Przemoc w roli głównej

Sezon 2018/2019 w stolicy (II)

W minionym sezonie na pierwszy plan wysunęła się z rozmaitych stron oświetlana przemoc. To widomy znak niepokoju, jaki budzi wśród artystów narastanie agresji w przestrzeni publicznej – teatr zachowuje się jak doświadczony terapeuta.

Teatr odmalowywał przemoc na wiele sposobów – od form prawie niedostrzegalnych po przemoc na całego, bez żadnych ograniczeń. To przestrzeń między kameralnymi zbliżeniami na Scenie Studio Teatru Narodowego („Tchnienie”, „Kilka dziewczyn” i „Ironbound”) po „Mein Kampf” w Teatrze Powszechnym.
Pierwsze dwie sprawiają wrażenie ćwiczeń aktorskich, ale to swoista propedeutyka przemocy. To spektakle skupione na słowie, które potrafi ranić – tak czy owak trwa
passa nurtu feministycznego
pod wyraźnym wpływem teatru interwencyjnego Oliviera Frljicia, który swoją „Klątwą” w Teatrze Powszechnym przełamał ostatnie flanki oporu przed mówieniem wprost o największych bolączkach i opresjach naszych czasów. Najsilniejszym akcentem nurtu feministycznego w stolicy były „Bachantki” (właśnie w Powszechnym) w adaptacji Mai Kleczewskiej i Łukasza Chotkowskiego. W tragedii Eurypidesa dostrzegli oni źródło opresji kobiet, „uciśnionych, spętanych przez opresyjną kulturę i represyjną władzę” – jak pisał Krzysztof Lubczyński. Spektakl atrakcyjny wizualnie (scenografia inspirowana starożytną architekturą teatralną), pełen niespodzianek (żywy wąż, zabawka-robot, udział widzów w widowisku, wyproszenie mężczyzn) niekoniecznie odzwierciedla treść tragedii Eurypidesa, ale konsekwentnie interpretuje jej przesłanie jako obraz ucisku kobiet (męską dominację uosabia Penteusz – w tej roli sugestywny Michał Czachor).
Mocne przesłanie feministyczne niosły też spektakle Teatru Dramatycznego o przemocy uprawianej przez mężczyzn: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan (reż. Iwona Kempa) oraz „I że cię nie opuszczę” Gérarda Watkinsa (reż. Aldona Figura, scena Przodownik). Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania bohaterki powieści Rudan, na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska – towarzyszy im czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej kobiety. Tłem spektaklu jest instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny. Spektakl w Przodowniku zaś ukazuje, jak związek, w którym pojawia się przemoc, staje się toksyczny i niebezpieczny dla obu stron.
Przejmującym
wołaniem przeciw przemocy
wobec kobiet okazał się muzodram Anety Todorczuk „Kobieta, która wpadła na drzwi” Roddy’ego Doyle’a (scenariusz i reżyseria Adam Sajnuk, Teatr WarSawy). Związanie tekstu irlandzkiego pisarza z piosenkami Sinead O’Connor okazało się niezwykle twórcze. Dzięki muzyce, wyrafinowanym aranżom (Michał Lamża), hiperrealistyczna, niestroniąca od brutalności proza zyskała wymiar metafory.
Podobnie metaforyczny, a jednocześnie zmysłowy charakter nosił muzodram „Almodovaria” (Polonia, reż. Anna Wieczur-Bluszcz), oparty na motywach filmów Pedra Almodóvara z poruszającymi tekstami piosenek Anny Burzyńskiej. Scenariusz utkany ze zwierzeń bohaterki, z opowiedzianą piosenkami historią życia, przemawiał z niezwykłą siłą dzięki aktorskiej i wokalnej maestrii Anny Sroki-Hryń (jedna z najlepszych ról kobiecych sezonu).
O przemocy i zbrodni wypieranej z pamięci traktował spektakl „Rechnitz. Opera. Anioł Zagłady” z muzyką Wojtka Blecharza według dramatu Elfride Jelinek (reż. Katarzyna Kalwat, TR Warszawa) nawiązującym do wydarzeń na pograniczu austriacko-węgierskim w zamku Rechnitz. Pod sam koniec wojny hitlerowcy, goście baronowej Margit Batthyány wymordowali niemal 200 żydowskich jeńców-robotników przymusowych. Aktorzy wydobyli istotę przesłania Jelinek – historia została wtłoczona w formę, która uwodzi swoim wyszukanym pięknem, w dużej mierze niwelując znaczenie samej treści. Magdalena Kuta z precyzją, sugestywnie odtwarza napięcie psychiczne, jakie towarzyszyło zbrodniczym czynom baronowej, tytułowego Anioła Zagłady, Lech Łotocki powołuje się na dobro narodu i luki pamięci w zawiłych przemówieniach. Tomasz Tyndyk portretuje kogoś skłonnego do zachowania swobody w każdej sytuacji, Cezary Kosiński, Paweł Smagała i Agnieszka Żulewska wnoszą własne akcenty do tego koncertu kunsztownej niepamięci, z którym usiłuje zerwać Jelinek. Nie od dzisiaj oskarża austriackie społeczeństwo o wyparcie win, o tuszowanie przeszłości. Ale, jak wiemy, to nie tylko problem Austriaków.
„Rechnitz” blisko nurtowi
„teatru po klątwie”,
który nie tyle odnawia dawny model uprawiania polityki w teatrze (z czasów PRL) przede wszystkim za pośrednictwem aluzji, ile tworzy nowy język, stosując inne niż w przeszłości środki, zastępuje aluzję aktem bezpośredniej interwencji. Proces tej przemiany osiągnął pełną dojrzałość w „Klątwie” Olivera Frljicia na deskach Teatru Powszechnego. To tej scenie przypada rola konstruktora nowocześnie rozumianego teatru politycznego, co potwierdzają premiery w tym sezonie, a zwłaszcza „Mein Kampf” w reżyserii Jakuba Skrzywanka, który był asystentem Frljicia podczas realizacji „Klątwy”. Rozczarowany blokadą dialogu po tej premierze, teraz postawił pytanie nie tyle o to, jak to niegdyś z hitleryzmem bywało, ile o to, jak głęboko idee faszystowskie tkwią w społecznej świadomości. Ostrym pytaniom towarzyszą prowokujące środki wypowiedzi – już w prologu spektaklu program Hitlera aktorzy przedstawiają jako wypowiedź animowanych przez aktorów własnych obnażonych półdupków. Takich przekroczeń jest więcej – przerwę spektaklu reżyser wykorzysta, aby wyprowadzić aktorów do foyer. Przebrani w monstrualnych rozmiarów kostiumy małpoludów o ogromnych tyłkach, obwisłych piersiach (kobiety) i wybujałych członkach (mężczyźni), zaczepiają i zapraszają widzów na widownię. Wtedy zaczyna się „rasowy” finał: Aleksandra Bożek czyta fragmenty „Mein Kampf” poświęcone hodowli czystych rasowo Niemców.
Kluczowa w teatrze po klątwie jest treść przekazu – komunikat płynący ze sceny: patrzcie, tak jest i tak być nie może, musimy to zmienić. Chodzi o stany opresyjne, tłumiące wolność słowa, o prawa kobiet, prawo do wyboru własnego modelu życia, swobodę wyznawania poglądów, odmowę uczestnictwa w działaniach sprzecznych z czyimś światopoglądem. Z tego punktu widzenia nurt feministyczny można traktować jako część albo ruch sojuszniczy wobec teatru po klątwie. Do spektakli skierowanych przeciw opresji dopisać trzeba też „Dzieci księży” (reż. Daria Kopiec, Dramatyczny, Scena na Woli) na podstawie przejmujących reportaży Marty Abramowicz, w którym z pasją odsłania się wstydliwy i pomijany do tej pory temat.
Taki odcień noszą też
spektakle perswazyjne,
odsłaniające pomijane albo lekceważone problemy społeczne, na czele z zagrożeniami środowiska naturalnego, m.in. „Jak ocalić świat na małej scenie?” w reżyserii Pawła Łysaka w Teatrze Powszechnym czy spektakle Nowego Teatru: „Kino moralnego niepokoju” na motywach eseju „Walden” Henry’ego Davida Thoreau w reżyserii Michała Borczucha, czy „Ostatni” Romualda Krężla, edukacyjny performans, bliższy lekcji niż teatrowi, uczulający na zagrożenia płynące z antyekologicznych zachowań człowieka. Nowoodkrytej na warszawskiej scenie tematyce ekologicznej poświęcona jest debiutancka sztuka Dawn King „Łowca” (reż. Wojciech Urbański, Ateneum, Scena 61), nawiązująca do antyutopii w duchu Orwella. Ukazuje świat bezwzględnie kontrolowany i regulowany strachem – lęk przed bestiami (w sztuce King są nimi chytre lisy) uzasadnia ingerencję aparatu władzy nawet w najintymniejsze szczegóły życia osobistego.
Edukacyjny charakter mają ostre spektakle Fundacji Banina, pokazywane w szkołach. W tym sezonie ich twórcy dobrze zapisali się „Obcą” Katarzyny Mazur-Lejman (reż. Bartek Miernik), wyrastającą z doświadczeń ukraińskiej imigrantki, która po traumie Majdanu przybywa do Polski i tu próbuje znaleźć swoje miejsce. Czuje się obca, jest traktowana jak obca – podejrzliwie i z lękiem. Spektakl nie jest zapisem konkretnych doświadczeń, ale raczej symbolizuje relację obcy-swój. Dalece też wykracza poza jednostkowe przeżycia imigrantki z Ukrainy, choć mówi o tym młoda Ukrainka Solomija Mardarovych z Kołomyi. Bardzo wymowne jest jej spotkanie z żołnierzem (to po prostu ołowiany żołnierzyk), który strzeże granicy utworzonej z ptasich piórek – wystarczy dmuchnąć i granica znika. Tak można postąpić na scenie, w marzeniu, ale w życiu?
Wzajemnemu niezrozumieniu usiłuje zaradzić Iwan Wyrypajew i jego spektakl Irańska konferencja. Jak mówi autor: Iran i jego religia jest pretekstem do powiedzenia czegoś o nas wszystkich – czy umiemy ze sobą rozmawiać? Spektakl gromadzi dowody, że raczej nie, ale budzi uśpioną wrażliwość na argumenty inaczej myślących. W tym samym duchu Agnieszka Glińska interpretuje „Widok z mostu” Artura Millera (Dramatyczny), jako tragedię opisującą podejrzliwość wobec obcych. Szczególnie silnie działa na wyobraźnię widzów trzykrotnie powtórzona, pantomimiczna sekwencja finału, podczas którego nie kapnie ani jedna kropla krwi, ale widzowie wstrzymują oddech.

Dlaczego Amerykanie się zabijają?

Krwawe strzelaniny w pierwszych dniach sierpnia wstrząsnęły na nowo społeczeństwem amerykańskim. Szczególnie spokojne El Paso, leżące na granicy z Meksykiem w stanie Teksas, liczące prawie 700 000 tysięcy mieszkańców, nie może się otrząsnąć ze skutków ataku terrorystycznego domorosłego rasisty, który chciał zabić jak największą liczbę Latynosów – w jego przekonaniu, zagrażających „czystości białej rasy” w USA.

Został aresztowany i odpowie za morderstwa motywowane rasizmem. Przed zamordowaniem w sobotę w sierpniu 20 i ranieniu kilkudziesięciu dalszych osób pozostawił „manifest”, w którym pobrzmiewają echa antyimigranckiej i rasistowskiej retoryki Donalda Trumpa.
Motywy innego zabójcy, który dzień później zamordował 9 osób w Dayton w stanie Ohio i 27 ranił, nie są znane. W tym drugim przypadku sprawca zginął na miejscu. To 32 strzelanina tego typu
w tym roku.
Od 1970 roku w podobnych atakach zginęło blisko półtora miliona Amerykanów, z czego 2/3 to samobójcy. To najbardziej krwawe żniwo, nieporównywalne z żadną wojną czy atakami terrorystycznymi. Coraz więcej komentatorów zastanawia się, czy druga poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która gwarantuje każdemu dostęp do broni, jest rzeczywiście tak wielką wartością jak twierdzą zwolennicy jej posiadania. Prawie wszyscy kandydaci demokratów na urząd prezydenta uwzględniają w swoim programie konieczność rewizji tego problematycznego prawa.
W tym roku jedna ze studentek napisała u mnie interesującą pracę magisterską na temat „religii posiadania broni przez białego mężczyznę w USA”. Zgromadziła ogromną ilość materiału, potwierdzającą tezę, że dla wielu białych Amerykanów posiadanie bronie stało się najważniejszym wyznacznikiem ich tożsamości. To bardzo niebezpieczna, a nawet zabójcza religia. Zwłaszcza jeśli jej wyznawcami stają się ludzie niezrównoważeni, pełni resentymentów i uprzedzeń. To oni są głównymi „bohaterami” masowych zabójstw i to przekraczających granice USA. Przecież zabójca 50 muzułmanów w Nowej Zelandii w marcu tego roku też odwoływał się do retoryki Donalda Trumpa jako bezpośredniej inspiracji dla jego aktu terroryzmu.
Niektórzy, jak pochodzący z El Paso Beto O’Rourke, nie mają wątpliwości, że atak białego rasisty ma bezpośredni związek z nieodpowiedzialną i pełną nienawiści retoryką Trumpa wobec Latynosów. Sam Trump potępił atak jako „akt tchórzostwa”. Czy wpłynie on na zmianę jego retoryki? Raczej nie. Ona podtrzymuje jego popularność jako twardego polityka.
W Polsce od lat wzrasta agresja, na razie głównie werbalna. Wielu polityków i publicystów, a nawet przedstawicieli kościoła katolickiego, z języka nienawiści uczyniło jedyny sposób na istnienie w przestrzeni publicznej. Nigdy dość przypominania zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Teraz listy z groźbami otrzymuje jego następczyni Aleksandra Dudkiewicz. Związek między słowami a czynami jest oczywisty. W Polsce w języku nienawiści wyspecjalizowała się publiczna telewizja, na co od lat zwracają uwagę media niezależne.
Wcześniej czy później słowa mogą przerodzić się w czyny. Mam nadzieję, że nie dojdzie do sytuacji, w której obserwatorzy zagraniczni będą się zastanawiać, dlaczego Polacy się zabijają, jak Amerykanie.

Dlaczego nas biją

Polemika Piotra Nowaka z Piotrem Figlem, który analizując wydarzenia z Białegostoku. popełnia częsty na lewicy grzech ekonomizmu.

Tydzień temu grupa kiboli i nacjonalistów napadła na Marsz Równości w Białymstoku. Dwa dni temu nazi-grafficiarz skatował mojego przyjaciela Przemysława Witkowskiego. Tony ksenofobicznego gnoju wylewają anonimowe konta na Twitterze i Facebooku. Produkują setki komentarzy o takiej samej treści. Reagują natychmiast po wydarzeniu, narzucając społeczeństwu odpowiednią interpretację. Krzeszą iskrę gniewu i podsuwają zdania do jego werbalizacji. Przekaz reżimu jest następujący: lewacy i LGBT najpierw szargają świętości, atakują nasze dzieci, więc niech potem się nie dziwią, że porządni ludzie im się przeciwstawiają. Zresztą, sami na nas napadają. Np. powiedzą coś nieuprzejmego, albo nakleją coś na szybę w redakcji Gazety Polskiej. Zasłużyli.
Przenikliwy obserwator politycznej rzeczywistości Piotr Figiel w swoim tekście stawia tezę, że erupcja agresji, bicie ludzi i ogólna degeneracja, jaka objawiła nam się w Białymstoku to skutek procesów ekonomicznych, mających skutki społeczne. „Bieda, brak perspektyw, niewyobrażalnie niska dla mieszkańca stolicy jakość służby zdrowia i innych usług publicznych odciskają się piętnem na mieszkańcach Podlasia. Traumę spotęgowało rozbicie rodzin, spowodowane koniecznością emigracji za chlebem” – twierdzi, dodając, że walcząc z przemocą trzeba „wziąć pod uwagę cały kontekst i wszystkie czynniki. Inaczej walka nigdy skuteczną nie będzie”.
Figiel sam jednak sprowadza wszystko do jednego czynnika, popełniając grzech ekonomizmu. Polityka neoliberalna i jej skutek w postaci nierówności, upadku usług publicznych i poczucia osamotnienia wytwarza oczywiście poczucie niesprawiedliwości i gniewu. Jednak gniew ten może zostać uzbrojony w różne narracje sprzeciwu. Nienawiść do gejów, polowania na lewaków, plucie na równość społeczną i egalitarne wartości są efektem oddziaływania ideologicznych aparatów państwowych. Jeden z najzdolniejszych uczniów Marksa, Louis Althusser wyróżnił w tej kategorii następującej instytucje: kościoły, partie, związki zawodowe, rodziny, niektóre szkoły, większość gazet, placówek kulturalnych. Teraz możemy dorzucić do tego dwa niezwykle ważne narzędzia – media społecznościowe i telewizję publiczną.
Moment, w którym homofob skrzykuje się z innymi homofobami na bicie ludzi jest wypadkową bodźców informacyjnych, które wytwarzają w mózgownicach stan emocjonalnego wrzenia. Będąc w Białymstoku stałem twarzą w twarz z takimi ludźmi. Byli to mężczyźni z cechami osobowości autorytarnej, miłujący hierarchiczną wizję świata, konserwatywny porządek społeczny i pogardę dla słabości. „A jakby pedał twoje dziecko zgwałcił” – krzyczeli wymachując mi przed twarzą kończynami. Oni naprawdę wierzyli, że stają w obronie dzieci.
A teraz posłuchajmy Jarosława Kaczyńskiego: „To jest właśnie socjotechnika mająca zmienić człowieka. Co jest w jej centrum? Otóż w jej centrum jest bardzo wczesna seksualizacja dzieci. To jest nie do uwierzenia; ja sam póki nie przeczytałem, nie mogłem w to uwierzyć, ale to ma się zacząć w okresie 0-4, czyli od urodzenia do czwartego roku życia” – mówił prezes PiS w marcu br na konwencji regionalnej PiS w Jasionce pod Rzeszowem. Te słowa były powtarzane w Wiadomościach, Panoramie, Teleekspresie, Telewizji Trwam, Telewizji Republika, Polskim Radiu i Radiu Maryja, a także przez niezliczonej ilość profili w social mediach przez kolejne dwa miesiące – aż do wyborów europarlamentarnych. To chyba najczęściej cytowana wypowiedź 2019 roku. Ale to jedynie promil ładunku propagandowego. Wyrwane z kontekstu wypowiedzi polityków opozycji i działaczy LGBT,w których domagali się wprowadzenia czy to karty LGBT (czytaj: seksualizacja), czy to prawa do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe były również serwowane z ogromnym natężeniem. Oczywiście wraz z komentarzem narzucającym interpretacje – atakują nasze pociechy, nasz model rodziny, chcą zniszczyć nasz styl życia, depczą nasze wartości. Cel – pozbawienie odbiorcy wątpliwości – mamy do czynienia z wojną.
Czasy, w których władza posiadała swoje bojówki, używane do bicia i zastraszania przeciwników dawno odeszły już do lamusa. Również aparat państwowy nie może sobie pozwolić na bezpośrednie stosowanie przemocy wobec ideologicznych wrogów. Teraz instrumentem zadawania krzywdy jest informacja. Narzędziem natomiast – grupy społeczne jak kibole czy nacjonaliści, posiadające zdolność bojową i niewiele szarych komórek, co daje pewność, że nie połapią się, że są tylko pionkami.
To obecna władza i ideologiczne aparaty państwowe odpowiadają za dantejskie sceny na Marszu Równości, pobicie Przemysława Witkowskiego i kolejne akty agresji, które, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, będą mieć miejsce już wkrótce. Jedynym rozwiązaniem jest zniszczenie ideologicznych aparatów wroga i stworzenie swoich. Ale to już temat na osobny komentarz.

Do dobrych ludzi z Białegostoku (komentarz Piotra Figla)

Ten, kto zna realia życia na Podlasiu, doskonale zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później brunatny Białystok pokaże Polsce i światu swoje prawdziwe oblicze: ksenofobiczne, pełne przemocy oraz braku szacunku do drugiego człowieka. Parada Równości była tylko pretekstem.
Nie jest moim celem linczowanie białostoczan, ale chcę Wami wstrząsnąć. Dobrzy ludzie, którzy jeszcze jesteście w tym mieście, nie bójcie się i zróbcie coś z żółto – czerwonym motłochem rządzącym ulicami stolicy Podlasia, zanim bandyci wejdą do Waszych domów!
Żeby zrozumieć tragiczne wydarzenia z minionej soboty, trzeba zdać sobie sprawę z kilku faktów. Przyjąć je z pokorą i żalem, ale ich nie odrzucać. Po pierwsze, lokalna społeczność nie wyciągnęła wniosków z pogromów i zbrodni, jakie na Podlasiu w czasie drugiej wojny światowej Polacy popełnili na swoich żydowskich sąsiadach. Jedwabne nie było incydentem, a miejsc jemu podobnych w regionie jest wiele. Poradzenie sobie z trudnym brzemieniem historii przerosło Polaków. Zamiast wyrażenia żalu, nosimy w sobie butne przekonanie o czystości i niewinności naszego narodu.
Próba rozbicia białostockiej Parady Równości miała w sobie wszystkie cechy pogromów. Była zaplanowana przez zorganizowaną grupę bandytów, do której spontanicznie przyłączali się postronni mieszkańcy, doszło do fizycznej agresji, którą poprzedziły słowa wsparcia lokalnych autorytetów: Kościoła oraz klubu piłkarskiego Jagiellonia. Kapłani, czy nam się to podoba, czy nie, są autorytetami dla większości mieszkańców Polski. W Białymstoku namawiali do fizycznej agresji – i to zarówno katoliccy, jak i prawosławni.
Bieda, brak perspektyw, niewyobrażalnie niska dla mieszkańca stolicy jakość służby zdrowia i innych usług publicznych odciskają się piętnem na mieszkańcach Podlasia. Traumę spotęgowało rozbicie rodzin, spowodowane koniecznością emigracji za chlebem. Lokalne życie przesycone jest nieustannym paranoicznym lękiem o pracę czy mieszkanie. Procesom wykluczenia społecznego, oprócz lęku, towarzyszą przemoc i agresja.Wykluczeniem nie należy przemocy usprawiedliwiać – ale jeśli się z tą przemocą walczy, to wypada wziąć pod uwagę cały kontekst i wszystkie czynniki. Inaczej walka nigdy skuteczną nie będzie.
Obawiam się jednak, że z przestrogi tej nikt nie wyciągnie właściwych wniosków. Kościół nawet nie myśli o przeprosinach za haniebne słowa. Prezydent Białegostoku potraktował sobotnie wydarzenia instrumentalnie w walce z polityczną konkurencją, a potem, 24 lipca, zwołał konferencję prasową… na stadionie, by ogłosić konkurs na jego nazwę. Prezes Jagiellonii Cezary Kulesza, zamiast potępić bandytów w klubowych koszulkach, cynicznie stwierdził, że klub nie może odpowiadać za każdy karygodny czyn popełniony przez osoby ubrane w jego barwy. Stowarzyszenia bojówkarzy Jagiellonii chwalą się, że Białystok i jego ulice są ich. A gdzie są porządni mieszkańcy tego miasta? Boją się wyjść z domów.
W tym świetle, organizowana przez szukającą tożsamości lewicę, demonstracja przeciw przemocy nic nie zmieni. Impuls do protestu powinien wyjść od Białostoczan. To Wy powinniście odrzucić strach, policzyć się na ulicach i zmienić brunatne oblicze tej ziemi.

Głos Przeciwko Przemocy

Żyjąc w demokratycznym kraju, gdzie wszystko co ważne opiera się na dokonywaniu wyborów, nie podejmując głosu w sprawie mimo wszystko podejmuje się decyzje. W najbliższą niedzielę Polacy w Białymstoku i w wielu innych miastach Polski, po raz kolejny będą mogli oddać swój głos. Będzie nim Marsz Przeciwko Przemocy.
Marsz to jeden zjednoczony głos przeciwko jawnemu przyzwoleniu na krzywdę i nienawiść, jaka ostatnio panuje w Polsce. Koalicja Lewicy, którą stanowią Sojusz Lewicy Demokratycznej, Wiosna oraz Razem, zamierza oddać ten głos wspólnie, w pełni jawnie i ze świadomością dalszych konsekwencji swojej decyzji. Nie ma tu miejsca na anonimowość i ukrywanie się pod polityczną zachowawczością. Teraz kiedy na wolność człowieka podnoszona jest ręka władzy nie ma miejsca na ostrożne i wyważone politycznie strategie. Głos ten brzmi jasno: „Nie ma naszej zgody na przemoc i dyskryminację ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu). Polska jest naszym wspólnym domem. Każda oraz każdy z nas ma prawo czuć się tu bezpiecznie.”
Jak daleko pójdziemy w tym Marszu? Kto do niego dołączy, a kto pozostanie mu obojętny?
Polityka obozu rządzącego od lat polega na strategii dwóch miażdzących kroków w przód, a następnie na szybkim wycofywaniu się z dramatycznych w skutkach decyzji. Swój odwrót komentują po fakcie, jako gest swej szlachetności i troski o obywateli. Możliwe jest więc, że w ramach odgrywanego teatru nie będą tym razem tak intensywnie nawoływać swoich żołnierzy do ataku, umniejszając przy tym rangę wydarzenia. Są jednak i tacy, którzy nie zrezygnują z szansy pojawienia się po drugiej stronie barykady. Są nimi ci, którym nie pasuje przyjęcie do wiadomości faktu, że nie mają prawa do wyłączności dla swojego faszystowskiego światopoglądu. Nie ulega więc wątpliwości, że dojdzie do starcia. Wychowane i odkarmione przez prawicę środowiska nazistowskie czy kibolskie nie zamierzają bowiem powstrzymać się od planowanych działań. Wreszcie ktoś ich popiera i daje przyzwolenie dla realizacji najbardziej obrzydliwych zamiarów. Ludzie tacy jak oni, pozbawieni poczucia wewnętrznej wartości pójdą wszędzie tam, gdzie ktoś zauważy ich osobę. To właśnie te grupy są niezwykle łatwe do przejęcia w wojnie o większość i tak łatwo pozwalają sobą sterować.
Trudno mi uwierzyć, że działacze ruchów prawicowych naprawdę wierzą, że można Polskę wyczyścić ze środowisk LGBT. Bardziej przekonuje mnie argument, że krwawe spory okazują się doskonałym paliwem dla rozpędzonej już politycznej machiny. Rządzący (mam tu na myśli połączone siły obozu rządzącego oraz Kościoła) nie mają więc skrupułów aby zaprząc do swojej politycznej wojny każdego, kto chce po prostu zrobić zadymę. Obserwując bieg wydarzeń, niech nie umknie uwadze jeszcze jeden aspekt całej tej sprawy. Ci, którzy rzeczywiście stoją po stronie zła, które zadziało się i z pewnością jeszcze zadzieje na ulicach Białegostoku nie będą obecni. Relacje ze starć z udziałem swoich otumanionych żołnierzy będą spokojnie śledzić z zaciszy swoich domów czy plebanii.
Wobec wszystkiego co się wydarzyło i wydarzy w stolicy Podlasia data Marszu Przeciwko Przemocy 28 lipca 2019 roku przejdzie do historii. To nie będzie zwykły pochód osób, którym po prostu nie podoba się obecny system przyzwalający na gesty przemocy i nienawiści. To manifestacja wszystkich tych, którzy już wiedzą jakim zagrożeniem dla Polski jest bycie obojętnym na krzywdę drugiego człowieka.

Ważny tunajt – Oczywista oczywistość

Parę lat temu córka jednego z moich kolegów poprosiła mnie, żebym przyszedł do niej do szkoły i w ramach cyklu spotkań z „ciekawym człowiekiem” opowiedział o tym, co robię i czym się zajmuję. Mało tego, poprosiła mnie jeszcze, żebym zabrał ze sobą puzon i pokazał dzieciom jak się na nim gra, bo ja, Szanowni Państwo, gram właśnie na puzonie, i tym graniem zarabiam na chleb i oliwki.
No i poszedłem. To znaczy pojechałem, bo to była szkoła bardzo daleko od mojego domu ulokowana. Pamiętam, że strasznie wtedy lało. Korki były na mieście pokaźne, mimo tego, przyjechałem przed czasem. Zaparkowałem auto za sklepem, obok budynku szkoły, czekałem cierpliwie na swoją kolej. Akuratnie przestało lać. Chodnikiem, tuż przed maską mojego samochodu, szedł młody człowiek i jadł banana. Kiedy skończył, wyrzucił skórkę za siebie, jak w filmach z Czaplinem. Uchyliłem szybę, i grzecznie acz stanowczo poprosiłem, żeby zabrał śmieć z ulicy, co zrobił bez specjalnego entuzjazmu. Popatrzył przy tym na mnie jak na Marsjanina, który sekundę temu wylądował u niego na osiedlu. Sama lekcja z dzieciakami poszła świetnie. Dzieci zadawały pytania, nie zawsze oczywiste i łatwe, a ja grałem piosenki i uczyłem każde z nich wydobywać dzięki z trąby. Dostałem nawet pamiątkowy dyplom.
Parę dni temu, kiedy usłyszałem, że w szkole na Marysinie Wawerskim jeden nastolatek zasztyletował drugiego, od razu napisałem wiadomość do ojca Zosi, u której byłem ongiś na występach w klasie. Poznałem tę szkołę, gdy stacje informacyjne podawały pierwsze, dramatyczne niusy. Dzieciakom z klasy Zosi i jej samej na szczęście nic się nie stało, ale oczywiście coś do nich dotarło; widzieli policjantów, karetki na sygnale, szloch i spazmy nauczycieli. Pomyślałem sobie wtedy, że ten który zginął albo zabił, to mógł być ten sam, od skórki od banana. Wiek by się zgadzał.
Słuchałem później opowieści o tym, że przemoc w szkołach była zawsze. Mądrzyli się tak ludzie z tytułami. Ja, bez tytułu, też mógłbym opowiedzieć Wam o tym, jak w moim ogólniaku jeden z uczniów wbiegł do męskiej ubikacji, gdzie akuratnie stałem na czatach, w czasie gdy reszta paliła fajki, wyjął z plecaka klucz francuski i uderzył parokroć w głowę drugiego. Tamten na szczęście przeżył, ale krwi było jak przy świniobiciu. I było to jedno z lepszych liceów w okolicy. W podstawówce widziałem, jak bandyterka z kuratorem na karku, co to kibluje trzeci rok w siódmej klasie, skacze po głowie chłopca, który miał pecha, bo akurat nie palił i nie miał czym poczęstować. I to też nie była najgorsza podstawówka na rejonie. Truizmy? No pewnie, że tak, tylko dziś, mam wrażenie, te truizmy mają trochę inne podglebie, na którym rosną dramaty jak ze szkoły w Wawrze.
Rodzice nie rozmawiają z dziećmi. Dzieci spędzają całe dnie przed komputerami. Oglądają patostrimerów i wciągają, dosłownie i w przenośni, wszystko to, co nielegalne i zakazane. Za mało jest kształconej kadry w szkołach oraz za słaby dostęp do psychologów i psychiatrów dziecięcych. Wszystko prawda. Musimy coś z tym zrobić, krzyczą eksperci. A recepta? Rodzice muszą poświęcać więcej czasu dzieciom. Hmmm…głębokie. Nikt jakoś jednak nie spróbuje zadać pytania: a dlaczego się tak dzieje, że rodzice, zwłaszcza w dużych miastach, nie rozmawiają dziś z dziećmi i na dobrą sprawę, nie znają ich potrzeb i problemów?
Może dzieje się tak np. dlatego, że całe boże dnie zasuwają w swoim korpo, a braki w kontakcie z dzieckiem kompensują w centrum handlowym? Żeby mieć na centrum handlowe z kolei muszą brać jeszcze więcej nadgodzin, i tak się ta obłudna spirala kręci w najlepsze, ale lepiej nie mówić o tym głośno, bo się jeszcze wyda. I że prawdziwy problem to jest czas, którego notorycznie brakuje na relację rodzic-dziecko, bo gdy się zasuwa na pełen etat albo dwa, dojeżdża do roboty godzinę albo i lepiej, to pod wieczór nie ma już sił ani możliwości, żeby zdobyć się na coś więcej niż konsumpcja, kolacja i czasami kopulacja. I że szkoły, kadry, lekarze i pomoc psychologiczna jak najbardziej, ale najpierw popatrzmy w jakim matrixie żyją rodzice tych biednych/bogatych dzieci i ile czasu mogą im realnie poświęcić. I że to właśnie czas dziś jest luksusem, na który stać najbogatszych, a to przecież zupełne pomylenie pojęć, bo straconego czasu za nic się nie odkupi ani go nie dokupi, choćby nie wiem czym człek płacił. Truizmy kolejne? Pewnie tak, a nawet na pewno, ale inaczej chyba nie sposób o tym pisać. O tym co się stało. I co się stanie jeszcze nie raz. Tego niestety jestem pewien. Bo coś tak czuję w trzewiach, że za daleko już to wszystko poszło…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Nie tak szybko

Media żywią się wszystkim, co sensacyjne, czekają na każdy krwisty kąsek, który spadnie ze stołu. Są jak rekiny. A wokół Roberta Biedronia rozlało się ostatnio sporo krwi.

„SuperExpress”, który napisał o tym, że lider Wiosny dwadzieścia lat temu miał postawione zarzuty za znęcanie się nad matką nie kryje, że cała sprawa z wyciągnięciem tej informacji na światło dzienne była inspirowana politycznie. Nie kryje nawet, że to robota konkretnego środowiska skupionego wokół konkretnej partii (PO). Najwyraźniej naczelni opozycjoniści IV RP zapomnieli już, jakim oburzeniem pałali, gdy ich ówczesnemu szefowi wyciągano legendarnego dziadka z Wehrmachtu.
Mam wobec „Biedroń Przemocowiec Gate” ambiwalentne uczucia. Nie dziwi mnie, że człowiekowi, który aspiruje do pełnienia funkcji publicznych, zadaje się trudne pytania. Taki, jak się to mówi, lajf: właściciel sklepu spożywczego nie musi legitymować się krystalicznym życiorysem, ale poseł, wybraniec narodu – już powinien. Skoro potępiamy czyny radnego Piaseckiego i uważamy, że nie powinien pełnić funkcji publicznych, to Biedroń powinien być mierzony tą samą miarką.
A jednak sytuacja nie jest tożsama i pomimo wielu oczywistych zastrzeżeń co do programu partii Biedronia, pomimo tego, że nie jest on „moim wyborem” politycznym, w tej konkretnej sprawie będę go bronić.
Założyciel Wiosny nie jest w polityce „świeżakiem”, choć na takiego się kreuje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sensacyjne nagłówki pt. „Pobił matkę?”, w dodatku dotyczące sprawy, która już dawno została wyjaśniona i zamknięta na etapie postępowania sądowego, nie ukazują się dziś przypadkiem. Obserwujemy typową śmierdzącą kampanijną sztuczkę. Na Niesiołowskiego haki trzymano w kieszeni przez długie miesiące, tu najwyraźniej jest podobnie.
Media robią bardzo ryzykowną rzecz, stawiając Biedronia w roli naczelnego oprawcy. Bo tym jest właśnie wyrwanie z kontekstu sprawy, którą dwadzieścia lat temu założyła mu matka. Tu absolutnie nie powinno się tego kontekstu lekceważyć. A kontekst był taki, że zarówno matka, rodzeństwo Biedronia, jak i on sam, przez lata byli ofiarami przemocy, a przy okazji – co bezpośrednio wynika z ich wypowiedzi – osobami współuzależnionymi, zastraszonymi, długotrwale funkcjonującymi w kryzysie. „Kiedy człowiek jest ofiarą przemocy, często nie wie, po której stronie stanąć” – mówi Biedroń i ja mu wierzę. Bo tak to właśnie działa. „Ofiara przemocy” kojarzy nam się ze skuloną postacią łkającą w kącie. Ofiara przemocy miewa mętlik w głowie. Szuka ujścia dla ekstremalnych emocji. Bywa, że znajduje się pod czyimś szkodliwym wpływem, jest manipulowana. Zdarza się, że powiela wzorce, od których tak bardzo chce uciec. Matka Biedronia nie kryje, że cała rodzina latami żyła w piekle. Dlatego ostatecznie wycofała swoje oskarżenia.
Warunkowe umorzenie kary oznacza uznanie winy. Więc tak, do aktu przemocy dojść musiało, nie da się oszukać rzeczywistości. Ale warunkowe umorzenie oznacza również szereg okoliczności szczególnych, istotnych na tyle, aby nie skazywać. W mojej pracy kuratora miałam do czynienia z podopiecznymi „po warunkowym”. Zazwyczaj oznaczało to, że do popełnienia przestępstwa skłaniały ich bieda, uwikłanie w krąg przemocy, głęboki kryzys emocjonalny. Dziś jednak zdaje się, że oboje, zarówno matka, jak i syn, przepracowali swoje traumy. Wyjaśnienia złożoności tej tragicznej sytuacji próżno szukać w plotkarskich notkach. Dlatego myślę, że pisząc o tej sprawie, należy zachować szczególną ostrożność i powstrzymać się od kategorycznych osądów.
To nie jest w żadnym wypadku usprawiedliwianie przekazywania przemocy dalej. To próba zrozumienia, dania szansy na wyplątanie się z obciążającej przeszłości. Mnie osobiście wyjaśnienia Biedronia przekonują. I myślę, że w konfrontacji z mediami słusznie stawia na ucieczkę do przodu poprzez szczerość i przypominanie kontekstu sprawy. Rozumiem też poniekąd jego słuszny żal o to, że akurat teraz postawiono go w ohydnej sytuacji, w której będzie „spalony”, cokolwiek nie zrobi: nawet jeśli otrzepie się z przysłowiowego gówna za pomocą racjonalnych argumentów, to jednak zawsze coś się przyklei.

Kobiety chcą sprawiedliwego społeczeństwa

W tym roku motto przewodnie XX Manify warszawskiej zogniskowało się wokół kwestii przemocy dotykającej kobiety. Przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, ekonomicznej. Każdej.

„Kim jest przemocowy gość?”
„To ten, który stosuje przemoc – fizyczną, psychiczną, seksualną, ekonomiczną. Może nim być nasz sąsiad, współpracownik, szef czy kolega, o którym mamy bardzo dobre zdanie. Może być nim nasz partner. Może mieć nienaganną reputację, może oficjalnie deklarować sprzeciw wobec przemocy. To niekoniecznie potwór, którego łatwo wykluczyć ze środowiska i udawać, że problem zniknął”.
Każdego roku przemocy doświadcza od 700 tys. do miliona Polek. Policyjne statystki przemocy w rodzinie niezmiennie mówią, że około 95 proc. sprawców to mężczyźni. Dane Agencji Praw Podstawowych UE za 2017 pokazują, że w Polsce 12 proc. kobiet padło ofiarą przemocy fizycznej ze strony partnera, psychicznej – 37 proc., seksualnej – 4 proc. Wypełniono około 75 tys. Niebieskich Kart. W 2018 było ich niewiele mniej (73). Policja odnotowała ogólną liczbę zgłaszających się ofiar przemocy domowej na 88 133. Część z nich wszczęła procedurę, część to „kolejne przypadki w trakcie” jej trwania. Ogólna liczba podejrzewanych sprawców będących pod wpływem alkoholu to ponad 43 tysiące. 427 dzieci odebrano z domów rodzinnych, ponieważ uznano je za zagrażające.
Wolne od przemocy i dyskryminacji nie są nawet środowiska, gdzie oficjalnie deklaruje się wolnościowe, lewicowe poglądy – przypomniały organizatorki demonstracji i przemawiające w jej trakcie aktywistki. Wzywały działaczki, by nie milczały, „by nie zaszkodzić sprawie” i nie rezygnowały ze swoich ideałów, lecz dążyły do tego, aby seksizm i przemoc przestały być tolerowane.

„Przemocowiec to również dłużnik alimentacyjny – nas, kobiet, nikt nie pyta, czy możemy pozwolić sobie na wykarmienie, zakup ubrań dla dziecka czy opłacenie rachunków. Nie mamy wyjścia, nie możemy liczyć na społeczną wyrozumiałość. W przeciwieństwie do mężczyzn, którym wciąż się pobłaża”.
Samodzielny ojciec” wciąż w odbiorze społecznym pozostaje bohaterem. Kobieta nie może liczyć na order matki roku tylko dlatego, że codziennie zapewnia byt dziecku, które powołała na świat.
Nie łudźcie się. Fundusz Alimentacyjny obejmuje tylko część dzieci, którym się one należą. Służy wyłącznie najmniej zarabiającym do 800 zł dochodu na osobę w rodzinie. Większość dłużników, również tych doskonale sytuowanych, często jednak nie rozumie, że alimenty to nie prezenty. Nie płaci aż 84 proc. zobowiązanych. Dłużnik alimentacyjny ma najczęściej twarz mężczyzny (kobiety stanowią 4 proc.), statystycznie jest w wieku 36-45 lat. Problemy z łożeniem na własne dzieci mają najczęściej mieszkańcy województw mazowieckiego, śląskiego i dolnośląskiego.
Na poprawę tego stanu rzeczy jest akurat nadzieja – ale nie płynie ona z funduszu, lecz z propozycji kar nakładanych na pracodawców, którzy pomagają alimenciarzom oszukiwać. Tu powstaje też kolejny problem – świadomego unikania zatrudnienia przez dłużników. To również wyzwanie dla rządu, na razie podjęte w teorii.
– Dłużnicy alimentacyjni bardzo często mają pieniądze, ale nie płacą, bo wyznają zasadę, że „na byłe dzieci nie płacą”. „Bo to zła kobieta była”. Nie żartuję – to są cytaty z dłużników i to nierzadkie. Trudno mi stać po ich stronie – mówi Ritmann. – Do tego często powstaje coś, co nazywam „zorganizowaną grupą wspierania dłużnika”. Wchodzi do niej obecny partner, pracodawca, rodzice. Kryją i chwalą dłużnika, że taki sprytny, bo wykiwał komornika. Na pewno komornika? – mówi z żalem Andrzej Ritmann, rzecznik prasowy Izby Komorniczej w Łodzi.

„To właściciel korporacji, szef, który nie szanuje praw pracownic i pracowników. To kapitalista, który buduje i wspiera system oparty na wyzysku najciężej pracujących”.
Wyzysk na polskim rynku pracy dotyka mnóstwo grup kobiet: od studentek po uchodźczynie i seniorki.
– Nie może być mowy o emancypacji kobiet w systemie kapitalistycznym, który opiera wyzysk na podziale siły roboczej – ze względu na płeć, pochodzenie czy posiadanie uprawnień do pracy w danym kraju. Dzięki podziałowi na pracownice i pracowników gorszej kategorii możliwe jest równanie płac w dół i szantażowanie innych pracowników. Taką rolę odgrywają często kobiety, które są niżej opłacanie, ale także migrantki i migranci, osoby o niepewnej z prawnego i praktycznego punktu widzenia sytuacji na rynku pracy – powiedziała Katarzyna Rakowska z Inicjatywy Pracowniczej Codziennikowi Feministycznemu.
Dlatego część demonstrantów i demonstrantek przyszła na Manifę z czerwonymi flagami i hasłami jednoznacznie domagającymi się całkowitej zmiany systemu: „Zniszcz kapitalizm, zanim zniszczy ciebie”, „Kapitalizm nie działa, inny system jest możliwy”. Aktywiści Historii Czerwonej przypomnieli postać Róży Luksemburg, przywódczyni rewolucji niemieckiej 1919 r. i wybitnej teoretyczki marksistowskiej, oraz jej hasło: Socjalizm albo barbarzyństwo, innej drogi nie ma!

„To polityk, który ten system legitymizuje. Który nie upomina się o prawa wykluczonych i marginalizowanych”.
Karolina Piasecka, żona radnego-przemocowca, twierdzi, że schematy zawsze są bardzo podobne. – Nie wiedziałam, jak to się stało, jak to możliwe, że on coś takiego robi. A potem zaczęłam sobie tłumaczyć, że to moja wina, że nie powinnam tak na niego krzyczeć. Że zasłużyłam. Więc najpierw na pewno był szok. Potem próba tłumaczenia. A potem wiara, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Bo przecież on jest dobry i czuły, jesteśmy mężem i żoną, rodziną. Kochamy się. (…) Niech pani nie pyta, czy w tym jest sens. Z boku – żadnego. Ale ja wtedy naprawdę wierzyłam, że jak będę taka, jak on chce, to wszystko się ułoży. Ulegałam. Odpuściłam raz, drugi. I dalej tak życie się toczyło. Wierzyłam, że jeśli zrobię to, czego chciał, to będzie dobrze, spełnię jego oczekiwania, będzie zadowolony. Dostosowałam się do zasad, jakie narzucił.

„To hierarcha Kościoła – skrajnie patriarchalnej instytucji, w której kobieta jest nikim, i który swoją wewnętrzną hierarchię usiłuje przenieść na społeczeństwo”.
Kościół katolicki jest znanym entuzjastą klapsów. „Spór o to, jaki rodzaj bicia dziecka jest stosowaniem przemocy, a jaki jeszcze przemocą nie jest, to czysta aberracja. Bicie słabszego i bezbronnego przemocą jest zawsze” – pisze ks. Adam Boniecki w „Tygodniku Powszechnym”, demaskując przedstawicieli kościoła, którzy z dumą powoływali się na Stary Testament i akapitu o „nieżałowaniu rózgi”.

Wrócili z Manify
– W tegorocznej Manifie, jak co roku przewijał się bardzo wyraźnie temat przeciwdziałania przemocy wobec kobiet, ale teraz ponad tło wybił się wątek przemocy nie tyle domowej, co tej, która spotyka nas praktycznie codziennie w każdym miejscu, w który przebywamy: w miejscach pracy, na spotkaniach towarzyskich, w środkach komunikacji miejskiej – powiedziała Portalowi Strajk Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej. – Manifa nagłaśnia fakt, że przemoc to nie tylko agresja fizyczna powodująca widoczne obrażenia, to także wielokrotnie częstsza przemoc psychiczna: mobbing, słowne molestowanie, jak również przemoc ekonomiczna. W tym roku wyraźne i nośne były hasła antykapitalistyczne. Coraz więcej uczestniczek Manif dostrzega związek między ustrojem kapitalistycznym a przemocą, której ofiarami padają kobiety – zauważyła działaczka.
W gronie manifestujących nie zabrakło aktywistek i aktywistów warszawskiego okręgu Razem oraz delegacji Wiosny z Robertem Biedroniem na czele. Dopisała również frekwencja wśród osób dotąd niezaangażowanych w żadnych organizacjach.
– Pozytywnie zaskoczyła mnie ogromna ilość młodych osób z całkowicie nowymi hasłami na patykowcach i transparentach – skomentowała w rozmowie z Portalem Strajk Urszula Kuczyńska, działaczka Razem w Warszawie. – Nie panował w ostatnim czasie nastrój mobilizacji, ale widać wyraźnie pokłosie poruszenia z 2016 roku. Budzi się świadomość i gotowość do walki o prawa kobiet i mniejszości, a słowo „solidarność” zaczyna nieść swoje prawdziwe znaczenie: wszyscy za jedną, jedna za wszystkie. No i polskie #metoo ewidentnie rozpędu zaczęło dopiero teraz nabierać: nośność hasła walki z przemocą wobec kobiet, seksualną i nie tylko, wyraźnie wzrosła, bo wzrosła znajomość i świadomość problemu – podkreśliła.
– Jak wiemy problem przemocy wobec kobiet w Polsce jest ogromny, dlatego warto zwracać uwagę na tę kwestię i przypominać, że nie zgadzamy się na żadną przemoc i żądamy zmiany prawa i wyższych kar dla sprawców. Niestety statystyki nie pozostawiają złudzeń, krzywdzą głównie mężczyźni, często wcześniej znani kobietom – dzielnym surwiwalkom – przetrwalniczkom. Tym kobietom, które mimo przemocy przetrwały , często ogromną i trudną do zniesienia systemową /seksualną /fizyczną /ekonomiczną /psychiczną przemoc – powiedziała nam Kaya Szulczewska, autorka wkluczającego projektu Ciałopozytyw. To również stała bywalczyni warszawskiej Manify.- Osób biorących udział w przemarszu było na moje oko dużo, a atmosfera wprost wspaniała. Widać było mnóstwo transparentów, które świadczyły o tym, jak bardzo zróżnicowane i intersekcjonalne jest środowisko feministyczne i jak dużo tematów jest obecnie dla nas ważnych i żywych.

Jest o co walczyć. Dlatego po Manifie warszawskiej czeka nas jeszcze cała seria podobnych wydarzeń w innych miastach Polski. 8 marca po raz jedenasty odbędzie się Śląska Manifa w Katowicach. 9 marca o społeczeństwo wolne od wyzysku i dyskryminacji będą upominały się łodzianki, mieszkanki Trójmiasta, #MyNiepokorne z Kielc, torunianki, wrocławianki i lublinianki. Dzień później Manifa przejdzie ulicami Bydgoszczy, a 16 marca prokobiece i wolnościowe hasła zabrzmią w Rzeszowie, w regionie, który klerykalna i konserwatywna prawica chce zamienić w swój bastion.
Widać też, że od czasu czarnego protestu, debata na temat aborcji przybrała bardziej bezpośrednią i zróżnicowaną formę. Co bardzo cieszy, przestajemy wstydzić się swoich poglądów i zaczynamy mówić o doświadczeniu aborcji w normalny sposób.
Wolne od przemocy i dyskryminacji nie są nawet środowiska, gdzie oficjalnie deklaruje się wolnościowe, lewicowe poglądy – przypomniały organizatorki demonstracji i przemawiające w jej trakcie aktywistki.

Orkiestra stoi cicho

Co mnie dotyka w „Sprawie Owsiaka”? Nie to, że Owsiak wykonał sprytny ruch, wyciągnięty prosto z arsenału technik marketingu oraz PR. Ograniczył maksymalnie (możliwe, nie rzeczywiste) straty wizerunkowe, poprzez rezygnację, pokazanie się w roli ofiary, a zarazem winnego, a potem powrócił, zyskując jeszcze większą niż dotąd popularność i szacunek, także wśród tych, którzy do tej pory Orkiestrą ekscytowali się w stopniu umiarkowanym. WOŚP jest, jak wszyscy wiemy, organizacją charytatywną. Z definicji funkcjonuje dzięki znacznej części społeczeństwa, która w geście dobrej woli darowuje jej środki na jej główne, sztandarowe działanie. Jest nim zakup sprzętu medycznego. Jej twarzą i głosem od 27 lat jest niezmiennie pomysłodawca. I tylko on, chociaż Orkiestra to praca tysięcy ludzi, tych zatrudnionych i wolontariuszy, a także praca darczyńców, bo przecież datki pochodzą z ich zarobków. Niewiele z nas byłoby w stanie wymienić kogokolwiek innego zaangażowanego w WOŚP z imienia i nazwiska. Jedyne widziane na bilbordach, ekranach telewizyjnych czy zasłyszane na falach radiowych osoby to celebryci, często politycy, postacie powszechnie uznawane ze publiczne. Za pomocą charytatywnej mobilizacji społecznej i najczęściej woluntaryjnej pracy, których efektem są masowe wydarzenia, burza medialna oraz budowa złudnej, chwilowej solidarności, która zawiesza i przecina dyskurs PO-PiS-owy, celebryci, autorytety potęgują swoją pozycję społeczną, a także zarabiają pieniądze, bo przecież wzrost popularności, udane kampanie PR można jak najbardziej przeliczyć na złotówki. Oni również de facto są wielkimi beneficjentami WOŚP. Aukcja przedmiotu X, który należy do celebryty czy polityka Y zwiększa jego kapitał społeczny, rozpoznawalność, daje mu łatkę tego dobrego. Może to być nawet człowiek, który zrobił coś złego w przeszłości czy jest kontrowersyjny. Już do klasyków należy spacer z Leszkiem Balcerowiczem. Może i zaszkodził ludziom w przeszłości, ale teraz pomaga biednemu państwu, czyli ma jednak dobre serce. I tylko przypomina się piękna swą szczerością wypowiedź pana Sienkiewicza o tymże państwie… Nawet „antyowsiakowcy” zbierają żniwo tego wszystkiego. Ich teksty idą jak ciepłe bułeczki. Hejt z jednej strony PO-PiS-u na drugą. Wszyscy na tym coś zyskują: scementowanie elektoratu, partii czy narracji, osobistą popularność dzięki super słodkiej aukcji czy wypowiedzi. Kościół daje kolejne pokazy siły. Można tak bez końca.
A jak się ma do tego główny cel Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy? Nie wątpię, że celem Owsiaka i jego współpracowników jest pomoc polskiej służbie zdrowia, wsparcie NFZ, pomoc w pracy ludziom, którzy codziennie ratują życie. Ich własne życie jest jak niewiele innych naznaczone pięknym, humanitarnym i niezwykle psychicznie ciężkim powołaniem. Dumną, szanowaną, zasługującą na te słowa pracą. To nie kwestia polemiczna – tak po prostu jest. A teraz przypomnijcie sobie waszą frustrację, kiedy to w kolejce kilkudziesięciu osób na SORze w ciągu dnia tkwicie ze złamaną lub nie, bo nikt jeszcze nie wie, nikt nie poinformował, ręką, nogą, czymkolwiek. Spróbujcie wyobrazić sobie uczucia
i stres pielęgniarki, lekarza czy rezydentki, która o 17:00 nie ma już pomocników do pracy z pacjentami. Ba! Nie ma wystarczającej dla tego tłumu rannych, osłabionych lub połamanych ludzi liczby wózków inwalidzkich czy nierzadko łóżek. O atmosferze pracy ratowników i ratowniczek (oraz liczbie karetek) nie wspomnę. Tak, WOŚP pomaga ludziom. Zebrane do puszek pieniądze dają nam wszystkim, społeczeństwu urządzenia ratujące życie. Lecz czy to nie jest kompletny absurd, że autorytetami w sprawach pomocy ludziom, medycyny i służby zdrowia stają się celebryci i osoby publiczne, media takie jak TVN, Play i cała masa podmiotów, a ich głównym przedstawicielem Jurek Owsiak, który przyszedł, wyszedł z hukiem, wrócił? A miejsce dla udzielających się w tym wszystkim lekarzy i ekspertów jest tylko wśród wzywających do popierania WOŚP-u? A także wśród proszących o pomoc dla swych placówek? Bo co się dzieje, gdy prawdziwi eksperci i ekpertki, tworzący i budujący służbę zdrowia, wchodzą na arenę debaty publicznej żądając podwyżek płac, większego budżetu dla szpitali, bycia traktowanymi jak ludzie, a nie jak niewolnicy swojego humanitarnego powołania? Cisza. Gwiazdy gasną, gdy rezydenci głodują, pielęgniarki strajkują, ratownicy wychodzą na ulice. Protesty? Sami związkowcy, kilka dziennikarek i dziennikarzy, grupka aktywistów. Media interesują się tematem od niechcenia. Gdzie społeczeństwo? Ci z WOŚP, ale i ci z Caritasu? Te gwiazdki z serduszkiem przy znaczkach partyjnych? Gdzie wolontariusze? Gdzie nagle popkulturowe i polityczne autorytety, chętnie zbierające na łzy w morzu potrzeb naszej służby zdrowia, naszego społecznego zdrowia?
Jedynych prawdziwych, doświadczonych specjalistów w zakresie ochrony zdrowia, ma się w d*pie. Kolejni maszerują! Następne żądają!
Orkiestra stoi cicho. Coś tu poszło nie tak.

Mord policyjny

Masowe demonstracje i gwałtowne zamieszki opanowały na kilka dni niemal całe Chile po tym, gdy specjalne siły policyjne zamordowały 24-latka pochodzącego z rdzennej ludności Mapuche.

 

Do zdarzenia doszło 14 listopada gdy funkcjonariusze “Comando Jungla” – specjalnej jednostki antyterrorystycznej wyszkolonej w Kolumbii i USA, powołanej przez obecny prawicowy rząd – wkroczyli na teren jednej ze wspólnot Mapuche na południu kraju. Camilo Catrillanca wracał na traktorze do swojego domu, gdy śmiertelnie trafiła go policyjna kula. Według oficjalnej wersji mężczyzna był przypadkową ofiarą wymiany ognia pomiędzy policją a szajką złodziei samochodów.

Szybko jednak okazało się, że sprawa jest o wiele bardziej niejasna, szczególnie gdy na jaw wyszło, że funkcjonariusze policji zniszczyli zapis filmowy z całej operacji. W efekcie czterech policjantów biorących w niej bezpośredni udział zostało zwolnionych, a do dymisji podało się dwóch wysokich rangą dowódców policyjnych.

Całe zdarzenie odbierane jest przez społeczeństwo jako kolejny z serii państwowych represji i ataków na społeczność rdzennych mieszkańców walczących o swoje prawa. Mapuche od lat walczą z państwem chilijskim i argentyńskim o autonomię i odzyskanie swoich historycznych terenów, które zostały sprzedane korporacjom i obszarnikom eksploatującym cały region Araukania. Stanowią największą grupę rdzennej ludności żyjącą na obecnym terytorium Chile – około 9 procent jego obywateli i obywatelek deklaruje przynależność etniczną właśnie do tego ludu. Catrillanca nie jest pierwszą ofiarą policyjnej przemocy wywodzącą się z ludu Mapuche.

Społeczności Mapuche ogłosiły trzy dni buntu przeciwko państwu chilijskiemu. W proteście przeciwko policyjnej przemocy oraz nękaniu przez państwo i kapitał rdzennej ludności kraju, na ulice chilijskich wyszło tysiące mieszkańców i mieszkanek wspieranych przez organizacje społeczne i lewicowe. Odpowiedzią policji były tradycyjne już brutalne represje. Manifestacje zamieniły się w regularne zamieszki. Niepokoje społeczne wciąż nie ustały.

Obejdzie się bez przemocy?

Największa wyspa Afryki, jeden z najuboższych krajów świata, do tej pory raczej zapomniany przez ludzi i media, w ostatnim okresie znowu stał się przedmiotem zainteresowania największych światowych graczy polityki międzynarodowej. Wybory prezydenckie zaplanowane na 7 listopada obserwowane są w napięciu.

 

Na prezydenta Madagaskaru kandyduje 36 polityków, faktycznie liczy się czterech byłych prezydentów: Hery Rajaonarimampianina,Didier Ratsiraka, Andry Rajoelina i Marc Ravolamanana. Dwaj ostatni byli głównymi bohaterami potężnego kryzysu politycznego na Madagaskarze w latach 2009-2011 r. Obaj wyprowadzali na ulice swoich zwolenników i korzystali z pomocy wojska do utrzymania się przy władzy, w zamieszkach zginęło ponad 135 osób. Rajaonarimampianina, który w co najmniej kontrowersyjnych okolicznościach wygrał wybory w 2014 r. (zgłoszono ponad 300 przypadków nieprawidłowości, jednak m.in. obserwatorzy z Unii Europejskiej uznali elekcję za „wolną i sprawiedliwą”), we wrześniu tego roku zrzekł się urzędu, by móc kandydować na drugą kadencję.
Trudno mówić o jakichkolwiek programach czy różnicach w składanych obietnicach – w zasadzie wszyscy obiecują walkę z korupcją, przyciąganie zagranicznych inwestorów i budowanie na wyspie podstawowej infrastruktury, której brakuje na każdym polu (także gdy chodzi o drogi i budownictwo mieszkalne). O poprawie fatalnego stanu służby zdrowia czy publicznej oświaty (system takowej w zasadzie nie działa) nie ma mowy w ogóle. Mieszkańcy wyspy i tak zdają sobie sprawę z tego, że nie ma na to środków.

Równocześnie w stolicy kraju Antananarywie zaroiło się od międzynarodowych obserwatorów z całego dosłownie świata. Są obserwatorzy z USA, Unii Europejskiej, międzynarodowej organizacji CIS-EMO (z siedzibą w Rosji), z Organizacji jedności Afrykańskiej i wielu innych mniej znanych organizacji, które nagle zażyczyły sobie obserwować, jak przebiega proces wyborczy w tym kraju. Czy wybory w 2018 r. przebiegną w lepszej atmosferze niż poprzednie? Już można wskazać wiele elementów wskazujących na to, że Madagaskarowi daleko do standardów znanych z Europy. Dopiero po długich namowach Centralna Komisja Wyborcza przyjęła do wiadomości, że można przeprowadzać w poszczególnych komisjach wyborczych badania exit-poll. Przewożenie i zabezpieczenie policzonych głosów oddano na zasadzie outsourcingu prywatnej firmie francuskiej (Madagaskar był francuska kolonią), która bez żadnej kontroli ze strony państwowych struktur dostarcza biuletyny do siedziby Centralnej Komisji Wyborczej. Podobnie jest z liczbą komisji wyborczych zarejestrowanych pod jednym adresem (a praktycznie w miejscu, które mieszkańcy powinni znać, ponieważ nie ma tutaj adresów w europejskim rozumieniu tego pojęcia). Może być ich – przynajmniej w teorii – ponad 30, co stawia pod znakiem zapytania transparentność samego procesu głosowania.

Napięcie w stolicy Madagaskaru wyczuwalnie rośnie, co nie dziwi, jeśli przypomnieć sobie, że wszystkie poprzednie wybory prezydenckie kończyły zamieszkami na ulicach i strzelaniem przez policję do demonstrantów. Tak może być i tym razem, a gwałtowny wzrost zainteresowania przez międzynarodowa społeczność to niemal gwarantuje.