Co połączy lewicę?

Rozmowy na temat koalicji lewicowej – czy to zaledwie potencjalnej, czy to, obecnie, już w miarę ustalonej – opierały się dotąd na bezmyślnym wymienianiu szyldów. Ledwie pomyślano o kryteriach selekcji takiej koalicji, chociaż, zdawałoby się jasne, że polityczna współpraca powinna być podporządkowana pewnym wspólnym wartościom. Sojusz Razem – SLD – Wiosna, a do tego inne organizacje, jak PPS (od dawna sojusznik SLD), cztery lata temu byłby nie do pomyślenia. Co miałoby połączyć te podmioty dziś?

SLD przez lata niszczyło autentyczną lewicowość, wiążąc się z neoliberalizmem i wyjątkowo agresywnym neokonserwatywnym atlantyzmem. Tymczasem jedno i drugie powinno być dla współczesnej lewicy przedmiotem najsurowszej krytyki. SLD byłoby ciągle potężną siłą, gdyby nie antyspołeczne reformy, które wprowadzano za jego rządów. Mimo wszystko zachowało mocną strukturę, a ludzie o lewicowych poglądach z jakichś powodów – choćby z przyzwyczajenia – na nich głosują.
Pogrzebanie SLD zdawało się sprawą priorytetową dla Razem i Adriana Zandberga, pamiętającego grzechy Sojuszu. Udało się osiągnąć tyle, że Sojusz nie wszedł do parlamentu, co miało wpływ na nastanie dominacji PiS. Co do przejęcia elektoratu SLD – tu Razem nie miało już pomysłu. „Antykomunistyczna” retoryka Razem zraziła do fioletowych barw wielu potencjalnych wyborców, nie tylko zresztą z puli zwolenników SLD. „Polityka historyczna” Razem jest mdła, groteskowa i nieuczciwa. Fakt, program społeczny tej partii był dużo lepiej przemyślany i atrakcyjny, choć momentami stanowczo zbyt zachowawczy. Neoliberalizm negowano w nim tak, by nie przestraszyć elektoratu Nowoczesnej. Ludowi przepojonemu drobnomieszczańską mentalnością aktywiści Razem nie potrafili wytłumaczyć zasad funkcjonowania 75 proc. progresywnego podatku dochodowego.
Razem i SLD z pewnością łączy przekonanie, że miejsce Polski jest we wschodniej flance NATO. Tu zresztą podobnego zdania są także PiS i PO, inną opinię ośmiela się ze startujących ugrupowań wyrazić jedynie Zgoda. Fakt, Razem czasem potępiało radykalny neokonserwatyzm. Miała znaleźć się cela dla Leszka Millera za tajne więzienia CIA, krytykowano zbytnią służalczość PiS wobec USA. Teraz cela już się raczej nie znajdzie, a samego atlantyzmu ani baz NATO w Polsce nigdy nie zakwestionowano. Na postulaty zmiany polityki zagranicznej raczej nie ma się więc co spodziewać po tej koalicji. Nie wierzę w cudowne nawrócenie.
Trudno mi też uwierzyć w wysunięcie stanowczych postulatów natury socjalnej. Tu decydujące będzie, komu ta koalicja bardziej będzie chciała odbierać głosy. Elektorat PiS jest zdecydowanie bardziej antyneoliberalny, a jednocześnie ślepy na elementy neoliberalizmu w polityce rządu, który miesza porządki: globalno-wolnorynkowy ze świadczeniami socjalnymi znanymi z faszystowskich Włoszech czy III Rzeszy. Program Razem jest nieporównywalnie bardziej prospołeczny i konsekwentny, ale już wśród działaczy Wiosny i SLD krytyka np. 500+ ma zdecydowanie liberalny charakter. Obawiam się, że może to w centrolewicowej koalicji przeważyć. Radykalne postulaty społeczne z pozycji lewicowych i patriotycznych mogłoby odsunąć od partii rządzącej część wyborców. W tym układzie raczej marne na to szanse.
Najmocniejszą szansę na odnalezienie przez koalicjantów wspólnych celów i wartości daje „pierwszorzędny drugorzędny” temat „dekomunizacji”. Postulat likwidacji IPN wysuwało SLD, choć nie zrobiło tego, będąc u władzy. Spaskudziło się nawet poparciem dla ustanowienia Dnia Żołnierzy Wyklętych czy „rehabilitacją” Ryszarda Kuklińskiego, chyba nie zdając sobie sprawy z konsekwencji takiego postępowania. Tak daleko posunięta „dekomunizacja” i tzw. „dezubekizacja” jest nie na rękę nie tylko wyborcom SLD, ale i całemu społeczeństwu polskiemu. Postulat likwidacji IPN wysuwał też Robert Biedroń, zanim założył Wiosnę.
Razem częstokroć podkreślało swoje przywiązanie dla tradycji PPS i Daszyńskiego. Towarzyszyło temu podkreślanie „demokratyczności” postulowanych przez nich wartości do granic takiego absurdu, że nawet Bernstein by się przeżegnał. Razem niepotrzebnie nadbudowało swoje socjaldemokratyczne stanowisko powielaniem antykomunistycznych kalek prawicy. Mogłoby być partią socjaldemokratyczną, która uczciwie ustosunkuje się do dorobku Rewolucji Październikowej czy Polski Ludowej. Broni na razie z pozycji rewizjonistycznych Marksa (przecież nie odpowiedzialnego za utworzenie ZSRR…) i dąbrowszczaków (wszak walczących o demokrację). Liczę, że włączy się bardziej aktywnie przeciw dekomunizacji, która uderza również w ich patronów.
Mateusz Morawiecki niedawno mówił o „obecności myśli socjalistycznej w programie PiS-u”. To duże nieporozumienie, jednak mogą znaleźć się osoby, które potraktują poważnie taką deklarację, za co częściowo winę ponoszą środowiska związane z Nowym Obywatelem i Lewicowo.pl, styropianowa lewica i socjalna prawica. Tymczasem PiS to neosanacja, neopiłsudczykowska prawica, zafascynowana przedwojennym neokolonialnym, półfeudalnym polskim kapitalizmem i do pewnego stopnia etatyzmem. Tamten monopolistyczny kapitalizm nie sprzyjał chłopom, robotnikom ani klasie średniej. PiS jak żadna inna partia zwalcza wszelkie przejawy lewicowości – może pójść w ślady swoich historycznych idoli i zacząć lewicowych aktywistów zwyczajnie prześladować.
Postulat likwidacji IPN mógłby być jedynym powodem do zagłosowania na „centrolewicową koalicję”. Być może to – w tak zarysowanej perspektywie, gdy Ziobro zapowiada ściganie za cytowanie Marksa – i tak powód całkiem niezły. Chciałbym mieć tych powodów więcej, nie jestem jednak człowiekiem aż tak wielkiej wiary. Liczę więc na to, że SLD, Razem, Wiosna, PPS i pozostałe podmioty lewicowej koalicji przeciwstawią się tej „totalnej dekomunizacji” godzącej w prawa człowieka w ramach liberalnej demokracji. Taki fundament porozumienia i współpracy jest w ich zasięgu.

Wspólny start szansą dla lewicy

Na trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi w zasadzie już wykrystalizowała się scena polityczna.

Zamiast rywalizacji dwóch bloków za i przeciw PiS, jak to miało miejsce przy wyborach do Europarlamentu, walczyć będą cztery ugrupowania mające szanse – choć różnie dziś oceniane – na uzyskanie mandatów poselskich. Dzięki temu, że Koalicja Europejska rozdzieliła się na trzy odrębne listy głosujący mają łatwiejszy wybór poprzez możliwość poparcia określonej orientacji politycznej a nie oddawania głosu na eklektyczną koalicję, gdzie ich głosy pomogłyby w przepchnięciu do Sejmu kandydatów z innych partii. W ten sposób wyborcy lewicowi pozbędą się dylematu czy stawiając np. iksa przy nazwisku startującego z siódmej pozycji kandydata Lewicy przypadkiem nie wepchną do Sejmu jedynkę z Platformy. Dzięki rozpadowi Koalicji Europejskiej do środowisk opozycyjnych powrócił też pluralizm, który jest nie tylko bardziej naturalny i zrozumiały dla wyborców, lecz także może okazać się bardziej skuteczny niż sztuczna jedność. Wprawdzie w jedności może być siła, jednak jedynie w przypadku, gdy taka jedność jest skuteczna.
Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego byłem zdania – czemu dałem publicznie wyraz na łamach Dziennika Trybuna – że lewica, wówczas SLD, powinna startować samodzielnie po to, aby mieć rozeznanie co do skali poparcia ze strony wyborców. Wybrano inny wariant, który z kolei wykazał na jakie wsparcie może liczyć szeroka koalicja opozycyjna a tym samym poddał weryfikacji jej sensowność. Stosunkowo słaby, co by nie mówić, a przynajmniej daleki od sondaży i oczekiwań wynik Koalicji Europejskiej udowodnił, że w tej formule opozycja nie ma szans na odsunięcie PiS od władzy, co było jej celem strategicznym. Starcie jedynie dwóch bloków – Zjednoczonej Prawicy i Koalicji Europejskiej doprowadziłoby do tego, że tylko te dwie struktury przedostałyby się do Sejmu, gdzie PiS nadal miałoby większość zapewniając sobie kontynuację rządów na następną kadencję.
Wydaje się, że świadomość tego faktu dotarła do liderów ugrupowań opozycyjnych. Pozostało tylko pytanie, kto weźmie na siebie rolę likwidatora koalicji. I tu odnalazło się PSL ogłaszając z niej wystąpienie. Był to racjonalny krok, który został natychmiast skrytykowany przez dogmatyków sztucznej opozycyjnej jedności. Ludowcom zarzucano, że w ten sposób torują drogę dla przedłużenia władzy PiS, choć czysta kalkulacja wskazuje na coś wręcz przeciwnego. Co prawda argumentacja PSL była cokolwiek absurdalna, co zresztą w warunkach polskich nie powinno nikogo dziwić. Twierdzono mianowicie, że PSL-owi nie po drodze jest koalicyjne współżycie z SLD, choć taka koegzystencja bynajmniej mu nie przeszkadzała w eurowyborach o koalicyjnych wspólnie z SLD rządach nie wspominając. Nagle objawiona niechęć PSL do lewicy znajduje swoje oficjalne uzasadnienie. Otóż kierownictwo tej partii ubrdało sobie, że mieszkańcy wsi, których uważa za swoją ostoję wyborczą, są z natury rzeczy konserwatywni i kośćiółkowi w związku z czym taki też kierunek programowy należy przyjąć. Jest rzeczą oczywistą, że z takim programem nie przeskoczą PiS nawet gdyby usiłowali przebić ich w licytacji kto jest bardziej przeciwni prawu do aborcji, związkom partnerskim itd. Jednak i tu można by dostrzec pewną logikę. Taką mianowicie, że ludowcy chcieliby zagospodarować tę część elektoratu, która jest co prawda religijna i obyczajowo konserwatywna, lecz z różnych powodów może nie chcieć głosować na PiS i woli bliższych jej sielskich swojaków niż miastową inteligencję. PSL zapewne bierze też po uwagę i to, że z reguły dołuje w przedwyborczych sondażach, lecz w efekcie przekracza próg wyborczy.
Wszystko to trzymałoby się przysłowiowej kupy gdyby nie cokolwiek dziwaczny pomysł formowania przez PSL Koalicji Polskiej – tak jak by w naszym kraju ktoś zamierzał utworzyć np. Koalicję Rumuńską. W praktyce okazało się, że jedyną strukturą chcącą pójść do wyborów wspólnie z ludowcami jest to, co jeszcze pozostało z formacji Kukiz’15. Dla jej lidera jest to ostatnia deska ratunku, ostatnia szansa dostania się do Sejmu. W przeciwnym bowiem razie popadłby w polityczny niebyt do spółki z innymi ongiś głośnymi politykami. Tłumaczenie Pawła Kukiza, iżby miał za mało czasu i pieniędzy na zebranie wymaganej liczby popierających podpisów brzmi dosyć interesująco. Zwłaszcza w kontekście poprzednich wyborów, gdy znanemu jedynie z estradowych a nie politycznych występów Kukizowi jakoś udało się zebrać podpisy dla nowego i nikomu nieznanego ugrupowania. Obecnie Paweł Kukiz jest znany w kraju i być może gdzieniegdzie zagranicą. Znany jest również jego ruch obecny i aktywny w Sejmie a jego przedstawiciele udzielają się w mediach. Kukiz jednak nie powiedział tego o czym i tak już wszyscy wiedzą. Tego mianowicie, że nie może już liczyć na prawicowych sponsorów, że brakuje mu chętnych do startu z listy ugrupowania mającego niepewne wyniki sondażowe, że jego eklektyczna formacja formacja po prostu się rozsypuje i została ograniczona do grona jego najbliższych współpracowników, którzy liczą już tylko na kontynuację działalności poselskiej pod parasolem Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Wracając do PSL. Gdyby jednak ludowcom udało się przekroczyć barierę 5% to doprowadziłoby to do uszczknięcia tych kilku procent, które PiS potrzebuje do samodzielnego rządzenia a tym bardziej do większości konstytucyjnej. Choć w polityce, zwłaszcza polskiej, wszystko jest możliwe to jednak nie widzę perspektywy wspólnego rządu PiS-PSL. Pisowcy bowiem potrafią się dogadywać jedynie z podporządkowanymi sobie ugrupowaniami tworzącymi Zjednoczoną Prawicę, lecz nie z co prawda słabszym, lecz jednak samodzielnym partnerem. Wystarczy przypomnieć sobie koalicję z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin.
Można też domniemywać, że rozpad Koalicji Europejskiej był również na rękę Platformie Obywatelskiej. Schetyna prawdopodobnie zdał sobie sprawę z tego, że przy pomocy powtórki z tejże Koalicji nie wygra z PiS-em i przyjął do wiadomości to, że nadal pozostanie w opozycji, gdzie będzie pełnić rolę przywódcy. Dla Platformy utrzymanie sojuszu z PSL a zwłaszcza z Lewicą oznaczałoby oddanie im kilku mandatów poselskich tak jak to miało miejsce w przypadku eurowyborów. A tak będzie miał do dyspozycji większą własną ekipę nad którą łatwiej będzie mu panować. Nowoczesna i Inicjatywa Polska są mu potrzebne nie tyle dla pozyskania większej ilości głosów, lecz raczej w tym celu aby móc zachować szyld koalicji. Jest to wygodny pretekst do tłumaczenia: przecież to nie myśmy rozwalili koalicję, to oni nie chcieli dłużej z nami współpracować.
Z kolei samodzielny start Lewicy to także duża szansa powrotu do Sejmu. W zakresie sojuszy lewica ma już sprawdzone doświadczenia z okresu pierwszych i drugich po 1989 r. wyborów parlamentarnych. Wówczas Sojusz Lewicy Demokratycznej był rzeczywiście sojuszem skupiającym różne partie i ugrupowania lewicowe, związki zawodowe i organizacje społeczne. Mimo tego, że wówczas SdRP była jedyną liczącą się partią lewicową, to Sojuszowi udało się przekroczyć próg wyborczy. Obecnie dawny SLD a obecnie Lewica jest dodatkowo wsparta przez Razem i Wiosnę mającą realne poparcie społeczne. Zbieżność podstawowych celów poszczególnych formacji lewicowych wydaje się być na tyle bliska, że dałoby się skleić w jedną całość wszystkie ich sensowne propozycje programowe pozostawiając na uboczu kwestie sporne i nie mające pierwszorzędnego znaczenia. Powstałoby wówczas coś w rodzaju iloczynu zbiorów co jest pojęciem zrozumiałym dla tych, którzy uczyli się podstaw logiki. Liderzy lewicowych ugrupowań zadziałali zgodnie z maksymą: chcieć to móc. Warto aby tę zasadę przyswoili sobie
również wyborcy.

Płock napędza równość

Marsz przeszedł przez miasto pod hasłem: „Płock napędza równość!”, choć jak zwykle znalazła się grupa ludzi, dla których celem było zatrzymanie marszu za wszelką cenę – kibole Wisły Płock i Młodzież Wszechpolska. Policja nie dopuściła do bezpośredniej konfrontacji.

Płocki Marsz Równości został oficjalnie poparty przez lewicę: na marszu zjawił się Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty i Marcelina Zawisza. Poza tym poparcie przez swoją obecność zamanifestowali goście z zagranicy: Rasmus Andresen z Niemiec i Julie Ward z Wielkiej Brytanii.
– Jesteśmy dzisiaj w Płocku, bo lewica zawsze jest solidarna z tymi, którzy są wykluczani, dyskryminowani, którzy są marginalizowani – powiedział Robert Biedroń. Dodał, że ugrupowania lewicowe zawsze stały po stronie wykluczanych i poniżanych, tych, którzy są ofiarami przemocy.
Biedroń przedstawił zebranym wstępne założenia „Paktu przeciw przemocy” – projektu aktu prawnego, który ma być pierwszym, który lewica złoży do laski marszałkowskiej zaraz po tym, jak dostanie się do Sejmu. Ma on obejmować m.in. edukację przeciw przemocy, zdecydowaną ochronę prawną przed nienawiścią, obowiązek czyszczenia portali z hejtu, szkolenia dotyczące przemocy a także izolowanie sprawców przemocy domowej. Głos zabrał także Włodzimierz Czarzasty, wskazując, że reprezentowane przez niego ugrupowanie opowiada się przeciw przemocy i popiera wszystkich, którzy chcą być ze sobą.
O bezpieczeństwie dla uczestników Marszu wspominał także jeden z organizatorów wydarzenia, Mateusz Goździkowski.
Przed rozpoczęciem Marszu wspomniani europosłowie spotkali się z reprezentantami środowisk LGBT w Polsce, zaś tematem spotkania było wsparcie, jakiego Parlament Europejski chciałby udzielać środowiskom LGBT w naszym kraju.
Marsz miał honorowy patronat prezydenta miasta z PO, Andrzeja Nowakowskiego, choć nie wziął on osobiście udziału w przemarszu.

Głos lewicy

Liczę na pozytywna kampanię

Liczę na pozytywną kampanię wyborczą, polegającą na tym, że zostanie obrany jeden kierunek narracji i nie będziemy się wzajemnie, po stronie opozycyjnej krytykować. Koalicja lewicowa ma bardzo duże zaplecze osobowe, a także intelektualne, więc bez problemu samodzielnie wystawi w wyborach pełne listy do parlamentu – powiedział na antenie Polskiego Radia 24 Piotr Kusznieruk, szef SLD w województwie podlaskim.
– SLD nie jest przeciwnikiem PO i nie ma zamiaru zwalczać ugrupowania Grzegorza Schetyny. Uważamy wszyscy wspólnie, że trzeba zmienić partię rządzącą – podkreślił polityk Sojuszu.
Żródło: sld.org.pl

Nie możemy odpowiadać agresją na agresję

Nie możemy odpowiadać agresją na agresję, musimy być mądrzejsi i mądrzejsze. Musimy odpowiedzieć siłą spokoju. Wszyscy jesteśmy Polkami i Polakami niezależnie od orientacji, identyfikacji płciowej, tożsamości seksualnej. Myślę, że do tej pory nikt Was – dziewczyn i chłopaków, mężczyzn i kobiet oraz osób – nie przeprosił za to, że do tej pory nie udało się uchwalić związków partnerskich, równości małżeńskiej. Ja Was, w imieniu nas, polityczek i polityków przepraszam, że zawiedliśmy! Chcę i marzę o tym, by w Marszach Równości nie trzeba już było chodzić po to, by walczyć o równe prawa, tylko po to, by podczas nich po prostu radośnie celebrować równość – powiedziała Anna-Maria Żukowska, na wiecu przeciwko przemocy w Warszawie.
Żródło: sld.org.pl

Biedroń na prezydenta lewicy?

Bojan Stanisławski na portalu strajk.eu streszcza ostatnie rewelacje dotyczące szefa Wiosny:
Wydaje się, że liderzy nowego lewicowego bloku zaczynają myśleć poważnie i snują sensowne polityczne plany. Kolejnym tego potwierdzeniem wydaje się „przeciek” do GW, z którego wynika, że w 2020 r., w wyborach prezydenckich, zostanie wysunięta kandydatura Roberta Biedronia.
Żadna z partii nie potwierdziła informacji do których „dotarła” Wyborcza. Milczy również rzecznik prasowy Wiosny, choć pomysł ten miało wysunąć właśnie to stronnictwo.
Z tekstu w GW dowiadujemy się także, iż decyzja ta nie oznacza, iż Biedroń nie będzie brał czynnego udziału w kampanii przed wyborami parlamentarnymi. Wręcz przeciwnie – ma zostać mianowany szefem sztabu. Sam on nie będzie jednak kandydował. Obecnie piastuje funkcję europosła; mandat wywalczył podczas majowych wyborów do PE.
Gdyby informacje te zostały potwierdzone, oznaczać to będzie, że liderem warszawskiej listy będzie albo Włodzimierz Czarzasty, albo Adrian Zandberg.
Wprawdzie trudno w tej chwili spekulować w sprawie ewentualnego przyszłorocznego wyniku Bidronia w wyborach prezydenckich, ale z dużą dozą pewności można założyć, że uzyska większe poparcie niż ktokolwiek z Razem lub z SLD. Ostatnie sondaż prezydenckie wskazują na wyraźną przewagę Andrzeja Dudy. We wszystkich badaniach to on cieszy się największym poparciem. Na drugim miejscu plasuje się Donald Tusk, a na trzecim właśnie Robert Biedroń.

Głos lewicy

Czerwony długopis

Czesław Cyrul dzieli się anegdotką na Facebooku:
Bawiąc gdzieś w Polsce nagle potrzebny mi był długopis piszący na czerwono. W końcu, w małym miasteczku, pani w saloniku prasowym, wskazała mi jedyną w mieście księgarnię. Tam może pan dostanie. W saloniku królowała lokalna i kościelna prasa. Udało mi się kupić ostatni egzemplarz Wyborczej. Rzeczypospolitej pani nie zamawia. Leżał stos Gazety Warszawskiej. Tę pani musi zamawiać, choć nie ma na nią chętnych.
W księgarni dwie panie, w wieku balzakowskim, zaproponowały mi podpisanie listy, która ma zablokować zboczeńców z LGBT. Trzeba im zabronić nauczania seksu dzieci w przedszkolach. Owszem mogę podpisać taki protest, ale proszę mi pokazać dokument, który zezwala tym zboczeńcom na owo nauczanie. Panie okazały się bezradne. Nie były w stanie powiedzieć o co naprawdę idzie. Młoda dziewczyna także zdecydowanie odmówiła podpisu.
A pan w jakiej sprawie, odezwał się zestresowany młody człowiek za ladą. Ja po czerwony długopis. Aha. Chrząknęły panie znacząco. Tak, tak szanowne panie, czerwony to ulubiony kolor księży. Każdy by chciał nosić czerwone, kardynalskie szaty. A paniom te podpisy to kto kazał zbierać? Czy aby nie ktoś marzący o czerwonych szatach? Panie zdecydowały się opuścić pospiesznie księgarnię.
Ale im pan dał do wiwatu, odezwał się wystraszony sprzedawca. To czołowe aktywistki naszej parafii. Nikt z tutejszych im nie stanie na drodze. Może pan tych czerwonych długopisów weźmie więcej, bo jakoś nie schodzą i w końcu wyschną. Ale ja tylko jeden chciałem. 1 złoty 60 groszy poproszę.

Klauzula prawicowego sumienia

Tymoteusz Kochan o głośnej sprawie IKEI:
Prawica walczy o klauzulę sumienia dla wszystkich, a jednocześnie zwalcza Ikeę, kiedy ta nie chce zatrudniać człowieka wzywającego do mordowania osób o innej orientacji w oparciu o zabobon i groźny fundamentalizm.
Hipokryzja sięga zenitu bo celem rządu jest stworzenie prawicowej dyktatury i nazwanie jej wolnością! Klauzula sumienia jest przecież domyślnie tylko dla katolickich ultrasów i narodowców, a wszyscy inni mają szanować wiarę i poglądy, które nawołują do likwidacji czerwonych, tęczowych i uchodźców.
Z drugiej strony reszta ma spokojnie akceptować fakt, że istnieje grono osób wzywających do eksterminacji innych i uznać te poglądy za dozwolone i chronione przez święte państwo. Brzmi jak program Wolność+.
Sam przy najbliższej okazji zamierzam – i namawiam do tego innych – do skorzystania z klauzuli sumienia przy kontakcie z prawicowymi fundamentalistami. Odmawiać, nie świadczyć usług i niech robią narodowe sklepy, salon z meblami wolnymi od LGBTQ, uniwersytety wzywające do mordowania uchodźców i narodowego Twittera i Facebooka.

Jesień Wiosny na jesieni

Publicysta Remigiusz Okraska o najnowszych decyzjach Roberta Biedronia:
„Władze Wiosny upoważniły lidera partii Roberta Biedronia do rozmów z Koalicją Europejską o wspólnym starcie w wyborach parlamentarnych – poinformował Biedroń”.
Mam nadzieję, że pan Schetyna zażąda miliona złotych za jedynkę na liście dla Śmiszka, schowania Biedronia i nieeksponowania nazwy partii. I że jesienią będzie po Wiośnie, tej kiepskiej ustawce kiepskich ludzi w kiepskim celu wedle kiepskiego pomysłu kiepskich macherów.
PS. Gdyby nie powstanie Wiosny na chwilę, wciąż prawdopodobnie mielibyśmy niezależną lewicę z poparciem >3 proc..

Flaczki tygodnia

Na pytanie: „Co decyduje o sukcesie filmu?, Andrzej Wajda odpowiadał zawsze: „Obsada, obsada”.

Czas pokazał, że mistrz kina miał rację. Bo scenariusz filmu zawsze można, nawet w trakcie realizacji filmu, poprawić. Zdjęcia są niezwykle ważne, ale można je wzbogacić nowatorskim montażem. Podobnie muzykę aranżem, scenografię zdjęciami. I nawet reżyser filmu nie zawsze jest najważniejszy, bo w razie kryzysu twórczego można go zastąpić drugim reżyserem z ekipy. Albo awaryjnie ściągniętym nowym. „Flaczki” znają z historii kina takie przypadki.

Jedynie aktorów, zwłaszcza pierwszoplanowych, nie da się łatwo podkręcić. A w trakcie realizacji filmu skutecznie zastąpić. Wcześniej nakręcony materiał filmowy zostaje, trudno ich z niego usunąć.

Proponowana przez Wajdę recepta nie dotyczyła tylko ról pierwszoplanowych. Każdy świadomy widz wie jak ważne są role drugoplanowe. Często nagradzane na prestiżowych festiwalach filmowych. Bywają aktorzy okrzyknięci przez krytykę mistrzami drugiego planu. Charakterystyczni, szczególnie ukochani przez filmową publikę.

Realizacja filmu podobna jest do realizacji projektu politycznego.
Bo efektem produkcji filmowej jest dzieło oglądane potem w kinach i omawiane w mediach.
Efektem realizowanego w trakcie kampanii wyborczej, projektu politycznego jest klub parlamentarny kandydującego komitetu wyborczego. Oglądany potem w Sejmie i Senacie i też często omawiany w mediach.

Film znika zwykle z kin po roku eksploatacji. Klub parlamentarny ma dłuższy, bo czteroletni okres emisji.

Bywa, że produkcja filmu zostaje przerwana i trud ekipy idzie do przysłowiowego piachu. Bywa, że lista wyborczy nie przekracza progu wyborczego i kandydujący do parlamentuj tracą szansę na emisję.
Bywa też, że ambitnie zakrojony na pełnometrażowy projekt filmowy, w trakcie realizacji kończy się formą krótkometrażową.
Podobnie w polityce. Zakrojony na duży klub parlamentarny projekt polityczny może przynieść w efekcie kilkuosobowe poselskie.

I kino i parlament nie istnieją bez publiczności. Fani projektów filmowych głosują swą obecnością w salach kinowych, fani projektów politycznych w lokalach wyborczych.

„Flaczki tygodnia” nieraz pytały redaktora naczelnego „Trybuny”, byłego posła na Sejm RP, uznawanego wtedy za jednego z najbardziej pracowitych i skutecznych posłów, współtwórcę ustawy o kinematografii, czyli Piotra Gadzinowskiego, o warunki sukcesu listy wyborczej i jej klubu parlamentarnego.

I wtedy „Flaczki” zawsze słyszały receptę Wajdy. Bo każda ekipa filmowa ma scenariusz przyszłego filmu, a komitet wyborczy swój program. Oba mogą być od początku solidnie napisane i skończone. Czasem mogą być jedynie pomysłem na realizację filmową lub polityczną. Zmienianą w trakcie realizacji, dostosowywaną do falującej rzeczywistości.
Często odejście od pierwotnego scenariusza kończy się klapą filmu. Podobnie jak nierealizowanie złożonych w trakcie kampanii obietnic wyborczych przez klub parlamentarny.

Każdy film ma swojego reżysera. Każda partia swojego lidera. Każda publika, i filmowa i polityczna, lubi w nich widzieć swego „charyzmatycznego” wodza.

Nie ma precyzyjnej definicji „charyzmatyczności”. Ową „charyzmę”, podobnie jak piegi, albo się genetycznie ma, albo się nie ma.
Czasem „charyzma” wyskakuje na bladym wizerunku reżysera albo lidera politycznego w czasie ich działalności. Czasem owe piegi u reżyserów i liderów dostrzegają jedynie sprzyjające im media. Jeśli media informują o tych piegach często i intensywnie, to w końcu widzowie i wyborcy też mają podobne zwidy.

Jednak w ostatecznym rozrachunku to nie charyzmatyczne piegi są najistotniejsze. Zawsze o prawdziwym sukcesie branżach filmowych i politycznych decyduje obsada.

Ważne są oczywiście role pierwszoplanowe. Widzowi chodzą do kina aby zobaczyć swe gwiazdy. Wyborcy, zwłaszcza polscy, też kochają polityków, których od dawna znają.
Gwiazdą kampanii do Parlamentu Europejskiego okazała się pani poseł Beata Szydło. Królowa małopolskich serc. Krytycy odnotowali sukces Bartosza Arłukowicza, reprezentującego średnie pokolenie aktora sceny politycznej. I ku ich zdumieniu powrót starych mistrzów, premierów Belki, Cimoszewicza i Millera.
W przypadku premierów sprawdziła się zasada, że dawny gwiazdor, powracający po okresie nieobecności w filmie i polityce, może liczyć na renesans sympatii swego dawnego elektoratu.

Nie ma sukcesu filmu i listy wyborczej bez efektownych debiutantów. Widzowie- wyborcy lubią znanych sobie aktorów scen, ale w każdym sezonie jednocześnie tęsknią za zmianą. Za nowymi, najlepiej młodymi twarzami.
Dlatego w dobrym filmie musi być w głównej obsadzie aktorka lub aktor debiutujący. Nowość. Podobnie na liście wyborczej muszą być nowe, wielce obiecujące twarze.
Niektórzy z nich karierę swą zakończą na efektownym debiucie. Ale widzowie i obserwatorzy polityki lubią, czasem sadystycznie nieco, śledzić kariery gwiazd, które nagle rozbłysły i zaraz potem szybko zgasły.

Niezwykle istotni, a może najważniejsi, w obsadzie filmowej i klubach parlamentarnych są aktorzy drugiego planu. Rzadko dostrzegani w mediach, rzadko zapraszani do nich, ale ciężko pracujący na planie filmowym i w parlamencie. Gwiazdy co prawda strzelają bramki, ale ktoś wpierw musi im piłkę podać.

Dlatego „Flaczki” podpowiadają liderom SLD receptę Wajdy. Kiedy będą ustalać kandydatów SLD na listy wyborcze, czyli skład przyszłego klubu parlamentarnego lewicy, niech uczynią to roztropnie. Zadbają o gwiazdy, wyszukają debiutantów. Ale przede wszystkim niech pamiętają o jakości drugiego planu. Widzowie i wyborcy lubią postacie charakterystyczne. Czyli z te charakterem.

„Bardzo dobra wiadomość”

Krótka opowieść o tym, dlaczego czasem lepiej trzymać buzię zamkniętą na kłódkę.

Naprawdę, pan Biedroń tak powiedział:
– Mam dziś bardzo dobrą wiadomość! Zapraszam do stworzenia postępowej koalicji politycznej… Zapraszam Sojusz Lewicy Demokratycznej – coś tam, coś tam – Polską Partię Socjalistyczną, Zielonych, partię Razem, wszystkich tych, którzy chcieliby połączyć siły do współpracy, do tego żebyśmy razem usiedli do stołu i zaczęli rozmawiać o nowej sile, wszystkich tych, którzy chcieliby budować jedną, wielką, zjednoczoną opozycję, siłę, przymierze dla przyszłości postępowej Polski…
– Ha ha ha ha!
Co to się działo, co się działo!
Świata pół ze śmiechu się skręcało… Chciałoby się sparafrazować mistrza Młynarskiego.
Tak, tak, tak, tak – to ten sam Biedroń, który całkiem niedawno mówił:
– Byłem pół życia w SLD, wiem, jak wygląda praca w strukturach, znam ludzi. To partia wielu post-pezetpeerowców i karierowiczów w fatalnym wydaniu. SLD stało się partią obciachu bardziej niż PiS, ale wynika to przede wszystkim z faktu, że partia nie ma ludziom wiele do zaoferowania…
Tak mówił! W stosunku do SLD nawet nie udawał grzecznego – walił na odlew, między oczy, w zęby:
– Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówię nie! Skończmy z dziadostwem w polskiej polityce…
To na Twitterze. Taki był! Ale już nie jest. Zastanawiam się co się stało, jakiegoż to cudu jesteśmy świadkami? Może to te diabelskie szóstki? Najpewniej tak! To dzięki nim pan Biedroń, mimo, że zapowiadał wynik dwucyfrowy, uzyskał trzycyfrowy – 6.06 proc! Dzięki szósteczkom dwa „Wiosenne” małżeństwa – jego oraz partnerki jego zastępcy, ulokowały swych przedstawicieli w ławach PE. Oni już jakoś się wyżywią, ale co z resztą? Jak sobie poradzi?…
Dla reszty zostają wybory krajowe. Tylko, że w pojedynkę słabnąca „Wiosna” nie da rady. Mówiąc po cichu, między nami – do sejmowych wyborów może nie przetrwać w ogóle. Chyba, że udałoby się ją jakimś cudem podczepić do większego statku… Na przykład do M/S Koalicja Europejska. Wtedy pozostali działacze mieliby szansę zacumować w porcie przy Wiejskiej. Przynajmniej niektórzy. Co prawda byliby tylko posłami na kraj, a nie na eksport, ale dobre i to…
Ot i cała tajemnica przeistoczenia się SLD z ropuchy w piękną księżniczkę, wartą progresywnego grzechu z „trzecią siłą polityczną w Polsce”… To też pan Biedroń – „progresywna trzecia siła”…
Gdy to wszystko mówił, miny otaczających go pań nie były przesadnie naznaczone szczęściem. Miny pani europosłanki Sylwii Spurek w ogóle nie było widać, bo pilnowała się, by w oko kamery nie wejść i zza placów pana Biedronia się nie wychylić.
Droga pani Sylwio! Naprawdę nie ma się czego wstydzić. 25 tys. głosów mniej od Leszka Millera, to żaden wstyd. Więksi z nim przegrywali, a przecież nie takie głupoty jak pani wygadywali.
O, niech pani popatrzy na pana Zandberga! Ten kompletnie się nie wstydzi, choć cała siła polityczna, której jest liderem, uzyskała zaledwie 1,24 proc. głosów. I to mimo, że występowali Razem! Pan Zandberg osobiście uzbierał 17108 głosów, Miller prawie pięć razy tyle.
1,27 proc. poparcia, to znacznie gorzej niż pan Biedroń, bo to grozi całkowitym odcięciem od państwowej kasy i zwykłą codzienną robotą. Bez kamer, bez wywiadów, bez tego całego obrzydliwego, ale tak pożądanego przez polityków blichtru… Pan Zandberg też więc w końcu poszedł po rozum do głowy. Jeszcze niedawno, jedna z jego bardzo ważnych członkiń (innych zresztą poza bardzo ważnymi tam nie ma) ostentacyjnie, publicznie, odmówiła Czarzastemu podania ręki. Minęło trochę miesięcy, a lider Razem mówi, że są otwarci na rozmowy z nim… Wystarczyło, że dostali jeden procent z haczykiem i już są otwarci! Co to znaczy magia cyfr?!
Co tam zastępczyni – sam pan Adrian nosząc głowę tak wysoko, że prawie dotykał czubka Pałacu Kultury, mówił… Co ja gadam „mówił”?! On przecież nie mówi, on wygłasza, objawia wręcz, prawdy absolutne, bezdyskusyjne:
– Resztki tej formacji (SLD – MB) nie zaprzątają szczególnie naszej uwagi. Oczywiście to, że przez lata pod słowem „lewica” funkcjonowała w Polsce partia pełna skorumpowanych aparatczyków, w dodatku wdzięcząca się do biznesu i mająca w nosie pracowników, będzie jeszcze długo utrudniało nam przekonywanie ludzi do lewicy. Polacy tyle razy zawiedli się na politykach, że dziś największe wyzwanie dla Razem to udowodnić, że gdy mówimy o sprawiedliwości społecznej i demokracji, to jesteśmy wiarygodni…
Można powiedzieć – udało się! Na początek udało się przekonać partię Razem. A ostatnio, w drodze eksperymentu wyborczego, udało się precyzyjnie określić zakres przekonania wyborców – 1,24 procenta!
Dwóch liderów. Jeden piękny, elokwentny, zabawny, porywający, miły, radosny, drugi zabójczo przystojny, poważny, wielki, silny, wyniosły, magnetyzujący…
Dwa różne charaktery, dwie różne drogi… A obie prowadzą do Canossy. Co oznacza, że warto czasem powściągnąć jęzor, schować nieco ambicje do kieszeni, by coś zyskać, ale nie warto robić z siebie przy okazji idioty.

Deficyt idei Ważny tunajt

Nie wiem czy Rafał Trzaskowski naprawdę wciągał koks z Michałem Dziębą w Brukseli czy tylko udawał, tak jak nie wiem czy Lech Kaczyński naprawdę pił wódkę z Kiszczakiem, czy wylewał za kołnierz. Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi, a w zasadzie nic. Obchodzi mnie za to fakt, że prezydent mojego miasta ma odwagę zdobyć się na gest na który jego poprzedniczce nie starczyło trzech kadencji. Zastanawiam się tylko, ile w tym prawdziwej idei a ile oportunizmu.
Rozchodzi się oczywiście o Paradę Równości, która przeszła ulicami Warszawy w ubiegłą sobotę. Kiedy piszę te słowa, jestem w Wodzisławiu Śląskim i szykuję się do koncertu z okazji dni miasta. Zamierzam przywdziać dziś na scenę koszulkę z orłem w koronie na tęczowym tle. Pochwaliłem się tym już w intenecie i niektórzy straszą mnie prokuratorem, ale chyba zaryzykuję. Tak czy inaczej, Rafał Trzaskowski, jako pierwszy prezydent stolicy wziął udział w Paradzie Równości, której ongiś Lech Kaczyński zupełnie zakazał, a której Hanna Gronkiewicz-Waltz skutecznie unikała, tak jak unika się zaproszenia na imprezę do ciotki, którą się co prawda toleruje, ale tylko do pewnego stopnia.
Tego, że Rafał Trzaskowski jest w swych poglądach dużo bardziej progresywny niż prezydent Gronkiewicz nie wiedziałem i w sumie nie wiem nadal, bo obydwoje wywodzą się ze środowiska najbardziej ideowo nijakiego, czyli z PO. O ile na sztandarach PiS-u z powodzeniem można wypisać walkę z korupcją (wolicjonalną), katolicyzm (opcjonalny) i konserwatyzm (bez znaczenia), to sztandar Platformy jest kompletnie pustą płachtą, na której kiedyś ktoś napisał 3×15, ale zaraz szybko zmazał, bo nie do końca był pewien, czy to o to chodzi. Innymi słowy, tak jak HGW deklarowała przywiązanie do wiary katolickiej i kierowanie się w życiu nauką katechizmu, tak i Rafał Trzaskowski może mówić, że jest za związkami partnerskimi i rozdziałem Kościoła od państwa, ale obydwoje, przez fakt zasiadania w tej samej organizacji, są jak na razie równie wiarygodni. Niechaj więc Państwa nie zdziwi mój daleko posunięty sceptycyzm względem gestu prezydenta Warszawy, który oczywiście pochwalam, ale który wcale nie przybliża mnie mentalnie do niego jako mojego prezydenta, bo bardziej pamiętam jego i radnych PO wycofywanie się rakiem z obniżki bonifikat za użytkowanie wieczyste, niż udział w Marszu Równości. Mimo że sam na niego głosowałem, choć zamknąłem na ten czas oczy, a po wyjściu z lokalu przepłukałem usta wódką. Jak mawia Waldemar Pawlak-przebaczać, ale nie zapominać, a jedna jaskółka nie czyni wiadomo czego.
No właśnie, a propos Wiosny i wiarygodności. Trzecia siła polityczna w Polsce z 6 procentami? Dajcie spokój. W Belgii piwo w knajpie ma więcej. Cieszy jednakowoż fakt, że Robert Biedroń dostrzegł potrzebę budowy wspólnego frontu partii lewicowych. Jeśli jednak jego zamiary są równie wiarygodne co zapewniania o zrzeczeniu się mandatu do Europarlamentu, to na miejscu Adriana Zandberga nie brałbym zbyt dużego kredytu na kampanię, bo po wyborach nie bardzo będzie z czego spłacić. Owszem, Biedroń tłumaczył się, że powiedział że „niewykluczone” że się zrzeknie i zrobi to, jeśli się dostanie do polskiego Sejmu No ale jak, Szanowni Państwo, nazwać takie bajdurzenie, jeśli nie zwykłym oportunizmem właśnie. Jak mi się uda, to oddam (choć oczywiście nie ma pewności), a jak nie, to sobie zachowam, mimo że wcześniej mówiłem coś innego. Z kim wobec tego budować tę lewicową wiarygodność? Co wypisać na czerwonych sztandarach? Jakie idee, skoro najpopularniejszy obecnie lewicowy polityk w Polsce ma kłopoty z wiarygodnością własną. Dołóż do tego jeszcze rozkręcającą się aferę mobbingową w szeregach własnej partii, która, swoją drogą, w sferze idei właśnie, do złudzenia przypomina mi Platformę i Nowoczesną. Niby coś tam jest, ale na dobrą sprawę, nie wiadomo na jakim to wszystko zbudowane fundamencie. A nie trzeba być murarzem-zbrojarzem żeby wiedzieć, że bez fundamentu, za nic długo nie postoi i rozleci się szybko w proch. Może więc najwyższa pora stawiać fundament, żeby nie powiedzieć „bazę” -silną, twardą i mocną. Z klarownym światopoglądowym horyzontem, a nie rozmyty na tęczowo czy różowo domek z kart. Andrzej Lepper i jego Samoobrona mieli kiedyś przynajmniej na tyle jaj, że za hymn obrali sobie pieśń „Gdy naród do boju wystąpił z orężem”. Może warto odkurzyć dawne śpiewniki i dzieła zebrane. Mam wrażenie, że to wcale nie musi być jeszcze demode.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Nie tak szybko

Media żywią się wszystkim, co sensacyjne, czekają na każdy krwisty kąsek, który spadnie ze stołu. Są jak rekiny. A wokół Roberta Biedronia rozlało się ostatnio sporo krwi.

„SuperExpress”, który napisał o tym, że lider Wiosny dwadzieścia lat temu miał postawione zarzuty za znęcanie się nad matką nie kryje, że cała sprawa z wyciągnięciem tej informacji na światło dzienne była inspirowana politycznie. Nie kryje nawet, że to robota konkretnego środowiska skupionego wokół konkretnej partii (PO). Najwyraźniej naczelni opozycjoniści IV RP zapomnieli już, jakim oburzeniem pałali, gdy ich ówczesnemu szefowi wyciągano legendarnego dziadka z Wehrmachtu.
Mam wobec „Biedroń Przemocowiec Gate” ambiwalentne uczucia. Nie dziwi mnie, że człowiekowi, który aspiruje do pełnienia funkcji publicznych, zadaje się trudne pytania. Taki, jak się to mówi, lajf: właściciel sklepu spożywczego nie musi legitymować się krystalicznym życiorysem, ale poseł, wybraniec narodu – już powinien. Skoro potępiamy czyny radnego Piaseckiego i uważamy, że nie powinien pełnić funkcji publicznych, to Biedroń powinien być mierzony tą samą miarką.
A jednak sytuacja nie jest tożsama i pomimo wielu oczywistych zastrzeżeń co do programu partii Biedronia, pomimo tego, że nie jest on „moim wyborem” politycznym, w tej konkretnej sprawie będę go bronić.
Założyciel Wiosny nie jest w polityce „świeżakiem”, choć na takiego się kreuje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sensacyjne nagłówki pt. „Pobił matkę?”, w dodatku dotyczące sprawy, która już dawno została wyjaśniona i zamknięta na etapie postępowania sądowego, nie ukazują się dziś przypadkiem. Obserwujemy typową śmierdzącą kampanijną sztuczkę. Na Niesiołowskiego haki trzymano w kieszeni przez długie miesiące, tu najwyraźniej jest podobnie.
Media robią bardzo ryzykowną rzecz, stawiając Biedronia w roli naczelnego oprawcy. Bo tym jest właśnie wyrwanie z kontekstu sprawy, którą dwadzieścia lat temu założyła mu matka. Tu absolutnie nie powinno się tego kontekstu lekceważyć. A kontekst był taki, że zarówno matka, rodzeństwo Biedronia, jak i on sam, przez lata byli ofiarami przemocy, a przy okazji – co bezpośrednio wynika z ich wypowiedzi – osobami współuzależnionymi, zastraszonymi, długotrwale funkcjonującymi w kryzysie. „Kiedy człowiek jest ofiarą przemocy, często nie wie, po której stronie stanąć” – mówi Biedroń i ja mu wierzę. Bo tak to właśnie działa. „Ofiara przemocy” kojarzy nam się ze skuloną postacią łkającą w kącie. Ofiara przemocy miewa mętlik w głowie. Szuka ujścia dla ekstremalnych emocji. Bywa, że znajduje się pod czyimś szkodliwym wpływem, jest manipulowana. Zdarza się, że powiela wzorce, od których tak bardzo chce uciec. Matka Biedronia nie kryje, że cała rodzina latami żyła w piekle. Dlatego ostatecznie wycofała swoje oskarżenia.
Warunkowe umorzenie kary oznacza uznanie winy. Więc tak, do aktu przemocy dojść musiało, nie da się oszukać rzeczywistości. Ale warunkowe umorzenie oznacza również szereg okoliczności szczególnych, istotnych na tyle, aby nie skazywać. W mojej pracy kuratora miałam do czynienia z podopiecznymi „po warunkowym”. Zazwyczaj oznaczało to, że do popełnienia przestępstwa skłaniały ich bieda, uwikłanie w krąg przemocy, głęboki kryzys emocjonalny. Dziś jednak zdaje się, że oboje, zarówno matka, jak i syn, przepracowali swoje traumy. Wyjaśnienia złożoności tej tragicznej sytuacji próżno szukać w plotkarskich notkach. Dlatego myślę, że pisząc o tej sprawie, należy zachować szczególną ostrożność i powstrzymać się od kategorycznych osądów.
To nie jest w żadnym wypadku usprawiedliwianie przekazywania przemocy dalej. To próba zrozumienia, dania szansy na wyplątanie się z obciążającej przeszłości. Mnie osobiście wyjaśnienia Biedronia przekonują. I myślę, że w konfrontacji z mediami słusznie stawia na ucieczkę do przodu poprzez szczerość i przypominanie kontekstu sprawy. Rozumiem też poniekąd jego słuszny żal o to, że akurat teraz postawiono go w ohydnej sytuacji, w której będzie „spalony”, cokolwiek nie zrobi: nawet jeśli otrzepie się z przysłowiowego gówna za pomocą racjonalnych argumentów, to jednak zawsze coś się przyklei.

„N” Biedronia

Miała być Nowa polityka. Są Niejasności finansowe. Nepotyzm. I Niepewność jutra…

Za 3-4 tygodnie, po zakończeniu objazdu Polski, może się okazać, że nasze poparcie skoczy jeszcze wyżej i wyprzedzimy Platformę” – cieszył się na początku lutego Krzysztof Gawkowski, jeden z najbliższych współpracowników Roberta Biedronia. A sam przyszły premier uspokajał szefa PO. „Widziałbym Schetynę w roli wicepremiera i szefa MSWiA” – mówił Biedroń w rozmowie z „Super Expresem”.
Obaj panowie z pewnością dobrze znają starotestamentową Księgę Przypowieści Salomona. „Pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną” – przekonywał mędrzec sprzed dwóch tysięcy lat. Tylko mało kto wierzy, że to o nim.

Sondaże

Hanna Gronkiewicz-Waltz już przymierzała się do fotela prezydenckiego, gdy na początku 1995 roku pierwsze sondaże sięgały dwudziestu procent. Na jesieni były już tylko łzy z wyniku 2,76 proc. Na kilkanaście procent wyceniano Europę+, twór powstały przed poprzednimi wyborami europejskimi. Na początku. Bo skończyło się na 3,58 proc. Również obecna gwiazda TVP Info, Magdalena Ogórek, którą w wyborach prezydenckich poparło 2,38 procent wyborców, liczyła na dużo więcej. Bo pierwsze sondaże dawały jej koło dziesięciu procent. Ale na czele rankingu dołujących polityków z pewnością plasuje się Mateusz Kijowski. W maju 2016 roku, w sondażu TNS Polska, zapomniana już dawno koalicja KOD-u, z wynikiem 38 proc. wygrywała z PiS-em.
Co jest przyczyną takiego ostrego zjazdu sondażowego w ciągu kilku lub kilkunastu tygodni? Jak w przypadku partii Biedronia. I innych polityków – zapowiadających start. I liczących na powalający wynik. Nie można całej winy zrzucać na nierzetelnie wykonane sondaże. To przede wszystkim wina polityków. Rozbudzających duże oczekiwania. Emocje. Nadzieje. A następnie w szybkim tempie sprowadzających potencjalnych wyborców na ziemię. Rozczarowanie Wiosną przyszło w tempie ekspresowym.
Od rekordowego sondażu Kantar Millward Brown, dającego Wiośnie Biedronia 14 proc., nie minęły jeszcze 2 miesiące. Parę dni temu IBRiS podał wyniki sondażu zrobionego w dwóch okręgach wyborczych do Parlamentu Europejskiego. W okręgu warszawskim Biedroń dostał 6,4 proc. Na Pomorzu – 5,3 proc.

Kasa

Lutowa konwencja Wiosny zauroczyła wielu. Doskonale zorganizowana. Dorównująca rozmachem największym partiom. I najbogatszym. Dlatego chwilę po jej zakończeniu nie mogło nie pojawić się pytanie: kto za to zapłacił? Zresztą Robert Biedroń, którego zachowania w wielu momentach przypominają Janusza Palikota, musiał się tego pytania spodziewać.
Pamiętam z jakim medialnym hukiem Palikot sprzedawał w 2010 roku swoją Cessnę. A po sprzedaży samolotu zapowiedział: „670 tysięcy – wszystko na partię”. Koniec końców nie ma znaczenia, czy rzeczywiście te pieniądze na potrzeby partii wydał. Z pewnością uprzedził pytania o źródła jej finansowania.
Biedroń był zaskoczony finansową dociekliwością dziennikarzy. Mało kogo przekonały twierdzenia, że złoty interes zrobiła Katarzyna Uberhan – wielkopolska koordynatorka Wiosny. Której spółka prowadzi w internecie skleproberta.pl – z koszulkami, kubkami i torbami na zakupy. Przyparci do muru działacze Wiosny zdecydowali się na umieszczenie w Internecie wyciągu z konta partii. Pokazując przy okazji „Kozakiewicza gest” wszystkim ciekawskim źródeł finansowania partii Biedronia. Bo bankowy wyciąg zawiera wyłącznie obciążenia konta, a nie wpływy na konto. To że wynajęcie Torwaru i sypiące się na głowy konfetti kosztuje – i tak wszyscy wiedzieli. A odpowiedzi o źródła finansowania partii nie dostali. I RODO nie ma tu nic do rzeczy, bo zgodnie z ustawą o partiach politycznych, finanse partyjne są w 100-procentach jawne.

Fundacja

Przeglądająca wyciągi bankowe dziennikarka „Polityki” Anna Dąbrowska znalazła w nich kilka niejasności. Opisując je w artykule „Pieniądze Wiosny. Kilka spraw do wyjaśnienia”, zwróciła uwagę na przepływy pieniędzy pomiędzy partią Wiosna i Instytutem Myśli Demokratycznej.
Instytut Myśli Demokratycznej jest fundacją ustanowioną przez Roberta Biedronia. To ta fundacja zorganizowała pierwszą konwencję Wiosny i ją sfinansowała. Później partia zwróciła jej za to pieniądze. W sumie Anna Dąbrowska doliczyła się 132 tys. zł przelanych z konta partii na konto fundacji.
Dlaczego fundacja Biedronia, będąca jego zapleczem eksperckim, wywołała takie zainteresowanie mediów? Odpowiedzią są różnice w finansowym traktowaniu stowarzyszeń i fundacji oraz partii politycznych. Finanse partii politycznych mogą być zasilane darowiznami wyłącznie osób fizycznych znanych z imienia i nazwiska. To ograniczenie nie obowiązuje stowarzyszeń i fundacji. Tam darczyńcy mogą pozostawać anonimowi. A pieniądze mogą wpłacać również osoby prawne, czyli na przykład firmy. To dlatego każda fundacja, w której pojawiają się nazwiska ważnych polityków, budzi emocje. I wątpliwości co do finansowej transparentności.

Twarda 18

Jest rzeczą normalną, że partie polityczne mają swoje think tanki, będące fundacjami lub stowarzyszeniami. W przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest to Fundacja Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Jednak nikt z polityków pełniących w SLD funkcje kierownicze nie zasiada w jej władzach. Zupełnie inaczej jest w Instytucie Myśli Demokratycznej Roberta Biedronia i… w Prawie i Sprawiedliwości.
W radzie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, think tanku PiS-u, znajdujemy Jarosława Kaczyńskiego. To akurat niespecjalnie dziwi, biorąc pod uwagę profil fundacji. Ale w zarządzie Instytutu jest też Adam Lipiński – wiceprezes PiS. Znacznie dalej w powiązaniu działalności partyjnej z działalnością w fundacji poszedł Robert Biedroń. Będąc fundatorem Instytutu Myśli Demokratycznej jest jednocześnie pracownikiem swojej fundacji. „Jestem szefem Instytutu Myśli Demokratycznej i tam pracuję od wielu miesięcy i tyle zarabiam” – powiedział w wywiadzie dla gazeta.pl. Ile? Równo 8 tysięcy złotych miesięcznie.
W fundacji Biedronia spotkamy też inne kluczowe postacie Wiosny. Marcin Anaszewicz, wiceprezes Wiosny, jest równocześnie prezesem zarządu fundacji (tak przynajmniej wynika z zapisów w KRS-ie). Monika Gotlibowska, skarbniczka Wiosny, jest członkiem zarządu fundacji. Podobnie jak Krzysztof Śmiszek, członek Rady Krajowej Wiosny i dolnośląska „jedynka” do Parlamentu Europejskiego.
Czy jest coś nagannego w powiązaniach biznesowo-personalnych partii i fundacji? Tak. Jest. Takie było tło ostatniej awantury o Srebrną, spółkę będącą własnością Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. I działkę przy Srebrnej 16, stanowiącą własność tej spółki. Zarzucano prezesowi Kaczyńskiemu, że planując wybudowanie przynoszących krociowe zyski wieżowców, zmierza do ominięcia ustawowych rygorów dotyczących finansowania partii politycznych.
Przy Twardej 18 w Warszawie, gdzie fundacja Biedronia wynajmuje swoją siedzibę, wieżowiec zbudowano już 15 lat temu. Więc w tym wypadku o żadnej deweloperce nie może być mowy. Zresztą nie sugeruję, że działania polityków i polityczek Wiosny oraz powiązanej z nimi fundacji naruszają przepisy prawa. To samo mówi Jarosław Kaczyński, twierdząc że cała „afera Srebrnej 16” jest wymysłem mediów. Ale to Biedroń stara się przekonać wyborców, że w przeciwieństwie do innych partii, Wiosna będzie działała transparentnie.

Statut

Jeden z byłych sympatyków Wiosny… Tak, partia Biedronia mimo krótkiego stażu ma już swoich byłych sympatyków. Otóż były sympatyk skarżył się, że publiczne deklaracje lidera nijak mają się do wewnętrznych standardów ugrupowania. Podobno aż do końca tego roku nikt z partyjnych funkcjonariuszy nie zamierza poddać się demokratycznej weryfikacji. Słowem: o obsadzie partyjnych stanowisk decyduje wyłącznie lider, a nie członkowie partii w demokratycznych wyborach.
Przyznam się, że nie do końca wierzę różnym byłym działaczom i sympatykom. Bo rzadko się zdarza, że mają dobre zdanie o swojej byłej organizacji. Dlatego sięgnąłem do statutu Wiosny. Sięgnąłem… Na oficjalnej stronie partii w Internecie nie ma statutu. Google też mi nie pomógł. Może nie umiem szukać?
Pełna fajerwerków strona internetowa Wiosny ma zakładkę „Dokumenty”. Tam powinien być statut. I apeluję do Roberta Biedronia, by się tam znalazł. Przecież nowa jakość w polityce nie polega chyba na utajnieniu statutu partii.

Nepotyzm

„To gdzie oni mają pracować” – oburzał się 10 lat temu wicepremier Pawlak, atakowany przez konkurentów politycznych za nepotyzm. Niestety tak jest, rodzinom ważnych polityków nie wszystko wolno.
Przepisy prawa są niekiedy dla członków rodzin bezlitosne. W jednostkach samorządu terytorialnego nie mogą pracować małżonkowie, jeśli istnieje między nimi bezpośrednia podległość służbowa. Podobnie jest na wyższych uczelniach i w służbie cywilnej. Gdzie dodatkowo zakaz zatrudniania rozciągnięto na innych członków rodziny. I nie ma znaczenia, jak kompetentnym, wykształconym i pracowitym pracownikiem byłaby żona, syn lub matka szefa.
Zostawmy do rozstrzygnięcia wyborcom, czy fakt nominowania przez Roberta Biedronia Krzysztofa Śmiszka, swojego partnera życiowego, na „jedynkę” w okręgu dolnośląsko-opolskim – to przejaw nepotyzmu. Ale z pewnością jest to absolutnie „nowa jakość” w polityce. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, aby Leszek Miller, będąc szefem partii, dał wyborczą „jedynkę”, skądinąd bardzo sympatycznej, małżonce. Albo premier Ewa Kopacz zaproponowała posadę ministra zdrowia córce. Lekarce – więc mającej przygotowanie zawodowe. I nawet przywoływany przez niektórych przykład braci Kaczyńskich jest chybiony. Bo zanim Lech został prezydentem, a Jarosław premierem, obaj bracia wspólnie działali w polityce dobre kilkadziesiąt lat.

Epilog

Nazywają to „kiełbasą wyborczą”. Ale ta „kiełbasa” to nie tylko miliardy rzucane na „wyborczy rynek” przez Prawo i Sprawiedliwość. To również nadzieje – oferowane wyborcom przez polityków. Na zmianę. Na inną politykę. To obiecywał Donald Tusk w 2007 roku milionom młodych ludzi głosujących na Platformę Obywatelską. Później to samo robił Janusz Palikot. Inna miała być partia Ryszarda Petru. Wszyscy zawiedli swoich wyborców.
Najwyraźniej Robert Biedroń postanowił podążać ich śladem. Szkoda.