Ponura francuska miłość

Nie tak często się zdarza, że jakaś książka wywołuje ciąg zaskakujących społecznych zdarzeń i konsekwencje, wśród których jest nawet śmierć. Na początku roku wyszła w Paryżu La familia grande napisana przez 45-letnią prawniczkę Camille Kouchner, rzecz o rodzinnych sekretach. Kazirodztwo, gejowskie gwałty – te ciche, wstydliwe zjawiska zostały wywleczone na publiczne światło i okazało się, że tag #Metoo jest daleko niewystarczający. Przemoc seksualna jest obecna w środowiskach elit polityczno-artystycznych tak samo, jak gdzie indziej.

„Seks to nasza wolność” – odpowiedziała kiedyś autorce La familia grande jej matka Évelyne Pisier, gdy zwróciła uwagę, że jej ojczym, dziś 70-letni Olivier Duhamel, smali cholewki do żony przyjaciela. Dostęp do seksu był obowiązkiem w tym środowisku, pod karą kpin. Matka pisarki, jej ciotka Marie-France Pisier i matczyna babka promowały feminizm, który ma się spełnić dzięki emancypacji seksualnej. Taka „wolność” stała się przymusem w tej lewicowej, dobrze sytuowanej paryskiej rodzinie, która kibicowała rewolucjom ludowym w Ameryce Łacińskiej.
Podobnie jak wielu lewicowców z 1968 r., Olivier Duhamel wylądował w końcu u „socjalistów” (w Partii Socjalistycznej), by jak oni przyjąć oligarchiczny neoliberalizm i tzw. realpolitik jako wyznaczniki działania społecznego. W tej sytuacji partia się rozpadła, a Duhamel od początku, jak np. Daniel Cohn-Bendit, poparł prezydenturę Emmanuela Macrona, doradzał mu nawet i regularnie spotykał się z jego żoną Brigitte. Może nie był Rasputinem, ale miał ogromne wpływy. Problem w tym, że kiedyś wieczorami naciskał klamkę do pokoju swego 13-letniego pasierba, brata bliźniaka Camille, zamykał drzwi i zostawał tam jakiś czas.
Fin de Siècle
Camille Kouchner i jej gwałcony brat to dzieci Bernarda Kouchnera, który politycznie też przeszedł drogę z lewicy prosto na prawicę, był nawet szefem francuskiej dyplomacji u Sarkozy’ego i rządził Kosowem w imieniu ONZ. Wielki zwolennik wojen humanitarnych wplątał się w interesy kosowskiej mafii, która handlowała ludzkimi organami, ale jakoś wyplątał się z oskarżeń. Duhamel przejął jego żonę z dziećmi. Wykładowca politologii na Science Po, czyli w prestiżowym Instytucie Studiów Politycznych, paryskiej „kuźni kadr” Republiki, stał na czele różnych stowarzyszeń i fundacji, był członkiem kilku rad nadzorczych, ale przede wszystkim był idealnie przytulony do władzy, jako szef klubu Siècle.
Paryski klub Siècle ma mniej więcej tylu członków, co parlament, a jego działalność polega na urządzaniu uroczystych kolacji raz na miesiąc, na których omawia się „tematy bieżące”. To prawie rodzaj obiadów czwartkowych, tyle, że ściśle politycznych. Siècle zawsze był mega-elitarnym klubem władzy – dziś np. należy doń 11 ministrów rządu Macrona. Duhamel miał pozycję tego, który „wyznacza królów” we francuskiej polityce, krążąc nad wszystkimi ministrami, radcami stanu, różnymi mandarynami politycznymi, szefami największych spółek giełdowych, generałami, bankierami oraz redaktorami naczelnymi największych mediów, którzy mieli członkostwo klubu. Nikt otwarcie nie mówił, że to Siècle wyznacza pewne trendy polityczne i decyzje państwa, ale to się wiedziało. Kiedy po ukazaniu się książki Duhamel musiał podać się do dymisji, klub niemal się rozpadł, w każdym razie stał się maksymalnie dyskretny.
Śmierć w basenie
Camille Kouchner opisuje rodzinę, która mogłaby wystąpić w powieści Houellebecqa. Wakacje w rajskim, prowansalskim domostwie, gdzie żyło się po nowemu, bez pruderii. Wszyscy łącznie z gośćmi musieli być nagusami, a Olivier Duhamel robił zdjęcia piersiom czy pośladkom dzieci i starszych, by je rozlepiać na ścianach. Starsi podrywają się przy małych, mali mają całować się z języczkiem… Camille zabrało trochę czasu, zanim zrozumiała, dlaczego źle się czuje. Pokazuje środowisko dysfunkcyjne, niezdrowe, nieodpowiednie dla dzieci i nastolatków, krzywdzące. No i kazirodztwo. Duhamel wykorzystywał brata Camille, a ich matka postanowiła milczeć.
Hałas zaczęła podnosić w końcu Marie-France, siostra ich matki. Pisała listy, kontaktowała się z dziennikarzami, ale wczesną jesienią 2017 r. znaleziono ją martwą na dnie jej przydomowego basenu. Czy Duhamel byłby zdolny do morderstwa? Można odnieść wrażenie, że Camille tego nie wyklucza. Z początku szef Siècle’u zapewniał, że po prostu zakochał się w chłopcu, ale brat autorki zaraz wniósł skargę do prokuratury, będzie sprawa, choć czyny są przedawnione. Prawdziwym kontekstem książki nie jest nawet kazirodztwo, ale bezwzględna dominacja, możliwa dzięki zaufaniu, zależności od kata i zależności afektywnej w ogóle. Tymczasem efektem ubocznym „skandalu Duhamela” stał się nieoczekiwany efekt domina.
Science Po
Szkoła ta znała już skandale: jej czcigodny dyrektor Richard Descoings w 2012 r. został znaleziony bez życia w swoim nowojorskim pokoju hotelowym, nagi, obrzygany i nawalony kokainą po dziurki w nosie. On również był z pokolenia lewicy, która zmieniła się w prawicę. Pojechał do USA na zaproszenie sekretarza generalnego ONZ, by wziąć udział w kolokwium na Uniwersytecie Columbia, ale wieczorem zamówił sobie dwie męskie prostytutki, żeby się rozerwać i serce nie wytrzymało. Mimo wszystko, najwyższe czynniki państwowe oddały mu hołdy jak trzeba, aż okazało się, że zmarły rektor zarządzał szkołą jak pięciolatek, powstały duże szkody i lepiej było o nim zapomnieć.
Gdy wszyscy już poznali treść książki Camille Kouchner, padło pytanie skąd się wzięła wieloletnia omerta, kto wiedział i nie powiedział? Tu znowu mamy dyrektora Science Po, czyli wysokiego urzędnika państwowego: Frédéric Mion musiał oddać klucze, bo wyszło, że wiedział co trzeba o jednym z wykładowców, a jednak nic nie zrobił. Mion to tuszował, bo Duhamel był jakby nad nim, ale teraz stał się pierwszą kostką domina. Posypały się i inne dymisje bliskich przyjaciół Duhamela: np. Élisabeth Guigou – „socjalistka”, która stała na czele parlamentarnej komisji ds. kazirodztwa i przemocy seksualnej wobec dzieci, czy prefekt regionu paryskiego, ciężki prawicowy seksista Marc Guillaume. Macron oczywiście wyraził oburzenie kazirodztwem i pedofilią, gdy z Science Po zaczęły nadchodzić informacje o protestach przeciw molestowaniu seksualnemu i nawet gwałtom, do których miało dochodzić na uczelni.
Dwa nurty
„Skandal Duhamela” zaczął nagle pączkować innymi aferami tego typu, z których kilka warto wspomnieć: wkrótce poleciał też inny macronista Dominique Boutonnat, szef francuskiego kina, producent, odpowiednik hollywoodzkiego Weinsteina, prezes Narodowego Ośrodka Kinematografii (CNC), który postawił wymóg zyskowności filmów. Nie za to poleciał, lecz z powodu podejrzenia gwałtów na swoim 22-letnim chrześniaku, podczas ostatnich wakacji w Grecji, gdy tamten wniósł skargę na fali poksiążkowego przebudzenia. 70-letni Richard Berry, jedna z legend francuskiego kina, oskarżony przez 45-letnią córkę Coline Berry-Rojtman o kazirodztwo w jej dzieciństwie. Albo 38-letni radny komunistyczny Paryża Maxime Cochard, który wraz ze swym partnerem miał zgwałcić 20-letniego chłopaka w jego akademiku pod Paryżem…
To, co stanowiło składniki skandalu – kazirodztwo i gejowskie gwałty – rozbiło się w dwa nurty społecznego oburzenia, które wyraziło się rychłym powstaniem tagów #MetooInceste i #MetooGay. Nimi oznaczono dziesiątki, setki i w końcu tysiące wyznań skrzywdzonych na zawsze ludzi. Skruszony rząd dał do zrozumienia, że wycofa się z pomysłu obniżenia wieku dojrzałości seksualnej do 13 lat, ma zostać jednak 15. W lutym okazało się, że 20-letni Guillaume T., który pierwszy wrzucił do sieci tag #MetooGay, był ofiarą Cocharda. Dwa tygodnie później znaleziono studenta powieszonego we własnym pokoju. Jak wszyscy, Cochard wszystkiemu zaprzecza.
Tylko nie QAnon
We Francji Kościół nie kojarzy się tak automatycznie z pedofilią jak w Polsce, bo też nie ma takiego znaczenia politycznego, jak u nas. Ludzie są raczej skłonni uważać, że jeśli oni i ich dzieci są dupczeni, to raczej przez elity, przez polityków i oligarchię. Ale taki pogląd ma w sobie coś z niebezpiecznego populizmu – alarmują podręczni komentatorzy, jak pochodzący z naszych stron prawicowy filozof Alain Finkielkraut, który w telewizji zawzięcie bronił Oliviera Duhamela, a wcześniej Romana Polańskiego. Francja chyba nie chce mieć na karku czegoś w rodzaju trumpowskiego QAnonu oskarżającego demokratyczne elity, w tym samego Joe Bidena, o zorganizowaną pedofilię? Chcecie wojska na ulicach, jak w Waszyngtonie? Wystarczy „żółtych kamizelek”!
Cały ten ruch ofiar stał się wrażliwy polityczne, aż po anegdoty: o molestowanie seksualne został oskarżony nawet podtatusiały François Asselineau, po którym autentycznie nikt się tego nie spodziewał. To 63-letni szef Ludowego Związku Republikańskiego (UPR), „partii Frexitu”. Dwóch byłych pracowników partii, w tym szef gabinetu szefa, oskarża go o „skradzione całusy”(!). Asselineau publicznie powiedział o swej biseksualności i uważa całą sprawę za intrygę polityczną. W tle takich doniesień sprawa gejowskich gwałtów nie przestaje jednak elektryzować, jakby to było nowe, dopiero odkryte tabu. Ma ono przed sobą dużą przyszłość.
Miłość Macrona
Sprawa Duhamela, nauczyciela Macrona z Science Po, pozostaje bardzo niewygodna dla obecnej władzy, bo przecież Brigitte poderwała Emmanuela, gdy miał 14 lat. Normalnie zajęłyby się tym służby socjalne, ale oboje pochodzili z wyższej burżuazji, ona już wtedy była żoną bankiera, i skandal przeszedł bokiem. Dziś jest trochę trudniej, bo skrzywdzeni, z opóźnieniem lub nie, zaczęli się odzywać, albo tylko świadkowie, jak Camille Kouchner. Władza i gwałt, władza i dominacja, władza i wyzysk – te tematy wróciły do publicznych debat szeroką falą, od grzecznych w telewizji, po niegrzeczne, bardzo polityczne w internecie.
We Francji sam szef policji, minister spraw wewnętrznych Gérald Darmanin ze skrajnej prawicy, ma na karku śledztwa ws. gwałtów z czasów, gdy jako prowincjonalny urzędnik przydzielał mieszkania w zamian za usługi seksualne. Feministki domagają się jego dymisji, ale prezydent Macron go kocha. Dlatego dużo pozostaje jeszcze do zrobienia w sprawach władzy i seksu.

Kobiety nie mogą się poddawać

– Kobiety nie mogą schodzić z ulic. Muszą być ciągle widoczne i ciągle powtarzać: my tu zostaniemy, dopóki wy nie odejdziecie. Masowy ruch jest jedyną siłą, która może realnie coś wywalczyć. Parlament Europejski? Zabiera głos i mówi słuszne rzeczy, ale nie ma realnej siły. Komisja Europejska? Nie jest ani odważna, ani naprawdę zainteresowana sprawami seksualności czy równości płci – mówi Ailbhe Smyth, irlandzka działaczka na rzecz praw kobiet, rzeczniczka Koalicji na rzecz Odwołania Ósmej Poprawki, która w 2018 r. doprowadziła do zniesienia zakazu przerywania ciąży w Irlandii, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

Działa pani w ruchu na rzecz praw kobiet od blisko czterdziestu lat…

Dokładnie od końcówki lat 70. To był bardzo trudny czas dla kobiet w Irlandii: z jednej strony recesja ekonomiczna, z drugiej – backlash, agresywna reakcja Kościoła na samo pojawienie się ruchu na rzecz wyzwolenia kobiet. Kościół katolicki prowadził wówczas kampanię na rzecz ustanowienia całkowitego zakazu aborcji, wpisania takiej poprawki do konstytucji. Kampania ta zresztą w 1981 r. zakończyła się sukcesem. A ja, początkująca aktywistka, byłam po drugiej stronie… Zresztą nie chodziło tylko o aborcję. Zaledwie pod koniec lat 60. Irlandki otrzymały prawo do nauki w szkołach ponadpodstawowych. Kiedy w latach 70. urodziłam córkę, nie byłam żoną jej ojca, a to oznaczało, że automatycznie zarejestrowano ją jako nieślubne dziecko. To był ogromny skandal, a córka, dopóki to prawo obowiązywało, nie miałaby np. prawa do renty po mojej śmierci.

W 1973 r. wyszłam za mąż. Uczelnia, gdzie byłam zatrudniona, poinformowała mnie, że nie będę mogła dłużej pracować na pełen etat. Po prostu przepisy nie pozwalały zamężnym kobietom pracować w instytucjach państwowych. Na szczęście w tym samym roku weszła w życie nowa ustawa, która ten zakaz znosiła. Do połowy lat 90. obowiązywał zakaz rozwodów, niewiele wcześniej umożliwiono wolny dostęp do antykoncepcji. Moje małżeństwo, które rozpadło się po pół roku, zostało formalnie rozwiązane dopiero po zmianie prawa w 1995 r.

A aborcja? Była nielegalna jeszcze przed wprowadzeniem konstytucyjnych gwarancji ochrony „nienarodzonego”. Groziło za nią dożywocie.

Jak za morderstwo.

I to kara ta groziła zarówno kobiecie, która przerwała ciążę, jak i lekarzowi – wszystkim, którzy jej pomogli. Nawet w obecnych irlandzkich przepisach, które są oczywiście nieporównywalnie lepsze, pomocnictwo w aborcji to przestępstwo, jeśli nie są spełnione bardzo rygorystyczne wymogi.

Wróćmy jeszcze do pani historii – są lata 70., samodzielnie wychowuje pani córkę, do tego pracuje na uczelni…

… jako jedna z bardzo nielicznych kobiet. Zwykle po urodzeniu dziecka kobieta zostawała w domu. Musiałam nawet tłumaczyć córce, że to świetnie, że mam pracę, bo dzięki temu zarabiam dla nas pieniądze. Samotne matki były w tym czasie potwornie stygmatyzowane w społeczeństwie. A brutalna prawda o tym, jak niezamężne dziewczyny w ciąży były zamykane w ośrodkach prowadzonych przez zakonnice i zmuszane do niewolniczej pracy, wyszła na jaw dopiero po latach. Państwo i Kościół szły ręka w rękę w tej sprawie.

A Irlandia dopiero zaczynała się zmieniać. Przyjęto nas do Unii Europejskiej. Nasza sytuacja ekonomiczna, bardzo trudna w poprzednich dekadach, powoli się poprawiała. Irlandczycy zaczęli wyjeżdżać z kraju nie do pracy, a na wakacje, i przekonywać się, że gdzie indziej życie jest inne, albo przynajmniej oglądać świat zewnętrzny w telewizji.

W 1983 r. Kościół dostaje to, czego chciał. 8 poprawka do irlandzkiej konstytucji zrównała prawo „nienarodzonego” do życia z prawem kobiety. Przyjęto ją w referendum, większością 67 proc. głosów. To oznacza, że część kobiet również poparła te przepisy.

Irlandia ciągle była krajem głęboko katolickim. Kościół miał wielki wpływ na szkołę, wielkie znaczenie w służbie zdrowia. Dla tysięcy ludzi nie przestał być najwyższym autorytetem w sprawach seksualności. Więc tak, wiele kobiet faktycznie zagłosowało w tym referendum przeciwko prawu do przerwania ciąży. Natomiast jestem przekonana, że gdyby takie referendum odbywało się dwadzieścia lat wcześniej, to poprawka miałaby nie 67 proc., a ponad 80 proc. głosów na tak. To, że ponad 1/3 głosujących sprzeciwiła się Kościołowi, to już było świadectwo wielkich przemian w naszym społeczeństwie.

Ósma poprawka obowiązywała przez prawie czterdzieści lat. Została odwołana w referendum w 2018 r.

Przez cały ten czas ruch na rzecz wyzwolenia kobiet działał, przypominał o sobie, walczył i odnosił zwycięstwa. W 1990 r. wybraliśmy na urząd prezydencki kobietę, prawniczkę Mary Robinson, zwolenniczkę prawa do aborcji i równych praw dla osób LGBT. Trzeba tu zaznaczyć, że te dwa ruchy, kobiecy i LGBT, rosły, walczyły i dojrzewały w Irlandii razem.

W 1992 r. miało miejsce kolejne referendum dotyczące aborcji. Niestety, przyczyną jego zorganizowania była ludzka tragedia – 14-letnia dziewczyna została zgwałcona przez przyjaciela rodziny, uniemożliwiono jej wyjazd do Wielkiej Brytanii w celu dokonania aborcji. Ostatecznie poroniła. Odpowiadaliśmy w referendum na trzy pytania: czy kobieta powinna mieć prawo do informacji o możliwości aborcji za granicą, czy powinien być możliwy swobodny wyjazd w celu dokonania aborcji, czy ryzyko popełnienia samobójstwa przez kobietę jest sytuacją zagrożenia zdrowia matki, a więc czy mogłoby uzasadniać zgodę na aborcję. Odpowiedź „tak”, która padła, miała wielkie znaczenie. Uznając wynik referendum, państwo przyznawało oficjalnie, że aborcje istnieją i są przeprowadzane mimo zakazu.

Wcześniej nie było tej świadomości? Nie było podziemia aborcyjnego?

U nas funkcjonowało na bardzo niewielką skalę. Dawno temu, w latach 20. i 30., na tyłach sklepów czy aptek kobiety mogły nieoficjalnie kupić różne „leki”, które miały doprowadzić do poronienia. Od 1967 r. miałyśmy Wielką Brytanię, która zalegalizowała zabiegi. W latach 70. kobiety, które chciały przerwać ciążę, jeździły tam. Oczywiście nie każda mogła: nie miały pieniędzy, nie miały z kim zostawić dzieci, które już miały… One rodziły i starały się wychować najlepiej, jak mogły. Ich historii już nikt nie opowie.

Jeszcze jeden czynnik przyczynił się do zmiany myślenia: nasz irlandzki neoliberalizm. Ludziom zaczęło bardziej zależeć na konsumpcji, na materialnych korzyściach. Zniknęło gdzieś stare przekonanie, że Bóg patrzy z góry i wszystko nadzoruje. Społeczeństwo się zlaicyzowało, a do tego Kościół popełnił swoiste harakiri – wyszła na jaw cała seria skandali dotyczących wykorzystywania seksualnego dzieci przez duchownych. Demaskowano księdza po księdzu. To był wielki wstrząs. Kościół nie był już w stanie narzucać swojego autorytetu.

W Polsce również to Kościół, ręka w rękę z posłusznymi politykami, forsuje zakaz aborcji. W naszym dyskursie publicznym wiele jest porównań do Irlandii, często formułowanych z nadzieją: skoro tam w końcu załamała się wszechmoc Kościoła katolickiego, to i my damy radę. Powtórzymy tę drogę i zbudujemy otwarte społeczeństwo.

Tyle, że przy bliższym przyjrzeniu się historii ruchów kobiecych w obu krajach można dostrzec więcej różnic niż podobieństw. Polki, wychodząc na ulicę, walczą o prawo, które ich matki i babki miały. My domagałyśmy się prawa, którego nie miałyśmy nigdy. Kościół katolicki w Polsce zajął swoją obecną pozycję, wypełniając pustkę po upadku realnego socjalizmu. Nie tylko nie upada, ale zdołał tę pustkę zagospodarować swoimi pojęciami, ma ciągle posłusznych sojuszników – polityków skrajnie prawicowych.

Będzie nam trudniej?

Najważniejsze jest to, żeby się nie poddawać. Kobiety nie mogą schodzić z ulic. Muszą być ciągle widoczne i ciągle powtarzać: my tu zostaniemy, dopóki wy nie odejdziecie. Masowy ruch jest jedyną siłą, która może realnie coś wywalczyć. Parlament Europejski? Zabiera głos i mówi słuszne rzeczy, ale nie ma realnej siły. Komisja Europejska? Nie jest ani odważna, ani naprawdę zainteresowana sprawami seksualności czy równości płci.

W Irlandii w latach dwutysięcznych byliśmy już jako społeczeństwo przekonani: musimy wykreślić ósmą poprawkę. Niestety, zanim takie zmiany prawne zostały wdrożone, doszło do kolejnej tragedii…

W 2012 r. z powodu sepsy umiera 31-letnia Savita Halappanavar. Żyłaby, gdyby nie odmówiono jej aborcji.

Ta sprawa oburzyła Irlandię. Zmarła kobieta, która przyjechała do nas żyć i pracować, która, gdyby została w rodzinnych Indiach, mogłaby usunąć ciążę. Nasze prawa ją zabiły. Było nam zwyczajnie wstyd.

W tym samym czasie w Irlandii odbywała się kampania na rzecz małżeństwa dla wszystkich – także dla gejów i lesbijek. Pracowałam przy tej kampanii i powiedziałam wtedy: jeśli wygramy w tej sprawie, to wywalczymy również prawo do aborcji.

To mamy chyba kolejną różnicę między Polską a Irlandią, skoro łatwiej było upominać się o prawa osób LGBT niż o prawa kobiet.

U nas tak właśnie było! Walcząc o małżeństwo dla wszystkich, pary lesbijskie czy gejowskie mówiły do heteroseksualnej większości: chcemy być tacy jak wy! Walczyliśmy o prawo do zakładania rodzin, czyli czegoś, co jest powszechnie akceptowane, nie legalne, a hiperlegalne. Mówiliśmy o miłości, potrzebie stabilności, opiece nad dziećmi, bezpieczeństwie. Rzeczach, które kojarzą się dobrze. I to działało.

Gdy walczy się o prawo do aborcji, sytuacja jest inna. Mężczyźni w ogóle nie lubią rozmawiać o aborcji. Kobiety rozumieją, że ona była i jest, ale wolą o niej nie myśleć. Dochodzi jeszcze ta cała frazeologia stworzona przez Kościół: aborcja = morderstwo, zniszczenie życia… Więc temat był dla nas na tyle trudny, że nawet niektóre aktywistki biorące udział w kampanii przed referendum, które ostatecznie zniosło ósmą poprawkę, mówiły: jestem za prawem wyboru, ale nie wiem, czy sama zrobiłabym aborcję. Musieliśmy wykazać się wielką rozwagą, dobrze przemyśleć stosowany język.

Radykalizowałyście go czy wręcz przeciwnie?

Musiałyśmy pamiętać, że nie chodzi o wygranie ideologicznej dyskusji czy porozumienie z tymi, którzy już są przekonani i przekonane. Wychodziłyśmy od osobistego doświadczenia, szukając tego, co mogło nas łączyć. Powtarzałyśmy: walczymy za wszystkie, jedne za prawa dla siebie, inne za swoje córki, wnuczki czy po prostu kobiety, które mogłyby znaleźć się w potrzebie. Akcentowałyśmy: aborcja to kwestia sprawiedliwości, praw człowieka. Mówiłyśmy: dając kobietom prawo do decyzji państwo udowadnia, że zależy mu na równości, ale też pokazuje, że chce być państwem po prostu porządnym, ludzkim.

Kościół w Polsce, nawet skompromitowany kolejnymi skandalami, walczy z ruchem kobiet nie przebierając w słowach. W Irlandii było tak samo?

Kościół walczył o zakaz aborcji w latach 80., potem prowadził swoje kampanie przed referendum w 1992 r. i w 2002 r. W 2018 r. odpuścił. Biskupi nie zabierali głosu. Ale działały antyaborcyjne organizacje, które twierdziły, że aborcja jest po prostu złem, nie ze względów religijnych, tylko po prostu. Kościół zrozumiał, że ludzie już go nie słuchają, dlatego się cofnął. W 2018 r. Kościół w Irlandii nie był już polityczną siłą. W Polsce, mam wrażenie, ciągle nią jest, więc różnica między naszymi społeczeństwami jest bardzo duża. To jednak nie oznacza automatycznie, że Polki będą walczyły o swoje prawa jeszcze długo. W Argentynie Kościół nie upadł tak, jak w Irlandii, a jednak nie zdołał powstrzymać wprowadzenia ustawy legalizującej aborcję. Najważniejsze jest to, żeby ruch kobiet nie znikał, żeby wracał na ulice, upominał się i o nowe prawa, i to te, które już raz zostały wywalczone. Bo przecież one mogą być też odebrane.

Walka Polek w moim odczuciu ma jeszcze jeden wymiar. To jest wyzwanie rzucone skrajnej prawicy, prawicowemu rządowi, którego działania są obserwowane i inspirują prawicę w innych krajach. Kobiety i mężczyźni, którzy dają do zrozumienia, że nie akceptują prawicowej wizji, utrudniają międzynarodowy pochód autorytarnej prawicy. A jeśli rząd będzie ignorował głos ulicy, kobiety powinny odpowiedzieć: zignorujemy wasze prawo. Znajdziemy sposób, żeby je ośmieszyć. Będziemy walczyć na każdym możliwym poziomie.

To już się dzieje. Działa Aborcyjny Dream Team, aktywistki, które pomagają zorganizować wyjazd na zabieg za granicę. Działają grupy, które pomagają zdobyć środki niezbędne do aborcji farmakologicznej. Kobiety czują, że uratuje nas głównie samoorganizacja i solidarność, bo rząd nie zamierzał podjąć żadnego dialogu z protestującymi nawet wtedy, gdy na ulicach były setki tysięcy, a w sondażach 70 proc. ankietowanych stawało po stronie kobiet.

I te kobiece inicjatywy to są wspaniałe rzeczy. A równocześnie nie wolno dopuścić, żeby o temacie przestało być głośno. Bo rozmowa o aborcji na skalę ogólnoeuropejską powinna wiązać się z rozmową o naszej demokracji. W prawie do przerywania ciąży chodzi o to, czy kobieta ma prawo decydować o swoim życiu, czy jednak są pewne grupy, które mogą więcej i dostają prawo do sprawowania kontroli nad nimi. To jest walka o dominację, nie o moralność, bo Kościół jest jedną z najbardziej niemoralnych, amoralnych i pełnych hipokryzji instytucji, tylko walką o władzę, o ustanawianie autorytarnego społeczeństwa.

Na pandemii autorytarna prawica tylko zyskuje, podczas gdy lewica jest nieustannie w defensywie. To prawica zagospodarowuje lęki społeczne, a lewica w najlepszym razie mówi, że „czas wymyślić alternatywę dla neoliberalnego kapitalizmu” (jeśli w ogóle jest na tyle odważna, by żądać podważenia kapitalistycznych reguł). Nie przechodzimy od wymyślania do działania, gdy prawica sięga po nowych zwolenników.

Zdecydowanie tak. W Irlandii ruchy skrajnie prawicowe nadal są mało liczebne, ale zyskują nowych zwolenników – pandemia i wywołana przez nią fala bezrobocia sprawiła, że ludzie bardziej niepokoją się o przyszłość, są bardziej przygnębieni i chętniej słuchają ich propozycji. Między innymi dlatego angażuję się obecnie w tworzenie Le Cheile – platformy współtworzonej przez lewicę, aby blokować postępy skrajnej prawicy. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że samo blokowanie nie wystarczy. Ludzie muszą poznać nasze koncepcje, nasze alternatywy i muszą usłyszeć: to, co proponuje prawica, to oderwane od życia slogany, oni nie rozwiążą twoich problemów swoimi ekstremistycznymi pomysłami, to my wiemy, jak ocalić miejsca pracy. Musimy być na lewicy mądrzejsi i bardziej zdeterminowani i musimy wiedzieć, jak rozmawiać z ludźmi, w których bije kryzys. Walka o prawa kobiet splata się zresztą z tą walką: przecież kryzys niszczy całe sektory, w których pracowały kobiety czy młodzież – handel, gastronomię, turystykę.

Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że marzy o świecie opartym na naprawdę równościowych strukturach, że z dumą określa się pani jako „aktywistka”. Jaki jest klucz do tego, by aktywizm przynosił owoce?

Trudno jest dawać uniwersalne recepty, uważam, że to nawet trochę kontrproduktywne, gdyby miała z perspektywy swojego irlandzkiego doświadczenia coś radzić walczącym kobietom w Polsce! Kilku rzeczy jednak jestem pewna. Jestem bardzo głęboko związana z tradycją feministyczną, z niej się wywodzę, ale twierdzę, że nie powinno się być aktywistką, jeśli traci się z oczu globalne znaczenia, związki, zależności. Zawsze do rozwiązania jest wiele problemów, które nie są oderwane od siebie. Zostając przy Irlandii: tutaj też jest o co walczyć – jest sprawa skandalicznego traktowania uchodźców, którzy przybywają na wyspę. Kwestia zaniedbanego mieszkalnictwa. Sprawa podejścia do ludzi starszych, takich jak ja, których w czasie pandemii tak naprawdę porzucono, pozostawiono własnemu losowi.

Równocześnie do ludzi trzeba też mówić tak, żeby wiedzieli, że to, co mówisz, jest autentyczne, ma związek z twoim i ich życiem. Podczas naszych kampanii starałyśmy się tak właśnie komunikować: co zrobisz, mówiłyśmy do niezdecydowanych, jeśli to twoja córka nie będzie miała dostępu do aborcji? Jeśli twój wnuk okaże się gejem i nie będzie mógł zawrzeć małżeństwa? Skłaniałyśmy do myślenia o sobie, zachęcając, by to myślenie przeradzało się w zrozumienie i solidarność dla innych.

Aktywizm to praca w terenie. Z ludźmi, na ulicy. Media społecznościowe są super, ale nie wystarczą! One są jak kartka papieru i długopis, pomagają się organizować, ale najważniejsze są wielkie, masowe wystąpienia. To tłumy ludzi, którzy idą na parlament sprawiają, że rządy się chwieją i ustępują przed wolą ludu.

Jest pani optymistką? Wierzy pani, że stworzymy ten bardziej egalitarny świat i uratujemy planetę, jak i siebie samych, przed zniszczeniem?

Nie wiem. Byłoby jednak tchórzostwem i nieodpowiedzialnością przynajmniej o to nie zawalczyć. Wiem, że nie przekonam wszystkich i nie zmienię natury wszystkich ludzi, ale ja przynajmniej nie umiałabym widzieć, że istnieją systemy i struktury, które prowadzą do śmierci i zniszczenia, i nie sprzeciwiać się temu. Na tyle, na ile jestem w stanie. Stawka jest zbyt wysoka.

Seks bez zgody to gwałt

Parlamentarny Zespół Praw Kobiet zorganizował w Sejmie wysłuchanie publiczne poświęcone obywatelskiemu projektowi ustawy zmieniającemu definicję gwałtu i podwyższającemu minimalną karę za przestępstwo zgwałcenia. Inicjatorki projektu ogłosiły również początek konsultacji społecznych w jego sprawie.

Musi być zgoda

Wzorem wielu państw europejskich Zespół Praw Kobiet chce rozszerzyć definicję gwałtu w Kodeksie Karnym o brak wyraźniej zgody na czynności seksualne. Motywowane jest to faktem, że bardzo często osoby poddawane przemocy seksualnej nie są w stanie wyrazić sprzeciwu ani bronić się w jakikolwiek sposób. Są na to zbyt przerażone, zastraszone (np. gdy widzą, że sprawca jest silniejszy), bądź też sprawca zastosował wobec nich przemoc fizyczną, odurzył lub wykorzystuje jej upojenie alkoholowe. Poddawany pod konsultacje projekt, którego autorką jest prawniczka Danuta Wawrowska, wprowadza zasadę, iż każda czynność seksualna, na którą nie zostanie wyrażona zgoda powinna być traktowana jak gwałt. To nie ofiara ma udowadniać, że broniła się przed napastnikiem – to on ma dowieść, że każda czynność odbywała się za zgodą .

Taką filozofię przyjęto już w kilku krajach Europy. W Belgii, Niemczech, Islandii, Irlandii, Luksemburgu, Szwecji, Anglii, Walii, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Danii i na Cyprze, gdy nie ma zgody na seks, jest gwałt. Tamtejsze rządy zrozumiały, że problem jest arcypoważny i zasługuje na takie traktowanie. W końcu według badań Europejskiej Agencji Praw Podstawowych jakaś forma przemocy seksualnej spotkała aż 20 proc. Europejek. Sugestia, by prawną definicję zgwałcenia opierać na kwestii braku zgody ze strony ofiary, znajduje się również w Konwencji Stambulskiej. Ciągle jeszcze nie wypowiedzianej przez Polskę

Niezgłoszona przemoc

– Szacuje się, że w Polsce jedynie co piąty gwałt jest zgłaszany, a tylko jedno na cztery postępowania kończy się potwierdzeniem przestępstwa. Ofiary muszą udowodnić, że do czynności seksualnej doszło pod wpływem przemocy i że stawiały opór wystarczająco mocno, aby np. przyciągnąć uwagę świadków lub pozostawić ślady na ciele ofiary lub sprawcy. Nie ściga się zatem gwałtu, jeśli ofiara nie stawiała oporu, np. zdając sobie sprawę z jego bezcelowości wobec przeważającej siły sprawcy/sprawców lub w obawie o eskalację przemocy w odpowiedzi na opór – czytamy w stanowisku Parlamentarnego Zespołu Praw Kobiet.

Surowsze kary

Projekt zakłada również, iż za przestępstwo zgwałcenia będzie groziła kara więzienia od trzech do dwunastu lat. Jak tłumaczyła podczas konferencji prasowej posłanka Anita Kucharska-Dziedzic, doświadczona obrończyni praw kobiet i ofiar przemocy, gwałt rujnuje życie ofiary przynajmniej na kilka lat, a także niszczy jej zaufanie do społeczeństwa i państwa. Dlatego kara w takich granicach jest absolutnie adekwatna.

Projekt został opublikowany w internecie na stronie nieznaczynie.klublewica.pl. Tam można go skomentować i zgłosić konstruktywne poprawki.

Lewica broni godności kobiet

Wanda Nowicka przeprowadziła poselską interwencj w sprawie rażących zaniedbań na polu opieki nad kobietami, które przeszły poronienie bądź urodziły martwe dziecko. Niedawno opublikowany raport Najwyższej Izby Kontroli pokazał, że polska ochrona zdrowia nie radzi sobie również na tym polu.

Przedstawiciele rządu w ostatnich miesiącach bombardowali opinię publiczną zapewnieniami o trosce, jaką otaczane będą w polskich szpitalach kobiety na oddziałach położniczych. „My chcemy podejść do sprawy poważnie i z empatią. Żadna kobieta i dziecko nie zostanie pozostawiona bez pomocy” – deklarowała w październiku rzeczniczka rządu Anna Czerwińska.

Jak opieka nad kobietami wygląda w rzeczywistości – pokazał najnowszy raport NIK. Opracowanie zostało sporządzone na podstawie kontroli przeprowadzonych na 37 oddziałach położniczych. Wyłania się z niego ponury obraz bezradności, znieczulicy i dysfunkcji. Kobiety, które przeszły koszmar poronienia, bądź urodziły martwe dziecko są praktycznie pozostawione same sobie. Nie działa system psychologicznego wsparcia – pacjentki najczęściej nie są w ogóle informowane, że taka pomoc im przysługuje. Zostaje im przeżywanie traumy w samotności. Obraz rozpaczy dopełniają relacje z kontaktów z personelem – przemęczonym, podchodzącym często do pacjentek z irytacją.

„Personelowi medycznemu należy zapewnić kursy i szkolenia dotyczące postępowania w przypadku niepowodzenia położniczego, które powinny uczyć współpracy z pacjentką przeżywającą stratę dziecka. Wytyczne, dotyczące sprawowania opieki nad takimi pacjentkami znajdują się przede wszystkim w rozporządzeniu Ministra Zdrowia z 2018 r. w sprawie standardów opieki okołoporodowej” – alarmuje Izba.

Pełne zdiagnozowanie skali problemu utrudnia bałagan w dokumentach. Papiery pacjentek w ponad połowie skontrolowanych szpitali (57 proc.) była wypełniane nierzetelnie i nie pozwalały na ustalenie, czy świadczenia zostały im udzielone zgodnie ze wszystkimi standardami.

Na niepokojące doniesienia zareagowała śląska posłanka Nowej Lewicy Wanda Nowicka, która przeprowadziła interwencje poselską w placówkach z oddziałami położniczymi w jej okręgu. Polityczka zażądała od dyrekcji szpitali ustalenia i zreferowania przyczyn i szczegółów aktualnej sytuacji, a także pomysłów na poprawę losu pacjentek.

„Poronienie i utrata chcianej ciąży to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w życiu kobiety. Uważne, troskliwe zachowanie ze strony personelu medycznego w tym okresie, może pomóc pacjentce i jej bliskim przejść przez ten trudny czas. Sposób postępowania, komunikacja z kobietą wywiera na nią ogromny wpływ. Nieumiejętne postępowanie podczas rozmów, brak empatii i umiejętności w komunikacji mogą dodatkowo straumatyzować kobietę i wpłynąć negatywnie na jej stan psychiczny” – napisała Wanda Nowicka.

W Polsce w latach 2017-2019, każdego roku ok. 1,7 tys. kobiet urodziło martwe dziecko, a u ok. 40 tys. kobiet ciąża zakończyła się poronieniem. Szacuje się, że około 10-15 proc. wszystkich ciąż kończy się poronieniem.

Zamach trwa!

Zaledwie kilka dni temu Trybuna opublikowała mój felietonik pt. Zamach. Leitmotivem tego wysiłku mego sklerotycznego umysłu było ostrzeżenie, że wkraczamy, jako naród i państwo, w etap zamachów na nasze prawa obywatelskie, sygnalizujący bóle porodowe dyktatury.

Widocznie mam zadatki na intratną posadę jasnowidza, bo doczekaliśmy się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że jeden z zapisów ustawy regulującej dopuszczalność aborcji jest niezgodny z Konstytucją. To taki przepis, który dopuszczał aborcję na wniosek kobiety, w przypadku stwierdzenia nieuleczalnej wady spodziewanego płodu.

Zamach na prawa kobiet

Orzeczenie to spowodowało nagły, jakby przez władze kraju niespodziewany, wybuch niezadowolenia społecznego, w tym zwłaszcza kobiet. Rozpoczęły się manifestacje protestu, które, jak sądzę, mogą być długotrwałe i niebezpieczne.

Na tym tle mam, do miłościwie panującej partii, rządu i ich zaplecza prawnego, pięć pretensji:

– Po pierwsze – o to, że grupa posłów PISu wpadła na idiotyczny pomysł przerwania kontynuacji nienajlepszych, ale względnie spokojne tolerowanych „kompromisowych” przepisów, regulujących dopuszczalność aborcji, funkcjonujących od ok. 30 lat. I że z pytaniem w tej sprawie zgłosiła się do Trybunału Konstytucyjnego, który, zdaniem wielu autorytetów prawniczych, jest obecnie upartyjniony i częściowo powołany niezgodnie z prawem.

– Po drugie, – że tenże Trybunał zdecydował się na rozpatrzenie tej sprawy szybciej, niż normalnie, i w okresie ograniczania zgromadzeń wywołanego pandemią CONVID 19. Podjął taką decyzję zapewne na towarzyskich spotkaniach Pani Prezes Trybunału z Prezesem Partii Rządzącej, jedząc wystawne obiadki. Zarzucam rządowi RP, że na to pozwolił, narażając zdrowie i życie obywateli.

– Po trzecie, – że tenże Trybunał stosuje wyłącznie najszerszą interpretację „życia człowieka”, mimo, że w prawie międzynarodowym i w prawie wielu państw, przyjmuje się częściej początek życia „od narodzenia człowieka”, a nie „od poczęcia”, które zresztą nie jest pojęciem jednoznacznym. Zawsze nasuwało wątpliwość, czy wobec tego żywy plemnik ludzki też może już być uznany za chronionego prawem człowieka, tym bardziej, że zapewne jeszcze w cym stuleciu dojdziemy do sytuacji, w której będzie możliwe nie tylko sztuczne zapłodnienie, ale także przynajmniej wstępne rozwijanie płodu w tworzonych przez ludzi urządzeniach. Oczywiście upraszczam, – ale przypominam, że konstytucja RP (Art. 38) mówi ochronie życia „człowieka”. Reszta – Panowie Prawnicy – jest tylko waszą interpretacją. I domyślam się, że przy tym wysiłku macie w głębokim poważaniu dorobek światowej filozofii. A Kartezjusz powiedział przecież „Cogito ergo sum” . czyli „Myślę, więc jestem”. Eo ipso – nie myślę, to mnie nie ma. Mogę się założyć, że embrion nie myśli.

Prawne sankcjonowanie tortur

Po czwarte – zarzucam Partii Rządzącej, Rządowi i Trybunałowi Konstytucyjnemu, że Interpretuje rozszerzająco jedne postanowienia Konstytucji, a jednocześnie stara się pomijać inne. W Art. 40 jest wyraźny zakaz stosowania tortur. Pytanie – czy nie jest świadomie przez państwo zadawaną torturą zmuszanie kobiet do wielomiesięcznego noszenia niechcianej i nienaprawialnie uszkodzonej ciąży tylko po to, aby potem zorganizować jej pogrzeb?

Po piąte – zarzucam rządowi, że pozwala na doprowadzanie do sytuacji, w której niemające innego wyjścia kobiety, będą na znacznie większą skalę wybierały turystykę aborcyjną. Dochodzą do mnie informacje, że wyspecjalizowane kliniki aborcyjne w Czechach, Słowacji, Niemczech a nawet w Kaliningradzie, na Białorusi i Ukrainie, po informacji o decyzji TK, już szykują specjalne akcje reklamowe kierowane do Polski. Zapewne obniżą ceny, szerzej niż dotychczas zorganizują transport „tam i z powrotem”, kupią lepsze antybiotyki rozdawane po zabiegu. Polki będą jeździć i płacić. To pomoże tym klinikom w poprawie ich sytuacji finansowej nadwątlonej przez pandemię. A w naszych szpitalach ją pogorszy. A przy okazji – nie wiem, czy rządzący zdają sobie sprawę, że jesteśmy bez wyjątku otoczeni przez państwa, w których aborcja jest legalna. My jesteśmy średniowiecznym wyjątkiem.

Może się jednak okazać, że straty wynikające z tego ostatniego punktu, to tzw. „małe piwo” w stosunku do strat, które może wywołać niezadowolenie, a nawet wściekłość kobiet i związanych z nimi mężczyzn. Jeden dzień blokad komunikacyjnych i spowodowanych przez nie kosztów interwencji policji, może być bardziej uciążliwy dla budżetu, niż straty w placówkach medycznych.

Trzeba zupełnie nie mieć wyobraźni i otrzymywać tylko nieudolne analizy nastrojów społecznych, aby podejmować takie decyzje w ogóle, a zwłaszcza w obecnej sytuacji. Rządy i tworzące je partie bez wyobraźni utrzymują się dłużej tylko w warunkach dyktatury. A większość nas do niej nie dąży.

Zamach trwa!

Zaledwie kilka dni temu Trybuna opublikowała mój felietonik pt. Zamach. Leitmotivem tego wysiłku mego sklerotycznego umysłu było ostrzeżenie, że wkraczamy, jako naród i państwo, w etap zamachów na nasze prawa obywatelskie, sygnalizujący bóle porodowe dyktatury.

Widocznie mam zadatki na intratną posadę jasnowidza, bo doczekaliśmy się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że jeden z zapisów ustawy regulującej dopuszczalność aborcji jest niezgodny z Konstytucją. To taki przepis, który dopuszczał aborcję na wniosek kobiety, w przypadku stwierdzenia nieuleczalnej wady spodziewanego płodu.
Zamach na prawa kobiet
Orzeczenie to spowodowało nagły, jakby przez władze kraju niespodziewany, wybuch niezadowolenia społecznego, w tym zwłaszcza kobiet. Rozpoczęły się manifestacje protestu, które, jak sądzę, mogą być długotrwałe i niebezpieczne.
Na tym tle mam, do miłościwie panującej partii, rządu i ich zaplecza prawnego, pięć pretensji:

Po pierwsze – o to, że grupa posłów PISu wpadła na idiotyczny pomysł przerwania kontynuacji nienajlepszych, ale względnie spokojne tolerowanych „kompromisowych” przepisów, regulujących dopuszczalność aborcji, funkcjonujących od ok. 30 lat. I że z pytaniem w tej sprawie zgłosiła się do Trybunału Konstytucyjnego, który, zdaniem wielu autorytetów prawniczych, jest obecnie upartyjniony i częściowo powołany niezgodnie z prawem.

Po drugie, – że tenże Trybunał zdecydował się na rozpatrzenie tej sprawy szybciej, niż normalnie, i w okresie ograniczania zgromadzeń wywołanego pandemią CONVID 19. Podjął taką decyzję zapewne na towarzyskich spotkaniach Pani Prezes Trybunału z Prezesem Partii Rządzącej, jedząc wystawne obiadki. Zarzucam rządowi RP, że na to pozwolił, narażając zdrowie i życie obywateli.

Po trzecie, – że tenże Trybunał stosuje wyłącznie najszerszą interpretację „życia człowieka”, mimo, że w prawie międzynarodowym i w prawie wielu państw, przyjmuje się częściej początek życia „od narodzenia człowieka”, a nie „od poczęcia”, które zresztą nie jest pojęciem jednoznacznym. Zawsze nasuwało wątpliwość, czy wobec tego żywy plemnik ludzki też może już być uznany za chronionego prawem człowieka, tym bardziej, że zapewne jeszcze w cym stuleciu dojdziemy do sytuacji, w której będzie możliwe nie tylko sztuczne zapłodnienie, ale także przynajmniej wstępne rozwijanie płodu w tworzonych przez ludzi urządzeniach. Oczywiście upraszczam, – ale przypominam, że konstytucja RP (Art. 38) mówi ochronie życia „człowieka”. Reszta – Panowie Prawnicy – jest tylko waszą interpretacją. I domyślam się, że przy tym wysiłku macie w głębokim poważaniu dorobek światowej filozofii. A Kartezjusz powiedział przecież „Cogito ergo sum” . czyli „Myślę, więc jestem”. Eo ipso – nie myślę, to mnie nie ma. Mogę się założyć, że embrion nie myśli.
Prawne sankcjonowanie tortur
Po czwarte – zarzucam Partii Rządzącej, Rządowi i Trybunałowi Konstytucyjnemu, że Interpretuje rozszerzająco jedne postanowienia Konstytucji, a jednocześnie stara się pomijać inne. W Art. 40 jest wyraźny zakaz stosowania tortur. Pytanie – czy nie jest świadomie przez państwo zadawaną torturą zmuszanie kobiet do wielomiesięcznego noszenia niechcianej i nienaprawialnie uszkodzonej ciąży tylko po to, aby potem zorganizować jej pogrzeb?
Po piąte – zarzucam rządowi, że pozwala na doprowadzanie do sytuacji, w której niemające innego wyjścia kobiety, będą na znacznie większą skalę wybierały turystykę aborcyjną. Dochodzą do mnie informacje, że wyspecjalizowane kliniki aborcyjne w Czechach, Słowacji, Niemczech a nawet w Kaliningradzie, na Białorusi i Ukrainie, po informacji o decyzji TK, już szykują specjalne akcje reklamowe kierowane do Polski. Zapewne obniżą ceny, szerzej niż dotychczas zorganizują transport „tam i z powrotem”, kupią lepsze antybiotyki rozdawane po zabiegu. Polki będą jeździć i płacić. To pomoże tym klinikom w poprawie ich sytuacji finansowej nadwątlonej przez pandemię. A w naszych szpitalach ją pogorszy. A przy okazji – nie wiem, czy rządzący zdają sobie sprawę, że jesteśmy bez wyjątku otoczeni przez państwa, w których aborcja jest legalna. My jesteśmy średniowiecznym wyjątkiem.
Może się jednak okazać, że straty wynikające z tego ostatniego punktu, to tzw. „małe piwo” w stosunku do strat, które może wywołać niezadowolenie, a nawet wściekłość kobiet i związanych z nimi mężczyzn. Jeden dzień blokad komunikacyjnych i spowodowanych przez nie kosztów interwencji policji, może być bardziej uciążliwy dla budżetu, niż straty w placówkach medycznych.
Trzeba zupełnie nie mieć wyobraźni i otrzymywać tylko nieudolne analizy nastrojów społecznych, aby podejmować takie decyzje w ogóle, a zwłaszcza w obecnej sytuacji. Rządy i tworzące je partie bez wyobraźni utrzymują się dłużej tylko w warunkach dyktatury. A większość nas do niej nie dąży.

Lewica przeciw fanatykom

Klub parlamentarny Lewicy wspólnie z Federacją na Rzecz Kobiet, Strajkiem Kobiet i Aborcyjnym Dream Teamem, Dziewuchami Łódzkimi tworzy komitet obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej dotyczącej liberalizacji prawa aborcyjnego.

– Czas na prawa kobiet bez kompromisów. Haniebny i skandaliczny wyrok atrapy Trybunału Konstytucyjnego pozbawił prawa o decydowaniu o swoim ciele, zdrowiu, życiu prawie 9 mln kobiet w wieku reprodukcyjnym w Polsce. Nie zamierzamy siedzieć z założonymi rękoma, zamierzamy działać – zapowiedziała posłanka Katarzyna Kotula.

Projekt ustawy o bezpiecznym przerywaniu ciąży oraz edukacji, zdrowiu i seksualności został złożony przez Lewicę jeszcze w lutym tego roku, jednak do tej pory nie został mu nadany numer druku. Złożenie ponownie obywatelskiego projektu sprawi, że Sejm będzie musiał się nim zająć. Aktywne podjęcie tematu jest koniecznością, gdyż fundamentaliści nie śpią – ich liderka Kaja Godek już zapowiada walkę o wykreślenie kolejnej przesłanki uprawniającej do przerywania ciąży: w przypadku czynu zabronionego, czyli gwałtu.

– Aborcja to jest problem klasowy i ekonomiczny. Bogate kobiety zawsze sobie poradzą. Tak naprawdę zmuszone do rodzenia i wychowywania dzieci z ciężkimi niepełnosprawnościami będą głównie kobiety niezamożne – tę prawidłowość, którą bezbłędnie zdiagnozowała polska lewica już w okresie międzywojennyn, przypomniała na konferencji prasowej posłanka Anna-Maria Żukowska.

– Dzisiaj rodzenie dzieci będzie w Polsce to rosyjska ruletka, spadną standardy opieki okołoporodowej, opieki nad kobietą w ciąży, zostanie utrudniony dostęp do diagnostyki prenatalnej. Tak właśnie wygląda polityka prorodzinna w wykonaniu ultrakonserwatywnych polityków – wtórowała jej prawniczka z Federacjaina Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Kamila Ferenc.

– Każdego dnia osoby przerywają ciążę, tylko muszą sobie radzić same, ponieważ państwo polskie zostawiło je w 1993 r. Do tej grupy dołączyło kolejne 1000 osób rocznie, ponieważ nie będą mogły przerwać ciąży w polskim szpitalu, ponieważ TK tak wczoraj zdecydował – powiedziała z kolei Karolina Więckiewicz z organizacji Aborcyjny Dream Team.

Lewica nie ma wątpliwości. Czas całkowicie wyrzucić do kosza pojęcie kompromisu aborcyjnego i walczyć o pełnię praw do decydowania przez kobietę o swoim ciele, tak, jak wywalczyły to prawo obywatelki większości państw europejskich. Należy również zadbać o prawdziwą politykę prorodzinną, wsparcie matek, dzieci i ojców, zamiast moralizowania i straszenia.

Flaczki tygodnia

Nowa wojenka kulturowa miała przykryć klęskę rządu nieudolnie walczącego z zarazą. Jednak generałowie Kaczyńskiego źle skalkulowali. Nie spodziewali się aż tak licznych protestów podczas aż tak niesprzyjających protestom warunkach.

Po dwóch dniach propagandziści PiS dostrzegli, że ta wojna o aborcję ich wygraną nie będzie. Zapewne wyciszyliby ją szybko, jak niedawną wojnę z „ideologią LGBT”. Ale tym razem nagromadzana miesiącami frustracja społeczna, wywołana śmiertelną pandemią, gwałtownie wybuchła. Zapalnikiem stał się wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

W dniu ogłoszenia przymusu rodzenia nieżywych płodów, umarł też tak zwany „kompromis aborcyjny”. Stan powszechnej, polskiej hipokryzji. Zabraniający aborcji, ale też zezwalający na nią w pewnych przypadkach. Akceptujący podziemie i turystykę aborcyjną. Do tamtego stanu powrotu już nie ma.

UWAGA, UWAGA PARLAMENTATZYŚCI LEWICY !!! Parlamentarzyści prawicy, tacy jak Janusz Kowalski, Marek Suski i podobni im, notorycznie i bezczelnie KŁAMIĄ w medialnych dyskusjach, że liberalizacja aborcji to pomysł zaczerpnięty od Stalina i Hitlera. Niestety bywają parlamentarzyści Lewicy, którzy od razu nie zaprzeczają takim kłamstwom.
A przecież to Hitler, zaraz po dojściu do władzy w 1933 roku, zakazał w Niemczech aborcji. Benito Mussolini dokonał tego wcześniej, bo w 1930 roku. W 1936 roku aborcji w ZSRR zakazał Stalin, w 1939 roku general Franco, a w 1940 roku francuski, faszystowski reżim Vichy. Po 1945 roku aborcji zakazały wszystkie pro stalinowskie rządy w państwach Europy Środkowo- Wschodniej, także polski. Zakazy te zniesiono we wszystkich tych państwach po 1956 roku wraz z destalinizacją ich systemów politycznych. Jedynie w Albanii Envera Hodży utrzymano go do 1990 roku. W roku 1966 nowy rumuński dyktator Nicolae Ceausescu wprowadził ponownie zakaz aborcji.
Zatem to jaśniepan prezes Kaczyński i jego biskupi naśladują dziś Hitlera, Stalina, Mussoliniego i Ceausescu.

Zdecydowany sprzeciw wobec antyaborcyjnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego wyrazili parlamentarzyści Lewicy. I chwała im za to.

Parlamentarzystów Koalicji Obywatelskiej zaskoczył radykalizm i masowość kobiecych protestów. Lewe skrzydło KO poparło protesty, pozostali nie mogą rozstać się z ideą „kompromisu aborcyjnego”. I hasłem „Aby było tak jak było”. Niestety na wojnie, nawet tylko kulturowej, kiedy walczące strony radykalizują się, nie da się długo usiedzieć na barykadzie.

Na barykady nie chcą ruszyć parlamentarzyści PSL- Kukiz. Bo większość z nich nie chce krytykować swoich proboszczów z polskiego kościoła kat. Ale też większość z nich opowiadała się za dotychczasowym „kompromisem aborcyjnym”. Co zrobić by wskrzesić ów „kompromis”, głowią się teraz najtęższe umysły ludowco- kukizowców.

Największe zadowolenia z trybunalskiego wyroku prezentują parlamentarzyści Konfederacji. Przede wszystkim narodowcy. Bo stało się to, co przez lata postulowali. Bo protestujące kobiety to nie ich elektorat. Bo nie oni wywołali tę wojnę, nie oni poszli na pierwszą linię, ale to oni teraz najwięcej na takiej wojence wygrają.

Elity PiS nadrabiają minami. Widzą już, że nie zyskają dodatkowych głosów poparcia w efekcie tej wojny. Zabiorą je cwani dekownicy z Konfederacji. Za czasów rządów PO-PSL młodzi posłowie PiS dowodzeni przez Adama Hoffmana wszczynali podobne konflikty pod hasłem „Zróbmy im 100 Wietnamów”. Wikłali wtedy rząd PO-PSL w kompromitujące go spory. Teraz elity PiS urządzają kolejne „Wietnamy” swojemu rządowi. Po co im to?

Zadowolenie z trybunalskiego wyroku wyraził pan prezydent Duda i jego kanceliści. Głos prezydencki popłynął z kwarantanny, bo pan prezydent zaraził się wirusem, którego stale lekceważył. Wcześniej nawiedził Szpital Narodowy, gdzie mógł podzielić się z wirusem wielu budowniczych Szpitala. Oby nie złapał też grypy, bo wtedy w jej wirusy też musiałby uwierzyć.

Szef Kancelarii pana prezydenta Dudy, pan minister Krzysztof Szczerski przyjął pełniącą obowiązki prezydenta Białorusi na wychodźstwie, Swiatłanę Ciochanouską. Zachęcał ją gorąco do kontynuowania protestów, zwłaszcza kobiecych. Bo, jak zauważył, tylko one mogą „zagwarantować Białorusinom możliwości wolnego wyboru przyszłości kraju”.

Jak przysłowiowe norki ucieszyli się z trybunalskiego wyroku hierarchowie polskiego kościoła kat. Pan abepe Stanisław Gądecki
oświadczył, że „tą decyzją stwierdzono, że koncepcja „życia niewartego życia” stoi w jaskrawej sprzeczności z zasadą demokratycznego państwa prawnego”. Zaś rozradowany pan abepe Marek Jędraszewski powiedział: „Trudno sobie wyobrazić wspanialszą wiadomość”. Jest byczo, polski kościół kat. rośnie w siłę , a biskupi żyją dostatniej.

Wyrok trybunalski wywołał liczne społeczne protesty, o których piszemy w „Trybunie”. Zapowiedziano też specjalne protesty pod budynkami katolickich kościołów i nawet wewnątrz nich.
„Flaczki” pierwszy raz demonstrowały w obronie praw kobiet do aborcji w 1992 roku. Potem też o to prawo wielokrotnie walczyło nogami, rękami, i głową.
Dlatego teraz „Flaczki” apelują do protestujących, zwłaszcza do tych wkurwionych.
NIE PALCIE KOŚCIOŁÓW, BOJKOTUJCIE POLSKI KOŚCIÓŁ KAT.

Zamiast demonstrować podczas mszy, zorganizujcie wielki bojkot polskiego kościoła kat.
Nie chodźcie do kościołów.
Nie wpierajcie finansowo funkcjonariuszy kościoła kat.
Nie posyłajcie swoich dzieci na lekcje religii.
Nie przyjmujcie funkcjonariuszy podczas tradycyjnej kolędy. Nawet tej on- line.
Nie uczestniczcie w ceremoniach ślubów kościelnych.

Bojkotujcie tych diabłów wcielonych, zwłaszcza jeśli wierzycie w katolickiego boga. Nie musicie się z bogiem rozstawać. Usuńcie jedynie patologicznego, zbrodniczego, kosztownego pośrednika w waszych relacjach z bogiem.

Internetowe serwisy informacyjne podają, że radykalnie wzrosło zainteresowanie stronami informującymi jak dokonać apostazji. Czyli wypisać się z polskiego kościoła kat. W Polsce, jak każdy wie, setki tysięcy dzieci są chrzczone bez ich świadomości i zgody. Każdy ochrzczony nabija potem statystykę katolików w Polsce, nawet jeśli się potem z kościołem rozstał.
Dzięki takiemu fałszerstwu funkcjonariusze kościoła kat. mogą twierdzić, że reprezentują większość obywateli naszego państwa. Czas skończyć z tym zakłamaniem. Dlatego jeśli masz dość katolickiego Piekła Kobiet – dokonaj apostazji.

Codziennie słyszymy, że w Polsce brakuje lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli, sprzątaczek szpitalnych. A Jedynie policji jest pod dostatkiem.
Dba o swe pały „Liliputin.”

Nie dla zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej!

W południe 14 kwietnia warszawskie Rondo Dmowskiego zostało zablokowane przez samochody i rowery protestujących obywatelek. Inne ustawiały się z plakatami i symbolami protestu wokół ronda, zachowując obowiązkowe odstępy, zakrywając usta maseczkami.

Prawa kobiet tematem zastępczym?

Zgodnie z oficjalnym stanowiskiem rządu, Sejm właśnie teraz musi zająć się obywatelskim projektem firmowanym przez Kaję Godek, gdyż pozostał on niejako w spadku po poprzedniej kadencji, a 12 maja minęłoby sześć miesięcy na jego rozpatrzenie. Część komentatorów twierdzi, że projekt szybko zniknie z bieżącego grafiku prac parlamentarnych i jest typową „wrzutką”, która przykryje coś dużo gorszego, np. nowe metody inwigilowania społeczeństwa w czasie pandemii. Może oburzać już jednak sam fakt, że drakońskie prawo, które odbiera kobietom kontrolę nad swoim ciałem, uderzając przy tym głównie w gorzej sytuowane obywatelki, jest traktowane jako dobry i dogodny temat zastępczy, by ogniskować społeczne emocje. W Europie prawo kobiety do przerwania ciąży od dawna w głównym nurcie debaty publicznej nie budzi żadnych wątpliwości.
Obrończynie praw kobiet są jednak pełne obaw, że rząd zupełnie celowo zabrał się za projekt, którego przyjęcia oczekuje Kościół, gdy kobiety nie mogą masowo wyjść na ulice. W 2017 i 2018 r. Czarne Protesty gromadziły tysiące demonstrantek. Gdy trwa pandemia, nie jest to możliwe.
Inaczej niż w 2017 r., Polki mają za to godne reprezentantki w Sejmie. Posłanki Lewicy w debacie nad projektem 15 kwietnia stanowczo występowały przeciwko robieniu z ludzi idiotów (Magdalena Biejat) i wycieraniu sobie gęby sloganami o świętości życia, która w praktyce kończy się zaraz po porodzie.

Ustawa w prezencie dla Kościoła

– Co to za państwo, w którym politycy toczą wojnę z ponad połową społeczeństwa, czyli kobietami. Głosując za tym projektem doprowadzicie do całkowitego ubezwłasnowolnienia kobiet i usankcjonujecie status kobiety ciężarnej jako inkubatora. Karzecie kobietom rodzić tylko po to, aby patrzyły bezradnie jak dziecko umiera w potwornych męczarniach. To nieludzkie! Gdy ludzie tracą życie, zdrowie, pracę, poczucie stabilności, PiS chce przepchnąć kolanem ustawę zgłaszane przed fundamentalistów, żeby przypodobać się kościołowi, aby poparł Andrzeja Dudę w wyborach prezydenckich – przemówiła posłanka Wanda Nowicka. Przypomniała, że w sondażach dotyczących aborcji zdanie opinii publicznej jest jasne: jeśli już zmieniać obowiązujące ustawodawstwo, to w kierunku liberalizacji dostępu do aborcji, nie w drugą stronę.

Proszę się rozejść!

Podczas protestu na Rondzie Dmowskiego nie mogły, jak w 2017 r., wybrzmieć mocne przemówienia. Najgłośniej słyszalna była… policja, wzywająca kobiety w pojazdach na rondzie do opuszczenia tego miejsca. „Mamy stan epidemii, pozostając w tym miejscu narażasz na niebezpieczeństwo zakażenia siebie i innych!” – leciało w kółko z głośnika. Następnie mundurowi zaczęli wypisywać zebranym mandaty.
Kolejne protesty zapewne wkrótce. Sejm w pierwszym czytaniu, jakie odbyło się 16 kwietnia, skierował antyaborcyjną ustawę do dalszych prac w komisjach.

Dzień Kobiet: 1 maja w marcu

Tak, Święto Kobiet to socjalistyczne święto. Nie dlatego, że obchodzono je w PRL-u czy w Związku Radzieckim. Socjalistyczne było od samego początku. Pierwsze manifestacje 8 marca organizowała Socjalistyczna Partia Ameryki.

28 lutego 1909 roku manifestacja miała przypomnieć tragedię włókniarek oraz ich wielki protest, który odbył się właśnie 8 marca 1908 roku. W jednej z fabryk w Nowym Jorku, włókniarki zorganizowały strajk okupacyjny, domagały się godnych warunków pracy i prawa wyborczego. Właściciel fabryki, chcąc uniknąć skandalu, po prostu je w niej zamknął. Wybuchł pożar. Spaliło się wtedy 129 kobiet. W 1910 roku w Kopenhadze na zjeździe socjalistek związanych z II Międzynarodówką Socjalistyczną ustalono, że właśnie 8 Marca będzie dniem walki o prawa kobiet.

Jedną osób najbardziej zaangażowanych w budowanie tradycji 8 marca była Klara Zetkin, niemiecka feministka, marksistka i pacyfistka. Współzałożycielka wraz z Różą Luksemburg, Karlem Liebknechtem i Julianem Marchlewskim, grupy Związek Spartakusa, która w 1918 roku dała początek Komunistycznej Partii Niemiec. Dzięki Klarze Zetkin socjaliści od 1911 zaczęli obchodzić Międzynarodowy Dzień Kobiet. Socjalistki i socjaliści łączyli walkę o prawa kobiet z walka o prawa pracujących. Uważali, że nie da się znieść dyskryminacji inaczej, niż przez zniesienie nierówności.

W Polsce 8 marca był obchodzony o 1924 roku.

Walczmy o równość

Współcześnie w Polsce, Dzień kobiet często jest traktowany nostalgicznie. Jednak neofeministki reaktywowały przynajmniej częściowo rewolucyjne tradycje Dnia Kobiet. Od pierwszej warszawskiej Manify w 2000 roku, ruch manifowy rozlał się na Polskę a przynajmniej na większe, i część średnich miast. Choć, nie jest to jednak rewolucyjny 1 Maja w marcu.

Jeśli mógłbym coś sugerować organizatorkom Manif to, by rozważyły uznanie za jeden z nie mniej ważnych, postulat wprowadzenia progresywnego systemu podatkowego. Bo jeśli nie będziemy dążyć do zmniejszenia nierówności dochodowych, to nie zmniejszymy żadnych nierówności. Jeśli różnice dochodowe będą względnie małe, to nie będzie zawodów, którym przypisuje się wysoki lub niski prestiż. Będzie szansa na inkluzywne społeczeństwo, w którym każda jednostka jest szanowana.
Państwo musi zapewniać, z zebranych podatków, wysoki standard usług publicznych, powszechnie dostępnych. O wiele łatwiej o partnerskie relacje pomiędzy rodzicami jeśli dla wszystkich dzieci są miejsca w żłobkach i przedszkolach.

A więc kobiety świata łączcie się… z proletariuszkami i proletariuszami. Jest jeszcze czas do najbliższego 1 Maja.

A konkordat oczywiście należy wypowiedzieć. W interesie kobiet. I mężczyzn.