Wróćcie na drogę praworządności!

Powyższy apel do PiS-owskiego rządu jest słuszny i cenny – ale brzmi tak, jakby ktoś namawiał wilka, aby zaczął bronić życia i zdrowia owiec.
To zła wiadomość: Komisja Europejska zwróciła się do TSUE o nałożenie kar na Polskę za niewykonywanie jego orzeczeń. Poinformowała o tym wiceszefowa KE Vera Jourova. Chodzi o niezastosowanie przez Polskę środków tymczasowych nakazujących zawieszenie nieuznawanej Izby Dyscyplinarnej.
KE rozpoczęła równocześnie wobec Polski procedurę naruszenia prawa Unii Europejskiej za niepodjęcie niezbędnych środków w celu pełnego wykonania wyroku TSUE stwierdzającego, że polskie prawo w zakresie systemu dyscyplinarnego sędziów jest niezgodne z prawem unijnym.
„Orzeczenia TSUE muszą być przestrzegane w całej Unii. Jest to konieczne do budowania i pielęgnowania niezbędnego wzajemnego zaufania zarówno między państwami członkowskimi, jak i obywatelami. Jesteśmy gotowi do współpracy z polskimi władzami, aby znaleźć wyjście z tego kryzysu” – napisała Jourova na Twitterze. Komisarz do spraw sprawiedliwości Didier Reynders dodał, że „Komisja nie zawaha się przed podjęciem wszelkich niezbędnych środków, aby zapewnić pełne stosowanie prawa Unii”.
Również szefowa KE Ursula von der Leyen podkreśliła, że „systemy wymiaru sprawiedliwości w całej Unii Europejskiej muszą być niezależne i sprawiedliwe, a prawa obywateli Unii Europejskiej muszą być gwarantowane w ten sam sposób, bez względu na to, gdzie mieszkają”.
W jakiej wysokości mogą być te kary? Warto przypomnieć, że wycinkę Puszczy Białowieskiej powstrzymała groźba 100 tys. euro dziennie. Czechy zażądały ostatnio za sprawę kopalni Turów 5 mln. euro dziennie. Decyzja leży w rękach TSUE.
W każdym razie tym razem idzie o kwestie ustrojowe. Unia Europejska, poszczególne państwa członkowskie, instytucje europejskie od lat ostrzegały władze Prawa i Sprawiedliwości, że wprowadzana przez nich reforma sprawiedliwości zagraża unijnej współpracy i porządkowi prawnemu Polski. Niestety – bez efektu.
Łamiące prawo unijne samorządy pięciu województw, które wprowadziły przepisy anty-LGBT, też dowiedziały się, że nie otrzymają przeznaczonego dla nich wsparcia finansowego, dopóki z tych dyskryminacyjnych zapisów się nie wycofają. To wyraźne sygnały, że sprawy zmierzają w niedobrym dla Polski kierunku.
Najwyższa pora, żeby się zastanowić i cofnąć. Muszę ostrzec, że to, co dziś się stało, to może być tylko pierwszy krok. Przypomnę, że poważne zastrzeżenia są również co do konstytucyjności Krajowej Rady Sądownictwa, wyboru władz SN i sposobu wyłonienia TK. Inaczej mówiąc cała reforma sądownictwa autorstwa PiS jest skażona wadą niepraworządności.
Zagrożone są Krajowy Plan Odbudowy i Polski Ład, który przecież opiera się o środki wspólnotowe. Upór PiS naraża tym samym wszystkich obywateli i cały kraj na duże szkody. Jedyne rozwiązanie – wrócić na drogę praworządności.

Żeby nie stracić na wyprzedażach

Rzekome promocje bywają fikcją, gdyż zdarza się, że efektownie przekreślone, wcześniejsze wyższe ceny towarów, w rzeczywistości nigdy nie obowiązywały.
W niektórych krajach Europy, a w tym także i w Polsce, trwa sezon letnich obniżek cen. Summer Black Friday, Ausverkauf, Soldes jusqu’à 50 proc., czy po prostu letnia wyprzedaż – pod tymi nazwami kryją się wakacyjne promocje na towary i usługi – nie tylko w Polsce, ale i zagranicą.
Podczas kupowania na wyprzedażach w innych krajach Unii Europejskiej, konsumentom przysługują te same prawa, co w Polsce. W niektórych państwach UE istnieją przepisy określające maksymalny czas trwania wyprzedaży np. we Francji lub w Luksemburgu jest to jeden miesiąc w ciągu każdego sezonu letniego i zimowego, a w Portugalii 4 miesiące w roku. U nas takich przepisów nie ma, więc sprzedawcy w każdej chwili mogą wprowadzać wyprzedaże o dowolnej długości.
Jak informuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który bada to zjawisko, zdarza się, że niektóre obniżki sięgają nawet do 80 proc. Są też jednak rzekome obniżki, które w istocie wcale nie są obniżkami. Przy szukaniu atrakcyjnych okazji, można zaś czasem stracić głowę i dokonać niewłaściwego wyboru.
Rabaty, mniejsze czy większe zaczęły się już w czerwcu, ale na największe obniżki cały czas polują najwytrwalsi. Cierpliwym, jednak nie zawsze świadomym co do swoich praw łowcom promocji, UOKiK oraz Europejskie Centrum Konsumenckie przypominają o nieprawidłowościach zdarzających się podczas promocji.
Co zrobić z za małym kapeluszem, butem, któremu zaraz odpadł obcas lub perfumami z zagranicy, które wcale do nas nie dotarły? Okazuje się, że to samo co przy zwyczajnych zakupach, choć sprzedawcy starają się niekiedy tworzyć wrażenie, że wyprzedaże są zdarzeniem nadzwyczajnym, w czasie którego nie obowiązują normalne reguły prowadzenia działalności handlowej. – Najczęstsze nieprawidłowości z jakimi spotyka się UOKiK w kontekście sezonowych wyprzedaży to anulowanie zamówień, wprowadzanie w błąd co do warunków wyprzedaży oraz tworzenie pozorów atrakcyjności promocji, podczas gdy cena jest taka sama lub nawet wyższa niż w czasie regularnych zakupów. Przygotowywane zmiany prawne implementujące tzw. dyrektywę omnibus mają wyeliminować sytuacje, w których sprzedawcy sztucznie zawyżają ceny towarów czy usług tuż przed zastosowaniem obniżek, aby później zachęcać nas do zakupów rzekomo wysokim rabatem – tłumaczy prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Zgodnie z projektem, sprzedawcy, będą mieć obowiązek informowania o cenie sprzed obniżki. Dotyczyć to będzie zarówno produktów, jak i usług. Ta prosta ale ważna zmiana wciąż jednak jest w Polsce w sferze planów – i nikt nie wie, czy i kiedy stanie się ona obowiązującym prawem.
Konkretyzując, nowe rozwiązanie, które znalazło się w projekcie ustawy zakłada, że przedsiębiorca ma obowiązek informowania konsumentów o najniższej cenie danego produktu z ostatnich 30 dni. – Nie będzie mógł być wtedy wykorzystywany mechanizm sztucznego podnoszenia cen na tydzień czy dwa tygodnie przed wyprzedażami po to, aby później chwalić się obniżkami cen, zaś konsument będzie wiedział, jaka jest rzeczywista skala obniżki – uważa Tomasz Chróstny.
Prezes UOKiK prezentuje tu nadzwyczaj optymistyczne przekonanie. W rzeczywistości, w naszym kraju będzie tak, że sprzedawcy zaczną podawać jakiekolwiek „najniższe ceny danego produktu z ostatnich 30 dni”, byle tylko były one wyższe od proponowanych w ramach rzekomych promocji. Wiadomo przecież, że nikt tego nie będzie sprawdzać i badać, ile faktycznie kosztował dany produkt na ponad miesiąc przed wyprzedażą. Ci uczciwsi sprzedawcy po prostu zaś podniosą ceny nie na 30, ale na 31 dni przed wyprzedażą, by w majestacie prawa móc potem chwalić się obniżkami.
Teoretycznie, jeśli przedsiębiorca nierzetelnie poinformuje o cenach, Inspekcja Handlowa może zastosować sankcje do 20 tys. zł, a w przypadku powtarzających się nieprawidłowości do 40 tys. zł. Jeśli natomiast skala takiego zjawiska byłaby powszechna i doszłoby do naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, wówczas prezes UOKiK może nałożyć sankcję do 10 proc. rocznego obrotu przedsiębiorcy. Ciekawe, jak Inspekcja Handlowa wywiąże się z kolejnego zadania, które zostanie na nią nałożone w wyniku nowych przepisów (o ile kiedykolwiek zostaną w Polsce uchwalone) – i ile rzeczywiście nałoży tych grzywien do 20 tys złotych, za nieuczciwe podawanie poprzednich cen? – Stoimy na straży praw konsumentów i przypominamy o podstawowych zasadach świadomych i satysfakcjonujących zakupów podczas specjalnych cenowych okazji. Na wyprzedażach mamy takie same prawa – dodaje prezes UOKiK Tomasz Chróstny, kierując te słowa zarówno do konsumentów, jak i sprzedawców. Trudno jednak uwierzyć, by ci ostatni przestraszyli się UOKiK-u.
Europejskie Centrum Konsumenckie informuje, że w czasie wyprzedaży często odnotowuje zgłoszenia konsumentów dotyczące problemu z wymianą wadliwego produktu, szczególnie, gdy został on kupiony po wyjątkowo okazyjnej cenie. Bywa, że sprzedawcy wolą zwrócić pieniądze, niż dostarczyć nową rzecz, która jest już dostępna w regularnej, nie obniżonej cenie. To specyfika wyprzedaży, bo zwykle, co oczywiste, sprzedawcy zawsze wolą wymienić produkt na inny, niż zwrócić pieniądze (do czego nie można ich zmusić).
Często w trakcie wyprzedaży można trafić na informacje typu „ubrania przecenione nie podlegają reklamacji”. Sprzedawcy, którzy stosują tego typu sformułowania, łamią prawo – informuje UOKiK. W rzeczywistości jednak nabywcy mają prawo do reklamacji, ale tylko częsciowej. Zgodnie z przepisami, rzecz kupioną na wyprzedaży można reklamować, ale już jej zwrot do sprzedawcy zależy tylko od jego dobrej woli – czyli tak jak w czasie normalnych zakupów.
Taką reklamację składa się u sprzedawcy – najlepiej na piśmie. Gdy do produktu dołączona jest gwarancja, wtedy możemy zgłosić reklamację gwarantowi (najczęściej jest to producent lub dystrybutor towaru). Prawo wyboru między obiema możliwościami należy do nabywcy.
Trzeba pamiętać, że jeśli powodem obniżenia ceny jest wada towaru, o której wiedzieliśmy podczas zakupu, nie możemy jej reklamować u sprzedawcy. Wszystkie inne wady – tak. Generalnie zaś, zanim zdecydujemy się na skorzystanie z oferty promocyjnej, sprawdźmy, czy rzeczywiście jest ona dla nas najkorzystniejsza. Może się bowiem okazać, że ten sam towar w innym sklepie kosztuje mniej.
W razie kłopotów związanych z zakupami można uzyskać bezpłatną informację prawną na Infolinii Konsumenckiej (ale tylko w sprawach prostych nie wymagających analizy dokumentów) – tel.: 801 440 220 oraz 22 290 89 16. Istnieje też Konsumenckie Centrum E-porad – adres e-mail: porady@dlakonsumentow.pl. W sprawach transgranicznych, które dotyczą sprzedawców z obszaru Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii, Norwegii i Islandii, informacji dostarczy Europejskie Centrum Konsumenckie (strona internetowa: konsument.gov.pl). Przy zakupach trudno jednak liczyć na praktyczną pomoc ze strony jakichkolwiek instytucji.
AL

Czy nowe przepisy pomogą?

Seniorzy są regularnie oszukiwani na różnych pokazach. Zmiana prawa miałaby ich lepiej ochronić.
Do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów co roku trafia kilkaset skarg na nieuczciwe praktyki podczas pokazów handlowych organizowanych na przykład w hotelach, sanatoriach czy w czasie wycieczek. Takie sygnały docierały nawet wtedy, gdy takie imprezy były nielegalne w związku z obowiązującymi z powodu pandemii obostrzeniami (w tym zakazem zgromadzeń powyżej 5 osób).
Na te pokazy zapraszani są przeważnie seniorzy, a więc szczególnie wrażliwa grupa konsumentów. Są oni kuszeni bezpłatnymi badaniami, prelekcją o zdrowym stylu życia, rabatami do hoteli, a ostatnio – zgodnie z duchem czasu – także darmowymi pulsoksymetrami. Telemarketerzy często nie uprzedzają ich, że spotkanie będzie miało charakter handlowy.
Na pokazach sprzedawane są np. garnki, pościel, urządzenia do masażu, maty, odkurzacze, abonamenty medyczne – zwykle po cenach znacznie wyższych niż rynkowe. Nierzadko naruszane są przy tym prawa konsumentów do pełnej i rzetelnej informacji czy do odstąpienia od umowy. – Od lat walczymy z przedsiębiorcami stosującymi nieuczciwe praktyki rynkowe na pokazach. Regularnie ostrzegamy również konsumentów przed pułapkami czyhającymi na pokazach i edukujemy ich na temat przysługujących im praw. Widzimy jednak, że potrzeba także zmian prawnych, które w systemowy sposób wyeliminują z rynku dużą część nieprawidłowości i ochronią konsumentów, szczególnie seniorów, przed nieuczciwymi praktykami – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK, zauważając nieskuteczność działań swego urzędu.
Dlatego UOKiK przygotował projekt nowelizacji ustawy o prawach konsumenta. Są w nim cztery istotne zmiany legislacyjne:

  1. Zakaz świadczenia usług finansowych podczas pokazów czy wycieczek. Obecnie często konsumenci są namawiani, a nawet zmuszani podczas takich spotkań do zaciągnięcia pożyczek na zakup prezentowanych produktów albo kupna ich na raty. Często nawet nie są świadomi, że zawierają takie umowy, bo podpisują je wśród wielu innych dokumentów. Zgodnie z proponowanymi przepisami umowa o świadczenie usług finansowych zawarta podczas pokazu czy wycieczki byłaby nieważna z mocy prawa.
  2. Zakaz przyjmowania płatności przed upływem terminu na odstąpienie od umowy zawartej poza lokalem. Pozwoli to skutecznie ograniczyć ryzyko strat finansowych po stronie konsumentów i umożliwi im podjęcie świadomej decyzji o zakupie. Często organizator pokazu nie informuje uczestników, że mogą odstąpić od umowy w ciągu 14 dni, a nawet jeśli to zrobią – to trudno im odzyskać pieniądze.
  3. Prawo do odstąpienia od niektórych umów o świadczenie usług zdrowotnych zawieranych poza lokalem lub na odległość. Chodzi przede wszystkim o umowy dotyczące tzw. abonamentów czy pakietów medycznych, które są często sprzedawane na pokazach. Wartość takich pakietów to czasem nawet kilkanaście tysięcy złotych, co jest znacznym wydatkiem, szczególnie dla osób starszych.
  4. Zakaz sprzedaży wyrobów medycznych poza lokalem firmy. Tego typu produkty, często wątpliwej jakości i po zawyżonych cenach, są regularnie oferowane podczas pokazów handlowych. Wprowadzenie zakazu ich sprzedaży pozwoli na skuteczną ochronę konsumentów, zwłaszcza seniorów.

Odpowiedź zna wiatr

Czy wiatraki energetyczne rzeczywiście pozwolą na ograniczanie roli węgla w naszym kraju?

Polska czeka na możliwość szybszego rozwoju produkcji zielonej energii z wiatru. Wprawdzie rząd PiS uporczywie konserwuje węglowy skansen energetyczny, ale przybywa wyrw w tym systemie. – Po trzech latach przestoju, pełną parą ruszyła realizacja projektów wiatrowych na lądzie, które uzyskały już wsparcie w aukcjach przeprowadzonych w latach 2018-2020. W efekcie przybędzie 4200 megawatów nowych mocy wytwórczych, które już wkrótce zasilą polski system czystą i tanią energią. Już dzisiaj te inwestycje wzmacniają krajową gospodarkę, generując nowe miejsca pracy i wpływy podatkowe dla samorządów i budżetu państwa, a także dodatkowe przychody dla właścicieli działek – mówi Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.
Wydaje się jednak, że jest to zbyt optymistyczna opinia, gdyż istnieje jedynie możliwość, że w bieżącym roku zielone światło na budowę uzyskają projekty pozwalające zainstalować (na lądzie) około 900 megawatów nowych mocy wiatrowych. Potencjalni inwestorzy i firmy produkujące tę zieloną energię uważają jednak, że wymaga to liberalizacji tzw. ustawy odległościowej – z czym trudno się zgodzić, bo wprowadziła ona dosyć racjonalne rozwiązania, blokujące stawianie wiatraków tam gdzie mogłoby to być szkodliwe dla ludzi i środowiska.
Koniec minionego roku przyniósł natomiast uchwalenie przez Sejm ustawy o wspieraniu morskiej energetyki wiatrowej, która na początku 2021 roku została jednogłośnie przyjęta przez Senat. Dzisiaj – po podpisaniu ustawy przez prezydenta – jest to już obowiązujące prawo, które otwiera drogę do postawienia pierwszych 5,9 GW (1 gigawat = 1000 megawatów) do 2030 r. w polskiej części Bałtyku, a następnie kolejnych 5 GW – do 2040 r.
Tak więc, dzięki wejściu w życie ustawy dającej podstawy do stawiania wiatraków na morzu, otworzyła się droga do realizacji takich inwestycji w polskiej części Bałtyku. Jest to jednak droga daleka, bo kto to może przewidzieć, co będzie w 2030 r.?. Na razie rozpoczęły się działania papierowe.
­- Przedstawiciele inwestorów oraz przemysłu rozwijanego wokół energii wiatrowej podpisali z Ministerstwem Klimatu i Środowiska list intencyjny w sprawie wypracowania porozumienia sektorowego na rzecz morskiej energetyki wiatrowej, który ma stymulować kolejne polskie firmy do włączania się w łańcuch dostaw. Oprócz tego, państwa regionu Morza Bałtyckiego, w tym Polska, podpisały z Komisją Europejską deklarację, zobowiązując się do współpracy na rzecz maksymalnego wykorzystania potencjału energetycznego morza – wyjaśnia Kamila Tarnacka wiceprezes PSEW.
Zapotrzebowanie na niskoemisyjną i, dzięki rozwiązaniom administracyjnym, atrakcyjną cenowo energię elektryczną, systematycznie rośnie. Zakłady przemysłowe działające w Polsce chcą budować swoją przewagę konkurencyjną w oparciu o prąd z odnawialnych źródeł energii, kupując go bezpośrednio od wytwórcy. Trwają starania o zmianę uwarunkowań prawnych rozwoju sektora wiatrowego w naszym kraju i korzystniejsze reguły finansowania zielonych inwestycji. – Rząd podjął pracę nad nowelizacją ustawy odległościowej. Spodziewamy się, że w pierwszej połowie 2021 roku zostanie usunięta główna bariera blokująca rozwój nowych mocy wiatru na lądzie w Polsce – dodaje prezes Janusz Gajowiecki.
Pytanie, czy rzeczywiście jest to ta główna bariera? Nową szansą dla rozwoju energetyki wiatrowej w naszym kraju może być konieczność odbudowy polskiej gospodarki po po pandemii Covid – 19, a także rola tej technologii w realizacji unijnego, Europejskiego Zielonego Ładu.

Klątwa sklepów budowlanych

Pandemia to poważne zagrożenie. Rządy powołują zespoły doradcze i analityczne. Zbierają dane o zakażeniach i zakażonych. Ważą ryzyka i potencjalne korzyści. Na podstawie badań podejmują decyzje. Mamy już nie tyle trzecie maksimum walki z wirusem, ile trzeci etap desperackiej obrony. Po dwóch poprzednich etapach pozostało wiele danych. Można więc się pokusić o analizę najbardziej zagrożonych środowisk, profesji, miejsc pracy. Można sprawdzić przestrzeganie reżimów sanitarnych, przetestować funkcjonowanie branż w reżimach zaostrzonych.

U schyłku słusznie minionego systemu powstał film mający dla niektórych status kultowego. Polskim Indiana Jonesem został w nim Roman Wilhelmi, aktor na pewno kultowy. Film otrzymał mrożący krew w żyłach tytuł „Klątwa doliny węży”.
Scenariusz powstał, nomen omen, na podstawie opowiadania napisanego (pod pseudonimem) przez Wiesława Górnickiego. Opowiadanie, opublikowane najpierw w „Przekroju”, bardzo mnie zaintrygowało. Scenariusz niestety odszedł dosyć daleko od pierwowzoru, jakby na utwór ktoś rzucił klątwę.
Klątwa ta już Polski nie opuściła i przenosi się z miejsca na miejsce. Jakby w pogoni za nią przemieszczają się rządowe obostrzenia. Wszystko z powodu tajemniczej lotnej substancji z Azji.
Z analiz naszego rządu wynika, jak sądzę, że najwięcej osób zakaża się w restauracjach, na kortach tenisowych, w sklepach meblowych i marketach budowlanych. Bardzo groźne są wizyty w zakładach fryzjerskich i kosmetycznych.
Co prawda, nie spotkałem się z żadnymi przytaczanymi przez media badaniami, z których by wynikało, że jakieś miejsca czy aktywności publiczne są bardziej od innych związane z ryzykiem zakażenia. Jedyne opracowanie, na które natrafiłem, było niemieckie (oczywiście) i dotyczyło ryzyka zakażenia wirusem w komunikacji publicznej. Okazało się, że korzystanie z autobusów czy tramwajów przy przestrzeganiu nałożonych ograniczeń, zachowaniu dystansu i obowiązkowym noszeniu maseczek nie stanowi podwyższonego ryzyka zakażenia.
Dawno temu entuzjaści z MythBusters przeprowadzili eksperyment konsumpcyjny. Badali ryzyko zetknięcia się z zawiesiną zawierającą wirusy w trakcie spożywania wspólnego posiłku. Okazało się, że symulowane kichnięcie powoduje dotarcie zawiesiny kropelkowej do wszystkich uczestników eksperymentalnego posiłku. Zasłonięcie ust i nosa z kolei zabezpieczało ich niemal wszystkich przed takim kontaktem. Prosty eksperyment jednak nie przedostał się do zbiorowej pamięci społecznej.
Do przedstawicieli naszej administracji państwowej wiedza naukowa wydaje się nie docierać, choć trzeba przyznać, że wyciąganie wniosków z doświadczeń nie jest im całkiem obce. Wszyscy pewnie zauważyli, że wprowadzając maksymalny (prawie) zakres ograniczeń, rząd tym razem pominął niektóre miejsca i aktywności.
W odróżnieniu od wiosennego wielkiego zamknięcia lasy i cmentarze pozostawiono otwarte. Lasy zapewne dlatego, że ich powierzchnia od zeszłego roku znów bardzo się skurczyła. Cmentarze z kolei z powodu wzmożonego ostatnio ruchu – niestety, raczej jednokierunkowego.
Ostały się również księgarnie. Może ktoś wreszcie doniósł rządowi ostatni raport w sprawie czytelnictwa, dowodzący jasno, że pomimo pandemii Polacy nadal nie czytają książek, więc ryzyko wpadnięcia na rodaka w księgarni jest niewielkie.
Chociaż rozumiem zamknięcie klubów fitness, bo trudno jest intensywnie ćwiczyć w maseczce, a w klubach ćwiczy się grupowo, trudno mi znaleźć uzasadnienie zamknięcia siłowni, w których przecież ćwiczy się indywidualnie. Co prawda, już dawno zorganizowałem sobie minisiłownię w domu i zamknąłem ją dla innych, ale to chyba nieco inny przypadek.
Dziwić też może zamknięcie solariów, choć tym, którzy solariów nadużywali, taka przerwa może uratować… skórę.
A teraz pora na tytułową klątwę sklepów budowlanych. Wiara w tę klątwę musi być szczególnie żywa.
Wiara rozwija się zwłaszcza wtedy, gdy przedmiot kultu (wiary) owiany jest mgiełką tajemnicy. Jak sądzę, ci, którzy doradzają premierowi zamykanie takich sklepów przy każdej okazji, nigdy w nich nie byli. Słyszeli jedynie o satanistycznych orgiach, jakie się tam odbywają tuż po otwarciu albo zamknięciu: o lizaniu tapet i wykładzin, tarzaniu się w zasłonach i firanach, pluciu na kafelki.
Po prostu istny szał. Tylko Podkowińskiego brak…
Nawet na rybnych stoiskach przed Wigilią nie wymyślają takich bezeceństw, do jakich dochodzi między regałami w marketach budowlanych. A w meblowych ? Strach pomyśleć, co się dzieje na tych kanapach i fotelach… bujanych. Aż sam się boję tam zaglądać. Jeśli już pod groźbą śmierci, a przynajmniej utraty zdrowia lub resztek komfortu zmuszony jestem do takiego przeklętego miejsca się wybrać, łapię szybko, co mi potrzebne, i zaraz uciekam. Ledwo zdążę zapłacić…
W tej sytuacji jest chyba logiczne, że rząd nakazał zamknięcie tych niebezpiecznych przybytków.
A przy okazji zakazał uczestnictwa we wszelkich zgromadzeniach, bo wiadomo, że jak tacy sataniści nakupią w marketach sprzętu elektrycznego, to potem się gromadzą i robią krótkie spięcia i małe błyskawice. I tak przyciągają wirusy.
Jedynie miejsca, w których można bezpiecznie się schronić, to kościoły, bo wirus boi się święconej wody oraz kadzidła. Choć kadzidła chyba bardziej. Po wielogodzinnych negocjacjach z Episkopatem rząd ogłosił, że z pewnym ograniczeniami kościoły pozostaną otwarte. Dlatego z pewnym takim zaskoczeniem przeczytałem w Internecie, że Kościół dostosuje się do wszystkich obostrzeń dotyczących, na przykład, sklepów spożywczych. Okazało się jednak, że owszem, Kościół, ale norweski. Nasz twardo trzyma rząd, i wiernych, na kolanach.
Przepraszam za ten przydługi tekst, z którego wynika chyba dosyć jednoznacznie, że rządzą nami idioci. No, ale żeby tak sobie rzucić takim wyrażeniem w przestrzeni publicznej, trzeba być przynajmniej pisarzem… A ja tak sobie tylko piszę tu i tam.
A tak przy okazji: prezydent Duda nie jest już tym, za kogo prawie wszyscy go mają. Przynajmniej w Google. Niech pana bóg błogosławi, panie Rosewater, pardon, panie Sundar Pichai.
PS. Polexit się rozpoczął, premier złożył w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o wyższości polskiego prawa konstytucyjnego nad prawem unijnym. To może sugerować, że premier nie umie czytać (czytać w ogóle, a nie tylko ze zrozumieniem).
Artykuł 91 Konstytucji rozstrzyga o relacjach pomiędzy ratyfikowanymi umowami międzynarodowym (traktatami UE) a prawem stanowionym przez polski parlament. W Googlach tego nie znajdziecie, ale nasz premier jest jak nasz prezydent.
A konkordat należy wypowiedzieć. Między innymi dlatego, by Głódź trafił tam , gdzie jego zasłużone miejsce a nie do swojego pałacyku.

Gospodarka 48 godzin

Prognozy dla świata
Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że światowa gospodarka wzrośnie o 5,5 proc. w 2021 r. i 4,2 proc. w 2022 r. Tak więc, Polska pod rządami PiS będzie się w przyszłym roku rozwijać wolniej od reszty świata, bo budżet na 2021 r. przyjmuje wzrost wynoszący 4 proc. – a trzeba dodać, że rząd PiS, jak zwykle, wykazał bardzo dużo optymizmu w prognozowaniu tegorocznego wzrostu gospodarczego w naszym kraju. Światowa prognoza wzrostu PKB na 2021 r. została przez MFW skorygowana w górę o 0,3 punktu procentowego w stosunku do poprzedniej prognozy, odzwierciedlając oczekiwania dotyczące wzmocnienia tempa gospodarki spowodowanego szczepionkami w dalszej części roku oraz dodatkowe wsparcie polityczne dla kilku dużych gospodarek. Przewidywane w tym roku ożywienie wzrostu następuje po poważnym załamaniu w 2020 r., które miało poważny, negatywny wpływ zwłaszcza na kobiety, młodzież, osoby ubogie, osoby zatrudnione nieformalnie oraz osoby pracujące w sektorach wymagających intensywnego kontaktu z innymi ludźmi. Globalny spadek wzrostu w 2020 r. szacuje się na minus 3,5 proc., czyli o 0,9 pkt. proc. więcej niż przewidywano w poprzedniej prognozie.
Siła tegorocznego ożywienia gospodarczego będzie się znacznie różnić w poszczególnych krajach, w zależności od dostępu do technologii medycznych, skuteczności wsparcia politycznego czy cech strukturalnych wchodzących w skład kryzysu. Chociaż szczepionki wzbudziły nadzieje na ograniczenie pandemii w tym roku, to kolejne fale i nowe warianty wirusa budzą obawy co do perspektyw świata – zwraca uwagę MFW. Dlatego działania polityczne podejmowane przez rządy państw powinny zapewniać skuteczne wsparcie dla gospodarki, do czasu zdecydowanego ożywienia gospodarczego – z naciskiem na rozwijanie kluczowych elementów wzrostu oraz przyspieszenie ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
Konieczna jest ścisła współpraca wielostronna, aby wszędzie opanować pandemię. Należy przyspieszyć dostęp do szczepionek we wszystkich krajach, zapewnić ich powszechną dystrybucję oraz ułatwić dostęp do niezbędnych leków po cenach przystępnych dla wszystkich. Ponadto, wiele krajów, zwłaszcza rozwijających się gospodarek o niskich dochodach, weszło w kryzys z wysokim zadłużeniem, które dalej rośnie podczas pandemii. Społeczność światowa będzie musiała przyśpieszyć działania, zmierzające do ograniczenia zadłużenia tych państw.

Sprawdzone informacje
Powstała Biała Księga zatytułowana „Szczepienia przeciw COVID-19. Innowacyjne technologie i efektywność”. Ma ona stanowić kompendium wiedzy o szczepieniach, technologii i ich zasadności w walce z pandemią koronawirusa. Działa także strona internetowa www.naukaprzeciwpandemii.pl z sekcją najczęściej pojawiających się pytań ze strony Polek i Polaków oraz z publikacjami, które zawierają zweryfikowane, rzetelne informacje na temat szczepień. Zarówno Biała Księga, jak i strona www dostępne są w wersji polsko- i anglojęzycznej. Może to być remedium na sprzeczne komunikaty płynące ze strony rządowej.

Jak katolik z katolikiem
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP wyraża zaskoczenie i ogromny smutek, że Archidiecezja Krakowska wypowiedziała katolickiemu pismu „Tygodnik Powszechny” prawo do najmu owianego historią lokalu przy ul. Wiślnej 12. Decyzja krakowskiej kurii odbiła się echem w Polsce i na świecie. Pisała o tym m.in agencja Associated Press.

Internet za zamkniętymi drzwiami

Państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa apeluje do dorosłych, by zgłaszali przypadki publikacji treści erotycznych samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie.
Coraz częściej w sieci spotykane są intymne materiały foto lub wideo przedstawiające dzieci – i często wykonane są one przez nie same. Przypomnijmy, że w świetle polskiego prawa (ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka) za dziecko uznaje się istotę ludzką do chwili osiągnięcia pełnoletniości, czyli 18 lat. Taką osobę określa się też terminem prawnym: „małoletnia”.
Blisko co trzeci ankietowany polski nastolatek w badaniach Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej zadeklarował, że prowadził wideo rozmowy z osobami, których wcześniej nie znał, a co ósmy, że w trakcie takich rozmów dostał propozycję pokazania się bez ubrania. 25 proc. polskich nastolatków zadeklarowało, iż otrzymało czyjeś materiały erotyczne, a ponad 7 proc. – że wysłało komuś swoje. Taki wynik przynosi badanie NASK „Nastolatki wobec internetu” z 2014 r., jednak na podstawie tzw. technik projekcyjnych zastosowanych w kwestionariuszu badania, można wnioskować, że procent takich nastolatków jest znacznie wyższy.
W związu z tym państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa rozpoczął kampanię „Czy wiesz, co robią dzieci za zamkniętymi drzwiami?”, poruszającą problem wytwarzania oraz prezentowania w internecie i rozsyłania do innych osób intymnych obrazów lub filmów przez osoby małoletnie. Jak precyzuje NASK, chodzi tu o osoby małoletnie: „intencjonalnie angażujące się w erotyczną lub seksualną aktywność”. Eksperci Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej przekonują, że coraz więcej takich obrazów krąży w sieci – i za każdym z nich może stać krzywda dziecka.
Jak podkreśla państwowy instytut badawczy NASK: „Kampania ma zachęcać dorosłych użytkowników Internetu do zgłaszania przypadków publikacji treści erotycznych, samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie”.
W sformułowaniu tym instytut badawczy NASK użył określenia „osoba nieletnia”, a nie „małoletnia”. Chodzi tu konkretnie o rok różnicy, jest to jednak ważna różnica.
Nieletni to w świetle polskiego prawa karnego osoba poniżej 17 roku życia, która tylko w szczególnych przypadkach może odpowiadać za popełnienie przestępstwa. Do tych przypadków nie należy wytwarzanie materiałów pornograficznych przez nieletniego, z udziałem własnym czy innej osoby nieletniej – za co może jednak karnie odpowiadać osoba małoletnia (w tym przypadku, będąca pomiędzy 17 a 18 rokiem życia).
Dziecko (czyli człowiek poniżej 18 roku życia) może zatem zostać skazane za wytwarzanie i upowszechnianie materiałów zawierających to, co wolno mu robić. Zgodnie z polskim prawem, minimalny wiek, od którego dziecko ma prawo wyrażenia zgody na czynności seksualne z inną osobą wynosi w naszym kraju 15 lat.
Osoba pomiędzy 17 a 18 rokiem życia może więc legalnie już podejmować czynności seksualne, ale nie może ich utrwalać ani ujawniać w internecie, gdyż grozi jej za to odpowiedzialność z art 202 kodeksu karnego (publiczne prezentowanie treści pornograficznych). A jest ona niemała: od 1 roku do nawet 12 lat pozbawienia wolności. Nie dla każdego „intymność” znaczy dokładnie to samo. Ale większość z nas uznaje, że sprawy intymne, czyli związane z seksualnością, należą do sfery najbardziej prywatnej i powinno się je dzielić wyłącznie z najbliższymi osobami. Niestety, nie zawsze młode osoby w pełni zdają sobie sprawę ze znaczenia tego faktu. Albo z innych, zewnętrznych powodów, decydują się postąpić wbrew swojej potrzebie zachowania prywatności. Eksperci, którzy na co dzień zajmują się treściami szkodliwymi i nielegalnymi w Internecie, w tym materiałami przedstawiającymi seksualne wykorzystywanie dzieci, coraz częściej otrzymują zgłoszenia na temat materiałów z bardzo intymnymi treściami wideo i zdjęciami, na których dzieci zarejestrowały same siebie, a potem udostępniły je innym osobom – mówi Anna Rywczyńska, kierownik działu edukacji cyfrowej w państwowym instytucie badawczym NASK.
„Wśród tych zdjęć czy filmów znajdują się takie, gdzie dziecko jest całkowicie rozebrane, widać intymne części ciała lub wręcz jest w trakcie czynności seksualnych” – podkreśla instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa. Mogą to być treści sextingowe, które młodzi przesyłają sobie nawzajem (np. jako dowód miłości, zaufania, element flirtu, zabawy).
Treści takiej korespondencji niekiedy „wypływają” i są upubliczniane wbrew początkowym intencjom pary – na skutek kłótni, pozyskania materiałów przez osoby postronne lub błędu w zabezpieczeniach. Zdarzają się jednak również materiały, które nastolatki przesyłają na prywatnych kanałach osobom nieznajomym lub publikują w szeroko dostępnych serwisach.
Według badań brytyjskiej organizacji Internet Watch Foundation, wśród znalezionych w Internecie materiałów o charakterze seksualnym wykonanych przez osoby nieletnie, 96 proc. treści przedstawiało te dzieci znajdujące się w domowym otoczeniu, przeważnie w pokojach lub sypialniach pełnych zabawek lub młodzieżowych dekoracji. 98 proc.zbadanych materiałów przedstawia dzieci w wieku 13 lat i mniej. Słowem, jest to raj dla pedofilów. W Polsce na razie nie ma podobnych statystyk. – Nie można uznawać, że materiały wytworzone samodzielnie zawsze są wykonane dobrowolnie. W wielu przypadkach są to materiały powstałe w wyniku procesu uwodzenia dziecka, szantażu, pod wpływem presji rówieśników lub środowiska bądź w wyniku podejmowania czynności przez nieletnich, którzy naśladując starszych, nie do końca rozumieją cały kontekst sytuacji – wyjaśnia Martyna Różycka, kierownik należącego do Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zespołu Dyżurnet.pl, zajmującego się reagowaniem na szkodliwe i nielegalne treści w sieci.
W 2019 r. Dyżurnet.pl przeanalizował 12 517 zawiadomień, z czego 2 295 (czyli 18 proc. analizowanych treści) zostało zakwalifikowanych jako treść pornograficzna z udziałem dziecka. Były to więc materiały bezsprzecznie nielegalne.
Eksperci Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zauważają, że coraz częściej wśród materiałów atrakcyjnych dla osób o pedofilskich skłonnościach znajdują się materiały samodzielnie wytworzone przez osoby małoletnie. W 2019 r. stanowiły one blisko 10 proc. treści zakwalifikowanych jako pornografia dziecięca. Trudno zrozumieć, co siedzi w głowach nastolatków, którzy samodzielnie wytwarzają pornografię dziecięcą z własnym udziałem, lecz jak wynika z badań NASK, jest to realny problem w Polsce.
Celem kampanii jest zwrócenie uwagi osób dorosłych na to, że nawet drobne działanie, takie jak zgłoszenie nadużycia do moderatora lub administratora serwisu, może zapobiec poważnym konsekwencjom dla dziecka. O ile bowiem młody autor czy autorka intymnego selfie może nie do końca zdawać sobie sprawę, jak poważny błąd popełnia, to dorośli powinni.
Publikowanie materiałów intymnych może prowadzić do nadużyć wobec dziecka, na przykład agresywnych i wulgarnych komentarzy, dalszej seksualizacji oraz przemocy polegającej na wymuszaniu dostarczania kolejnych filmów czy zdjęć. Intymne materiały są oczywiście atrakcyjne dla osób o pedofilskich skłonnościach.
Należy podkreślić, że według polskiego prawa utrwalanie i publikacja treści pornograficznych z udziałem osoby poniżej 18. roku życia są nielegalne. Nakłanianie przez dorosłych osoby nieletniej do prezentowania nagości również jest niezgodne z prawem.
„Wielką rolę mają tu do odegrania rodzice, którzy powinni poważnie traktować internetowe doświadczenia swoich dzieci, słuchać ich i interweniować zawsze wtedy, gdy dziecko czuje, że sobie nie radzi” – podkreśla instytut badawczy NASK. I wskazuje, że to często dorośli krzywdzą dzieci. Tym bardziej na pozostałych dorosłych, którym dobro dzieci leży na sercu, ciąży obowiązek reagowania, gdy dzieje się coś niepokojącego.
Zgłaszanie treści, w których osoby małoletnie są widoczne w seksualnym kontekście, prowadzi do weryfikacji, czy nie doszło do przestępstwa?. Prowadzi też przeważnie do usunięcia filmu czy zdjęcia z danego serwisu a czasem nawet z wyników wyszukiwania lub z dostępnych stron portalu społecznościowego. To ważne dla młodych osób, dla których oglądanie krępujących materiałów przez rodzinę czy przyjaciół może być źródłem cierpienia psychicznego.
„Dlatego, nawet jeśli nie jesteśmy pewni, czy osoba, którą oglądamy jest niepełnoletnia, czy tylko młodo wygląda, powinniśmy zgłosić materiał do sprawdzenia przez moderatora lub do zespołu Dyżurnet.pl” – apeluje instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa.

O słuszną sprawę

PiS nie zdoła przykryć postulatów kobiet za pomocą wywoływania kolejnych awantur.
Pod koniec października Ogólnopolski Strajk Kobiet przedstawił szereg postulatów skierowanych do rządu. Przyglądając się pod koniec roku debacie publicznej, w mediach tradycyjnych oraz społecznościowych, można było odnieść wrażenie, że z czasem społeczne poparcie dla protestów zaczęło maleć – miedzy innymi ze względu na incydenty zdarzające się podczas demonstracji oraz formę postulatów, która mogła być dla niektórych rażąca.
Gdy jednak gdy zapytano Polaków, jaka jest ich opinia o protestach biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, to 68 proc. osób uznało je za słuszne – czyli ponad dwie trzecie społeczeństwa. Co warte podkreślenia, mężczyźni i kobiety popierają protesty w równym stopniu.
Największym poparciem cieszą się postulaty dotyczące poprawy publicznej ochrony zdrowia (89 proc. wskazań), wsparcia osób z niepełnosprawnościami (86 proc.) oraz zapewnienia ogólnie rozumianych praw kobiet (86 proc.). Spośród postulatów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet niemal wszystkie popierane są przez ponad połowę Polaków, łącznie z hasłem o rozdziale Państwa od Kościoła (70 proc.).
Warto tutaj zauważyć, że dwa postulaty uzyskały wyraźnie niższe wyniki – jest to zapewnienie praw osób LGBT (44 proc. poparcia) oraz aborcja na żądanie, którą popiera 47 proc. Polaków. W bezpośrednim pytaniu dotyczącym aborcji największa grupa jest przy utrzymaniu tzw. kompromisu aborcyjnego, który obowiązywał w Polsce przez ponad dwie dekady. Tylko 36 proc. Polaków uważa, że aborcja powinna być dostępna bez ograniczeń albo do określonego miesiąca ciąży, 43 proc. respondentów opowiada się za dotychczasowym rozwiązaniem, a jedynie 15 proc. chciałoby zaostrzenia prawa aborcyjnego – wykazuje badanie Inquiry zrealizowane między 20 a 29 listopada 2020 r.
Polacy chętnie więc popierają protesty organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet, pomimo że w mniejszym stopniu popierają istotę tych protestów, a więc walkę o nieograniczone prawo do aborcji. Kompromis aborcyjny zdążył się w Polsce przyjąć, a wyrok Trybunału Konstytucyjnego naruszył tę równowagę. Rośnie też frustracja społeczna, która przekłada się na coraz niższy poziom poparcia dla partii rządzącej. – Wynik naszego badania pozwala przypuszczać, że w oczach dużej części społeczeństwa protesty, które przetoczyły się przez kraj, miały przede wszystkim charakter antyrządowy. Sprzeciw wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego to tylko jeden z aspektów obecnej sytuacji, wcale nie najważniejszy – komentuje Agnieszka Górnicka, prezes Inquiry.
Na scenie politycznej brakuje jednak alternatywy – wprawdzie nieco ponad połowa badanych wskazała inne partie niż PiS, ale żadna z nich nie ma przeważającej siły. Aż jedna trzecia nie zamierza głosować wcale lub nie wie, na jaką partię miałaby oddać głos.

Bezprawie w czasach zarazy

Epidemia stała się w Polsce pretekstem do nadużywania władzy oraz kolejnych ataków na praworządność i swobody obywateli.
Pandemia COVID-19 doprowadziła na całym świecie do poważnego kryzysu zdrowotnego. Wirus okazał się wyzwaniem również z perspektywy praworządności i demokratycznych instytucji. Z jednej strony, została ona wykorzystana przez lokalnych przywódców o autorytarnych skłonnościach, do konsolidacji swojej władzy i usprawiedliwienia naruszeń praw człowieka. Z drugiej strony, pandemia jest testem trwałości demokracji i pojawiają się nadzieje na „demokratyczne odrodzenie”.
Nadużycia władzy widoczne były również w Polsce, gdzie od pięciu lat instytucje gwarantujące rządy prawa i wolności jednostki są atakowane – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju w raporcie na temat kryzysu praworządności w Polsce w okresie pandemii COVID-19.
FOR wskazuje, że po przejęciu Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądownictwa, Prawu i Sprawiedliwości udało się dodać Sąd Najwyższy do listy instytucji kontrolowanych przez nominatów PiS.
Pandemia była również związana z gwałtownym przyrostem produkcji nowego prawa, co w połączeniu z osłabieniem przejrzystości procesu legislacyjnego, przyczyniło się do pogłębienia prawnego chaosu. W tym samym czasie upolityczniony Trybunał Konstytucyjny został wykorzystany do przepychania politycznej agendy rządzących i osłabiania ograniczeń władzy rządu.
Podczas gdy nadzwyczajne okoliczności wymagają środków przewidzianych dla stanów nadzwyczajnych, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wykorzystał tych zapisanych w Konstytucji narzędzi. W ich miejsce wprowadzano obostrzenia pozbawione prawidłowej podstawy prawnej – stwierdza FOR. Wiele z nich, z epidemiologicznego punktu widzenia, było uzasadnionych, to brak umocowania w prawie doprowadził do problemów z ich egzekwowaniem, o czym świadczą kolejne wyroki uniewinniające za przypadki braku przestrzegania obostrzeń.
Główną przyczyną pominięcia konstytucyjnych regulacji były bez wątpienia wybory prezydenckie. Zgodnie z Konstytucją wybory nie mogą odbyć się w trakcie stanu nadzwyczajnego i 90 dni po jego zniesieniu. Ostatecznie wybory odbyły się w lipcu 2020 roku, po nieodbyciu się w pierwotnym terminie, a cały okres przedwyborczy był pełen kontrowersji z powodu nielegalnych zmian w prawie wyborczym i prób przepchnięcia głosowania całkowicie korespondencyjnego.
Jak ocenia FOR, druga kadencja Andrzeja Dudy jest zwiastunem kolejnych ataków na rządy prawa i wolność jednostek, jakie obserwujemy od końca 2015 roku.

Nasze poczucie bezpieczeństwa

Bilans ostatnich lat: coraz więcej Polaków trafia do aresztów, ubywa zabójstw, przybywa przestępstw seksualnych wobec małoletnich, zaś efektywność rządzenia wyraźnie spada.

Gallup, agencja, która nie wymaga chyba prezentacji, opublikowała parę dni temu Globalny Indeks Prawo i Porządek 2020 (Global Law and Order Index), w którym Polska zajęła dopiero 40. miejsce. To jednak lepiej o dziewięć miejsc niż w 2016 roku.
Indeks jest po raz kolejny opracowany i opublikowany przez Gallupa dla 144 państw, czyli więcej o 10 niż 2016 r. Badania zostały przeprowadzone na próbach o łącznej liczbie 175 tysięcy osób, co oznacza, że w każdym kraju próba liczyła po około 1000 osób w wieku powyżej 15 lat. Współczynnik ufności badań (pokazujący ich prawdopodobną wiarygodność) wynosi 95 proc.
Raport nawiązuje bezpośrednio do Celów Zrównoważonego Rozwoju Agenda ONZ 2030, wśród których znajduje się Cel nr 16: pokój, sprawiedliwość dla wszystkich oraz efektywne i dostępne instytucje na wszystkich poziomach.
Indeks i sam raport Gallupa dają swoją odpowiedź na generalne pytanie: czy świat jest bezpieczniejszy? Chodzi tu o poczucie bezpieczeństwa osobistego i osobiste doświadczenia związane z przestępczością i egzekwowaniem prawa. W szczególności zaś ważne są odpowiedzi na następujące pytania:

  1. Czy w mieście lub okolicy, w której mieszkasz masz zaufanie do lokalnej policji?
  2. Czy czujesz się bezpiecznie, spacerując samotnie w nocy po mieście lub w okolicy w której mieszkasz?
  3. Czy w ciągu ostatnich 12 miesięcy skradziono pieniądze lub majątek tobie lub innemu domownikowi?
  4. Czy w ciągu ostatnich 12 miesięcy zostałeś napadnięty?
    Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składają się wskaźniki cząstkowe Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników, przy czym wagi, które są im przypisane zostały opracowane przez wybitnych ekspertów z danych specjalistycznych dziedzin.
    Globalny Indeks Prawo i Porządek 2020 oraz pełny raport można znaleźć na stronie www.gallup.com. Opis metodologii badań i dane szczegółowe dostępne na stronie Gallup’s Country Dataset details.
    Indeks końcowy to jedna syntetyczna liczba i przy jej pomocy można budować rankingi krajów. Skala wartości indeksu kształtuje się w granicach od 0 do 100.
    W 2016 r. w Globalnym Indeksie Prawo i Porządek zajmowaliśmy 49. miejsce a w 2020 roku awansowaliśmy na 40 miejsce. Bezpośrednio przed nami są Nowa Zelandia i Filipiny. Po nas Serbia i Estonia.
    Czołówka rankingu to, jak pokazano w tabeli: Singapur (od wielu lat), Turkmenistan, Chiny (w poprzednim indeksie nie były badane), Islandia i Kuwejt (także nie był wcześniej badany). Spośród krajów europejskich w pierwszej dziesiątce są jeszcze Szwajcaria, Austria, Finlandia i Norwegia.
    Wartość Indeksu dla lidera Indeksu Singapuru wynosi 97 proc. a dla Polski: 84 proc. I taki jest obecnie nasz dystans do najlepszego. Miejsce w rankingu zajmujemy dość odległe ale różnica w wartości indeksu nie jest już tak duża.
    Nowe kraje Unii Europejskiej zajmują następujące miejsca: przed nami lokuje się tylko Słowenia (16). Za nami są: Serbia (41), Węgry (43), Chorwacja (62), Słowacja (64), Łotwa (72), Litwa (73), Bułgaria (78) i Rumunia (81).
    Czechy, które w Indeksie 2016 zajmowały 27 miejsce, tym razem z jakichś powodów w Indeksie 2020 nie występują. Niemcy są na 26 pozycji a Francja na 31.
    Jak to wygląda u sąsiadów spoza UE?: Białoruś – 77 miejsce, Rosja – 92, a Ukraina – 112.
    Godne odnotowania jest bardzo wysoka trzecia pozycja Chin. Stany Zjednoczone zajmują natomiast 36. miejsce.
    Końcowe pozycje w rankingu zajmują: RPA, Liberia, Wenezuela, Gabon i ostatni Afganistan z 144 miejscem i wartością Indeksu na poziomie 43.
    Jeśli chodzi o zróżnicowanie w skali regionów, to przodują kraje Azji Wschodniej i one też wykazały największy postęp – od 87 proc. w 2017 r. do 92 proc. w 2020 r. Wysoko notowane są także kraje Europy Zachodniej lecz już bez postępu w tych latach. Postęp wykazały też kraje Ameryki Łacińskiej i Karaibów (choć są na ostatnim miejscu w klasyfikacji regionów): z 62 proc. w 2017 r. do 66 proc. w 2020 r. Przoduje tu Salwador – 79 proc., postęp o 6 punktów procentowych.
    Główny Urząd Statystyczny na specjalnej stronie SDG publikuje mnóstwo wskaźników obrazujących stan realizacji w Polsce poszczególnych Celów Zrównoważonego Rozwoju, w tym także oczywiście Celu nr 16, o którym tu mowa (link: sdg.gov.pl/peace-and-justice-strong-institutions/. 10 wskaźników jest już publikowanych a kolejne 13 czekają na ostateczne ich zdefiniowanie i następnie na publikację. Zachęcam do okresowego odwiedzania tej strony.
    Oto niektóre z wskaźników podanych przez GUS. Współczynnik zgonów w wyniku zabójstw na 100 tys. ludności: w 2010 r. – 0,92 a 2018 r. – 0,53. Poczucie bezpieczeństwa w miejscu zamieszkania w procentach: w 2015 r. – 90,6 a w 2019 r. – 92,3 proc. Liczba stwierdzonych przestępstw przeciwko wolności seksualnej popełnionych wobec osób małoletnich: w 2016 r. – 1.426, a w 2019 r. – 1.603. Udział osób tymczasowo aresztowanych w ogólnej liczbie przebywających w zakładach karnych i aresztach śledczych: w 2015 r. – 5,9 proc., a w 2018 r. – 10,2 proc. Wskaźnik efektywności rządzenia (na który składa się bezstronność i jakość świadczenia usług publicznych oraz niski poziom korupcji): w 2014 r. – 0,83 pkt. a w 2018 r. – tylko 0,66 pkt.

    Globalny Indeks Prawa i Porządku 2020
  5. Singapur 97
  6. Turkmenistan 97
  7. Chiny 94
  8. Islandia 93
  9. Kuwejt 93 38. Nowa Zelandia 84 39. Filipiny 84 40. Polska 84 41. Serbia 84 42.Estonia 83