Rakiety na Iran

Izraelskie ministerstwo obrony poinformowało, że wspólne amerykańsko-izraelskie testy systemu antyrakietowego dalekiego zasięgu na Alasce skończyły się „pełnym sukcesem”. System miał sięgnąć wielu rakiet lecących powyżej atmosfery ziemskiej. Izraelczycy nie ukrywają, że chodzi o część zadekretowanego przez Amerykanów „maksymalnego nacisku” na Iran, by poddał się polityce „bliskowschodniej osi”: Stanom Zjednoczonym oraz ich lokalnym sojusznikom – Izraelowi i Arabii Saudyjskiej.

„Dzisiaj Izrael ma możliwość działania przeciw rakietom balistycznym, które może wystrzelić przeciw nam Iran, czy ktoś inny” – cieszył się premier izraelskiego reżimu apartheidu Benjamin Netanjahu. Wtórował mu ambasador USA w Tel-Awiwie David Friedman, który oglądał próby na wideo: „To wielka zdobycz na rzecz bezpieczeństwa Izraela”. Amerykanie testowali z Izraelczykami nową wersję systemu Arrow-3, który od dwóch lat stacjonuje już w państwie żydowskim.
Amerykanie finansowali wspólną pracę Israeli Aerospace Industries i Boeinga nad polepszeniem systemu Arrow. Były już dość zaawansowane, gdy prezydent Trump zerwał w zeszłym roku oenzetowski układ atomowy z Iranem i wprowadził „bezprecedensowe” sankcje przeciw temu krajowi, co mocno podniosło temperaturę w regionie. Izrael, pierwsza siła ognia na Bliskm Wschodzie i mocarstwo atomowe, wywierał wcześniej presję na Stany Zjednoczone, by ten układ pokojowy wrzucić do kosza.
W ramach amerykańskiego „maksymalnego nacisku” niektóre kraje europejskie (w tym Polska), chcą wziąć udział w koalicji zbrojnej, która miałaby strzec tankowców w Zatoce Perskiej. Iran uważa to za „wrogie” działanie. Brytyjską propozycję koalicji w Zatoce oddaliła zresztą Francja, która uważa, że „to tylko zwiększy napięcie”. Tymczasem członek osi antyirańskiej – tyrania saudyjska – zgodziła się otworzyć bazy dla wojsk amerykańskich, trwają też budowy baz US Army w Iraku. „Iran zdecydowanie sprzeciwi się każdej nielegalnej działalności, która zagrażałaby morskiemu bezpieczeństwu Zatoki Perskiej, Cieśniny Ormuz i Zatoki Omańskiej” – mówił irański prezydent Hassan Rouhani.

Cel: Iran

Poprzednio zdarzyło się to przed pierwszą wojną w Zatoce w 1991 r. i potem przed inwazją Iraku w 2003. Stany Zjednoczone mają już bazy we wszystkich krajach Zatoki naprzeciw Iranu. Wcześniej niektóre kraje arabskie kręciły nosem, że na świętej ziemi Mekki i Medyny stoi imperialna armia niewiernych, która zabija muzułmanów. Ale USA są przede wszystkim gwarancją przetrwania saudyjskiej tyranii. Dziś szykuje się wojna tych sojuszników przeciw Teheranowi.
„Król Salman zgodził się na przyjęcie sił amerykańskich, by podnieść poziom wzajemnej współpracy w celu ochrony stabilności i bezpieczeństwa regionu” – czytał z kartki mowę-trawę saudyjski rzecznik ministerstwa obrony. Podlega ono temu, kto faktycznie rządzi Arabią, synowi króla, księciu Mohamedowi ben Salmanowi. Tymczasem bazę księcia Sultana, ok. 80 km na południowy wschód od Rijadu, odwiedził już gen. Kenneth McKenzie, szef dowództwa armii amerykańskiej (Centcom). Na razie trwają tam przygotowania, remonty i przeróbki.
Dziennikarze zajmujący się obronnością już wcześniej widzieli ruch w bazie na komercyjnych zdjęciach satelitarnych. W czasie imperialnej inwazji na Irak stacjonowały tu setki samolotów atakujących i bombardujących. Amerykanie mieli stosunkowo łatwo, bo Irak nie posiadał lotnictwa bojowego ani dalekosiężnej obrony przeciwlotniczej, w przeciwieństwie do dzisiejszego Iranu. W maju New York Times serwował liczbę 120 tys. żołnierzy, którzy mieliby docelowo wylądować w Arabii. Póki co, wysłano tam 500. Dobrze wypełnione są za to bazy w Kuwejcie, Iraku i Katarze.
Sprawa zestrzelenia przez Amerykanów „irańskiego” drona przycichła po tych wiadomościach. Rozlokowanie wojsk w Arabii ogłoszono nazajutrz po zablokowaniu przez Izbę Reprezentantów sprzedaży broni rodzinie Saudów za ponad 8 miliardów dolarów. Trump oczywiście zawetuje ustawę, bo wojna w Jemenie rozpętana przez Mohameda ben Salmana przynosi dochody, a krajanie krytycznych dziennikarzy w kawałki mu nie przeszkadza. Chce teraz bronić „wolności żeglugi” w Zatoce Perskiej i cieśninie Ormuz, gdyż Iran aresztował brytyjski tankowiec.
Irańczycy informują, że Stella Impero przycumował w porcie Bandar Abbas (nad cieśniną Ormuz). Został zatrzymany w związku ze śledztwem w sprawie „wejścia w kolizję z kutrem rybackim”. Na pokładzie brytyjskiego tankowca jest 23 marynarzy, 18 Hindusów (w tym kapitan), trzech Filipińczyków, Łotysz i Rosjanin. Statek został aresztowany przede wszystkim w odpowiedzi na areszt irańskiego tankowca przez Brytyjczyków z Gibraltaru.

Putin gasi pożar

Podczas corocznego wystąpienia prezydenta Rosji przed Zgromadzeniem Narodowym, Władimir Putin po raz kolejny pokazał, jak sprawnym jest politykiem. Nie omijał trudnych tematów, które w ostatnich miesiącach budziły złość Rosjan. Złożył wiele obietnic – jak będzie z ich realizacją?

Prezydent nie mógł nie wiedzieć, że od lata zeszłego roku szybko wzrasta fala społecznego niezadowolenia, spada też poziom poparcia dla niego osobiście ze strony do tej pory dość entuzjastycznie nastawionego do niego społeczeństwa. Zatem główne tezy jego wystąpienie skierowane były przede wszystkim na rozładowanie społecznych frustracji Rosjan. Pierwsze i najważniejsze tematy jego wystąpienia dotyczyły właśnie problemów wewnętrznych: demografii, biedy, medycyny, oświaty i spraw środowiska, czyli dokładnie tego, co wywołuje wściekłość u zwykłych obywateli, odnoszących słuszne wrażenie, że państwo służy przede wszystkim oligarchom, a nie interesuje się losem prostych ludzi.

Putin w powyżej wspomnianych dziedzinach zaproponował znaczące i różnorodne formy pomocy państwa, przede wszystkim finansowej, dla rodzin wielodzietnych, emerytów, dzieci niepełnosprawnych i bezrobotnych. Zwrócił uwagę na fakt, że w ciągu ostatnich lat jego rządów zwiększyła się grupa ludzi biednych, znajdujących się poniżej minimum socjalnego, choć sprawiedliwie dodał, że i tych, którzy są nieco powyżej trudno nazwać bogatymi. Przedstawił plany szeroko zakrojonej pomocy państwa i struktur samorządowych dla wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem. Zaproponował istotne zmiany w opiece medycznej i oświacie, m.in. pokaźne kredyty dla lekarzy i nauczycieli, którzy zechcą osiedlić się we wsiach lub małych ośrodkach miejskich, gdzie baza medyczna i oświatowa kuleje. Zaprezentował determinację w walce o czyste środowisko. Mówiąc o większości projektów, twierdził, że są już na nie przygotowane pieniądze.

Na koniec poświęcił nieco uwagi problemom międzynarodowym. Podkreślił, że wyjście USA z układu INF zagraża pokojowi na świecie. Zapewnił, że Rosja jako pierwsza nie umieści rakiet średniego zasięgu w Europie. Jeśli jednak zrobi to strona przeciwna, to Rosja sięgnie po takie środki obrony, które dosięgną nie tylko terytorium, z którego będą wystrzeliwane pociski, ale i centrów decyzyjnych, z których płynąć będą rozkazy o rozpoczęciu działań. W ten niedwuznaczny sposób Putin zagroził samym USA, że nie uda im się uniknąć ataku odwetowego, nawet jeśli spróbują ograniczyć konflikt do kontynentu europejskiego lub któregokolwiek innego niż amerykański.

Wydaje się, że w swoim wystąpieniu Putin dokonał rzeczy trudnej – obniżył, choćby częściowo, powszechne ciśnienie społecznej frustracji wywołanej rosnącym rozwarstwieniem i neoliberalną reformą emerytalną, jednocześnie dając swoim obywatelom to, co jest dla nich bardzo ważne – poczucie przynależności do państwa będącego potęgą, z którą należy się liczyć. Jeżeli choćby 50 procent jego obietnic zostanie zrealizowanych w bliskim czasie, ekipa Władimira Putina i on sam osobiście ma zapewnione kolejne miesiące spokoju i rosnącego poparcia.

Pamiętać jednak należy, że od choćby najpiękniej wyglądających obietnic prezydenta do ich realizacji w rosyjskiej rzeczywistości, pełnej korupcji i nieprofesjonalizmu urzędników wyższego i średniego szczebla, jest bardzo daleka droga.

Komentarz – W nie swojej sprawie

Polskie media niespecjalnie zainteresowały się zasadniczą częścią wypowiedzi prezydenta Władimira Putina, w której mówił on o polityce społecznej, a jeżeli – to z ironicznym dystansem. Bo z perspektywy zdroworozsądkowej wiedzy naszego kraju, Rosja to nic tylko samodzierżawie, więc o jakim dobrostanie społecznym w Rosji można w ogóle mówić. Może nie dominuje już przekonanie, że jedynym i najlepszym systemem zapewniającym dobrostan społeczny jest neoliberalny turbokapitalizm i działająca za jego pośrednictwem niewidzialna ręka rynku, ale uwierzyć w to, że w Rosji oprycznina skończyła się dawno temu – nie potrafimy. Nie mówiąc o tym, że to, jak Rosja wygląda naprawdę, jak żyją tam ludzie – nie tylko nas nie interesuje, ale nawet tego wiedzieć nie chcemy. Bo może zachwiałoby to naszym, opartym na projekcji własnych kompleksów, wyobrażeniom, że nadal rządzi tam Iwan Groźny albo Józef Stalin, panuje technologiczne zacofanie i pogarda dla człowieka. Fragment, w którym prezydent Putin wypowiedział się o rakietach został natomiast zauważony.
W sumie – nic to dziwnego. Bo słowa rosyjskiego przywódcy, wypowiedziane zresztą w spokojny sposób i bez jakiejś buńczucznej retoryki, są stwierdzeniem zrozumiałej konsekwencji, jaką jest wypowiedzenie traktatu o zakazie pocisków średniego i pośredniego zasięgu i potencjalne rozmieszczenie ich w Europie przez Amerykanów. Jeśli to nastąpi, jest zupełnie oczywiste, że Rosja będzie musiała zrobić to samo. „Dla niektórych klas tych rakiet czas lotu do Moskwy może wynosić 10-12 minut. I to jest dla nas bardzo poważne zagrożenie. W takim wypadku będziemy zmuszeni, chcę to podkreślić, dosłownie zmuszeni do przewidzenia symetrycznych i asymetrycznych działań” – powiedział Putin. A to oznacza, że rakiety będą wycelowane również i w nasz kraj.
Oczywiście – choćby zmiana technologiczna jak zaszła w ciągu ostatnich dekad powoduje, konieczność aktualizowania traktatowych zapisów, jednak rezygnacja z tego instrumentu to otwarcie drogi do kolejnej spirali zbrojeń i to – z racji jego przedmiotu – zbrojeń zagrażających pokojowi w Europie.
Powiedzmy sobie jednak – nie wynika stąd, że wojna zacznie się jutro. A nawet – że w ogóle się zacznie. Smutne jest, że wchodzimy znów w fazę wyścigu zbrojeń. Ewidentne zaś że powrót Rosji na światową scenę w charakterze mocarstwa boli Waszyngton, który przez ostatnie ćwierćwiecze przyzwyczaił się do świata jednobiegunowego. Nawet trudno się temu dziwić. Ale też nie sposób nie zauważyć, że w miarę tracenia pozycji jedynego hegemona na coraz to nowych frontach, reakcje prezydenta Donalda Trumpa – i amerykańskiego lobby przemysłowo-zbrojeniowego – są raczej histeryczne niż racjonalne. A jeszcze smutniejsze jest to, że dając się powodować wpajanej nam ze wszystkich sił rusofobii, dajemy się w tę – nie naszą – rozgrywkę wciągać i manipulować jak małe dzieci. Pamiętam, jak u progu lat 90. ubiegłego stulecia mówiliśmy o pomostowej roli, jak się przed nami otwiera. Po 25 latach z tej perspektywy nic nie zostało. A teraz by był dobry moment na to. Tylko że ta szansa została stracona, a na jej powrót – w obecnym klimacie – nie ma co liczyć.

Grzegorz Waliński

Chiny zawiniły, Rosję obwinili, Europa zapłaci

Prezydent USA Donald Trump ogłosił zerwanie traktatu INF zakazującego budowy i rozmieszczania rakiet średniego zasięg. Zawartego jeszcze w 1987 roku przez USA i Związek Radziecki. Porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych rakiet i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Poprzedni spór zaczął się w 1975 roku, kiedy ZSRR rozpoczął rozmieszczanie w Europie nowego typu rakiet średniego zasięgu Pionier (SS-20). Miały one zastąpić przestarzałe systemy rakiet R-12 Dźwina (SS-4) i SS-5. Ale taka modernizacja zachwiała równowagę strategiczna z państwami Europy zachodniej.
NATO odpowiedziało rozmieszczaniem w Europie amerykańskich pocisków manewrujących BGM-109G i rakiet balistycznych MGM-31 Pershing. To doprowadziło do kolejnego wyścigu zbrojeń i eskalacji „zimnej wojny” w Europie pomiędzy państwami NATO i ówczesnego Układu Warszawskiego. Aby zapobiec dalszej kosztownej i niepotrzebnej eskalacji, obie strony rozpoczęły w 1980 rok w Genewie negocjacje o wycofania tej broni z Europy.
Po wieloletnim serialu spotkań w 1986 nastąpił przełom. W czasie szczytu amerykańsko- radzieckiego w Reykjaviku prezydent Reagan i gensek Gorbaczow zgodzili się na wzajemne wycofanie broni średniego i pośredniego zasięgu oraz ustalili limit głowic jądrowych, które mogły być instalowane na innych pociskach tego typu.
Rok później w Waszyngtonie USA i ZSRR podpisały ten traktat. Widmo wojny obu mocarstw w Europie przestało straszyć.

Dobry, choć martwy

Przez trzydzieści lat Europejczycy odzwyczaili się od wojennego zagrożenia, od wojen mocarstw na swym terenie. A po upadku ZSRR i rozszerzeniu Unii Europejskiej nastał w tym regionie przynajmniej dwudziestoletni okres wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego.
Tamto wzbogacenie się europejskich społeczeństw możliwe było też dzięki ograniczonym wydatkom na zbrojenia w tych państwach i późniejszej integracji z państwami z za „żelazną kurtyny”. A także dzięki wzmożonej kooperacji gospodarczej zachodniej Europy z Rosją. O czym dzisiaj, zwłaszcza w Polsce, zapomina się.
Z biegiem lat zawarty w Waszyngtonie traktat stawał się martwy. Nie tylko dlatego, że obaj sygnatariusze, czyli USA i Rosja, dziedzicząca go w spadku po ZSRR, obchodziły jego zapisy.
USA intensywnie rozwijały produkcję dalekosiężnych dronów, które okazywały się bardziej skuteczne w wojnach lokalnych niż tradycyjne rakiety średniego zasięgu.
Rosjanie unowocześniali i modyfikowali rakiety odpalane z okrętów, które formalnie nie podlegały ograniczeniom traktatowym, ale stanowiły siłę odstraszającą.
Taki właśnie rosyjski, zmodyfikowany pocisk 9M723 posłużył prezydentowi USA Trumpowi jako pretekst do wypowiedzenia traktatu INF.
Jednak, jak zgodnie podkreślają eksperci, to nie te rakiety znacząco zagroziły hegemonistycznej pozycji USA. Trump zerwał stary, martwy traktat z Rosją, aby zmusić Chiny do negocjacji czegoś nowego.
Rozpoczynając swą prezydenturę Donald Trump zapowiadał przegląd starych traktatów zawartych przez USA. Zerwanie „z iluzją traktatów”, które uzna za nieprzestrzegane albo efektywne dla interesów USA.
I właśnie za taki traktat uznał INF. Nie dlatego, że jego naruszanie ze strony Rosji rujnowało bezpieczeństwo USA. Przewaga militarna USA nad Rosją jest tak wielka, że nie zagrażają jej rakiety 9M723. Prezydent Trump chce zerwać ten traktat ze względu na wojnę polityczno-gospodarczą jaka rozpoczął z Chinami.
Podpisany w 1987 roku traktat INF nie obowiązuje Chin. Bo wtedy Chińska Republika Ludowa traktowana była jako biedne, zacofane technologicznie państwo „trzeciego świata”.
Ale w ciągu trzydziestu lat Chiny wyrosły na światową potęgę. Są dziś uznawane za drugą potęgę gospodarczą świata.
Jednocześnie Chiny konsekwentnie budowały i unowocześniały swe siły militarne. Robiły to „po chińsku”, czyli bez eksponowania swych atutów. Zajęta konfliktami na Bliskim Wschodzie, walką z terroryzmem islamskim, czy hybrydowymi wojnami na Ukrainie, atlantycka opinia publiczna nie interesowała się chińskimi zbrojeniami.
W państwach NATO wspominano o pierwszym chińskim lotniskowcu, ale nie zwracano uwagi na nowe chińskie rakiety średniego zasięgu. Zakazane w USA i Rosji, ale legalne w Chinach. Nie wspominano o stale rosnących tam budżetowych wydatkach na rozwój chińskiej marynarki wojennej, sił działających w cyberprzestrzeni i w sferze kosmosu.
Okazjonalnie wspominano też o chińskiej, konsekwentnej ekspansji na Morzu Południowo- Chińskim. O jednostronnym rozszerzeniu przez Chiny strefy swych wód terytorialnych. O przejmowaniu spornych archipelagów wysp Spratly i Paracelskich.
Co oznacza też przejęcie kontroli nad szlakami żeglugowymi w tamtym regionie. Nad handlem produktami „fabryk świata” z Chin i państw ASEAN.

Koniec lotniskowców

Jeszcze niedawno USA mogły panować nad szlakami handlowymi, czyli gospodarką, całego świata. Bo dysponowały dominującymi eskadrami lotniskowców. W razie konfliktu regionalnego USA wysyłało swe lotniskowce, osłaniane okrętami wsparcia, i otwierało parasol ochronny nad swymi sojusznikami. Parasol, który potrafił też skutecznie zaatakować.
Tak bywało w czasie wojen w Korei, Wietnamie. W czasie napięć Chiny – Taiwan, pomiędzy obu państwami koreańskimi. Teraz chińskie rakiety średniego zasięgu są w stanie zniszczyć taki parasol. Tym samym USA straciła swą przewagę w tym regionie.
Zatem zerwanie przez prezydenta Trumpa układu ograniczającego USA w produkcji i rozmieszczaniu rakiet średniego zasięgu to przede wszystkim straszak wobec Chin. Bo przecież od teraz amerykańskie rakiety mogą być zainstalowane na Tajwanie, w Republice Korei, czy w antychińskim dzisiaj Wietnamie.
Wizja amerykańskich rakiet w sojuszniczych państwach Azji Południowo- Wschodniej ma skłonić Chiny do ustępstw w amerykańsko- chińskiej wojnie gospodarczej.

Europejska peryferia

Prezydent Donald Trump wielokrotnie wykazywał swą niechęć do integracji europejskiej. Krytykował europejskie państwa NATO za ograniczanie wydatków na zbrojenie. Przestrzegał, że USA nie będzie bronić europejskich sojuszników, jeśli oni sami się nie dozbroją.
Wypowiadając traktat INF prezydent Trump wciągnął cały świat w stan „bez traktatowy”. W nowy wyścig zbrojeń. Wielce kosztowny dla wszystkich.
Zapewne liczy na to, że tak przyciśnięte Chiny, i Rosja też, spasują w tej pokerowej rozgrywce. Zasiądą z nim do negocjacji. Aby podpisać zaproponowany im nowy traktat.
Bogaty prezydent bogatego państwa może sobie pozwolić na takie biznesowe zagrywki. Ale co stanie się w naszej Europie zanim wielcy tego świata siądą do stołu?
Jakie koszty poniesiemy kiedy oni nie podpiszą nowych porozumień?
Zaczynając taką rozgrywkę prezydent Trump pokazał, że interesy jego europejskich sojuszników są dla niego drugorzędne. To zrozumiałe dla przywódcy deklarujący dogmat „Ameryka wpierw”.
Ale czy Polska chce takiego wyścigu zbrojeń? I czy stać ją na to?
Polityka rządu PiS konsekwentnie doprowadziła do osłabienia więzi z państwami Unii Europejskiej. Polska przestała wspierać Europejską Politykę Bezpieczeństwa i Obrony/CSDP/. Demonstracyjnie zerwała kontrakty zbrojeniowe z francuskim Airbusem na rzecz mglistych, ale amerykańskich ofert.
Rząd PiS- u zademonstrował kilka wiernopoddaństwa aktow wobec ekipy prezydenta Trumpa. Kreując się na najwierniejszego sojusznika USA na wschodniej flance NATO.
Symbolem tej polityki stało się zbieganie, za wszelką cenę, o stałą amerykańską bazę wojskową. Nazwaną lizusowsko przez polskich polityków „Fort Trump”. Obecność amerykańskich wojsk na polski mogło sprzyjać wzrostowi bezpieczeństwa polskiego w czasie istnienia traktatu INF. Nawet nie w pełni przestrzeganego. Ale brak takiego traktatu i eskalacja nowej „zimnej wojny” sprawiają, że ten wymarzony „Fort Trump” już nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polsce w razie konfliktu z Rosją. Przeciwnie wzmocni rolę Polski jako pierwszorzędnego celu w razie każdego konfliktu Rosja – USA. Jako pierwszorzędnego, choć peryferyjnego sojusznika.
Elity PiS wielokrotnie deklarowały sojusz z Urbanowskimi Węgrami. Stawiając Węgry jako wzór suwerennej polityki międzynarodowej państwa Europy Środkowo- Wschodniej.
Tymczasem Węgry deklarują swą neutralność w wojnie gospodarczej pomiędzy USA i Chinami. Nie zrywają więzi gospodarczych z Pekinem. Podobnie traktują swą współprace gospodarczą z Rosją. W sferze militarnej ogłosiły właśnie, że zakupią helikoptery we Francji, czołgi w Niemczech, a samoloty od Szwecji.
I pomimo twego zachowują swe członkowstwo w NATO. I są szanowanym przez USA sojusznikiem w Europie.

Wyskok ku spirali zbrojeń

…i wyskok Czaputowicza.

Świat wydaje na zbrojenia (oficjalnie-na „cele obronne”) prawie 2 bln dol. rocznie To ogromna suma,która w dużej mierze jest marnowana,a mogłaby być przeznaczana na rozwiązanie głównych problemów globalnych (głód i niedożywienie,brak stałego dostępu do zdrowej wody pitnej, wyzwania klimatyczne oraz migracyjno-uchodźcze itd.). Największy udział mają w tym niezmiennie Stany Zjednoczone-ponad 700 mld dol. w obecnym budżecie, co oznacza więcej niż pozostałe państwa z pierwszej dziesiątki razem wzięte- Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Francja, Indie, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy i Korea Płd.
Równocześnie słynny, symboliczny „Zegar Zagłady” pokazujący zwłaszcza stopień zagrożenia nuklearnego, wymyślony w 1947 r. przez naukowców z Uniwersytetu Chicagowskiego, wskazuje obecnie dwie minuty do północy, która oznacza zagładę ludzkości. Tak blisko wskazówki zegara były dotąd jedynie w 1953 r.
Obecnie tylko 9 państw dysponuje bronią atomową – USA, Rosja, Chiny, Francja,Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael i – od pewnego czasu – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Jednakże tylko dwa pierwsze mocarstwa mają możliwość tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego też rzeczą kluczową dla wyeliminowania tych największych zagrożeń są porozumienia o ograniczeniu, kontroli i redukcji zbrojeń strategicznych między Moskwą a Waszyngtonem..Było ich do tej pory sporo, m.in. SALT I (1972 r.), SALT II (1979 r.), START I (1991 r.) i START II (1993 r.). Nie bez znaczenia był również układ INF z 1987 r.,podpisany w Waszyngtonie przez Reagana i Gorbaczowa dotyczący produkcji,przechowywania oraz likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu, tzn. od 500 do 5500 km.
Przez szereg lat nie było zastrzeżeń odnośnie do wykonywania jego zapisów,ale administracja Trumpa zarzuciła władzom na Kremlu,iż Rosja weszła w posiadanie nowych pocisków manewrujących SSC-8, co narusza porozumienie INF. Mimo rozmów dwustronnych na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych,prowadzonych m.in.-co ciekawe- w Pekinie, nie udało się wyjaśnić tej kwestii,a w rezultacie 2 lutego USA i Rosja zawiesiły na 6 miesięcy jego stosowanie. Grozi to niewątpliwie m.in. nowym wyścigiem zbrojeń w i tak napiętej sytuacji międzynarodowej.
W tej materii pojawił się niestety przykry wątek polski. Otóż szef naszego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który w ciągu roku swego urzędowania, miał szereg wypowiedzi kontrowersyjnych,a czasem wprost nieodpowiedzialnych (np. nazwanie Francji „krajem upadłym”,czy uznanie Tuska za reprezentanta niemieckich interesów w Radzie Europejskiej), posunął się o krok dalej. W wywiadzie dla „Der Spiegel” opowiedział się za rozmieszczeniem broni nuklearnej na terytorium naszego kraju. To co najmniej WYSKOK dyplomatyczny-szkodliwy i bez wyobraźni. Tak postępują POLITYCZNI HUNWEJBINI, bez konsultacji wewnętrznych oraz międzynarodowych..To by przecież musiało oznaczać duży wzrost zagrożenia dla Polski, biorąc m.in. pod uwagę spodziewaną reakcję Moskwy.
Na szczęście sekretarz generalny NATO Stoltenberg zaprzeczył, iż istnieją plany rozmieszczenia nowych głowic nuklearnych w Europie. Co więcej- sekretarz stanu USA Mike Pompeo zadeklarował, iż Stany Zjednoczone są gotowe do negocjacji z Rosją w sprawie kontroli zbrojeń. Istnieją zatem realne szanse na to,że Układ INF będzie- po pewnych modyfikacjach- dalej obowiązywał!

NIE dla ładunków jądrowych na ziemiach polskich! My, socjaliści

Amerykańskie rakiety jądrowe w Polsce. Jeszcze kilka lat temu taka informacja byłaby niemożliwa. 1 lutego 2019 roku, stała się faktem. Jak podał „Der Spiegel”, polski minister spraw zagranicznych chce rozmieszczenia amerykańskiej broni jądrowej w Europie.

W naszym europejskim interesie jest, aby amerykańskie wojska i rakiety nuklearne stacjonowały na kontynencie – powiedział Jacek Czaputowicz. Co więcej, nie wykluczył, że będzie to w Polsce, choć, jak podkreślił, „wcale sobie tego nie życzymy”.
Uzgodnienia dotyczące rozmieszczenia broni jądrowej zapadają, jak wiadomo, wyłącznie pomiędzy mocarstwami nuklearnymi. W tej chwili mamy gorący okres, bowiem za pół roku, w wyniku decyzji USA może wygasnąć układ rozbrojeniowy INF zakazujący stosowania broni średniego zasięgu. USA przyspieszają jego rozwiązanie zapowiadając, że od 2 lutego zawieszają swoje zobowiązania wynikające z traktatu, argumentując to złamaniem przez Rosję zobowiązań z niego wynikających. Negocjacje w sprawach traktatu jednak trwają. Ostatnia runda odbyła się w Pekinie w dniu 1 lutego.
Zadziwiające jest stanowisko zaprezentowane przez polskiego ministra spraw zagranicznych, tym bardziej, że odbiega ono od opublikowanej deklaracji sekretarza generalnego NATO. Jacek Czaputowicz, co zauważył „Der Spiegel”, chce rozmieszczenia broni jądrowej w Europie, co jak można sądzić jest sprzeczne z oficjalnym stanowiskiem Polski, jak również krajów położonych na kontynencie europejskim. Polacy i Europejczycy są zaskoczeni tymi słowami, niektórzy mówią wprost o podżeganiu do wojny i konfliktu w Europie. Doświadczenia dwóch konfliktów światowych w XX wieku są do dziś pamiętane, a blizny materialne i moralne nadal widoczne. Mało wiarygodne wydaje się na tym tle również dementi polskiego MSZ. Pewne słowa padły, zostały opublikowane i nic ich już nie cofnie, nawet uwiarygodnienie błędu dziennikarskiego.
Na tym tle powraca jak bumerang sprawa polskiego bezpieczeństwa i realnych zagrożeń i roszczeń, jakie formułują potencjalni przeciwnicy wobec Polski. O ile wiadomo oficjalnie, żaden z polskich sąsiadów na wschodzie nie formułuje poważnie wobec naszego kraju roszczeń terytorialnych, nie jest kwestionowana graniczna linia Curzona, której akceptację przez mocarstwa zamknęła Konferencja w Jałcie w 1945 roku.
Polska ma w swej powojennej historii piękną kartę walki o pokój i wielu inicjatyw mających na celu ograniczenie zbrojeń m.in. w Europie Środkowej. 2 października 1957 roku została ogłoszona przez socjalistę, członka PPS, Adama Rapackiego, ówczesnego ministra spraw zagranicznych podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ koncepcja zbudowania na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej. Gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR. Głównym celem tej inicjatywy było wycofanie już rozlokowanych w RFN rakiet z głowicami nuklearnymi, które wycelowane były m.in. w polskie miasta.
Koncepcja ta, nazwana Planem Rapackiego, przeszła do historii dyplomacji i zapoczątkowała szereg wydarzeń o charakterze globalnym, które wpłynęły na usunięcie w dalszej perspektywie barier „zimnej wojny” między Wschodem i Zachodem. Efektem stało się podpisanie porozumienia KBWE w Helsinkach w 1976 roku, porozumień SALT I i SALT II oraz rozwój pokojowej współpracy pomiędzy dwoma mocarstwami ZSRR i USA.
Trzeba podkreślić, że koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą, w której przygotowaniu Adam Rapacki odgrywał wiodącą rolę. Ówczesne kierownictwo Państwa, mając na względzie zagrożenie narodu, jakie wynikało ze zgromadzenia na obszarze Europy Środkowej ogromnej ilości ładunków jądrowych, stanęło na rozważnym stanowisku, że inicjatywa ta może służyć stabilizacji sytuacji w naszym regionie, tym bardziej, że odradzał się wówczas niemiecki militaryzm w polityce RFN.
Sprawa wypowiedzi ministra Czaputowicza nie jest do końca jasna, ale jej intencje i podteksty zrozumiałe. Jest w związku z tym w polskiej przestrzeni publicznej kilka pytań, które wymagają jasnych odpowiedzi:
– czy jest to osobista inicjatywa ministra, czy forma usługi na rzecz sojuszników, lub niektórych sojuszników w ramach prowadzonych negocjacji rozbrojeniowych,
– czy wcześniejsza treść wypowiedzi i ewentualne jej skutki publiczne były znane władzom polskim (prezydent, rząd, premier, Sejm, kierownictwo partii rządzącej) i jakie ewentualnie formułowano wnioski.
Sytuacja, jaka zaistniała po cytowanej wypowiedzi ministra spraw zagranicznych, dementi MSZ i ogólnej sytuacji wokół bezpieczeństwa Polski wymaga sformułowania kilku uwag:
Po pierwsze – Polska nie powinna nigdy zgodzić się na posadowienie na naszej ziemi ładunków jądrowych, bez względu na konsekwencje w stosunkach z sojusznikami.
Po drugie – widać w polskiej polityce zagranicznej chaos, brak spójności i profesjonalizmu. Opozycja parlamentarna powinna zażądać dymisji ministra spraw zagranicznych, ze względu na spowodowanie karygodnego incydentu medialnego godzącego w interesy naszego kraju.
Po trzecie – z udziałem głównych sił parlamentarnych i pozaparlamentarnych powinno powstać ciało polityczne, które sformułuje w ramach konsensusu, podstawowe założenia polskiej polityki bezpieczeństwa w oparciu o obiektywną ocenę sytuacji międzynarodowej i prognozę jej rozwoju na co najmniej 25 lat.
Daje się zauważyć, że bezpieczeństwem Polski grają wszyscy, najmniej skutecznie sami Polacy.