Lotto Ekstraklasy: Spadają głowy trenerów

Dla trenera Legii Ricardo Sa Pinto 27. kolejka ekstraklasy okazała się równie brzemienna w skutkach, jak dla trenera Lecha Adama Nawałki. Obaj po słabych występach swoich drużyn zostali zwolnieni. Ich los wkrótce podzielą następni.

Ricardo Sa Pinto został trenerem Legii 13 sierpnia zeszłego roku. Portugalczyk podpisał trzyletni kontrakt, ale popracował w stołecznym klubie tylko 231 dni. Po niedzielnej klęsce legionistów w wyjazdowym meczu z Wisłą Kraków (0:4) właściciel warszawskiego klubu Dariusz Mioduski, wstrząśnięty najwyższą porażką w lidze od 9 lat, podjął decyzję o odsunięciu Sa Pinto od prowadzenia zespołu. Dymisję kontrowersyjnego portugalskiego szkoleniowca w kręgach legijnych i w części mediów przyjęto z ulgą, ale obiektywnie rzecz oceniając za wyniki trudno tego trenera potępiać w czambuł – z 28 meczów pod jego wodzą Legia wygrała 15, siedem zremisowała, a tylko sześć przegrała.

Co prawda stołeczny zespół odpadł w ćwierćfinale Pucharu Polski z I-ligowym Rakowem Częstochowa, ale w lidze utrzymywał pozycję wicelidera i chociaż po porażce z Wisłą mimo miał pięciopunktową stratę do prowadzącej Lechii Gdańsk, to nie stracił bynajmniej jeszcze szans na obronę mistrzowskiego tytułu. W rundzie wiosennej legioniści zdobyli 12 punktów, tylko dwa mniej od Lechii, ale aż o pięć więcej od Lecha i cztery od Jagiellonii. Trudno powiedzieć, czy mianowany tymczasowym trenerem Aleksandar Vuković zdoła osiągnąć lepsze wyniki niż Ricardo Sa Pinto. Podobną niewiadomą będzie postawa zespołu Lecha po wodzą Dariusza Żurawia.

Miedziowi rycerzami wiosny

Tak na marginesie, w miniony wtorek w cieniu tych dwóch głośnych trenerskich dymisji z pracą w drugoligowym Górniku Łęczna pożegnał się Franciszek Smuda, który w przeszłości był szkoleniowcem zarówno Lecha, jak i Legii, a także, jak jeszcze niedawno Nawałka, selekcjonerem reprezentacji Polski. Ten przykład dowodzi, że w Polsce w każdej klasie rozgrywkowej jest tak samo i nic trenera przed dymisją nie chroni – ani wiek, ani dawne dokonania, ani kontraktowe zapisy. Liczą się tylko wyniki i dopóki zespół zdobywa punkty, dopóty jego szkoleniowiec może spać spokojnie.W rozegranych w tym roku kolejkach ekstraklasy najlepiej wypadł zespół Zagłębia Lubin, który w siedmiu meczach (nie uwzględniamy wtorkowego spotkania 28. kolejki z Górnikiem Zabrze, które podobnie jak trzy inne rozegrane wczoraj – Cracovii z Koroną Kielce, Śląska Wrocław z Miedzią Legnica i Arki Gdynia z Lechią Gdańsk, zakończyły się po zamknięciu wydania) wywalczyło 16 punktów.
Na drugim biegunie znalazła się Arka Gdynia, która z siedmiu spotkań przegrała sześć, a w jednym wyszarpała remis. Nic więc dziwnego, że przed wtorkowymi derbami Trójmiasta z Lechią trener gdyńskiej drużyny Zbigniew Smółka przyznawał szczerze, iż jest to dla niego najważniejszy mecz w tym sezonie.

Holenderski trener Zagłębie Lubin Ben van Dael przejął zespół 28 listopada ub. roku po zwolnionym za słabe wyniki Mariuszu Lewandowskim i chociaż miał być jedynie prowizorką, został na dłużej. W tym roku „Miedziowi” pod jego wodzą wygrali pięć z siedmiu meczów, zdobywając 16 punktów. Pokonali Lecha, Miedź, Lechię, Pogoń i Wisłę Płock, a we wtorkowym spotkaniu z Górnikiem byli murowanymi faworytami.

Znakomicie w rundzie wiosennej spisuje się też Cracovia, który w siedmiu kolejkach zdobyła 15 punktów i dzięki temu trwale usadowiła się w grupie mistrzowskiej. Tylko jedno „oczko” ,mniej wywalczyła Lechia. Podopieczni Piotra Stokowca ograli Pogoń, Wisłę Kraków, Zagłębie Sosnowiec i niepokonane wcześniej w pięciu meczach z rzędu Piasta, więc przed wtorkowymi derbami na stadionie Arki byli pewni zwycięstwa.

Trudne zadanie strażaków

W siedmiu pierwszych wiosennych kolejkach po 12 punktów zdobyły Wisła Kraków, Legia Warszawa i Śląsk Wrocław, 11 zgromadziła Pogoń, 10 Górnik Zabrze, a po dziewięć Korona Kielce i ostatnie w tabeli Zagłębie Sosnowiec. Dopiero 12. w tabeli wiosennej części rozgrywek z dorobkiem ośmiu punktów plasuje się Jagiellonia Białystok, a za nią z siedmioma „oczkami” poznański Lech. To zaważyło, że po bezbramkowym remisie w Kielcach Adam Nawałka został zdymisjonowany. Kiepsko w siedmiu pierwszych kolejkach w tym roku wiodło się też zespołom Miedzi Legnica (sześć punktów) i Wisły Płock (cztery).
Już w środę wyjaśni się, czy zmiany szkoleniowców w Legii i Lechu miały sens.

Dariusz Żuraw został „strażakiem” w poznańskim zespole już po raz drugi w tym sezonie. Wcześniej „gasił pożar” po zwolnieniu Ivana Djurdjevicia i w dwóch meczach wywalczył cztery punkty, a jest to lepszy wynik niż miał Nawałka (1,45 pkt na mecz). Teraz czeka go jednak trudniejsze zadanie, bowiem w trzech ostatnich kolejkach przed podziałem ekstraklasy na dwie grupy „Kolejorz” będzie musiał walczyć o cenne punkty z Pogonią, Lechią i Jagiellonią, a już znalazł się w grupie spadkowej. Legii coś takiego nie grozi, lecz prezes Mioduski nie zmienił Vukoviciowi celu – on też ma walczyć o mistrzostwo.

Zestaw par 28. kolejki
Wtorek 2 kwietnia (wszystkie mecze zakończyły sie po zamknięciu wydania)): Cracovia – Korona Kielce; Śląsk Wrocław – Miedź Legnica; Arka Gdynia – Lechia Gdańsk; Zagłębie Lubin – Górnik Zabrze. Środa 3 kwietnia: Piast Gliwice – Wisła Płock, godz. 18:00; Lech Poznań – Pogoń Szczecin, godz. 18:00; Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30; Zagłębie Sosnowiec – Wisła Kraków, godz. 20:30.

 

Sa Pinto nie umie przegrywać

Ostatnie dwa mecze 22. kolejki dostarczyły radości gównie kibicom w Krakowie, bo obie drużyny z tego miasta wygrały swoje mecze – Cracovia po 68 latach pokonała w Warszawie Legię, a Wisła wygrała u siebie ze Śląskiem po golu Jakuba Błaszczykowskiego.

Spotkanie Legii z Cracovią zapowiadało się interesująco, bo było to starcie dwóch drużyn, które zdobyły najwięcej punktów w ostatnich pięciu kolejek. Niestety, okazał się widowiskiem nerwowym i obfitującym w brzydkie zachowania. Mecz najpierw został opóźniony, a później jeszcze przerwany przez stołecznych kibiców, którzy użyli zakazanych środków pirotechnicznych i skutecznie zaburzyli arbitrowi widoczność. Potem w trakcie gry piłkarze kopali się niemiłosiernie, co rusz skakali sobie do oczu, a roztrzęsiony sędzia z Bytomia Piotr Lasyk pochopnie sięgał po czerwoną kartkę. Kibice z osławionej „Żylety” nie mają litości dla właściciela Legii Dariusza Mioduskiego, bo znów narazili go karę grzywny, którą Komisja Ligi niechybnie nałoży za odpalone race i sztuczne ognie. Mecz został opóźniony o blisko 10 minut, a coś takiego nie może przejść niezauważone. Tym bardziej, że to nie pierwszy taki wybryk fanów w tym sezonie.

Od strony sportowej zaskoczeniem była nieobecność w składzie Legii Michała Kucharczyka, który z niewiadomej przyczyny decyzją trenera Ricardo Sa Pinto znalazł się poza kadrą meczową. Z kolej w ekipie „Pasów” z powodu kontuzji nie mógł zagrać Marcin Budziński, którego zastąpił Javi Hernandez, co trudno uznać jednak za osłabienie, bo Hiszpan jeszcze przed przerwą zdobył obie bramki dla Cracovii.

Mecz często przerywany

Po zmianie stron atmosfera na boisku gęstniała z każą chwilą. Zwłaszcza od momentu, gdy sędzia Lasyk przerwał grę po faulu w polu karnym Remy’ego na Wdowiaku. Gdy arbiter popędził do stanowiska VAR, piłkarze obu zespołów skoczyli sobie do oczu. Powtórki telewizyjne pokazały jak Cabrera i Remy odpychają się agresywnie. Gdy Lasyk obejrzał powtórki VAR na monitorze odgwizdał rzut karny dla Cracovii i dorzucił jeszcze żółte kartki dla legionistów Majeckiego, Hlouska i Cabrery oraz dla stopera „Pasów” Helika. Całe zamieszanie trwało około 10 minut. W końcu do piłki ustawionej na 11. metrze podszedł Cabrera i trafił w słupek. Był to już czwarty niewykorzystany przez piłkarzy Cracovii rzut karny w tym sezonie. Ostatni raz podobną „rozrzutnością” w naszej lidze wykazali się 15 lat temu gracze Górnika Polkowice.

Niedługo potem sędzia ponownie musiał przerwać mecz, tym razem z powodu zadymienia odpalonymi przez kibiców racami. Ta kolejna przerwa w grze trwała kilka minut, chyba za krótko, żeby w piłkarzach ostygły emocje. Francuski stoper Legii William Remy w krótkim odstępie czasu zobaczył dwie żółte kartki, ale drugą z nich arbiter po obejrzeniu jego faulu na Hernandezie mu anulował, by chwilę później pokazać mu czerwony kartonik za celowe nadepnięcie rywala. Całe zamieszanie z trybun wyglądało zabawnie, ale też trochę irytująco. I chyba tak podziałało na grających od 77. minuty w osłabieniu legionistów, bo rzucili się do ataku i stworzyli więcej bramkowych okazji, niż przez wcześniejsze osiemdziesiąt minut. Ostatecznie Cracovia przetrzymała ten napór i wygrała na Łazienkowskiej po raz pierwszy od 68 lat. W obecnym sezonie było to jej szóste zwycięstwo z rzędu, ale trzeba uczciwie przyznać, że zespół Probierza był lepszy i wygrał jak najbardziej zasłużenie, dając czytelny sygnał, że zamierza nie tylko bić się o dające utrzymanie miejsce w grupie mistrzowskiej, lecz także włączyć się do rywalizacji o prawo gry w europejskich pucharach.

W obozie legionistów najgorzej porażkę zniósł chyba trener Sa Pinto, bo po meczu zachował się jak ostatni gbur, nie podając ręki szkoleniowcowi Cracovii, co wychwyciły telewizyjne kamery. Pytany o ten incydent Michał Probierz uciął sprawę krótkim stwierdzeniem – „Najlepszym komentarzem jest cisza”. Portugalczyk natomiast tłumaczył się, że ponoć przed meczem doświadczył podobnie niemiłego gestu od Probierza i dlatego nie przyjął podanej przez niego ręki po meczu. Nie był to pierwszy taki nieelegancki wybryk tego trenera, ale uczenie go kultury i szacunku dla innych to chyba zbędny trud, albowiem sądząc po wynikach oraz żenującym poziomie sportowym zespołu Legii, ma on raczej niewielkie szanse dotrwać do końca tego sezonu.

Gol Błaszczykowskiego po 13 latach

Druga część Krakowa, ta kibicująca Wiśle, też miała powody do radości, bo ich ulubieńcy wygrali ze Śląskiem co prawda tylko 1:0, ale zwycięskiego gola strzelił dobrodziej klubu i jego największa obecnie gwiazda Jakub Błaszczykowski. 105-krotny reprezentant Polski ostatniego gola dla Wisły Kraków przed wyjazdem do Bundesligi strzelił 11 listopada 2006 roku w wygranym 4:2 meczu ligowym z GKS Bełchatów. Na strzelenie kolejnego musiał czekać 4482 dni. 33-letni skrzydłowy „Białej Gwiazdy” zdobył zwycięską bramkę pewnie wykorzystując w 40. minucie rzut karny. Było to jego czwarte w ogóle trafienie dla krakowskiego zespołu – przed podpisaniem kontraktu z Borussią Dortmund zaliczył w Wiśle 64 występy, a do trzech goli dorzucił 15 asyst.

Dzięki wygranej wiślacy utrzymali dziewiątą lokatę w tabeli, ale mają nieznaczną stratę do pięciu ostatnich drużyn w grupie mistrzowskiej – Cracovia i Lech wyprzedzają ich o jeden punkt, Pogoń i Piast o dwa, a kielecka Korona o trzy punkty. Już w następnej kolejce ta kolejność może ulec odwróceniu.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia trzyma poziom

Lechia Gdańsk utrzymała pozycję lidera wygrywając 2:1 z Pogonią Szczecin. Bramkę na wagę trzech punktów zdobył Flavio Paixao, dla którego była to 13. bramka w tym sezonie. Porażkę poniósł Lech Poznań, który stracił trzecią lokatę na rzecz Jagiellonii Białystok.

Lechia nie rozegrała może wielkiego spotkania i na tle kombinacyjnie grających graczy Pogoni wypadła nawet optycznie gorzej, lecz fakty są w oczywisty sposób korzystne dla ekipy trenera Piotra Stokowca – komplet punktów powędrował na ich konto i pozwolił Lechii utrzymać przewagę nad ścigającymi ją w tabeli zespołami Legii, Lecha i Jagiellonii. Zwycięskiego gola strzelił niezawodny Flavio Paixao. Portugalczyk z 13. trafieniami jest teraz liderem klasyfikacji strzelców, ale drugi na liście Hiszpan Igor Angulo (12 goli) mecz rozegra dopiero poniedziałek, bo tego dnia Górnik Zabrze zmierzy się z przebudowaną ekipą Wisły Kraków.

Nerwowo zrobiło się natomiast w Poznaniu po porażce Lecha z Zagłębiem Lubin (1:2). „Kolejorz” prowadził już 1:0 i miał przewagę, ale przez błędy obrońców najpierw stracił prowadzenie, a w doliczonym czasie gry samobójczego gola strzelił Nikola Vujadinović, czym wywołał furię u trenera Adama Nawałki. Porażka kosztowała poznańską ekipę utratę trzeciego miejsca w tabeli, które ich kosztem zajęła Jagiellonia Białystok. Zespół Ireneusza Mamrota bez większego trudu rozbił na wyjeździe Miedź Legnicę 3:0.

Powody do zadowolenia mają kibice Cracovii, którzy zawiesili bojkot i na mecz z Piastem stawili się w liczbie blisko sześciotysięcznej. Zespół „Pasów” wygrał 2:1 i było to jego piąte z rzędu ligowe zwycięstwo. Cracovia dzięki zdobytym punktom awansowała na ósme miejsce wypychając z grupy mistrzowskiej lokalną rywalkę Wisłę Kraków. Być może tylko do poniedziałku, bo wiślakom w spotkaniu z Górnikiem wystarczy remis, żeby odzyskać utraconą pozycję.

Minorowe nastroje zapanowały natomiast w Sosnowcu, bo przebudowany gruntownie w przerwie zimowej zespół przegrał we Wrocławiu ze Śląskiem 0:2 i nie zmniejszył dystansu dzielącego go od zespołów zajmujących miejsca niezagrożone degradacją, wśród których jest też wrocławska drużyna dowodzona od stycznia przez czeskiego trenera Vitezslava Lavickę. Cudzoziemskich szkoleniowców ma w tej chwili siedem zespołów ekstraklasy – oprócz Śląska jeszcze Zagłębie Sosnowiec (Litwin Valdas Ivanauskas), Zagłębie Lubin (Holender Ben van Dael), Pogoń Szczecin (Niemiec Kosta Runjaić), Korona Kielce (Niemiec Gino Lettieri), Wisła Płock (Hiszpan Jose Antonio Vicuna) i Legia Warszawa (Portugalczyk Ricardo Sa Pinto). Dwaj ostatni zmierzyli się w niedzielę w bezpośredni pojedynku.

 

Legia wietrzy szatnię

Zespoły naszej ekstraklasy, oczywiście za wyjątkiem rozpadającej się Wisły Kraków, rozpoczęły przygotowania do rundy wiosennej. Piłkarze broniącej tytułu Legii Warszawa pojechali wykuwać formę do Portugalii, czyli ojczyzny obecnego trenera „Wojskowych” Ricardo Sa Pinto. Jego pozycja na Łazienkowskiej staje się coraz mocniejsza.

Na Łazienkowskiej w przerwie zimowej też sporo się działo, ale były to normalne kadrowe ruchy jakie zwykle odbywają się w klubach w przerwach między rozgrywkami. Ponieważ trener Sa Pinto skutecznie opanował kryzys formy, jaki dopadł legionistów pod niezbyt udolnymi rządami chorwackiego trenera Deana Klafuricia, zaskarbił sobie zaufanie właściciela stołecznego klubu Dariusza Mioduskiego i ustawia teraz zespół wedle swojego uznania.

Bez litości dla zawodzących

Pinto przejął drużynę tuż przed rewanżowym meczem z luksemburskim F91 Dudelange i po nim natychmiast skreślił piłkarzy, którzy go zawiedli. Blisko połowa drużyny, która pojawiła się na boisku w tamtym spotkaniu, dzisiaj wypadła na margines – Arkadiusz Malarz, Michał Pazdan, Chris Philipps, Krzysztof Mączyński i Jose Kante. Malarz został odsunięty od gry w trakcie sezonu, gdy jego pozycję najpierw zajął Radosław Cierzniak, a potem Radosław Majecki. 38-letni golkiper był rozgoryczony degradacją w klubowej hierarchii, bowiem w poprzednich sezonach uznawano go za jednego z najlepszych graczy Legii, ale praw biologii nie zmieni.

Pazdan po słabym meczu z Dudelange dostał szansę w ligowym meczu z Cracovią, gdzie już po 12 minutach zarobił czerwoną kartkę, czym tak poirytował Sa Pinto, że Portugalczyk od tamtej pory wystawił go jedynie w dwóch meczach Pucharu Polski. Pazdan dostał zgodę na odejście z Legii, miał nawet jakieś oferty z powiatowych tureckich klubików, ostatecznie je odrzucił i pojechał na zgrupowanie do Portugalii. Philipps w meczu z Dudelange został zmieniony już po 45 minutach i kolejny raz na boisku pojawił się dopiero po czterech miesiącach, a Mączyński po przyjściu Andre Martinsa został przesunięty do drużyny rezerw.

Z kolei Kante spadł w hierarchii napastników nie tylko za Carlitosa, lecz także Sandro Kulenovicia oraz wracającego do zdrowia Jarosława Niezgody. W Legii nie ma już natomiast Chorwata Eduardo da Silvy, który przeciwko Dudelange wszedł z ławki rezerwowych i nic nie pokazał.

Odstrzał reprezentantów Polski

Wśród 26 zawodników, których zabrał na zgrupowanie w Portugalii, nie znalazł się też Tomasz Jodłowiec, którego wypożyczenie do Piasta Gliwice dobiegło końca i wrócił do „Wojskowych”, z którymi wiąże go jeszcze półtoraroczny kontrakt. To kolejny niedawny reprezentant Polski, którego nie chce w Legii Sa Pinto, a przecież Jodłowiec był podstawowym graczem biało-czerwonych podczas Euro 2016, ale portugalski trener chyba nie ma uprzedzeń, skoro przywrócił do łask pomiatanego wcześniej Artura Jędrzejczyka.

Nowych graczy szuka jednak na razie głównie wśród rodaków, więc jakoś specjalnie nie różni się od innych cudzoziemskich trenerów w Legii. Do sprowadzonego jeszcze latem Aandre Martinsa oraz grającego w warszawskim klubie już wcześniej Cafu, dołączyli niedawno Luis Rocha i Salvador Agra. Niestety, są to piłkarza nieznani i o umiejętnościach póki co nierozpoznanych. Ale portugalska kolonia w Legii liczy już czterech zawodników i niewykluczone, że jeszcze się powiększy.

Zobaczmy jak wygląda wybrana przez Sa Pinto kadra Legii: bramkarze – Radosław Majecki, Radosław Cierzniak, Cezary Miszta; obrońcy: Michał Pazdan, Inaki Astiz, Mateusz Wieteska, Adam Hlousek, Paweł Stolarski, William Remy, Artur Jędrzejczyk, Luis Rocha; pomocnicy – Domagoj Antolić, Michał Kucharczyk, Marko Vesović, Dominik Nagy, Kasper Hamalainen, Andre Martins, Cafu, Miroslav Radović, Sebastian Szymański, Salvador Agra, Mateusz Praszelik, Michał Karbownik; napastnicy – Carlitos, Jarosław Niezgoda, Sandro Kulenović.

Zwycięzcy się nie osądza

Stołeczny klub szuka też wzmocnień wśród polskich piłkarzy. Jak podał katowicki „Sport”, jego działacze zaproponowali Górnikowi Zabrze transakcję wymienną, oferując za 21-letniego Szymona Żurkowskiego czterech „odstrzelonych graczy” (Malarz, Kante, Jodłowiec, Mączyński) oraz pewną kwotę na dokładkę. Szefowie zabrzańskiego klubu jednak tę ofertę odrzucili, chociaż zespołowi grozi spadek i wsparcie czterech doświadczonych graczy byłoby bezcenne, może nawet cenniejsze, niż spodziewane cztery miliony euro z zagranicznego transferu Żurkowskiego.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że polityka transferowa Legii w ostatnich latach to więcej niż loteria. Jak ustalił portal Legionisci.com aż 15 z 26 pozyskanych w ostatnich dwóch latach piłkarzy okazało się nieprzydatnych. Na liście transferowych niewypałów znaleźli się: Daniel Chima Chukwu, Tomasz Necid, Hildeberto, Armando Sadiku, Krzysztof Mączyński, Cristian Pasquato, Eduardo da Silva, Chris Philipps, Mauricio, Vjaczeslavs Kudrjavcevs, Jose Kante, Łukasz Moneta, Vamara Sanogo, Brian Iloski, Mikołaj Kwietniewski. Trenera Sa Pinto trudno teraz krytykować za podejmowane decyzje personalne, bo odkąd przejął drużynę Legia przegrała zaledwie dwa spotkania.

 

Legia w odwrocie

W 6. kolejce swoje mecze przegrały wszystkie cztery drużyny, które skompromitowały nasz klubowy futbol w tegorocznych kwalifikacjach europejskich pucharów. Największą klęskę poniosła chyba Legia, która u siebie przegrała z Wisłą Płock 1:4.

 

Sierpień nie jest udanym miesiącem dla piłkarzy Legii Warszawa. Najpierw skompromitowali się odpadając w III rundzie kwalifikacji Ligi Europy z luksemburskim zespołem, czego wcześniej nie doświadczył żadna polska drużyna klubowa, a w miniony weekend w 6. kolejce ekstraklasy stołeczny zespół w derbach Mazowsza został rozgromiony na własnym stadionie przez Wisłę Płock 1:4. Ta porażka była podwójnie bolesna, bo „Nafciarze” w tym sezonie wcześniej nie wygrali ani jednego spotkania i tkwili na dnie ligowej tabeli, więc klęska z takim słabeuszem była równie upokarzająca jak z mistrzem Luksemburga. Jeszcze większym upokorzeniem był rozmiar porażki.

Legioniści po raz ostatni stracili cztery gole na własnym stadionie 16 września 2001 roku, przegrywając ze Śląskiem Wrocław 3:4 , ale ostatni raz wynikiem 1:4 na Łazienkowskiej ulegli w listopadzie 1972 roku, czyli blisko 46 lat temu. Nic dziwnego, że właściciel Legii i zarazem jej prezes Dariusz Mioduski uciekł z loży po drugim golu dla Wisły Płock. Jego cierpienie nie powstrzymało jednak rozsierdzonych klęską kibiców stołecznej drużyny przed skandowaniem obelg i haseł nawołujących do oddania klubu w inne ręce.

Sportowa degrengolada Legii jest widoczna także w zespole rezerw, który u siebie w trzecioligowej potyczce z Olimpią Zambrów przegrał 0:4. Chyba jedyną osobą w warszawskim klubie wierzącą w rychłe odrodzenie zespołu jest jego trener Ricardo Sa Pinto. Po klęsce z Wisłą Płock portugalski szkoleniowiec wziął winę na siebie i zapewniał, że będzie lepiej. „Pracowaliśmy ciężko w ciągu tygodnia z nadzieją, że zagramy dobry mecz. Widziałem w moich zawodnikach ogromną motywację, ale coś poszło nie tak. Pierwsza połowa była decydująca, bo nam brakowało agresji i organizacji gry, a przeciwnik wykorzystał wszystkie nasze słabsze strony. Wynik jest wyższy niż zasługiwała na to Wisła. Musimy zaakceptować ten wynik i oczekiwać na Legię taką, jaką chcielibyśmy oglądać. Za porażkę z Wisłą tylko ja jestem odpowiedzialny, bo to trener odpowiada za każdy wynik. Mogę jednak zapewnić, że ta drużyna będzie walczyć o mistrzostwo Polski. Zaczynamy od zera” – podsumował Sa Pinto.

Kiepskie nastroje, choć nie tak kiepskie jak w Legii, panują też w Lechu Poznań, Jagiellonii Białystok i Górniku Zabrze, bo te zespoły także przegrały swoje mecze. Wesoło jest za to w Gdańsku, bo Lechia po sześciu kolejkach została nieoczekiwanie liderem rozgrywek. Przed sezonem chyba nikt takiej sytuacji nawet w tym klubie nie zakładał. Taka liga…

 

Legia jest teraz portugalska

Portugalczyk Ricardo Sa Pinto został nowym trenerem Legii Warszawa. To już czwarty szkoleniowiec, który w tym roku będzie sposobił do gry piłkarzy stołecznego klubu. Podpisał trzyletni kontrakt, ale wątpliwe by dotrwał w Legii do końca umowy.

 

Sa Pinto podpisał z mistrzami Polski trzyletni kontrakt. Na stanowisku pierwszego trenera Legii zastąpił Serba Aleksandara Vukovicia, który tymczasowo prowadził zespół po zwolnieniu z posady chorwackiego szkoleniowca Deana Klafuricia. Pod wodza Vukovicia legioniści zremisowali 0:0 z Lechią Gdańsk, przegrali w 3. rundzie kwalifikacji Ligi Europy z luksemburskim F91 Dudenlage (1:2) oraz dość nieoczekiwanie pokonali na wyjeździe niepokonanego w tym sezonie w ekstraklasie Piasta Gliwice 2:1. 45-letni Portugalczyk zadebiutuje w roli trenera Legii już w czwartek, w rewanżowym meczu z F91 Dudenlage, miał zatem niewiele czasu na poznanie możliwości poszczególnych piłkarzy i całej drużyny. Mimo to jest całkiem możliwe, że zestawiony przez niego ad hoc zespół pokona półzawodowców z luksemburskiej drużyny i awansuje do 4. rundy kwalifikacji LE.

Jeśli jednak Legia pod wodzą Sa Pinto odpadnie, stołeczny zespół czeka kolejna rewolucja i fala związanych z tym konfliktów. Nieuniknionych, bo portugalski trener znany jest ze swoich dyktatorskich zapędów. Nie zagrzał przez to długo miejsca m.in. w Sportingu Lizbona (którego prowadził przeciwko Legii w 2012 roku), Belenenses (grał z Lechem Poznań w fazie grupowej Ligi Europy w 2015 roku), Crvenej Zvezdy Belgrad, a ostatnio Standardu Liege. Od 2012 roku zdążył poprowadzić już osiem zespołów, a Legia jest jego 9 klubem w niezbyt długiej trenerskiej karierze. Sa Pinto ściągnął do Warszawy swoich ludzi – asystentem został 39-letni Rui Mota, trenerem bramkarzy Ricardo Pereira, a trenerem przygotowania fizycznego 38-letni Guilherme Gomes. A zatem po erze bałkańskich rządów na Łazienkowskiej nastała era rządów Portugalczyków. Właściciel Legii Dariusz Mioduski nie przestaje zadziwiać.

Tymczasem na czele tabeli Lotto Ekstraklasy rozsiadł się z kompletem punktów Lech Poznań. Niezwyciężony w rodzimej lidze „Kolejorz” w kwalifikacjach Ligi Europy przegrał pierwszy mecz z KRC Genk 0:2 i choć w rewanżu gra u siebie, ma iluzoryczne szanse na awans. Podobnie jak Jagiellonia Białystok, która u siebie przegrała z innym belgijskim zespołem KAA Gent 0:1 i w czwartek zapewne odpadnie z rywalizacji. Pokonane w europejskich pucharach nasze trzy eksportowe zespoły w 4. kolejce łatwo uporały się z krajowymi rywalami. To najlepszy dowód sportowej słabości polskiej ligi.

 

Zestaw par 5. kolejki

Piątek: Cracovia – Zagłębie Lubin, godz. 18:00; Miedź – Korona, 20:30. Sobota: Wisła Płock – Arka, 18:00; Górnik – Lechia, 20:30. Niedziela: Legia – Zagłębie Sosnowiec, 15:30; Jagiellonia – Piast, 18:00; Lech – Wisła Kraków, 18:00. Poniedziałek: Śląsk – Pogoń, 18:00.