CHF Sebix

Trochę się o siebie martwię. Coraz częściej łapię się na tym, że oplata mnie spiskowa teoria tego i tamtego, a dookoła rozgrywany jest pewien „układ”, którego przerwać nie sposób, jeśli ktoś jest spoza. Można być co najwyżej jego częścią, albo być poza nim. Kiedy dociera do mnie ta przykra świadomość, wzdrygam się i z obrzydzeniem strząsam ją z barków, jakbym strząsał zeń włochatego robaka. Ale nawet najmniejszy robaczek zostawia po sobie lepki ślad.

Byłem w sobotę z rodziną na basenie. W czasie gdy towarzystwo pluskało się na dole, ja polazłem na górę, żeby zjechać ze zjeżdżalni wodnej. Zasada działania zjeżdżalni jest prosta. Wskakuje się do środka i daje się ponieść nurtowi wody. Jest jednakowoż jedna podstawowa sprawa: nie wolno wskakiwać, zanim światło nad tunelem nie zmieni się z czerwonego na zielone. Prędkości bowiem są na tyle duże, że gdyby zignorować ten oblig, można by komuś lub sobie, zrobić dużą krzywdę, wparowując się człowiekowi nogami w plecy. Akuratnie szedłem za parą z dzieckiem. On, z tatuażem na całych plecach, raczej nienajlepszej jakości, ona, lekko zalkoholizowana pani z tipsami i trybalem na kości ogonowej. Klasyka. Zanim zdążyłem w ogóle zareagować, facet wrzucił dzieciaka do tunelu, wskoczył sam chwilę po nim, a za nim, jakby nigdy nic, jego pani. Nad zjeżdżalnią wciąż paliło się czerwone światło, znakiem tego, ktoś jeszcze zjeżdżał, albo właśnie zjazd kończył. Kiedy wylazłem z tuby po swoim zjeździe, począłem wypatrywać „sebixowego” towarzystwa. Nigdzie ich nie było. Minęło raptem 20-30 sekund od kiedy widziałem ich ostatni raz. W przebieralni męskiej też ich nie spotkałem. Może ktoś ich jednak za tą akcję ze zjeżdżalnią wyrzucił? Może, nie daj Bóg, stratowali kogoś i zrobił się dym, a po nim zasłużona spotkała ich kara? Bardzo sobie tego życzyłem, bo czego jak czego, ale głupoty na skraju zagrożenia zdrowia lub życie nie trawię najbardziej. Pod koniec minionego tygodnia dowiedziałem się, że poseł Cymański wykreślił z prezydenckiego projektu ustawy frankowej zapis tzw. Funduszu Konwersji. Sprowadzał się ów Fundusz to tego, że banki miały się składać na przewalutowania kredytów frankowych na złotówki w wybranych przypadkach, ale bankom się to nie podobało i ciach, Funduszu nie ma. Podobno Fundusz był też nie na rękę samym frankowiczom, bo nie wiadomo do końca jak jego zapisy współgrałyby z wyczekiwaną dyrektywą TSUE, na którą środowisko frankowiczów bardzo czeka. Jaka by jednak ona nie była, dla banków to zawsze ryzyko, że rząd każe im składać się na przewalutowanie, a na taką stratę nikt rozsądny w przeszkolonym biurowcu sobie nie pozwoli. Tadeusz Cymański bardzo ubolewał nad brakiem Funduszu w nowej ustawie, ale negocjacje o jego utrzymanie tak długo przeciągały już i tak przeciągniętą, zapowiadaną jeszcze w kampanii prezydenckiej przez Andrzeja Dudę pomoc dla frankowiczów, że czym prędzej trzeba ulżyć polskim rodzinom borykającym się z kłopotami finansowymi, nawet bez konwersji. Innymi słowy, dobrze było gdyby Fundusz Konwersji był, ale czasy są tak trudne, że lepiej żeby go nie było. Czytaj: banki zatrzymały pieniądze w kieszeni. Stwierdzono ponadto, ustami prezydenckiego ministra, że nie ma jeszcze klimatu społecznego, żeby kredytobiorcom frankowym wyjść naprzeciw i przewalutować kredyty, taka jak to Andrzej Duda obiecywał.
Przypomniała mi się wtedy scena z basenu. Jest czerwone światło. Nie wolno oszukiwać klientów rozmyślnie, a ustalając kursy walut za pomocą przeliczników z sufitu oraz oferując walutę, której nikt z kantoru do banku zanieść nie może, tylko musi płacić i tak w złotówkach, banki z premedytacją to światło olewają. Jak „sebixowa” rodzina. Mają świadomość, bo mają IQ wyższe niż kura, że mogą swoim działaniem zrobić ludziom krzywdę, a mimo wszystko to robią. I przy tym włos im przez lata z głowy nie spada. A politycy, jak ratownicy na basenie, odwracają głowy, jak tylko jeden czy drugi wypadający ze zjeżdżalni dresiarz, ląduje na karku licheroty i łamie mu kręgosłup. Najzabawniejsi są przy ty tokujący o niesprawiedliwości prezydenckiego projektu posłowie PO. Doprawdy, niezły tupet. Tyle było lat na pokazanie swojej prawdziwie społecznie sprawiedliwej twarzy, ale jakoś nigdy się nie składało. Może dlatego, że pod warstwą pudru i botoksami niewiele więcej tam było. Andrzej Duda obiecał, Andrzej Duda wykonał. Pięć lat prób i ugłaskiwania finansjery, i wreszcie banki zgodziły się na to, żeby, gdy tylko kredyt zżera połowę pensji, dostaniesz człowieku prosty pożyczkę na spłatę pożyczki. Którą oczywiście też kiedyś trzeba będzie spłacić. Ludzkie paniska, naprawdę. A że prezydent obiecywał coś innego? Kto by to w ogóle pamięta. Czekam dnia, aż znajdzie się w Polsce siła na tyle mocna, że wygra z banksterką raz na zawsze, ale jak na razie wszyscy siedzą cicho, bo wiedzą, że ktoś musi pożyczyć kasę na kampanię, a po ludziach się nie uzbiera. I może to jest właśnie wyjście…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Przemoc rodzi(c) przemoc Ważny tunajt

Przemocą gardzę i przemocą się brzydzę. Zarówno małą, domową, jak i wielką, na polu boju. Żadna nie jest ani sprawiedliwa, ani nie da się niczym usprawiedliwić. Bo czy bijesz ty czy ciebie biją, ból jest dokładnie taki sam, i takie same, opłakane skutki dla ludzkości-w skali makro i mikro. Z tym większą uwagą przeczytałem wywiad Magdaleny Rigamonti z Rzecznikiem Praw Dziecka Mikołajem Pawlakiem. I zbladłem.
We wzmiankowanym wywiadzie RPO, Mikołaj Pawlak, pytany o to, czy klaps to też bicie wspomina, że klapsy nie zostawiają zbyt dużego śladu, ale on sam swoich synów nigdy nie karał fizycznie, choć chłopaki potrafią dać mu w kość. Z kolei sam pan Rzecznik z estymą wspomina swojego ojca, który zlał mu tyłek, kiedy na to zasłużył, w myśl zasady, że cóż to za ojciec, który swych dzieci nie karci. Pan Mikołaj Pawlak urodził się w 1980 r. Jest starszy ode mnie o 2 lata, a czytając jego słowa odnosiłem wrażenie, że czytam wywiad z nobliwym starcem, który swoją kindersztubę i poglądy na rzeczywistość wyniósł z ziemiańskiego domu pod Wilnem, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała. Według pana Mikołaja Pawlaka, „trzeba odróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Mało Państwu? To czytajmy dalej. Na pytanie, czy da się to odróżnić, stwierdza, że „wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc.”. Idąc tropem myślenia pana Rzecznika, przemoc, czy to fizyczną, czy psychiczną, zakładając, że Mikołaja Pawlak zakłada jej istnienie, można rozgraniczyć na tą małą, z niską szkodliwością społeczną i tą naprawdę dużą, gdzie zaczyna się granica działania jego uprawnień, jako tego, kto stoi na straży praw polskiej dziatwy. Darujcie Państwo, ale czegoś równie kuriozalnego nie słyszałem dawno. Aż nadto z kolei słyszałem, lub raczej, słyszę co dnia, litanie pohukiwań, wrzasków a czasami wręcz gróźb rodziców wobec ich własnych dzieci, bo codziennie bywam na placach zabaw ze swoją 3-letnią córeczką. Zwykle są to te same place na Żoliborzu. I nie ma dnia, żebym nie słyszał, jak opiekunowie swoich pociech strofują je za byle przewinienie. Na szczęście nie są to jakieś straszne przewiny, ale zawsze ze sporym absmakiem wychodzę z piaskownicy, gdy jestem świadkiem takich krzywych akcji. Raz nawet zwróciłem jednej pani uwagę, kiedy ostentacyjnie, na cały plac, krzyczała na swojego synka, który coś zmalował. Inne dzieci oderwały się od swoich klocków i babek z piasku, a ta obsobaczała go w najlepsze. Nawet jakbym chciał nie słyszeć, to i tak nie było gdzie uciec. Poprosiłem więc panią grzecznie, czy nie mogłaby jednak trochę się powściągnąć, bo inne dzieci się jej po prostu boją. Zaznaczam, że oprócz mnie i krzyczącej pani na placu zabaw byli też inni rodzice. Otrzymałem odpowiedź, żebym się od…czepił, i żebym zajął się własnym dzieckiem, a nie wtrącał się w cudze sprawy.
I teraz, Szanowni Państwo, połączcie sobie w głowach kropki-od komunikatu Rzecznika o tym, że niektórzy krzyk uznają za przemoc, po sytuację, którą przytoczyłem powyżej. Jaki przekaz dostają ci wszyscy, zdezorientowani rodzice, którzy wciąż się wahają, czy karcić dzieci fizycznie, czy na nie krzyczeć; czy kłócić się przy nich z partnerem, czy angażować je w konflikty między rodzicami, skoro Państwo, które daje im co miesiąc z łaskawością po 5 stów na malca, ustami swojego najlepszego syna od praw dzieci mówi, że w zasadzie jeden klaps to nic takiego, a krzyk ma działanie na wpół terapeutyczne. Na Zachodzie, tym lewackim i zdemoralizowanym najlepiej, zachowanie takie, jakie zaprezentował na łamach Pan Rzecznik, zostałoby w trymiga napiętnowane i uznane za skandaliczne. Zwłaszcza przez rządzących. U nas tymczasem, brawo biją Rzecznikowi Wojciech Cejrowski i jemu podobni, którzy XIX-wieczne kanony wychowania uznają za normę. Bo wszak dziadziuś bił pasem, tatuś bił, to i co mi się będzie Państwo wtrącało czym ja biję. Zawsze dzieciak dostawał w skórę i dobrze było. Zawsze kompot był na stole a obok niego schabowy, bo zawsze go babcia i mama smażyły na obiad. Wszystko fajnie, tylko że zawsze, to nie znaczy że dobrze. Mogły wszak smażyć go źle. A kiedy po 30 latach zbieranego, błędnego doświadczenia, ktoś próbuje towarzystwo nauczyć robienia rzeczy poprawnie, podnosi się rwetes, że to zamach na tradycyjne wartości i na rodzinę. I najsmutniejsze jest to, że w ten dyskurs wpisuje się relatywnie młody człowiek, który ma stać na straży tego, żeby dzieciom w Polsce nie działa się krzywda. Żeby nikt się na nie nie wydzierał ani ich nie bił. Nawet klapsem. Bo to przemoc jak każda inna.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Czy warto się ubezpieczyć?

Co drugi Polak podejmuje działania związane z ubezpieczeniem na życie wtedy, gdy dojdzie do jakichś niepożądanych sytuacji.

Nieżyjący już niestety profesor Jerzy Vetulani mawiał, że on się nie ubezpiecza, ponieważ woli, by po jego śmierci bliscy płakali, a nie się cieszyli.
Rzeczywiście, żal po jego tragicznej śmierci był powszechny, choć oczywiście nie miało to żadnego związku z tym, czy profesor był, czy też nie był ubezpieczony.
Wydaje się jednak, że duża część Polaków podziela opinię, iż ubezpieczenie na życie nie jest nam specjalnie potrzebne do …życia.
I chyba jest w tym nieco racji, no bo komuś, kto opuścił już ten padół łez jest raczej obojętne, czy i na jaką kwotę był ubezpieczony na wypadek swej śmierci – i ile zostawił spadkobiercom.

Na wypadek wypadku

Blisko 50 proc. Polaków podejmuje działania związane z ubezpieczeniem na życie (ubezpiecza się po raz pierwszy, zmienia warunki polisy, kupuje nową polisę), wtedy, gdy dojdzie do jakichś niepożądanych sytuacji, choroby czy śmierci bliskiej osoby. Taki wniosek płynie z najnowszego badania firmy Imas na zlecenie Vienna Life.
Priorytety życiowe Polaków nie ulegają zmianom na przestrzeni lat. Zarówno w najnowszych badaniach, jak i tych realizowanych 5 lat temu, dla 2/3 ankietowanych najważniejsza jest rodzina, a następnie zachowanie dobrego zdrowia.
Większość respondentów (78 proc.) pragnie chronić swoich bliskich przed nieszczęściami, oraz nie chce być dla nich ciężarem, gdy dojdzie do niepożądanych sytuacji (63 proc.).

Ubezpieczyciele mówią „nie”

Polacy są dość altruistyczni, bo aż 57 proc. badanych czuje się osobiście zobowiązanych do zapewnienia bytu bliskim na wypadek własnej choroby, niepełnosprawności lub śmierci.
Inna sprawa, że zaledwie 20 proc. w pełni zabezpieczyło członków rodziny na wypadek swojej niezdolności do pracy lub śmierci.
Natomiast indywidualne ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków ma jedynie 28 proc. z nas. Pojęcie „w pełni” jest oczywiście względne, bo dla każdej rodziny będzie to inna kwota.
Na pewno jednak ten odsetek byłby dużo wyższy, gdyby nie polityka towarzystw ubezpieczeniowych działających w Polsce, które tylko do 65 roku życia sprzedają ubezpieczenia na „wypadek wypadku”, choroby i niezdolności do pracy. Po przekroczeniu tej granicy trzeba liczyć tylko na emeryturę i na to co się samemu odłożyło.
Co nas motywuje do zakupu ubezpieczenia? Oczywiście przymus.
Niezmiennie od lat badania pokazują, że Polacy decydują się na ubezpieczenie wtedy, gdy jak w przypadku OC komunikacyjnego, jest to obowiązkowe – lub wymagane, na przykład ubezpieczenie nieruchomości przy kredycie hipotecznym. Relatywnie często kupujemy ubezpieczenie turystyczne przed wyjazdem na urlop.

To, co nam przeszkadza

Według 2/3 badanych śmierć, nieuleczalna choroba jak i niepełnosprawność, najsilniej osłabiłyby poczucie bezpieczeństwa finansowego ich samych oraz ich rodzin. 53 proc. wskazuje, że nie posiada indywidualnego ubezpieczenia na życie.
Jednakże 52 proc. ankietowanych wskazuje, że rola jedynego żywiciela rodziny – i troska o los pozostawionych bliskich – jest tym, co najsilniej motywuje do sięgnięcia po ubezpieczenie na życie.
Teoria jest tu oczywista: dobrze posiadać kompleksową ochronę w różnych sytuacjach życiowych, również wtedy, gdy nas zabraknie. Jeśli przydarzy się wypadek, czy choroba, warto posiadać polisę, która zabezpieczy nie tylko naszą przyszłość, ale też przyszłość naszych najbliższych.
Główną deklarowaną barierą wykupienia indywidualnego ubezpieczenia na życia są oczywiście względy ekonomiczne (brak środków 30 proc., nieopłacalność 8 proc.).
Podobnie często wskazywane są odmienne powody, mniej lub bardziej racjonalne (inne zabezpieczenia, np. grupowe ubezpieczenie na życie – 28 proc., „nie myślałem o tym” – 15 proc., brak zaufania do ubezpieczycieli – 16 proc., brak czasu na zatroszczenie się o polisę – 5 proc.

Mieć rodzinę i dzieci

Śmierć to nie wszystko. Zawsze może trafić się sytuacja, która – wydawałoby się – nas nie dotyczy czy nie spotka. Jeśli mamy polisę, to w przypadku długotrwałej rehabilitacji po zdarzeniu losowym czy nieuleczalnej choroby, my i nasza rodzina będziemy chronieni.
54 proc. badanych przeznaczyłoby środki z ubezpieczenia na życie czy ubezpieczenia Następstw Nieszczęśliwych Wypadków na zabezpieczenie finansowe swoich bliskich. 51 proc. – na własne leczenie.
Natomiast aż 1/3 deklaruje, że wykorzystałaby je na bieżące wydatki, a 1/4 – na spłatę zobowiązań, co oznacza, że bez środków z ubezpieczenia ich codzienne życie uległoby znacznemu zaburzeniu.
Ponieważ troska o najbliższych jest jednym z najsilniejszych motywatorów do zakupu polis NNW, więc single rzadziej się ubezpieczają. Brak ubezpieczenia indywidualnego tłumaczą najczęściej młodym wiekiem czy brakiem pieniędzy, ale też przyczynami mniej racjonalnymi (nigdy o tym nie myślałem, zbytnie skomplikowanie ubezpieczeń itp).
Gdy dojdzie do sytuacji w której spotka ich choroba, niezdolność do pracy, czy nieszczęśliwy wypadek, znacznie trudniejsze dla singli będzie zachowanie dotychczasowego standardu życia. Wtedy pojawia się problem, z którym często muszą się uporać sami. Warto więc wcześniej pomyśleć o indywidualnym ubezpieczeniu.
Jak pokazuje badanie, osoby nie będące w związku małżeńskim może dość skutecznie skłonić do ubezpieczenia zmiana stanu cywilnego (17 proc.) oraz pojawienie się dziecka (32 proc.). Wniosek – należy się żenić, wychodzić za mąż oraz mieć dzieci.

Cała Polska jest Darłówkiem

Media żyją tragedią rodziców trójki, która prawdopodobnie utonęła we wtorek 14 sierpnia w rejonie Darłówka Zachodniego.

 

Bałtyk to śmiertelna pułapka. Tragedia, która się wydarzyła, skłania jednak do refleksji nie tylko nad polską brawurą, która każe łamać zakazy (vide: „zmieścisz się śmiało”) i ignorować ostrzeżenia (sinice, zakaz kąpieli, zakaz wchodzenia do wody w okolicy falochronu, plaża niestrzeżona, czerwone flagi, informacyjne boje). Oczywiście, wielką nieodpowiedzialnością było wejście dzieciaków do wody tam, gdzie nie miał już obowiązku sięgać wzrok ratownika. Przykre jest, iż adwokat rodziny kieruje teraz oskarżenia pod adresem ratowników, którzy nie są przecież cudotwórcami.
Fala nienawiści, która wylewa się teraz na tzw. „rodziców z 500 plus” również jest zupełnie nieuzasadniona. Pobieranie świadczenia czy zasiłku bądź jego niepobieranie nie ma związku z brakiem wyobraźni, czy tendencją do ryzyka. Natomiast z całą pewnością przy czwórce pociech, niezależnie od stanu posiadania czy statusu społecznego, rodzice, a zwłaszcza matka, które spuściła z oczu starszą trójkę na rzecz najmłodszego – ma prawo padać na przysłowiową twarz.
Powinni pomyśleć o tym wszyscy, tak chętnie rzucający w nią kamieniami na internetowych forach. Wielodzietne rodziny kiedyś mogły liczyć na pomoc „całej wioski”. Dziś częściej dotyka ich pogarda, wymierzona siłą rzeczy w kobietę. Pamiętajmy, by zaoferować pomoc naszym sąsiadkom, kuzynkom, siostrom, znajomym. Być może czasem dzięki temu da się uniknąć tragedii, wynikających z przemęczenia, frustracji, bezsilności.
Nie dyskutuję z faktem rażącego przekroczenia przepisów, co zaowocowało niewyobrażalną tragedią.
Rodzice i tak zapłacą już za to wysoką cenę. Pomyślmy jednak, jaką naukę my, jako społeczeństwo, możemy z tego dramatu wyciągnąć.

Głos prawicy

Nie będzie 1000+

Pis dementuje, jakoby trwały prace nad zwiększeniem świadczenia 500 plus. Info z wpolityce.pl:
– W sprawie informacji o poszerzeniu 500+. Program działa świetnie, a o nowych planach wsparcia rodzin będziemy myśleć w zależności od stanu finansów. – podkreślił na Twitterze wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, odnosząc się do doniesień o tym, że program 500 plus miałby zastąpić program 1000 plus.
Informacje o korekcie programu 500 plus skomentowała również minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska.
W związku z pojawiającymi w mediach informacjami dot. zwiększenia wysokości świadczenia wychowawczego informuję, że nie trwają żadne prace dotyczące zmian wysokości świadczenia przyznawanego w ramach programu „Rodzina 500+” – podkreśliła w oświadczeniu zamieszczonym na stronie internetowej Rafalska.
Przypomniała, że trwa przyjmowanie wniosków i wydawane są decyzje przyznające świadczenie w wysokości 500 zł na nowy okres świadczeniowy, który będzie trwał od 1 października 2018 do 30 września 2019 r. Rafalska zaznaczyła, że ministerstwo rodziny na bieżąco monitoruje realizację programu i jego efekty.
Do końca czerwca wsparciem z rządowego programu „Rodzina 500 plus” objęto ponad 3,74 mln dzieci do 18 lat. Od początku tego roku do ponad 2,45 mln rodzin trafiło ponad 11,3 mld zł.
MRPiPS przypomina, że złożenie kompletnego i prawidłowo wypełnionego wniosku o „500 plus” w sierpniu gwarantuje wypłatę świadczenia do końca października. Złożenie go we wrześniu oznacza, że świadczenie będzie wypłacone do końca listopada z wyrównaniem za październik; złożenie wniosku w październiku oznacza wypłatę do końca grudnia z wyrównaniem za październik i listopad. Jeżeli wniosek zostanie złożony później niż w październiku, to świadczenie będzie wypłacone od miesiąca złożenia bez wyrównania za wcześniejsze miesiące.
Ministerstwo przypomina także, że rodziny, które będą się chciały ubiegać o świadczenie „500 plus” drogą elektroniczną, mają do wyboru trzy kanały: ministerialny Portal Informacyjno-Usługowy Emp@tia, PUE ZUS lub bankowość elektroniczną. Od 1 sierpnia wniosek o świadczenie można także składać drogą tradycyjną – w urzędzie lub pocztą.

 

Niemcy to bezbożnicy

Ksiądz Oko udzielił wywiadu Frondzie.pl. Mów w nim:
Trzy razy więcej ludzi idzie w tygodniu w Niemczech do domów publicznych, niż do kościołów. Myślę, że ta proporcja: 3,5 miliona do 10 milionów pokazuje stan Niemiec i w ogóle Europy. Dla wielu ludzi porzucających Chrystusa, bożkiem stał sie seks, przy czym bożkiem, który poniża ludzi, bo trudno o większe poniżenie kobiety niż zmuszanie jej do niewolnictwa seksualnego. To oznacza, że miliony kobiet w Europie pracują jako niewolnice seksualne, pomimo całego rozwoju kulturowego, mimo rzekomej walki o prawa kobiet widzimy narastającą sytuację, gdzie miliony z nich są w najgorszy sposób poniżane, ale jeszcze bardziej poniżają się mężczyźni, którzy tam chodzą.
Szczególnie ostry kontrast jest właśnie w Hamburgu – kościół, gdzie przez sakramenty, łaskę, następuje największe wywyższenie człowieka, jego zbliżenie do Boga, a tuż obok – miejsce największego poniżenia człowieka, zarówno osób, które się prostytuują, jak i tych, którzy je wykorzystują. Z kolei w okolicach Polskiej Misji Katolickiej w Berlinie widziałem wiele miejsc handlu narkotykami i kasyn gry.
To jest symboliczny obraz sytuacji w Europie. W ogóle Polska jest wobec tej Europy ateistów Zachodu jak wyspa wiary na morzu ateizmu, i dlatego tak jak morze atakuje falami wsypę, tak ci zdegenerowani ateiści z Zachodu nas atakują. Oni odrzucając Boga często stają się wyznawcami bożka przyjemności, w tym szczególnie seksu i ci, atakujący nas to na pewno w dużej części klienci takich domów. Przecież chodzi tam wielu polityków i wielu dziennikarzy. To są ci ludzie, którzy niesamowicie poniżają człowieka, poniżają kobiety, ale często poniżają również mężczyzn w gejowskich domach publicznych. I to też wiąże się z islamem, z inwazją islamu. Ponad 10 lat spędziłem na Zachodzie, z czego 7 lat w Niemczech i zawsze interesowałem się tym, co wybierają ludzie, którzy porzucają chrześcijaństwo.

Po stronie dziecka

Jakie są priorytety polityki prorodzinnej, proponowane przez Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie na wybory samorządowe?

 

Dwa tygodnie temu przedstawiłem najważniejsze elementy „srebrnej rewolucji” – programu samorządowego SLD przygotowanego z myślą o seniorach. Dzisiaj kolej na najmłodszych. Wielu z nich od dwóch lat jest beneficjentami świadczeń rodzinnych 500+. Wydawane rokrocznie z budżetu państwa dwadzieścia kilka miliardów złotych stanowi realną pomoc rodzinom wychowującym dzieci. Zauważalnie zmniejszyła się skala ubóstwa, do niedawna jeszcze będąca wyrzutem sumienia Polski XXI wieku.
Ale 500 złotych na drugie i kolejne dzieci to za mało, aby uznać, że państwo zrealizowało swój obowiązek w prowadzeniu polityki prorodzinnej. Jakie zadania stawia lewica tym, którzy w najbliższych wyborach zostaną wybrani radnymi, wójtami, burmistrzami i prezydentami miast?

 

500 minus żłobek

„Zapewnienie opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 musi być priorytetem dla każdej gminy. Dostępny dla każdego, bez względu na zamożność i stan cywilny, żłobek lub klub dziecięcy to szansa na szybki powrót rodziców na rynek pracy po urodzeniu dziecka i równy podział ról związanych z opieką nad nim” – to cytat z programu samorządowego SLD „Silny samorząd – demokratyczna Polska”.
Efektem ubocznym programu 500+ jest rezygnacja z pracy zawodowej wielu matek wychowujących dzieci. Ich kalkulacja jest prosta: otrzymane pieniądze ze świadczeń rodzinnych starczają od biedy na przeżycie. Zaś powrót do pracy, to częstokroć konieczność oddania dzieci do żłobka. Jeśli zabraknie miejsc w żłobku publicznym, to na żłobek prywatny nie starczy pieniędzy z 500+.
Oto pierwszy z brzegu cennik, znaleziony w sieci. „Zielony Domek” w Brześce niedaleko Piaseczna. Za 8 godzin pobytu malucha w wieku do 3 lat trzeba zapłacić miesięcznie 500 zł czesnego i ponad 200 zł za wyżywienie. Razem 700 zł za jedno dziecko, 1400 złotych za dwójkę! A to i tak nie jest najwyższa cena.
Cena za pobyt dziecka w żłobku niepublicznym w dużej mierze zależy od tego, czy otrzymuje on dotacje z kasy publicznej: programu rządowego „Maluch Plus” i pieniędzy samorządowych. Również ceny w żłobkach publicznych są zróżnicowane. Ale i tam koszt pobytu i wyżywienia nierzadko pochłania zasiłek 500+ w 100 procentach.

 

Prywatyzacja dla najmłodszych

Ta „prywatyzacja” przeszła niezauważona. Prywatyzacja opieki nad najmłodszymi. Ile jest publicznych żłobków w 600-tysięcznym Wrocławiu? W którym urodziło się i mieszka ponad 20 tysięcy obywatelek i obywateli w wieku do 3 lat. Zaledwie 15. Słownie: 15 publicznych żłobków. Pozostałe to placówki niepubliczne. A i tak w końcowym rozrachunku we Wrocławiu brakuje niemal półtora tysiąca miejsc w żłobkach.
„SLD stoi na stanowisku, że należyta opieka nad najmłodszymi mieszkańcami naszego miasta nie powinna opierać się w tak dużym stopniu na placówkach niepublicznych. Konieczne jest znalezienie środków na budowę nowych placówek gminnych lub adaptację posiadanych przez gminę lokali oraz na prowadzenie żłobków publicznych” – napisali w swoim programie samorządowym działacze wrocławskiego SLD.
Żłobki mają być bezpłatne dla wszystkich dzieci! Rodziców decydujących się na pierwsze i kolejne dzieci nie musi interesować, z jakich programów rządowych i samorządowych zostanie sfinansowany pobyt ich syna lub córki w żłobku. Rachunek jest oczywisty. Pracujący rodzice – płacący podatki – pośrednio i tak sfinansują pobyt swoich dzieci w bezpłatnym żłobku.

 

Przedszkole za free

„Przedszkole to nie tylko szansa na godzenie przez rodziców obowiązków domowych i rodzinnych, ale przede wszystkim – na lepszą edukację dla każdego dziecka” – to kolejny cytat z programu samorządowego SLD. Można dyskutować o plusach i minusach pobytu najmłodszych w żłobkach. W przypadku przedszkoli sprawa jest bezdyskusyjna – pełnią one ważne funkcje edukacyjne.
Szkoda, że twórcom Konstytucji z 1997 roku nieco zabrakło wyobraźni, gdy pisali artykuł 70 – o bezpłatnej nauce w szkołach publicznych. Moim zdaniem, bezpłatna edukacja polskich dzieci powinna zaczynać się już w przedszkolu. I to prawo do bezpłatnej edukacji 4-letnich Polek i Polaków winno mieć gwarancje konstytucyjne.
Póki co, zapewnienie jak najlepszej oferty przedszkolnej spoczywa na barkach samorządowców. SLD postuluje, aby wszystkie przedszkola były bezpłatne. Oraz zlokalizowane w pobliżu miejsca zamieszkania rodziców. Niedopuszczalnym jest, aby najmłodsze dzieci, zamiast edukacji i zabawy, spędzały czas w ciasnym foteliku samochodu rodziców.

 

Bez ulgowego biletu

Uczeń zawsze kupował ulgowy. Bilet kolejowy. Autobusowy. Tramwajowy. Problem w tym, że kiedyś kosztowały one grosze. Dosłownie. Za ulgowy na tramwaj lub autobus płaciłem 20 groszy. Dzisiaj – przy porównywalnych zarobkach – ulgowe bilety są dziesięć razy droższe. Zdaniem SLD, komunikacja miejska powinna być bezpłatna – zarówno dla seniorów, jak i dla uczniów szkół podstawowych i średnich.
Częstochowa pokazała, że da się to zrobić. Prezydent Krzysztof Matyjaszczyk (SLD) w ubiegłym roku wprowadził pilotażowy program bezpłatnych przejazdów dla uczniów szkół podstawowych. „Chcemy sprawdzić, czy efekt, na którym nam zależy, czyli zmniejszenie się liczby samochodów na ulicach, zwiększenie się liczby użytkowników w naszych autobusach i tramwajach oraz poprawa sytuacji ekologicznej i bezpieczeństwa na drogach, zostanie osiągnięty” – argumentował prezydent.
Również radni wrocławscy jednogłośnie zadecydowali, że od 1 września tego roku dzieci i młodzież ucząca się do 21. roku życia będzie podróżowała po Wrocławiu za darmo. Podobne rozwiązanie wprowadzają gminy Górnego Śląska, Zagłębia i kilka kolejnych miast.

 

Dentysta w szkole

Inny pilotażowy program jest właśnie wdrażany we Wrocławiu. Z inicjatywy SLD powstają pierwsze gabinety dentystyczne w szkołach. Sojusz Lewicy Demokratycznej chciałby, aby tak było w każdej szkole w Polsce. „Każdy uczeń będzie objęty bezpłatną opieką dentystyczną, na którą będzie składać się zarówno profilaktyka stomatologiczna, jak i leczenie. Gabinet dentystyczny musi znajdować się w każdej szkole” – zapisano w programie samorządowym.
Ktoś powie, że to już było. Tak, w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej każda szkoła miała gabinet stomatologiczny i lekarski. I do tych dobrych praktyk z przeszłości warto wrócić. Bo dane dotyczące zdrowia dzieci i młodzieży są zatrważające. Już ponad 80 proc. sześciolatków choruje na próchnicę zębów. U dwunastolatków ten odsetek wzrasta do 85 proc.. A u osiemnastolatków do 95 proc.!

 

Szkoły zawodowe

W czasach transformacji zaniedbano również inną sferę dobrze rozwiniętą i funkcjonującą w PRL. Szkolnictwo zawodowe. Obecnie jesteśmy w czołówce europejskiej, jeśli chodzi o ilość osób posiadających wyższe wykształcenie. Tymczasem coraz dotkliwszy jest brak fachowców. I to we wszystkich zawodach technicznych. Statystyka mówi sama za siebie. W roku szkolnym 1990/91 funkcjonowało blisko 3 tysiące szkół zawodowych. Do drugiej dekady XXI wieku dotrwała zaledwie co druga z nich.
„Będziemy wspierać szkoły branżowe i technika: tworzyć nowe placówki, a w istniejących – zapewniać atrakcyjne kierunki kształcenia i nowoczesne wyposażenie” – napisali autorzy programu samorządowego Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Decyzje młodych ludzi dotyczące wyboru zawodu nierzadko są wynikiem panującej mody, sugestii rówieśników lub nacisków rodziców. Nie zawsze ma to związek z rzeczywistym zapotrzebowaniem na specjalistów danej branży. Dlatego SLD proponuje wprowadzenie kompleksowego systemu doradztwa zawodowego. Pomagającego uczniom w wyborze ścieżki kształcenia i przyszłego zawodu.

 

Etyka w szkole

Hydraulików i budowlańców brakuje. Polska nie narzeka natomiast na brak… katechetów. Od lat liczba nauczycieli religii w szkołach utrzymuje się na poziomie około 30 tysięcy. Dla porównania, policjantów jest 98 tysięcy. Katecheci szkolni kosztują podatników 1,5 miliarda złotych rocznie.
W programie krajowym SLD zapisano postulat likwidacji nauki religii w szkołach i finansowania katechetów z pieniędzy podatników. Jednak samorządowcy nie mają w tej sprawie wiele do powiedzenia. Dlatego w programie dotyczącym wyborów samorządowych zapisano jedynie postulat udostępnienia w każdej szkole lekcji etyki, dla wszystkich zainteresowanych uczniów. Taki jest wymóg prawa. Niestety, nie wszystkie szkoły i władze samorządowe go respektują. Jedną z wymówek jest brak nauczycieli etyki. To nie może dziwić, skoro na 30 katechetów przypada zaledwie 1 (słownie: jeden) nauczyciel etyki.

 

Gminy dla młodych

W programie dla seniorów Sojusz Lewicy Demokratycznej postulował tworzenie rad seniorów, jako zespołów doradczych dla władz samorządowych. Ale zasad samorządności należy uczyć się już w szkole podstawowej. „Chcemy, by już uczniowie szkół podstawowych mieli swoją reprezentację w młodzieżowych radach gmin, z własnym budżetem, który pozwoli między innymi na organizację młodzieżowych akcji i imprez” – proponuje Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie samorządowym.
Jedną z bolączek wyborów samorządowych jest bardzo niska frekwencja. W ostatnim dwudziestoleciu ani razu nie przekroczyła 50 proc. To oznacza, że ponad połowa mieszkańców systematycznie nie bierze udziału w wyborze swoich radnych, burmistrzów i prezydentów miast. Uczenie młodych ludzi aktywności obywatelskiej to również praca na rzecz przyszłych świadomych uczestników życia publicznego i politycznego.

 

Po stronie dziecka, po stronie rodzica

Gdyby z obszernego programu SLD, dotyczącego polityki prorodzinnej, chcieć zacytować tylko jedno – najważniejsze – zdanie? Brzmiałoby: „samorząd musi być partnerem rodzica w wychowaniu dziecka!”. Nic dodać. Nic ująć.

Święta rodzina

Podczas kiedy za granicą rządzący wykonują światopoglądowy skok w przyszłość, rząd PiS nadal dba o to, by polskie rodziny spajał strach i ekonomiczna zależność, a patologie były skrzętnie ukrywane zamiast eliminowane.

Do niewątpliwych „prezentów”, jakie rząd PiS przygotował dla kobiet (utrudnienia w oddaniu dziecka do adopcji oraz likwidacja kodeksu „Rodzić po ludzku”, o których pisałam wcześniej) dodać należy jeszcze dwa: pierwszy to ministra Ziobry walka z rozwodami. Nowy projekt nowelizacji Kodeksu cywilnego przedstawiony przez Ministerstwo Sprawiedliwości zakłada, że opłata za wniesienie pozwu wzrosnąć ma z 600 zł do 2 tysięcy. Żeby nie było – Ziobro podniesie też opłaty w sprawach innych niż rozwodowe. Tak czy siak jest to ograniczenie obywatelom prawa do sądu, które przełożenie na nierozerwalność instytucji małżeństwa będzie miało co najwyżej takie, że obywatele skutecznie nauczą się system omijać i albo przestaną decydować się na ślub w ogóle, albo po prostu zadowolą się instytucją separacji.
Drugi prezent od rządu to ustawa resortu minister Rafalskiej: ustawa kołtuńska i szkodliwa, choć w nazwie ma wspieranie rodziny”: w praktyce jednak chodzi o to, aby wywierać nacisk na gminy, aby zwracały biologicznym rodzinom dzieci, które trafiły do domów dziecka, placówek opiekuńczych lub rodzin zastępczych. Bez zbędnej zwłoki i pod groźbą kary finansowej.
Niebezpieczna jest jednak druga strona tego medalu: rząd nie przedstawia żadnych narzędzi do dalszego monitorowania sytuacji tych rodzin. Prawdopodobnym jest więc, że dzieci odebrane z powodu przemocy bądź uzależnień w rodzinie – będą wracać w patologiczne warunki. Rząd wymyślił sobie bowiem że polskim rodzinom „odbiera się dzieci z biedy”, co nie ma żadnego przełożenia na statystyki, jest wyłącznie nadmuchaną bańką propagandy.
W Sejmie minął 40. dzień protestu. Wycieńczeni rodzice i opiekunowie niepełnosprawnych skapitulowali przed rządem, który wziął ich na przetrzymanie, a przed oficjelami z NATO zasłonił ich za „kotarą wstydu”. Iwona Hartwich i reszta zawiesili protest, nie dostawszy swojego 500+.
Tymczasem Irlandia przestała już być krajem o najbardziej restrykcyjnym prawie aborcyjnym w Europie – pokazując drzwi kościelnym regulacjom, a Szwecja zmieniła definicję gwałtu (uznając, iż wystarczającym kryterium jest brak zgody, nie trzeba już wykazywać, że ofiara „broniła się” fizycznie). I to wszystko w ciągu jednego tygodnia. Europa odpływa i majaczy gdzieś w oddali.