepień udzieliły pomocy sześćdziesięciu dziewięciu znajdującym się w potrzebie krajom i dwóm organizacjom międzynarodowym. Chiny eksportują szczepionki do dwudziestu ośmiu krajów, które wyraziły chęć ich zakupu. Podejmują nieustanne wysiłki, aby zapewnić dostępność i przystępną cenę szczepionek w krajach rozwijających się, a także działają w celu realizacji koncepcji wspólnoty ludzkiej w kontekście zdrowia i higieny.
    Jednocześnie zwracam uwagę, iż Chiny wspierają wysiłki poszczególnych państw, których działania – oparte o zasady wzajemnego szacunku, prowadzą do umacniania wymiany i współpracy w zakresie ochrony praw człowieka. Równocześnie Chiny sprzeciwiają się stosowaniu podwójnych standardów oraz atakom i dyskredytowaniu innych krajów. Sprzeciwiają się ingerowaniu w wewnętrzne sprawy innych państw pod pretekstem ochrony praw człowieka. Ostatnio politycy i media w niektórych krajach wysunęli bezpodstawne oskarżenia o „ludobójstwo”, „pracę przymusową” i „ucisk religijny” w Xinjiangu w Chinach. Są to bezpodstawne i czysto złośliwe pomówienia natury politycznej. Szerzenie tych kłamstw ma na celu niszczenie stabilności społecznej w Xinjiangu, co samo w sobie jest rażącym naruszeniem praw człowieka. Prawdą jest natomiast to, że ​​od 2010 do 2018 roku populacja Ujgurów w Xinjiangu wzrosła o prawie 2,55 mln, co oznacza wzrost o 25 proc. , znacznie wyższy niż wzrost całej populacji w Xinjiangu (13,99 proc. ) i dwuprocentowy wzrost populacji Han w tym samym okresie. Osoby pracujące w Xinjiangu – bez względu na pochodzenie etniczne, wybierają swe zawody zgodnie z własnymi życzeniami, korzystają z wielu praw pracowniczych, a ich wolność osobista nigdy nie została ograniczona. Xinjiang w granicach prawa gwarantuje wolność wyznania ludziom wszystkich grup etnicznych, istnieje ponad 24 tys. meczetów, a na jeden meczet przypada średnio 530 muzułmanów. Mieszkańcy Xinjiangu żyją i pracują w pokoju, cechuje ich harmonijna jedność etniczna, a dobrobyt i rozwój społeczny są najpotężniejszymi narzędziami obalającymi rozpowszechniane kłamstwa.
    Jaka jest więc sytuacja praw człowieka w Chinach? To Chińczycy mają najwięcej do powiedzenia na ten temat. Na terytorium Chin nie trzeba obawiać się wojny, czy konieczności poszukiwania bezpiecznego schronienia. Ponad miliard Chińczyków prowadzi szczęśliwe życie dzięki ciężkiej pracy i właśnie to jest realizacja największego projektu w dziedzinie praw człowieka, jak również najlepsze urzeczywistnienie ich ochrony. Wszystko to w pełni pokazuje, że ścieżka rozwoju praw człowieka w Chinach jest odpowiednia i prawidłowa. Chiny będą nadal wspierać różnorodność cywilizacji oraz ducha wymiany i wzajemnego uczenia się, a na podstawie równości i wzajemnego szacunku będą wzmacniać wymianę i współpracę w dziedzinie ochrony praw człowieka ze wszystkimi stronami, promować rozwój poprzez współpracę i ochronę praw człowieka poprzez rozwój oraz wspólnie budować wspólną przyszłość dla ludzkości.

Boya wina

Tadeusz Żeleński „Boy” od urodzenia był nietypowy. A urodził się 21 grudnia roku 1874. Jego ojciec Władysław Żeleński, migrant zarobkowy z Galicji, przyjechał do Warszawy, gdzie znalazł pracę i żonę, Wandę Grabowską. Wrócił do Krakowa z doświadczeniem i rodziną, czyli żoną – notabene bliską przyjaciółką Narcyzy Żmichowskiej (Google wie, kto ona) – i trzema synami. Zamieszkał tuż przy granicy miasta (wtedy było to starorzecze Wisły) na ul. Św. Sebastiana.

Tam w domu otwartym ( Michał Bałucki kłania się nisko) dorastał Tadeusz, który nigdy – no, prawie nigdy – nie przestał być chłopcem. Nigdy nie miał dość życia i świata, i teatru. Dorastał razem z teatrem (teraz już Starym) i Młodą Polską. Ta Polska, najpierw Młoda, potem Odrodzona, naprawdę nigdy mu się nie podobała, choć obie darzył sentymentem. Zanim zdążył się ustatkować, przyszła Wielka Wojna (pierwsza), a on z tęsknoty za Francją i rozumem zaczął tłumaczyć francuskie myśli i sztuki na język polski, zaczynając od Balzaka („robię go w szalonym tempie, 20 tomów na rok wypadło. Na mózg bym dostarczył i więcej, tylko oczami nie wiem, czy nadążę…”). Tak tworzyła się Biblioteka Tłumaczeń Boya. W baraku z desek, na posterunku lekarskim, na dworcu kolejowym między torami. Pluskwy, dymiący piecyk, myszy, szczury – w takich warunkach powstawały tłumaczenia Rousseau i Pascala, Kartezjusza, Montaigne’a. Czterdzieści tomów wydano w latach 1914–1918. Potem Molier, De Marivaux , Racine , Beaumarchais (Wesele Figara), Diderot, Stendhal. To on (Boy) jest winny przełożenia Króla Ubu Jarre’ego oraz demoralizatorów w rodzaju Brantome’a, Gide’a, Villona. Tłumaczył też Monteskiusza, który raczej się u nas nie przyjął, i Pascala, podobno modnego ostatnio w warszawskich kręgach.
Tłumaczył i tłumaczył, wydawał i wydawał. Wydał cały posag żony, Zofii Pareńskiej, a raczej wydali go razem, bo Zofia była jego wspólniczką, redaktorką, wydawczynią bardziej niż żoną i kochanką. Życie wydawnicze prowadzili razem, osobiste zaś dosyć osobno.
Tadeusz tłumaczył i tłumaczył się z tego, że tłumaczy. Flirtował i pisał Flirty z Melpomeną, jeden za drugim: fascynującą kronikę polskiego teatru okresu międzywojnia – kiedy jeszcze nie było wiadomo, że to tylko międzywojnie. Zawsze był w coś zaangażowany: od opieki nad matkami (przecież był lekarzem, a krótko pediatrą), przez ruch świadomego macierzyństwa, aż do walki z karalnością aborcji.
Francuzi dali mu Legię Honorową. Gdy Józef Hen chciał napisać dla nich o Żeleńskim i Montaigne’u, francuski wydawca odpowiedział, że tłumacze ich nie interesują – jeśli któryś naród nie chce czytać Montaigne’a, niech nie czyta. W sumie racja. Jeśli ktoś nie chce czytać, niech nie czyta. Polacy więc generalnie nie czytają. Boy był innego zdania, chciał, by ludzie czytali, i to nie tylko jego przekłady. Jeździł z odczytami po Polsce. Przywoził Bibliotekę Boya. Miał wielbicieli i wielbicielki. Ale otrzymywał też pogróżki i obelgi niemal ze wszystkich stron. A za co? A za Dziewice konsystorskie. Proszę wybaczyć przydługą cytatę (a bibliotece Wolne Lektury wypłacę za to darowiznę, jak tylko pensja wpłynie na konto):
„Sztuka (Katajewa) osnuta jest dokoła spraw małżeńskich. Dwie „zarejestrowane” pary okazują się niedobrane; sympatie czworga młodych – zamieszkałych w jednym pokoju – ciągną ku sobie na krzyż. Mimo że sytuacja jest jasna już z początkiem drugiego aktu, autor prowadzi ją przez szereg zawikłań, aż wreszcie brodaty komisarz rozcina sprawę, kojarząc na krzyż kochające się pary i mówiąc dobrodusznie: „No, kochajcie się i starajcie się nie robić głupstw… przynajmniej przez jakiś czas: od tego republika sowiecka nie zginie”. … Mimo woli zastanawiamy się, jakby podobna sytuacja wyglądała u nas. Dawniej, byłaby w ogóle bez wyjścia. Gdyby miłość była serio, może by sobie ktoś w łeb strzelił albo by się utopił, w najlepszym razie byłoby czworo osób nieszczęśliwych. A dziś? Dziś rozwiązanie jest u nas trojakie. Jeżeli małżonkowie nie mają pieniędzy, wówczas w ogóle są poza prawem, nie mają u nas prawa do niczego. Nie ma dla nich żadnego godziwego rozwiązania sytuacji. Jeżeli mają pieniądze na opłacenie adwokatów i kosztów, mogą, przy zmianie religii, przeprowadzić rozwody i „zarejestrować” się na nowo. Jeżeli mają dużo pieniędzy, w takim razie mogą sobie oszczędzić zmiany religii. Wówczas, przy pomocy paru fałszywych świadków i fałszywych zeznań, popartych w potrzebie krzywoprzysięstwem za cichą zgodą organizatorów tej komedyjki, mogą po kilku latach mozołów uzyskać szczęśliwe unieważnienie małżeństwa.”
„Dziś” Boya to rok 1929. W naszym „dziś” odbył się niedawno ślub kościelny dwóch konsystorskich dziewic z udziałem władz państwowych, jednego biskupa i prawie całej narodowej telewizji. Dziś życie jest tańsze, adwokaci też tańsi, a rozwód możliwy w Sądzie Okręgowym. Oczywiście tylko dla słabo wierzących. Nie wiem czy „otake” Polskę chodziło Boyowi, ale na pewno uznałby to za postęp. W stosunku do roku 1929.
Jedno się nie zmieniło – podobno. Boy pisał (tamże):
„Chodzi o normalny prawie tok kościelnego unieważniania małżeństw za pomocą fałszywych świadectw i krzywoprzysięstwa. „Co do tych krzywoprzysięstw (pisze mi ktoś z Kresów), to mówił mi jeden adwokat, iż nawet jest tak utarte, że świadek krzywoprzysięga, a później tenże ksiądz spowiada go i rozgrzesza, nakazując przy tym odpowiednie zadośćuczynienie, tj. pokutę…” Istotnie, kombinacja, o której sam Pascal nie pomyślał w swoich Prowincjałkach. Ale nie przypuszczam, aby to było tak powszechne. Zazwyczaj – przy wielkim aparacie – rzecz odbywa się delikatniej: świadka naprowadza się na to, co potrzeba, aby zaprzysiągł; kto inny konferuje ze świadkiem, kto inny odbiera przysięgę, może więc ją przyjąć z dobrą wiarą lub przynajmniej nie wchodząc w to bliżej; od kogo innego świadek dostaje pieniądze (o ile nie świadczy z przyjaźni lub z ludzkiego współczucia), sprawę zaś zbawienia duszy świadka zostawia się zwykle jego własnej trosce. Jeżeli chce, może się wyspowiadać; grzech się zmaże, a rozwód został. Umyślnie mówię „rozwód”; mimo iż wiadomo, że rozwodu w Kościele katolickim nie ma, głos ludu nigdy inaczej nie mówi tylko „rozwód”. I w rezultacie, ma rację. Po prostu, skoro w małżeństwie jest żądanie rozwodu, szuka się nieformalności celem unieważnienia małżeństwa; nie kijem, to pałką, dla pacjenta wszystko jedno, jak się nazywa. Różnica jest ta, że gdy rozwód jest w zasadzie rzeczą rzetelną i poważną, unieważnienie bywa najczęściej dość gorszącą komedyjką.”
Ślub konsystorskich dziewic, płci obojga, też może być niezłą komedyjką. Nawet jeśli nikt, włącznie z Prezesem Prezesów, nie poślizgnie się na skórce… A rozwód – pardon, unieważnienie – ważnej ważności, to rzecz ludzka i boska.
Największa zbrodnia prawa karnego ze wszystkich krajów Europy obowiązuje tylko na Malcie i w Watykanie. Restrykcyjne ograniczenia aborcji (małe zbrodnie) są w mocy tylko w Polsce, w księstwie Monako i w księstwie Lichtenstein. W sumie niektórzy też uważają Polskę za monarchię, i to raczej niekonstytucyjną. Czy Boy uznałby to za postęp, szczerze wątpię.
Kto wie, czy nie najbardziej drażliwe kwestie poruszał Boy w innym zbiorze tekstów. Choć zapewne jako niesłychanie taktowny i wyrozumiały krakowsko-warszawski inteligent ze starej (Liceum Nowodworskie) szkoły, nie użyłby publicznie osławionego słowa na „w”. Za to jest cytata, ostatnia:
„Nawet tam, gdzie kościół wchodzi w świeckie potrzeby obywateli, sposoby jego działania jakże są różne od sposobów państwa! Tak np. w palącej sprawie bezrobotnych kościół może się ograniczyć do zarządzenia mszy świętej na ich intencję; ale trudno sobie wyobrazić ministra skarbu, który by nakazał swoim urzędnikom trzydniowy post na intencję poprawy bilansu handlowego. Rozbieżność tę najlepiej zilustruje pewne wspomnienie wyniesione z dawnych czasów, kiedy byłem lekarzem w szpitalu dla dzieci. W szpitalu tym mieściły się wszystkie oddziały, od chirurgii do chorób zakaźnych. Zmorą wiszącą wciąż nad szpitalem była obawa rozwleczenia infekcji. Zwłaszcza szkarlatyny, co było najczęstsze i najgroźniejsze. Istotnie, cóż okropniejszego dla lekarzy, którym rodzice oddali zdrowe dziecko dla jakiejś drobnej operacji — przepukliny lub skrzywionej nóżki — a które ginie, zaraziwszy się w szpitalu szkarlatyną! Toteż surowe przepisy obowiązywały zarówno lekarzy, jak służbę: lekarzom, którzy pracowali na oddziale zakaźnym, nie wolno było zachodzić na inne oddziały; służbie nie wolno było stykać się z resztą personelu.
Otóż przepisy te nie obejmowały tylko jednego czynnika: zakonnic. Siostry zakonne pielęgnujące chorych schodziły się – ze wszystkich oddziałów – po kilka razy dziennie w kaplicy na wspólne modlitwy, jak nakazywała ich reguła. Siostry nie nosiły kitlów płóciennych, bo tego nie przewidywała reguła; ba, reguła przepisywała, że ich suknie zakonne i cała odzież ma być wspólna! Siostry nie podlegały przepisom o dezynfekcji i antyseptyce. W rezultacie mordercza szkarlatyna raz po raz wybuchała w szpitalu. Wówczas stary profesor wzywał podwładnych, mówił kazania, burczał, zrzędził; jednego tylko się nie poruszało: sprawy zakonnic. A kiedy który z młodych lekarzy o tym natrącił, profesor, wściekły, odwracał rozmowę. Wiedział, że tu nic nie zmieni, nie czuł w sobie energii do walki, jaką by trzeba podjąć, wolał o tym nie myśleć. Istotnie, cóż znaczyły dla sióstr jakieś nowinki nauki Pasteura wobec reguły, która wiodła się od przedwiecznych i świątobliwych założycieli zakonu.
Spójrzmy teraz na to z punktu sióstr; znam ten punkt widzenia dobrze, bo nieraz z nimi rozmawiałem. Zachorowanie dziecka na szkarlatynę było dla nich po prostu dopustem bożym; bez woli bożej nie nastąpiłoby; toteż na całą naszą antyseptyczną krzątaninę siostry patrzyły z politowaniem. Przypuszczać, że wspólna modlitwa sióstr może być rozsadnikiem zarazy, to trąciło bluźnierstwem. Skoro jedno lub drugie dziecko umarło, widać tak było trzeba dla dobra jego i jego rodziców; cóż zresztą mogło się trafić szczęśliwszego niewinnemu dziecku, niż umrzeć w chwili, gdy ma zapewnione niebo, nim doszło wieku niebezpieczeństw, które czyhają na duszę człowieka. Oto credo, które siostrzyczki głosiły w całej naiwnej czystości. Ma ono swoją niezłomną logikę i swoje piękno, tylko jak je pogodzić z lekarskim – świeckim – przeznaczeniem szpitala? Toteż gdy te anioły czuwały przy zmarłym dziecku z oczami wpatrzonymi w niebo, nam lekarzom zdarzało się słyszeć z ust zrozpaczonych rodziców wyrzut: „Zbrodniarze!”. Te siostrzyczki przychodzą mi na myśl nieraz, gdy czytam pewne dostojne orędzia w sprawach społeczno-lekarskich… (Nasi Okupanci – Warszawa 1932)
A pamiętam uchwałę Sejmu RP w sprawie modlitw o deszcz. To się nawet Boyowi nie śniło.
Smutno mi, Boyu… bez ciebie.

Społeczeństwo sieci kontra satrapia

Dzisiejszy spór w Polsce toczy się na kilku poziomach. Nie ustał, a zaostrza się spór polityczny i ideologiczny, a doszedł nowy – społeczny.

Toczy się on o wartości ze zbioru praw człowieka, przede wszystkim o wolność i jej współczesne pojmowanie. Historycznie wolność była tą wartością, która dominowała zawsze nawet nad instynktem samozachowawczym. Za wolność, jeszcze w poprzednich pokoleniach, oddało swe życie wielu Polaków. Dziś też walka o wolność ma ogromne znaczenie. Wolność jest fundamentem demokracji, która stanowi tożsamość współczesnej Polski. Jej ograniczenie lub odebranie przekreśla wartość obywatelstwa, a w naszej cywilizacji również człowieczeństwa. Polacy na szczęście to rozumieją.

Wracając do towarzyszących nam od kilku dni ogólnopolskich, wielotysięcznych demonstracji, trzeba podkreślić, że ich przyczyną jest decyzja wicepremiera, prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, mająca wpływ na postanowienie Trybunału Konstytucyjnego, przy czym podkreśla się
jej nielegalność.

Są opinie prawne, że orzeczenie Trybunału z dnia 22 października 2020 r. dotyczące ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży jest niezgodne z Konstytucją. Sędziowie orzekli, że prawo nie uwzględniło, zagwarantowanego w Konstytucji, prawa do życia dziecka jeszcze nienarodzonego, Tymczasem w Konstytucji nie ma postanowień dotyczących praw dziecka nienarodzonego. Konstytucja określa tylko prawa obywateli po urodzeniu, o czym stanowi art. 34. punkt 1. o treści: „Obywatelstwo polskie nabywa się przez urodzenie z rodziców będących obywatelami polskimi”. Dziecko jeszcze nienarodzone Konstytucja traktuje, jako organ ciała kobiety ciężarnej – płód, o czym stanowi art. 68.

Tak więc sprawa aktualnego statusu obecnego Trybunału Konstytucyjnego, jak i jego ostatniej decyzji wymaga szybkiego wyjaśnienia. Środowisko PiS wprowadza społeczeństwo w błąd, twierdząc, że innej decyzji Trybunał podjąć nie mógł. Problem w tym, że tej decyzji, którą podjął, nie miał prawa podejmować.

Obserwując wyjście na ulice wielu tysięcy, przede wszystkim młodych Polek i Polaków, budujący jest fakt, że przedstawiciele młodego pokolenia mówią i wykrzykują – wolność, wolny wybór, prawa człowieka. To są godni następcy Polaków walczących o wolność i niepodległość od wielu pokoleń.
Dziś, kiedy konflikt społeczny zdominował naszą sferę publiczną, warto zwrócić uwagę na jego charakter i wewnętrzną strukturę – otóż na naszych oczach, w ciągu kilku dni, powstała sieć społeczna mająca swoje węzły w oparciu o organizacje i stowarzyszenia, także szkoły i uczelnie. Bazuje ona na inspiracji ideowej wynikającej z paradygmatu demokracji liberalnej, w ramach którego wolność jest podstawową wartością.

Opiera się ona także o informacje zawarte w przekazach internetowych, poprzez portale społecznościowe. Nie ma swojego zarządu, liderzy są produktem wydarzeń. Władza jest bezsilna, bowiem nie ma kogo rozliczyć, tłum jest zarówno groźny jak i anonimowy. Tak więc mamy do czynienia, może w Polsce po raz pierwszy, ze zjawiskiem konfrontacji sieci ze strukturą państwa. Wydaje się, że rządzący w Polsce nie rozumieją tej sytuacji. Walka toczy się, ale nie ma frontu, wrogowie są nieokreśleni, cele słabo zarysowane. Można więc powiedzieć jedynie, że nowoczesna sieć walczy z perspektywą satrapii, którą utożsamia Jarosław Kaczyński i jego przyjaciele i wrogowie ze Zjednoczonej Prawicy. Cele wyznaczone przez sieć nie będą także tożsame, nawet zbliżone z neoliberalną Platformą Obywatelską.

Jarosław Kaczyński w swoim ostatnim przemówieniu telewizyjnym i w dygresjach na forum Sejmu zarysował wroga i fronty walki, włączając w nią Kościół. Ten, chyba rozumiejąc sytuację dalszego szkodliwego babranie się w politykę, dokonał uniku poprzez oświadczenie prymasa, który powiedział: „Proszę Was wszystkich, aby Kościół nadal był miejscem otwartym dla każdego człowieka, przestrzenią pojednania, zgody i wzajemnego szacunku. Niech przyświecają nam w tym słowa św. Pawła: ‘Błogosławcie tych, którzy was prześladują! Błogosławcie, a nie złorzeczcie! (…) Nikomu złem za złe nie odpłacajcie”.

Mamy sytuację złożoną. Poza ogólnikowymi oświadczeniami, potencjalni gracze polityczni, rozumiejąc sytuację, nie odkrywają swych kart. Zarówno szeroko pojmowana władza, jak i opozycja, nie rozumieją i boją się powstającego nowego ruchu społecznego. Mogą chcieć go przejmować, w celach wyłącznie powiększenia swoich wpływów, nie zaś określania na nowo swoich celów ideowych i politycznych, a te wymagać będą na pewno zmian.

Polska po tym proteście oraz po kolejnym etapie walki z koronawirusem, nie będzie już taka sama, jak nawet kilka tygodni temu. Należy obawiać się ponadto niekonwencjonalnych pomysłów, na granicy politycznego szaleństwa, ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Dokonuje on zręcznego przewartościowania podstawowych wartości etycznych, mami społeczeństwo i idzie twardo drogą opisaną przez Orwell’a.

Wyrok na kobiety

Wyrok na kobiety zapadł 22 października na posiedzeniu pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego. To on, pod czujnym okiem Julii Przyłębskiej, uznał, że tzw. przesłanka embriopatologiczna w ustawie antyaborcyjnej jest niezgodna z ustawą zasadniczą. Tym samym Polska stała się drugim, obok Malty, państwem UE, w którym przeprowadzenie legalnej aborcji jest niemalże niemożliwe. Przytłaczająca większość legalnie wykonywanych w kraju aborcji odbywała się bowiem właśnie na podstawie tej przesłanki.

Werdykt przyjęli z radością katoliccy fundamentaliści. Część z nich, ostentacyjnie paradując bez masek, przybyła pod budynek Trybunału, a potem zaczęła podrzucać swoją moralną przywódczynię Kaję Godek.

Zupełnie inne nastroje panowały wśród aktywistek feministycznych i lewicowych, także posłanek Lewicy,
– W cieniu pandemii, tylnymi drzwiami, bez odważnej debaty w Sejmie, rękami fasadowego TK – tchórzliwi fanatycy chcą zalegalizować w Polsce tortury. Zmusić kobiety do rodzenia niezdolnych do przeżycia dzieci. Zmusić te dzieci do śmierci w męczarniach – skomentowała parlamentarzystka Nowej Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.

Spontaniczny gniew

Jeszcze tego samego dnia pod Trybunał zaczęły ściągać oburzone warszawianki. Na czele tłumu były działaczki Lewicy oraz Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Po wiecu pod siedzibą pustego już trybunału postanowiły ruszyć pod siedzibę PiS przy ul. Nowogrodzkiej. Tam doszło do pierwszych tego dnia przepychanek z policją, która obstawiła budynek. Zabrzmiały okrzyki „wypierdalać”, „jebać PiS”. Słowo na „w” widniało również na transparencie niesionym przez pierwszy rząd demonstrantek. Kobiety przestały być grzeczne i łagodne.

Z tym też przesłaniem spod Nowogrodzkiej ruszyły na Mickiewicza, pod zamieniony w fortecę dom Jarosława Kaczyńskiego. Protest pod nim przeciągnął się do drugiej w nocy. Kilka tysięcy protestujących, zwłaszcza ludzi młodych, wznosiło okrzyki, paliło race. Policja długo ograniczała się do blokowania drogi i nadawania komunikatu o tym, by „chronić siebie i innych”, rezygnując z gromadzenia się podczas pandemii. Po godz. 1 kilka razy użyła gazu łzawiącego. Następnie osoby, które opuszczały Żoliborz, były spisywane. Działaczki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet wezwały, by 23 października kontynuować protest. Ich apel spotkał się z odzewem, który przekroczył oczekiwania. Chociaż, jeśli przyjrzeć się sondażom i badaniom opinii publicznej, pokazującym, jak liberalizuje się ona w Polsce – w pierwszej kolejności wśród kobiet – masowość protestów dziwić przestaje.

Wbrew woli wyborców

Co bowiem jak co, ale całkowity zakaz aborcji w Polsce nie ma demokratycznego umocowania. 78 proc. Polek i Polaków uważa, że w przypadku najcięższych wad polegających na braku organów wewnętrznych, braku kręgosłupa lub mózgu, gdy dziecko nie ma szans na samodzielne życie lub skazane jest jedynie na ból, nie wolno zmuszać kobiet do rodzenia – im powinno się zostawić decyzję w tej sprawie.
Wielu prawników jest też zdania, że Trybunał Konstytucyjny, po tym jak PiS powołał jego nowych członków w trybie niezgodnym z konstytucją, nie ma prawa orzekać w obecnym składzie, a więc jego werdykty są nieważne. Mimo iż w 15 osobowym składzie TK zasiada aż 14 nominatów PiS, decyzja nie była jednogłośna. Sędzia Piotr Pszczółkowski zauważył, że ograniczenie prawa do aborcji w czasie pandemii może stać się poważnym zagrożeniem dla zdrowia kobiet.

– Czy uznanie przez TK państwa wniosku za słuszny to jest dobry moment, biorąc pod uwagę zagrożenie epidemiczne? Czy jesteście państwo gotowi na skutki medyczne, jakie ewentualne rozstrzygnięcie Trybunału spowoduje? – pytał posła wnioskodawcę, Bartłomieja Wróblewskiego z PiS.

Ten odparł, że „żadne okoliczności, w tym pandemia, nie usprawiedliwiają tego, by kogoś pozbawić godności i prawa do życia”. Miał na myśli zawarty we wniosku postulat, by uznać, że aborcja ze względu na ciężkie wady płodu pozbawia dziecko nienarodzone właśnie godności i prawa do życia.
– Jednak tym kobietom, będącym w zagrożonej ciąży, z uszkodzonym płodem także przysługuje prawo do życia? – pytał sędzia Pszczółkowski. – My zabiegamy o prawo do życia dla każdego – odparł poseł Wróblewski.
W piątek późnym wieczorem i sobotę prawicowi fanatycy zaczęli jednak tracić pewność siebie. Na protesty w Warszawie przybyły już nie trzy tysiące, jak pierwszego dnia, a kilkanaście tysięcy osób. Zgromadzenia i demonstracje odbyły się praktycznie w każdym większym mieście, a i w mniejszych znalazły się odważne obywatelki gotowe postawić się proboszczom i prawicowym oficjelom.

Cała Polska protestuje

Niektóre protesty miały postać pełnego powagi „pogrzebu praw kobiet” – pod siedzibami PiS składano znicze i transparenty wyrażające sprzeciw wobec odbierania kobietom praw. Inne były gniewnymi, pełnymi wulgarnych okrzyków demonstracjami. Hasło „Wypierdalać” robi furorę i wyrasta na jeden z symboli tej odsłony walki. Podczas wieczornej demonstracji w stolicy jednak z działaczek Strajku Kobiet obiecywała rządzącym, że nie mają co liczyć na to, że protestujące odpuszczą. Obiecała w poniedziałek blokadę ulic Warszawy, a w środę strajk kobiet.

Warszawska demonstracja w piątkowy wieczór przemierzyła kilka dzielnic miasta: spod domu Jarosława Kaczyńskiego, przez Żoliborz pod Sejm i willę rządową przy ul. Parkowej, gdzie, jak podejrzewały demonstrantki, udał się Kaczyński.

Protesty w sobotę 24 października miały niekiedy dramatyczny przebieg. W Warszawie, gdzie demonstrowały i kobiety, i zwolennicy Strajku Przedsiębiorców (pod hasłem obrony wolności i oni solidaryzowali się z obywatelkami), policja użyła gazu pieprzowego i granatów hukowych, by rozproszyć zgromadzenie na Placu Defilad. W Katowicach przed bezwzględnym potraktowaniem nie uratowała nawet legitymacja poselska.

Poturbowani posłowie

– Po informacji o zatrzymaniu, zglebowaniu, podarciu ciuchów, zniszczeniu okularów wsadzeniu do suki, przewiezieniu kilku kilometrów, wyrzucono mnie z radiowozu pod komenda wojewódzka policji – pisał na Twitterze poseł Maciej Kopiec, który wcześniej deklarował, że każda kobieta, która chce przerwać ciążę, uzyska od niego pomoc w wyjeździe do kliniki w Czechach. Podobnie potraktowano europarlamentarzystę Wiosny Łukasza Kohuta. W Gdańsku po szarpaninie i użyciu gazu zatrzymano sześć osób, zarzucając im na naruszenie nietykalności funkcjonariusza, znieważenie funkcjonariusza oraz uszkodzenie mienia. Również tam użyto gazu. „Podczas przeszukania plecaka jednego z nich znaleziono puszki ze sprayem oraz środki pirotechniczne” – mówił rzecznik gdańskiej policji. W Łodzi policja w stosunku do 43 osób skierował wnioski do sądu o ukaranie grzywną uczestników i uczestniczek demonstracji. We Wrocławiu natomiast mundurowi jeszcze przed startem wydarzenia usiłowali nakłonić jego organizatorkę do rozwiązania zgromadzenia, pod pretekstem tego, że na demonstrację zgłoszoną na 25 osób przybył dziesięciotysięczny tłum. Skutecznie interweniowali europoseł Robert Biedroń i poseł Krzysztof Śmiszek, ale i im później dostało się od policji. Kiedy demonstranci zaczęli się rozchodzić, pojawiła się informacja, że policjanci zatrzymali jedną z uczestniczek i wciągnęli ją za kordon radiowozów. Interwencję od razu podjęli posłowie Biedroń i Śmiszek, jednak mimo oświadczenia o wykonywaniu obowiązków posła funkcjonariusze bezprawnie odmawiali im prawa do kontaktu z zatrzymaną. Po chwili przepychanek (słownych i fizycznych) posłów i protestujących z policjantami kobieta miała zostać wypuszczona. Policja oświadczyła zaś, że rzekomo do żadnego zatrzymania nie doszło. Funkcjonariusze dalej wyłapywali pojedynczych uczestników marszu celem ich spisania, wszyscy oni mogli jednak liczyć na pomoc posłów. Po tym obyło się już bez poważniejszych incydentów – kolejne rzesze demonstrantów powoli opuszczały pl. Solidarności i udawały się do domów.

– Ta solidarność jest dzisiaj bardzo potrzebna. Te tysiące ludzi, które wyszły nie tylko na ulice Wrocławia, ale miast w całej Polsce pokazują swoje oburzenie. Mam nadzieję, że ten słuszny gniew przerodzi się w pozytywną zmianę, a PiS wycofa się z tych barbarzyńskich działań, które prowadzą do tego, że Polska będzie miała najbardziej restrykcyjne prawo aborcyjne w Europie – mówił Robert Biedroń po demonstracji.

Tymczasem pisowskim oficjelom puszczają nerwy. Janusz Kowalski, poseł PiS, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych napisał na Twitterze: „Dość tego warcholstwa! Polska Policja stoi na straży bezpieczeństwa Polaków. Każdy kto podniesie rękę na policjanta powinien być surowo ukarany. Każdy kto obrazi policjanta powinien być ukarany. Bez wyjątku! A wizerunki lewackich agresorów powinny być publikowane w internecie”, pienił się poseł.

Wściekłość prawicy sięgnęła zenitu w niedzielę 25 października, gdy na wezwanie organizacji feministycznych kobiety ruszyły protestować do kościołów. Tłum zgromadził się przed kościołem Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, przed słynną figurą Chrystusa, w Poznaniu aktywiści feministyczni i LGBT wkroczyli do katedry i rozrzucili tam ulotki dotyczące bezpiecznej aborcji. W całym kraju na drzwiach kościołów pojawiły się namalowane znaki błyskawic, emblematu gniewu kobiet, i napisy głoszące, iż „aborcja jest OK”. Na wieczór, już po zamknięciu numeru „Dziennika Trybuna”, zaplanowano zgromadzenie przed warszawską kurią archidiecezjalną. Kobiety bezbłędnie zrozumiały, kto najbardziej dążył do zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, kto naciskał w tej sprawie na kolejne rządy – Kościół nie pozostawił zresztą w tym zakresie wątpliwości, głośno wyrażając radość po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego.

Można się spodziewać, że w miarę trwania protestów wezwania do radykalnej rozprawy fizycznej z demonstrantami będą się nasilać. Czy odważą się podnieść rękę na ludzi, którzy bronią swoich praw? Solidarność z manifestującymi deklarują parlamentarzyści Lewicy. Na kolejnych demonstracjach znowu będą w pierwszym szeregu.

Europa patrzy na Polskę

O wydarzeniach w Polsce pisze się szeroko w europejskich mediach, a demonstracje solidarnościowe z kobietami pozbawianymi prawa wyboru odbyły się m.in. w Berlinie, Edynburgu, Londynie i Sztokholmie. Polscy emigranci łączyli się na nich z miejscowymi oburzonymi aktywistkami lewicowymi. Co prawda Unia Europejska nigdy nie interweniuje w sprawach związanych z aborcją, pozostawiając rozstrzyganie ich krajom członkowskim, jednak prawnicy cytowani przez media uważają, że polski Trybunał Konstytucyjny został powołany przez PiS wbrew polskiej konstytucji, co czyni jego wyroki jedynie „deklaracjami politycznymi”. Np. prof. prawa europejskiego Laurent Pech z uniwersytetu Middlesex w Londynie podkreśla „nielegalność” polskiego TK ze względu na tryb zmian w jego składzie przeprowadzonych przez PiS.

Zdaniem prof. Pecha, siłowa zmiana prawa w Polsce, inspirowana pracami idola neokonserwatystów Carla Schmitta i przeprowadzona przez „wandali konstytucyjnych” z „pseudo-Trybunału”, gwałci nie tylko polską konstytucję, ale europejską konwencję praw człowieka i prawo Unii. Choć nie istnieje droga prawna odwołania się od wyroku TK, rezolucja Parlamentu Europejskiego z 17 września tego roku uważa polski Trybunał za „nielegalny” i wzywa Komisję Europejską do wszczęcia procedury karnej przeciw Polsce, tym bardziej, że ignoruje ona postanowienia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w tej kwestii.

Poza krytyką prawną, media podkreślają niebywałą mobilizację polskich kobiet przeciw „nielegalnej” decyzji TK. Dla części z nich stanowi to duże zaskoczenie, bo Polska uchodzi zazwyczaj za kraj głęboko katolicki i nacjonalistyczny, gdzie takie ekstremistyczne rozwiązania w gruncie rzeczy są oczekiwane przez większość społeczeństwa. Inni przypuszczają, że wyrok polskiego TK był prezentem dla administracji Stanów Zjednoczonych, która tego samego dnia patronowała genewskiej „deklaracji antyaborcyjnej” 32 państw świata, głównie z Afryki, w której kraje te deklarują „suwerenność” decyzji antyaborcyjnych.

Media lewicowe, które piszą o polskich manifestacjach z podziwem i poparciem, wskazują na los kobiet ubogich, bo tylko one będą praktycznie skazane na rodzenie zdeformowanych płodów lub przerywanie ciąży w niebezpiecznych, pozaszpitalnych warunkach. Cytują komisarza ds. praw człowieka Rady Europy Dunję Mijatovica, który mówi o „pogwałceniu praw człowieka”. Zdaniem wielu mediów władze polskie wykorzystają specjalne przepisy antykowidowe, by zdusić kobiecy bunt.

Obojętni nie pozostali w sprawie również polscy eurodeputowani. Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz oraz Marek Belka wystosowali do Komisji Europejskiej zapytanie wymagające odpowiedzi na piśmie, w którym sugerują wniosek legislacyjny umożliwiający refundację z funduszy Unii Europejskiej kosztów zabiegów medycznych dokonanych na terenie UE, których nie przewidują krajowe systemy opieki zdrowotnej. Chodzi o to, by polskie kobiety, wyjeżdżające za granicę w celu przerwania ciąży, którą jeszcze do wyroku TK mogłyby przerwać w Polsce zgodnie z obowiązującymi przesłankami, mogły uzyskać zwrot kosztów zabiegu. Dla wszystkich jest bowiem jasne, że zamożne Polki w niechcianej ciąży i tak sobie poradzą. Zakaz uderzy w pracownice, kobiety najbiedniejsze, dla których zorganizowanie wyjazdu i opłacenie zabiegu to wydatek powyżej możliwości skromnego budżetu.

Ujgurzy, nowa zabawka Ameryki

Obraz muzułmańskich Ujgurów z północno-zachodniej, chińskiej prowincji Sinciang wygląda obecnie w zachodnich mediach następująco: trwa tam właśnie ludobójstwo, a miliony z nich siedzą w obozach koncentracyjnych, gdzie tortury są na porządku dziennym. Prześladowana reszta musi jeść wieprzowinę, islam jest zakazany, a kobiety idą do masowej sterylizacji lub są zmuszane do małżeństw z Chińczykami, natomiast dzieci ujgurskie zabija się lub trwale kaleczy, by eksportować ich organy. Czasem te rewelacje pisze się lub mówi w trybie warunkowym, ale każdy, kto wierzył w irackie bronie masowego rażenia i inne klasyczne, przedwojenne kampanie medialne, musi być dotknięty do żywego.

Jest pewna różnica: normalnie, jak w podobnych przypadkach, chiński przywódca Xi Jinping powinien występować w mediach jako „Hitler”, jak np. al-Asad, Kaddafi, czy Saddam Husajn, ale tu wybrano „Stalina”, bo teraz Chiny nie uchodzą już za kraj „kapitalistyczny”, który bierze owocny udział w wymyślonej na Zachodzie globalizacji, tylko ściśle „komunistyczny”, z całym bezwzględnym i zbrodniczym terrorem, który miałby za tym stać.
Tłem tej kampanii jest rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami (z konfliktem handlowym na czele) i amerykańskie wybory prezydenckie, w których promowana, „jednocząca” wrogość wobec Chin stanowi poręczną odskocznię od licznych, wewnętrznych problemów Ameryki, wykorzystywaną zarówno przez Republikanów Donalda Trumpa, jak i Demokratów Joe Bidena, głównych konkurentów. Wrócimy do tego, lecz najpierw warto zarysować historię, która sprawiła, że los chińskich Ujgurów znalazł się na medialnym talerzu.
Hen, daleko
Można powiedzieć, że z Sinciangu wszędzie blisko, bo prowincja sąsiaduje z aż dziewięcioma krajami, ale w oczach Chińczyków ten środek Azji pozostaje nawet do dziś czymś w rodzaju Bieszczad dla Polaków, symbolem oddalonej, zabitej dechami i nieco egzotycznej pustki. Sinciang do XVIII w. nazywano w Europie Chińskim Tatarstanem, a dla Turków był to Wschodni Turkiestan. Jest to kraina o powierzchni ponad pięciu Polsk, zajęta w większości przez piaszczystą pustynię. Mieszka tam dziś ok. 11 milionów Ujgurów, a reszta, w podobnej liczbie, to Chińczycy i inne mniejszości.
Co do Chińczyków, byli tam obecni już pół tysiąclecia przed narodzinami Polski, niezrażeni faktem, że „nic tam nie ma”. Przecierali najkrótszą drogę na zachód, która stała się w końcu Jedwabnym Szlakiem, z Kaszgarem jako właściwie jedyną miejscowością po drodze. Ujgurzy są potomkami dawnych, turkofońskich plemion koczowniczych, do których, mimo istnienia nitek Szlaku, nowości docierały bardzo rzadko. Nawet islam ustalił się wśród nich bardzo późno, dobre 700-800 lat po jego powstaniu na Półwyspie Arabskim, podczas gdy muzułmanie zdążyli już zakończyć swą wielowiekową implantację w zachodniej Europie. Ów islam był raczej prosty, łagodny, z inspiracji sufickiej, ograniczał się w sumie do niektórych rytuałów. To się zmieniło, gdy Amerykanie postanowili wskrzesić w Azji „świętą wojnę” na użytek wyrzucenia wojsk ZSRR z Afganistanu, na początku lat 80 ub. wieku.
Od Brzezińskiego do Erdogana
To nasz amerykański rodak Zbigniew Brzeziński wpadł na pomysł wykorzystania radykalnego islamu dla celów politycznych Stanów Zjednoczonych i później NATO, który stał się doktryną funkcjonującą do dziś. Poszły na to wielkie pieniądze: na szkoły dżihadu, nowe medresy w Pakistanie, którym paliwa ideowego dostarczała Arabia Saudyjska. Nauczano tam islamu w saudyjskiej wersji wahhabickiej z akcentem na bojowy takfiryzm, tj. radykalne odrzucenie innych muzułmańskich wyznań oprócz rygorystycznego sunnizmu: stały się one wręcz równe „niewiernym”. Dziś to ideał Państwa Islamskiego, Al-Kaidy i innych podobnych ugrupowań w Azji, Europie i Afryce.
Wydawany w Arabii Koran i literatura dżihadu zaczęły dość szybko przenikać przez górskie, raczej niedostępne, ale porowate granice z Indii, Pakistanu i Afganistanu do chińskiego Sinciangu; towarzyszyły im saudyjskie i amerykańskie pieniądze na działalność religijną. CIA uważała, że ten przemyt się opłaca, bo Ujgurzy nie byli trudno zauważalną, małą grupą etniczną w azjatyckiej mozaice, jak w 1949, gdy powstały Chiny Ludowe, lecz już narodem, o potencjale wywrotowym. Stało się tak, bo władze chińskie wyłączyły ich, jak i inne mniejszości, z prawie czterdziestoletniej polityki „jednego dziecka”. Przy jednoczesnej poprawie warunków życia i ochronie zdrowia dało to dzisiejsze ponad 10 milionów chińskich Ujgurów. Zarówno propaganda dżihadu, jak literatura religijna, były tłumaczone na ich język. Na dodatek obecny prezydent Recep Erdogan, gdy tylko został premierem Turcji w 2003 r., wbił sobie do głowy, że Turkiestan Wschodni jest historyczną kolebką Turków, co bardzo Amerykanom pomogło.
Syryjski przełom
Erdogan już wcześniej miał bzika na tym mocno niepewnym punkcie, postawił nawet „pomnik Ujgura”, gdy był burmistrzem Stambułu. Turcy zresztą, jak i Pakistańczycy, jeszcze w czasie wojny przeciw ZSRR w Afganistanie, pomagali Ujgurom na zlecenie amerykańskie dołączać do tworzącej się tam Al-Kaidy i walk z „niewiernymi”. Nazwę „Ujgurzy” ustalili Brytyjczycy w latach 30. ub. wieku, kiedy próbowali tam stworzyć rodzaj antyradzieckiego państwa. Ograniczyło się ono do Kaszgaru i przetrwało raptem trzy miesiące, ale pozostała z tamtych czasów ujgurska flaga narodowa, odkurzona i zmodyfikowana nieco 70 lat później przez MIT (tureckie służby specjalne), by wyglądała bliźniaczo z turecką. NATO zaczęło po cichu popierać i zbroić tworzący się ujgurski ruch niepodległościowy, a szczególnie ich najważniejszą organizację: Islamską Partię Turkiestanu Wschodniego (ETIM – w nomenklaturze natowskiej), choć i ona zmodyfikowała brytyjską flagę prowincji, dokładając do jej tureckiej wersji szahadę. W amerykańskim obozie więziennym Guantanamo siedziało wtedy 26 Ujgurów.
Wraz z wybuchem wojny syryjskiej ETIM stała się częścią irackiej i syryjskiej Al-Kaidy. Chińscy Ujgurzy przechodzili przez tureckie i amerykańskie obozy szkoleniowe i walczyli później również dla Państwa Islamskiego, lecz większość została przy lokalnej Al-Kaidzie pozostającej pod bezpośrednią opieką NATO. Jako bojownicy, Ujgurzy zdobyli sobie wśród międzynarodówki dżihadystów renomę waleczności dorównującą rosyjskim Czeczenom, których nierzadko przewyższali w okrucieństwie. Potrafili „wycinać” całe wioski w rekordowym czasie, co budziło poważanie najwyższych szarż obu organizacji dżihadu. Teraz, na skutek syryjsko-rosyjskich transferów dżihadystów oraz decyzji tureckiej, prawie wszyscy siedzą w syryjskim Idlibie, na razie tylko do połowy wyzwolonym przez Syryjczyków. Jest ich tam ok. 15 tys. wraz z rodzinami.
Ponad dwa lata temu, przed tureckim atakiem na Afrin, jeden z kurdyjskich kantonów b. Rożawy w Syrii, tureckie media transmitowały na żywo odprawę bojowników ujgurskich ze Stowarzyszenia Kultury i Solidarności Turkiestanu Wschodniego. Organizacji o podobnie niewinnych nazwach powstało w Turcji sporo i w zasadzie wszystkie są separatystyczne, skrajnie islamskie i protureckie. Erdogan w przedinwazyjnym przemówieniu przekonywał uroczyście: „Wiedzcie, że otrzymaliśmy rozkaz tej operacji od Boga, zwycięstwo należy do Niego.” „Będziemy bić się w Afrinie u boku armii tureckiej! Jesteśmy świadomi, że będziemy bronić ostatniego bastionu Islamu [tj. Turcji]!” – przysięgał wtedy Seyit Tümtürk, przewodniczący Stowarzyszenia. Erdogan konkuruje z rodziną Saudów o miano przywódcy sunnickiego świata muzułmańskiego i, jak widać, ma część Ujgurów po swojej stronie. Dziś Turcy wysyłają dżihadystów ujgurskich do Libii, by przyczynili się do utwierdzenia wpływów tureckich na terenach dawnego Imperium Osmańskiego…
Twarz Ujgurów
Erdogan pohamował jednak nieco swe oddanie Ujgurom z Sinciangu, ze względu na mocno pogarszające się stosunki z Chinami. MIT przestał rozdawać im tureckie paszporty, zresztą „sprawę ujgurską” otwarcie przejęli Amerykanie. Od kilku lat naciskają na wręczenie pokojowej nagrody Nobla 71-letniej ujgurskiej miliarderce, byłej chińskiej „komunistce”, która przed emigracją do USA w 2005 r. przesiedziała prawie pięć lat w więzieniu za „szpiegostwo”. Amerykanie oddali za nią dwóch Chińczyków więzionych w Stanach za to samo.
Rebiya Kadeer, nazywana „matką Ujgurów” jest honorową przewodniczącą Światowego Kongresu Ujgurów (WUC) z siedzibą w Monachium (na podstawie porozumienia CIA z niemiecką BND i tureckim MITem). Według Amerykanów, potrzebuje ona większej międzynarodowej promocji, gdyż reprezentuje nie-dżihadystowską twarz Ujgurów. Oficjalnie ubiega się ona jedynie o „przestrzeganie konstytucji Chin” w kwestii „prawdziwej’ autonomii Ujgurskiego Regionu Autonomicznego Sinciang. Rządzą nim co prawda Ujgurzy, lecz zdaniem WUC są to ludzie niereprezentatywni, gdyż oddani Chinom.
Rebiya Kadeer zachowuje niezbędną ambiwalencję, jeśli chodzi o niepodległość Sinciangu/Turkiestanu Wschodniego. We wrześniu ubiegłego roku pojechała do Paryża, gdzie uzyskała zgodę na utworzenie komitetu przygotowawczego dla powstania „parlamentu ujgurskiego na uchodźstwie”, w imię demokracji. Sam parlament dotąd nie powstał, bo stosunki francusko-tureckie uległy silnej degradacji na tle interwencji Erdogana w Libii, która pomieszała tam Francuzom szyki polityczne, długo liczących na obalenie rządu w Trypolisie.
Powrót do Sinciangu
W 2009 r. w stolicy Sinciangu Urumczi, jakaś do dziś nie wyjaśniona iskra wywołała pogrom Chińczyków. Tłum Ujgurów zabił wtedy na ulicach blisko 200 chińskich przechodniów. Miejscowe władze odpowiedziały szeroką kampanią aresztowań prowadzonych na ślepo – kilkudziesięciu zamkniętych wtedy Ujgurów do dziś nie wróciło do domów. Jeśli był to spontaniczny wybuch przemocy, to wraz z rozpoczęciem natowskiej wojny przeciw Syrii i Libii, krajom laickim, które psuły obraz świata muzułmańskiego, jaki miał obowiązywać, rozpoczęła się w Chinach – bez wątpienia zorganizowana, konspiracyjna – seria zamachów bombowych. W latach 2011-2014 było ich tyle, we wszystkich częściach Chin, nie wyłączając Pekinu, że seria zamachów w Europie wydaje się małą sukcesją drobnych incydentów. W zachodniej prasie można spotkać się z poglądem, że nagła zmiana kursu prezydenta Xi Jinpinga wobec Sinciangu w 2014 r. wiązała się z jednym z zamachów ujgurskich nożowników na dworcu, który miał go szczególnie zdenerwować, lecz właściwie chodziło o proklamację Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku, którą uznano za szczególnie niebezpieczną.
Ówczesna reakcja Chińczyków sprawiła, że odtąd nie doszło do ani jednego zamachu dżihadystów. Prezydent Chin powiedział wówczas, że „odpowiedź na radykalizm musi być radykalna” i taka ona jest: wymieniono w meczetach wszystkich duchownych o orientacji wahhabickiej bądź pantureckiej, a na wszelki wypadek osoby do 18 r. życia mają w ogóle zakaz chodzenia do meczetów. Prewencja zrobiła się systematyczna, a represje bardzo surowe. Obozy reedukacyjne, gdzie koszaruje się część osób między 18 a 30 rokiem życia na rok albo i więcej, mają służyć walce z „trzema plagami Sinciangu” – terroryzmem, separatyzmem i radykalizmem religijnym, „odkręcaniu” propagandy dżihadu. Nie wygląda to zachwycająco, bo skoszarowani nie tylko muszą douczać się chińskiego (szkoły ujgurskie nie zawsze odnoszą w tym sukces), ale i śpiewać na długich apelach patriotyczne pieśni, czy wysłuchiwać z głośników „myśli Xi Jinpinga” o tym, jak dobrze jest żyć razem w „harmonii”. To nie są obozy pracy, ale dużo kosztują i nie wiadomo właściwie jaka jest ich propagandowa skuteczność.
Słynny milion
Pełna wiara w oficjalny, chiński dyskurs byłaby naiwnością, ale to, co wyczyniają Amerykanie, bywa bardziej groteskowe od mało subtelnej, chińskiej propagandy w Sinciangu. W naszej prasie można przeczytać np., że w obozach reedukacyjnych przebywa jeden do trzech milionów Ujgurów. Sami Ujgurzy za Zachodzie promują „milion”, a czasem media dodają, że tylu miałoby być reedukowanych „według ONZ”. ONZ ma z tym tyle wspólnego, że na jednym z zebrań liczbę tę wymienił przedstawiciel USA. Gdyby to był rzeczywiście milion, spotkanie na ulicy młodego, dorosłego Ujgura byłoby wręcz niemożliwe, co się całkowicie kłóci z rzeczywistością. Region pozostaje otwarty dla chińskich turystów, którzy publikują tysiące filmików i zdjęć z różnych zakątków Sinciangu.
Liczba milion (do trzech) padła w raporcie opublikowanym przez waszyngtońską Sieć Praw Człowieka w Chinach (CHRD). Źródłem tej rewelacji jest amerykańskie Radio Wolna Azja (RFA), którego liczbowy szacunek opiera się na „relacjach ośmiu ważnych świadków”. Bez wątpienia liczba uwięzionych „terrorystów” ujgurskich podana w zeszłym roku przez władze chińskie (blisko 3 tys.) nie obejmuje wszystkich aresztowanych na skutek lokalnej „wojny z terroryzmem”. Do paki idzie się np. za dżihadystowski/niepodległościowy filmik w telefonie, które są sprawdzane zresztą regularnie przez ujgursko-chińską policję na ulicy, jak tylko nie przejdzie się jej po pasach. Głośniki na policyjnych wozach wzywają do denuncjowania osób zainteresowanych takimi filmikami lub „nieodpowiednimi” pismami religijnymi, co kłóci się z kolei z radosną kampanią propagandową o ogólnym szczęściu życia we współczesnych Chinach.
Zachodnie media odgrzebały ostatnio filmik z organizacji transportu setek więźniów do nowego więzienia w Urumczi, we wrześniu ub. roku. Więzienie to jest prezentowane jako przykład obozu reedukacyjnego, choć nie ma z tym nic wspólnego. Przykładem „niszczenia kultury ujgurskiej” jest wyburzenie części starówki w Kaszgarze. Doszło do tego po kolejnym trzęsieniu ziemi w mieście (Sinciang jest regionem sejsmicznym). Stare miasto wybudowano na nowo, prawie identycznie. Jest antysejsmicznie i czyściutko, „turystycznie” i ciągle mieszkają tam ujgurskie rodziny, ale póki co, wygląda to jak kinowa dekoracja.
Opowieści amerykańskie
„Kwestia ujgurska” jest teraz podnoszona przez propagandę zachodnią, bo Amerykanie wymyślili, że reszta ich sporów z Chinami (handlowych i politycznych) tak akcentowanych w czasie bieżącej kampanii wyborczej jest zbyt skoncentrowana na interesach amerykańskich, podczas gdy oburzenie prześladowaniem dalekiego narodu muzułmańskiego może być uniwersalne. Naturalnie chodzi o oburzenie mocno selektywne, bo np. ani birmańscy (mjanmarscy) Rohingja, ani Palestyńczycy, Syryjczycy czy Jemeńczycy, nie mogą liczyć na żadną medialną litość, niezależnie od skali prawdziwych zbrodni na tych narodach.
Administracja amerykańska będzie propagandowo bombardować Chiny co najmniej do dnia wyborów prezydenckich, a co będzie później nie wiadomo, tak jak nie wiadomo właściwie, jaka część Ujgurów popiera ambicje separatystyczne ETIM i WUC. Tak, czy inaczej, polska publiczność będzie miała do czynienia z fantastycznymi opowieściami o musowym jedzeniu wieprzowiny, czy krojeniu dzieci na części w Sinciangu, gdyż tego wymaga bieżąca polityka światowego imperium Stanów Zjednoczonych. Tylko dlatego.

Idee, ideologie i ludzie żywi

Idee rodzą się i umierają. To znaczy nie rodzą się same, rodzą je ludzie, społeczeństwa kultury. Zmieniają się razem ze społeczeństwami, zmieniają znaczenia, konotacje, strony, wyznawców. Czasem ktoś je połączy, nazwie systemem i stworzy ideologię.

Ideologie to zracjonalizowane i uspołecznione fantazje na temat otaczającej nas rzeczywistości nas samych, społeczeństw w których żyjemy.

Żyjemy wewnątrz swoich ideologii. Jedni próbują je kształtować, inni wcielać je w życie, niektórzy po prostu żyją w zgodzie z nimi, świadomie i aktywnie lub tylko biernie. Ci ostatni są jak Grzegorz Dyndała, mówią ideologią jak prozą, nawet gdy nie zdają sobie z tego sprawy. Nie ma świata (człowieka) bez ideologii.

Generalnie ideologie są dobre, choć niektóre mogą być złe. Jednak dopóki można o nich dyskutować, rozważać je i rozbierać na elementy, mamy możliwość spoglądania na rzeczywistość przez pryzmat tej czy innej ideologii. Możemy sprawdzić, że da się ją skorygować, poprawić. Ideologie umożliwiają aktywną zmianę rzeczywistości. Czasem na lepsze, czasem na gorsze, czasem dopiero po wielu latach możemy się zorientować jaki naprawdę był ich wpływ.

Jeżeli w systemie politycznym rządy odżegnują się od ideologii to wcale nie znaczy, że jej nie posiadają. Wręcz przeciwnie, posiadają ją i albo jest ona ideologią dominującą albo chcą ją wyłączyć spod wszelkiej możliwej krytyki.

Z ideologią dominującą mieliśmy do czynienia w zasadzie od roku 2001. Wszystkie strony gry politycznej uznały, że chcą budować kapitalizm a różnice w planach budowy były tylko natury kosmetycznej. Tu więcej różu, tam kryjący podkład, a czasem nawet maseczka.

Brak publicznej debaty i umiejętnie dobrany doktrynalny makijaż sprawił, że pojawił się ruchy kontestujące układ. Z rożnych powodów i różnymi skutkami. Od Samoobrony przez ruchy Palikota, Kukiza, Razem, Nowoczesną, Konfederację aż po Hołownię.

Względne sukcesy akcji kontestacyjnych zachęciły zapewne taktyków PiS do zanegowania całego dominującego układu. Choć w zasadzie negacja dotyczyła jedynie części rządzących elit, to należało znaleźć ideologiczną alternatywę dominującej ideologii.

Eliminowanie sporów z debaty publicznej prowadzi do likwidacji samej debaty. Debata albo zamiera, albo jest wyciszana. Albo jedno i drugie. Taki proces wyciszania debaty realizowany był przez okres rządów PO. Realizowano przecież politykę racji stanu, stanu rządzącego.

W zasadzie teraz jest podobnie z tą tylko różnicą, że zmienił się stan rządzących. Skoro jednak odrzucono ideologie, wszystkie, to trzeba zmienić też makijaż.

PiS nie szukał nowych środków, sięgnął po stare. PiS jest po prostu sanacją Sanacji. Z drobnymi zapożyczeniami od Salazara, czy włoskich faszystów. Takim naszym, polskim powrotem do przeszłości. To prawda, że niektórym rządy PiS kojarzą się z rządami PRL-u. Można powiedzieć że są dwa źródła takich skojarzeń. Jednym PRL kojarzy się ze złem wszelakim, więc i PiS kojarzyć się musi z PRL-em. Drudzy pamiętają PRL i widzą podobieństwa w sposobie sprawowania władzy. Zapominają o różnicach oraz o tym, że reżimy niedemokratyczne używają podobnych sposobów by zapewnić sobie trwanie u władzy.

PiS ma więc swoją ideologię, choć się do niej nie przyznaje, bo nie ma zamiaru z nikim o niej dyskutować. To właśnie taka neokonserwatywna, sanacja sanacji.

Doktryna praw człowieka też wyrasta z pewnej ideologii. To ideologia z grupy konwergentnych, która próbowała łączyć socjalizm z liberalizmem, nawiązując trochę do rewolucji francuskiej. Powstała w reakcji na zbrodnie faszyzmu oraz ofensywę realnego socjalizmu. Wpisywała się, i nadal wpisuje doskonale, w demokratyczny socjalizm, i może dlatego więcej się mówi o prawach człowieka niż się je stosuje. W Polsce o prawach człowieka mówiło się niewiele, może zostałyby całkiem zapomniane. Jako taka niewygodna dosyć ideologia. Prawa człowieka zostały przez rządzących sprowadzone do, niebezpiecznych a jakże, promowania ideologii gender czyli obrony mniejszości, głównie seksualnych, jak by to tylko ich dotyczyły. Ideologii gender oczywiście nie ma, co nie znaczy, że prawa człowieka nie obejmują ochrony jego seksualności. Ideologie są bardzo ważne, bo człowiek bez ideologii jest co najwyżej nieowłosioną małpą, lub człowiekiem bez praw. Ideologia nie zastępuje religii natomiast zawsze źle się dzieje jeśli religia zastępuje ideologię.

Dlatego konkordat trzeba wypowiedzieć.

Izrael wyrzuca szefa Human Rights Watch

Izraelski Sąd Najwyższy zatwierdził decyzję ministerstwa spraw wewnętrznych o deportacji Omara Shakira, Amerykanina i dyrektora Human Rights Watch (HRW) na Izrael i terytoria palestyńskie.

Szef organizacji obrony praw ludzkich był podejrzany o popieranie kampanii solidarności z Palestyną (BDS).
Shakir będzie miał trzy tygodnie na wyjazd, a jeśli nie wyjedzie, zostanie deportowany siłą. Izrael jest czwartym krajem świata, po Korei Północnej, Iranie i Egipcie, który nie chce HRW na swoim terenie, jak i na ziemiach, które Izrael siłą okupuje.
Władze izraelskie wyrzucają Omara Shakira na podstawie ustawy sprzed dwóch lat zezwalającej na deportacje cudzoziemców podejrzanych o popieranie BDS. „Cieszę się bardzo, że Sąd Najwyższy zatwierdził moją decyzję o nie przedłużeniu wizy Omara Shakira” – mówił po ogłoszeniu wyroku Arie Dery, szef ortodoksyjnej partii religijnej Sefaradów Wiernych Torze i minister spraw wewnętrznych. „Każdy, kto działa przeciw Izraelowi, musi wiedzieć, że nie pozwolimy mu tu przebywać ani pracować.” – podkreślił minister.
HRW odrzuca izraelskie zarzuty. Utrzymuje, że izraelska decyzja jest motywowana wyłącznie zamknięciem ust międzynarodowej organizacji obrony praw człowieka. Według izraelskiego reżimu apartheidu, kampania BDS jest antysemicka, czemu BDS zaprzecza.

Czas skończyć z procesami politycznymi!

Prezentujemy poniżej wspólną, dzisiejszą deklarację ponad 200 osobistości z całego świata, przede wszystkim ludzi lewicy, którzy protestują przeciw potęgującemu się zjawisku lawfare – tj. przeciw wykorzystywaniu prawa do bezprawnych prześladowań politycznych. Redakcja „Portalu Strajk” w pełni utożsamia się z treścią tego listu. Zjawisko lawfare znamy w Polsce, lecz stało się ono sposobem terroryzowania opozycji również w krajach tzw. starych demokracji, które weszły na drogę autorytarnego neoliberalizmu. Niebezpiecznie rośnie na innych kontynentach, bez
odpowiedniej reakcji.

Wśród czołowych sygnatariuszy są m.in.:

Adolfo Pérez Esquivel – laureat Pokojowej Nagrody Nobla z Argentyny
Hebe de Bonafini – przewodnicząca stowarzyszenia Matek z Placu Majowego (matek ofiar b. dyktatury argentyńskiej) i laureatka Nagrody Sacharowa Parlamentu Europejskiego
Ignatio Ramonet – pisarz polityczny, dziennikarz, honorowy przewodniczący ATTAC’u, Hiszpania
Luiz Inácio Lula da Silva – b. prezydent Brazylii
Rafael Correa – b. prezydent Ekwadoru
Jose Pepe Mujica – b. prezydent Urugwaju
Pablo Iglesias – sekretarz generalny Podemos, Hiszpania
Jane Vargas – przewodnicząca związku zawodowego NUDCW z Filipin
Deputowani Nieuległej Francji – do parlamentu krajowego i europejskiego (w tym Jean-Luc Mélenchon)
Hamma Hammani – rzeczniczka Frontu Ludowego, Tunezja
Jean Ziegler – publicysta i pisarz antykapitalistyczny, wiceprzewodniczący komitetu Rady Praw Człowieka ONZ, Szwajcaria
Almir Narayamoga Surui – szef plemienia Paiter Surui, Brazylia
Manon Aubry i Martin Schirdewan – współprzewodniczący grupy Zjednoczonej Lewicy Europejskiej, Francja i Niemcy
Shumona Sinha – pisarka, Indie
Rashida shams al Din – dziennikarka, Sudan
Marisa Matias – b. kandydatka na prezydenta Portugalii
André Chassaigne – przewodniczący grupy Lewicy Demokratycznej i Republikańskiej w parlamencie, komunista, Francja
Edward Bond – dramaturg, Wielka Brytania
Pipo Delbono – reżyser, Włochy
John M. Ackerman – profesor Meksykańskiego Uniwersytetu Autonomicznego, Meksyk
Oye Beavogui – sekretarz generalny Partii Demokratycznej, Gwinea
Judith Benda – członkini biura wykonawczego Die Linke, Niemcy
Richard Burgon – członek Izby Gmin, Partia Pracy, Wielka Brytania
Viola Carofalo – rzeczniczka Potere al Popolo, Włochy
Juan Cristobal – pisarz, Peru
Guy Sioui Durand – socjolog, Kanada
Michel Duby – związkowiec, Belgia
Hugo Gutierrez – deputowany, Chile
Gregor Gysi – przewodniczący Partii Lewicy Europejskiej, Niemcy
Oskaras Korsunovas – reżyser, Litwa
Oumar Mariko – deputowany, b. kandydat na prezydenta, Mali
Makalia Nguebla – dziennikarz i aktywista, Czad
Saul Mendez Rodriguez – sekretarz generalny związków zawodowych SUNTRACKS, Panama
Aleksiej Sachin – dziennikarz, Rosja
Michael Woegerer – związkowiec OGB, Austria
Kouceila Zerguine – adwokat, obrończyni praw człowieka,  Algieria

Nie, wymiar sprawiedliwości nie może służyć jako narzędzie prześladowań politycznych. A jednak ma to dziś miejsce niemal na całym świecie. Już wraz z kryminalizacją sygnalistów, związkowców, działaczy ekologicznych, aresztowanych arbitralnie uczestników manifestacji, prawa obywatelskie zostały bardzo ograniczone. Podtrzymanie porządku liberalnego drogo kosztuje demokrację. Teraz mamy do czynienia z przekroczeniem kolejnego progu. Nazywa się to taktyką lawfare. Chodzi o instrumentalizację wymiaru sprawiedliwości na potrzeby eliminacji konkurentów politycznych.
Lawfare zaczyna się od oskarżeń bez żadnych dowodów, trwa dzięki obsesyjnym kampaniom medialnego oczerniania i zmusza swe cele do nieskończonych, bezprzedmiotowych usprawiedliwień. Potem więzienie i mandaty. Lawfare zamyka debaty polityczne na salach sądowych. W końcu fałszuje przebieg wyborów, które tak naprawdę nie są już wolne. Przykłady są liczne.
Np. w Ameryce Południowej Brazylijczyk Lula, skazany bez dowodów i nie dopuszczony do wyborów prezydenckich. Jego „sędzia” – Sergio Moro – został ministrem sprawiedliwości w rządzie skrajnie prawicowego prezydenta Jaira Bolsonaro. Podobnie Ekwadorczyk Rafael Correa i Argentynka Cristina Kirchner są bez przerwy prześladowani.
W Afryce Mauretańczyk Biram Dah Abeid został uwięziony na podstawie donosu bez dowodów, który wycofano dopiero po wielu miesiącach. Albo egipski adwokat Massum Marzuk, opozycjonista wobec reżimu as-Sisiego, aresztowany pod kłamliwym zarzutem terroryzmu. Jest też przypadek Maurice’a Kamto, zdobywcy drugiego miejsca w wyborach prezydenckich w Kamerunie uwięzionego od stycznia, albo byłego deputowanego gabońskiego Bertranda Zibi, skazanego na sześć lat więzienia.
W Europie Francuz Jean-Luc Mélenchon jest ścigany bez dowodów i sądzony za „bunt”, a Rosjanin Siergiej Udalcow, lider Frontu Lewicy, został skazany na cztery i pół roku więzienia za organizację antyrządowych manifestacji. W Azji Kem Sokha z Kambodży, lider opozycji, został uwięziony w przeddzień wyborów parlamentarnych w 2017 r. Albo zaciekłość prawna na Filipinach przeciw senator Leila de Lima z opozycji.
Na całym świecie podniosły się liczne głosy, by potępić tę sytuację: grupy prawników, władze religijne, jak papież Franciszek, obrońcy praw człowieka, przywódcy związkowi i liderzy polityczni. Nasza wspólna deklaracja oddaje cześć tym protestom.
Wzywamy do czujności i obrony ofiar tego typu operacji, bez względu na ich przynależność polityczną. Apelujemy o światową współpracę prawnego ruchu oporu. Zwracamy się o potępienie wobec opinii publicznej rządów i prawników, jak sędzia Sergio Moro z Brazylii, którzy akceptują odgrywanie roli niszczycieli wolności indywidualnych i politycznych.

Białoruś: NIE dla kary śmierci

Białoruś jest ostatnim europejskim krajem, w którym stosowana jest kara śmierci, co stawiało ten kraj poza nawiasem krajów cywilizowanych. Teraz może się to zmienić.

Deputowana niższej izby parlamentu białoruskiego, Elena Anisim, skierowała do białoruskiego ministerstwa sprawiedliwości projekt ustawy, która znosiłaby karę śmierci. Jak podaje białoruski portal naviny.by, organizacja Amnesty International ocenia, że od 1991 roku w Białorusi wykonano około 400 wyroków śmierci. Dane te nie są dokładne, bo, jak podaje ten sam portal, „nasz kraj nie publikuje danych statystycznych o liczbie orzeczonych i wykonanych wyroków śmierci”.
Projekt ustawy, zaproponowany przez Anisim, może być, po otrzymaniu pozytywnej weryfikacji ze strony ministerstwa, rozpatrzony przez parlament jesienią tego roku.
Co ciekawe, Jak donoszą białoruskie źródła, to nie sama Anisim jest autorką propozycji zmian w prawie, do czego sama się przyznaje twierdząc, że prawdziwy autor propozycji chce pozostać anonimowy.
„Ten dokument został wysłany na moją poselską skrzynkę mailową. Po tym, kiedy naniosłam poprawki do tego projektu i przetłumaczyłam go na język białoruski, otrzymałam prawa autorskie tego projektu” powiedziała Anisim.
Obecnie jest on rozpatrywany przez Ministerstwo Sprawiedliwości i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Dokument składa się z dwóch jedynie artykułów. Pierwszy mówi o zawieszeniu artykułu 175 kodeksu karnego Białorusi o wykonaniu kary śmierci do czasu, kiedy zostanie ona całkowicie uchylona. Drugi przewiduje, że osoby już skazane na tę karę, zostaną przeniesione do kolonii karnych, w których przebywają skazani na dożywocie.
„Powinnam doczekać się odpowiedzi z ministerstw, przeanalizować je i jeśli będzie taka potrzeba, wprowadzić poprawki i skierować projekt do Izby Reprezentantów z propozycją rozpatrzenia w czasie sesji jesiennej”.