Czeka nas trudny rok

Polityka gospodarcza rządu PiS w połączeniu z pogorszeniem koniunktury w Europie spowoduje wyraźny spadek tempa wzrostu w Polsce. Ale to już będzie po wyborach.

We wrześniu 2019 r. wskaźnik PMI (pokazujący aktywność gospodarczą w sektorze produkcyjnym) wyniósł 47,8. W lipcu br. był jeszcze niższy (47,4). To najsłabsze oceny kondycji polskiego przemysłu od niemal sześciu lat.
Przemysł, w opinii kadry kierowniczej firm produkcyjnych w Polsce, znajduje się w coraz trudniejszej sytuacji. Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, problemem są bardzo szybko spadające zamówienia, tak z zagranicy, co nie jest nowością, jak także i z Polski. Rośnie poziom zapasów wyrobów gotowych.
Produkcja jeszcze jakoś sobie radzi, bo firmy likwidują zaległości. Za chwilę to się jednak skończy, gdyż stare zamówienia zostaną zrealizowane. Dlatego przedsiębiorstwa obniżają poziom zapasów środków produkcji. Nie chcą zamrażać kapitału, aby nie zmniejszać swojej płynności finansowej, gdy przed nimi znacznie gorszy okres. Nieznacznie, ale jednak spadło także zatrudnienie.
Jednocześnie ciągle rosną koszty pracy, koszty energii oraz podatki i opłaty (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Trudno się dziwić, że ta sytuacja przekłada się na wzrost konkurencji na rynku. A stąd blisko do zatorów płatniczych, kłopotów z wypłacalnością i wzrostu liczby upadłości.

Nowi sobie poradzą?

Jak mówią rządzący politycy, jeśli przedsiębiorcy sobie nie radzą, to powinni zrezygnować z prowadzenia działalności gospodarczej. Na ich miejsce przyjdą nowe przedsiębiorcze elity, które sobie poradzą.
Spadek nowych zamówień eksportowych wynika z wyraźnie słabnącego przemysłu u naszych głównych partnerów handlowych. W krajach strefy euro, gdzie lokujemy prawie 60 proc. naszego eksportu towarów, wskaźnik PMI spadł kolejny miesiąc z rzędu, do poziomu 45,7.
Spoza strefy euro, w Czechach, u naszego drugiego co do wielkości partnera handlowego, wskaźnik PMI wyniósł we wrześniu 44,9. W Rosji (siódmy partner handlowy) PMI był na poziomie 46,3. Jak widać wszędzie przemysł ma kłopoty.
Ale polski przemysł to przecież nie tylko eksport. Mamy duży rynek, rosnące dochody rozporządzalne gospodarstw domowych w wyniku rosnących płac i ciągłego zwiększania transferów społecznych (tzw. 13 emerytura, 500 + na pierwsze dziecko).
To oznacza ciągle silny popyt – spożycie indywidualne wzrosło w pierwszych 6. miesiącach br. o 4,1 proc. r/r. Sprzedaż detaliczna w okresie styczeń-sierpień 2019 r. wzrosła o 5,9 proc. A jednak przemysł obawia się przyszłości.

Kłopoty przyjdą w kolejnych latach

Prognozy na najbliższe 12 miesięcy są najsłabsze od 2012 r. (czyli od początku wprowadzenia do wskaźnika PMI komponentu dotyczącego oceny przyszłości). A prognozy te były przedstawiane jeszcze przed decyzjami o wzroście wynagrodzenia minimalnego w 2020 r. do poziomu 2600 zł (z 2250 zł w 2019 r.), a w kolejnym roku do 3 tys., aby w 2024 r. osiągnąć poziom 4 tys. Były one przedstawiane przed przyjęciem projektu budżetu państwa na 2020 r. przez rząd, w którym zaplanowane jest zniesienie limitu 30-krotności dla składek na ubezpieczenia społeczne, a także przed informacją o szacowaniu składek przedsiębiorców na ubezpieczenia społeczne na poziomie uzyskanego dochodu.
Wszystko to podnosi koszty działalności przedsiębiorstw. Do tego dochodzą pracownicze plany kapitałowe, które od przyszłego roku obejmą średnie, małe i mikro firmy.
Osłabienie koniunktury gospodarczej w Europie w połączeniu z rosnącymi obciążeniami nakładanymi na przedsiębiorstwa w Polsce, będzie prowadzić do problemów, które zmaterializują się w 2020 r. zdecydowanie niższym wzrostem gospodarczym.

 

Państwo korzysta na wzroście płac

Zgodnie z najnowszymi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu 2019 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły o 5,3 proc., a zatrudnienie o 2,8 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Dobra passa na rynku pracy trwa. Kto jest jej beneficjentem?

Przeciętne wynagrodzenie brutto w przedsiębiorstwach małych, średnich i dużych (czyli od 10 zatrudnionych wzwyż) wyniosło w czerwcu 2019 r. 5104 zł. Należy jednak pamiętać, że koszt pracy dla pracodawcy był znacznie wyższy – wyniósł bowiem 6212 zł. Jednocześnie na konto pracownika trafiło niecałe 3620 zł. Co się stało z pozostałymi 2,6 tys. zł? To różnego rodzaju podatki, składki, daniny na rzecz państwa. Prawie 42 proc. kosztów pracy nie trafia do pracowników. Luka między kosztem, który ponosi pracodawca zatrudniając pracownika, a dochodem netto tego pracownika jest olbrzymia – 6,2 tys. koszt pracy pracodawcy wobec 3,6 tys. na koncie pracownika.

W czerwcu 2019 r. koszty pracy w przedsiębiorstwach 10 plus wyniosły łącznie prawie 40 mld zł, z czego tylko 23 mld zł trafiły na konta pracowników tych firm. Pozostałe prawie 17 mld zł zasiliło finanse publiczne. W każdym wzroście wynagrodzeń i zatrudnienia partycypuje państwo i jest to oczywiste. Pytanie tylko, czy ta partycypacja powinna mieć tak dużą skalę – aż 42 proc. Jeśli mówimy o konieczności wzrostu wynagrodzeń w Polsce – bo ciągle są one dużo niższe niż w krajach 15 państw „starej” Unii Europejskiej – to patrzymy nie tylko na wynagrodzenia brutto (5,1 tys. zł w czerwcu), ale na to, jakie są koszty pracy (6,2 tys. zł) i ile z tego otrzymuje pracownik (3,6 tys. zł). Ważne dla gospodarki i gospodarstw domowych są bowiem te dwie skrajne wartości, bo one pokazują w jakim stopniu pracownicy i pracodawcy świadczą na rzecz państwa, a dalej – czy te podatki i daniny są efektywnie wykorzystywane.

Czas najwyższy rozmawiać nie o fragmentarycznych zmianach w istniejącym systemie podatkowym, w tym na przykład o obniżaniu podatków dla osób młodych, czy obniżaniu pierwszej stawki podatkowej, ale przygotować generalną zmianę systemu podatku PIT, tak aby zmniejszał on lukę „daninową”. Jest to szczególnie ważne w grupie pracowników o najniższych dochodach. Dobrze przeprowadzona reforma powinna też pozytywnie wpłynąć na poziom inwestycji w przedsiębiorstwach i równocześnie być neutralna dla finansów publicznych (budżetu centralnego i budżetów samorządowych).

Czy euro podnosi ceny?

W krajach przechodzących na euro zastosowano szereg środków mających zapewniać rzetelne przeliczenia z waluty narodowej.

Wszystkie 19 krajów, które już wprowadziły euro, skutecznie zastosowało instrumenty chroniące konsumentów przed praktyką ukrytych podwyżek.
Wprowadzając nową walutę przelicza się ceny krajowe na euro według ustalonego kursu z dokładnością do sześciu cyfr. Powstaje obawa, że przedsiębiorstwa i handlowcy mogą zawyżać ceny. Konsumenci nie są w stanie przeliczać starych cen na nowe według sześciocyfrowego przelicznika i handlowcy mogliby to wykorzystać. Aby zapobiec takim praktykom w krajach przechodzących na euro zastosowano cały arsenał środków gwarantujących rzetelność przeliczeń.
We wszystkich państwach wprowadzono obowiązek publikowania starej ceny oraz jej przeliczenia na euro według obowiązującego przelicznika. Każdy mógł sobie porównać, czy nowa cena w euro odpowiada cenie wynikającej z oficjalnego przelicznika. Sklepy były zobowiązane podawać takie informacje co najmniej przez pół roku od przejścia na euro. W Słowenii każde gospodarstwo domowe otrzymało kalkulatorek, który przeliczał ceny. Urzędy statystyczne zwiększyły częstotliwość i zakres badania cen przed i po przejściu na euro. Do monitorowania cen zmobilizowały się również ruchy obywatelskie: rozmaite stowarzyszenia konsumenckie, zrzeszenia emerytów, organizacje młodzieżowe.
Doniesienia o zmianach cen były sprawdzane i jeśli się potwierdziły, a nie były uzasadnione, to sprzedawca trafiał na publiczną czarną listę. Na Słowacji przyjęto ustawę, która umożliwiała administracyjną kontrolę cen, choć minister finansów zastrzegał, że będzie to broń ostateczna, której władze wolałyby nie używać. Metody chroniące konsumentów przed ukrytymi podwyżkami cen okazały się w pełni skuteczne, na co wskazuje doświadczenie krajów, które przyjęły euro.
Wśród pierwszych 12 państw, które wprowadziły euro od 1 stycznia 2002 roku, w 10 z nich tempo wzrostu cen spadło, a jedynie w Grecji i Francji było nieco szybsze niż w roku 2001. Okazało się też, że najtrudniej kontrolować ceny w restauracjach i kawiarniach. W sumie według badań Eurostatu wpływ wprowadzenia euro na tempo wzrostu cen wyniósł ok. 0,3 punktu procentowego. Niektóre sklepy w celu przyciągnięcia klientów przekonywały, że nowe ceny są niższe, niż by to wynikało z mechanicznego przeliczenia.
W niektórych krajach sieci sklepowe podpisały publiczne zobowiązania, że będą uczciwie przeliczać ceny. W wielu krajach zaobserwowano zaś rozbieżność między danymi statystycznymi dotyczącymi wzrostu cen a percepcją konsumentów, według których ceny po przejściu na euro znacznie wzrosły. W innych latach takich rozbieżności między statystyką a odczuciami konsumentów nie odnotowano.
Na przykład we Włoszech po pierwszym roku używania euro (2002) Eurostat podał, że przeciętny wzrost cen wszystkich wyrobów konsumpcyjnych wyniósł 2,5 proc., czyli był wolniejszy niż w ostatnim roku funkcjonowania lira (2001), kiedy inflacja wyniosła 2,8 proc. Przeciętny Włoch nie chciał w to wierzyć, bo z jego codziennego doświadczenia wynikało, że ceny wzrosły dużo bardziej. Koronnym dowodem była podwyżka cen filiżanki cappuccino, która przed zmianą waluty kosztowała 1500 lirów (czyli 0,77 euro), a po zmianie 1 euro, czyli o 30 proc. więcej. Czy jest możliwe, żeby i Eurostat i przeciętny Włoch mieli rację? Psychologowie i ekonomiści zwrócili uwagę na pewne zjawisko – otóż Włosi wypijają po dwie lub więcej filiżanek cappuccino dziennie, ale nie prowadzą rachunków wskazujących, że ma to dla ich domowego budżetu marginalne znaczenie. Drobny wydatek o dużej częstotliwości zaważył na percepcji wpływu euro na inflację. Psychologowie nazwali to „efektem cappuccino”.

Będą mniej zatrudniać

Czy w Polsce słabnie popyt na pracowników, czy też wyczerpują się już zasoby głów i rąk do pracy?

Od ponad dwóch lat ekonomiści i przedsiębiorcy wskazują na bariery w rozwoju gospodarczym związane z rynkiem pracy. Jednak ciągle udawało się te bariery pokonywać – w 2017 r. przedsiębiorcy zwiększyli liczbę zatrudnianych pracowników o 4,5 proc. zaś w 2018 r. o 3,5 proc.
Wydawać się mogło, że tak już będzie stale.To jednak przestaje być pewne. Zatrudnienie co prawda rośnie, ale coraz wolniej.
W maju 2019 r. zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (bez mikroprzedsiębiorstw, czyli firm zatrudniających do 9 osób) wzrosło o 2,7 proc. w porównaniu z majem ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia zwiększyły się o 7,7 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2019 r. zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło o 2,9 proc. w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia o 7,1 proc. Jednakże w maju zeszłego roku zatrudnienie zwiększyło się o 220 tys. osób w stosunku do maja 2017 r., ale w maju tego roku – już tylko o 170 tys. w stosunku do maja 2018 r. Jednocześnie, w maju 2019 r. nastąpił spadek zatrudnienia w stosunku do poziomu z marca i kwietnia br., o 12-13 tys. osób.
Informacje płynące z przemysłu (wskaźnik PMI, badanie koniunktury w gospodarce przez GUS) wskazują na planowane przez firmy ograniczanie wzrostu zatrudnienia.
Czy popyt na pracę słabnie, czy też zaczyna brakować pracowników? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a sytuacja zależy od sektora gospodarki.
Zatrudnienie najprawdopodobniej będzie nadal rosło, ale wolniej niż dotychczas. Może to wynikać z kilku przyczyn, w tym także z efektów inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa w ostatnich miesiącach.
W 2018 r. i w pierwszym kwartale 2019 r., około 50 proc. inwestycji przedsiębiorstw to nakłady na maszyny, urządzenia techniczne i narzędzia.
Część z nich to na pewno środki trwałe, związane z wprowadzaniem w przedsiębiorstwach nowych technologii – a to oznacza, że w przemyśle będzie rosło zapotrzebowanie na pracowników o coraz wyższych kwalifikacjach, ale w mniejszej ich liczbie. Jednocześnie będzie to wpływać na utrzymywanie się wysokiego wzrostu wynagrodzeń, ale także na rosnące zróżnicowanie wynagrodzeń w różnych grupach zawodowych.
Popyt na pracę słabnie też w sektorze finansowym. To efekt wywołany nowymi technologiami i zmianą modeli biznesowych.
Zbyt mała liczba pracowników cały czas pozostaje problemem w transporcie, hotelach i restauracjach (szczególnie teraz, gdy zaczął się sezon wakacyjny) – a także w sektorze szeroko rozumianej informacji i komunikacji.
Do tych dziedzin, gdzie „tradycyjnie” są problemy z dostępem do pracy, dołączają sektory edukacyjny oraz opieki zdrowotnej. Należy się spodziewać, że oferowane tam niskie wynagrodzenia będą w coraz większym stopniu zwiększać problemy ze znalezieniem pracowników. Tym samym, zwiększą się i kłopoty z dostępem do tych, najważniejszych dla nas wszystkich, usług publicznych.

Przemysł radzi sobie coraz lepiej

Kraje wysoko rozwinięte są skazane na wolniejszy rozwój. Polska, znajdując się na znacznie niższym pułapie, wciąż zachowuje szanse na znaczące przyśpieszenie.

Pierwsze pięć miesięcy tego roku pokazało, że polski przemysł ciągle dobrze sobie radzi – mimo spowolnienia w gospodarkach głównych partnerów handlowych w Unii Europejskiej, gdzie lokujemy ponad 80 proc. naszego eksportu.
Na 34 działy naszego przemysłu, 27 odnotowało wzrost produkcji sprzedanej.

Przyśpieszamy, obywatele

Te dziedziny, które osiągnęły największy wzrost, to w większości branże eksportowe. Na przykład, produkcja sprzedana urządzeń elektrycznych wzrosła o 16,5 proc., pojazdów samochodowych o 12,6 proc., pozostałego sprzętu transportowego aż o prawie 37 proc., mebli o 9 proc.
W ciągu pięciu miesięcy bieżącego roku wzrost produkcji sprzedanej przemysłu wyniósł 7 proc. i był wyraźnie wyższy niż w tym samym okresie 2018 r. (6,1 proc.).
Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2019 r. była na poziomie produkcji kwietniowej, a jednocześnie o 7,7 proc. wyższa niż w maju 2018 r. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Jest to efekt stabilnej sytuacji na rynku konsumpcyjnym, ale przede wszystkim relatywnie wysokiej i rosnącej dynamiki produkcji sprzedanej dóbr inwestycyjnych.

Ruszyły się inwestycje

Dane dotyczące produkcji inwestycyjnej, tak majowe, jak w całym okresie od początku tego roku wskazują, że wzrost nakładów inwestycyjnych w gospodarce nie ma krótkookresowego charakteru. To oczywiste, jesteśmy przecież w trakcie realizacji coraz większej liczby projektów inwestycyjnych finansowanych ze środków unijnych.
Pytanie tylko, czy taką dynamikę uda się utrzymać, gdy budżet państwa i budżety samorządowe są obciążane coraz większymi wydatkami służącymi wyborczej walce politycznej?. Inwestycje infrastrukturalne wymagają bowiem współfinansowania ze środków własnych. A tych, po sfinansowaniu obietnic wyborczych, pozostaje coraz mniej.
Trudno jednoznacznie ocenić, czy utrzyma się skłonność przedsiębiorstw do inwestycji. W pierwszym kwartale 2019 r. inwestycje te były o 21,7 proc. większe niż w pierwszym kwartale 2018 r.
Jednocześnie, od września 2018 r., czyli od siedmiu miesięcy płyną niepokojące sygnały od menedżerów z firm przemysłowych, wskazujące na rosnące obawy dotyczące przyszłości ich sektora.

Nastroje i rzeczywistość

Widzimy powiększającą się lukę między dynamiką produkcji sprzedanej przemysłu a wskaźnikiem PMI, stanowiącym ocenę kondycji sektora przemysłowego (dokonywaną na podstawie ankiet kierowanych do osób zarządzających 200 przedsiębiorstwami przemysłowymi w Polsce).
Taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca – siła zmian produkcji sprzedanej przemysłu i wskaźnika PMI bywała różna, ale kierunek był podobny. Nawet przed kryzysem finansowym i w jego trakcie, w latach 2007-2009.

Czesi dają nam przykład

Bezrobocie nad Wełtawą wynosi zaledwie 1,9 proc. i jest jednym z najniższych na świecie, a ludzie dobrze zarabiają. Jak oni to robią?

O wyjątkowości rynku pracy naszego południowego sąsiada, oprócz rekordowo niskiego bezrobocia, decydują również: olbrzymia liczba wolnych miejsc pracy, bardzo wysoki współczynnik zatrudnienia osób bez wyższego wykształcenia, atrakcyjny rozkład płac oraz stabilne trendy imigracyjne.
101 tys. – tylko tylu było bezrobotnych w Czechach według danych Eurostatu (unijnego urzędu statystycznego) za listopad 2018. To zaledwie 1,9 proc. aktywnych zawodowo. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na koniec 2018 r. żaden kraj demokratyczny funkcjonujący na zasadach gospodarki rynkowej nie ma tak niskiego poziomu bezrobocia. W Unii Europejskiej drugi najniższy odsetek osób szukających pracy jest w Niemczech i wynosi on 3,3 proc.
Jeszcze większe zdumienie budzą dane dotyczące liczby wolnych etatów. Wg Eurostatu w trzecim kwartale 2018 r. było ich 282 tys. Wakatów jest zatem blisko trzy razy więcej niż osób szukających zatrudnienia. Żaden unijny kraj nie może pochwalić się większą liczbą wolnych miejsc pracy niż chcących znaleźć płatne zajęcie. Dla porównania – w Polsce wakatów jest 157 tys. przy 661 tys. bezrobotnych.
Czesi, którzy od lat stawiają na przemysł, bliskie relacje z Niemcami i przyciąganie kapitału zagranicznego inwestującego np. w motoryzację, mogą pochwalić się także niezwykle wysokimi współczynnikami zatrudnienia ludzi bez wyższego wykształcenia. To ważny element zapewniający spójność społeczną i w miarę płaski rozkład wynagrodzeń w gospodarce.
Pracę ma ponad 80 proc populacji w wieku 15-64 lata z wykształceniem poniżej wyższego. Wynik ten oscyluje w okolicach europejskich liderów (Szwajcaria, Dania, Niemcy). W Polsce jest to 68,6 proc. By osiągnąć wynik znad Wełtawy, zatrudnienie w Polsce musiałoby znaleźć ponad 1,5 miliona osób.
Dane Czeskiego Urzędu Statystycznego (CSO) za trzeci kwartał pokazują, że wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 31500 koron (5250 zł). W tym samym okresie według informacji GUS średnia pensja w Polsce była o ponad 600 zł niższa – 4580 zł.
Różnica w średniej płacy nie wydaje się ogromna, a biorąc pod uwagę poziom cen, siła nabywcza krajowych pensji w obu krajach jest podobna. To jednak tylko pół prawdy, gdyż rozkład zarobków w Czechach jest korzystniejszy niż w Polsce – zauważa Cinkciarz.pl. Według danych CSO mediana wynagrodzeń (połowa otrzymuje powyżej tego poziomu, a połowa poniżej) wynosi u naszego południowego sąsiada ok. 86 proc. średniej (dla trzeciego kwartału byłoby to ok. 4515 zł), podczas gdy w Polsce jedynie 80 proc (3664 zł).
Wysoki poziom zatrudnienia jest korzystny nie tylko dla gospodarstw domowych, ale także dla przedsiębiorstw czy budżetu państwa. Dług w relacji do PKB Czech jest jednym z niższych w Unii i wynosi tylko 33,9 proc.
Łatwość i chęć znalezienia pracy przez Czechów sprzyja również najniższemu w Unii wskaźnikowi ryzyka zagrożenia relatywnym ubóstwem. Tylko 8,1 proc. populacji jest zagrożonej relatywnym ubóstwem, podczas gdy w Polsce jest to prawie dwukrotnie więcej (15,9 proc.).
Duży odsetek pracujących powoduje również, że nie brakuje środków na badania i rozwój. Czeskie przedsiębiorstwa, uczelnie oraz sektor publiczny wydawały na ten cel w 2017 r. 1,8 proc. PKB, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten ledwie przekroczył 1 proc.
W ostatnich latach do Polski napłynęło setki tys. imigrantów z Ukrainy. Rekordowo wysoka liczba wakatów oraz niezwykle niskie bezrobocie powoduje napływ pracowników również do Czech. W latach 2015-2017 zatrudnienie obcokrajowców zwiększyło się o ponad 150 tys., do 560 tys. – według danych CSO. Biorąc pod uwagę liczbę obywateli kraju (ok. 10,6 mln), był to bardzo duży przyrost.
Do Czech przenoszą się pracownicy przede wszystkim z państw unijnych: Bułgaria, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja. W sumie wzrost zatrudnienia obywateli UE zwiększył się w Czechach o 90 tys. osób w dwa lata. Z Ukrainy napływ też był widoczny, ale wyniósł jedynie ok. 40 tys. Rozkład imigracji do Czech wydaje się więc korzystniejszy niż w Polsce. Opiera się on na przyjezdnych z wielu państw, a u nas są to praktycznie tylko pracownicy z Ukrainy.

Lewicowa skuteczność

Wbrew ideologicznym dogmatom, lewicowy rząd obniżył podatek od przedsiębiorstw do 19 proc. Polski budżet na tym zarobił, przybyło pieniędzy na cele socjalne.

 

Mijają czasy, zmieniają się rządy i partie sprawujące władzę, pojawiają się wciąż nowe ustawy i rozporządzenia w miejsce tych, które obowiązywały niewiele wcześniej – ale jest coś, co stanowi bodaj najtrwalszy element naszego życia gospodarczego. To podatek liniowy od dochodów przedsiębiorstw, który już od 18 lat wynosi w naszym kraju tylko 19 proc.
Wprowadził ten podatek lewicowy rząd Leszka Millera z początkiem 2004 r. – i do dziś wszystkie kolejne rządy korzystają z profitów, jakie przyniosła 19–procentowa stawka CIT.

 

Nie da się na to narzekać

Przedsiębiorcy w Polsce narzekają na wiele rzeczy – głównie na niejasność i zmieniające się interpretacje przepisów, nieżyczliwość urzędników, coraz większe krępowanie swobody działalności gospodarczej – ale na 19 procentowy podatek nie narzekają nigdy. Przeciwnie, podkreślają jego zalety, wskazując, że jest prosty w stosowaniu i sprawiedliwy, bo każdemu zabiera taką samą część przychodu.
W 2003 r. podatek dochodowy od przedsiębiorstw wynosił w Polsce 27 proc. Plan wprowadzenia obniżki do zaledwie 19 proc. zakrawał wręcz na rewolucję podatkową.
Zwłaszcza, że działo się to za rządów lewicy, zaś do lewicowego światopoglądu gospodarczego należało przekonanie, że nie wszyscy powinni płacić tyle samo, gdyż bogatszym należy zabierać większą część przychodów.
Ta idea była skutecznie praktykowana w przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych, który miał charakter progresywny. W czasach rządu Millera obowiązywały trzy stawki podatkowe, odziedziczone zresztą po rządzie Jerzego Buzka: 19 proc. (którą płaciło ponad 90 proc. podatników), 30 proc., a dla najbogatszych 40 proc.
Natomiast w przypadku przedsiębiorstw, poprzednicy rządu Millera przyjęli ustawę, przewidującą stopniowe obniżanie CIT-u, który co gorsza (z lewicowego punktu widzenia) miał wyłącznie charakter liniowy. Podatek od przedsiębiorstw w 2002 r wynosił 28 proc., a w następnym spadł do 27 proc.
Jednorazowa obniżka w kolejnym roku aż o 8 punktów procentowych wydawała się czymś niemożliwym, ale lewicowy rząd pokazał, że potrafi myśleć nieschematycznie.

 

Nieważny jest kolor kota

Obniżkę podatku dochodowego od przedsiębiorstw do 19 proc. zaproponował publicznie – i uzasadnił – ówczesny wicepremier i minister finansów Grzegorz Kołodko w kwietniu 2003 r.
Mniejsza stawka CIT miała ograniczyć szarą strefę, ożywić przedsiębiorczość i całą gospodarkę, rozruszać inwestycje – a w rezultacie spowodować nie spadek lecz wzrost dochodów budżetowych z tytułu podatku od przedsiębiorstw. Propozycja Kołodki wywołała jednak kontrowersje w środowiskach lewicowych. Oznaczała bowiem, że w sumie przedsiębiorcy zapłacą mniejsze podatki, niż osoby fizyczne.
Wskazywano więc, że praca będzie opodatkowana wyżej od kapitału, co nie powinno mięć miejsca podczas lewicowych rządów. Pojawiały się opinie, że jednolity 19-procentowy podatek od przedsiębiorstw naruszy lewicową tożsamość, pogłębi nierówności społeczne, spowoduje odpływ bardziej ideowego elektoratu.
Z drugiej jednak strony, komunistyczny chiński polityk Deng Xiaoping zwykł mawiać, że nieważne czy kot jest czarny czy biały, ważne aby dobrze łowił myszy. W ekipie rządzącej dominowało zatem przekonanie, iż ten ostrzyżony do 19 procent kot podatkowy będzie bardzo sprawnie chwytał finansowe myszy. Premier Miller poparł więc wicepremiera Kołodkę.

 

To była naprawdę dobra zmiana

W czerwcu 2003 r. Rada Ministrów postanowiła, że od 1 stycznia 2004 r. przedsiębiorstwa będą płacić 19-procentowy podatek dochodowy, a decyzję rządu przyklepały Sejm i Senat.
Grzegorza Kołodki już wtedy nie było w rządzie Jego następcą został Andrzej Raczko, już nie wicepremier lecz „tylko” zwykły minister finansów.
Kołodko zrezygnował, bo nie zgadzał się z tym, że kierowanie sprawami gospodarczymi w coraz większym stopniu przechodzi z resortu finansów w ręce wpływowego wicepremiera i ministra gospodarki Jerzego Hausnera. Różniło ich też podejście do wprowadzenia najniższego, 17-procentowego progu podatku dochodowego od osób fizycznych, mającego objąć najgorzej zarabiających. Kołodko był jego zwolennikiem, a Hausner się na to nie godził (i postawił na swoim).
Obniżony podatek dla firm zaczął obowiązywać od początku 2004 r. – i okazało się, że przewidywania Grzegorza Kołodki były słuszne. Szara strefa się zmniejszyła, a dochody państwa z tytułu CIT zaczęły szybko rosnąć.
W roku 2003, gdy obowiązywał 27 procentowy podatek od dochodów przedsiębiorstw, do budżetu wpłynęło 15 mld zł z tytułu tego podatku. W 2004 – już 18 mld zł. W 2005 – 21 mld zł.
W kolejnych latach trend wzrostowy został zachowany, oczywiście z wyjątkiem wahnięcia spowodowanego światowym kryzysem finansowo-gospodarczym, który dotarł do Polski w 2009 r. W ubiegłym roku budżet państwa uzyskał aż 38 mld zł podatku dochodowego od przedsiębiorstw.
Nasz produkt krajowy brutto, który w 2003 r wynosił 3,6 proc., w 2004 r osiągnął zaś 5,1 proc.
Oczywiście, niższy podatek od przedsiębiorstw nie był jedynym czynnikiem wpływającym na tempo polskiego wzrostu gospodarczego.
W 2004 r weszliśmy do Unii Europejskiej, co było czynnikiem stymulującym dla gospodarki. Natomiast w 2005 r., po zwycięskich wyborach władzę objęło Prawo i Sprawiedliwość, co z kolei stanowiło chwilowy czynnik mrożący I sprawiło, że w tymże roku tempo wzrostu naszego PKB spadło do 3,5 proc. Jednak już w 2007 r polska gospodarka zanotowała aż 7 procentowy wzrost – najszybszy od czasów transformacji gospodarczej po 1989 r. W roku ubiegłym, było to jak wiemy 4,8 proc.

 

Jak nie umieją, niech nie próbują

Prawo i Sprawiedliwość po swym następnym zwycięstwie wyborczym w 2015 r., nie zmieniło stawki 19 proc. – ale jak to PiS, postanowiło wprowadzić własne poprawki, żeby pokazać, że i w gospodarce potrafi coś zrobić.
Ogłoszono zatem – z wielkim szumem propagandowym w PiS-owskich mediach „publicznych” – że z dniem 1 stycznia ubiegłego roku stawka podatku dochodowego dla najmniejszych firm zostaje obniżona do 15 proc. Niższy podatek objął przedsiębiorstwa, których przychód w poprzednim roku nie przekroczył równowartości 1,2 miliona euro.
Takich przedsiębiorstw jest w Polsce 440 tys., jednak podatek dochodowy obniżony do 15 proc. zapłaciło za ubiegły rok tylko 120 tys. z nich. Pozostałe 320 tys małych firm nie zapłaciło go w ogóle, najczęściej z powodu nie wykazania żadnych dochodów. Budżet państwa, zamiast osiągnąć oczekiwany wzrost wpływów podatkowych od małych przedsiębiorstw, zanotował zaś stratę z tego tytułu, wynoszącą 390 mln zł.
Wypada mieć nadzieję, że ta drobna nauczka skłoni ekipę rządzącą, żeby nie zajmowała się tym, na czym się nie zna – i już nie majstrowała przy stawkach podatkowych.

Skąd brać środki na rozwój?

Niemal co trzecia inwestycja w Polsce jest finansowana leasingiem. Przyszłość branży zależy od wzrostu konsumpcji i automatyzacji.

 

Polska na razie unika pułapki średniego wzrostu i jest jednym z szybciej rozwijających się krajów w Europie. Spory udział w tym mają firmy leasingowe, które odpowiadają za finansowanie 30 proc. wszystkich inwestycji w polskiej gospodarce.
Jak wynika z danych Związku Polskiego Leasingu, udział leasingu w PKB Polski wynosi około 4 proc. co jest najwyższym wskaźnikiem w Europie. Wpłynęły na to cztery obszary: budownictwo, produkcja przemysłowa, transport oraz sprzedaż samochodów.

 

Po pierwsze, się buduje

Firmy leasingowe mocno angażują się w budownictwo, głównie infrastrukturalne, ale też mieszkaniowe, finansując firmy budowlane i zakup maszyn.
Z najnowszych informacji ZPL wynika, że od stycznia do czerwca 2018 roku ta branża sfinansowała maszyny i urządzenia budowlane o łącznej wartości ponad 1,7 mld zł, co oznacza aż 6 proc. dynamikę rok do roku.
Leasing finansuje również przetwórstwo przemysłowe. Tutaj sukces polskiej gospodarki polega na tym, że udział przemysłu w tworzeniu PKB jest obecnie jednym z najwyższych w całej Europie. A firmy leasingowe, finansując zakup maszyn powodują, że rosną zdolności produkcyjne firm, mogą one więcej eksportować, stosować nowe technologie i zaawansowane rozwiązania.
Branża leasingowa sfinansowała w pierwszym półroczu tego roku maszyny o wartości niemal 10 mld zł i był to ponad 20 proc. wzrost rok do roku. Gdyby nie to, w naszym kraju prawdopodobnie nastąpiłoby załamanie inwestycyjne.

 

Narzędzie pierwszego wyboru

Leasing stał się też narzędziem finansowym pierwszego wyboru dla firm transportowych przy zakupie pojazdów ciężarowych, znacznie ułatwiając rozwój tych przedsiębiorstw.
W pierwszej połowie roku branża leasingowa sfinansowała pojazdy ciężkie i maszyny drogowe o łącznej wartości 4,3 mld zł, czyli o 13 proc. więcej niż rok temu.
Polscy przewoźnicy odnieśli dzięki temu sukces na rynku unijnym, zostając liderem całego europejskiego rynku przewozów w ciężarowym transporcie drogowym. Już od wielu lat przedsiębiorstwa te generują przy tym istotną nadwyżkę handlową dla Polski.
Tylko w 2017 polskie firmy transportowe wypracowały ok. 27 mld zł nadwyżki w handlu zagranicznym, czyli ośmiokrotnie więcej niż łącznie cały handel towarami.
I w końcu, branża leasingowa finansuje też tysiące pojazdów osobowych i dostawczych.
Osobówki stanowią największy kawałek tortu leasingowego – w pierwszej połowie tego roku wartość tego rynku wyniosła ponad 15 mld zł, to prawie 40 proc. całego rynku leasingowego.
To są głównie te auta, które codziennie służą do obsługi handlu, co powoduje, że konsumpcja stała się istotnym elementem rozwoju całej gospodarki. Dzisiaj poziom konsumpcji na głowę mieszkańca Polski jest o prawie 30 proc. wyższy niż siedem lat temu. I branża leasingowa miała w tym swój znaczący udział.

 

Wzrost konsumpcji nie wystarczy

Dalszy rozwój branży leasingowej zależy przede wszystkim od tego, co się dzieje w popycie krajowym, w wydatkach konsumpcyjnych. Bo gospodarka Polski rośnie w dużej mierze dlatego, że wysoka jest konsumpcja. Istotną barierą dla jej wzrostu będzie słabnąca dynamika zatrudnienia.
Mamy w tej chwili mniej niż milion osób bezrobotnych. Na rynek pracy wchodzi rocznie ok. 400 tys. absolwentów, a ubywa z niego ok. 700 tys. zatrudnionych. Liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce systematycznie się więc kurczy – i dalsze korzystanie z tej coraz mniejszej puli bezrobotnych nie zrekompensuje tego.
Stąd też, dynamika zatrudnienia w gospodarce w kolejnych latach będzie się zmniejszała. I to oczywiście może wpłynać na popyt konsumpcyjny, gdyż zależy on od dwóch czynników: od wzrostu zatrudnienia i od wzrostu wynagrodzeń. A jeden z tych czynników, czyli dynamika zatrudnienia, zaczyna właśnie powoli wygasać.
Jednak czynnik negatywny dla konsumpcji, paradoksalnie możew sprzyjać rozwojowi firm leasingowych w przyszłości. Coraz mniejsza pula nowych pracowników będzie – miejmy nadzieję – skłaniała przedsiębiorstwa do inwestycji w automatyzację, czyli zakupów maszyn i urządzeń. A te w dużej mierze są finansowane właśnie przez firmy leasingowe.
Trzeba wyraźnie podkreślić, że trudno utrzymać wysoki wzrost gospodarczy, jeżeli składa się on przede wszystkim z konsumpcji, z czym mamy obecnie do czynienia.

 

Kredyt zacznie umierać?

Zbyt niski udział inwestycji w strukturze wzrostu gospodarczego powoduje, że trudno będzie powtórzyć wysoką dynamikę PKB w kolejnych kwartałach.
Jak pokazuje „Barometr Europejskiego Funduszu Leasingowego” (EFL to jedna z pierwszych i największych dziś firm leasingowych w Polsce mająca obecnie ponad 300 tysięcy partnerów biznesowych), 48 proc. małych i średnich firm, szukając źródeł finansowania sięga właśnie po leasing.
Propozycji finansowych dla małych i średnich firm jest na polskim rynku coraz więcej. W latach 90-tych królował kredyt ale powoli do świadomości przedsiębiorców zaczynał przedzierać się leasing.
Na początku XXI wieku leasing coraz częściej jest już wymieniany jako narzędzie finansowe numer jeden.

 

Kredyt czy leasing

Różnica między leasingiem, a kredytem polega m.in. na tym, że biorąc jakiekolwiek urządzenie w leasing nie stajemy się od razu jego pełnoprawnym właścicielem, lecz na razie je użytkujemy – dlatego leasing jest bardzo zbliżony do dzierżawy (oczywiście raty leasingowe mogą być ustawione na takim poziomie, że po zakończeniu okresu leasingu staniemy się właścicielem tegoż urządzenia).

 

Pracownika daj mi luby

Dla przedsiębiorców przyszły trudniejsze czasy. Już nie jest tak, że „na jedno wasze miejsce czeka za bramą dziesięciu takich ja wy”. I chyba długo nie będzie.

 

Co robią polscy przedsiębiorcy, by poradzić sobie z rysującym się niedoborem pracowników o odpowiednich kwalifikacjach?
Podnoszenie kwalifikacji u obecnych pracowników, zwiększanie wynagrodzenia początkowego oraz powiększanie pakietu świadczeń pozapłacowych (różne bonusy) to główne działania, które podejmują polskie firmy, by walczyć z niedoborem kandydatów o pożądanych umiejętnościach.

 

Koniec rynku pracodawcy

Problem nie jest błahy, bo ponad połowa polskich firm sygnalizuje, że ma trudności w obsadzaniu miejsc pracy nowymi pracownikami.
W skali ogólnopolskiej wygląda to tak, że najwięcej polskich pracodawców – 36 proc. – zapewnia pracownikom dodatkowe szkolenia i możliwości rozwoju (jak pokazuje badanie ManpowerGroup). 29 proc. firm podnosi wynagrodzenie początkowe, a 19 proc. decyduje się na powiększenie pakietu świadczeń dodatkowych, by przyciągnąć do siebie najlepszych kandydatów.
Jednak aż 35 proc. firm nie podejmuje żadnych działań, by walczyć z niedoborem pracowników i w ciągu ostatnich dwóch lat ta liczba wzrosła niemal dwukrotnie – z 19 proc. w 2016 roku.
Z jednej strony to zrozumiałe, bo dwa lata temu bezrobocie w Polsce było dużo wyższe, więc pracodawcy nie musieli wiele robić, by znajdować ludzi o odpowiednim przygotowaniu do pracy. Z drugiej – pokazuje to inercję i bierność polskich przedsiębiorców, którzy powoli zabierają się do walki o pracowników, rozpuszczeni wieloletnim panowaniem „rynku pracodawców”.

 

Trudno, trzeba więcej płacić

W rezultacie, co trzeci polski pracodawca pozostaje bierny wobec niedoboru pracowników, podczas gdy na świecie – tylko co dziesiąty.
Coś się jednak zmienia, bo w ciągu ostatnich dwóch lat znacząco wzrósł też odsetek przedsiębiorstw w naszym kraju, które decydują się na powiększenie pakietu świadczeń dodatkowych – z 10 proc. w 2016 roku do 19 proc. w 2018 r., oraz na podniesienie wynagrodzenia – z 23 proc. do 29 proc.
Jeżeli chodzi o różnice regionalne, to dodatkowe szkolenia są rozwiązaniem najczęściej wybieranym przez firmy ze wschodniej Polski (47 proc.) – bo tam przedsiębiorstwa są biedniejsze, więc mają duże opory przed zwiększaniem płac zatrudnionym. Najrzadziej sięgają po nie przedsiębiorcy z południowej i północno-zachodniej Polski – 29 proc.
Na podniesienie wynagrodzenia najczęściej decydują się pracodawcy z Polski północnej (34 proc.), a najrzadziej – z regionu południowego (23 proc.).
Natomiast pakiet świadczeń pozafinansowych (prezenty, wyjazdy, komórki) poszerza najwięcej firm w Polsce południowo-zachodniej (25 proc.), a najmniej (13 proc.) w centralnej. Część jednak, jak wspomniano, nie robi w ogóle nic.

 

Praca tele i z dala

Podobnie jak w Polsce, również na świecie, kluczowym pomysłem na walkę z niedoborem talentów są dodatkowe szkolenia i możliwości rozwoju dla pracowników. W ujęciu globalnym na takie działania decyduje się co drugi pracodawca na świecie – 54 proc. Aż 36 proc. firm obniża wyśrubowane wymagania od kandydatów dotyczące ich wykształcenia lub doświadczenia zawodowego.
W ostatnich latach, można zaobserwować coraz większy niedobór pracowników, zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Firmy wykorzystują wiele sposobów na radzenie sobie z brakiem możliwości znalezienia odpowiednich kandydatów, ale niektóre metody używane w innych krajach, ciągle jeszcze nie zostały wdrożone przez firmy nad Wisłą.
– Jako przykład można podać chociażby brak otwartości na stosowanie innych modeli pracy w Polsce, takich jak telepraca czy praca zdalna. Stosunkowo najbardziej uniwersalną i najprostszą techniką, żeby przyciągnąć pracowników, jest podnoszenie podstawowego wynagrodzenia. Rozwiązanie jest początkowo skuteczne, jednak rodzi pytanie: czy efektywność pracy rośnie wprost proporcjonalnie ze wzrostem płac? Odpowiedź zwykle weryfikują zarówno rynek i konkurencja, jak i właściciele czy akcjonariusze firm – mówi Marek Wróbel, ekspert rynku pracy.

 

Na co pozwoli właściciel

Sytuacja w Polsce jest o tyle specyficzna, że wielu z tych właścicieli czy akcjonariuszy firm to przedsiębiorcy z innych krajów.
Ich polscy przedstawiciele muszą słuchać swych zagranicznych mocodawców, którzy niespecjalnie są zorientowani w funkcjonowaniu naszego rynku pracy – i niechętnie decydują się na obniżenie wymagań dotyczących wykształcenia bądź doświadczenia kandydatów.
Przyzwyczajeni są bowiem do tego, że skoro Polska cały czas konkuruje na świecie niskimi kosztami pracy, to nie ma powodów, by obniżać wymagania, stawiane niskopłatnym pracownikom w naszym kraju. Już lepiej nieco podnieść im zarobki, pilnując, by nie wpłynęło to zbytnio na ogólny wzrost kosztów.
Zagraniczni właściciele uważają zatem, że lepiej zatem zapłacić kandydatom więcej, nawet jeśli czas poszukiwania idealnej osoby będzie wydłużony.
Polskie firmy, świadcząc usługi dla swoich centrali zagranicznych, nie kreują samodzielnie własnej polityki kadrowej. Nie mogą więc pozwolić sobie na rekrutację osób niedoświadczonych – bo zagraniczni właściciele nie godzą się, by spędzali oni czas na szkoleniach i szlifowaniu nowych umiejętności.
– Stąd zapewne coraz większa otwartość przedsiębiorstw na kandydatów z zagranicy, ale nie tylko tych z podstawowymi umiejętnościami, lecz także na osoby wysoko wyspecjalizowane, na przykład w zakresie IT – dodaje Marek Wróbel.
Firmom w Polsce pewnie by się przydało, gdyby wykazały większą elastyczność co do metod doboru pracowników oraz szybciej podejmowały decyzje kadrowe. Muszą jednak grać tak, jak im zagraniczny właściciel pozwala.

Firmy upadają, gospodarka kwitnie

Prawidłowością naszego życia gospodarczego jest to, że im szybciej rośnie produkcja, tym większa jest liczba przedsiębiorstw niewypłacalnych.

 

Liczba upadłości przedsiębiorstw w Polsce wciąż rośnie – a więc rośnie i ryzyko biznesowe prowadzenia działalności gospodarczej.
W pierwszym półroczu ogłosiło niewypłacalność 511 przedsiębiorstw wobec 418 w I półroczu 2017 r. – to jest o 22 proc. więcej niż przed rokiem. Rekordowy był czerwiec – zarówno pod względem liczby (105 niewypłacalności) jak i tempa ich przyrostu (wzrost o 48 proc. w stosunku do czerwca 2017 r.).

 

Nie zapłacimy – i co nam zrobicie?

Niewypłacalności te oznaczają niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców i innych partnerów, powodującą upadłość bądź konieczność podjęcia postępowania restrukturyzacyjnego. W żadnym z sektorów naszej gospodarki liczba plajt nie uległa zmniejszeniu.
Ciekawe, że choć mamy szybkie tempo rozwoju gospodarczego, liczba upadłości polskich firm wciąż rośnie – pomimo statystycznie wysokiego punktu odniesienia już w roku ubiegłym. Oznacza to, że polskie firmy w niezbyt wielkim stopniu korzystają z efektów tego wzrostu gospodarczego.
Owszem, produkcja i sprzedaż rosną, ale przy utrzymującej się z reguły niskiej rentowności oznacza to większe zaangażowanie kapitału własnego, bez proporcjonalnego wzrostu zysków.

 

Państwo nie pomaga firmom

Przedsiębiorcom utrudniają życie niekorzystne zmiany otoczenia biznesowego – rosną koszty pracy i zaopatrzenia.
Ponadto zaś, jak zauważa Euler Hermes, jeden z wiodących na świecie ubezpieczycieli należności handlowych, problemy polskich przedsiębiorstw wynikają z wprowadzania niekorzystnych dla nich zmian prawnych i podatkowych.
Znaczenie mają wreszcie czynniki leżące po stronie samego biznesu w naszym kraju: niewielka kreatywność, inercja, niewystarczająca aktywność, nie wykreowanie marek własnych – czyli wartości dodanej własnych produktów i usług – oraz brak poprawy efektywności zarządzania i zwrotu z kapitału.
Całe pierwsze półrocze 2018 r., a w szczególności drugi kwartał to zatem z jednej strony rosnące wskaźniki wzrostu gospodarczego, a z drugiej, równie szybko, a nawet bardziej intensywnie narastające sygnały ostrzegawcze dotyczące kondycji samych firm.

 

Koszty rosną szybciej od cen

Każdy sektor gospodarki ma specyficzne uwarunkowania, ale podstawowy powód tak szybkiego wzrostu liczby niewypłacalności jest jeden: koszty rosły szybciej niż ceny produktów i usług końcowych. W rezultacie spadały marże i wskaźniki rentowności. Szczególnie ciekawym przykładem jest budownictwo – osiąga kolejne rekordy, a jednocześnie ma coraz większe długi i problemy z płynnością.
Okazuje się, że wzrost popytu i konsumpcji pociąga za sobą większą skalę produkcji i sprzedaży ze strony polskich przedsiębiorstw – ale już niekoniecznie większe zyski, przynajmniej proporcjonalnie do skali wzrostu zaangażowanych środków własnych.
Nie rosną ceny, o czym świadczy niska dotychczas inflacja, zaś marże są ograniczane przez rosnące koszty. Zakaz handlu w niedzielę i wdrażanie przepisów RODO (nie mających żadnego znaczenia praktycznego, a wywołujących jedynie problemy) także rodzą dodatkowe koszty po stronie przedsiębiorstw.

 

Trudniej ale uczciwiej

– Można nawet powiedzieć, iż gremialnie firmy nie korzystają na zwiększonej konsumpcji, jak i na wzroście gospodarczym. One je finansują, i nie mówimy tu jedynie o „zacieśnianiu podatkowym” czy przeciwdziałaniu karuzelom vatowskim. Wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności może, przy zaletach tego rozwiązania dla budżetu mieć negatywny wpływ na płynność polskich firm – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Jego tezie o tym, że polskie firmy finansują wzrost gospodarczy, przeczą jednak w oczywisty sposób ogromne wolne środki leżące na kontach przedsiębiorstw.
Wspomniany mechanizm podzielonej płatności oznacza, że firmy nie będą mogły tak jak dotychczas obracać „podatkową” częścią otrzymywanych należności. Będą dysponować będą jedynie należnością netto, same jednocześnie płacąc swoim dostawcom pełną należność brutto.
Część przedsiębiorców narzeka więc, że w tej sytuacji ich firmy de facto kredytować będą podatki. Niewątpliwie jednak zmusi ich to do większej uczciwości w działaniu.

 

Bez pomysłu i innowacji

Patrząc na profil upadłości firm produkcyjnych w Polsce dostrzec można w tym gronie sporą grupę firm produkujących różne wyroby z metali. To poniekąd wynik tendencji ogólnoświatowych: nadwyżki w produkcji stali i wyrobów ją wykorzystujących, co prowadzi do ostrej konkurencji cenowej.
Towarzyszy temu dodatkowo wzrost kosztów spowodowany zwłaszcza wyższymi cenami energii. Producenci nie mogą go sobie w prosty sposób zrekompensować równorzędnym wzrostem cen wyrobów końcowych.
Na szybkie dostosowanie cen wyrobów do kosztów produkcji pozwolić sobie mogą jedynie firmy, których produkty wyróżniają się pod względem niepowtarzalności, marki, renomy.
Niestety, nie ma w tej branży polskich producentów (produkujących zazwyczaj komponenty na eksport, a nie wyroby końcowe), którzy posiadaliby silną, rozpoznawalną markę w kraju i za granicą.
Polskie firmy zderzają się już z barierami średnich efektywności i przychodu. Ich nazwy nie są z reguły kojarzone z nowoczesnością, automatyzacją, innowacyjnością. Wręcz przeciwnie, wiele z nich wydaje się być przedstawicielami bardzo tradycyjnie prowadzonych biznesów i wykazują niezbyt dużą efektywność działania.
Wiele z tych firm przegrało walkę konkurencyjną, a przy stosunkowo dużych kosztach stałych i małej elastyczności, musiały one rozpocząć procedury upadłościowe.