Putin Sprzyja Ludowcom

Obserwując reakcję głównych aktorów tzw. polskiej sceny politycznej na której rozgrywa się coś na podobieństwo kabaretu, farsy czy dosyć taniej tragikomedii warto zacytować fragment przemówienia  jakie na XX Zjeździe KPZR w 1956 r. wygłosił I sekretarz KC Komunistycznej Partii Ukrainy Aleksiej Kiriczenko.

 

Odnosząc się do współzawodnictwa pomiędzy dwoma kołchozami powiedział co następuje: „Współzawodniczą ze sobą dwa kołchozy (…) Obydwa zakończyły rok ze złymi wynikami. Żaden z nich nie tylko nie wykonał zobowiązań lecz nawet nie wykonał planów, nie mniej jednak ten, kto ma lepsze wskaźniki „pasowany” jest na zwycięzcę (…). Z tego wynika, że sprawa została przegrana a mimo to jest zwycięzca.”
Słowa Kiriczenki wywołały śmiech wśród delegatów zjazdu. W Polsce nikt się nie śmieje, co świadczyć może o tym, że polskie elity polityczne mają mniejsze poczucie humoru od radzieckich komunistów. A można by się zdrowo pośmiać z tego, że zarówno PiS, jak i Koalicja Obywatelska chełpiły się swoim zwycięstwem w wyborach samorządowych. PiSowcy argumentowali to najlepszym w skali kraju wynikiem natomiast obywatelscy koalicjanci wskazywali na wygraną w dużych miastach. Co więcej, w wyniku powyborczych układanek okazuje się, że w niektórych województwach to przegrani otrzymują władzę a wygrani przechodzą do opozycji. W Katowicach wystarczył jeden mały transferek, aby PiS uzyskała większość w wojewódzkim sejmiku wbrew wynikowi wyborów. Odwrotna sytuacja miała miejsce w województwie podlaskim, gdzie PiS utracił większość ledwo po wyborach w wyniku politycznych przepychanek.
Prorocze słowa radzieckiego, komunisty są niczym w porównaniu z wrażą robotą jaką Kreml odbębnił wobec polskich wyborów samorządowych. Jeżeli bowiem ktoś uważa, że Polskie Stronnictwo Ludowe osiągnęło stosunkowo dobry wynik w wyborach samorządowych dlatego, że ma tradycyjne poparcie na wsiach i w małych miejscowościach, to się grubo myli. PSL dlatego uzyskało te kilkanaście procent, ponieważ taka była wola Moskwy. Takie wnioski nasuwają się na podstawie publikacji zamieszczonej na stronie internetowej jak zwykle dobrze poinformowanego, przynajmniej we własnym mniemaniu, tabloidu „Fakt”. Tenże „Fakt” już na 11 dni przed wyborami zamieścił publikację pt. „Putin zamiesza w wyborach w Polsce?” wskazującą na niebezpieczeństwo rosyjskiej ingerencji „biorąc pod uwagę tylko ostatnią aktywność agentów Kremla.” Przytacza też przykłady mające być dowodem na to, że owa ostatnia aktywność moskiewskiej agentury miała wpływ na wynik wyborów w dwóch krajach europejskich.
Przykład pierwszy: Łotwa. Tam wybory wygrywa prorosyjska partia Zgoda. A dlaczego wygrywa? „Fakt” ma na to gotową odpowiedź. Otóż dlatego, że na jednym z portali społecznościowych puszczono hymn Rosji, pokazano fotografie Kremla i Putina tudzież rosyjską flagę. Idąc tym tokiem rozumowania należałoby domniemywać, iż tych około 20 procent łotewskich wyborców obejrzało sobie ten spot i pod jego wpływem zagłosowało tak a nie inaczej. Jednak co ciekawsze, Zgoda wygrała wybory parlamentarne już po raz drugi. Poza tym rządzi w stolicy a założyciel partii Nils Ušakovs jest tam merem. Te jednak fakty pozostają poza zasięgiem analitycznych możliwości poznawczych „Faktu”.
Przykład drugi: Bośnia. W stanowiącej część Bośni i Hercegowiny Republice Serbskiej po raz kolejny wygrywa optujący za integracją z Serbią i jednocześnie antynatowski i prorosyjski Związek Niezależnych Socjaldemokratów. Partia ta wygrała nie tylko wybory do miejscowego parlamentu, lecz także prezydenckie a jej przywódca Milorad Dodik zdobył mandat przedstawiciela Republiki Serbskiej w trzyosobowym prezydium będącym kolektywną głową państwa w Bośni i Hercegowinie. I tu znów „Fakt” widzi rękę Moskwy. Zauważa, że przed wyborami do Sarajewa zawitał rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow co już samo w sobie ma być dowodem na wpływanie na rezultat wyborów. Gdyby jednak tak choćby trochę głębiej zanurzyć w bośniacką specyfikę, to łatwo można zauważyć, że w tym sztucznie podzielonym na jednostki etniczne państwie w wyborach górują ugrupowania nacjonalistyczne – obojętnie czy dotyczy to ludności serbskiej, bośniackiej czy chorwackiej. I do tego nie jest potrzebna żadna ingerencja z zewnątrz. Natomiast doszukiwanie się wszędzie tam, gdzie zwycięża jakaś siła prorosyjska czy też tylko Rosji sprzyjająca jest wyrazem gloryfikacji Rosji jako wszechwładnego demiurga ustawiającego sobie świat wedle własnego życzenia. Nasuwa się tu nieodparta analogia z antysemitami, którzy twierdząc, że to Żydzi rządzą światem tym samym uznają ich za najpotężniejszy naród na świecie czym przebijają nawet najbardziej zagorzałych syjonistów.
Skoro Rosja tak skutecznie ingeruje w wybory w innych państwach, to dlaczegóż nie miałaby w Polsce? A co to my gorsi? Kierując się logiką „Faktu” należałoby dojść do wniosku, że wybory wójta Wąchocka czy też burmistrza Głubczyc są dla Moskwy równie ważne, jak to czy Trump ma zostać prezydentem USA. Być może jednak na Kremlu postrzegają Polskę w nieco szerszej skali. Rosyjscy analitycy zapewne długo główkowali nad tym kogo by w tej Polsce wesprzeć. Może PiS, boć to partia kryptoantynijna podobnie jak, tak przynajmniej twierdzą polscy eksperci, Rosja? Dawaj, damy im te nieco ponad 30 procent. A może by tak poprzeć Koalicję Obywatelską, skoro jest taka prorynkowa i nie będzie polonizować stacji benzynowych naszego Lukoila? Damy im trochę mniej wszak polexit jest ważniejszy od Lukoila. Najbardziej prawdopodobne jest jednak to, że zdecydowano się na plan pod kryptonimem Putin Sprzyja Ludowcom i postawiono na PSL jako stosunkowo najmniej antyrosyjską spośród partii parlamentarnych. Oczywiście zrobiono to w sposób tak utajniony, że nie wiedzieli o tym ani wyborcy, ani PKW ani nawet kierownictwo PSL. Powyższe wnioski ocierają się o granicę idiotyzmu. Czy jednak mogą być inne skoro wyprowadzane są wprost z paranoicznych przesłanek?

Czy lewica wróci na wieś? Wywiad

Z dr. Bolesławem Borysiukiem, posłem na Sejm V Kadencji, przewodniczącym Związku Zawodowego Rolnictwa i Obszarów Wiejskich „Regiony” rozmawia Andrzej Ziemski.

 

Panie Przewodniczący, czy aktualny model rolnictwa w Polsce jest wynikiem świadomej polityki rolnej w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, czy też jest to efekt wielu przypadków i wynik układu sił politycznych? Czy poza świadomie przeprowadzoną w 1945 roku przez rządy PPS i PPR reformą rolną da się wyróżnić jakieś charakterystyczne okresy i zjawiska w tej dziedzinie?

Rolnictwo stanowią człowiek i ziemia, a ta ostatnia ma swoje prawa, nie znosi zmian i nowinek. Poddaje się tylko długotrwałym procesom i je na bieżącą weryfikuje. Dlatego chłopi uprzedzająco przestrzegali i przestrzegają rządzących, że „ziemi nie da się oszukać”. Co nie oznacza, że nie chcą zmian na lepsze! Współczesny model polskiego rolnictwa jest swoistym produktem historii, której dominantą była walka chłopa o ziemię i należne mu prawa i szacunek, a z drugiej strony walka aparatu władzy ze wsią o świadczenia na rzecz państwa, traktowane jako główne źródło jego trwania i rozwoju.
Polska wieś i po 1918 roku, i po 1944-45 roku, stała się dominującą siłą odbudowy kraju, kosztem wyrzeczeń własnych aspiracji i nadziei. Reforma rolna lat 1944-1945, zrealizowana zgodnie z programem PPS z 1937 roku, otworzyła także milionom chłopów i ich rodzin drogę do oświaty i awansu cywilizacyjnego. Z drugiej strony potrzeby odbudowy kraju po tragicznej wojnie i okupacji niemieckiej i szybkiej industrializacji wymagały ogromnych nakładów materialnych i ludzkich, które mogła spełnić tylko wieś. Na tym tle doszło do ostrej konfrontacji władzy ludowej z mikołajczykowskim PSL, która z nastaniem zimnej wojny – przerodziła się w tragiczną wojnę domową. Doszło do najgorszego – chłopski syn po stronie władzy ludowej strzelał do chłopskiego syna po stronie leśnych ludzi. Potem przyszła kolektywizacja realizowana z pobudek ideologicznych, na siłę, przemocą. Powrót do władzy w roku 1956 więzionego Władysława Gomułki i jego masowe poparcie wieś przyjęła z nadzieją na normalizację i rozwój. Rolnictwo stało się wreszcie, obok górnictwa głównym działem gospodarki narodowej. Poszły ogromne wydatki państwa na inwestycje w rolnictwie. Zakłady Azotowe w Puławach, melioracje, Kanał Wieprz-Krzna, Zakłady „Ursus” i inne, to przykłady decyzji i działań tego okresu. Dekada Edwarda Gierka przyniosła dalszą poprawę warunków życia na wsi. Około 1 mln chłopów znalazło zatrudnienie w nowopowstałych zakładach pracy, dzięki czemu „chłoporobotnicy” zarobione pieniądze mogli wreszcie zainwestować w rozwój swojego gospodarstwa. A historyczna decyzja władz Polski Ludowej (Gierek-Jaroszewicz) o powszechnym ubezpieczeniu rolników, pod względem jej znaczenia dla wiejskiej społeczności – może być porównywana tylko z dobrodziejstwem zniesienia pańszczyzny.
Kilka słów o Państwowych Gospodarstwach Rolnych, których likwidacja przez nową władzę po 1989 roku, musi skłaniać do gorzkich refleksji, i nie tylko. PGR-y były formą państwowej własności w rolnictwie i były organizowane nie kosztem areału prywatnych gospodarstw rolniczych. Obok mojej rodzinnej wsi Uhnin pow. Parczew na Lubelszczyźnie pod koniec lat 50. również zawiązano takie gospodarstwo na nieużytkach. Z dziećmi ówczesnych pracowników PGR-u chodziłem do jednej szkoły, znałem ich rodziców. Kim oni byli? To były ofiary tej strasznej wojny i okupacji, uczestnicy repatriacji ze Wschodu ale i Zachodu, którym tylko państwo mogło pomóc w znalezieniu swojej szansy na życie. Początki epopei PGR-ów były dramatycznie trudne, i z wydajnością, i kulturą pracy, i z akceptacją przez wieś.
Przełom nastąpił w latach 70. wraz ze wzrostem konsumpcji żywności w kraju i eksportu jej za granicę. Okazało się, że 1700 Państwowych Gospodarstw Rolnych zaczęło wytwarzać aż 20-22 proc. krajowej produkcji żywności. Nowoczesna technika, nawożenie pól i upraw, warunki pracy i życia w PGR-ach stały się dla mieszkańców wsi interesującym odniesieniem i porównaniem. Oczywiście budżet wspomagał rozwój tych gospodarstw, szczególnie na wstępnym etapie ich funkcjonowania. Ale zważywszy na 500 tysięcy zatrudnionych w PGR-ach i 1,5 miliona członków ich rodzin, ta pomoc państwa była zasadna i skutkowała wzrostem wydajności pracy dwukrotnie przewyższającą wydajność pracy w gospodarstwach indywidualnych.
Także spółdzielczość rolna przeszła swoisty szlak rozwoju. Po „Polskim Październiku 1956” władze wycofały się z polityki masowej kolektywizacji. Rozwiązano większość utworzonych spółdzielni produkcyjnych, nie mających szans rozwoju. Pozostały jednostki popierane przez ich członków i założycieli, które na trwałe wpisały się w realia polskiej wsi.

 

Jak sytuacja w polskim rolnictwie sytuuje się na tle procesów, które zachodziły w tym czasie na wschodzie i na zachodzie Europy, czy Skandynawii? Jakie znaczenie miała forma własności ziemi?

Obie części Europy, podzielone po 1945 roku politycznie, ekonomicznie i militarnie, szły odmiennymi drogami rozwoju. Kraje demokracji ludowej preferowały w rolnictwie państwową i spółdzielczą własność, które to przetrwały we wzbogaconej formie do dzisiaj. Nawet na Węgrzech, po tragicznych wydarzeniach 1956 roku, nie wycofano się z tej formy własności w rolnictwie. Polska poszła inną drogą – koegzystencji prywatnej, państwowej i spółdzielczej formy własności w rolnictwie, co było wyrazem uznania tzw. polskiej specyfiki.
Bogaty zachód Europy nie musiał po 1945 roku poszukiwać w rolnictwie źródeł swego rozwoju. Dlatego rolnicy europejscy mogli skupić się na koncentracji i specjalizacji produkcji, jako gwaranta jej opłacalności. A z drugiej strony docenili znaczenie zrzeszania się w różne formy zespołowego użytkowania sprzętu rolniczego, organizacji handlu i zbytu produktów rolnych. Rolnictwo skandynawskie to oddzielny, pozytywny rozdział troski i konsekwentnej polityki rządów tych państw na rzecz umacniania gospodarstw rodzinnych.

 

Czy może Pan przybliżyć nam bardziej szczegółowo zjawiska, jakie miały miejsce w rolnictwie polskim po 1989 roku? Jak wielkie jest rozwarstwienie na wsi? Jakie to rodzi skutki ekonomiczne i społeczne w państwie?

Polska wieś po 1989 roku stała się synonimem biedy i masowego bezrobocia. Stało się tak pod rządami tzw. elit owładniętych triumfującą wtedy ideologią neoliberalizmu, gotowych do przerzucenia na wieś kosztów polskiej transformacji. Dostali oni wsparcie z kręgów prawicy społecznej, dążących do likwidacji wszelkich form własności państwowej i spółdzielczej na wsi i w rolnictwie. Likwidacja „Igloopolu” jest tego smutnym i zawstydzającym dowodem. Zaczęło się wprawdzie od rządu Rakowskiego, który uwalniając ceny na żywność, uruchomił zielone światło dla „wolnej amerykanki” w całym sektorze rolnictwa. W ślad za tym, państwo odstąpiło od kontraktacji produkcji rolnej, pozbawiając rolnika bezpiecznego mechanizmu zbytu wyprodukowanego surowca. Potem na scenie politycznej pojawił się „przyjaciel” rolnika – Balcerowicz, który z dnia na dzień podniósł do granicy masowych upadłości i samobójstw, oprocentowanie zaciągniętych przez rolników kredytów. No i przyszła nieludzka likwidacja Państwowych Gospodarstw Rolnych, ujęta w pakiecie Balcerowicza, którą następnie zaakceptował prezydent Jaruzelski. Pytacie państwo o przyczynę likwidacji PGR-ów? Przyczyna jest jedna – skok na ziemię popegeerowską!
I oto mamy taką polską wieś w połowie lat 90-ych: 2 miliony bezrobotnych b. pracowników PGR i ich członków rodzin, kolejne 1,5 miliona bezrobotnych chłoporobotników zwolnionych z rujnowanych zakładów pracy, handlu i usług, i żadnej pomocy ze strony państwa. Według danych GUS, w 2001 roku 12,6 proc. wiejskich rodzin żyło poniżej poziomu egzystencji, a w 2004 roku już 19,5 proc.. I jeszcze jeden ważny wskaźnik – w 1988 roku z pracy w swoim gospodarstwie rolnym utrzymywało się 33,3 proc. gospodarstw domowych. W 2002 roku ten wskaźnik spadł do 14,3 proc.. Nastąpiło powszechne załamanie produkcji rolnej w całym kraju.
Dla przykładu kilka porównań: w 1988 roku było 384 tys. plantatorów buraka cukrowego by w 2004 roku spaść do 84 tys., produkcja ziemniaka zmniejszyła się 2,5-krotnie, tytoniu 5-krotnie. Liczba dostawców mleka do 2000 roku zmniejszyła się o 500 tysięcy, a bezpośrednia sprzedaż mleka zmalała z około 3 mld litrów rocznie do około 300 mln litrów. W tym samym czasie pogłowie bydła i krów zmniejszyło się i połowę, owiec ponad 15-krotnie, koni ponad 3-krotnie.
Kto najbardziej stracił i ucierpiał na transformacji? Geograficznie – wschodnia Polska. Społecznie – 5 mln mieszkańców wsi gospodarujących na powierzchni od 1 do 7 ha! To z tych gospodarstw i wschodniej Polski wywodzi się 3 milionowa armia wygnanych w poszukiwaniu pracy na Zachodzie, nieszczęśliwców. To jest polityczna i moralna odpowiedzialność i brzemię wszystkich dotychczasowych rządów RP. Czyż to nie absurd, że powojenna Polska repatriowała do kraju około 3 milionów Rodaków rozsianych po całym świecie, a Polska 45 lat po tej wojnie nie zdołała zatrzymać przed migracją zarobkową takiej samej liczby Polaków?

 

Czy można dziś opisać bardziej szczegółowo efekty transformacji w rolnictwie i na wsi po wejściu do Unii Europejskiej i zderzeniu się z jednolitą polityką rolną Unii? Jak wygląda bilans dotacji Unii do polskiego rolnictwa?

Sytuacja na polskiej wsi po latach wymuszonych przemian i obecności w Unii Europejskiej jest paradoksalna. Polski rolnik gospodarujący na polskiej ziemi znalazł się w sytuacji niemal chłopa pańszczyźnianego. Ma wyprodukować surowiec i aby go sprzedać, musi zaakceptować dyktat przetwórcy lub handlu. Bowiem ziemia i produkcja rolna jest na szczęście w polskich rękach, natomiast przetwórstwo i handel żywnością znalazł się w rękach obcego kapitału. I polski rolnik szantażowany importem surowca lub żywności zza granicy, decyduje się sprzedawać swoją produkcję poniżej kosztów produkcji.
Ten stan rzeczy jest gorzkim owocem transformacji w polskim rolnictwie, która doprowadziła do:
– Odrzucenia drobnotowarowej chłopskiej produkcji ekstensywnej, jako przestarzałej formy gospodarowania;
– Koncentracji produkcji w wielkich i dużych gospodarstwach rolnych;
– Sprzedaży państwowych i spółdzielczych zakładów przetwórstwa żywności kapitałowi zachodniemu;
– Likwidacji około 4 tysięcy mniejszych zakładów mięsnych i mleczarskich w okresie kierowania resortem rolnictwa przez Wojciecha Olejniczaka (pod pretekstem niespełniania wymogów sanitarnych), które stanowiły realną konkurencję dla powstających zagranicznych koncernów rolno-spożywczych;
– Uprzemysłowienie oraz koncentracja uboju zwierząt rzeźnych, co oznaczało przekazanie rynku żywca i polityki jego cen w ręce dużych, zagranicznych zakładów mięsnych.
Jak widać rolnik przeszedł trudną drogę transformacji, zderzając się z brakiem zrozumienia ze strony autorów wielkiej polityki aż po negowanie potrzeby jego pracy na roli. Wieś okazała się słaba i politycznie niezdolna do bronienia swoich interesów. Zawsze była łupem politycznym, adorowana przed wyborami i zdradzana natychmiast po ogłoszeniu wyników. Wyjątek stanowił fenomen Andrzeja Leppera i jego ruchu Samoobrony, powstałym na krzywdzie chłopskiego losu w początkach transformacji. Historyczną zasługą potępianego wtedy przez liberalne elity ale i PSL – A. Leppera są dopłaty bezpośrednie dla rolników, wywalczone na setkach protestach i blokadach chłopskich. Andrzej Lepper, krytykował i podważał warunki polskiej akcesji do Unii Europejskiej, szczególnie występując przeciwko kwotom produkcyjnym narzuconym polskim rolnikom i domagając się zrównania dopłat bezpośrednich. Dał temu wyraz także w liście do Lecha Kaczyńskiego, kandydata na Prezydenta RP z 12 października 2005 r, żądając za poparcie jego kandydatury, zgody na renegocjacje traktatu akcesyjnego Polski do UE w powyższych zagadnieniach. Pozytywna odpowiedź Lecha Kaczyńskiego, udzielona 15 października 2005 roku na warunki A. Leppera, legła u podstaw przeniesienia 15 proc. głosów poparcia udzielonego A. Lepperowi w pierwszej turze wyborów prezydenckich, na rzecz Lecha Kaczyńskiego. To miało zasadniczy wpływ na zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich i następnie dobre relacje pomiędzy nimi.
Problem dopłat pozostał do dzisiaj nie rozwiązany. System obszarowy naliczania dopłat nie jest ani sprawiedliwy, ani proprodukcyjny. Największe gospodarstwa uzyskują bardzo wysokie dopłaty niezależnie od wyników produkcji. A przecież korzyści ekonomiczne powinna im zapewnić skala produkcji.
Dlatego wieś oczekuje, by w zgodzie z konstytucyjnym zapisem, gdzie podstawą naszego ustroju rolnego jest gospodarstwo rodzinne, wprowadzenia nowego kryterium naliczania dopłat unijnych: ograniczenia dopłat tylko dla gospodarstw o powierzchni do 30 ha i nadanie dopłatom także funkcji socjalnej i naliczanie ich do liczby członków rodziny użytkownika gospodarstwa rolnego, pozbawionych innych dochodów. Przykład Finlandii, gdzie państwo stoi na straży interesów rodzinnych gospodarstw chłopskich, zachęca do takich rozwiązań.
Na dokonywanie bilansu udziału polskiej wsi w Unii Europejskiej jest stanowczo za wcześnie. Nierówne dopłaty, preferujące niemieckiego, francuskiego czy duńskiego rolnika – stawiają polskiego rolnika w sytuacji potrzeby ciągłej walki o przetrwanie.

 

Jak skutkuje w obszarze rolnictwa brak lub niejasność polskiej polityki wschodniej, szczególnie zamknięcie dla polskich produktów rolnych rynku rosyjskiego? Czy Polska ma w tej dziedzinie jakąś swobodę decyzji, czy też jest to efekt decyzji od nas niezależnych? Czego należy oczekiwać?

Polityka wschodnia naszego kraju wyraża interesy i priorytety NATO i po części Unii Europejskiej a w żadnym stopniu nie uwzględnia ekonomicznych korzyści, jakie polska gospodarka i szczególnie rolnictwo mogą uzyskać we współpracy z rynkiem Federacji Rosyjskiej. Europejskie koncerny energetyczne, maszynowe, budowlane i inne z Niemiec, Francji, Włoch, Austrii – realizują na terenie Rosji ogromne, wieloletnie projekty inwestycyjne. Także nasi partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej – Czesi, Słowacy i Węgrzy nie pozostają w tyle i znajdują z partnerami rosyjskimi atrakcyjne projekty biznesowe.
Inni mogą i umieją handlować z Rosją, a my Polacy nie możemy? Takie pytania padają na spotkaniach z rolnikami, wspominających czasy masowej sprzedaży płodów rolnych ze swych pól i sadów rosyjskim odbiorcom. – My, rolnicy zawsze znajdujemy wspólny język z ruskimi. To dlaczego nasza władza w Warszawie nie może tak samo? – Co Polska zyskała nie zgadzając się za Buzka na budowę gazociągu do Niemiec przez Polskę? – to kolejne pytania stawiane przez młodszą generację rolników, które zmuszają do refleksji. Podobnie polska wieś nie zaakceptowała antyrosyjskich sankcji UE z 2014 roku, które doprowadziły do rosyjskich kontrsankcji na eksport żywności na rynek Rosji. Oczekiwano, iż skoro UE takie sankcje narzuciła także Polsce, to UE powinna wypłacać polskim rolnikom rekompensaty za utracone dochody, o czym osobiście mówiłem na posiedzeniu Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w 2015 roku.
Dzisiaj rolnicy coraz bardziej zaniepokojeni są rosnącą konkurencją rolnictwa rosyjskiego i ukraińskiego na rynkach Europy i świata. Już miały miejsce pierwsze protesty na Lubelszczyźnie przeciwko przemytowi do Polski z Ukrainy nie tylko zboża, ale też genetycznie modyfikowanej paszy. Rolnicy z podlaskiego, lubelskiego, Mazowsza – podkreślają przyjazną współpracę z rynkiem Białorusi, który w czasach embarga rosyjskiego, spełnia rolę koła ratunkowego. Pomaga, ale nie ratuje sytuacji, podkreślają rolnicy.
Jak rolnicy postrzegają przyszłość naszych relacji ze wschodnimi Słowianami? Mówią „Czas pokaże. Skoro Unia zepsuła to może i naprawi te stosunki” i „No chyba, że nowy Lepper się pojawi i wzorem Orbana zatroszczy się, jak należy, o Polskę i rolników”. Nic dodać, nic ująć.

 

Jak daleko ma jeszcze społeczność polskiej wsi do społeczeństwa obywatelskiego?

Na polskiej wsi procesy społeczne zawsze zachodziły dużo wolniej niż w miastach. Chociaż są wyjątki. Po 1989 roku wieś doświadczyła najintensywniejszych, zdecydowanie negatywnych przemian ekonomicznych i społecznych. Wiązało się to, jak wcześniej już mówiłem – z wycofaniem wsparcia państwa dla rolnictwa, które aplikowało do Wspólnej Polityki Rolnej UE, gdzie poziom wsparcia dla rolnictwa był na poziomie 45-47 proc. PSE, a w Polsce wynosił 6-8 proc.. Także proces demontażu PGR-ów i spółdzielni, pociągnął za sobą upadek wiejskiej infrastruktury życia społecznego (żłobki i przedszkola, świetlice, domy kultury, biblioteki, boiska, kluby sportowe, transport, kioski spożywcze, punkty medyczne), dostępne wcześniej także dla ogółu społeczności wiejskiej. Na przemiany polskiej wsi i obszarów wiejskich, silny wpływ wywiera migracja zarobkowa do miast i poza granice kraju. A także masowy dostęp do wyższych uczelni.
Czynniki te razem wzięte stanowią istotny impuls innowacyjny, tym bardziej iż za nim stoi młode pokolenie wsi. Obserwujemy rekompozycję struktury klasowej wsi. Gospodarowanie stanowi główne źródło dochodów jedynie dla 18 proc. mieszkańców wsi, a wyłącznie w rolnictwie indywidualnym pracuje ich już tylko 10-11 proc.. Zdaje się, iż dobiega końca agrocentryczny model życia na wsi (dom-pole-kościół), bo wieś jako taka zwyczajnie zaczęła konsekwentnie poszukiwać nowych form swojej aktywności. Wzrosła rola tzw. ptoków, nowych osiedleńców z miast, zainteresowanych ożywieniem struktur Kół Gospodyń Wiejskich, stowarzyszeń lokalnych. Sołectwo i gmina stają się kluczową instytucją mieszkańców wsi. Autorytetem dla wsi jest już nie ksiądz i nauczyciel a wójt gminy, przedsiębiorca i sołtys, którym coraz częściej wbrew tradycjom zostaje – kobieta. Związek Zawodowy, którym kieruję organizuje przy owocnej współpracy z KRUS i Funduszem Składkowym Ubezpieczenia Społecznego Rolników turnusy wypoczynkowe dla dzieci rolników i z tego tytułu mamy szeroki kontakt głównie z matkami tych dzieci. Są to rezolutne, otwarte na współpracę, troskliwe o swoje pociechy mamy.
Mieszkańcy wsi aktywniej niż miast angażują się w wybory samorządowe. Listy kandydatów do rad gmin i na wójtów są pełne. Sama kampania wyborcza na wsi jest na argumenty i każda wieś je realnie definiuje. Zatem społeczność wiejska, skutecznie organizuje się w rozwiązywania realnych problemów wsi, swojego życia i przyszłości swoich rodzin. Nastał najwyższy czas, by państwo z powagą wsparło jej aspiracje.

 

Czy wieś, jak i inne obszary polskiej rzeczywistości jest aktualnie areną walki politycznej? Czy wyniki wyborów samorządowych na wsi mogą dać nam wskazania co do preferencji rolników i środowisk zamieszkujących obszary wiejskie?

Wieś stała się wyjątkową areną walki politycznej PiS i PSL. Platforma Obywatelska wciąż poszukuje swojego klucza wiejskiego, a SLD pomimo zachęt jej koalicjantów, wydaje się wciąż być daleko od problemów trudu rolnika. Prawo i Sprawiedliwość jest w lepszej sytuacji niż pozostali polityczni konkurenci, którzy już rządzili. Bowiem rządząc w kraju i w praktyce wdrażając w rolnictwie ważne elementy „Programu społeczno-gospodarczego Samoobrony” – jako koalicjanta PiS i LPR z lat 2005-2007, Prawo i Sprawiedliwość wciąż wywołuje zainteresowanie mieszkańców wsi swoimi ocenami przebiegu transformacji w rolnictwie i obiecywanym zrównaniem dopłat bezpośrednich. PSL ma i przedstawia swoje atuty. Ale wieś chce gwarancji poprawy swojego losu. Ponad 700 tysięcy małych gospodarstw rolnych (do 7 ha), czeka na swoją szansę i perspektywę rozwoju.
Wieś domaga się i oczekuje innej formy dialogu z władzą. Wzorem dialogu w przemyśle, chce współdecydować o kształcie budżetu kraju, nakładach na inwestycje w rolnictwie, wiejską służbę zdrowia, oświatę, kulturę.
Które z politycznych ugrupowań zrozumie i poprze te oczekiwania? Może lewica? I z pewnością wieś pragnie, by już nie tylko redaktor Elżbieta Jaworowicz i jej program „Sprawa dla reportera” miała czas i odwagę poruszać niełatwy los ludzi polskiej wsi.

Kto się boi Michała K.?

Nowy rolniczy lider szturmem podbija internet. Wrzuca w media społecznościowe masę zdjęć i filmów. Modna fryzura, aparat na zębach i pięść skierowana do rządzących – to jego znaki rozpoznawcze. Kim jest Michał Kołodziejczak i jego Unia Warzywno-Ziemniaczana i o co walczą? Poniżej lipcowe protesty rolników i ich przyczyny w pigułce.

 

Lato to dla mieszkańców miast przede wszystkim czas wakacji. Liczą pieniądze i jeśli ich stać, szukają miejsc, gdzie mogą spędzić urlop i wypocząć. Dla rolników jednak nie ma pracowitszego okresu. To kluczowy czas dla zbiorów. Warzywa, owoce, zboża – większość z nich rolnicy pozyskują w tym okresie. W sklepach, marketach i na rogatkach ulic pojawiają się też wtedy wytłoczki polskich malin, worki bobu, brzoskwinie, morele czy porzeczki. Tymczasem, niezależnie od nawału pracy w polu, w Warszawie na początku lipca zjechali się na demonstrację rolnicy zrzeszeni w Unii Warzywno-Ziemniaczanej. Protestujący domagali się od rządu reakcji, na ich zdaniem, tragiczną sytuację polskich producentów rolnych. Przewodził im Michał Kołodziejczak.

Ciągną do niego aktywiści i politycy z prawicy i lewicy. Na demonstracjach można zauważyć posła nacjonalistę Roberta Winnickiego, znanego ze spalenia kukły Żyda Piotra Rybaka, a tweetuje o nim eksksiądz-antysemita Jacek Międlar. Dla równowagi pojawiają się też socjaldemokraci z partii Razem czy ich kandydat na prezydenta Warszawy Jan Śpiewak. Kołodziejczak miesza lewicowe i prawicowe hasła. Wygraża pięścią amerykańskiej ambasadzie, na demonstracjach puszcza Rotę, ale i opowiada o oddolnym zrzeszaniu się w rolnicze kooperatywy i spółdzielnie oraz że nie obchodzi go, kto z kim sypia.

Zapanowała specyficzna polityczna moda na Kołodziejczaka, a swojego człowieka widzieć w nim chcą i nacjonaliści, i komuniści, i przedsiębiorcy, i związkowcy. Smsy, połączenia, wiadomości na mesendżerze – jego telefon nie milknie. Zgłaszają się do niego rolnicy chcący dołączyć do protestów, sklepikarze chcący kupić płody rolne bezpośrednio od producentów, aktywiści, widzący w nim swojego rzecznika, a także polityczni wizjonerzy i fantaści mający nadzieję, że to lider na którego czekali, żeby wcielić w życie swoje teorie. Coraz częściej słychać mówione o nim w kręgach politycznych „nowy Lepper”.

Kim jest więc ten producent kapusty pekińskiej z podsieradzkiej gminy Błaszki i dlaczego wychodzi ze swoimi ludźmi na ulicę?

 

Wąskie gardło wspólnego rynku

Może i polska reprezentacja w piłkę nożną fatalnie zaprezentowała się na mundialu, ale są konkurencje, w których jesteśmy globalnym liderem. Polska jest największym na świcie eksporterem jabłek i pieczarki. Liderujemy UE w produkcji malin i wiśni. Podobnie marchwi, ogórków gruntowych, łososi i drobiu. W truskawkach mamy, z 17% udziałem w rynku, drugie miejsce w Europie. W produkcji śliwek czwarte, gruszek i pomidorów piąte, a brzoskwiń szóste. W okresie rządów koalicji PO-PSL wdrożono program tworzenia rolniczych grup producenckich, które zaczęły konsolidować wiejski kapitał. Duży, zamożny unijny rynek stoi przed nimi otworem. Skoro więc jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

W sklepie i na straganie półkilowa wytłoczka malin kosztuje od siedmiu do dziesięciu złotych. Z hektara malin można zebrać nawet 10 ton tego owocu. Gdyby cała suma szła do rolnika, zarabiałby między 140 a 200 tys. złotych z każdego hektara. Sytuacja nie jest jednak taka prosta. Ceny skupu na owoce i warzywa są nawet dziesięć razy niższe niż detaliczne. Za kilogram malin rolnik dostanie 1,5 zł. Za tyle samo czarnej porzeczki 30 groszy. Za wiśnię – złotówkę. Ziemniaki i czerwoną kapustę sprzeda za 30 groszy, białą za 10-15. Odliczając płacę zbieracza, amortyzację sprzętu, benzynę, prąd, wodę i podatki w kieszeni rolnika zostaje niewiele.

Różnica idzie do kieszeni pośrednika. A nimi są w Polsce przede wszystkim wielkie sieci marketów – kolejno pod względem popularności: Biedronka, Lidl, Kaufland, Auchan i Tesco. Negocjacje z nimi nie są w żadnym razie symetryczne. Warzyw i owoców rolnik nie może długo przechowywać, więc chce sprzedać je jak najszybciej. Jeśli sieć nie dokona zakupu, płody rolne zgniją w skrzynkach.

– Dwa lata temu temu był taki problem z pomidorami – opowiada mi Kołodziejczak. – Były drogie. W Hiszpanii były jeszcze droższe. Duża sieć marketów na to „faka wam damy”. Tydzień będziemy dopłacać do hiszpańskich, ale waszej ceny nie zaakceptujemy.

Co mieli zrobić, zgodzili się. – Jesteśmy na łasce monopoli – opowiada mi lider rolniczych protestów.

Do tego dochodzą wymagania jakościowe. Teoretycznie kraje Unii Europejskiej nie mogą dyskryminować towarów ze względu na kraj pochodzenia. W praktyce jednak zamiast ceł mogą stosować inne blokady. Firmy mogą wymagać specyficznego kształtu i koloru warzyw, odpowiedniej ich wielkości czy składu. Jednocześnie do Polski, bywa, zwożona jest żywność gorszej jakości.

Importerom opłaca się przywozić towar, którego nie sprzedaliby u siebie, bo Rzeczpospolita nie stawia jej tak wysokich wymagań jakościowych jak Niemcy. Bywa też, że sieci marketów wolą nabyć towar poza Polską, nawet nieco drożej, bo kupują od firmy, która jest częścią ich własnego konsorcjum. Czyli w praktyce od siebie samego.

Do Polski napływają też towary zagraniczne, które są przepakowywane już na miejscu i sprzedawane jako polskie. Na przykład ziemniaki z Egiptu, Grecji, Hiszpanii, Francji, Niemiec czy Belgii. Tymczasem, żeby wysłać je z Polski do Niemiec polski rolnik musi zdobyć specjalne dokumenty, których zrobienie zajmuje kilka dni. W odwrotną stronę nie ma takiego obowiązku. To w praktyce blokuje ich eksport za granice, bo niewielu rolników podejmuje się tego wysiłku. – Jesteśmy zamknięci na swoim rynku, do którego i tak mamy może z 20-30 proc. dostępu – mówi mi Kołodziejczak.

Do tego polscy rolnicy przegrywają z dłuższą tradycją, większym kapitałem i lepszym umocowaniem w Unii Europejskiej swoich zachodnich odpowiedników. I z większymi dopłatami. Te dla Francuzów czy Holendrów są prawie dwukrotnie wyższe. Kiedy Polska wchodziła do Unii zachodni producenci rolni dostawali je już od co najmniej kilkunastu lat i znacząco wyprzedzali Polaków pod względem używanej technologii, organizacji i doświadczenia w radzeni sobie na wspólnym rynku. Nadwiślańscy rolnicy mogli wygrywać z nimi jedynie dzięki taniej sile roboczej.

Odpowiedzią na tę sytuację miały być grupy producenckie. Koalicja PO-PSL naciskała na ich tworzenie. Wystarczyło pięciu rolników, żeby dostać dofinansowania rzędu 75-90% proc. W tym procesie dochodziło jednak do wielu nieprawidłowości. Wiele powstałych w tym okresie grup upadło. Niektórzy rolnicy sprzedawali sobie nawzajem własne samochody, wystawiali faktury, a potem dzielili się zyskiem. Do obrotu dodawany był finansowany przez państwo bonus, 5-10 proc. I niestety w efekcie powstawały także i zmowy. Bywało, że grupy obracały towarami między sobą nawzajem, za każdym razem kasując od państwa te 5-10 proc. Jaki był tego efekt? Wielu rolników zostało oszukanych przez ludzi, którzy uzyskali od nich i od państwa fundusze, a potem z nimi zniknęli.

 

Na wschodzie bez zmian

Jednym z postulatów rolników jest żądanie rozwiązania problemu rosyjskiego embarga na polską żywność.

– Moje gospodarstwo jeszcze cztery, pięć lat temu sto procent produkcji sprzedawało do Rosji – opowiada mi Kołodziejczak. – A teraz wychodzi premier i mów: embargo to nie problem. Ja wtedy poczułem bezsilność. Jak mam się przekwalifikować? Jak zmienić produkcję? Przecież maszyna do zbierania kapusty kosztowała mnie 500 tys. zł, muszę spłacać kredyt! – dodaje wzburzony
Embargo uderza przede wszystkim w producentów pomidorów i kapust. Rolnicy są skazani na markety i wspólny rynek. Żeby nie zbankrutować, przekwalifikowują się na inną produkcję, co jeszcze bardziej pogarsza warunki na rynku. Zachodni rolnicy sprzedają swoją nadprodukcję w Europie Środkowej. Polscy rolnicy nie mają już gdzie tego zrobić. Dawniej chłonny rosyjski rynek jest dziś dla nich w dużej mierze zamknięty. I będzie zamknięty „w interesie bezpieczeństwa kraju” co najmniej do końca 2019 r., jak zadekretował na początku lipca prezydent Rosji Władimir Putin. Zakazem wwożenia objęte są pochodzące z krajów Unii i z nią stowarzyszonych owoce, warzywa, mięso, drób, ryby, mleko i nabiał. Czyli wszystko to, w czego produkcji przoduje Polska.

Bez zakończenia wspierania Ukrainy w jej konflikcie z prorosyjskimi separatystami nie ma szans na zniesienie tych sankcji. – Churchill powiedział, że przyjaciel czy wróg to nie są jakieś stałe. Tylko interes jest niezmienny – odpowiada mi na to Kołodziejczak. Jednocześnie na Ukrainie ziemię masowo dzierżawią Holendrzy, Hiszpanie, Francuzi i zaczynają produkcję na najżyźniejszych glebach w Europie. Podobne dziafania podejmują w Afryce, a potem tak pozyskane płody rolne wprowadzają na unijny rynek jako swoją produkcję.

Tym bardziej, że wzrasta koszt siły roboczej. Do prac polowych rolnicy dotychczas zatrudniali pracowników z Ukrainy. Jednak od wprowadzenia w ubiegłym roku dla nich ruchu bezwizowego oraz zwiększenia świadczeń socjalnych, liczba chętnych do pracy na polskich polach regularnie spada. Rolnikom udało się wymusić na rządzie ustawę o pomocnikach w rolnictwie, ale to na dłuższą metę nie załatwi sprawy braku rąk do pracy i niskich płac pracowników sezonowych. Jeśli na Zachodzie nie wystąpi jakaś klęska żywiołowa, to wielu producentów rolnych znajdzie się na granicy bankructwa.

 

„Nowy Lepper”?

Modnie ostrzyżony, z aparatem na zębach, wygadany lider Unii Warzywno-Ziemniaczanej budzi coraz większe zainteresowanie mediów. Jest bezpośredni, od razu przechodzi na ty. Jego komórka ciągle brzęczy od nowych powiadomień.

– Ludzie sami się zgłaszają i chcą robić – mówi podekscytowany. – Poczekaj, poczekaj, tylko podeślę linka jednemu gościowi – przerywa na chwilę spotkanie, żeby wysłać coś mesendżerem.
Pokazuje mi na komórce filmik. Ukraińscy pracownicy śpiewają i wkładają zebraną kapustę pekińską na coś, co przypomina połączenie traktora i pasa transmisyjnego. – Są tylko takie dwie maszyny w Polsce – oświadcza mi z wyraźną dumą Kołodziejczak.

Mimo że był członkiem Prawa i Sprawiedliwości, dziś z PiSem mu zdecydowanie nie po drodze. – Jak powiedziałem, że robię zebranie rolników we wsi, zadzwonili do mnie z partii o 23 i powiedzieli, że już nie mam czego u nich szukać – opowiada. – Wyrzucili mnie przez telefon! Za to że zebranie na wsi robię, bo to źle wygląda w oczach społeczeństwa, że buntuje przeciw dobremu PiSowi – mówi mi z goryczą w głosie.

Polskie Stronnictwo Ludowe też mu się nie podoba. – To są lokalne układziki i układy – opisuje Kołodziejczak ludowców. Widzę, jak to działa w gminach. Wójt, burmistrz, radni, rodzina pozatrudniana, tu sprzątaczka, tam księgowa. To taka organizacja, która korzysta z państwowych zasobów, żeby utrzymywać samą siebie i swoją klientelę. Interes chłopski, związkowy, nie może iść w parze z żadną partią polityczną – podsumowuje twardo.

Jednak na protestach rolników, którymi kieruje Kołodziejczak, pojawia się coraz więcej polityków. Jak na razie z głównie ci z radykalniejszych skrzydeł i niewielkich organizacji. Na demonstracjach przemawia znany z palenia kukły Żyda na wrocławskim rynku Piotr Rybak. Da się zauważyć posła nacjonalistę Roberta Winnickiego. Można było wypatrzyć Jana Śpiewaka i członków Zarządu Krajowego partii Razem Macieja Koniecznego czy Marcelinę Zawiszę. Nacjonaliści widzą w protestujących bojowników o polski interes narodowy; socjaliści – buntowników wobec dyktatu korporacji i wielkiego kapitału; miejscy przedsiębiorcy – swój wiejski odpowiednik. A to wszystko dopiero po niecałym roku samoorganizacji protestujących. Podobnie sprawy wyglądały z Lepperem. Tam wokół zrewoltowanych bankrutujących rolników natychmiast pojawiali się politycy z prawa i z lewa, chcąc ideologicznie zagospodarować potencjał, jaki przynosił medialnie dobrze się sprzedający lider.

– Staramy się znaleźć to, co nas łączy i już nas nie interesuje, czy jesteś w mieście nacjonalistą czy lewakiem – zarzeka się Kołodziejczak. – Związek zawodowy ma działać w interesie rolników nie jakichś partii, deklaruje.

A jaki jest stosunek do nich innych rolniczych związków zawodowych?

– Boją się. My nie mamy za sobą historii, pieniędzy, związków z lobbystami, publicznych pieniędzy. Nie mamy nic do stracenia, – opowiada mi lider protestów. Co na ich postulaty rząd? – Było sympozjum u Rydzyka, suwerenność gospodarcza. Miał być premier. Mówię chłopakom, jedziemy, zadamy mu pytanie, opowiada mi się Kołodziejczak. Pytamy: co mamy robić? A on co? Rozkłada ręce – dodaje wściekły.