Odpowiedź zna wiatr

Czy wiatraki energetyczne rzeczywiście pozwolą na ograniczanie roli węgla w naszym kraju?

Polska czeka na możliwość szybszego rozwoju produkcji zielonej energii z wiatru. Wprawdzie rząd PiS uporczywie konserwuje węglowy skansen energetyczny, ale przybywa wyrw w tym systemie. – Po trzech latach przestoju, pełną parą ruszyła realizacja projektów wiatrowych na lądzie, które uzyskały już wsparcie w aukcjach przeprowadzonych w latach 2018-2020. W efekcie przybędzie 4200 megawatów nowych mocy wytwórczych, które już wkrótce zasilą polski system czystą i tanią energią. Już dzisiaj te inwestycje wzmacniają krajową gospodarkę, generując nowe miejsca pracy i wpływy podatkowe dla samorządów i budżetu państwa, a także dodatkowe przychody dla właścicieli działek – mówi Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.
Wydaje się jednak, że jest to zbyt optymistyczna opinia, gdyż istnieje jedynie możliwość, że w bieżącym roku zielone światło na budowę uzyskają projekty pozwalające zainstalować (na lądzie) około 900 megawatów nowych mocy wiatrowych. Potencjalni inwestorzy i firmy produkujące tę zieloną energię uważają jednak, że wymaga to liberalizacji tzw. ustawy odległościowej – z czym trudno się zgodzić, bo wprowadziła ona dosyć racjonalne rozwiązania, blokujące stawianie wiatraków tam gdzie mogłoby to być szkodliwe dla ludzi i środowiska.
Koniec minionego roku przyniósł natomiast uchwalenie przez Sejm ustawy o wspieraniu morskiej energetyki wiatrowej, która na początku 2021 roku została jednogłośnie przyjęta przez Senat. Dzisiaj – po podpisaniu ustawy przez prezydenta – jest to już obowiązujące prawo, które otwiera drogę do postawienia pierwszych 5,9 GW (1 gigawat = 1000 megawatów) do 2030 r. w polskiej części Bałtyku, a następnie kolejnych 5 GW – do 2040 r.
Tak więc, dzięki wejściu w życie ustawy dającej podstawy do stawiania wiatraków na morzu, otworzyła się droga do realizacji takich inwestycji w polskiej części Bałtyku. Jest to jednak droga daleka, bo kto to może przewidzieć, co będzie w 2030 r.?. Na razie rozpoczęły się działania papierowe.
­- Przedstawiciele inwestorów oraz przemysłu rozwijanego wokół energii wiatrowej podpisali z Ministerstwem Klimatu i Środowiska list intencyjny w sprawie wypracowania porozumienia sektorowego na rzecz morskiej energetyki wiatrowej, który ma stymulować kolejne polskie firmy do włączania się w łańcuch dostaw. Oprócz tego, państwa regionu Morza Bałtyckiego, w tym Polska, podpisały z Komisją Europejską deklarację, zobowiązując się do współpracy na rzecz maksymalnego wykorzystania potencjału energetycznego morza – wyjaśnia Kamila Tarnacka wiceprezes PSEW.
Zapotrzebowanie na niskoemisyjną i, dzięki rozwiązaniom administracyjnym, atrakcyjną cenowo energię elektryczną, systematycznie rośnie. Zakłady przemysłowe działające w Polsce chcą budować swoją przewagę konkurencyjną w oparciu o prąd z odnawialnych źródeł energii, kupując go bezpośrednio od wytwórcy. Trwają starania o zmianę uwarunkowań prawnych rozwoju sektora wiatrowego w naszym kraju i korzystniejsze reguły finansowania zielonych inwestycji. – Rząd podjął pracę nad nowelizacją ustawy odległościowej. Spodziewamy się, że w pierwszej połowie 2021 roku zostanie usunięta główna bariera blokująca rozwój nowych mocy wiatru na lądzie w Polsce – dodaje prezes Janusz Gajowiecki.
Pytanie, czy rzeczywiście jest to ta główna bariera? Nową szansą dla rozwoju energetyki wiatrowej w naszym kraju może być konieczność odbudowy polskiej gospodarki po po pandemii Covid – 19, a także rola tej technologii w realizacji unijnego, Europejskiego Zielonego Ładu.

Klątwa sklepów budowlanych

Pandemia to poważne zagrożenie. Rządy powołują zespoły doradcze i analityczne. Zbierają dane o zakażeniach i zakażonych. Ważą ryzyka i potencjalne korzyści. Na podstawie badań podejmują decyzje. Mamy już nie tyle trzecie maksimum walki z wirusem, ile trzeci etap desperackiej obrony. Po dwóch poprzednich etapach pozostało wiele danych. Można więc się pokusić o analizę najbardziej zagrożonych środowisk, profesji, miejsc pracy. Można sprawdzić przestrzeganie reżimów sanitarnych, przetestować funkcjonowanie branż w reżimach zaostrzonych.

U schyłku słusznie minionego systemu powstał film mający dla niektórych status kultowego. Polskim Indiana Jonesem został w nim Roman Wilhelmi, aktor na pewno kultowy. Film otrzymał mrożący krew w żyłach tytuł „Klątwa doliny węży”.
Scenariusz powstał, nomen omen, na podstawie opowiadania napisanego (pod pseudonimem) przez Wiesława Górnickiego. Opowiadanie, opublikowane najpierw w „Przekroju”, bardzo mnie zaintrygowało. Scenariusz niestety odszedł dosyć daleko od pierwowzoru, jakby na utwór ktoś rzucił klątwę.
Klątwa ta już Polski nie opuściła i przenosi się z miejsca na miejsce. Jakby w pogoni za nią przemieszczają się rządowe obostrzenia. Wszystko z powodu tajemniczej lotnej substancji z Azji.
Z analiz naszego rządu wynika, jak sądzę, że najwięcej osób zakaża się w restauracjach, na kortach tenisowych, w sklepach meblowych i marketach budowlanych. Bardzo groźne są wizyty w zakładach fryzjerskich i kosmetycznych.
Co prawda, nie spotkałem się z żadnymi przytaczanymi przez media badaniami, z których by wynikało, że jakieś miejsca czy aktywności publiczne są bardziej od innych związane z ryzykiem zakażenia. Jedyne opracowanie, na które natrafiłem, było niemieckie (oczywiście) i dotyczyło ryzyka zakażenia wirusem w komunikacji publicznej. Okazało się, że korzystanie z autobusów czy tramwajów przy przestrzeganiu nałożonych ograniczeń, zachowaniu dystansu i obowiązkowym noszeniu maseczek nie stanowi podwyższonego ryzyka zakażenia.
Dawno temu entuzjaści z MythBusters przeprowadzili eksperyment konsumpcyjny. Badali ryzyko zetknięcia się z zawiesiną zawierającą wirusy w trakcie spożywania wspólnego posiłku. Okazało się, że symulowane kichnięcie powoduje dotarcie zawiesiny kropelkowej do wszystkich uczestników eksperymentalnego posiłku. Zasłonięcie ust i nosa z kolei zabezpieczało ich niemal wszystkich przed takim kontaktem. Prosty eksperyment jednak nie przedostał się do zbiorowej pamięci społecznej.
Do przedstawicieli naszej administracji państwowej wiedza naukowa wydaje się nie docierać, choć trzeba przyznać, że wyciąganie wniosków z doświadczeń nie jest im całkiem obce. Wszyscy pewnie zauważyli, że wprowadzając maksymalny (prawie) zakres ograniczeń, rząd tym razem pominął niektóre miejsca i aktywności.
W odróżnieniu od wiosennego wielkiego zamknięcia lasy i cmentarze pozostawiono otwarte. Lasy zapewne dlatego, że ich powierzchnia od zeszłego roku znów bardzo się skurczyła. Cmentarze z kolei z powodu wzmożonego ostatnio ruchu – niestety, raczej jednokierunkowego.
Ostały się również księgarnie. Może ktoś wreszcie doniósł rządowi ostatni raport w sprawie czytelnictwa, dowodzący jasno, że pomimo pandemii Polacy nadal nie czytają książek, więc ryzyko wpadnięcia na rodaka w księgarni jest niewielkie.
Chociaż rozumiem zamknięcie klubów fitness, bo trudno jest intensywnie ćwiczyć w maseczce, a w klubach ćwiczy się grupowo, trudno mi znaleźć uzasadnienie zamknięcia siłowni, w których przecież ćwiczy się indywidualnie. Co prawda, już dawno zorganizowałem sobie minisiłownię w domu i zamknąłem ją dla innych, ale to chyba nieco inny przypadek.
Dziwić też może zamknięcie solariów, choć tym, którzy solariów nadużywali, taka przerwa może uratować… skórę.
A teraz pora na tytułową klątwę sklepów budowlanych. Wiara w tę klątwę musi być szczególnie żywa.
Wiara rozwija się zwłaszcza wtedy, gdy przedmiot kultu (wiary) owiany jest mgiełką tajemnicy. Jak sądzę, ci, którzy doradzają premierowi zamykanie takich sklepów przy każdej okazji, nigdy w nich nie byli. Słyszeli jedynie o satanistycznych orgiach, jakie się tam odbywają tuż po otwarciu albo zamknięciu: o lizaniu tapet i wykładzin, tarzaniu się w zasłonach i firanach, pluciu na kafelki.
Po prostu istny szał. Tylko Podkowińskiego brak…
Nawet na rybnych stoiskach przed Wigilią nie wymyślają takich bezeceństw, do jakich dochodzi między regałami w marketach budowlanych. A w meblowych ? Strach pomyśleć, co się dzieje na tych kanapach i fotelach… bujanych. Aż sam się boję tam zaglądać. Jeśli już pod groźbą śmierci, a przynajmniej utraty zdrowia lub resztek komfortu zmuszony jestem do takiego przeklętego miejsca się wybrać, łapię szybko, co mi potrzebne, i zaraz uciekam. Ledwo zdążę zapłacić…
W tej sytuacji jest chyba logiczne, że rząd nakazał zamknięcie tych niebezpiecznych przybytków.
A przy okazji zakazał uczestnictwa we wszelkich zgromadzeniach, bo wiadomo, że jak tacy sataniści nakupią w marketach sprzętu elektrycznego, to potem się gromadzą i robią krótkie spięcia i małe błyskawice. I tak przyciągają wirusy.
Jedynie miejsca, w których można bezpiecznie się schronić, to kościoły, bo wirus boi się święconej wody oraz kadzidła. Choć kadzidła chyba bardziej. Po wielogodzinnych negocjacjach z Episkopatem rząd ogłosił, że z pewnym ograniczeniami kościoły pozostaną otwarte. Dlatego z pewnym takim zaskoczeniem przeczytałem w Internecie, że Kościół dostosuje się do wszystkich obostrzeń dotyczących, na przykład, sklepów spożywczych. Okazało się jednak, że owszem, Kościół, ale norweski. Nasz twardo trzyma rząd, i wiernych, na kolanach.
Przepraszam za ten przydługi tekst, z którego wynika chyba dosyć jednoznacznie, że rządzą nami idioci. No, ale żeby tak sobie rzucić takim wyrażeniem w przestrzeni publicznej, trzeba być przynajmniej pisarzem… A ja tak sobie tylko piszę tu i tam.
A tak przy okazji: prezydent Duda nie jest już tym, za kogo prawie wszyscy go mają. Przynajmniej w Google. Niech pana bóg błogosławi, panie Rosewater, pardon, panie Sundar Pichai.
PS. Polexit się rozpoczął, premier złożył w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o wyższości polskiego prawa konstytucyjnego nad prawem unijnym. To może sugerować, że premier nie umie czytać (czytać w ogóle, a nie tylko ze zrozumieniem).
Artykuł 91 Konstytucji rozstrzyga o relacjach pomiędzy ratyfikowanymi umowami międzynarodowym (traktatami UE) a prawem stanowionym przez polski parlament. W Googlach tego nie znajdziecie, ale nasz premier jest jak nasz prezydent.
A konkordat należy wypowiedzieć. Między innymi dlatego, by Głódź trafił tam , gdzie jego zasłużone miejsce a nie do swojego pałacyku.

Gospodarka 48 godzin

Prognozy dla świata
Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że światowa gospodarka wzrośnie o 5,5 proc. w 2021 r. i 4,2 proc. w 2022 r. Tak więc, Polska pod rządami PiS będzie się w przyszłym roku rozwijać wolniej od reszty świata, bo budżet na 2021 r. przyjmuje wzrost wynoszący 4 proc. – a trzeba dodać, że rząd PiS, jak zwykle, wykazał bardzo dużo optymizmu w prognozowaniu tegorocznego wzrostu gospodarczego w naszym kraju. Światowa prognoza wzrostu PKB na 2021 r. została przez MFW skorygowana w górę o 0,3 punktu procentowego w stosunku do poprzedniej prognozy, odzwierciedlając oczekiwania dotyczące wzmocnienia tempa gospodarki spowodowanego szczepionkami w dalszej części roku oraz dodatkowe wsparcie polityczne dla kilku dużych gospodarek. Przewidywane w tym roku ożywienie wzrostu następuje po poważnym załamaniu w 2020 r., które miało poważny, negatywny wpływ zwłaszcza na kobiety, młodzież, osoby ubogie, osoby zatrudnione nieformalnie oraz osoby pracujące w sektorach wymagających intensywnego kontaktu z innymi ludźmi. Globalny spadek wzrostu w 2020 r. szacuje się na minus 3,5 proc., czyli o 0,9 pkt. proc. więcej niż przewidywano w poprzedniej prognozie.
Siła tegorocznego ożywienia gospodarczego będzie się znacznie różnić w poszczególnych krajach, w zależności od dostępu do technologii medycznych, skuteczności wsparcia politycznego czy cech strukturalnych wchodzących w skład kryzysu. Chociaż szczepionki wzbudziły nadzieje na ograniczenie pandemii w tym roku, to kolejne fale i nowe warianty wirusa budzą obawy co do perspektyw świata – zwraca uwagę MFW. Dlatego działania polityczne podejmowane przez rządy państw powinny zapewniać skuteczne wsparcie dla gospodarki, do czasu zdecydowanego ożywienia gospodarczego – z naciskiem na rozwijanie kluczowych elementów wzrostu oraz przyspieszenie ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
Konieczna jest ścisła współpraca wielostronna, aby wszędzie opanować pandemię. Należy przyspieszyć dostęp do szczepionek we wszystkich krajach, zapewnić ich powszechną dystrybucję oraz ułatwić dostęp do niezbędnych leków po cenach przystępnych dla wszystkich. Ponadto, wiele krajów, zwłaszcza rozwijających się gospodarek o niskich dochodach, weszło w kryzys z wysokim zadłużeniem, które dalej rośnie podczas pandemii. Społeczność światowa będzie musiała przyśpieszyć działania, zmierzające do ograniczenia zadłużenia tych państw.

Sprawdzone informacje
Powstała Biała Księga zatytułowana „Szczepienia przeciw COVID-19. Innowacyjne technologie i efektywność”. Ma ona stanowić kompendium wiedzy o szczepieniach, technologii i ich zasadności w walce z pandemią koronawirusa. Działa także strona internetowa www.naukaprzeciwpandemii.pl z sekcją najczęściej pojawiających się pytań ze strony Polek i Polaków oraz z publikacjami, które zawierają zweryfikowane, rzetelne informacje na temat szczepień. Zarówno Biała Księga, jak i strona www dostępne są w wersji polsko- i anglojęzycznej. Może to być remedium na sprzeczne komunikaty płynące ze strony rządowej.

Jak katolik z katolikiem
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP wyraża zaskoczenie i ogromny smutek, że Archidiecezja Krakowska wypowiedziała katolickiemu pismu „Tygodnik Powszechny” prawo do najmu owianego historią lokalu przy ul. Wiślnej 12. Decyzja krakowskiej kurii odbiła się echem w Polsce i na świecie. Pisała o tym m.in agencja Associated Press.

Internet za zamkniętymi drzwiami

Państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa apeluje do dorosłych, by zgłaszali przypadki publikacji treści erotycznych samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie.
Coraz częściej w sieci spotykane są intymne materiały foto lub wideo przedstawiające dzieci – i często wykonane są one przez nie same. Przypomnijmy, że w świetle polskiego prawa (ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka) za dziecko uznaje się istotę ludzką do chwili osiągnięcia pełnoletniości, czyli 18 lat. Taką osobę określa się też terminem prawnym: „małoletnia”.
Blisko co trzeci ankietowany polski nastolatek w badaniach Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej zadeklarował, że prowadził wideo rozmowy z osobami, których wcześniej nie znał, a co ósmy, że w trakcie takich rozmów dostał propozycję pokazania się bez ubrania. 25 proc. polskich nastolatków zadeklarowało, iż otrzymało czyjeś materiały erotyczne, a ponad 7 proc. – że wysłało komuś swoje. Taki wynik przynosi badanie NASK „Nastolatki wobec internetu” z 2014 r., jednak na podstawie tzw. technik projekcyjnych zastosowanych w kwestionariuszu badania, można wnioskować, że procent takich nastolatków jest znacznie wyższy.
W związu z tym państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa rozpoczął kampanię „Czy wiesz, co robią dzieci za zamkniętymi drzwiami?”, poruszającą problem wytwarzania oraz prezentowania w internecie i rozsyłania do innych osób intymnych obrazów lub filmów przez osoby małoletnie. Jak precyzuje NASK, chodzi tu o osoby małoletnie: „intencjonalnie angażujące się w erotyczną lub seksualną aktywność”. Eksperci Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej przekonują, że coraz więcej takich obrazów krąży w sieci – i za każdym z nich może stać krzywda dziecka.
Jak podkreśla państwowy instytut badawczy NASK: „Kampania ma zachęcać dorosłych użytkowników Internetu do zgłaszania przypadków publikacji treści erotycznych, samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie”.
W sformułowaniu tym instytut badawczy NASK użył określenia „osoba nieletnia”, a nie „małoletnia”. Chodzi tu konkretnie o rok różnicy, jest to jednak ważna różnica.
Nieletni to w świetle polskiego prawa karnego osoba poniżej 17 roku życia, która tylko w szczególnych przypadkach może odpowiadać za popełnienie przestępstwa. Do tych przypadków nie należy wytwarzanie materiałów pornograficznych przez nieletniego, z udziałem własnym czy innej osoby nieletniej – za co może jednak karnie odpowiadać osoba małoletnia (w tym przypadku, będąca pomiędzy 17 a 18 rokiem życia).
Dziecko (czyli człowiek poniżej 18 roku życia) może zatem zostać skazane za wytwarzanie i upowszechnianie materiałów zawierających to, co wolno mu robić. Zgodnie z polskim prawem, minimalny wiek, od którego dziecko ma prawo wyrażenia zgody na czynności seksualne z inną osobą wynosi w naszym kraju 15 lat.
Osoba pomiędzy 17 a 18 rokiem życia może więc legalnie już podejmować czynności seksualne, ale nie może ich utrwalać ani ujawniać w internecie, gdyż grozi jej za to odpowiedzialność z art 202 kodeksu karnego (publiczne prezentowanie treści pornograficznych). A jest ona niemała: od 1 roku do nawet 12 lat pozbawienia wolności. Nie dla każdego „intymność” znaczy dokładnie to samo. Ale większość z nas uznaje, że sprawy intymne, czyli związane z seksualnością, należą do sfery najbardziej prywatnej i powinno się je dzielić wyłącznie z najbliższymi osobami. Niestety, nie zawsze młode osoby w pełni zdają sobie sprawę ze znaczenia tego faktu. Albo z innych, zewnętrznych powodów, decydują się postąpić wbrew swojej potrzebie zachowania prywatności. Eksperci, którzy na co dzień zajmują się treściami szkodliwymi i nielegalnymi w Internecie, w tym materiałami przedstawiającymi seksualne wykorzystywanie dzieci, coraz częściej otrzymują zgłoszenia na temat materiałów z bardzo intymnymi treściami wideo i zdjęciami, na których dzieci zarejestrowały same siebie, a potem udostępniły je innym osobom – mówi Anna Rywczyńska, kierownik działu edukacji cyfrowej w państwowym instytucie badawczym NASK.
„Wśród tych zdjęć czy filmów znajdują się takie, gdzie dziecko jest całkowicie rozebrane, widać intymne części ciała lub wręcz jest w trakcie czynności seksualnych” – podkreśla instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa. Mogą to być treści sextingowe, które młodzi przesyłają sobie nawzajem (np. jako dowód miłości, zaufania, element flirtu, zabawy).
Treści takiej korespondencji niekiedy „wypływają” i są upubliczniane wbrew początkowym intencjom pary – na skutek kłótni, pozyskania materiałów przez osoby postronne lub błędu w zabezpieczeniach. Zdarzają się jednak również materiały, które nastolatki przesyłają na prywatnych kanałach osobom nieznajomym lub publikują w szeroko dostępnych serwisach.
Według badań brytyjskiej organizacji Internet Watch Foundation, wśród znalezionych w Internecie materiałów o charakterze seksualnym wykonanych przez osoby nieletnie, 96 proc. treści przedstawiało te dzieci znajdujące się w domowym otoczeniu, przeważnie w pokojach lub sypialniach pełnych zabawek lub młodzieżowych dekoracji. 98 proc.zbadanych materiałów przedstawia dzieci w wieku 13 lat i mniej. Słowem, jest to raj dla pedofilów. W Polsce na razie nie ma podobnych statystyk. – Nie można uznawać, że materiały wytworzone samodzielnie zawsze są wykonane dobrowolnie. W wielu przypadkach są to materiały powstałe w wyniku procesu uwodzenia dziecka, szantażu, pod wpływem presji rówieśników lub środowiska bądź w wyniku podejmowania czynności przez nieletnich, którzy naśladując starszych, nie do końca rozumieją cały kontekst sytuacji – wyjaśnia Martyna Różycka, kierownik należącego do Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zespołu Dyżurnet.pl, zajmującego się reagowaniem na szkodliwe i nielegalne treści w sieci.
W 2019 r. Dyżurnet.pl przeanalizował 12 517 zawiadomień, z czego 2 295 (czyli 18 proc. analizowanych treści) zostało zakwalifikowanych jako treść pornograficzna z udziałem dziecka. Były to więc materiały bezsprzecznie nielegalne.
Eksperci Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zauważają, że coraz częściej wśród materiałów atrakcyjnych dla osób o pedofilskich skłonnościach znajdują się materiały samodzielnie wytworzone przez osoby małoletnie. W 2019 r. stanowiły one blisko 10 proc. treści zakwalifikowanych jako pornografia dziecięca. Trudno zrozumieć, co siedzi w głowach nastolatków, którzy samodzielnie wytwarzają pornografię dziecięcą z własnym udziałem, lecz jak wynika z badań NASK, jest to realny problem w Polsce.
Celem kampanii jest zwrócenie uwagi osób dorosłych na to, że nawet drobne działanie, takie jak zgłoszenie nadużycia do moderatora lub administratora serwisu, może zapobiec poważnym konsekwencjom dla dziecka. O ile bowiem młody autor czy autorka intymnego selfie może nie do końca zdawać sobie sprawę, jak poważny błąd popełnia, to dorośli powinni.
Publikowanie materiałów intymnych może prowadzić do nadużyć wobec dziecka, na przykład agresywnych i wulgarnych komentarzy, dalszej seksualizacji oraz przemocy polegającej na wymuszaniu dostarczania kolejnych filmów czy zdjęć. Intymne materiały są oczywiście atrakcyjne dla osób o pedofilskich skłonnościach.
Należy podkreślić, że według polskiego prawa utrwalanie i publikacja treści pornograficznych z udziałem osoby poniżej 18. roku życia są nielegalne. Nakłanianie przez dorosłych osoby nieletniej do prezentowania nagości również jest niezgodne z prawem.
„Wielką rolę mają tu do odegrania rodzice, którzy powinni poważnie traktować internetowe doświadczenia swoich dzieci, słuchać ich i interweniować zawsze wtedy, gdy dziecko czuje, że sobie nie radzi” – podkreśla instytut badawczy NASK. I wskazuje, że to często dorośli krzywdzą dzieci. Tym bardziej na pozostałych dorosłych, którym dobro dzieci leży na sercu, ciąży obowiązek reagowania, gdy dzieje się coś niepokojącego.
Zgłaszanie treści, w których osoby małoletnie są widoczne w seksualnym kontekście, prowadzi do weryfikacji, czy nie doszło do przestępstwa?. Prowadzi też przeważnie do usunięcia filmu czy zdjęcia z danego serwisu a czasem nawet z wyników wyszukiwania lub z dostępnych stron portalu społecznościowego. To ważne dla młodych osób, dla których oglądanie krępujących materiałów przez rodzinę czy przyjaciół może być źródłem cierpienia psychicznego.
„Dlatego, nawet jeśli nie jesteśmy pewni, czy osoba, którą oglądamy jest niepełnoletnia, czy tylko młodo wygląda, powinniśmy zgłosić materiał do sprawdzenia przez moderatora lub do zespołu Dyżurnet.pl” – apeluje instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa.

O słuszną sprawę

PiS nie zdoła przykryć postulatów kobiet za pomocą wywoływania kolejnych awantur.
Pod koniec października Ogólnopolski Strajk Kobiet przedstawił szereg postulatów skierowanych do rządu. Przyglądając się pod koniec roku debacie publicznej, w mediach tradycyjnych oraz społecznościowych, można było odnieść wrażenie, że z czasem społeczne poparcie dla protestów zaczęło maleć – miedzy innymi ze względu na incydenty zdarzające się podczas demonstracji oraz formę postulatów, która mogła być dla niektórych rażąca.
Gdy jednak gdy zapytano Polaków, jaka jest ich opinia o protestach biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, to 68 proc. osób uznało je za słuszne – czyli ponad dwie trzecie społeczeństwa. Co warte podkreślenia, mężczyźni i kobiety popierają protesty w równym stopniu.
Największym poparciem cieszą się postulaty dotyczące poprawy publicznej ochrony zdrowia (89 proc. wskazań), wsparcia osób z niepełnosprawnościami (86 proc.) oraz zapewnienia ogólnie rozumianych praw kobiet (86 proc.). Spośród postulatów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet niemal wszystkie popierane są przez ponad połowę Polaków, łącznie z hasłem o rozdziale Państwa od Kościoła (70 proc.).
Warto tutaj zauważyć, że dwa postulaty uzyskały wyraźnie niższe wyniki – jest to zapewnienie praw osób LGBT (44 proc. poparcia) oraz aborcja na żądanie, którą popiera 47 proc. Polaków. W bezpośrednim pytaniu dotyczącym aborcji największa grupa jest przy utrzymaniu tzw. kompromisu aborcyjnego, który obowiązywał w Polsce przez ponad dwie dekady. Tylko 36 proc. Polaków uważa, że aborcja powinna być dostępna bez ograniczeń albo do określonego miesiąca ciąży, 43 proc. respondentów opowiada się za dotychczasowym rozwiązaniem, a jedynie 15 proc. chciałoby zaostrzenia prawa aborcyjnego – wykazuje badanie Inquiry zrealizowane między 20 a 29 listopada 2020 r.
Polacy chętnie więc popierają protesty organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet, pomimo że w mniejszym stopniu popierają istotę tych protestów, a więc walkę o nieograniczone prawo do aborcji. Kompromis aborcyjny zdążył się w Polsce przyjąć, a wyrok Trybunału Konstytucyjnego naruszył tę równowagę. Rośnie też frustracja społeczna, która przekłada się na coraz niższy poziom poparcia dla partii rządzącej. – Wynik naszego badania pozwala przypuszczać, że w oczach dużej części społeczeństwa protesty, które przetoczyły się przez kraj, miały przede wszystkim charakter antyrządowy. Sprzeciw wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego to tylko jeden z aspektów obecnej sytuacji, wcale nie najważniejszy – komentuje Agnieszka Górnicka, prezes Inquiry.
Na scenie politycznej brakuje jednak alternatywy – wprawdzie nieco ponad połowa badanych wskazała inne partie niż PiS, ale żadna z nich nie ma przeważającej siły. Aż jedna trzecia nie zamierza głosować wcale lub nie wie, na jaką partię miałaby oddać głos.

Bezprawie w czasach zarazy

Epidemia stała się w Polsce pretekstem do nadużywania władzy oraz kolejnych ataków na praworządność i swobody obywateli.
Pandemia COVID-19 doprowadziła na całym świecie do poważnego kryzysu zdrowotnego. Wirus okazał się wyzwaniem również z perspektywy praworządności i demokratycznych instytucji. Z jednej strony, została ona wykorzystana przez lokalnych przywódców o autorytarnych skłonnościach, do konsolidacji swojej władzy i usprawiedliwienia naruszeń praw człowieka. Z drugiej strony, pandemia jest testem trwałości demokracji i pojawiają się nadzieje na „demokratyczne odrodzenie”.
Nadużycia władzy widoczne były również w Polsce, gdzie od pięciu lat instytucje gwarantujące rządy prawa i wolności jednostki są atakowane – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju w raporcie na temat kryzysu praworządności w Polsce w okresie pandemii COVID-19.
FOR wskazuje, że po przejęciu Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądownictwa, Prawu i Sprawiedliwości udało się dodać Sąd Najwyższy do listy instytucji kontrolowanych przez nominatów PiS.
Pandemia była również związana z gwałtownym przyrostem produkcji nowego prawa, co w połączeniu z osłabieniem przejrzystości procesu legislacyjnego, przyczyniło się do pogłębienia prawnego chaosu. W tym samym czasie upolityczniony Trybunał Konstytucyjny został wykorzystany do przepychania politycznej agendy rządzących i osłabiania ograniczeń władzy rządu.
Podczas gdy nadzwyczajne okoliczności wymagają środków przewidzianych dla stanów nadzwyczajnych, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wykorzystał tych zapisanych w Konstytucji narzędzi. W ich miejsce wprowadzano obostrzenia pozbawione prawidłowej podstawy prawnej – stwierdza FOR. Wiele z nich, z epidemiologicznego punktu widzenia, było uzasadnionych, to brak umocowania w prawie doprowadził do problemów z ich egzekwowaniem, o czym świadczą kolejne wyroki uniewinniające za przypadki braku przestrzegania obostrzeń.
Główną przyczyną pominięcia konstytucyjnych regulacji były bez wątpienia wybory prezydenckie. Zgodnie z Konstytucją wybory nie mogą odbyć się w trakcie stanu nadzwyczajnego i 90 dni po jego zniesieniu. Ostatecznie wybory odbyły się w lipcu 2020 roku, po nieodbyciu się w pierwotnym terminie, a cały okres przedwyborczy był pełen kontrowersji z powodu nielegalnych zmian w prawie wyborczym i prób przepchnięcia głosowania całkowicie korespondencyjnego.
Jak ocenia FOR, druga kadencja Andrzeja Dudy jest zwiastunem kolejnych ataków na rządy prawa i wolność jednostek, jakie obserwujemy od końca 2015 roku.

Nasze poczucie bezpieczeństwa

Bilans ostatnich lat: coraz więcej Polaków trafia do aresztów, ubywa zabójstw, przybywa przestępstw seksualnych wobec małoletnich, zaś efektywność rządzenia wyraźnie spada.

Gallup, agencja, która nie wymaga chyba prezentacji, opublikowała parę dni temu Globalny Indeks Prawo i Porządek 2020 (Global Law and Order Index), w którym Polska zajęła dopiero 40. miejsce. To jednak lepiej o dziewięć miejsc niż w 2016 roku.
Indeks jest po raz kolejny opracowany i opublikowany przez Gallupa dla 144 państw, czyli więcej o 10 niż 2016 r. Badania zostały przeprowadzone na próbach o łącznej liczbie 175 tysięcy osób, co oznacza, że w każdym kraju próba liczyła po około 1000 osób w wieku powyżej 15 lat. Współczynnik ufności badań (pokazujący ich prawdopodobną wiarygodność) wynosi 95 proc.
Raport nawiązuje bezpośrednio do Celów Zrównoważonego Rozwoju Agenda ONZ 2030, wśród których znajduje się Cel nr 16: pokój, sprawiedliwość dla wszystkich oraz efektywne i dostępne instytucje na wszystkich poziomach.
Indeks i sam raport Gallupa dają swoją odpowiedź na generalne pytanie: czy świat jest bezpieczniejszy? Chodzi tu o poczucie bezpieczeństwa osobistego i osobiste doświadczenia związane z przestępczością i egzekwowaniem prawa. W szczególności zaś ważne są odpowiedzi na następujące pytania:

  1. Czy w mieście lub okolicy, w której mieszkasz masz zaufanie do lokalnej policji?
  2. Czy czujesz się bezpiecznie, spacerując samotnie w nocy po mieście lub w okolicy w której mieszkasz?
  3. Czy w ciągu ostatnich 12 miesięcy skradziono pieniądze lub majątek tobie lub innemu domownikowi?
  4. Czy w ciągu ostatnich 12 miesięcy zostałeś napadnięty?
    Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składają się wskaźniki cząstkowe Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników, przy czym wagi, które są im przypisane zostały opracowane przez wybitnych ekspertów z danych specjalistycznych dziedzin.
    Globalny Indeks Prawo i Porządek 2020 oraz pełny raport można znaleźć na stronie www.gallup.com. Opis metodologii badań i dane szczegółowe dostępne na stronie Gallup’s Country Dataset details.
    Indeks końcowy to jedna syntetyczna liczba i przy jej pomocy można budować rankingi krajów. Skala wartości indeksu kształtuje się w granicach od 0 do 100.
    W 2016 r. w Globalnym Indeksie Prawo i Porządek zajmowaliśmy 49. miejsce a w 2020 roku awansowaliśmy na 40 miejsce. Bezpośrednio przed nami są Nowa Zelandia i Filipiny. Po nas Serbia i Estonia.
    Czołówka rankingu to, jak pokazano w tabeli: Singapur (od wielu lat), Turkmenistan, Chiny (w poprzednim indeksie nie były badane), Islandia i Kuwejt (także nie był wcześniej badany). Spośród krajów europejskich w pierwszej dziesiątce są jeszcze Szwajcaria, Austria, Finlandia i Norwegia.
    Wartość Indeksu dla lidera Indeksu Singapuru wynosi 97 proc. a dla Polski: 84 proc. I taki jest obecnie nasz dystans do najlepszego. Miejsce w rankingu zajmujemy dość odległe ale różnica w wartości indeksu nie jest już tak duża.
    Nowe kraje Unii Europejskiej zajmują następujące miejsca: przed nami lokuje się tylko Słowenia (16). Za nami są: Serbia (41), Węgry (43), Chorwacja (62), Słowacja (64), Łotwa (72), Litwa (73), Bułgaria (78) i Rumunia (81).
    Czechy, które w Indeksie 2016 zajmowały 27 miejsce, tym razem z jakichś powodów w Indeksie 2020 nie występują. Niemcy są na 26 pozycji a Francja na 31.
    Jak to wygląda u sąsiadów spoza UE?: Białoruś – 77 miejsce, Rosja – 92, a Ukraina – 112.
    Godne odnotowania jest bardzo wysoka trzecia pozycja Chin. Stany Zjednoczone zajmują natomiast 36. miejsce.
    Końcowe pozycje w rankingu zajmują: RPA, Liberia, Wenezuela, Gabon i ostatni Afganistan z 144 miejscem i wartością Indeksu na poziomie 43.
    Jeśli chodzi o zróżnicowanie w skali regionów, to przodują kraje Azji Wschodniej i one też wykazały największy postęp – od 87 proc. w 2017 r. do 92 proc. w 2020 r. Wysoko notowane są także kraje Europy Zachodniej lecz już bez postępu w tych latach. Postęp wykazały też kraje Ameryki Łacińskiej i Karaibów (choć są na ostatnim miejscu w klasyfikacji regionów): z 62 proc. w 2017 r. do 66 proc. w 2020 r. Przoduje tu Salwador – 79 proc., postęp o 6 punktów procentowych.
    Główny Urząd Statystyczny na specjalnej stronie SDG publikuje mnóstwo wskaźników obrazujących stan realizacji w Polsce poszczególnych Celów Zrównoważonego Rozwoju, w tym także oczywiście Celu nr 16, o którym tu mowa (link: sdg.gov.pl/peace-and-justice-strong-institutions/. 10 wskaźników jest już publikowanych a kolejne 13 czekają na ostateczne ich zdefiniowanie i następnie na publikację. Zachęcam do okresowego odwiedzania tej strony.
    Oto niektóre z wskaźników podanych przez GUS. Współczynnik zgonów w wyniku zabójstw na 100 tys. ludności: w 2010 r. – 0,92 a 2018 r. – 0,53. Poczucie bezpieczeństwa w miejscu zamieszkania w procentach: w 2015 r. – 90,6 a w 2019 r. – 92,3 proc. Liczba stwierdzonych przestępstw przeciwko wolności seksualnej popełnionych wobec osób małoletnich: w 2016 r. – 1.426, a w 2019 r. – 1.603. Udział osób tymczasowo aresztowanych w ogólnej liczbie przebywających w zakładach karnych i aresztach śledczych: w 2015 r. – 5,9 proc., a w 2018 r. – 10,2 proc. Wskaźnik efektywności rządzenia (na który składa się bezstronność i jakość świadczenia usług publicznych oraz niski poziom korupcji): w 2014 r. – 0,83 pkt. a w 2018 r. – tylko 0,66 pkt.

    Globalny Indeks Prawa i Porządku 2020
  5. Singapur 97
  6. Turkmenistan 97
  7. Chiny 94
  8. Islandia 93
  9. Kuwejt 93 38. Nowa Zelandia 84 39. Filipiny 84 40. Polska 84 41. Serbia 84 42.Estonia 83

O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

Krokodyle łzy

Chociaż w ogólnej konkluzji, autor klasycznej publicystycznej książki „Rzecz o psychice narodu polskiego” Aleksander Bocheński nie potwierdził jednoznacznie, że istnieje coś takiego jak psychika narodowa, ale nie trzeba być szczególnie wnikliwym obserwatorem by zauważyć, że w życiu narodów można zauważyć tendencje do pewnego typu zachowań, postaw, utrwalone nawyki w życiu społecznym, obyczajowym, rodzinnym, indywidualnym.

Ilekroć jestem we Francji, a jest to kraj który znam relatywnie najlepiej pośród innych w Europie, widzę i czuję, że w ich sposobie życia, w aspekcie ogólnym i szczególnym, jest coś głęboko odrębnego od modusu życia Polaków.
Dotyczy to zarówno przejawów dostępnych bezpośredniej obserwacji, jak i tych, które są bardziej ukryte i które czuje się bardziej „przez skórę”, aniżeli naocznie. Wydarzenia sierpnia 1980 roku, a następnie transformacja ustrojowa po Okrągłym Stole samoutwierdziły Polaków – generalnie rzecz ujmując, choć tak szeroki kwantyfikator zawsze należy traktować umownie i z dystansem – w przekonaniu, że są nie tylko wspaniałym narodem, konsekwentnie podążającym do niepodległości i wolności, kosztem doznawanych krzywd i cierpień, ale że potrafią osiągnąć swój cel w sposób pokojowy, bez rozlewu krwi.
Przez dziesięciolecia po przełomie ustrojowym pedagogia społeczna nakierowana była na utwierdzanie Polaków w tej samoidealizującej wizji, której wsparciu służyła także skrajnie wyidealizowana wizja historii Polski od jej zarania. Pisowska prawica widziała i widzi ten okres inaczej, jako czas tzw. „pedagogiki wstydu”, ale jeśli taka nawet istniała, to ograniczona była do tematu win Polaków w stosunku do Żydów, a nadto stanowiła sferę niszową i tonęła w lawinie idealizacji, samozadowolenia i samodurstwa narodowego. Co nie znaczy, że PiS-owi nie udało się wmówić tej narracji wielu Polakom, tym bardziej że miał i ma w tym silnego sojusznika w Kościele katolickim.
Do tego doszła, uprawiana przez środowiska neoliberalne, idealizacja sukcesu ekonomicznego będącego efektem reform balcerowiczowskich, ale to temat na odrębne rozważania. Tym razem skoncentruję się na wymiarze świadomościowym, ideowo-światopoglądowym, czyli nie na „bazie”, lecz „ na nadbudowie”.
Ktoś napisał kiedyś, gdzieś, nie pamiętam źródła, w którym znalazłem te słowa, że Polacy to najbardziej reakcyjny naród na świecie.
Owszem, mają w sobie, gen niepodległości narodowej i państwowej, ale już sposób w jaki tę niepodległość zwykli zagospodarowywać, daleki jest zazwyczaj od ideałów wolnościowych w wymiarze wolności jednostki, oparty na zakamieniałym tradycjonalizmie i przywiązaniu do religii, daleki od szanowania odmienności wewnątrz własnego narodu, tak naprawdę nie lubiący innych. Często daleki jest też od zwykłego racjonalizmu, tak cenionego przez pooświeceniową Europę. Nieprzypadkowo oświeceniowa elita zachodnioeuropejska (w tym spadkobiercy Woltera, przywódcy Wielkiej Rewolucji Francuskiej) bez nadmiaru grozy patrzyła u schyłku osiemnastego wieku na rozbiory Polski, bo widziała w szlachcie i magnaterii polskiej gwaranta najbardziej wstecznego i okrutnego, nawet w skali ówczesnych norm, ustrojowego systemu społecznego wyzysku.
Wymowna jest w tym względzie scena z filmu „Popioły” Andrzeja Wajdy, w której urzędnik austriackiej, zaborczej administracji pojawia się w roli obrońcy maltretowanego chłopa, traktowanego przez pełnego pychy i okrucieństwa szlachciurę jak własność. Szlachecka wolność służyła klasowemu egoizmowi.
To, o czym chcę wspomnieć na koniec, nazwę syndromem Zolla, choć można by to zjawisko opatrzyć, wariantowo, różnymi określeniami.
Chodzi wszak nie tylko o profesora Andrzeja Zolla. Obóz PiS, rozumiany w szerokim sensie, wraz z sojusznikami, ziobrystami i gowinistami, ma dar pchania ku centrum czy w lewo (taki żarcik) osoby o poglądach i światopoglądzie, który jest totalnie sprzeczny z moją (i nie tylko moją) lewicowością. Zoll był (i pozostaje) moim bardzo negatywnym bohaterem jako prezes Trybunału Konstytucyjnego, który w 1997 roku storpedował, powodowany konserwatywnymi przesłankami, liberalizację ustawy antyaborcyjnej dokonaną przez SLD i prezydenta Kwaśniewskiego.
W 2014 roku Zoll krytykował antyprzemocową konwencję stambulską. Ostatnio zadeklarował zmianę zdania. Mechanizm, o którym piszę polega na tym, że każdy, kto wyraża się lub postępuje nie po myśli PiS, staje się jego wrogiem, choćby miał wyraziste prawicowe poglądy a nawet był konserwatystą, krańcowym reakcjonistą i klerykałem. Jednak to niestety tacy ludzie, których logika zdarzeń po 2015 roku przesunęła na wolnościową, demokratyczną stronę barykady, kiedyś, swoimi poglądami i zachowaniami, jak wspomniany Zoll, wykarmili bestię, aż urosła tak, że i z nich zrobiła sobie wroga.
Bez trudu można dziś stworzyć bogaty katalog polityków, uczonych, dziennikarzy, którzy latami krzewili pochwałę poglądów prawicowych, lewicę odsądzali od czci i wiary, a dziś lamentują wniebogłosy, że reżym PiS niszczy demokrację i dławi wolność.
Kiedyś demonstracyjnie, z pogardą, atakowali i deprecjonowali lewicowe i wolnościowe nurty, a dziś leją krokodyle łzy. W tym licznym szeregu są już chyba dziesiątki postaci, dziś idoli liberalnych mediów – Adam Strzembosz, Andrzej Rzepliński, Stefan Niesiołowski, Radosław Sikorski, Paweł Zalewski, tacy dziennikarze jak Tomasz Wołek czy Bogusław Chrabota, ale także n.p., na swoją modłę, część środowiska „Gazety Wyborczej” – tę listę długo by można kontynuować.
Całe zastępy ludzi uczestniczących w życiu publicznym, którzy dziś krytykują PiS, sprzyjało przez lata szeroko rozumianej prawicowości i konserwatyzmowi.
Dziś wyrażają niepokój o to, co PiS ze swoimi akolitami robi z państwem, wymiarem sprawiedliwości, policją, edukacją, etc. Jeszcze kilka lat temu uważałem ich za obcą mi prawicę, klerykałów, nacjonalistów, czy heroldów krańcowo egoistycznego neoliberalizmu ekonomicznego, a dziś muszę znieść ich obecność w szerokim polu obozu wolnościowego, tam gdzie siłą procesów politycznych znalazła się także lewica. Sięgnijmy jednak do praprzyczyn tego zjawiska.
Po demontażu PRL, od roku 1990 zaczęła się pierwsza ideologiczna ofensywa prawicy klerykalno-nacjonalistycznej. Jej pierwszymi sukcesami było wprowadzenie religii do szkół, obowiązku respektowania „wartości chrześcijańskich” do ustawy o radiofonii i telewizji, a sankcji za „obrazę uczuć religijnych” do kodeksu karnego, ustawowe uprzywilejowanie instytucji Kościoła katolickiego.
To tylko niektóre z licznych sukcesów tego nurtu, któremu wtedy nie przewodził jeszcze PiS, lecz niesławnej pamięci ZChN. Tych sukcesów jednak by nie było, gdyby nie bierna, uległa postawa umiarkowanej inteligencji liberalno-demokratycznej, która sprawowała rządy do końca 1990 roku.
To środowisko polityczne, na czele z ich liderem, Tadeuszem Mazowieckim, a także całe otaczające ich, nieprzebrane zastępy akolitów ze środowisk dziennikarskich, naukowych, artystycznych, etc. pozostawiły radykalnej prawicy klerykalno-nacjonalistycznej nieskrępowane możliwości działania. To oni przyglądali biernie się jaju węża, a jak zadżumioną, nieomalże z obrzydzeniem, traktowali lewicę z SLD na czele i jej media (w tym „Trybunę” czy „Nie” ), a także wszelakie poglądy, odrobinę choćby progresywne.
Tym samym pozwolili rozwinąć się lokatorowi wężowego jaja. Dziś, uświadomiwszy sobie, że pozwolili wykluć się zagrażającemu ich interesom i wpływom wężowi klerykalno-nacjonalistycznego, autorytarnego populizmu, leją krokodyle łzy.
Nie zapomnijmy jednak, że PiS przyszło na gotowe i z całym dobrodziejstwem inwentarza przejęło owoce wieloletnich działań z jednej strony, a zaniechań z drugiej, elit liberalno-demokratycznych.
W rezultacie, mamy dziś w Polsce, wykarmione tymi owocami, najbardziej reakcyjne rządy w jej najnowszej historii. Przyszłość pokaże, czy Polacy potwierdzą opinię, że są najbardziej reakcyjnym narodem na świecie.

Gdy zwierzęta przeszkadzają ludziom

Wprowadzone w 2018 r przez PiS zmiany w prawie łowieckim nie wpłynęły na prawidłowość szacowania szkód oraz terminowe wypłacanie odszkodowań.

W ostatnich latach narasta problem szkód łowieckich. Odszkodowania, wypłacane rolnikom przez koła łowieckie są bowiem coraz większe. W roku gospodarczym 2017/2018 kwota wypłaconych odszkodowań wyniosła 90 850,3 tys. zł – o ponad 13,5 mln zł (18 proc. ) więcej niż w roku 2016/2017 oraz o prawie 17,5 mln (24 proc.) więcej w porównaniu z rokiem 2015/2016.
Wzrost tych sum możnaby uznać za zjawisko pozytywne, świadczące o odradzaniu się dzikiej przyrody w naszym kraju. Rzecz jednak w tym, że odszkodowania nierzadko są wypłacane nierzetelnie, po uważaniu, co ma miejsce zresztą po obu stronach. Zdarzają się więc odszkodowania zbyt wysokie, ale także i zaniżone.
Szkody łowieckie to – nie całkiem zgodnie z nazwą – nie tylko szkody wyrządzane przez myśliwych podczas polowań. To przede wszystkim straty gospodarcze powodowane przez dziko żyjącą zwierzynę: zniszczenia w uprawach, płodach rolnych czy hodowli.
Zgodnie z prawem odszkodowania za szkody łowieckie wypłaca Polski Związek Łowiecki (na terenie obwodów łowieckich) oraz Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe (poza tymi obwodami).
W roku 2018 za sprawą Prawa i Sprawiedliwości w ustawie prawo łowieckie wprowadzono zmiany, które miały zapewnić rzetelne i terminowe wypłacanie odszkodowań. W skład zespołów szacujących szkody zostali włączeni przedstawiciele gmin, możliwe stało się składanie odwołań do nadleśniczych. Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła działanie nowego systemu, badając okres pomiędzy 1 kwietnia 2017 r., a 31 sierpnia 2019 r. Okazało się, ze działa kiepsko.
„Wprowadzone zmiany w ustawie Prawo łowieckie niewiele zmieniły w kwestii szacowania szkód oraz terminowego wypłacania odszkodowań” – stwierdziła NIK w raporcie pokontrolnym.
Wyniki kontroli wskazują, że w kołach łowieckich, zamiast porządnego szacowania szkód, wysokość odszkodowań najczęściej ustalano w drodze porozumienia z rolnikami – czyli poza procedurami wskazanymi w prawie łowieckim. „Zawierając ugody, całkowicie lub częściowo pomijano procedurę szacowania szkód określoną w ustawie i przepisach wykonawczych” – podkreśla NIK.
Oznacza to, że nie zbierano danych dotyczących m. in.: powierzchni uszkodzonej, procentu zniszczenia uprawy, plonu z 1 ha. „Brak tych danych uniemożliwiał zweryfikowanie uzgodnionej kwoty do wysokości odszkodowania, która przysługiwałaby w przypadku zastosowania przepisów” – wskazuje Izba.
NIK zwraca też uwagę, że pomijanie przy szacowaniu szkody procedury określonej w Prawie łowieckim, oznacza niemożliwość weryfikacji, czy wysokość odszkodowania została ustalona rzetelnie i odpowiada poniesionym stratom.
W rezultacie, nadal może dochodzić do nieprawidłowości i nadużyć. Ponadto, odszkodowania wypłacane są nieterminowo, z opóźnieniami nawet ponad sześciomiesięcznymi. Być może liczba nieprawidłowości zmniejszy się dzięki temu, że wprowadzono możliwość składania odwołań od oględzin lub oszacowania szkód do nadleśniczych.
NIK skierowała do Ministra Środowiska wniosek o wprowadzenie do prawa łowieckiego sposobów ustalania i dokumentowania wysokości odszkodowania wypłacanego w wyniku ugody. Wydaje się jednak, że obecna sytuacja, gdy panuje tu dowolność i brak reguł, moze odpowiadać wielu zainteresowanym.
Przy okazji warto zauważyć, że odszkodowania przysługują za szkody wyrządzane nie przez wszystkie dzikie zwierzęta. Dotkliwe bywają niekiedy szkody powodowane przez zające (niszczące rośliny uprawne), lisy (drób), żurawie i wydry (ryby), a nawet nietoperze (budynki mieszkalne). W przypadku tych gatunków zwierząt (i wielu innych) odszkodowania nie przysługują. Jak wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich, powoduje to skargi rolników.
„Podczas spotkań regionalnych Rzecznika Praw Obywatelskich obywatele skarżyli się, że szkody wyrządzane przez zwierzęta podlegające ochronie są poważnym problemem społecznym” – stwierdza RPO.
Minister środowiska wydał 16 grudnia 2016 r. rozporządzenie określające dziko żyjące zwierzęta objęte ochroną. Objęło ono 592 gatunki zwierząt. „Prawo nie przewiduje możliwości odszkodowania za szkody wyrządzone przez te zwierzęta” – wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich.
Dlatego Rzecznik zwrócił się do ministra środowiska o „rozważenie działań” w celu wydania przez Radę Ministrów nowego rozporządzenia o gatunkach zwierząt chronionych wyrządzających szkody, za które odpowiadałby Skarb Państwa. Ze względu na fatalną sytuację budżetu państwa, trudno jednak oczekiwać, aby zostały podjęte jakiekolwiek działania, mogące rozszerzać odpowiedzialność Skarbu Państwa za te szkody.