Przeciwko represjom za poglądy

Nie dla art. 256 kk

12 czerwca pod Sejmem w Warszawie odbyła się pikieta przeciwko nowelizacji art. 256 kodeksu karnego, która penalizuje działalność komunistyczną, a nawet samo posiadanie symboli czy innych komunistycznych. Akcję zorganizowano w ramach kampanii Historia Czerwona. Uczestniczyła w niej także Komunistyczna Partia Polski.
W pierwszym wystąpieniu Piotr Ciszewski z kampanii Historia Czerwona stwierdził, że nowelizacja kodeksu karnego zagraża swobodzie działalności politycznej i wolności wyrażania poglądów. Dodał, że pretekst, pod którym znowelizowano art. 256, czyli walka z faszyzmem, jest fałszywy, ponieważ władze gdyby chciały mogłyby rozbić ruch faszystowski na podstawie dotychczasowego prawa, tymczasem go wspierają.
Przedstawicielka Komunistycznej Partii Polski powiedziała, że artykuł 256 kk jest narzędziem walki politycznej. Przypomniała, że artykuł ten został zmieniony 10 lat temu, gdy próbowano zakazać symboliki komunistycznej, jednak wówczas zmiany te zablokował Trybunał Konstytucyjny. Obecna nowelizacja to dalsze zaostrzanie prawa poprzez wymienienie komunizmu wśród systemów totalitarnych, na równi z faszyzmem i nazizmem, dodanie zakazu propagowania ideologii czy symboliki, a nawet posiadania druków czy innych przedmiotów z powyższą treścią oraz podniesienie kary z 2 do 3 lat więzienia.
Przedstawicielka KPP opowiedziała także o procesie, jaki został wytoczony członkom redakcji pisma ‚’Brzask’’ przy wykorzystaniu obecnego brzmienia artykułu 256. Proces trwa już 3,5 roku, obecnie jest na etapie apelacji złożonej przez prokuraturę od wyroku uniewinniającego wydanego w styczniu przez sąd w Dąbrowie Górniczej.
Na zakończenie przemawiająca zwróciła uwagę, że protesty przeciwko antykomunistycznemu prawu mają miejsce nie tylko w Warszawie.
W Atenach i Pradze pikietowano pod polskimi ambasadami, do kilku innych placówek dyplomatycznych przesłano listy protestacyjne. W trakcie pikiety pod Sejmem odczytano fragmenty listów wystosowanych w związku z nowelizacją art. 256 kk przez Komunistyczną Partię Grecji, Partię Pracy Austrii, Socjalistyczną Partię Pracy Chorwacji oraz Ligę Socjalistycznych Robotników i Młodzieży z Nigerii a także stanowisko Partii Komunistycznej z Włoch.
Demonstrujący zapowiedzieli, że jeśli nowe prawo wejdzie w życie, będą organizować dalsze protesty.

Urban vs. Jezus

Redaktor naczelny tygodnika „Nie” zdecydował się powalczyć ze Zbawicielem przed sądem drugiej instancji. Aż do Ostatecznego.

Wyrok miał zapaść 26 lutego, ale „ze względu na zawiłość sprawy” został odroczony na 12 marca.
„Zdziwiony Jezus” na razie nie dostanie grzywny – trzy razy większej niż ta, o którą w pierwszej instancji wnioskowało oskarżenie (120 tys. zł). Natomiast Jerzy Urban twierdzi, że jego tygodnik padnie, jeśli wyrok mokotowskiego sądu się utrzyma. Czy się kryguje, nie wiem.
Rozmawiałam z Tadeuszem Jasińskim, z którym swego czasu relacjonowaliśmy kolejne rozprawy o kryptonimie „Jezusek”. Okazało się, że Urban zyskał niespodziewanie w swoim boju ważnego sojusznika – to Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która miała przygotować kilkadziesiąt stron opracowania orzeczeń podobnych spraw, które zapadały w całej Europie. Prawniczki z HFPC wykombinowały, że niemożliwym jest, aby wyrok sędziego Rafała Stępaka utrzymał się przed jakimkolwiek europejskim trybunałem. Jest zatem szansa, że Urban jednak tylko się kryguje i że swojej gazety tak prędko nie zamknie.
Wyrok, który zapadnie 12 marca, może stanowić bat na wszystkich, którym zamarzy się krytyka kościoła katolickiego w prasie.
– To precedens niebezpieczny dla wszystkich mediów. Od teraz dziennikarze z różnych powodów mogą być pociągani do odpowiedzialności finansowej za to, co piszą – mówił Urban po ostatniej rozprawie. – Paradoksalnie zresztą sąd tym wyrokiem bardziej rozplenił to urażenie uczuć religijnych niż tygodnik „Nie”. Bo po wyroku jakieś ćwierć miliona ludzi w ciągu tylko czterech godzin, ściągając tę karykaturę z naszej witryny, zareagowało w internecie. A kilkaset osób zadzwoniło do redakcji, że chce kupić koszulki z naszym Jezusem.
Na pierwszy proces – pamiętam jak dziś – publiczność przyszła odziana w T-shirty z napisem „Je suis Jerzy”. Dziś wydaje si to marzeniem ściętej głowy, ale być może gdyby Urban poszedł ze swoim zdziwionym Jezusem do Brukseli i wygrał, ktoś z zewnątrz zmusiłby nas wreszcie do wyrzucenia z Kodeksu karnego absurdalnego artykułu 196.

Kłócić się, ale z sensem

W Polsce podobno całkiem nieźle funkcjonuje postępowanie polubowne w sporach konsumenckich. Jednak o jego praktycznych efektach bardzo niewiele wiadomo.

 

Ponad 18 tys. wniosków o pozasądowe zakończenie sporów konsumenckich wpłynęło w 2017 r. do instytucji mających prawo decydowania w postępowaniu polubownym. W tym samym roku wydano jednak niespełna 10 500 orzeczeń w takim postępowaniu. To bardzo kiepski wynik.
Z jednej strony wynika to z faktu, że samo złożenie wniosku nie oznacza, iż do postępowania polubownego rzeczywiście dojdzie – bo musi godzić się na nie i druga strona.
Z drugiej zaś, jest wynikiem tego, że postępowanie polubowne w Polsce wcale nie jest szybkie i może wlec się miesiącami.

 

Bez zbędnych formalności

Przepisy o postępowaniach polubownych czy mediacji funkcjonują w Polsce, z różnym skutkiem, od lat. Teraz kwestie te reguluje ustawa o pozasądowym rozwiązywaniu sporów konsumenckich, która weszła w życie 10 stycznia 2017 r.
Polska musiała ją przyjąć, jako fragment prawa obowiązującego w Unii Europejskiej. Tym samym powstał zmodyfikowany system rozstrzygania sporów między przedsiębiorcą a konsumentem, taki sam jak w całej UE. Obejmuje on niemal wszystkie zaistniałe na rynku konflikty, wynikające z umów sprzedaży rzeczy czy świadczenia usług.
Zgodnie z przepisami, sprawa klienta ma zostać rozwiązana w ciągu 90 dni od momentu zebrania wszystkich informacji przez instytucję zajmującą się daną sprawą.
Teoretycznie mediacje powinny więc trwać dużo krócej niż sprawy w sądzie, być mniej sformalizowane i dość często, choć bynajmniej nie zawsze, bezpłatne.
W praktyce, różnie z tym bywa, choć w istocie takie postępowania toczą się szybciej.
Średnio postępowania polubowne w ubiegłym roku trwały w Polsce 74 dni. Najkrócej – średnio 32 dni – przed Prezesem UKE, najdłużej – średnio 240 dni – przed Rzecznikiem Finansowym.

 

Buty i pieniądze

Obecnie w Polsce jest dziewięć instytucji uprawnionych do polubownego rozstrzygania sporów (patrz ramka). Funkcjonują one w różnych branżach tak, że w praktyce prawie każdy spór konsumencki może być rozwiązany przez wyspecjalizowaną instytucję. Z mediacji klient może skorzystać, jeżeli sprzedawca odrzucił jego reklamację.
Niedawno opublikowane zostały sprawozdania z postępowań polubownych za 2017 r., pierwszy w którym sprawy te toczyły się pod rządami wspomnianej ustawy o pozasądowym rozwiązywaniu sporów konsumenckich.
Wynika z nich, że Polacy dość chętnie korzystają z możliwości polubownego rozwiązywania sporów konsumenckich. W ubiegłym roku złożyli w sumie dokładnie 18 123 wnioski o rozstrzygnięcia polubowne.
Najczęściej prosili o pomoc w zakończeniu sporu o reklamację butów oraz usług finansowych. Od lat obie te kwestie są najczęstszym przedmiotem pretensji klientów.

 

Z niewielką przewagą konsumentów

Najwięcej wniosków trafiło do: Inspekcji Handlowej (8413), Rzecznika Finansowego (3741), Sądu Polubownego przy Komisji Nadzoru Finansowego (2977), prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (1703) i Arbitra Bankowego (1046).
Dwie instytucje po wejściu w życie ustawy zauważyły bardzo duży wzrost zainteresowania postępowaniem polubownym. Do Sądu Polubownego przy KNF w 2017 r. wpłynęło o 66 proc. więcej wniosków niż w 2016 r., a do Rzecznika Finansowego o 56 proc. Wynika to z tego, iż zgodnie z przyjętym przez Polskę prawem unijnym, instytucje finansowe muszą się godzić na postępowanie polubowne, jeśli ich klienci tego zażądają.
W innych przypadkach pozasądowe rozwiązywanie sporów jest dobrowolne i muszą się na nie zgodzić obie strony sporu. W rozstrzygnięciu sporu mogą pomagać bezstronni eksperci.
Jak wspomniano na wstępie, w sumie w 2017 r. instytucje upoważnione do polubownego rozstrzygania sporów wydały decyzje w 10 405 sprawach.
Przykładowo, w UKE 45 proc. prowadzonych postępowań z dziedziny telekomunikacji zakończyło się na korzyść konsumenta, 23 proc. na korzyść przedsiębiorcy, a pozostałe w inny sposób (albo kompromisowo, albo niczym, np. odmową rozpatrzenia sporu i odrzuceniem niekompletnego wniosku).

 

Nie wiemy co robią

Większość instytucji orzekających w postępowaniu polubownym nie monitoruje niestety, czy strony zastosowały się do ich rozstrzygnięcia.
Oznacza to, że w rzeczywistości nie znamy efektów polubownego rozwiązywania sporów w Polsce. Jest to wielka niewiadoma i czynnik, który może w ogóle podważyć sens mediacji i postępowań polubownych w naszym kraju.
Często może się bowiem zdarzać tak, że jakieś przedsiębiorstwo najpierw zgodzi się na rozstrzygnięcie polubowne, a potem nie będzie chciało respektować przyjętych ustaleń – wiedząc, że klient musiałby już być bardzo zdesperowany, gdyby po postępowaniu polubownym chciał wszczynać następne, ale już sądowe, jeszcze bardziej żmudne i długotrwałe.
Firmy przyjmują więc orzeczenia, a potem chętnie działają na zasadzie „Misia”: nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi.

 

Efekt wizerunkowy

Wielu przedsiębiorców coraz wyraźniej zdaje sobie sprawę z korzyści postępowania polubownego i decyduje się na nie dosyć chętnie, rozumiejąc, że można wyjść na tym lepiej niż w przypadku procesu sądowego.
Ponadto, z ideologicznego punktu widzenia, udział w postępowaniach polubownych jest jedną z głównych zasad tzw. społecznej odpowiedzialności biznesu. Decyzja przedsiębiorcy o korzystaniu z metod pozasądowego rozstrzygania sporów może bowiem mieć niemałe znaczenie dla jego działalności handlowej. Stwarza mu szansę na rozwiązywanie problemów bez pogłębiania konfliktów z klientami. Pomaga także w budowaniu dobrego imienia firmy.
Mogłoby się wydawać, że prowadzenie takich postępowań polubownych ma mały sens, bo przecież każdy kto zgłasza zastrzeżenia do firmy, która sprzedała mu wadliwy towar czy usługę, może próbować dogadać się z nią na własną rękę.
Nie wiadomo naturalnie, czy skutek takiego dogadywania będzie satysfakcjonujący i czy firma w ogóle zechce respektować przyjęte uzgodnienia. Jednak dokładnie tak samo może być i w przypadku oficjalnego postępowania polubownego. Tyle, że takie postępowanie ma jednak pewien walor urzędowości – kończy się oficjalnym orzeczeniem, zaś firma, która najpierw zaakceptuje porozumienie, a potem go nie wypełni, będzie mieć już słabszą pozycję w ewentualnym procesie sądowym.

 

Proces może szkodzić

Wiadomo oczywiście, że w procesie sądowym konsument jest z góry w znacznie gorszym położeniu niż firma z którą się procesuje. Nie stać go na armię prawników i ekspertów, z których usług może korzystać druga strona.
Godzi się więc z założenia na nawet niezbyt korzystne dla siebie rozstrzygnięcie polubowne, wiedząc, że lepsze to niż kosztowny i długotrwały proces, który na ogół skończy się niczym.
Wszystko to pozwala oczekiwać, iż liczba postępowań polubownych w Polsce będzie rosnąć, tym bardziej, że i przedsiębiorstwa chętnie się na nie godzą (a banki zgodnie z prawem, nawet muszą się godzić). Wiedzą bowiem, że na ogół niewiele na nim tracą, zaś procesy z klientami mogą jednak pogorszyć ich pozycję na rynku.

 

 

Lista instytucji, do których można się zgłosić, chcąc polubownie rozstrzygnąć konflikt z jakąś firmą

Inspekcja Handlowa – spory związane ze sprzedażą towarów i usług,
Rzecznik Finansowy – spory finansowe i ubezpieczeniowe,
Sąd Polubowny przy Komisji Nadzoru Finansowego – spory finansowe,
Arbiter Bankowy przy Związku Banków Polskich – spory z bankami,
Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej – spory telekomunikacyjne i pocztowe,
Koordynator ds. negocjacji przy Prezesie Urzędu Regulacji Energetyki – spory z dostawcami prądu, gazu, ciepła,
Rzecznik Praw Pasażera Kolei przy Prezesie Urzędu Kolejowego – spory z przedsiębiorcami kolejowymi
Stowarzyszenie Praw Pasażerów „Przyjazne latanie” – spory z liniami lotniczymi,
Izba Gospodarki Elektronicznej – spory dotyczące sprzedaży towarów i usług przez internet.

źr. UOKiK

Chodźmy sobie łapać „szpiega”

Drodzy Koleżanki i Koledzy!

Zapraszam wszystkich do NSA w Warszawie na rozprawę w piątek 27.07.2018 r. o godz. 10:20, sala B.
Proces jest otwarty, sprawa ma charakter administracyjny, a nie karny.
Sorry, ale Sąd nie pozwolił mi przyjechać do Warszawy (patrz dokumenty w załączniku).

Leonid Swiridow
Moskwa

 

Dziennikarz wydalony nie tylko z Polski, ale też strefy Schengen, zaprasza na kolejną swoją rozprawę, w której nie będzie mógł uczestniczyć i w której nie było mu dane poznać, co się mu zarzuca.

 

Korespondent MIA (Międzynarodowej Agencji Informacyjnej) „Rossija Siegodnia” najpierw stracił akredytację resortu spraw zagranicznych. Później zostało wszczęte postępowanie o jego wydalenie. Z Polski i całej europejskiej strefy bez granic.
Z mediów niestety nie dowiemy się więcej niż mówi sam Swiridow. W mediach wiemy tylko, że „w kręgu zainteresowań rosyjskiego dziennikarza były osoby ze świata polityki, ale także ludzie mediów” i że „sytuacja jest poważna”.
ABW utrzymuje, że miał zajmować się białym wywiadem: „lobbing, sponsorowanie wycieczek polskich dziennikarzy od Rosji, promowanie rosyjskiego biznesu”. Czyli rzeczy, które dziś w zasadzie robią wszyscy przedstawiciele zagranicznych firm w Polsce.
A co mówi sam zainteresowany? „Nie wiem nawet jakie mam zarzuty, nie wiem czy one w ogóle są, więc nie wiem jak się mam bronić. Kilkakrotnie pisałem o tym w różnych oświadczeniach do Urzędu ds. Cudzoziemców czy do sądu” – powiedział w rozmowie z „Myślą Polską”. – „Jeśli jest zagrożenie terrorystyczne, czy jakieś inne, trzeba coś z tym szybko zrobić, bo to jest zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. Tymczasem w ciągu piętnastu kolejnych miesięcy nadal mieszkałem w Polsce i pracowałem jako dziennikarz. Nie za bardzo rozumiem na czym polegało to niebezpieczeństwo?”.
Leonid Swiridow opuścił Polskę pod koniec 2015.
Jego sprawą zajmowała się między innymi Dunja Mijatović. przedstawicielka OBWE ds. wolności mediów.
— Oddałem temu krajowi w sumie 18 lat mojego życia i uważam, że taka decyzja wobec mnie jest absolutnie niesprawiedliwa zarówno z prawnego, jak i ludzkiego punktu widzenia — mówił Swiridow dziennikarzom na lotnisku w Warszawie w dniu swojego wyjazdu z Polski.