Białoruś: NIE dla kary śmierci

Białoruś jest ostatnim europejskim krajem, w którym stosowana jest kara śmierci, co stawiało ten kraj poza nawiasem krajów cywilizowanych. Teraz może się to zmienić.

Deputowana niższej izby parlamentu białoruskiego, Elena Anisim, skierowała do białoruskiego ministerstwa sprawiedliwości projekt ustawy, która znosiłaby karę śmierci. Jak podaje białoruski portal naviny.by, organizacja Amnesty International ocenia, że od 1991 roku w Białorusi wykonano około 400 wyroków śmierci. Dane te nie są dokładne, bo, jak podaje ten sam portal, „nasz kraj nie publikuje danych statystycznych o liczbie orzeczonych i wykonanych wyroków śmierci”.
Projekt ustawy, zaproponowany przez Anisim, może być, po otrzymaniu pozytywnej weryfikacji ze strony ministerstwa, rozpatrzony przez parlament jesienią tego roku.
Co ciekawe, Jak donoszą białoruskie źródła, to nie sama Anisim jest autorką propozycji zmian w prawie, do czego sama się przyznaje twierdząc, że prawdziwy autor propozycji chce pozostać anonimowy.
„Ten dokument został wysłany na moją poselską skrzynkę mailową. Po tym, kiedy naniosłam poprawki do tego projektu i przetłumaczyłam go na język białoruski, otrzymałam prawa autorskie tego projektu” powiedziała Anisim.
Obecnie jest on rozpatrywany przez Ministerstwo Sprawiedliwości i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Dokument składa się z dwóch jedynie artykułów. Pierwszy mówi o zawieszeniu artykułu 175 kodeksu karnego Białorusi o wykonaniu kary śmierci do czasu, kiedy zostanie ona całkowicie uchylona. Drugi przewiduje, że osoby już skazane na tę karę, zostaną przeniesione do kolonii karnych, w których przebywają skazani na dożywocie.
„Powinnam doczekać się odpowiedzi z ministerstw, przeanalizować je i jeśli będzie taka potrzeba, wprowadzić poprawki i skierować projekt do Izby Reprezentantów z propozycją rozpatrzenia w czasie sesji jesiennej”.

Sprawa Swiridowa: nowe fakty

Dziennikarz MIA „Rossiya segodnya” Leonid Swiridow otrzymał odpowiedź, iż Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyjął jego skarg na polskie władze.
Od samego początku monitorujemy tę sprawę. Byliśmy z Leonidem i trzymaliśmy za niego kciuki, kiedy przechodził od początku drogę w polskim wymiarze sprawiedliwości. W 2015 roku dziennikarz został wydalony z Polski oraz terenu UE po kilkunastu latach pobytu i pracy nad Wisłą.
Uznano go za osobę potencjalnie niebezpieczną i białego szpiega, nigdy jednak nie dano mu szansy, aby zapoznał się z konkretnymi oskarżeniami, jakie wobec niego wysunięto – z racji utajnienia procesu nawet przed samym zainteresowanym. Leonid do tej pory nie wie, co mu się zarzuca. Jego procesy przypominały sprawę Józefa K., bohatera powieści Kafki. Po wyczerpaniu się drogi sądowej dostępnej w Polsce dziennikarz postanowił poskarżyć się do Strasburga. Jest to pierwsza tego typu skarga złożona przez obywatela Federacji Rosyjskiej.
„Trybunał przystąpi do rozpatrzenia skargi tak szybko, jak to możliwe na podstawie przedstawionych informacji i dokumentów” – oznajmił ETPC w przesłanej Rosjaninowi odpowiedzi. Leonid domaga się „zniesienia nielegalnych decyzji podjętych przez polskie władze, a także odszkodowania w wysokości 40 tysięcy euro i odszkodowania za koszty adwokata”.

Rynek wolności i obietnic My, socjaliści

Polska jest dziś pełna niespodzianek. Na pewno można dostać za darmo obietnicę wolności i kolejne 500+. Co nas czeka jeszcze w tym świecie przedwyborczym – nikt nie wie, a populiści są nieprzewidywalni. Bardzo martwię się o przyszłość książki, jako nośnika idei i informacji, bo zabija ją nie tylko technologia, ale również kolejna wojna, w którą wchodzą wielkie siły współczesnej Polski.

Jeden i internautów

rzucił kilka dni temu na FB taką oto myśl: W jednym kościele pali się książki o „Harrym Potterze” a w drugim przyjmuje się z honorami czytelników i entuzjastów książki Hitlera „Mein Kampf”. Jeśli więc przyjąć, że warto pochylić się nad tym wpisem, to rodzi on pytanie, czy ofiarą jest książka, czy też ofiarą jest wolność i prawa dostępu do wartości ponadmaterialnych. Opisany incydent palenia książek i gadżetów młodzieżowych w jednym z gdańskich kościołów stanowić powinien przyczynek do szerszej dyskusji społecznej o prawach i wolnościach człowieka, szczególnie Polaka, który znalazł się na styku dwóch wielkich prądów cywilizacyjnych. Z jednej strony postępu i nowoczesności, które wyznacza doświadczenie demokratyczne i technologia, z drugiej zaś strony średniowieczna ciemnota, stanowiąca paliwo dla walki politycznej.

Sprzeczność

obydwu tych zdarzeń – obietnicy wolności i incydentu wyznaczającego zapowiedź cenzury, a więc ograniczenia wolności, jest ewidentna i nakazuje zastanowić się nad rangą oszustwa, jakie wychodzi z obozu władzy. Władza jest zdeterminowana, a Kościół jako jedno z jej narzędzi robi co może, aby zachować swoje wpływy – zarówno polityczne, jak i materialne.

Można przypuszczać,

że cała inicjatywa wypływa ze strachu ordynariusza gdańskiego, który zrodził się na skutek upowszechnienia wiedzy dotyczącej kolizji z prawem, postępowania w przeszłości, szanowanego do niedawna księdza J. Arcybiskup jako znany wojownik prawdopodobnie postanowił się odegrać. Uruchomiono więc informację i upubliczniono widok symbolicznego, pierwszego w wolnej Polsce, w XXI wieku stosu. Za tym poszły zdjęcia z zaprzysiężenia w częstochowskiej katedrze kilkudziesięciu rosłych narodowców. Przekaz jest jasny: wasza wolność jest ograniczona (jej symbol – książka spłonie), a jak się nie dostosujecie, to zajmą się wami nasi wierni ludzie.
Osoby komentujące ten kościelny happening nie kryły swojego oburzenia. Wielu zauważało, że wkrótce przyjdzie czas na palenie ludzi, u innych pojawiły się skojarzenia z kampanią palenia książek w III Rzeszy, w latach 30. ub. wieku. Jeden z religioznawców przypomniał przy okazji, że palenie ksiąg wywodzi się z trydenckiej, sarmackiej religijności.

W średniowieczu

zagrożeniem mieli być nasi sąsiedzi i przeciwnicy – muzułmanie, a później prawosławni czy luteranie. Trzeba było się przed nimi bronić, a symbolicznie zniszczyć. Takie podejście „konfrontacyjne” było wówczas popularne w całej Europie. Jednak o ile w wielu krajach tego rodzaju religijność zanikła, tak u nas duch „wojującego Kościoła” ma się całkiem dobrze.
Z dużym niepokojem patrzę na rozwijający się w Polsce spór cywilizacyjny, dotyczący rozwoju i miejsca człowieka w społeczeństwie. Mamy przynajmniej trzy opcje, które czują się uprawnione do walki o swoją wizję: konserwatywną, wybiegającą, jak widać, chwilami w średniowiecze, której zwolennikiem są aktualnie rządzący i Kościół, drugą neoliberalną, w której człowiek ze zdolnością kredytową jest elementem rynku i trzecią, rodzącą się w bólach koncepcję lewicową, człowieka – podmiotu procesów społecznych, obywatela.

Praktyka historyczna

wskazuje, ze nigdy nie jest tak, że zwycięża jedna opcja ideowa, polityczna czy cywilizacyjna. Sztuką jest porozumienie i pokojowa rywalizacja, której celem jest wolność, sprawiedliwość i dobro człowieka. Żyjemy jednak w świecie konfrontacji wartości na miarę jakości demokracji, którą sobie zbudowaliśmy. O ile dziś widać, że demokracja sprzyja myśleniu konserwatywnemu, o tyle trzeba wierzyć, że budując ją według współczesnych wzorców odrzucimy zarówno konserwatywny jak i neoliberalny kanon i stworzymy stan stosunków społecznych i organizacji państwa w oparciu o wartości socjalizmu demokratycznego. Nie jest to nowa idea i nowe doświadczenie. Polskiej demokracji trzeba pomóc, aby przezwyciężyła swoje słabości i wielką skalę niemożności. Dobrym pierwszym krokiem byłoby powszechne zaangażowanie obywatelskie w budowę ideału, który wynika z hasła „Socjalna Polska w socjalnej Europie”.

Przed polską lewicą

stoi z tego powodu wielkie zadanie na wybory europejskie w maju i parlamentarne w październiku 2019 – wypromowanie tych wartości i zdobycie dla nich poparcia społecznego.

Google arbitrem praw człowieka

Google odmówiło zaprzestania dystrybucji programu na swojej platformie Google Play. Przedstawiciele koncernu oświadczyli, że po przyjrzeniu się sprawie nie stwierdzili, aby aplikacja miała naruszać prawa człowieka.

Pod koniec lutego 14 kongresmenów z USA zwróciło się do gigantów Google i Apple, którzy dystrybuują apkę w swoich sklepach, o wyjaśnienia i zajęcie stanowiska do 28 lutego. O „natychmiastowe zaprzestanie” promowania usługi, która wspiera patriarchat, zaapelował między innymi senator Ron Weaden. „Prześladowane w Arabii Saudyjskiej kobiety są zmuszone do pokonania aplikacji, by móc opuścić kraj i gdzie indziej szukać schronienia” – napisali politycy. Obie firmy zlekceważyły termin. Apple do tej pory nie udzielił odpowiedzi, zasłaniając się potrzebą przeprowadzenia szczegółowego dochodzenia. Najwyraźniej czekał na jakiś ruch Google’a. I doczekał się. Kongresmenka Jackie Speier z Partii Demokratycznej ogłosiła, że w koncern przesłał odpowiedź – odmowną.
Uznano, że aplikacja nie narusza niczyich praw, stanowi wyłącznie „rozszerzenie” prawa obowiązującego w Arabii Saudyjskiej, czyli faktu, że męski opiekun może ustawić w programie, na jak długo i dokąd podległym mu kobietom wolno będzie podróżować. Prócz tego aplikacja posiada wiele „zwyczajnych” funkcji: możliwość zarejestrowania świeżo urodzonego dziecka, dokonywania opłat czy wypełniania formularzy dotyczących prawa jazdy i mandatów. W ubiegłym miesiącu fakt pobrania aplikacji przez Saudyjczyków ponad milion razy oburzył opinię publiczną, która zażądała zdjęcia kobietom „elektronicznej smyczy”.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.

Na śmierć

Saudyjski prokurator chce kary śmierci dla aktywistki praw człowieka

 

Byłby to pierwszy taki wyrok wydany odkąd Muhammad ibn Salman, formalnie nastpca tronu, jest faktycznym władcą Arabii Saudyjskiej. Trwa pokazowy protest pięciu aktywistek walczących o prawa szyickiej mniejszości. Jedna z osadzonych kobiet, Israa al-Ghomgham, usłyszała od prokuratura generalnego zarzuty o terroryzm oraz nieposłuszeństwo wobec władzy. Grozi jej kara śmierci.

Akta są utajnione, ale prokurator generalny zażądał dla niej kary śmierci. Protestują organizacje broniące praw człowieka – między innymi Human Rights Watch.

Sarah Leah Whitson, dyrektor ds. Bliskiego Wschodu w HRW napisała w oficjalny oświadczeniu: „Każda egzekucja jest przerażająca, ale domaganie się najcięższego wymiaru kary dla ludzi takich jak Ghomgham, których działania od początku były pokojowe, to potworność”.

W ubiegłym tygodniu media obiegła wiadomość, że wszystkie aktywistki zostały już stracone. Jednak rząd Arabii Saudyjskiej zdementował te doniesienia (z opóźnieniem) i podał, że proces jest w toku. Więcej szczegółów nie znamy.

Israa al-Ghomgham została aresztowana w 2015 roku w swoim domu. Służby zatrzymały także jej męża. Jest oskarżona o terroryzm, ponieważ dokumentowała i upubliczniała nagrywane przez siebie materiały z protestów mniejszości szyickiej z 2011 roku na wschodzie kraju. Pokazywała dyskryminację swojej społeczności przez sunnitów.
Szyici mieszkający na terenach, gdzie Arabia Saudyjska wydobywa ropę, mają ograniczony dostęp do edukacji i zatrudnienia, ich ceremonie religijne są zakłócane i obłożone zakazami. Aktywiści szyiccy od lat poddawani są krwawym represjom, więzieni i skazywani na śmierć – za rzekomą kolaborację z Iranem, któremu ma zależeć na utrzymywaniu niezadowolenia w regionie.

Dwa tygodnie temu krytyka aresztowań aktywistów praw człowieka przez Kanadę stała się przyczyną bezprecedensowych retorsji ze strony Rijadu. Oprócz Kanady inne państwa nie reagowały na tę sprawę.

 

Eskalacja dla przykładu

Spór między Arabią Saudyjską wybuchł niespodziewanie. Jeszcze bardziej niespodziewanie – zaostrza się się coraz bardziej.

 

Po wypowiedzi kanadyjskiej minister spraw zagranicznych, która wezwała do zwolnienia Samar Badawi i innych działaczek na rzecz praw kobiet reakcja Rijadu była natychmiastowa. Z dnia na dzień persona non grata stał się w Arabii Saudyjskiej ambasador Kanady, Rijad zapowiedział przeniesienie do innych krajów wszystkich Saudyjczyków studiujących w Kanadzie dzięki rządowym stypendiom, zamroził wszelkie nowe inwestycje i transakcje handlowe z kanadyjskimi partnerami, wstrzymał loty saudyjskich linii lotniczych do tego kraju oraz kanadyjsko-saudyjskie programy medyczne. Wreszcie – saudyjski bank centralny przystąpił do masowej sprzedaży posiadanych przez siebie kanadyjskich aktywów. Jak na karę za jedną krytyczną wypowiedź – są to sankcje wręcz zadziwiające swoją surowością, niemal na granicy wojny. A może to jeszcze nie być wszystko, gdyż w środę szef saudyjskiej dyplomacji Adel al-Dżubjr zapowiedział, że jego rząd myśli o dodatkowych retorsjach.

Rijad nie jest przyzwyczajony do krytyki – mocarstwa zawsze obchodziły się z nim jak z jajkiem, starając się nie widzieć, że jego „dorobek” w zakresie przestrzegania praw człowieka jest porażający – w negatywnym sensie. Represje, publiczne egzekucje, stosowanie prawa religijnego zamiast karnego, faktyczny absolutyzm, wspieranie terroryzmu, prowadzenie zabójczej wojny w Jemenie – żadna z tych spraw nie przeszkodziła ani Londynowi, ani Waszyngtonowi, ani Paryżowi – i w zasadzie też żadnej innej stolicy – aby nie hołubić saudyjskich królów i książąt. A do tego jeszcze książę-regent Mohammed bin-Salman przecież zaczął kraj modernizować. Pozwolił kobietom prowadzić samochody. Zaczął zwalczać korupcję – czyli wtrącać do więzień swoich skorumpowanych przeciwników. Za to przecież należały mu się same pochwały.

Premier Kanady Justin Trudeau nie zamierza jednak przepraszać za to, że minister jego rządu powiedziała, co wreszcie należało o saudyjskiej monarchii powiedzieć – zresztą krytycznie, ale i tak w bardzo wyważony sposób. „Kanadyjczycy zawsze oczekiwali od swojego rządu, że będzie wypowiadał się mocno, stanowczo, wyraźnie i uprzejmie o konieczności respektowania praw człowieka tak w kraju, jak i na całym świecie. I tak będziemy nadal robić” – stwierdził Trudeau.

Arabia Saudyjska oświadczyła ustami swojego ministra spraw zagranicznych, że nie widzi potrzeba mediacji, której ewentualnie miałaby się podjąć Wielka Brytania. Zresztą – dla większości państw sprawa stała się kłopotliwa, bo jakiekolwiek stanowisko wobec saudyjsko-kanadyjskiego sporu może oznaczać konieczność zadeklarowania się po którejś ze stron. A tego czynić otwarcie nikt nie ma wielkiej ochoty, bo albo dostanie się etykietę państwa relatywizującego kwestię praw człowieka, albo dostanie się rykoszetem od Rijadu. Stąd wypowiedzi innych stolic są generalnie oględne i dystansujące się.

Analitycy zwracają jednak uwagę, że przypisywanie ostrości saudyjskiej reakcji tylko urazie monarchy nieprzyzwyczajonego do krytyki byłoby uproszczeniem, gdyż to, co zrobił Rijad robi wrażenie wykalkulowanej akcji dyplomatycznej. Dlaczego akurat wobec Kanady? Nie tylko dlatego, że nadarzył się pretekst, ale również dlatego, że Kanada z punktu widzenia monarchii Saudów nie jest superważnym strategicznym partnerem, więc koszt zaostrzenia dwustronnych relacji jest względnie zbywalny, a za to reszcie świata – i to tej, która Dla Strażników Świętych Meczetów jest ważna – da się jednoznaczny i twardy sygnał: od tego, co robimy wara. Przyjmujemy tylko komplementy i pochwały.

Dziecięce obozy w USA

W ramach polityki „zero tolerancji” dla nielegalnych migrantów na granicy meksykańsko-amerykańskiej blisko dwa tysiące dzieci zostało oddzielonych od rodziców lub opiekunów. Stany Zjednoczone pozostają niewzruszone na apele obrońców praw człowieka, a także ONZ, by zaprzestać tej brutalnej praktyki.

 

Polityka zerowej tolerancji została zatwierdzona w USA w kwietniu. W jej myśl każdy, kto nielegalnie przekracza meksykańsko-amerykańską granicę, jest zatrzymywany i w jego sprawie rusza postępowanie karne. Jeśli razem z taką osobą przemieszczały się dzieci, są oddzielane od rodziców lub opiekunów i trafiają do specjalnych centrów. W ubiegłym tygodniu grupa reporterów, m.in. z „Washington Post” i NBC, odwiedziła jedno z takich miejsc, placówkę Casa Padre w teksańskim Brownsville (zresztą na zaproszenie dyrekcji). Przekonała się, że w „ośrodku”, urządzonym w magazynie po Walmarcie, 1400 chłopców (nie tylko nielegalnych migrantów z ostatnich tygodni, ale też np. młodych Amerykanów pozbawionych należytej opieki w rodzinach) jest przetrzymywanych w reżimie bliskim więziennemu. Na spacery i zajęcia na powietrzu mają w ciągu doby dwie godziny. Do tego dochodzi godzina czasu wolnego. Śpią w pomieszczeniach przeznaczonych dla czterech osób każde, faktycznie zajmowanych przez pięć.

Najnowsze, w tym dopiero tworzone centra w Teksasie, to faktycznie miasteczka namiotowe przeznaczone dla kilkuset dzieci każde. Pierwsze, w Tornillo, na południe od El Paso, ma przyjąć 360 nieletnich.

Według oficjalnego komunikatu od momentu wdrożenia ostrego kursu antyimigranckiego (19 kwietnia) do 31 maja od najbliższych osób przymusowo oddzielono 1995 dzieci. myśl obowiązujących regulacji nie mogą one przebywać w areszcie razem z rodzicami. Mimo protestów USA planują kontynuację bezwzględnej polityki i już przewiduje, że liczba zatrzymanych dzieci niedługo się podwoi. Już teraz urzędnicy sprawdzają, czy dawna baza lotnicza Dyess w Abilene i Fort Bliss, baza wojskowa w pobliżu El Paso, będą nadawały się na kolejne centra detencyjne.

Zasiłek – prawem człowieka

Wielu ludzi, którzy przychodzą do nas ze swoimi kłopotami, nigdy nie udało się do pomocy społecznej.

 

Twierdzą, że „jeszcze tak nisko nie upadli” Utożsamiają korzystanie z zasiłków z żebraniem. Wielu z nich wpadło w łapy lichwiarzy, żeby tylko nie przeżyć upokorzenia, na jakie naraziłoby ich skorzystanie z pomocy finansowej państwa czy gminy.
Istnieje pogląd, że tylko lenie i pijacy sobie nie radzą. Dlatego klienci Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej często już od drzwi oznajmiają, że nie są patologią, że całe życie ciężko pracowali, a to, że dzisiaj grozi im eksmisja, licytacja mieszkania, odebranie dzieci z powodu złych warunków mieszkaniowych, to wynik nieszczęśliwego splotu okoliczności. Często ci ludzie dają wyraz swej pogardzie dla tych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji niejako na własne życzenie.
Fikcja, że w panującym systemie każdy pracowity człowiek „musi sobie poradzić”, a jeśli tak się nie dzieje to jest to wyjątek od reguły sprawia, że ludzie ze wstydu nie kierują się tam gdzie powinni czyli do ośrodków pomocy społecznej.
Jest jednak i drugi powód. W bardzo wielu, jeżeli nie w większości placówek pomocy społecznej pracownicy poniżają ludzi zwracających się o pomoc. Przykład: samotna matka piątki dzieci zajmuje pustostan, żeby wyjść z bezdomności. Przychodzi pracownica socjalna i pyta: gdzie są tatusiowie? Nie wie, że ojciec tej piątki dzieci miesiąc wcześniej zmarł na wylew w Markocie i leżał kilka godzin na podłodze w czarnym worku, zanim odpowiednie służby przyjechały go stamtąd zabrać. I że wdowa dlatego zajęła pustostan, że ta tragedia przepełniła kielich goryczy. Pracownica socjalna zakłada, że wielodzietność jest wynikiem alkoholizmu, złego prowadzenia się i częstej zmiany partnerów. Bo przecież „prawdziwa, bogobojna rodzina nie mogła się znaleźć w takiej sytuacji.” A jednak się znalazła. Bardzo często samotne matki, czy w ogóle biedne rodziny unikają kontaktów z „opieką” w obawie przed wszczęciem postępowania odebrania praw rodzicielskich z powodu biedy.
Twierdzenie, że ludzie ubodzy są sami sobie winni to kłamstwo, w które niestety w wierzy większość niezamożnych Polaków. A to przecież pretekst, żeby im jak najmniej pomagać.