Podpisz apel

Przeciwko klauzuli sumienia w aptekach.

Ani farmaceuci, ani apteki nie mają prawa odmawiać wydania środków antykoncepcyjnych ze względów sumienia. Mimo to coraz częściej dochodzi do łamania prawa poprzez nierealizowanie recept na tabletki/ plastry (z których korzysta ok. 25% kobiet). Poza kontrolą powstają sieci aptek bez antykoncepcji. Trwają prace nad złożonym w Sejmie projektem ustawy, który zwalnia farmaceutów i właścicieli aptek z obowiązku wydania i nawet posiadania leków niezgodnych z ich sumieniem. To zaś doprowadzi do zmniejszenia faktycznej dostępności antykoncepcji, w tym awaryjnej, naruszając wiele wolności i praw obywatelskich.

***
Szanowny Panie Ministrze! Szanowna Komisjo ds. Petycji!
W odniesieniu do projektu nowelizacji Prawa farmaceutycznego apelujemy o niewprowadzanie klauzuli sumienia dla farmaceutów i właścicieli aptek.
Powoływanie się przez farmaceutów na „klauzulę sumienia” pozostaje w sprzeczności z obowiązującym prawem i może prowadzić do ograniczenia praw pacjenta do świadczeń zdrowotnych. Przeciwko instytucjonalizacji klauzuli sumienia dla farmaceutów przemawiają takie wartości jak bezpieczeństwo publiczne, ochrona zdrowia, prawo do prywatności, wolność wyznania lub braku wyznania, czyli wartości również chronione przez Konstytucję.
Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że tak długo, jak sprzedaż środków antykoncepcyjnych jest legalna, dostępna na podstawie recepty wystawionej przez lekarza, a preparaty te możliwe są do nabycia jedynie w aptece, farmaceuci nie mają prawa narzucać innym swoich przekonań moralnych, odmawiając sprzedaży leku. Takie stanowisko podzielają Rzecznik Praw Obywatelskich, Główny Inspektor Farmaceutyczny i Komitet Bioetyki PAN.
Konsekwencje zmiany prawa możesz ponieść Ty lub Twoi bliscy. Apel z mocnym poparciem społecznym potrzebny jest teraz, gdyż Komisja ds. Petycji rozpatrująca projekt ustawy autorstwa Stowarzyszenia Farmaceutów Katolickich zwróciła się do Ministra Zdrowia o „kompleksową analizę kwestii wprowadzenia do systemu prawnego klauzuli sumienia dla farmaceutów, sygnalizując potrzebę wprowadzenia takiej możliwości”. Dostęp do antykoncepcji to kwestia ogólnospołeczna – dotyczy ponad połowy naszej populacji. Sankcjonowanie odmów godzi w prawa kobiet i mężczyzn do swobodnego planowania rodziny oraz zmniejsza ochronę przed infekcjami przenoszonymi drogą płciową. Uderza szczególnie w osoby mieszkające w mniejszych miejscowościach, gdzie może nie być alternatywy do aptek stosujących klauzulę sumienia.
Stowarzyszenie pod swoim projektem ustawy zebrało 15 000 podpisów. Zbierzmy więcej w sprzeciwie wobec nieuprawnionych ingerencji w nasze prawa i życie prywatne! Szukaj dokumentu na stronie: naszademokracja.pl

Dzień Kobiet na świecie – w Stambule

W Turcji kobiety nadal muszą walczyć o podstawowe prawa, jak wolność zgromadzeń i wypowiedzi. W Stambule tegoroczny Międzynarodowy Dzień Praw Kobiet upłynął pod znakiem
policyjnej przemocy. Brutalnie spacyfikowano pokojową demonstrację, na której obywatelki protestowały właśnie przeciwko przemocy wobec kobiet.

Rosnący konserwatyzm rządów Recepa Erdogana w Turcji wyraża się nie tylko w utrwalaniu tradycyjnej roli kobiet w społeczeństwie. Oznacza też coraz brutalniejsze traktowanie ruchów kobiecych. W piątek wieczorem policja bezlitośnie spacyfikowała manifestację złożoną w większości z kobiet, która odbyła się w centrum Stambułu z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Zgromadzone głośno domagały się poszanowania swoich praw, bo dyskryminacja kobiet w Turcji nadal jest smutną normą. Jakby na potwierdzenie tego interweniowała policja. Agencja Reuters doniosła, że funkcjonariusze starali się rozbić zgromadzenie używając gazu łzawiącego. Inne źródła donoszą nawet o użyciu gumowych kul
wobec demonstrantek.
Marsz, który zgromadził bardzo różne środowiska polityczne, był całkowicie pokojowy. Kilkutysięczny tłum zebrał się na skraju Placu Taksim i miał ruszyć jedną z reprezentacyjnych pieszych alei miasta, został jednak zablokowany przez kilkusetosobowy szpaler policyjny. Siły prewencji użyły wobec zgromadzonych gazu pieprzowego w sprayu i pocisków z gazem łzawiącym. Doszło do szamotaniny i przepychanek, kiedy policja zaczęła spychać kobiety z powrotem na plac i w boczne uliczki. Na razie nie wiadomo, czy któraś z nich poważniej ucierpiała lub została zatrzymana. – Cieszę się, widząc kobiecą solidarność, ale jednocześnie serce mi pęka. Czuję się uciskana. Wydaje się, że nawet dzisiaj nie jesteśmy wolne – mówiła młoda studentka z Anatolii cytowana przez anglojęzyczny portal Middle East Eye.
Zdaniem świadków, których wymienia MEE, powodem ataku policji mogły być prokurdyjskie akcenty na demonstracji. Wznoszone było kurdyjskie hasło “Kobiety, życie, wolność”. Oficer policji stwierdził, że użyto przemocy, ponieważ w tłumie pojawiły się portrety Abdullaha Ocalana, lidera Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), a państwo tureckie surowo karze za wszelkie związki z tą organizacją, którą uznaje za wewnętrzne zagrożenie dla integralności kraju.
Inne źródło policyjne twierdziło z kolei, że pacyfikacja manifestacji była planowana już od dawna.
Jednym z motywów demonstracji 8 marca był sprzeciw wobec przemocy w stosunku do kobiet. Grupa aktywistek Powstrzymamy Kobietobójstwo zgromadziła dane mówiące, że w 2018 r. w Turcji doszło do 440 morderstw na kobietach z pobudek mizoginicznych. Kraj ten stale plasuje się też na szarym końcu wielu rankingów równouprawnienia płci sporządzanych przez organizacje monitorujące poszanowanie
praw człowieka.
Od czasu próby zamachu stanu w 2016 r. tureckie władze zaostrzyły sposób traktowania demonstracji w Stambule i innych dużych miastach. Wprowadzono elementy stanu wyjątkowego i wolność zgromadzeń była znacznie ograniczona. Przepisy te wycofano w lipcu 2018 r. Jak jednak widać, postępowanie sił prewencji rządzi się własnym prawem.

Google arbitrem praw człowieka

Google odmówiło zaprzestania dystrybucji programu na swojej platformie Google Play. Przedstawiciele koncernu oświadczyli, że po przyjrzeniu się sprawie nie stwierdzili, aby aplikacja miała naruszać prawa człowieka.

Pod koniec lutego 14 kongresmenów z USA zwróciło się do gigantów Google i Apple, którzy dystrybuują apkę w swoich sklepach, o wyjaśnienia i zajęcie stanowiska do 28 lutego. O „natychmiastowe zaprzestanie” promowania usługi, która wspiera patriarchat, zaapelował między innymi senator Ron Weaden. „Prześladowane w Arabii Saudyjskiej kobiety są zmuszone do pokonania aplikacji, by móc opuścić kraj i gdzie indziej szukać schronienia” – napisali politycy. Obie firmy zlekceważyły termin. Apple do tej pory nie udzielił odpowiedzi, zasłaniając się potrzebą przeprowadzenia szczegółowego dochodzenia. Najwyraźniej czekał na jakiś ruch Google’a. I doczekał się. Kongresmenka Jackie Speier z Partii Demokratycznej ogłosiła, że w koncern przesłał odpowiedź – odmowną.
Uznano, że aplikacja nie narusza niczyich praw, stanowi wyłącznie „rozszerzenie” prawa obowiązującego w Arabii Saudyjskiej, czyli faktu, że męski opiekun może ustawić w programie, na jak długo i dokąd podległym mu kobietom wolno będzie podróżować. Prócz tego aplikacja posiada wiele „zwyczajnych” funkcji: możliwość zarejestrowania świeżo urodzonego dziecka, dokonywania opłat czy wypełniania formularzy dotyczących prawa jazdy i mandatów. W ubiegłym miesiącu fakt pobrania aplikacji przez Saudyjczyków ponad milion razy oburzył opinię publiczną, która zażądała zdjęcia kobietom „elektronicznej smyczy”.

Debata „Równość w praktyce”

Czym jest równość? I jak ją dziś mierzyć, opisywać, pojmować?

Czy jest to immanentna część oświeceniowej triady – wolność / równość / braterstwo-siostrzeństwo – która od bez mała 300 lat kształtuje to, co nazywamy kulturą zachodnią i która jej nadała wyjątkowe piętno czy jest to już przebrzmiały ozdobnik idei minionych wraz z XIX i XX wiekiem?
Jak dziś mamy podejść do tego niezwykle humanistycznego i wzniosłego pojęcia, gdy wokół toczy się bezwzględny walec neoliberalizmu i rynkowego fundamentalizmu, glajchszaltujący wszystko co nas otacza, co do tej pory znaliśmy, co było dla nas wartościami?

Pojęcie równości

jest terminem wieloznacznym i wielopłaszczyznowym: zarówno filozoficznym socjologicznym, politologicznym, prawnym, etyczno-moralnym, ekonomicznym itd. Dotyczy w zasadzie wszystkich aspektów życia ludzkiego. Zwłaszcza biorąc pod uwagę humanizm, człowieczeństwo, otwartość i solidarność. Równość ze swej istoty odrzuca wszelkie „naturalistyczne”, „konieczne” i dogmatyczne koncepcje człowieka akcentując podmiotowość i wyjątkowość każdej istoty ludzkiej. To efekt historycznych procesów i humanizacji naszej świadomości, naszego bytu. Nie przebiegają owe procesy linearnie, nie są ciągłą drogą do przodu, ku światłej przyszłości. Zdarzają się na tej drodze meandry i regresy.

Zanik pewnych wartości

i ich rozumienia. Ale ruch ku bardziej równym, sprawiedliwym, wolnym dla każdego (w sensie doczesnym jak i mentalnym) pojmowaniu naszego bytu postępuje.
Z oporami, ale postępuje. Urzeczywistnianie tego ideału to dążenie do wszechstronnego rozwoju i takiego też patrzenia na świat i ludzi, każdego człowieka. Każdej osoby ludzkiej. Tu i teraz, na ziemi, podczas jest doczesnej egzystencji.

Społeczne Forum Wymiany Myśli

w styczniu organizuje, jak co miesiąc, debatę na temat właśnie tego niezwykle szerokiego zagadnienia. Panelistkami będą znane działaczki społeczno-polityczne.
Zapraszamy serdecznie na debatę, która – biorąc pod uwagę skład panelistek – zapewni gorącą i owocną dyskusję. 31.01.2019, Wrocław ul. Kołłątaja 31, lokal nr 11 (I piętro) godz. 18.00.

Postęp technologiczny po saudyjsku

Do tej pory królestwie Saudów mąż mógł się rozwieść z żoną zupełnie poza jej wiedzą. W tym kontekście fakt, że wprowadzono zasadę informowania o tym kobiety wiadomością tekstową, wydaje się przejawem postępu i liberalizacji społecznej.

Mieszkańcom Zachodu może się to wydawać absurdalne, ale zmiany społeczne w skrajnie patriarchalnej Arabii Saudyjskiej, gdzie status kobiety jest praktycznie niewolniczy, należy jednak oceniać według innej miary. Ministerstwo sprawiedliwości poinformowało, że w przypadku rozwodu, który prawie zawsze jest jednostronną decyzją mężczyzny, sąd poinformuje o tym fakcie kobietę za pomocą wiadomości sms. Wcześniej mąż zwyczajnie informował sąd, że chce się rozwieść i to zazwyczaj wystarczało. Wiele kobiet nawet nie wiedziało, że nie mają już męża, dopóki nie odkryły, że zostały wyrzucone z domu.

O zmianach na obszarze prawa małżeńskiego poinformowała państwowa telewizja: “Kobiety będą informowane o zmianie stanu cywilnego poprzez wiadomość tekstową”. Na stronie internetowej ministerstwa sprawiedliwości można przeczytać: “Sądy zaczęły już wysyłać takie informacje”. Fakt ten jest określany przez ministerstwo jako “krok mający na celu ochronę praw kobiet”.
Nowy przepis jest interpretowany jako część procesów liberalizacji obyczajowej wdrażanych pod kierunkiem księcia Mohammada bin Salmana, obecnego następcę tronu – tego samego, który najprawdopodobniej odpowiada za zlecenie zabójstwa i poćwiartowania dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego. W 2018 r. kobiety uzyskały wreszcie prawo do prowadzenia auta, a nawet do wstępu na stadiony podczas imprez sportowych. Istnieją też plany doprowadzenia do większego udziału kobiet w rynku pracy, co ogólnie ma się wiązać z koniecznością stopniowego odchodzenia kraju od gospodarki całkowicie opartej na handlu ropą naftową.

“Rewolucję esemesową” poparli nawet działaczki na rzecz praw człowieka. – Kobiety będą teraz przynajmniej wiedziały, czy mąż się z nimi rozwiódł – powiedziała Suad Abu-Daje z organizacji Equality Now w rozmowie z Fundacją Thomson Reuters. – To niewielki krok, ale w dobrym kierunku.

Aktywistka przyznała jednocześnie, że sytuacja kobiet w Arabii Saudyjskiej, która nawet nie aspiruje do miana demokratycznej, jest straszna. Obowiązuje tzw. system “męskiego nadzoru”, prawo stanowiące władzę mężczyzny nad prawie każdym aspektem jej życia. Żeby zarabiać pieniądze, podróżować a nawet leczyć się, kobiety potrzebują zgody męża, ojca lub innego męskiego krewnego. Z kolei wraz z poluzowaniem tego prawa na nielicznych obszarach nasiliły się represje wobec aktywistek na rzecz praw kobiet, którym za ich działalność może grozić nawet śmierć.

Niewolnictwo kwitnie

Z najnowszego raportu Biura Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC) w Wiedniu wynika, że ofiary uprowadzeń i handlu ludźmi zwykle są wykorzystywane seksualnie. Najczęściej „ludzkim towarem” zostają kobiety.

Jest pewien postęp: w 2016 tylko 26 w krajach funkcjonowały instytucje zbierające dane o uprowadzeniach bądź handlu żywym towarem. W 2018 było to już 65 krajów, jednak problem nadal występuje głównie na Bliskim Wschodzie, w Afryce Subsaharyjskiej oraz w Azji. Tam kwitnie handel ludźmi w obrębie jednego państwa bądź pomiędzy regionami. Natomiast w bogatszych krajach np. USA czy w Europie południowej, pole do popisu mają handlarze „długodystansowi”, którzy przewożą swoje ofiary nawet przez pół globu.

Najczęściej ofiarami handlu ludźmi według twórców raportu padają kobiety – dwa główne motywy uprowadzeń bądź transakcji żywym towarem to niewolnictwo seksualne (65 proc.) oraz przymusowa praca (34 proc). Ten proceder najczęstszy jest w Afryce Subsaharyjskiej, ale również na Bliskim Wschodzie, gdzie na terenach objętych konfliktami często kobiety lub dziewczynki z wielodzietnych rodzin są sprzedawane handlarzom, co zapewnia na jakiś czas byt reszcie rodziny.

Dochodzi również do porwań i handlu mężczyznami – ci najczęściej trafiają do niewolniczej pracy (82 proc.), nierzadko zostają również „dawcami” narządów. Problemem są również uprowadzenia dzieci – te najczęściej (poza porwaniami dla okupu) wykorzystywane są do żebrania.

Pewną pociechę stanowi fakt, że wykrywalność tego rodzaju przestępstw systematycznie rośnie: z porównania danych 45 krajów, które od 2007 r. systematycznie je publikują, wynika, że od 2011 r. liczba wykrytych przypadków wzrosła o 39 proc.

– Wspólnota międzynarodowa musi intensywniej zająć się zwalczaniem handlu ludźmi w regionach objętych konfliktami oraz we wszystkich społeczeństwach. W tym celu trzeba stworzyć dodatkowe możliwości i doprowadzić do współpracy. Niemalże każdy z krajów dysponuje ustawodawstwem, w myśl którego handel ludźmi jest przestępstwem, ale w niektórych regionach sprawcy pozostają wciąż bezkarni – stwierdził – dyrektor UNODC Jurij Fiedotow. Wskazał również na palącą potrzebę edukacji dzieci, zwłaszcza dziewczynek, w celu skutecznej obrony przed handlarzami żywym towarem.

Żegnaj, Profesorze!

Nie żyje Romuald Dębski, wybitny ginekolog, obrońca kobiet, twarz ruchu oporu przez koszmarną zmianą, jaką fundują nam fanatycy pokroju Bogdana Chazana. Przez „obrońców życia” okrzyknięty był aborcjonistą, choć nie da się zliczyć żyć, które uratował.

 

Zmarł 20 grudnia po długiej chorobie. Był ordynatorem oddziału ginekologiczno-położniczego w Szpitalu Bielańskim w Warszawie.
Prawicowe ruchy anti-choice okrzyknęły go „aborcjonistą”, celowo pomijano jednak fakty świadczące o tym, że na jego oddziale co roku ratowano 3 tysiąc dzieci, którym nie dawali szans inni lekarze. „Obrońcy życia”, którzy wystawali pod szpitalem z plakatami zakrwawionych płodów i krzyczeli „W Szpitalu Bielańskim w 2017 roku aborterzy zabili 131 dzieci!” nie chcieli wiedzieć, że pracownicy prof. Dębskiego przeprowadzali skomplikowane operacje (m.in. kardiologiczne) ratujące życie i zdrowie nienarodzonych dzieci – jeszcze w łonie matki.
W plebiscycie „Idealna Klinika” magazynu „Medical Tribune” to jego oddział w Szpitalu Bielańskim wybrano w tym roku najlepszym w kraju. Dębski był autorem i współtwórcą ponad 100 publikacji naukowych, w tym akademickich podręczników czy prac poglądowych z zakresu położnictwa i ginekologii, endokrynologii ginekologicznej i diagnostyki ultrasonograficznej. Leczył także pacjentki z nowotworem, prowadził dla nich program rezerwacji płodności (przed chemioterapią od takich pacjentek pobierało się komórki jajowe bądź fragmenty jajników, by umożliwić im później macierzyństwo pomimo zmagań z chorobą).
Zawsze opowiadał się za wyborem – wyborem kobiety.
– Dopóki w Polsce prawo jest takie, że kobieta ma prawo wystąpić o aborcję i w uzasadnionych przypadkach powinna mieć tego typu procedurę wykonaną, to ja będę się tego trzymał, niezależnie od tego, jakie pikiety będą stały przed szpitalem – mówił.
Jako jedyny miał odwagę powiedzieć przed kamerami: – Gdyby profesor Chazan przyjechał teraz do mnie do kliniki i zobaczył to życie, które uratował, to chyba miałby troszkę inne podejście. To jest dziecko, które nie ma połowy głowy, ma mózg na wierzchu, ma wiszącą gałkę oczną, ma rozszczep całej twarzy, nie ma mózgu w środku i będzie umierało przez najbliższy miesiąc albo dwa, bo ma zdrowe serce i zdrowe płuca, aż umrze w końcu z powodu jakiegoś zakażenia. A kobieta, która urodziła to dziecko musiała mieć zrobione cięcie cesarskie. To jest sukces profesora Chazana. (…) Każda sytuacja, w której dochodzi do podjęcia decyzji o akceptacji prośby pacjenta o zabieg przerywania ciąży, jest dla lekarza trudna. Proszę mi uwierzyć – to nie jest przyjemne, to nie jest ulga ani dla matek, ani dla lekarzy. To naprawdę jest wybór mniejszego zła. Bo nie ma dobrego rozwiązania. Każde rozwiązanie jest złe…
W 2014 przyniósł do studia TVN24 zdjęcia „dziecka Chazana”, ale stacja nie zdecydowała się ich pokazać.
Był profesjonalistą w każdym calu. Nie „kupował” różowej estetyki feministycznej kampanii „Aborcja jest ok” – nie chciał, by kojarzona była z imprezą, świetną zabawą – choć popierał jej „odczarowanie” w społecznej świadomości.
– Generalnie uważam, że prawo, które mamy dziś, jest dobre. Fatalnie, że nie jest przestrzegane. Otworzyłbym jedynie wąską furtkę do przerwania ciąży ze wskazań społecznych. Podkreślam – wąską furtkę. Nie powrót do sytuacji z PRL, gdzie aborcję zrównywano z antykoncepcją. Z tamtego okresu pamiętam 26-letnią dziewczynę w szpitalu, która przyjechała na 12. w jej życiu zabieg. Na którymś „czarnym proteście” usłyszałem hasło: „Dopóki nie masz aborcji, nie jesteś w pełni kobietą”. Straszna bzdura! Nie zgadzam się na to, by dyskusja szła w tym kierunku, żeby robić z aborcji nic nieznaczący zabieg, stawiać go na równi z antykoncepcją. Zdaję sobie jednak sprawę, że otworzenie takiej drobnej furtki „ze wskazań społecznych” jest najtrudniejsze technicznie do dogrania pod względem prawnym – powiedział „Gazecie Wyborczej”, narażając się w ten sposób również niektórym środowiskom kobiecym.
Był ze swoimi pacjentkami na dobre i na złe: – Ja się zajmuję diagnostyką prenatalną, czyli badam dzieci przed urodzeniem, żeby ich rodzice mogli wiedzieć, czy są zdrowe, czy nie. Najfajniej jest powiedzieć, że wszystko jest dobrze. Ale czasem okazuje się, że dziecko jest chore. Dobrze, gdy można je leczyć – ale co, jeśli nie można? Gdzie miałbym tych rodziców odesłać? Prowadzę w tym gabinecie kilka rozmów miesięcznie z parami, które mają postawioną diagnozę, że płód jest bardzo poważnie uszkodzony. Mówię im: macie dwa wyjścia, oba złe.
Moja redakcyjna koleżanka z tygodnika „Nie”, red. Joanna Skibniewska, rozmawiała z profesorem kiedy wybuchła awantura wobec praktyk prof. Chazana. Pokazał jej galerię zdjęć uszkodzonych, ciężko chorych płodów, które widział w swojej lekarskiej praktyce. Tygodnik zdecydował się opublikować kilka drastycznych fotografii. Nie odważyli się za to obejrzeć ich posłowie, kiedy prof. Dębski pojechał z laptopem do Sejmu, żeby uświadomić „obrońcom życia”, że bywa ono bardziej skomplikowane niż im się wydaje. Na oddziałach polskich szpitali na ścianach zobaczymy wyłącznie zdjęcia różowych bobasów w pastelowych ramkach.

Kara główna za aborcję

Republikanie z amerykańskiego stanu Ohio przedstawili projekt ustawy stanowej „House Bill 565”, która zrównuje aborcje z morderstwem i kryminalizuje ją bezwarunkowo. Przesłanką do przerwania ciąży według nowych przepisów nie jest ani zagrożenie życia matki, ani gwałt czy kazirodztwo.

 

Ustawa przeszła przez Stanową Izbę Reprezentantów. Zmiany w przepisach mają na celu rozszerzenie definicji „osoby” w Kodeksie karnym Ohio na nienarodzone dzieci. Aborcja zrównałaby się wówczas z morderstwem – a za to w siódmym najludniejszym stanie USA grozi nawet kara śmierci. Przepisy trafiły do stanowego Kongresu w maju i od tego czasu jest procedowana w komisji zdrowia. Budzi postrach nawet wśród stanowych organizacji sprzeciwiających się aborcji. Nie uznaje bowiem żadnych wyjątków, aborcję definiuje jako „bezprawne przerwanie ciąży powodujące śmierć nienarodzonego człowieka, dowolną metodą”.

Jednocześnie na początku miesiąca przez Izbę Reprezentantów przeszła tzw. ustawa o biciu serca, która, według „Newsweeka”, „kryminalizuje aborcję od momentu, gdy możliwe jest wykrycie bicia serca dziecka (ok. szóstego tygodnia ciąży). Podobną ustawę przyjęto w 2016 roku – ale wówczas zawetował ją gubernator John Kasich, uznając przepisy za niekonstytucyjne. Obecnie Republikanie mają jednak wystarczająco dużo głosów w stanowym Kongresie, by obalić weto”.

W dodatku, od stycznia urząd gubernatora przejmie republikanin Mike DeWine, który już zapowiedział, że ustawę podpisze. Z pewnością będzie ona przygrywką do rozszerzenia definicji osoby w stanowym kodeksie karnym, jednak mimo wszystko „ustawa o biciu serca” dopuszcza przynajmniej możliwość przerwania ciąży w przypadku zagrożenia życia matki.

Przy Roe vs. Wade (prawie, które od 1973 r. konstytucyjnie gwarantuje kobietom dostęp do aborcji) w ostatnim czasie „majstruje” wiele stanów: Iowa (która także w tym roku przyjęła ustawę o „biciu serca”), Dakota Północna, Zachodnia Wirginia, Alabama. USA powoli wycofują się z konstytucyjnej wolności i stawiają na kryminalizację przerywania ciąży.

Komentatorzy twierdzą, że po ostatniej serii nominacji sędziów przez ekipę Donalda Trumpa, Sąd Najwyższy już staje się bastionem konserwatyzmu. Aborcji dokonała w swoim życiu przynajmniej raz jedna na cztery Amerykanki przed 45. rokiem życia.

Emancypacja w PRL-u

Wizerunek traktorzystki – humorystyczny symbol pogwałcenia naturalnego porządku płci, utrwalił się w świadomości społecznej jako negatywny obraz kobiet okresu stalinizmu.

 

Stąd narodziło się błędne mniemanie, że okres Polski Ludowej był dla kobiet koszmarem, bo zmuszano je do pracy, a przecież miejsce kobiety, zgodnie z patriarchalnym wyobrażeniem, jest w domu.
Zatrudnienie kobiet w latach 1950-1989 wzrosło do niebotycznych rozmiarów. Pod koniec PRL-u ponad 45 procent Polek pracowało zawodowo. Silne było przekonanie, że jeśli chcesz coś osiągnąć, to można to zrobić.
W roku, w którym obchodzimy setną rocznicę nadania Polkom praw wyborczych powraca jak bumerang pytanie: Czy komunizm rzeczywiście emancypował kobiety? Naomi Woronow z City University of New York powątpiewała czy wyciąganie kobiet z domu, zmuszanie do pracy i pozostawienie kobietom dotychczasowym obowiązków należy nazwać emancypacją?
Czy kobiety w PRL-u miały możliwości wyboru, poszerzenia w ten sposób ich granic wolności osobistej, wolności od ograniczeń materialnej biedy czy braku perspektyw?
Z jednej strony kobiety żyjące w PRL-u borykały się ze złymi warunkami pracy, brakami w zaopatrzeniu, z zaniżaniem ich płac, ale z drugiej to właśnie w tym okresie umożliwiono im masowy dostęp do rynku pracy, stworzono dogodne warunki do podnoszenia wykształcenia oraz dostępność do żłobków i przedszkoli czy kolonii dla dzieci. Warto przypomnieć, że polityka zatrudnienia kobiet, prowadzona tuż po wojnie, miała na celu zapewnienie pracy wdowom jako ‚jedynym żywicielkom” rodziny. Natomiast „produktywizacja” kobiet ujęta w planie sześcioletnie przyczyniła się do wzrostu zatrudnienia oraz do podnoszenia kwalifikacji zawodowych poprzez organizowanie różnych szkoleń. Paradoksalnie w czasach stalinizmu, najbardziej represyjnym politycznie okresie Polski Ludowej, kobiety zyskały niezależność ekonomiczną i społeczny prestiż. Dostały możliwość poszerzenia swoich kwalifikacji zawodowych i sprawdzenia się w typowo męskich zawodach, lepiej płatnych i bardziej prestiżowych w owych czasach, niż te tradycyjne kobiece. Wiele samotnie wychowujących dzieci kobiet – wdów, rozwiedzionych, żon alkoholików, mogło uwolnić się z toksycznych związków, bo dzięki pracy uzyskiwały możliwość awansu, dokształcenia się, a przede wszystkim stabilizacji.
W okresie odwilży, w którym doszło do poluzowania aparatu politycznych represji, starano się wypychać kobiety z rynku pracy lub przesuwać na stanowiska gorzej płatne i mniej prestiżowe. Jednak powrót kobiet do domu nie był już możliwy. Początek lat sześćdziesiątych to kolejny wzrost aktywizacji zawodowej kobiet. Humanizacja pracy, tak charakterystyczna dla lat siedemdziesiątych polegała nie tylko na unowocześnianiu hal fabrycznych, ale także na wydłużeniu urlopów macierzyńskich z 12 do 16 tygodni na pierwsze dziecko, (każdy następny poród – 18 tygodni, w przypadku urodzenia więcej niż jednego dziecka – 26 tygodni). Wydłużono urlopy bezpłatne do trzech lat. Ważną kwestią okazała się więc polityka społeczna kładąca nacisk na zapewnieni opieki nad kobietami oczekującymi narodzin dziecka, dla których w zakładach organizowano odziały pracy chronionej. To w 1956 roku zliberalizowano przepisy ustawy aborcyjnej, które obecnie są w naszym kraju jednymi z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Polski Kościół na fali politycznej odwilży negatywnie odnosił się do pracy kobiet, podkreślając patriarchalny ideał kobiety w rodzinie. Nic jednak wówczas nie wskórał.
W okresie Polski Ludowej postawiono na edukację. Rozwinęło się szkolnictwo zawodowe na poziomie szkół zasadniczych, techników, wieczorowe, zaoczne oraz przygotowawcze na wyższe uczelnie. Kobiety częściej wybierały licea ogólnokształcące, dlatego w latach 60 panie stanowiły na uczelniach połowę studentów. W 1988 r. wyższym wykształceniem w Polsce legitymowało się 1,8 mln Polaków czyli 6,5 proc. Kiedy porównamy, że po zakończeniu II wojny światowej liczba ludzi z wyższym wykształceniem w Polsce wynosiła niecałe 40 tysięcy, to był to ogromny wzrost.
Po 1989 roku sytuacja kobiet zaczęła się zmieniać. Tradycyjne role płciowe zaczęły przeżywać renesans, a emancypacja miała polegać na tym że kobiety nie musiały pracować. Wprowadzenie gospodarki rynkowej postawiło kobiety przed groźbą utraty pracy. Bezrobocie wśród kobiet, szczególnie dotknęło łódzkie włókniarki. W 1994 r. w województwie łódzkim zarejestrowano 110,8 tys bezrobotnych, w tym 52 tys kobiet. Polki stały się więc jedną z grup społecznych, które najbardziej odczuły niespodziewane ciężary przemian politycznych i gospodarczych. Poczytywano to jako reakcję przeciw komunizmowi, który w opinii niektórych, próbował emancypować kobiety w sposób sztuczny.
W polskim parlamencie w 1989 roku na 460 posłów kobiet było zaledwie 60. Patriarchalna kultura zaczęła tworzyć bariery utrudniające kobietom kariery polityczne. Dopiero w 2011 roku kobiety stanowiły 23,91 proc. Warto przypomnieć, że 23 proc. parlamentarzystek było w Sejmie VIII kadencji (1980-1985).
Mimo że niektórzy zarzucają, iż komunizm zniekształcił tradycyjny w polskiej kulturze wizerunek Matki Polski, to z całą stanowczością należy podkreślić, że to właśnie w okresie Polski Ludowej kobiety mogły decydować o swoim życiu zawodowym, kształcić się, na niespotykaną skalę migrować ze wsi do miasta i tam zdobywać nowe kwalifikacje. Kobieta nie była postrzegana jako maszynka do rodzenia dzieci. Polki miały możliwość wyboru, a tym samym poszerzenia granic wolności osobistej. PRL dał kobietom alternatywę w stosunku środowisk, które uważały, że role i miejsce kobiet jest z góry określone przez biologię, religię i tradycję. Te środowiska stały się nadzwyczaj aktywne po 1989 r.. Czy rzeczywiście w obecnej rzeczywistości Polki mają prawo wyboru? Ważne, aby każdy wybór był świadomy.

Wspaniałe stulecie

Zwykło się uważać, że kobiety w Polsce dostały prawa wyborcze niejako „naturalnie” wraz z odzyskaniem niepodległości po 123 latach. To oczywiście nieprawda, ówczesne działaczki po spaleniu Kodeksu Napoleona w 1908 i uzyskaniu de facto mandatu na sejm dla Marii Dulębianki dosłownie wydarły je naczelnikowi Piłsudskiemu z trzewi. Ale nie o tym ma być ten tekst. Sto lat później nie mamy już zaborów (choć niektórzy nazywają w ten sposób Unię Europejską; niektórzy również nadal lękają się powrotu zaboru rosyjskiego), a jednak okazuje się, że Kodeks Napoleona nadal w nas żyje. To dokument, który przez ponad 100 lat decydował o naszym statusie w Kongresówce: nie dawał prawa do zarządzania wypracowanym dochodem, wyjmował nas spod jurysdykcji świeckich sądów. Mąż i reszta rodziny decydowała o naszym miejscu zamieszkania, bądź o tym, czy możemy wychowywać swoje dzieci. Po ślubie nie wyrabiano nam dokumentów, stawałyśmy się przecież doklejką do męża.
Dziś z okazji jubileuszu wspaniałego stulecia na Dzień Dobry stacja TVN raczy nas programem śniadaniowym o temacie przewodnim „Po co kobietom pieniądze?”. „Czy kobiety umieją już inwestować?”. Nie czuję tu złej woli twórców programu, miało być lekko, zaczepnie, no tak „hehe” być miało. A wyszło tak, że zaproszone celebrytki miały wytłumaczyć się ludzkości z tego, czy zasłużyły na przywilej noszenia portfeli w swoich śmiesznych torebkach, pełnych szminek, lusterek i rozsypanych mentosów. Moja przyjaciółka komentując program stwierdziła wczoraj ze smutkiem, że uświadomiła sobie, że jej matka zawsze zaopatrywała lodówkę i płaciła za prąd oraz czynsz z własnej pensji. Mąż, intelektualista, miał własne dochody, którymi mógł dysponować z dużą swobodą, przyjęło się bowiem że nie idą na „pierwsze potrzeby”. Ile takich par wciąż żyje w Polsce sto lat po tym, jak kobiety wywojowały sobie upragnioną „wolność”? Ile kobiet jest wciąż stawianych w takiej roli? Może o tym zrobi ktoś program do śniadania?
Wspaniałe stulecie pięknie podsumowuje też głos Ilony Łepkowskiej w „Faktach po faktach”. Scenarzystka nie mogła sobie odmówić pogrożenia palcem, że jak panienka będzie kusić obciśniętą w mini pupą i świecić cyckiem w jacuzzi, to napyta sobie biedy, bo przecież krew nie woda. A potem będzie płacz, zgrzytanie zębów i wyciąganie rzekomej krzywdy po latach. Żeby nie było, pani scenarzystka przejęła się falą krytyki po swojej wypowiedzi i dziś wydała oświadczenie, w którym w zasadzie powtórzyła wszystkie swoje tezy, podpierając się jeszcze autorytetem z Ameryki.
Co wynikło z całej tej aferki? Ano tyle, że jasne, jesteśmy skłonni i skłonne nie tylko surowo karać, ale wręcz nawet linczować za gwałt – jeśli przebiegał według schematu „wyskoczył z krzaków na odludziu, kiedy wracałam z pracy nakarmić czwórkę dzieci mych”. W innym wypadku, w okolicznościach imprezy, kiedy oboje wypili, albo kiedy umawiali się tylko na loda, a skończyło się na stosunku, albo kiedy ona nie krzyczała wystarczająco głośno, albo jeśli zmieniła zdanie – nasłucha się właśnie od takich pań z grożącym paluszkiem, od policjantów z serią seksistowskich uwag za pasem, od innych święto-za przeproszeniem-jebliwych matron, snujących fantazje o dobrych i jurnych mężach stanu versus złych lafiryndach, co ich szkalują po latach. I nadal dziwimy się, że te ofiary latami milczą, zmuszone przez moralistów ciągle przeliczać na nowo swój „udział”.
Pogadajcie z waszymi matkami, ciotkami. Będziecie zaskoczeni, ile z nich „czegoś” „nie zgłosiło”, bo bały się zostać skrzywdzone drugi raz jako te, co „same się prosiły”. W tym kontekście zawsze wyjątkowo wzruszający wydaje mi się ten fragment z „Chłopów” Reymonta, kiedy Hanka, pokrzywdzona przecież w powieści przez romanse męża z Jagną, wykazuje instynktowną kobiecą solidarność, biorąc w obronę pijaną macochę po tym, jak została wykorzystana przez wójta. Rozumie złożoność sytuacji, czuje, kto jest ofiarą, a kto posunął się za daleko. Pani komentatorka w TVN24 – nadal najwyraźniej wiedzieć tego nie chce.
Wspaniałe stulecie kończymy z Kodeksem Napoleona pod pachą, odświeżonym, po dostawieniu dekoracji Netflixa. Nieźleście nas urządziły, siostry.