Mord policyjny

Masowe demonstracje i gwałtowne zamieszki opanowały na kilka dni niemal całe Chile po tym, gdy specjalne siły policyjne zamordowały 24-latka pochodzącego z rdzennej ludności Mapuche.

 

Do zdarzenia doszło 14 listopada gdy funkcjonariusze “Comando Jungla” – specjalnej jednostki antyterrorystycznej wyszkolonej w Kolumbii i USA, powołanej przez obecny prawicowy rząd – wkroczyli na teren jednej ze wspólnot Mapuche na południu kraju. Camilo Catrillanca wracał na traktorze do swojego domu, gdy śmiertelnie trafiła go policyjna kula. Według oficjalnej wersji mężczyzna był przypadkową ofiarą wymiany ognia pomiędzy policją a szajką złodziei samochodów.

Szybko jednak okazało się, że sprawa jest o wiele bardziej niejasna, szczególnie gdy na jaw wyszło, że funkcjonariusze policji zniszczyli zapis filmowy z całej operacji. W efekcie czterech policjantów biorących w niej bezpośredni udział zostało zwolnionych, a do dymisji podało się dwóch wysokich rangą dowódców policyjnych.

Całe zdarzenie odbierane jest przez społeczeństwo jako kolejny z serii państwowych represji i ataków na społeczność rdzennych mieszkańców walczących o swoje prawa. Mapuche od lat walczą z państwem chilijskim i argentyńskim o autonomię i odzyskanie swoich historycznych terenów, które zostały sprzedane korporacjom i obszarnikom eksploatującym cały region Araukania. Stanowią największą grupę rdzennej ludności żyjącą na obecnym terytorium Chile – około 9 procent jego obywateli i obywatelek deklaruje przynależność etniczną właśnie do tego ludu. Catrillanca nie jest pierwszą ofiarą policyjnej przemocy wywodzącą się z ludu Mapuche.

Społeczności Mapuche ogłosiły trzy dni buntu przeciwko państwu chilijskiemu. W proteście przeciwko policyjnej przemocy oraz nękaniu przez państwo i kapitał rdzennej ludności kraju, na ulice chilijskich wyszło tysiące mieszkańców i mieszkanek wspieranych przez organizacje społeczne i lewicowe. Odpowiedzią policji były tradycyjne już brutalne represje. Manifestacje zamieniły się w regularne zamieszki. Niepokoje społeczne wciąż nie ustały.

Obejdzie się bez przemocy?

Największa wyspa Afryki, jeden z najuboższych krajów świata, do tej pory raczej zapomniany przez ludzi i media, w ostatnim okresie znowu stał się przedmiotem zainteresowania największych światowych graczy polityki międzynarodowej. Wybory prezydenckie zaplanowane na 7 listopada obserwowane są w napięciu.

 

Na prezydenta Madagaskaru kandyduje 36 polityków, faktycznie liczy się czterech byłych prezydentów: Hery Rajaonarimampianina,Didier Ratsiraka, Andry Rajoelina i Marc Ravolamanana. Dwaj ostatni byli głównymi bohaterami potężnego kryzysu politycznego na Madagaskarze w latach 2009-2011 r. Obaj wyprowadzali na ulice swoich zwolenników i korzystali z pomocy wojska do utrzymania się przy władzy, w zamieszkach zginęło ponad 135 osób. Rajaonarimampianina, który w co najmniej kontrowersyjnych okolicznościach wygrał wybory w 2014 r. (zgłoszono ponad 300 przypadków nieprawidłowości, jednak m.in. obserwatorzy z Unii Europejskiej uznali elekcję za „wolną i sprawiedliwą”), we wrześniu tego roku zrzekł się urzędu, by móc kandydować na drugą kadencję.
Trudno mówić o jakichkolwiek programach czy różnicach w składanych obietnicach – w zasadzie wszyscy obiecują walkę z korupcją, przyciąganie zagranicznych inwestorów i budowanie na wyspie podstawowej infrastruktury, której brakuje na każdym polu (także gdy chodzi o drogi i budownictwo mieszkalne). O poprawie fatalnego stanu służby zdrowia czy publicznej oświaty (system takowej w zasadzie nie działa) nie ma mowy w ogóle. Mieszkańcy wyspy i tak zdają sobie sprawę z tego, że nie ma na to środków.

Równocześnie w stolicy kraju Antananarywie zaroiło się od międzynarodowych obserwatorów z całego dosłownie świata. Są obserwatorzy z USA, Unii Europejskiej, międzynarodowej organizacji CIS-EMO (z siedzibą w Rosji), z Organizacji jedności Afrykańskiej i wielu innych mniej znanych organizacji, które nagle zażyczyły sobie obserwować, jak przebiega proces wyborczy w tym kraju. Czy wybory w 2018 r. przebiegną w lepszej atmosferze niż poprzednie? Już można wskazać wiele elementów wskazujących na to, że Madagaskarowi daleko do standardów znanych z Europy. Dopiero po długich namowach Centralna Komisja Wyborcza przyjęła do wiadomości, że można przeprowadzać w poszczególnych komisjach wyborczych badania exit-poll. Przewożenie i zabezpieczenie policzonych głosów oddano na zasadzie outsourcingu prywatnej firmie francuskiej (Madagaskar był francuska kolonią), która bez żadnej kontroli ze strony państwowych struktur dostarcza biuletyny do siedziby Centralnej Komisji Wyborczej. Podobnie jest z liczbą komisji wyborczych zarejestrowanych pod jednym adresem (a praktycznie w miejscu, które mieszkańcy powinni znać, ponieważ nie ma tutaj adresów w europejskim rozumieniu tego pojęcia). Może być ich – przynajmniej w teorii – ponad 30, co stawia pod znakiem zapytania transparentność samego procesu głosowania.

Napięcie w stolicy Madagaskaru wyczuwalnie rośnie, co nie dziwi, jeśli przypomnieć sobie, że wszystkie poprzednie wybory prezydenckie kończyły zamieszkami na ulicach i strzelaniem przez policję do demonstrantów. Tak może być i tym razem, a gwałtowny wzrost zainteresowania przez międzynarodowa społeczność to niemal gwarantuje.

Śmierć aktywistki

W szpitalu w Kijowie zmarła Kateryna Handziuk – ukraińska dziennikarka i aktywistka zaangażowana w śledzenie policyjnych nadużyć oraz korupcji w organach ścigania.

 

Kobieta została 31 lipca oblana kwasem przez pięciu mężczyzn aktywnych wcześniej w organizacjach nacjonalistycznych. Obrońcy praw człowieka alarmują, że na Ukrainie od 2017 r. miały miejsce jeszcze 54 inne ataki na aktywistów takich jak zamordowana.

33-letnia aktywistka z Chersonia (280-tysięcznego miasta na południu Ukrainy), członkini tamtejszej rady miejskiej i doradczyni mera w latach 2003-2015 należała do partii Batkiwszczyna, brała udział w pomarańczowej rewolucji 2004 r. i w Euromajdanie. Zasłynęła swoim zaangażowaniem w śledzenie i opisywanie zasięgu korupcji w miejscowej policji, nadużyć władz i organów ścigania, zarzucała również włodarzom Chersonia związki z separatystami z Doniecka i Ługańska.

31 lipca została napadnięta przed własnym domem i oblana kwasem siarkowym. Odniosła oparzenia blisko 40 proc. ciała, straciła wzrok w jednym oku. Walczyła o życie kilka miesięcy, przeszła 11 operacji. 4 listopada zmarła w szpitalu w Kijowie, o czym poinformowano na profilu „Kto zlecił zabójstwo Katii Handziuk?”. Prowadzą go aktywiści, którzy sprzeciwiają się rosnącej na Ukrainie fali przemocy wobec aktywistów antykorupcyjnych, obrońców praw człowieka i niezależnych dziennikarzy.

Po śmierci Handziuk kondolencje rodzinie złożył Petro Poroszenko, wzywając równocześnie do tego, by odpowiednie organy odnalazły i ukarały sprawców. Również unijny komisarz ds. poszerzenia Johannes Hahn stwierdził, że „ataki na aktywistów obywatelskich są niedopuszczalne”. Jednak obrońcy praw człowieka są wręcz przekonani, że policja, której nadużycia zamordowana aktywistka tak nieugięcie ścigała, nie ma najmniejszego zamiaru skazać winnych.

– Niedawno przez Ukrainę przetoczyła się cała fala ataków na aktywistów. Są to zarówno zabójstwa i pobicia, jak i zniszczenia własności działaczy – palenie samochodów, biur czy rzucanie granatów. Ofiarami są w większości ludzie, którzy sprzeciwiają się korupcji oraz przestępczości zorganizowanej, ekolodzy i obrońcy praw człowieka – powiedziała, cytowana przez Onet, Tetiana Peczonczyk, szefowa ukraińskiego Centrum Informacji o Prawach Człowieka. – Przyczyną ataków jest brak reformy organów ścigania. Zleceniodawcy pozostają bezkarni. Niektórzy aktywiści byli atakowani już kilka razy, a mimo to nie objęto ich żadną ochroną – dodała.

Policja początkowo zakwalifikowała napad z użyciem kwasu siarkowego jako… chuligaństwo. Dopiero później zmieniła kwalifikację czynu na usiłowanie zabójstwa.

Jako podejrzanych o napad na Handziuk zatrzymano ostatecznie pięciu mężczyzn. Wszyscy mają za sobą udział w konflikcie w Donbasie po stronie ukraińskiej. W sierpniu 2018 r. policja przyjmowała wersję, że pomysłodawcą brutalnego ataku był 41-letni Serhij Torbin, były oficer policji w Chersoniu i uczestnik walk na Donbasie, który nakłonił do wzięcia udziału w napadzie czworo byłych podkomendnych, później działaczy nacjonalistycznej Ukraińskiej Armii Ochotniczej. Policja podkreślała, że mężczyźni uważali swoje działania za słuszny akt patriotyzmu, a ofiarę – za separatystkę. Serhij Torbin przebywa obecnie w areszcie w Kijowie. SBU utajniło akta sprawy dotyczące kwestii tego, kto tak naprawdę był głównym zleceniodawcą napadu.

Wieczorem 4 listopada, po kilku godzinach od podania informacji o śmierci aktywistki, w kilku ukraińskich miastach miały miejsce zgromadzenia ku czci jej pamięci. Największe, ponad stuosobowe, odbyło się pod siedzibą ministerstwa spraw wewnętrznych w Kijowie, a jego uczestnicy domagali się ukarania winnych morderstwa.

Jak informowali aktywiści w mediach społecznościowych, na niektórych zgromadzeniach najbardziej widoczni byli… aktywiści organizacji nacjonalistycznych. Takich samych, jak tak, w której działali podejrzani o napad na działaczkę.

Przemocowe dzieci

Brytyjska policja przyznaje, że jest bezradna wobec rosnącego poziomu przestępczości wśród dzieci i rosnącej brutalności młodych. I nie ma wątpliwości: to efekt cięcia wydatków na cele socjalne i profilaktykę.

 

Przedstawicielka kierownictwa organów ścigania, Jackie Sebire powiedziała brytyjskiej gazecie „The Times”, że przemoc dziecięca osiągnęła taki poziom, że kraj, a przynajmniej część jego regionów, przekształca się w „Dziki Zachód”. W ciągu ostatniego roku sytuacja jeszcze się pogorszyła. Obecnie najcięższych nawet przestępstw dokonują już 9-letnie dzieciaki. Często używanym przez nie niebezpiecznym narzędziem jest biała broń – noże i maczety. Według danych, cytowanych przez Sebire, od stycznia do lipca tego roku, poważnie poszkodowanych w wyniku napadów z użyciem niebezpiecznego narzędzia zostało 69 000 dzieci w wieku 10-15 lat. To porażająca liczba, o 4 tys. dzieci więcej niż w całym zeszłym roku. O 14 proc. wzrosła liczba morderstw, których ofiarami stały się dzieci. Dochodzi już do tego, że młodociani przestępcy dokonują aktów przemocy w środku dnia i w ruchliwych miejscach miast.

Przestępczość młodocianych, według słów innych przedstawicieli brytyjskiej policji, staje się poważnym kryzysem społecznym. Władze rozkładają ręce i zapowiadają, że będą poszukiwać rozwiązań problemu. Tyle, że same wcześniej przyczyniły się do jego sprowokowania, tnąc wydatki na programy profilaktyki przestępczości, zamykając ośrodki pracy z trudną młodzieżą i likwidując etaty pracowników interweniujących np. wśród młodych bezdomnych czy pracujących z uzależnionymi od narkotyków. Dlaczego? Oczywiście w ramach austerity, neoliberalnej polityki oszczędności, o której fatalnych skutkach dla brytyjskiego społeczeństwa powstało już niejedno studium.

Będą strzelać

Przyszły minister obrony gen. Augusto Heleno, wyznaczony na to stanowisko przez zwycięzcę brazylijskich wyborów prezydenckich Jaira Bolsonaro ze skrajnej prawicy, ma zamiar dać zezwolenie policji na automatyczne zabijanie każdej osoby, która „mogłaby być uzbrojona”.

 

Ponadto jego projekt polityczny przewiduje rozmieszczenie w miastach ukrytych snajperów, którzy mają „zabijać przestępców”, nawet jeśli nie stanowią zagrożenia. Dozwolone ma też być strzelanie w plecy.

W zasadzie wszystkie te pomysły pochodzą od wybranego właśnie gubernatora Rio de Janeiro, 50-letniego neofaszysty Wilsona Witzela, wypromowanego przez Bolsonaro. Prezydent-elekt zapowiadał w swej kampanii wyborczej liberalizację dostępu do broni, by „dobrzy ludzie” mogli sami się bronić, a jednocześnie wprowadzenie „ochrony prawnej” policjantów, którzy użyją swej służbowej broni.

„Jeśli jest pięciu przestępców, którzy strzelają w kierunku policji , wszyscy powinni zostać zabici” – mówił wczoraj Witzel w rozmowie z kanałem Globonews. Kiedy go zapytano, czy policja będzie mogła strzelać podejrzanym w plecy, odpowiedział, że „oczywiście”, gdyż jego zdaniem „przestępca nie przestanie być groźny”. Gen. Heleno, pierwszy wojskowy przewidziany na stanowisko ministra obrony od czasów dyktatury obalonej w 1985 r., w pełni poparł te opinie.

Przemoc jest plagą Brazylii: w zeszłym roku spowodowała śmierć ponad 60 tys. osób, a w ciągu siedmiu ostatnich lat liczba zabitych przekroczyła liczbę ofiar syryjskiej wojny. Po Igrzyskach Olimpijskich w 2016 r. i dojściu prawicy do władzy, Rio de Janeiro jest skonfrontowane ze spiralą przemocy pogłębianej przez wielkie trudności budżetowe miasta i korupcję. W zeszłym roku policja zabiła ponad 5 tys. osób, co oznacza wzrost o 20 proc.

Według Amnesty International, „zezwolenie na zabijanie każdej osoby, która mogłaby być uzbrojona, nawet jeśli bark bezpośredniego zagrożenia z jej strony, będzie pogwałceniem brazylijskiego prawa i praw międzynarodowych. (…) To się może skończyć jedynie eskalacją przemocy i wystawieniem na niebezpieczeństwo setek tysięcy osób, w tym samych policjantów”.

Kibolskie skrzydło władzy

Europejska Unia Piłkarska wszczęła postępowanie przeciwko Polsce po meczu polskiej reprezentacji z Włochami w Lidze Narodów. Zarzuty dotyczą rasistowskiego zachowania kibiców oraz odpalania rac na stadionie w Bolonii. To kolejny tego typu incydent z całej serii – ksenofobiczne śpiewy, okrzyki, agresja, rasizm są stałymi elementami kibolskiego przekazu. Niestety, mało kto zwraca już na nie uwagę, a kolejne rasistowskie ekscesy przestają być przedmiotem zainteresowania nawet liberalnych mediów.

 

Gdy kilka lat temu Jarosław Kaczyński chwalił kiboli za patriotyzm i organizowanie patriotycznych imprez, część komentatorów mówiła, że PiS przyzwala na stadionowy rasizm i przemoc. Dzisiaj rasizmu i przemocy ze strony środowisk kibicowskich jest o wiele więcej, a mimo to temat ksenofobii i agresji środowiska kibolskiego znikł. Minister Ziobro, który wciąż powtarza frazesy o wysokich karach dla przestępców, stadionowymi chuliganami w ogóle się nie zajmuje, a wręcz im sprzyja. Na dodatek część lewicy uważa, że za agresję kiboli odpowiadają… liberałowie. To oni rzekomo swoją elitarną polityką mieli zepchnąć środowiska kibicowskie na margines, doprowadzić ich do pauperyzacji i gniewu. Jarosław Kaczyński, Paweł Kukiz czy Marian Kowalski mieli jedynie ten gniew wykorzystać.

Powyższa teoria ma jedną zasadniczą wadę – trudno uzasadnić jej związek z rzeczywistością. Nie ma żadnych danych, które dowodziłyby, że kibole to biedni, wykluczeni ludzie, czy nawet zdeklasowana klasa średnia, której sytuacja za rządów PO-PSL uległa znaczącemu pogorszeniu. Wydaje się raczej, że wśród kibiców przeważają ludzie o dość wysokich dochodach, co tym bardziej dotyczy kibiców, którzy przyjeżdżają na mecze reprezentacji rozgrywane za granicą.

Wieloletnie zabieganie o środowisko kibolskie przez skrajną prawicę zakończyło się pełnym sukcesem. Z badania Sport Analitycs z maja bieżącego roku wynika, że aż 89 proc. kibiców oddałoby swój głos na stronnictwa prawicowe i skrajnie prawicowe, czyli Kukiz’15, PiS, Ruch Narodowy, a także Wolność Janusza Korwin-Mikkego. Ksenofobiczna prawica przeniknęła do kręgów kibolskich i je zdominowała. Środowiska prawicowe konsekwentnie od lat dążą do tego, aby z kiboli uczynić swoje bojówki, które w razie potrzeby pomogą rozprawić się z lewicą i liberałami. Trudno się dziwić, że kibole wielokrotnie grozili uczestnikom demonstracji opozycyjnych wobec rządu i skandowali jawnie ksenofobiczne hasła.

W tym kontekście niełatwo zrozumieć pobłażanie części lewicy wobec kręgów kibolskich, marginalizowanie ich agresji, sugerowanie, że to prawdziwy lud, o który lewica powinna szczególnie zabiegać. Oczywiście, oburzenie moralne i politycznie potępienie kiboli niewiele da, ale nie ma sensu karmić się złudzeniami i bronić tezy, zgodnie z którą kibice to ukryty elektorat lewicy, tylko trzeba go dowartościować.

W rzeczywistości to elektorat w znacznej części zindoktrynowany i dość stabilnie podporządkowany prawicy. Część z nich należy do faszystowskich bojówek, uczestniczy w marszach ONR-u, działa w ruchu narodowym. Trudno wśród nich znaleźć ludzi, którzy stracili pracę, zostali zmarginalizowani społecznie i upokorzeni przez złowrogą, liberalną elitę. Ludzie wykluczeni społecznie i bezrobotni bardzo rzadko chodzą na stadiony – na mecze czołowych klubów piłkarskich przychodzą głównie osoby z dużych miast, nieźle sytuowani. Kibole to w dużej części bojówkarskie skrzydło władzy i zamiast do nich aspirować, lewica powinna się im przeciwstawiać. A gdy zyska siłę, wtedy i tak część z nich ją poprze.

Alkohol traktuje kobiety gorzej

1. Alkohol nie jest ożywiony. Nie działa intencjonalnie na czyjąś szkodę lub korzyść. To nie alkohol jest „seksistowską świnią”, to społeczeństwo jest seksistowskie.

2. Świadczy o tym nie tylko zestaw metafor użyty przez twórców niefortunnej jak na razie kampanii, ale również ich reakcja na jej odbiór. Kiedy do agencji Chromatique dotarły pierwsze sygnały o bardzo złym przyjęciu formuły filmików przez internautki, jedna z autorek zabrała głos. I choć w swoim wywodzie zapewniała, że „nie chce nikogo strofować” tak to właśnie zabrzmiało: babeczki no, jesteście przewrażliwione, nie zrozumiałyście. A my wam tu przecież, dla waszego dobra, niedouczki wy nasze, dawkujemy zarówno napięcie, jak i ekspercką wiedzę: że metabolizm, że więcej tkanki tłuszczowej, że się szybciej uzależnisz, jak będziesz piła tyle samo, co twój chłopak („nie powinnyśmy na imprezie z partnerem czy mężem pić tych trzech drinków, bo na niego one tak nie zadziałają jak na nas”). My nauczymy was pić mądrze („chcemy budować tą świadomość kobiety, która zna swoje ograniczenia biologiczne i jest w stanie wybrać odpowiedni dla niej model spożywania alkoholu”). Dzięki nam przestaniecie pić tak jak do tej pory piłyście, czyli głupio.

3. I nie jest ważne, kobitki, jak to odebrałyście. A jak odebrałyście źle, to albo nie obejrzałyście wszystkiego (więc łaskawie zamilczcie i zaczekajcie), albo oglądałyście nieuważnie i się nie znacie. I to wcale nie jest z naszej strony seksizm ani paternalizm.

4. W powszechnej świadomości i w ostatnich dyskusjach wokół kampanii z Jackiem Braciakiem nadal widać, że pijący mężczyzna jest zjawiskiem oswojonym, a pijąca/pijana kobieta nie. „Czy feministki uważają, że prawem każdej nowoczesnej kobiety jest nawalić się jak meserszmit?” – pytają w internecie. Owszem, jest. Dokładnie tak samo, jak prawem każdego nowoczesnego i (nienowoczesnego) mężczyzny, bo mieści się w zakresie decyzji, które podejmuje każdy nieubezwłasnowolniony człowiek. Niezależnie również od płci każdym przypadku, gdy sięgamy po alkohol, działają na nas te same uwarunkowania społeczne…

5. … o których kampania milczy. Operuje za to językiem obwiniania (klasyczna metafora z za krótką spódnicą wstaje z grobu). Zakładając kusą kieckę, narażasz się na gwałt. Pijąc za dużo, narażasz się na bliskie spotkania z panami wyznającymi Teorię Ziemkiewicza („kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej, niech pierwszy rzuci kamień”). A więc: bądź grzeczna i się pilnuj. Bo dostaniesz po łapach boleśniej niż dostałby on. My tylko ostrzegamy. Więc lepiej skumaj i się szanuj.

6. „Chodzi nam o to, żeby kobiety miały odwagę zawalczyć o siebie i świadomość, że siła do obrony tkwi w nich, a nie na zewnątrz. I o tym jest ta kampania, żeby kobietom przypomnieć, że to w nich jest moc decyzji, żeby nie dały się w tą (w zamyśle toksyczną – WK) relację wplątać i nie ważne czy to jest partner, czy substancja psychoaktywna, która je zniewala” – mówi dalej Ewa Lach z agencji Chromatique.
Takie stawianie sprawy to z jednej strony próba zachęty do większej emancypacji, w założeniu słuszna, z drugiej jednak śmierdzi modnym dziś kołczingiem zakładającym, że „wszystkie odpowiedzi są w tobie”, więc w razie czego „znajdziesz w sobie siłę”. To filozofia, która czyni człowieka w pełni odpowiedzialnym za jego wszystkie sukcesy i porażki, lekceważąca w niebezpieczny sposób procesy społeczne, relacje międzyludzkie, pochodzenie, warunki bytowe, inne niezależne okoliczności. „Nie daj się wplątać”, „dostajesz to, na co się godzisz” to koszmar naszych czasów. Alkoholizm ma różnorodne, skomplikowane tło.

7. To o tym powinno się mówić w odniesieniu do „picia kobiet”, jeżeli już tak bardzo chcemy uczynić akurat to tematem kampanii. Mówić ze zrozumieniem. Bo nigdy, ale to nigdy nie należy zapominać, że uzależnienie jest symptomem. Samo trzymanie nałogu na wodzy niewiele pomoże, jeśli nie wyeliminujemy lub nie ograniczymy wpływu pierwotnych jego przyczyn. Tak, PARPA od kilku ładnych lat sygnalizuje powody (i jest ich więcej niż 10), czemu kobiety (o przeróżnym statusie materialnym i kapitale społecznym) coraz częściej spożywają alkohol w niebezpiecznych dla nich ilościach. Pogadajmy o tym, gdzie i jak mogą szukać pomocy, zanim spadną na nie dodatkowo skutki uzależnienia.

8. Język tej kampanii po prostu zastrasza. Powoduje dodatkową traumę u osób, które faktycznie doświadczyły przemocy domowej. To niestety świadczy o kosmicznej bezmyślności. I słuszność ma Maja Staśko, poddając w wątpliwość, czy przy tworzeniu spotów wzięto pod uwagę zdanie terapeutów uzależnień i dla ofiar przemocy. Jest milion lepszych sposobów na to, żeby zobrazować tezę „alkohol bywa zdradliwy”.

9. Użyte w filmikach przykłady są chybione. „Jesteś słaba”, „zabiorę ci dzieci”, „do niczego się nie nadajesz” – to kwestie, które prędzej usłyszymy od przemocowego partnera niż od poddanego personalizacji „alkoholu”. Jeśli już tak bardzo chcemy trzymać się tego chwytu – pokażmy, jak kusi: ze mną poczujesz się odważniejsza, od wszystkiego się oderwiesz. Ze mną twoje życie nie będzie już gówniane, zniknie poczucie braku. Ze mną staniesz się królową życia! Gdyby ten nasz „pan alkohol” odstraszał od siebie na wejściu, jak czyni to aktor na filmiku, zamiast dawać chwilową ulgę, nikt by się nigdy odeń nie uzależnił.

10. Cała ta kampania to jedno wielkie pomieszanie przyczyn i skutków, które niestety prowadzi do znanego, ogranego refrenu: mądra, szanująca się panienka, kobieta z klasą, świadoma zagrożeń „nie pozwala sobie”, „nie dopuszcza” do pewnych sytuacji, ma „pod kontrolą”. I w efekcie wygrywa. Nikt nie przypnie jej już łatki. No nie, kochani copywriterzy, to wszystko niestety aż tak prosto nie działa.

Święty klaps

Jeżeli dzisiaj coś jest dzisiaj heroizmem na prawicy to zaprzeczanie temu, że klaps wymierzony dziecku jest przemocą.

 

W najnowszym „Do Rzeczy” redaktor Łukasz Warzecha reklamuje swój tekst pt. „Klaps z ideologią” jako „mocny”. Rzeczywiście należy odnotować i nagrodzić medalem z kapusty jego 4-stronicowe zaangażowanie (godne większej sprawy) w tłumaczenie, że klaps jest ostatnim bastionem tradycyjnej rodziny, na którą zasadzają się libertyn Michalak z kolegami z lewicy.
W zasadzie spodziewałam się po redaktorze „Do Rzeczy” większej inwencji, wydając 4,99 za elektroniczne wydanie prorządowej w 90 procentach tuby. Tymczasem zostałam uraczona zestawem wyświechtanych, lecz oburzających (przez autentyczny ogień, z którymi autor je wygłaszał) stwierdzeń. Otóż okazuje się, że ban na klapsa to epidemia, którą przynieśli do nas lewicowy Skandynawowie, których rodziny znajdują się teraz w rozsypce (nie bardziej niż wszystkie inne rodziny we wszystkich krajach Starego Kontynentu), mają więc za swoje lewaki jedne. Bo przecież zapisu o klapsie nie znają w Stanach Zjednoczonych – a to jak wiadomo wyznacznik wszystkiego, co cywilizowane.
Prócz tego następowało nieśmiertelne „nie da się wyeliminować rozwiązań siłowych…”, bo przecież mocne uchwycenie czy wyniesienie histeryzującego dziecka wbrew jego woli ze sklepu czy restauracji, jak również chwycenie za malutką rączkę, aby uchronić przed rozjechaniem przez pędzący przez jezdnię samochód. Redaktor dwoi się i troi, aby udowodnić, że zakaz klapsa jest pokłosiem lewackiego spisku, wykwitem poprawnych politycznie umysłów, co chciałyby skatalogować rzeczywistość łącznie z odruchami gastrycznymi.
„To zamach na zdrowy rozsądek!” – piekli się redaktor Warzecha. I zadaje kłam wszystkim pseudoprzypuszczeniom pseudospecjalistów: co, pewnie wam się wydaje, że za klapsem opowiadają się wszyscy, których w dzieciństwie niemożebnie lano?!
Sęk w tym, że nie. Za klapsem zwykle opowiadają się ci, którzy dostali w tyłek albo po głowie na tyle często, żeby to pamiętać, a na tyle rzadko, że dzięki losowi nie zdążyła się w nich zrodzić żadna trauma. Czy wyszli na ludzi? Najpewniej tak. Zupełnie bystrych w dodatku, bo dostrzegają, że siła jest cennym i skutecznym argumentem, zwłaszcza kiedy ma się przewagę – i nie życzą sobie na własne życzenie, w celu wyłącznie dmuchania na zimne, z takiej cennej karty w talii rezygnować. Tylko że dziś (niespodzianka!) teoretycy wychowania odchodzą już od prymitywnej tresury.
Nie chodzi o proste czynienie życia małych ludzi kompletnie bezstresowym. Wiadomo, że dzieci buntują się przed wszystkim, co nieprzyjemnie się kojarzy, łącznie z jedzeniem na obiad gotowanej marchewki zamiast lodów z bitą śmietaną. Stresującym jest również konieczność brania odpowiedzialności za własne wybory. Jeżeli nie wywrócisz ubrań na lewą stronę, twoja matka ma prawo ich nie uprać, tak jak wcześniej zapowiadała. Jeżeli wpakujesz się w długi, twoi rodzice mają prawo odmówić wyciągnięcia cię z nich za uszy. To jednak co innego – to sytuacja dyskomfortu, która służy poprawie jakości życia. Klaps natomiast bardziej niż zapobiegać złym wyborom – otwiera pole do nadużyć, musztry, podbudowywania ego rodzica przez delektowanie się sytuacją podległości.
Różnicę między klapsem a biciem wbrew temu, co sugeruje redaktor Warzecha, widzi każdy. Tylko niektórzy nie chcą stwarzać precedensu. „Rodzic nie jest zagrożeniem” – oburza się autor. Kiedyś jednak myślano, że czarnoskóry człowiek albo kobieta nie powinni mieć praw wyborczych, albo zgoła, że ich mózgi pracują w odmienny sposób. Świat, który sobie stworzyliśmy i do którego przywiązany jest autor – konserwatywny świat tradycji, nie jest najdoskonalszym ze światów. To myśl trudna do przyjęcia, jednak do przyjęcia możliwa. Bo rodzic bywa zagrożeniem, homoseksualizm to nie choroba, podchmielone dowcipasy o Żydach są rasistowskie, a niechciane podteksty seksualne są molestowaniem.
No i wreszcie wisienka na torcie: „nie ma przemocy w rodzinie, jest przemoc domowa”! O co chodzi w tym wywodzie? Cóż, o typowe „a u was biją Murzynów”. Znaczy: biją nie tylko mężowie, co przysięgali przed Bogiem w kościele pod wezwaniem wiecznej dziewicy, ale i konkubenci. No i cóż? Nikt nie wprowadza rozróżnienia na klapsa świętego i świeckiego, małżeńskiego i na kocią łapę. U nas też biją Murzynów. Istotnie, bardzo źle to o nas świadczy.