O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

Krokodyle łzy

Chociaż w ogólnej konkluzji, autor klasycznej publicystycznej książki „Rzecz o psychice narodu polskiego” Aleksander Bocheński nie potwierdził jednoznacznie, że istnieje coś takiego jak psychika narodowa, ale nie trzeba być szczególnie wnikliwym obserwatorem by zauważyć, że w życiu narodów można zauważyć tendencje do pewnego typu zachowań, postaw, utrwalone nawyki w życiu społecznym, obyczajowym, rodzinnym, indywidualnym.

Ilekroć jestem we Francji, a jest to kraj który znam relatywnie najlepiej pośród innych w Europie, widzę i czuję, że w ich sposobie życia, w aspekcie ogólnym i szczególnym, jest coś głęboko odrębnego od modusu życia Polaków.
Dotyczy to zarówno przejawów dostępnych bezpośredniej obserwacji, jak i tych, które są bardziej ukryte i które czuje się bardziej „przez skórę”, aniżeli naocznie. Wydarzenia sierpnia 1980 roku, a następnie transformacja ustrojowa po Okrągłym Stole samoutwierdziły Polaków – generalnie rzecz ujmując, choć tak szeroki kwantyfikator zawsze należy traktować umownie i z dystansem – w przekonaniu, że są nie tylko wspaniałym narodem, konsekwentnie podążającym do niepodległości i wolności, kosztem doznawanych krzywd i cierpień, ale że potrafią osiągnąć swój cel w sposób pokojowy, bez rozlewu krwi.
Przez dziesięciolecia po przełomie ustrojowym pedagogia społeczna nakierowana była na utwierdzanie Polaków w tej samoidealizującej wizji, której wsparciu służyła także skrajnie wyidealizowana wizja historii Polski od jej zarania. Pisowska prawica widziała i widzi ten okres inaczej, jako czas tzw. „pedagogiki wstydu”, ale jeśli taka nawet istniała, to ograniczona była do tematu win Polaków w stosunku do Żydów, a nadto stanowiła sferę niszową i tonęła w lawinie idealizacji, samozadowolenia i samodurstwa narodowego. Co nie znaczy, że PiS-owi nie udało się wmówić tej narracji wielu Polakom, tym bardziej że miał i ma w tym silnego sojusznika w Kościele katolickim.
Do tego doszła, uprawiana przez środowiska neoliberalne, idealizacja sukcesu ekonomicznego będącego efektem reform balcerowiczowskich, ale to temat na odrębne rozważania. Tym razem skoncentruję się na wymiarze świadomościowym, ideowo-światopoglądowym, czyli nie na „bazie”, lecz „ na nadbudowie”.
Ktoś napisał kiedyś, gdzieś, nie pamiętam źródła, w którym znalazłem te słowa, że Polacy to najbardziej reakcyjny naród na świecie.
Owszem, mają w sobie, gen niepodległości narodowej i państwowej, ale już sposób w jaki tę niepodległość zwykli zagospodarowywać, daleki jest zazwyczaj od ideałów wolnościowych w wymiarze wolności jednostki, oparty na zakamieniałym tradycjonalizmie i przywiązaniu do religii, daleki od szanowania odmienności wewnątrz własnego narodu, tak naprawdę nie lubiący innych. Często daleki jest też od zwykłego racjonalizmu, tak cenionego przez pooświeceniową Europę. Nieprzypadkowo oświeceniowa elita zachodnioeuropejska (w tym spadkobiercy Woltera, przywódcy Wielkiej Rewolucji Francuskiej) bez nadmiaru grozy patrzyła u schyłku osiemnastego wieku na rozbiory Polski, bo widziała w szlachcie i magnaterii polskiej gwaranta najbardziej wstecznego i okrutnego, nawet w skali ówczesnych norm, ustrojowego systemu społecznego wyzysku.
Wymowna jest w tym względzie scena z filmu „Popioły” Andrzeja Wajdy, w której urzędnik austriackiej, zaborczej administracji pojawia się w roli obrońcy maltretowanego chłopa, traktowanego przez pełnego pychy i okrucieństwa szlachciurę jak własność. Szlachecka wolność służyła klasowemu egoizmowi.
To, o czym chcę wspomnieć na koniec, nazwę syndromem Zolla, choć można by to zjawisko opatrzyć, wariantowo, różnymi określeniami.
Chodzi wszak nie tylko o profesora Andrzeja Zolla. Obóz PiS, rozumiany w szerokim sensie, wraz z sojusznikami, ziobrystami i gowinistami, ma dar pchania ku centrum czy w lewo (taki żarcik) osoby o poglądach i światopoglądzie, który jest totalnie sprzeczny z moją (i nie tylko moją) lewicowością. Zoll był (i pozostaje) moim bardzo negatywnym bohaterem jako prezes Trybunału Konstytucyjnego, który w 1997 roku storpedował, powodowany konserwatywnymi przesłankami, liberalizację ustawy antyaborcyjnej dokonaną przez SLD i prezydenta Kwaśniewskiego.
W 2014 roku Zoll krytykował antyprzemocową konwencję stambulską. Ostatnio zadeklarował zmianę zdania. Mechanizm, o którym piszę polega na tym, że każdy, kto wyraża się lub postępuje nie po myśli PiS, staje się jego wrogiem, choćby miał wyraziste prawicowe poglądy a nawet był konserwatystą, krańcowym reakcjonistą i klerykałem. Jednak to niestety tacy ludzie, których logika zdarzeń po 2015 roku przesunęła na wolnościową, demokratyczną stronę barykady, kiedyś, swoimi poglądami i zachowaniami, jak wspomniany Zoll, wykarmili bestię, aż urosła tak, że i z nich zrobiła sobie wroga.
Bez trudu można dziś stworzyć bogaty katalog polityków, uczonych, dziennikarzy, którzy latami krzewili pochwałę poglądów prawicowych, lewicę odsądzali od czci i wiary, a dziś lamentują wniebogłosy, że reżym PiS niszczy demokrację i dławi wolność.
Kiedyś demonstracyjnie, z pogardą, atakowali i deprecjonowali lewicowe i wolnościowe nurty, a dziś leją krokodyle łzy. W tym licznym szeregu są już chyba dziesiątki postaci, dziś idoli liberalnych mediów – Adam Strzembosz, Andrzej Rzepliński, Stefan Niesiołowski, Radosław Sikorski, Paweł Zalewski, tacy dziennikarze jak Tomasz Wołek czy Bogusław Chrabota, ale także n.p., na swoją modłę, część środowiska „Gazety Wyborczej” – tę listę długo by można kontynuować.
Całe zastępy ludzi uczestniczących w życiu publicznym, którzy dziś krytykują PiS, sprzyjało przez lata szeroko rozumianej prawicowości i konserwatyzmowi.
Dziś wyrażają niepokój o to, co PiS ze swoimi akolitami robi z państwem, wymiarem sprawiedliwości, policją, edukacją, etc. Jeszcze kilka lat temu uważałem ich za obcą mi prawicę, klerykałów, nacjonalistów, czy heroldów krańcowo egoistycznego neoliberalizmu ekonomicznego, a dziś muszę znieść ich obecność w szerokim polu obozu wolnościowego, tam gdzie siłą procesów politycznych znalazła się także lewica. Sięgnijmy jednak do praprzyczyn tego zjawiska.
Po demontażu PRL, od roku 1990 zaczęła się pierwsza ideologiczna ofensywa prawicy klerykalno-nacjonalistycznej. Jej pierwszymi sukcesami było wprowadzenie religii do szkół, obowiązku respektowania „wartości chrześcijańskich” do ustawy o radiofonii i telewizji, a sankcji za „obrazę uczuć religijnych” do kodeksu karnego, ustawowe uprzywilejowanie instytucji Kościoła katolickiego.
To tylko niektóre z licznych sukcesów tego nurtu, któremu wtedy nie przewodził jeszcze PiS, lecz niesławnej pamięci ZChN. Tych sukcesów jednak by nie było, gdyby nie bierna, uległa postawa umiarkowanej inteligencji liberalno-demokratycznej, która sprawowała rządy do końca 1990 roku.
To środowisko polityczne, na czele z ich liderem, Tadeuszem Mazowieckim, a także całe otaczające ich, nieprzebrane zastępy akolitów ze środowisk dziennikarskich, naukowych, artystycznych, etc. pozostawiły radykalnej prawicy klerykalno-nacjonalistycznej nieskrępowane możliwości działania. To oni przyglądali biernie się jaju węża, a jak zadżumioną, nieomalże z obrzydzeniem, traktowali lewicę z SLD na czele i jej media (w tym „Trybunę” czy „Nie” ), a także wszelakie poglądy, odrobinę choćby progresywne.
Tym samym pozwolili rozwinąć się lokatorowi wężowego jaja. Dziś, uświadomiwszy sobie, że pozwolili wykluć się zagrażającemu ich interesom i wpływom wężowi klerykalno-nacjonalistycznego, autorytarnego populizmu, leją krokodyle łzy.
Nie zapomnijmy jednak, że PiS przyszło na gotowe i z całym dobrodziejstwem inwentarza przejęło owoce wieloletnich działań z jednej strony, a zaniechań z drugiej, elit liberalno-demokratycznych.
W rezultacie, mamy dziś w Polsce, wykarmione tymi owocami, najbardziej reakcyjne rządy w jej najnowszej historii. Przyszłość pokaże, czy Polacy potwierdzą opinię, że są najbardziej reakcyjnym narodem na świecie.

Gdy zwierzęta przeszkadzają ludziom

Wprowadzone w 2018 r przez PiS zmiany w prawie łowieckim nie wpłynęły na prawidłowość szacowania szkód oraz terminowe wypłacanie odszkodowań.

W ostatnich latach narasta problem szkód łowieckich. Odszkodowania, wypłacane rolnikom przez koła łowieckie są bowiem coraz większe. W roku gospodarczym 2017/2018 kwota wypłaconych odszkodowań wyniosła 90 850,3 tys. zł – o ponad 13,5 mln zł (18 proc. ) więcej niż w roku 2016/2017 oraz o prawie 17,5 mln (24 proc.) więcej w porównaniu z rokiem 2015/2016.
Wzrost tych sum możnaby uznać za zjawisko pozytywne, świadczące o odradzaniu się dzikiej przyrody w naszym kraju. Rzecz jednak w tym, że odszkodowania nierzadko są wypłacane nierzetelnie, po uważaniu, co ma miejsce zresztą po obu stronach. Zdarzają się więc odszkodowania zbyt wysokie, ale także i zaniżone.
Szkody łowieckie to – nie całkiem zgodnie z nazwą – nie tylko szkody wyrządzane przez myśliwych podczas polowań. To przede wszystkim straty gospodarcze powodowane przez dziko żyjącą zwierzynę: zniszczenia w uprawach, płodach rolnych czy hodowli.
Zgodnie z prawem odszkodowania za szkody łowieckie wypłaca Polski Związek Łowiecki (na terenie obwodów łowieckich) oraz Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe (poza tymi obwodami).
W roku 2018 za sprawą Prawa i Sprawiedliwości w ustawie prawo łowieckie wprowadzono zmiany, które miały zapewnić rzetelne i terminowe wypłacanie odszkodowań. W skład zespołów szacujących szkody zostali włączeni przedstawiciele gmin, możliwe stało się składanie odwołań do nadleśniczych. Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła działanie nowego systemu, badając okres pomiędzy 1 kwietnia 2017 r., a 31 sierpnia 2019 r. Okazało się, ze działa kiepsko.
„Wprowadzone zmiany w ustawie Prawo łowieckie niewiele zmieniły w kwestii szacowania szkód oraz terminowego wypłacania odszkodowań” – stwierdziła NIK w raporcie pokontrolnym.
Wyniki kontroli wskazują, że w kołach łowieckich, zamiast porządnego szacowania szkód, wysokość odszkodowań najczęściej ustalano w drodze porozumienia z rolnikami – czyli poza procedurami wskazanymi w prawie łowieckim. „Zawierając ugody, całkowicie lub częściowo pomijano procedurę szacowania szkód określoną w ustawie i przepisach wykonawczych” – podkreśla NIK.
Oznacza to, że nie zbierano danych dotyczących m. in.: powierzchni uszkodzonej, procentu zniszczenia uprawy, plonu z 1 ha. „Brak tych danych uniemożliwiał zweryfikowanie uzgodnionej kwoty do wysokości odszkodowania, która przysługiwałaby w przypadku zastosowania przepisów” – wskazuje Izba.
NIK zwraca też uwagę, że pomijanie przy szacowaniu szkody procedury określonej w Prawie łowieckim, oznacza niemożliwość weryfikacji, czy wysokość odszkodowania została ustalona rzetelnie i odpowiada poniesionym stratom.
W rezultacie, nadal może dochodzić do nieprawidłowości i nadużyć. Ponadto, odszkodowania wypłacane są nieterminowo, z opóźnieniami nawet ponad sześciomiesięcznymi. Być może liczba nieprawidłowości zmniejszy się dzięki temu, że wprowadzono możliwość składania odwołań od oględzin lub oszacowania szkód do nadleśniczych.
NIK skierowała do Ministra Środowiska wniosek o wprowadzenie do prawa łowieckiego sposobów ustalania i dokumentowania wysokości odszkodowania wypłacanego w wyniku ugody. Wydaje się jednak, że obecna sytuacja, gdy panuje tu dowolność i brak reguł, moze odpowiadać wielu zainteresowanym.
Przy okazji warto zauważyć, że odszkodowania przysługują za szkody wyrządzane nie przez wszystkie dzikie zwierzęta. Dotkliwe bywają niekiedy szkody powodowane przez zające (niszczące rośliny uprawne), lisy (drób), żurawie i wydry (ryby), a nawet nietoperze (budynki mieszkalne). W przypadku tych gatunków zwierząt (i wielu innych) odszkodowania nie przysługują. Jak wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich, powoduje to skargi rolników.
„Podczas spotkań regionalnych Rzecznika Praw Obywatelskich obywatele skarżyli się, że szkody wyrządzane przez zwierzęta podlegające ochronie są poważnym problemem społecznym” – stwierdza RPO.
Minister środowiska wydał 16 grudnia 2016 r. rozporządzenie określające dziko żyjące zwierzęta objęte ochroną. Objęło ono 592 gatunki zwierząt. „Prawo nie przewiduje możliwości odszkodowania za szkody wyrządzone przez te zwierzęta” – wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich.
Dlatego Rzecznik zwrócił się do ministra środowiska o „rozważenie działań” w celu wydania przez Radę Ministrów nowego rozporządzenia o gatunkach zwierząt chronionych wyrządzających szkody, za które odpowiadałby Skarb Państwa. Ze względu na fatalną sytuację budżetu państwa, trudno jednak oczekiwać, aby zostały podjęte jakiekolwiek działania, mogące rozszerzać odpowiedzialność Skarbu Państwa za te szkody.

Towar dotknięty uważa się za sprzedany

Naprawa gwarancyjna telefonu komórkowego jest zjawiskiem równie możliwym, jak zorza polarna na równiku.

Mój znajomy czas jakiś temu wkurzał się, że wykupił sobie od operatora komórkowego usługę, w której zawarta była obietnica dostępu do jednego z kanałów filmowych. Była, a potem przestała być i operator w oględnych słowach kazał się koledze przenieść na drzewo w celu prostowania bananów. Tyle, że kumpel mógł w dalszym ciągu wchodzić do internetu, gadać i esemesować. A ja nie.
Won z salonu
Zdechła mi bowiem pięcioletnia komórka. Na amen. Koleżanka ma sprawną, ale ponieważ nie miała w niej jakiejś wymaganej w jej pracy funkcji, to kupiła sobie nową, a tę lunie mi za stówę. Kupuję. I dupa. Stara karta SIM nie pasuje. Do tego modelu pasuje tylko mniejsza.
Wchodzę na stronę Plusa i widzę, że za 25 zł wymienią mi ustrojstwo na nowe, pod warunkiem, że jestem właścicielem lub użytkownikiem. Co prawda właścicielem wszystkich komórek w domu jest żona, która bawi akurat na tygodniowym wyjeździe, ale użytkownikiem jestem jak najbardziej. Jadę parę kilometrów do punktu, który jest w stanie wymienić mi kartę. Tyle, że nie jest.
Panowie wyciągają jakiś kwit, gdzie jak byk stoi, że do wymiany karty SIM musi być właściciel. I kropka. To nic, że wymiana karty na taką, która wlezie do telefonu nie zmienia niczego. Zostaje ten sam numer i ten sam właściciel. I nieważne, że w dowodzie mam to samo co właścicielka nazwisko. Nawet adres ten sam. Regulamin teleoperatora jest jednoznaczny i każe mi się walić.
Gdyby nie ten wpis na stronie internetowej o bezproblemowej możliwości uzyskania mniejszej karty, nie marnowałbym, ani czasu ani paliwa. Zrobiłbym to, co zrobiłem po przyjeździe do domu. Znalazłem w sieci stronę na której opisano, w jaki sposób za pomocą kartki, ołówka, linijki i nożyczek przerobić dużą kartę SIM na małą. Po kwadransie, bez żadnej łaski sieci komórkowej nowy telefon już działał.
Komórkowy pas cnoty
Wkurw na Plusa jednak nie przechodził, ba spotęgował się, gdy po paru minutach od uaktywnienia smartfona dostałem SMS, że mogę sobie przez parę dni kogoś bliskiego poszpiegować za darmo. A potem już za kasę. Wystarczy, że przechwycę jego komórkę pod byle pozorem na jedną dobę, aby bez wiedzy tej osoby wyrazić SMS-em zgodę na inwigilowanie.
Sprawę znałem, bo opisywałem ją parę lat temu. I mimo ciśnięcia różnych rzeczników, inspektorów i nawet organizacji pozarządowych zajmujących się wolnościami obywatelskimi, nic się nie zmieniło. Każdy może inwigilować każdego. Mąż żonę, żona męża, chłopak dziewczynę, a pracodawca pracownika, który ma służbową komórkę. O każdej porze dnia i nocy ktoś zainteresowany gdzie dana osoba jest, dostanie jej namiar z dokładnością do 2 metrów. I to wszystko bez żadnych kołomyj z osobistym stawiennictwem, legitymowaniem się, podpisami wyrażającymi zgodę na inwigilację. Nic z tych rzeczy. Wysyłamy jednego SMS-a, a następnego dnia odpowiadamy SMS-em z komórki którą chcemy śledzić.
Taki myk można zamówić u wszystkich firm świadczących usługi komórkowe. Pod szczytnym i przez nikogo nie sprawdzanym hasłem ochrony dziecka. Bo prywatna inwigilacja hula pod nazwą „Gdzie jest dziecko”, ewentualnie „Gdzie jest bliski”.
Z notariuszem po telefon
Skrobnąłem do Plusa pytanie. „Czy Państwa Firma nie ma wątpliwości prawnych i etycznych umożliwiając ludziom wzajemnie się inwigilować ramach reklamowanej w sieci ofercie „gdzie jest dziecko”? No i pozwoliłem sobie na uwagę dotyczącą wymiany kart SIM.
Odpowiedział pan Arkadiusz Majewski. „Oferowane przez naszą sieć usługi są legalnie dostępnymi produktami. Usługa Gdzie jest bliski pozwala np. na lokalizowanie miejsca pobytu dziecka, do czego każdy rodzic ma prawo, czy starszych i chorych członków rodziny, którym może uratować zdrowie i życie. Aktywacja tej usługi odbywa się nie tylko na urządzeniu osoby lokalizującej, ale wymaga też potwierdzenia czyli zgody bliskiego, który ma być monitorowany”.
Zapomniał jednak dodać, jak odbywa się takie potwierdzenie i że to kpina z prawa do prywatności. Zwłaszcza w kontekście tego co pan z Plusa napisał w drugiej sprawie. Czyli „wymiana karty SIM jest dokonywana w punktach sprzedaży sieci Plus na zlecenie właściciela lub osoby pisemnie upoważnionej”. Oczywiście po wylegitymowaniu.
To jeszcze nic. Parę dniu później na jednej ze stron operatora telefonii komórkowej zniknęły zajawki o tym, że karty wymienić może właściciel lub użytkownik, a pojawiło się coś takiego „Kartę SIM możesz wymienić jeśli jesteś właścicielem numeru telefonu lub osobą pisemnie upoważnioną przez właściciela”. Gdyby jednak ktoś uwierzył i pobiegł z upoważnieniem współmałżonka na którego jest telefon, to gówno załatwi. Bo otóż na kolejnej stronie Plusa było coś innego „Kartę SIM możesz wymienić jeśli jesteś właścicielem numeru telefonu lub osobą pisemnie upoważnioną przez właściciela (pełnomocnictwo poświadczone notarialnie)”.
Bezpłatnie, czyli za 9 stów
Karta SIM nawet nowa, to i tak ledwie kilkadziesiąt złotych. Natomiast smartfon to z reguły gadżet za złotych kilkaset. Stąd, gdy żona która będąc od paru miesięcy posiadaczką spłacanego w abonamencie telefonu zaczęła rzucać kurwami, bo w czasie oglądania jakiejś bzdury z You Tube’a jej Samsung zamilkł, zgasł i w ogóle przestał ujawniać oznaki życia, powodów do stresu nie widziałem, bo wszak aparat miał 2 lata gwarancji.
Nerwy przyszły parę dni później, gdy pani z biura operatora, do którego padnięta komórka powędrowała, oddzwoniła informując, że bezpłatna naprawa gwarancyjna nie jest możliwa. A jak chcemy żeby Samsung był sprawny, to przyjemność ta będzie nas kosztowała 900 zł. Znaczy jakieś 2 stówy więcej niż wynosiła cena zakupu nówki. A dlaczego?
Bo „płyta główna nosiła ślady zawilgocenia co powoduje, że sprzęt gwarancji nie podlega”. Podczas odbierania od pani martwej komórki, operator udostępnił zdjęcie fragmentu tejże zmoczonej płyty wykonane przez serwisantów koreańskiego sprzętu.
Parę metrów od biura teleoperatora jest zakład komórki reperujący. Pan fachowiec widząc Samsunga w otoczeniu kwitów nie pytał o nic.
„Zawilgocenie pewnie znaleźli. Jak zawsze” – stwierdził. A potem opowiedział, że 90 procent sprzętu, który naprawia, to smartfony na gwarancjach zwrócone przez serwisy firmowe z powodu zawilgocenia albo uszkodzeń mechanicznych. Te drugie to nawet minimalne zadrapania albo pęknięcie szybki, które nie ma nic wspólnego z tym, że urządzenie nie działa, ale jest powodem do odmówienia bezpłatnej naprawy.
Dokładnie tak samo jest z wilgocią. Ta może się dostać do urządzenia nawet wtedy gdy przyjdziemy z telefonem z dworu i wejdziemy do zaparowanej kuchni lub łazienki. Ślady wilgoci się na płycie pod obudową pojawią. Tyle, że komórka będzie działała, bo woda nie uszkodzi żadnego w ważnych układów. Natomiast sam fakt, że wilgoć wniknęła w sprzęt, jest dla gwarancji dyskwalifikująca.
Pan fachowiec dodał też, że bardzo rzadko spotyka się z tym, że na skutek tej wilgoci komórka pada. Wystarczy wymienić jakąś duperelę, która odmówiła posłuszeństwa bez związku z wodą i urządzenie działa.
Użytkownik jest zawsze winny
Oczywiście w firmowych serwisach to wiedzą, ale narzucona im przez korporację procedura przewiduje, że zamiast bawić się z wymianą podzespołu, wkłada się do telefonu całą nową płytę. Dzięki temu serwis ma mało pracy, a właściciele komórek na gwarancji płacą za naprawę jak za zboże. Co jest o tyle istotne, że co miesiąc do autoryzowanych punktów serwisowych trafia ponad 100 tysięcy komórek. I niech tylko jedna trzecia okaże się nie do naprawienia, zmuszając właściciela do wydania kasy na nowy sprzęt, albo droższą od niego naprawę.
Tylko jedna trzecia, bo połowa komórek trafiających do serwisów wymaga najczęściej przeinstalowania lub aktualizacji. Parę procent to wady fabryczne, część napraw wykonywanych przez naprawiaczy sprzętu to wymiana gniazdek. Reszta zaś to usterki gwarancyjną naprawę uniemożliwiające – utopienie, przegrzanie bądź upadek. Ponieważ komórka służy do tego do czego służy, to nie ma siły, by po paru dniach, któraś z dyskwalifikujących gwarancję ewentualności nie wystąpiła. Wystarczy się spocić, lub czyszcząc gniazdko napluć do środka, by o gwarancji zapomnieć.
Najgorsze, że nie na sposobu, by z tym fantem coś zrobić. Jesteśmy uwiązani prawem unijnym. Z jednej strony daje nam to długie 24-miesięczne okresy gwarancji. Z drugiej musimy mieć te same co inni uregulowania prawne. Niemal rok temu sprawą zajął się nawet Parlament Europejski. I przyjął rezolucję z apelem, by sprzęt psuł się rzadziej, a jeśli już – to by części zamienne nie były zbyt drogie.
„Musimy sprawić, aby nie trzeba było wyrzucać telefonu, w którym zniszczona jest tylko bateria. Musimy upewnić się, że konsumenci wiedzą, jak długo urządzenia będą działać i jak można je naprawić” – krzyczał z trybuny europoseł Zielonych Pascal Duran, a jego wystąpienie przyjęto z aplauzem. I ze śmiechem ze strony producentów, bo choćby nie wiadomo jakie przepisy wymyślono, koncerny i tak wyjdą na swoje.
Bo przecież choć mamy UOKiK, mamy organizacje konsumenckie, mamy prokuraturę, policję i stada kontrolerów, to pana serwisanta firmowego możemy i tak jedynie w dupę pocałować.

Kopertowe machinacje wyborcze

Istnieje szereg powodów, dla których planowane przez partię rządzącą głosowanie „kopertowe” to pseudowybory – zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju. Oto niektóre z nich.

• Wybory nie mogą odbyć się w czasie stanu nadzwyczajnego, a ten, pomimo braku formalnej decyzji rządu, został wdrożony.

• Nie ma możliwości prowadzenia normalnej kampanii wyborczej.

• Spisy wyborców są niespójne z bazą PESEL – nie wiadomo, do kogo trafią „pakiety wyborcze”.

• Wątpliwa jest tajność głosowania „kopertowego”.

• Głosowanie za granicą jest utrudnione albo nawet niemożliwe.

• Przygotowania do głosowania „kopertowego” prowadzono bez podstawy prawnej.

• Państwową Komisję Wyborczą w organizacji wyborów zastąpią (zależni od PiS) minister aktywów państwowych i Poczta Polska.

• Kto policzy „kopertowe” głosy? Komisje mają być małe, przez co jeden członek komisji będzie miał dużo więcej głosów do policzenia niż w przeszłości.

• Kto oceni ważność wyborów w razie protestów? Trzeba pamiętać o wątpliwościach co do niezależności sędziów powoływanych na wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa.

Dlatego FOR rekomenduje formalne wprowadzenie przez rząd stanu klęski żywiołowej, z zastosowaniem tylko tych restrykcji, które są niezbędne do ograniczania skali epidemii – i organizację wyborów w sposób zgodny z Konstytucją RP, innymi przepisami prawa i standardami międzynarodowymi.

Pseudowybory metodą „na wnuczka”

Ustawa o szczególnych (korespondencyjnych) zasadach przeprowadzania wyborów powszechnych na Prezydenta RP zarządzonych w 2020 r., stanowi bezprecedensowy w historii wolnej Polski atak na jej demokratyczny system wyborczy, a co za tym idzie – na sam ustrój państwa.

Ustawa narusza nie tylko takie przymiotniki wyborcze jak powszechność czy równość, ale przede wszystkim tajność. Liczne, wątpliwe z punktu widzenia prawnego rozwiązania, obecne w tym akcie prawnym oraz wcześniej przyjętych przepisach w ramach tzw. tarcz rządowych, skłaniają do analiz w kontekście przepisów prawa karnego.

Warto zwrócić uwagę na art. 248 pkt. 2 kodeksu karnego. Zgodnie z jego treścią do przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności do lat 3 dochodzi również w chwili, gdy sprawca używa podstępu celem nieprawidłowego sporządzenia listy kandydujących lub głosujących, protokołów lub innych dokumentów wyborczych albo referendalnych. Zazwyczaj, mówiąc o podstępie mamy na myśli zachowania powszechnie uznawane za czyny karalne (np. oszustwa metodą „na wnuczka”). Czy jednak przepisy pozornie mające inny cel niż ten, do którego zostają w ostateczności wykorzystane, mogą stanowić podstęp? Podstęp w rozumieniu prawa karnego skłania osobę do zachowania, od którego powstrzymałaby się, gdyby znała prawdziwa sytuację lub do złożenia takiego oświadczenia woli lub wiedzy, jakiego w innych warunkach nie chciałaby złożyć . Nie da się zignorować faktu, że obecne wybory mają być organizowane de facto przez Ministra Aktywów Państwowych – jednocześnie wicepremiera oraz aktywnego polityka partii rządzącej, która wspiera urzędującego prezydenta w jego dążeniach do reelekcji – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. To strona rządowa stoi za art. 11 ust. 1,2 i 3 specustawy COVID-19, który został wykorzystany w celu wydania wiążących poleceń, związanych z bezprawną organizacją pseudowyborów korespondencyjnych. Ostateczną treść przepisu przegłosowano w ramach tzw. Tarczy 2.0, pod pretekstem konieczności skutecznej walki z pandemią oraz jej skutkami. Jednakże uzasadnienie to nie ma pokrycia w rzeczywistej funkcji przepisu.

Czy opozycja, również popierająca swoich kandydatów w wyborach prezydenckich poparłaby te rozwiązania, wiedząc, do czego będą wykorzystane? Jest to wątpliwe. Stąd też zasadne wydaje się ponowienie kluczowego pytania – czy przepisy ustawy, uzasadniane pozornie kryzysowym położeniem państwa mogą w rzeczywistości być próbą podstępu w celu przeprowadzenia jak najkorzystniejszych dla większości rządzącej wyborów? Zbieg okoliczności związany z interesem politycznym podmiotów zaangażowanych w organizację wyborów z ich wynikiem, podważa zaufanie społeczeństwa do organów władzy publicznej, które – zgodnie z art. 7 Konstytucji RP – winny działać na podstawie i w granicach prawa.
PiS

Gospodarka 48 godzin

Skarga na kanał

Budowa przekopu Mierzei Wiślanej od początku budzi ogromne zastrzeżenia. Pomimo ekspertyz, które wykazały negatywny wpływ inwestycji na obszary Natura 2000, sprzeciwu wojewódzkich władz samorządowych, braku opłacalności oraz wielu negatywnych opinii naukowców, rząd podtrzymuje pomysł realizacji tej kontrowersyjnej inwestycji. Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Unia złożyło w związku z tym do Komisji Europejskiej skargę na kanał. „Budowa przekopu jest nielegalna, a wobec katastrofalnej suszy, kryzysu wywołanego koronawirusem, degradacji przyrody oraz znacznego wzrostu kosztów budowy taka inwestycja staje się jeszcze bardziej nieracjonalna” – wskazują przedstawiciele Greenpeace Polska oraz Eko-Unii. Podkreślają, że na Mierzei Wiślanej ciężki sprzęt już na dobre realizuje projekt przekopu, mimo że brak jest ostatecznej decyzji środowiskowej i porozumienia polskiego rządu z Komisją Europejską. W 2019 r. marszałek województwa pomorskiego wniósł odwołanie od decyzji środowiskowej olsztyńskiej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, która określała warunki realizacji inwestycji. Ostateczną decyzje powinna wydać w tej sytuacji Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, ale termin wydania decyzji odraczany był aż sześć razy i został ostatnio wyznaczony na koniec maja 2020 r. Oznacza to, że projekt jest realizowany bez ostatecznej decyzji środowiskowej i pozytywnej opinii Komisji Europejskiej.

Tymczasem rząd poinformował o znacznym zwiększeniu kosztów przekopu – z początkowych 900 mln do 2 mld zł. To oczywiście nie koniec wzrostu kosztów przedsięwzięcia. Ekonomiści wielokrotnie wskazywali na nieopłacalność inwestycji, a prognozy wskazują, że jej koszty nigdy się nie zwrócą. Ponadto, rząd planuje rozbudowę portu w Elblągu, ze wsparciem środków Unii Europejskiej w latach 2021-2027, co ma kosztować minimum 160 mln zł. Te pieniądze również się nie zwrócą.

Polscy ekolodzy, jak zawsze w przypadku podobnych inwestycji, wskazują na naruszanie siedlisk zwierząt, zagrożenie dla obszarów Natura 2000, niszczenie bezcennego dziedzictwa przyrodniczego i krajobrazowego, itd.

– Marnowanie publicznych środków na utopijny cel żeglugi towarowej łączącej kanałem Bałtyk z Elblągiem jest karygodne. Miliardy złotych, które rząd chce utopić w przekop Mierzei oraz w betonowanie rzek pod pretekstem budowy dróg wodnych, należy przeznaczyć dziś na walkę z suszą, na odtwarzanie retencji naturalnej, zasilającej wody podziemne, na renaturyzację rzek oraz ochronę mokradeł i torfowisk. Pora zmienić radykalnie złą politykę wodną i ignorowanie zasad systemu ochrony przyrody. Zbiorniki zaporowe dla żeglugi nie uchronią to nas przed suszą i katastrofą klimatyczną – uważa Radosław Gawlik z Eko-Unii. Natomiast przedstawiciele Greenpeace uznają przekop za kpinę z systemu ochrony przyrody w Polsce, ewidentny brak poszanowania polskiego i unijnego prawa ochrony środowiska, lekceważenie głosów sprzeciwu obywateli oraz skrajnie nieodpowiedzialną decyzję niby gospodarczą, ale wyłącznie o charakterze politycznym. Ich zdaniem, gdyby przekop mierzei powstał 60 lat temu, dzisiaj prezentowany byłby jako książkowy przykład arogancji i szkodliwej megalomanii władzy. To, że powstaje teraz, kiedy nie ma żadnych wątpliwości, że człowiek musi zmienić swój stosunek do przyrody, przestać ją niszczyć i zacząć dbać o jej kurczące się zasoby dla dobra przyszłych pokoleń, jest według nich niewyobrażalne

Prominenci PiS szkalują sędziów

Pod adresem liderów prawicy warto skierować prośbę: przestańcie wreszcie szczuć. Zakończcie tę mowę nienawiści.

Sędziowie zrzeszeni w stowarzyszeniu Iustitia przygotowali mały wybór szkalujących opinii na temat przedstawicieli tego zawodu, wygłoszonych w kraju i na forum międzynarodowym przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Wybór to zdumiewający, bo chyba nawet w czasach stalinowskich przedstawiciele najwyższych władz państwowych nie wyrażali się tak o przedstawicielach władzy sędziowskiej. I wypada zaapelować do dygnitarzy PiS, by wreszcie skończyli z tą mową nienawiści. Można ich zrozumieć: sieją wiatr, bo chcą wywołać burzę – ale nie można ich usprawiedliwić.
Poczytajmy więc, co mówią, zaczynając od Prezydenta RP Andrzeja Dudy i jego ikonicznej już wypowiedzi: „Poziom zakłamania tego towarzystwa i jego hipokryzji mnie osłabia /…/ Stary układ w sądownictwie bardzo mocno się trzyma i nie chce pozwolić na to, aby zabrać im przywileje i tę władzę nad ludźmi, do której doszli”.
To oczywiście nie wszystko. W kolejnych wypowiedziach prezydent rozwijał swe przemyślenia, oświadczając m.in.: Mówię to specjalnie, tutaj przed Trybunałem Konstytucyjnym, aby zasygnalizować dramatyczną sytuację z jaką spotykamy się dziś w Polsce, bo jeżeli na forum publicznym znaczące postaci polskiego wymiaru sprawiedliwości – proszę państwa mówimy o sędziach Sądu Najwyższego, mówimy o sędziach, którzy do niedawna pełnili funkcje prezesów w tym sądzie, zaczynając od I Prezesa, poprzez prezesów izb – w sposób otwarty naruszają obowiązujące przepisy prawne, naruszają przepisy konstytucyjne i lekceważą przepisy ustawowe, to mamy do czynienia z anarchią wywoływaną przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Chcę to jasno i wyraźnie powiedzieć”.
Prezydentowi sekunduje premier, który wyróżnił się stwierdzeniem: „W przypadkach, gdy sprawa wygląda na najbardziej dochodową, wymagane są łapówki”. A w artykule dla Washington Examiner napisał: „Duża część tego systemu jest skorumpowana” – i dodał, że nie można dyskutować o kolejnych elementach, wybierając je z całości. Wyjaśnił też, co przez to rozumie: „Dla mnie to jest taka sytuacja, którą możemy porównać z Francją w okresie post-Vichy” (rząd Vichy to był, przypomnijmy, francuski reżim kolaborujący z nazistowskimi Niemcami). Tak więc, premier, kierując swe słowa do zagranicznych odbiorców dopuścił się ataku na Polskę, porównując pracę polskich sędziów z pracą sędziów kolaboranckiego Państwa Vichy.
W tych atakach nie może oczywiście zabraknąć Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry. Oświadczył on: „Ta kastowość, jaka tam się wytworzyła, oni sami o sobie przecież mówili, że są nadzwyczajną kastą, te zachowania, które mają charakter czysto polityczny, a nie merytoryczny – to wszystko razem wziąwszy, pokazuje duże problemy środowiska sędziowskiego (…). W Niemczech demokracja zadziałała i 80 proc. sędziów usunęła, którzy byli uwikłani w system komunistyczny. Dzięki działaniu pana profesora Strzembosza w Polsce tak się nie stało, bo uwierzono mu na jego słowo. I te patologie narastały”.
Zbigniew Ziobro dodał też: „Sądownictwo przez lata stanowiło państwo w państwie”.
Szkoda, że nie raczy on zauważyć, że średnia wieku polskich sędziów jest niższa od wieku jego samego – a więc o uwikłaniu polskich sędziów w system komunistyczny trudno mówić. Oczywiście, jest jeden szczególnie uwikłany: Stanisław Piotrowicz, prokurator stanu wojennego. On jednak reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, a więc jest poza krytyką.
Sam Piotrowicz chętnie zresztą wypowiedział się o sędziach, stwierdzając: „Nie może być takiej sytuacji, żeby garstka niezadowolonych z utraty przywilejów blokowała pracę organu konstytucyjnego (…) Żeby sędziowie, którzy są zwykłymi złodziejami nie orzekali dalej”.
W ataki na polskie sądownictwo włączył się także prezes Jarosław Kaczyński. Na konwencji PiS oświadczył: „Ojkofobia jak się to nazywa, czyli niechęć czy nienawiść nawet do własnej ojczyzny, czy własnego narodu, to jest jedna z chorób, która dotknęła część sędziów”.
W innym miejscu powiedział zaś: „Ustrój trybunalski, w istocie władza sądów, z demokracją nie ma nic wspólnego”.
Tak więc, lider partii rządzącej podważa ustrojową, wynikająca wprost z Konstytucji RP, pozycję sądów.
Środki zmierzające do odpowiedniego ukształtowania sędziów, bardzo konkretnie przedstawiła Krystyna Pawłowicz, – posłanka Prawa i Sprawiedliwości, członek Krajowej Rady Sądownictwa, a od niedawna sędzia Trybunału Konstytucyjnego: „Środowisko sędziowskie wymaga odzyskania dla demokracji. Państwo powinniście jak w Korei przejść reedukację w obozach uczących demokracji”.
Szczególnie błyskotliwie zaprezentował się Marek Suski, szef gabinetu politycznego Prezesa Rady Ministrów, który, jak podaje Stowarzyszenie Iustitia ogłosił: „Niektórzy sędziowie są bogaci i mają w ogródkach zakopane sztabki złota, ale nie jest znane ich pochodzenie”.
Natomiast Jacek Sasin, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, komentując zadanie pytania prejudycjalnego do TSUE przez sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie Igora Tuleję, oskarżył: „To anarchizacja prawa, dokonywana przez część środowiska sędziowskiego”. Pod adresem jego i innych sędziów powiedział też: „Robią to tylko i wyłącznie po to, żeby stwarzać wrażenie, że w Polsce mamy jakiś stan niestabilności prawnej”.
Jednak w sposób najbardziej jednoznaczny wypowiedziała się Beata Mazurek, rzeczniczka Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości: „Stanowisko Sądu Najwyższego odbieram jednoznacznie. Jest to dalsze szerzenie się anarchii w naszym kraju. Tak naprawdę zebrał się zespół kolesi, którzy bronią status quo poprzedniej władzy”.
Przedstawiciele prawicy chętnie donoszą też na poszczególnych sędziów. Na przykład Patryk Jaki, ówczesny sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, nadawał na sędziego Waldemara Żurka: „Wyobraźcie sobie państwo, że dzisiaj osoba, która sama ma problemy z alimentami, będzie decydowała o przyszłości innych Polaków, o jakości orzecznictwa, jeśli chodzi o alimenty. To jest jeden wielki skandal”.
Jest to, jak słusznie zauważa Iustitia, jeden z wielu przykładów wyciągania spraw prywatnych sędziów i podawania ich do wiadomości publicznej w kłamliwy sposób dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych.
Jak to wszystko skomentować? Cóż, brak słów.

„Innowacyjny biznes” po polsku

Gdy prywatną przedsiębiorczość otacza się prawdziwym kultem, wielu prywaciarzy nie widzi nic złego w wyrzucaniu śmieci do lasu, wylewaniu ścieków do rzeki i podobnych metodach „oszczędzania”.

Jeden z najnowszych „bohaterów wolnego rynku” to lokalny biznesmen z Chojnic. Rzutkiego kapitalistę zatrzymała policja, gdyż w okresie świąteczno-noworocznym wywiózł do lasu 600 kilogramów rybich zwłok. W ten sposób postanowił zaoszczędzić na składowaniu odpadów.
15 stycznia spacerowicz zawiadomił leśniczego, że nieopodal jeziora Duże Głuche (woj. pomorskie) zalega sterta śmierdzących ryb. Do doniesienia załączył zdjęcia. Po przyjeździe na miejsce służb mundurowych stwierdzono, że były to pozostałości ryb słodko- i słonowodnych, filety, kręgosłupy, skrzela, a nawet całe ryby wędzone. Łącznie las pomiędzy Konarzynami a Chocińskim Młynem „wzbogacił się” o 700 kg takiej materii. Nadleśnictwo Przymuszewo było zmuszone zapłacić ponad 1 tys. zł za uprzątnięcie znaleziska. Szczęśliwie policjanci niebawem ustalili tożsamość sprawcy.
Jego czyn zostanie zakwalifikowany jako przestępstwo. Art. 182 § 1. kodeksu karnego mówi, że „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.
Leśników to nawet nie dziwi
Bartosz Czarnecki, rzecznik prasowy Nadleśnictwa Przymuszewo przyznaje, że podobne sytuacje miały już miejsce w jego regionie.
– Ta sytuacja w skali całego kraju jest kroplą w morzu problemów śmieci w lasach. W ubiegłym roku w Kolbudach w lesie wyrzucono kilkanaście tysięcy jajek. Dla nas był to pierwszy tego typu przypadek. W Polsce zdarzały się też kurczaki. Może się komuś wydaje, że siły natury lub zwierzęta poradzą sobie z czymś takim. No niestety nie z taką ilością – poinformował pracownik leśnictwa.
– Tylko w 2018 roku z lasów w całej Polsce, my leśnicy – usunęliśmy 109 tys. metrów sześciennych śmieci. Koszt tych przedsięwzięć to ponad 19 mln zł. Roku 2019 nie mamy jeszcze podsumowanego choć ilość śmieci spada ale rosną koszty uprzątnięcia – dodał Czarnecki.
Dokarmić zwierzęta
Dlaczego przedsiębiorca zanieczyścił las? 36-latek z powiatu człuchowskiego przyznał, że dostarczał zdechłe ryby jako pokarm na fermę norek. Tego dnia uznał, że są w zbyt zaawansowanym stadium rozkładu i postanowił wyrzucić je do lasu. – Sądził, że odpadami pożywią się leśne zwierzęta – tłumaczy Magdalena Rolbiecka, rzecznik prasowy chojnickiej policji.
Martwych ryb pozbył się również „innowacyjny biznesmen” z Łodzi. W jego wypadku jednak efekty były jeszcze bardziej opłakane. Mężczyzna nakazywał bowiem podwładnym wylewanie hektolitrów trujących odpadów do rzeki Olechówka. W efekcie zagładzie uległ cały wodny ekosystem.
O tym, że stan wody w Olechówce ulega drastycznemu pogorszeniu informowali mieszkańcy osiedla Augustów we wschodniej części Łodzi. Zaalarmowani pracownicy Zakładu Wodociągów i Kanalizacji przeprowadzili dochodzenie, polegające na zlokalizowaniu studzienki, do której spuszczane były nieczystości. Sprawcy zostali nakryci na gorącym uczynku 11 stycznia. Okazało się, że są to pracownicy jednej z lokalnych firm, zajmującej się wywozem nieczystości płynnych i toksycznych odpadów. Na polecenie szefa ścieki kierowani prosto do odpływu prowadzącego do rzeki.
Na miejsce została wezwana policja oraz personel Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Sprawa trafiła do prokuratury. Spowodowanie katastrofy ekologicznej jest przestępstwem ściganym z urzędu. Zgodnie z art. 182 § 1. KK, „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”
Straty nie do naprawienia
Firma straci uprawienia na świadczenie usług asenizacyjnych, zostanie na nią nałożona kara administracyjna, a także będzie musiała ponieść koszty rekultywacji zniszczonego ekosystemu. Poziom niektórych zanieczyszczeń przekroczył dopuszczalne normy aż 16 tys. razy. W rzece pojawiło się też dużo toksycznych związków ołowiu.
– Życie biologiczne w Olechówce i stawie Tomaszowska zostało zniszczone – zakomunikował Miłosz Wika, rzecznik prasowy ZWiK. – Na powierzchni wody unosiły się śnięte ryby, zginęły też żaby – dodał.
Nie jest to jedyna katastrofa ekologiczna, za którą odpowiedzialny jest łódzki biznes. W styczniu 2019 roku do aresztu trafiła przedsiębiorczyni ze Zgierza. Przypadek 42-latki jest o tyle drastyczny, że kobieta miała już orzeczony… zakaz prowadzenia działalności gospodarczej. W swoim poprzednim biznesie „oszczędzała” na utylizacji pozostałości lekarstw, bandaży i strzykawek, a nawet metali ciężkich. Wyrzucała je do lasu w ilościach zagrażających życiu i zdrowiu człowieka. Jakimś pocieszeniem jest fakt, że tym razem do lasu z jej małego przedsiębiorstwa odjeżdżał „tylko” gruz.
Siedziba firmy, do którego prowadzenia „zaradna kobieta” straciła uprawnienia w ubiegłym roku, była stale monitorowana przez funkcjonariuszy. Policjanci namierzyli ciężarówkę załadowaną gruzem, która wyjechała z posesji należącej do 42-latki. Auto skierowało się na składowisko w Dąbrówce. Po drodze zostało zatrzymane. Krótko potem mundurowi przyszli po kobietę.
Przypadku takie jak opisany sprawiły, że w województwie łódzkim powołano zespół, który będzie kontrolował składowiska odpadów i natychmiast reagował na ewentualne nieprawidłowości. W jego skład weszli przedstawiciele urzędów: marszałkowskiego i wojewódzkiego oraz komendanta wojewódzkiego policji. Warto, by w innych regionach również wdrożono bardziej staranny nadzór nad „innowacyjnymi” ludźmi biznesu.

Sędziowie mają służyć ludziom

Niezawisłość sędziów to niezależność od jakichkolwiek wpływów na wyroki i decyzje sądów.
Toga jest jak mundur czy fartuch lekarza – to uniform, symbol służby. A my jesteśmy po to, by służyć ludziom.
Niezawisłość sędziów to niezależność od jakichkolwiek wpływów na wyroki i decyzje sądów. Jako prawnicy, znając przepisy prawa, mamy świadomość konsekwencji zmian jak mogą się dokonać na skutek wprowadzenia w życie tzw. ustawy kagańcowej z 20 grudnia 2019 roku.
Jako prawnicy, znając przepisy prawa, mamy świadomość konsekwencji zmian jak mogą się dokonać na skutek wprowadzenia w życie tzw. ustawy kagańcowej z 20 grudnia 2019 roku.
To nie przypadek, że procedowanie tej ustawy celowo ustawiono na 4 dni przed najważniejszym świętem dla Polaków, gdy ludzie są zajęciami prezentami i choinką. To nie przypadek, że nie było absolutnie żadnych konsultacji.
Sąd Najwyższy, Pałac Prezydencki, Sejm – te trzy budynki symbolizują trzy władze – władze, które mają ze sobą współdziałać i się szanować, współpracować dla dobra obywateli. Niestety, władza wykonawcza i większość sejmowa zapomniały dziś o tym. Zapomniały, że sercem demokracji jest trójpodział władz – podział, którego istotą jest przecież zabezpieczenie równowagi i zabezpieczenie obywateli przed nadużyciami rządzących.
Sędzia czy prokurator nie może mieć postawy służebnej wobec żadnych polityków. Bo to często politycy stają przed sądem, bo to zadaniem sądów jest sprawdzanie ważności oddanych głosów w wyborów powszechnych.
To prawnicy, a nie politycy są od tego, aby alarmować, gdy naruszane są przepisy prawa, tak samo jak lekarze, którzy głośno się wypowiadają w tematach zdrowia, ogrodnicy na temat drzew i krzewów, a psychologowie na temat wychowywania dzieci. Poprzez ustawę, która w sposób uznaniowy pozwala na usuwanie z zawodu sędziów i zabieranie im głosu, Polacy będą zdani na polityków, którzy chcą się stać się ekspertami w tematach prawnych. I trzeba powiedzieć wprost: będą mogli wpływać na wyroki w taki sposób, aby członkom własnej partii nie stała się krzywda, ale za to oponentów politycznych spotkała dotkliwa kara. Nie ma naszej zgody na manipulowanie procesami sądowymi. Mamy wspólnotę wartości. Unia Europejska nie jest naszym wrogiem czy jakiś obcym ciałem. Jesteśmy sędziami krajowymi i europejskimi. Czas zrozumieć, że to się w żaden sposób nie wyklucza. Można być jednocześnie warszawiakiem, Polakiem i obywatelem EU. W referendum konstytucyjnym, które zdecydowało o ustroju państwa i w referendum unijnym, potwierdziliśmy, że chcemy być częścią europejskiej wspólnoty wartości.
Obowiązkiem każdego prawnika jest zawsze stać na straży i w obronie praw obywateli i stanowczo przeciwstawiać się łamaniu praw człowieka, praw konstytucyjnych, prawa krajowego czy prawa i wartości wspólnot międzynarodowych, do których dobrowolnie przystąpiliśmy. Prawo do Europy oznacza prawo do europejskiego systemu prawnego, do tego aby Polacy czuli prawne bezpieczeństwo. Przykłady? Weźmy wyrok w sprawie dotyczącej opieki nad dzieckiem, gdzie jeden z rodziców nie jest Polakiem – taki wyrok nie będzie respektowany w innych krajach Unii, w każdej chwili będą mogły go podważyć;
W sytuacji konfliktu pomiędzy firmami czy firmą i pracownikiem, wynagrodzenie za pracę wykonaną w UE, zasądzone na korzyść obywatela czy firmy z Polski, będzie mogło być zakwestionowane przez podmiot z innego państwa;
To oznacza wreszcie pogłębiający się chaos prawny, który może sprawić, że przedsiębiorcy zagraniczni przestaną inwestować w Polsce, bo nikt nie chce robić interesów w kraju niestabilnym i niebezpiecznym. W kraju, w którym żaden dokument, żadne prawo własności, żaden wyrok, nie są pewne.
Czy naprawdę jako Polacy chcemy u nas zlikwidowania trójpodziału władzy, a tym samym opuszczenia Unii Europejskiej?
Mamy jako sędziowie prawo do niezawisłości, a wszyscy Polacy do pozostania we wspólnocie wartości UE!