Księga Wyjścia

Ballada nogami pisana.

Od kilku dni mam nową pracę. Zajmuję się spisywaniem ogrzewania w podstołecznych gminach. Czyli krótko mówiąc zostałem ankieterem, wyposażony w torbę, stos odpowiednich blankietów chodzę od domu do domu wypytując mieszkańców kto czym ogrzewa. Kto ma zainstalowany gaz, kto panele, węgiel, kominek, albo zwykłą kozę i dogrzewa się zebranymi przy drodze fragmentami opon. Oczywiście właściciel nie przyzna się nigdy do takiego czynu, więc rolą ankietera jest również ocena, czy potencjalny użytkownik budynku odpowiada w miarę szczerze na liczne pytania.
Na początek trafiła mi się gmina ściśle przylegająca do Warszawy, granica jest tak płynna, że jeśli ktoś nie jest mieszkańcem, to może nie wiedzieć, że jedna strona to jeszcze stolica, a druga już nie. Tak więc trafiłem na same wypasione wille. Tutaj problem rysuje się odrobinę inaczej, trudno podejrzewać, że nowi milionerzy ogrzewają mieszkania starymi oponami, ale też nie należy spodziewać się uprzejmości, ani partnerskiej rozmowy z kimś, którego ego jest znacznie większe niż pięciuset metrowa „pałacowilla”.
Na całe szczęście z jakimś wyraźnym chamstwem się nie spotkałem, może dlatego, że wójt uprzedził mieszkańców wysyłając wcześniej informację, a może dlatego, że trafiłem na normalnych ludzi, którzy nie osiągnęli swojego poziomu zamożności ze sprzedaży „słomy”. Przepraszam wszystkich rolników za porównanie, ale zapewne wiecie kogo mam na myśli, niekoniecznie byłych mieszkańców wsi, ale tak zwanych nuworyszów, nowobogackich, chociaż Rosjanie mają lepsze określenie – nowowruski.
Moje obawy spotęgował też rodzaj, zawartych w ankiecie pytań. Niektóre dosyć drażliwe, o ile imię i nazwisko nie jest obowiązkowe, to ankieta nie jest również do końca anonimowa, ponieważ każda dotyczy konkretnego adresu. W obowiązkowych rubrykach muszę wpisać roczny koszt ogrzewania, ile osób mieszka, rodzaj własności i właśnie tego bałem się szczególnie. Bałem się, że wszędzie usłyszę: „a co to pana obchodzi”.
Uspokoiłem się już pierwszego dnia, gdy okazało się, że ludzie są jednak wyczuleni na powietrze którym oddychamy i mimo, że sami mają głównie ogrzewanie ekologiczne, to rozumieją, że musimy sprawdzić wszystkich. W trakcie pracy okazało się, że ta ich zbytnia uprzejmość ma też swoje wady, potwornie opóźnia pracę. Mieszkańcy są gotowi podać wszystkie dane, wyciągają rachunki, liczą i sumują roczne wydatki na energię, i choć mamy podać w przybliżeniu, to oni wolą to zrobić dokładnie. Często zapraszają do domów, częstują kawą i opowiadają kto może palić materiałami zakazanymi.
To wszystko jest bardzo miłe i interesujące, ale zabiera mnóstwo czasu, a mam określoną liczbę ankiet do zrobienia. Żeby się wyrobić, to mniej więcej muszę zapełnić sto dziennie.
Podzieliliśmy z kolegą obszar na kwadraty i staramy się systematycznie, kolejno przepytywać dom po domu. Czasami zdarzają się zmyłki. Dom, który ewidentnie ma ponad dwieście metrów, właściciel podaje ich sto, na pytanie, że chyba jednak dom ma więcej, odpowiada: „tak, ale mieszkam sam i ogrzewam jedynie część”.
Chodząc tak od domu do domu mam czas na myślenie. Ostatnio pisałem jak można w Polsce legalnie kupić broń palną. Nowiuteńką, prosto z włoskiej lub hiszpańskiej fabryki – akurat te kraje specjalizują się w tym rodzaju uzbrojenia – pod warunkiem, że wygląda jak model sprzed 1885 roku. Czyli broń kolekcjonerska, ale w pełni sprawna.
Teraz gdy już wiecie jak legalnie, bez żadnych zbędnych pierdół i pozwoleń, za pomocą samej gotówki lub karty nabyć pistolet lub karabin znacznie mocniejszy od tych standardowo używanych przez wojsko czy policję, napiszę dlaczego nie warto tej broni posiadać. Emocje. Znaczna część społeczeństwa ma do dyspozycji całą ich paletę. Od radości, przez smutek, złość, gniew czy nawet wściekłości.
Emocje nie są ani złe ani dobre, po prostu są. Nawet złości nie należy kwalifikować po tej złej stronie i nie starać jej eliminować. Po prostu jest i tylko od nas zależy co dalej z nią zrobimy.
Jeszcze przed terapią udało mi się osiągnąć stan bezemocjonalny. Nie odczuwałem żadnych emocji. Wynik długoletniego uprawiania nałogów. Nic nie było w stanie rozbawić mnie tak szczerze, do rozpuku, jeśli się uśmiechałem to grzecznościowo, ale też nic nie było w stanie mnie zdenerwować. Tego uczucia nie znałem – z jednym wyjątkiem. Gdy wsiadałem do samochodu, ta nieznana dotychczas złość, pojawiała się gdy tylko ktoś wcisnął się przede mnie w kolejkę, wściekłość, gdy zajechał drogę, a gdy raz jakiś człowiek cofając swoje auto dosłownie dotknął mojego, goniłem go przez kilka osiedli, aż dopadłem zajechałem drogę i wymusiłem odszkodowanie za szkody, których nie wyrządził, bo nie było nawet rysy. Odszkodowanie musiał oczywiście wypłacić od razu, co sugerowała zarówno moja postawa jak i jego siłowe wyciągnięcie z auta. Wyrwałem w ten sposób kilkaset złotych, bo tyle miał w portfelu, i ta źle ukierunkowana złość nagle opadła. Pomyślałem – co ja narobiłem. Chodząc teraz z ankietami i wracając myślami do lat dziewięćdziesiątych – to mniej więcej w ich okolicach się wydarzyło – przyszło mi do głowy co by było, gdybym miał wówczas broń?
Opisałem oczywiście przypadek skrajny – niespotykanie spokojnego człowieka i pacyfisty. Człowieka, któremu obce były wszelakie emocje, ponieważ wieloletnie uzależnienie mieszane – czyli od alkoholu, leków i narkotyków – skutecznie wygłuszyły te odczucia. Ale ideologicznie czułem się pacyfistą.
Teraz, po wielu terapiach wróciły zapomniane emocje. Od początku nauczyłem się śmiechu do rozpuku, zauważam złość, a czasami dopada smutek. Mimo to nadal jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem i o ile poprzednie wybuchy agresji za kierownicą można było zrzucić na karb uzależnia, to czy teraz nie pojawiają się czasami słowa, których później żałuję, których już nie da się odpowiedzieć?
Podobnie jest z bronią palną. Gdy ktoś zajedzie drogę, to w przypływie wściekłości, że zabrał nam cenne 10 sekund większość z nas jest gotowa rzucić kamieniem, wyzywać od najgorszych, krzyczeć przez szybę, czy wygrażać pięścią. Potem, gdy opadnie adrenalina i wracamy pamięcią, niektórym zapala się lampka wstydu, niektórzy to wypierają.
A gdyby każdy z nich miał pod ręką nabitą broń? Słowa ranią i bywają nieodwracalne, ale oddanie strzału przez szybę jest czymś nieporównywalnie gorszym. Możemy w ułamku sekundy zniszczyć życie wielu osobom. I to na zawsze. Tego już nikt nie naprawi. Mimo, że przecież jesteśmy oazami spokoju – jesteśmy o tym przekonani. I właśnie do takich wniosków doszedłem chodząc z tymi ankietami, dlatego postanowiłem pozbyć się kupionej legalnie, choć zabronionej w Polsce broni palnej. Wystawię na jakąś aukcję, a jeśli nikt się nie zgłosi to polecą z mostu do Wisły. Czasami chyba lepiej zebrać po mordzie od kilku agresywnych napastników, niż zniszczyć życie sobie i rodzinie ofiary. Myślę, że tak właśnie każdy pomyśli, gdy okaże się już za późno a on będzie zerkał przez lipo (okno) celi. I już nic nie da zrzucenie winy na chwilowy szał. Stało się. A wszystko przez głupie dziesięć sekund, które ktoś nieumyślnie, bądź umyślnie nam odebrał. Warto? Kolejne wnioski za tydzień w następnym odcinku Księgi Wyjścia.

Polityka ponad prawem

Ludzie w togach z czerwonymi żabotami muszą się przyzwyczaić, że przestają być strażnikami praworządności, zaś stają się strażnikami interesów ekipy rządzącej w naszym kraju.

Istnieją dwa główne zagrożenia dla właściwego funkcjonowania prokuratury w Polsce. Związane są one z nadużywaniem mechanizmów dyscyplinarnych w prokuraturze, na co pozwala obecne prawo, obowiązujące od 2016 r.
Po pierwsze, chodzi o przekazanie władzy nad prokuraturą w ręce jednej osoby – Prokuratora Generalnego, również aktywnie działającego polityka Ministra Sprawiedliwości. To powoduje, że w pełni może on uzależnić od swoich decyzji los zawodowy poszczególnych prokuratorów.
Drugim z zagrożeń jest nadużywanie obowiązujących przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej i wykorzystywanie ich do karania prokuratorów nieposłusznych władzy.
Działania, które mają wywoływać pełne posłuszeństwo podwładnych, prowadzą zaś do słusznych obaw o rzetelność i niezależność postępowań prowadzonych wobec obywateli.

W jednym ręku

Ustawa z dnia 28 stycznia 2016 r. Prawo o prokuraturze, uchwalona głosami PiS przekazała władzę w prokuraturze w ręce jednej osoby – Prokuratora Generalnego i zarazem Ministra Sprawiedliwości.
Jak wskazuje w swoim raporcie Forum Obywatelskiego Rozwoju, te zmiany stworzyły dodatkowe narzędzia do wywierania nacisku na podwładnych prokuratorów.
Szeroka ingerencja Prokuratora Generalnego w toczące się postępowania przedsądowe, w tym wzmocnienie władzy szefa prokuratury do przenoszenia spraw, daje też możliwość ścigania niewygodnych dla władzy osób oraz umarzania postępowań wobec tych, którzy są władzy potrzebni lub jej sprzyjają.
Prokurator Generalny zyskał możliwość przenoszenia toczących się już postępowań, pomiędzy prokuratorami. Nie wymaga to szczególnego uzasadnienia, jak było to w poprzednio obowiązującym porządku prawnym. Wystarczy pisemna decyzja prokuratora przełożonego. Oznacza to, że Prokurator Generalny może dokonać tego rodzaju ingerencji w każdej sprawie prowadzonej przez każdego prokuratora.
Na przykład, przeniesione zostało postępowanie przeciwko prezesowi Zarządu Orlen S.A. Danielowi Obajtkowi za spowodowanie szkody w zarządzanej spółce i osiągnięcie korzyści majątkowej oraz o przyjęcie łapówki. Postępowanie wszczął w 2016 r. prokurator Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim, po czym sprawa została przekazana krakowskiemu wydziałowi zamiejscowemu Prokuratury Krajowej, gdzie została umorzona przez prokuratora Tomasza Dudka.
Sprawa przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego, który zażądał od biznesmena Leszka Czarneckiego łapówki trafiła do katowickiego wydziału Prokuratury Krajowej. Nie trafiła do warszawskiej prokuratury, chociaż miejscem zdarzenia oraz przebywania świadków jest właśnie Warszawa.

Kijem i marchewką

Na mocy obecnie obowiązującej ustawy prokurator przełożony, w tym zwłaszcza Prokurator Generalny może ingerować w decyzje podejmowane przez prokuratora w określonej sprawie karnej, ale także w sprawie cywilnej oraz administracyjnej, jeżeli prokurator zgłosi w nich swój udział.
Mowa tu na przykład o poleceniu wszczęcia postępowania wyjaśniającego, skierowaniu wniosku o zastosowanie aresztu tymczasowego wobec podejrzanego lub też skierowaniu aktu oskarżenia do sądu, podczas gdy prokurator w wyniku śledztwa nie widzi do tego przesłanek.
Poprzednio obowiązująca ustawa dopuszczała taką ingerencję wyłącznie ze strony bezpośrednich przełożonych. W przypadku prokuratorów niższych szczebli nie mógł to być Prokurator Generalny.
Obecny mechanizm stanowi narzędzie do naciskania prokuratorów, aby podejmowali działania zgodne z wolą i oczekiwaniem władz prokuratury, zwłaszcza Prokuratora Generalnego.
Ponadto, w związku z połączeniem urzędów Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego można też dziś mówić o związanych z tym nadużyciach i wykorzystywaniu pozycji Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego do realizacji zarówno celów prywatnych, jak i partyjnych.
Widać to zwłaszcza w kontekście karania prokuratorów i sędziów za decyzje podjęte wbrew woli lub oczekiwaniom przełożonych i partii rządzącej.
Jednym z przykładów może być osoba prokuratora Mariusza Krasonia, który 8 lipca br został oddelegowany z Prokuratury Regionalnej w Krakowie do odległej o prawie 300 km i niższej o dwa szczeble w hierarchii Prokuratury Rejonowej we Wrocławiu. Jako przyczynę przeniesienia Komitet Obrony Sprawiedliwości KOS wskazuje zainicjowanie przez prokuratora Krasonia w maju 2019 r. uchwały Zgromadzenia Prokuratury Regionalnej w Krakowie. Uchwała ta sygnalizowała m.in. ograniczanie niezależności prokuratorów.
Ustawa wprowadzająca zmienione Prawo o prokuraturze z 2016 r. umożliwiła degradację z najwyższych stanowisk prokuratorskich wykwalifikowanych prokuratorów z dużym doświadczeniem zawodowym. Na ich miejsca, do prokuratur pod zmienionymi nazwami, awansowano prokuratorów często z najniższego szczebla. Tym sposobem zdegradowano blisko jedną trzecią prokuratorów byłej Prokuratury Generalnej oraz byłych prokuratur apelacyjnych.
Mechanizm nagradzania i awansów, to kolejne narzędzie do wywierania presji przez władze prokuratury na podległych im prokuratorach. Obecnie możliwe jest awansowanie prokuratora z najniższego szczebla prokuratury do nawet najwyższego. Tym bardziej, że od 4 marca 2016 r., tj. od wejścia w życie ustawy Prawo o prokuraturze Prokurator Generalny ustala rodzaje wyróżnień i nagród oraz tryb ich przyznawania.
Przed nowelizacją nie było podobnej regulacji. Tą zmianą zniesiono również kadencyjność na stanowiskach kierowniczych w prokuraturze. Pomijane są też konkursy na stanowisko prokuratora rejonowego, a rola samorządu prokuratorskiego w tym zakresie uległa osłabieniu.
Ustawa dopuszcza pominięcie konkursu „w szczególnie uzasadnionych przypadkach”, wówczas na stanowisko powołuje się kandydata wskazanego we wniosku Prokuratora Krajowego. W ten sposób Prokurator Generalny może dowolnie sterować polityką kadrową w prokuraturze.
Prokurator Generalny, na wniosek Prokuratora Krajowego, powołuje i odwołuje szefów prokuratur regionalnych, okręgowych i rejonowych.
Przykładem choćby prokurator Katarzyna Fedeńczuk (powołana na stanowisko prokuratora Prokuratury Regionalnej w Lublinie po 41 dniach od powołania jej na stanowisko prokuratora Prokuratury Okręgowej w Lublinie), prok. Paweł Wilkoszewski (był prokuratorem Prokuratury Okręgowej w Warszawie oraz asystentem Zbigniewa Ziobry. Po niespełna 13 miesiącach został powołany na stanowisko prokuratora Prokuratury Regionalnej w Warszawie i oddelegowany do Prokuratury Krajowej), czy prok. Agata Gałuszka-Górska (do Prokuratury Krajowej awansowała z pominięciem bezpośrednio niższego stanowiska prokuratora prokuratury regionalnej. Obecnie jest zastępcą Prokuratora Krajowego).

Macie robić to co się wam każe

Oprócz wymienionych zmian, narzędziem odgórnej presji są postępowania dyscyplinarne, na które ma wpływ Minister Sprawiedliwości jako Prokurator Generalny. Powołuje on przewodniczącego i zastępcę przewodniczącego Sądu Dyscyplinarnego przy Prokuratorze Generalnym oraz rzeczników dyscyplinarnych, którzy są oskarżycielami w postępowaniach dyscyplinarnych prokuratorów. Prokurator Generalny może też zażądać wszczęcia postępowania wyjaśniającego wobec konkretnego prokuratora.
To zwiększenie władzy wykorzystywane jest do karania nieposłusznych władzy prokuratorów i wpływania na ich decyzje. Może to więc budzić obawy o prawidłowy przebieg postępowań przedsądowych i sądowych.
Na dodatek, krytycznie należy ocenić ostatni z etapów postępowania dyscyplinarnego prokuratorów, jakim jest postępowanie przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Składa się ona obecnie wyłącznie z nowo powołanych osób, których zaopiniowała nowa Krajowa Rada Sądownictwa, zdominowana przez nominatów partii rządzącej, a powołał prezydent Andrzej Duda. Zatem trudno mówić o jej niezależności.
Najbardziej powszechną działalnością w zakresie edukacji, którą prowadzą osoby wykonujące zawody prawnicze są lekcje o Konstytucji. Ich celem jest przybliżanie tego najważniejszego w Polsce aktu prawnego obywatelom w różnym wieku, aby mogli świadomie korzystać z przepisów tam zawartych. Jednak taka działalność, zarówno w przypadku prokuratorów, jak i sędziów traktowana jest przez obecne władze państwowe (czyli PiS) jako działalność naruszająca zasady godności i etyki zawodów prawniczych.
Kolejna szkodliwa zmiana, jaką wprowadziła ustawa Prawo o prokuraturze z 2016 roku, polega na wyłączeniu odpowiedzialności w przypadku działania prokuratora „wyłącznie w interesie społecznym”. Tak niejasne sformułowanie daje możliwość nadużyć w tym zakresie i „podciągnięcia” wszystkich działań na korzyść władzy jako te realizowane w interesie społecznym. Faktyczny interes społeczny może nie mieć znaczenia. Sprawa prokuratora, który dopuścił się takiego nadużycia może w ogóle nie trafić do sądu dyscyplinarnego.
Nowa ustawa nie rozwiązała, a wręcz pogłębiła problem odpowiedzialności prokuratorów za działanie na szkodę prokuratury i społeczeństwa. Wszystkie błędne decyzje, zwłaszcza te podjęte pod naciskiem przełożonych negatywnie wpływają na życie niesłusznie oskarżonych oraz ofiar sprawców, którzy nigdy nie zostaną postawieni w stan oskarżenia. Nie niosą natomiast konsekwencji dla prokuratorów podejmujących błędne decyzje.
W kontekście wszystkich wymienionych powyżej zmian należy dopatrywać się chęci wpływania na zachowania i działania prokuratorów. Silny wpływ władzy na ich decyzje może prowadzić do ściągania niewinnych osób – lub nieścigania winnych.

Jak politycy PiS psują prawo

Wydarzyła się rzecz bez precedensu – Ministerstwo Sprawiedliwości groziło pozwem sądowym przeciwko grupie naukowców za opinie na temat projektu ustawy, przedstawione w trakcie prac legislacyjnych.

Sądu jednak nie było. Minister Zbigniew Ziobro powiedział, że pozew nie zostanie wniesiony, ale nie wycofał się z zarzutów pod adresem Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego.

Chodzi o obszerną nowelizację Kodeksu Karnego, której treść jak i sposób jej procedowania wzbudził wielkie kontrowersje w środowisku prawniczym. W projekcie zaproponowano zaostrzenie kar za wiele przestępstw, między innymi w stosunku do nieletnich, wprowadzenie 30 lat więzienia w miejsce dotychczasowej kary 25 lat, czy możliwość orzeczenia kary dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości warunkowego przedterminowego zwolnienia.

Zdaniem prawników z Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego, w rezultacie chaotycznego i szybkiego procedowania tej noweli ustawa po wyjściu z Senatu zawiera „wiele błędów, sprzeczności i groźnych systemowo luk”.

Aby temu zapobiec – a był jeszcze czas, bo poprawkami Senatu musiał się zająć Sejm – 9 czerwca Instytut opublikował na swoich stronach obszerną, licząca 110 stron opinię. W związku z „rażąco niekonstytucyjnym i nieregulaminowym trybem prac” oraz wprowadzeniem do ustawy błędów, sprzeczności i luk rekomendowano przerwanie prac nad nią.

Moralny obowiązek

Wyrażanie opinii, przedstawianie uwag na temat projektów aktów prawnych jest prawem każdego obywatela, a moralnym obowiązkiem ekspertów w dziedzinie poddawanej interwencji prawnej. Autor projektu może uwagi przyjąć, może je odrzucić, może wreszcie, co dzieje się nader często, zignorować je, ale nie ma prawa nikogo straszyć sądem za opinie, z którymi się nie zgadza. Przynajmniej takie są standardy w państwach prawa.

Większość sejmowa nie wzięła opinii KIPK pod uwagę. 13 czerwca posłowie uchwalili ustawę przyjmując 41 z 42 poprawek zaproponowanych przez senatorów.

Zareagował natomiast autor projektu, Ministerstwo Sprawiedliwości, które 15 czerwca na swoich stronach poinformowało, że pozwie „za kłamstwo profesorów i doktorantów krakowskiego uniwersytetu do sądu, w obronie swojego dobrego imienia, w obronie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a także w obronie renomy samego Uniwersytetu Jagiellońskiego”.

Owym kłamstwem miała być opinia, że „poprawki Senatu powodują, że przepisy dotyczące przestępstw łapownictwa/korupcji nie będą miały zastosowania do osób zarządzających największymi, strategicznych spółkami handlowymi z udziałem Skarbu Państwa, co może doprowadzić do ich bezkarności za niektóre czyny korupcyjne w sektorze publicznym.” Za tym stwierdzeniem stoi dość skomplikowany wywód związany z wprowadzoną przez ministerstwo zmianą w definicji „osoby sprawującej funkcję publiczną”, którą senatorowie chcieli doprecyzować, ale zdaniem pracowników krakowskiego Instytutu doprowadzili zamiast tego do wspomnianego absurdu. Ministerstwo takiego zagrożenia nie widzi.

Bez względu na to kto ma rację należy się zgodzić z oświadczeniem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, w którym czytamy „takie działanie Ministerstwa stanowiłoby bezprecedensowe naruszenie prawa do swobody działalności naukowej oraz swobody wypowiedzi. Mogłoby także wywołać efekt mrożący, uniemożliwiając w przyszłości debatę publiczną na temat aktów prawnych o istotnym publicznym znaczeniu.” Jak wspomniano, po dwóch dniach okazało się, że pozew nie zostanie wniesiony.

W szalonym tempie

Warto przyjrzeć się temu jak w rządzie, a potem w parlamencie pracowano nad rządowym projektem zmiany ustawy Kodeks Karny oraz niektórych innych, gdyż przy tworzeniu tego projektu naruszono zasady regulaminu pracy Rady Ministrów, regulaminu Sejmu RP oraz regulaminu Senatu.

Projekt nowelizacji Minister Sprawiedliwości upublicznił 25 stycznia br., choć jak stwierdził na posiedzeniu Senatu minister Zbigniew Ziobro pracowano nad nim od dwóch lat. W tym dniu rozpoczęto uzgodnienia międzyresortowe, konsultacje publiczne i opiniowanie. Na przedstawienie opinii w ramach konsultacji publicznych dano, bez żadnego uzasadnienia tej decyzji, tylko 14 dni.

W konsekwencji tylko trzy z 12 podmiotów, których pisma zostały upublicznione na platformie Rządowego Procesu Legislacyjnego, zdołały odpowiedzieć w terminie. Większość przesłanych stanowisk zawierała uwagi krytyczne. Wiele uwag przedstawiło także Rządowe Centrum Legislacji, Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Finansów. Skutkiem było przygotowanie na początku maja drugiej, nieco zmienionej wersji projektu. Tę wersję, co warto podkreślić, gdyż zdarza się to rzadko, również przekazano do konsultacji, które tak jak za pierwszym razem trwały 14 dni. Otrzymano sześć, z wyjątkiem jednej krytycznych opinii. W jednej z nich konsultacje tak poważnej nowelizacji, w tak krótkim czasie nazwano „pozorowanymi”.

14 maja rząd zdecydował o natychmiastowym przesłaniu projektu do Sejmu. Pominięto przy tym kilka etapów prawidłowego procesu legislacyjnego. Projekt ustawy nie był przedmiotem prac Komisji Prawniczej, ani Stałego Komitetu RM. Oznacza to, że w praktyce zastosowano tryb odrębny (art.99 Regulaminu pracy RM), choć nie dopełniono warunku niezbędnego do jego zastosowania – wyrażenia zgody na jego zastosowanie przez „Prezesa Rady Ministrów albo działającego z jego upoważnienia Sekretarza Rady Ministrów” (art. 100). A więc już na rządowym etapie prac nad tym projektem nie przestrzegano zasad poprawnej legislacji zapisanych w Regulaminie pracy Rady Ministrów.

Żaba podstawia nogę

Posłowie opozycji oraz dziennikarze uważali, że powodem nadzwyczajnego przyspieszenia prac nad nowelizacją Kodeksu Karnego był fakt emisji w Internecie 12 maja filmu braci Sekielskich o pedofilii w polskim Kościele. W ciągu trzech dni film ten obejrzało 14 milionów osób.

Był to czas ostatnich dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Rząd postanowił pokazać, że walczy z pedofilią. Fakt, że podczas I czytania projektu ustawy głos zabrał premier Mateusz Morawiecki przedstawiając projekt nowelizacji jako konieczne narzędzie do walki z pedofilią zdaje się uprawdopodobniać tę tezę.

Uchwalenie potężnej, liczącej 40 stron nowelizacji Kodeksu Karnego, do której posłowie zgłosili 25 poprawek, zajęło posłom zaledwie 33 i pół godziny. Zgodnie z zapisami Rozdziału 4 regulaminu Sejmu RP nie mogło ono trwać mniej niż 15 dni. Marszałek ma prawo zastosować przyspieszony tryb postępowania (Art. 51) w stosunku do projektów ustaw lub uchwał, a nie w stosunku do projektów kodeksów lub nowelizujących kodeksy. Doszło więc do złamania Regulaminu Sejmu, a niektórzy eksperci twierdzili, że doszło także do godzenia „w konstytucyjne zasady prawidłowej legislacji, stabilność prawa i zaufania obywateli do państwa”

Następnego dnia po zakończeniu nadzwyczaj szybkiej pracy posłów Marszałek Sejmu przekazał ustawę do Senatu. Prace senackie rozpoczęły się 23 maja na posiedzeniu Komisji Ustawodawczej oraz Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Komisje wniosły o wprowadzenie 41 poprawek do ustawy, z których część było swoistą autopoprawką, gdyż została zaproponowana przez Ministra Sprawiedliwości. W trakcie debaty plenarnej senatorowie przedstawili kolejne cztery.

Ostatecznie Senat 24 maja po godz. 22 przyjął 42 poprawki. Problem w tym, że co najmniej kilka z tych poprawek było niezgodnych z zasadami zapisanymi w regulaminie Senatu, gdyż ich treść wychodziła merytorycznie poza zawartość ustawy uchwalonej przez Sejm. W poprawkach nr 26, 33, 34 i 35 senatorowie postanowili wprowadzić zmiany w ustawach, których nie znowelizowali posłowie. Jeśli senatorowie widzieli taką konieczność powinni „przedstawić wniosek o podjęcie [własnej] inicjatywy ustawodawczej wraz z projektem odpowiedniej ustawy” (art. 69 regulaminu Senatu).

Obecnie projekt czeka na wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Jak chcą to mogą

Myliłby się ten, kto by na podstawie opisanego powyżej przykładu uważał, że nasi legislatorzy są nieprzygotowani do prawidłowego tworzenia aktów prawnych, nie potrafią przygotować spójnego, dobrze uzasadnionego projektu, właściwie go skonsultować i uzgodnić. Są przykłady, które świadczą o tym, że jest odwrotnie.

Liczba pracowników ministerstw i instytucji centralnych od kilku lat szkolonych w praktykach poprawnej legislacji, znających najlepsze wzorce zagraniczne, grubo przekracza setkę. Są do dyspozycji materiały pomocnicze, choćby „Wytyczne do przeprowadzenia oceny wpływu i konsultacji publicznych w ramach procesu legislacyjnego”. Wreszcie mamy przykłady dobrze prowadzonych projektów ustaw.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w 2017 r. przeprowadziło trwające niemal rok, z użyciem kilku różnych narzędzi, takich jak konferencje regionalne, warsztaty czy badanie opinii, pogłębione konsultacje nowelizacji ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych. Część projektów ustaw przygotowywanych w byłym Ministerstwie Rozwoju poprzedzona była dobrze przeprowadzonymi pre-konsultacjami. Inna sprawa, że wiele z tych pozytywnych działań realizowanych jest w ramach projektów unijnych.

To, czy ustawa jest dobre przygotowana i procedowana zgodnie z zasadami poprawnej legislacji, zależy od polityków. To członkowie rządu decydują, ile czasu chce się poświęcić na ten proces, czy chce się poważnie potraktować proces konsultacji i opiniowania, czy pro forma, czy przychylić się do głosów opozycji, czy en bloc wszystkie poprawki odrzucić, wreszcie czy projekt rządowy zgłosić jako poselski, aby uniknąć konsultowania ich z obywatelami.

Ponieważ tak wiele również w procesie tworzenia prawa zależy od polityków aktualnie sprawujących władzę obywatele i ich organizacje muszą mieć prawo do swobodnego wypowiadania opinii na temat tworzonych aktów prawnych oraz pilnowania, aby było ono procedowane zgodnie z zasadami prawidłowej legislacji.

Kłopoty prezesa FRKF Prawo i sport

Były prezes Fundacji Rozwoju Kultury Fizycznej Paweł O. został oskarżony o trzy przestępstwa, przez które skarb państwa miał stracić ponad dwa miliony złotych. Nie przyznaje się do winy.

Podstawowym zadaniem Fundacji Rozwoju Kultury Fizycznej miało być opłacanie animatorów zajęć na obiektach sportowych „Orlik” i realizacja konkretnych programów propagujących sport dzieci i młodzieży. Po wykryciu nieprawidłowości fundacja została rozwiązana. Prowadząca w tej sprawie śledztwo prokuratura postawiła jednak akt oskarżenia Pawłowi O., który został prezesem FRKF po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych w 2015 roku (w trakcie kampanii był pełnomocnikiem finansowym Komitetu Wyborczego Wyborców senatora Grzegorza Biereckiego). Paweł O. został oskarżony o spowodowania szkody majątkowej wielkich rozmiarów w fundacji, narażenia finansów publicznych na uszczuplenie w związku z wydatkowaniem pieniędzy niezgodnie z ich przeznaczeniem oraz nieprawidłowego prowadzenia ksiąg rachunkowych. Straty skarbu państwa obliczono na niemal 2,3 mln złotych. Te pieniądze pochodziły z dotacji ministerstwa sportu na łączną kwotę 24 mln złotych i miały być przeznaczone na programy „Lokalny Animator Sportu”, „Mały mistrz” i „Junior Sport”.
Jak poinformowało biuro prasowe Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, w oparciu o materiał dowodowy zostało ustalone, że w okresie od kwietnia 2016 roku do marca 2017 roku prezes fundacji nie dopełnił ciążących na nim obowiązków, wydając część dotacji w sposób niezgodny z jej przeznaczeniem. Paweł O. nie przyznaje się do winy. Grozi mu od roku do 10 lat więzienia.

Mamy tu legalizm dyskryminacyjny

„Dopóki mamy w Polsce tak duże poparcie dla członkostwa w UE, to polexit nam nie grozi. Ja bardziej obawiałbym się czegoś, co eksperci nazywają „wypłukaniem” z członkostwa, czyli kraj zostaje w Unii, ale nie uczestniczy w pełni w projekcie członkostwa, co oznacza, że nie ma się też wpływu na główne nurty polityki europejskiej” – mówi Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Rekordowa frekwencja w przypadku wyborów europejskich i wysoka, jeżeli chodzi o ogóle o frekwencję w Polsce – 45,69 proc. To cieszy Rzecznika Praw Obywatelskich?
ADAM BODNAR: Oczywiście, że tak, bo wybory wskazują zawsze na poziom aktywności obywatelskiej. Tym razem mieliśmy dwa razy wyższą frekwencję. Czy mogło być więcej? Mimo wszystko sądzę, że mogło. Po pierwsze, frekwencja w całej Unii była wyższa i wyniosła średnio blisko 51 proc. Po drugie, mam wrażenie, że nasze państwo nie zrobiło wszystkiego, żeby zapewnić możliwość zabrania głosu wszystkim. Jeszcze przed wyborami dostawałem sygnały dotyczące Wysp Kanaryjskich i Malty, gdzie nie przygotowano żadnych lokali wyborczych. MSZ uznało, że to zbyt kosztowne. Rozumiem, że na Wyspach Kanaryjskich może być trudno zorganizować lokale we wszystkich kurortach, choć przydałby się przynajmniej jeden. Dużo polskich obywateli tam mieszka na stałe, pracuje czy przebywa na wakacjach. Jednak bardziej zastanawiająca jest Malta, ponieważ mieszka tam co najmniej kilkuset Polaków, jest tam konsulat honorowy i jest to inne państwo członkowskie UE. Dziwnie to wygląda, że w innym państwie członkowskim nie zorganizowaliśmy wyborów do PE. Liczę, że w kontekście wyborów parlamentarnych te braki uda się naprawić. Mówię o tym, bo nawet jeżeli w skali ogólnej wyborcy w tych miejscach nie stanowią jakiegoś wielkiego procentu, to taka dbałość o szczegóły pokazuje wagę głosu wyborczego. Państwo powinno podczas wyborów zabiegać, starać się, tworzyć atmosferę święta demokracji, nawet jeśli to kosztuje. Choć z tego, co wiem, nie są to wielkie koszty.

Sporo ma pan dziś interwencji jako RPO?
Staram się interweniować w sprawach nawet najmniejszych, bo uważam, że taka jest moja rola, aby troszczyć się o sprawy obywateli oraz patrzeć na ręce władzy i instytucjom publicznym. Także po to, aby pozostała dokumentacja dotycząca tych spraw. Przykładowo dostaliśmy ostatnio odpowiedź w sprawie słynnego klipu „Plastusie” pani Barbary Pieli w TVP. W naszej debacie publicznej już dawno o tym zapomnieliśmy, także to, jak zostali tam przedstawieni Jurek Owsiak i Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jednak podejmowanie takich interwencji i poszukiwanie wyjaśnień w przypadku tego typu wydarzeń ma wartość – niezależnie od ostatecznych rozstrzygnięć – dokumentacyjną, wykazywania i pozostawienia w pamięci zbiorowej historii pewnych manipulacji. W odpowiedzi KRRiT zgadza się bowiem, co do zasady, z tym, co powiedział prezes TVP Jacek Kurski, czyli że to była satyra, że gwiazda Dawida była niedostrzegalna itd. Co ciekawe, w całej odpowiedzi nie ma słowa o WOŚP, Jurku Owsiaku i byłej prezydent Warszawy, a przecież to była główna treść tego klipu. To, że Jurek Owsiak może być podejrzewany o defraudowanie pieniędzy. Z tego punktu widzenia zarówno interwencje, jak i odpowiedzi na nie są ważną dokumentacją rzeczywistości, w jakiej obecnie przyszło nam żyć.

Skoro o TVP, z którą wygrał pan niedawno proces – prezes Jacek Kurski nie widzi nic złego w tych „plastusiach”, za to bardzo się oburzył na pana sugestie o mowie nienawiści w TVP po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To wybiórcze traktowanie rzeczywistości?
Wyrok zapadł dopiero w I instancji, ale oczywiście mnie cieszy, tym bardziej, że sąd wydał go na podstawie zgromadzonych dokumentów i dowodów, nie przeprowadzając długich postępowań. To samo w sobie jest optymistyczne. Natomiast trzeba pamiętać, że nie tylko ja zostałem dotknięty tym pozwem. Działania prawne zostały skierowane także przeciwko Krzysztofowi Skibie, Jackowi Jaśkowiakowi, Wojciechowi Czuchnowskiemu i prof. Wojciechowi Sadurskiemu. Zatem mieliśmy całą serię pozwów, skierowanych w tym samym czasie, które moim zdaniem miały na celu uciszenie debaty oraz pokazanie, że każdy, kto będzie krytykował TVP, może się liczyć z działaniami prawnymi. Traktowałbym to jako przejaw uciszania.

Uciszania czy zastraszania?
Myślę, że można użyć obu słów. To przejaw większej praktyki, która się nazywa legalizmem dyskryminacyjnym. To pojęcie, które stworzył prof. Kurt Weyland w artykule dla Journal of Democracy w 2013 roku, gdy analizował praktyki stosowane w niektórych państwach Ameryki Łacińskiej. Właśnie tam wskazywał na używanie różnego rodzaju metod legalnego działania, które mieszczą się w granicach prawa, ale są stosowane przede wszystkim wobec osób, które są zagrożeniem, przedstawiają inny pogląd albo mogą być uznawane jako przeciwnicy władzy – dziennikarze, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, biznes etc. Są to różne metody: pozwy, straszenie, że odbierze się licencje, szykany administracyjne, kontrole podatkowe. Te metody tłumaczy się najczęściej, używając zwodniczych sformułowań typu: że „wszyscy muszą być równi wobec prawa”, „państwo musi być silne i sprawne” czy że „nie ma świętych krów”.

Jakbym słyszała PiS…
Przeanalizowałem wypowiedzi przedstawicieli władzy i ciekawe jest, że za każdym razem, gdy pojawiają się działania mogące budzić wątpliwości – natury politycznej bądź dotyczące dyspozycyjności prokuratury albo wręcz osobistego zaangażowania wysokiego urzędnika (np. sprawia lekarzy z Krakowa dotycząca śmierci ojca Zbigniewa Ziobry) – natychmiast pojawiają się zapewnienia, że „nie ma świętych krów” oraz że „my tylko stosujemy prawo”. To samo zrobiła TVP, mówiąc, że broni tylko swojej reputacji, do czego ma prawo. To prawda, tylko że to samo prawo określa jej szczególną rolę – ze względu na finansowanie z budżetu państwa – i zobowiązuje do realizacji określonej misji, m.in. zapewniającej pluralizm i obiektywizm.

Legalizm dyskryminacyjny jest zagrożeniem dla demokracji?
Z pewnością tak, bo powoduje, że część ludzi nie angażuje się w debatę i nie chce mieć żadnych problemów. To forma straszenia skierowana szczególnie w kierunku organizacji społeczeństwa obywatelskiego, mediów czy środowiska biznesowego. W dłuższej perspektywie powoduje, że następuje zwiększenie polaryzacji – na placu boju zostają ci najodważniejsi, którzy zabierać głos chcą głośno i zdecydowanie. To z kolei powoduje eskalację napięć, konfliktów. A w przypadku biznesu skutkuje to większą zachowawczością – biznes staje się ostrożny we wspieraniu inicjatyw „nieprorządowych”. Na szczęście to, co nas odróżnia od Ameryki Łacińskiej, to jest jeszcze sytuacja sądów. Bo z jednej strony sędziowie są przedmiotem różnego rodzaju szykanowania, obrażania, wszczynania postępowań dyscyplinarnych, ale z drugiej jednak starają się opierać represjom władzy. W ostatnich miesiącach mieliśmy przykłady, że sądy są w stanie w sposób niezależny rozpatrywać sprawy i wydawać wyroki dotyczące wolności słowa, prawa do zgromadzeń itp. To niewątpliwie daje pewien poziom gwarancji, tylko pytanie, jak długo jeszcze trochę osamotnieni sędziowie będą w stanie – mówiąc eufemicznie – pozwolić sobie na ten poziom odwagi.

Tym bardziej, że machina Izby Dyscyplinarnej przy SN już ruszyła i pierwsi sędziowie mają już sprawy.
Tak, tylko musimy pamiętać, że bezprecedensowa jest też liczba pytań prejudycjalnych i spraw toczących się przed TSUE. Obecnie mamy już 4 sprawy i powstaje pytanie, jakie będą konsekwencje tego dla naszych relacji z UE. Jeżeli zaczną zapadać wyroki stwierdzające naruszenie standardów prawa europejskiego przez polskie prawo, to rząd będzie zmuszony do wykonania wyroków TSUE. Nawet jeżeli nie zostaną one wdrożone ustawowo, to wyroki TSUE powodują określone skutki prawne, na które można się powoływać przed sądami krajowymi. Poza tym pogłębiający się stan rozkładu tych relacji może powodować poważne zagrożenie w funkcjonowaniu naszego rynku wewnętrznego i naszej współpracy z Brukselą. Już doświadczamy tego w przypadku europejskiego nakazu aresztowania. Jeżeli inwestorzy poczują, że w Polsce nie można inwestować, bo wyroki europejskie nie są uznawane, to zrobi się naprawdę niebezpiecznie. Mam wrażenie, że niektóre osoby w rządzie zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Po za tym powiązanie praworządności z funduszami. Jest już projekt rozporządzenia w tej sprawie i nowy skład PE, który już znamy, raczej będzie kontynuował ten kierunek, wskazują na to choćby kandydatury na komisarza Fransa Timmermansa i Manfreda Webera.

Zatem na horyzoncie majaczy jednak polexit?
Dopóki mamy w Polsce tak duże poparcie dla członkostwa w UE, to nam nie grozi. Proszę zobaczyć, jaką postawę w tej kwestii, przynajmniej w ostatnim czasie, prezentował rząd. Ja bardziej obawiałbym się czegoś, co eksperci nazywają „wypłukaniem” z członkostwa, czyli kraj zostaje w Unii, ale nie uczestniczy w pełni w projekcie członkostwa, co oznacza, że nie ma się też wpływu na główne nurty polityki europejskiej.

Nie wygląda to dobrze, czeka nas scenariusz węgierski?
Wiele zależy do ludzi, od obywateli, na ile są w stanie bronić swoich praw, mówić o swoich problemach, a w sytuacjach konkretnych zagrożeń działać i protestować.
Kto by przewidział, że sędziowie będą jeździć na festiwal Woodstock, opowiadać o praworządności i konstytucji. Jeżeli zestawimy to z Węgrami, gdzie nie ma mowy o takich zachowaniach, to powinniśmy mieć pewną nadzieję. Mamy też wspaniałe dziedzictwo „Solidarności”, takie osoby jak prof. Adam Strzembosz.
Na sprawy dyscyplinarne niepokornego prokuratora Krzysztofa Parchimowicza stawiają się na widowni w geście solidarności i wsparcia zwykli obywatele. Nagle się okazało, że kłopot mają prokuratorzy, którzy chcą go ukarać, bo obywatele im patrzą na ręce. To są rzeczy ważne, budujące, pozwalające odzyskiwać wiarę w te wartości, na których opiera się demokratyczne państwo. T o są momenty, kiedy wielu dostrzega, że nie należy się bać. I dlatego nie powinno u nas dojść do powtórzenia scenariusza węgierskiego. Jesteśmy w innym miejscu: mamy swoją solidarność, mamy niezwykle silne poparcie dla idei UE, mamy też gdzieś głęboko w genach nadzwyczajne przywiązanie do wolności. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był stanie trwale zburzyć tę podstawową konstrukcję duchową naszych obywateli.

Podatnik dostanie rzecznika

Nie będzie mógł nic zrobić, ale może wskazywać, co należałoby poprawić.

Będzie nowy rzecznik – Rzecznik Praw Podatnika. Rada Ministrów przyjęła właśnie projekt ustawy na ten temat. Ma on gwarantować podatnikom ochronę ich praw, stać na straży bezstronnego, równego oraz sprawiedliwego traktowania przez władze, respektowania słusznych interesów podatników, racjonalnego działania organów podatkowych wobec nich. Będzie też przyczyniać się do zmiany oraz kształtowania nowych standardów funkcjonowania administracji skarbowej.
W projekcie ustawy zawarto także Kartę Praw Podatnika, która stanowić ma, jak obiecuje rząd „przyjazny i dostępny przewodnik po prawie podatkowym dla każdego”. Obietnice są więc, jak zawsze w wydaniu PiS, ogromne, ale realne uprawnienia nowego rzecznika, nadzwyczaj znikome.
Tak więc, Rzecznik Praw Podatnika uzyska prawo do przedstawiania organom i instytucjom publicznym swych rozmaitych wniosków. Będzie mógł analizować sposób załatwiania skarg i wniosków podatników przez organy podatkowe. Mógłby też występować o wydanie lub zmianę aktów dotyczących spraw podatkowych, uczestniczyć jako mediator w postępowaniu podatkowym i administracyjnym;.W rzeczywistości, możliwości sprawcze RPP będą żadne, bo nikt nie będzie musiał wykonywać jego sugestii ani brać pod uwagę zgłaszanych wniosków. Dzięki powołaniu nowego rzecznika powstaną natomiast nowe, dobrze opłacane miejsca pracy państwowej. Ma on bowiem wykonywać swoje zadania przy pomocy biura oraz zastępców (nawet i 16) i przedstawicieli terenowych (nawet 32).

Matury: rząd PiS złamał prawo

Skierowanie nowelizacji ustawy oświatowej do parlamentu
bez przeprowadzenia konsultacji stanowi przykład totalitaryzmu
w działaniach obecnej ekipy. Nie pierwszy i nie ostatni.

Skrócona definicja mówi, że totalitaryzm to system rządów, w którym państwo kontroluje społeczeństwo i stara się nadzorować wszystkie aspekty życia publicznego oraz prywatnego na tyle, na ile to możliwe.
Charakterystycznymi cechami państw totalitarnych są: autokratyzm (w szczególności zasada wodzostwa), jak najszersze kontrolowanie przez aparat władzy życia obywateli, ingerencja w ich przekonania i zachowania oraz rozbudowana propaganda (często fałszująca obraz rzeczywistości).
Z powyższej definicji wynika aż nazbyt wyraźnie, że obecna ekipa zmierza do totalitaryzmu w Polsce (zmierza – bo choć próbuje, to jeszcze nie zdołała rozciągnąć kontroli nad społeczeństwem).

Władza nie chciała porozumienia

Najnowszym przykładem totalitaryzmu jest nie przeprowadzenie przez rząd PiS konsultacji publicznych, związanych z obecną nowelizacją prawa oświatowego.
Nowelizacja ta stwierdza, iż klasyfikacji uczniów i ich dopuszczania do matury mogą dokonywać dyrektorzy szkół – a nie, jak dotychczas, rady pedagogiczne szkół we współpracy z dyrektorami. Jeśli zaś dyrektor szkoły uzna, że z jakichś powodów nie może tego zrobić, to wtedy wójt, burmistrz czy prezydent miasta będzie musiał wyznaczyć nauczyciela, który dokona klasyfikacji i dopuszczenia uczniów.
Ta nowelizacja jest, typowym dla rządów PiS, przykładem centralizacji mogącej prowadzić do totalitaryzmu. Klasyfikowanie uczniów zostaje odebrane organowi kolegialnemu, mającemu największą wiedzę o swych podopiecznych (czyli radom pedagogicznym) – i przekazane urzędnikowi, który będzie o tym jednoosobowo decydować.
Rząd PiS tłumaczy, że musiał wprowadzić taką zmianę ze względu na strajk nauczycieli, grożący tym, iż uczniowie nie zostaną sklasyfikowani i nie będą mogli przystąpić do matur.
To oczywiście lipa. Rząd, gdyby chciał, mógłby już dawno zakończyć strajk nauczycieli w pięć minut, godząc się na ich postulaty, przecież całkowicie uzasadnione i w dodatku stopniowo przez nich ograniczane.
Rząd świadomie jednak dążył do zaognienia sytuacji, odrzucając wszelki kompromis, usztywniając swe stanowisko i prowokując nauczycieli.

Żeby strajkowali dłużej

Ze strony rządu PiS rozmowy z ZNP były wyłącznie grą pozorów, mającą przeciągnąć strajk jak najbliżej do chwili rozpoczęcia matur. Dzięki temu rząd i jego propagandyści mogli oskarżać nauczycieli, że igrają uczniowskim losem (co w rzeczywistości robił właśnie rząd) i napuszczać na nich opinię publiczną.
Rząd mógł zaś udać sprawnego, odpowiedzialnego decydenta, troszczącego się o uczniów i umiejącego szybko podjąć odpowiednią decyzję.
Tak więc, rząd zabrał się za administracyjne spacyfikowanie awantury, którą najpierw sam rozpętał i zaognił.
To typowe dla sposobu poszerzania swej władzy, stosowanego przez PiS: najpierw wywołuje się konflikt i przeciwstawia jedne grupy obywateli drugim, a potem uchwala przepisy, które – niby w celu zduszenia rozpętanego konfliktu – przyznają nowe uprawnienia urzędnikom.
Związek Nauczycielstwa Polskiego, w przeciwieństwie do rządu PiS, wykazał odpowiedzialność i zawiesił strajk, by można było przeprowadzić matury. Mimo to PiS oczywiście nie zrezygnował z wprowadzenia przepisów, ograniczających kompetencje rad pedagogicznych i zwiększających jednoosobową władzę dyrektorów szkół.
Bo w rzeczywistości PiS-owskim prominentom nie chodziło o stworzenie warunków dla przeprowadzenia matur, lecz o dalsze rozszerzenie swego panowania nad polską oświatą, uderzenie w ZNP oraz pokazanie nauczycielom kto tu rządzi.
Dążenie do totalitaryzmu uświęca środki. A takie drobiazgi jak łamanie prawa w ogóle nie zaprzątają uwagi PiS-owskiej ekipy rządzącej.

PiS nie będzie się pospolitować

Wspomnianym tu złamanym prawem są przepisy o konsultacjach publicznych. Ten rodzaj współuczestniczenia obywateli w decydowaniu o losach kraju zawsze był w Polsce traktowany po macoszemu, gdyż żadna władza nie paliła się do konsultowania czegokolwiek z mieszkańcami.
Szczególnie jednak, konsultacje są wraże dla PiS – którego liderzy uważają, że skoro zdołali wygrać wybory, to mogą robić w Polsce co im się żywnie podoba, bez pytania kogokolwiek o zdanie. PiS-owscy prominenci, jako grupa trzymająca władzę, nie chcą się więc pospolitować i zniżać do poziomu wysłuchiwania opinii swoich poddanych.
Mieliśmy w polskim prawie ustawę o konsultacjach społecznych, przyjętą, żeby było zabawniej, jeszcze „za komuny” w 1988 r. i uchyloną w 1995 r., za czasów wolnej Polski, przez koalicję SLD-PSL. Od tej chwili zasady przeprowadzania konsultacji są regulowane przepisami niższego rzędu, po to by każda władza mogła je swobodnie zmieniać wedle własnego uznania.
Obecnie, kwestie dokonywania konsultacji określa PiS-owski regulamin pracy Rady Ministrów, uchwalony przez nią samą i po raz ostatni zmieniony przez tąż Radę Ministrów w dniu 22 stycznia 2019 r.
Ale nawet w tych PiS-owskich przepisach, mających służyć utrwalaniu panowania obecnego rządu nad obywatelami, ostał się – zapewne przez niedopatrzenie jakichś urzędników – wyraźny zapis ustanawiający obowiązek przeprowadzania konsultacji.

To obowiązek rządu

O konsultacjach mówi par. 36 regulaminu pracy Rady Ministrów zatytułowany: „Przedstawienie projektu dokumentu rządowego do konsultacji publicznych”.
Stwierdza on co następuje: „Organ wnioskujący, biorąc pod uwagę treść projektu założeń projektu ustawy, projektu ustawy lub projektu rozporządzenia, a także uwzględniając inne okoliczności, w tym znaczenie projektu oraz przewidywane skutki społeczno-gospodarcze, stopień jego złożoności oraz jego pilność, przedstawia projekt do konsultacji publicznych, w tym może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska”.
Zajmijmy się najpierw pierwszą częścią tego długiego zdania. „Organ wnioskujący” to właśnie rząd (czyli Rada Ministrów), a przepis stanowi jednoznacznie, że „przedstawia” on projekt do konsultacji publicznych.
Nie jest tu napisane, że rząd „może przedstawić” projekt czy „ma prawo przedstawić” projekt, lecz, że właśnie przedstawia.
Oznacza to, że rząd nie ma wyboru – i musi przedstawić projekt do konsultacji publicznej, a jeśli tego nie robi, łamie prawo – tak jak właśnie złamał je rząd Mateusza Morawieckiego, nie kierując do konsultacji projektu nowelizacji prawa oświatowego.

Kłamstwo i nieuczciwość

Rządowi propagandyści kłamliwie tłumaczyli brak konsultacji tym, że nie było na nie czasu, gdyż nowe prawo, umożliwiające dyrektorom szkół dokonywanie klasyfikacji uczniów, trzeba było wprowadzić jak najszybciej. To kolejna lipa.
Cytowany paragraf 36 regulaminu pracy Rady Ministrów nic nie mówi, że pilność projektu pozwala na odstąpienie od konsultacji. Przeciwnie, stwierdza, iż rząd przedstawia projekt do konsultacji, uwzględniając takie okoliczności, jak m.in. jego pilność.
Czyli, oznacza to, że właśnie ze względu na pilność projektu, konsultacje należało przeprowadzić jak najszybciej.
Argument, iż brakowało czasu na konsultacje jest kłamliwy także i dlatego, że strajk nauczycieli nie zaczął się wczoraj, więc Rada Ministrów miała dość czasu na przygotowanie projektu i przeprowadzenie rzetelnych konsultacji. Nie chciała ich, bo PiS-owska władza nie lubi zniżać się do wysłuchiwania opinii swych poddanych. Zwłaszcza, gdy wiadomo, że te opinie byłyby jednoznacznie krytyczne, bo nikt kto jest uczciwy intelektualnie, nie mógłby poprzeć rządowego projektu nowelizacji prawa oświatowego.
Druga część zdania tworzącego par. 36 stanowi, że w ramach konsultacji publicznych rząd może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska.
Tu nie ma już obowiązku prawnego. Rząd może więc ale nie musi kierować projekt do organizacji społecznych i innych zainteresowanych. Wolno mu podjąć próbę przeprowadzenia konsultacji publicznych w jakiś inny sposób (choć trudno sobie wyobrazić,jaki) – ale przeprowadzić je musi, bo tak mu każe prawo.
Rada Ministrów dopuściła się złamania prawa, które sama ustanowiła. To także jeden z elementów budowy ustroju totalitarnego: gdy władza łamie przepisy przez siebie przyjęte, jeśli okazują się dla niej niewygodne.
Na PiS-owską większość parlamentarną i jej popleczników oraz na prezydenta Andrzeja Dudę spada zaś odpowiedzialność za przyjęcie nowelizacji, przygotowanej z naruszeniem prawa – ale robili to już tyle razy przy innych okazjach, że zdążyli przywyknąć. Polacy także zdołali się przyzwyczaić, że prominenci PiS postępują zgodnie z regułą: nie mamy waszych płaszczy i co nam zrobicie?

Żadnych marzeń, panowie!

Nikt się nie przejmuje, niemrawo wyrażanymi obiekcjami rządu PiS.
Zmiana unijnej dyrektywy gazowej oznaczać będzie, że gazociąg
Nord Stream II na pewno powstanie.

Polski resort energii ocenia niedawną decyzję Rady Unii Europejskiej w sprawie rewizji dyrektywy gazowej, jako „przełomową” i korzystną z punktu widzenia Polski. Podobnie uważa nasze ministerstwo środowiska.
Ale nadzieje na wstrzymanie budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream 2 oddaliły się prawdopodobnie bezpowrotnie. Być może inwestycja ta zostanie tylko nieco opóźniona. Cóż, diabeł tkwi w szczegółach, których jeszcze dokładnie nie poznaliśmy.
Wiadomo jedynie, że dzięki nowemu kształtowi projektu dyrektywy zaproponowanemu w piątek przez komitet ambasadorów państw unijnych, Gazprom nie zbuduje w Europie gazociągu Nord Stream 2 bez nadzoru Unii Europejskiej.

Rządowy optymizm

Co to wszystko oznacza z punktu widzenia interesów naszego kraju? Niewiele, bo ów nadzór UE ma obejmować jedynie odcinek niemiecki gazociągu.
Jak obawia się jeden z ekspertów rynku energetycznego, Wojciech Jakóbik, ta dyrektywa może ponadto zostać zmieniona w kierunku, który uczyni ją neutralną względem budowy Nord Stream 2. „O sposobie wdrożenia przepisów unijnych wobec projektu zdecydują sami Niemcy. Sugeruje to informacja o kompromisie Francji i Niemiec w sprawie zapisów dyrektywy, która pogrzebała nasze nadzieje na odsiecz Francuzów po myśli strony polskiej” – stwierdził Jakóbik.
Optymistą pozostaje jednak minister energii Krzysztof Tchórzewski. – Dzięki budowanej wytrwale przez Polskę szerokiej koalicji państw członkowskich, ambasadorzy poparli korzystny projekt, który jednoznacznie eliminuje funkcjonowanie gazociągów z państw trzecich w próżni prawnej – podkreśla.
Według jego resortu, decyzja podjęta przez wczoraj oznacza, że ambasadorowie unijni poparli projekt rumuńskiej prezydencji, zgodnie z którym wszystkie gazociągi działające na terytorium krajów UE oraz podmorskie będą podlegały przepisom prawa europejskiego.

Koniec duopolu?

A zatem, funkcjonowanie gazociągów musi być objęte rozdziałem właścicielskim: czyli, inna firma jest właścicielem gazociągu, inna – zajmuje się przesyłem gazu. Obowiązywać musi też zasada dostępu stron trzecich do gazociągu – jego właściciel musi umożliwić korzystanie z niego wszystkim firmom, chcącym wykorzystywać go do tłoczenia w nim gazu. Wreszcie, powinna nastąpić przejrzystość ustalania taryf przesyłowych.
Co istotne, stosowanie prawa UE będzie podlegało kontroli organów krajowych i instytucji unijnych.
„Przyjęcie dyrektywy w takim kształcie oznacza koniec sytuacji, gdy o budowie, która ma wpływ na cały region, rozmawiają tylko rządy dwóch państw. W tym przypadku: Niemiec i Rosji” – dodaje portal Money.pl.
Ponadto portal powołuje się na anonimowe unijne źródło, według którego „umowa dwustronna niemiecko-rosyjska będzie podlegała sprawdzeniu przez Komisję Europejską, jeśli chodzi o jej zgodność z normami unijnymi”.
Natomiast inne anonimowe źródło unijne, na które powołuje się z kolei PAP ocenia, że niedawne uzgodnienia w sprawie dyrektywy gazowej, w praktyce oznaczają, że konieczne będzie „wynegocjowanie umowy międzyrządowej ze stroną rosyjską, żeby zapewnić ciągłość stosowania tego prawa na całym odcinku gazociągu. Dlatego, że gazociągu nie da się podzielić”.

Misja Jerzego Buzka

Według portalu BiznesAlert.pl były premier, a obecnie europoseł Platformy Obywatelskiej, Jerzy Buzek, który ma przewodniczyć dalszym debatom w europarlamencie nad ostatecznym kształtem dyrektywy gazowej, uważa, że Parlament Europejski może zaostrzyć niektóre zapisy rewizji w toku dalszych negocjacji. – Nasze stanowisko jest jednoznaczne: prawo unijne, czyli trzeci pakiet energetyczny, musi obowiązywać na terytorium całej Unii Europejskiej – stwierdza Buzek. Jego rolą powinno być więc poprowadzenie negocjacji tak, jak tego wymaga polska racja stanu
– Jestem przekonany, że Parlament Europejski, który od początku żarliwie popiera propozycję Komisji Europejskiej będzie dążył do wypracowania jeszcze bardziej ambitnego tekstu – dodaje minister Tchórzewski.
A w praktyce, ostateczny kształt dyrektywy (choć nie zatrzyma ona Nord Stream II)może zależeć w dużej mierze właśnie od Jerzego Buzka, stojącego przecież w opozycji do obecnego rządu.

Niby dużo, a wciąż brak

Ciągle nie ma ZSOMPL, wprawdzie lepiej działa ZORZ, ale co z tego. Jak żyć, panie Ministrze Zdrowia?

Rynek farmaceutyczny w Polsce notuje w ostatniej dekadzie stały wzrosti ma obecnie wartość odpowiadającą około 1 proc. naszego PKB, co czyni go największym rynkiem w Europie Środkowej i szóstym co do wielkości w Unii Europejskiej.
Całkowita wartość krajowego rynku farmaceutycznego (apteczny, szpitalny oraz sprzedaże wysyłkowe e-aptek) wynosiła w: 2017 r. – 33,3 mld zł, w 2016r. – 31,7 mld zł, 2015 r. – 29,8 mld zł. Według firmy badawczej PMR rynek sprzedaży aptecznej będzie rósł i w 2021 r. osiągnie ok. 39,6 mld zł.

Pełno ich – a jakby nie było

To na pozór olbrzymia masa medykamentów. Jednak w wyniku wprowadzenia w 2012 r. urzędowych cen produktów leczniczych refundowanych, oraz ich znacznej obniżki w Polsce po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej, eksport niektórych grup leków stał się bardzo dochodowym przedsięwzięciem.
Rosnąca skala dotowanego przez budżet eksportu doprowadziła w wielu przypadkach do braku leków w aptekach. Konsekwencją niekontrolowanego wywozu refundowanych produktów leczniczych, przy wykorzystaniu nielegalnego mechanizmu odwróconego łańcucha dystrybucji, były braki w pełnym dostępie do leków ratujących zdrowie lub życie.
Zauważyła to i Komisja Europejska, która uznała, iż brak odpowiednich i ciągłych dostaw do aptek produktów leczniczych stanowi poważny i rosnący problem, który pojawił się w ostatnich latach w niektórych państwach członkowskich. Może on mieć poważny wpływ na leczenie pacjentów. Komisja przyznała, że ten „handel równoległy” lekami może być jednym z powodów wystąpienia niedoborów wielu produktów leczniczych.
Zauważyć to wszakże jedno, a zaradzić – drugie. Polskie organy Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej nie dysponowały wystarczająco skutecznymi instrumentami przeciwdziałania tym nielegalnym praktykom. Dotyczy to zwłaszcza niekontrolowanego wywozu leków za granicę w ramach odwróconego łańcucha dystrybucji.
Łączna wartość produktów leczniczych sprzedawanych do krajów UE wynosi 3,5 mld złotych, a według szacunkowych danych, aż 57 proc. tych leków jest wyprowadzanych z kraju nielegalnie.
Mimo to, Minister Zdrowia opieszale prowadził prace nad nowelizacją prawa farmaceutycznego. Mnie więcej wiadomo, co należy zrobić. Chodzi o zakaz jednoczesnego prowadzenia przez jednego przedsiębiorcę kilku rodzajów działalności gospodarczej, w zakresie której może on nabywać produkty lecznicze, zmianę kryteriów zatrudniania inspektorów w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym, obowiązek składania oświadczeń o braku konfliktu interesów.

Program jest ale nie działa

W znowelizowanych przepisach ustawy Prawo farmaceutyczne, wprowadzonych tzw. ustawą antywywozową założono, że wszyscy uczestnicy łańcucha dystrybucji leków począwszy od producenta, poprzez hurtownie i apteki, są zobowiązani do regularnego raportowania stanów magazynowych oraz wielkości sprzedaży leków. Ma to pozwolić na ograniczenie nielegalnego eksportu – ale na razie skutków brak.
Prace nad programem który to umożliwiał, czyli Zintegrowanym Systemem Monitorowania Obrotu Produktami Leczniczymi trwały od 2012 r. Pomimo wejścia w życie od 1 stycznia 2017 r. obowiązku przekazywania informacji o obrocie produktami leczniczymi, w dalszym ciągu trwają prace pilotażowe, które ujawniają mankamenty w funkcjonowaniu utrudniające jego pełne wdrożenie.
Wg stanu na dzień 31 stycznia 2018 r. do systemu podłączono 48,3 proc. tych, co muszą składać takie raporty. Do podłączenia zobowiązanych było: 1500 producentów leków i przedsiębiorców wprowadzających je do obrotu, 542 hurtownie farmaceutyczne, 16 567 aptek – oraz 20 podmiotów instytucjonalnych, odbierających raporty (Ministerstwo Zdrowia, Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, GIF i Wojewódzkie Inspektoraty Farmaceutyczne oraz Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia).
W związku z opóźnieniami termin rozpoczęcia pełnego raportowania do ZSMOPL po raz czwarty wydłużono – tym razem do 1 kwietnia 2019 r. I być może nie jet to ostatni raz, bo ekipa z PiS wyjątkowo nieporadnie porusza się w świecie technologii informatycznych.
Mimo braku wdrożenia ZSMOPL, organy Inspekcji Farmaceutycznej podejmowały działania na rzecz przyjmowania zgłoszeń o braku dostępności produktów leczniczych (monitorowania dostępności leków).
Jak zauważa jednak NIK, zarówno GIF, jak i Wojewódzkie Inspektoraty nie zostały wyposażone w jednolite narzędzie informatyczne do obsługi tak ogromnej liczby zgłoszeń braku dostępu do leków, jaka do nich wpływała z aptek pocztą elektroniczną. Okazało się, że braki leków to wręcz ogólnopolska plaga
Ogromna liczba zgłoszeń z aptek o brakach leków powodowała znaczne obciążenie Inspektoratów oraz zaangażowanie pracowników. Próbowano jakoś wypełniać obowiązek przyjmowania zgłoszeń.
Najczęściej zgłaszane przyczyny braku lekarstw są oczywiste i banalne: produkt niedostępny w sprzedaży, chwilowy brak produktu, dostawa w drodze, tymczasowy brak towaru w magazynie, ograniczenie dostaw przez producenta,brak dostępności u producenta.
GIF na podstawie danych przekazanych z poszczególnych województw, sporządzał zbiorcze zestawienie, które przekazywał następnie raz w tygodniu do Ministerstwa Zdrowia.
W raporcie przedstawiano analizę skali i przyczyn braku dostępności produktów leczniczych.
Od września 2016 roku, GIF udostępnił aptekom system Zgłoszeń Odmów Realizacji Zamówienia (ZORZ). W tym celu apteki zobowiązane były do założenia własnego konta w systemie. Od lutego 2017 r. do systemu podłączona została duża liczba użytkowników, co spowodowało istotny wzrost liczby zgłoszeń. Łącznie w bazie ZORZ na koniec lipca 2018 r. znajdowało się ponad 16,6 mln zgłoszeń odmowy realizacji zamówienia na leki.
Od samego działania systemu odmów, leków jednak nie przybędzie.

Nam karać nie kazano

W wykazie leków zagrożonych brakiem dostępności, publikowanym przez Ministra Zdrowia, w 2017 r. znajdowało się od 173 (w styczniu) do 197 (w listopadzie) produktów leczniczych. Ich liczba niestety rosła. Wg stanu na 15 września 2018 r. wykazem objętych było aż 266 pozycji leków.
W ocenie NIK, Główny Inspektorat Farmaceutyczny nie wywiązał się z ustawowego obowiązku, polegającego na sprawdzeniu, nie rzadziej niż raz na trzy lata, czy przedsiębiorca prowadzący hurtownię farmaceutyczną spełnia obowiązki wynikające z prawa farmaceutycznego. W 2016 r. nadzorem objętych było 550 hurtowni, zaś na koniec III kwartału 2017 r. – 543 hurtownie.
Jednakże rocznie średnio kontrolowano tylko około 10-12 proc. hurtowni farmaceutycznych funkcjonujących na rynku, co uniemożliwiło skuteczny nadzór nad hurtowniami. Przyczyną był brak pracowników w GIF – mimo niezłych zarobków (płace inspektorów wahają się od 4,1 tys. zł do 5,9 zł brutto.)
Przy zaledwie kilkuosobowej obsadzie inspektorskiej, a także przy założeniu, że każdą inspekcję przeprowadza dwóch inspektorów, nie jest możliwe dochowanie ustawowego obowiązku przeprowadzenia raz na trzy lata inspekcji w hurtowni.
Nieskuteczne były też działania nadzorcze GIF dla ujawniania odwróconego łańcucha dystrybucji. Łącznie od 2015 wszczęto 39 postępowań administracyjnych, jednakże w przypadku żadnego z nich nie doszło do cofnięcia zezwolenia na prowadzenie hurtowni farmaceutycznej, a jedynie w czterech przypadkach skierowano zawiadomienia do organów ścigania.
Ponadto, mimo stwierdzonych naruszeń Prawa farmaceutycznego GIF nie nakładał kar pieniężnych. Departament Prawny GIF prowadził siedem postępowań za prowadzenie apteki bez wymaganego zezwolenia. Za taką działalność grozi kara do 500 tys. zł. Żadne z tych postępowań nie zostało zakończone.
Jak wynikało bowiem z wyjaśnień, strony postępowania odmawiały udostępnienia dokumentów sprzedaży produktów leczniczych za okres prowadzenia apteki bez zezwolenia, oraz faktur zakupu tych produktów. Kary nie były więc nakładane.
GIF tłumaczył, że gdy nie udostępniano dokumentów, brakowało narzędzi pozwalających na ustalenie wartości rocznego obrotu, co stanowi podstawę ustalenia wymiaru kary pieniężnej.
Narzędzia takie jednak istnieją i są zapisane w ordynacji podatkowej. Wystarczyło zwrócić się do Krajowej Administracji Skarbowej o stosowne informacje stanowiące podstawę obliczenia wysokości kary. Jednak GIF tego nie zrobił. Pierwszą karę za wywóz za granicę produktów leczniczych zagrożonych brakiem dostępności na rynku, GIF nałożył dopiero 12 września 2018 r. Wyniosła ona 47,1 mln zł.
I tak właśnie działa prawo w Polsce pod rządami Zbigniewa Ziobry.

Czy mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą?

Janusz Kaczmarek (ur. 25 grudnia 1961 w Gdyni) – polski prawnik, prokurator i polityk, od 2005 do 2007 prokurator krajowy, w 2007 minister spraw wewnętrznych i administracji.
31 października 2005 objął stanowisko prokuratora krajowego w strukturach Ministerstwa Sprawiedliwości kierowanego wówczas przez Zbigniewa Ziobrę.
8 lutego 2007 premier Jarosław Kaczyński odwołał go ze stanowiska prokuratora krajowego, a prezydent Lech Kaczyński na jego wniosek powołał go na urząd ministra spraw wewnętrznych i administracji. 14 marca 2007 otrzymał nominację na członka Rady Bezpieczeństwa Narodowego. 8 sierpnia 2007 został odwołany z zajmowanego stanowiska. Bezpośrednią przyczyną były informacje o tym, jakoby był on źródłem przecieku w sprawie planowanej akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi (tzw. afera gruntowa). 13 sierpnia 2007 został kandydatem grupy posłów LPR i Samoobrony RP na prezesa Rady Ministrów w trybie konstruktywnego wotum nieufności. 7 września 2007 Janusz Kaczmarek wycofał jednak zgodę na kandydowanie[6], wobec czego wniosek poselski jako bezprzedmiotowy nie został poddany pod głosowanie.
30 sierpnia 2007 został zatrzymany przez funkcjonariuszy ABW pod zarzutem utrudniania śledztwa i składania fałszywych zeznań. Zatrzymanie to zostało przez sąd uznane za bezzasadne i nieprawidłowe. Postępowanie przeciwko niemu w tym zakresie zostało umorzone w 2009.
W 2010 Janusz Kaczmarek uzyskał wpis na listę radców prawnych, a następnie na listę adwokatów, podejmując praktykę w zawodzie. Został też wykładowcą w Wyższej Szkole Administracji i Biznesu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w Gdyni.

 

 

– Z punktu widzenia prawnokarnego sprawa jest bardzo poważna. Mówimy o styku polityki i biznesu, bardzo dużych pieniądzach i musimy zadać pytanie, czy w tle faktycznie nie mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą  – mówi były szef MSWiA Janusz Kaczmarek w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co).  – Wszystkie okoliczności sprawy dają jednoznaczną odpowiedź, że komisja śledcza powinna zostać powołana – dodaje.

 

KAMILA TERPIAŁ: Instytucje państwa w sprawie afery KNF zadziałały, jak twierdzą politycy PiS, szybko i sprawnie? Tak jak trzeba?

JANUSZ KACZMAREK: Na pewno szybko i sprawnie zadziałał prezes KNF, który błyskawicznie dostał się z Singapuru do Warszawy, a następnie do swojego gabinetu. Co tam robił? Nie wiemy. Mówię to oczywiście ironicznie. W tak poważnej sprawie należałoby oczekiwać, że czynności instytucji państwa, czyli prokuratury i CBA, które działało na jej polecenie, powinny nastąpić znacznie szybciej. Śledztwo wszczęto dopiero w oparciu o materiał prasowy, chociaż zawiadomienie do prokuratury zostało złożone przez mecenasa Romana Giertycha jeszcze przed upublicznieniem tej sprawy.
Po wszczęciu śledztwa należało w sposób bardzo szybki podjąć działania mające na celu zabezpieczenie materiału dowodowego, chociażby w postaci dokumentów czy urządzeń zagłuszających z gabinetu prezesa KNF-u. Na pewno należało to zrobić przed wizytą w tym miejscu Marka Chrzanowskiego.

 

Jak to możliwe, że CBA dociera do gabinetu dopiero po zdymisjonowanym prezesie, chociaż był na to czas wcześniej? Takie przeszukanie ma w ogóle jakieś znaczenie dla sprawy?

Znaczenie ma, ale nie wiemy, czy czegoś nie utracono, czy coś nie zaginęło lub nie zostało celowo zniszczone. Takie pytania już zawsze pozostaną bez odpowiedzi.

 

Sprawa trafia 7 listopada do Prokuratury Generalnej. Minister sprawiedliwości, prokurator generalny i premier dowiadują się dopiero tydzień później z przekazów medialnych. Jak to możliwe?

Pojawią się argumenty, że były to dni wolne od pracy. Ale to nie są satysfakcjonujące odpowiedzi i nie mogą uzasadniać twierdzenia, że wszystko zadziałało prawidłowo. Wręcz odwrotnie.
W sprawach tak poważnych nie ma świąt i wolnych dni. Jako prokurator krajowy o poważnych sprawach byłem informowany o każdej porze dnia i nocy, w soboty i w niedziele. Wydaje mi się, że taka praktyka powinna trwać do dzisiaj.

 

O czym świadczy taka zwłoka?

Świadczyć to może albo o lekkomyślnym podejściu do sprawy – to byłoby najbardziej pozytywne dla decydentów, ale może też powodować pytania, czy nie mamy do czynienia z celowym spowalnianiem tego postępowania i reakcją dopiero na doniesienia medialne. I to reakcją nie tak szybką i prawidłową, jak należałoby się spodziewać.

 

Zbigniew Ziobro na pierwszej konferencji prasowej w dniu opublikowania artykułu w „Gazecie Wyborczej” tłumaczył, że polecił wszczęcie śledztwa w tej sprawie i objął je „osobistym nadzorem”. Co to de facto może oznaczać?

Minister sprawiedliwości jest prokuratorem generalnym, ale także czynnie zaangażowanym politykiem obozu władzy, który ma określone polityczne cele i wizje. Dlatego taki nadzór może nie być obiektywny, ale skażony polityką. Obawy, że sprawa nie zostanie wyjaśniona tak jak trzeba, są uzasadnione.

 

Minister sprawiedliwości na antenie TVP publicznie domaga się złożenia w prokuraturze nośnika z oryginalnym nagraniem rozmowy Leszka Czarneckiego z szefem KNF, a pełnomocnik bankiera Roman Giertych odpowiada, że nośnik złożył już przecież w prokuraturze. Co się tam dzieje?

Świadczy to co najmniej o nieznajomości przez Zbigniewa Ziobrę tej sprawy, pomimo deklaracji osobistego nadzoru.
Roman Giertych w taki sposób obnażył brak podstawowej wiedzy, co uderza w powagę urzędu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

 

Jak ta sprawa może się skończyć? PiS będzie robił wszystko, żeby ją rozmyć, czy będzie szukał kozła ofiarnego?

To jest bardzo poważna sprawa, w której nagle pojawiają się nie tylko wątki związane z Leszkiem Czarneckim, ale także udziałem tej samej osoby, czyli prawnika, który miał być zatrudniony w banku biznesmena, w innych bankach. Powtarzam, sprawa jest bardzo poważna i powinna być wyjaśniona w sposób dogłębny.
Czy tak będzie? Nie jestem pewien. Myślę, że to jest też taki rodzaj sprawy, w której media będą patrzyły politykom i prokuratorom na ręce.

 

W sprawie pojawiają się nowe wątki, także Grzegorza Biereckiego, czyli twórcy SKOK-ów. Opozycja mówi o zorganizowanym gangsterskim działaniu. Pan podpisałby się pod takim stwierdzeniem?

Nie chcę epatować takimi nazwami. Ale niezależnie od tego, jakimi określeniami emocjonalnymi i trafiającymi do społeczeństwa będziemy się posługiwać, to i tak z punktu widzenia prawnokarnego sprawa jest bardzo poważna.
Mówimy o styku polityki i biznesu, bardzo dużych pieniądzach i musimy zadać pytanie, czy w tle faktycznie nie mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą.
Przypomnę, że z punktu widzenia prawa karnego wystarczy, że to są trzy osoby, które łączy aspekt wspólnego działania i dążenia do popełnienia przestępstwa.

 

W tej sprawie takie warunki mogą być spełnione?

Należy to zakładać w analizach prawnych…

 

Ta afera uderzy w PiS?

Nie chcę wychodzić z roli prawnika. Analizy polityczne pozostawiam innym.

 

Może powinna powstać komisja śledcza? Co należy zrobić, żeby sprawę wyjaśnić?

Wszystkie okoliczności sprawy dają jednoznaczną odpowiedź, że komisja śledcza powinna zostać powołana. Czy będzie wola polityczna? To już jest inne pytanie. Na razie wszystko wskazuje na to, że takiej woli nie ma. A to też rodzi pytania.