Iran się przyznał

Irańczycy przyznali się, że to oni zestrzelili ukraińskiego Boeinga 737-800. Dodają jednak: ta tragedia nie zdarzyłaby się, gdyby nie amerykańskie awanturnictwo w regionie.

Oświadczenie irańskiego prezydenta Hassana Rouhaniego o tym, że to irańska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ukraiński samolot z jednej strony przecina spekulacje dotyczące prawdziwych intencji i sprawców zestrzelenia (przewodniczący ukraińskiej Rady Obrony zasugerował wprost, że to Rosjanie stoją za tragedią), z drugiej zaś, może wcale nie uspokoić tych, którzy za wszelką cenę chcą oskarżyć i, co ważniejsze, ukarać Iran.
Rouhani powiedział, że strącenie samolotu było wynikiem „błędu ludzkiego”. Stwierdził, że „głęboko żałuje” tego, co się stało oraz wyraził współczucie rodzinom zabitych. Dodał, że tragedia była związana z istotnym zagrożeniem ze strony USA, w związku z czym siły zbrojne Iranu zostały postawione w stan pełnej gotowości bojowej. Samolot, jak poinformował sztab generalny Iranu, został omyłkowo wzięty za „samolot nieprzyjaciela” i zestrzelony.
Prezydent Iranu przedsięwziął wszelkie niezbędne działania w celu wypłaty finansowych rekompensat rodzinom zabitych. Zapowiedział też, że prowadzone śledztwo będzie miało na celu ujawnienie winnych strasznej katastrofy.
„To straszny dzień”, napisał w na Twitterze minister praw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif, „wstępne ustalenia wewnętrznego śledztwa sił zbrojnych: to ludzki błąd, popełniony w czasie kryzysu, wywołanym awanturnictwem USA, doprowadził do katastrofy”.
Dowódca sil powietrznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Amir Ali Hadżizade wyjaśniał w telewizji irańskiej, że operator pocisku miał 10 sekund na podjęcie decyzji i otworzył ogień, nie konsultując tego z nikim. Amir Ali Hadżizade powiedział też, że „że chciałby umrzeć i nie być świadkiem takiego wypadku”. Komentując oświadczenie irańskiego prezydenta Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy.
„Dzisiejszy poranek przynosi prawdę. Ukraina nalega na pełne przyznanie się do winy. Oczekujemy, że Iran pociągnie winnych do odpowiedzialności, zwróci ciała, zapłaci odszkodowanie i wyda oficjalne przeprosiny. Dochodzenie musi być otwarte i kontynuowane bez opóźnień i przeszkód” – napisał Zełenski.
Czy przyznanie się władz irańskich do zestrzelenia samolotu i wzięcie na siebie całej winy przyczyni się do uspokojenia napięcia w regionie? Tego na razie nie wiadomo.
W 1988 roku stacjonujący na wodach cieśniny Ormuz, krążownik USS Vincennes wystrzelił rakietę w kierunku AirbusaA300B2, należącego do linii Iran Air. Samolot eksplodował. Zginęło 290 osób. W przeciwieństwie do Teheranu, Waszyngton miał problem z jednoznacznym przyznaniem się do winy. Marynarka poinformowała, że załoga okrętu zidentyfikowała maszynę jako wojskowy F-14 Tomcat oraz, że był to efekt „stresu wojennego”. Dowódca krążownika William C. Rogers przekonywał, że uznał start samolotu jako zagrożenie dla jego jednostki. Strona irańska potępiła zdarzenie jako akt terroru, zauważając, samolot oddalał się okrętu, a więc nie było podstaw by diagnozować ofensywne zamiary, oraz, że nawet jeśli Amerykanie uznali maszynę za myśliwiec, to nie mieli prawa kierować w jej stronę pocisków, bo znajdowała się w irańskiej przestrzeni powietrznej.

Wrażenia lotniskowe i powrót do ojczyzny

Do tekstu „Lotnicze sny o potędze” Marcina Zielińskiego („Dziennik Trybuna”, nr 219-220/2018) życie dopisuje mi dawkę wrażeń bezpośrednich z lotniczej autopsji podróżnej.

 

Lot samolotu PLL „Lot” wieczorem 8 listopada z Okęcia na Aéroport Charles de Gaulle w Paryżu był de facto lotem maszyną rumuńską z rumuńską załogą, choć przy udziale dwóch polskich stewardes. Było to jedyną pokrzepiającą okolicznością, ponieważ poza tym lot ten był mocno emocjonujący nie tylko z powodu długich i dokuczliwych turbulencji, ale także z powodu nieprzyjemnego incydentu n pokładzie. Otóż, jeden z pasażerów odmówił odłączenia – przed lądowaniem – laptopa od sieci samolotu i dopiero dość dramatycznie wyrażona przez pilota groźba, że po lądowania czekać go (pasażera) będzie spotkanie z policją, skłoniła go do wykonania polecenia. Nie najlepsze wrażenia można było odnieść też z konstatacji, jaką pozycję ma PLL „Lot” na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu. Podczas gdy inne linie lotnicze, i to bynajmniej nie tylko giganty w rodzaju „Air France”, „Lufthansy” czy „British Airlines”, mają tam swoje stałe przedstawicielstwa, gdzie można załatwić wszelkie formalności – pasażer „Lotu” błąka się jak sierota i dopiero na krótko przed odlotem, w lotowskim „kąciku” pojawiają się „obcy”, „wypożyczeni” (?) pracownicy, żeby obsłużyć lotowskich pasażerów. Na maszynach obsługujących pasażerów elektronicznie widoczne są znaki logo wielu linii lotniczych, w tym także nie gigantów bynajmniej, ale nie akurat „Lotu”.
Rozumiem motyw oszczędności, ale po co w takiej sytuacji nadymać się pychą, snuć sny o potędze, skoro na jednym najważniejszych europejskich portów lotniczych bardzo trudno na ślady obecności takiej linii jak PLL „Lot” bardzo trudno, jeśli nie liczyć ich obecności na tablicach odlotów i przylotów, pasażer „Lot” może się poczuć jak „sierotka Marysia”? W takich sytuacjach pisowska, nacjonalistyczna megalomania objawia swój żałosny wydźwięk wynikający z dysproporcji między słowami a rzeczywistością. Za to, wałęsając się po podparyskim lotnisku rzucam okiem na ekran telewizora, a tam wśród newsów bodaj CNN krótka migawka z Warszawy, z „Marszu Niepodległości”, czyli dość przykry widok zbitego tłumu, nad którym świecą race i snują się dymy. W podpisie informacja, że przez miasto przeszło ok. „200 tysięcy faszystów”. Oczywista bzdura, bo nie w tym rzecz, że w marszu przeszła taka liczba „faszystów” (poszło w tym marszu na pewno wielu normalnych ludzi o dobrych intencjach), lecz że zorganizowało go agresywne nacjonalistyczne, faszyzujące stowarzyszenie. Tymczasem Pan PP (Produkt Prezydentopodobny) najpierw z tym towarzystwem spod ciemnej gwiazdy negocjował przebieg owego pochodu, potem po pokazaniu mu przez „narodowców” figi wycofał się jak niepyszny, a następnie znów zmienił zdanie i ową imprezę postanowił swoją obecnością legitymizować, wraz z rządem PiS i samym Prezesem. Spoglądając na podparyskim lotniku na ekran telewizora pokazujący tę nacjonalistyczną hecę, nie doznałem uczucia dumy narodowej i pomyślałem jednocześnie, że odczułbym ją, gdyby historyczny znak PLL „Lot” był realnie obecny wokół mnie, nie tylko jako efektowny emblemat, ale przede wszystkim przez praktyczną obecność, we wszystkich wymiarach praktycznych ułatwiającą życie swoim pasażerom. I tylko polscy piloci i polskie stewardessy jak zwykle znakomici, godni najwyższego uznania. A w pierwszy poranek w kraju, po powrocie – doniesienia medialne o aferze z szefem Komisji Nadzoru Bankowego w roli głównej. To mi dodatkowo uświadomiło, że znów jestem w ojczyźnie.