Czy PiS przegra przyśpieszone wybory?

Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalnie „tylko” 109 miliardów złotych deficytu na ten rok.
Dla każdego myślącego człowieka szastanie pieniędzmi przez obecnie rządzących musi budzić niepokój, bo niby skąd budżet państwa może czerpać nieograniczone zasoby finansowe?. Połowa dorosłej ludności Polski łyka jednak propagandę sprawujących władzę bez żadnych wątpliwości i obaw – to wynik mistrzostwa Jarosława Kaczyńskiego i jego podkomendnych w ogłupianiu prostych ludzi, z główną narracją: jakim jesteśmy wspaniałym narodem, a ciemnota, zacofanie, lenistwo czy mierny dorobek to tylko opinie wrogów.
Inną dźwignią popularności rządzących jest rozdawnictwo państwowych pieniędzy (czyli naszych) dla określonych grup społecznych. Na pewno dodatkowe dochody poprawiają ich sytuację finansową. We współczesnych czasach większość państw prowadzi politykę socjalną dla najbardziej potrzebujących. W krajach europejskich działalność pomocowa jest dobrze rozwinięta. Jednak rzucając dodatkowe środki, dający powinni się zastanowić jaki jest cel i skutki takich akcji. W Polsce powinny dzwonić nam w uszach słowa z Pana Tadeusza: „Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica zabrała i Soplicom dała Targowica”.
Nie dziwi, że w tamtych czasach przedstawiciele elit pchali się tłumnie do Targowicy – przecież dawano im, jak w cytowanym przypadku, zabierając patriotom. W dawnych czasach opowiadano, jakoby organizatorzy Targowicy za zdradę kraju otrzymali od Katarzyny II beczki masła zamiast obiecanych beczek złota. Była to legenda potępiająca rozpowszechnione w tamtych czasach, zjawisko kupowania ludzi, stanowisk, postaw, również głosów. Według zdroworozsądkowo myślących ludzi, obecne rozdawnictwo PiS ma za główny cel kupowanie wyborców, aby rządząca ekipa utrzymywała się przy władzy – i aby podobnie jak przed rozbiorami, rządzący i kler cieszyli się nieograniczoną władzą bez odpowiedzialności za własne czyny.
Niestety jak historia pokazuje, następne pokolenia płacą za błędy przodków, za błędy rządzących w końcu XVI wieku i później, zapłaciły pokolenia końca XVIII wieku – i skretyniały naród nie obronił istnienia państwa, dodatkowo zyskując opinię narodu który zniszczył własne państwo. Jak pisał urzędnik pruski „pośród wszystkich narodów w Europie, tylko wśród Polaków niewiedza i barbarzyństwo są daleko posunięte”. Zapomniano, że kiedyś był to wielki naród i kraj.
Zła opinia ciążyła Polsce podczas odzyskiwania niepodległości. W uzyskiwaniu poparcia alianckich mocarstw co do kształtu granic często padał argument: Polacy w przeszłości udowodnili że nie potrafią się rządzić. Za dzisiejsze rządy też zapłacą następne pokolenia.
Jeszcze nie wiadomo jak daleko postąpi, planowane przez rządzącą formacje, skretynienie narodu. Czy będzie jak przed rozbiorami, że kilka osób w kraju rozumiało co się dzieje, a reszta żyła w marzeniach i przekonaniu o szczególnej opiece opatrzności?. Może nie będzie tak źle – i już dzisiejsi wyborcy Prawa i Sprawiedliwości usłyszą od swoich wnuków czy prawnuków, że kiedyś działali na szkodę kraju i narodu.
Szkody mentalnościowe pojawiają się później i powoli, straty gospodarcze znacznie szybciej. Rządzący uwierzyli w cuda. Przytrafił się koronawirus, jest na kogo zganiać całą winę za trudną sytuację finansową państwa. Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalne 109 miliardów złotych deficytu na ten rok, Komisja Europejska po wymieceniu poupychanych długów, wylicza na 270 mld zł – a to już tragiczna sytuacja.
Przyszły rok zapowiada się nie lepiej. Dojdą nowe długi, można wprawdzie liczyć na wielką dotację z Unii Europejskiej ale chyba nawet ta dotacja nie uratuje sytuacji – tym bardziej że grozi jej odebranie.
Ścisłą ekipę rządzącą – tych kilku facetów – można posądzać o wiele złego, ale nie o głupotę. Zapewne są to najcwańsi ludzie i przewidują ewentualne wyjście awaryjne. Widać już przygotowania do takiego scenariusza. Kaczyński spacyfikował Ziobrę aby uchwalić tzw. ustawę nieodpowiedzialność plus, dla ochrony przed prokuraturą pod innym kierownictwem. Kolejnym krokiem jest zabezpieczenie w tegorocznym budżecie – co stanowi kuriozum – przyszłorocznych wypłat trzynastej i czternastej emerytury. To chyba w obawie przed szybkim rozsypaniem się przyszłorocznego budżetu.
Chodzi o utrwalenie w głowach prostych ludzi obrazu PiS-u jako tych dobrych, co dają potrzebującym – a że generuje to kłopoty finansowe państwa, to już abstrakcja. To inni, ci co sprowadzą wydatki do możliwości budżetu, będą źli.
Dla naszego społeczeństwa przyszły rok może być ciężki. Jeżeli w ciągu ostatnich dwóch miesięcy pojawiają się informacji o procedurze upadłości czterech hut w Częstochowie, Chorzowie, Szopienicach i Ostrowcu Świętokrzyskim – a takich przedsiębiorstw jest w Polsce kilkanaście – to oznacza to spore załamanie produkcji. Można też się dowiedzieć się o upadłości lub złej kondycji wielu innych przedsiębiorstw. Wpływ na to mają nominacje swoich, miernych lecz wiernych (lub cwaniaków, takich udających).
Może więc Kaczyński zarządzi przedterminowe wyborach i PiS odda władzę w przyszłym roku, aby inni przynajmniej częściowo naprawili ich błędy? Pozwoli to obciążyć przejmujących władzę za kłopoty finansowe i wszystko co złe.
Nieutulony w żalu ludek wybierze ich ponownie za cztery lata – i PiS będzie mógł dalej budować Polskę, jako pośmiewisko Europy, na wzór Polski przedrozbiorowej.

Trybunał Konstytucyjny w roli marionetki rządzących

Firmy zażądają odszkodowań za bezprawny lockdown. Ponieważ Jarosław Kaczyński nakazał wybory w czasie pandemii, nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej, ograniczającego wysokość tych odszkodowań. PiS uciekając przed odpowiedzialnością skierował więc do TK wniosek o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją, obowiązującego od lat przepisu kodeksu cywilnego umożliwiającego takie roszczenia.

W Trybunale Konstytucyjnym pojawiły się dwa wnioski dotyczące zbadania zgodności art. 417 kodeksu cywilnego z Konstytucją RP. Pierwszy wniosek, którego wnioskodawcą był premier, wpłynął 28 sierpnia 2020 r., drugi wniosek złożyła marszałek Sejmu 16 września 2020 r., a sprawy – ze względu na tożsamy przedmiot – połączono.
W założeniu wnioski te mają na celu uniemożliwić przedsiębiorcom dochodzenie odszkodowań za okres tzw. gospodarczego zamknięcia (lockdownu) – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Rozporządzenia, na mocy których dochodziło do zawieszania wolności działalności gospodarczej, mogą być niezgodne z art. 22, 31 ust. 3 i 92 ust. 1 Konstytucji RP. Zdaniem FOR, wniosek skierowany do Trybunału Konstytucyjnego to próba uniknięcia odpowiedzialności za popełniony przez rząd błąd, polegający na niewprowadzeniu stanu klęski żywiołowej.
Jak słusznie w swoim stanowisku z czerwca zaznaczył Rzecznik Praw Obywatelskich, rząd świadomie zrezygnował z wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Formalnym warunkiem dopuszczalności ograniczenia wolności i praw człowieka jest zapisanie ich w ustawie. Rozporządzenia to tylko akty wykonawcze o charakterze technicznym.
Kluczowy w sprawie pozostaje również fakt, iż upoważnienia ustawowe wynikające z ustawy o chorobach zakaźnych zezwalają jedynie na czasowe ograniczenie działalności gospodarczej, nie pozwalają zaś na przyjęcie zastosowanego w rozporządzeniach zakazywania prowadzenia działalności gospodarczej. Omawiane rozporządzenia wprowadziły nie tylko – co było dopuszczalne – ograniczenia określonych rodzajów działalności gospodarczej, ale też zakazy poszczególnych rodzajów działalności. W rezultacie nastąpiło wkroczenie w istotę wolności działalności gospodarczej.
Może więc dojść do prób dochodzenia odszkodowań przez poszkodowanych przedsiębiorców na zasadach ogólnych kodeksu cywilnego. Nie ma bowiem możliwości wykorzystania ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia wolności i praw w czasie stanu nadzwyczajnego (bo nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej). Ustawa ta w założeniu ma na celu zapobiegać nieograniczonym roszczeniom odszkodowawczym. Stan nadzwyczajny ogranicza skalę odszkodowań.
Zgodnie z art. 2 ust. 2 tej ustawy, odszkodowania obejmują jedynie wyrównanie straty majątkowej, ale bez korzyści, które poszkodowany mógłby odnieść, gdyby szkoda nie powstała. Ustawa wyłącza również możliwość równoczesnego dochodzenia odszkodowań od Skarbu Państwa na zasadach ogólnych kodeksu cywilnego. Wprowadzenie stanu klęski żywiołowej doprowadziłoby do ograniczenia skali ewentualnych odszkodowań – których wysokość może być dziś wyższa, w związku z faktem dochodzenia swoich praw przez przedsiębiorców na podstawie kodeksu cywilnego.
W związku z pandemią doszło do wprowadzenia znaczących ograniczeń w zakresie prawa do prowadzenia działalności gospodarczej drogą rozporządzenia. Fakt ten pozostaje kluczowy dla podmiotów, które będą domagały się odszkodowań z tytułu poniesionych strat. Rozporządzeniem nie można bowiem ograniczać konstytucyjnych praw i wolności. Można tego dokonać w drodze ustawy (art. 31 ust. 3 Konstytucji RP). Niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej naraża podatników na wyższe koszty odszkodowań za ograniczenie wolności gospodarcze.
Konkretne ograniczenia dotyczące zamrożenia określonych gałęzi gospodarki zapadały na podstawie rozporządzeń. W sposób oczywisty oznacza to ingerencję w prawa i wolności obywatelskie – co zgodnie z Konstytucją może nastąpić jedynie w drodze ustawy. Pojawiła się więc obawa leżąca u podstaw wniosków premiera oraz marszałek Sejmu skierowanych do Trybunału Konstytucyjnego.
Mając świadomość praw, które przysługują obywatelom w przypadku niewprowadzenia stanu klęski żywiołowej, premier oraz marszałek Sejmu skierowali do Trybunału Konstytucyjnego wnioski o zbadanie zgodności z Konstytucją art. 417 kodeksu cywilnego, celem zablokowania możliwości dochodzenia odszkodowań od Skarbu Państwa.
Art. 417 § 1 kodeksu cywilnego określa odpowiedzialność odszkodowawczą karbu Państwa za legislacyjne bezprawie. Zgodnie z treścią tego przepisu: jeżeli szkoda została wyrządzona przez wydanie aktu normatywnego, jej naprawienia można żądać po stwierdzeniu we właściwym postępowaniu niezgodności tego aktu z Konstytucją, ratyfikowaną umową międzynarodową lub ustawą.
Dotychczas takim postępowaniem byłoby standardowe skierowanie pytania do Trybunału Konstytucyjnego (umożliwia to art. 193 Konstytucji RP). W chwili obecnej Trybunał Konstytucyjny nie daje jednak rękojmi dokonania rzetelnej i niepolitycznej oceny konstytucyjności ustaw. W związku z tym to na sędziach sądów powszechnych coraz częściej spoczywa odpowiedzialność za dokonanie wykładni przepisów i kwestii ich stosowania w razie sprzeczności z ustawą zasadniczą – uważa FOR.
Należy w tym miejscu zaznaczyć, iż rozproszona kontrola konstytucyjności to nie wymysł ostatnich lat, ale funkcjonujący mechanizm. Jak stwierdziła prof. Ewa Łętowska, „polską Konstytucję sądy mogą stosować bezpośrednio. Sądy (a nie tylko Trybunał Konstytucyjny) mogą więc odmówić zastosowania ustawy, która w ich przekonaniu jest niekonstytucyjna. Inna sprawa, czy polskie sądy umieją i chcą z tej możliwości korzystać. Ale potencjał rozproszonej kontroli konstytucyjności istnieje”.
Choć faktycznym motywem niewprowadzenia na początku pandemii stanu klęski żywiołowej wydaje się dążenie rządzących do organizacji wyborów, to często uzasadniali swoją decyzję ewentualnymi odszkodowaniami. Dla przykładu, według Jarosława Gowina, polskie społeczeństwo stałoby się wtedy społeczeństwem bankrutów. Może się jednak okazać, że to niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej doprowadzi do wypłaty odszkodowań, których wysokość będzie wyższa niż ta wynikająca z ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw.
Decyzje rządzących z początków pandemii naraziły podatników na konieczność poniesienia kosztów odszkodowań. Aby uniknąć kolejnych, wygenerowanych przez samych siebie problemów, rządzący postanowili dążyć do stwierdzenia niezgodności z Konstytucją przepisów, służących dotychczas dochodzeniu odszkodowań za bezprawie legislacyjne.
Zlekceważenie konstytucyjnych rozwiązań kryzysowych doprowadziło do powstania niebezpiecznej, precedensowej sytuacji, w której prawo jest wykorzystywane niczym narzędzie do rozmontowania umowy społecznej istniejącej pomiędzy państwem a przedsiębiorcami. Niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej pozostaje grzechem głównym rządzących. Naraża Skarb Państwa – a więc podatników – na dużo wyższe odszkodowania niż te, które otrzymaliby w ramach ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia, w czasie stanu nadzwyczajnego, wolności i praw człowieka i obywatela.
Próba fortelu rządzących, polegająca na skierowaniu wniosku do Trybunału Konstytucyjnego celem całkowitego uniknięcia wypłacenia odszkodowań, to nic innego jak zamknięcie tysiącom obywateli prawa do sądu. Tego rodzaju działanie, podejmowane przez rządzących, polegające na szukaniu ratunku dla własnych, bezprawnych posunięć, miało miejsce przy okazji innych kontrowersyjnych spraw.
To do Trybunału Konstytucyjnego trafiło zapytanie o zgodność zgromadzeń cyklicznych (dyskryminujących innego rodzaju zgromadzenia) z ustawą zasadniczą. To Trybunał ma rozstrzygnąć, czy RPO (pomimo istniejącej ku temu podstawie ustawowej) może pełnić swoją rolę do czasu wyboru następcy.
To również Trybunał, którym kieruje znajoma i „odkrycie towarzyskie” przewodniczącego partii rządzącej, zadecydował bezprawnie o uchyleniu mocy uchwały trzech izb Sądu Najwyższego, która mówiła o nienależytej obsadzie składów sędziowskich, jeśli znajduje się w nich osoba wyłoniona przez aktualną KRS.
Po raz kolejny rządzący działają według tego samego schematu, instrumentalnie wykorzystując stojący po ich stronie od czasu skutecznego przejęcia tej instytucji Trybunał Konstytucyjny. TK, niegdyś służący społeczeństwu poprzez badanie zgodności poczynań władzy z Konstytucją, dziś pozostaje de facto marionetką rządzących.

Gospodarka 48 godzin

Na co wydano

Około 66 miliardów złotych środków publicznych wydał dotychczas rząd, za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego (formalnie – z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 działającego w BGK) na łagodzenie skutków pandemii. To prawie trzy razy mniej niż na przykład Szwajcaria. BGK do tej pory głównie dofinansował wynagrodzenia pracowników objętych przestojem albo obniżonym wymiarem czasu pracy. Dopłacano też do zarobków osób, które nie są etatowymi pracownikami oraz zatrudnionych w organizacjach pozarządowych. Zwracano również część kosztów prowadzenia działalności przez osoby samozatrudnione i organizowano pożyczki dla mikroprzedsiębiorców. Ponadto, BGK sfinansował niektóre zakupy sprzętu medycznego i innych produktów, służących do walki z koronawirusem. Nie wiadomo, jakie środki zostaną jeszcze przeznaczone na łagodzenie skutków pandemii, gdyż jak powiedział prezes Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys, w Polsce nie ma obecnie pilnej potrzeby uruchomienia takich działań antykryzysowych, jakie podjęto wiosną.

Pozytywne zaskoczenie

O ile sierpniowe dane dotyczące rozwoju polskiej gospodarki były niemiłym rozczarowaniem, o tyle te wrześniowe stały się bardzo pozytywną niespodzianką. W sierpniu 2020 r. produkcja przemysłowa wzrosła zaledwie o 1,5 proc. w porównaniu z sierpniem ubiegłego roku. Jednak już we wrześniu wzrost wyniósł aż 5,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny. Tymczasem specjaliści oczekiwali najwyżej wzrostu sięgającego 3,8 proc. Na ów nieoczekiwanie pozytywny wrześniowy rezultat najbardziej wpłynęły wyniki branży motoryzacyjnej, która na początku lata bardzo narzekała na dramatyczne skutki pandemii. Jak widać – na szczęście – narzekania te były nieco na wyrost. Dynamika odbicia w fabrykach samochodowych była bardzo wyraźna i w porównaniu z sierpniem produkcja wrześniowa wzrosła tu o aż 47,3 proc. (na co pewien wpływ miało też to, że sierpień był miesiącem wakacyjnym). Spośród innych ważnych branż bardzo wzrosła produkcja urządzeń elektrycznych – o 26,6 proc. rok do roku. Dobre wyniki odnotował przemysł gumowy (wzrost o 10,7 proc.), produkcja wyrobów z metali (wzrost o 7,8 proc.) oraz branża spożywcza, w której roczna dynamika wyniosła 5,8 proc. W energetyce i ciepłownictwie produkcja spadła o 4,3 proc. rok do roku. Jednocześnie w naszej gospodarce zwiększyły się także zatrudnienie i wynagrodzenia. Po gospodarczej zapaści pandemicznej nastąpiła zatem niemal pełna odbudowa. We wrześniu zatrudnienie w firmach mających od 10 pracowników wzwyż wzrosło o 17 tys. osób, a płace były wyższe o 5,6 proc., rok do roku. Jak wskazuje GUS, dane o zatrudnieniu to skutek przywracania pełnego wymiaru czasu pracy i nowych przyjęć. Z pewnością dużo gorsze – ale nie wiadomo dokładnie jakie – są informacje o płacach i zatrudnieniu w przedsiębiorstwach małych, mających poniżej 10 pracowników. Nawet organizacja Pracodawcy RP zauważa, że prawie odrobiliśmy straty w przemyśle i tylko 0,2 proc. zostaje do osiągnięcia poziomu z lutego bieżącego roku, ostatniego miesiąca przed pandemią. Niestety, w wyniku zaniedbań rządu Prawa i Sprawiedliwości, skutki drugiej fali pandemii mogą być u nas bardzo dotkliwe.

Gospodarka 48 godzin

Spokojniej lecz niewesoło

Barometr koniunktury na IV kwartał tego, opracowany przez Europejski Fundusz Leasingowy, pokazuje, że nastroje wśród mikro, małych i średnich firm w Polsce uspokoiły się, ale nadal są kiepskie. Poziom 48,5 pkt. jest tylko o 1,7 pkt. niższy niż w III kwartale br. i o 1,2 pkt. niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, ale zdecydowanie wyższy niż w II kwartale tuż po wybuchu pandemii (32,5 pkt.). Przedstawiciele EFL zwracają jednak uwagę, że druga fala epidemii może pokrzyżować plany przedsiębiorców, którzy odbudowują swoje biznesy po pierwszym „uderzeniu” koronawirusa. Kwarantanny rodzin i pracowników, zamknięcia szkół, a w ostateczności lockdownu, wiele polskich MŚP może nie przetrwać.
– Za nami już siedem miesięcy z COVID-19. Po bardzo ciężkich pierwszych tygodniach, od maja sytuacja powoli zaczęła się uspakajać. Przedsiębiorcy zaczęli wracać do normalności korzystając zarówno z rządowych pakietów pomocowych jak i wsparcia prywatnych instytucji, w tym finansowych. Również statystyki z rynku pracy wskazują na stabilizację – stopa bezrobocia od czterech miesięcy pozostaje na takim samym poziomie. Jednak ostatnie dni i tygodnie wyraźnie pokazują, że nie pożegnaliśmy pandemii, wręcz przeciwnie, może być jeszcze gorzej. A tego „gorzej” może nie przetrwać wiele polskich biznesów, szczególnie tych z sektora MŚP. Reżim sanitarny, który generuje dodatkowe koszty, braki kadrowe z uwagi na zwolnienia lekarskie czy kwarantannę, mniej klientów – to wszystko spowoduje, że tylko najlepiej przygotowane firmy, i to zarówno od strony organizacyjnej jak i finansowej, wyjdą cało z tego kryzysu – powiedział Radosław Woźniak, prezes EFL.
Przedsiębiorcy czekają na dalszy rozwój sytuacji. Próg ograniczonego rozwoju firm wynosi co najmniej 50 pkt. Cały czas barometr pokazuje wartości poniżej tego poziomu. Na końcowy pomiar składają się dane zgromadzone w trakcie badania przedsiębiorców dotyczących czterech sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej oraz zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Skala wartości wynosi od 0 do 100, a łączny wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw. Wynik niższy oznacza oczywiście, że warunki te są niekorzystne. Poziom 48,5 pkt. osiągnięty w IV kwartale oznacza, że warunki do rozwoju są mniej korzystne w porównaniu z poprzednim pomiarem. Niestety, przy skali zaniedbań ekipy PiS-owskiej w walce z pandemią, trudno żeby było inaczej. Generalnie, większość wskaźników dotyczących IV kwartału br. jest zbliżona do tych z czerwcowego pomiaru. Nadal zdecydowana większość respondentów (80,3 proc., poprzednio 81,2 proc.) chce zachować dotychczasowy poziom inwestycji i spodziewa się takiego samego zapotrzebowania na finansowanie zewnętrzne (81 proc., poprzednio 78,3 proc.). Nie zmieniły się też odsetki optymistów, jeśli chodzi o inwestycje czy możliwość uzyskania kredytów. W porównaniu z poprzednim pomiarem spadł natomiast odsetek osób, które uważają, że sytuacja poprawi się w odniesieniu do sprzedaży (21 proc., poprzednio 25,8 proc.) i płynności finansowej (11,7 proc., poprzednio 16,7 proc.). Podobnie jak kwartał wcześniej, większy jest odsetek osób, które nie oczekują zmian poziomu sprzedaży (48,3 proc.) i płynności finansowej (66,8 proc.) – niż spodziewających się pogorszenia (odpowiednio 29,85 proc. i 21,3 proc.).

Weźmiemy przykład z Estonii?

Przeciętny obywatel Estonii poświęca na wypełnienie obowiązków podatkowych średnio 50 godzin rocznie. W przypadku Polski są to 334 godziny rocznie.
Według obietnic rządu – nieco przedwczesnych, bo ustawy na ten temat jeszcze nie ma – od 1 stycznia 2021 r. firmy będą mogły się rozliczać z fiskusem w ramach tzw. estońskiego CIT-u. Istotą rozwiązania jest przesunięcie czasu poboru podatku na moment wypłaty zysków z przedsiębiorstwa. Na zmianie będą mogły skorzystać firmy, które poszukują środków na nowe inwestycje i rozwój biznesu.
Ów estoński CIT to nowatorski sposób opodatkowania, który pozwoli firmom inwestować i ograniczyć formalności przy rozliczeniu podatków. Zgodnie z rozwiązaniem, podatek zostanie nałożony na przedsiębiorstwo w momencie wypłaty zysku. Oznacza to, że środki, które zostaną w firmie, będzie można przeznaczyć na inwestycje, co przełoży się na wzrost gospodarczy. Wprawdzie i do tej pory były w Polsce rozmaite ulgi inwestycyjne, ale planowane rozwiązanie ma być bardziej systemowe, a więc podobno skuteczniejsze.
Estoński CIT ma też przeciwdziałać negatywnym następstwom koronawirusa, czyli przyczynić się do zapewnienia stabilnych miejsc pracy i zwiększenia zatrudnienia. Przedsiębiorca będzie mógł wybrać, czy chce skorzystać z nowego rodzaju opodatkowania, czy woli rozliczać się na starych zasadach.
Z opodatkowania na nowych zasadach będzie mogła skorzystać spółka z ograniczoną odpowiedzialnością lub akcyjna, w której udziałowcami albo akcjonariuszami są wyłączenie osoby fizyczne. Przychody takiego przedsiębiorstwa nie będą mogły przekraczać rocznie 100 mln zł (dotyczy to ok. 97 proc. polskich firm).
Warunkiem skorzystania z estońskiego CIT-u będzie zatrudnianie co najmniej 3 pracowników (na umowę o pracę) -lub ponoszenie miesięcznych wydatków na wynagrodzenia z tytułu innych umów, w kwocie stanowiącej co najmniej trzykrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (obciążonych PIT i ZUS). Warunek ten nie musi być wszakże spełniony od razu. Dla podatników rozpoczynających działalność wystarczy wzrost zatrudnienia corocznie o co najmniej jednego zatrudnionego – począwszy od drugiego roku podatkowego – aż do osiągnięcia wymaganego poziomu 3 pracowników.
Łagodniejsze warunki przewidziano dla małych podatników – w pierwszym roku podatkowym warunek będzie spełniony, jeżeli podatnik zatrudnia co najmniej 1 osobę w przeliczeniu na pełne etaty.
Przedsiębiorca będzie mógł wybrać nowy system opodatkowania na 4 lata z możliwością przedłużenia na kolejne 4-letnie okresy. Przedłużenie będzie możliwe, jeśli w ostatnim, czwartym roku korzystania z tego systemu, wciąż będzie spełniał wymagane kryteria.
Nowe rozwiązanie skierowane jest do przedsiębiorstw, które mają mniejsze możliwości otrzymania kredytów bankowych i w związku z tym brakuje im środków na inwestycje.
Z badań OECD wynika, że w Polsce aż co trzecia mała i średnia firma nie uzyskuje potrzebnego finansowania dłużnego. Nowy system ma stworzyć bardziej uczciwe warunki dostępu dużych i mniejszych przedsiębiorstw do środków na inwestycje.

Bankructwa i upadłości pukają do drzwi

Epidemia Covid-19 stworzyła prawdziwą bombę zegarową dotyczącą niewypłacalności przedsiębiorstw.

Globalny wskaźnik niewypłacalności niedługo prawdopodobnie osiągnie rekordowy poziom, rosnąc o 35 proc. do 2021 r., przy czym w połowie krajów odnotuje on nowy rekord od czasu kryzysu finansowego w 2009 r.
Gdzie sytuacja jest najpoważniejsza? Największe wzrosty odnotują Stany Zjednoczone ( 57 proc do 2021 r. w porównaniu do 2019 r.), Brazylia (45 proc.), Chiny (40 proc.) i główne kraje europejskie, takie jak Wielka Brytania (43 proc.), Hiszpania (41proc.), Włochy (27 proc.), Belgia (26 proc.) i Francja (25 proc.).
Nawet w obecnym okresie, gdy gospodarki zaczynają wychodzić z całkowitej blokady, globalna firma ubezzpieczająca należności handlowe Euler Hermes spodziewa się, że większość przypadków niewypłacalności ma dopiero nadejść, głównie między końcem 2020 r. a pierwszą połową 2021 r. – w wyniku nierównych warunków początkowych, a także różnych strategii wznawiania produkcji i podejmowanych nadzwyczajnych środków politycznych,
„Spodziewamy się, że dwa na trzy kraje odnotują większy wzrost liczby niewypłacalności w 2020 r. niż w 2021 r. – w szczególności w Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Chinach, Hiszpanii i we Włoszech – ale jeden na trzy odnotuje ich przyspieszenie w 2021 r. – zwłaszcza Indie, Wielka Brytania, Francja i w mniejszym stopniu Niemcy” – twierdzą eksperci firmy.
Przedwczesne wycofanie środków wsparcia mogłoby pogorszyć sytuację, zwiększając wzrost liczby niewypłacalności od 5 do 10 punktów procentowych. A jeśli globalna gospodarka będzie potrzebować więcej czasu, niż oczekiwano, aby wyjść z szoku pandemii koronawirusa, wzrost niewypłacalności może wzrosnąć nawet od 50 do 60 punktów procentowych. Jednak nawet jeśli dalsze wsparcie dla przedsiębiorstw ograniczy liczbę niewypłacalności w perspektywie krótkoterminowej, może również zwiększyć ryzyko większej liczby bankructw w perspektywie średnio- i długoterminowej.
Covid-19 uderzył w globalną gospodarkę jak meteoryt, a ten nagły wstrząs o historycznych proporcjach będzie miał trwałe skutki, pogarszając perspektywy dotyczące niewypłacalności przedsiębiorstw przez całą pierwszą połowę przyszłego roku. Nagły charakter tego szoku gospodarczego ma krytyczne znaczenie dla firm, które były najbardziej wrażliwe już przed kryzysem, zwłaszcza w sektorach najbardziej dotkniętych (transport, motoryzacja, handel detaliczny, hotelarstwo i restauracje) – podczas gdy historyczna skala szoku sprawia, że również wszystkie pozostałe firmy znalazły się w niestabilnej sytuacji, a większą odporność można zaobserwować tylko w kilku specyficznych branżach, takich jak farmaceutyki lub usługi informatyczne. Jednocześnie, wychodzenie z blokad zwiększa presję na płynność firm, ponieważ wznowienie działalności wiąże się ze wzrostem zapotrzebowania na kapitał obrotowy.
Eksperci Euler Hermes określili trzy czynniki, które spowodują opóźnione przeniesienie wstrząsu Covid-19 na niewypłacalność firm, powodując, że większość przypadków upadłości nastąpi w okresie między końcem 2020 r. a pierwszą połową 2021 r. Oto one:
• Wpływ środków dotyczących zablokowania działalności na pracę sądów gospodarczych, w szczególności w krajach mniej zaawansowanych pod względem technologii cyfrowych. Spowodowało to opóźnienia dotyczące oficjalnej rejestracji upadłości firm.
• Długa lista nadzwyczajnych rządowych środków interwencyjnych, podjętych w celu zapobieżenia kryzysowi płynności przedsiębiorstw: odroczenia płatności podatkowych, pożyczki i gwarancje państwowe, dopłaty do wynagrodzeń oraz moratorium na zadłużenie.
• Tymczasowe zmiany w systemach upadłościowych, mające na celu zapewnienie przedsiębiorstwom nieco więcej czasu i elastyczności przed złożeniem wniosku o ogłoszenie upadłości, takie jak zawieszenie obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości pod określonymi warunkami, przedłużenie terminów, moratorium zapobiegające niektórym działaniom wierzycieli przeciwko zadłużonej firmie, podniesienie limitu niespłaconego długu w odniesieniu do ogłoszenia upadłości i likwidacji itp. Środki tego rodzaju zostały podjęte w szczególności w krajach europejskich, takich jak Niemcy, Francja i Wielka Brytania, ale także na mniejszych rynkach.
Wpływ tych trzech czynników jest ewidentny w perspektywie krótkoterminowej. Stopniowe otwieranie gospodarek krajowych po ich zamrożeniu będzie procesem długotrwałym i realizowanym w sposób ostrożny. Ogólnie rzecz biorąc, gospodarka światowa funkcjonuje obecnie wykorzystując jedynie 70 – 80 proc. swoich możliwości i przewiduje się, że taki stan utrzyma się do ostatniego kwartału 2020 roku – ponieważ kraje będą zmuszone stosować celowe zamknięcia w celu zwalczania nowych ognisk wirusa Covid-19 oraz przedłużać ograniczenia sanitarne do czasu wprowadzenia szczepionki.
Wiele krajów nadal boryka się ze zbyt wysokim współczynnikiem reprodukcji wirusa – między innymi Brazylia, Meksyk, USA, Indie, Indonezja, Wielka Brytania oraz RPA. Kraje te są szczególnie narażone na ryzyko ponownego wybuchu epidemii i przedwczesnego ponownego otwarcia gospodarki, ponieważ pandemia nie jest w nich jeszcze pod kontrolą.
Spodziewać się także można, iż recesja w USA okaże się o dwa punkty procentowe głębsza (w stosunku do obecnego poziomu wynoszącego minus 5,3), jeżeli rozwiązania typu lockdown wdrażane w ramach walki z drugą falą epidemii będą miały bardziej ogólny zasięg.

Nie wymyślają prochu

Pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości polska gospodarka przestaje być innowacyjna.
W lipcu bieżącego roku Komisja Europejska opublikowała Europejski Indeks Innowacji (European Innovation Scoreboard – EIS) 2020, w którym Polska zajęła dopiero 24. miejsce.
Indeks publikowany jest po raz 19. przez Komisję Europejską dla wszystkich krajów członkowskich Unii Europejskiej, a także dla Wielkiej Brytanii. Raport, w tym także Indeks Innowacyjności opracował zespół specjalistów (z Dyrekcji Generalnej Rynku Wewnętrznego, Przemysłu i Przedsiębiorczości Komisji Europejskiej) pod kierownictwem Hugo Hollandersa z Maastricht University.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składa się 10 bloków tematycznych i 27 wskaźników oceniających różne aspekty innowacji; każdy z bloków składa się z kolei z 4 subindeksów. Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników. Indeksy dla poszczególnych krajów przyjmują wartości odpowiadające założeniu, że indeks średni dla UE wynosi 100 proc.
Europejski Indeks Innowacyjności publikowany jest corocznie i przedstawia porównawczą ocenę wyników badań naukowych i innowacji osiągniętych przez państwa członkowskie UE i wybrane kraje trzecie oraz słabe i mocne strony krajowych systemów badań naukowych i innowacji. Indeks końcowy to jedna syntetyczna liczba (co stanowi jego urok) i przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków ważne są zaś właśnie te bloki i wskaźniki.
Europejski Indeks Innowacji oraz pełny raport można znaleźć na stronie Komisji Europejskiej. Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku opublikowany został w „Trybunie” Globalny Indeks Innowacyjności.
Tegoroczny Indeks pokazuje, że uzyskane rezultaty nadal poprawiają się w stałym tempie, przy czym postępy te nie są równomierne w poszczególnych krajach. Wyniki poprawiły się w 24 krajach a pogorszyły jedynie w trzech krajach członkowskich UE. Największe postępy uzyskano na Litwie, Łotwie, w Portugalii i Grecji, a największy spadek w Słowenii i Rumunii. Według raportu Komisji Europejskiej nadal postępował proces konwergencji, polegający na tym, że kraje o słabszych wynikach rozwijają się szybciej niż kraje osiągające lepsze wyniki.
Komisja Europejska stwierdza także w raporcie o innowacjach, że na poziomie globalnym odnotowuje się przewagę Unii Europejskiej nad USA, Chinami, Brazylią, Rosją, RPA i Indiami (czyli krajami wchodzącymi do ugrupowania BRICS), ale jednocześnie gorsze wyniki Unii wobec Korei Południowej, Kanady, Australii i Japonii.
W latach 2012-2019 Chiny doganiały UE w tempie pięciokrotnie przewyższającym tempo wzrostu innowacyjności w UE. Prognozy wskazują, że Chiny zmniejszą tę lukę jeszcze bardziej i prawdopodobnie prześcigną USA, jeśli utrzymają się obecne tendencje.
Państwa uczestniczące w Indeksie Innowacji klasyfikowane są w oparciu o średnią wyników i zaliczane do jednej z czterech grup. Liderzy innowacji w UE to: Szwecja, Finlandia, Dania, Holandia i Luksemburg, których wyniki w zakresie innowacji ukształtowały się znacznie powyżej średniej UE.
Do grupy silnych innowatorów zaliczono: Austrię, Belgię, Estonię, Francję, Niemcy, Irlandię i Portugalię. Polskę zaliczono zaś do grupy 13 krajów, których wyniki plasują się poniżej średniej UE – czyli do umiarkowanych innowatorów. Do najniższej grupy należy zaś Bułgaria i Rumunia.
W 2013 r. także zajmowaliśmy 24. miejsce (a formalnie 25. gdyż Wielka Brytania nas oczywiście wyprzedzała a była jeszcze członkiem UE) – i od tego roku stoimy niestety w rankingu na tym samym miejscu.
W niektórych dziedzinach objętych badaniem w ramach Indeksu, osiągamy wyniki powyżej średniej UE. Do nich należą: liczba osób z wyższym wykształceniem na 1000 mieszkańców, środowisko przyjazne innowacjom (na ósmym miejscu), wydatki inwestycyjne w przedsiębiorstwach (na 18 miejscu), zatrudnienie w szybko rozwijających się przedsiębiorstwach. Bardzo niskie wyniki notujemy w zakresie innowatorstwa w małych i średnich przedsiębiorstwach (na 26 miejscu).
Czołówka rankingu to Szwecja, Finlandia, Dania, Holandia i Luksemburg. Wartość indeksu dla Szwecji wynosi 140,7 proc. a dla Polski: 58,9 proc. – i taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych.
Spośród nowych krajów UE przed nami są prawie wszystkie z nich. Za nami – tylko Chorwacja, Bułgaria i Rumunia.

Europejski Ranking Innowacyjności 2020

  1. Szwecja 140,7
  2. Finlandia 139,8
  3. Dania 134,5
  4. Niderlandy 127,8
  5. Luksemburg 126,0 23. Łotwa 63,0 24. 24. Polska 58,9 25. Chorwacja 58,8 26. Bułgaria 45,4

Zaistnieć na rynkach wschodnich

Polscy przedsiębiorcy potrzebują konkretnych rad oraz podpowiedzi, które pomogłyby im w skutecznej ekspansji eksportowej na Wschód.

W dobie odmrażania gospodarki wielu przedsiębiorców poszukuje nowych rynków zbytu. Zrozumiałe, że niektórzy z nich myślą o tym aby swoje produkty bądź usługi sprzedawać za naszą wschodnią granicą. Nie ma problemu, aby rozwinąć import ze Wschodu. Nieporównanie trudniejsze jest jednak podjęcie na tym kierunku opłacalnego eksportu.
Wciąż niełatwo tak zorganizować działalność gospodarczą, aby pojawienie się na tym rynku miało sens i przekuło tę obecność na wymierny sukces. Tym bardziej, że eksporterzy nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rządu PiS.
Rosja jest jedną z największych gospodarek na świecie. Znajdują się tam firmy z całego globu. Aby pojawić się i odnieść sukces u naszych wschodnich sąsiadów należy znaleźć niszę na rynku lub zbudować konkurencyjną przewagę.Niewiele polskich firm wykorzystało naszą przewagę z lat 90- tych gdzie dla zachodniej konkurencji Rosja wydawała się jeszcze niezrozumiałym obudzonym niedźwiedziem. Dziś po 30 latach otwarcia rosyjskiej gospodarki zachodnie firmy mniej jej się boją, lepiej rozumieją i dlatego nie reagują już tak panicznie jak wcześniej na zachwiania rosyjskiej gospodarki, która podnosi się po każdym kryzysie jak feniks z popiołów. Każda branża ma swój potencjał w Rosji, a czasy kiedy rosyjscy „przemytnicy” przyjeżdżali z walizkami pieniędzy do Polski się skończyły – mówi Sebastian Sadowski-Romanov, prezes firmy Itro specjalizującej się w doradztwie eksportowym.
Aby na tym specyficznym rynku się odnaleźć i pozyskać partnerów biznesowych lub dystrybutorów należałoby wykonać kilka podstawowych kroków – wprawdzie dosyć naturalnych ale wcale niełatwych do skutecznego wykonania i bynajmniej nie dających pewności, że przyniosą oczekiwany efekt. Jak wszędzie, potrzebny jest także łut szczęścia, jednak szczęściu należy pomagać.

– Dziś jak polska firma chce wejść na rynek rosyjski to musi w to wejście zainwestować. Przygotować materiały w języku rosyjskim, pojechać na misję gospodarczą i wystawić się na targach. Wówczas mamy szansę na znalezienie partnerów na tym rynku, a w wersji idealnej powinniśmy otwierać tam swoje oddziały i fabryki jak uczyniły to TZMO S.A. (materiały opatrunkowe i higieniczne, kosmetyki) czy Cersanit S.A. (kafelki, ceramika sanitarna), którzy są dziś liderami w swoich sektorach na rynku rosyjskim – dodaje Sadowski-Romanov.
To są ogólne i oczywiste obserwacje, ale znacznie trudniej odpowiedzieć na pytania, jak to wszystko zrobić: jak zorganizować wyjazd na misję gospodarczą, na jakich targach się wystawić, co zrobić, by goście zainteresowali się naszym stoiskiem, jak zabrać się za tworzenie własnych oddziałów, z kim w tym celu należy rozmawiać? Takich właśnie, praktycznych rad oczekują nasi przedsiębiorcy.
Niektóre polskie branże mogą poszukać swoich szans jeszcze dalej, na rynku chińskim. Jest on jednak o wiele trudniejszy do zdobycia niż rynek rosyjski, bo Chiny same produkują niemal wszystko, z reguły lepiej niż Polacy, a na pewno taniej. Jednak produkujemy w Polsce produkty, które są w Chinach eksportowym hitem. Niektóre przedsiębiorstwa natomiast zdecydowały się na otwarcie tam swoich fabryk, dzięki czemu mogą znacznie skrócić łańcuch dostaw. Dobrym przykładem wejścia na rynek chiński jest firma Selena (chemia budowlana), która otworzyła tam własny zakład, nie tylko dla potrzeb taniej produkcji, ale właśnie ekspansji na tym rynku. W Chinach produkują także np. Sanok Rubber (pasy klinowe, uszczelki) czy Boryszew (borygo).
Chiny są ogromnym miejscem zbytu i niektóre z polskich firm zdobywają tam już swoje przyczółki, jednak idzie to raczej opornie.

-Chiński konsument szuka produktów o wysokiej jakości i znanej marce, szuka produktów luksusowych, a ja niestety nie mogę powiedzieć że Polska kojarzy mi się z luksusowymi produktami lub znanymi markami. Dlatego należy szukać swoich nisz w mniej popularnych miastach, poza Szanghajem i Pekinem bo tam jest już cały świat ze swoją ofertą. Chińskiej firmy szukają nowych technologii, inwestują w startupy. Więc jeżeli chcemy dziś wejść na rynek chiński to musimy czymś zaskoczyć chińskiego klienta. Naturalnym polskim hitem eksportowym na rynek chiński mogą być wyroby spożywcze i cukiernicze, ponieważ tak ogromny kraj trzeba wykarmić. Ogromny potencjał drzemie w tym rynku również dla producentów gier, ale tak jak z jedzeniem należy dostosować ofertę do rynku. Problemem jest odmienny od europejskiego gust i smak chińskich klientów co wymaga dostosowania produktów i opakowań do ich oczekiwań – zauważa Sebastian Sadowski-Romanov.
I tu także potrzebna byłaby podpowiedź, jak to wszystko zrobić: jak dobrze rozpoznać gust i smak klientów tak olbrzymiego kraju, jakie warunki muszą spełniać polskie produkty i opakowania, aby zaspokoić chińskie oczekiwania?. Na podobne, konkretne rady bardzo czekają polscy przedsiębiorcy.

Presja na prawdziwe zmiany

Utworzenie Wielkich Organizacji Gospodarczych stanowiło próbę przeprowadzenia reformy za czasów Edwarda Gierka.

W wyniku przesilenia politycznego na początku lat 70- tych i zmiany władzy z gomułkowskiej na gierkowską, nastąpiła w Polsce presja na zmiany gospodarcze.
Edward Gierek rozpoczął wielkie reformowanie gospodarki. Powołał pod koniec 1972 r. Partyjno-Rządową Komisję dla Unowocześnienia Systemu Funkcjonowania Gospodarki i Państwa. Komisja wypracowała reformę, znaną jako reforma WOG, czyli Wielkich Organizacji Gospodarczych.
Pod tą nazwą kryła się struktura organizacyjna jednostek gospodarczych zbudowanych na wzór zachodnich koncernów na miejsce zjednoczeń. Miałem zaszczyt być członkiem tej Komisji.
Każde ze zjednoczeń (WOG) miało własną markę: Ponar obrabiarki, Polfa farmaceutyki, Pollena (kosmetyki i drogeria), Polski Len, (przemysł lniarski), Unitra, Ema (silniki elektryczne i elektronarzędzia), Predom (AGD) itd. Przedsiębiorstwa zrzeszone w jednym WOG posługiwały się daną marką. Tylko niektóre przedsiębiorstwa miały własne na przykład Łucznik, Romet, Celma, Zamech, Dolmel, HCP Cegielski, Zamech.
W ramach Komisji powołano Zespół Rządowy ds. Wdrożeń Inicjujących pod przewodnictwem Józefa Pińkowskiego. Jego zadaniem było formalne akceptowanie dokumentów normujących proces wdrożeń. Dla obsługi administracyjnej tego procesu powołano przy Komisji Planowania, ale poza jej hierarchiczną strukturą władczą, Zespół Funkcjonowania Gospodarki Narodowej. Nadano mu specjalne uprawnienia. Jego zadaniem było przygotowywanie zasad funkcjonowania nowego systemu gospodarczego dla poszczególnych zjednoczeń (WOG).
W zespole tym byli zatrudnieni nie urzędnicy lecz sami eksperci. Miałem zaszczyt w tym zespole pracować.
Przygotowywane przez Zespół Funkcjonowania Gospodarki Narodowej nowe zasady gospodarcze dla poszczególnych zjednoczeń (WOG-ów) były zatwierdzane nie przez poszczególne ministerstwa nadzorujące dane zjednoczenie, lecz przez Zespół Rządowy ds. Jednostek Inicjujących. WOG-i miały funkcjonować na rynku bez kurateli ministerstw, wyjęte spod rygorów wskaźników planu centralnego.
Przyjęty tryb wdrażania nowych zasad miał wyeliminować branżowe ministerstwa gospodarcze z procesu decyzyjnego zatwierdzania nowych zasad. Istniało bowiem zagrożenie, że będą one przeciwne takim rozwiązaniom, które czynią je zbędnymi w strukturze centralnych organów zarządzana. Tak więc już wówczas przewidywano radykalne zmiany instytucjonalne w administracji gospodarczej (takie jak likwidacja przemysłowych ministerstw branżowych i wzmocnienie funkcjonalnych resortów, np. Ministerstwa Finansów, Pracy i Płacy.
Zespół nazwano zespołem ds. Jednostek Inicjujących, jako że była koncepcja, aby najpierw wprowadzić nowy system za sprawą właśnie tzw. Jednostek Inicjujących. Po zebraniu doświadczeń należałoby go wprowadzić powszechnie (było to nawiązanie do eksperymentalnego sposobu dotyczącego zakładów “Era” w latach 60- tych).
Zespół ten nie był w stanie podołać ogromowi pracy. Dlatego do pomocy powołano zespoły robocze ekspertów. Miałem okazję być przewodniczącym zespołu dla przemysłu maszynowego, którego zadaniem było przygotowanie konkretnych rozwiązań dla zjednoczeń przemysłu maszynowego – i przedkładanie ich do zatwierdzenia zespołowi rządowemu.
Mogę więc przypomnieć, że stosunkowo wcześnie bo już w 1973 r podjęto badania empiryczne nad stanem wdrożenia nowych zasad w pierwszych dziesięciu jednostkach inicjujących (zjednoczeniach) przemysłu maszynowego, które objęto nowym systemem. Wykonał je Zakład Systemu Funkcjonowania Gospodarki Narodowej Instytutu Planowania. Badania te stanowiły podstawę informacyjną dla dalszego kierowania ruchem jednostek inicjujących.
Zapowiedź tych zmian i powołanie Komisji oraz jej zespołów poza hierarchiczną strukturą wywołało przekonanie, że tym razem istnieje wola polityczna do reformowania gospodarki socjalistycznej. Wywołało to wielką aktywność na rzecz reform w środowisku ekonomicznym oraz w strukturach partyjnych.

Propozycje dobre dla drobnych

Rozwój szybkiego Internetu, systemowe wspieranie inwestycji, dobrowolne składki na ZUS dla mikroprzedsiębiorców – tego potrzeba, aby szybko wyjść z kryzysu.
Pandemia koronawirusa dotknęła niemal wszystkie sektory gospodarki i zdążyła już stać się przyczyną szeregu sprzecznych ze sobą diagnoz i teorii. Jedno można stwierdzić na pewno – spowodowała ona dynamiczny wzrost komunikacji internetowej. Pandemia może też stać się szansą dla budowy powszechnego i szybkiego Internetu w Polsce.
W ciągu kilku tygodni, niemal wszystkie aspekty funkcjonowania bardzo wielu osób przeniosły się do świata wirtualnego. Życie gospodarcze i społeczne nie zatrzymało się – sieć udźwignęła wzrost ruchu dochodzący do kilkudziesięciu procent. Część zmian spowodowanych epidemią będzie jednak miała charakter trwały, podczas gdy przepustowość infrastruktury mobilnej powoli staje się niewystarczająca, tak samo jak zasięg szybkich łączy światłowodowych w kraju.

-Musimy to potraktować jako szanse, a nie zagrożenie i zbudować najlepszą infrastrukturę internetową w Europie, która stanie się naszą przewagą konkurencyjną. Pandemia pokazała nam, że w zasadzie nie ma przyszłości gospodarki bez Internetu – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Wynika z tego szereg znaczących konsekwencji. Przede wszystkim, jeśli nie będziemy mieli wystarczająco wydajnej infrastruktury telekomunikacyjnej, będziemy rozwijać się znacznie wolniej, niż wynikałoby to z naszego potencjału. Jeśli pokrycie tą infrastrukturą powierzchni kraju nie będzie zadowalające, wielu ludzi zostanie narażonych na wykluczenie informatyczne. Stąd oczywisty wydaje się podstawowy postulat: zróbmy wszystko, by zapewnić Polakom powszechny dostęp do szybkiego Internetu.
Punkt wyjścia dla dalszego rozwoju infrastruktury mamy specyficzny – z jednej strony egzamin związany ze wzrostem ruchu sieciowego został zdany, z drugiej w rankingu odwzorowującym poziom tzw. zdigitalizowania społeczeństwa, Polska konsekwentnie zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie.
Dostęp do łączy światłowodowych w Polsce poprawia się, lecz jest wciąż niewystarczający, zaś rekordowa liczba abonentów mobilnych usług szerokopasmowych powoduje wyczerpywanie się przepustowości istniejących instalacji. Dodatkowo, Polska musi sprawnie zaimplementować nowy standard sieci mobilnej, czyli 5G, co również będzie wymagało nakładów na infrastrukturę.
Eksperci ZPP przygotowali zestaw rekomendacji, mogących posłużyć rozbudowie infrastruktury telekomunikacyjnej w Polsce.

– W raporcie tym przedstawiliśmy szereg rekomendacji specyficznych dla infrastruktury telekomunikacyjnej, jednak co do swojej istoty nie odbiegają one od generalnych reguł wspierania inwestycji – mówi dyr. Jakub Bińkowski z ZPP.
Rekomendacje te sprowadzają się zatem przede wszystkim do zabezpieczenia konkurencyjności wewnątrz polskiego rynku, zapewnienia podstawowej przewidywalności regulacji prawnych, uproszczenia i uelastycznienia procedur, a także poniesienia przez państwo pewnego finansowego wysiłku, jako impulsu dla nowych inwestycji. Właśnie tego potrzeba, by w Polsce w ogóle ruszyły wszelkie inwestycje.
Eksperci ZPP podkreślają, że w ostatnich latach dokonano już szeregu działań służących rozwojowi infrastruktury informatycznej (choćby w ramach tzw. „megaustawy”, czy dzięki uruchomieniu środków z Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa) – jednakże z punktu widzenia skali wyzwania, jakie stoi przed Polską, konieczne jest dodatkowe zwiększenie wysiłków.

-Jako pierwsi rzuciliśmy hasło zwolnienia z wpłat na ZUS sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Również jako pierwsi domagaliśmy się zapewnienia płynności finansowej polskim firmom, a potem rozmrażania gospodarki. Teraz jako pierwsi rzucamy hasło jej odbudowy i wykorzystania kryzysu jako szansy do dokonania skoku cywilizacyjnego – powiedział Cezary Kaźmierczak.
Internet to kluczowy ale oczywiście nie jedyny instrument jaki trzeba wykorzystać do realizacji tego wielkiego zadania. W tym kontekście warto przypomnieć rozsądną propozycję, którą swego czasu wspierał lider Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz.
Postulował on, aby już od początku bieżącego roku płacenie składek na ZUS było dobrowolne dla małych firm: kto chce mieć wyższą emeryturę i korzystać z uspołecznionej służby zdrowia, ten płaci składki, a jeśli godzi się na niższą emeryturę i woli korzystać z leczenia prywatnego, to po prostu ich nie płaci.
Jest to propozycja ze wszech miar racjonalna, a przede wszystkim rozszerza zakres wolności obywatelskich – wciąż tak niewielki w naszym kraju. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Władysław Kosiniak-Kamysz potraktował pomysł dobrowolnych składek na ZUS jako chwyt propagandowy.
Do Sejmu trafił wprawdzie w grudniu poselski projekt ustawy wprowadzającej dobrowolność płacenia składek – ale nie słychać, aby szef ludowców próbował go wspierać. Tymczasem doraźne zawieszenie płacenia składek na ZUS, związane z epidemią koronawirusa, absolutnie nie załatwi problemów małych przedsiębiorców z rujnujących ich ZUS-em.
Zbliża się połowa roku, w którym, według Kosiniaka-Kamysza, dobrowolny, systemowy ZUS miał już stać się faktem. „Od przyszłego roku dobrowolny ZUS i koniec” – zapewniał Władysław Kosiniak-Kamysz we wrześniu ubiegłego roku na konwencji w Sandomierzu. No i co Panie prezesie?