Towar dotknięty uważa się za sprzedany

Naprawa gwarancyjna telefonu komórkowego jest zjawiskiem równie możliwym, jak zorza polarna na równiku.

Mój znajomy czas jakiś temu wkurzał się, że wykupił sobie od operatora komórkowego usługę, w której zawarta była obietnica dostępu do jednego z kanałów filmowych. Była, a potem przestała być i operator w oględnych słowach kazał się koledze przenieść na drzewo w celu prostowania bananów. Tyle, że kumpel mógł w dalszym ciągu wchodzić do internetu, gadać i esemesować. A ja nie.
Won z salonu
Zdechła mi bowiem pięcioletnia komórka. Na amen. Koleżanka ma sprawną, ale ponieważ nie miała w niej jakiejś wymaganej w jej pracy funkcji, to kupiła sobie nową, a tę lunie mi za stówę. Kupuję. I dupa. Stara karta SIM nie pasuje. Do tego modelu pasuje tylko mniejsza.
Wchodzę na stronę Plusa i widzę, że za 25 zł wymienią mi ustrojstwo na nowe, pod warunkiem, że jestem właścicielem lub użytkownikiem. Co prawda właścicielem wszystkich komórek w domu jest żona, która bawi akurat na tygodniowym wyjeździe, ale użytkownikiem jestem jak najbardziej. Jadę parę kilometrów do punktu, który jest w stanie wymienić mi kartę. Tyle, że nie jest.
Panowie wyciągają jakiś kwit, gdzie jak byk stoi, że do wymiany karty SIM musi być właściciel. I kropka. To nic, że wymiana karty na taką, która wlezie do telefonu nie zmienia niczego. Zostaje ten sam numer i ten sam właściciel. I nieważne, że w dowodzie mam to samo co właścicielka nazwisko. Nawet adres ten sam. Regulamin teleoperatora jest jednoznaczny i każe mi się walić.
Gdyby nie ten wpis na stronie internetowej o bezproblemowej możliwości uzyskania mniejszej karty, nie marnowałbym, ani czasu ani paliwa. Zrobiłbym to, co zrobiłem po przyjeździe do domu. Znalazłem w sieci stronę na której opisano, w jaki sposób za pomocą kartki, ołówka, linijki i nożyczek przerobić dużą kartę SIM na małą. Po kwadransie, bez żadnej łaski sieci komórkowej nowy telefon już działał.
Komórkowy pas cnoty
Wkurw na Plusa jednak nie przechodził, ba spotęgował się, gdy po paru minutach od uaktywnienia smartfona dostałem SMS, że mogę sobie przez parę dni kogoś bliskiego poszpiegować za darmo. A potem już za kasę. Wystarczy, że przechwycę jego komórkę pod byle pozorem na jedną dobę, aby bez wiedzy tej osoby wyrazić SMS-em zgodę na inwigilowanie.
Sprawę znałem, bo opisywałem ją parę lat temu. I mimo ciśnięcia różnych rzeczników, inspektorów i nawet organizacji pozarządowych zajmujących się wolnościami obywatelskimi, nic się nie zmieniło. Każdy może inwigilować każdego. Mąż żonę, żona męża, chłopak dziewczynę, a pracodawca pracownika, który ma służbową komórkę. O każdej porze dnia i nocy ktoś zainteresowany gdzie dana osoba jest, dostanie jej namiar z dokładnością do 2 metrów. I to wszystko bez żadnych kołomyj z osobistym stawiennictwem, legitymowaniem się, podpisami wyrażającymi zgodę na inwigilację. Nic z tych rzeczy. Wysyłamy jednego SMS-a, a następnego dnia odpowiadamy SMS-em z komórki którą chcemy śledzić.
Taki myk można zamówić u wszystkich firm świadczących usługi komórkowe. Pod szczytnym i przez nikogo nie sprawdzanym hasłem ochrony dziecka. Bo prywatna inwigilacja hula pod nazwą „Gdzie jest dziecko”, ewentualnie „Gdzie jest bliski”.
Z notariuszem po telefon
Skrobnąłem do Plusa pytanie. „Czy Państwa Firma nie ma wątpliwości prawnych i etycznych umożliwiając ludziom wzajemnie się inwigilować ramach reklamowanej w sieci ofercie „gdzie jest dziecko”? No i pozwoliłem sobie na uwagę dotyczącą wymiany kart SIM.
Odpowiedział pan Arkadiusz Majewski. „Oferowane przez naszą sieć usługi są legalnie dostępnymi produktami. Usługa Gdzie jest bliski pozwala np. na lokalizowanie miejsca pobytu dziecka, do czego każdy rodzic ma prawo, czy starszych i chorych członków rodziny, którym może uratować zdrowie i życie. Aktywacja tej usługi odbywa się nie tylko na urządzeniu osoby lokalizującej, ale wymaga też potwierdzenia czyli zgody bliskiego, który ma być monitorowany”.
Zapomniał jednak dodać, jak odbywa się takie potwierdzenie i że to kpina z prawa do prywatności. Zwłaszcza w kontekście tego co pan z Plusa napisał w drugiej sprawie. Czyli „wymiana karty SIM jest dokonywana w punktach sprzedaży sieci Plus na zlecenie właściciela lub osoby pisemnie upoważnionej”. Oczywiście po wylegitymowaniu.
To jeszcze nic. Parę dniu później na jednej ze stron operatora telefonii komórkowej zniknęły zajawki o tym, że karty wymienić może właściciel lub użytkownik, a pojawiło się coś takiego „Kartę SIM możesz wymienić jeśli jesteś właścicielem numeru telefonu lub osobą pisemnie upoważnioną przez właściciela”. Gdyby jednak ktoś uwierzył i pobiegł z upoważnieniem współmałżonka na którego jest telefon, to gówno załatwi. Bo otóż na kolejnej stronie Plusa było coś innego „Kartę SIM możesz wymienić jeśli jesteś właścicielem numeru telefonu lub osobą pisemnie upoważnioną przez właściciela (pełnomocnictwo poświadczone notarialnie)”.
Bezpłatnie, czyli za 9 stów
Karta SIM nawet nowa, to i tak ledwie kilkadziesiąt złotych. Natomiast smartfon to z reguły gadżet za złotych kilkaset. Stąd, gdy żona która będąc od paru miesięcy posiadaczką spłacanego w abonamencie telefonu zaczęła rzucać kurwami, bo w czasie oglądania jakiejś bzdury z You Tube’a jej Samsung zamilkł, zgasł i w ogóle przestał ujawniać oznaki życia, powodów do stresu nie widziałem, bo wszak aparat miał 2 lata gwarancji.
Nerwy przyszły parę dni później, gdy pani z biura operatora, do którego padnięta komórka powędrowała, oddzwoniła informując, że bezpłatna naprawa gwarancyjna nie jest możliwa. A jak chcemy żeby Samsung był sprawny, to przyjemność ta będzie nas kosztowała 900 zł. Znaczy jakieś 2 stówy więcej niż wynosiła cena zakupu nówki. A dlaczego?
Bo „płyta główna nosiła ślady zawilgocenia co powoduje, że sprzęt gwarancji nie podlega”. Podczas odbierania od pani martwej komórki, operator udostępnił zdjęcie fragmentu tejże zmoczonej płyty wykonane przez serwisantów koreańskiego sprzętu.
Parę metrów od biura teleoperatora jest zakład komórki reperujący. Pan fachowiec widząc Samsunga w otoczeniu kwitów nie pytał o nic.
„Zawilgocenie pewnie znaleźli. Jak zawsze” – stwierdził. A potem opowiedział, że 90 procent sprzętu, który naprawia, to smartfony na gwarancjach zwrócone przez serwisy firmowe z powodu zawilgocenia albo uszkodzeń mechanicznych. Te drugie to nawet minimalne zadrapania albo pęknięcie szybki, które nie ma nic wspólnego z tym, że urządzenie nie działa, ale jest powodem do odmówienia bezpłatnej naprawy.
Dokładnie tak samo jest z wilgocią. Ta może się dostać do urządzenia nawet wtedy gdy przyjdziemy z telefonem z dworu i wejdziemy do zaparowanej kuchni lub łazienki. Ślady wilgoci się na płycie pod obudową pojawią. Tyle, że komórka będzie działała, bo woda nie uszkodzi żadnego w ważnych układów. Natomiast sam fakt, że wilgoć wniknęła w sprzęt, jest dla gwarancji dyskwalifikująca.
Pan fachowiec dodał też, że bardzo rzadko spotyka się z tym, że na skutek tej wilgoci komórka pada. Wystarczy wymienić jakąś duperelę, która odmówiła posłuszeństwa bez związku z wodą i urządzenie działa.
Użytkownik jest zawsze winny
Oczywiście w firmowych serwisach to wiedzą, ale narzucona im przez korporację procedura przewiduje, że zamiast bawić się z wymianą podzespołu, wkłada się do telefonu całą nową płytę. Dzięki temu serwis ma mało pracy, a właściciele komórek na gwarancji płacą za naprawę jak za zboże. Co jest o tyle istotne, że co miesiąc do autoryzowanych punktów serwisowych trafia ponad 100 tysięcy komórek. I niech tylko jedna trzecia okaże się nie do naprawienia, zmuszając właściciela do wydania kasy na nowy sprzęt, albo droższą od niego naprawę.
Tylko jedna trzecia, bo połowa komórek trafiających do serwisów wymaga najczęściej przeinstalowania lub aktualizacji. Parę procent to wady fabryczne, część napraw wykonywanych przez naprawiaczy sprzętu to wymiana gniazdek. Reszta zaś to usterki gwarancyjną naprawę uniemożliwiające – utopienie, przegrzanie bądź upadek. Ponieważ komórka służy do tego do czego służy, to nie ma siły, by po paru dniach, któraś z dyskwalifikujących gwarancję ewentualności nie wystąpiła. Wystarczy się spocić, lub czyszcząc gniazdko napluć do środka, by o gwarancji zapomnieć.
Najgorsze, że nie na sposobu, by z tym fantem coś zrobić. Jesteśmy uwiązani prawem unijnym. Z jednej strony daje nam to długie 24-miesięczne okresy gwarancji. Z drugiej musimy mieć te same co inni uregulowania prawne. Niemal rok temu sprawą zajął się nawet Parlament Europejski. I przyjął rezolucję z apelem, by sprzęt psuł się rzadziej, a jeśli już – to by części zamienne nie były zbyt drogie.
„Musimy sprawić, aby nie trzeba było wyrzucać telefonu, w którym zniszczona jest tylko bateria. Musimy upewnić się, że konsumenci wiedzą, jak długo urządzenia będą działać i jak można je naprawić” – krzyczał z trybuny europoseł Zielonych Pascal Duran, a jego wystąpienie przyjęto z aplauzem. I ze śmiechem ze strony producentów, bo choćby nie wiadomo jakie przepisy wymyślono, koncerny i tak wyjdą na swoje.
Bo przecież choć mamy UOKiK, mamy organizacje konsumenckie, mamy prokuraturę, policję i stada kontrolerów, to pana serwisanta firmowego możemy i tak jedynie w dupę pocałować.

Kopertowe machinacje wyborcze

Istnieje szereg powodów, dla których planowane przez partię rządzącą głosowanie „kopertowe” to pseudowybory – zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju. Oto niektóre z nich.

• Wybory nie mogą odbyć się w czasie stanu nadzwyczajnego, a ten, pomimo braku formalnej decyzji rządu, został wdrożony.

• Nie ma możliwości prowadzenia normalnej kampanii wyborczej.

• Spisy wyborców są niespójne z bazą PESEL – nie wiadomo, do kogo trafią „pakiety wyborcze”.

• Wątpliwa jest tajność głosowania „kopertowego”.

• Głosowanie za granicą jest utrudnione albo nawet niemożliwe.

• Przygotowania do głosowania „kopertowego” prowadzono bez podstawy prawnej.

• Państwową Komisję Wyborczą w organizacji wyborów zastąpią (zależni od PiS) minister aktywów państwowych i Poczta Polska.

• Kto policzy „kopertowe” głosy? Komisje mają być małe, przez co jeden członek komisji będzie miał dużo więcej głosów do policzenia niż w przeszłości.

• Kto oceni ważność wyborów w razie protestów? Trzeba pamiętać o wątpliwościach co do niezależności sędziów powoływanych na wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa.

Dlatego FOR rekomenduje formalne wprowadzenie przez rząd stanu klęski żywiołowej, z zastosowaniem tylko tych restrykcji, które są niezbędne do ograniczania skali epidemii – i organizację wyborów w sposób zgodny z Konstytucją RP, innymi przepisami prawa i standardami międzynarodowymi.

Pseudowybory metodą „na wnuczka”

Ustawa o szczególnych (korespondencyjnych) zasadach przeprowadzania wyborów powszechnych na Prezydenta RP zarządzonych w 2020 r., stanowi bezprecedensowy w historii wolnej Polski atak na jej demokratyczny system wyborczy, a co za tym idzie – na sam ustrój państwa.

Ustawa narusza nie tylko takie przymiotniki wyborcze jak powszechność czy równość, ale przede wszystkim tajność. Liczne, wątpliwe z punktu widzenia prawnego rozwiązania, obecne w tym akcie prawnym oraz wcześniej przyjętych przepisach w ramach tzw. tarcz rządowych, skłaniają do analiz w kontekście przepisów prawa karnego.

Warto zwrócić uwagę na art. 248 pkt. 2 kodeksu karnego. Zgodnie z jego treścią do przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności do lat 3 dochodzi również w chwili, gdy sprawca używa podstępu celem nieprawidłowego sporządzenia listy kandydujących lub głosujących, protokołów lub innych dokumentów wyborczych albo referendalnych. Zazwyczaj, mówiąc o podstępie mamy na myśli zachowania powszechnie uznawane za czyny karalne (np. oszustwa metodą „na wnuczka”). Czy jednak przepisy pozornie mające inny cel niż ten, do którego zostają w ostateczności wykorzystane, mogą stanowić podstęp? Podstęp w rozumieniu prawa karnego skłania osobę do zachowania, od którego powstrzymałaby się, gdyby znała prawdziwa sytuację lub do złożenia takiego oświadczenia woli lub wiedzy, jakiego w innych warunkach nie chciałaby złożyć . Nie da się zignorować faktu, że obecne wybory mają być organizowane de facto przez Ministra Aktywów Państwowych – jednocześnie wicepremiera oraz aktywnego polityka partii rządzącej, która wspiera urzędującego prezydenta w jego dążeniach do reelekcji – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. To strona rządowa stoi za art. 11 ust. 1,2 i 3 specustawy COVID-19, który został wykorzystany w celu wydania wiążących poleceń, związanych z bezprawną organizacją pseudowyborów korespondencyjnych. Ostateczną treść przepisu przegłosowano w ramach tzw. Tarczy 2.0, pod pretekstem konieczności skutecznej walki z pandemią oraz jej skutkami. Jednakże uzasadnienie to nie ma pokrycia w rzeczywistej funkcji przepisu.

Czy opozycja, również popierająca swoich kandydatów w wyborach prezydenckich poparłaby te rozwiązania, wiedząc, do czego będą wykorzystane? Jest to wątpliwe. Stąd też zasadne wydaje się ponowienie kluczowego pytania – czy przepisy ustawy, uzasadniane pozornie kryzysowym położeniem państwa mogą w rzeczywistości być próbą podstępu w celu przeprowadzenia jak najkorzystniejszych dla większości rządzącej wyborów? Zbieg okoliczności związany z interesem politycznym podmiotów zaangażowanych w organizację wyborów z ich wynikiem, podważa zaufanie społeczeństwa do organów władzy publicznej, które – zgodnie z art. 7 Konstytucji RP – winny działać na podstawie i w granicach prawa.
PiS

Gospodarka 48 godzin

Skarga na kanał

Budowa przekopu Mierzei Wiślanej od początku budzi ogromne zastrzeżenia. Pomimo ekspertyz, które wykazały negatywny wpływ inwestycji na obszary Natura 2000, sprzeciwu wojewódzkich władz samorządowych, braku opłacalności oraz wielu negatywnych opinii naukowców, rząd podtrzymuje pomysł realizacji tej kontrowersyjnej inwestycji. Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Unia złożyło w związku z tym do Komisji Europejskiej skargę na kanał. „Budowa przekopu jest nielegalna, a wobec katastrofalnej suszy, kryzysu wywołanego koronawirusem, degradacji przyrody oraz znacznego wzrostu kosztów budowy taka inwestycja staje się jeszcze bardziej nieracjonalna” – wskazują przedstawiciele Greenpeace Polska oraz Eko-Unii. Podkreślają, że na Mierzei Wiślanej ciężki sprzęt już na dobre realizuje projekt przekopu, mimo że brak jest ostatecznej decyzji środowiskowej i porozumienia polskiego rządu z Komisją Europejską. W 2019 r. marszałek województwa pomorskiego wniósł odwołanie od decyzji środowiskowej olsztyńskiej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, która określała warunki realizacji inwestycji. Ostateczną decyzje powinna wydać w tej sytuacji Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, ale termin wydania decyzji odraczany był aż sześć razy i został ostatnio wyznaczony na koniec maja 2020 r. Oznacza to, że projekt jest realizowany bez ostatecznej decyzji środowiskowej i pozytywnej opinii Komisji Europejskiej.

Tymczasem rząd poinformował o znacznym zwiększeniu kosztów przekopu – z początkowych 900 mln do 2 mld zł. To oczywiście nie koniec wzrostu kosztów przedsięwzięcia. Ekonomiści wielokrotnie wskazywali na nieopłacalność inwestycji, a prognozy wskazują, że jej koszty nigdy się nie zwrócą. Ponadto, rząd planuje rozbudowę portu w Elblągu, ze wsparciem środków Unii Europejskiej w latach 2021-2027, co ma kosztować minimum 160 mln zł. Te pieniądze również się nie zwrócą.

Polscy ekolodzy, jak zawsze w przypadku podobnych inwestycji, wskazują na naruszanie siedlisk zwierząt, zagrożenie dla obszarów Natura 2000, niszczenie bezcennego dziedzictwa przyrodniczego i krajobrazowego, itd.

– Marnowanie publicznych środków na utopijny cel żeglugi towarowej łączącej kanałem Bałtyk z Elblągiem jest karygodne. Miliardy złotych, które rząd chce utopić w przekop Mierzei oraz w betonowanie rzek pod pretekstem budowy dróg wodnych, należy przeznaczyć dziś na walkę z suszą, na odtwarzanie retencji naturalnej, zasilającej wody podziemne, na renaturyzację rzek oraz ochronę mokradeł i torfowisk. Pora zmienić radykalnie złą politykę wodną i ignorowanie zasad systemu ochrony przyrody. Zbiorniki zaporowe dla żeglugi nie uchronią to nas przed suszą i katastrofą klimatyczną – uważa Radosław Gawlik z Eko-Unii. Natomiast przedstawiciele Greenpeace uznają przekop za kpinę z systemu ochrony przyrody w Polsce, ewidentny brak poszanowania polskiego i unijnego prawa ochrony środowiska, lekceważenie głosów sprzeciwu obywateli oraz skrajnie nieodpowiedzialną decyzję niby gospodarczą, ale wyłącznie o charakterze politycznym. Ich zdaniem, gdyby przekop mierzei powstał 60 lat temu, dzisiaj prezentowany byłby jako książkowy przykład arogancji i szkodliwej megalomanii władzy. To, że powstaje teraz, kiedy nie ma żadnych wątpliwości, że człowiek musi zmienić swój stosunek do przyrody, przestać ją niszczyć i zacząć dbać o jej kurczące się zasoby dla dobra przyszłych pokoleń, jest według nich niewyobrażalne

Prominenci PiS szkalują sędziów

Pod adresem liderów prawicy warto skierować prośbę: przestańcie wreszcie szczuć. Zakończcie tę mowę nienawiści.

Sędziowie zrzeszeni w stowarzyszeniu Iustitia przygotowali mały wybór szkalujących opinii na temat przedstawicieli tego zawodu, wygłoszonych w kraju i na forum międzynarodowym przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Wybór to zdumiewający, bo chyba nawet w czasach stalinowskich przedstawiciele najwyższych władz państwowych nie wyrażali się tak o przedstawicielach władzy sędziowskiej. I wypada zaapelować do dygnitarzy PiS, by wreszcie skończyli z tą mową nienawiści. Można ich zrozumieć: sieją wiatr, bo chcą wywołać burzę – ale nie można ich usprawiedliwić.
Poczytajmy więc, co mówią, zaczynając od Prezydenta RP Andrzeja Dudy i jego ikonicznej już wypowiedzi: „Poziom zakłamania tego towarzystwa i jego hipokryzji mnie osłabia /…/ Stary układ w sądownictwie bardzo mocno się trzyma i nie chce pozwolić na to, aby zabrać im przywileje i tę władzę nad ludźmi, do której doszli”.
To oczywiście nie wszystko. W kolejnych wypowiedziach prezydent rozwijał swe przemyślenia, oświadczając m.in.: Mówię to specjalnie, tutaj przed Trybunałem Konstytucyjnym, aby zasygnalizować dramatyczną sytuację z jaką spotykamy się dziś w Polsce, bo jeżeli na forum publicznym znaczące postaci polskiego wymiaru sprawiedliwości – proszę państwa mówimy o sędziach Sądu Najwyższego, mówimy o sędziach, którzy do niedawna pełnili funkcje prezesów w tym sądzie, zaczynając od I Prezesa, poprzez prezesów izb – w sposób otwarty naruszają obowiązujące przepisy prawne, naruszają przepisy konstytucyjne i lekceważą przepisy ustawowe, to mamy do czynienia z anarchią wywoływaną przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Chcę to jasno i wyraźnie powiedzieć”.
Prezydentowi sekunduje premier, który wyróżnił się stwierdzeniem: „W przypadkach, gdy sprawa wygląda na najbardziej dochodową, wymagane są łapówki”. A w artykule dla Washington Examiner napisał: „Duża część tego systemu jest skorumpowana” – i dodał, że nie można dyskutować o kolejnych elementach, wybierając je z całości. Wyjaśnił też, co przez to rozumie: „Dla mnie to jest taka sytuacja, którą możemy porównać z Francją w okresie post-Vichy” (rząd Vichy to był, przypomnijmy, francuski reżim kolaborujący z nazistowskimi Niemcami). Tak więc, premier, kierując swe słowa do zagranicznych odbiorców dopuścił się ataku na Polskę, porównując pracę polskich sędziów z pracą sędziów kolaboranckiego Państwa Vichy.
W tych atakach nie może oczywiście zabraknąć Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry. Oświadczył on: „Ta kastowość, jaka tam się wytworzyła, oni sami o sobie przecież mówili, że są nadzwyczajną kastą, te zachowania, które mają charakter czysto polityczny, a nie merytoryczny – to wszystko razem wziąwszy, pokazuje duże problemy środowiska sędziowskiego (…). W Niemczech demokracja zadziałała i 80 proc. sędziów usunęła, którzy byli uwikłani w system komunistyczny. Dzięki działaniu pana profesora Strzembosza w Polsce tak się nie stało, bo uwierzono mu na jego słowo. I te patologie narastały”.
Zbigniew Ziobro dodał też: „Sądownictwo przez lata stanowiło państwo w państwie”.
Szkoda, że nie raczy on zauważyć, że średnia wieku polskich sędziów jest niższa od wieku jego samego – a więc o uwikłaniu polskich sędziów w system komunistyczny trudno mówić. Oczywiście, jest jeden szczególnie uwikłany: Stanisław Piotrowicz, prokurator stanu wojennego. On jednak reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, a więc jest poza krytyką.
Sam Piotrowicz chętnie zresztą wypowiedział się o sędziach, stwierdzając: „Nie może być takiej sytuacji, żeby garstka niezadowolonych z utraty przywilejów blokowała pracę organu konstytucyjnego (…) Żeby sędziowie, którzy są zwykłymi złodziejami nie orzekali dalej”.
W ataki na polskie sądownictwo włączył się także prezes Jarosław Kaczyński. Na konwencji PiS oświadczył: „Ojkofobia jak się to nazywa, czyli niechęć czy nienawiść nawet do własnej ojczyzny, czy własnego narodu, to jest jedna z chorób, która dotknęła część sędziów”.
W innym miejscu powiedział zaś: „Ustrój trybunalski, w istocie władza sądów, z demokracją nie ma nic wspólnego”.
Tak więc, lider partii rządzącej podważa ustrojową, wynikająca wprost z Konstytucji RP, pozycję sądów.
Środki zmierzające do odpowiedniego ukształtowania sędziów, bardzo konkretnie przedstawiła Krystyna Pawłowicz, – posłanka Prawa i Sprawiedliwości, członek Krajowej Rady Sądownictwa, a od niedawna sędzia Trybunału Konstytucyjnego: „Środowisko sędziowskie wymaga odzyskania dla demokracji. Państwo powinniście jak w Korei przejść reedukację w obozach uczących demokracji”.
Szczególnie błyskotliwie zaprezentował się Marek Suski, szef gabinetu politycznego Prezesa Rady Ministrów, który, jak podaje Stowarzyszenie Iustitia ogłosił: „Niektórzy sędziowie są bogaci i mają w ogródkach zakopane sztabki złota, ale nie jest znane ich pochodzenie”.
Natomiast Jacek Sasin, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, komentując zadanie pytania prejudycjalnego do TSUE przez sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie Igora Tuleję, oskarżył: „To anarchizacja prawa, dokonywana przez część środowiska sędziowskiego”. Pod adresem jego i innych sędziów powiedział też: „Robią to tylko i wyłącznie po to, żeby stwarzać wrażenie, że w Polsce mamy jakiś stan niestabilności prawnej”.
Jednak w sposób najbardziej jednoznaczny wypowiedziała się Beata Mazurek, rzeczniczka Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości: „Stanowisko Sądu Najwyższego odbieram jednoznacznie. Jest to dalsze szerzenie się anarchii w naszym kraju. Tak naprawdę zebrał się zespół kolesi, którzy bronią status quo poprzedniej władzy”.
Przedstawiciele prawicy chętnie donoszą też na poszczególnych sędziów. Na przykład Patryk Jaki, ówczesny sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, nadawał na sędziego Waldemara Żurka: „Wyobraźcie sobie państwo, że dzisiaj osoba, która sama ma problemy z alimentami, będzie decydowała o przyszłości innych Polaków, o jakości orzecznictwa, jeśli chodzi o alimenty. To jest jeden wielki skandal”.
Jest to, jak słusznie zauważa Iustitia, jeden z wielu przykładów wyciągania spraw prywatnych sędziów i podawania ich do wiadomości publicznej w kłamliwy sposób dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych.
Jak to wszystko skomentować? Cóż, brak słów.

„Innowacyjny biznes” po polsku

Gdy prywatną przedsiębiorczość otacza się prawdziwym kultem, wielu prywaciarzy nie widzi nic złego w wyrzucaniu śmieci do lasu, wylewaniu ścieków do rzeki i podobnych metodach „oszczędzania”.

Jeden z najnowszych „bohaterów wolnego rynku” to lokalny biznesmen z Chojnic. Rzutkiego kapitalistę zatrzymała policja, gdyż w okresie świąteczno-noworocznym wywiózł do lasu 600 kilogramów rybich zwłok. W ten sposób postanowił zaoszczędzić na składowaniu odpadów.
15 stycznia spacerowicz zawiadomił leśniczego, że nieopodal jeziora Duże Głuche (woj. pomorskie) zalega sterta śmierdzących ryb. Do doniesienia załączył zdjęcia. Po przyjeździe na miejsce służb mundurowych stwierdzono, że były to pozostałości ryb słodko- i słonowodnych, filety, kręgosłupy, skrzela, a nawet całe ryby wędzone. Łącznie las pomiędzy Konarzynami a Chocińskim Młynem „wzbogacił się” o 700 kg takiej materii. Nadleśnictwo Przymuszewo było zmuszone zapłacić ponad 1 tys. zł za uprzątnięcie znaleziska. Szczęśliwie policjanci niebawem ustalili tożsamość sprawcy.
Jego czyn zostanie zakwalifikowany jako przestępstwo. Art. 182 § 1. kodeksu karnego mówi, że „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.
Leśników to nawet nie dziwi
Bartosz Czarnecki, rzecznik prasowy Nadleśnictwa Przymuszewo przyznaje, że podobne sytuacje miały już miejsce w jego regionie.
– Ta sytuacja w skali całego kraju jest kroplą w morzu problemów śmieci w lasach. W ubiegłym roku w Kolbudach w lesie wyrzucono kilkanaście tysięcy jajek. Dla nas był to pierwszy tego typu przypadek. W Polsce zdarzały się też kurczaki. Może się komuś wydaje, że siły natury lub zwierzęta poradzą sobie z czymś takim. No niestety nie z taką ilością – poinformował pracownik leśnictwa.
– Tylko w 2018 roku z lasów w całej Polsce, my leśnicy – usunęliśmy 109 tys. metrów sześciennych śmieci. Koszt tych przedsięwzięć to ponad 19 mln zł. Roku 2019 nie mamy jeszcze podsumowanego choć ilość śmieci spada ale rosną koszty uprzątnięcia – dodał Czarnecki.
Dokarmić zwierzęta
Dlaczego przedsiębiorca zanieczyścił las? 36-latek z powiatu człuchowskiego przyznał, że dostarczał zdechłe ryby jako pokarm na fermę norek. Tego dnia uznał, że są w zbyt zaawansowanym stadium rozkładu i postanowił wyrzucić je do lasu. – Sądził, że odpadami pożywią się leśne zwierzęta – tłumaczy Magdalena Rolbiecka, rzecznik prasowy chojnickiej policji.
Martwych ryb pozbył się również „innowacyjny biznesmen” z Łodzi. W jego wypadku jednak efekty były jeszcze bardziej opłakane. Mężczyzna nakazywał bowiem podwładnym wylewanie hektolitrów trujących odpadów do rzeki Olechówka. W efekcie zagładzie uległ cały wodny ekosystem.
O tym, że stan wody w Olechówce ulega drastycznemu pogorszeniu informowali mieszkańcy osiedla Augustów we wschodniej części Łodzi. Zaalarmowani pracownicy Zakładu Wodociągów i Kanalizacji przeprowadzili dochodzenie, polegające na zlokalizowaniu studzienki, do której spuszczane były nieczystości. Sprawcy zostali nakryci na gorącym uczynku 11 stycznia. Okazało się, że są to pracownicy jednej z lokalnych firm, zajmującej się wywozem nieczystości płynnych i toksycznych odpadów. Na polecenie szefa ścieki kierowani prosto do odpływu prowadzącego do rzeki.
Na miejsce została wezwana policja oraz personel Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Sprawa trafiła do prokuratury. Spowodowanie katastrofy ekologicznej jest przestępstwem ściganym z urzędu. Zgodnie z art. 182 § 1. KK, „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”
Straty nie do naprawienia
Firma straci uprawienia na świadczenie usług asenizacyjnych, zostanie na nią nałożona kara administracyjna, a także będzie musiała ponieść koszty rekultywacji zniszczonego ekosystemu. Poziom niektórych zanieczyszczeń przekroczył dopuszczalne normy aż 16 tys. razy. W rzece pojawiło się też dużo toksycznych związków ołowiu.
– Życie biologiczne w Olechówce i stawie Tomaszowska zostało zniszczone – zakomunikował Miłosz Wika, rzecznik prasowy ZWiK. – Na powierzchni wody unosiły się śnięte ryby, zginęły też żaby – dodał.
Nie jest to jedyna katastrofa ekologiczna, za którą odpowiedzialny jest łódzki biznes. W styczniu 2019 roku do aresztu trafiła przedsiębiorczyni ze Zgierza. Przypadek 42-latki jest o tyle drastyczny, że kobieta miała już orzeczony… zakaz prowadzenia działalności gospodarczej. W swoim poprzednim biznesie „oszczędzała” na utylizacji pozostałości lekarstw, bandaży i strzykawek, a nawet metali ciężkich. Wyrzucała je do lasu w ilościach zagrażających życiu i zdrowiu człowieka. Jakimś pocieszeniem jest fakt, że tym razem do lasu z jej małego przedsiębiorstwa odjeżdżał „tylko” gruz.
Siedziba firmy, do którego prowadzenia „zaradna kobieta” straciła uprawnienia w ubiegłym roku, była stale monitorowana przez funkcjonariuszy. Policjanci namierzyli ciężarówkę załadowaną gruzem, która wyjechała z posesji należącej do 42-latki. Auto skierowało się na składowisko w Dąbrówce. Po drodze zostało zatrzymane. Krótko potem mundurowi przyszli po kobietę.
Przypadku takie jak opisany sprawiły, że w województwie łódzkim powołano zespół, który będzie kontrolował składowiska odpadów i natychmiast reagował na ewentualne nieprawidłowości. W jego skład weszli przedstawiciele urzędów: marszałkowskiego i wojewódzkiego oraz komendanta wojewódzkiego policji. Warto, by w innych regionach również wdrożono bardziej staranny nadzór nad „innowacyjnymi” ludźmi biznesu.

Sędziowie mają służyć ludziom

Niezawisłość sędziów to niezależność od jakichkolwiek wpływów na wyroki i decyzje sądów.
Toga jest jak mundur czy fartuch lekarza – to uniform, symbol służby. A my jesteśmy po to, by służyć ludziom.
Niezawisłość sędziów to niezależność od jakichkolwiek wpływów na wyroki i decyzje sądów. Jako prawnicy, znając przepisy prawa, mamy świadomość konsekwencji zmian jak mogą się dokonać na skutek wprowadzenia w życie tzw. ustawy kagańcowej z 20 grudnia 2019 roku.
Jako prawnicy, znając przepisy prawa, mamy świadomość konsekwencji zmian jak mogą się dokonać na skutek wprowadzenia w życie tzw. ustawy kagańcowej z 20 grudnia 2019 roku.
To nie przypadek, że procedowanie tej ustawy celowo ustawiono na 4 dni przed najważniejszym świętem dla Polaków, gdy ludzie są zajęciami prezentami i choinką. To nie przypadek, że nie było absolutnie żadnych konsultacji.
Sąd Najwyższy, Pałac Prezydencki, Sejm – te trzy budynki symbolizują trzy władze – władze, które mają ze sobą współdziałać i się szanować, współpracować dla dobra obywateli. Niestety, władza wykonawcza i większość sejmowa zapomniały dziś o tym. Zapomniały, że sercem demokracji jest trójpodział władz – podział, którego istotą jest przecież zabezpieczenie równowagi i zabezpieczenie obywateli przed nadużyciami rządzących.
Sędzia czy prokurator nie może mieć postawy służebnej wobec żadnych polityków. Bo to często politycy stają przed sądem, bo to zadaniem sądów jest sprawdzanie ważności oddanych głosów w wyborów powszechnych.
To prawnicy, a nie politycy są od tego, aby alarmować, gdy naruszane są przepisy prawa, tak samo jak lekarze, którzy głośno się wypowiadają w tematach zdrowia, ogrodnicy na temat drzew i krzewów, a psychologowie na temat wychowywania dzieci. Poprzez ustawę, która w sposób uznaniowy pozwala na usuwanie z zawodu sędziów i zabieranie im głosu, Polacy będą zdani na polityków, którzy chcą się stać się ekspertami w tematach prawnych. I trzeba powiedzieć wprost: będą mogli wpływać na wyroki w taki sposób, aby członkom własnej partii nie stała się krzywda, ale za to oponentów politycznych spotkała dotkliwa kara. Nie ma naszej zgody na manipulowanie procesami sądowymi. Mamy wspólnotę wartości. Unia Europejska nie jest naszym wrogiem czy jakiś obcym ciałem. Jesteśmy sędziami krajowymi i europejskimi. Czas zrozumieć, że to się w żaden sposób nie wyklucza. Można być jednocześnie warszawiakiem, Polakiem i obywatelem EU. W referendum konstytucyjnym, które zdecydowało o ustroju państwa i w referendum unijnym, potwierdziliśmy, że chcemy być częścią europejskiej wspólnoty wartości.
Obowiązkiem każdego prawnika jest zawsze stać na straży i w obronie praw obywateli i stanowczo przeciwstawiać się łamaniu praw człowieka, praw konstytucyjnych, prawa krajowego czy prawa i wartości wspólnot międzynarodowych, do których dobrowolnie przystąpiliśmy. Prawo do Europy oznacza prawo do europejskiego systemu prawnego, do tego aby Polacy czuli prawne bezpieczeństwo. Przykłady? Weźmy wyrok w sprawie dotyczącej opieki nad dzieckiem, gdzie jeden z rodziców nie jest Polakiem – taki wyrok nie będzie respektowany w innych krajach Unii, w każdej chwili będą mogły go podważyć;
W sytuacji konfliktu pomiędzy firmami czy firmą i pracownikiem, wynagrodzenie za pracę wykonaną w UE, zasądzone na korzyść obywatela czy firmy z Polski, będzie mogło być zakwestionowane przez podmiot z innego państwa;
To oznacza wreszcie pogłębiający się chaos prawny, który może sprawić, że przedsiębiorcy zagraniczni przestaną inwestować w Polsce, bo nikt nie chce robić interesów w kraju niestabilnym i niebezpiecznym. W kraju, w którym żaden dokument, żadne prawo własności, żaden wyrok, nie są pewne.
Czy naprawdę jako Polacy chcemy u nas zlikwidowania trójpodziału władzy, a tym samym opuszczenia Unii Europejskiej?
Mamy jako sędziowie prawo do niezawisłości, a wszyscy Polacy do pozostania we wspólnocie wartości UE!

Ja, naiwny obywatel

Tytuł tego felietonu jest oczywiście częściowym plagiatem (Ja, Klaudiusz – Roberta Gravesa), ale w znacznym stopniu oddaje moje aktualne podobieństwo do bohatera książki, stan zanikającej sprawności fizycznej i obaw, czy jeszcze żyję w praworządnym państwie.

Z coraz większym zdumieniem obserwuję bowiem manewry czołowej partii I jej rządu dotyczące sądów I sędziów. Początkowo myślałem, że widoczne skłonności zarówno ukrytej jak i formalnej władzy do autorytaryzmu, powodują zrozumiałą chęć opanowania „aparatu wymierzania sprawiedliwości”.

Ci źli sędziowie

Historia dowiodła, że stwarza to możliwość rozszerzonego ścigania i karania przeciwników, a także osłaniania „swoich”, popełniających życiowe błędy, albo świadomie działających „bez żadnego trybu”. To bardzo brzydka motywacja, ale można ja zrozumieć.
Już jednak na tym etapie obserwacji miałem pewne trudności ze zrozumieniem celowości stosowania metod, które miały przekonywać suwerena o słuszności obranej drogi i jednocześnie nastawiać go wrogo do kasty „postkomunistycznych i nieuczciwych sędziów”.
Zastanawiałem się wówczas i zastanawiam nadal, kto sugeruje notablom naszych władz stosowanie argumentacji, która w znacznej części kierowana jest do najmniej inteligentnej części społeczeństwa, w tym do takich zagubionych sklerotyków, jak autor tego tekstu.
Do znudzenia powtarzane przykłady „nieuczciwości” sędziów, którzy rzekomo ukradli 50 złotych, albo jakąś część do wiertarki, poziomem intelektualnym przypominały bajki o złym wilku i czerwonym kapturku. Rozbawienie słuchaczy wywoływane przez te opowieści przyćmiewało tylko przerażenie, jakie tytany intelektu nami rządzą, jak mogą nie dostrzegać, że biorą udział w satyrycznym spektaklu.

Kto pyta – ten błądzi

Te zabawy w opowiadanie bajek dla – jak powiedział jeden z klasyków rządzącej partii – „ciemnego ludu”, to już jednak historia. Teraz atak na sędziów opiera się głównie na twierdzeniu, że naruszają prawo pytając o legalność lub prawidłowość wyboru członków nowej KRS i nowych kolegów, których powołano na jej wniosek.
Takie pytania mają być traktowane podobnie jak działalność antypaństwowa, obejmująca także niedopuszczalne kwestionowanie decyzji prezydenta powołującego sędziów. Takich wątpiących sędziów trzeba surowo i natychmiast karać, w czym pomóc mają specjaliści od ścigania przestępców, czyli prokuratorzy. Tak ma być, mimo, że do wyrażania wątpliwości upoważnił sędziów zarówno Sąd Najwyższy jak i Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Nasze obecne władze reagują na to jak Wołodyjowski – „Nic to, Baśka! Mamy większość w polskim parlamencie, nasze decyzje są najważniejsze, a przeciwnicy – opozycja, ulica i zagranica mogą nam naskoczyć”.
Pod wpływem tych zdarzeń zmieniłem zdanie. Otworzyłem szerzej oczy i zrozumiałem, że jestem bezsensownie naiwny. Ataki na sędziów nie są celem rządzącej ekipy – są tylko jedną z dróg osiągania celu „wyższego rzędu”. PiS i jego przybudówki zmierzają nie tylko do uzyskania wpływu na decyzje sędziów i umacniania tego wpływu w zależnej od ministra sprawiedliwości prokuraturze. Dążą wyraźnie do następnego etapu autorytarnej władzy – chcą zastraszyć wszystkich i tłumić w zarodku wszelkie objawy niezadowolenia.
Dobry Polak – Patriota, nie tylko sędzia i prokurator, ale także urzędnik centralnej administracji, przedsiębiorca, emeryt, a nawet wybieralny samorządowiec – to Polak zastraszony, chwalący władzę, zachwycony tym, że dostaje 500 złotych na utrzymanie dziecka, wiernopoddańczo śpiewający i tańczący zwłaszcza na spotkaniach z panem p rezydentem. Przez kolejną, czteroletnią kadencję parlamentu, Polak – Patriota tak się do tego przyzwyczai, że autorytarną władzę i sprowadzoną do parteru opozycję będzie można utrzymywać przez wiele następnych lat. A Unia Europejska albo się z tym pogodzi, albo pójdziemy śladem Anglii i ją opuścimy.
Zbyt wiele lat obarczających moją pamięć powoduje, że wprawdzie obawiam się takiego scenariusza, ale – niestety – uważam, że jest całkiem realny. Już po I wojnie światowej „zgniłe” zachodnie demokracje nie potrafiły w Monachium zatrzymać rozwoju państw totalitarnych. I wiemy, czym się to skończyło. Doświadczenia i rozwój cywilizacji powodują, że dzisiejszy autorytaryzm może być bardziej łagodny i nie nadający się do eksportu.
Ale w skali konkretnego kraju – w tym przypadku Polski – może doprowadzić do pozornie niegroźnego zastępowania mentalności wolnych ludzi, mentalnością podporządkowania i bezkrytycznego posłuszeństwa, żeby nie powiedzieć – niewolnictwa.

Niebezpieczna gwardia

Wydaje mi się, że większość obywateli nie chce takiej zmiany, ale jednocześnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że ona stopniowo już następuje. Żeby to zauważyć, to trzeba przez kilka dni obejrzeć i skonfrontować wieczorne dzienniki telewizyjne TVP i TVN. Wtedy łatwiej jest ocenić, że w tym „państwowym” stosowany jest łopatologiczny system narzucania poglądów. Zmierza on zawsze do jednej prawdy objawionej – my robimy wszystko dla ludzi i pchamy Polskę do przodu, a opozycja, ulica i zagranica tylko bezczelnie przeszkadzają i chcą naszej zguby.
Moje obawy dotyczące zmiany mentalności obywateli, czyli suwerena, znacznie się powiększyły pod wpływem bardziej wnikliwej obserwacji działaczy obozu rządzącego. Bądźmy szczerzy. Jest wśród nich wielu domorosłych propagandzistów, do znudzenia i raczej bezmyślnie powtarzających slogany zaczerpnięte z przemówień.
Najważniejszego Posła, twórczo interpretowanych przez prezydenta i premiera.. Ale jest też trochę ludzi poważnych i inteligentnych, którzy robią wrażenie, że myślą i mówią samodzielnie. Zastanawiam się, co nimi powoduje? Dali się przekonać, że łagodny autorytaryzm jest lepszy, albo bardziej skuteczny, od demokracji?
Więzy przyjaźni, koleżeństwa lub chęć odwdzięczenia się za jakieś przysługi są tak silne, że zmuszają do popierania niesłusznych koncepcji? Są ambitni i chcą awansować hierarchicznie i finansowo w „aparacie” państwa?
Bez względu na to, co nimi kieruje, są gwardią PISu najbardziej niebezpieczną dla demokracji i wolności obywatelskiej. To przeciw nim partie opozycyjne powinny wytaczać najcięższe działa kontrargumentacji, przekonując jednocześnie „szarego suwerena”, że żarty już się skończyły, że trzeba powstrzymać destrukcję demokratycznego państwa. Suweren będzie miał niedługo okazję udowodnić, że jest suwerenem dostrzegającym narastające niebezpieczeństwo, jeśli uda mu się doprowadzić do zmiany prezydenta. Jeśli to zrobi, to skutecznie wyhamuje psucie państwa i stworzy warunki do głębszej zmiany rządzącej ekipy.

 

Bruksela odpuści sobie Polskę?

Jeżeli tę ustawę potraktować jako wyznacznik tego, co się będzie działo w tej kadencji, trzeba uznać, że jest ona kontynuacją procesu odchodzenia od demokracji i tworzenia w Polsce „demokratury”. Na dzisiaj wszystko wskazuje na to, że PiS jest zdeterminowany podążać drogą, którą wyznaczył w pierwszej kadencji – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. – Wiadomo, że sama Unia ma teraz wiele problemów do rozwiązania i PiS liczy, że kwestia praworządności w Polsce nie będzie bardzo istotna, a Bruksela sobie Polskę odpuści – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Co PiS chce osiągnąć ustawą „kagańcową”, oprócz ostrego sporu z sędziami, Unią i demokratycznymi regułami państwa prawa?

JACEK KUCHARCZYK: Jeżeli przypomnimy sobie 2015 rok, to PiS poszedł na ostro już na samym początku poprzedniej kadencji. Teraz najwyraźniej działają według tej samej filozofii, czyli przykręcamy śrubę od razu, kiedy czujemy wiatr w żaglach po wygranych wyborach. Tym razem być może dochodzi chęć pokazania, kto tu rządzi, bo nowa kadencja zaczyna się serią kryzysów (afera Banasia, przegrana w Senacie czy wyrok TSUE).
Jeżeli tę ustawę potraktować jako wyznacznik tego, co się będzie działo w tej kadencji, trzeba uznać, że jest ona kontynuacją procesu odchodzenia od demokracji i tworzenia w Polsce „demokratury”. Na dzisiaj wszystko wskazuje na to, że PiS jest zdeterminowany podążać drogą, którą wyznaczył w pierwszej kadencji. Chodzi o dokończenie tzw. reformy sądownictwa, czyli de facto przejmowania politycznej kontroli nad sądami, oraz o zablokowanie polskim sędziom możliwości odwoływania się do ustawodawstwa unijnego.
Orzeczenia TSUE są kolcem w boku PiS-u, stąd próba zastraszenia sędziów, aby nie mogli się do tych orzeczeń stosować.
Widać determinację partii rządzącej, aby lekceważyć działania instytucji unijnych, mając nadzieję, że sprawa rozejdzie się po kościach. Sadzę, że testują zarówno poziom determinacji sędziów i środowiska prawniczego z jednej strony oraz organów i instytucji UE z drugiej. Wiadomo, że sama Unia ma teraz wiele problemów do rozwiązania i PiS liczy, że kwestia praworządności w Polsce nie będzie bardzo istotna, a Bruksela sobie Polskę odpuści.

Ale czy odpuszczenie tej sprawy Polsce, czyli zezwolenie na karanie sędziów za np. podważanie wiarygodności neo-KRS, nie będzie oznaczać końca samej Unii?

Problem praworządności i niezależności sądownictwa jest problemem możliwości egzekwowania prawa europejskiego w Polsce. To jest wyzwanie dla całej UE. Gdyby się okazało, że będzie ciche przyzwolenie ze strony UE, np. nowej Komisji czy Rady Europejskiej, aby rząd PiS stopniowo rozmontowywał niezależne sądownictwo, to prędzej czy później doprowadzi do sytuacji kryzysowej w innych krajach UE.
Bezradność Unii może ośmielić populistów, jak to się stało wcześniej w przypadku Węgier.
Moim zdaniem ciche przyzwolenie w Unii na to, co robił Orbán, zachęciło Kaczyńskiego do radykalnych działań. Teraz przykład rządu PiS może zachęcić innych, jeżeli tan rząd nie zapłaci ceny politycznej za demontaż demokratycznych instytucji i procedur w Polsce. Każdy, lub niemal każdy, rząd ma czasem pokusę, żeby sędziom ograniczyć niezależność, więc jeżeli okaże się, że frontalny atak na wymiar sprawiedliwości w Polsce nie spotkał się z ostrymi konsekwencjami, będzie to zachęta do podobnych działań w innych krajach Unii. Szczególnie tam, gdzie tradycje podziału władz nie są mocno ugruntowane, a to dotyczy tzw. nowej Europy, czyli krajów, które po 2004 roku weszły do Unii.
Gdyby to zjawisko miało się koncentrować we wschodniej części Europy, to zapewne wzmocni to poczucie, które już widzimy w stolicach państw zachodnich, że wschodnia część nie dorosła do standardów europejskich, co może prowadzić do de facto powstania „członkostwa drugiej klasy”. Będzie to cios w europejską jedność, z takim trudem budowaną po 1989 roku.

Unia dwóch prędkości?

Prawdopodobnie skutek będzie właśnie taki, że Unia będzie podzielona na lepszą i gorszą. To będzie fatalny proces, bo Unia „kadłubkowa”, czyli ograniczona do tzw. starych państw członkowskich, w świecie rosnących wyzwań sobie nie poradzi. Innymi słowy, w interesie wszystkich członków, tych starszych i tych nowszych, jest walka o jednolitość standardów, jeżeli chodzi o demokrację i rządy prawa w Unii.
Nie tylko Polska ma kłopoty z demokracją, bo tu nie chodzi tylko o rządy prawa. Niedawny raport szwedzkiej organizacji idea wskazał 3 kraje unijne, w których nastąpiło znaczące obniżenie standardów demokracji. Dwa to oczywiście Polska i Węgry, trzeci to Rumunia.

Mówi pan o obniżeniu standardów demokratycznych w krajach Unii, pojawiają się jednak głosy silniejsze – że jeżeli Andrzej Duda otrzyma reelekcję, to do 2025 roku Kaczyński zrobi z Warszawy druga Ankarę. To realny scenariusz?

Miejmy nadzieję, że nie drugą Ankarę, ale kierunki zmian są podobne. Niektórzy politycy spoglądają na Turcję jako na pewien model ustrojowy i to jest straszne, bo Turcja to obecnie de facto dyktatura, która więzi tysiące niezależnych dziennikarzy, uczonych czy działaczy społecznych, zabija przeciwników politycznych i masakruje Kurdów w Syrii. Turcja, z uwagi na niedoskonałości swojego systemu demokratycznego, długo negocjowała wejście do Unii, potem jawny zwrot Erdogana w kierunku autorytarnym sprawił, że członkostwo stało się zupełnie niemożliwe. Jest też nadal zagrożeniem dla dalszego udziału Turcji w NATO.
Polska na szczęście jest wciąż w Unii i to jest nasza nadzieja, że drogą turecką jednak nie pójdziemy, a Polacy się opamiętają. Jednak gdyby okazało się, że po najbliższych wyborach prezydenckich PiS nadal będzie kontrolował urząd prezydenta, to istotna przeszkoda na drodze do autorytaryzmu wzorowanego na turcji czy nawet rosji zostanie usunięta, a tendencje do „dryfu wschodniego” zostaną wzmocnione.

Jak w takim razie opozycja może wygrać wybory prezydenckie?

Przede wszystkim opozycja w czasie kampanii nie powinna palić mostów między konkurującymi ze sobą obozami politycznymi. Opozycja jest pluralistyczna, więc będziemy mieli kilkoro kandydatów, którzy w pierwszej turze zmierzą się z Andrzejem Dudą. Małgorzata Kidawa-Błońska jest kandydatką KO, Lewica będzie miała przynajmniej jednego kandydata lub kandydatkę, będzie jeszcze co najmniej dwóch zdeklarowanych kandydatów centroprawicowych i jeden kandydat skrajnej prawicy. Moim zdaniem opozycja powinna unikać ostrego konfliktu pomiędzy kandydatami, oczywiście przy zachowaniu zasady, że mamy konkurencję w i turze. Myślę tu, przede wszystkim, o potrzebie zachowania cywilizowanego dialogu w konkurencji politycznej między obozem liberalno-konserwatywnym i centrolewicowym.
Zbyt ostre ataki na konkurentów po tej samej, anty-PiS-owskiej stronie mogą na dobre zrazić wyborców poszczególnych kandydatów.
Biorąc pod uwagę, że jednak największe szanse wejścia do II tury ma kandydatka KO, to wydaje mi się, że to na Koalicji spoczywa główna odpowiedzialność, aby nie palić mostów z Lewicą. Powinna w tym pomóc obecność polityczek i polityków Inicjatywy Polskiej czy Zielonych. Najgorsze, co moim zdaniem może się zdążyć w wyborach, to gdy elektoraty poszczególnych kandydatów nie-PiS-owskich tak się zafiksują na swoich kandydatach, że w II turze obrażą się i zostaną w domach, jeśli ich kandydat nie wejdzie. To zagrożenie widzę głównie u wyborców Lewicy, w przypadku przegranej w I turze ich kandydatki czy kandydata. Dlatego wszyscy kandydaci opozycji już teraz muszą unikać pewnych stwierdzeń, gestów i działań, które wykopią rów pomiędzy centroprawicą a centrolewicą.

Można pozyskać jednocześnie wyborców i Kosiniaka, i Lewicy?

Rozumiem, że trzeba walczyć o konserwatywnych wyborców i o ich głosy zabiegać będzie zarówno Kidawa-Błońska, jak i Kosiniak-Kamysz czy Hołownia, więc i trzeba mieć strategię, jak nie zrazić wyborców tych kandydatów, ale większym wyzwaniem dla kandydatki KO będą jednak wyborcy centrolewicowi, bo ich poparcie będzie konieczne, żeby wygrała z Dudą w drugiej turze (to jednak najbardziej prawdopodobny, choć oczywiście nie jedyny scenariusz).
Samo pouczanie wyborców lewicowych, że mają w II turze poprzeć kandydatkę ko, bo „tak trzeba”, będzie mało skuteczne.
Już teraz warto unikać czegoś, co nazwałbym „liberalnym symetryzmem”. Wszyscy znamy symetryzm lewicowy, który mówi, że nie ma różnicy między umiarkowanymi konserwatystami z PO a PiS-em. To fałszywy i szkodliwy politycznie osąd. Jednak istnieje też liberalna wersja symetryzmu, która głosi, że Zandberg jest takim samym „radykałem” jak Kaczyński. To teoria dwóch populizmów, która moim zdaniem jest fałszywa i obraźliwa dla polityków i wyborców lewicy. Przy całym zrozumieniu, że wybory to ostra konkurencja, po stronie opozycji trzeba liczyć się z konsekwencjami dla drugiej tury, kiedy trzeba będzie prosić wyborców centrolewicy o poparcie kandydatki centroprawicowej (albo na odwrót). Nie palić mostów – to kluczowe wyzwanie dla opozycji w tej kampanii.

Zwyczajne draństwo

Poważni politolodzy i publicyści podnoszą ostatnio tą kwestię, że budowanie przez opozycję swojej pozycji na krytyce PiS jest niecelowe, niewłaściwe i nieskuteczne, gdyż PiS pozyskało sobie znaczą część elektoratu i zdobyło tych,
którzy uznali się za poszkodowanych w wyniku transformacji ustrojowej.

Nie zamierzam odmawiać zasług PIS w tym, że skutecznie odwołał się do tej części społeczeństwa, która w imię apoteozy wolnego rynku i indywidualnej przedsiębiorczości odsunięta została na margines przez elity przejmujące w 1989 r. odpowiedzialność za Polskę i jej przyszłość. Mam jednakże ogromne wątpliwości, czy ten polityczny manewr wynikał rzeczywiście z głębokich przesłanek ideowych liderów prawicy. Poważnie skłaniam się ku temu, że odwołanie się do tzw. „suwerena”, rzucenie hasła „wstawania z kolan” było wynikiem chłodnej analizy i cynicznej kalkulacji, mającej swoje pierwociny w amerykańskich doświadczeniach z Fox News, Cambridge Analytica i służyło jedynie zdobyciu i utrzymaniu władzy. Tak czy inaczej niegodziwość pisowską i draństwo należy pokazywać i opisywać. Dla potomności choćby.
Oto historia prawdziwa. Nazwa instytucji, stanowiska bohaterów i ich imiona zostały z oczywistych względów (co za czasy!) zmienione. Rzecz działa się w ważnej instytucji publicznej o nazwie, dajmy na to „Agencja”, a jej bohaterem był urzędnik o imieniu Antoni. Antoni pracuje w Agencji od ponad 20 lat – trafił do niej bezpośrednio po studiach. Przechodząc kolejne szczeble zawodowej kariery, w swoim czasie uzyskał status urzędnika Służby Cywilnej i w momencie przejęcia przez PiS władzy w 2015 r. zajmował stanowisko zastępcy kierownika oddziału. Przystępując do totalnej czystki w Agencji PiS wymieniło całe jej kierownictwo. Natrafiło jednak na problem statusu służbowego Antoniego, toteż nowe, słuszne już kierownictwo usilnie zaczęło namawiać go do zrzeczenia się statusu urzędnika SC. Antoni pozostał jednak przy swoim, nie dał się namówić. Efekt był taki, że z tytułu „zmian organizacyjnych” przeniesiono go, z zachowaniem warunków płacowych, do innej komórki organizacyjnej, na niższe oczywiście stanowisko. W Agencji urzędnicy przechodzą okresowe oceny swojej pracy, dokonywane przez ich przełożonych. Antoni również poddany został takiej ocenie przez swojego nowego zwierzchnika – z pisowskiego nota bene nadania, ale fachowca, doświadczonego pracownika Agencji. Otrzymał ocenę najwyższą z możliwych. Problemy zaczęły się w momencie odejścia tego zwierzchnika na emeryturę.
Pewnego dnia Antoni „zaszczycony” został wizytą w swoim skromnym pomieszczeniu samego, najwyższego Naczelnika. Ten, nie owijając sprawy w bawełnę, zaproponował Antoniemu, aby ten – uwaga! – ni mniej, ni więcej tylko wyraził dobrowolną zgodę na obniżenie mu jego oceny okresowej o jeden stopień. Okazało się bowiem otóż, że ta najwyższa ocena była jego trzecią najwyższą oceną z rzędu. Zgodnie natomiast z pragmatyką urzędniczą uzyskanie takiej oceny MUSI skutkować służbowym awansem – w tym przypadku na stanowisko kierownicze. PiS jednak nie może w żaden sposób dopuścić do awansowania urzędników powołanych przez z gruntu niesłuszne i nieczyste siły. Ponadto awansując Antoniego musieli by wcześniej jakieś stanowisko kierownicze oczyścić z zajmującego go pisowskiego nominata. Pan Naczelnik, najwidoczniej dbając o swoją reputację w pisowskiej para-mafijnej strukturze zdecydował się na jawny, ordynarny szantaż. Dał Antoniemu wyraźnie do zrozumienia, że nieprzyjęcie jego oferty skutkować będzie totalnym uprzykrzeniem mu pracy, niekończącymi się kontrolami, które zawsze przynieść mogą jakiś skutek i w efekcie zwolnienie dyscyplinarne z utratą wszystkich przywilejów wynikających ze statusu urzędnika Służby Cywilnej.
Antoni mając na utrzymaniu liczną rodzinę był bez wyjścia i temu szantażowi uległ. Dobrowolnie zgodził się na obniżenie mu oceny jego wieloletniej pracy.
Ilu takich Antonich jest w Polsce? Ilu złamano charaktery, kariery? W imię czego? W imię czego?