Bankructwa i upadłości pukają do drzwi

Epidemia Covid-19 stworzyła prawdziwą bombę zegarową dotyczącą niewypłacalności przedsiębiorstw.

Globalny wskaźnik niewypłacalności niedługo prawdopodobnie osiągnie rekordowy poziom, rosnąc o 35 proc. do 2021 r., przy czym w połowie krajów odnotuje on nowy rekord od czasu kryzysu finansowego w 2009 r.
Gdzie sytuacja jest najpoważniejsza? Największe wzrosty odnotują Stany Zjednoczone ( 57 proc do 2021 r. w porównaniu do 2019 r.), Brazylia (45 proc.), Chiny (40 proc.) i główne kraje europejskie, takie jak Wielka Brytania (43 proc.), Hiszpania (41proc.), Włochy (27 proc.), Belgia (26 proc.) i Francja (25 proc.).
Nawet w obecnym okresie, gdy gospodarki zaczynają wychodzić z całkowitej blokady, globalna firma ubezzpieczająca należności handlowe Euler Hermes spodziewa się, że większość przypadków niewypłacalności ma dopiero nadejść, głównie między końcem 2020 r. a pierwszą połową 2021 r. – w wyniku nierównych warunków początkowych, a także różnych strategii wznawiania produkcji i podejmowanych nadzwyczajnych środków politycznych,
„Spodziewamy się, że dwa na trzy kraje odnotują większy wzrost liczby niewypłacalności w 2020 r. niż w 2021 r. – w szczególności w Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Chinach, Hiszpanii i we Włoszech – ale jeden na trzy odnotuje ich przyspieszenie w 2021 r. – zwłaszcza Indie, Wielka Brytania, Francja i w mniejszym stopniu Niemcy” – twierdzą eksperci firmy.
Przedwczesne wycofanie środków wsparcia mogłoby pogorszyć sytuację, zwiększając wzrost liczby niewypłacalności od 5 do 10 punktów procentowych. A jeśli globalna gospodarka będzie potrzebować więcej czasu, niż oczekiwano, aby wyjść z szoku pandemii koronawirusa, wzrost niewypłacalności może wzrosnąć nawet od 50 do 60 punktów procentowych. Jednak nawet jeśli dalsze wsparcie dla przedsiębiorstw ograniczy liczbę niewypłacalności w perspektywie krótkoterminowej, może również zwiększyć ryzyko większej liczby bankructw w perspektywie średnio- i długoterminowej.
Covid-19 uderzył w globalną gospodarkę jak meteoryt, a ten nagły wstrząs o historycznych proporcjach będzie miał trwałe skutki, pogarszając perspektywy dotyczące niewypłacalności przedsiębiorstw przez całą pierwszą połowę przyszłego roku. Nagły charakter tego szoku gospodarczego ma krytyczne znaczenie dla firm, które były najbardziej wrażliwe już przed kryzysem, zwłaszcza w sektorach najbardziej dotkniętych (transport, motoryzacja, handel detaliczny, hotelarstwo i restauracje) – podczas gdy historyczna skala szoku sprawia, że również wszystkie pozostałe firmy znalazły się w niestabilnej sytuacji, a większą odporność można zaobserwować tylko w kilku specyficznych branżach, takich jak farmaceutyki lub usługi informatyczne. Jednocześnie, wychodzenie z blokad zwiększa presję na płynność firm, ponieważ wznowienie działalności wiąże się ze wzrostem zapotrzebowania na kapitał obrotowy.
Eksperci Euler Hermes określili trzy czynniki, które spowodują opóźnione przeniesienie wstrząsu Covid-19 na niewypłacalność firm, powodując, że większość przypadków upadłości nastąpi w okresie między końcem 2020 r. a pierwszą połową 2021 r. Oto one:
• Wpływ środków dotyczących zablokowania działalności na pracę sądów gospodarczych, w szczególności w krajach mniej zaawansowanych pod względem technologii cyfrowych. Spowodowało to opóźnienia dotyczące oficjalnej rejestracji upadłości firm.
• Długa lista nadzwyczajnych rządowych środków interwencyjnych, podjętych w celu zapobieżenia kryzysowi płynności przedsiębiorstw: odroczenia płatności podatkowych, pożyczki i gwarancje państwowe, dopłaty do wynagrodzeń oraz moratorium na zadłużenie.
• Tymczasowe zmiany w systemach upadłościowych, mające na celu zapewnienie przedsiębiorstwom nieco więcej czasu i elastyczności przed złożeniem wniosku o ogłoszenie upadłości, takie jak zawieszenie obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości pod określonymi warunkami, przedłużenie terminów, moratorium zapobiegające niektórym działaniom wierzycieli przeciwko zadłużonej firmie, podniesienie limitu niespłaconego długu w odniesieniu do ogłoszenia upadłości i likwidacji itp. Środki tego rodzaju zostały podjęte w szczególności w krajach europejskich, takich jak Niemcy, Francja i Wielka Brytania, ale także na mniejszych rynkach.
Wpływ tych trzech czynników jest ewidentny w perspektywie krótkoterminowej. Stopniowe otwieranie gospodarek krajowych po ich zamrożeniu będzie procesem długotrwałym i realizowanym w sposób ostrożny. Ogólnie rzecz biorąc, gospodarka światowa funkcjonuje obecnie wykorzystując jedynie 70 – 80 proc. swoich możliwości i przewiduje się, że taki stan utrzyma się do ostatniego kwartału 2020 roku – ponieważ kraje będą zmuszone stosować celowe zamknięcia w celu zwalczania nowych ognisk wirusa Covid-19 oraz przedłużać ograniczenia sanitarne do czasu wprowadzenia szczepionki.
Wiele krajów nadal boryka się ze zbyt wysokim współczynnikiem reprodukcji wirusa – między innymi Brazylia, Meksyk, USA, Indie, Indonezja, Wielka Brytania oraz RPA. Kraje te są szczególnie narażone na ryzyko ponownego wybuchu epidemii i przedwczesnego ponownego otwarcia gospodarki, ponieważ pandemia nie jest w nich jeszcze pod kontrolą.
Spodziewać się także można, iż recesja w USA okaże się o dwa punkty procentowe głębsza (w stosunku do obecnego poziomu wynoszącego minus 5,3), jeżeli rozwiązania typu lockdown wdrażane w ramach walki z drugą falą epidemii będą miały bardziej ogólny zasięg.

Nie wymyślają prochu

Pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości polska gospodarka przestaje być innowacyjna.
W lipcu bieżącego roku Komisja Europejska opublikowała Europejski Indeks Innowacji (European Innovation Scoreboard – EIS) 2020, w którym Polska zajęła dopiero 24. miejsce.
Indeks publikowany jest po raz 19. przez Komisję Europejską dla wszystkich krajów członkowskich Unii Europejskiej, a także dla Wielkiej Brytanii. Raport, w tym także Indeks Innowacyjności opracował zespół specjalistów (z Dyrekcji Generalnej Rynku Wewnętrznego, Przemysłu i Przedsiębiorczości Komisji Europejskiej) pod kierownictwem Hugo Hollandersa z Maastricht University.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składa się 10 bloków tematycznych i 27 wskaźników oceniających różne aspekty innowacji; każdy z bloków składa się z kolei z 4 subindeksów. Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników. Indeksy dla poszczególnych krajów przyjmują wartości odpowiadające założeniu, że indeks średni dla UE wynosi 100 proc.
Europejski Indeks Innowacyjności publikowany jest corocznie i przedstawia porównawczą ocenę wyników badań naukowych i innowacji osiągniętych przez państwa członkowskie UE i wybrane kraje trzecie oraz słabe i mocne strony krajowych systemów badań naukowych i innowacji. Indeks końcowy to jedna syntetyczna liczba (co stanowi jego urok) i przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków ważne są zaś właśnie te bloki i wskaźniki.
Europejski Indeks Innowacji oraz pełny raport można znaleźć na stronie Komisji Europejskiej. Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku opublikowany został w „Trybunie” Globalny Indeks Innowacyjności.
Tegoroczny Indeks pokazuje, że uzyskane rezultaty nadal poprawiają się w stałym tempie, przy czym postępy te nie są równomierne w poszczególnych krajach. Wyniki poprawiły się w 24 krajach a pogorszyły jedynie w trzech krajach członkowskich UE. Największe postępy uzyskano na Litwie, Łotwie, w Portugalii i Grecji, a największy spadek w Słowenii i Rumunii. Według raportu Komisji Europejskiej nadal postępował proces konwergencji, polegający na tym, że kraje o słabszych wynikach rozwijają się szybciej niż kraje osiągające lepsze wyniki.
Komisja Europejska stwierdza także w raporcie o innowacjach, że na poziomie globalnym odnotowuje się przewagę Unii Europejskiej nad USA, Chinami, Brazylią, Rosją, RPA i Indiami (czyli krajami wchodzącymi do ugrupowania BRICS), ale jednocześnie gorsze wyniki Unii wobec Korei Południowej, Kanady, Australii i Japonii.
W latach 2012-2019 Chiny doganiały UE w tempie pięciokrotnie przewyższającym tempo wzrostu innowacyjności w UE. Prognozy wskazują, że Chiny zmniejszą tę lukę jeszcze bardziej i prawdopodobnie prześcigną USA, jeśli utrzymają się obecne tendencje.
Państwa uczestniczące w Indeksie Innowacji klasyfikowane są w oparciu o średnią wyników i zaliczane do jednej z czterech grup. Liderzy innowacji w UE to: Szwecja, Finlandia, Dania, Holandia i Luksemburg, których wyniki w zakresie innowacji ukształtowały się znacznie powyżej średniej UE.
Do grupy silnych innowatorów zaliczono: Austrię, Belgię, Estonię, Francję, Niemcy, Irlandię i Portugalię. Polskę zaliczono zaś do grupy 13 krajów, których wyniki plasują się poniżej średniej UE – czyli do umiarkowanych innowatorów. Do najniższej grupy należy zaś Bułgaria i Rumunia.
W 2013 r. także zajmowaliśmy 24. miejsce (a formalnie 25. gdyż Wielka Brytania nas oczywiście wyprzedzała a była jeszcze członkiem UE) – i od tego roku stoimy niestety w rankingu na tym samym miejscu.
W niektórych dziedzinach objętych badaniem w ramach Indeksu, osiągamy wyniki powyżej średniej UE. Do nich należą: liczba osób z wyższym wykształceniem na 1000 mieszkańców, środowisko przyjazne innowacjom (na ósmym miejscu), wydatki inwestycyjne w przedsiębiorstwach (na 18 miejscu), zatrudnienie w szybko rozwijających się przedsiębiorstwach. Bardzo niskie wyniki notujemy w zakresie innowatorstwa w małych i średnich przedsiębiorstwach (na 26 miejscu).
Czołówka rankingu to Szwecja, Finlandia, Dania, Holandia i Luksemburg. Wartość indeksu dla Szwecji wynosi 140,7 proc. a dla Polski: 58,9 proc. – i taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych.
Spośród nowych krajów UE przed nami są prawie wszystkie z nich. Za nami – tylko Chorwacja, Bułgaria i Rumunia.

Europejski Ranking Innowacyjności 2020

  1. Szwecja 140,7
  2. Finlandia 139,8
  3. Dania 134,5
  4. Niderlandy 127,8
  5. Luksemburg 126,0 23. Łotwa 63,0 24. 24. Polska 58,9 25. Chorwacja 58,8 26. Bułgaria 45,4

Zaistnieć na rynkach wschodnich

Polscy przedsiębiorcy potrzebują konkretnych rad oraz podpowiedzi, które pomogłyby im w skutecznej ekspansji eksportowej na Wschód.

W dobie odmrażania gospodarki wielu przedsiębiorców poszukuje nowych rynków zbytu. Zrozumiałe, że niektórzy z nich myślą o tym aby swoje produkty bądź usługi sprzedawać za naszą wschodnią granicą. Nie ma problemu, aby rozwinąć import ze Wschodu. Nieporównanie trudniejsze jest jednak podjęcie na tym kierunku opłacalnego eksportu.
Wciąż niełatwo tak zorganizować działalność gospodarczą, aby pojawienie się na tym rynku miało sens i przekuło tę obecność na wymierny sukces. Tym bardziej, że eksporterzy nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rządu PiS.
Rosja jest jedną z największych gospodarek na świecie. Znajdują się tam firmy z całego globu. Aby pojawić się i odnieść sukces u naszych wschodnich sąsiadów należy znaleźć niszę na rynku lub zbudować konkurencyjną przewagę.Niewiele polskich firm wykorzystało naszą przewagę z lat 90- tych gdzie dla zachodniej konkurencji Rosja wydawała się jeszcze niezrozumiałym obudzonym niedźwiedziem. Dziś po 30 latach otwarcia rosyjskiej gospodarki zachodnie firmy mniej jej się boją, lepiej rozumieją i dlatego nie reagują już tak panicznie jak wcześniej na zachwiania rosyjskiej gospodarki, która podnosi się po każdym kryzysie jak feniks z popiołów. Każda branża ma swój potencjał w Rosji, a czasy kiedy rosyjscy „przemytnicy” przyjeżdżali z walizkami pieniędzy do Polski się skończyły – mówi Sebastian Sadowski-Romanov, prezes firmy Itro specjalizującej się w doradztwie eksportowym.
Aby na tym specyficznym rynku się odnaleźć i pozyskać partnerów biznesowych lub dystrybutorów należałoby wykonać kilka podstawowych kroków – wprawdzie dosyć naturalnych ale wcale niełatwych do skutecznego wykonania i bynajmniej nie dających pewności, że przyniosą oczekiwany efekt. Jak wszędzie, potrzebny jest także łut szczęścia, jednak szczęściu należy pomagać.

– Dziś jak polska firma chce wejść na rynek rosyjski to musi w to wejście zainwestować. Przygotować materiały w języku rosyjskim, pojechać na misję gospodarczą i wystawić się na targach. Wówczas mamy szansę na znalezienie partnerów na tym rynku, a w wersji idealnej powinniśmy otwierać tam swoje oddziały i fabryki jak uczyniły to TZMO S.A. (materiały opatrunkowe i higieniczne, kosmetyki) czy Cersanit S.A. (kafelki, ceramika sanitarna), którzy są dziś liderami w swoich sektorach na rynku rosyjskim – dodaje Sadowski-Romanov.
To są ogólne i oczywiste obserwacje, ale znacznie trudniej odpowiedzieć na pytania, jak to wszystko zrobić: jak zorganizować wyjazd na misję gospodarczą, na jakich targach się wystawić, co zrobić, by goście zainteresowali się naszym stoiskiem, jak zabrać się za tworzenie własnych oddziałów, z kim w tym celu należy rozmawiać? Takich właśnie, praktycznych rad oczekują nasi przedsiębiorcy.
Niektóre polskie branże mogą poszukać swoich szans jeszcze dalej, na rynku chińskim. Jest on jednak o wiele trudniejszy do zdobycia niż rynek rosyjski, bo Chiny same produkują niemal wszystko, z reguły lepiej niż Polacy, a na pewno taniej. Jednak produkujemy w Polsce produkty, które są w Chinach eksportowym hitem. Niektóre przedsiębiorstwa natomiast zdecydowały się na otwarcie tam swoich fabryk, dzięki czemu mogą znacznie skrócić łańcuch dostaw. Dobrym przykładem wejścia na rynek chiński jest firma Selena (chemia budowlana), która otworzyła tam własny zakład, nie tylko dla potrzeb taniej produkcji, ale właśnie ekspansji na tym rynku. W Chinach produkują także np. Sanok Rubber (pasy klinowe, uszczelki) czy Boryszew (borygo).
Chiny są ogromnym miejscem zbytu i niektóre z polskich firm zdobywają tam już swoje przyczółki, jednak idzie to raczej opornie.

-Chiński konsument szuka produktów o wysokiej jakości i znanej marce, szuka produktów luksusowych, a ja niestety nie mogę powiedzieć że Polska kojarzy mi się z luksusowymi produktami lub znanymi markami. Dlatego należy szukać swoich nisz w mniej popularnych miastach, poza Szanghajem i Pekinem bo tam jest już cały świat ze swoją ofertą. Chińskiej firmy szukają nowych technologii, inwestują w startupy. Więc jeżeli chcemy dziś wejść na rynek chiński to musimy czymś zaskoczyć chińskiego klienta. Naturalnym polskim hitem eksportowym na rynek chiński mogą być wyroby spożywcze i cukiernicze, ponieważ tak ogromny kraj trzeba wykarmić. Ogromny potencjał drzemie w tym rynku również dla producentów gier, ale tak jak z jedzeniem należy dostosować ofertę do rynku. Problemem jest odmienny od europejskiego gust i smak chińskich klientów co wymaga dostosowania produktów i opakowań do ich oczekiwań – zauważa Sebastian Sadowski-Romanov.
I tu także potrzebna byłaby podpowiedź, jak to wszystko zrobić: jak dobrze rozpoznać gust i smak klientów tak olbrzymiego kraju, jakie warunki muszą spełniać polskie produkty i opakowania, aby zaspokoić chińskie oczekiwania?. Na podobne, konkretne rady bardzo czekają polscy przedsiębiorcy.

Presja na prawdziwe zmiany

Utworzenie Wielkich Organizacji Gospodarczych stanowiło próbę przeprowadzenia reformy za czasów Edwarda Gierka.

W wyniku przesilenia politycznego na początku lat 70- tych i zmiany władzy z gomułkowskiej na gierkowską, nastąpiła w Polsce presja na zmiany gospodarcze.
Edward Gierek rozpoczął wielkie reformowanie gospodarki. Powołał pod koniec 1972 r. Partyjno-Rządową Komisję dla Unowocześnienia Systemu Funkcjonowania Gospodarki i Państwa. Komisja wypracowała reformę, znaną jako reforma WOG, czyli Wielkich Organizacji Gospodarczych.
Pod tą nazwą kryła się struktura organizacyjna jednostek gospodarczych zbudowanych na wzór zachodnich koncernów na miejsce zjednoczeń. Miałem zaszczyt być członkiem tej Komisji.
Każde ze zjednoczeń (WOG) miało własną markę: Ponar obrabiarki, Polfa farmaceutyki, Pollena (kosmetyki i drogeria), Polski Len, (przemysł lniarski), Unitra, Ema (silniki elektryczne i elektronarzędzia), Predom (AGD) itd. Przedsiębiorstwa zrzeszone w jednym WOG posługiwały się daną marką. Tylko niektóre przedsiębiorstwa miały własne na przykład Łucznik, Romet, Celma, Zamech, Dolmel, HCP Cegielski, Zamech.
W ramach Komisji powołano Zespół Rządowy ds. Wdrożeń Inicjujących pod przewodnictwem Józefa Pińkowskiego. Jego zadaniem było formalne akceptowanie dokumentów normujących proces wdrożeń. Dla obsługi administracyjnej tego procesu powołano przy Komisji Planowania, ale poza jej hierarchiczną strukturą władczą, Zespół Funkcjonowania Gospodarki Narodowej. Nadano mu specjalne uprawnienia. Jego zadaniem było przygotowywanie zasad funkcjonowania nowego systemu gospodarczego dla poszczególnych zjednoczeń (WOG).
W zespole tym byli zatrudnieni nie urzędnicy lecz sami eksperci. Miałem zaszczyt w tym zespole pracować.
Przygotowywane przez Zespół Funkcjonowania Gospodarki Narodowej nowe zasady gospodarcze dla poszczególnych zjednoczeń (WOG-ów) były zatwierdzane nie przez poszczególne ministerstwa nadzorujące dane zjednoczenie, lecz przez Zespół Rządowy ds. Jednostek Inicjujących. WOG-i miały funkcjonować na rynku bez kurateli ministerstw, wyjęte spod rygorów wskaźników planu centralnego.
Przyjęty tryb wdrażania nowych zasad miał wyeliminować branżowe ministerstwa gospodarcze z procesu decyzyjnego zatwierdzania nowych zasad. Istniało bowiem zagrożenie, że będą one przeciwne takim rozwiązaniom, które czynią je zbędnymi w strukturze centralnych organów zarządzana. Tak więc już wówczas przewidywano radykalne zmiany instytucjonalne w administracji gospodarczej (takie jak likwidacja przemysłowych ministerstw branżowych i wzmocnienie funkcjonalnych resortów, np. Ministerstwa Finansów, Pracy i Płacy.
Zespół nazwano zespołem ds. Jednostek Inicjujących, jako że była koncepcja, aby najpierw wprowadzić nowy system za sprawą właśnie tzw. Jednostek Inicjujących. Po zebraniu doświadczeń należałoby go wprowadzić powszechnie (było to nawiązanie do eksperymentalnego sposobu dotyczącego zakładów “Era” w latach 60- tych).
Zespół ten nie był w stanie podołać ogromowi pracy. Dlatego do pomocy powołano zespoły robocze ekspertów. Miałem okazję być przewodniczącym zespołu dla przemysłu maszynowego, którego zadaniem było przygotowanie konkretnych rozwiązań dla zjednoczeń przemysłu maszynowego – i przedkładanie ich do zatwierdzenia zespołowi rządowemu.
Mogę więc przypomnieć, że stosunkowo wcześnie bo już w 1973 r podjęto badania empiryczne nad stanem wdrożenia nowych zasad w pierwszych dziesięciu jednostkach inicjujących (zjednoczeniach) przemysłu maszynowego, które objęto nowym systemem. Wykonał je Zakład Systemu Funkcjonowania Gospodarki Narodowej Instytutu Planowania. Badania te stanowiły podstawę informacyjną dla dalszego kierowania ruchem jednostek inicjujących.
Zapowiedź tych zmian i powołanie Komisji oraz jej zespołów poza hierarchiczną strukturą wywołało przekonanie, że tym razem istnieje wola polityczna do reformowania gospodarki socjalistycznej. Wywołało to wielką aktywność na rzecz reform w środowisku ekonomicznym oraz w strukturach partyjnych.

Propozycje dobre dla drobnych

Rozwój szybkiego Internetu, systemowe wspieranie inwestycji, dobrowolne składki na ZUS dla mikroprzedsiębiorców – tego potrzeba, aby szybko wyjść z kryzysu.
Pandemia koronawirusa dotknęła niemal wszystkie sektory gospodarki i zdążyła już stać się przyczyną szeregu sprzecznych ze sobą diagnoz i teorii. Jedno można stwierdzić na pewno – spowodowała ona dynamiczny wzrost komunikacji internetowej. Pandemia może też stać się szansą dla budowy powszechnego i szybkiego Internetu w Polsce.
W ciągu kilku tygodni, niemal wszystkie aspekty funkcjonowania bardzo wielu osób przeniosły się do świata wirtualnego. Życie gospodarcze i społeczne nie zatrzymało się – sieć udźwignęła wzrost ruchu dochodzący do kilkudziesięciu procent. Część zmian spowodowanych epidemią będzie jednak miała charakter trwały, podczas gdy przepustowość infrastruktury mobilnej powoli staje się niewystarczająca, tak samo jak zasięg szybkich łączy światłowodowych w kraju.

-Musimy to potraktować jako szanse, a nie zagrożenie i zbudować najlepszą infrastrukturę internetową w Europie, która stanie się naszą przewagą konkurencyjną. Pandemia pokazała nam, że w zasadzie nie ma przyszłości gospodarki bez Internetu – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Wynika z tego szereg znaczących konsekwencji. Przede wszystkim, jeśli nie będziemy mieli wystarczająco wydajnej infrastruktury telekomunikacyjnej, będziemy rozwijać się znacznie wolniej, niż wynikałoby to z naszego potencjału. Jeśli pokrycie tą infrastrukturą powierzchni kraju nie będzie zadowalające, wielu ludzi zostanie narażonych na wykluczenie informatyczne. Stąd oczywisty wydaje się podstawowy postulat: zróbmy wszystko, by zapewnić Polakom powszechny dostęp do szybkiego Internetu.
Punkt wyjścia dla dalszego rozwoju infrastruktury mamy specyficzny – z jednej strony egzamin związany ze wzrostem ruchu sieciowego został zdany, z drugiej w rankingu odwzorowującym poziom tzw. zdigitalizowania społeczeństwa, Polska konsekwentnie zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie.
Dostęp do łączy światłowodowych w Polsce poprawia się, lecz jest wciąż niewystarczający, zaś rekordowa liczba abonentów mobilnych usług szerokopasmowych powoduje wyczerpywanie się przepustowości istniejących instalacji. Dodatkowo, Polska musi sprawnie zaimplementować nowy standard sieci mobilnej, czyli 5G, co również będzie wymagało nakładów na infrastrukturę.
Eksperci ZPP przygotowali zestaw rekomendacji, mogących posłużyć rozbudowie infrastruktury telekomunikacyjnej w Polsce.

– W raporcie tym przedstawiliśmy szereg rekomendacji specyficznych dla infrastruktury telekomunikacyjnej, jednak co do swojej istoty nie odbiegają one od generalnych reguł wspierania inwestycji – mówi dyr. Jakub Bińkowski z ZPP.
Rekomendacje te sprowadzają się zatem przede wszystkim do zabezpieczenia konkurencyjności wewnątrz polskiego rynku, zapewnienia podstawowej przewidywalności regulacji prawnych, uproszczenia i uelastycznienia procedur, a także poniesienia przez państwo pewnego finansowego wysiłku, jako impulsu dla nowych inwestycji. Właśnie tego potrzeba, by w Polsce w ogóle ruszyły wszelkie inwestycje.
Eksperci ZPP podkreślają, że w ostatnich latach dokonano już szeregu działań służących rozwojowi infrastruktury informatycznej (choćby w ramach tzw. „megaustawy”, czy dzięki uruchomieniu środków z Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa) – jednakże z punktu widzenia skali wyzwania, jakie stoi przed Polską, konieczne jest dodatkowe zwiększenie wysiłków.

-Jako pierwsi rzuciliśmy hasło zwolnienia z wpłat na ZUS sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Również jako pierwsi domagaliśmy się zapewnienia płynności finansowej polskim firmom, a potem rozmrażania gospodarki. Teraz jako pierwsi rzucamy hasło jej odbudowy i wykorzystania kryzysu jako szansy do dokonania skoku cywilizacyjnego – powiedział Cezary Kaźmierczak.
Internet to kluczowy ale oczywiście nie jedyny instrument jaki trzeba wykorzystać do realizacji tego wielkiego zadania. W tym kontekście warto przypomnieć rozsądną propozycję, którą swego czasu wspierał lider Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz.
Postulował on, aby już od początku bieżącego roku płacenie składek na ZUS było dobrowolne dla małych firm: kto chce mieć wyższą emeryturę i korzystać z uspołecznionej służby zdrowia, ten płaci składki, a jeśli godzi się na niższą emeryturę i woli korzystać z leczenia prywatnego, to po prostu ich nie płaci.
Jest to propozycja ze wszech miar racjonalna, a przede wszystkim rozszerza zakres wolności obywatelskich – wciąż tak niewielki w naszym kraju. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Władysław Kosiniak-Kamysz potraktował pomysł dobrowolnych składek na ZUS jako chwyt propagandowy.
Do Sejmu trafił wprawdzie w grudniu poselski projekt ustawy wprowadzającej dobrowolność płacenia składek – ale nie słychać, aby szef ludowców próbował go wspierać. Tymczasem doraźne zawieszenie płacenia składek na ZUS, związane z epidemią koronawirusa, absolutnie nie załatwi problemów małych przedsiębiorców z rujnujących ich ZUS-em.
Zbliża się połowa roku, w którym, według Kosiniaka-Kamysza, dobrowolny, systemowy ZUS miał już stać się faktem. „Od przyszłego roku dobrowolny ZUS i koniec” – zapewniał Władysław Kosiniak-Kamysz we wrześniu ubiegłego roku na konwencji w Sandomierzu. No i co Panie prezesie?

Gospodarka 48 godzin

Festiwal obietnic
Tarcza antykryzysowa wciąż nie działa tak jak powinna, a wybory prezydenckie coraz bliżej. Dlatego rząd PiS sypie kolejnymi obietnicami. Ostatnio Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19. Jak zapowiada rząd, już niedługo te ważne rozwiązania pomogą firmom w zachowaniu miejsc pracy. „Uruchomimy ponad 560 mln zł na dopłaty do odsetek kredytów dla firm, które wpadły w kłopoty przez COVID-19” – stwierdza Rada Ministrów. W tym roku na ten cel ma pójść prawie 300 mln zł, a reszta – ponoć w przyszłym. Powinno to wygenerować kredyty o wartości ok. 32 mld zł. Banki będą więc udzielać kredytów przedsiębiorstwom dotkniętym skutkami wirusa, a do odsetek dopłacą podatnicy, czyli państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Wsparcie ma trafić także do przedsiębiorców działających w sektorze podstawowej produkcji rolnej. Rząd chce również chronić polskie firmy przed wrogimi przejęciami przez inwestorów spoza Unii Europejskiej w momencie, w którym – ze względu na epidemię – ich wycena może być szczególnie niska. Przyszłe rozwiązania dotyczące kontroli przejęć spółek mają obowiązywać przez 2 lata. Transakcje nabycia znacznej liczby udziałów w takich spółkach będą kontrolowane przez prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – co jednakże ze względu na niską skuteczność tego urzedu mieć będzie głównie znaczenie propagandowe.
Wsparcie otrzymają także samorządy (żeby nie mówiono, że PiS tak je tępi). Podwojony na kilka miesięcy ma zostać udział powiatów, w tym większych miast, w dochodach z gospodarki nieruchomościami Skarbu Państwa – od 1 maja tylko do końca 2020 r. Złagodzona będzie reguła fiskalna ograniczająca zadłużanie się samorządów. W związku z COVID-19, w tym roku możliwa będzie nierównowaga budżetu samorządów, powiększona dodatkowo o wartość faktycznego zmniejszenia się dochodów. Tzw. janosikowe (płacone przez zamożniejsze samorządy na rzecz biedniejszych) – przypadające w maju i czerwcu 2020 r., będzie można zapłacić w drugim półroczu tego roku. W bieżącym roku samorządy będą mogły przeznaczyć pieniądze z tzw. funduszu korkowego (środki pozyskiwane od przedsiębiorców sprzedających alkohol) na przeciwdziałanie i łagodzenie skutków koronawirusa. Rząd chce też obniżyć koszty udziału wykonawców w przetargach, a także poprawić ich płynność finansową. Nie będzie już obowiązku żądania wadium – ale tylko w przetargach o wielkiej wartości, powyżej progów unijnych. Wprowadzony ma być obowiązek zapłaty wynagrodzenia w częściach lub udzielania zaliczek przy dłuższych umowach dotyczących zamówienia publicznego. Obniżona zostanie dopuszczalna wysokość zabezpieczenia przy zamówieniach publicznych.
Wśród obietnic dla tzw. zwykłych obywateli jest zaś zapowiedź możliwości zawieszenia spłaty kredytu i odsetek (najwyżej do 3 miesięcy). To także ma tylko znaczenie propagandowe, bo taka możliwość jest zawsze, co nie znaczy, że można z niej skorzystać. Ma to dotyczyć wyłącznie osób, które straciły pracę lub inne główne źródło dochodu po 13 marca 2020 r. Ponadto, nieco więcej darowizn będzie można odliczyć od podstawy obliczania podatku dochodowego. Będzie to dotyczyć darowizn przekazanych na rzecz domów dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży, noclegowni, schronisk dla osób bezdomnych, czy domów pomocy społecznej.

Patologie zamiast rynku

Nasilenie przestępczości gospodarczej i korupcji podczas polskiej tranformacji na początku lat 90. przekroczyło masę krytyczną.

Uruchomiony proces prywatyzacji jako drogi do wolnego rynku bez okresu przejściowego (przygotowawczego) obfitował w powszechne sytuacje patologiczne, których doświadczyliśmy przez cały okres transformacji. Zamiast wolnego rynku mieliśmy jego wypaczenia.
Można powiedzieć, że przestępstwa gospodarcze i korupcja zdarzają się w gospodarce rynkowej incydentalnie. Tak to prawda. Ale decyduje tu zakres tej patologii na danym rynku, przekroczenie tak zwanej masy krytycznej. Polski rynek w okresie transformacji, ze względu na powszechność takich zjawisk znacznie ją przekraczał.
Nie można mówić o gospodarce rynkowej, kiedy na rynku decydentem w podejmowaniu decyzji podmiotów gospodarczych jest państwo. Zakres ingerencji państwa w gospodarkę pozostawał ciągłe szeroki. Nawet ustawa o swobodzie przedsiębiorczości z 1988 r. musiała być ograniczana z uwagi na stosowaną politykę gospodarczą i przewagę zachowań przedsiębiorstw państwowych na rynku.
Czy można mówić, że transformacja rzeczywiście była procesem przejścia od systemu centralnego planowania do wolnego rynku?. Ci którzy tak głoszą nie dostrzegają rzeczywistości rynkowej.
Doskonale ilustrują to np. mechanizmy rynku usług konsultingowych, czy rynku nieruchomości. To państwo decydowało o wyborze firmy konsultingowej, która ma opracować materiały dla danego prywatyzowanego przedsiębiorstwa państwowego. Państwo decydowało, które przedsiębiorstwo ma być sprzedane i komu i za jaką cenę. Tak więc, nie mechanizmy wolnego rynku decydowały o rzeczywistych procesach rynkowych, a decyzje odgórne państwa (podobnie jak w gospodarce socjalistycznej.
Grzegorz Kołodko zwraca uwagę na niedostosowanie wolności na rynku (deregulacji) z oprzyrządowanie instytucjonalnym i normami prawnymi blokującymi nieuczciwe działania na rynku. Nazywa to bezhołowiem, neoliberalnym instytucjonalnym bałaganem, będącym produktem nadwiślańskiego neoliberalizmu polegającego na radykalnej liberalizacji rynku – cen, handlu, przedsiębiorczości – bez odpowiednich regulacji. Gospodarka weszła w dewastujący stan systemowej pustki: czyli ani plan, ani rynek.
Do tworzenia takich mechanizmów nadawał się model skrajnego liberalizmu (czyli puszczenie procesów gospodarczych na żywioł niewidzialnej ręki rynku). Niewidzialna ręka rynku okazałą się być narzędziem załatwiania interesów jednych bez oglądania się na koszty dla innych. Model ten rażąco nie przystawał do gospodarki postsocjalistycznej. Podmioty na rynku były w ręku państwa przy całkowitym uwolnieniu rynku. To przesądzało o tym, że nie rynek decydował o decyzjach podmiotów gospodarczych, a państwo (i jego struktury).
Należy wspomnieć, że tworzone było prawo ułatwiające patologie rynkowe. Na przykład likwidacja konfiskaty majątku uzyskanego nielegalnie (z naruszeniem prawa). G. Kołodko próbował wprowadzić przepisy ograniczające szarą strefę i nielegalne bogacenie się. Proponował w 2002 r. abolicję podatkową i wprowadzenie dodatkowego dokumentu, deklaracji majątkowych, które byłyby składane rocznie wraz z PIT-tem.
Abolicja podatkowa miała umożliwić zdjęcie odium nieuczciwości w biznesie (za nieuczciwe bogacenie się), naprawić błędy i zalegalizować dochody. Podatnik musiałby zapłacić zaledwie 7,5 proc. podatek od ujawnionego dochodu – i w ten sposób oczyścić się od wszelkich podejrzeń. A deklaracje majątkowe pokazywałyby, jak zmieniał się majątek podatnika, odcinając go od wszelkich podejrzeń o jakiekolwiek nielegalne machinacje. Niestety ta próba nie mogła być przeforsowana przez ówczesne szczeble decyzyjne (rząd, Sejm). Zrodziła jedynie pogłoski o potrzebie odejścia G. Kołodki z rządu, co też się stało w 2003 r.
W okresie transformacji głoszono, że urządzamy rynek na wzór zachodni. Nie można jednak mówić o mechanizmach rynkowych, jeśli na rynku działają jednocześnie przedsiębiorstwa obciążone nadmiernie podatkami (państwowe) i przedsiębiorstwa zwolnione od podatków (prywatne zagraniczne). Było wiadomo, że do działania mechanizmu rynkowego potrzebna jest przewaga prywatnych podmiotów na rynku.
Podmioty działające na rynku mają mieć równe szanse. Tak działał rynek w krajach zachodnich wraz z narodzinami kapitalizmu. Nie sposób, żeby nie wiedzieli tego ówcześni kierujący sferą gospodarczą w Polsce.

Złudna magia niewidzialnej ręki

Rynek stworzony w Polsce w wyniku transformacji nie mógł funkcjonować w normalny sposób.

Leszek Balcerowicz nigdy nie był praktykiem gospodarczym. Musiało to wywrzeć pewien wpływ na jego postrzeganie funkcjonowania podmiotów gospodarczych w różnych warunkach systemowych. Inaczej zachowuje się przedsiębiorstwo na wolnym rynku, a inaczej pod rygorem planu (narzuconych z góry wskaźników). Wolny rynek ma miejsce wtedy, gdy na rynku funkcjonuje przewaga przedsiębiorstw prywatnych. Następuje alokacja kapitału, zgodna z motywacjami podmiotów rynkowych.
Prywatne przedsiębiorstwo na wolnym rynku ma inną motywację niż przedsiębiorstwo państwowe. Motywem działania przedsiębiorstwa prywatnego na wolnym rynku jest zysk, przedsiębiorstwa państwowego (szczególnie przy przewadze przedsiębiorstw państwowych) jest plan. Pytanie, co jest motywem dziania przedsiębiorstwa państwowego, kiedy jest wyzwolone z rygów planu?. Przedsiębiorstwo prywatne działając na rynku i nie osiągając zysku bankrutuje, w wyniku czego właściciel ponosi uszczerbek swojego majątku. Przedsiębiorstwo państwowe zaś w wyniku bankructwa nikogo bezpośrednio nie dotyka (kierownictwo tego przedsiębiorstwa nie ponosi konsekwencji majątkowych). Stąd nie ma motywacji do tego, aby nie dopuścić do bankructwa. Jest to kardynalna sprawa, która nie został dostrzeżona na początku transformacji i w trakcie jej trwania. Być może realizator tej transformacji również nie dostrzegał tego. Tym bardziej jego późniejszy mentor J. Sachs, który w ogóle nie miął styczności z funkcjonowaniem gospodarki planowej w teorii, a zwłaszcza w praktyce. Bankructwo przedsiębiorstwa państwowego może być nawet „dobrodziejstwem”. Daje ono szansę na uwłaszczenie się jego kierownictwa. Przysporzenie swojego majątku.
Transformacja pod parasolem wymogów gospodarki rynkowej stworzyła idealne warunki do bankructwa przedsiębiorstw państwowych. Zwłaszcza, gdy polityka gospodarcza temu sprzyjała. W transformacji bowiem nakładano na nie dodatkowe podatki i obciążenia, na przykład zwiększając raty uprzednio pobranych kredytów bankowych i wprowadzając dywidendę od przedsiębiorstw państwowych dla skarbu państwa, (której w gospodarce socjalistycznej nie było), likwidując cło, otwierając granice dla nieograniczonego napływu towarów z zagranicy, wprowadzając dodatkowy podatek od płac. Blokada wzrostu płac dla przedsiębiorstw państwowych (tzw. potocznie popiwek) miała przezwyciężyć opór załóg do przekształceń majątkowych, ponieważ prywatne przedsiębiorstwo nie miało ograniczeń dla wzrostu płac.
Na to wszystko nałożyły się wakacje podatkowe dla zagranicznych firm, które w drodze zakupu za bezcen zagrożonych bankructwem polskich przedsiębiorstw państwowych, mogły masowo napływać do Polski i nie płacić podatków. W ten sposób zlikwidowano możliwość konkurowania na rynku polskim rodzimym firmom (państwowym czy prywatnym) z masowo napływającymi firmami obcymi. Nie stworzono więc warunków do uczciwej konkurencji. Nie stworzono tych warunków mimo że w 1989 r. w Polsce mieliśmy ok. 20 – procentowy udział sektora prywatnego w tworzeniu produktu krajowego brutto (rolnictwo i rzemiosło). Pozbawiono polską gospodarkę podstawowej cechy gospodarki rynkowej – konkurencji. Na rynku transformacji wzbogacenie się nie zależało od sukcesów na rynku, lecz od „sukcesów” w działaniach strukturalnych władzy. Na początku transformacji na rynku pozostawały prawie wyłącznie przedsiębiorstwa państwowe. Prywatne rzemiosło nie miało szans rozwoju działania wobec konkurencji kapitału obcego i otwarcia importu, jak również braku odpowiedniej polityki dla tego sektora. Nie przeprowadzono także powszechnej komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych, co nawet strukturalnie nie upodobniło zarządzania tymi przedsiębiorstwami do prywatnych (wieloosobowy zarząd, rada nadzorcza, zgromadzenie wspólników). Nastąpiło to parę lat później.
Z natury rzeczy państwo jako właściciel przedsiębiorstw państwowych, musiało wstępować na rynku,. To ono podejmowało decyzje rynkowe. Państwo decydowało komu i za ile sprzedać dane przedsiębiorstwo, czy daną nieruchomość lub ruchomości, albo jak je sprywatyzować. Na początku transformacji powstała paradoksalna sytuacja na rynku: przewaga przedsiębiorstw państwowych uwolnionych z rygoru planu. Naturalna motywacja działania przedsiębiorstw państwowych była odmienna niż prywatnych. Stąd rodziły się patologie na wolnym rynku.

Wzmacnianie naszej wątłej tarczy

Potrzebne są przemyślane działania rządu, umiejętność korzystania z funduszy unijnych, dobra współpraca z samorządami. I odłożenie wyborów prezydenckich.

Dopiero co zaczęła obowiązywać tarcza antykryzysowa, a już okazuje się, że jest ona mało skuteczna i wymaga radykalnego wzmocnienia.
Reprezentanci największych organizacji pracodawców i przedsiębiorców w Polsce, skupieni w nowo utworzonej Radzie Przedsiębiorczości, uważają, że dotychczas przyjęte zmiany nie chronią odpowiednio firm i miejsc pracy przed likwidacją. Apelują więc o pilne wypracowanie nowych rozwiązań i narzędzi, stosownych do potrzeb gospodarki.
Chodzi im zwłaszcza o pilne zapewnienie odpowiednich środków pomocowych dla przychodni i szpitali, które zmagać się będą z drastycznym wzrostem kosztów funkcjonowania, związanych z zakupem wyposażenia i środków ochrony.

Primum non nocere

Branża medyczna ma dzisiaj szczególne znaczenie i nie można dopuścić do pogorszenia jej sytuacji finansowej. Potrzebne działania obejmują w szczególności stworzenie należytych warunków pracy dla personelu medycznego – zapewnienie środków ochrony osobistej oraz możliwości wykonania testów. Koszty związane z kwarantanną personelu medycznego ponoszone przez podmioty lecznicze, powinny zostać przeniesione na budżet państwa. Budżet państwa za pośrednictwem ZUS, powinien przejąć też finansowanie składek na ubezpieczenia społeczne pracowników wykonujących pracę w szpitalach i ratowników medycznych – w części finansowanej przez samych ubezpieczonych. Takie rozwiązanie podniosłoby wynagrodzenia netto osób, które z ogromnym poświęceniem wykonują swoje obowiązki zawodowe, niejednokrotnie przeznaczając swoje prywatne fundusze na zakup brakujących środków ochronnych.
Pożądane byłoby także rozszerzenie zwolnienia ze składek płaconych do ZUS na wszystkie firmy przeżywające trudności ekonomiczne w związku ze skutkami COVID-19, bez ograniczeń co do ich wielkości.
Przedsiębiorstwa czekają również na zwolnienie z podatków dochodowych CIT, PIT, VAT-u, oraz podatku od nieruchomości przez drugi kwartał 2020 r., o ile ich dochody spadną o więcej niż 30 proc. Wiele z nich nie ma szansy osiągnięcia jakiegokolwiek przychodu. Natomiast wciąż muszą opłacać świadczenia, tj. koszty najmu, mediów, telefonów, itp. Powinny otrzymać także zagwarantowanie dopłat wynagrodzeń do połowy ich wysokości, przy obowiązku utrzymania zatrudnienia przez cały okres równy okresowi wsparcia, niezależnie od wielkości firmy. Należy zapewnić im też środki publiczne na pokrycie wydatków i szkód związanych z wykonywaniem obowiązków nałożonych przez władze publiczne związanych z walką z koronawirusem.
Wreszcie, organizacje skupione w Radzie Przedsiębiorczości postulują zniesienie zakazu handlu w niedzielę i umożliwienie dostępu obywateli do niezbędnych im produktów pierwszej potrzeby. Byłoby to konieczne rozwiązanie dla rozładowania powszechnych kolejek, szczególnie w sklepach spożywczych.

Z unijnej kasy

Polska tarcza antykryzysowa szwankuje, natomiast Unia Europejska, odsądzana od czci i wiary przez Prawo i Sprawiedliwość za rzekomy brak solidarności, uruchomiła już 1 miliard euro z Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych na gwarancje kredytowe. Przyznaje je Europejski Bank Inwestycyjny za pośrednictwem krajowych instytucji finansowych. Ma to pomóc w zapewnieniu płynności finansowej co najmniej 100 000 europejskich średnich i małych firm, dotkniętych skutkami gospodarczymi pandemii COVID 19.
Jest to pierwsza część pakietu unijnych środków pomocowych mających zapewnić szybkie wsparcie dla europejskich MŚP. Małe i średnie przedsiębiorstwa są najbardziej dotknięte kryzysem i konieczne jest zapewnienie im odpowiedniej płynności, aby mogły przetrwać kryzys. Nie chcą tego robić banki komercyjne, zainteresowane wyłacznie własnym, bezpiecznym zyskiem. Zawsze w okresach kryzysu banki te z większą ostrożnością podchodzą do oceny ryzyka i pożyczania środków. Dlatego konieczne są specjalne zabezpieczenia – przede wszystkim takie jak gwarancje UE, wspierające podobne finansowanie.
Valdis Dombrovskis, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej ds. gospodarki, zwrócił uwagę, iż firmy walczą, a UE szybko reaguje, aby pomóc w łagodzeniu ciosu i pomóc małym i średnim przedsiębiorstwom, które są szczególnie narażone. Wspomniany miliard euro może przynieść natychmiastową ulgę pieniężną dla mniejszych firm w Europie dotkniętych pandemią koronawirusa. Już w tym miesiącu pieniądze będą płynąć za pośrednictwem lokalnych banków i pożyczkodawców, aby pomóc osobom i przedsiębiorstwom najbardziej dotkniętym kryzysem.
Ten 1 miliard euro przyniesie wielokrotnie większe wsparcie. Umożliwi on bowiem Europejskiemu Funduszowi Inwestycyjnemu udzielenie gwarancji o wartości 2,2 miliarda euro, co z kolei powinno się przełożyć na uruchomienie 8 miliardów euro kredytów dla europejskich małych i średnich przedsiębiorstw. Gwarancje są oferowane przez EFI na podstawie składanych wniosków. Pokryją one do 80 proc. potencjalnych strat z tytułu udzelonych kredytów (w przeciwieństwie do standardowych 50 proc.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości woli omijać temat pomocy, jakiej udziela Unia Europejska, bo to kłóci się z obowiązującą propagandową narracją o wrednej UE. Polski Krajowy Punkt Kontaktowy ds. Instrumentów Finansowych UE (niezależny od rządu) informuje jednak, że każda zainteresowana instytucja finansowa, obsługująca lub zamierzająca obsługiwać polskich przedsiębiorców przy pomocy instrumentów finansowych UE, w szczególności klientów dotkniętych COVID-19, otrzyma niezwłoczne i bezpłatne wsparcie. Pytanie, czy krajowe instytucje finansowe – chodzi tu zwłaszcza o państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego – skorzystają z unijnej oferty finansowej?

Wykuć nową tarczę

Z ofertą pomocy unijnej koresponduje opinia organizacji Business Centre Club. BCC uznaje bowiem przedsiębiorców za „jedną z najbardziej zagrożonych grup negatywnymi skutkami epidemii koronowirusa i jej negatywnego wpływu na gospodarkę” (z czym oczywiście trudno się zgodzić, ale taki jest pogląd organizacji przedsiębiorców). W związku z tym uznaje, że niezbędne są wszelkie działania, które pomogą firmom przetrwać najgorszy czas.
Dotyczy to w szczególności przedsiębiorców realizujących projekty finansowane ze środków UE. W najbliższym czasie mogą one być jedynymi w Polsce inwestycjami o charakterze rozwojowym. Należy zatem podjąć szczególne środki, umożliwiające kontynuację tych projektów przez przedsiębiorców, którzy je rozpoczęli, bądź będą chcieli rozpocząć.
Na początku marca w Polsce, w systemie funduszy europejskich realizowanych było 59 797 umów o pełnej wartości ponad 451 mld zł, z czego wkład unijny wynosił 274 mld zł. Oczywiste jest, że Ministerstwo Rozwoju oraz Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej powinny podjąć wszelkie działania, które umożliwią dokończenie tych inwestycji. Chodzi zwłaszcza o skrócenie okresu oczekiwania na zwrot refundacji, zwiększenie poziomu dofinansowania ze środków publicznych, poszerzenie kategorii kosztów kwalifikowanych.
„Należy w tym zakresie rozpocząć pilne rozmowy z Komisją Europejską, a zmiany i środki, które zaproponowała do tej pory Komisja Europejska powinny być pilnie wdrożone do systemu krajowego” – postuluje słusznie BCC.
To jednak nie wszystko. Te rozwiązania, które już zostały przygotowane i stanowią zapisy programu Tarczy Antykryzysowej, powinny przebiegać w warunkach umożliwiających współpracę zarówno z opozycją jak i deklarującymi taką wolę organizacjami przedsiębiorców. Aby było to możliwe i osadzone w realiach możliwości finansowych państwa należy niezwłocznie, w oparciu o przepisy Konstytucji, odsunąć w czasie wybory na urząd Prezydenta RP oraz podjąć prace nad nowelizacją budżetu – uważa dr. Janusz Steinhoff z Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC.
Rzecz jest to pilna, gdyż zdaniem wspomnianego gabinetu, w świetle dynamicznie zmieniającej się sytuacji w gospodarce europejskiej i polskiej, jako całkowicie nieaktualne i niewiarygodne należy ocenić prognozy makroekonomiczne prezentowane przez administrację rządową i Narodowy Bank Polski.
Natomiast priorytetem dotyczącym pomocy publicznej powinny być naturalnie objęte te branże, które w wyniku narzuconych przepisów administracyjnych utraciły całość przychodów (gastronomia, kultura, branża eventowa, niektóre usługi, w tym transportowe). Oczywiste także, że przy realizacji programu antykryzysowego niezbędna jest partnerska współpraca z samorządem terytorialnym. Niestety, dla obecnej władzy, te samorządy które nie zostały opanowane przez PiS, są wrogiem i celem do unicestwienia lub zdobycia.
Dodatkowym czynnikiem komplikującym konieczne działania antykryzysowe jest faktyczny (czyli kiepski) stan finansów publicznych oraz problemy strukturalne naszego państwa, związane z zaniechaniem koniecznych reform w służbie zdrowia, edukacji czy energetyce. W związku z tym, zdaniem J. Steinhoffa, należy odejść wreszcie od modelu sceny politycznej, na której dominuje socjotechnika i populizm.
I tak właśnie gospodarka nieuchronnie łączy się z polityką.

Czy tak musiało się stać?

Plan Balcerowicza spowodował, że w Polsce nastąpił największy spadek produktu krajowego brutto spośród krajów naszego regionu.

Omawiając wyzwania przed jakimi stanął rząd premiera Mazowieckiego w 1989 r., Leszek Balcerowicz wymieniał: stan gospodarczej katastrofy, ceny galopowały 23-30 proc. miesięcznie, potężne kolejki, gospodarka się kurczyła, kraj był bankrutem. Stwierdził też: „dodatkowo w PRL pobrano od ludzi przedpłaty na samochody i mieszkania, które rząd wykupi z pieniędzy budżetowych”.

Istotnie takie były z grubsza  fakty. Z jego wypowiedzi wynika, że musiał stawić czoła takiej sytuacji i stosować drastyczne środki. Ale analizując działania L. Balcerowicza widać, że w dużej części taka sytuacja była wywołana właśnie przez niego. .

Tak, ceny galopowały ale dlaczego? Ano dlatego, że pod pozorem walki z inflacją w ramach planu Balcerowicza dokonano kolejnego uwolnienia cen (pierwsze uwolnienie nastąpiło jeszcze przed Balcerowiczem). Ceny mogły sobie hulać, a więc poszybowały w górę.

Przeciwdziałaniem tej sytuacji powinno być podjęcie energicznych działań dla zwiększenia produkcji rynkowej i usług dla ludności. Tymczasem L. Balcerowicz podejmował działania odwrotne. Polegały one na ograniczeniu podaży produkcji i usług rodzimych przedsiębiorstw. Produkcja przemysłowa w latach 1990-1991 zaczęła raptownie spadać, poprzez prywatyzację i niszczenie (prywatyzowanie) rodzimych przedsiębiorstw, gloryfikowanie kapitału obcego, zwolnienie go z podatków, przekazywanie przedsiębiorstw za bezcen, przekazywanie praw własności jeszcze przed sprzedażą, po zapłaceniu pierwszej raty. I nie zawsze egzekwowano wpłaty wszystkich rat.

Czy sprzedaż za złotówki, a nie za dolary (przy chronicznym braku dewiz i rosnącym zasłużeniem zagranicznym) i płacenie dolarami wygórowanych cen za usługi firm konsultingowych, to też było narzędzie pomocne dla pokonania powyższych wyzwań?

Z drugiej zaś strony mamy gnębienie, jeszcze polskich przedsiębiorstw, nałożonymi dodatkowymi podatkami: tzw. dywidenda państwowa płacona od wartości majątku trwałego (uprzednio znacznie podwyższonego w wyniku aktualizacji podwyżek cen) po tzw. skomercjalizowaniu (przygotowaniu do prywatyzacji), podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń tzw. popiwek, wpłaty z zysku netto, bezwzględne egzekwowanie zaciągniętych wcześniej kredytów (ciągle zwiększających się wskutek zwiększania oprocentowania).

Przedsiębiorstwa zaciągały kredyty na działalność przy oprocentowaniu normalnym. Po zwiększeniu stóp procentowych przez L Balcewicza nagle banki domagały się (wtedy jeszcze państwowe) horrendalnie wysokich odsetek: kilkadziesiąt, kilkaset procent, w tym za zaległości przeterminowane jeszcze wyższych. Żadne przedsiębiorstwo w normalnych warunkach nie jest w stanie udźwignąć tego ciężaru. Dochodziło do blokady udzielania nowych kredytów przez banki jeszcze państwowe na kontynuowanie działalności państwowym podmiotom – co przecież prowadziło do hamowania produkcji, bankructwa i w konsekwencji do złodziejskiej prywatyzacji (często likwidacji). Wszystko to jest opisane szczegółowo w książkach R. Ślązaka oraz W. Kieżuna. Z opisów tych wynika, że działania w tym okresie nie miały nić wspólnego z przezwyciężeniem wyzwań stojących przed gospodarką – realizowały zupełnie inne cele (głównie uwłaszczenie nomenklatury i likwidację przedsiębiorstw). Do tego dochodził skrajny brak ochrony rynku  wewnętrznego (likwidacja ceł w marcu 1990 r.) i w rezultacie uwolnienie importu. Spowodowało to zalewanie naszego rynku towarami przemysłowymi i importowaną żywnością dotowaną przez ówczesną EWG. 

Ten masowy import był dodatkowym elementem, oprócz wyżej wymienionych, do unicestwiania polskich producentów – na przykład wyroby dziewiarskie i pończosznicze z Chin, Indii, Tajlandii, Turcji i Włoch często bez oznaczeń firmowych ani jakościowych. Nie trzymanie wymogów jakościowych umożliwiało sprzedaż na rynku polskim po relatywnie niskich cenach. (co zresztą trwa do dzisiaj w supermarketach – specjalna produkcja  z przeznaczeniem na polski rynek).

W tym miejscu warto zacytować trafne spostrzeżenie A. Dryszela: ”Naukowe, jedynie racjonalne podejście opiera się na przeświadczeniu, jeżeli coś się zdarzyło, to znaczy, że musiało się zdarzyć – czego dowodem jest właśnie to, że się zdarzyło. Wydaje się, że Leszek Balcerowicz powinien to rozumieć, skoro sam o sobie mówi, że jest człowiekiem, który stara się opierać na empirii”. Dodajmy: skoro sam uprawia naukę i jest doktorem habilitowanym.

Koncepcje polskiej transformacji powstały nie w Polsce. Polskie propozycje polskich ekspertów były odrzucane (szczegółowo jest o tym mowa w książce W. Kieżuna i T. Kowalika). Były one dziełem  George’a Sorosa i Jeffrya Sachsa. Pisze o tym bardziej szczegółowo M. Barański. L. Balcerowicz był twórczym realizatorem tej  koncepcji. George Soros włączał się do uruchomienia transformacji finansując Fundację Batorego, która popierała tak realizowaną transformację (fundacja działa do dziś). Jedynie Jeffrey Sachs był wyrocznią, z którym rozmawiano i którego słuchano.

Pełna lista kroków cytowana jest w  książce W. Kiezuna (str. 123-126) jako „Program  J. Sachsa i D. Liptona” . W ramach twórczej adaptacji L. Balcerowicz nieznacznie go zmienił, na przykład nie zlikwidował popiwku dla przedsiębiorstw państwowych. Skutkowało to m. in. tym, że załogi dążąc do zwiększenia zarobków przychylnie odnosiły się do prywatyzacji, ponieważ było to droga do pominięcia bariery wzrostu wynagrodzeń.

Warto przytoczyć opinię laureata nagrody Nobla Miltona Friedmana (liberała): „Kontrola płac nie ma nic wspólnego ze zwalczaniem inflacji. Przeciwnie pogłębia ją, ponieważ powoduje nieefektywne rozmieszczenie sił roboczej, spadek produkcji pogorszenie sytuacji społeczeństwa. Kontrola plac przy jednoczesnym swobodnym kształtowaniu się cen prowadzi w prostej drodze do katastrofy” (za W. Kieżunem str. 185). Tak więc wyzwania, z którymi przyszło stawić czoła L. Balcerowiczowi były wywołane jego polityką, a nie zastanym stanem.

Autor wyżej wymienionych działań zaznacza, że „gospodarka została zliberalizowana” i można było podejmować własną działalność gospodarczą”. Przytacza przykład owej liberalizacji: „legalnie można było importować dobra” Jak widać, podawany przykład – że można było zalewać rynek importem ze wszystkimi tego konsekwencjami (eliminowanie polskiej produkcji, generowanie bezrobocia itd.) – może być odbierany jako efekt pozytywny.

L. Balcerowicz stwierdza, że na kolejne zmiany trzeba było więcej czasu, żeby rozwój sektora prywatnego przewyższył kurczenie się starego. Sektor prywatny zwiększał się wskutek prywatyzacji przez kapitał zagraniczny i rodzimą oligarchię, likwidacji ulegał  polski sektor prywatny (rzemiosło). Podkreślił też, że produkt krajowy brutto zaczął rosnąć w połowie 1991 r. Aby podkreślić skuteczność jego reform, przytoczył przykład Wielkiej Brytanii: że podobne reformy Margaret Thatcher przyniosły pierwsze efekty dopiero po trzech latach.

Chwyt narracyjny, że PKB zaczął rosnąć w połowie 1991 r. przykrył rzeczywistość, która została opisana w artykule A. Jakubowicza, stwierdzającym, iż spadek PKB w latach 1990-1991 w stosunku do 1989 wynosił aż 22,7 proc., a w 4-leciu (1990-1994) 19,1 proc. Spadek ten był największy spośród krajów naszego regionu. L. Balcerowicz jednak dodaje, że spadek statystycznego PKB w dużej mierze wynikał z tego, że GUS nie był w stanie mierzyć tego, co rosło, czyli sektora prywatnego, bo dopiero później udoskonalono metody liczenia. To jest gołosłowne podważanie wiarygodności statystyki, bez żadnego uzasadnienia.

Na uwagę, że jednak nie wszyscy identyfikują Plan Balcerowicza z pozytywami, bo wiele osób straciło pracę i trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości, Leszek Balcerowicz odpowiada: „Gdybyśmy zbyt wolno zmieniali naszą gospodarkę jak Łukaszenka na Białorusi, to efekty reform z pewnością byłyby mniej dotkliwe niż efekty ich braku /…/ Można to sprawdzić, jadąc np. na Białoruś”.

Porównanie do Białorusi całej patologii związanej z likwidacją PGR i bezrobociem oraz wykluczeniem mówi samo za siebie. Można tylko dodać, że dzięki temu na Białorusi nie było bezrobocia takiego jak u nas ze wszystkimi tego konsekwencjami. To myśmy kupowali od Białorusi traktory „Mińsk” po tym jak osaczono zakłady Ursusa reformami L. Balcerowicza. Zresztą, argumentacja ta jest kulą w płot. PKB Białorusi przyjmując rok 1995 za 100 proc. wzrósł o 299,6 proc. w roku 2018, czyli prawie 3-krotnie, zaś polski 249,7 proc. czyli prawie 2,5-krotnie w tymże 2018 r. (vide A. Jakubowicz w artykułach w Trybunie).

L. Balcerowicz powtarza: „Polska na tle innych krajów postsocjalistycznych osiągnęła najlepsze wyniki pod względem rozwoju gospodarki”. Odnosząc się do tego, że na Śląsku nie wspomina się dobrze tej reformy, podkreśla, iż  górnicy wcale nie chcieli, żeby ich synowie pracowali w niewydajnych i niebezpiecznych kopalniach – a dziś wiele osób pracuje tu w nowoczesnych usługach, jak w każdym prosperującym europejskim regionie.

K. Duda  opisując losy ludzi pozbawionych pracy na przykładzie Katowic Załęże, m.in. podaje, że pozbawieni pracy mężczyźni znajdowali pracę w firmach ochroniarskich, a kobiety w firmach sprzątających, które powstały z eliminowania tego rodzaju usług na zewnątrz. Hinduski właściciel Arcelor Mittal,  niezlikwidowanej części polskiego hutnictwa (m.in. dwóch największych hut w Polsce w tym Nowej Huty) wyłączył jedyny wielki piec w krakowskim kombinacie. Czy to miałby być koniec koniec hutnictwa w Polsce?

 Nie sposób się zgodzić się z tym, że usługi ochroniarskie, lub sprzątanie są nowoczesnym usługami. Ani z tym, że w wyniku reform efektem pozytywnym ma być to, że nie mamy dziś polskiego hutnictwa ze wszystkimi ujemnymi tego konsekwencjami tego.

Nie sposób pominąć milczeniem, w świetle dyskusji w Trybunie, wypowiedzi M. Zielińskiego w Gazecie Wyborczej z 2 stycznia 2020. To już jest szczyt hipokryzji, bowiem tytuł artykułu brzmi „30-lecie planu Balcerowicza Tak Polskę zbudowano”. I podtytuł „Dane liczbowe nie pozostawiają wątpliwości; bilans polskich reform po 1989 r jest jednoznacznie pozytywny”.

Przytaczane dane PKB zostały wyrwane z kontekstu innych danych. Jak wiadomo, już uznano, że podawanie samych wielkości PKB nie może być miarą wzrostu stanu gospodarki bez szeregu innych danych (bezrobocia, emigracji, poziomu zasobności, plac, potencjału gospodarczego, innowacyjności itp.). W ten sposób autor zdyskredytował wyniki badań z cytowanych przez siebie opracowań. O poziomie argumentacji niech świadczy następująca fraza: „Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych”. Odsyłam autora do książki zespołu autorskiego A. Karpiński. St. Paradysz, P. Soroka, W. Żółtowski pt. „Od uprzemysławiania w PRL do deindustrializacjl Kraju” oraz do prac, przynajmniej w części cytowanych w Trybunie, uznanych autorytetów polskiej ekonomii. Z lektury tej autor zrozumie, kto zbudował Polskę, a kto zrujnował (i kiedy została zbudowana, a kiedy zrujnowaną).

Z tekstów publikowanych w Trybunie autor zrozumie też, kiedy i dlaczego była hiperinflacja, kiedy ceny rynkowe prowadziły do biedy szerokich rzesz obywateli, z jaką spuścizną potencjału gospodarczego miał do czynienia L. Balcerowicz w 1989 r.  

Opisany wyżej sposób narracji o „sukcesie” transformacji jest przykrywką jej katastrofy. Nie są tam prezentowane wyniki badań ani analiza liczbowa łącznych wskaźników obrazujących gospodarkę. Jeżeli już, to tyko wielkości PKB, które bez kontekstu z innymi wskaźnikami nie dają rzeczywistego obrazu gospodarki.

 Cytowane wyżej prace pokazują PKB wraz z innymi wskaźnikami. Powtórzę jeszcze raz: L. Balcerowicz i jego apologeci nie podjęli rzeczowej polemiki z tymi publikacjami. Nie powołują się na badania, o których wspomina z dumą L Balcerowicz (które rzekomo mają być dla niego źródłem oceny sukcesu transformacji). O faktycznym braku takich badań świadczy fakt, że w dyskusji posługują się ogólnikami i inwektywami.