Pokampanijne refleksje

Każdy wynik wyborczy zasługuje na pogłębioną analizę i refleksję. Przede wszystkim ten, który jest poniżej oczekiwań. Wynik wyborczy Roberta Biedronia jest poniżej oczekiwań członkiń i członków SLD, ludzi lewicy, a na końcu poniżej oczekiwań moich i samego Roberta Biedronia.

Wiele osób uważa, że skoro po wyborach Lewica niezbyt chętnie komentuje wyniki I tury wyborów prezydenckich to znaczy, że niewiele ma do powiedzenia, albo jest ślepa na ich wyniki. Nie jest tak, że nie ma żadnych krytycznych refleksji, po wyborach, po pierwszej turze. Owszem są, i to całkiem sporo, a z czasem na pewno zostaną one pogłębione. Pomimo, że na profesjonalne analizy i opinie jeszcze przyjdzie czas, to o kilku sprawach powiem już teraz.

Po pierwsze: zwłoka

Po pierwsze, zaczęliśmy źle. Zbyt długo zwlekaliśmy zarówno z podjęciem jak i poinformowaniem opinii publicznej o decyzji, kto będzie startował na Prezydenta. Trzeba z tego wyciągać wnioski na przyszłość – np. jeśli Rafał Trzaskowski zostanie Prezydentem RP, to trzeba będzie szybko i sprawnie przeprowadzić proces decyzyjny, co do kandydata Lewicy na Prezydenta Warszawy.

Po drugie, odnoszę też wrażenie, że Lewica parlamentarna, w momencie, kiedy weszła do Sejmu, podświadomie uznała, albo niektórzy z jej przedstawicieli uznali, że właściwie najważniejsze się stało – wróciliśmy do Sejmu. Wyczuwalne było przekonanie, że wybory Prezydenckie są na pewno ważne, ale generalnie rzecz biorąc, wiele osób z nas nie czuło, że są najważniejsze. . Najważniejsze, to wrócić do Sejmu, a to się stało. Myślę, że w głowach wielu z nas było to błędne założenie. Przecież w polityce trzeba potwierdzać swoją wartość przy każdej okazji. Przecież, w polityce każde wybory są ważne, a najważniejsze te, które były ostatnie.

Polaryzacja, sezonowa nowość i Konfederacja

Pojawiła się teza, że wynik wyborczy Roberta Biedronia, ale również Władysława Kosiniaka-Kamysza, jest efektem polaryzacji sceny politycznej. Nie jest to w pełni prawdziwa teza, gdyż w ostatnich wyborach zawsze pojawiały się dwa czynniki: polaryzacji i nowości na scenie politycznej. Polaryzacja PiS-PO i elektorat, który szuka miejsca dla siebie: nowości, niezależności, chce głosować na te osoby, których jeszcze nie było w polityce. To był w pewnej chwili elektorat Palikota, Petru, później Kukiza, a także w początkowej fazie Wiosny.

Jednak, ta analiza nie wyjaśnia wszystkiego, bo przecież był Krzysztof Bosak. Kandydat skrajnej prawicy wybronił swoje 6 %. Czyli on jako kandydat i jego struktury potrafiły „przytrzymać” elektorat, ten, który swego czasu głosował na Konfederację.

Premia za jedność

Pamiętajmy, że gdy startowaliśmy w wyborach parlamentarnych, to realia były takie, że był ogromny głód lewicy. Głód zupełnie różnych, ale jednoznacznie lewicowych haseł. Były więc 3 partie lewicowe i 3 tenorów. To pokazało synergię Lewicy. Wyborca SLD mógł pomyśleć, że nie pasuje mu Biedroń, ale jednak program jest spójny więc zagłosuję na Lewicę. I tak samo wyborca Razem, myślał: mogę nie lubić Czarzastego, ale jednak jest tam Zandberg, który w jego oczach był gwarantem lewicowych społecznie haseł. A w tych wyborach siłą rzeczy był wyłącznie jeden kandydat. To nie do końca przekonało naszych wyborców, tzn. ludzi, którzy w 2019 roku zagłosowali na Lewicę i na lewicową wizję Polski, której gwarantem są właśnie zarówno Biedroń, jak i Zandberg czy Czarzasty.

Dużo osób do mnie dzwoni i pisze przekonując, że Robert w tych wyborach, był nie do końca sobą. A Lewica była nie do końca prawdziwą Lewicą – starała się być fajniejszą wersją Platformy Obywatelskiej – a przecież PO to jest inna partia, inni ludzie, inne wartości. Trzeba to wziąć pod uwagę. Musimy pamiętać, że Lewica, to jest system wartości socjalnych, wolnościowych, związanych z państwem świeckim, prawami kobiet, ale także patriotycznych – związanych z prawdziwą, niezakłamaną historią naszego kraju. Myślę, że chwilami ludzie mogli odnieść wrażenie, że nasz program, program Roberta, nie przedstawiał wszystkich tych wartości, że zapomnieliśmy o tych wartościach, a co za tym idzie nasz przekaz był niewystarczająco lewicowy. Nie podzielam w pełni tego wniosku. Program wyborczy Roberta zawierał w sobie lewicowe postulaty zarówno SLD jak i partii RAZEM i WIOSNA. Aby to sprawdzić, wystarczy wejść na stronę Roberta i jego konferencje z propozycjami wyborczymi. Z pewnością powinniśmy jednak wyciągnąć z tego wnioski, aby w przyszłości lepiej wyważyć akcenty stawiane w kampanii wyborczej, aby nie było wrażenia, że nie interesuje nas gospodarka czy rolnictwo, a jedynie sprawy światopoglądowe.

Ewidentnie chwilą załamania tej kampanii był moment ogłoszenia pandemii, kiedy koronawirus zaczął być postrzegany jako realne zagrożenie. Są sztaby i partie, które poradziły sobie lepiej i były takie, które poradziły sobie gorzej. Na pewno też przeanalizuje kwestie związane z funkcjonowaniem sztabu, aby w przyszłości wystrzec się popełnionych błędów. Niestety w trakcie pandemii kampania Biedronia nie potrafiła dotrzeć do elektoratu z przekonującym przekazem. Brutalnie mówiąc wykorzystać tego momentu, tak jak inne partie by dotrzeć do ludzi. Przypominam, że to był czas kiedy Lewica i jej kandydat miały 12%.

Gdzie poszli nasi wyborcy?

Po pierwsze 1 mln wyborców Lewicy zagłosowało na Rafała Trzaskowskiego. Ja analizuję to w sposób prosty, chociaż, dokonamy w tej sprawie oczywiście głębszej analizy na podstawie zleconych badań. Mianowicie mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które nazywam syndromem Andrzeja Rozenka, z czasów kiedy startował w wyborach na Prezydenta Warszawy. Andrzej dostał wtedy, jako kandydat do Rady Miasta, z okręgu śródmieście 5000 głosów, natomiast z tego samego okręgu, na niego, jako na kandydata na Prezydenta miasta, zagłosowało jedynie 1300 osób. Czyli wyborca postanowił poprzeć Rozenka do Rady Miasta, ale jednocześnie w wyborach prezydenckich zagłosował na Trzaskowskiego, przerażony wizją prezydenta Jakiego. W tym roku sytuacja się powtórzyła.
Pół miliona naszego elektoratu, poszło do Szymona Hołowni. Czyli do tego, który nigdy nie rządził, który mógł obiecać wszystko, tego który zbierał ten antyestablishmentowy elektorat i mówił „jak przyjdę ja, to wreszcie będzie dobrze”. Z tym elektoratem, oczywiście go w pełni szanując, jest tak, jak z cieniem wiatru, przylatuje, odlatuje. Zmienia zdanie, szuka swojego miejsca i szuka swojego miejsca przy osobach, które w danym momencie najbardziej są dla tego elektoratu wiarygodne. Tak jest z Hołownią. Nie chcę się zajmować jego przyszłością, ale znamy los wszystkich partii, które się na takim antypartyjnym przekonaniu budowały.

Biedroń to nie Ogórek

W jednej kwestii muszę przyznać, że jestem zadziwiony. Zadziwiony głosami porównującymi Roberta Biedronia i Magdalenę Ogórek. Niezależnie od wyników procentowych jest to bardzo mocno krzywdzące i dla Lewicy i dla Roberta. Abstrahując od drogi życiowej i politycznej, Robert jest człowiekiem, który był posłem, jest europosłem, był prezydentem Słupska, od kilkunastu lat był i jest działaczem o prawa mniejszości, w tym osób LGBT. Ma swoją historię. Ma bardzo precyzyjny zarówno życiorys jak i poglądy. Jest człowiekiem Lewicy. Jest człowiekiem bardzo wartościowym. Dlatego bardzo nieuczciwe jest porównywanie tych dwóch postaci. Ale tym, którzy jednak je porównują, powiem taką rzecz: miejcie w sobie trochę refleksji. Za Roberta nie będziemy się wstydzić i się nie wstydzimy, za Roberta nie będziemy nigdy przepraszać. Bo jest człowiekiem takim samym, jeśli chodzi o wartości, o lewicowość jak my. Nie spodziewam się, że Robert zmieni poglądy i zacznie pracować w jednym albo drugim medium.
A za Panią Ogórek przepraszaliśmy i się wstydzimy do dziś. Druga zasadnicza spawa jest taka, że po tej haniebnej bzdurze, którą zrobiliśmy z Magdaleną Ogórek, wypadliśmy z Sejmu. Bo jedną z głównych konsekwencji wystawienia Magdaleny Ogórek było właśnie to, że wypadliśmy z Sejmu. Przypomnę wszystkim tym, którzy bardzo łatwo o tym zapomnieli, że m.in. dzięki Biedroniowi, do tego Sejmu pół roku temu wróciliśmy.

Przepraszam i dziękuję

Kto jest za to wszystko odpowiedzialny? Takie pytanie będą, a w zasadzie już się pojawiają.

Jak ja to widzę? Każdy musi ocenić swoją rolę. Ja jestem za to odpowiedzialny. Dlatego, że jestem politykiem doświadczonym, dlatego że mogłem podejmować inne decyzje. Mogłem zwracać uwagę na to, czego widocznie nie zauważyłem, a jeżeli nie zauważyłem, to jest to wynik mojego braku oceny sytuacji. Nie będę szukał gdziekolwiek indziej odpowiedzialności.

Przy całej analizie dlaczego tak mało osób zagłosowało na Roberta, nie chciałbym zapomnieć o podziękowaniach dla tych, którzy na niego zagłosowali – bardzo Wam dziękujemy jako cała Lewica i mamy nadzieję, że zostaniecie z nami do kolejnych wyborów.

Przepraszamy tych, którzy na nas nie zagłosowali, bo coś zrobiliśmy źle sprawiając, że odwrócili się od nas w tych wyborach. Nie szukam winnych. Uważam, że bardzo dużą część odpowiedzialności powinienem wziąć na siebie – więc to robię, w sposób jasny i precyzyjny.
Na koniec podsumowania kampanii, chciałem tylko dodać, żeby wszyscy hejterzy i niedowiarki włożyli między bajki tezę, że gdyby nie Biedroń, a inna osoba kandydowała, to wynik byłby inny, lepszy. Nie wiem, czy byłoby lepiej czy gorzej. Najważniejsze jest to, że była osoba, która chciała kandydować, która reprezentowała te wszystkie wartości, w które wierzymy na Lewicy i której chcieliśmy pomagać.

Kongres Lewicy

Pytanie jest co dalej. Dalej będzie walka polityczna, normalna walka polityczna. W życiu zanotowałem wiele sukcesów i wiele upadków. Upadki bolą, z sukcesów się cieszyłem. Jesteśmy sumą naszych doświadczeń dlatego mogę o tym mówić ze spokojem. Miałem czas, aby to przemyśleć, i wiem, że Biedroń jest dla nas ważny. Tak samo jak wszyscy liderzy na Lewicy. Biedroń pokazuje system wartości i przesuwa granice dyskursu politycznego w Polsce. Nikt już się w Polsce nie będzie dziwił, że gej był kandydatem na prezydenta. Nikt w Polsce już się nie będzie dziwił, że zostały złożone w trakcie tej kampanii projekty ustaw dotyczące równości małżeńskiej. Nikt już nie będzie się dziwił, że Lewica to nie tylko sprawy socjalne, ale także sprawy związane z systemem wartości, z przestrzeganiem Konstytucji i praworządności. I to mamy dzięki niemu i za to mu dziękuję.

Podkreślę jeszcze raz, Biedroń, Zandberg i Czarzasty są tak samo ważni dla Lewicy. Razem tworzymy jej spójną wizję.

Teraz przyszłość. Na jesieni zwołamy Kongres Lewicy, który pokaże jak wygląda świat i Polska po pandemii. W trakcie pandemii ludzie najmniej zabezpieczeni ekonomicznie najbardziej odczuli jej skutki i my chcemy przeanalizować i pokazać, co zrobić, aby to się nie powtórzyło. Odbędziemy dyskusje na temat lewicowej wizji państwa, które, nie wtrąca się w życie obywateli, ale pomaga im, gdy jest taka potrzeba.

Na jesieni odbędzie się także Kongres zjednoczeniowy SLD i Wiosny. Pandemia z przyczyn formalnych przesunęła nasz kalendarz polityczny. Jest to dla nas niezmiennie istotne, ponieważ wiele nas łączy a przede wszystkim mamy wspólna wizje Polski.

Co dalej z wyborami prezydenckimi?

Nikt nie będzie szantażował ludzi lewicy, co maja z wyborami zrobić i na kogo zagłosować. My sami potrafimy dokonać wyboru i podejmować decyzje. Tak jak zawsze mówiłem, nigdy nie zagłosuję na PiS i Dudę – uważam ich za władzę łamiącą Konstytucję, która powinna zostać postawiona przed Trybunałem Stanu. Rafał Trzaskowski, niestety nie reprezentuje moich poglądów: ani nie będzie dbał o prawa mniejszości, ani nie zliberalizuje ustawy o przerywaniu ciąży, ani nie zrobi porządku z przywilejami kleru, ani nie zadba o najuboższych. Ale zagłosuję na Trzaskowskiego, bo w walce o przyszłość Polski jego wizja daje szansę na normalność. Wierzę, że jego prezydentura przyczyni się do dekonstrukcji złej władzy PiS-u.

Szanuję uwagi krytyczne. Jednocześnie wiem, że w czasach przesileń politycznych z jam wychodzą mali ludzie, którzy są specjalistami od wielkich wizji. Zwykle zapominają o tym, że Lewica jest w Sejmie – bo się z tego nigdy nie cieszyli. I wiem, że po dwóch tygodniach do jam wracają. A my musimy iść do przodu. Aby zakończyć jednak pozytywnym akcentem najnowsze badania poparcia dla partii politycznych pokazują, że nie ma przełożenia między wynikiem Biedronia a poparcie dla Lewicy.

Lewica była, jest i będzie. Jesteśmy i będziemy w Waszych miastach i powiatach. Jesteśmy i będziemy w Sejmie. Będzie reprezentować Wasze wartości. Będziemy bronić Waszych interesów. Dostaliśmy lekcję, ale wyciągniemy z niej wnioski. Mamy twardą skórę. Nie cofniemy się w walce o lepszą Polskę.

Jak kompromitujący jest wynik Biedronia?

Biedroń niewątpliwie miał potencjał, ale poległ z kretesem.

Niecałe 2,5 proc. głosów dla kandydata CAŁEJ lewicy mówi z jednej strony o tym, że kandydatura Roberta Biedronia nie była tak uniwersalnie lewicowa, jak tego oczekiwano, a z drugiej – każe się zastanowić nad kondycją polskiej lewicy. Być może po raz kolejny zgubiła ją wiara w siłę nazwiska, które wystawia? A może znów straciła czujność po tym, jak w październikowych wyborach udało się jej wprowadzić do Sejmu 49 posłów i posłanek? To miał być początek odbudowy jej siły politycznej, a nie powód do tego, by spocząć na laurach.

Robert Biedroń w trakcie kampanii sprawiał wrażenie niezbyt zdeterminowanego, choć jak zwykle był uroczy, zachowywał i wypowiadał się poprawnie, uśmiechał się szeroko i chętnie pozował do selfie ze swymi fanami i fankami.

Po poznaniu wstępnych, szokująco niskich wyników, nieco zawstydzony nieporadnie wyrzucał z siebie nieznaczące frazesy o tym, że czasem się wygrywa a czasem przegrywa, a lewica ma piękne wartości o które warto się bić.

Tylko kto ma się o nie bić? Bo wynik Biedronia wskazuje jasno, że nie udało mu się porwać wyborców i wyborczyń nawet do postawienia krzyżyka przy jego nazwisku. O jakiej walce ideologicznej może więc tu być mowa?
Absolutnym zwycięzcą tej kampanii pozostaje z pewnością Szymon Hołownia, który – jak się wydaje – podebrał sporą część wyborców Biedroniowi. Jest w podobnym wieku, część postulatów prozwierzęcych i proklimatycznych miał bardzo zbliżoną do programu kandydata lewicy, ale nie wzbudzał takich kontrowersji. Deklarował, że utrzyma tzw. kompromis aborcyjny, chciał rozdziału państwa od Kościoła, mówił o reformie ochrony zdrowia i wsparciu dla osób starszych oraz z niepełnosprawnościami.
Być może w kraju, w którym uniwersalnym „wrogiem publicznym”, którym straszy prawica jest wciąż gender oraz „lobby” LGBT, orientacja seksualna kandydata na prezydenta ma jednak większe znaczenie, niż się spodziewano.

Dla Lewicy wynik Hołowni powinien stanowić ostateczny wake up call – bo oto „katol” zaproponował dość lewicowe postulaty i przekonał Waszych wyborców i wyborczynie skuteczniej, niż Wy.

Być może formalne zjednoczenie polskiej lewicy nie rozwiązuje problemu?
Być może nadal Lewica nie słucha społeczeństwa wystarczająco uważnie.
Wydaje się, że można zaryzykować twierdzenie, że sukces Hołowni polega na tym, że jest dość wyraźnym, przekrojowym odbiciem polskiego społeczeństwa – wciąż silnie katolickiego, ale coraz bardziej otwartego na dialog (i co najważniejsze – na słuchanie drugiej strony) i coraz bardziej świadomego klimatycznie, ekologicznie oraz prawno-zwierzęco.

Nie wszystko stracone

Zanim napiszesz na Fejsbuniu, że wszystko przepadło, a Lewica powinna się samorozwiązać, bo oto faszyści już prawie doszli do władzy, pomyśl, lewicowy wyborco – nie jesteś jedynym wkurzonym i rozczarowanym. Sytuacja, która właśnie się wydarzyła nie powinna być dla ciebie zaskoczeniem, a co więcej – nie jest też niczym szczególnie strasznym.

Wynik Roberta Biedronia jest oczywiście beznadziejny. Kampania, początkowo rachityczna, na końcowym etapie zrobiła się całkiem niezła. Ale nawet gdyby Biedroń był tym fajnopolackim Biedroniem sprzed półtora roku, nową nadzieją, a nie politykiem przede wszystkim zmęczonym i z nadszarpniętą reputacją, nawet gdyby jego kampania, pod dowództwem Dziemianowicz-Bąk, przy stałym wsparciu Zandberga przepełniona byłaby prospołecznymi akcentami, przybijaniem piąteczek z górnikami i przemowami w stylu Luthera Kinga, Biedroń i tak by te wybory przerżnął z kretesem.

28 czerwca porażki, mniej lub bardziej dotkliwe, ponieśli wszyscy kandydaci poza dwójką reprezentantów hegemonicznych partii. Czy ktoś jeszcze pamięta, że jeszcze kilka miesięcy temu Władysław Kosiniak-Kamysz, nazwany przez żonę „tygrysem” szykował się do skoku na drugą turę, gdzie, jak wskazywały sondaże, miał rozszarpać Andrzeja Dudę? Wyborcy PSL widzieli w nim lidera, pierwszego od czasów Pawlaka polityka ludowców, który będzie sprawował najwyższe urzędy w państwie. I co zrobili wyborcy PSL? Uznali, że ważniejsze od rozwoju ich partii jest dodanie otuchy facetowi z dużego miasta, który w sondażach był numerem dwa, najsilniejszym nie-Dudą. Mimo oczywistej klęski, nie sądzę by ktokolwiek z PSL domagał się dymisji Kosiniaka-Kamysza, ani histerycznie wzywał do drastycznych zmian. Oni po prostu wiedzieli, że ich kandydat nie miał szans.

Katolicki showman Hołownia, który po kompromitacji Kidawy-Błońskiej ostrzył sobie zęby na drugą turę, również już kilka tygodni temu dał sobie spokój z walką, wiedząc, ze miejsce na podium i dwucyfrowy wynik ma w kieszeni. Dziś mówi, że to dopiero początek jego historii. Nie panikuje też Bosak, który mimo milionów wpompowanych w budowanie wizerunku i sprawnie przeprowadzonej kampanii opartej na nienawiści i teoriach spiskowych, zdołał jedynie powtórzyć wynik Konfederacji z wyborów parlamentarnych. Ale pewnie i on liczył się z takim rozstrzygnięciem.

Błędem jest postrzeganie pierwszej tury wyborów prezydenckich jako plebiscytu sympatii dla formacji politycznych. Tu zadziałały zupełnie inne emocje, niestety – po raz kolejny te same, Głównym determinantem postaw przy urnach był wybór pomiędzy poparciem dla faworyta obozu władzy a jego głównym konkurentem. Trzaskowski wszedł do gry w idealnym momencie – kiedy społeczeństwo dochodziło do siebie po pandemii. Wykorzystał to dobrze – nie zdążył znudzić sobą elektoratu, zbłaźnić się jak Kidawa, wyborcy KO nie musieli się go wstydzić. Rafałowi Trzaskowskiemu jako jedynemu ze kandydatów udało nie tylko skonsolidować elektorat swojej partii (zrobił to też Duda) ale również przekonać do siebie wyborców innych opozycyjnych ugrupowań.

Robert Biedroń wyglądał na wieczorze wyborczym na zdruzgotanego. Niby się jak zwykle uśmiechał, ale miał łzy w oczach. No cóż, emocje rzecz ludzka, ale czy naprawdę spodziewał się innego rezultatu? Czy na więcej liczył jego sztab? Czy wystawienie Biedronia nie było przypadkiem zagraniem na alibi – rzuciliśmy do boju najbardziej rozpoznawalnego, cóż mogliśmy zrobić więcej? Dlaczego tak długo szukano kandydata? Może nikt nie chciał być tym, który poniesie spodziewaną klęskę? Wreszcie – lewicy wyraźnie brakowało kasy na rozniecenie wyborczego ognia. Brakowało nawet bilboardów.

Za szkodliwe i głupie uważam wygłaszanie apokaliptycznych sądów o śmierci lewicy w Polsce. Socjaldemokraci są w Sejmie, przynajmniej kilkoro posłów błyszczy na tle ponurego politycznego bagna. I nic nie wskazuje na to, by miało nastąpić załamanie jej notowań. Skąd więc ta erupcja autoagresji? Wyborcy lewicy, a tym bardziej jej zaangażowani sympatycy to bardzo specyficzna grupa. Tacy już są – idealistycznie uroczy, żyjący marzeniami najbardziej odległymi, ale też najbardziej krytyczni wobec swoich reprezentantów. Ich kandydat miał najlepszy program i merytoryczną kampanię. To jednak nie była potyczka, w której można było skutecznie powalczyć o realizację tych naszych marzeń. Na to jeszcze będziemy musieli poczekać. Mam pewność co do jednego – nie przybliży ich samobiczowanie.

Na lewo patrz

Szewc Fabisiak ma serce po lewej stronie nie tylko z anatomicznego punktu widzenia. Dlatego też w wyborach prezydenckich poparł lewicowego kandydata.

Wyborcy z sercem po lewej stronie długo nie mieli z tym problemu. Jedynym lewicowym kandydatem był bowiem Robert Biedroń. Natomiast niemal w ostatniej chwili do grona pretendentów dołączył przewodniczący Unii Pracy Waldemar Witkowski. Szewc Fabisiak nie widzi w tym nic zdrożnego uważając, że pluralizmu – także po lewej stronie – nigdy nie za dużo. Szewc Fabisiak jest bowiem zdania, że siła tkwi nie tylko w jedności, ale i w różnorodności, a im więcej wybrzmiało w kampanii lewicowego przekazu, tym lepiej.

Porównując zapowiedzi programowe poszczególnych uczestników wyścigu prezydenckiego szewc Fabisiak doszedł do wniosku, że najbardziej nośne społecznie treści prezentują obydwaj kandydaci lewicowi i do pewnego stopnia Władysław Kosiniak-Kamysz. Przy czym ich oferty odnosząc się do kwestii społecznych równocześnie mieszczą się w szeroko pojętym katalogu lewicowych wartości. A przy tym wyrażały się odwagą w podejmowaniu tematów, które inni ze względów ideowych bądź koniunkturalnych starają się unikać. To właśnie Robert Biedroń w sposób otwarty i jednoznaczny stawia relacje między państwem a Kościołem wskazał na jego nadmierne uprzywilejowanie oraz ciągnięcie środków z państwowej kasy, podczas gdy inni, poza prokościelną i konserwatywną prawica, usiłowali się migać nie chcąc sobie zrazić katolików i sutannowej hierarchii chyba też. To Waldemar Witkowski jako jedyny opowiadał się za możliwością adopcji dzieci przez pary homoseksualne wskazując nie bez racji, że dla dzieci pozbawionych rodziców lepsze jest dorastanie w środowisku kochających się ludzi niż w Domu Dziecka. Szewc Fabisiak rozwija tę myśl, pytając retorycznie dlaczego możliwe jest przykładowo wychowywanie dziecka przez dwie kobiety, z których jedna jest dla niego matką a druga córką a wychowaniem przez dwie kobiety nie powiązane układami rodzinnymi.
Biedroń przebił wszystkich konkurentów postulatem przekazania 7, 2 proc. PKB na służbę zdrowia. Wiadomo, że to nie prezydent o tym decyduje. Jednak może on zgłosić stosowną inicjatywę ustawodawczą pod obrady Sejmu. I wówczas – jak zauważa szewc Fabisiak – sejmowa większość miałaby nielichą myślówę. Przyjąć nie wypada, gdyż oznaczałoby to poparcie dla prezydenta z wrażej opcji a poza tym wpłynęłoby negatywnie na wizerunek formacji rządzącej, która sama na taki pomysł nie potrafiła wpaść. Odrzucić też nie bardzo można skoro nieustannie gardłuje się w temacie socjalnej troski o obywatela i jego rodzinę. Niezręcznie byłby też tłumaczyć się brakiem pieniędzy w budżecie, kiedy prezes NBP mówi o niezliczonej ilości gotówki, gospodarka kwitnie i się dynamicznie rozwija a państwo nie szczędzi kasy na kolejne programy plus o telewizji zwanej publiczną nie wspominając. Podobna sytuacja dotyczyłaby i innych prezydenckich inicjatyw. Dlatego też pisowskiemu blokowi tak zależy na tzw. harmonijnej współpracy między rządem a prezydentem czyli wspólnej i bezkonfliktowej realizacji dyrektyw prezesa. W planach Biedronia znalazł się również rozwój budownictwa mieszkaniowego, co ma na celu nie tylko zapewnienie ludziom, zwłaszcza młodym dopiero rozpoczynającym życie zawodowe, godziwego miejsca na ziemi, lecz także uruchomienie całej machiny innych rodzajów wytwórczości. Szewc Fabisiak przypomina, że przed ponad 20 laty właśnie poprzez wprowadzenie masowego programu mieszkalnictwa Hiszpania wydobyła się z głębokiej zapaści ekonomicznej i radykalnie zmniejszyła poziom bezrobocia.

Z kolei w programie Witkowskiego szewc Fabisiak zwrócił uwagę na trzy elementy. Pierwszy to postulat siedmiogodzinnego dnia pracy. Drugi – rozwój a właściwie odbudowa spółdzielczości. Trzeci – przeorientowanie z USA na Europę. Szewc Fabisiak pamięta, że w czasach tzw. komuny działała prężnie spółdzielczość pracy. Pamięta, że to z całego niemal świata przyjeżdżano do Polski aby zapoznawać się z naszymi doświadczeniami. Dotyczyło to także spółdzielczości studenckiej i uczniowskiej co było ewenementem na skalę światową. W ramach prywatyzacyjnego amoku udupiono spółdzielczość argumentując, iż idea ta zawędrowała do nas ze wschodu, co już w samym swoim założeniu miało ją dyskwalifikować. Tymczasem pierwszą na świecie spółdzielnię założyli brytyjscy tkacze. Komuś najwyraźniej popieprzyły się kierunki geograficzne. Jako zdeklarowany pacyfista i humanista szewc Fabisiak popiera opinię Waldemara Witkowskiego wyrażoną w wywiadzie dla tygodnika PRZEGLĄD o bezsensowności ładowania miliardów dolarów w zakup amerykańskich samolotów F-35, które – jego zdaniem – już wkrótce staną się po prostu bezużyteczne.

Pierwsza tura wyborów prezydenckich pokazała, jak wielu z nas chce większych nakładów na służbę zdrowia, nowych mieszkań dla swoich dzieci, pracować przez siedem godzin czy też nie wyrażać zgody na finansowanie z naszych podatków amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, a ilu dało się wmanipulować w PO-PiSowe salonowe rozgrywki.

Do ludzi Lewicy!

28 czerwca czekają nas historyczne wybory prezydenckie. Polska zdecyduje, czy zrobimy krok naprzód, czy nadal będziemy stać w miejscu, przedłużając rządy prawicy o kolejne długie lata. Od lat ludzie lewicy zmuszani są przez otoczenie do głosowania na jedną lub drugą odmianę konserwatystów. W pierwszej turze nadchodzących wyborów możemy wreszcie powiedzieć: “dość!”.

Przez 15 lat rządów POPiS-u, prawa pracownicze były konsekwentnie ograniczane. Usługi publiczne jak ochrona zdrowia, mieszkalnictwo, czy transport stopniowo popadały w ruinę. Życie emerytów w ogóle się nie poprawia, a emerytom mundurowym siłą odebrano ich prawa i źródło utrzymania. Państwo funkcjonowało w symbiozie z Kościołem Katolickim. Jest tu bez znaczenia, czy wygra Andrzej Duda, Rafał Trzaskowski, czy jakikolwiek inny prawicowy kandydat ubiegający się o stanowisko prezydenta.

Czas z tym skończyć – kandyduję w wyborach prezydenckich ponieważ wiem, że Polsce niezbędna jest głęboka odnowa. Potrzebujemy świeckiego państwa i poszanowania dla Konstytucji. Musimy skończyć z uśmieciowieniem rynku pracy oraz z odbieraniem godności emerytom, szczególnie mundurowym, którzy poświęcili większość swojego życia służbie Polakom i Polkom. Zadbam o to, jako pierwszy od 15 lat lewicowy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej!

Prezentuję państwu kluczowe sprawy, które w mojej ocenie muszą być natychmiast załatwione:

Emerytury mundurowe

PiS obniżył emerytury byłym pracownikom służb mundurowych. To skandal gdy ktoś, kto przez wiele lat ciężko pracował dla Ojczyzny, a ta po latach “odwdzięcza” mu się ona pozbawieniem środków do życia. To jest niesprawiedliwe i niekonstytucyjne. Niestety, prawica sprawiedliwość społeczną utożsamia z pracą dla swoich działaczy w Spółkach Skarbu Państwa, a samą Konstytucję traktuje jak nic nie warty papier. Wcześniej rządy Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego również nie zrobiły nic by za ciężką pracę wynagrodzić godną emeryturą.

Nie ma na to mojej zgody. Zrobię wszystko, by za służbę otrzymywano godną emeryturę, a w Polsce zapanowały rządy prawa.

Armia

Rząd spod znaku Antoniego Macierewicza zapomniał, że w armii niezwykle istotne są morale – a te nie mogą być wysokie, gdy oficerowie Wojska Polskiego z ogromnym doświadczeniem, muszą salutować klakierom ministra. To kolejny przykład obdzierania ludzi z godności. Przez takie nieodpowiedzialne i po prostu głupie zachowanie oficjeli z MON, z wojska odeszło wielu świetnych oficerów, także z doświadczeniem z międzynarodowych misji. To ogromna strata dla Polski i dla naszego bezpieczeństwa, bo to przecież kadra oficerska podejmuje decyzje, za które szeregowi żołnierze mogą zapłacić później życiem.

Jako prezydent skończę z zatrudnianiem w Ministerstwie Obrony Narodowej i Polskiej Grupy Zbrojeniowej partyjnych kolesi, którzy nie mają pojęcia o armii. Postawię na świetnie wyposażone Siły Zbrojne zamiast Wojsk Obrony Terytorialnej, które w obecnym kształcie są jedynie zabawką w rękach rządzących.

Rozdział Państwa od Kościoła

Niedopuszczalne jest to, że po tylu latach nadal nie doprowadzono do rozdziału państwa od Kościoła. Państwo nie powinno finansować Kościoła strumieniem pieniędzy podatników. Kościół powinien płacić takie same podatki jak każde inne przedsiębiorstwo, a ksiądz takie same podatki jak fryzjer czy taksówkarz. Rocznie państwo wydaje na tę instytucję ponad 3 miliardy złotych i to nie licząc przekazywanych nieruchomości. Taka kwota pozwoliłaby co roku budować 10 specjalistycznych szpitali. Niestety kolejne rządy prawicy, najpierw PO-PSL, później PiS, nic z tym nie zrobiły.

Musimy z tym w skończyć! Jako prezydent zlikwiduję Fundusz Kościelny, wprowadzę kasy fiskalne dla księży, wyprowadzę religię ze szkół oraz powołam komisję, która zbada i ukaże winnych przestępstwom pedofilli w Kościele.

Mieszkania

Jarosław Kaczyński z Andrzejem Dudą obiecywali młodym ludziom mieszkania – niestety w miejscach, w których miały powstać, wciąż hula wiatr. Poprzednie rządy też nie budowały. Proponowały za to młodym zmianę pracy i wzięcie kredytu, za to pozwalali zarabiać deweloperom. Ja proponuję milion mieszkań na wynajem zbudowanych przez państwo. Skoro w PRL Polska mogła zapewniać swoim obywatelom i obywatelom dach nad głową to niby dlaczego nie może zrobić tego III Rzeczpospolita, z nieporównywalnie większymi zasobami niż wówczas?

***

Drodzy rodacy! Droga Lewico!

Moją naczelną wartością jest Polska. Pragnę aby była domem ludzi wolnych, równych i solidarnych, aby była państwem sprawiedliwości społecznej. Zwracam się do wszystkich, którzy podzielają moje lewicowe poglądy i cenią sobie szacunek dla porządku konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej.

Skończmy z tym państwem z dykty! Jako prezydent zwiększę nakłady na służbę zdrowia do 7,2 proc. PKB, przywrócę uprawnienia emerytalne dla mundurowych. Zadbam o wielkie inwestycje, ale nie będą to megalomańskie projekty, z których znany jest PiS. Te inwestycje dadzą miejsca pracy i przyczynią się do podniesienia jakości życia milionów Polaków – mieszkania budowane przez państwowego dewelopera, nowoczesne szpitale w każdym powiecie, czysty i dostępny transport publiczny.

W jesiennych wyborach parlamentarnych zrealizowaliśmy wielkie marzenie milionów ludzi lewicy. Po czterech latach lewica wróciła do Sejmu, a po dwunastu do Senatu. Proszę Państwa, abyśmy ponownie pokazali naszą siłę. Pokażmy, że lewicową wizję Polski popierają miliony. Jednoznacznie odrzućmy wizję Polski PiS-owskiej.

Pierwsza tura wyborów prezydenckich nie zdecyduje o pozbyciu się z Pałacu Prezydenckiego Andrzeja Dudy. 28 czerwca możemy głosować sercem. A nie mamy wątpliwości, że kto jak kto, ale Czytelniczki i Czytelnicy „Trybuny” serce mają po lewej stronie.

Wierzę, że razem damy radę. 28 czerwca pokażmy jedność i odpowiedzmy się za zmianą. Proszę o Wasz głos! O głos na lewicę!

Do czytelników i czytelniczek Trybuny

Naszą naczelną wartością jest Polska, pragniemy, aby była domem ludzi wolnych, równych i solidarnych, aby była państwem sprawiedliwości społecznej. Zwracamy się do wszystkich, którzy podzielają nasze lewicowe poglądy i cenią sobie szacunek dla porządku konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej.

Kilka miesięcy temu Lewica wróciła do polskiego parlamentu, stało się tak dzięki wszystkim wyborcom, którzy chcieli zamanifestować swoje lewicowe poglądy i posiadać własną reprezentację w Sejmie. Przez ten czas posłanki i posłowie Lewicy złożyli szereg inicjatyw ustawodawczych: projekt ustawy przywracającej uprawnienia funkcjonariuszom służb mundurowych, projekt ustawy reprywatyzacyjnej, czy projekt ustawy zwiększającej nakłady na służbę zdrowia do 7,2 proc. PKB. Reprezentujemy interesy naszych wyborców i stoimy na straży łączących nas wartości.

Sukces nie jest jednak dany raz na zawsze. W polityce co jakiś czas wielkie obozy polityczne muszą potwierdzać swoją siłę. Dzisiaj przyszedł taki moment. Tak jak na jesieni, również na wiosnę musimy się policzyć. Pokazać, że Lewica to nie margines, ale jeden z najważniejszych nurtów polskiego życia politycznego. Na jesieni pokazaliśmy, że jest nas ponad 2 miliony. Na wiosnę musimy ponownie pokazać naszą siłę.

Dlatego prosimy Was o pełną mobilizację i głos na Roberta Biedronia, jedynego kandydata Lewicy w tych wyborach. 28 czerwca nie tylko będziemy głosować na konkretnego kandydata, ale również manifestować swoje poglądy. Prosimy o Wasz głos, ale również o przekonanie Waszych środowisk, członków Waszych Rodzin do głosowania na Roberta Biedronia. Oczekujecie od nas, abyśmy byli skuteczni w forsowaniu naszych pomysłów, ale musicie pamiętać, że im większe będzie Wasze poparcie dla Lewicy, tym nasz głos będzie donośniejszy i lepiej słyszalny.

Pragniemy emerytury minimalnej na poziomie 1600 złotych, podwyżki płacy minimalnej do 2700 zł oraz likwidacji umów śmieciowych. Walczymy o świeckie państwo i wycofanie religii ze szkół. Naszym celem jest budowa 1 mln mieszkań przez publicznego dewelopera oraz stworzenie 200 tysięcy nowych miejsc w przedszkolach i żłobkach.

Pierwsza tura wyborów prezydenckich nie zdecyduje o pozbyciu się z Pałacu Prezydenckiego Andrzeja Dudy. 28 czerwca możemy głosować sercem. A nie mamy wątpliwości, że kto jak kto, ale Czytelniczki i Czytelnicy „Trybuny” serce mają po lewej stronie.

Roberta Biedronia popiera Sojusz Lewicy Demokratycznej, Razem, Wiosna i Polska Partia Socjalistyczna. Robert Biedroń to nasz człowiek. Przez całe życie po lewej stronie sceny politycznej. Znakomity Prezydent Słupska, aktywny Poseł do Parlamentu Europejskiego, ale przede wszystkim jeden z ojców zjednoczenia Lewicy i powrotu Waszej reprezentacji do polskiego parlamentu.

Ostatnie dni były erupcją prawicowej nienawiści. Przywodzącej myślą najczarniejsze karty historii Polski, zabójstwo prezydenta Narutowicza, przemoc prawicowych bojówek, czy seanse nienawiści, które pamiętamy z lat 90. Historia uczy, że przed prawicowym naporem nie możemy się ciągle cofać. Przeciwnie, trzeba powiedzieć „no pasaran”. Dzisiaj jako jedyny te słowa wypowiada Robert Biedroń. My stoimy obok niego, aby postawić mur prawicowej nienawiści. Stańcie obok nas. 28 czerwca pokażmy, że są nas miliony. A potem rozpocznijmy ofensywę, aby odebrać Polskę z
rąk prawicy.

Skorupa nie zagłosuje na Dudę

Ruch LGBT stał się celem ataku ze strony walczącego o reelekcję prezydenta Andrzeja Dudy. Wśród osób potępiających go za te nieprzystające do powagi urzędu homofobiczne wypowiedzi znalazła się też znakomita siatkarka, 150-krotna reprezentantka Polski Katarzyna Skorupa. Przed rokiem jeszcze jako zawodniczka włoskiego klubu Saugella Team Monza dokonała coming outu potwierdzając, że jest w związku z występującą w zespole Imoco Volley Conegliano Paolą Egonu. „Prezydent straszy i dzieli ludzi, wykorzystując ich nieświadomość. Straszy mną, robi ze mnie zagrożenie dla polskiej tradycyjnej rodziny. A ja też jestem polską, tradycyjną rodziną” – przekonuje Skorupa. I zapowiada, że weźmie udział w niedzielnych wyborach, ale z pewnością nie odda swojego głosu na Andrzeja Dudę.

Podczas wiecu wyborczego w Brzegu na Opolszczyźnie prezydent Duda porównał LGBT do ideologii komunistycznej. „Przez cały okres komunizmu w szkołach dzieciom wciskano komunistyczną ideologię. To był bolszewizm. Dzisiaj też próbuje nam się i naszym dzieciom wciskać ideologię, tylko inną, zupełnie nową. To jest taki neobolszewizm” – wykrzyczał do swoich zwolenników. Ta jego wypowiedź, nawiasem mówiąc bynajmniej nie pierwsza o LGBT, odbiła się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale też na świecie, wszędzie wywołując negatywne oceny, więc trochę tym przestraszony próbował się potem tłumaczyć za pośrednictwem Twittera, pisząc iż jego słowa wyrwano z kontekstu. „Szczerze wierzę w różnorodność i równość” – zapewniał Duda w swoich wpisach. Ale rozpętanej burzy protestów tym nie stłumił.
Coming out trochę wymuszony
Środowisko sportowe w Polsce na ogół unikają angażowania się w polityczne spory, zwłaszcza gdy tematycznie zahaczają o sprawy obyczajowe. Wygodnym pretekstem jest zasada apolityczności narzucana przez międzynarodowe i krajowe organizacje. Na szczęście nie wszyscy sportowcy są konformistami, a do nielicznego grona odważnych z pewnością zalicza się Katarzyna Skorupa. Inna sprawa, że nie zawsze taka była, zmusiły ją do tego okoliczności.
Pod koniec 2018 roku dziennik „La Gazzetta dello Sport” opublikował zdjęcie Skorupy całującej się z gwiazdą włoskiej siatkówki nigeryjskiego pochodzenia Paolą Egonu. Obie siatkarki po jakimś czasie dokonały coming outu i przyznały, że są parą. Przed rokiem Skorupa udzieliła obszernego wywiadu na łamach tygodnika „Wprost”, przyznając w nim, że jest homoseksualistką i z tego powodu czuje się dyskryminowana w środowisku sportowym. „Jeśli chodzi o moje zdjęcie,to wydarzeniem tamtego wieczoru powinien być mecz o Superpuchar Włoch, tymczasem sensacją stał się pocałunek dwóch osób tej samej płci. Redakcja La Gazzetta dello Sport przeprosiła nas później za tę sytuację i uznałyśmy temat za zamknięty” – opowiadała nasza znakomita siatkarka.
Sportowa podróżniczka
Skorupa w 2012 roku zrezygnowała z gry w reprezentacji Polski, w której zaliczyła 150 występów i występ na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. W naszej lidze grała w latach 2002-2011 w zespołach Skry Warszawa, PTPS Nafta-Gaz Piła i BKS Aluprof Bielsko-Biała. Z tego ostatniego klubu wyjechała latem 2011 roku do włoskiego klubu Chateau d’Ax Urbino, potem na dwa sezony (2012-2014) przeniosła się do azerskiej drużyny Rabita Baku,, potem na rok wróciła do Italii, gdzie występowała w ekipie Pomi Casalmaggiore, następnie na jeden sezon wyskoczyła do Turcji, do zespołu Fenerbahce, lecz już w 2016 roku ponownie grała w lidze włoskiej, w latach 2016–2017 w Imoco Volley Conegliano, 2017–2018 w Igor Gorgonzola Novara, w 2018-2019 ponownie w Pomi Casalmaggiore, a ostatni sezon do wybuchu pandemii spędziła w drużynie Saugella Team Monza.
W tej chwili 36-letnia rozgrywająca jest w trakcie poszukiwania nowego pracodawcy. „Wyjazd za granicę był w moim życiu przełomem. Otworzyły się dla mnie drzwi do nowego świata, nowych możliwości i marzeń. Dzisiaj czuję się spełniona, nikomu nic nie muszę udowadniać i wciąż kocham siatkówkę” – zapewnia.
Nie żałuje ujawnienia swojej orientacji sekcualnej, chociaż nie kryje, że zdecydowanie wygodniej było jej w życiu, gdy to ukrywała przed światem. „Homoseksualiści są często dyskryminowani przez kluby czy federacje, a nawet kolegów i koleżanki z boiska, choć to ostatnie zjawisko, jeśli występuje, to zdecydowanie częściej w męskim sporcie. Zdarza się jednak, że lesbijka jest drugim wyborem trenerów, nawet jeżeli swoją postawą na boisku pokazuje, że powinna być pierwszym. Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, kiedy siedzi cicho, wtedy na taką można przymknąć oko. Sama tego doświadczyłam. Myślę, że jest to temat bardzo złożony. Jeśli chodzi o męski sport, homoseksualizm wśród sportowców jest bardziej piętnowany przez nich samych. Poza tym społeczeństwo postrzega ich przez pryzmat wysportowanych, silnych ciał, testosteronu i automatycznie zakłada ich heteroseksualizm. To jest stereotyp” – wyjawiła w jakiś czas temu w wywiadzie udzielonym Onetowi.
Przełamywanie barier
Była reprezentantka Polski należy do nielicznych sportsmenek, które zdecydowała się na coming out. W środowisku sportowym homoseksualizm wciąż pozostaje tematem tabu. „Dosyć szybko zrozumiałam, że jestem lesbijką, choć łatwo nie było. Nie było powszechnego dostępu do internetu, tylu dostępnych informacji, kampanii na rzecz osób LGBT, nie wspominając nawet o edukacji seksualnej, bo rzetelnej nie ma do dziś. Homofobia karmi się niewiedzą i strachem. Problem leży u podstaw. Niestety w większości przypadków homofobiczni rodzice wychowują homofobiczne dzieci, które wyśmiewają i znęcają się nad swoimi rówieśnikami w szkole. W taki sposób młody człowiek rośnie w przekonaniu, że to, kim jest, stanowi powód do wstydu, jest czymś złym, niechcianym, czymś, o czym należy milczeć – mówi zawodniczka. W Polsce nie ma mnie od wielu lat, ale wiem od znajomych, że nic się nie zmieniło. Osób nieheteroseksualnych w sporcie jest sporo, tak jak w każdej innej dziedzinie życia, dotyczy to również polskiego środowiska siatkarskiego. Coming out jest rzeczą indywidualną i nie należy nikogo naciskać ani oceniać. Każdy podejmuje swoje decyzje i ponosi konsekwencje. Fakt, że jestem jedyną wśród polskich siatkarek i jedną z nielicznych sportowców, którzy mieli odwagę sie ujawnić, mówi wiele o sile dyskryminacji. Swoje przeszłam, dokonywałam wyborów, czasami dramatycznych, za które płaciłam słoną cenę, ale dla mnie istnieje coś ważniejszego niż strach. Żyjemy w ksenofobicznym, homofobicznym, zamkniętym, patriarchalnym społeczeństwie – jeden model rodziny, jeden język, jeden kolor, jedna wiara… Oczywiście większa akceptacja dla każdej mniejszości jest w większych miastach, gdzie siłą rzeczy różnorodność mieszkańców też jest większa. Zdaję sobie sprawę, że nieco generalizuję, bo nie każdy jest taki sam i ma takie same przekonania. Zauważyłam też, że włoskie społeczeństwo dużo się od naszego nie różni” – podkreśla Katarzyna Skorupa.
Poczucie dyskryminacji
Dla niej największym brzemieniem jest poczucie dyskryminacji. „Z hejtem spotykam się codziennie. Nie chodzi tylko o obrażanie ludzi w internecie czy na ulicy. Jako obywatelka Polski nie mam praw, które mają inni. A teraz jeszcze słyszę, jak urzędujący prezydent straszy i dzieli ludzi, wykorzystując ich nieświadomość. Straszy mną. Odczłowiecza mnie, demonizuje, robi ze mnie zagrożenie dla polskiej tradycyjnej rodziny. A ja też jestem polską, tradycyjną rodziną. W takiej się wychowałam” – przekonuje Katarzyna Skorupa.
I odpowiada Andrzejowi Dudzie. „Nie znam go osobiście, ale myślę, że jemu nie trzeba chyba wyjaśniać, że bycie LGBT nie jest wyborem, bo tacy się rodzimy. Tak samo jak rodzimy się leworęczni, z niebieskimi oczami czy z ciemną skórą. Leworęczność nie jest ideologią, homoseksualizm czy transpłciowość też nie. A takie krzywdzące opinie polskich polityków o LBGT jako ideologii nie poprawiają wizerunku naszego kraju na arenie międzynarodowej. Utrwalają tylko opinię, że wciąż jesteśmy zacofanym obyczajowo i społecznie krajem byłego bloku wschodniego” – twierdzi siatkarka.
Ale zapewnia, że weźmie udział w niedzielnych wyborach prezydenckich. Na kogo zagłosuje? „Na pewno nie na Andrzeja Dudę” – zapowiedziała Katarzyna Skorupa, 150-krotna reprezentantka Polski w siatkówce, mistrzyni Polski, Włoch i Azerbejdżanu.
A już za Odrą jest normalnie
Póki co może tylko pozazdrościć dawnej rywalce z boiska, byłej reprezentantce Niemiec Lisie Thomsen, dwukrotnej wicemistrzyni Europy z 2011 i 2013 roku, która właśnie w miniony wtorek poślubiła swoją wieloletnią partnerkę. W Niemczech małżeństwa osób tej samej płci są możliwe od 30 czerwca 2017 roku. Zgodę na to wyraził tamtejszy parlament, wprowadzając odpowiedni zapis do kodeksu cywilnego. Thomsen obecnie jest menedżerką niemieckiej kadry siatkarek. Władze federacji na oficjalnym profilu na Instagramie pod opublikowanym zdjęciem młodej pary napisały: „Nasza była reprezentantka, a dzisiaj kierownik drużyny narodowej Lisa Thomsen wzięła ślub. Gratulacje dla was obu!”. Można? Jak widać można
Kiedy u nas takie reakcje również staną się społeczną normą? Jeśli najbliższe wybory wygra Andrzej Duda, to na pewno nie za jego drugiej kadencji. Z wszystkich zgłoszonych w wyborach kandydatów tylko reprezentant Lewicy Robert Biedroń jednoznacznie zapowiada, że jeśli zostanie wybrany na urząd prezydenta, podejmie próby wprowadzenia postępowych zmian w polskim prawie.

Prezydentura 2020. Uwagi przed pierwszą turą

Zacznę od szczerego wyznania. Przed pierwszą turą wyborów prezydenckich 2020 najbardziej martwią mnie bardzo słabe notowania ogromnie przeze mnie ze wszech miar cenionego Roberta Biedronia.

Choć bowiem wiadomo, że sondaże są tylko prognozami, to przecież, niestety, nie ulega wątpliwości, że Robert Biedroń – na którego zagłosuję w pierwszej turze – nie uzyska satysfakcjonującego wyniku, nawet gdyby w rzeczywistości okazał się on (co jest mało prawdopodobne) nieco wyższy procentowo niż ten odnotowany w ostatnich wynikach sondażowych. Dlatego zdecydowanie popieram bardzo mądrą radę profesora Jerzego J. Wiatra, który w znakomitym, pełnym trafnych argumentów artykule na łamach poprzedniego (122-123) numeru „Dziennika Trybuna” zaapelował do Roberta Biedronia o zadeklarowanie, jeszcze przed pierwszą turą, że w drugiej poprze Rafała Trzaskowskiego.

Z braku miejsca nie zajmę się rozważaniem dlaczego przekaz kandydata Lewicy nie znajduje, niestety, w społeczeństwie takiego odzewu, jaki marzy się kilku milionom moich współobywateli o lewicowych poglądach. Z tego samego powodu nie zajmę się też retoryką, deklaracjami, a nawet programami kandydatów. Zajmę się tylko tym, co w kampanii prawie w ogóle, o dziwo, nie wybrzmiewa, a na co zwrócił uwagę przywołany wyżej profesor J.J. Wiatr – groźbą trwałego domknięcia autorytarnego planu Kaczyńskiego, jakie spowoduje ewentualne zwycięstwo Dudy. To pierwsze i bezpośrednie zagrożenie. Drugie jest oddalone w czasie i może zarysować się w przyszłości, o ile dobry wynik uzyska Krzysztof Bosak, kandydat „Konfederacji”.

Piekło dalszych rządów PiS-Dudy

Przedłużenie prezydentury Dudy w intencji jego samego personalnie oraz PiS jako formacji politycznej ma zagwarantować nie tyle kontynuację, ile intensywne, radykalne natężenie, wzmożenie autorytarnych praktyk, których od blisko pięciu lat doświadczamy. Okazało się, że nie mylili się ci, którzy po wygranej wyborczej PiS w 2015 roku przestrzegali (jak piszący te słowa), że pierwsze, krótkie na pół kadencji, rządy tej partii (2005-2007) w porównaniu z recydywą ich rządów, z tym co nadejdzie, będzie – z perspektywy czasu – jawiło się jako cywilizowane rządy prawa. Jestem przekonany, że jeśli prezydentem ponownie zostanie Duda, mechanizm ten zostanie powtórzony i to z takim natężeniem, że tym razem rządy PiS w latach 2015-2019, naznaczone łamaniem konstytucji, praw i wolności obywatelskich, szerzeniem nienawiści i pogardy w stosunku do przeciwników oraz do „innych”, a także wysypem afer korupcyjnych, okażą się (o ironio!) „małym piwem light” w porównaniu z tym, co nas czeka już w nieodległej przyszłości.

Wszystko to, co do tej pory obserwowaliśmy i czego doświadczyliśmy, zobaczymy i doświadczymy teraz w skali jakby powiększonej przez silne szkło powiększające, w potwornie powiększonej skali. Życie w Polsce stanie się trudne do zniesienia. Rozzuchwalony wygraną prezydencką, wobec perspektywy jeszcze trzech i pół roku rządów w kadencji i ubezpieczony prezydenturą Dudy, PiS rozpocznie „ostrą jazdę”. Sprawi ona, że znane nam dotychczas praktyki zostaną podniesione do potęgi n-tej. Autorytarne, represyjne, antywolnościowe, pełne pogardy dla prawa praktyki ulegną natężeniu do tego stopnia, że marsz Polski w stronę modelu węgierskiego, białoruskiego, rosyjskiego czy tureckiego przestanie być (jak ciągle jeszcze tylko jest, dzięki społecznemu oporowi) już nie tylko kierunkiem, lecz zakończy się ostatecznym osiągnięciem celu przez PiS i „zabetonowaniem” autorytaryzmu. W sytuacji, gdy okaże się, że nie ma już żadnych barier i ograniczników (poza instytucjami Unii Europejskiej, ale PiS niejako doktrynalnie liczy się z nią tylko w ograniczonym stopniu i tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia), Kaczyński wraz z akolitami uznają, że „hulaj dusza, piekła nie ma” i rozpętają pandemonium represji. Grypa, jaką jest dla organizmu Polski władza PiS, przekształci się w dżumę. Czego możemy się spodziewać? A tego na przykład, że policyjne represje wobec ulicznej opozycji przestaną być rozproszonymi incydentami, lecz staną się zblokowaną, uszczelnioną, konsekwentną i powszechną praktyką państwa policyjnego. Wśród najbardziej głośnych przypadków, które mogą zilustrować realpolitik PiS po wygranej Dudy trzeba wymienić szykany w stosunku do kobiety, która samotnie protestowała pod siedzibą radiowej Trójki przy ulicy Myśliwieckiej w Warszawie przeciwko manipulacjom związanym z piosenką Kazika, jeżdżąc po parkingu na rowerze ozdobionym plakatami o treści np: „Pisiory mordują utwory”, w stosunku do dwóch kobiet, które przestrzegając zasad sanitarnych, trzymając w dłoniach egzemplarze Konstytucji, spokojnie demonstrowały pod gmachem sądów przy Placu Krasińskich w Warszawie, w stosunku do feministki Elżbiety Podleśnej za plakaty z „Matką Boską Tęczową” czy ostatnio w stosunku do osób, które w Warszawie wywieszały plakaty nawiązujące do sprawy ministra zdrowia Szumowskiego, a także do gdańszczanina, który jeździł po swoim mieście autem z napisami krytycznymi w stosunku do kandydata Dudy. Skoro nawet w okresie poprzedzającym zeszłoroczne wybory parlamentarne, czy w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie, władza PiS nie cofnęła się przed takimi represyjnymi praktykami, to co będzie ją hamowało w sytuacji, gdy do najbliższych wyborów parlamentarnych pozostało trzy i pół roku, a kolejne wybory prezydenckie przewidziane są za pięć lat? Nic. Kandydaci opozycyjni z Rafałem Trzaskowskim włącznie zapewniają, że zachowają program 500 plus, że nie podwyższą ponownie wieku emerytalnego i koncentrują się na kwestiach ekonomicznych, o zagrożeniu autorytarnym nie mówią prawie wcale, w najlepszym razie napomykają na marginesie. Można być pewnym, że Duda będzie wspierał, co najmniej milcząco, ten wzmożony autorytaryzm. Ci, którzy mają nadzieję, iż w drugiej kadencji, wobec braku perspektywy trzeciej kadencji, podejmie on próby politycznej emancypacji, „wybicia się na niepodległość” polityczną czy choćby zdystansowania się do swojego obozu, żywią daremne iluzje. Jednym z tych wyborców, którzy pięć lat temu ulegli podobnym iluzjom był działacz LGBT Krystian Legierski. To jemu i jego środowisku Duda „odwdzięczył się” za poparcie brutalnym, nikczemnym homofobicznym wybuchem w Brzegu i Lublinie. Duda nie jest w stanie dokonać takiej metamorfozy z przyczyn osobowościowych, jako człowiek bezwolny, niesamodzielny intelektualnie, ofiara ciasnego, autorytarnego wychowania w kręgach klerykalnych. Wreszcie, zwyczajnie, poza wszystkim, on ma takie poglądy, więc tym bardziej nie ma na co liczyć. Jego napuszone miny i nieznośnie krzykliwe przemówienia są maską, którą zakłada, by ukryć swoją nicość. Pod rządami PiS-Dudy brutalnej presji (na poziomie dotąd niepraktykowanym) poddane zostaną nie tylko ogólne prawa i wolności obywatelskie, ale także prawa kobiet. Zaostrzenie kary za aborcję już przemycone do kodeksu karnego pod osłoną „czwartej tarczy antykryzysowej” jest tylko przedsmakiem tego, czego należy się w tej sferze spodziewać. Jestem przekonany, że tym razem prezes PiS nie będzie już blokował wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji. Na całego rozpętana też będzie akcja przeciw LGBT, na chwilę tylko, taktycznie pohamowana po wspomnianych homofonicznych wiecowych okrzykach. Powróci też ostatnio nieco wyciszona brutalna ofensywa przeciw niezawisłości sądownictwa. Lewica będzie mogła zapomnieć o szansach na przywrócenie należnych praw emerytalnych osobom, którym bezprawnie je odebrano w rezultacie tzw. „ustawy dezubekizacyjnej”. Ad calendas graecas odsunięte zostaną takie projekty Lewicy, jak choćby ustawowe zalegalizowanie związków partnerskich czy wprowadzenie realnego rozdziału Kościoła od Państwa, ale także takie projekty socjalne, jak emerytury bez podatków. Powstanie też zagrożenie dla wolności mediów, bo PiS tym razem nie będzie miał motywu, by się ograniczać. Nie ma potrzeby mnożyć tego katalogu zagrożeń, które będą rezultatem kontynuacji rządów PiS-Dudy. Już tylko on wystarczy, by uświadomić sobie, co nas czeka. Do tego trzeba dodać wielką groźbę trwałego „zabetonowania” tego systemu na bardzo długi czas.

„Konfederacja” czyli ostrzeżenie

Przytoczone wyżej zagrożenia są przerażające, realne i bliskie. W tle rysuje się jednak zagrożenie, być może nie tak bliskie i bezpośrednie, ale także realne. To „Konfederacja”, ugrupowanie, które stoi za kandydatem Krzysztofem Bosakiem. Stanowi ono nie mniejsze zagrożenie dla wolnościowej i humanistycznej wizji Polski niż to, które niesie ze sobą PiS. Niepokojące jest też to, że są także poza prawicą osoby, które dały się uwieść „chłopięcemu wdziękowi” Bosaka, jego „pragmatyzmowi” ekonomicznemu i prawie całkowitemu ukryciu akcentów radykalnie nacjonalistycznych z partyjnej i wyborczej retoryki. Wygląda na to, że nie przypadkowo to właśnie jemu, z jego łagodnym, sympatycznym wizerunkiem medialnym „chłopaka z sąsiedztwa”, z jego fryzurką i dziecięcą twarzą o niewinnym uśmiechu, a nie zadzierzystym, elokwentnym radykałom w rodzaju Roberta Winnickiego czy Grzegorza Brauna „Konfederacja” powierzyła misję kandydowania. Oni mogliby odstraszać, on ze swoją „poczciwą” powierzchnością ma potencjał przyciągania zwolenników nie lubiących ekstremizmów. Są i tacy, których „Konfederacja” zwiodła swoim ostrym „antypisizmem”. Jest ona jednak antyspisowska tylko dlatego, że marzą się jej rządy, które będą pisizmem do sześcianu, prawdziwym klerofaszyzmem u władzy. Reasumując, dwa są dziś główne zagrożenia dla humanistycznej i wolnościowej wizji Polski. Pierwsze z nich jest bezpośrednie: to 3,5 do 5 lat rządów PiS-Dudy, które na długo uwolnione od wiszącego nad nimi bata dadzą upust najradykalniejszym szaleństwom we wszystkich sferach życia społecznego i politycznego. Drugie, to odleglejsze, ale śmiertelnie niebezpieczne dla wspomnianych wartości rządy „Konfederacji”. Te drugie wydawać się mogą perspektywą na pozór nieco abstrakcyjną, na razie teoretyczną, biorąc pod uwagę nie przekraczające dziesięciu procent aktualne poparcie dla tego ugrupowania. Takie widzenie może się okazać jednak zwodnicze. Wektory sił, które mogą się wyłonić i wzmocnić to ugrupowanie są trudne do przewidzenia. Na pewno może nim być dobry wynik wyborczy Krzysztofa Bosaka.

Jednak na tę chwilę polityczną, „Konfederację” i Bosaka można wziąć w nawias. Prawdziwym, bezpośrednim zagrożeniem dla obywatelskich praw i wolności są rządy PiS-Dudy. Rządy, które rozzuchwalone podwójną wygraną i wolne od perspektywy kolejnych bliskich wyborów, rozpętają przeciw przeciwnikom politycznym i niechętnej sobie części społeczeństwa piekło, jakiego w swojej najnowszej historii Polska jeszcze nie widziała.

Wespół w zespół

Wiesław Michnikowski w kabarecie Starszych panów, rzewnie melorecytował, że kochać nie należy indywidualnie. Tym bardziej zaś nie da się indywidualnie robić polityki.

A Polacy coraz to próbują. I oczywiście ponoszą porażki.

Jednym z najczęstszym zarzutem podnoszonym w debatach okołopolitycznych jest partyjność. Bezpartyjność jest uznawana za cnotę partyjność za grzech. Marność polskich partii politycznych to oczywista oczywistość. Popełniły wszystkie możliwe grzechy, i popełniają je nadal, co dobitnie widać w kolejnych kampaniach wyborczych łącznie z bieżącą.

Jednak system, w jakim współczesny, względnie demokratyczny, świat funkcjonuje oparty jest na partiach politycznych. Słabość partii osłabia demokrację, słaba demokracja osłabia partie polityczne. Wszelkie patologie systemu partyjnego uderzają od razu w demokrację. Jednym z ważnych zadań partii politycznej jest organizowanie dyskursu demokratycznego poprzez formułowanie politycznych postulatów i ich uzasadnień. To prawda, że polskie partie słabo wywiązują się ze swoich zadań, a już najgorzej to wygląda gdy sprawują władzę. Sprawując władzę polskie partie, w zasadzie bez wyjątków, budowały system oligarchiczny. PiS trafnie diagnozując sytuację i odczytując opinie Polaków, obiecywał walkę z oligarchią. Obietnicy poniekąd dotrzymał, pokonując zastana oligarchię, zastępując ja nową.

Aktualne kampania wyborcza, podobnie jak ta jesienią ubiegłego roku, jest mocno odrealniona. Choć tym razem PO sprawia wrażenie, że jednak chciałaby przejąć władzę, choćby tylko prezydencką. Wymiana kandydatów, przeprowadzona bardzo sprawnie, to jeden z sygnałów determinacji. Kompletnie nie pasująca to wyborczej walki na obelgi i potwarze, Kidawa Błońska nie poradziła sobie z wyzwaniem. Choć warto pamiętać, że miał ją wspierać cały sztab KO… A zaraz potem się okazało, że nie wspiera jej (prawie) nikt a do jej ewentualnego zastąpienia co rusz to zgłaszali się kandydaci. Teraz Trzaskowski po restarcie kampanii daje szanse na pokonanie PiS… choć szanse Dudy dalej stoją nieco wyżej.

Nową zagadką jest elektorat Szymona Hołowni. To kandydat niespełnionego PO-PiS-u. Z jednej strony łagodny katolicki fundamentalizm z ludzką twarzą, obiecujący nawet rozdział państwa od kościoła, pod warunkiem że Państwo będzie działać w ramach etyki katolickiej. A więc łagodny antyklerykalizm i powrót do prawdziwego chrześcijaństwa. A z drugiej strony, mięciutki jak sierść kota, liberalizm i powrót do konstytucyjnych wartości, w interpretacji Andrzeja Zolla. Oczywiście to znacznie bliższe demokracji niż PiSowska anokracja ale uprzejmie proszę wybierających Hołownię by nie nazywali się lewicą, albowiem są nią jedynie względem PiS.

Na koniec zostawiłem Roberta Biedronia. Jego wybór na Kandydata Zjednoczonej lewicy nie był najlepszym rozwiązaniem. Początek kampanii to była prawdziwa katastrofa, całkowicie zlekceważył zeszłoroczny dorobek partii lewicowych. Mieliśmy w kampanii tak naprawdę niegdysiejsze stopione na szaro śniegi czyli popłuczyny po wiośnie.

W rezultacie nie uzyskał ani wsparcia partii ani wyborców. Dodatkowo parlamentarna, ograniczona ale jednak, współpraca Lewicy z PiS dezorientowała wyborców domagających się bezwzględnej walki z rządem. Reaktywacja kampanii wyborczej zmieniła nieco sytuację. Klub parlamentarny zaangażował się zdecydowanie w kampanię przedstawiając szereg inicjatyw. Tyle, że cześć wyborców odpłynęła już do Trzaskowskiego i do Hołowni.

O wyborze prezydenta zdecydują przepływy elektoratów drugiej turze. Jednak zależą one też po części od wyników pierwszej. Porzucanie kandydata pierwszego wyboru na rzecz ułudy zwycięstwa w pierwszej turze świadczy o tym, że wyborcy nie rozumieją demokracji. No, ale politycy też jej nie rozumieją.

Każdy kto uważa się za socjaldemokratę, czy choćby tylko lewicowca, powinien pomimo oporów, głosować w pierwszej turze na Roberta Biedronia. Pomimo ewentualnych wątpliwości. Bo głos na niego jest głosem na lewicową alternatywą, która rodzi się powoli, w bólach, niedoskonała i fragmentaryczna. Rodzi się w klubie parlamentarnym lewicy. I tylko tam może powstać. Ale to jak szybko powstanie i jak szybko będzie w stanie dotrzeć do społeczeństwa, zależy też trochę od wyniku Biedronia.

Każdy lewicowiec ma wątpliwości ale każdy, w decydującym momencie powinien wiedzieć jak postąpić. I wespół w zespół…

A konkordat należy wypowiedzieć, z pomocą Hołowni lub bez.

Biedroń punktuje Dudę

Podczas konferencji prasowej przy ul. Piotrkowskiej wyliczył niespełnione obietnice Andrzeja Dudy. Przypomniał, że polityk ten obiecywał likwidację umów śmieciowych, które za rządów Platformy Obywatelskiej stały się prawdziwą plagą.

Biedroń stwierdził, że jeśli to pod rządami Donalda Tuska tak upowszechniło się wypychanie ludzi w sferę niestabilnego zatrudnienia i na jednoosobowe działalności gospodarcze, to problem nie skończył się pod rządami PiS. Dziś dotyczy trzech milionów ludzi – przypomniał. I jeśli liczba ta spada, to tylko dlatego, że w dobie wielkiego koronawirusowego kryzysu właśnie tych zatrudnionych „śmieciowo” można najszybciej wyrzucić, gdy tylko przedsiębiorca uzna, że musi na czymś oszczędzać. Nietrudno się domyślić, że obecna władza nie ma zwolnionym nic do zaoferowania.

Katalog niespełnionych obietnic

Biedroń skrytykował również niespełnienie przez Dudę obietnic podniesienia kwoty wolnej od podatku i wycofania się z opodatkowania emerytur. Przypomniał nigdy niezrealizowany plan budowy miliona mieszkań na wynajem i obietnice pod adresem frankowiczów. To kolejna grupa, która niegdyś uwierzyła, że konserwatywna prawica naprawdę chce jej pomóc. Rozczarowanie było bolesne.

Biedroń przypomniał wreszcie, że kiedy Andrzej Duda zaczynał sprawowanie urzędu, wielu wyborców szczerze wierzyło, iż ma do czynienia z politykiem zdolnym do wzniesienia się ponad proste podziały. Takim, który weźmie udział w naprawianiu błędów PO, a potem będzie moderował debatę różnych sił politycznych. Jak jest w rzeczywistości, wiemy aż za dobrze.

Trzaskowski nie jest zbawcą

Kandydat Lewicy nie oszczędzał w swoim wystąpieniu także Platformy Obywatelskiej. Zaznaczał, że ona również jest odpowiedziała za obecny kształt państwa polskiego, „Polski pogardy”. Przewidywał, że zubożali ludzie wkrótce zaczną być wyrzucani z mieszkań, gdyż nie będzie ich stać na czynsz. Tak działo się i dzieje w Warszawie pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz i Rafała Trzaskowskiego – powiedział. Program „Polski godności”, państwa dla wszystkich, troszczącego się o obywateli i ich dobrobyt, to program socjaldemokratów, nie opozycji liberalnej.

W Łodzi Biedroń wykonał również ważny gest związany z historią, o której tak chętnie dyskutują polscy politycy. Razem z Krzysztofem Gawkowskim, Hanną Gill-Piątek oraz Tomaszem Trelą złożył wieniec pod pomnikiem Czynu Rewolucyjnego. Wszak jego przyjazd do niegdysiejszej „ziemi obiecanej” czy też „polskiego Manchesteru” przypadł dokładnie w rocznicę powstania łódzkiego w 1905 r.

Uczcił bohaterów

W wydarzeniach rewolucyjnych – strajkach, manifestacjach i wreszcie walkach na barykadach – wzięło w Łodzi udział ponad 70 tys. robotników. Pod czerwonymi sztandarami walczyli bojowcy Polskiej Partii Socjalistycznej, działacze Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy czy żydowskiego Bundu. Jak przypomniała na Facebooku posłanka Hanna Gill-Piątek, walczono o 8-godzinny dzień pracy, ubezpieczenie od wypadków, powszechne emerytury, bezpłatne leczenie robotników, możliwość nauki po polsku.

Prawa pracownicze nie zostały nikomu darowane, zdobywano je dzięki walce – a dziś koniecznością stała się ich obrona. W dobie kryzysu rząd stanął jednoznacznie po stronie biznesu i sektora finansowego. Dawne prospołeczne obietnice poszły w odstawkę. Dziś o prawa pracowników, czyli większości społeczeństwa, upomina się, zgodnie z historyczną prawidłowością, tylko Lewica.