Polska krajem służących

W czasie minionego trzydziestolecia kolejne rządy w Polsce cechowała ignorancja oraz brak profesjonalizmu w kierowaniu gospodarką.

Po transformacji w roku 1989 z gospodarki planowej do gospodarki rynkowej, po likwidacji 1500 zakładów przemysłowych, w tym większości wielkich kompleksów przemysłowych i branżowych instytutów naukowo-badawczych, po utracie pracy przez 2 milionów pracowników, którzy musieli wyemigrować w poszukiwaniu pracy, po prywatyzacji i po sprzedaniu większości przedsiębiorstw państwowych inwestorom zagranicznym – z kraju producentów Polska stała się krajem służących tym inwestorom.
Wykorzystując niższe płace, inwestorzy zagraniczni w ciągu minionych trzech dziesięcioleci zainwestowali w Polnsce w wiele zakładów, kooperujących z zagranicznymi firmami – matkami, uruchamiając w Polsce montaż wyrobów finalnych na zagranicznych projektach i technologii. W wyniku tej współpracy, w ciągu trzech dziesięcioleci polska gospodarka wyrosła na liczącą się w Europie, który to proces uległ przyspieszeniu po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej.
W ostatnich latach sytuacja Polski uległa znacznemu pogorszeniu w wyniku postępującego światowego procesu globalizacji. Została ona skonfrontowana z trapiącymi świat kryzysami, zwłaszcza z kryzysem klimatycznym, zadłużenia i z kryzysem gospodarki kapitalistycznej, wyrażającym się w rozwarciu nożyc między bogacącymi się elitami rządzącymi światem, a biedniejącymi miliardami osób pracujących.
W czasie minionego trzydziestolecia kolejne rządy w Polsce cechowała ignorancja i brak profesjonalizmu w kierowaniu gospodarką, czego skutkiem jest znaczne opóźnienie technologiczne wobec czołowych krajów zachodnich. Głównym problemem stał się kryzys polskiej energetyki, opartej na węglu, którego skutkiem stało się przodowanie Polski w truciu Polek i Polaków smogiem, bez perspektywy poprawy sytuacji w krótkim czasie. Efektem błędnej polityki energetycznej rządzących jest ogromny dystans strategiczny zwłaszcza wobec najbliższego sąsiada – Niemiec w strukturze miksu energetycznego. Niemcy mają już potencjał energetyki fotowoltaicznej wynoszący 40 gigawatów – równy potencjałowi całej polskiej energetyki – z planem osiągnięcia do 2050 r. udziału odnawialnych źródeł energii na poziomie 50 proc.

Dla skrócenia dystansu strategicznego trzeba wybudować w ich miejsce kilka wielkich elektrowni słonecznych (zamiast jądrowych), oraz z pomocą państwa – milion mikro-elektrowni fotowoltaicznych przez milion prosumentów. Trzeba też wykupić od koncernu Fiat fabrykę samochodów osobowych w Tychach i uruchomić tam, na polskich projektach i polskiej technologii, produkcję polskich osobowych samochodów elektrycznych w skali setek tysięcy sztuk rocznie.
Od polskich ekonomistów rządzący powinni móc oczekiwać konkretnych podpowiedzi, w jaki sposób zmniejszyć dystans strategiczny do sąsiadów w poszczególnych dziedzinach gospodarki, infrastruktury, edukacji i życia społecznego.
Kumulacja napięć
„Nasza rozpaczliwa zachłanność, ciągle rosnąca spirala potrzeb, nasze oczekiwania, iż wszyscy, łącznie z najbogatszymi, nie tylko mamy prawo, by mieć coraz więcej wszystkiego, ale rzeczywiście mamy coraz więcej wszystkiego – to wszystko doprowadziło nas do punktu, w którym skumulowanie napięć spowoduje przerażającą katastrofę” – pisał Leszek Kołakowski.
Trafnie zdiagnozował on przyczynę dramatu, w jakim znalazł się naród polski po 30 latach transformacji od socjalistycznej gospodarki planowej do kapitalistycznej gospodarki rynkowej: 40 proc. wyborców, mimo zniszczenia podstaw praworządności i wielokrotnego złamania Konstytucji przez rządzących Polską w niedługim czasie ostatnich czterech lat, nadal ich popiera.
Setki lat pańszczyzny, podległości, niewoli i zniewolenia przez komunistów oraz luki w systemach edukacji pozostawiły w świadomości pokoleń Polek i Polaków tak ogromny negatywny ślad, że wystarczyło wpuścić im w ostatnich latach do kieszeni trochę żywej gotówki, by najistotniejsze kwestie istnienia Polski jako praworządnego państwa przestały mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie.
Mimo odbudowania w ciągu minionego trzydziestolecia gospodarki po pełnym patologii procesie transformacji i prywatyzacji przemysłu, wejścia do Unii Europejskiej i do NATO, oraz wielokrotnego zwiększenia dochodów rodaków w tym czasie, oczekują oni jak najrychlejszego zrównania ich dochodów z dochodami osiąganymi przez obywateli Niemiec, „by sprawiedliwości za cierpienia narodu polskiego w minionych wiekach i latach stało się zadość”. Fakt iż wydajność pracy Niemców jest trzykrotnie wyższa od wydajności rodaków nie ma dla nich najmniejszego znaczenia.
Patologie opisane przez prof. Witolda Kieżuna w książce „Patologia transformacji”, źródłem których była ignorancja ówczesnego wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza (eksperta od kontrolowania inflacji) w dziedzinie zarządzania gospodarką, powodujące bezrobocie i emigrację milionów pracowników w poszukiwaniu pracy, pogorszyły jeszcze ich odczucie zlekceważenia ich losów. Opisała ten dramat Katarzyna Duda w książce „Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda”. Andrzej Szahaj rozdział w którym opisał to w książce „Kapitalizm wyczerpania”, zatytułował „Pamięć upokorzenia”.
Jak podkreśla autor, zabrakło wtedy szacunku i uznania dla ludzi pracy – w wielu zakładach przemysłowych pracowały wspaniałe zespoły pracowników, inżynierów i ekonomistów, dzięki którym ich przedsiębiorstwa były w czołówce kadry przemysłowej Europy. Wystarczy wymienić wielkie Zakłady Cegielskiego w Poznaniu i Pafawag we Wrocławiu, Stocznię Gdańską i Szczecińską, Zakłady Chemiczne Zachem w Bydgoszczy, Boruta w Zgierzu, Nową Hutę w Krakowie i Hutę Katowice czy Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu, które tworzyły kręgosłup polskiej gospodarki. O ich zachowanie Leszek Balcerowicz i jego ekipa niestety nie potrafiły zadbać. Tych wielkich kompleksów przemysłowych i ich załóg już nie ma, a Polska jest skazana na import produktów, których nie potrafimy wyprodukować.
Płacimy zagranicznym inwestorom za kapitał włożony w uruchomienie w Polsce montowni wyrobów na zagranicznych technologiach, a zagranicznym producentom za produkty, które musimy importować.
Nasza deindustrializacja
Uprzemysłowienie Polski, w wyniku prywatyzacji i likwidacji 1500 zakładów przemysłowych zmniejszyło się prawie o połowę, a zatrudnienie spadło z 4,9 miliona osób w roku 1989 do 2,9 miliona osób w 2003 r. Uległy likwidacji prawie wszystkie kompleksy przemysłowe, z wyjątkiem rafinerii i zakładów nawozowych. Andrzej Karpiński ze swoim zespołem w wydanej w roku 2013 książce p.t. „Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce” jako główne przyczyny tego regresu określili:
– brak strategii przemysłowej,
– pośpiech w przeprowadzeniu reformy ustrojowej,
– błędy w doktrynie i wyjątkowo nieprzyjazny stosunek państwa do własnego przemysłu państwowego,
– błędy w prywatyzacji przemysłu państwowego,
– brak ochrony gruntów poprzemysłowych przed nieuzasadnionym przekształceniem ich w działki budowlane,
– wyjątkowe nasilenie tendencji do indywidualnego bogacenia się kosztem majątku publicznego.
Tę przeprowadzoną szokową transformację Witold Kieżun trafnie nazwał ekonomiczną neokolonizacją. Cytowany już Andrzej Szahaj sprecyzował 10 grzechów głównych ostatniego trzydziestolecia następująco:

  1. Dyktat neoliberalizmu (upodobnienie do kapitalizmu amerykańskiego)j
  2. Absolutyzacja wolności (wolność bez żadnych ograniczeń)
  3. Technokratyzm (bez uwzględnienia aspektów społecznych, kulturowych i psychologicznych),
  4. Osłabienie państwa („interwencja państwa psuje mechanizm samo-regulacyjny”, co poskutkowało m.in. wykluczeniem komunikacyjnym milionów obywateli)
  5. Uznanie państwa socjalnego jako przeżytek („bogactwo skapuje z góry, przypływ który podnosi wszystkie łódki”)
  6. Arogancki paternalizm elit (traktowanie dorosłych jak dzieci – rządzące elity zawsze wiedzą lepiej)
  7. Patologiczny indywidualizm(„każdy jest kowalem swojego losu”, „konkurencja jest panaceum na każde zło”, poniżanie tych, którym się nie udało), umowy śmieciowe, praca towarem jak każdy inny, coraz mniejszy kawałek wypracowywanego bogactwa trafia do pracowników)
  8. Nierówności (zarabiający mniej płacą relatywnie wyższe podatki niż zarabiający dobrze. nierówności majątkowe, płacowe, terytorialne)
  9. Złe ustawienie stosunków państwo-Kościół (państwo straciło niezależność, Kościół siłę moralną związaną z dokonywaniem ocen etycznych).
    Potrójne uzależnienie
    Andrzej Koźmiński w rozdziale zatytułowanym „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm” w książce Elżbiety Mączyńskiej p.t. „Ekonomia i Polityka” tę patologiczną transformację określił jako przejście do gospodarki zależnej, która jest potrójnie uzależniona od otoczenia zewnętrznego:
    1) od eksportu, podwykonawstwa, kooperacji itp., czyli od dostępu do zagranicznych rynków,
    2) od importu zagranicznych oszczędności, czyli od zagranicznych inwestycji zarówno bezpośrednich , jak i portfelowych oraz od różnego rodzajów transferów finansowych (fundusze europejskie, przekazy emigrantów itp.),
    3) od importu siły roboczej, zwłaszcza kwalifikowanej.
    Elżbieta Mączyńska w cytowanej tu książce zamieściła jako kontrapunkt rozdział napisany przez Marcina Piątkowskiego, zatytułowany „W kierunku nowej instytucjonalnej teorii rozwoju gospodarczego: przykład sukcesu Polski”, w którym autor przedstawił okres transformacji jako bezprecedensowy sukces, którego głównym źródłem był silny konsensus społeczny, nazwany przez autora konsensusem warszawskim, i wysoka jakość elit, „które wiedziały, dokąd zmierzają i co chcą osiągnąć: pełną integrację Polski z Zachodem”. Marcin Piątkowski swoją diagnozę transformacji oparł głównie na liczbach mówiących o średnich dochodach mieszkańców Polski.
    Elżbieta Mączyńska zamieściła w swojej książce także złożony indeks zrównoważonego rozwoju społeczno-ekonomicznego, autorstwa Andrzeja K.Koźmińskiego, Adama Nogi, Katarzyny Piotrowskiej i Krzysztofa Zagorskiego. Indeks ALK (Akademii im. Leona Koźmińskiego) został przez zespół akademii opracowany, by wypełnić słabości wskaźnika produktu krajowego brutto, „który zbytnio upraszcza obraz stanu gospodarki i nie uwzględnia społecznych aspektów rozwoju”. Marcin Piątkowski w swojej pochwalnej diagnozie procesu transformacji w Polsce zupełnie nie uwzględnił właśnie całej społecznej strony tego procesu.
    Osobom które przeżyły okres transformacji, pogląd Marcina Piątkowskiego, iż źródłem sukcesu transformacji było porozumienie społeczne nazwane przez niego konsensusem warszawskim, a także wysokie kwalifikacje rządzących elit, nie może zostać przyjęty, ponieważ o konsensusie można tylko mówić w odniesieniu do Okrągłego Stołu i rozmów w Magdalence – wkrótce po nich konsensus się rozpadł i rozpoczęła się „wojna na górze”, która trwa do dzisiaj. Na temat kwalifikacji rządzących elit wypowiedział się w sposób kompetentny cytowany już Witold Kieżun.
    Rezultatem przedstawionej wyżej patologii transformacji stało się opóźnienie rozwoju technologii i techniki w stopniu, który postawił Polskę daleko za czołowymi krajami zachodnimi – i wymaga podjęcia przez rządzących konkretnych działań, zmierzających do znacznego przyspieszenia rozwoju polskiej gospodarki, zwłaszcza odbudowy wielkich kompleksów przemysłowych, by zmniejszyć dystans strategiczny jaki Polskę dzieli zwłaszcza od Niemiec.
    Na opisaną tu dramatyczną wewnętrzną sytuację Polski nakłada się, toczący świat i Europę, globalny kryzys, opisany przez Witolda Orłowskiego w książce „Świat do Przeróbki”, na który składają się światowy kryzys klimatyczny, światowy kryzys zadłużenia i światowy kryzys systemu kapitalistycznego.
    Światowy kryzys klimatyczny, grożący istnieniu cywilizacji w horyzoncie niewielu dziesięcioleci, został najlepiej opisany przez Naomi Klein w książce „To zmienia wszystko”. Zwróciła ona uwagę na starcie między ludźmi i środowiskami, które przyjęły sygnały naukowców przestrzegających przed lekceważeniem dziejących się rzeczywiście zmian klimatu i wynikającymi z nich zagrożeniami, a grupami interesu i elitami rządzącymi w niektórych krajach,, które nie chcą zrezygnować z zysków jakie ciągną z bezwzględnej eksploatacji dóbr natury.
    Wysiłki społeczności międzynarodowej by zapanować nad procesem ocieplania się klimatu trwają od dziesiątków lat i koncentrują się na płaszczyźnie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jej początek zaznaczyły Konferencja Stron ramowej konwencji NZ w sprawie zmian klimatu (1992) oraz 11 sesją Spotkania Stron Protokołu z Kioto (1997), których celem było zawarcie umowy oraz powszechnego porozumienia w kwestii zmian klimatu między wszystkimi państwami świata.
    Proces ratyfikacji wypracowanego w Kioto Protokołu wprawdzie ruszył, ale w niezbyt szybkim tempie, na tle wspomnianego wyżej konfliktu interesów pomiędzy stronami przekonanymi co do przyczyn ocieplania się klimatu w skali globalnej – a przeciwnikami tego poglądu. By proces ten przyspieszyć, została w Paryżu w 2015 r zwołana Konferencja Narodów Zjednoczonych w sprawie klimatu, która przyjęła Porozumienie Paryskie precyzujące ustalenia Protokołu z Kioto, w której wzięło udział 146 państw. Ze względu na istniejący konflikt interesów ludzi i biznesu, Porozumienie Paryskie zakończyło się kolejnym kompromisem, w którym strony zapisały, że przy celu nie przekraczającym 2 stopni Celsjusza „dążą do uzyskania limitu wzrostu temperatury na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza”.
    Ruszył kolejny proces ratyfikacji Porozumienia, ale okazało się, że nawet tak kompromisowe sformułowanie nie mogło zostać zaakceptowane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, który formalnie USA z Porozumienia Paryskiego wycofał. Jest oczywiste, że wobec ostrości konfliktu, państwa blokujące realizację Porozumienia Paryskiego zmienią swoje stanowisko tylko pod masowym naciskiem obywateli tych państw.
    Jak pisze Naomi Klein w swojej książce, „Zasadniczo chodzi o to, by przedstawić nie tylko alternatywny zestaw propozycji politycznych, lecz światopogląd konkurencyjny wobec tego, który tkwi w samym centrum kryzysu ekologicznego – światopogląd zakorzeniony we współzależności, a nie na hiper-indywidualiźmie, oparty na wzajemności i współpracy, a nie na dominacji i hierarchii. Potrzebujemy go nie tylko po to, by stworzyć warunki polityczne sprzyjające zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych, lecz także by poradzić sobie z nadciągającymi kataklizmami”.

Jak ograniczać zużycie prądu?

Cel: zwiększanie produkcji przemysłowej szybsze niż wzrost zużycia energii.
Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że w okresie od IV kwartału 2016 r. do początku ubiegłego roku, działania nakierowane na zwiększanie efektywności energetycznej (głównie firm sprzedających energię elektryczną, ciepło czy gaz ziemny odbiorcom końcowym), doprowadziły w Polsce do zaoszczędzenia 564 tys. toe (toe – tona oleju ekwiwalentnego, jednostka paliwa umownego, która stanowi równoważnik tony ropy naftowej o wartości opałowej 10 000 kcal/kg).
Nie jest to wiele – tymczasem poprawa efektywności energetycznej to realne oszczędności, bowiem najtańsza (a przy okazji najczystsza) energia to taka, której nie zużywamy.
Inwestowanie w efektywność energetyczną to jak inwestowanie w nie wyczerpywalne źródło energii, dlatego bywa nazywana szóstym paliwem, obok ropy, gazu, węgla, atomu i odnawialnych źródeł energii.
Komisja ma wątpliwości
Usprawnianie procesów produkcyjnych, modernizacja urządzeń i budynków, wprowadzanie oszczędniejszych technologii – to są właśnie działania służące poprawie efektywności energetycznej gospodarki. Chodzi o to by dostarczać tyle samo produktów czy usług wykorzystując do tego mniej energii, a więc i mniej surowców służących do jej wytwarzania.
Efektem ma być ograniczanie emisji zanieczyszczeń i zwiększanie bezpieczeństwa energetycznego państwa (im mniej energii będziemy zużywać, tym mniej surowców do jej produkcji będziemy musieli sprowadzać z zagranicy).
W styczniu bieżącego roku Komisja Europejska zgłosiła wątpliwości pod adresem polskich władz. Dotyczyły one 14 zagadnień, m.in. metody obliczania oszczędności energii, dokonywania wyrywkowej weryfikacji audytów efektywności energetycznej, zgodności faktycznie uzyskanej oszczędności energii z oszczędnością deklarowaną.
Biały system
W Polsce podstawowym środkiem wspierającym efektywność energetyczną jest system, tak zwanych białych certyfikatów wydawanych przez Urząd Regulacji Energetyki.
Do ich uzyskiwania (do 1 października 2016 r. w drodze przetargów, teraz na podstawie wniosku) ustawowo, pod groźbą kary finansowej zobowiązane są przede wszystkim przedsiębiorstwa sprzedające energię elektryczną, ciepło lub gaz ziemny odbiorcom końcowym (kupującym energię na własny użytek).
Składając wniosek o przyznanie białego certyfikatu (świadectwa efektywności energetycznej), firma deklaruje o ile mniej energii będzie zużywać dzięki planowanej inwestycji czy modernizacji – np. izolacji instalacji przemysłowych, wymianie oświetlenia, przebudowie lub remoncie budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi, czy modernizacji lokalnych sieci ciepłowniczych. Tę deklarację musi jeszcze potwierdzić audyt.
Po złożeniu wniosku, URE przyznaje świadectwo, które właściciel może sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii. Białe certyfikaty mogą tam kupować tzw. przedsiębiorstwa zobowiązane, sprzedające energię odbiorcom końcowym. Zamiast tego mogą uiścić opłatę zastępczą, ale w 2018 r. mogła ona obejmować już tylko maksymalnie 10 proc. nałożonego obowiązku.
Jak mówią dane Urzędu Regulacji Energetyki, od 1 października 2016 r. do początku ubiegłego roku do URE wpłynęło niemal 2,5 tys. wniosków o przyznanie świadectw efektywności energetycznej. Prezes Urzędu wydał na ich podstawie prawie 600 białych certyfikatów i 38 postanowień o odmowie ich wydania (reszta wniosków była jeszcze rozpatrywana).
Najwięcej świadectw efektywności energetycznej wydano w związku z przebudową lub remontem budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi (204), modernizacją czy wymianą urządzeń i instalacji wykorzystywanych w procesach przemysłowych (113), ograniczeniem strat w sieciach ciepłowniczych (107). Średni planowany okres uzyskiwania oszczędności wynosi od 13 do 15 lat.
A jednak się kręci
Choć sam system świadectw efektywności energetycznej funkcjonuje prawidłowo, to jednak zdarzają się poważne opóźnienia w ich wydawaniu. Niemal 95 proc. świadectw zostało przekazanych po ustawowym terminie, wynoszącym 45 dni. Średni czas rozpatrzenia wniosku wyniósł 240 dni i był ponad pięć razy dłuższy niż przewidziany w przepisach. Rekord to 1158 dni.
Podobna sytuacja jest z postanowieniami o odmowie wydania świadectwa. Średnio wnioski były rozpatrywane w ciągu 449 dni od daty wpływu. Najdłuższy okres wynosił 624 dni, a najkrótszy – 210 dni.
Wsparcie finansowe państwa dla projektów zwiększających efektywność energetyczną nie opiera się wyłącznie na systemie białych certyfikatów. Takie przedsięwzięcia dofinansowuje w formie pożyczek i dotacji Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Na ten cel, w latach 2015-2018 wydał ze środków krajowych: w formie pożyczek – ponad 701 mln zł, a w ramach dotacji – prawie 923 mln zł. Ponadto, z unijnego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na lata 2014-2020 wydano ok. 558 mln zł.
NIK ocenia, że funkcjonujące w Polsce mechanizmy wspierające poprawę efektywności energetycznej, mimo swoich mankamentów tworzą spójny system i że skutkiem przedsięwzięć realizowanych dzięki niemu, było zmniejszenie zużycia energii przez zobowiązane do tego firmy.

Ocena polskiej transformacji

Trudno w tym przypadku szermować słowem „sukces”. Polemika z obrońcą planu Balcerowicza.

Czytelnikom Trybuny należy się pewne wyjaśnienie. Otóż artykuł „Polski sukces to zasługa lewicy” to skrót mojego referatu na Kongres Ekonomistów Polskich p.t. „Spadek i wzrost gospodarczy w okresie transformacji polskiej gospodarki”.
Z uwag Pana Marcina Zielińskiego wnioskuję, że zapoznał się z jego treścią mojego referatu, ale chyba niezbyt dokładnie – taki wniosek można wysnuć z jego tekstu.
Zadecydował kapitał zagraniczny
Podtrzymuję twierdzenie, że w latach 1990 – 1991 największy spadek produktu krajowego brutto w naszym regionie miał miejsce w Polsce. I jeszcze raz potwierdzę, że od 1992 r do chwili obecnej polski PKB wykazuje ciągły wzrost. Ale też nie jako miażdżący, samodzielny lider.
Różnica w punktach procentowych między wielkością PKB w roku 1998 w porównaniu do roku 1990 to dla Polski plus 31. Dodatnie wielkości, ale w relacji rok 1998 minus rok 1992 wykazują je jeszcze 4 kraje naszego regionu: Słowacja (plus 28), Słowenia (plus 27), Chorwacja (plus 20), Czechy (plus 12).
Pozostałe kraje regionu wykazują w tym okresie spadek. Licząc w punktach procentowych spadek ten wynosi: Węgry – 1, Rumunia – 17, Estonia – 19, Białoruś – 20, Bułgaria – 28, Litwa – 32, Łotwa -43, Rosja – 45, Ukraina – 63.
A teraz pokażmy relację dynamiki roku 2018 do roku 1990 (w procentach).
W tym okresie prym wiedzie Polska (277,2). Kolejne kraje to: Słowacja (257,9); Słowenia (205,5); Białoruś (194,8); Czechy (192,6).
Ciekawie kształtują się wyniki dla przedziału czasowego 2018 : 1995. (Przyjęcie w tej relacji roku 1995 jest istotne szczególnie dla Polski, ponieważ PKB Polski w 1996 r zrównał się z PKB z 1989 r). Kolejność tu jest następująca: Białoruś (299,6); Estonia (257,7); Polska (249,7); Łotwa (249,4); Litwa (247,8); Słowacja (238,8). Prezentuję te wyniki nie po to, żeby umniejszać sukces Polski, ale żeby ten sukces pokazać we właściwych proporcjach.
Najgorsze wyniki w obydwu przedziałach czasowych prezentuje Ukraina (2018 : 1990 = 57,1 proc; zaważył tu rekordowy spadek w okresie 1990 – 1998); 2018 : 1995 = 132,8 proc).
To tyle wyniki. A teraz komentarz.
Prezentowany tu produkt to PKB wytworzony na terenie danego kraju. I pod tym względem można stwierdzić co następuje: o sukcesie Polski, w bardzo dużym stopniu, większym niż w innych krajach transformacji, zadecydowały firmy zagraniczne funkcjonujące na terenie naszego kraju. Do takiego stwierdzenia upoważniają chociażby wyniki największych przedsiębiorstw zaprezentowane w Liście 500 za 2018 r.
Otóż 25 proc. przedsiębiorstw ujętych w tej liście to przedsiębiorstwa z wyłącznym kapitałem zagranicznym. Przewaga kapitału zagranicznego jest jeszcze bardziej widoczna przy analizie pierwszej setki. Tutaj aż 37 proc. przedsiębiorstw to przedsiębiorstwa z wyłącznym kapitałem zagranicznym. Oczywiście w tych danych trzeba jeszcze uwzględnić że wiele przedsiębiorstw posiada częściowy udział kapitału zagranicznego. De facto więc udział kapitału zagranicznego w przedsiębiorstwach ujętych w Liście 500 jest wyższy niż 25 proc. Można pokusić się o szacunek, że mieści się on w przedziale 30 – 40 proc. (konkretnymi danymi nie dysponuję).
A. Karpiński w artykule „Dziedziny przemysłu najbardziej atrakcyjne w procesie rozwoju – wczoraj, dziś i jutro” (kwartalnik Mazowsze Studia Regionalne nr 30 z 2019 r) analizuje jak to jest możliwe że ogólna wielkość produkcji przemysłowej Polski po 25 latach od początku procesu jej transformacji, czyli w 2014 roku, mogła osiągnąć rozmiary 2,6 – krotnie większe niż w ostatnim roku Polski Ludowej – mimo likwidacji po 1989 r około 1/3 potencjału przemysłowego, istniejącego w 1988 r.
I odpowiada, że są dwa główne czynniki tego stanu rzeczy:
a) przejęcie przez kapitał zagraniczny w drodze prywatyzacji państwowych zakładów. W wielu przypadkach oznaczało to rozszerzenie ich działalności i przejście z rynku krajowego do ekspansji na rynku światowym;
b) podjęcie nowych inwestycji w przemyśle prywatnym; chociaż na ogół były to zakłady małe lub bardzo małe (zatrudnienie do 10 osób), jednak w dużej skali dało to znaczący wzrost produkcji.
Mogło być dużo lepiej
W swoim referacie na Kongres Ekonomistów Polskich również wyraziłem pogląd, że jednym z czynników większego wzrostu PKB w Polsce niż w innych krajach było to, że duża jego część jest wytwarzana przez firmy zagraniczne, które stać było na zasilanie kapitałowe i sprawność organizacyjną. Poza tym – o czym również pisałem – są jeszcze dwie inne przyczyny.
Po pierwsze należy zauważyć, że w czasach realnego socjalizmu tylko w Polsce sektor prywatny odgrywał znaczącą rolę; wytwarzano w nim ok. 20 proc. PKB, a więc zaplecze i doświadczenia ludzkie były już zakorzenione.
Po drugie, w Polsce pracowano nad zreformowaniem gospodarki już wiele lat przed rozpoczęciem procesu transformacji gospodarczej (od początku lat osiemdziesiątych) i społeczeństwo wkomponowało się łatwiej niż w innych krajach w zasady gospodarki rynkowej. Tak czy inaczej o szybkiej adaptacji polskiej gospodarki do nowych warunków zadecydowała przedsiębiorczość i aktywność Polaków, ich kreatywność i zdolność dostosowania do zmian. Potwierdza to Andrzej Sadowski (Dziennik Gazeta Prawna z 13 – 15.12.2019): „Prywatyzacja odgórna prowadzona przez kolejne rządy likwidowała miejsca pracy w postsocjalistycznych przedsiębiorstwach. To, że bezrobotni Polacy nie wyszli wówczas masowo na ulice jak np. w Rumunii, to zasługa drobnych przedsiębiorców. Dali pracę zwalnianym i tym samym nie doszło w Polsce do rewolty”. I w tym samym wywiadzie na pytanie czy cieszyć się z tych ostatnich 30 lat czy nie, odpowiada: „Cieszyć, ale ze świadomością, że cieszymy się z naszego sukcesu, a nie naszych premierów czy ministrów. Nasze bogactwo rosło mimo ich polityki, a nie dzięki niej”.
A więc jednak polski sukces to nie tylko „zasługa radykalnych reform rynkowych”.
Wracam do wywodów A. Karpińskiego istotnych dla właściwej oceny polskiej transformacji gospodarczej. A. Karpiński w swoim artykule pisze, że nastąpił skokowy wzrost udziału przedsiębiorstw stanowiących własność zagraniczną. Ich udział wzrósł z 0,4 proc. w 1989 r (głównie firmy polonijne) do ponad 38 proc. w roku 2016. I kontynuuje: gdyby nie likwidacja istniejących przedsiębiorstw na tak wielką skalę wzrost produkcji przemysłowej mógł być 3,5 – krotny, zamiast 2,6 – krotny. Wpłynęłoby to niezwykle korzystnie na poziom dochodów budżetowych, równowagę finansową oraz sytuację na rynku pracy.
Karpiński zwraca również uwagę na dwa niekorzystne zjawiska odnoszące się do struktury polskiego przemysłu.
Po pierwsze, nastąpił odwrót od procesu produkcji obejmującej cały cykl od surowca do wyrobu gotowego, na rzecz montażu wyrobów gotowych z elementów w całości importowanych. Nastąpiło więc cofnięcie do niższej fazy całego cyklu produkcyjnego co oznacza regres w poziomie uprzemysłowienia kraju.
Po drugie, występuje u nas tzw. „polski paradoks przemysłowy” polegający na tym, że Polska pod względem przeciętnego rocznego wzrostu produkcji jest na jednym z 5 pierwszych miejsc wśród krajów Unii Europejskiej, ale pod względem innowacyjności i tempa modernizacji struktury przemysłowej znajduje się na jednym z ostatnich 5 miejsc na 28 krajów Unii Europejskiej.
A. Karpiński wymienia 15 najbardziej atrakcyjnych branż przemysłu dla rozwoju w warunkach polskich (nazywa je dziedzinami wysokiej szansy). Doceniła to zagranica, bowiem o ile w przemyśle ogółem zakłady sprywatyzowane z udziałem kapitału zagranicznego stanowiły około 20 proc. całego potencjału, to w tych 15 branżach ten udział wyniósł aż 64 proc. Była to więc niezwykła ekspansja kapitału zagranicznego w tych 15 branżach.
Powołując się na literaturę zagraniczną A. Karpiński zwraca uwagę, że kiedy udział kapitału zagranicznego przekroczy 40 proc. całego potencjału danego przemysłu, grozi to utratą kontroli macierzystego państwa nad tym przemysłem oraz wpływa na zachodzące w nim procesy i podejmowane w nich decyzje rozwojowe.
Najwyższy udział kapitału zagranicznego w sprywatyzowanym majątku państwowym w przemyśle ma miejsce w następujących branżach:

  • w przemyśle sprzętu telekomunikacyjnego (ok. 93 proc.),
  • farb i lakierów (79 proc.),
  • lotniczym(74 proc.),
  • celulozy i papieru (74 proc.),
  • samochodowym (72 proc.),
  • turbin i wyposażenia dla elektrowni (71 proc.),
  • sprzętu oświetleniowego (69 proc.),
  • elektroniki profesjonalnej (55 proc.).
    W rezultacie w siedmiu najcenniejszych dla nas przemysłach decydującą rolę odgrywa obecnie kapitał zagraniczny. W praktyce oznacza to przejęcie tych przemysłów i wyjście ich spod polskiej gestii.
    Największym niepowodzeniem w prywatyzacji polskiego przemysłu przez kapitał zagraniczny jest fakt że proces ten nie przyniósł postępu w modernizacji przemysłu. Udział przemysłów wysokiej techniki w przemyśle ogółem w 1989 r wynosił 5,3 proc, a w 2015 r 5,4 proc. czyli nie zmienił się. Należy zauważyć, że najwięcej innowacji ma miejsce w przemysłach wysokiej techniki. Pod względem innowacji Polska jest – jak już wspominaliśmy – na 23 miejscu w Europie.
    Od rozwoju przemysłów wysokiej techniki będzie zależało przestawienie naszej gospodarki z konkurencji tanią pracą na konkurencję innowacyjnością. Od tego zaś będzie zależał dobrobyt naszego społeczeństwa w przyszłości.
    Spośród krajów naszego regionu w innowacyjności w przemyśle wyprzedzają nas Węgry, Czechy, Litwa, Łotwa. Pod względem udziału przemysłów wysokiej techniki przodujące kraje to Izrael (45 proc.) i Stany Zjednoczone (30 proc.). Unia Europejska ma 25 proc. Chiny 15 proc.
    Mieliśmy zasoby dolarów i złotych
    Skąd ten kult kapitału zagranicznego, który doprowadził do większego jego udziału w strukturze własnościowej naszego przemysłu niż w innych krajach?
    W powszechnej świadomości pokutuje pogląd, że w Polsce nie było kapitału rodzimego i musieliśmy korzystać z zagranicznego dając niejednokrotnie nieuzasadnione preferencje żeby ten zechciał do nas przyjść.
    Prof. W. Kieżun przytacza w tej sprawie opinię prof. J. Żyżyńskiego, który zadaje kłam takim twierdzeniom. Otóż według niego, zgodnie z szacunkami NBP na prywatnych rachunkach bankowych i ukryte w mieszkaniach, były wielkie zasoby złotowe i dolarowe liczone w miliardach, które mogły posłużyć do krajowej publicznej prywatyzacji (Patologia transformacji s. 202 – 203).
    Należy też zwrócić uwagę na wyjątkowo duży zasięg „wrogich przejęć” jaki miał miejsce w trakcie transformacji (23 proc. u nas wobec 10 – 15 proc. średnio w krajach Europy Zachodniej) czyli zakupu nie po to żeby kontynuować produkcję ale żeby zamknąć przedsiębiorstwo i opanować rynek zbytu dla wyrobów własnych.
    Wspomnę tu znane mi wrogie przejęcie które miało miejsce stosunkowo niedawno. Chodzi o Fabrykę Mebli „Henryków” (dzielnica Warszawy Białołęka) produkującą piękne stylowe meble. Nowy właściciel zagraniczny zamknął zakład, nowoczesne maszyny wywiózł a w budynku funkcjonuje obecnie klub „Fitness”
    Wszystkie wymienione wyżej zjawiska związane z procesem polskiej transformacji należy mieć na uwadze szermując słowem „sukces”.
    Reasumując: największym beneficjentem naszej transformacji gospodarczej jest zagranica. Jej celem było zdobycie dostępu do naszego niemal 40 – milionowego rynku i to się dokonało. Zagranica nas chwali. Ma za co. Zagranica mówi: „światowy sukces”. A niektórzy nasi politycy z lubością to powtarzają. Ale czy to jest sukces dla nas?
    Będą miały co robić polskie rządy w ciągu lat które są przed nami żeby zmienić ten niekorzystny stan naszej gospodarki, tę niekorzystną strukturę naszego przemysłu.
    Podtrzymuję zwrot: „oddawanie za bezcen dobrze prosperujących polskich przedsiębiorstw”. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich przedsiębiorstw. Ale wielu. Około 20 proc. naszego eksportu dokonywało się do wysoko rozwiniętych krajów gospodarki rynkowej. Czy przyjmowaliby nasze wyroby, gdyby nie spełniały odpowiednich kryteriów jakości? Czy nasze wyroby przemysłu zbrojeniowego byłyby kupowane, gdyby nie były cenione na tym niezwykle konkurencyjnym rynku? A nasze maszyny budowlane produkowane w Hucie Stalowa Wola na licencji amerykańskiej? A czy Pan Zieliński wie że eksportowaliśmy na szeroką skalę kompletne obiekty przemysłowe (np. cukrownie, elektrownie, fabryki kwasu siarkowego)?
    I jeszcze przypomnienie. Otwarcie Polski na świat nastąpiło już w latach 70 – tych ubiegłego wieku (dekada Gierka). Zakupiono wówczas dużo licencji, szczególnie dla przemysłu maszynowego (silniki, samochody, koparki, maszyny górnicze, obrabiarki); wiele przedsiębiorstw funkcjonowało z sukcesem, eksportując swoje wyroby.

Wycięto wszystkie

Nie umiano odróżnić ziarna od plew, „perełek” od „bubli”. „Perełki” nie zostały ochronione. Wszystkie przedsiębiorstwa „poszły na zagładę” w wyniku prymitywnych, topornych rozwiązań.
„Były przytłoczone długami”? Przecież te długi wygenerował plan Balcerowicza, który wysoko podniósł oprocentowanie na kredyty w okresie spłaty. Prawo działało wstecz. Czyż to nie było bezprawie? I wiadomo było z góry jaki będzie rezultat.
W tej sprawie wypowiada się również prof. Żyżyński, mówiąc, że przy wysokim bezrobociu polityka pieniężna nie może być zbyt restrykcyjna, że bank centralny musi stwarzać warunki dostępności kredytu dla przedsiębiorstw, by mogły inwestować i tworzyć miejsca pracy (Patologia transformacji s.203). Tymczasem doprowadzono do bankructwa wielu przedsiębiorstw które wcześniej zaciągnęły kredyty na sfinansowanie inwestycji, często na stworzenie nowoczesnego wyposażenia.
Kolejna sprawa: ponad 500 najlepszych polskich przedsiębiorstw w „programie” Narodowych Funduszy Inwestycyjnych zostało „wykończonych”. Polityka stosowana wobec tych przedsiębiorstw przypominała celowe działania żeby je zniszczyć. Nie zadbano nawet o przepisy dotyczące zarządzania nimi. Firmy zarządzające (zagraniczne) same sobie ustalały wynagrodzenia za zarządzanie.
Oburzająca była odpowiedź głównego referenta na Kongresie Makroekonomicznym w SGH na pytanie o rezultat programu NFI. Odpowiedź brzmiała: „to była drobna sprawa”. Zrujnowanie 500 najlepszych przedsiębiorstw to „drobna sprawa”. Takich mieliśmy „doradców”.
Upadły całe gałęzie przemysłu: włókiennictwo i przemysł odzieżowy (bardzo wysokiej jakości z przedwojenną tradycją i renomą międzynarodową; teraz sklepy są zawalone zagraniczną tandetą, ale za to wycenioną wysoko), hutnictwo, przemysł maszynowy, elektronika (lista niepełna).
„Liberalizacja handlu zagranicznego” – to była celowa dyskryminacja polskich przedsiębiorstw wobec preferencji dla firm zagranicznych. Żaden kraj na świecie nie funkcjonuje bez polityki celnej. Nawet taka potęga jak USA. W imię czego zniesiono całkowicie cła bez uprzedniego przygotowania gospodarki? Przywrócił je dopiero na pewien okres rząd premiera Pawlaka.
Jeżeli chodzi o oddawanie za bezcen polskich przedsiębiorstw to odsyłam do moich artykułów oraz do pracy R. Ślązaka. Opisuje on jak bezsensownie były wydawane olbrzymie pieniądze na honoraria zagranicznym, o rzekomo unikalnej wiedzy „ekspertom” którzy tworzyli opracowania nigdy do niczego wykorzystane (zapewne były świetnie wykorzystane przez sporządzających – mieli rozeznanie w branżach które zostały przez nich przejęte). Są granice tego co można uznać za błąd. A za tą granicą jest już tylko brak zdrowego rozsądku.
Polecam Panu Zielińskiemu artykuł Andrzeja Szahaja „10 grzechów głównych ostatniego trzydziestolecia” w Dzienniku Gazeta Prawna z 12 – 14.07.2019.
A przede wszystkim odsyłam do rozdziału „Dekolonizacja i neokolonizacja (szczególnie podrozdział „Sprzedaż przedsiębiorstw”) książki prof. Kieżuna „Patologia transformacji”. Tam znajdzie Pan udokumentowane przykłady faktycznego oddawania za bezcen polskich przedsiębiorstw. Wprawdzie starał się Pan zdezawuować prof. Kieżuna (co jest niesmaczne), ale błądzi Pan po marginesach jego publikacji, omijając istotę.
Chcę odnieść się do kwestionowanych przez Pana Zielińskiego zasług Lewicy i roli jaką odegrał prof. Kołodko. Otóż czy Pan Zieliński tego chce czy nie, faktem bezspornym jest, że w okresie rządów Lewicy – I okres (lata 1994 – 1997) wzrost gospodarczy był najwyższy w całym 30 – leciu transformacji. Duża w tym zasługa prof. Kołodki, który opracował i wdrażał w owym czasie „Strategię dla Polski”.
Niestety nie można tego samego powiedzieć o drugim okresie sprawowania władzy przez Lewicę (lata 2002 – 2005). Był to okres nasilonej prywatyzacji i małej troski o sprawy socjalne społeczeństwa za co Lewica przypłaciła klęską wyborczą.
Dla kontrastu do sukcesów Lewicy w I okresie sprawowania władzy (lata 1994 – 1997): w okresach kiedy wicepremierem i ministrem finansów był prof. Balcerowicz wyniki były najgorsze. Spadki (oczywiste i znane) w pierwszych dwóch latach transformacji, jak też schłodzenie gospodarki w okresie rządów Jerzego Buzka, kiedy to PKB spada ze wzrostu 7,55 proc. w drugim kwartale 1997 r do 0,2 proc. w czwartym kwartale 2001 r. (P
Chciałbym jednak pocieszyć Pana Zielińskiego: tego co napisałem nie musi wszystkiego brać do siebie prof. Balcerowicz. Dotyczy to wielu rządów funkcjonujących w okresie naszej transformacji. A było ich jak ktoś obliczył 17.
Nie można oceniać rozwoju gospodarki i tempa rocznego wzrostu PKB bez jednoczesnego uwzględnienia postępów w innowacyjności i modernizacji struktury gospodarki. Liczby pokazują że Polska jest liderem przemian. Niestety stwierdzenia tego nie można przyjmować bezkrytycznie. „Drugie dno” tego zjawiska to fakt, że najcenniejsze branże przemysłu opanowane są przez firmy zagraniczne, ze wszystkimi tego konsekwencjami. I zajmujemy jedno z ostatnich miejsc w innowacyjności gospodarki, co jest konsekwencją małego udziału przemysłów wysokiej techniki w przemyśle ogółem. Konkurujemy tanią pracą a nie innowacyjnością.

Na polską transformację patrzmy obiektywnie

Odpowiedź obrońcy planu Balcerowicza, Marcinowi Zielińskiemu na publikację w Trybunie z dnia 16 – 17.12.2019 r.

Zaczyna Pan swoją publikację stwierdzeniem, że … „Andrzej Jakubowicz postanowił za wszelką cenę dowieść że rozwój polskiej gospodarki w żadnym razie nie był zasługą Balcerowicza”
Nie użyłem tego zwrotu. Ale skoro poruszył Pan personalnie Leszka Balcerowicza … Nie mnie jego oceniać. Inni już zrobili to wystarczająco dosadnie i to wielokrotnie. Ale skoro już mówimy o Nim, to przede wszystkim należy mu się wielkie uznanie za odwagę. Nie takie tuzy polskiej ekonomii ówczesnego okresu nie miały odwagi żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za radykalną reformę polskiej gospodarki, a takie heroiczne zadanie postawiła historia w owym momencie przed Polską. Leszek Balcerowicz podjął się tego zadania. I zdobył uznanie najwyższych instytucji finansowych świata. A była to sytuacja człowieka, który ledwo nauczył się pływać a już został rzucony do rzeki, która płynie głębokim, wartkim nurtem pełnym wirów i zdradzieckich zakrętów. Wyszedł z tego żywy, ale nie bez szwanku.
Przecież Leszek Balcerowicz był wówczas młodym adiunktem SGPiS, bez żadnej praktyki w gospodarce. Posiadał (posiada) za to niezłomny charakter. Jak to wyraził się Marek Belka „robił rzeczy o których nawet nie wiedział, że są niemożliwe” (cyt. za S. Krajewskim: Determinanty społecznej akceptacji zmian systemowych w Polsce. Referat na Kongres Ekonomistów Polskich). Polska transformacja gospodarcza to było zadanie unikalne w historii gospodarczej świata. Wobec tego błędy w realizacji tego procesu były niejako wpisane w scenariusz. Chodzi jednak o ich skalę. I o ideologię. Tak – ideologia jest tu istotna. Leszek Balcerowicz nie miał praktyki gospodarczej ale odbył staż zagraniczny na którym został nasycony modną wówczas ideologią neoliberalną. I taki kierunek nadał polskiej transformacji.
Tenże neoliberalny kierunek – w jego najbardziej radykalnej, doktrynalnej formie realizowały wszystkie polskie rządy do 2015 roku z wyjątkiem okresu kiedy wicepremierem i ministrem finansów był prof. Grzegorz Kołodko (Rząd Lewicy – I okres, lata 1994 – 1997). A więc nie tylko Balcerowicz. „Nie on jeden winien”.
I nie ma co się obrażać na krytykę. Jest ona potrzebna. Potrzebna jest żeby obiektywnie ocenić proces transformacji. I żeby wyciągnąć wnioski, bo jeszcze nie wiadomo jakie problemy przed polską gospodarką postawi przyszłość.
Panu Zielińskiemu radzę zejść z doktrynerskich pozycji neoliberalizmu bo są one nie do obrony. Radzę poszerzyć spektrum wiedzy o poglądy ekonomistów którzy widzą więcej i szerzej niż doktryna neoliberalna. Nazwiska znanych i uznanych autorytetów od lat odnoszących się krytycznie do procesu destrukcji w wyniku „działań transformacyjnych” znajdują się w moim artykule opublikowanym przez Trybunę. Są to: W. Kieżun, T. Kowalik, A. Karpiński, Z. Sadowski, P. Bożyk, K. Poznański, G. Kołodko, R. Ślązak. Dodam jeszcze Grażynę Ancyparowicz („Od neoliberalizmu do neokolonializmu”) i Rafała Wosia („Dziecięca choroba neoliberalizmu”).
Tu chciałbym ustosunkować się do krytyki jaką Pan podjął w stosunku do niektórych moich jak Pan nazwał „autorytetów”. Otóż cytuje pan Ryszarda Bugaja, który wypowiada się na temat K. Poznańskiego. Słabiutkie. Gołosłowne epitety Bugaja stawia Pan przeciwko liczbom, którymi posługuje się w swoich (to prawda, dosadnych) wywodach K. Poznański.
Równie mizerne są Pana próby dezawuowania prof. W. Kieżuna. Jego książka („Patologia transformacji”) oparta jest – z jednej strony na liczbach i dokumentach, a z drugiej strony na szerokiej wiedzy i olbrzymim doświadczeniu, także z pracy zagranicą.
Tak, ja mam autorytety. Natomiast Pan – oprócz swojego Szefa nie może przytoczyć żadnych autorytetów które popierałyby Pana wywody. Wiadomo o czym to świadczy.
Szczególnie nietrafiona jest Pana obrona polityki stosowanej wobec przedsiębiorstw państwowych – slogany i ogólniki od lat powtarzane przez apologetów „szokowej terapii” (czyli „szoku bez terapii” – jak mówi Grzegorz Kołodko), o czym będzie mowa w dalszym ciągu mojego tekstu.
Krytyka rezultatów naszej transformacji gospodarczej w miarę upływu czasu rozszerza się i nasila. A jest ku temu okazja – 30 lat od początku jej wdrażania. Oto wydarzenia tylko z ostatnich tygodni:
– Na Kongresie Ekonomistów Polskich który odbył się w dniach 28 – 29 listopada 2019r. zaprezentowane zostały 3 bardzo krytyczne referaty (prof. S. Krajewskiego: Determinanty społecznej akceptacji zmian systemowych w Polsce; dr R. Dolczewskiego: O skrócenie dystansu strategicznego – Polska krajem służących; oraz mój, który wywołał tę polemikę: Spadek i wzrost gospodarczy w okresie transformacji polskiej gospodarki);
– W dniu 17.12.2019 r. w TVP Info odbyła się dyskusja uznanych polskich ekonomistów w czasie której nie zostawiono „suchej nitki” na poczynaniach reformatorskich;
– Artykuł „Kapitalizm bez kapitału” (Dziennik Gazeta Prawna z 13 – 15.12.2019r.) – rozmowa Sebastiana Stodolaka z Andrzejem Laskowskim i Andrzejem Sadowskim z Centrum im. Adama Smitha – krytyka podejścia do przedsiębiorstw państwowych – do tego jeszcze powrócę.
– Publikacja Dawida Kopa „Transformacja była katastrofą” (Trybuna Nr 253/2019 z 20 – 22.12.2019 r) zainspirowana artykułem Marcina Zielińskiego.
Do w.w. dodam swój referat wygłoszony 20 maja 2019 r w Uczelni Vistula na konferencji podsumowującej 30 lat polskiej transformacji gospodarczej (opublikowany w Zeszytach Naukowych Uczelni Vistula). Tytuł referatu: Polska transformacja gospodarcza – wielki sukces czy „wielki przekręt”?
Skoro już zostało użyte słowo „katastrofa” – a dotyczy to w najwyższym stopniu aspektów społecznych – rekomenduję lekturę trzech publikacji książkowych:
– Katarzyna Duda: Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji. Książka i Prasa, Warszawa 2019;
– Stanisława Golinowska: O polskiej biedzie w latach 1990 – 2015. Definicje, miary, wyniki. Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018;
– Magdalena Okraska: Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu. Trzecia strona, Warszawa 2018.
Kolejny „obszar transformacyjny”, który jakoś Pan Zieliński przezornie pomija: likwidacja PGR – ów. Nie dość było ruin zlikwidowanych zakładów przemysłowych (kto chciałby zobaczyć te „obrazki” to polecam książkę Ryszarda Ślązaka „Czarna księga prywatyzacji”) to należało jeszcze zrujnować życie setek tysięcy pracujących w tych rolnych gospodarstwach. Pan Zieliński nie lubi słowa „religia”. A czyż nie była to religia neoliberalizmu? W imię czego zrujnowano życie tych ludzi? Tylko dlatego że słowo „państwowe” jest trefne, brzydkie, znienawidzone. Doktrynerstwo do kwadratu. Z określeniem „likwidacja PGR – ów” wiążą się najstraszniejsze dla człowieka jako istoty żyjącej słowa: bezrobocie, ubóstwo, pijaństwo, kradzieże, rozboje, samobójstwa i zabójstwa. Jeszcze teraz, po latach, można zobaczyć konsekwencje tych decyzji. Czy to jest również sukces? Czy ktoś się tym zajmie? To temat na co najmniej kilka prac doktorskich i habilitacyjnych. W najwyższym stopniu dotknęło to zachodnich i północnych ziem, które weszły w skład państwa polskiego po 1945 r a to powinno skłaniać do większej przezorności. Wystarczyło zmienić formę prawną jak to zrobili
Czesi i Słowacy.
Jeszcze raz okazało się że nasi południowi sąsiedzi są rozważniejsi i mądrzejsi od nas.
W Czechach i na Słowacji w czasach socjalizmu prywatne rolnictwo praktycznie nie istniało. Niemal w 100% były to spółdzielnie produkcyjne i gospodarstwa państwowe (w Czechach 65 % użytków rolnych stanowiły spółdzielnie produkcyjne a 35% gospodarstwa państwowe). W pierwszym okresie transformacji oddawano ziemię prawowitym właścicielom (uznawano że prywatna własność ziemi uległa tylko zawieszeniu w latach 1948 – 1989). Jednak pomimo zwrotu gruntów rolnych ich prawowitym właścicielom pozostawały one w zarządzaniu dużych holdingów i spółek produkcyjnych (dotychczasowe spółdzielnie produkcyjne przekształciły się w spółki prawa handlowego). Drobni właściciele wydzierżawiają użytki rolne dużym holdingom produkcyjnym. Motywacja – wielkoobszarowe gospodarstwa są bardziej efektywne.
W rezultacie zmiana sposobu zarządzania rolnictwem w Czechach i na Słowacji przebiegła płynnie – nie było z tego powodu bezrobocia, nie było patologii.
Kuriozalne jest tłumaczenie sytuacji w Polsce po likwidacji PGR – ów: „Skutki tego procesu, szczególnie w sferze społecznej były silnie krytykowane. Tym niemniej likwidacja PGR dała początek tworzeniu rynku gruntów rolnych” (Katarzyna Żukrowska: Transformacja w sferze gospodarczej. Rekapitulacja 2. W: Transformacja systemowa w Polsce. SGH, Warszawa 2010). Zaiste – „utworzenie rynku gruntów rolnych” jako właściwy ekwiwalent za nieszczęsny los setek tysięcy pracowników byłych PGR – ów. Zwłaszcza, że te grunty leżały potem odłogiem lub były przedmiotem spekulacji i innych nieprawidłowości na tym chwalonym „rynku”. Jest to klasyczny przykład kamuflowania nieprawidłowości w procesie transformacji w czym celuje wydawnictwo SGH „Transformacja systemowa w Polsce”, 2010.
Niektórzy realizatorzy koncepcji likwidacji PGR – ów mają po latach niewesołe refleksje na ten temat. Przytoczę tu wypowiedź Michała Wojtczaka (Odkupienie, „Gazeta Wyborcza. Duży Format”, 18 grudnia 2009 r). – wiceministra w rządzie Balcerowicza: „20 lat temu w rządzie Mazowieckiego odpowiadałem za restrukturyzację rolnictwa i wiem, że przeze mnie kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy ludzi z dawnych pegeerów znalazło się na bruku, praktycznie bez środków do życia. (…) Intuicja podpowiadała mi, że robimy źle. Mogłem przekonywać Balcerowicza, a jakby mi się nie udało, odejść z rządu. Tylko tak należało się zachować”.

Koszty przekraczają przychody

Przedsiębiorstwa w Polsce muszą funkcjonować w coraz gorszych warunkach rozwojowych.

W okresie styczeń-wrzesień 2019 r. przedsiębiorstwa średnie i duże, czyli zatrudniające 50 i więcej pracowników (50+), zwiększyły przychody ze sprzedaży o 6,7 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.
Jednak ich koszty rosły szybciej niż przychody, bo o 7 proc., a wynik finansowy netto wzrósł o 1,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny. Z taką tendencją mamy do czynienia od początku 2018 r. Przynosi ona skutek w postaci spadku rentowności sprzedaży netto – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. rentowność sprzedazy netto wyniosła 4,6 proc. Teraz jest to 4,0 proc.

Bez większych szans

Generalnie rentowność polskich dużych i średnich przedsiębiorstw (50+) nie jest wysoka. Nie daje zbyt dużych szans na budowanie coraz większych, coraz silniejszych kapitałowo przedsiębiorstw, które w czasach cyfryzacji, robotyzacji, uczenia maszynowego, technologii komórkowej piątej generacji (5G) byłyby zdolne do zwiększania inwestycji niezbędnych dla utrzymania konkurencyjności. O nakładach na badania i rozwój oraz innowacje nie wspominając.
Należy przypomnieć, że w okresie 2016-2018 r. (a zatem w ciągu trzech lat) aktywnych innowacyjnie było w Polsce zaledwie 26 proc. przedsiębiorstw przemysłowych i 21 proc. firm usługowych.
Warto w tym kontekście wrócić do exposé premiera Mateusza Morawieckiego z 19 listopada i zapowiedzi wprowadzenia w Polsce estońskiego CIT (podatku od dochodów przedsiębiorstw).
Pomysł bardzo dobry, jednak już na początku jest on obarczony grzechem małej przydatności. Ma bowiem dotyczyć tylko małych i średnich firm, które są spółkami prawa handlowego. A takich firm wśród małych i średnich przedsiębiorstw jest jedynie ok. 8-9 proc.
Estońskim CIT-em, skierowanym do tak małej grupy małych firm, świata więc nie zawojujemy.
Decyzje nowego rządu w okresie coraz wyraźniejszego spowalniania polskiej gospodarki (wzrost produktu krajowego brutto w trzecim kwartale 2019 r. wyniósł 3,9 proc., podczas gdy w pierwszym półroczu 2019 r. było to 4,6 proc.) muszą być odważne – i stanowić wyraźny efekt zachęty do inwestowania. Aczkolwiek nie jest to czynnik wystarczający, bo przedsiębiorcy potrzebują także stabilności i przewidywalności prawa, któremu podlegają. A z tym było w poprzedniej kadencji rządu naprawdę bardzo źle. Pierwsze posiedzenie Sejmu nowej kadencji i procedowanie ustaw w nocy też nie rokują najlepiej.

Inwestycje rosną wolniej

Wyniki finansowe przedsiębiorstw w okresie styczeń-wrzesień 2019 r. generalnie nie były złe. Płynność finansowa (gotówkowa), czyli zdolność do natychmiastowej realizacji zobowiązań była ciągle wysoka (firmy były w stanie spłacić od razu ponad 35 proc. zobowiązań).
Odsetek wszystkich firm wykazujących zysk netto (prawie 75 proc.) był porównywalny z poprzednimi latami. Niestety o 8,3 proc. wzrosła wartość strat netto. Były one większe o 1,3 mld zł niż w tym samym okresie 2018 r. i wyniosły 17,7 mld zł.
Spośród kosztów wyraźnie rośnie udział wynagrodzeń. Wraz z ubezpieczeniami społecznymi stanowią one już 19,4 proc. kosztów. W okresie styczeń-wrzesień 2015 r. było to 17,7 proc.
Jest to efekt wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń w ostatnich latach czyli główny czynnik wzrostu kosztów w firmach.
Mimo trudnej sytuacji na rynkach naszych głównych partnerów handlowych, od eksporterów płyną dobre informacje – podkreśla TEP. Ponad 53 proc. przedsiębiorstw zatrudniających 50 i więcej osób wykazało przychody ze sprzedaży na eksport. W stosunku do tego samego okresu 2018 r. przybyło 460 firm-eksporterów. Widać, że osłabienie na rynkach unijnych, czylia w krajach będących naszymi kluczowymi partnerami, może być szansą, nie tylko kłopotem.
I wreszcie inwestycje. W ciągu dziewięciu miesięcy 2019 r. przedsiębiorstwa średnie i duże zainwestowały 104,5 mld zł – o 16 proc. więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku (w cenach stałych). Wydaje się to dobrym wynikiem. Jednak nakłady inwestycyjne w pierwszym kwartale 2019 r. były wyższe rok do roku o prawie 22 proc., w pierwszym półroczu o 19 proc., a po trzech kwartałach 2019 r. „tylko” o 16 proc. Widać wyraźne wygaszanie wzrostu inwestycji przedsiębiorstw. To najgorszy z możliwych sygnałów.

Jak domek z kart

Coś niedobrego stało się w budownictwie, bowiem jeszcze w pierwszym kwartale bieżącego roku nakłady inwestycyjne firm tego sektora wzrosły o prawie 11 proc. w porównaniu z I kw. 2018 r. Po sześciu miesiącach nakłady inwestycyjne były niższe rok do roku o 8 proc., a po 9 miesiącach były niższe już o 11,5 proc.
Wyraźnie zmniejsza się tempo wzrostu nakładów na inwestycje w energetyce. To grozi blackoutem. Wyraźnie spada też dynamika inwestycji w najbardziej innowacyjnym sektorze – informacji i komunikacji. Jest to bardzo niepokojące w kontekście niebywale szybkich zmian cyfryzacyjnych i technologicznych na świecie.
Jeśli tych wyraźnie rysujących się, negatywnych trendów nowy-stary rząd nie weźmie pod uwagę, to osłabienie gospodarcze będzie znacznie silniejsze niż zakłada się w projekcie budżetu na 2020 r. (wzrost PKB o 3,6 proc.).
Jeżeli wzrost gospodarczy spadnie zaś poniżej 3 proc., a takie ryzyko istnieje, to posypie się wszystko jak domek z kart.

Na trudnym rynku nad Renem

Niemiecka gospodarka zwalnia tempo, ale to nie odstrasza naszych firm.

Połowa polskich firm działających w Niemczech ocenia stan tamtejszej gospodarki wciąż jako „dobry”, zaś około 24 proc. jako „zadowalający”.

Mniej optymistów

W porównaniu z ubiegłorocznymi badaniami już znacznie mniejszy odsetek ankietowanych (21 proc.) mówi, że gospodarka Niemiec jest w „bardzo dobrej” kondycji. Przed rokiem taki pogląd prezentowało aż 40 proc. naszych przedsiębiorców.
27 proc. polskich spółek przewiduje spowolnienie gospodarcze w Niemczech w kolejnym roku. To najsilniejszy sygnał schłodzenia koniunktury od 2016 r.
Takie wyniki przynosi badanie polskich firm w Niemczech przeprowadzone jesienią tego roku na zlecenie Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Firmy te reprezentują przemysł przetwórczy, usługi, handel, budownictwo, zaopatrzenie w energię elektryczną i wodę oraz utylizację odpadów.
Celem badania była ocena niemieckiej koniunktury gospodarczej oraz uwarunkowań prowadzenia biznesu przez przedstawicieli polskich firm działających za Odrą

Nie boją się spowolnienia

Polscy przedsiębiorcy pozostają mimo wszystko optymistami w ocenach aktualnej sytuacji własnych firm. Jedna czwarta ocenia ją jako „bardzo dobrą”, a 43 proc. jako „dobrą”.
Odsetek firm opisujących swoją kondycję jako „zadowalającą” pozostaje na podobnym poziomie (ok. 30 proc. ) od trzech lat.
Mimo prognozowanego spowolnienia, większość ankietowanych firm deklaruje, że utrzyma, bądź zwiększy sprzedaż, zatrudnienie i inwestycje.
W opinii polskich przedsiębiorców, wśród zalet niemieckiego rynku należy przede wszystkim wymienić jakość infrastruktury (transportowej, komunikacyjnej, informatycznej i energetycznej), dyscyplinę płatniczą kontrahentów, przewidywalność polityki gospodarczej Niemiec oraz przychylność administracji w obsłudze przedsiębiorców.
Największy odsetek przedsiębiorców narzeka na koszty pracy, wysokości podatków i brak dostępu do wykwalifikowanych kadr.
Profity wyraźnie przewyższają jednak wszelkie trudności. Dlatego 93 proc. badanych firm potwierdza, że powtórzyłoby decyzję o wejściu na rynek niemiecki – choć w ubiegłym roku mówiło tak aż 97 proc.

Zimny prysznic

W ubiegłym roku polskie firmy funkcjonujące nad Renem prezentowały rekordowe prognozy wzrostu sprzedaży. Wówczas wzrost sprzedaży w kolejnych miesiącach zapowiadało trzy czwarte ankietowanych spółek.
Rzeczywistość niejednokrotnie przyniosła zimny prysznic, toteż w bieżącej edycji badania tylko około połowa ankietowanych mówi o wzroście sprzedaży w najbliższym roku. Niespełna 40 proc. przewiduje obrót na niezmienionym poziomie. Co dziesiąta firma zapowiada zaś obecnie spadek sprzedaży. Wszystko to przekłada się na plany rozwojowe. Niemal 70 proc. badanych firm z Polski prognozuje, że liczba pracowników w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie. O wzroście zatrudnienia mówi tylko 20 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw.
Na te wyniki można jednak patrzeć dość optymistycznie, gdyż w sumie 90 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać lub zwiększyć zatrudnienie.

Pierwszy zagraniczny rynek

Dosyć pozytywnym sygnałem są deklaracje zwiększania nakładów inwestycyjnych, złożone przez 40 proc. ankietowanych. Połowa firm podaje zaś, że utrzyma wydatki inwestycyjne na dotychczasowym poziomie. Ciąć swe inwestycje zamierza więc tylko 10 proc. naszych firm działających w Niemczech. Nasz wielki zachodni sąsiad to zwykle pierwszy zagraniczny rynek dla polskich firm, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Ponad połowa tych firm zdecydowała się na ekspansję na ten rynek w celu uzyskania dostępu do nowych klientów. 44 proc. chciało zwiększenia skali działania. Prawie co trzecia liczyła na doskonalenie swojej produkcji, zaś co piąta wskazywała na osiągnięcie granicy rozwojowej na polskim rynku.

Czeka nas trudny rok

Polityka gospodarcza rządu PiS w połączeniu z pogorszeniem koniunktury w Europie spowoduje wyraźny spadek tempa wzrostu w Polsce. Ale to już będzie po wyborach.

We wrześniu 2019 r. wskaźnik PMI (pokazujący aktywność gospodarczą w sektorze produkcyjnym) wyniósł 47,8. W lipcu br. był jeszcze niższy (47,4). To najsłabsze oceny kondycji polskiego przemysłu od niemal sześciu lat.
Przemysł, w opinii kadry kierowniczej firm produkcyjnych w Polsce, znajduje się w coraz trudniejszej sytuacji. Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, problemem są bardzo szybko spadające zamówienia, tak z zagranicy, co nie jest nowością, jak także i z Polski. Rośnie poziom zapasów wyrobów gotowych.
Produkcja jeszcze jakoś sobie radzi, bo firmy likwidują zaległości. Za chwilę to się jednak skończy, gdyż stare zamówienia zostaną zrealizowane. Dlatego przedsiębiorstwa obniżają poziom zapasów środków produkcji. Nie chcą zamrażać kapitału, aby nie zmniejszać swojej płynności finansowej, gdy przed nimi znacznie gorszy okres. Nieznacznie, ale jednak spadło także zatrudnienie.
Jednocześnie ciągle rosną koszty pracy, koszty energii oraz podatki i opłaty (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Trudno się dziwić, że ta sytuacja przekłada się na wzrost konkurencji na rynku. A stąd blisko do zatorów płatniczych, kłopotów z wypłacalnością i wzrostu liczby upadłości.

Nowi sobie poradzą?

Jak mówią rządzący politycy, jeśli przedsiębiorcy sobie nie radzą, to powinni zrezygnować z prowadzenia działalności gospodarczej. Na ich miejsce przyjdą nowe przedsiębiorcze elity, które sobie poradzą.
Spadek nowych zamówień eksportowych wynika z wyraźnie słabnącego przemysłu u naszych głównych partnerów handlowych. W krajach strefy euro, gdzie lokujemy prawie 60 proc. naszego eksportu towarów, wskaźnik PMI spadł kolejny miesiąc z rzędu, do poziomu 45,7.
Spoza strefy euro, w Czechach, u naszego drugiego co do wielkości partnera handlowego, wskaźnik PMI wyniósł we wrześniu 44,9. W Rosji (siódmy partner handlowy) PMI był na poziomie 46,3. Jak widać wszędzie przemysł ma kłopoty.
Ale polski przemysł to przecież nie tylko eksport. Mamy duży rynek, rosnące dochody rozporządzalne gospodarstw domowych w wyniku rosnących płac i ciągłego zwiększania transferów społecznych (tzw. 13 emerytura, 500 + na pierwsze dziecko).
To oznacza ciągle silny popyt – spożycie indywidualne wzrosło w pierwszych 6. miesiącach br. o 4,1 proc. r/r. Sprzedaż detaliczna w okresie styczeń-sierpień 2019 r. wzrosła o 5,9 proc. A jednak przemysł obawia się przyszłości.

Kłopoty przyjdą w kolejnych latach

Prognozy na najbliższe 12 miesięcy są najsłabsze od 2012 r. (czyli od początku wprowadzenia do wskaźnika PMI komponentu dotyczącego oceny przyszłości). A prognozy te były przedstawiane jeszcze przed decyzjami o wzroście wynagrodzenia minimalnego w 2020 r. do poziomu 2600 zł (z 2250 zł w 2019 r.), a w kolejnym roku do 3 tys., aby w 2024 r. osiągnąć poziom 4 tys. Były one przedstawiane przed przyjęciem projektu budżetu państwa na 2020 r. przez rząd, w którym zaplanowane jest zniesienie limitu 30-krotności dla składek na ubezpieczenia społeczne, a także przed informacją o szacowaniu składek przedsiębiorców na ubezpieczenia społeczne na poziomie uzyskanego dochodu.
Wszystko to podnosi koszty działalności przedsiębiorstw. Do tego dochodzą pracownicze plany kapitałowe, które od przyszłego roku obejmą średnie, małe i mikro firmy.
Osłabienie koniunktury gospodarczej w Europie w połączeniu z rosnącymi obciążeniami nakładanymi na przedsiębiorstwa w Polsce, będzie prowadzić do problemów, które zmaterializują się w 2020 r. zdecydowanie niższym wzrostem gospodarczym.

 

Państwo korzysta na wzroście płac

Zgodnie z najnowszymi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu 2019 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły o 5,3 proc., a zatrudnienie o 2,8 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Dobra passa na rynku pracy trwa. Kto jest jej beneficjentem?

Przeciętne wynagrodzenie brutto w przedsiębiorstwach małych, średnich i dużych (czyli od 10 zatrudnionych wzwyż) wyniosło w czerwcu 2019 r. 5104 zł. Należy jednak pamiętać, że koszt pracy dla pracodawcy był znacznie wyższy – wyniósł bowiem 6212 zł. Jednocześnie na konto pracownika trafiło niecałe 3620 zł. Co się stało z pozostałymi 2,6 tys. zł? To różnego rodzaju podatki, składki, daniny na rzecz państwa. Prawie 42 proc. kosztów pracy nie trafia do pracowników. Luka między kosztem, który ponosi pracodawca zatrudniając pracownika, a dochodem netto tego pracownika jest olbrzymia – 6,2 tys. koszt pracy pracodawcy wobec 3,6 tys. na koncie pracownika.

W czerwcu 2019 r. koszty pracy w przedsiębiorstwach 10 plus wyniosły łącznie prawie 40 mld zł, z czego tylko 23 mld zł trafiły na konta pracowników tych firm. Pozostałe prawie 17 mld zł zasiliło finanse publiczne. W każdym wzroście wynagrodzeń i zatrudnienia partycypuje państwo i jest to oczywiste. Pytanie tylko, czy ta partycypacja powinna mieć tak dużą skalę – aż 42 proc. Jeśli mówimy o konieczności wzrostu wynagrodzeń w Polsce – bo ciągle są one dużo niższe niż w krajach 15 państw „starej” Unii Europejskiej – to patrzymy nie tylko na wynagrodzenia brutto (5,1 tys. zł w czerwcu), ale na to, jakie są koszty pracy (6,2 tys. zł) i ile z tego otrzymuje pracownik (3,6 tys. zł). Ważne dla gospodarki i gospodarstw domowych są bowiem te dwie skrajne wartości, bo one pokazują w jakim stopniu pracownicy i pracodawcy świadczą na rzecz państwa, a dalej – czy te podatki i daniny są efektywnie wykorzystywane.

Czas najwyższy rozmawiać nie o fragmentarycznych zmianach w istniejącym systemie podatkowym, w tym na przykład o obniżaniu podatków dla osób młodych, czy obniżaniu pierwszej stawki podatkowej, ale przygotować generalną zmianę systemu podatku PIT, tak aby zmniejszał on lukę „daninową”. Jest to szczególnie ważne w grupie pracowników o najniższych dochodach. Dobrze przeprowadzona reforma powinna też pozytywnie wpłynąć na poziom inwestycji w przedsiębiorstwach i równocześnie być neutralna dla finansów publicznych (budżetu centralnego i budżetów samorządowych).

Czy euro podnosi ceny?

W krajach przechodzących na euro zastosowano szereg środków mających zapewniać rzetelne przeliczenia z waluty narodowej.

Wszystkie 19 krajów, które już wprowadziły euro, skutecznie zastosowało instrumenty chroniące konsumentów przed praktyką ukrytych podwyżek.
Wprowadzając nową walutę przelicza się ceny krajowe na euro według ustalonego kursu z dokładnością do sześciu cyfr. Powstaje obawa, że przedsiębiorstwa i handlowcy mogą zawyżać ceny. Konsumenci nie są w stanie przeliczać starych cen na nowe według sześciocyfrowego przelicznika i handlowcy mogliby to wykorzystać. Aby zapobiec takim praktykom w krajach przechodzących na euro zastosowano cały arsenał środków gwarantujących rzetelność przeliczeń.
We wszystkich państwach wprowadzono obowiązek publikowania starej ceny oraz jej przeliczenia na euro według obowiązującego przelicznika. Każdy mógł sobie porównać, czy nowa cena w euro odpowiada cenie wynikającej z oficjalnego przelicznika. Sklepy były zobowiązane podawać takie informacje co najmniej przez pół roku od przejścia na euro. W Słowenii każde gospodarstwo domowe otrzymało kalkulatorek, który przeliczał ceny. Urzędy statystyczne zwiększyły częstotliwość i zakres badania cen przed i po przejściu na euro. Do monitorowania cen zmobilizowały się również ruchy obywatelskie: rozmaite stowarzyszenia konsumenckie, zrzeszenia emerytów, organizacje młodzieżowe.
Doniesienia o zmianach cen były sprawdzane i jeśli się potwierdziły, a nie były uzasadnione, to sprzedawca trafiał na publiczną czarną listę. Na Słowacji przyjęto ustawę, która umożliwiała administracyjną kontrolę cen, choć minister finansów zastrzegał, że będzie to broń ostateczna, której władze wolałyby nie używać. Metody chroniące konsumentów przed ukrytymi podwyżkami cen okazały się w pełni skuteczne, na co wskazuje doświadczenie krajów, które przyjęły euro.
Wśród pierwszych 12 państw, które wprowadziły euro od 1 stycznia 2002 roku, w 10 z nich tempo wzrostu cen spadło, a jedynie w Grecji i Francji było nieco szybsze niż w roku 2001. Okazało się też, że najtrudniej kontrolować ceny w restauracjach i kawiarniach. W sumie według badań Eurostatu wpływ wprowadzenia euro na tempo wzrostu cen wyniósł ok. 0,3 punktu procentowego. Niektóre sklepy w celu przyciągnięcia klientów przekonywały, że nowe ceny są niższe, niż by to wynikało z mechanicznego przeliczenia.
W niektórych krajach sieci sklepowe podpisały publiczne zobowiązania, że będą uczciwie przeliczać ceny. W wielu krajach zaobserwowano zaś rozbieżność między danymi statystycznymi dotyczącymi wzrostu cen a percepcją konsumentów, według których ceny po przejściu na euro znacznie wzrosły. W innych latach takich rozbieżności między statystyką a odczuciami konsumentów nie odnotowano.
Na przykład we Włoszech po pierwszym roku używania euro (2002) Eurostat podał, że przeciętny wzrost cen wszystkich wyrobów konsumpcyjnych wyniósł 2,5 proc., czyli był wolniejszy niż w ostatnim roku funkcjonowania lira (2001), kiedy inflacja wyniosła 2,8 proc. Przeciętny Włoch nie chciał w to wierzyć, bo z jego codziennego doświadczenia wynikało, że ceny wzrosły dużo bardziej. Koronnym dowodem była podwyżka cen filiżanki cappuccino, która przed zmianą waluty kosztowała 1500 lirów (czyli 0,77 euro), a po zmianie 1 euro, czyli o 30 proc. więcej. Czy jest możliwe, żeby i Eurostat i przeciętny Włoch mieli rację? Psychologowie i ekonomiści zwrócili uwagę na pewne zjawisko – otóż Włosi wypijają po dwie lub więcej filiżanek cappuccino dziennie, ale nie prowadzą rachunków wskazujących, że ma to dla ich domowego budżetu marginalne znaczenie. Drobny wydatek o dużej częstotliwości zaważył na percepcji wpływu euro na inflację. Psychologowie nazwali to „efektem cappuccino”.

Będą mniej zatrudniać

Czy w Polsce słabnie popyt na pracowników, czy też wyczerpują się już zasoby głów i rąk do pracy?

Od ponad dwóch lat ekonomiści i przedsiębiorcy wskazują na bariery w rozwoju gospodarczym związane z rynkiem pracy. Jednak ciągle udawało się te bariery pokonywać – w 2017 r. przedsiębiorcy zwiększyli liczbę zatrudnianych pracowników o 4,5 proc. zaś w 2018 r. o 3,5 proc.
Wydawać się mogło, że tak już będzie stale.To jednak przestaje być pewne. Zatrudnienie co prawda rośnie, ale coraz wolniej.
W maju 2019 r. zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (bez mikroprzedsiębiorstw, czyli firm zatrudniających do 9 osób) wzrosło o 2,7 proc. w porównaniu z majem ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia zwiększyły się o 7,7 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2019 r. zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło o 2,9 proc. w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia o 7,1 proc. Jednakże w maju zeszłego roku zatrudnienie zwiększyło się o 220 tys. osób w stosunku do maja 2017 r., ale w maju tego roku – już tylko o 170 tys. w stosunku do maja 2018 r. Jednocześnie, w maju 2019 r. nastąpił spadek zatrudnienia w stosunku do poziomu z marca i kwietnia br., o 12-13 tys. osób.
Informacje płynące z przemysłu (wskaźnik PMI, badanie koniunktury w gospodarce przez GUS) wskazują na planowane przez firmy ograniczanie wzrostu zatrudnienia.
Czy popyt na pracę słabnie, czy też zaczyna brakować pracowników? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a sytuacja zależy od sektora gospodarki.
Zatrudnienie najprawdopodobniej będzie nadal rosło, ale wolniej niż dotychczas. Może to wynikać z kilku przyczyn, w tym także z efektów inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa w ostatnich miesiącach.
W 2018 r. i w pierwszym kwartale 2019 r., około 50 proc. inwestycji przedsiębiorstw to nakłady na maszyny, urządzenia techniczne i narzędzia.
Część z nich to na pewno środki trwałe, związane z wprowadzaniem w przedsiębiorstwach nowych technologii – a to oznacza, że w przemyśle będzie rosło zapotrzebowanie na pracowników o coraz wyższych kwalifikacjach, ale w mniejszej ich liczbie. Jednocześnie będzie to wpływać na utrzymywanie się wysokiego wzrostu wynagrodzeń, ale także na rosnące zróżnicowanie wynagrodzeń w różnych grupach zawodowych.
Popyt na pracę słabnie też w sektorze finansowym. To efekt wywołany nowymi technologiami i zmianą modeli biznesowych.
Zbyt mała liczba pracowników cały czas pozostaje problemem w transporcie, hotelach i restauracjach (szczególnie teraz, gdy zaczął się sezon wakacyjny) – a także w sektorze szeroko rozumianej informacji i komunikacji.
Do tych dziedzin, gdzie „tradycyjnie” są problemy z dostępem do pracy, dołączają sektory edukacyjny oraz opieki zdrowotnej. Należy się spodziewać, że oferowane tam niskie wynagrodzenia będą w coraz większym stopniu zwiększać problemy ze znalezieniem pracowników. Tym samym, zwiększą się i kłopoty z dostępem do tych, najważniejszych dla nas wszystkich, usług publicznych.