WK-K Ważny tunajt

Piszą w prasie, że dziś. tj. w niedzielę, w Wierzchosławicach, odbędzie się uroczyste posiedzenie Rady Naczelnej PSL. Mniej więcej rok temu, w siedzibie Superstacji, którą Zygmunt Solorz rozpędził na cztery wiatry, siedziałem na kanapie obok Władysława Kosiniak-Kamysza. Czekał akurat na rozmowę z red. Michalik. Ani po mnie, ani po niej nie ma w Superstacji śladu, a Władysław Kosiniak-Kamysz wciąż jest.

Pamiętam, że przeglądałem wtedy gazetę. Na pierwszej stronie była informacja o tym, że prezydent zaprasza do Pałacu Namiestnikowskiego polityków na narady. Chyba na temat, pożal się boże referendum, które miał zamiar rozpisać na 11 listopada. Zapytałem szefa ludowców, czy On i jego ludzie też są zaproszeni do Pałacu. Nic na ten temat nie wiedział i nie wybierał się. Zamierzał jechać w tym czasie do Wierzchosławic. Gadaliśmy też chwilę o piłce i o sporcie. Pamiętam, że mowa była o krakowskich drużynach, Wisły i Cracovii. Władysław Kosiniak-Kamysz zaskoczył mnie wówczas pozytywnie swoją aktualną wiedzą w temacie. Niestety, nie zdążyliśmy pogadać dłużej, bo chwilę później w obroty wzięła go red. Michalik. Pamiętam, że to była bardzo nieprzyjemna dla ucha rozmowa. Red. Michalik chciała wycisnąć na siłę z Kosiniak-Kamysza deklaracje o ludowców programowej antypisowości, potępieniu zmian w sądownictwie etc. ale robiła to z wdziękiem młockarni. Biedny chłopina jednak nie wstał od stołu i grzecznie parował ciosy. No właśnie, pomyślałem sobie wtedy, to jest taki grzeczny chłopak. Ułożony, trzymający się prosto. Czasem, aż za bardzo, jakby połknął bambusowy kij. A jesteśmy w końcu w jednym wieku. Dobrze wychowany i gładki, że na prezydenta aż za porządny. Zjedzą go w tym Pałacu te wszystkie harpie. Ale z drugiej strony, pomyślałem, może właśnie o to chodzi. Ja wolę kogoś bardziej czupurnego, ale naród lubuje się, przynajmniej w warstwie wizualno-poznawczej, w chłopiętach-patrz obecny prezydent. Być może właśnie z tego powodu Władysław Kosiniak-Kamysz ma rzeczywiście spore szanse na to, żeby z Andrzejem Dudą wygrać, bo obydwaj tacy podobni. O pomyłkę nie trudno.
Politycznie, z Kosiniak-Kamyszem też mam kłopot. Bo choć, jak sam podkreśla, od obecnego prezydenta różni go wiele, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednakowoż różnic między obydwoma panami byłoby mniej, niż może im samym się wydawać. Władysław Kosiniak-Kamysz jawi się jako polityk, na którego patrzy się jak przez fotograficzną kliszę. Obraz jest mocno nieostry i rozmyty. Jego ostatnie wybory trochę tę obłość ociosują; mało kto przypuszczał, że w wyborach PSL osiągnie tak dobry wynik. Do tego małżeństwo z rozsądku z Kukizem, które dało więcej korzyści Kosiniakowi niż Kukizowi; uwiarygodniło od nowa PSL w miastach, co znowu nie było takie trudne, kiedy startuje się z poziomu minus pięćset.
Coraz głośniej też można usłyszeć na mieście, że w wyścigu do dużego Pałacu wsparcia Kosiniak-Kamyszowi udzielić zdecyduje się dam Donald Tusk. I, moim zdaniem, jest to bardziej niż prawdopodobne. Tusk nie zaangażuje się w sprawy, w których nie ma pewności, że wygra, czemu się wcale nie dziwię. Też tak mam niestety, że widmo porażki paraliżuje mnie w blokach. Wolę wtedy stanąć obok, niż zmierzyć się ze swoimi demonami. Jest to sprawa dla terapeuty. Podobno dobry fachowiec potrafi sobie z tym poradzić.
Biorąc pod uwagę te wszystkie zmienne: podobieństwo mentalne i fizyczne do PAD, szeroki lej programowy, w którym może się zmieścić wiele dobrego i złego, poparcie opozycji na czele z Tuskiem, rację może mieć Bogdan Zdrojewski, który stwierdził niedawno, że z prezydentem Dudą można będzie w tych wyborach wygrać. Jeśli Tusk nie zdecyduje się na start, Kosiniak-Kamysz wydaje się jedynym możliwym, który byłby w stanie tego dokonać.
Jarek Ważny

Inżynieria społeczna

Z dr. Robertem Sobiechem, dyrektorem Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas, rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

Odbyły się trzy konwencje głównych sił politycznych. W piątek KO, w sobotę PiS i PSL. Powoli klaruje się nam kampania?
To na pewno. Warto zauważyć w tym kontekście, że każda z trzech koalicji inaczej rozkłada akcenty i kieruje przekaz do innych grup wyborców. To, co jest smutne, to to, że na przedstawienie pomysłów i ich uwiarygodnienie partie wybrały ostatni miesiąc kampanii. Z dużym prawdopodobieństwem będziemy mieli do czynienia ze swoistym szumem informacyjnym, czymś, co w reklamie nazywa się clutter – nagle pojawi się wiele komunikatów i przekazów.
Podejrzewam, że kampania będzie przypominać drogę do Zakopanego, gdzie billbooardy przysłaniają nie tylko szerszy krajobraz, ale i same siebie.
Jak ocenia pan konwencję KO i koncyliacyjne wystąpienie kandydatki na premiera Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?
Głównym nurtem narracji było to, że będziemy mniej atakować przeciwnika, a bardziej skupimy się nad tym, co w Polsce trzeba zrobić. W związku z tym te postulaty, które były adresowane do różnych grup w ramach poszerzenia sześciopaku Schetyny, wyglądają przekonująco. Niektóre są bardzo trafione, jak kwestia podziału ludzi starszych na tych, którzy są aktywni, których będzie się zachęcać do pracy, i na tych, którzy wymagają opieki – wówczas to ich rodziny powinny dostać wsparcie. To bardzo dobry pomysł. Zabrakło mi tylko sprecyzowanej narracji, takiej ramy, która by wszystko spinała. „”Jutro może być lepsze” jest ciekawym hasłem, ale wymaga dopowiedzenia, dlaczego dziś nie jest dobrze. Bez tego nie wiem, czy do końca przekona tych, którzy jeszcze się zastanawiają, na kogo zagłosować.
Małgorzata Kidawa-Błońska zapowiedziała wprowadzenie związków partnerskich, wcześniej zrobił to Schetyna. To wystawianie się na wojnę ideologiczną, co PiS bardzo lubi?
To nie była eksponowana część programu. Znacznie więcej uwagi poświęcono zdrowiu czy edukacji.
Pułapka zastawiona przez PiS to sprowadzenie związków partnerskich wyłącznie do związków osób homoseksualnych. Tymczasem w Polsce rozwodzi się rocznie ponad 60 tys. par, co czwarte dziecko rodzi się w związkach pozamałżeńskich. To bardzo duża grupa osób, która pozostaje poza wsparciem udzielanym formalnym związkom. Koalicja Obywatelska zdaje sobie sprawę, że związki partnerskie to jeden z priorytetów dla koalicji lewicowej i wygląda na to, że nie zamierza się w tej kwestii ścigać.
Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu na konwencji programowej dużo czasu poświecił krytyce rządów PO. Dlaczego?
Przemówienie, a właściwie wykład Jarosława Kaczyńskiego składał się z trzech części. Pierwsza, która nie wzbudziła wielkiego entuzjazmu publiczności, dotyczyła wartości. Godność, rodzina, naród, solidarność, wolność – do większości z tych wartości odwołują się i inne partie.
Kluczowym elementem wystąpienia była diagnoza państwa polskiego i społeczeństwa w ostatnich 30 latach. Spodziewałem się, że PiS zarzuci już wątek elit postkomunistycznych, któe po 30 latach albo już nie żyją, albo są w wieku emerytalnym. Kaczyński po raz kolejny powrócił do tej kwestii. Wedle niego żyjemy w czasach późnego postkomunizmu.
W tej diagnozie zabrzmiały bardzo niepokojąco dwie kwestie. Po pierwsze, że w tym późnym postkomunizmie nie stworzono nowego aparatu państwowego. To oznacza, że w instytucjach państwa nadal pracują osoby postkomunistycznego porządku. To bardzo niepokojący sygnał dla kilku pokoleń młodych Polaków – sędziów, nauczycieli, lekarzy, policjantów czy urzędników, którzy pracują w sektorze publicznym. Okazuje się, że po 30 latach należy stworzyć nowy aparat, wprowadzić nowe kadry. Ostania afera w Ministerstwie Sprawiedliwości pokazuje, jak może wyglądać tworzenie nowego aparatu państwowego. To sygnał, że PiS gotowy jest na wprowadzenie kolejnych zmian w instytucjach państwa. Po drugie, okazuje się, że błędem ostatnich 30 lat było to, że nie zbudowano nowej hierarchii społecznej. To ważny sygnał dla tych, którzy przez te 30 lat własną pracą i umiejętnościami zbudowali swój dobrobyt, pozycję zawodową czy wykształcenie. Wedle prezesa Kaczyńskiego wymaga to zmiany, wymaga stworzenia nowej hierarchii społecznej.
Zapachniało wielką rewolucją Mao?
Trochę tak, oczywiście zachowując odpowiednie proporcję i kontekst. Widać to chociażby w rozróżnieniu płac dla nowo powołanych (np. w Izbie Dyscyplinarnej SN), jak często zmienia się obsada wysoko opłacanych stanowisk w zarządach spółek Skarbu Państwa, a także jakie budżety mają nowo powoływane instytucje. W ten sposób PiS chce zmienić przynajmniej strukturę dochodów i prestiżu, zbudować własną elitę.
Jest to szalenie niepokojący sygnał, bo to jest taka inżynieria społeczna, która moim zdaniem jest kontynuacją modelu węgierskiego: wyrzucimy stare elity i wstawimy swoje.
Ta część przemówienia pokazała, jak zapewne będzie wyglądać kampania wyborcza. Jarosław Kaczyński wprost powiedział, że na początku wieku miał nadzieję, że PO nie będzie odtwarzała systemu komunistycznego, a praktyka pokazała, że elity postkomunistyczne dokonały kooptacji części opozycji demokratycznej. Tu rozpoczęła się długa lista oskarżeń pod adresem PO, a w szczególności Donalda Tuska. To były oskarżenia bardzo ciężkiego kalibru, np. trudny do wyobrażenia w demokratycznym państwie, niczym niepotwierdzony zarzut, że Tusk podporządkował całą polską politykę zagraniczną temu, aby zdobyć stanowisko w UE. Podejrzewam, że cała kampania PiS-u to będzie nieustanne przypominanie 8 lat w głównym kontekście, że “tamta władza ukradła miliardy i nie dała nic obywatelom” i tylko PiS zapobiegnie powrotom tego, co było.
Jarosław Kaczyński zapowiedział też kolejne socjalne rozdawnictwo.
Tak, co jego spece od marketingu nazwali hattrickiem Kaczyńskiego. Tu jednak nie było mowy o oddawaniu części pieniędzy, które każdy z nas oddaje w różnej formie podatków. Obietnica wzrostu płacy minimalnej dotyczy przedsiębiorców.
Dwie trzynaste emerytury za dwa lata oznaczają, że w 2020 roku nie będzie zwiększenia emerytur. Zapowiedź zrównania dopłat dla rolników to czysta futurologia, tu nie padły nawet żadne daty. Ze zrozumiałych względów prezes nic nie mówił o obszarach, w któych PiS sobie kompletnie nie radzi, jak ochrona zdrowia, edukacja, kwestia klimatu.
Na konwencji PiS krytykowano Schetynę, Tuska, ale nazwisko Kidawy-Błońskiej nie padło…
To jest bardzo sprytne zagranie Grzegorza Schetyny i PiS jeszcze nie wie, jaką ma stosować w tym kontekście komunikację Nie mam jednak złudzeń, że w końcu pojawią się negatywne wątki dotyczące marszałek Kidawy-Błońskiej, wpisujące się w narrację o późnym postkomunizmie.
PiS po raz kolejny stawia na rozdawanie pieniędzy, KO na pracę, która musi się opłacać. To może zadziałać?
Nie nazwałbym transferów typu 500+ rozdawnictwem. Takie wsparcie dla rodzin istnieje w większości państw europejskich. PiS zdecydował się wypłacać zasiłki w wysokości porównywalnej z Austrią czy Francją, a więc państw znacznie bardziej zamożnych od Polski. Nic więc dziwnego, że dla znacznej części rodzin było to znaczące wsparcie rodzinnych budżetów. W większości państw o poziomie zamożności obywateli decyduje wysokość dochodów uzyskiwanych z pracy. Jeżeli KO będzie jasno komunikować, że ci, którzy ciężko pracowali przez ostatnie lata, zasługują na różne formy wsparcia ze strony państwa i warto przeznaczać pieniądze podatków także na inne usługi publiczne, jak zdrowie, edukacja czy czyste powietrze, których nie można kupić za 500 zł. – to będzie inna narracja niż narracja PiS-u. PiS nie mówi o owocach ciężkiej pracy. Mało tego,
Obrazek poprzedzający wystąpienie prezesa, w którym 5-osobowa rodzina mówiła, jak to z 500+ finansuje zajęcia dodatkowe wakacje, a na dodatek pozwoliło im na wybudowanie domu, to dla większości Polaków czysta fikcja.
Jeżeli KO stworzy przekaz, że będzie wspierać pracujących i ich zaangażowanie w pomnażanie własnego dobrobytu, to może być silną przeciwwagą dla tego, co od 4 lat mówi PiS. Niestety, w konwencji KO ten wątek pojawił się śladowo.
W sobotę mieliśmy też konwencję PSL-Kukiz 15, która rozmachem i treścią wyraźnie odbiegała od konwencji KO i PSL. Jak pan ocenia spotkanie ludowców?
Tu mieliśmy bardzo rozproszony przekaz. Teoretycznie PSL w połączeniu z Kukizem może stanowić ciekawą alternatywę dla ludzi z małych miejscowości, może też częściowo mieszkańców wsi. W porównaniu z wystąpieniem sprzed kilku tygodni sobotnie wystąpienie Kosiniaka-Kamysza było bardzo niespójne. Z jednej strony, mówił o tym, że będzie wspomagał emerytów, a z drugiej, że mali przedsiębiorcy nie będą musieli płacić ZUS-u. Przecież to bieżące składki ZUS-owskie pracujących stanowią podstawę wypłacania comiesięcznych emerytur.
Natomiast w wystąpieniu Pawła Kukiza pojawił się ciekawy wątek odnośnie do zakusów PiS, aby powtórzyć wybory samorządowe; pod pretekstem wprowadzenia nowych województw.
Zdaniem Kukiza PiS pod tym pretekstem rozpisze wcześniejsze wybory do samorządu.
To bardzo niepokojący sygnał dla wielu samorządowców, którzy dopiero co otrzymali społeczny mandat do rządzenia w swoich społecznościach.

PKP=PSL Ważny tunajt

Internety ostatnio wygrywa nius o historii, jak to jeden człowiek wykupił wszystkie bilety na trasie Warszawa-Radom, zapłacił za nie 6 koła, żeby po chwili je zwrócić i stracić na procederze 15 proc. odstępnego. Zrobił to po to, aby unaocznić skomplikowany i anachroniczny system rezygnowania z przejazdu i zwrotu należności jaki stosują Polskiej Koleje Państwowe po dziś dzień, mimo że mamy już XXI wiek. Jako żywo, przypomina mi to sytuację na polskiej scenie politycznej.

Koleś wydał swoje ciężko zarobione pieniądze, żeby, po pierwsze, było o nim głośno, a fejmu jak wiadomo wycenić nie sposób, a po drugie, ale dużo mniej istotne w całym zamieszaniu, żeby obnażyć niedzisiejszość i starodawność w spółce PKP. Cóż, żeby osiągnąć ten drugi cel, nie trzeba wcale wykupywać całego pociągu i robić cyrków z oddawaniem biletów do kasy, które kasjer, jeden po drugim, musi osobno ostemplować czerwonym tuszem, skatalogować i odznaczyć w systemie. Wystarczy kupić jeden bilet na pociąg, najlepiej pospieszny lub osobowy, udać się na dworzec i czekać. Ten raczej się spóźni. 5 minut, 10, 20. Jak się spóźni ponad godzinę, to można się domagać zwrotu za procent z biletu, a jak jest zima, to kolej zafunduje darmową herbatę. Wiem, bo parę razy zdarzyło mi się czekać na dworcu w mróz. Czy to jednak słota czy pogoda, czekając na opóźniony pociąg z kolejowych szczekaczek usłyszeć można zawsze to samo: że pociąg jest opóźniony, opóźnienie może ulec zmianie, za opóźnienie przepraszamy. W XXI wieku. Sypie mi się plan dnia. Odwołują mi koncert, spóźniam się na spotkanie biznesowe, a tym jest po prostu przykro i bardzo przepraszają. Mi ucieka żywa gotówka sprzed nosa, a jaśniepanu jest zwyczajnie po ludzku przykro. I to mi musi wystarczyć. Tyle mi też starcza za ilustrację, gdzie się znajduje polska kolej tu i teraz.
A gdzie się znajduje PSL? No właśnie, analogia między PSL a PKP jest w mojej ocenie bardzo uzasadniona. Partia Kosiniaka-Kamysza chce być nowoczesna i progresywna. Jednocześnie konserwatywna i narodowa. To jak kolej polska: chce być jak teżewe, ale jednocześnie nie chce tracić starych, nasmolonych podkładów i przerdzewiałych drezyn oraz mechanizmów zarządzania, rodem z późnej komuny. Chce PSL przyciągnąć młodych, ale jednocześnie bazuje na starych sprawdzonych działaczach. To też jak na kolei: niby się zmieniamy i otwieramy na nowoczesność w domu i zagrodzie, ale tylko tam, gdzie nam się to podoba. Jak się odbije ciut od głównej magistrali, dworcowy syf jaki był, tak i jest. Składy jak się spóźniały, tak się spóźniają. Innymi słowy: robi PSL i PKP w swoim mniemaniu dużo, żeby iść z czasem, postępem i osiągnieciami, ale ciągle w pościgu za nowoczesnością przeszkadza jej stary, komuszy ogon, który, mimo szczerych chęci, spowalnia gwiaździsty marsz.
PSL zaprezentowało niedawno liderów swoich list. Liderów Koalicji Polskiej, cokolwiek to znaczy. Nie powiem, zawiódł się zapewne ten, kto liczył na nołnejmy; przeważają przechrzty z PO oraz sprawdzeni w boju towarzysze. Ale istnieje poważna szansa, że nawet z takimi nazwiskami na przedzie, wagonik PSL-u do Sejmu się nie dostanie. I ja na to mówię: bardzo dobrze.
Pamiętacie Państwo zapewne, jak ongiś Waldemar Pawlak z rozbrajającą szczerością odpowiedział: „Nasz koalicjant”, na pytanie, kto zostanie zwycięzcą parlamentarnych wyborów. To oddaje wszystko na temat mentalu i celów działania tej partii. Te wszystkie bajdurzenia o partii chłopskiej, która chce łączyć dziś wieś z miastem, proszę Was, kto w to uwierzy? PSL było mocne siłą swoich terenów i ludzi stamtąd. To nadal najliczniejsza polska partia, która działa jak karne wojsko. Przynajmniej działała do czasu, do kiedy na wieś wszedł z impetem PiS i dał ludziom gotówkę, a nie paplaninę. Wojsko musi mieć co miesiąc regularny żołd, wikt i opierunek. Jak się o wojsko nie dba, to się rozbisurmania i idzie w rozsypkę.
Chłop polski wie, która ręka go karmi i która go powiezie ku szczęśliwości, i na pewno nie jest to miękka i wypielęgnowana dłoń doktora Kosiniaka. Co gorsza, wie to sam młody doktor Kosiniak. Robi więc co może, żeby ustrzelić trochę głosów w dużych miastach, ustawiając weń byłych platformianych tuzów, i licząc, który to już raz, na to, że wieś da mu jeszcze jedną, jedyną szansą. Ale wieś powie mu: takiego wała, jak Polska cała. Z czym do ludzi, z jakim programem? Co takiego chce zaoferować ludziom PSL? Czym chce się odróżnić od Schetyny? Brakiem poparcia dla małżeństw jednopłciowych? Czy oni naprawdę są na tyle próżni, że sądzą, że kogoś to na wsi w ogóle ruszy? Byliśta, towarzystwo z PSL-u tyle lat u cycka, mieliście wystarczająco dużo czasu, żeby znaleźć jakiś pomysł na siebie, a znajdywaliście w polu tylko kąkol i zbutwiałe kartofle, których już nawet świnie nie chciały jeść. I przyjdzie za to kara. A później będzie tylko płacz i zgrzytanie zębów. Na wsi PSL zastąpi PiS. Nie od razu, ale od tych wyborów, pomalutku, stopniowo, plasterek po plasterku. Tyle się więc będzie musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Witos naszym wzorem

Odwieczna kontrola kleru nad polską wsią pod rządami postępowej Konstytucji dziś, w XXI wieku znów wróciła do łask.

Po tygodniach wewnętrznych dyskusji Polskie Stronnictwo Ludowe postanowiło się znów usamodzielnić się wyborczo. Moim zdaniem – słusznie. Poparcie tej partii na wsi od kilkunastu lat systematycznie spada na korzyść PiS, podejrzewam, że niemały na to wpływ mają biskupi i proboszcze. Niech więc PSL obliczy się na wsi, to tej partii dobrze zrobi.
Zaskoczyło mnie to, że ludowcy ratują swoją pozycję polityczną demonstrowaniem niechęci do aliansów wyborczych z lewicą (SLD i Wiosna), motywując to głębokim przywiązaniem do wartości chrześcijańskich i kościoła jako „wspólnoty”. Szukając pretekstu do odstąpienia od Koalicji Obywatelskiej jeszcze kilka dni temu sprzeciwiali się obecności w niej SLD. I chociaż jestem zwolenniczką zbudowania w tych wyborach odrębnego bloku lewicowego, ten stosunek ludowców do SLD nie po raz pierwszy ostro mnie zbulwersował: biurokraci z PSL (z których każdy miał w rodzinie swojego Mikołajczyka, albo księdza, albo…dziedzica) próbują ustawiać lewicę według własnego doraźnego interesu politycznego, chociaż to nie przez SLD stracili swą bazę społeczną na wsi na rzecz PiSu. Na marginesie dodam, że podobnie zachowała się Barbara Nowacka, kiedy postanowiła zasilić PO. Mówiła wtedy, że nie podoba się jej polityka historyczna SLD (wnuczka wysoce zasłużonego Budowniczego Polski Ludowej, z którego dorobku naukowego n.p. ja jestem dumna).
Prezes PSL, z pryncypialnym wyrazem twarzy zaciętego w sporze dziecka, najczęściej motywuje głoszone stanowisko obroną osławionych „wartości chrześcijańskich” , które – jakby nieco z wierzchu poskrobać – trącą homofobią i obłudą. Hasło to sugeruje, że lewica, a SLD w szczególności zagraża wyznawaniu tych wartości w praktyce, a tym samym spójności wspólnoty chrześcijańskiej, dowodzonej przecież w duchu „cywilizacji miłości” przez niemały pułk biskupów i arcybiskupów, ostatnio wołających o zrozumienie i tolerancję wobec pedofilów w sutannach. Głównym grzechem lewicy jest opowiadanie się za rozdziałem kościoła od państwa i sprzeciwianie się nieustannemu mieszaniu się kleru w politykę, zwłaszcza, że moralne uzasadnienie dla przyznania sobie takiego prawa przez kościół hierarchiczny zostało ostatnio mocno nadwątlone przez samych księży.
Lewica ma również poważne zastrzeżenia do ideologizacji polskiego szkolnictwa, sterowanego w kierunku podporządkowania systemu wychowania i nauczania dyktatowi kościoła hierarchicznego. Nie trudno przecież zauważyć, że w szkołach finansowanych przez państwo wiszą dziś krzyże, zawieszane zawsze powyżej godła Rzeczypospolitej (kto to ustala..?), jak się wobec powyższego czują „nie podzielający tej wiary” ? A kto by się tym przejmował ! Nie tylko z tego powodu lewica uważa, że klerykalizacja życia publicznego zaszła za daleko. Widzi to młodzież, która masowo odchodzi od kościoła, ale trend ten nie leży w polu zainteresowania PSL.
Z licznych wypowiedzi W. Kosiniaka –Kamysza i innych działaczy PSL wynika, że – podkreślany przy każdej okazji długi czas trwania w polityce polskiej – raczej nie sprzyja znajomości historii ruchu ludowego i emancypacji chłopstwa. A jest ona niezwykle ciekawa i trudno zaprzeczyć temu, że na przestrzeni minionych 130 lat ruch ludowy w walce o swoje prawa miał zawsze wsparcie lewicowego (postępowego) ruchu robotniczego. Przekonałam się o tym, kiedy na swój użytek przerobiłam tę historię na przykładzie Galicji z przełomu XIX i XX wieku, poszukując przyczyn nieukrywanej wrogości niedawnych działaczy ZSL wobec SLD na początku lat 90. A padały wobec nas zaskakująco wraże zarzuty, niektóre pamiętam doskonale.
Jak wiadomo, pod koniec XIX stulecia Polacy w Galicji mogli organizować się politycznie – działali tam legalnie socjaliści (Limanowski, Daszyński), endecja (przez jakiś czas Dmowski), a w latach 90. własne aspiracje polityczne ujawnili chłopi. Jednakże organizowanie się polskiego ruchu ludowego nie było zadaniem łatwym, ponieważ działacze chłopscy od początku natrafiali na zagorzały opór większości duchowieństwa oraz tych warstw społecznych, którym dalece odpowiadało, aby chłop „był niewolnikiem , tak z krwi, tradycji, wychowania, jak i z własnej woli”. Tak to widział Wincenty Witos, na którego dziś ludowcy lubią się powoływać, ale go nie czytają, a z jego książki p.t. „Moje wspomnienia” mogliby się dużo dowiedzieć o zmaganiach ówczesnych ludowców z poglądami i decyzjami księży, pełnymi „chrześcijaństwa”. Zaznaczam, że socjaliści nigdy nie należeli do przeciwników organizowania się chłopów, wręcz przeciwnie – ludowiec Jan Stapiński- gdyby żył- miałby wiele na ten temat do przekazania.
W kontekście tym przypomnieć należy, że w ówczesnych czasach księża byli najczęściej na wsi jedynymi wykształconymi ludźmi. Wielu z nich położyło znaczne zasługi w walce z plagą pijaństwa na wsi i w szerzeniu dobrych obyczajów. Nie zaniedbywali jednak przy tym wpajania chłopom posłuszeństwa wobec wszelkiej władzy jako pochodzącej od Boga. Nic więc dziwnego, że „po chrześcijańsku” kler chciał sobie podporządkować w sposób bezkompromisowy organizujący się ruch chłopski. Trzeba przyznać, że z powodów religijnych część chłopstwa ulegała sugestiom księży, szanse zdobycia głosów chłopskich miał przede wszystkim ten, za kim opowiadali się księża.
Co ciekawe, Maria i Bolesław Wysłouchowie na łamach „Przyjaciela Ludu” (wychodzącego od 1889 r.) postrzegali przywiązanie chłopów do religii jako obietnicy, że po ziemskiej tułaczce włościanin znajdzie się w końcu tam, „gdzie nie będzie ani głodu, ani zgryzot, ani podatków, ani prześladowań, ani starostów – ale będzie wieczysty wypoczynek po ciężkiej pracy” („Przyjaciel Ludu” z 3 czerwca 1906 r.) Wysłouchowie uważali, że pierwszym krokiem do organizowania się chłopów była zmiana ich mentalności, rozbudzenie świadomości klasowej oraz narodowej.

Ponad połowa ludności wiejskiej nie umiała czytać, ani pisać.

Wierzyła w gusła i zabobony, a do wszelkich nowinek, burzących odwieczny porządek odnosiła się niechętnie. Taka postawa chłopów ułatwiała stosowanie wobec nich niepohamowanego wyzysku ekonomicznego. Stąd m.in. brał się chłopski antyklerykalizm, gdyż poprzez wieki Kościół w oczach chłopów był instytucją sankcjonującą feudalny porządek i wyzysk.
Wśród księży znalazł się wówczas j e d e n wyjątek – ksiądz Stanisław Stojałowski, który na łamach wydawanych przez siebie pism – „Pszczółki” i „Wieńca” – sprzeciwiał się upośledzeniu społecznemu chłopów. Poglądy ks. Stojałowskiego cieszyły się popularnością wśród włościan, za to hierarchia kościelna uznała go za człowieka niebezpiecznego, który może zrewolucjonizować wieś, co nie leżało w interesie ekonomicznym kleru (a nuż chłopi zażądają reformy rolnej..?). Walka ks. Stojałowskiego z hierarchią zakończyła się rzuceniem na niego wielkiej klątwy na mocy dekretu Świętej Rzymskiej i Powszechnej Inkwizycji z dnia 5 lipca 1896 r. Był to celny cios, wymierzony nie tylko w księdza, ale w cały organizujący się ruch chłopski. Znękany ksiądz musiał zaprzestać swojej pro chłopskiej aktywności, zmarł w Krakowie 23 października 1911r, nad jego trumną przemawiał Wincenty Witos.
Pewnie nie bez przyczyny: znany był w owym czasie konflikt Witosa z biskupem tarnowskim – Leonem Wałęgą (1859-1933), który – bojąc się niekontrolowanego przez kler ruchu chłopskiego- zakazał nawet wiernym (znów pod karą kościelną) czytania pism „Przyjaciel Ludu” i „Piast”. Biskup atakował też w sposób niewybredny Witosa i innych działaczy ludowych, była to walka ostra i nieprzebierająca w środkach. Na „Przyjaciela Ludu” , a pośrednio na Polskie Stronnictwo Ludowe w 1903 r. została rzucona klątwa kościelna. Przypuszczam, że w duchu troski o „wartości chrześcijańskie”.
W zaciętej walce kleru z działaczami ruchu ludowego chodziło o niedopuszczenie na wieś postępowych haseł i organizacji politycznych, ponieważ groziły one zachwianiem pozycji księży wśród włościan. Księża tropili zaciekle nie tylko co bardziej znanych działaczy chłopskich, ale nawet zwykłych czytelników „Przyjaciela Ludu”. W 1895 r znana była w Galicji sprawa Jana Gila – chłopa z Grębowa (powiat tarnobrzeski), któremu za czytanie tej gazety miejscowy proboszcz odmówił przed śmiercią spowiedzi, a następnie nie pozwolił na wstawienie trumny z jego ciałem do kościoła! Na znak protestu miejscowi chłopi ufundowali w 1896 r. zmarłemu skromny pomnik na grobie, umieszczając na nim napis: „Bratu, co walczył i cierpiał za sprawę ludową – w szczerej wdzięczności Chłopi Polscy” (ciekawam, czy o Janie Gilu pamiętają jeszcze współcześni ludowcy..?). Współczesnym działaczom PSL, a w szczególności Wł. Kosiniak- Kamyszowi dedykuję następujące słowa Wincentego Witosa:
„Byłem zawsze zdania, że należy oddzielić bezwzględnie sprawy wiary i kościoła od interesów materialnych, wszelkich spraw polityki.” .
Budzeniu się świadomości narodowej mas chłopskich w sukurs mogła przyjść wówczas przede wszystkim oświata i świadome organizowanie się według własnych potrzeb i interesów.
Ale również samo kształcenie się chłopów odczuwane było przez kler jako niebezpieczeństwo. Mam przed sobą książkę, wydaną przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie w 1939 r. Nosi tytuł „Szkice z dziejów nauczycielstwa polskiego”. Autorzy tego opracowania m.in. opisują, jak ludowiec Jakub Bojko walczył w sejmie galicyjskim o pieniądze na oświatę wiejską, wypominając w wystąpieniu wygłoszonym 22 marca 1899 r. , że tnąc pieniądze na oświatę wsi klasy rządzące chciałyby chłopa wziąć krótko za cugle, aby on wolę rządzących wykonywał tak, jak niegdyś ustawy pańszczyźniane dyktowały, tj. „w pokorze i bez pomruku” . Autorzy książki wskazują wzorce, jaki chłopom i nauczycielom ludowym stwarzał socjalistyczny ruch robotniczy, który na czele z Bolesławem Limanowskim – ojcem socjalizmu polskiego – wspierał w Galicji walkę o oświatę na wsi i umacnianie postępowego nauczycielskiego ruchu zawodowego. A przecież walka o powszechną oświatę w języku polskim była wówczas najbardziej cennym przejawem patriotyzmu.

Dziś PSL, o dziwo, nie wypowiada się na temat sytuacji w polskim szkolnictwie

(w tym oświaty na wsi), nie upominali się twardo i otwarcie o polepszenie materialnych warunków pracy nauczycieli ( w tej sprawie dwa miesiące temu ludowcy kombinowali, jak przysłowiowy koń pod górę). Milczeli na temat zachowania się w czasie niedawnego strajku katechetów, poddanych władzy biskupów – bo nie przeszkadza im dualizm zarządzania szkołą. Najważniejsze, aby podkreślać zdystansowanie się od SLD i dbać o to, aby w przestrzeni publicznej wybrzmiało przywiązanie ludowców do „wartości chrześcijańskich”, a że po drodze temu i owemu działaczowi przydarzy się n.p. rozwód..? człowiek jest przecież ułomny…. Zastanawiam się także, czy obecność SLD w polityce polskiej może w jakikolwiek przeszkadzać ludowcom w osobistym respektowaniu przykazań Dekalogu, tak – aby w swej godności pamiętali na co dzień o tym, że nie należy kłamać, kraść, cudzołożyć, używać zbrodniczej przemocy wobec bliźniego swego i.t.d., wszystko zgodnie z dziedzictwem tradycji judeo – chrześcijańskiej…? (patrz: przykazania Dekalogu z ksiąg Mojżeszowych). Jako członkowi SLD nigdy by mi takie działanie nie przyszło do głowy. Ale tu nie o cnoty człowieka religijnego chodzi, tylko o całkiem ziemskie interesy. No cóż, odwieczna kontrola kleru nad polską wsią znów wróciła do łask. Ciekawe, jak by to skwitował Witos…

Jaki cel ma PSL?

My jako SLD, ja osobiście, jesteśmy zwolennikami Koalicji Europejskiej poszerzonej o jak największą liczbę poglądów. Nasz wynik w wyborach do Parlamentu Europejskiego był dobry i zdania nie zmienię. SLD będzie ostatnią partią, która z tego projektu wyjdzie. Jeżeli nie będzie realizowany, to będziemy wskazywać winnych.
Byłem w stanie dogadać się w ramach Koalicji Europejskiej, więc zrobimy również drugi. Najpierw chciałbym usłyszeć realne argumenty, które doprowadzą do rozwalenia projektu, któremu zabrakło 7 procent, żeby wygrać. To jest jakiś absurd. Stawianie warunków, przeciąganie się, ja nie będę w tym uczestniczył. Jak się zdecyduję, to idę konsekwentnie w założoną stronę.
Jeśli PSL będzie prowadził taką politykę, to straci jeszcze więcej. 4 tygodnie temu z Władkiem Kosiniakiem-Kamyszem skakaliśmy, trzymaliśmy się za ręce i krzyczeliśmy o zjednoczonej opozycji. To było nasze największe przesłanie. Mi się wydaje, że Władkowi nie podoba się wszystko i ma jakiś cel, który właściwie nie wiem jaki jest. Polska się nie może rozwalić ze względu na to, że ktoś chce przetrwać.
Jak się psa chce walnąć, to się kija znajdzie. Odnoszę wrażenie, że prowadzone są rozmowy – choć ja nie rozmawiam, bo takie są przesłanki, jak się ustawić w przyszłości, jak patrzy PiS, ile jedynek, ile dwójek. A ja się pytam, co będzie z Polską demokracją, konstytucją, prawami obywatelskimi. Nie wolno do tego tak podchodzić. Nie zgadzam się.

Flaczki tygodnia

Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje groźbę nadchodzącej katastrofy politycznej. Przyszłego PiSPSL -u.

Przeciągające się targi polityczne urządzone przez liderów PSL można racjonalnie wytłumaczyć dwoma powodami.
Pierwszy to tradycyjnie, PSL- owskie kokoszenie się. Kuglowanie, kiwanie, fochowanie w celu uzyskania jak najwięcej miejsc biorących na przyszłych listach wyborczych.
Zwłaszcza tak zwanych „jedynek”, czyli pierwszych miejsc na listach.
Bo wielu polskich, wybitnych ponoć, specjalistów od wygrywania wyborów głosi tezę, że około 30 procent wyborców zawsze, automatycznie i bezkrytycznie głosuję na pierwsze nazwisko na liście wyborczej. Głosuje tylko dlatego, że jest to pierwsze nazwisko na wybranej przez nich liście wyborczej.
Ta prawidłowość ma dotyczyć wszystkich list wyborczych.
To może oznaczać, że około trzydziestu procent Wyborców w naszym kraju to ten przysłowiowy „ciemny lud”.

Drugim racjonalnym powodem tych nieracjonalnych targów politycznych PSL jest wola jego kierownictwa wyjścia z koalicji z PO.
I doprowadzenie do przyszłej koalicji z PiS.
Realizacji starej zasady obowiązującej w PSL. Że w każdych wyborach wygrywa przyszły koalicjant PSL.

Stąd ten nagły atak obrzydzenia do lewicy uwidaczniany wśród elit Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jakieś uzasadnienie zerwania koalicji z już nie wygrywającą PO musi być.

Długo falowa kalkulacja prominentów PSL może być taka. PiS zapewne wygra najbliższe wybory parlamentarne. Ale wygra niewysoko. W Senacie może to być nawet remis ze wskazaniem na opozycję.
Zatem PiS na pewno nie będzie miał większości potrzebnej do zmiany Konstytucji RP, czyli dokończenia swojej kontrrewolucji narodowo- katolickiej. Będzie potrzebował koalicjantów do tego.
PiS może też nie mieć tych upragnionych 231 krzeseł w Sejmie RP potrzebnych do posiadania większości rządzącej. I być skazanym na koalicjanta.

Ponieważ aktyw PiS skutecznie spacyfikował prawicową konkurencję, albo ją wchłonął albo zdyskredytował jak to było w przypadku Konfederacji, to jedynymi potencjalnymi koalicjantami dla PiS mogą być klub fanów Pawła Kukiza i PSL.

Klub fanów Pawła Kukiza topnieje i może mieć problemy z przekroczeniem progu wyborczego.
Podobne kłopoty ma PSL, które jako samodzielny byt polityczny w przedwyborczych sondażach też oscyluje wokół progu wyborczego.
Ale koalicja Kukiz-PSL ma szansę na przekroczenie progu wyborczego. Zdobycia kilkunastu mandatów poselskich. Stworzenia klubu parlamentarnego PSL-Kukiz.

Ten klub może być na wagę większości rządzącej parlamencie. Może dać większość dla rządzącej, dziś opozycyjnej, Koalicji Obywatelskiej.
Może też dać większość rządzącej partii pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Oczywiście zanim przyszły klub parlamentarny PSL-Kukiz wjedzie z PiS lub KE w koalicję rządzącą, to wpierw usunie ze swych szeregów pana posła Pawła Kukiza. Bo jest on nie koalicyjny. To solista polityczny, a w parlamencie trzeba mieć również umiejętności śpiewania w chórze politycznym.

Następnie liderzy klubu parlamentarnego PSL + przystąpią do negocjacji. Jeśli PiS zaproponuje im więcej w przyszłej koalicji rządowej niż KO, i dodatkowo jeszcze coś w sejmikach wojewódzkich, to liderzy PSL + wejdą w koalicję z partią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
To wreszcie uwolni ich od niedoli przebywania na niewygodnych ławach opozycji. I w parlamencie i w sejmikach wojewódzkich.

Wartość formacji PSL + zapewne wzrośnie w 2020 roku. Kiedy zaczną się wybory prezydenta RP. Wówczas każde nowe środowisko będzie cenne.
I wtedy liderzy PSL + znowu będą mogli poczuć się jak posiadacze złotej akcji. Decydującej o zwycięstwie w boju politycznym.

Historia dotychczasowych koalicjantów pana prezesa Kaczyńskiego nie jest zachęcająca. Pan prezes Jarosław jest wyjątkowo skutecznym kanibalem politycznym.
Liga Polskich Rodzin rozpadła się po koalicji z PiS. Podobnie rozpadła się „Samoobrona”. A jej lider Andrzej Lepper został znaleziony jako rzekomy samobójca.

Jak dzieci zachowują się euro deputowani PiS w Parlamencie Europejskim. Na złość Fransa Timmermansa utrącili jego kandydaturę na szefa Komisji Europejskiej. Aby utorować drogę Urszuli von der Leyen. Posiadającej równie pryncypialne poglądy na temat łamanej przez PiS praworządności w Polsce jak Timmermans. Ale młodszej od niego, bardziej energicznej i żądnej szybkich efektów. Zatem swym głosowaniem ekipa PiS zamieniła sobie przysłowiowy kijek na siekierkę.

Zablokowanie jednego kandydatka na rzecz innego, to normalka w parlamentarnej robocie. Zwykle mądrzy parlamentarzyści robią to w sposób zdecydowany i dyskretny. Nie biegają od knajp parlamentarnych po toalety i wszędzie chwalą się swym „historycznym zwycięstwem”.
A euro deputowani PiS tak czynili. Wszędzie przechwalali się swą udaną zemstą. W efekcie wzbudzili niesmak i niechęć pozostałych frakcji politycznych w Parlamencie Europejskim.
Taka niechęć szybko ujawniła się podczas głosowania nad kandydaturą euro deputowanej Beaty Szydło na przewodniczącą komisji pracy. Jej kandydatura upadła, choć nie było innej kandydatury. Bo ta komisja przypadła PiS w wyniku podziału komisji pomiędzy wszystkimi frakcjami politycznymi w euro parlamencie.

Teraz kierownictwo PiS odgraża się, że w tym tygodniu ponownie wystawi kandydaturę euro deputowanej Szydło.
Co będzie jeśli jej kandydatura znowu upadnie?
Propagandziści PiS wszystko zwalą na „wrażą Brukselę”? Na rzekomy antypolonizm pozostałych euro deputowanych?

Na wsi PSL już praktycznie się nie liczy

„PSL żyje trochę w matriksie i cały czas uważa, że jest partią chłopską, podczas gdy na wsi PSL od dawna nie odgrywa już żadnej roli” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

JUSTYNA KOĆ: W najnowszym sondażu zjednoczona opozycja dostaje 37 proc., a PiS 40. Czy opozycja dogania rządzące ugrupowanie, a może sondażom nie można wierzyć?
MIROSŁAW OCZKOŚ: Trzeba zobaczyć trend, bo to jest ważniejsze, niż sam jednorazowy wynik. Ostatnie sondaże przy wyborach do PE nie odbiegały specjalnie od realnego wyniku. To pierwszy sondaż, który wyraźnie pokazuje, że zjednoczona opozycja zbliża się do Zjednoczonej Prawicy. Pytanie, czy następne sondaże potwierdzą ten wynik. Jest też wewnętrzny sondaż Platformy, który pokazuje, że gdy pójdą sami, to dostaną 31 proc., a zjednoczeni – 38 proc. Działa tu prosta zasada, że mniej znaczy więcej.
Im mniej ugrupowań po jednej stronie, tym lepszy wynik i nie bez powodu prezes Kaczyński poszedł do wyborów jako Zjednoczona Prawica.
Po wyborach do PE opozycja nie potrafiła zdyskontować wyniku jako sukcesu, tylko wszyscy pokazywali, jak bardzo przegrali, a jak wiadomo szklanka jest albo do połowy pusta, albo pełna. Skoro sama opozycja mówi, że nie najlepiej jej poszło, to reszta też tak uważa. Może nie należało mówić, jak Robert Biedroń w dniu wyborów, kiedy zrobił wynik dwucyfrowy, tylko z przecinkiem na środku, i dostał euforii na scenie. To jest przesada w druga stronę, ale takie samobiczowanie się niczemu nie służy. To była przegrana, a nie klęska. To nie był nokaut, tylko wygrana na punkty i to w pierwszej połowie.

Koalicjanci powinni uspokoić szeregi?
PSL czmychnął jeszcze w wieczór wyborczy, chociaż nie oszukujmy się, ich wynik to nie klęska, tylko zachowany stan posiadania. Wynik SLD to wygrana, tym bardziej, że wybrała takich polityków, jak Cimoszewicz, który w ogóle nie prowadził kampanii.

Jak ocenia pan zachowanie PSL? Partia na granicy progu wyborczego zachowuje się jak hegemon na scenie politycznej, który dyktuje warunki.
Myślę, że jest coś, czego nie wiemy.
Prawdopodobnie PSL prowadzi rozległe rozmowy i z Platform i z PiS-em.
To jest łakoma sytuacja dla tej partii, bo PSL dostał mocno po głowie od swoich tradycyjnych wyborców, że popiera “zboczenia” i atak na Kościół, i myśli, że teraz takie działanie im się opłaci. Tymczasem PSL żyje trochę w matriksie i cały czas uważa, że jest partią chłopską, podczas gdy na wsi PSL od dawna nie odgrywa już żadnej roli. Wcześniej wygryzła ich Samoobrona, a teraz PiS, który ma pozorną ofertę dla rolników w stylu “krowa plus” czy “kura plus”. Rolnicy w to wchodzą, licząc przede wszystkim na 500 Plus. Myślę, że gdyby PSL poszedł samodzielnie, to poniósłby sromotną klęskę. Oczywiście ludowcy mogą kalkulować, że jeżeli w najbliższych wyborach dostaną 5-6 proc., to wejdą w koalicję z PiS-em, bo w polityce nie ma rzeczy niemożliwych.
Z drugiej strony to może być wysoka licytacja, aby Grzegorz Schetyna się złamał i odprawił posłów SLD-owskich. Tylko wtedy blok lewicowy w zasadzie nie istnieje, bo nie wierzę w dogadanie się Biedronia z Czarzastym i Zandbergiem. To polityczne science-fiction, a wtedy PiS-owi już tyko pozostaje otwieranie szampanów. Pamiętajmy też o ciśnieniu, jakie ma Grzegorz Schetyna w Platformie, która już się posunęła dla koalicjantów.
Podsumowując, sytuacja opozycji nie jest łatwa, tym bardziej, że do wyborów zostało około 100 dni. Najgorsze, że nie widać końca tych rozmów. Teraz już powinny być układane listy, a tu się okazuje, że w zasadzie nie ma się jak dogadać. PSL licytuje bardzo wysoko i mam wrażenie, że Władysław Kosiniak-Kamysz położył głowę na szafocie i teraz tylko pozostało czekać, aż ta gilotyna spadnie.

Grzegorz Schetyna jak mantrę powtarza, że PSL jest partią pierwszego wyboru. Czy to dobra strategia, czy zagalopował się z tym przywiązaniem do ludowców?
Uważam, że tak, bo jeżeli ktoś ciągle powtarza, że “jesteś dla mnie najważniejszy”, a ta druga osoba nie podjęła jeszcze decyzji, to dajemy jej znać, że jesteśmy gotowi na duże ustępstwa. Z punktu widzenia marketingu politycznego to jest błąd, ale to może też być takie podkreślenie wspólnej historii – PSL był w koalicji rządu Tuska przez 8 lat, teraz jest 4 lata z PO w opozycji, podczas gdy SLD jest trzymane na długim kiju czy też krótkiej smyczy.
Pamiętajmy, że Grzegorz Schetyna odniósł sukces, tworząc Koalicję Europejską i teraz może być zakładnikiem własnego sukcesu, ponieważ gdy koalicja się rozwali, to okaże się, że ten sukces już przeszedł. To może powodować presję, a polityka jak rzeka nie stoi w miejscu, tylko cały czas płynie i tak jak nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, tak nie da się wprowadzić tego samego rozwiązania politycznego.

W weekend na konwencji prezes hucznie zapowiadał “walkę z wielką ofensywą zła”, a o Polsce mówi, że powinna pozostać “wyspą wolności”. To mobilizacja elektoratu?
Tu mieliśmy dwa przemówienia: na otwarcie i zakończenie, i one się znacznie różniły. W pierwszym Kaczyńskim mobilizował swoich działaczy, aby nie odpuszczali i działali dalej, aby utrzymać pozycje. Tam wielokrotnie pojawiało się słowo “trwać”, które nie nadaje się niestety do ataku. Zatem prezes w drugim przemówieniu na zakończenie musiał dać inny sygnał i tam już ani razu nie pojawiło się to słowo, tylko “zwyciężymy”, “do przodu”. Podejrzewam, że to było dokładnie przeanalizowane przez firmy badawcze i socjologów, którzy pomagają PiS-owi, tak aby oba przemówienia razem złożyły się w porywającą całość.
Ciężko po prawie 4 latach rządu i rozdaniu wszystkiego, co było w budżecie, a także tego, czego nie było, dalej zagrzewać. Dlatego trzeba wytrwać na pozycjach i stąd ta zachowawczość.
Najbardziej zabawne w tych przemówieniach było jednak zapewnianie, że “Polska jest wyspą wolności, co kiedyś stwierdzą historycy”. Tu kłania się Margaret Thatcher, która mówiła, że jeżeli ktoś przekonuje, że jest damą, to na pewno nią nie jest. Skoro ktoś zapewnia, że jest partią wolnościową, to możemy mieć pewność, że taką nie jest.
Na pewno żadne przemówienie nie było dla poszerzenia elektoratu, bo to zło, które wydobywa się według prezesa nie wiadomo skąd, nie wzbudza lęku, bo skąd to zło. Władza uszczelnia VAT, rozdaje kolejne pieniądze, koniunktura sprzyja, rząd “wygrywa” w Europie, propaganda jest rozkręcona na najwyższym poziomie, więc raczej trudno przekonać wyborców o jakimś “strasznym złu”, które stoi u bram.

Czy pana zdaniem PiS osiągnął maksimum swoich możliwości?
Wydaje się, że z tych obszarów, która są do wzięcia, PiS nie ma już co wziąć.
Pytanie jeszcze, czy wybuchnie bomba związana z rekrutacją do liceów, bo może się tak stać, i czy wybuchnie bomba z lekarzami.
Wygląda, że PiS jako Zjednoczona Prawica osiągnął maksimum, bo nawet z tych obszarów wyborców, którzy nie zagłosują na PO, to raczej nie zagłosują na PiS. Czasem w sondażach ludzie dla świętego spokoju mówią, że zagłosują na partię rządzącą, natomiast zawsze silniejszy gracz pokazuje, że zwycięstwo ma w kieszeni. To walka psychologiczna, jak się skończy, zobaczymy.

W co gra PSL?

W referendum w SLD 13 tysięcy osób upoważniło mnie do negocjacji z siłami politycznymi, które chcą z nami współpracować. Zdecydowaliśmy, że pierwszymi, z którymi będziemy negocjować są nasi dotychczasowi partnerzy z Koalicji Europejskiej, przede wszystkim ze względu na przyzwoistość. Osobiście bardzo dobrze oceniam wynik KE, tym bardziej, że był to projekt zawiązany 3 miesiące wcześniej i był bardzo trudny. Uważam, że jak na 3 miesięczny projekt, to zrobił on bardzo dobry wynik.
Jeżeli moi dotychczasowi partnerzy z Koalicji Europejskiej powiedzą, iż nie prowadzimy tego projektu dalej – a w tej sprawie najwięcej ma do powiedzenia Grzegorz Schetyna, który jest szefem największej partii – jeżeli tak się stanie to uszanuję tę decyzję i zacznę budować blok lewicowy.
Projekt Koalicji Europejskiej przestał hulać, bo mój przyjaciel Władysław Kosiniak-Kamysz podjął drogę, którą próbujemy zrozumieć. Nikt nie traktuje poważnie argumentu, że PSL nie chce iść z SLD, z którym współrządził przez 7 lat. Może w stanowisku PSL chodzi o potencjalną współpracę z PiS-em w przyszłości? To nie polityk SLD powiedział: „wybory wygra nasz koalicjant”. Jak ktoś niejasno stawia sprawę to daje możliwość do rożnej interpretacji.
Każdy ma prawo do swoich decyzji, ale trzeba pamiętać, iż trzeba będzie ponieść za nie odpowiedzialność.
Sojusz nie pójdzie do wyborów samodzielnie. Mamy dwa warianty i one są rozpisane w terminach. Jeżeli Grzegorz Schetyna nie będzie kontynuował Koalicji Europejskiej – do czego ma prawo – SLD razem z partnerami: Partią Razem, Partią Wiosna, PPS, Inicjatywą Feministyczną, WiR-em i wieloma innymi zbuduje blok lewicowy.

Opozycja wspólnie czy osobno?

Ważą się losy kształtu Koalicji Obywatelskiej.
– To od delegatów PSL zależy, czy pójdą razem w porozumieniu z Koalicją Obywatelską, czy pójdą sami. Pójście samemu, pójście rozbitej, podzielonej opozycji to przepis na zwycięstwo PiS. Dlatego do wszystkich ludzi dobrej woli, do opozycji demokratycznej apelujemy o współpracę, otwartość i dobrą wole, apelujemy także do PSL – mówił w piątek 5 lipca Grzegorz Schetyna.

Szeroka koalicja wokół PO

– Spotykamy się w tym składzie, odpowiedzialnych za kampanię i za zbudowanie szerokiej koalicji z założeniem, żeby te wybory wygrać. Zrobimy wszystko, aby tak się stało – zapewniał lider PO. Na konferencji wystąpił razem ze sztabem wyborczym Koalicji Obywatelskiej: Krzysztofem Brejzą, Barbarą Nowacką, prezydentem Sopotu Jackiem Karnowskim, a także Małgorzatą Kidawą-Błońską i Katarzyną Lubnauer.
Platforma prowadzi od kilku tygodni akcję #POrozmawiajmy, w ramach której politycy jeżdżą po kraju i spotykają się z wyborcami. W ten weekend posłowie Platformy będą na północy Mazowsza, potem w Rajgrodzie, w Augustowie i Suwałkach. Sobota to aktywności w województwie łódzkim i kujawsko-pomorskim.
– Nasze rozmowy z samorządowcami trwały od roku i wiemy, co chcemy zrobić. Chcemy zbudować skuteczną koalicję w taki sposób, aby mogła skutecznie podjąć wyzwanie tej kampanii wyborczej – tłumaczył Schetyna.

„Koalicja to wspólne działanie, a nie stawianie warunków”

Od kilku dni trwają rozmowy z PSL, który po wyborach europejskich opuścił Koalicję. – Wiemy, że dużo dzieje się na scenie politycznej i różne partie i ugrupowania próbują szukać swojej tożsamości. Chcemy powiedzieć, że naszym pierwszym wyborem jest PSL, ale też chcę wyraźnie powiedzieć, że Koalicja istnieje i będzie istniała – mówi lider PO.
Decyzję, co dalej, PSL ma podjąć w sobotę. Wtedy to członkowie partii w głosowaniu zadecydują, czy przyłączą się do KO. – Pójście samemu, pójście rozbitej, podzielonej opozycji to przepis na zwycięstwo PiS. Dlatego do wszystkich ludzi dobrej woli, do wszystkich środowisk, do opozycji demokratycznej apelujemy o współpracę, o otwartość i dobrą wolę, apelujemy także do PSL – podkreślał Schetyna.
– Oczekujemy od PSL szybkiej decyzji, bo Polacy oczekują od nas ciężkiej pracy, a nie dyskutowania – mówił prezydent Sopotu Jacek Karnowski.
Schetyna przyznał, że jest dobrej myśli, ale tę decyzję muszą podjąć sami członkowie PSL. Przewodniczący PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz, kilkukrotnie zapowiadał, że ciężko mu będzie zaakceptować koalicję, w której ma znaleźć się PSL i SLD czy inne ugrupowania lewicowe.
– Rozmowa o koalicji to nie jest rozmowa o warunkach, to rozmowa o chęci, żeby być razem, robić politykę, podejmować decyzje i wygrywać. Jeśli PSL chce wygrywać razem z KO, to zapraszamy – konkludował Grzegorz Schetyna.

Mam dość!

Nie wiem jak Wy, ale ja mam już dość czekania w przedpokoju Schetyny. I milczącego znoszenia wypowiedzi polityków PO, że SLD jest partią gorszego sortu. Tfu, nie gorszego sortu. Drugiego wyboru. Bo partią pierwszego wyboru PO ochrzciło PSL.
Dziś ludowcy postawili sprawę dość jasno: albo startują sami, albo w koalicji z PO. Ale pod warunkiem, że w koalicji nie znajdzie się „drugi sort” czyli lewica. Czas aby również moja partia postawiła sprawę jasno: niech Schetyna przestanie dzielić swoich potencjalnych koalicjantów na lepszych i gorszych. I po męsku zadecyduje – w prawo lub w lewo. Byle do przodu.
Platforma Obywatelska ma już swój działający sztab wyborczy. Wiosna Biedronia powołała go parę dni temu. Dzisiaj przygotowania do wyborów rozpoczął sztab PSL. Już tylko my grzecznie czekamy, co zadecydują o nas INNI.