Jeszcze raz dziękuję!

za nominację do nagrody im. Bolesława Prusa w kategorii „młody dziennikarz”.

Nagroda Zielonego Prusa powędrowała do Rafała Wosia, który nie mógł jednak pojawić się na ceremonii – wyjechał z dziećmi na ferie zimowe. W jego imieniu statuetkę odebrał red. Jan Wróbel. Złotego Prusa zaś zgarnął Grzegorz Sroczyński. Obaj nagrodzeni dziennikarze prezentują konsekwentnie lewicową wizję świata, czytają go z perspektywy klasowej. Obaj też w ostatnim czasie zaliczyli zakręt na swojej drodze zawodowej. Rafał Woś pożegnał się z „Polityką”, Grzegorz Sroczyński z „Gazetą Wyborczą”, z którą związany był od wielu lat. Wszyscy zebrani odebrali werdykt jury jako swoistą deklarację wsparcia dla lewicowych publicystów, niekoniecznie zawsze docenianych przez macierzyste redakcje.
Po raz pierwszy spotkało mnie wyróżnienie w postaci nominacji tuż obok dziennikarzy pracujących w mediach mainstreamowych, o szerokim zasięgu. Koledzy, którzy otrzymali wyróżnienie dla młodych, to redaktorzy Oko.press, „Gazety Wyborczej”, Polskiego Radia. Tym bardziej czuję się wyróżniona, mogąc razem z nimi uczestniczyć w tak pięknej uroczystości. Jeszcze raz dziękuję za docenienie mojej pracy.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.

Głos lewicy

PiS zmienia zdanie 10 razy

– W zmianach w sądownictwie chodzi o władzę w tych sądach a nie o uprawnienia sądów. Artykuł 9. naszej konstytucji mówi, że Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego go prawa międzynarodowego. Trybunał Konstytucyjny uznał w 2005 i 2010 roku, że wszystkie nasze porozumienia z Unią Europejską są zgodne z prawem. W związku z tym nie prawa pan wicepremier Gowin mówić, że jeżeli wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej będzie zły dla PiS-u, to politycy tej partii będą go respektować, ale nie będą go przestrzegać – powiedział Włodzimierz Czarzasty w programie „Śniadanie w Polsat News”To jest wypowiedź skandaliczna – dodał.
– PiS chce zmieniać to za czym sami głosował, ustawa o Sądzie Najwyższym została poparta przez Prawo i Sprawiedliwość w 2002 r. i ona obowiązywała jeszcze pół roku temu – przypomniał przewodniczący SLD.
– Chciałem przytoczyć wypowiedź pana posła Piotrowicza z 2015 r. po sprawozdaniu pani Gersdorf, poseł PiS stwierdził, iż jest to świetne sprawozdanie i wskazywał na sprawność orzekania polskiego sądownictwa i wysoką jakość orzecznictwa – kontynuował „wycieczkę w przeszłość” Czarzasty.
Info z lewicarazem.org.pl

 

Blisko dyskryminowanych

– Ja wywodzę się i utrzymuję kontakt z wieloma dyskryminowanymi środowiskami. Nie powiem, że jestem jedną z nich, ale de facto tak jest – powiedziała Anna Mackiewicz w wywiadzie dla bydgoskiej „Gazety Wyborczej”.
– Zmieniliśmy zasady wynajmu miejskich lokali mieszkalnych. Wprowadziliśmy pierwszeństwo dla wielu pomijanych grup, bo wcześniej decydowało, jak długo ktoś czeka. Teraz są punkty, w tym za liczbę dzieci, niepełnosprawność czy niebieską kartę – poinformowała wiceprezydent Bydgoszczy mówiąc o swoich dokonaniach.
– Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej udziela wsparcia w różny sposób. Przez zasiłki celowe, zasiłki stałe i też związane z wydatkami na leki, żywność albo węgiel – kontynuowała Mackiewicz.
Info z lewicarazem.org.pl

 

Voś populi

Nie rozumiem wielu rzeczy. Ostatnio głównie tego, że jeden dorosły człowiek może się obrazić na drugiego dorosłego człowieka za jego poglądy polityczne. Przecież to jest jakiś odlot – pisze Rafał Woś w swoim pierwszym felietonie na łamach se.pl w cyklu „Voś populi”.

 

Bierzmy przykład

Robert Maślak, biolog z Partii Razem, informuje z radością:
Trybunał Konstytucyjny w Rumunii orzekł, że pary jednopłciowe mają takie samo prawo do małżeństwa jak pary różnej płci. Na wniosek organizacji związanej z kościołem prawosławnym 6 i 7 października ma się odbyć referendum ws. wprowadzenia do rumuńskiej konstytucji definicji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny.

Porozmawiajmy o demokratycznym socjalizmie

O polskiej lewicy, która ciągle nie może – być może nie chce, a na pewno nie musi – odnaleźć się między liberalnym młotem a pisowskim kowadłem – z dziennikarzem Rafałem Wosiem rozmawia Paweł Jaworski (strajk.eu).

 

Pod koniec sierpnia lewicowy publicysta tygodnika „Polityka” Rafał Woś napisał tekst pt. „Lewico, czas na współpracę z PiS”, który ukazał się w dziale Opinie portalu Gazeta.pl. Artykuł został bardzo krytycznie odebrany przez środowiska liberalne. Znaleźli się tacy, którzy dawali do zrozumienia, że dla osób o poglądach Wosia, nie powinno być miejsca w redakcji najbardziej opiniotwórczego liberalnego tygodnika w Polsce. Na początku września dziennikarz poinformował opinię publiczną, że musi pożegnać się z „Polityką”.

 

 

Czy warto było pisać, że lewica powinna się dogadywać z PiS-em?

Oczywiście. Czy można uznać, że nie warto bronić swojego zdania, bo może to przynieść negatywne konsekwencje? Tak bywa, że podejmujemy decyzje, za które nikt nas nie będzie głaskał, ale ktoś to musi powiedzieć. Tak jest w środowisku, z którym się identyfikuję, czyli na lewicy.

 

Zwracał się pan do lewicy, a największe gromy posypały się ze strony liberałów. To oni wywierali nacisk na redakcję Polityki.

To wynika ze starej już, historycznie ukształtowanej zbitki “lewicowo-liberalny”. Prawicowe media nadal go stosują i to nie tylko w Polsce. O ile jednak dla liberałów taki związek jest wygodny, to dla lewicy jest to związek toksyczny. To ona ciągle świeci oczami za przewiny liberałów: zniszczenie rynku pracy, prywatyzację państwa dobrobytu. Lewicowcy legitymizują to, mówią: trudno, trzeba było, “trzecia droga”… A liberałowie ich nie szanują. W ciągu ostatnich 15 lat nie przypominam sobie sytuacji, w której liberalny establishment pozwoliłby lewicy na realizację jej postulatów, zwłaszcza tych podstawowych, wpływających na poprawę położenia materialnego ludzi. Lewica ma się godzić na globalizację, na niszczenie związków zawodowych, a w zamian dostaje co najwyżej ochłapy. Są próby regulacji rynku pracy, ale podejmuje je raczej prawica, niż liberałowie. Lewica już tak długo trwa w tym związku, że w to wszystko uwierzyła, jak ofiara przemocy domowej, która myśli, że wszystko jest w porządku. Pytanie, które postawiłem jest więc proste: czy naprawdę musimy tkwić w tej patologicznej relacji?

 

Lewica ciągle poczuwa się do obowiązku tłumaczenia się ze swoich poglądów przed liberałami i uspokajania ich, że wszystko będzie w porządku.

Wystarczy tylko, że gniewnie spojrzą, a my już się chowamy. A porównajmy to, sobą dziś reprezentuje lewica, z tym, co było sto lat temu. W 1918 r. powstał w Polsce rząd mocno związany ze środowiskiem PPS: Moraczewski, Daszyński, Piłsudski jeszcze sprzed fazy „autorytarnej”… Oni wtedy zrobili rzeczy iście rewolucyjne: ośmiogodzinny dzień pracy i równouprawnienie kobiet. A był to świat, w którym robotnicy pamiętali jeszcze pracę po 16 godzin, a tu nagle dostali tę samą wypłatę za osiem. To był rozmach i format lewicy. A dziś? Ekscytujemy się, czy Grzegorz Schetyna, jak już odzyska władzę, to się zgodzi łaskawie na związki partnerskie. Bo, że z PO będzie można zrobić 35 godzinny tydzień pracy to chyba nikt nie wierzy. Może więc czas powiedzieć: “liberałów nie dało się oswoić”, i wyciągnąć z tego wnioski?

 

Skoro nawiązuje pan do historii sprzed stu lat, to warto przypomnieć, że zanim powstał ten socjalistyczny rząd, Piłsudski zaczął od rozbijania prawdziwie rewolucyjnych rad robotniczych.

Tak. Wiadomo też, co zrobił Piłsudski w 1926 r. Nie będę bronił go jako szczerego socjalisty. Nie można jednak zapominać, że to wydarzenie, które w tym roku fetujemy, realnie poprawiło pod wieloma względami los szerokich mas społecznych. Oczywiście zaraz nastąpiła kontrofensywa, do gry weszły partie ziemiańsko-mieszczańskie. Realna reforma rolna dokonała się dopiero za PRL. Wróćmy jednak do czasu pracy. Sto lat temu lewica wywalczyła skrócenie do ośmiu godzin. I co? I przez następny wiek ani drgnęło. Badania pokazują wręcz, że ludzie realnie pracują więcej. To miara słabości lewicy. Dobrze, że przynajmniej chociaż partia Razem zaproponowała skrócenie czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.

 

Ale nie zebrali wymaganej ilości podpisów pod projektem ustawy i oficjalnie zrezygnowali. Dlaczego się nie udało?

Opinia publiczna jest zdominowana przez spór PiS-antyPiS. Walka – według jednych i drugich – rozgrywa się o kształt demokracji. Żaden temat, z którego jedna ze stron nie może wykuć pałki na przeciwnika, nie ma prawa być uznany za ważny. Powstał duopol, który jest formą monopolu. To tendencja obecna w całym systemie kapitalistycznym: konkurencja jest pozorna, faktycznie istnieje wybór między Coca-Colą a Pepsi.

 

Większość lewicowców też chce zerwania z liberałami. Jednak nie proponują łączenia sił z drugą stroną.

Tymczasem najbardziej zaciekawione głosy, jakie pojawiły się po moim tekście, docierały do mnie właśnie od publicystów prawicowych. Strona liberalno-lewicowa widzi na prawicy tylko jednorodną brunatną maź, to samo działa w drugą stronę. Dużym zaskoczeniem było dla mnie, że w środowisku Gazety Polskiej – to ta PiSowska “ulica”, ci, których liberałowie się najbardziej boją – jest bardzo wielu ludzi, którzy na początku lat 90. zakładali PPS. Opowiadają, jak 1 maja 1989 r., jeszcze przed wyborami 4 czerwca, demonstracyjnie maszerowali w Warszawie z czerwonymi sztandarami. Lewica o tym nie wie. Myśli, że tam są sami bojówkarze ONR, którzy chcą ich zabić i zniszczyć.

 

Czy pan w ogóle uznaje PiS za wiarygodny, jeżeli chodzi o deklaracje ekonomiczne i wrażliwość społeczną? Moim zdaniem wraz z upływem czasu maska socjalna opada i rząd Morawieckiego jest tego dowodem.

Ja mówię co innego. Prawdopodobnie już dziś, w 2018 r., większość ludzi w Polsce ma poglądy lewicowe. Istnieje badanie Gavina Rae i Katarzyny Piotrowskiej, w którym pytano o różne modele państwa dobrobytu. Wyróżniono trzy typy określone przez Espinga – Andersena: liberalny, konserwatywny i socjaldemokratyczny. Gdy pytano ludzi, który z nich wolą, nie podając nazw, tylko przedstawiając składowe, większość wybierała model socjaldemokratyczny. Jednocześnie nie istnieje lewicowa siła polityczna. Źle skonstruowaliśmy etykietkę lewica. Zrobiliśmy to, będąc już ofiarą długotrwałej przemocy liberałów: ekskluzywnie, bojaźliwie, w sposób zamknięty. Zabrałem kiedyś kolegę na lewicowe spotkanie. Słuchał tych pretensji do całego świata, że nikt nas nie rozumie, i powiedział: was się nie da lubić.

 

Przecież pretensje do całego świata to sposób, w jaki poparcie zdobyła prawica. To liberałowie zawsze byli od lubienia.

Wydaje mi się, że droga do podmiotowości politycznej wiedzie przez przedefiniowanie tego, czym jest lewica. Sytuacja przypomina taką, kiedy jesteśmy za granicą i nie znamy języka, chcemy coś kupić, a sprzedawca nas nie rozumie, więc my powtarzamy to samo tylko mocniej i głośniej. Mam wrażenie, że jako lewica właśnie tak postępujemy. A trzeba by się nauczyć języka kraju, w którym się znajdujemy. Nie tylko zaciągać klisze z innych krajów, a dostosowywać to też do polskich warunków. Ale tak, żeby zachować podmiotowość. Prawica to potrafiła. PiS nie jest już partią centrową i liberalną gospodarczo, jaką było PC. Dzisiaj jest to ugrupowanie, które mówi językiem ludu. Elementy narodowe i antykomunistyczne pozostały, ale doszła dekonstrukcja porażki transformacyjnej: jej przegrani też wymagają szacunku. Odrzucenie całej narracji o homo sovieticus.

 

Lewica oddolna w postaci działaczy związkowych i lokatorskich o silnej identyfikacji lewicowej, którzy potrafią zjednywać sobie zwykłych ludzi, są jednocześnie bardzo nieufni wobec PiS. Podkreślają fasadowość ich polityki socjalnej i gospodarczej.

To naturalne, że ludzie działający blisko ziemi mają duży stopień nieufności wobec wszystkich elit politycznych. Jednak to na styku parlamentu i mediów wyznaczane są tendencje i kształtują się pojęcia, które będą przenikać na dół. Nie proponuję lewicy, żeby brała z PiS ślub kościelny. Mówię: lewico, spróbuj żyć na własny rachunek. Strach, że jak się nie trwa przy liberałach, to od razu jest się częścią drużyny Kaczyńskiego, jest właśnie znakiem, że nie wierzymy w podmiotowość.

 

Pan jednak otwarcie pisał: współpracujcie z PiS.

Współpracujcie nie znaczy: rozpuszczajcie się w nim. Poza tym to tylko tytuł. W samym tekście jest napisane: podejmijcie wyzwanie ucywilizowania PiS. Wiem, że PiS jest dla was „obcym”, „innym”. Ale jeśli lewica ma być lewicą to nie powinna gardzić „innością”. Taka postawa to przecież ksenofobia.

 

Stosował pan zdumiewające przykłady, np. Czarny Protest jako przypadek rzekomego cywilizowania PiS. W jaki sposób udomowienie PiS może wziąć się z całkowitego sprzeciwu wobec jego działań?…

Spójrzmy na skutek, a ten był taki, że ustawy antyaborcyjnej nie zaostrzono. Zmieniono bieg wydarzeń. Wyobraźmy sobie teraz taką sytuację: jest rok 2020, jakieś ugrupowanie lewicowe jest w parlamencie, a PiS nie ma większości. Są dwa scenariusze. W jednej lewica odrzuca propozycję wspólnej koalicji, pozostaje czysta i dziewicza. Skutek? Będzie musiała przypatrywać się realizacji wielu postulatów, których nie akceptuje, np. wyprowadzenia Polski z UE, albo zaostrzania prawa aborcyjnego. W ten sposób zawodzimy jako politycy. W drugim scenariuszu do współpracy dochodzi, jest ona najeżona sporami, ale wtedy żadna z tych kwestii nie staje w ogóle na porządku dziennym, bo wymaga tego przetrwanie koalicji. Jest realny polityczny zysk. To droga trudniejsza, ale dojrzalsza: rzeczywiście jest się podmiotem. Nie istnieje tylko nasza formacja. Może po drugiej stronie też są myślący ludzie, którzy coś wymyślili i warto to poznać?

 

Co dotychczas zaproponowali wartościowego?

500 plus, minimalna stawka godzinowa, zakaz handlu w niedziele – to trzy najważniejsze decyzje ich rządów. Dobrą intencją była też nowelizacja kodeksu pracy, ale to poszło w kąt. Jak na trzy lata to całkiem sporo.

 

500 plus to program daleki od równościowego. Tylko połowa dzieci w Polsce jest nim faktycznie objęta. Rząd wydaje więcej na dotacje dla przedsiębiorców. Nowelizacja KP poszła co prawda „w kąt”, ale są już sygnały o zamiarach osobnego przeforsowania najbardziej antypracowniczych elementów tego projektu. I w końcu neoliberalny rząd Morawieckiego z hasłem: „Cała Polska specjalną strefą ekonomiczną”…

Rzeczywiście, program 500+ nie obejmuje wszystkich dzieci w Polsce. PiS nie spadł z księżyca. Jest to partia, której większość – tak jak PO – wychowała się na paradygmacie liberalnym, więc wątek “stabilnych finansów” też jest tam silny. Może się też zdarzyć, że 500+ zostanie wkrótce popsute przez wprowadzenie kryterium dochodowego. Z lewicowego punktu widzenia skuteczna polityka społeczna musi się opierać na świadczeniach uniwersalnych. Jest to program niedoskonały, lecz jaki by on nie był, trzeba pamiętać, że przed 500+ nie było nic. Program ten naprawdę pomógł ludziom potrzebującym i słabiej radzącym sobie w systemie kapitalistycznym.

Pierwiastek socjalny był dużo silniejszy w rządzie Beaty Szydło. Morawiecki jest liberałem i byłym członkiem rady doradców Tuska. Jego “reforma” emerytalna, czyli pracownicze plany kapitałowe, jest zła, bo jest to krok w kierunku dalszej indywidualizacji systemu. W 1999 r. popełniliśmy wielki grzech odchodząc od systemu solidarystycznego i lewica powinna próbować do niego wrócić.
Co do SSE, to jednak sprytny rząd lewicowy powiedziałby właśnie tak, jak rząd Morawiecki: będziecie mogli inwestować gdzie chcecie, ale za to podwyższamy kryteria, bo jesteśmy już na wyższym etapie rozwoju, płace muszą być wyższe, a warunki zatrudnienia lepsze. To już nie jest liberalizm Gilowskiej. Szanse na socjaldemokratyczny typ myślenia w PiS oceniam jako większe niż się może wydawać. Z różnych przyczyn w tej partii znalazło się wielu związkowców, wiele osób krytycznych wobec kształtu transformacji. Można mówić, że potrzeba, żeby wróciło silne państwo – i PiS tak właśnie mów. Jednocześnie w tym środowisku nie ma nikogo, żadnego lidera, który by się świadomie się odwoływał do modelu skandynawskiego. Być może z przyczyn biograficznych, pokoleniowych.

 

Być może po prostu z powodu ich przekonań? Dlatego poprzestają na deklaracjach, a zmiany pozostają w sferze samego języka…

Ani w PiS, ani w opozycji nie ma nikogo, kto by mówił: budujmy drugą Szwecję. Wśród liberałów nie ma na to szans – to nie ten typ myślenia o gospodarce. W PiS natomiast podłoże dla takiego socjaldemokratycznego myślenia jest, ale np. z powodu antykomunizmu czy pokoleniowego doświadczenia nie może ono zaistnieć. Niemniej jestem przekonany, że jest tylko kwestią czasu, kiedy to się zmieni.

 

W ciągu ostatnich dwóch i pół roku rządy raczej niewiele zrobiły na polu walki z uśmieciowieniem i skandalicznymi warunkami zatrudnienia w Polsce.

Polska nadal nie jest krajem dla pracowników. Sytuacja uległa tylko lekkiemu retuszowi dzięki dobrej koniunkturze.

Bezrobocie jest niskie jak nigdy, ale sam wskaźnik bezrobocia nie mówi nic o pozycji pracownika. W tej kwestii jesteśmy poniżej normy krajów rozwiniętych.

W kapitalizmie pracownik zawsze będzie na gorszej pozycji. Dostęp do środków produkcji determinuje twoją pozycję przetargową. Przedsiębiorcy muszą gonić za zyskiem, dlatego stale starają się obniżyć koszty pracy i obchodzić kodeks pracy. Można stosować prewencję, np. w postaci PIP, żeby się bali oszukiwać, ale też działać w kierunku zwiększenia uzwiązkowienia i skutecznej egzekucji prawa pracy, bo to podnosi pozycję pracownika, który wie, że ma się do kogo zwrócić o pomoc.

Inną sprawą jest to, że biznes już na masową skalę sięga po jeszcze tańszych pracowników z zagranicy – nie tylko z Ukrainy czy Białorusi, a z Bangladeszu, Nepalu. Kiedy koniunktura osłabnie, bramy zostaną przymknięte i będzie tak, jak było na Zachodzie: znikają miejsca pracy, a pracownicy zagraniczni zostają i wtedy dochodzi do napięć. Całą winę za to zrzuca się na tzw. doły społeczne – że nienawidzą, że nie lubią inności. Już dziś trzeba tworzyć mechanizmy, które sprawią, że kiedy zmniejszy się potrzeba na ręce do pracy, to będą środki na zapobieganie wstrząsom społecznym. Może je zapewnić państwo dobrobytu, którego się u nas nie buduje. Po to trzeba nam lewicy. Nie jutro czy pojutrze. Tylko dziś!

 

Żeby poważnie mówić o zapobieganiu wstrząsom, to trzeba wziąć się za krytykę kapitalizmu jako takiego. Nie zrobi tego ani PiS, ani socjaldemokracja w stylu zachodnim.

Właśnie o tym rozmawiamy. Są dziś problemy, których nie rozwiążemy działając według starych skryptów. Socjaldemokracja faktycznie zawiodła. Jednak na Zachodzie następuje próba jej odnowienia. Widać to chociażby po Corbynie i Sandersie. Nie warto tych prób skreślać tylko dlatego, że są za bardzo socjaldemokratyczne i nie dość rewolucyjne.

 

Jakie zadania z zakresu polityki społecznej i gospodarczej powinna stawiać sobie lewica w przewidywalnej perspektywie czasowej? Lewica taka, jaką jest obecnie.

Może zacząć od hasła “demokratyczny socjalizm”? Nawet w USA zaczyna się o tym sporo dyskutować w związku z Sandersem. Socjalizm oznacza dzielenie się owocami wzrostu – bardziej sprawiedliwie niż dotychczas. Demokratyczny – bo bardziej chcemy się dzielić władzą niż dotychczas. Może wbrew indywidualizmowi, w którym nas chowano przez 30 lat, zacząć głosić prymat dzielenia się. Robić redystrybucję poprzez podatki, ale mając świadomość, że w zglobalizowanym świecie to nie wystarczy, zadbać też o predystrybucję, czyli wzmocnić siłę pracownika poprzez silne związki zawodowe czy spółdzielczość.

Na płaszczyźnie politycznej też nie ograniczajmy demokracji do wąskiego menu: to nie jest tylko niezależność władzy sądowniczej, jakby cała konstytucja tylko to zawierała. To jest ważne, ale wcale nie mniej niż bezpieczeństwo socjalne i prawo pracy, albo wolność słowa. Problem w tym, że ci, którzy teraz w Polsce bronią demokracji, są w tym niewiarygodni, bo tak często ją deptali. Za jakiś czas PiS pewnie też będzie chciał bronić demokracji i też będzie niewiarygodny. Niech to będzie na początek droga dla lewicy. I dialog – żeby włączać ludzi do tego projektu, a nie mówić, że to nie dla nich.

Nie palcie stosu

Rafał Woś – moim zdaniem, najwybitniejszy dziś w Polsce publicysta ekonomiczny – popełnił tekst polityczny, który jego pracodawców, a także kolegów z bliskiej mu formacji intelektualnej, wprawił w stan paniki. W ramach uświęconej klasyką tradycji – „Ja was proszę, towarzyszu Birkut, odetnijcie się” – od Wosia odcięła się „Polityka”, a także inni lewicowi publicyści, tacy jak Maciej Gdula. „Polityka” zrobiła to w zgodzie z najlepszymi tradycjami centralizmu demokratycznego, ogłaszając, iż Woś jest w niej „dziennikarzem ekonomicznym, nie politycznym”; zaś „naszą linię programową reprezentują m.in . Jerzy Baczyński, Mariusz Janicki, Wiesław Władyka i Adam Szostkiewicz”. Cóż takiego zrobił mądry, wykształcony i stroniący od sensacji Woś, żeby wzbudzić takie namiętności? Napisał otóż – na gazeta.pl – tekst, który już w tytule bluźni wszystkiemu, co najświętsze w szeregach „demokratycznej opozycji”. Tytuł brzmi: „Lewico, czas na współpracę z PiS. Trzeba budować z Kaczyńskim demokratyczny socjalizm”. (…) Wytłumaczył to na swój typowy, intelektualno-erudycyjny sposób, powołując się na znakomitą w swej syntetyczności teorię młodego amerykańskiego politologa Yaschy Mounka o konflikcie między niedemokratycznym liberalizmem i nieliberalną demokracją – czyli pozornym procesem demokratycznym, którego efekt w żaden sposób nie zaburza władzy finansowych elit z jednej strony, i łamiącą reguły demokratyczne, zmierzającą do autorytaryzmu antyelitarną władzą z drugiej. Woś trafnie odnotowuje, że w oczach człowieka lewicy oba te rozwiązania są fatalne; co go różni od liberała, dla którego to, że kasa rządzi, a demokracja jest tylko fasadą, jest zjawiskiem naturalnym i pożądanym. Na tym etapie wywód jest w zasadzie oczywisty, w każdym razie z punktu widzenia człowieka lewicy. Komplikuje się dalej. Woś pisze otóż, że lewica – realnie rzecz biorąc, Partia Razem i jej ewentualne przystawki – powinna podjąć się „misji ucywilizowania PiS”, poprzez wejście z nim w najpierw w dialog, a później w koalicję, na bazie programowej wspólnoty, którą Woś nazywa „demokratycznym socjalizmem”. I dalej lewica winna skorzystać z tej koalicji dla wybijania partnerowi z głowy co bardziej niedemokratycznych pomysłów. Ta idea wzbudziła histerię i, co gorsza, wrogość, także w kręgach lewicowych. Na wstępie – zanim ja też zostanę ukamienowana przez Czytelników – zaznaczę, że nie zgadzam się z Wosiem. Ale nie zgadzam się także z jego krytykami. „Tekst Wosia jest charakterystyczny i jednocześnie niepokojący, bo świadczy o duchowej niemocy jednego z najważniejszych lewicowych publicystów” – napisał Maciej Gdula, w żarliwej polemice, która niepozbawiona jest agresji. Niesłusznie. W mojej opinii Woś nie ma racji, sądząc, że PiS jest podatny na wpływy – szczególnie ze strony „lewaków”. Jako dowód, że proces taki jest możliwy, a nawet istniejący, przytacza on w zasadzie jeden tylko przykład – czarne protesty: „Zresztą to… już się dzieje. Pamiętacie czarne protesty? Zainicjowała je nowa lewica, i to właśnie one doprowadziły do wstrzymania prac nad zaostrzeniem ustawy aborcyjnej. Można powiedzieć, że w tym wypadku lewica wychowała prawicę”. Na co Gdula odpowiada że czarne protesty nie ucywilizowały, tylko zastraszyły PiS: „protest był nie żadnym dialogiem, tylko gwałtownym i masowym oporem wobec pomysłu prawicy. PiS nie przyjął argumentów, ale ugiął się przed siłą ulicy”. Moim zdaniem, obydwaj się mylą: czarne protesty nie miały żadnego wpływu na proces legislacyjny, był on bowiem z góry skazany na porażkę. Kaczyński po prostu nie jest zainteresowany zaostrzaniem ustawy antyaborcyjnej, czemu dał wyraz jeszcze w 2007 roku – wtedy, kiedy Marek Jurek, w proteście przeciw zablokowaniu przez Kaczyńskiego wpisania „ochrony życia poczętego” do konstytucji, odszedł z PiS i ze stanowiska marszałka Sejmu. W takim sensie, przykład z czarnymi protestami jako argument na rzecz otwarcia PiSu na proces cywilizowania przez lewicę – i alternatywnie, skuteczności walki z PiS-em metodą uliczną – jest po prostu chybiony. Ale ważniejsza jest inna kwestia. Gdula zarzuca Wosiowi „zdziecinnienie”, którego objawem jest „nawalanie w liberałów”. Albowiem, wykłada Gdula, liberałowie już od trzech lata nie rządzą – „i wcale nie wygląda na to, żeby zanosiło się na ich powrót do władzy” – a doktryna neoliberalna jest w odwrocie, toteż lewica dziś nie powinna zajmować się liberałami, tylko skupić się na walce z PiS. Moim zdaniem – w tym miejscu Gdula myli się wręcz zbrodniczo. Liberałowie – przywoływany przez Wosia „niedemokratyczny liberalizm”, cała ta idea, że „masz kapitał, to wynajmujesz sobie prezydentów albo komisarzy, którzy zabezpieczają twoje interesy. Nie masz? Demokracja kończy się dla ciebie na symbolicznym akcie wrzucenia kartki do wyborczej urny” – są źródłem zła, co do którego istnienia wszyscy się zgadzamy. Wyniosła alienacja elit, które dawały ludowi do zrozumienia, że powinien szanować bogatych, bo są po prostu lepsi, jest przyczyną, dla której wybory wygrywa Kaczyński, Orbán, Trump… Lewica nie może przestać „nawalać w liberałów”, ponieważ jedyną nadzieją na pokonanie prawicowego populizmu jest przekonanie ludzi, że niedemokratyczny liberalizm nie wróci. Że nie jest tak, że muszą wybierać między państwem praworządnym i państwem opiekuńczym, albowiem mogą mieć jedno i drugie.(…) I w tym względzie Woś ma rację, nawet kiedy się myli. Lewica musi podjąć dialog z PiS – nawet jeśli będzie to dialog jednostronny – i omawiać, i eksponować wspólnotę poglądów i programów w ramach, niech mu będzie, „demokratycznego socjalizmu”. Musi chwalić te punkty programu obecnej władzy, które zgodne są z lewicowymi wartościami – a także przyznać, że postępując zgoła przeciwnie zrobiła zasadnicze błędy w polityce społeczno-gospodarczej. Ale nie dlatego, żeby w konkluzji dojść do koalicji – tu zgadzam się z krytykami Wosia, że PiS nie da się ucywilizować, bo rządzi z pozycji siły i żadne kompromisy go nie obchodzą – tylko dlatego, żeby wykazać wyborcom, że to nie jest tak, że „oni cofną 500 plus”, jak mówił ostatnio premier Morawiecki na wiecu w Sandomierzu. Żeby być w tej mierze wiarygodnym, trzeba zdobyć się na powiedzenie, że PiS zrobił coś dobrze. Że 500 plus jest dobre, bo – przy wszystkich swoich wadach konstrukcyjnych i antyfeministycznych założeniach – zlikwidowało haniebne ubóstwo wśród dzieci i zmieniło równowagę na rynku pracy, skąd zniknęła zdesperowana quasidarmowa siła robocza, co zmusiło pracodawców do uczciwego płacenia pracownikom. Że minimalna stawa godzinowa jest dobra, bo pracownicy na zlecenie byli głównymi ofiarami wyzysku. Że wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej jest dobrym pomysłem, ponieważ progresja podatkowa jest w Polsce za niska – choć oczywiście idiotycznym wybiegiem jest nazywanie jej „daniną solidarnościową” i opowiadanie, że to wszystko wina kalek. Nie domagam się, aby lewica podchodziła do programu społeczno-gospodarczego PiS bezkrytycznie – od tego w końcu mamy PiS – tylko, żeby miała odwagę oceniać go obiektywnie, bez lęku, że powiedzenie czegoś pozytywnego oznacza „zdradę demokracji”. Prawdziwą zdradą demokracji jest pozostawienie państwa w rękach Kaczyńskiego. A stanie się tak, jeśli opozycja, zamiast wypracować przekonującą dla dzisiejszych zwolenników PiS alternatywę, będzie się nadal skupiać się na obrażaniu ich, jako ciemnych, chciwych i kupionych.
Obrażanie wyborców nie jest najlepszą metodą na wygrywanie wyborów.

ZaPiSani

To się musiało tak skończyć. Rafał Woś pierwszy otwarcie zaczął nawoływać do współpracy z PiS, która tak zbawiennie ma zadziałać na polską lewicę.

 

Do tej pory takie wstawki, o niebo jednak bardziej subtelne, pobrzmiewały w wystąpieniach Ikonowicza, facebookowych enuncjacjach Łukasza Molla czy na łamach „Nowego Obywatela” Remigiusza Okraski.
Nie wiedzieć czemu wszyscy ci komentatorzy na subtelnej przesłance, że PiS kiwnął paluszkiem w stronę ich elektoratu, starają się zbudować fundamenty porozumienia politycznego. Chybotliwa to będzie budowla.
Po pierwsze, Woś w swoim tekście „Lewico, czas na współpracę z PiS” nie zauważa, że dobry pan Kaczyński jednym paluszkiem głaszcze lud pracujący po głowach i rzuca weń pięćsetplusami, ale pozostałymi czterema palcami daje mu bolesne prztyczki. Morawiecki przytula do piersi bankierów, i ogradza państwo specjalną strefą ekonomiczną. Zaś nawet świadczenia mające wspierać polską rodzinę przesiąknięte są konserwatywną ideologią jak gąbka.
Dając 500 plus PiS skutecznie zamknął usta wszystkim lewicowym komentatorom, pragnącym dowiedzieć się, co realnie ów dodatek zrobił z kobietami: wzmocnił czy osłabił ich rolę w rodzinie i społeczeństwie? Tym, którzy jeszcze maja odwagę wytknąć niesprawiedliwość świadczenia (próg dochodowy w przypadku samotnych matek jedynaków) i tym, którzy zauważają, że jednak 500+ w dłuższej perspektywie ubezwłasnowolnia kobiety i czyni je ekonomicznie zależnymi od partnerów – inni lewicowcy, tacy jak właśnie Woś czy Okraska, zatykają usta w trymiga historiami wszystkich Franków i Zoś, które pierwszy raz w tym roku zobaczyły morze. Z tego powodu nie wolno zadawać pytań o wpływ na kobiety, bo wszak stare dobre prawicowe założenie głosi, że dziecko jest od kobiety zawsze ważniejsze.
LGBT, ekologia, świeckość? Red. Woś naprawdę myśli, że w tych kwestiach „wychowa” pod siebie prawicę?
A skąd w ogóle śmiały pomysł, że Kaczyński chce być wychowywany i w ogóle potrzebuje jakiejkolwiek lewicy żeby się z nią „dogadywać”? To jakieś odpryski fałszywego przeświadczenia młodej lewicy o swoim znaczeniu, fakcie tak istotnym, że Kaczyński będzie musiał przedstawić ofertę.
Lewica wreszcie powinna się wybudzić i przestać fantazjować o klasie pracującej (nie są nią zastępy klonów Andrzeja Leppera), o klasie średniej (nie są nią prekariusze zasuwający na 3 etatach na kredyt na 40-metrowe mieszkanie, który tylko część z nich zdoła szczęśliwie spłacić w wieku przedemerytalnym) i wreszcie o trzeciej drodze (nie jest nią do cholery próba dialogu z PiS, bo PiS sobie tego dialogu nie życzy).
Nic nas z PiS nie łączy. Żebyśmy się za radą Roberta Biedronia naprzytulali i nacykali fotek za wszystkie czasy – jesteśmy zbiorami rozłącznymi. Jedyne, na czym komentatorzy liżący metaforyczne tyły Kaczyńskiego próbują budować to to, że PiS wykonał kilka gestów w stronę robotników i zasiłkowiczów, a my będziemy z tego powodu rwać głowy do końca świata. „Czemu żeśmy na to nie wpadli?” – rwie włosy z głowy lewica.
Podejrzewam nieśmiało, że ktoś jednak wpadł, sęk w tym, że nie rządził od 2005.
I właściwie na co? Na kupowanie sobie wyborców? Na to nie jest trudno wpaść. Tylko rzeczywiście PiS zbudowało nową jakość w tym sensie, że się na taką blagę odważyło w biały dzień. Ewentualne negatywne skutki i tak będą odroczone w czasie. O tym, że produkowanie nowych rzesz ubogich ludzi bez godnej pracy nie jest rozwiązanie problemów tego kraju, przekonamy się dopiero za lat naście lub więcej.
Co robić? Oczywiście, że przedstawiać konsekwentnie własną ofertę dla ludzi pracy. Systemową, nie z kartonu. Cóż z tego, że „trzecia droga” Rafała Wosia, czyli sojusz z PiS pozwoli wykonać skok do przodu – skoro będzie to skok prosto do paszczy lwa?
To koniunkturalizm pod płaszczykiem wallenrodyzmu. Coś jak Joanna Erbel w strukturach warszawskiego PO-ratusza. Choć i ona ma lepszy niż Woś glejt na przeproszenie się z krytykowaną wcześniej władzą – specjalista w wąskiej dziedzinie zawsze ma w naturalny sposób więcej pola manewru nawet pod ciężkim dyrektorskim butem.
Fantazjuje też Maciej Gdula, piszący w swojej polemice do Wosia, że dogadywać to się można z Warzechą. Dogadywać to się można z Ludwikiem Dornem. Z Rafałem Matyją. Bo to są ludzie zdolni zweryfikować własne ewentualne potknięcia ideologiczne. I to Matyja, człowiek, który stworzył pojęcie IV RP, jako jedyny do tej pory trafnie w moim pojęciu zlokalizował źródło rychłej porażki PiS:
„Zerwanie dialogu z centrum sceny politycznej. To zabiło dialog, który dla PiS był zbawienny przed wyborami – z ludźmi, którzy stoją w centrum i są niezależni. Kaczyński wysłał sygnał do własnych szeregów: nie gadajcie z nimi”.
Idźcie wy się wszyscy klaszczący zapiszcie już do tego PiS. Wyrychtujcie CV i listy motywacyjne. Tylko już nie zajmujcie łamów akrobacjami intelektualnymi przypominającymi podwójne salto nad Wielkim Kanionem na grzbiecie konia jadącego na żółwiu.

Wątpliwy postulat

Rafał Woś, jak zwykle nieco prowokacyjnie, sugeruje lewicy wyjście z postulatem 1000 złotych dla każdego. I do tego radzi się spieszyć, zanim… po ów postulat sięgnie PIS, tą drogą po raz kolejny zjednując sobie społeczną przychylność licznych grup obywateli. Mam w tym względzie inny pogląd. I choć uważam, że istotnie, lewica powinna bazować na odważnym i wyrazistym programie polityki społeczno-ekonomicznej, to bynajmniej niekoniecznie w formie postulatów typu nowe 500+ czy 1000+. Z argumentacją Rafała Wosia można polemizować na płaszczyźnie merytoryczno-ideowej jak i polityczno-taktycznej.

 

Projekt bezwarunkowego dochodu podstawowego, choćby w wysokości 1000 złotych dla każdego jest propozycją kuszącą, ale i też niewolną od kontrowersji czy przynajmniej znaków zapytania. Przekonująco obiekcje wobec zbyt hurraoptymistycznego przywiązywania się części lewicy do tej koncepcji zestawił swego czasu na łamach „Bez dogmatu” Piotr Szumlewicz.

Koncepcja BDP ma wiele zalet i jest atrakcyjna. Na polskim podwórku doczekała się tak wytrawnych propagatorów prof. Ryszard Szarfenberg czy dr Maciej Szlinder, autor wydanej ostatnio książki „ Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa w XXI wieku”, a także dość aktywnej zwłaszcza w poprzedniej kadencji parlamentu wielonurtowej koalicji rzeczniczej na rzecz tego rozwiązania w Polsce. Nie należy tego lekceważyć. Na lewicy powinna toczyć się pluralistyczna debata na temat tejże nośnej w światowym obiegu społecznym koncepcji (gdzieniegdzie pilotażowo wprowadzanej nawet w życie). Warto toczyć dyskusję nie tylko na temat, czy w ogóle wprowadzić to rozwiązanie, ale na jakich zasadach i w jakiej wysokości oraz w jakiej relacji do innych elementów systemu społeczno-ekonomicznego. Czym innym jest jednak dyskusja, a czym innym robienie z BDP jednego z centralnych haseł politycznych, być może wyborczych. Czy aby na pewno jesteśmy uzbrojeni w przekonujące argumenty, by obronić pomysł nawet przed wewnątrzlewicową krytyką (jak choćby ta ze strony Piotra Szumlewicza), a co dopiero zewnętrzną, ze strony środowisk nieprzechylnych radykalnej zmianie społecznej, jaką miałby nieść ten instrument?

 

Kosztem publicznych usług?

Jest wiele pytań, które nasuwają się już na starcie i które z lewicowego punktu widzenia nie powinny być zbywane czy odkładane na później. Ot, choćby jak BDP wpłynie na rozwój i możliwości finansowania usług publicznych. Zakładając nawet, że wprowadzenie tego bądź co bądź kosztownego instrumentu nie doprowadziłoby do cięć w innych, usługowo-instytucjonalnych segmentach polityki społecznej ( co bynajmniej nie jest oczywiste), mogłoby to jednak zahamować możliwości ich dalszego rozwoju i dofinansowania.

Pamiętajmy, że wiele dziedzin polityki społecznej, jak opieka zdrowotna, szeroko rozumiana pomoc społeczna, opieka długoterminowa nad osobami niesamodzielnymi i sędziwymi czy aktywna polityka rynku pracy przy udziale publicznych służb zatrudnienia to dziedziny, które w relacji do PKB są mniej lub bardziej niedoinwestowane. Czy wprowadzenie choćby potrzebnego instrumentu, który jednak stanowiłby pokaźny procent PKB nie będzie stanowić nowego ograniczenia? Niektóre szacunki mówią nawet o wydatkowaniu na dochód gwarantowany ¼ PKB, czyli więcej, niż idzie obecnie na całe dotychczasowe zabezpieczenie razem wzięte.

Przecież BDP nawet na poziomie 1000 złotych nie uczyni usług opiekuńczych zbędnymi ani takimi, na których będzie można sobie troszkę oszczędzić. Wprowadzenie go samo w sobie nie wyklucza rozwoju polityki społecznej na innych odcinkach, za czym zresztą opowiadają się czołowi zwolennicy tego rozwiązania w Polsce, ale możliwości realizacji tych zamierzeń mogą stopnieć. A z socjaldemokratycznej perspektywy zawsze kluczowym narzędziem rozwoju były jednak wspólnotowe narzędzia, jak dobrze zorganizowana i włączona w proces kształtowania stosunków pracy (np. poprzez układy zbiorowe) partycypacja i reprezentacja pracownicza oraz różnorodne usługi na rzecz obywateli o charakterze publicznym.

Powtórzę to, co już pisałem o programie 500+: bezpośrednie transfery finansowe, choćby adresowane na zasadzie powszechności, stanowiły raczej – nieprzypadkowo – uzupełnienie systemu niż jego podstawę. Pomysł, by za punkt wyjścia uznać postulat 1000 złotych na każdego jawi mi się jako odwrócenie tej proporcji. Szeroko dostępne programy transferowe mają niewątpliwy walor w kontekście jednostkowej podmiotowości, godności i emancypacji, ale wydaje mi się, że dla lewicy (przynajmniej tej socjaldemokratycznej, z której duchem najsilniej się utożsamiam) równie ważne jest budowanie wspólnoty oraz sprawiedliwych i niewykluczających relacji w jej ramach. A tu programy pieniężne, nawet te uniwersalne, mają ograniczony potencjał w porównaniu z rozwiązaniami usługowo-instytucjonalnymi.

 

Czy PIS zaproponuje BDP? Wątpliwe

Pozostałe powody mojej polemiki z tekstem Rafała Wosia są bardziej polityczno-taktycznej natury. Argumentacja jego wydaje się podszyta przekonaniem, że Prawo i Sprawiedliwość może w tej materii lewicę ubiec, więc nie ma co hamletyzować i zwlekać. Taki scenariusz nie wydaje mi się w najbliższym czasie zbyt prawdopodobny, a nawet gdyby się ziścił, nie wiem, czy PIS byłby w tym względzie aż tak wiarygodny. Sukces 500+, a ostatnio program „ Dobry start”, czyli inaczej wyprawka 300+, nieco uwiarygadniają rządzącą formację i uprawdopodabniają możliwość zrobienia kroku dalej. Z drugiej jednak strony, protest niepełnosprawnych i opiekunów zrobił swoje, a ów wpływ wykracza poza kwestię zabezpieczenia tej grupy.
Władza pokazała, że nie jest gotowa spełnić każdego oczekiwania socjalnego, nawet wobec grupy, której racje i problemy zyskały duże poparcie dużej części społeczeństwa. Czy stały za tym ograniczenia finansowe czy brak woli wydania środków na ten cel, przynajmniej w formie, jakiej oczekiwali protestujący, faktem pozostaje, że rząd stawił opór. Jak zatem przekonać opinię społeczną do rozwiązania znacznie bardziej kosztownego i też bardziej społecznie kontrowersyjnego, kiedy dopiero co odmówiło się mniejszych pieniędzy dalece węższej i jednoznacznie pokrzywdzonej grupie?

 

Złożone źródła prawicowego sukcesu

Poza tym poruszamy się w paradygmacie licytowania się z władzą, kto da więcej. Stoi za tym pewnie – według mnie nie do końca trafna – diagnoza, że Prawo i Sprawiedliwość odniosło wyborczy sukces głównie za sprawą nośności hasła 500+. Skoro wtedy zaproponowano najdalej idący program socjalny, pokonać rządzącego przeciwnika należałoby, proponując jeszcze więcej. To fałszywe rozpoznanie.

Jeśli cofniemy się do 2015 okazuje się, że Prawo i Sprawiedliwość na poziomie zapisanego programu wcale nie wyróżniało się jakoś znacząco np. względem programu Zjednoczonej Lewicy czy Razem, które przecież też miały wiele odważnych społecznie postulatów. Jeśli chodzi o sam program 500+, jeszcze po wygranych wyborach nie było pewne czy, kiedy i w jakim kształcie wejdzie w życie. Program faktycznie umocnił wiarygodność partii, ale po przejęciu władzy i jego realizacji. Na sukces wyborczy pracowały także inne czynniki, jak uogólniony nimb partii prospołecznej, a także czynniki, wykraczające poza sprawy społeczno-ekonomiczne ( np. umiejętne rozhuśtanie lęków na tle kryzysu uchodźczego oraz wykorzystanie, a może i wzbudzenie w społeczeństwie poczucia zagrożenia i potrzeby władzy silnej ręki).

Nie należy lekceważyć podłoża społeczno-ekonomicznego dla dzisiejszej popularności w Polsce i w Europie skrajnie prawicowego autorytaryzmu, ale źle byłoby patrzeć na te zależności w sposób mechaniczny. Przeświadczenie, że duża część społeczeństwa poprze tego, kto szerzej i bardziej hojnie zrealizuje programy transferowe, wydaje mi się zahaczać o paternalizm wobec ludzi, którzy są w trudniejszej sytuacji i zależni od społecznej polityki państwa. Tak się składa, że mam dużo w życiu osobistym i pracy do czynienia z ludźmi doświadczającymi na co dzień zagrożenia wykluczeniem socjalno-ekonomicznym i wiem, że te osoby wcale nie myślą o tym w taki prosty sposób. Oni oczekują wieloaspektowej opiekuńczości i wsparcia, zrozumienia dla problemów, z którymi się mierzą i pomocy w ich przezwyciężaniu, z ich udziałem. Wyższe i/lub bardziej dostępne świadczenia pieniężne mogą być tego wyrazem, ale tylko jako część szerszego pakietu, a nie najwyższa wartość sama w sobie.

Dlatego jeśli miałbym coś sugerować opozycji, zwłaszcza tej lewicowej, nie rekomendowałbym szukania św. Graala, który da się uchwycić przy pomocy nośnego hasła politycznego. Bardziej zalecałbym strategię rozpoznawania wielu obszarów problemowych, wspieranie i uruchamianie mobilizacji grup, które ich doświadczają oraz szukanie dla nich wspólnej platformy w ramach większego projektu politycznego opartego na wartościach, regułach i mechanizmach, pozwalających na mierzenie się z tymi problemami.