„Bardzo dobra wiadomość”

Krótka opowieść o tym, dlaczego czasem lepiej trzymać buzię zamkniętą na kłódkę.

Naprawdę, pan Biedroń tak powiedział:
– Mam dziś bardzo dobrą wiadomość! Zapraszam do stworzenia postępowej koalicji politycznej… Zapraszam Sojusz Lewicy Demokratycznej – coś tam, coś tam – Polską Partię Socjalistyczną, Zielonych, partię Razem, wszystkich tych, którzy chcieliby połączyć siły do współpracy, do tego żebyśmy razem usiedli do stołu i zaczęli rozmawiać o nowej sile, wszystkich tych, którzy chcieliby budować jedną, wielką, zjednoczoną opozycję, siłę, przymierze dla przyszłości postępowej Polski…
– Ha ha ha ha!
Co to się działo, co się działo!
Świata pół ze śmiechu się skręcało… Chciałoby się sparafrazować mistrza Młynarskiego.
Tak, tak, tak, tak – to ten sam Biedroń, który całkiem niedawno mówił:
– Byłem pół życia w SLD, wiem, jak wygląda praca w strukturach, znam ludzi. To partia wielu post-pezetpeerowców i karierowiczów w fatalnym wydaniu. SLD stało się partią obciachu bardziej niż PiS, ale wynika to przede wszystkim z faktu, że partia nie ma ludziom wiele do zaoferowania…
Tak mówił! W stosunku do SLD nawet nie udawał grzecznego – walił na odlew, między oczy, w zęby:
– Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówię nie! Skończmy z dziadostwem w polskiej polityce…
To na Twitterze. Taki był! Ale już nie jest. Zastanawiam się co się stało, jakiegoż to cudu jesteśmy świadkami? Może to te diabelskie szóstki? Najpewniej tak! To dzięki nim pan Biedroń, mimo, że zapowiadał wynik dwucyfrowy, uzyskał trzycyfrowy – 6.06 proc! Dzięki szósteczkom dwa „Wiosenne” małżeństwa – jego oraz partnerki jego zastępcy, ulokowały swych przedstawicieli w ławach PE. Oni już jakoś się wyżywią, ale co z resztą? Jak sobie poradzi?…
Dla reszty zostają wybory krajowe. Tylko, że w pojedynkę słabnąca „Wiosna” nie da rady. Mówiąc po cichu, między nami – do sejmowych wyborów może nie przetrwać w ogóle. Chyba, że udałoby się ją jakimś cudem podczepić do większego statku… Na przykład do M/S Koalicja Europejska. Wtedy pozostali działacze mieliby szansę zacumować w porcie przy Wiejskiej. Przynajmniej niektórzy. Co prawda byliby tylko posłami na kraj, a nie na eksport, ale dobre i to…
Ot i cała tajemnica przeistoczenia się SLD z ropuchy w piękną księżniczkę, wartą progresywnego grzechu z „trzecią siłą polityczną w Polsce”… To też pan Biedroń – „progresywna trzecia siła”…
Gdy to wszystko mówił, miny otaczających go pań nie były przesadnie naznaczone szczęściem. Miny pani europosłanki Sylwii Spurek w ogóle nie było widać, bo pilnowała się, by w oko kamery nie wejść i zza placów pana Biedronia się nie wychylić.
Droga pani Sylwio! Naprawdę nie ma się czego wstydzić. 25 tys. głosów mniej od Leszka Millera, to żaden wstyd. Więksi z nim przegrywali, a przecież nie takie głupoty jak pani wygadywali.
O, niech pani popatrzy na pana Zandberga! Ten kompletnie się nie wstydzi, choć cała siła polityczna, której jest liderem, uzyskała zaledwie 1,24 proc. głosów. I to mimo, że występowali Razem! Pan Zandberg osobiście uzbierał 17108 głosów, Miller prawie pięć razy tyle.
1,27 proc. poparcia, to znacznie gorzej niż pan Biedroń, bo to grozi całkowitym odcięciem od państwowej kasy i zwykłą codzienną robotą. Bez kamer, bez wywiadów, bez tego całego obrzydliwego, ale tak pożądanego przez polityków blichtru… Pan Zandberg też więc w końcu poszedł po rozum do głowy. Jeszcze niedawno, jedna z jego bardzo ważnych członkiń (innych zresztą poza bardzo ważnymi tam nie ma) ostentacyjnie, publicznie, odmówiła Czarzastemu podania ręki. Minęło trochę miesięcy, a lider Razem mówi, że są otwarci na rozmowy z nim… Wystarczyło, że dostali jeden procent z haczykiem i już są otwarci! Co to znaczy magia cyfr?!
Co tam zastępczyni – sam pan Adrian nosząc głowę tak wysoko, że prawie dotykał czubka Pałacu Kultury, mówił… Co ja gadam „mówił”?! On przecież nie mówi, on wygłasza, objawia wręcz, prawdy absolutne, bezdyskusyjne:
– Resztki tej formacji (SLD – MB) nie zaprzątają szczególnie naszej uwagi. Oczywiście to, że przez lata pod słowem „lewica” funkcjonowała w Polsce partia pełna skorumpowanych aparatczyków, w dodatku wdzięcząca się do biznesu i mająca w nosie pracowników, będzie jeszcze długo utrudniało nam przekonywanie ludzi do lewicy. Polacy tyle razy zawiedli się na politykach, że dziś największe wyzwanie dla Razem to udowodnić, że gdy mówimy o sprawiedliwości społecznej i demokracji, to jesteśmy wiarygodni…
Można powiedzieć – udało się! Na początek udało się przekonać partię Razem. A ostatnio, w drodze eksperymentu wyborczego, udało się precyzyjnie określić zakres przekonania wyborców – 1,24 procenta!
Dwóch liderów. Jeden piękny, elokwentny, zabawny, porywający, miły, radosny, drugi zabójczo przystojny, poważny, wielki, silny, wyniosły, magnetyzujący…
Dwa różne charaktery, dwie różne drogi… A obie prowadzą do Canossy. Co oznacza, że warto czasem powściągnąć jęzor, schować nieco ambicje do kieszeni, by coś zyskać, ale nie warto robić z siebie przy okazji idioty.

Deficyt idei Ważny tunajt

Nie wiem czy Rafał Trzaskowski naprawdę wciągał koks z Michałem Dziębą w Brukseli czy tylko udawał, tak jak nie wiem czy Lech Kaczyński naprawdę pił wódkę z Kiszczakiem, czy wylewał za kołnierz. Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi, a w zasadzie nic. Obchodzi mnie za to fakt, że prezydent mojego miasta ma odwagę zdobyć się na gest na który jego poprzedniczce nie starczyło trzech kadencji. Zastanawiam się tylko, ile w tym prawdziwej idei a ile oportunizmu.
Rozchodzi się oczywiście o Paradę Równości, która przeszła ulicami Warszawy w ubiegłą sobotę. Kiedy piszę te słowa, jestem w Wodzisławiu Śląskim i szykuję się do koncertu z okazji dni miasta. Zamierzam przywdziać dziś na scenę koszulkę z orłem w koronie na tęczowym tle. Pochwaliłem się tym już w intenecie i niektórzy straszą mnie prokuratorem, ale chyba zaryzykuję. Tak czy inaczej, Rafał Trzaskowski, jako pierwszy prezydent stolicy wziął udział w Paradzie Równości, której ongiś Lech Kaczyński zupełnie zakazał, a której Hanna Gronkiewicz-Waltz skutecznie unikała, tak jak unika się zaproszenia na imprezę do ciotki, którą się co prawda toleruje, ale tylko do pewnego stopnia.
Tego, że Rafał Trzaskowski jest w swych poglądach dużo bardziej progresywny niż prezydent Gronkiewicz nie wiedziałem i w sumie nie wiem nadal, bo obydwoje wywodzą się ze środowiska najbardziej ideowo nijakiego, czyli z PO. O ile na sztandarach PiS-u z powodzeniem można wypisać walkę z korupcją (wolicjonalną), katolicyzm (opcjonalny) i konserwatyzm (bez znaczenia), to sztandar Platformy jest kompletnie pustą płachtą, na której kiedyś ktoś napisał 3×15, ale zaraz szybko zmazał, bo nie do końca był pewien, czy to o to chodzi. Innymi słowy, tak jak HGW deklarowała przywiązanie do wiary katolickiej i kierowanie się w życiu nauką katechizmu, tak i Rafał Trzaskowski może mówić, że jest za związkami partnerskimi i rozdziałem Kościoła od państwa, ale obydwoje, przez fakt zasiadania w tej samej organizacji, są jak na razie równie wiarygodni. Niechaj więc Państwa nie zdziwi mój daleko posunięty sceptycyzm względem gestu prezydenta Warszawy, który oczywiście pochwalam, ale który wcale nie przybliża mnie mentalnie do niego jako mojego prezydenta, bo bardziej pamiętam jego i radnych PO wycofywanie się rakiem z obniżki bonifikat za użytkowanie wieczyste, niż udział w Marszu Równości. Mimo że sam na niego głosowałem, choć zamknąłem na ten czas oczy, a po wyjściu z lokalu przepłukałem usta wódką. Jak mawia Waldemar Pawlak-przebaczać, ale nie zapominać, a jedna jaskółka nie czyni wiadomo czego.
No właśnie, a propos Wiosny i wiarygodności. Trzecia siła polityczna w Polsce z 6 procentami? Dajcie spokój. W Belgii piwo w knajpie ma więcej. Cieszy jednakowoż fakt, że Robert Biedroń dostrzegł potrzebę budowy wspólnego frontu partii lewicowych. Jeśli jednak jego zamiary są równie wiarygodne co zapewniania o zrzeczeniu się mandatu do Europarlamentu, to na miejscu Adriana Zandberga nie brałbym zbyt dużego kredytu na kampanię, bo po wyborach nie bardzo będzie z czego spłacić. Owszem, Biedroń tłumaczył się, że powiedział że „niewykluczone” że się zrzeknie i zrobi to, jeśli się dostanie do polskiego Sejmu No ale jak, Szanowni Państwo, nazwać takie bajdurzenie, jeśli nie zwykłym oportunizmem właśnie. Jak mi się uda, to oddam (choć oczywiście nie ma pewności), a jak nie, to sobie zachowam, mimo że wcześniej mówiłem coś innego. Z kim wobec tego budować tę lewicową wiarygodność? Co wypisać na czerwonych sztandarach? Jakie idee, skoro najpopularniejszy obecnie lewicowy polityk w Polsce ma kłopoty z wiarygodnością własną. Dołóż do tego jeszcze rozkręcającą się aferę mobbingową w szeregach własnej partii, która, swoją drogą, w sferze idei właśnie, do złudzenia przypomina mi Platformę i Nowoczesną. Niby coś tam jest, ale na dobrą sprawę, nie wiadomo na jakim to wszystko zbudowane fundamencie. A nie trzeba być murarzem-zbrojarzem żeby wiedzieć, że bez fundamentu, za nic długo nie postoi i rozleci się szybko w proch. Może więc najwyższa pora stawiać fundament, żeby nie powiedzieć „bazę” -silną, twardą i mocną. Z klarownym światopoglądowym horyzontem, a nie rozmyty na tęczowo czy różowo domek z kart. Andrzej Lepper i jego Samoobrona mieli kiedyś przynajmniej na tyle jaj, że za hymn obrali sobie pieśń „Gdy naród do boju wystąpił z orężem”. Może warto odkurzyć dawne śpiewniki i dzieła zebrane. Mam wrażenie, że to wcale nie musi być jeszcze demode.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Nie tak szybko

Media żywią się wszystkim, co sensacyjne, czekają na każdy krwisty kąsek, który spadnie ze stołu. Są jak rekiny. A wokół Roberta Biedronia rozlało się ostatnio sporo krwi.

„SuperExpress”, który napisał o tym, że lider Wiosny dwadzieścia lat temu miał postawione zarzuty za znęcanie się nad matką nie kryje, że cała sprawa z wyciągnięciem tej informacji na światło dzienne była inspirowana politycznie. Nie kryje nawet, że to robota konkretnego środowiska skupionego wokół konkretnej partii (PO). Najwyraźniej naczelni opozycjoniści IV RP zapomnieli już, jakim oburzeniem pałali, gdy ich ówczesnemu szefowi wyciągano legendarnego dziadka z Wehrmachtu.
Mam wobec „Biedroń Przemocowiec Gate” ambiwalentne uczucia. Nie dziwi mnie, że człowiekowi, który aspiruje do pełnienia funkcji publicznych, zadaje się trudne pytania. Taki, jak się to mówi, lajf: właściciel sklepu spożywczego nie musi legitymować się krystalicznym życiorysem, ale poseł, wybraniec narodu – już powinien. Skoro potępiamy czyny radnego Piaseckiego i uważamy, że nie powinien pełnić funkcji publicznych, to Biedroń powinien być mierzony tą samą miarką.
A jednak sytuacja nie jest tożsama i pomimo wielu oczywistych zastrzeżeń co do programu partii Biedronia, pomimo tego, że nie jest on „moim wyborem” politycznym, w tej konkretnej sprawie będę go bronić.
Założyciel Wiosny nie jest w polityce „świeżakiem”, choć na takiego się kreuje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sensacyjne nagłówki pt. „Pobił matkę?”, w dodatku dotyczące sprawy, która już dawno została wyjaśniona i zamknięta na etapie postępowania sądowego, nie ukazują się dziś przypadkiem. Obserwujemy typową śmierdzącą kampanijną sztuczkę. Na Niesiołowskiego haki trzymano w kieszeni przez długie miesiące, tu najwyraźniej jest podobnie.
Media robią bardzo ryzykowną rzecz, stawiając Biedronia w roli naczelnego oprawcy. Bo tym jest właśnie wyrwanie z kontekstu sprawy, którą dwadzieścia lat temu założyła mu matka. Tu absolutnie nie powinno się tego kontekstu lekceważyć. A kontekst był taki, że zarówno matka, rodzeństwo Biedronia, jak i on sam, przez lata byli ofiarami przemocy, a przy okazji – co bezpośrednio wynika z ich wypowiedzi – osobami współuzależnionymi, zastraszonymi, długotrwale funkcjonującymi w kryzysie. „Kiedy człowiek jest ofiarą przemocy, często nie wie, po której stronie stanąć” – mówi Biedroń i ja mu wierzę. Bo tak to właśnie działa. „Ofiara przemocy” kojarzy nam się ze skuloną postacią łkającą w kącie. Ofiara przemocy miewa mętlik w głowie. Szuka ujścia dla ekstremalnych emocji. Bywa, że znajduje się pod czyimś szkodliwym wpływem, jest manipulowana. Zdarza się, że powiela wzorce, od których tak bardzo chce uciec. Matka Biedronia nie kryje, że cała rodzina latami żyła w piekle. Dlatego ostatecznie wycofała swoje oskarżenia.
Warunkowe umorzenie kary oznacza uznanie winy. Więc tak, do aktu przemocy dojść musiało, nie da się oszukać rzeczywistości. Ale warunkowe umorzenie oznacza również szereg okoliczności szczególnych, istotnych na tyle, aby nie skazywać. W mojej pracy kuratora miałam do czynienia z podopiecznymi „po warunkowym”. Zazwyczaj oznaczało to, że do popełnienia przestępstwa skłaniały ich bieda, uwikłanie w krąg przemocy, głęboki kryzys emocjonalny. Dziś jednak zdaje się, że oboje, zarówno matka, jak i syn, przepracowali swoje traumy. Wyjaśnienia złożoności tej tragicznej sytuacji próżno szukać w plotkarskich notkach. Dlatego myślę, że pisząc o tej sprawie, należy zachować szczególną ostrożność i powstrzymać się od kategorycznych osądów.
To nie jest w żadnym wypadku usprawiedliwianie przekazywania przemocy dalej. To próba zrozumienia, dania szansy na wyplątanie się z obciążającej przeszłości. Mnie osobiście wyjaśnienia Biedronia przekonują. I myślę, że w konfrontacji z mediami słusznie stawia na ucieczkę do przodu poprzez szczerość i przypominanie kontekstu sprawy. Rozumiem też poniekąd jego słuszny żal o to, że akurat teraz postawiono go w ohydnej sytuacji, w której będzie „spalony”, cokolwiek nie zrobi: nawet jeśli otrzepie się z przysłowiowego gówna za pomocą racjonalnych argumentów, to jednak zawsze coś się przyklei.

„N” Biedronia

Miała być Nowa polityka. Są Niejasności finansowe. Nepotyzm. I Niepewność jutra…

Za 3-4 tygodnie, po zakończeniu objazdu Polski, może się okazać, że nasze poparcie skoczy jeszcze wyżej i wyprzedzimy Platformę” – cieszył się na początku lutego Krzysztof Gawkowski, jeden z najbliższych współpracowników Roberta Biedronia. A sam przyszły premier uspokajał szefa PO. „Widziałbym Schetynę w roli wicepremiera i szefa MSWiA” – mówił Biedroń w rozmowie z „Super Expresem”.
Obaj panowie z pewnością dobrze znają starotestamentową Księgę Przypowieści Salomona. „Pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną” – przekonywał mędrzec sprzed dwóch tysięcy lat. Tylko mało kto wierzy, że to o nim.

Sondaże

Hanna Gronkiewicz-Waltz już przymierzała się do fotela prezydenckiego, gdy na początku 1995 roku pierwsze sondaże sięgały dwudziestu procent. Na jesieni były już tylko łzy z wyniku 2,76 proc. Na kilkanaście procent wyceniano Europę+, twór powstały przed poprzednimi wyborami europejskimi. Na początku. Bo skończyło się na 3,58 proc. Również obecna gwiazda TVP Info, Magdalena Ogórek, którą w wyborach prezydenckich poparło 2,38 procent wyborców, liczyła na dużo więcej. Bo pierwsze sondaże dawały jej koło dziesięciu procent. Ale na czele rankingu dołujących polityków z pewnością plasuje się Mateusz Kijowski. W maju 2016 roku, w sondażu TNS Polska, zapomniana już dawno koalicja KOD-u, z wynikiem 38 proc. wygrywała z PiS-em.
Co jest przyczyną takiego ostrego zjazdu sondażowego w ciągu kilku lub kilkunastu tygodni? Jak w przypadku partii Biedronia. I innych polityków – zapowiadających start. I liczących na powalający wynik. Nie można całej winy zrzucać na nierzetelnie wykonane sondaże. To przede wszystkim wina polityków. Rozbudzających duże oczekiwania. Emocje. Nadzieje. A następnie w szybkim tempie sprowadzających potencjalnych wyborców na ziemię. Rozczarowanie Wiosną przyszło w tempie ekspresowym.
Od rekordowego sondażu Kantar Millward Brown, dającego Wiośnie Biedronia 14 proc., nie minęły jeszcze 2 miesiące. Parę dni temu IBRiS podał wyniki sondażu zrobionego w dwóch okręgach wyborczych do Parlamentu Europejskiego. W okręgu warszawskim Biedroń dostał 6,4 proc. Na Pomorzu – 5,3 proc.

Kasa

Lutowa konwencja Wiosny zauroczyła wielu. Doskonale zorganizowana. Dorównująca rozmachem największym partiom. I najbogatszym. Dlatego chwilę po jej zakończeniu nie mogło nie pojawić się pytanie: kto za to zapłacił? Zresztą Robert Biedroń, którego zachowania w wielu momentach przypominają Janusza Palikota, musiał się tego pytania spodziewać.
Pamiętam z jakim medialnym hukiem Palikot sprzedawał w 2010 roku swoją Cessnę. A po sprzedaży samolotu zapowiedział: „670 tysięcy – wszystko na partię”. Koniec końców nie ma znaczenia, czy rzeczywiście te pieniądze na potrzeby partii wydał. Z pewnością uprzedził pytania o źródła jej finansowania.
Biedroń był zaskoczony finansową dociekliwością dziennikarzy. Mało kogo przekonały twierdzenia, że złoty interes zrobiła Katarzyna Uberhan – wielkopolska koordynatorka Wiosny. Której spółka prowadzi w internecie skleproberta.pl – z koszulkami, kubkami i torbami na zakupy. Przyparci do muru działacze Wiosny zdecydowali się na umieszczenie w Internecie wyciągu z konta partii. Pokazując przy okazji „Kozakiewicza gest” wszystkim ciekawskim źródeł finansowania partii Biedronia. Bo bankowy wyciąg zawiera wyłącznie obciążenia konta, a nie wpływy na konto. To że wynajęcie Torwaru i sypiące się na głowy konfetti kosztuje – i tak wszyscy wiedzieli. A odpowiedzi o źródła finansowania partii nie dostali. I RODO nie ma tu nic do rzeczy, bo zgodnie z ustawą o partiach politycznych, finanse partyjne są w 100-procentach jawne.

Fundacja

Przeglądająca wyciągi bankowe dziennikarka „Polityki” Anna Dąbrowska znalazła w nich kilka niejasności. Opisując je w artykule „Pieniądze Wiosny. Kilka spraw do wyjaśnienia”, zwróciła uwagę na przepływy pieniędzy pomiędzy partią Wiosna i Instytutem Myśli Demokratycznej.
Instytut Myśli Demokratycznej jest fundacją ustanowioną przez Roberta Biedronia. To ta fundacja zorganizowała pierwszą konwencję Wiosny i ją sfinansowała. Później partia zwróciła jej za to pieniądze. W sumie Anna Dąbrowska doliczyła się 132 tys. zł przelanych z konta partii na konto fundacji.
Dlaczego fundacja Biedronia, będąca jego zapleczem eksperckim, wywołała takie zainteresowanie mediów? Odpowiedzią są różnice w finansowym traktowaniu stowarzyszeń i fundacji oraz partii politycznych. Finanse partii politycznych mogą być zasilane darowiznami wyłącznie osób fizycznych znanych z imienia i nazwiska. To ograniczenie nie obowiązuje stowarzyszeń i fundacji. Tam darczyńcy mogą pozostawać anonimowi. A pieniądze mogą wpłacać również osoby prawne, czyli na przykład firmy. To dlatego każda fundacja, w której pojawiają się nazwiska ważnych polityków, budzi emocje. I wątpliwości co do finansowej transparentności.

Twarda 18

Jest rzeczą normalną, że partie polityczne mają swoje think tanki, będące fundacjami lub stowarzyszeniami. W przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest to Fundacja Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Jednak nikt z polityków pełniących w SLD funkcje kierownicze nie zasiada w jej władzach. Zupełnie inaczej jest w Instytucie Myśli Demokratycznej Roberta Biedronia i… w Prawie i Sprawiedliwości.
W radzie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, think tanku PiS-u, znajdujemy Jarosława Kaczyńskiego. To akurat niespecjalnie dziwi, biorąc pod uwagę profil fundacji. Ale w zarządzie Instytutu jest też Adam Lipiński – wiceprezes PiS. Znacznie dalej w powiązaniu działalności partyjnej z działalnością w fundacji poszedł Robert Biedroń. Będąc fundatorem Instytutu Myśli Demokratycznej jest jednocześnie pracownikiem swojej fundacji. „Jestem szefem Instytutu Myśli Demokratycznej i tam pracuję od wielu miesięcy i tyle zarabiam” – powiedział w wywiadzie dla gazeta.pl. Ile? Równo 8 tysięcy złotych miesięcznie.
W fundacji Biedronia spotkamy też inne kluczowe postacie Wiosny. Marcin Anaszewicz, wiceprezes Wiosny, jest równocześnie prezesem zarządu fundacji (tak przynajmniej wynika z zapisów w KRS-ie). Monika Gotlibowska, skarbniczka Wiosny, jest członkiem zarządu fundacji. Podobnie jak Krzysztof Śmiszek, członek Rady Krajowej Wiosny i dolnośląska „jedynka” do Parlamentu Europejskiego.
Czy jest coś nagannego w powiązaniach biznesowo-personalnych partii i fundacji? Tak. Jest. Takie było tło ostatniej awantury o Srebrną, spółkę będącą własnością Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. I działkę przy Srebrnej 16, stanowiącą własność tej spółki. Zarzucano prezesowi Kaczyńskiemu, że planując wybudowanie przynoszących krociowe zyski wieżowców, zmierza do ominięcia ustawowych rygorów dotyczących finansowania partii politycznych.
Przy Twardej 18 w Warszawie, gdzie fundacja Biedronia wynajmuje swoją siedzibę, wieżowiec zbudowano już 15 lat temu. Więc w tym wypadku o żadnej deweloperce nie może być mowy. Zresztą nie sugeruję, że działania polityków i polityczek Wiosny oraz powiązanej z nimi fundacji naruszają przepisy prawa. To samo mówi Jarosław Kaczyński, twierdząc że cała „afera Srebrnej 16” jest wymysłem mediów. Ale to Biedroń stara się przekonać wyborców, że w przeciwieństwie do innych partii, Wiosna będzie działała transparentnie.

Statut

Jeden z byłych sympatyków Wiosny… Tak, partia Biedronia mimo krótkiego stażu ma już swoich byłych sympatyków. Otóż były sympatyk skarżył się, że publiczne deklaracje lidera nijak mają się do wewnętrznych standardów ugrupowania. Podobno aż do końca tego roku nikt z partyjnych funkcjonariuszy nie zamierza poddać się demokratycznej weryfikacji. Słowem: o obsadzie partyjnych stanowisk decyduje wyłącznie lider, a nie członkowie partii w demokratycznych wyborach.
Przyznam się, że nie do końca wierzę różnym byłym działaczom i sympatykom. Bo rzadko się zdarza, że mają dobre zdanie o swojej byłej organizacji. Dlatego sięgnąłem do statutu Wiosny. Sięgnąłem… Na oficjalnej stronie partii w Internecie nie ma statutu. Google też mi nie pomógł. Może nie umiem szukać?
Pełna fajerwerków strona internetowa Wiosny ma zakładkę „Dokumenty”. Tam powinien być statut. I apeluję do Roberta Biedronia, by się tam znalazł. Przecież nowa jakość w polityce nie polega chyba na utajnieniu statutu partii.

Nepotyzm

„To gdzie oni mają pracować” – oburzał się 10 lat temu wicepremier Pawlak, atakowany przez konkurentów politycznych za nepotyzm. Niestety tak jest, rodzinom ważnych polityków nie wszystko wolno.
Przepisy prawa są niekiedy dla członków rodzin bezlitosne. W jednostkach samorządu terytorialnego nie mogą pracować małżonkowie, jeśli istnieje między nimi bezpośrednia podległość służbowa. Podobnie jest na wyższych uczelniach i w służbie cywilnej. Gdzie dodatkowo zakaz zatrudniania rozciągnięto na innych członków rodziny. I nie ma znaczenia, jak kompetentnym, wykształconym i pracowitym pracownikiem byłaby żona, syn lub matka szefa.
Zostawmy do rozstrzygnięcia wyborcom, czy fakt nominowania przez Roberta Biedronia Krzysztofa Śmiszka, swojego partnera życiowego, na „jedynkę” w okręgu dolnośląsko-opolskim – to przejaw nepotyzmu. Ale z pewnością jest to absolutnie „nowa jakość” w polityce. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, aby Leszek Miller, będąc szefem partii, dał wyborczą „jedynkę”, skądinąd bardzo sympatycznej, małżonce. Albo premier Ewa Kopacz zaproponowała posadę ministra zdrowia córce. Lekarce – więc mającej przygotowanie zawodowe. I nawet przywoływany przez niektórych przykład braci Kaczyńskich jest chybiony. Bo zanim Lech został prezydentem, a Jarosław premierem, obaj bracia wspólnie działali w polityce dobre kilkadziesiąt lat.

Epilog

Nazywają to „kiełbasą wyborczą”. Ale ta „kiełbasa” to nie tylko miliardy rzucane na „wyborczy rynek” przez Prawo i Sprawiedliwość. To również nadzieje – oferowane wyborcom przez polityków. Na zmianę. Na inną politykę. To obiecywał Donald Tusk w 2007 roku milionom młodych ludzi głosujących na Platformę Obywatelską. Później to samo robił Janusz Palikot. Inna miała być partia Ryszarda Petru. Wszyscy zawiedli swoich wyborców.
Najwyraźniej Robert Biedroń postanowił podążać ich śladem. Szkoda.

Egzorcysta

Jarosław Kaczyński założył kolejną maskę. Nie mówi o „zamachu smoleńskim”. Zrezygnował z kariery dewelopera budującego wieżowce. Został egzorcystą!

To samo od tysięcy lat. W każdym zakątku świata. Neron nie zawahał się podpalić Rzymu. By móc wskazać poddanym wroga numer jeden. Chrześcijan. Rzekomo winnych całemu złu. Niemieccy faszyści też nie mieli wątpliwości. Kto odpowiada za wielki kryzys lat trzydziestych. Żydzi. Żydowscy bankierzy. Sklepikarze. Fabrykanci. Nie kto inny jak politycy byłej Jugosławii przekonali swoich obywateli. Że ich dotychczasowi sąsiedzi to wrogowie. Podobnie jak Hutu i Tutsi w Rwandzie.
Duchowni od stuleci dzielnie sekundowali władcom w dzieleniu społeczeństw. Na stosach ginęły tysiące kobiet. Winne rzucanym urokom. Zarazom. Nieurodzajom. Bo każda religia, oprócz swojego boga, musi też mieć swojego szatana.
Polska nie jest białą plamą na mapie napuszczania jednych na drugich. Kto w Kielcach naopowiadał gawiedzi o Żydach pijących krew polskich dzieci? Kto przez lata wbijał do głów – również szaleńców – że to „wina Tuska”? Nie było Tuska. Winnym okazał się Adamowicz.

Divide et impera

Dziel i rządź. Ta maksyma też ma dwa tysiące lat. Jarosław Kaczyński tylko potrafił ją zgrabnie wprowadzić do polskiej rzeczywistości. „My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO” – krzyczał w 2006 roku. I w gruncie rzeczy nieważne, gdzie jest „tu”? A gdzie „tam”? Kim są „oni”? Najważniejsze jest przekonanie o istnieniu wroga. „Są już objawy cholery, pierwotniaki, pasożyty” – straszył konsekwencjami przyjęcia imigrantów z Syrii. To był październik 2015 roku. Dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi.
Strach przed piekłem. Przed chorobami przynoszonymi przez przybyszów z Afryki. Przed modlącymi się do nie naszego Boga. Przed czarno i śniadoskórymi. Większość społeczeństw Europy dawno poradziła sobie z tymi strachami. Nie Polska. Ksenofobiczna. Zaściankowa. Chłonna na wszystko co dzieli. Nadal jest doskonałym poletkiem doświadczalnym prawicowych polityków. I wspierających ich księży. Szczególnie, gdy zbliżają się wybory.
Do plejady wyborczych strachów PiS-u anno domini 2019 dołączyły 2 miliony polskich gejów i lesbijek. Tak, takie są szacunki. Warto o nich pamiętać. Bo słowo „mniejszość” może sugerować jakiś liczbowy margines społeczeństwa. Tymczasem w każdej trzydziestoparo osobowej klasie to statystycznie dwójka uczniów lub uczennic.
Koniec końców, nie dziwię się Kaczyńskiemu. Że próbuje nas podzielić. Zawsze takim był. I pozostanie. Niezależnie od nakładanych masek.

LGBT+

Dziwię się natomiast prezydentowi Trzaskowskiemu. Każdy doświadczony polityk powinien umieć przewidywać konsekwencje swoich działań. I słów – to do wiceprezydenta Rabieja. To był błąd. Wiadomo, że prawica Kaczyńskiego po kilku wizerunkowych wpadkach znalazła się w opałach. I na gwałt potrzebowała tematu zastępczego. Który – mówiąc językiem Kurskiego – ciemny lud kupi.
Kto zna deklarację LGBT+, podpisaną przez Trzaskowskiego? Kto czytał wielostronicowe zalecenia WHO, którymi tak żonglują politycy PiS? Oni sami też nie czytali. Ale wizja przedszkolanki instruującej trzylatka, jak powinien się masturbować – działa na wyobraźnię. Że nieprawdziwa? Co to ma za znaczenie? Ważne, że działa.
W całej rozciągłości popieram to, co w deklaracji LGBT+ napisano. A Trzaskowski to co napisał, mógł robić. Każdy prezydent powinien działać na rzecz obywateli i obywatelek swojego miasta. Również bez podpisywania w świetle kamer czegokolwiek. Na tym polega polityka.
Równie dużo złego – i to samemu środowisku LGBT – wyrządził wywiad Pawła Rabieja opublikowany w Gazecie Prawnej. Mojemu koledze z Koalicji Europejskiej zwracam uwagę, że istnieje coś takiego jak autoryzacja tekstu. Pozwala nie tylko poprawić błędy. Ale również jeszcze raz przemyśleć publikowane treści. Nie ma prywatnych wypowiedzi publicznego polityka.
Temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne niefortunnie zbiegł się w czasie z wypowiedziami biskupów o pedofilii w Kościele. Obawiam się, że w podświadomości niektórych mógł się pojawić zbitek pojęć: gej-pedofil. Oczywiście absurdalny. Ale do straszenia idealny. Nie przypadkiem przed ostatnimi wyborami po ulicach Wrocławia jeździła laweta z homofobicznym tekstem: „pedofilia występuje do 20 razy częściej wśród homoseksualistów”.

Związki partnerskie

Są tematy, które da się załatwić jednym głosowaniem w Sejmie i podpisem prezydenta. Do takich można zaliczyć podniesienie kwoty wolnej od podatku. Wystarczy znaleźć pieniądze, które zrekompensują ubytki podatkowe. Poza tym, wszyscy są za. I są sprawy, które poprzedzać musi długotrwała (niekiedy liczona w latach) praca u podstaw.
Kawałek drogi już za nami. Żaden z polityków nie śmie zakazać parady równości. A jak śmie – jak prezydent Lublina – to go zaraz każdy sąd sprowadzi do pionu. Widziałem i słyszałem rechot posłanek i posłów (również Platformy Obywatelskiej), będący reakcją na pierwsze pojawienie się Roberta Biedronia na mównicy sejmowej. Dzisiaj to już prehistoria. Nawet w zdominowanym przez prawicę parlamencie.
Rośnie poparcie dla związków partnerskich. W niedawnym sondażu IPSOS dla OKO.press 56 proc. Polek i Polaków nie widzi niczego złego we wprowadzeniu do polskiego prawodawstwa instytucji związków partnerskich. Z których mogłyby korzystać zarówno pary hetero jak i homoseksualne. Prowadząc w Sejmie projekt ustawy o związkach partnerskich, zwracałem uwagę na pewien absurd. Przedsiębiorcom prawo pozwala na rozliczne formy działalności. Społecznicy mają fundacje i stowarzyszenia. Tylko dwójka kochających się ludzi – zakładająca rodzinę – nie ma wyboru. Ślub, albo… nic.
Jestem przekonany, że w przyszłym Sejmie zebranie większości dla przegłosowania ustawy o związkach partnerskich nie będzie już takim problemem jak w trakcie mojej kadencji. Pod warunkiem, że odsuniemy PiS od władzy.

Adopcja?

Czy w przyszłości Polska umożliwi parom homoseksualnym adopcję dzieci? Nie wiem. W sondażu IPSOS zaledwie co szósty respondent (18 proc.) jest w stanie to zaakceptować . Nota bene, równie mała jest akceptacja wprowadzenia w Polsce waluty euro. Dlatego w przewidywalnym horyzoncie czasowym żaden Sejm nie będzie w stanie przegłosować ani jednego, ani drugiego. Jakie jest moje zdanie w sprawie adopcji dzieci przez pary homoseksualne?
Nie, nie popełnię błędu Rabieja, dając PiS-owi kolejną porcję tak koniecznego „paliwa”. Jedno jest pewne. Potrzeba rozmowy. Spokojnej . Rzeczowej. Z udziałem ekspertów. A nie polityków. Dla których liczy się wyłącznie wyborczy „urobek”. Niepokojące jest to, że ostatni sondaż może sugerować, że „egzorcyzmy” uprawiane przez prawicę nad środowiskiem LGBT w konsekwencji osłabią Koalicję Europejską. Trafiając też rykoszetem w Roberta Biedronia. I o to Kaczyńskiemu chodziło. Nie o czyjekolwiek dobro.

Egzorcysta

„Błagamy Cię gorąco, poślij swoich Aniołów, aby strąciły do czeluści piekielnych, wszystkie te złe duchy, które mają być strącone” – modli się codziennie 150 polskich egzorcystów. Polska jest potęgą. Żaden europejski kraj nie może pochwalić się tak wielką liczbą seansów egzorcystycznych. I skutecznością. Portal modlitwy.info.pl napisał, że każdorazowe odmówienie modlitwy, której fragment przytoczyłem, skutkuje strąceniem do czeluści piekielnych aż 50 tysięcy złych duchów.
Jarosław Kaczyński pozazdrościł takiej skuteczności. „Wara od naszych dzieci” – krzyczał podczas niedawnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości. Święcie wierząc, że tą partyjną „modlitwą” uratuje polskie rodziny. Uratuje nasze dzieci. Przed pedofilami. Przed gejami i lesbijkami. Czyhającymi, by je adoptować.
Tylko czy warto z takim gościem w ogóle dyskutować?

Poważnie

Wiele hejtu wylało się na moją głowę, gdy na Facebooku poddałem w wątpliwość sens prowadzenia debaty o podpisanej przez Trzaskowskiego deklaracji LGBT+. O wywołanym przez wiceprezydenta Rabieja temacie adopcji dzieci przez pary gejów i lesbijek. „Debaty” z PiS-em. Na dwa miesiące przed wyborami.
Bójmy się nie gejów. Nie lesbijek. Nie nauczycieli, którzy w szkołach będą uczyli nasze dzieci wychowania seksualnego. Najbardziej obawiajmy się takich ludzi jak Kaczyński. Który zrobi wszystko dla zachowania swoich wpływów i władzy. Dlatego w roku 2019 nie legalizacja związków partnerskich powinna być tematem numer jeden. Nie takie czy inne deklaracje LGBT. Zapewniam, że cały klub poselski Sojuszu Lewicy Demokratycznej poprze ustawę o związkach partnerskich. Że w szkołach dzieci i młodzież będzie się uczyła trzeźwego spojrzenia na czekające ich życie seksualne.
Ale najpierw musimy pozbyć się egzorcysty.

Biedroń brzydko się chwyta

„Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE to nie dom spokojnej starości!”.
Nie wiem, czy pan Biedroń akurat o takiej sławie myślał, ale że znalazł się „na językach”, to fakt.

Sam sobie to załatwił posłużywszy się „mową wykluczenia”, jak ją nazwał Leszek Miller. Poszło o jeden wpis na TT:
„Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE, to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówimy nie! Skończymy z dziadostwem w polskiej polityce”.

„Skończymy”,

czyli skończy on i jego „Wiosna” – jak rozumiem m.in. partner pana Biedronia i partnerka jego zastępcy, bo takie „Wiosenne” lokomotywy ujawniono, choć, jak dotąd, raczej publicystycznie niż oficjalnie.
Rychło, zapewne pod wpływem krytyki, pan Biedroń doprecyzował, „co autor miał na myśli” z tymi „dinozaurami”. W programie „Fakty po Faktach”, w TVN24, wyjaśnił:
„To nie był żaden przytyk do wieku”, tylko „określenie pracy polskich parlamentarzystów”. Po czym posłużył się przykładami.
Zwrot – „polskich parlamentarzystów” – sprawia jednak, że choć palcem wskazał troje posłów PiS, siłą rzeczy uderzył we wszystkich polskich europosłów.
Spójrzmy, kto posłużył panu Biedroniowi za tarczę strzelniczą?
„Anna Fotyga trzy razy zadała pytania ustne przez cztery lata podczas obrad parlamentu.
Karol Karski (złożył) jedną interpelację, sześć razy zabierał głos.
Jacek Saryusz-Wolski (złożył) jedno sprawozdanie przez pięć lata prawie, (zadał) sześć pytań ustnych tylko”…
Dodał też:
– Jesteśmy jedną z najsłabszych delegacji. Może powinniśmy zacząć myśleć o tym, żeby wprowadzać do polskiego parlamentu i europejskiego ludzi, którzy pracują?…
Po pierwsze – przywołując przykład trojga posłów PiS w uogólniającym, obejmującym całą polską grupę europarlamentarną kontekście, pan Biedroń już dopuszcza się manipulacji. Człowiek jego pokroju nie może nie zdawać sobie z tego sprawy.
Poza tym wokół Parlamentu Europejskiego istnieje mnóstwo różnych pism, magazynów, instytutów i placówek analizujących jego działalność w każdej płaszczyźnie i pod każdym kątem. Wszyscy opracowują własne rankingi pracowitości, aktywności legislacyjnej i zaangażowania w prace parlamentu.
Do analizy danych można więc wykorzystywać różne źródła zajmujące się monitoringiem tej
instytucji.
Jednym z nich jest niezależny hiszpański serwis mepranking.eu, który pozwala na porównywanie aktywności europosłów od 2009 r. Portal tworzy również rankingi, które obok kryteriów ilościowych, uwzględniają m.in. nakład pracy włożonej w podejmowane działania, obecność na sesjach czy pełnione funkcje i role. Jakie zatem informacje dotyczące posłów zaczepionych przez pana Biedronia można tam znaleźć?
Anna Fotyga (PiS) oprócz tego, że trzy razy „zadała pytania ustne”, zadała blisko 100 pytań na piśmie, około 200 razy wypowiadała się podczas obrad. Oprócz tego czterokrotnie wystąpiła przed parlamentem w roli sprawozdawcy i siedmiokrotnie w roli kontrsprawozdawcy.

Europosłanka PiS

zajęła 163. miejsce w ogólnym zestawieniu mepranking.eu (wśród 750 europosłów) i jest w pierwszej dziesiątce polskich europosłów. Uczestniczyła w 87 proc. posiedzeń i w 80 proc. głosowań.
Karol Karski (ten od jazdy wyczynowej na melexie). Red. Jabłonowski (z portalu konkret24.tvn24.pl) znalazł na podstronie podsumowującej aktywność Karskiego w Brukseli i w Strasburgu, zapis 90 jego wystąpień. Karski pięciokrotnie wystąpił też przed parlamentem w roli kontrsprawozdawcy. Dodam, że Karski jest przewodniczącym kolegium kwestorów Parlamentu Europejskiego, którzy są odpowiedzialni za prowadzenie spraw administracyjnych i finansowych bezpośrednio dotyczących europosłów i wykonywania przez nich mandatu.
Podobnie rzecz się ma z aktywnością posła Saryusza-Wolskiego.
Polscy europosłowie w ogólnym rankingu mepranking.eu wypadają zdecydowanie lepiej niż tak źle, jak ich „maluje” pan Biedroń. Krasnodębski, Zwiefka, Wałęsa, Liberadzki, Hübner, Siekierski, Buzek, są tam dobrze znani i dobrze notowani. Nie oni jedni, a mimo to na nich też padły okruchy szyderstwa pozornie wymierzonego przez pana Biedronia jedynie w posłów PiS. Jak się poczuli?
Na przykład pani poseł Krystyna Łybacka z SLD została w tym roku nominowana przez europejski The Parliament Magazine do nagrody „Najlepszy europoseł” w dziedzinie edukacji, kultury i mediów. Taka nominacja jest bardzo prestiżowa. Krystyna Łybacka pracuje m.in. w komisjach parlamentarnych Kultury i Edukacji (CULT) oraz Przemysłu, Badań Naukowych i Energii, reprezentuje Parlament Europejski w Narodowej Szkole Administracji Publicznej we Francji (École nationale d’administration – ENA) oraz Europejskim Instytucie Innowacji i Technologii (EIT). Poseł Łybacka otrzymała specjalne wyróżnienie około 30 organizacji pozarządowych – ON OUR WATCH, które monitorują prace Posłów w Parlamencie Europejskim… Mało? „Dom spokojnej starości”? „Leśne dziadki na płatnych wczasach?”… Może wypadałoby panią poseł Łybacką przeprosić? Co pan na to, panie prezydencie? Panie pośle? Panie kandydacie?
Laureatem (!) MEP Awards (Magazynu Parlamentarnego Unii) za rok 2018 został Jan Olbrycht (PO) pracujący w Komisji budżetu i finansów. Koncentruje się na Wieloletnich Ramach Finansowych, czyli na budżecie całej Unii.
Pan prof. Bogusław Liberadzki z kolei jest wiceprzewodniczącym PE uzyskawszy drugi wynik w głosowaniu (378 głosów), za europosłanką z Irlandii, która uzyskała kilkadziesiąt głosów więcej. Był również laureatem rankingu w kategorii „najbardziej pracowity europoseł” (MEP Awards) w kategorii transport.

„Coś, co nas podnieca”

…czyli zarobki europosłów. To zawsze jest gorący temat, który teraz, w okresie kampanii wyborczej, na pewno będzie często powracał.
Zaczął na portalu WP.pl były eurodeputowany PO, Sławomir Nitras, wtórował mu w tym samym miejscu, też b. europoseł, Marek Migalski. Swobodnie żonglując liczbami wyliczyli, że najbardziej „obrotni” potrafią „wyciągnąć” nawet do 100 tys. złotych miesięcznie. To po prostu nieprawda, choć możliwości, a więc pokus, jest wiele. Pan Migalski, gdy już przestał być europosłem, opisał zresztą pomysłowość swoich kolegów w książce „Parlament Antyeuropejski”. Można otóż, jak czynią niektórzy, dorabiać na szaleńczym podróżowaniu w te i wewte, odbierając zwrot kosztów za przejechane kilometry i należne diety; można podpisywać listę obecności i unikać pracy, ale nie kasy; można rozliczać podróż samolotem, a naprawdę podróżować samochodem; można też, niczym jedna z medialnych gwiazd PiS, wynajmować mieszkanko do spółki z asystentem i żywić się wekami przygotowanymi przez żonę… Tylko, że to wszystko to jest patologia, a nie poważna polityka! Bohaterowie tych opowieści przypominają kierowców TiR-ów z lat 70-tych, którzy wyjeżdżali w trasy międzynarodowe ledwo mieszcząc się w kabinie ciężarówki zapchanej wekami właśnie, kuchenkami gazowymi i zmianą ubrania. To są opisy mentalności dozorcy PGR, który był chory jak wrócił do domu z „gołymi rękami”.
My jednak rozmawiamy o poważnym traktowaniu swych obowiązków. Jest faktem, że europosłowie zarabiają dobrze, ale jeśli uwzględnimy wydatki, które ich obciążają, zarabiają mniej niż asystentki prezesa banku centralnego, czy kumple władzy poutykani w spółkach skarbu państwa.
Jakie to wydatki? Utrzymanie biur w swoim okręgu wyborczym, opłacenie personelu tych biur – łącznie ze wszystkimi obciążeniami wynikającymi z umów o pracę, opłacanie różnorodnych akcji i niezbędnych przedsięwzięć ważnych z punktu widzenia pozycji i znaczenia europosła w swoim okręgu wyborczym. Oczywiście także utrzymanie się na miejscu – w Brukseli i Strasburgu – personel, wyjazdy, hotele, wyżywienie.
Ale przecież to dalece nie wszystko. Znani mi polscy europosłowie organizują na przykład staże europejskie zarówno w swoich biurach krajowych, jak i w Brukseli, wyjazdy studyjne – zazwyczaj dla kilkudziesięcioosobowych grup ze swoich okręgów wyborczych. Warto w tym miejscu przywołać przykład posła Janusza Zemke, który wykonał wręcz gigantyczną pracę organizując (i opłacając!) naukę języka angielskiego dla dzieci z uboższych rodzin, wyposażył pracownie komputerowe, by prowadzić kursy komputerowe dla dzieci, młodzieży i seniorów. Z jego pomocy korzystają również studenci – dla najzdolniejszych organizuje staże w swoich biurach w województwie, a także w Brukseli i Strasburgu. Ich liczba idzie już w setki. Stażysta jadący na staż do Brukseli, który trwa od 4 do 6 tygodni, dostaje od posła stypendium w wysokości 1000 euro miesięcznie. Na stażu w biurze w województwie, stypendium wynosi 200 euro.
Można więc, jak to opisuje pan Migalski, zajadać weki, liczyć diety i godziny do odjazdu do domu, ale można też pracować zupełnie inaczej – z pożytkiem dla kraju i dla swoich wyborców.
Ciekawe, którą z tych możliwości wybiorą koledzy pana Biedronia? Bo on sam zapowiada, że choć wygra, to nie wyjedzie. Ma misję do wypełnienia w kraju. Uważam, że to też – podobnie jak tak lekko rzucane szyderstwa i niedopowiedzenia na temat politycznej konkurencji – nie jest w porządku.
Pan Biedroń ledwo zaczął, a już brzydko się chwyta.

Marks zamknąłby Mordor

Robert Biedroń poszedł tropem Margaret Thatcher i zabrał się za zamykanie polskich kopalni. Stawia przy tym tezy bez większego pokrycia i głosi z ambony, że rozwój odnawialnej energetyki automatycznie przyniesie nam nowe, doskonale płatne miejsca pracy, które zamortyzowałyby to gospodarcze trzęsienie ziemi, jakim byłaby rezygnacja z polskiego węgla.

Polskie górnictwo jest jednak oceniane niesprawiedliwie i mylnie przypisuje się mu główną odpowiedzialność za polski smog i skażenie środowiska.

Polski górnik nie jest głównym odpowiedzialnym za to, że powietrze staje się coraz bardziej trujące i szkodliwe dla zdrowia.

Skąd więc bierze się skażenie środowiska, skąd polski smog i powietrze, którym coraz trudniej oddychać? Odpowiedź jest prosta: głównym źródłem jest polska bieda.
Ogrzewanie mieszkania (nie mówiąc o domku) to koszt kilkuset złotych miesięcznie lub więcej. Pieniądze te przekraczają możliwości budżetowe milionów mieszkańców Polski. Poszukuje się więc możliwie najtańszego opału i spala się dosłownie wszystko, co tylko znajduje się pod ręką. Potwierdzają to twarde dane. Z raportów NIK wynika, że za 82-93 proc. zanieczyszczeń powietrza odpowiada tzw. niska emisja, czyli są to po prostu piece w mieszkaniach oraz domkach plus kominki. Dla porównania: cieszący się najgorszą sławą cały przemysł, który znalazł się na celowniku Roberta Biedronia, to zaledwie od 1,8 do 9 proc. całkowitego skażenia, kiedy zanieczyszczenie powietrza generowane przez środki transportu to kolejne 7 proc.
Kwestia jakości polskiego powietrza jest bardzo pilna i potrzebne są prawdziwe rozwiązania. Polska już jest europejskim rekordzistą, jeśli chodzi o zanieczyszczenie pyłami, w tym w emisji benzopirenu. Poziom tej jednej z najsilniej działających rakotwórczych substancji osiąga w Polsce 40-krotność normy dopuszczalnej przez Światową Organizację Zdrowia. Benzopiren emitowany jest przede wszystkim przez domowe piece, kotły i samochody. To środki, którymi najintensywniej bynajmniej nie operuje wielki przemysł i wróg liberałów – górnik, ale narzędzia kapitalistycznej codzienności dla przeciętnego pracownika. I nawet w programie Wiosny Biedronia znajdziemy postulat dotyczący wymiany domowych pieców węglowych, lecz dziwnym trafem główny atak skupił się właśnie na polskich górnikach, których ostatnia godzina bynajmniej jeszcze nie wybiła.
Pomimo tego faktu także na lewicy podniosły się głosy wzywające do rychłej likwidacji polskich kopalni i polskiego węgla. Za przyjaciela takiego rozwiązania uznano nawet Karola Marksa. Autor tej pracy przytoczył przy tej okazji praktycznie wszystkie szkodliwe mity powtarzane przez pseudoekologiczny liberalizm. Podsumujmy: zgodnie z taką liberalną wizją świata era przemysłu dobiegła już końca, wszystkich pracowników lada chwila zastąpią maszyny (proletariat to już w ogóle nie istnieje, bo za niego uznaje się wyłącznie pracowników rzekomo martwego przemysłu), a praca w przemyśle i węgiel to XIX-wieczne wynalazki, do natychmiastowej likwidacji i zastąpienia przez całkowicie oderwane od przemysłu biura.
Te życzeniowe, antyrobotnicze i pseudoekologiczne poglądy liberałów szerzone są w całkowitej sprzeczności z rzeczywistością empiryczną. Po pierwsze: ogólne zatrudnienie na świecie rośnie – tak samo jak stale spada bezrobocie. Po drugie: w przemyśle pracuje stale (od 1995 roku) około 23% światowej populacji pracowników (wahania w tym okresie nie przekraczają 1 procenta). Po trzecie: jeśli chodzi o przemysł i górnictwo to w krajach najbardziej rozwiniętych (najbogatszych) górników i zatrudnionych w przemyśle ostatnimi laty wręcz przybywa. Tak jest np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w ostatnich latach przybywa górników i gdzie prognozy wskazują na długoterminowy przyrost zatrudnienia w górnictwie.
Przemysł, proletariat, robotnicy, wydobycie węgla, czy praca w fabrykach nie są wcale domeną przeszłości. W rzeczywistości na świecie istnieje dziś historycznie największa armia pracowników, a liczba ludzi zatrudnionych w przemyśle jest wielokrotnie większa niż w czasach Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, kiedy młodziutki kapitalizm był domeną ledwie kilku enklaw w państwach najbardziej rozwiniętych. Polemika, którą prowadzą liberałowie i inni wierzący w erę postpracy to domena mikrozachodniego światka i pokłosie wielu nieodrobionych lekcji z historii społeczno-gospodarczej i współczesnej ekonomii późnego kapitalizmu. Gospodarka oparta na węglu ma oczywiście swój termin ważności – ale szatańskim wynalazkiem nie są wcale kopalnie tylko siły poruszające całą produkcją. Dochodzimy tu do kolejnego zjawiska: fetyszyzacji produkcji przemysłowej i myślenia oderwanego od całości systemu ekonomicznego.
Globalnym problemem nie są złe maszyny, które trzeba zniszczyć, ani węgiel, który miałby odpowiadać za całe zło. Rzeczywistym, praktycznie jedynym problemem zagrażającym środowisku jest sposób i metoda produkcji przyjęta przez współczesny kapitalizm. Karol Marks zamknąłby warszawski Mordor!
Bo komu bliżej dziś do „barbarzyńskiego egotyzmu„, „upokarzającego, skostniałego, wegetacyjnego trybu życia” i „biernego bytu” niż sprowadzonym do roli korposzczurów pracownikom, których dzień wypełnia wspieranie najbardziej niszczycielskich procesów w historii całej ludzkości? Czy bardziej archaiczne i godne potępienia są polskie kopalnie węgla, czy kapitalistyczne biurowce, gdzie zarządza się świętym kapitałem i w jego imieniu truje całe oceany, wycina lasy deszczowe, czy zmusza dzieci do pracy przy wydobyciu metali ziem rzadkich w Afryce? Czy lepsze jest prowadzenie ograniczonego, lokalnego wydobycia węgla, czy może sztuczne pobudzanie popytu i postarzanie wszystkich produktów tylko po to, by 2-letnie telewizory trafiały już na złom, i aby przymuszani do kupowania zachodni konsumenci mogli potem dodać kilka kolejnych promili do zysków wielkich koncernów, których największym współczesnym dziełem jest wielka, pływająca po oceanie wyspa śmieci?
Karol Marks w pierwszej kolejności zamknąłby wszystkie kapMordory. To one są dziś najbardziej szkodliwą wylęgarnią korporacyjnego wyścigu szczurów i one odpowiadają za trucie Ziemi. To tam kapitał stymuluje kapitalistyczny wzrost, którego rezultatem jest wyzysk ludzi i przyrody. To tam pracujący dzień i noc ludzie wspierają najbardziej niszczycielskie dla środowiska światowe korporacje, które wprost i osobiście odpowiadają za wycinkę lasów, emisję gazów cieplarnianych i za praktycznie nieuniknioną już ekokatastrofę całej planety.
Nie ma odpowiedzialnej polityki ekologicznej bez krytyki i bez programu zniesienia wpływu prywatnej własności na środowisko, bo to ona steruje procesami ekologicznej zagłady.

Ataki na górnictwo mają zaś swą bardzo długą i bardzo neoliberalną historię.

Kierowanie gniewu społecznego przeciwko górnikom nie jest praktyką przypadkową. To przejaw agresji elit państwa kapitalistycznego przeciwko „uprzywilejowanym” i najbardziej wpływowym pracownikom. To sterowanie gniewu biedniejszej części świata pracy przeciwko tym sektorom świata pracy, którym udało się wywalczyć choć trochę lepsze warunki zatrudnienia i życia. Z perspektywy burżuazji jest to cynicznie stosowana praktyka, która odwrócić ma uwagę od grzechów kapitalistów i napuścić na siebie pracowników. Ich wzajemna niechęć umożliwi nie tylko obniżenie im wszystkim płac, ale też równanie w dół praw pracowniczych i socjalnych – co pozostaje marzeniem przedsiębiorców, którzy wiedzą, że lepsze standardy pracy są zagrożeniem dla uzyskiwanej przez nich wartości dodatkowej.
Walka o niskie podatki dla firm, koncernów, od majątków i kapitałów to obecnie najgorszy mord na przyrodzie. To walka o podtrzymanie gospodarki opartej na kapitalistycznym wzroście, bez względu na koszty i skutki jej działania.
Kapitał boi się górniczych organizacji i potrzebuje społecznego poparcia by się ich pozbyć. W zamian za pochopną likwidację kopalni i górniczych organizacji powstaną dużo bardziej uśmieciowione i rozproszone miejsca pracy. Pogłębi się pracownicza dezintegracja, dojdzie do ekonomicznej zapaści całych regionów i pogorszy się pozycja przetargowa pracownika. Z perspektywy liberałów bijatyka o kopalnie to bezpieczna i zbieżna z linią neoliberalizmu polityka – z daleka od kwestii fundamentalnej, którą w rzeczywistości pozostaje kwestia natychmiastowego, państwowego upowszechnienia ekologicznego i niedrogiego ogrzewania.
Produkowanie z myślą o zysku nielicznych i w trosce o fortuny właścicieli to zresztą cała wielka „tajemnica” globalnego ocieplenia. Zła redystrybucja dóbr i dochodów i tanie, neoliberalne państwo, które umywa ręce od odpowiedzialności są natomiast winne temu, że ludzi nie stać dziś na ekologiczne formy ogrzania się podczas zimy. Polskim problemem nie jest zacofany śląski robol (belka w oku polskiego kapitału), którego trzeba się pozbyć, by zrobić miejsce dla czyściutkich warszawskich menadżerów karmiących się sushi. A globalnym problemem nie są przemysł i wydobycie tylko cele, które realizuje kapitalistyczna własność i jej metody.
Globalnym problemem jest system kapitalistycznej produkcji tworzący biedę, nierówności, prywatyzujący kwestie ekologiczne i pozostawiający biednych z ekologicznymi broszurkami zamiast uruchomić instrumenty państwa oraz uspołecznionej gospodarki by w sposób szybki, skuteczny i uniwersalny wystąpić w imieniu dobrostanu ludzi i przyrody. Tych problemów nie naprawi żaden kapitalistyczny rynek, ponieważ nie posiada on i nie widzi w tym interesu.
Kwestie dotyczące środowiska nie są też sprawami lokalnymi. By zatrzymać smog i globalne ocieplenie nie wystarczy pozbyć się polskich kopalni. Offshoring i wypchnięcie wydobycia surowcowego do krajów Globalnego Południa utrwali tylko podział na skażone rejony biedy i bogate enklawy „świętej” ekoczystości. Podkreślmy znowu, że enklawy te żyć będą (i już żyją) w kompletnej hipokryzji, ponieważ to ich elity zarządzają wędrówkami globalnego kapitału.
Kapitał finansowy – wbrew logice późnokapitalistycznych liberałów – nie występuje pod postacią czystej idei i niegroźnie przeskakujących cyferek. To on uruchamia produkcję i czerpie z niej zyski. Walka o czyste Wall Street to klasistowska „ekologia” uprzywilejowanych przeciwko globalnemu proletariatowi. Taki ekologizm to nic innego jak walka o czyste nowojorskie biuro prezesa Shella i udawanie, że jego praca nie ma nic wspólnego z emisją CO2 na świecie. Idea podziału świata na czyste Szwajcarie i rakotwórcze Bangladesze nie mieści się zresztą ani w lewicowej, ani liberalnej wrażliwości i stąd potrzeba zrównoważonej gospodarki, która rozwiąże obecny kryzys w sposób solidarny i trwały.
Kopalnie nie należą tylko do przeszłości. A kiedy rzeczywiście nadejdzie ich koniec to naszym wspólnym obowiązkiem jest zachowanie wszystkich wywalczonych przez górników praw na rzecz całego świata pracy. Upadek wszelkiego przemysłu był już w Polsce przerabiany. Bycie skazanym na kaprysy rynków finansowych stoi w sprzeczności z odpowiedzialną i zrównoważoną strategią gospodarczą. Polsce nie potrzeba też kolejnych stref postindustrialnej katastrofy i powrotu do dwucyfrowego bezrobocia. Terapia szokowa nie stanowi rzeczywistego rozwiązania, a bycie państwem żyjącym z samych usług to szkodliwe złudzenie sprzedawane przez bogatych biedniejszym, by skuteczniej prywatyzować ich fabryki i majątki.
I dlatego przejście do energetyki odnawialnej musi być realizowane w porozumieniu z klasą robotniczą, której rzeczywisty interes stoi w sprzeczności z interesami trucicielskich megakorporacji i kapitału, którego godzina właśnie wybiła. I to właśnie toksyczny kapMordor musi zostać zniesiony jako pierwszy – inaczej naprawdę wykończy nas wszystkich. A czy zrobi to rękami polskimi, czy banglijskimi nie będzie już miało żadnego znaczenia…
Jeśli nie chcemy chodzić w maskach i sponsorować raka naszym dzieciom to lepiej weźmy się za biedę, nierówności, wyzysk i za napędzaną przez kapitalistyczną chciwość globalną nadprodukcję. Prawdziwym wrogiem ludzkości jest tyrania wzrostu i kapitału.
Niech tropem Karola Marksa i komunistycznej teorii potrzeb nasze fabryki i zakłady pracy zaczną więc wpierw produkować dobra, które są rzeczywistym zapotrzebowaniem ludzi – a nie towary zrodzone z potrzeby zysku ich szefów i akcjonariuszy. Dobrze zorganizowani górnicy mogą w tym nawet pomóc…

Ponieważ, tak jak pisał Karol Marks:

„[…] w swej bezgranicznej ślepej żądzy, w swym wilczym głodzie pracy dodatkowej kapitał przekracza maksymalne, nie tylko moralne, ale czysto fizyczne granice dnia roboczego. Przywłaszcza on sobie czas niezbędny do wzrostu, rozwoju ciała i utrzymania go przy zdrowiu. Rabuje czas potrzebny do wchłaniania czystego powietrza i światła słonecznego. Skraca czas posiłku i wciela go, gdy tylko może, do procesu produkcji. Daje więc pokarm robotnikowi jako zwykłemu środkowi produkcji, jak daje węgiel kotłowi parowemu, a smar lub oliwę maszynie.”

Dinozaury,

wybory do PE i polski hydraulik.

Listy kandydatów PiS do Parlamentu Europejskiego pod wieloma względami zasługują na krytykę,ale wymaga ona wyważenia i argumentów merytorycznych. Dlatego słowa lidera „Wiosny” o” leśnych dziadkach na płatnych wczasach” i dinozaurach (ostatnio na przywoływaniu tych ogromnych gadów poważnie potknęła się już b.premier Kopacz) powszechnie uznano za niesmaczne, a nawet za swoistą dyskryminację osób starszych.
A przecież – na szczęście – ludzie dziś żyją długo.W starożytnym Rzymie jeśli ktoś przekroczył 40-tkę uchodził za matuzalema, a obecnie np. w Japonii czy Skandynawii długość życia powyżej 80 lat jest standardem. Celnie zareagował na to Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, przypominając karierę Konrada Adenauera (był kanclerzem Niemiec do 87 roku życia). A te przykłady można mnożyć. Przecież dziś najważniejsi politycy w USA są po 70-ce – choćby Donald Trump, Nancy Pelosi, Bernie Sanders, czy Hillary Clinton.
W kampaniach wyborczych niełatwo o wpadki i nobody is perfect, ale warto też starać się dbać o precyzję. Otóż w tym samym wystąpieniu w Lublinie Robert Biedroń – mający przecież doświadczenie międzynarodowe,m.in, w polskiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy – opacznie przedstawił mityczną postać „polskiego hydraulika” („le plombier polonais”). Nie był on bynajmniej propagowany przez nasze władze jako symbol fachowca, który zrobi karierę w Unii Europejskiej, lecz używały go siły eurosceptyczne i przeciwne rozszerzeniu UE jako rodzaj straszaka przed napływem osób z nowych państw członkowskich, mogących jakoby odebrać pracę miejscowym.
Rząd w Warszawie zareagował na to zręcznie,choć z pewnym opóźnieniem. Przystojny aktor na plakacie z kompletem narzędzi mówił: „Je reste en Pologne (…)” („zostaję w Polsce, przyjeżdżajcie do nas”). Ponieważ apogeum dyskusji na ten temat zbiegło się z burzliwą debatą nad projektem tzw. Konstytucji dla Europy, której projekt zaproponowano jesienią 2004 r., to trudno ocenić, czy miało to jakiś wpływ na przegrane referenda w tej sprawie we Francji i Holandii w 2005 r. Po nich wspomniany projekt upadł, a szkoda.
Wspominam o tym jako o ciekawostce, dziś –jak widać – trochę zapomnianej. Ale w dobrej intencji, gdyż trzeba umieć różnić się pięknie, zwłaszcza na lewicy.

Wiosna na cały wyborczy rok

Politycznym hitem ostatnich tygodni stała się konwencja założycielska partii Roberta Biedronia, która oficjalnie przyjęła optymistyczną nazwę „Wiosna”. Przyznam, że – jak na partię – nazwa to nietypowa.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że partie w większości już samą nazwą wbijają nam do głów swe ideowe przesłanie, aczkolwiek niektóre z nich popisały się w ostatnich latach wyjątkową przewrotnością: bez wątpienia cecha ta dotyczy przypadku „Prawa i Sprawiedliwości”, bowiem w praktyce nazwa ta stała się praktyczną wersją sformułowanej niegdyś, też przez J. Kaczyńskiego, zasady „tkm” (przed podaniem pełnej wersji spłoszyło mnie słowo na „k”).
Słucham, czytam i „konstatuję”, że R. Biedroń efektowną inauguracją zdrowo zamieszał politykom i dziennikarzom w głowach. Przywódcy partyjni nie wróżą Wiośnie rozwoju, chociaż na Torwarze zobaczyli mnóstwo młodych twarzy, i to zarówno kobiet, jak i mężczyzn! To rzadki obrazek na tle polskiej rzeczywistości politycznej i od razu wyznam, że mniej mnie dziwi nawet ten nadmierny optymizm (niektórzy nazywają to populizmem) Biedronia, demonstrowany na progu własnego politycznego domu, niż obecność np. Barbary Nowackiej w pierwszym rzędzie prawicowej Platformy. Zwłaszcza w kontekście podejmowanej przez nią mało zręcznej krytyki programu partii Wiosna.
Nie ulega wątpliwości, że Robert Biedroń wykonał kawał dobrej, społecznie potrzebnej roboty, wzywając do polityki pokolenie, którego obecności na polskiej scenie politycznej bardzo brakowało. Wprawdzie kilka lat temu powstała partia Razem, ale – przy użyciu ostrych kryteriów ideologicznych już na starcie zamknęła się przed otwartym naborem chętnych, co – jak wiadomo – ani jej, ani innym strukturom na lewicy sukcesu nie przyniosło. Zapamiętale krytykowała też SLD, odmawiając tej partii współpracy w jakiejkolwiek formie. Dzięki temu – jak to ktoś niedawno powiedział – Razem znalazła się dziś w próżni politycznej.
Warto przypomnieć, że na lewicy wcześniej były próby „pragmatycznej” zamiany liderów starych na młodych. W 2011 r ówczesny szef SLD – Grzegorz Napieralski – w wyborach do Sejmu powierzył jedynki w większości kandydatom młodym, aczkolwiek nawet na lewicy szerzej nie znanym. Próba zmiany pokoleniowej wewnątrz partii nie dała sukcesu, wynik wyborczy SLD był najsłabszy w ówczesnej historii partii. Podobną decyzję i z podobnym skutkiem podjął M. Borowski, który wyprowadził z SLD w 2004 poważnych ludzi, po czym nieoczekiwanie na czołowych funkcjach w partii wymienił ich na nieopierzonych, politycznych małolatów. Ci pierwsi poczuli się zbędni i z czasem zaczęli wracać do SLD, ci drudzy nie mieli siły przyciągania, bo – jak się okazało – niewiele jeszcze umieli. Myślę, że warto pamiętać o tych nieudanych próbach odmładzania partii na siłę.
Do niedawna zadawałam sobie nieustannie pytanie, w jaką niszę polityczną schowała się dziś generacja 25-45? Przecież nie wszyscy wyjechali z kraju w poszukiwaniu pracy i szczęścia pod innym niebem, nie wszyscy też trafili do wyizolowanej partii Razem. Wszystko wiedzący dziennikarze (wspierani przez niektórych socjologów) wieszczyli, że młode pokolenie w większości jest indyferentne politycznie, a jeśli już – to raczej skłania się ku prawicowej wizji rzeczywistości (patrz: narodowcy), niż ku lewicowości.
I oto okazało się, że na polskiej scenie politycznej jest zapotrzebowanie na nową partię polityczną – demokratyczną, proeuropejską i antyklerykalną, której powstanie zdecydowanie osłabia społeczne umocowanie bloku autorytarnego, reprezentowanego przez PiS, zwarte szeregi ONR i kościół hierarchiczny. Na Torwarze Wiosna przedstawiła polityczną ofertę i ekipę, która obiecała ją urzeczywistniać. Mam nadzieję, że nie zabraknie im energii, wytrwałości i rozumu, bo zbudowanie nowej partii jest samo w sobie wyzwaniem niezwykle żmudnym, wymagającym talentu i twórczej inwencji, a polityka jest zajęciem poważnym i odpowiedzialnym.
Wie coś na ten temat pokolenie lewicy, które budowało nową socjaldemokrację po 1989r, wówczas najczęściej 35 +, (Kwaśniewski był jeszcze młodszy, a Oleksy na pewno nie należał wówczas do „średnio-starszego” pokolenia). W każdym razie dominowali wśród nas ludzie urodzeni tuż po II wojnie światowej i tak nam się po 1989 /90 potoczyło, że niespodziewanie dla nas samych przyszło nam zastąpić tych, którzy przy Okrągłym Stole podzielili się władzą ze środowiskiem opozycyjnym.
Czy byliśmy do tego przygotowani..?
Moje pokolenie rosło szczęśliwie bez wojny, czas spędzało na kształceniu w porządnych szkołach i uczelniach, a po 1989r – gdy „przyszła na nas pora” – na miarę uzyskanego poparcia społecznego – odważnie włączyliśmy się w realizację wyzwania, jakim było wypracowanie nowego ładu ustrojowego i gospodarczego Polski oraz jej pozycji na scenie międzynarodowej. To, co nas odróżnia od współczesnych, w tym założycieli partii Wiosna, w większości polegało na znaczącej (przed 1989r) aktywności organizacyjnej i społecznikowskiej, przetrenowanej pod szyldami ZSP, ZMS, ZMW, ZHP, ZNP, LPŻ, Ligi Kobiet Polskich, Kół Gospodyń Wiejskich i wielu innych form organizowania się, według potrzeb i zainteresowań środowiskowych. Organizacje te miały charakter masowy, aprobujące socjalizm (dziś zwany „komunizmem”) i na tym gruncie tworzyły, bądź wspomagały adresowane do młodzieży ścieżki awansu społecznego, zawodowego oraz politycznego (w PZPR, ZSL, SD, Stowarzyszeniu „PAX” i in). Były najczęściej w całości, lub w części finansowane przez państwo, stąd na ogół miały charakter trwały. Przez te organizacje przez lata przewinęło się wiele milionów ludzi, wyposażonych w umiejętności organizatorskie (a niektórzy nawet przywódcze), kontakty i pozycję środowiskową, popartą najczęściej dyplomem wyższej uczelni. Ten kapitał społeczny bardzo nam się przydał po 1989r.
Na zadane powyżej pytanie mogę więc z przekonaniem odpowiedzieć, że tak, byliśmy przygotowani do pełnienia funkcji i zadań politycznych. A. Kwaśniewski czasem z rozrzewnieniem wspomina, że już z pierwszego klubu SLD można było wyłonić co najmniej dwa składy rządu…. ( i dobrze nam szło do momentu, w którym SLD zalała fala politycznych nomadów i łowców stanowisk – zły pieniądz zaczął wypierać lepszy).
Czy entuzjaści politycznego organizowania się – na zasadzie pospolitego ruszenia – w partię Wiosna, której celem jest najpierw sformułowanie programu, a później włączenie się w system wolnej gry sił politycznych, są przygotowani do brania na siebie odpowiedzialności za wspólną Rzeczpospolitą? – tego dziś nie wiem. Doświadczenia Ruchu Palikota, Europy+ i Razem każą zastanowić się, czy przypadkiem nie powstaje kolejna partia sezonowa, która nie udźwignie ciężaru, jaki pozostawią nam rządy prawicy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w potencjale rządzenia państwem liczą się takie czynniki, jak zasoby kompetencyjne, pamięć instytucjonalna, poczucie środowiskowej wspólnotowości, odwołanie się do określonych tradycji, a dzisiaj –uwaga! –rośnie w cenę również uczciwość.
Zastanowiło mnie również określanie przez R. Biedronia nowo tworzonej partii mianem „progresywna” (co dziś może się bardziej kojarzyć z… prawem podatkowym, niż z ideowym charakterem partii). To hasło budzi we mnie semantyczne wątpliwości, chociażby z tego powodu, że w zasobach języka polskiego mamy przecież piękne słowo „postęp”.
Jednakże nie ulega wątpliwości, że Wiosna niesie polityczną świeżość. Odniosłam wrażenie, że ogłoszony program wyrażał poglądy pokolenia, które zebrało różnorakie indywidualne doświadczenia już w polskim kapitalizmie (bezrobocie rodziców, brak pewności jutra, narastanie nierówności społecznych, ureligijnianie od przedszkola „do naturalnej śmierci”, wojna 30-letnia w sprawie aborcji, antykoncepcji, in vitro, niskie płace, umowy śmieciowe itp.). Jak widać, wypowiedziało też zaufanie starym liderom, próbuje samodzielności i jeśli chce walczyć o swoje interesy na drodze demokratycznej – ma do tego prawo – nawet, gdy deklaracje programowe głoszone są na wyrost, a towarzyszące temu wyliczenia budzą wątpliwości. Jest jeszcze czas, aby to solidnie zweryfikować (z merytorycznym udziałem kandydata na premiera).
Zauważyłam również, że w swoim przemówieniu R. Biedroń nie użył ani razu hasła „komunizm”, bądź „postkomuniści”, nie atakował Polski Ludowej, nie mówił ani o teczkach i agentach, ani o zdrajcach i gorszym sorcie. Nie robił min Zeusa Gromowładnego, nie straszył, nie wymyślał, za to deklarował pochwałę obowiązującej Konstytucji.
Mój wcześniejszy optymizm zmąciły nieco ostatnie informacje, dotyczące przebiegu rozmów o współpracy z partią RAZEM. Dużo wokół nich niepotrzebnego swądu. Nieciekawe informacje na ten temat skomentuję wzorem klasyka: nie idźcie tą drogą, wystarczą nam kłótnie, kłamstwa, zapiekłość i nienawiść, które wniosły do życia politycznego partie postsolidarnościowe.
R. Biedroń wyszedł naprzeciw oczekiwaniom wcale już nie małych środowisk społecznych, które oczekują zmian, odnoszących się do stosunków państwo-kościół. Relacja ta obciążona jest złą praktyką polityczną, trwającą latami i potwierdzaną – niestety – wyrokami Trybunału Konstytucyjnego (TK). Na łamach „Trybuny” pisałam niejednokrotnie o tym, jak ten organ państwowy swymi orzeczeniami torował drogę dla prawnej akceptacji komponentów państwa wyznaniowego. W ani jednym z nich nie stanął na gruncie państwa neutralnego światopoglądowo, nie dostrzegł pluralizmu światopoglądowego społeczeństwa, w tym interesów ludzi niewierzących (interesy tej grupy po 1989 w żadnym z wyroków nie zaistniały, chociaż – jako mniejszość – powinna się cieszyć szczególną troską Trybunału!). Ostatnio na łamach „Polityki” Ewa Siedlecka zauważyła, że jeszcze przed „dobrą zmianą” TK rozstrzygał „wszystkie sprawy kościelne” zgodnie z poglądami wyznania dominującego (łącznie z pełną emocjonalnej przemocy i wspierającą fanatyków „klauzulą sumienia”). W świetle orzeczeń TK z okresu III RP można stwierdzić, że w sprawach stosunków państwo-kościół organ ten – w majestacie Rzeczypospolitej – pomagał prawicy stopniowo eliminować z porządku prawnego formułę państwa neutralnego światopoglądowo ( nad źródłami tej tendencji w najbliższej przyszłości należałoby się głęboko zastanowić, wyciągając wnioski na przyszłość).
Przy okazji przypomnę, że w systemie prawnym RP funkcjonuje Polska Rada Ekumeniczna, instytucja w obecnej praktyce politycznej nie dostrzegana. Myślę, że byłoby szkodą dla idei wolności religijnej i postępu społecznego, aby w przestrzeni publicznej tracić z pola widzenia ludzi i instytucje, które mogłyby wnieść wiele dobrego do dialogu społecznego na gruncie religijnym.
Postulaty „kościelne” Biedronia spotkały się z aplauzem ludzi zgromadzonych na Torwarze. Myślę, że oni czerpią ten nastrój również z własnego doświadczenia z księżmi i kościołem. Zapewne dlatego coraz rzadziej chrzczą dzieci, coraz częściej żyją w związkach partnerskich i potrafiliby świetnie uzasadnić, dlaczego w szkołach publicznych (i w przedszkolach!) nie sprawdzają się lekcje religii. Organizują się przeciwko utajnianiu pedofilii w kościele (ostatnio przeczytałam, że nawet w Ordynariacie Polowym WP wykryto po 2012 trzy przypadki księży pedofilów, jeden z nich siedzi już w więzieniu; poinformował o tym ostatnio sam biskup polowy Józef Guzdek).
Na prawicy postulaty Biedronia po staremu potraktowano jako „atak na kościół” (znamy to, znamy). W ślad za tym np. szef PSL z nabożnym grymasem twarzy zapowiedział zdecydowaną obronę korzeni i wartości chrześcijańskich. Bojownikom przypominam, że nieraz już byliśmy świadkami, jak ostentacyjnym obrońcom tych wartości łatwo było wymykać się spod składanych przysiąg religijnych w życiu osobistym…. więc doradzałabym ostrożność i dobrą pamięć.
R. Biedroń zapowiedział także renegocjację konkordatu, podpisanego przez rząd H. Suchockiej 28 lipca 1993; na prawicy i ten postulat uznano za niemożliwy do spełnienia, ponieważ konkordat ma charakter umowy międzynarodowej o statusie konstytucyjnym, a ponadto na zmianę jego postanowień musiałby się zgodzić również Watykan. Formalnie tak jest, ale – gwoli prawdy przypomnijmy, że faktycznie konkordat z 1993r był umową między polskimi biskupami, a polską prawicą. Dziś wiemy, że w przebiegu negocjacji nie uczestniczył żaden przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, który nie byłby Polakiem, z nuncjuszem apostolskim włącznie (był nim abp Józef Kowalczyk) i –rzecz oczywista – z Janem Pawłem II. Taka to była „umowa międzynarodowa”, dzięki której ograno nową Rzeczpospolitą tym łatwiej, że papież miał od początku problemy z respektowaniem przesłania i ustaleniami Soboru Watykańskiego II.
Poświęcę tej kwestii nieco więcej uwagi czytelnika, ponieważ polskie konkordaty nie mają dobrej historii. Pierwszy był zawarty w 1925 i ratyfikowany przy ostrym sprzeciwie PPS. Dziś do wyjątków należy przypomnienie, że praktyka obowiązywania konkordatu z 1925 w okresie międzywojennym również nie była wolna od konfliktów między państwem a kościołem hierarchicznym. Konflikty te miały miejsce, mimo, że po 1926 obóz piłsudczykowski w sprawach światopoglądowych przesuwał się systematycznie na prawo, motywując to zresztą zbieżnością celów rządu i strony kościelnej w odniesieniu do „obrony religii przed komunizmem”. Spory dotyczyły spraw doczesnych, a przede wszystkim rewindykacji gruntów i budynków zabranych kościołowi przez zaborców, a po 1918 przejętych przez skarb państwa. Jednakże do najbardziej spektakularnych należał konflikt między piłsudczykami a kardynałem Sapiehą o miejsce spoczynku J. Piłsudskiego na Wawelu, kłócono się także w sprawach, dotyczących nauczania religii w szkołach.
Ostre, permanentne zatargi między stronami sprawiły, że w 1938r rząd Felicjana Składkowskiego postanowił dokonać oceny działania konkordatu w praktyce i w tym celu powołano komisję międzyresortową. Komisja zebrała wnioski z różnych resortów, a na finalnym jej posiedzeniu dokonano głęboko krytycznej oceny zachowywania się duchowieństwa wobec władz państwowych. Rząd zarzucał hierarchii utrudnianie mu pracy, podważanie autorytetu władz oraz „partyjniackie” angażowanie się kleru (to chyba trwała przypadłość..?).
Wobec jakości tych wniosków postanowiono wszcząć w Watykanie kroki o uzupełnienie konkordatu dodatkowymi klauzulami, po to „aby hierarchia kościelna formalnie i faktycznie liczyła się z interesami państwa”. Najsurowiej oceniona została działalność Akcji Katolickiej (nazwa spinająca organizacje katolików świeckich, oddzielne dla kobiet, mężczyzn, dzieci i młodzieży, ściśle współpracujących z hierarchią kościelną), która – zdaniem rządu – „pod pozorem apostolstwa świeckiego dąży do zmiany ustroju społecznego przez organizowanie życia społecznego z pominięciem wszelkiego nadzoru ze strony legalnych władz państwowych”. Jak widać – historia lubi się powtarzać.
Komisja międzyresortowa wypracowała m.in. następujące wnioski:
– Kościół katolicki w Polsce coraz bardziej usuwa się spod wszelkiej kontroli administracji państwowej (zgłoszony przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych);
– konkordat nie przyniósł państwu korzyści i w przyszłości należy zmierzać do stanu bezkonkordatowego (zgłoszony przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego);
– kwestie sporne należy uzgadniać bezpośrednio z Watykanem, nie dopuszczając do tych negocjacji biskupów krajowych;
Na podstawie tych wniosków polski MSZ sporządził specjalny memoriał, który drogą dyplomatyczną został przedstawiony kurii rzymskiej i – jak mówią źródła – dotarł do Piusa XII, ponieważ w czasie ostatniej audiencji biskupów polskich w Rzymie w grudniu 1938 papież przywoływał i omawiał treść tego dokumentu. A znajdowały się w nim zarzuty poważne. Jednakże nie zrobiono już z nich użytku, ponieważ na przeszkodzie stanęła polityka Niemiec hitlerowskich wobec Polski, popierana przez Watykan (myślę, że w watykańskich archiwach memoriał ten spoczywa do dziś). Współczesnych może poruszyć przypomnienie, że w przededniu wojny papież Pius XII za pośrednictwem nuncjusza Philippe Cortesi doradzał Polsce, aby wyjść Niemcom naprzeciw, oddając im Gdańsk z korytarzem.
Nie pamiętam, aby w toku dyskusji na temat konkordatu z 1993r ktokolwiek z kręgów prawicowych przypomniał opinii publicznej o zastosowanej procedurze przez rząd F. Składkowskiego. Czytając o faktach sprzed kilkudziesięciu laty zadawałam sobie pytanie, dlaczego dziś nie można byłoby pójść tą samą drogą..? Co stoi na przeszkodzie, bo nie oportunizm, czy brak odwagi? Oczywiście, brak większości parlamentarnej, która byłaby zdolna podjąć takie wyzwanie. Analitycy od dawna wskazują argument, że w przypadku obowiązującego konkordatu wciąż aktualna pozostaje kwestia konstytucyjności jego treści oraz trybu jego ratyfikacji. Warto się nad tym pochylić. Poza tym, warto zadać kolejne pytanie: – co dziś oznacza pojęcie „autonomia państwa i kościoła”; kto konsekwentnie narusza ich umowne i prawne granice w rytm postępującej klerykalizacji życia politycznego? Dlatego wyznaję pogląd, że renegocjacja konkordatu leży w interesie Rzeczypospolite, choć będzie bez wątpienia sprawa trudną, ale nie niemożliwą, pod warunkiem, że weźmie się za to młode pokolenie, nieobciążone „moralnymi” zobowiązaniami z przeszłości wobec hierarchii kościelnej.
Piłsudczycy w 1938, a więc w 13 lat po ratyfikacji konkordatu doszli do wniosku, iż umowa ta nie sprawdza się i w jej miejscu wystarczyłaby ustawa. My mamy takie dwie, z 17 maja 1989 – o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczpospolitej Polskiej. Warto je odkurzyć, zwłaszcza, że ta pierwsza mówi, iż obywatele wierzący i niewierzący mają w Polsce równe prawa w życiu państwowym, politycznym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym.
Polecam także jej art. 10, który brzmi:
„Rzeczpospolita jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań. Państwo i państwowe jednostki organizacyjne nie subwencjonują kościołów i innych związków wyznaniowych. Wyjątki od tej zasady określają ustawy lub przepisy wydane na ich podstawie”.
Ustawy te nie zostały derogowane z systemu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej. Nadal obowiązują.

Kto to jest ten Lasaj?

Robert Biedroń, niczym gwiazda muzyki pop, podróżuje po kraju. Także uprawia politykę w tym stylu. Melodia polityczna jest przyjemna i łatwo wpada w ucho. Słowa nieskomplikowane i łatwe do powtórzenia. To się młodym, i nie tylko, podoba. Nasza PiS-owska prawica lubuje się w disco polo, a jej idolem Zenek Martyniuk jest. Neofaszyści i im pokrewni pewnie zakochani są w muzyce marszowej, która w naszym kraju jest zabroniona. Trudno mi odgadnąć gusta muzyczne wyborców PO, ale pewnie są dość odległe od muzyki klasycznej. Jaki rodzaj muzyki przypisać wyborcom SLD, też nie odważę się odgadnąć. To pewnie jakiś mix.
Sam Biedroń obiecał wrocławianom przeniesienie do Wrocławia centrali Najwyższej Izby Kontroli, więcej żłobków i przedszkoli oraz nowatorskie metody wyłaniania dyrektorów teatrów, bo trenował to w Słupsku. Pochwalił także prezydenta Sutryka.
Zaprezentował także liderów Wiosny we Wrocławiu. Przedstawił Michała Syskę, którego uczynił szefem fundacji Lasaja. Nie znam gościa (tego Lasaja). Sysce też na moment twarz stężała, ale nie śmiał zwrócić uwagi swojemu aktualnemu liderowi. Biedroń popisał się żenującą niewiedzą i do tego we Wrocławiu. To z Wrocławia wywodzi się Ferdynand Lassalle, ojciec niemieckiej i europejskiej socjaldemokracji. Tu jest jego grób. Z Biedronia wyszła pop kultura. Lekka, łatwa i przyjemna, ale pozbawiona wiedzy. To na uprawiane poważnej polityki, na dłuższą metę, zdecydowanie za mało. Niestety takie wpadki naszym politykom zdarzają się nagminnie, nie on jeden i nie ostatni.
Aktualna gwiazda polityki przedstawiła także Waldemara Olika, który odpowiada za tworzenie struktur partyjnych. Obydwaj panowie już byli już w różnych partiach i pewnie to doświadczenie im się przyda. Ponieważ z sympatią przyglądam się nowej partii, to życzę im powodzenia. Ożywienie na skostniałej scenie politycznej jest bardzo potrzebne, czy będzie dla kraju korzystne, to się okaże.