Chleba i aquaparku

Polska lokalna to miejsce, gdzie tak wielu zrzuca się na to, żeby tak niewielu zjechało plastikową rurą.

Mogłoby się wydawać, że budowanie za samorządową kasę aquaparków mamy już od kilku lat za sobą. Nic z tych rzeczy. Radnych z Częstochowy, Szczecina, czy Opola wielomilionowe wtopy innych, niczego nie nauczyły. Będą opowiadać, że nie stać ich dać nauczycielom podwyżki dodatku motywacyjnego o 100 czy 200 zł miesięcznie, ale będą topili dziesiątki milionów w budowę i kolejne miliony w podgrzewanie wody w parkach wodnych.
Deficyt kąpielowy
Niemal każdy aquapark wybudowany kilka lat temu za unijne i samorządowe pieniądze ssie gminną kasę. W Wągrowcu na budowę parku wodnego poszło 25 mln zł. I choć samorząd zakładał, że będzie do interesu dokładał, to skala deficytu przerosła jego możliwości. Z planowanych 600 tys. zł zrobiły się 2 miliony. Aquapark w Suwałkach za 40 mln zł, dostaje od miasta co roku ponad milion złotych. W niewielkich Chojnicach, równie niewielki, park wodny wymaga wsparcia na poziomie niemal 100 tys zł rocznie. To prawie nic przy stracie aquaparku w Polkowicach wynoszącej rocznie – 4,5-5 mln zł.
W olsztyńskiej „Aquasferze” mają, o 20 proc. większe od zakładanego, zatrzęsienie kąpiących się, ale samorząd i tak co roku dopłaca do działalności ponad 1 mln zł. Chełmski Park Wodny wymaga comiesięcznego zasilania go 80 tys zł.
O Lidzbarku Warmińskim, który miał korzystać z geotermii, która okazała się na tyle zimna, że na podgrzewanie wody miasto wydaje prawie milion rocznie, napisali już wszyscy. Ale o Redzikowie liczącym 500 mieszkańców, który strzelił sobie samorządowy aquapark za 28 milionów, prawie nikt. Ale gdy otworzą zadaszone kąpielisko z rurami w nieodległym Słupsku i nie będzie w Redzikowie kto się miał moczyć – to park wodny trafi na czołówki.
Basen w Rudzie Śląskiej zmusił miasto do zaciągnięcia pożyczki w wysokości 119 mln zł. I choć błędnie oszacowano, że kąpiących się powinno być rocznie o 100 tys więcej niż jest; i mimo tego, że zamiast 3 godzin, ludzie spędzają w aquaparku 2 godziny, to utrzymanie obiektu nawet by się bilansowało. Ale budżet samorządu i tak musi dokładać po kilka milionów – w ramach odsetek i spłaty kredytu.
Wszystkie te dane dotyczą czasu sprzed pandemii. Teraz strat inwestowania w moczenie się, można się tylko domyślać. I mnożyć to co powyżej, razy cztery.
Mokra dotacja
Prawdziwy boom aquaparkowy mieliśmy w ramach unijnej siedmiolatki kończącej się w roku 2014. Bruksela finansowała innowacyjne projekty basenowe nader chętnie. A do innowacyjności starczyła przybasenowa plastikowa zjeżdżalnia oraz sauna i jacuzzi. Jak w projekcie występowały te elementy, to samorząd mógł na basen dostać z Unii, nawet 80 proc. pieniędzy. A ponieważ wszyscy wokół krzyczeli, że ani jedno euro nie może się zmarnować, to samorządowcy z najmniejszych miejscowości powpadali na pomysł, że każdej gminie należy się aquapark. Suweren brał to w ciemno, wierząc, że basen z rurą zapewni miejscowości przynależność do zachodniej cywilizacji. Nic zatem dziwnego, że z puli środków na unijną politykę spójności, na parki wodne poszło w poprzedniej perspektywie finansowej setki milionów euro.
Na wodno-parkową głupotę narodu polskiego szybko zwrócili uwagę unijni urzędnicy. Ale słowo się rzekło, więc środki poszły. Jedyne co Bruksela mogła zrobić, to zastrzec w kolejnym budżecie, że jeśli ktoś chciałby dotację na aquapark, to po pierwsze ma mieć mocny biznesplan, a po drugie finansowanie prywatno-publiczne. A poza tym dotacja i tak nie będzie wyższa, niż 20 proc. inwestycji.
Skąd pomysł z prywatnym kapitałem? Stąd otóż, że unijni urzędnicy zorientowali się dzięki internetowi, że w wielkich polskich miastach jest mnóstwo prywatnych parków wodnych. Wybudowanych bez udziału unijnych dotacji i nie wymagających dotowania pieniędzmi niekąpiących się w nich podatników. Aquaparki te, otóż, radziły sobie całkiem dobrze. Ba, ceny przez nie proponowane były na tym samym poziomie, co w nierentownych parkach wodnych podległych samorządom.
Choć i one padały. Jak najstarszy w Polsce – otwarty w 1993 r. – Aquapark w Lesznie. Na początku 2018 roku został przez swoich prywatnych właścicieli zamknięty. Ludziom odechciało się masowo moczyć, a ceny energii szły w górę. Na pomoc ruszył leszczyński magistrat. Chciał dotować aquapark 200 tys zł rocznie i zwolnić go z podatku w wysokości 100 tys zł. Prywaciarze wyciągnęli kalkulator i wyszło im, że mimo to, musieliby rocznie dokładać do interesu prawie milion zł. No i Leszno aquaparku nie ma.
Ocieplanie lustra
Biznes z wodnymi rozrywkami przy polskich, chorych cenach energii, może się powieść tylko, gdy otwiera się go w naprawdę dużym mieście, albo takim, w którym niemal cały rok roi się od turystów. Dlatego na dużym plusie są aquaparki we Wrocławiu, Poznaniu, czy Łodzi. A nawet te w okolicach Zakopanego.
Choć te ostatnie z jeszcze innego powodu. Tamtejszą wodę podgrzewają bowiem ciepłe źródła spod ziemi. I dlatego koszty prowadzenia interesu są w miarę sensowne. Z dokładnie tego samego powodu na minusie nie jest również park wodny w Tychach.
Nie, żeby miał gejzery. Zamiast nich, Tychy mają oczyszczalnię ścieków. Taką, w której produkuje się biogaz. Ten zaś rurami wędruje do parku wodnego. W nim jest spalany i służy do podgrzewania wody i produkcji prądu. Dzięki temu Wodny Park Tychy jest samowystarczalny energetycznie, a nawet na sprzedaży nadwyżek prądu i ciepła zarabia. I się tym bardzo chwali.
Nie wiadomo jednak czym. Bo sprzedają ledwie 15 proc. wyprodukowanego przez siebie ciepła i prądu. 85 proc mocy biogazu idzie tylko i wyłącznie na potrzeby aquaparku. Aquaparku, który kosztował 112 mln zł i nie ma siły, by kiedykolwiek ta inwestycja się zwróciła. Szczególnie, gdy dodamy do tego miliony wpakowane w urządzenia produkujące biogaz. Abstrahując już od tego, że zamiast podgrzewać i oświetlać basen, ekologicznie można by tym metanem ogrzać i doelektrycznić tysiące tyskich mieszkań.
Jednak jak widać, zapewnienie rozrywki nielicznym wyborcom za pieniądze wszystkich, jest dla lokalnych włodarzy najważniejsze. Dlatego tak w Tychach jak i w dziesiątkach innych miejscowościach z samorządowymi aquaparkami, jak pacierz powtarzają bzdury, że „tego typu obiekty nie utrzymają się bez wsparcia finansowego gminy, bo przypominają domy kultury czy biblioteki”. Bzdury, bo niech któryś mądrala pokaże bibliotekę czy dom kultury postawiony i utrzymywany przez prywaciarza. A skoro nie pokażą – a aquaparki i owszem – to może zamiast tracić publiczne miliony, lepiej pozostawić sprawę budowy i utrzymania basenów z bajerami biznesowi prywatnemu.
Jaki problem znaleźć inwestora. I nawet dać mu wieczystą dzierżawę gruntu na symboliczną złotówkę. Można go też zwolnić z podatków lokalnych i gdyby to nie wystarczyło wykupić w prywatnym aquaparku basen dla jakiejś pobliskiej szkoły, czy szkół. Wszystkie te wypłacane prywatnemu parkowi wodnemu pieniądze wraz z ulgami i tak byłyby dla samorządów mniejsze, niż odsetki od liczonego w setkach milionów złotych kredytu. O dotacjach na utrzymanie obiektu, nie wspominając.
Niestety dla samorządów, gdy właścicielem aquaparku będzie firma prywatna, to gmina nie powoła kolejnej miejskiej spółki. Takiej do wybudowania i zarządzania parkiem wodnym. Takiej, w której prezes i wiceprezesi zaproponowani przez prezydenta, wójta, czy burmistrza, będą zarabiali po kilkanaście tysięcy złotych. Takich, które będą miały rady nadzorcze, których też winni zasiadać krewni i znajomi królika. Biorąc za to po parę tysięcy zł miesięcznie.
Skok na główkę
I pewnie dlatego w Częstochowie, ukończono trzykondygnacyjny budynek, w którym „powierzchnia lustra wody zespołu basenów ma liczyć blisko 900 m kw. Do tego zjeżdżalnie, dwie rurowe i jedna otwarta, a także część przeznaczona tylko dla dzieci. Z atrakcji będzie można liczyć także na tzw. dzikie i leniwe rzeki oraz basen ze sztuczną falą. Będą też ławeczki i leżanki z hydromasażem. Powstanie saunarium, a w nim sauny suche, parowe, miejsca do schładzania oraz tężnia solankowa.” Idą na to 52 mln zł. I to z własnych funduszy miasta.
Z kolei w Szczecinie kończy się budowa aquaparku na Gontynce. Inwestorem jest miejska spółka Fabryka Wody, która załatwiła z bankiem kredyt na 350 mln zł. Bo tyle aquapark ma kosztować.
Opole też buduje park wodny. Na początek wydało jednak tylko 5 mln zł. Tyle kosztowało „przygotowanie dokumentacji inwestycji.”
Ale prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski, biegał po mediach i opowiadał, że „tego typu obiekt to także inwestycja w zdrowie mieszkańców we wszystkich kategoriach wiekowych – od dzieci po seniorów. Mam świadomość, że to obiekt, do którego trzeba będzie dokładać, ale do oświaty czy komunikacji miejskiej też dokładamy?”
O tym, że z wymienionych przez Wiśniewskiego usług publicznych korzystają wszyscy Częstochowianie, zaś z saun i zjeżdżalni najwyżej, co dziesiąty – pan prezydent jakoś nie wspomniał.

Mały sejmik, duże problemy

Mało kto interesuje się naszymi sejmikami tak na co dzień. Skupiają na sobie odrobinę uwagi głównie w czasie wyborów samorządowych. I wtedy, gdy uchwalą coś… co skupia na sobie uwagę.

Małopolskiemu sejmikowi to się udało. A także lubelskiemu, podkarpackiemu i świętokrzyskiemu.

Cztery wojewódzkie sądy administracyjne stwierdziły, że uchwały „przeciwko ideologii LGBT” naruszają prawo, w tym Konstytucję. Na ten temat wypowiedział się również Naczelny Sąd Administracyjny, który w lipcu uwzględnił dwie kasacje Rzecznika Praw Obywatelskich i uznał, że uchwały te podlegają kontroli sądowej. Samorządy, które je podjęły, już straciły wsparcie funduszy norweskich. W 2020 roku minister spraw zagranicznych Norwegii zapowiedziała, że obszary, dla których przyjęto deklaracje anty-LGBT, nie otrzymają pieniędzy z funduszy.

Co takiego jest w deklaracjach sejmików? W 2019 roku sejmik województwa małopolskiego poza stanowczym sprzeciwem wobec „ideologii ruchów LGBT”, które podejmują działania zmierzające do anihilacji tradycyjnych wartości, złożył twardą obietnicę. W dokumencie zapisano: „Deklarujemy, że Sejmik Województwa Małopolskiego w realizacji swoich publicznych zadań będzie wierny tradycji narodowej i państwowej, mając w pamięci tysiącletnią tradycję chrześcijaństwa w Polsce oraz wielowiekowe przywiązanie Polaków do wolności”. Za przyjęciem deklaracji głosowali wszyscy radni PiS‐u, czyli 22 osoby, wstrzymało się dwoje radnych PSL‐u, a przeciw byli wszyscy radni PO – 9 głosów.

Warto by wytłumaczyć radnym, co oznacza termin „anihilacja” – na pewno nienależący do tysiącletniej tradycji – bo używając go, sami tę tradycję odrobinę anihilują. Przede wszystkim jednak wątpliwości może budzić deklaracja wierności tysiącletniej tradycji, a nawet budzić powinna, skoro Komisja Europejska nie wahała się wstrzymać wypłaty środków z funduszy bieżących oraz zawiesić zatwierdzenia Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego dla nowej perspektywy finansowania.

Odwoływanie się, bezkrytyczne, do tysiącletniej tradycji jest nieco ryzykowne. Czy sejmik zamierza czerpać zyski ze sprzedaży niewolników, tak jak Mieszko I i jego syn Bolesław? Czy radni sejmiku podejmą próbę ewangelizacji Prusów? Na następców tego bałtyckiego ludu idealnie nadają się mieszkańcy obwodu kaliningradzkiego, bo po samych Prusach niewiele zostało. Czy (i od kiedy) sejmik zamierza przywrócić pańszczyznę? A z nowszych tradycji, czy wznowi getto ławkowe i ograniczony dostęp do studiów dla studentów i studentek innych wyznań i narodowości? A nie, przecież przez większość tysiącletniej tradycji kobietom na studia nie pozwalano, tak że Maria Skłodowska musiała się kształcić we Francji.

Jak mawiał Tewie Mleczarz, bohater „Skrzypka na dachu” (radni PiS mogą nie kojarzyć), dzięki tradycji stąpa się pewnie po kalenicy… Tyle że bezpieczniej jest stąpać po ziemi i łatwiej wtedy zachować z nią kontakt. I z rzeczywistością.

Klasycznym przykładem braku kontaktu z rzeczywistą jest przewodniczący sejmiku małopolskiego Jan Tadeusz Duda. Żyje on w swoim imaginarium, jakby nigdy nie opuścił krainy po drugiej stronie lustra niejakiego Parnassusa (wiem, tego radni też mogą nie kojarzyć). Poznając nieco bliżej poglądy Jana Tadeusza, łatwiej zrozumieć zachowanie i poglądy Andrzeja Sebastiana.

Ale wracając do reszty naszych… radnych, wielbicieli tysiącletniej tradycji, o której to mają pojęcie nie za duże. Podstawą działania Unii Europejskiej są traktaty i Karta praw podstawowych. Unia Europejska powstała właśnie po to, by zerwać z tysiącletnią tradycją wojen, prześladowań i nietolerancji. Nasze europejskie marzenie to życie w pokoju, demokracji i sprawiedliwości – marzenie niezgodne z europejską tradycją i niezgodne z tradycją, do której odwołują się radni małopolskiego sejmiku. Dlatego pozwalam sobie na apel do tych, którzy czują się demokratami, Europejczykami i nowoczesnymi Polakami. Sejmik dał solidne podstawy do zorganizowania małopolskiego referendum w sprawie jego odwołania. Zgodnie z ustawą o samorządzie wojewódzkim, radni są obowiązani kierować się dobrem wspólnoty samorządowej województwa. Wspólnotę samorządową stanowią wszyscy mieszkańcy województwa. Wszyscy.

Jak wspomniałem, NSA potwierdził, że deklaracje sejmiku naruszają Konstytucję. Trudno o silniejszy argument za odwołaniem radnych sejmiku, a w zasadzie całego sejmiku, w którym radni łamiący Konstytucję mają większość. Quod erat demonstrandum. Deklaracja sejmiku małopolskiego (i innych sejmików), jeśli stanie się powodem – jak widać, uzasadnionym – do odmowy przyznania funduszy europejskich, wpłynie na możliwość realizacji zadań własnych samorządu województwa. Mieszkańcy mogą zostać pozbawieni ważnych i potrzebnych inwestycji. Wyobraźmy sobie, że te wszystkie obiekty oznaczone tabliczką „Zbudowano przy udziale funduszy Unii Europejskiej” nagle znikną. Jak to wpłynie na życie mieszkańców Małopolski?

Od dziś aż do zarządzenia referendum w sprawie odwołania sejmiku powinniśmy codziennie powtarzać: sejmik małopolski (świętokrzyski, lubelski, podkarpacki) musi zostać odwołany!

Smogu naszego powszedniego

Jest coś, co mamy niemal codziennie i w nadmiarze. Nie, to nie jest dobry nastrój. To powietrze, niezwykle zresztą bogate. Bogate w zanieczyszczenia. Jeszcze do niedawna symbolem zanieczyszczonego powietrza był krakowski smok (smog?). W maseczce.

Ale w odróżnieniu od całej reszty kraju Kraków, a głównie krakowianie, wzięli się do roboty. Niemal wszyscy przyłożyli ręce do tego, że w europejskich rankingach najbardziej zanieczyszczonych miast Kraków zniknął z czołówki, a tym trudniej już go szukać w rankingach krajowych, uwzględniających mniejsze miejscowości, o których Europejczykom nawet się nie śniło. Oczywiście tylko te, w których są stacje pomiarowe. Wiele miejscowości broniło się rękami, nogami i uchwałami organów przed instalowaniem na ich terenie stacji, które analizują stan powietrza, szczególnie jeśli miejscowości te miały status uzdrowiska. Teraz odrobinę się to zmieniło i już wiemy, dzięki pomiarom, że żadne polskie uzdrowisko poza kurortami nadmorskimi nie ma nie tylko zdrowego, ale i w miarę czystego powietrza.

Oddychanie, choć jest podstawą życia człowieka, nie jest dla PiS‑u szczególnie istotne. Nie, żeby dla poprzednich rządów było jakimś priorytetem, ale przynajmniej udawano, że dostrzega się problem. Za władzy PO pozwalano samorządom na podejmowanie działań (i uchwał) w celu ograniczania emisji zanieczyszczeń, a nawet na wykorzystywanie do tego unijnych funduszy. No, może poza jedną wpadką, kiedy samorządom zabroniono przekazywania pieniędzy osobom fizycznym. W efekcie na dwa lata w Krakowie zamarła akcja wymiany pieców. No i może poza tym, że PO nie była w stanie wypracować polityki energetycznej.

Dla PiS liczy się wyłącznie to, czym można się posłużyć w utrwalaniu dominacji politycznej i co przynosi szybkie efekty. Jeśli do tego dodamy właściwą dla wpływowych jednostek PiS‑u obojętność graniczącą z pogardą wobec nauki i wiedzy, to otrzymamy stosunkowo proste wyjaśnienie braku sukcesów tej partii w sprawie działań na rzecz poprawy stanu powietrza.

Już za chwilę najbardziej znane marki w Polsce, związane np. z Żywcem (dwunasta lokata w Polsce pod względem zanieczyszczenia pyłem PM10 w roku 2019) mogłyby się reklamować hasłem w rodzaju „Nasz produkt nie miał kontaktu z powietrzem!”. A sanatoria w polskich uzdrowiskach poproszą o przywożenie powietrza ze sobą. Krakowscy deweloperzy zyskają argumenty za zabudową korytarzy powietrznych, słusznie twierdząc, że dzięki temu spoza miasta nie napłynie zanieczyszczone powietrze – to ze Skawiny i Proszowic, i Zabierzowa. I z papieskich Wadowic, które co prawda nie załapały się do krajowej czołówki, ale są w czołówce wojewódzkiej. I z innych miejscowości, w których nikt stanu powietrza nie bada, więc ludzie nie wiedzą, czym oddychają. Z takiej Suchej Beskidzkiej na wszelki wypadek usunięto na żądanie władz lokalnych stację pomiarową, bo wciąż coś wskazywała. Gdy jednak wróciła, zaczęła uparcie wskazywać lokatę w pierwszej dziesiątce miast zanieczyszczonych, a jeśli chodzi o benzo(a)piren, to nawet w pierwszej trójce. Co tam palą, nikt nie wie na pewno, w każdym razie to nie tytoń ani marihuana. Wiem, że marihuany palić nie wolno, ale śmieci też nie… Podobno.

Rząd po rekonstrukcji dojrzał do tego, by zauważyć problem. Wcześniej minister Szyszko go nie dostrzegał. Kto wie, może uważał stacje pomiarowe za wysoce niepatriotyczne, stale na coś wskazywały, a w dodatku ich utrzymywanie kosztuje. Nie będzie stacji, to samopoczucie od razu się poprawi. Kolejna dobra zmiana. Oddychanie nie jest dziś politycznie istotne. Nie wpływa na najważniejsze dla PiS‑u wartości , czyli władzę za życia i życie po śmierci. Powietrze w Polsce jest pewnie mniej zanieczyszczone, niż było w czasach PRL. To nic, że trochę zatęchłe i trochę nieświeże. Skoro zwolennicy czystego powietrza nie obalili rządu PO, nie obalą też rządu PiS‑u. A przecież liczy się tylko rządzenie.

Kraków jako pierwsze miasto w Polsce zaczął się troszczyć o powietrze. W latach 1995–2019 na likwidację palenisk węglowych wydano tu ponad 400 mln złotych, z czego około 300 mln w okresie realizacji Programu Ograniczania Niskiej Emisji w latach 2016–2019. Do tego doszły w Krakowie fundusze na niezwykle ważne programy osłonowe dla osób o niskich dochodach. Można powiedzieć, że miasto zrealizowało wzorcowy program. I pewnie dlatego nie jest już ostatnie.

Tymczasem w ramach rządowego programu likwidacji palenisk przez półtora roku (dane na wrzesień 2020) podpisano umowy ze 131 tysiącami osób, które wymieniają piece. Wbrew pozorom to bardzo mało, bo z danych wynika, że do wymiany są 3 miliony pieców. W takim tempie paleniska zostaną zlikwidowane w niecałe 40 lat. To prawie dwa razy wolniej niż w Krakowie.

Tak to już jest, że polscy politycy generalnie nie lubią Polaków (poniekąd z wzajemnością) i traktują ich jak powietrze, którym sami oddychają: dosyć zatrute, ale jeszcze nie trujące. Polakom przydaje się kulturowy nawyk unikania przeciągów, gdyż nierzadko powietrze wewnątrz bywa lepsze od tego na zewnątrz. Trochę zatęchłe, ale swojskie. Trochę w zastoju, ale za to niegrożące wiatrem zmian. Taka nasza mała stabilizacja. Czasem bardzo mała. I wszystko się do tej stabilnej małości sprowadza. Jeśli potrwa dłużej, w Polsce jak na wyspie Flores wykształci się nowy gatunek człowieka: hobbit z Polski. Trochę zakatarzony, o zmniejszonych płucach. Prawdziwy Polak katolik, owoc dobrej zmiany.

Czy tak być musi? Puszczając wodze fantazji – niekoniecznie. Tyle że aby się cieszyć czystym powietrzem, trzeba mieć tanią energię elektryczną np. z elektrowni jądrowych. Trzeba mieć tani i sprawny transport publiczny. W miastach dostęp do parków. Równość i społeczną sprawiedliwość
Odrobinę wolności i rozsądku. I przede wszystkim szacunek i życzliwość dla ludzi. I klasę polityczną… o pewnej klasie.

https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-czlowiek-na-ziemi/aktualnosci/news-miejscowosci-z-najbardziej-rakotworczym-powietrzem-w-polsce-,nId,4886602

Dane na temat Krakowa dostępne na stronach UMK; agregacja danych dokonana przez autora.

Gospodarka 48 godzin

PKB w dół, ceny rosną

Według szybkiego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego polski produkt krajowy brutto w III kwartale 2020 r. był niższy niż przed rokiem o 2,0 proc. Natomiast w porównaniu z drugim kwartałem obecnego roku zwiększył się realnie o 7,7 proc, do czego przyczyniło się odmrożenie polskiej gospodarki w drugiej połowie tego roku. Nasz PKB spadł w porównaniu z tym samym kwartałem 2019 r., natomiast ceny rosną. .Jak podaje GUS, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w październiku 2020 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 3,1 proc., przy wzroście cen samych usług aż o 7,3 proc. Ten wzrost cen najdotkliwiej odczuwają oczywiście ubożsi mieszkańcy naszego kraju. Ceny wzrosły także w stosunku do poprzedniego miesiąca, września. W październiku, w porównaniu z poprzednim miesiącem największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług miały wyższe ceny odzieży i obuwia (o 3,0 proc.), a także wzrost ceny związanych z mieszkaniem (o 6,0 proc.), cen żywności (o 2,5 proc.) oraz usług restauracyjnych i hotelarskich (o 5,1 proc.). Niższe były natomiast ceny transportu (o 0,4 proc), rekreacji i kultury (o 0,6 proc) i łączności (o 0,9 proc.

Samorządy w kłopotach
Inwestycje samorządów mogą spaść nawet o 30 proc. w związku z pandemią – oceniają włodarze miast w badaniu Banku Gospodarstwa Krajowego. Epidemia eskaluje, a wraz z nią ryzyko wzrostu cięć w wydatkach bieżących i inwestycjach. Z badania BGK “Sytuacja finansowa jednostek samorządu terytorialnego w Polsce w świetle COVID-19” wynika, że samorządy przewidują znaczące spadki przychodów z tytułu wpływów z podatków. Efektem będzie ograniczenie wydatków bieżących i inwestycji rozwojowych. Eksperci zwracają także uwagę, że spadnie efektywność funkcjonowania jednostek samorządu terytorialnego jako organizacji – w tym ich zdolność świadczenia usług publicznych w dobie pandemii. Wyniki badania wskazują, że w czerwcu i lipcu tego roku, czyli po wycofaniu większości obostrzeń, samorządy przewidywały, że ich dochody z tytułu wpływów z podatków dochodowych od firm (CIT) i od osób fizycznych (PIT) spadną odpowiednio o 15 proc. i 11 proc. Przewidywany spadek podatku od nieruchomości wynosił 4 proc. W sumie w skali kraju może to oznaczać zmniejszenie dochodów samorządów o około 8 – 9 mld PLN. Z badania wynika także, że znaczny odsetek samorządów (przeciętnie od 15 proc. do 25 proc.) spodziewał się dużych spadków dochodów własnych z innych źródeł, takich jak pozostałe podatki, opłaty lokalne i dochody z majątku. W odpowiedzi na spadki dochodów własnych oraz wzrost wydatków z tytułu przeciwdziałania skutkom COVID-19 samorządy w pierwszej kolejności ograniczają wydatki bieżące oraz inwestycje. W zależności od regionu kraju redukcję inwestycji zaplanowało od ok. 10 proc. do ok. 30 proc.samorządów.

Ruszą z CPK?
Rada Ministrów wydłużyła czas obowiązania ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie lotnisk użytku publicznego. Dotychczasowe przepisy umożliwiały korzystanie ze specustawy lotniskowej jedynie do 31 grudnia 2020 r. Teraz będzie to możliwe do końca 2025 r. Wydłużenie czasu obowiązywania spec-przepisów ma pomóc w rozpoczęciu prac związanych z Centralnym Portem Komunikacyjnym, bo na razie w sprawie jego budowy nic się nie dzieje.

Lewica i samorządowcy razem z kobietami

49 samorządowców – prezydentów, burmistrzów, starostów, wójtów, wsparło protesty kobiet w walce o ich prawa reprodukcyjne i wypowiada wojnę fundamentalistom z PiS.

Wczoraj, 26 października, powstała koalicja „Tak! Samorządy dla Polski”. 49 sygnatariuszy i sygnatariuszek, samorządowców polskich miast, miasteczek i wsi podpisało się pod wspólnym apelem, gdzie deklarują wsparcie dla postulatów strajkujących kobiet w obronie ich praw reprodukcyjnych. Na liście jest między innymi Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, Jacek Karnowski, prezydent Sopotu, Jacek Sutryk, prezydent Wrocławia, miasta, w którym 26 października o prawa kobiet upominało się na ulicach 50 tys. osób.

Sygnatariusze oświadczenia wyrażają głębokie oburzenie łamaniem praw kobiet i skazywaniem ich na tortury przymusu rodzenia ciężko chorych dzieci.

„Po 27 latach przestało w Polsce obowiązywać prawo aborcyjne. Nie ma naszej zgody na skazywanie kobiet na tortury. Nie ma naszej zgody na koszmar matek, które będą zmuszane rodzić istoty niezdolne do samodzielnego życia i patrzeć na ich powolne umieranie. Albo natychmiastowe. Albo na cierpienie”- czytamy w oświadczeniu przeciwko decyzjom Prawa i Sprawiedliwości. Samorządowcy mają dość „łamania prawa, wprowadzania fundamentalizmu, i jedynej słusznej ideologii Państwa PiS” piszą w oświadczeniu „Tak! Samorządy dla Polski”.
Wszyscy sygnatariusze i sygnatariuszki deklarują wsparcie postulatów kobiecej rewolucji, która rozpętała się po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie przerywania ciąży ze względu na ciężkie, letalne wady płodu.

Swoich wyborców i wyborczyń nie zawiodła również sejmowa Lewica. Jej przedstawicielki są na demonstracjach kobiet, razem z nimi skandując hasła i patrząc na ręce często nadgorliwej ostatnio policji. Natomiast 27 października na przedpołudniowym posiedzeniu Sejmu zablokowały mówicę, domagając się, by natychmiast wniesiono pod obrady projekt ustawy zezwalającej na przerwanie ciąży na żądanie kobiety do 12 tygodnia.

Niedostrzeżony wirus egoizmu

Chyba nie ma nikogo, kto by słuchając codziennych komunikatów o rosnącej liczbie nowych zachorowań i zgonów z powodu Covid-19, nie odczuwał poważnego zaniepokojenia. Koronawirus szaleje w najlepsze i coraz bardziej nam zagraża. Niestety, nie tylko on. W jego cieniu wspaniale się rozwija wcale nie mniej niebezpieczny wirus znieczulicy moralnej, wirus antyhumanitaryzmu. Poświęcę kilka chwil jednemu z jego przejawów.

Wiadomo, iż w tym roku bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy się szczepić przeciw grypie. Wiadomo też, że w najbliższych miesiącach nie uda się sprowadzić do kraju potrzebnej ilości szczepionek. Co w tej sytuacji zachowali się nasi rodacy? Ano, jak słyszeliśmy, gdy tylko pojawiły się takie możliwości, silni i zdrowi rzucili się w te pędy do aptek wykupując po kilka sztuk szczepionek. Być może myślą przy tym o dobru członków swojej rodziny, niewykluczone, jednak, iż chcą je później korzystnie odsprzedać zdesperowanym pacjentom. stając się „szczepionkowymi konikami”. Ale zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku pozostają na bakier z moralnością. Dlaczego? To oczywiste. Jeśli czegoś jest za mało, to albo stosujemy zasadę: kto pierwszy, ten lepszy albo dajemy to coś tym, którym to jest najbardziej potrzebne. Nie powinno budzić niczyich wątpliwości, że tam, gdzie chodzi o ratowanie zdrowia, a nawet życia, pierwsza zasada odpada. Byłoby po prostu skandalem, gdybyśmy jako społeczeństwo pozostawili bez żadnej ochrony np. pracowników służby zdrowia, pensjonariuszy i obsługę domów spokojnej starości, nauczycieli wychowawców, szczególnie pracujących w internatach i domach dziecka, personel żłobków, osoby schorowane i w podeszłym wieku.

Tu zresztą też wprowadziłabym różne stopnie zagrożenia. I tak np. jak wielu Polaków, zastanawiałam się w sierpniu, gdy jeszcze nic nie wiedzieliśmy, że szczepionek będzie za mało, czy po raz pierwszy w życiu się nie zaszczepić. Teraz jednak wiem, że taką decyzję należy odłożyć na lepsze czasy. Oczywiście z wiekiem przyplątały się do mnie jakieś dolegliwości, i często jestem podziębiona, ale ogólnie biorąc, raczej nie narzekam na zdrowie, a na grypę chorowałam z całą moją klasą blisko sześćdziesiąt lat temu, gdy po raz pierwszy nawiedził nas wirus z Azji. Specjalnie więc nie ryzykuję przesuwając się na koniec kolejki i ustępując miejsca osobie chorowitej i „łapiącej” wszystko, co się tylko da, choćby była ona ode mnie dużo młodsza.

Niestety, zachowanie wspomnianych „koników szczepionkowych” świadczy, iż nie wszyscy tak podchodzą do sprawy. Czyż tak trudno sobie wyobrazić, że ktoś powie: „A co mnie obchodzi jakiś stary zdechlak. On i tak długo nie pociągnie, a ja jestem jeszcze dość młody i chcę żyć”.

Wątpię, czy tak myślącym egoistom da się przemówić do serc i sumień. Tu więc nie apele są potrzebne, ale stosowne działania. rządu. Szczepionki w ogóle nie powinny trafić do wolnej sprzedaży w aptekach, lecz resort zdrowia od razu powinien je skierować do szpitali, przychodni i innych placówek służby zdrowia. Władze lokalne (samorządowe i administracja państwowa) musiałyby zadbać, by w porozumieniu z nimi zorganizować szczepienia dla wspomnianych uprzednio grup zawodowych, a o pacjentów indywidualnych zatroszczyliby się ich lekarze. Wbrew pozorom nie byłoby to dla nich jakimś nowym obciążeniem. Przecież w świetle obowiązującej praktyki każdy przed zaszczepieniem się musi uzyskać aktualne skierowanie od lekarza i dopiero wtedy udaje się do gabinetu zabiegowego, o ile nie jest to pora szczepienia dzieci. W tym ostatnim przypadku trzeba przyjść innego dnia lub o innej godzinie. Dla lekarza natomiast chyba nie ma większego znaczenia, kogo i o jakiej porze ma zbadać. Jeżeli w międzyczasie nic się nie zmieniło, to do niedawna przynajmniej przy WZW typu B nie trzeba było najpierw iść do apteki; szczepionka czekała na nas w przychodni, a płaciło się za nią w rejestracji. Cóż stoi na przeszkodzie, by tak samo było w przypadku zabezpieczenia się przed grypą? Chyba tylko brak dobrej woli i niepojęte zamiłowanie do bałaganu oraz obojętność na to, co stanie się z ludźmi mniej przebojowymi, niezaradnymi, nie umiejącymi skutecznie wyegzekwować przysługujących im z racji wieku i stanu zdrowia uprawnień, którzy na dodatek nie mają pieniędzy, by kupić szczepionkę od pokątnych handlarzy.

Lewica przeciw dyskryminacji

– Ostrzegaliśmy, że to łamanie praw człowieka i dyskryminacja. Posłowie Lewicy wyślą do samorządów projekt uchwały podkreślającej wagę poszanowania praw człowieka i niedyskryminacji – powiedzieli posłowie Lewicy Hanna Gill-Piątek i Krzysztof Śmiszek po tym, gdy okazało się, że gminy, które ustanowiły u siebie „strefy wolne od LGBT” naprawdę stracą z tego powodu unijne pieniądze.

Przewodnicząca parlamentarnego zespołu miast oraz przewodniczący zespołu ds. równouprawnienia LGBT zapowiedzieli, że będą apelować do gmin, który przyjęły takie uchwały, o wycofanie się z nich. Chodzi tu nie tylko o uchwały dosłownie atakujące mniejszości seksualne, ale i te, gdzie nietolerancję zakryto płaszczykiem „dbałości o prawa rodziny”. Posłowie zamierzają również kontaktować się z tymi samorządami lokalnymi, które sprawę dopiero rozważają. Być może smutny przykład gmin wykluczonych z programu miast partnerskich wywoła jakieś wrażenie.

– Będziemy apelować do samorządów, które uchwały już podjęły, żeby je uchyliły, a tam, gdzie są dopiero planowane, będziemy im przeciwdziałać. Nie może być tak, że mieszkańcy ponoszą konsekwencje poglądów kilku radnych, którzy uważają, że osoby LGBT nie zasługują na szacunek – komentuje sprawę Hanna Gill-Piątek.

Krzysztof Śmiszek akcentował, że Unia Europejska to prawa i obowiązki, szansa na dodatkowe pieniądze, ale też zobowiązanie do przestrzegania określonych zasad. – Jedną z nich jest niedyskryminacja – powiedział.
– Śmiszek wskazał drogę do względnie honorowego wyjścia z sytuacji. Jest nim gotowy projekt nowej uchwały, kasującej wykluczające strefy i podkreślającej ideę praw człowieka. Prześle go samorządom Lewica.
Samorządy to jednak nie wszystko. Wszak w ostatniej kampanii wyborczej nagonkę na osoby LGBT włączył do arsenału środków mobilizowania elektoratu sam prezydent Andrzej Duda.

– Prezydent Duda podpisał przecież w czasie kampanii Kartę Rodziny dla całej Polski. Dziś dostajemy sygnał od Komisji Europejskiej, że tego typu deklaracje dyskryminujące dużą część Polek i Polaków również będą spotykać się z konsekwencjami – zauważyła Hanna Gill-Piątek.

Gospodarka 48 godzin

Festiwal obietnic
Tarcza antykryzysowa wciąż nie działa tak jak powinna, a wybory prezydenckie coraz bliżej. Dlatego rząd PiS sypie kolejnymi obietnicami. Ostatnio Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19. Jak zapowiada rząd, już niedługo te ważne rozwiązania pomogą firmom w zachowaniu miejsc pracy. „Uruchomimy ponad 560 mln zł na dopłaty do odsetek kredytów dla firm, które wpadły w kłopoty przez COVID-19” – stwierdza Rada Ministrów. W tym roku na ten cel ma pójść prawie 300 mln zł, a reszta – ponoć w przyszłym. Powinno to wygenerować kredyty o wartości ok. 32 mld zł. Banki będą więc udzielać kredytów przedsiębiorstwom dotkniętym skutkami wirusa, a do odsetek dopłacą podatnicy, czyli państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Wsparcie ma trafić także do przedsiębiorców działających w sektorze podstawowej produkcji rolnej. Rząd chce również chronić polskie firmy przed wrogimi przejęciami przez inwestorów spoza Unii Europejskiej w momencie, w którym – ze względu na epidemię – ich wycena może być szczególnie niska. Przyszłe rozwiązania dotyczące kontroli przejęć spółek mają obowiązywać przez 2 lata. Transakcje nabycia znacznej liczby udziałów w takich spółkach będą kontrolowane przez prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – co jednakże ze względu na niską skuteczność tego urzedu mieć będzie głównie znaczenie propagandowe.
Wsparcie otrzymają także samorządy (żeby nie mówiono, że PiS tak je tępi). Podwojony na kilka miesięcy ma zostać udział powiatów, w tym większych miast, w dochodach z gospodarki nieruchomościami Skarbu Państwa – od 1 maja tylko do końca 2020 r. Złagodzona będzie reguła fiskalna ograniczająca zadłużanie się samorządów. W związku z COVID-19, w tym roku możliwa będzie nierównowaga budżetu samorządów, powiększona dodatkowo o wartość faktycznego zmniejszenia się dochodów. Tzw. janosikowe (płacone przez zamożniejsze samorządy na rzecz biedniejszych) – przypadające w maju i czerwcu 2020 r., będzie można zapłacić w drugim półroczu tego roku. W bieżącym roku samorządy będą mogły przeznaczyć pieniądze z tzw. funduszu korkowego (środki pozyskiwane od przedsiębiorców sprzedających alkohol) na przeciwdziałanie i łagodzenie skutków koronawirusa. Rząd chce też obniżyć koszty udziału wykonawców w przetargach, a także poprawić ich płynność finansową. Nie będzie już obowiązku żądania wadium – ale tylko w przetargach o wielkiej wartości, powyżej progów unijnych. Wprowadzony ma być obowiązek zapłaty wynagrodzenia w częściach lub udzielania zaliczek przy dłuższych umowach dotyczących zamówienia publicznego. Obniżona zostanie dopuszczalna wysokość zabezpieczenia przy zamówieniach publicznych.
Wśród obietnic dla tzw. zwykłych obywateli jest zaś zapowiedź możliwości zawieszenia spłaty kredytu i odsetek (najwyżej do 3 miesięcy). To także ma tylko znaczenie propagandowe, bo taka możliwość jest zawsze, co nie znaczy, że można z niej skorzystać. Ma to dotyczyć wyłącznie osób, które straciły pracę lub inne główne źródło dochodu po 13 marca 2020 r. Ponadto, nieco więcej darowizn będzie można odliczyć od podstawy obliczania podatku dochodowego. Będzie to dotyczyć darowizn przekazanych na rzecz domów dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży, noclegowni, schronisk dla osób bezdomnych, czy domów pomocy społecznej.

Lewica: samorządy potrzebują koła ratunkowego

Samorządy mogą wskutek pandemii stracić nawet 20 mld złotych: z jednej strony ponosiły większe wydatki związane z pomocą społeczną i spełnianiem zaostrzonych norm sanitarnych, z drugiej – osiągnęły niższe wpływy z podatków.

Nowy projekt ustawy złożony w Sejmie przez klub Lewicy przedstawia możliwość zrekompensowania tych strat. W przekonaniu socjaldemokratycznych posłów kryzys nie powinien być przyczyną załamania się usług publicznych, należy też ratować przed ostrym hamowaniem zaplanowane w samorządach inwestycje, które miały służyć wszystkim mieszkańcom. Kluczowy zapis projektu przewiduje subwencję rekompensującą dla samorządów. Miałaby ona objąć dochody utracone w wyniku zagrożenia ekonomicznego w następstwie wystąpienia COVID-19 oraz stosowania ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. Autorzy projektu sugerują, by wyniosła połowę utraconego dochodu z udziałów we wpływach z podatku dochodowego od osób fizycznych oraz z podatku dochodowego od osób prawnych.

Serce Polski

Przypominają także, że podczas kryzysu samorządy ponosiły koszty związane z obsługą pomocy dla lokalnych przedsiębiorców, adaptacją szkół i przedszkoli do pracy przy zaostrzonych normach bezpieczeństwa, a wreszcie czekają je wydatki związane z organizacją wyborów prezydenckich.

Kandydat Lewicy na prezydenta Robert Biedroń nazwał samorządy „bijącym sercem Polski” i przypomniał, jak wiele zadań związanych z codziennym funkcjonowaniem obywateli wykonują właśnie one.
– To one finansują szpitale, kierują szkołami, zarządzają opieką społeczną i innymi sieciami wsparcia. Dbają o to, żeby jeździły autobusy, a z naszych kranów leciała ciepła woda. Kiedy przychodzi do ratowania mieszkańców miast i miasteczek w czasie pandemii koronawirusa rząd zostawił je same. Nie ma w Polsce gminy ani miasta, które nie ucierpiałyby w wyniku pandemii – podkreślił.

– Wpływy Łodzi z podatków w kwietniu były niższe niż rok wcześniej o niemal połowę. Samorządy nie czekały na wsparcie rządu, kiedy kupowały środki ochrony, wspierały przedsiębiorców. Teraz to bardzo odczuwają – pokazała te straty na konkretnym przykładzie wiceprezydent Łodzi Małgorzata Moskwa-Wodnicka. Ubytki w przychodach nie ominą nawet najsilniejszych finansowo metropolii. Związek Miast Polskich szacuje straty na 20 mld złotych, Robert Biedroń wskazywał, że budżety walczących z kryzysem samorządów są nawet o 40 proc. uboższe.

Dość jazdy na gapę!

Ratunkiem dla samorządów ma być nie tylko ogólna rekompensata, ale też dotacje celowe. Po to, by w lokalnych budżetach na pewno nie zabrakło na edukację czy opiekę zdrowotną (nie tylko na walkę z epidemią).
– Panie Premierze, dość jazdy na gapę, kosztem samorządów i ich mieszkańców. Samorządowcy ze wszystkich zakątków Polski wystawiają PiS-owi rachunek za wykonaną za was pracę. Niech pan pokaże, że jesteście uczciwi i zapłaćcie! – apelował do Mateusza Morawieckiego poseł Marcin Kulasek.

Posłowie Lewicy podkreślali, że rząd przypisuje sobie wszystkie zasługi w walce z epidemią, a nawet je rozdmuchuje. Tymczasem zgodnie z „ustawą koronawirusową” z 2 marca premier ma prawo zlecać samorządom określone zadania związane ze zwalczaniem rozprzestrzeniania się choroby. I słusznie, tyle tylko, że na wykonanie tych czynności potrzebne są pieniądze, a te wcale nie płyną szerokim strumieniem. Równocześnie samorządowcy są zaskakiwani podejmowanymi na szczeblu centralnym decyzjami, które dotyczą bezpośrednio prowadzonych przez nie instytucji. Ostatnio np. zobowiązano ich do otwierania żłobków i przedszkoli, bez szczegółowych instrukcji, bez testów dla ich personelu.

Swoich samorządowców mają w Polsce wszystkie liczące się partie polityczne. Dlatego Lewica ma nadzieję, że akurat ten projekt zyska wsparcie ponad podziałami i sprawnie trafi pod obrady Sejmu.

Jak Kuba Bogu, tak Kuba Bogu

Nie pytaj co Kościół może dać tobie. Pomyśl co ty możesz dać Kościołowi.

Od 30 lat, ilekroć władza świecka chce coś od Kościoła, to słyszy, cichsze lub głośniejsze nie. To cichsze jest zawsze wstępem do targowania się. A ponieważ negocjacje z Kościołem zawsze sprowadzają się do niewytłumaczalnych rozsądkiem żądań, to państwo i samorządy starają się od Kościoła niczego nie chcieć.
I miast dyskutować z proboszczem o zamianie kawałka działki przeszkadzającej w budowie drogi, czy ulicy, wójtowie wolą żeby nowa arteria była nawet o parę kilometrów dłuższa, bo to i tak wyjdzie per saldo taniej.

Mocni Głódziem

Czasem jednak nie da się i prezydent, burmistrz, czy wójt musi o coś Kościół poprosić. Tak porobiło się na okoliczność tegorocznego podwójnego rocznika w liceach. Duże miasta stanęły w obliczu fizycznego braku sal lekcyjnych. Sytuację rozwiązałaby zgoda na jedną w tygodniu, zamiast dwóch lekcję religii.
Wiceprezydent Warszawy, Renata Kaznowska, na początku roku skrobnęła prośby do biskupa Romualda Kamińskiego z diecezji warszawsko-praskiej oraz jego sąsiada zza Wisły kardynała Kazimierza Nycza. Od obu przyszło zapewnienie, że dyrektorzy, którzy zgłoszą problemy, dostaną zgodę na odstępstwo od dwóch godzin religii tygodniowo w klasach pierwszych. 109 dyrektorów szkół wystąpiło więc do biskupów o dyspensę z jednej religii. I widać wielu było w kuriach podpadniętych, bo tylko 83 szkoły dostały błogosławieństwo dla jednej godziny nauki paciorka.
Wydział Edukacji Urzędu Miasta Łodzi napisał zaś do abp Grzegorza Rysia, a ten zgodził się bez mrugnięcia okiem.
W Gdańsku, z Głódziem tak łatwo nie poszło. Już podczas oficjalnego spotkania z katechetami, purpurat kategorycznie odmówił zgody na zmniejszenie liczby lekcji religii w szkołach. Wszyscy wiedzieli, że „flaszka” jest cięty na prezydent Dulkiewicz, więc wzięli się na sposób. Do kurii napisali zatem uniżone prośby dyrektorzy liceów. I, o dziwo, na ośmiu składających wnioski ośmiu dostało zgodę.

Niezgoda księdza arcybiskupa

Jacka Majchrowskiego do wynegocjowania zmniejszonej religii obligowała uchwała Rady Miasta Krakowa. Puścił zatem do Jędraszewskiego list z czołobitnym sformułowaniem, iż „zgoda Księdza Arcybiskupa przyczyniłaby się do poprawy warunków nauki krakowskich uczniów”. No i takim błagalnym passusem: „Jeszcze raz zapewniam, że miałaby ona charakter jednorazowej decyzji w związku z absolutnie wyjątkową sytuacją rocznika uczniów, którego ona dotyczy”.
Jędraszewski nawet nie pofatygował się odpowiedzieć. Wytypował do tej roli dyrektora Wydziału Katechetycznego Kurii Metropolitalnej w Krakowie księdza Andrzeja Kieliana. A ten poszedł na całość i napisał, że „Z dotychczasowych wypowiedzi i oświadczeń wynika, iż zarówno Małopolskie Kuratorium Oświaty, jak i krakowski Magistrat zapewniają, że oświata w Krakowie i całej Małopolsce jest dobrze przygotowana na nadchodzącą zwiększoną rekrutację do klas pierwszych szkół ponadpodstawowych. (…) Nie było także do tej pory żadnych sygnałów dotyczących ograniczenia ilości godzin religii. Władze miasta zgodnie zapewniały od początku bieżącego roku, że nie będą występować do Kurii w tej sprawie”. Co znaczyło mniej więcej tyle, żeby Majchrowski spadał na drzewo.
Burmistrz Ustrzyk Dolnych niczego się chyba o Kościele nie nauczył na KUL-u. Ani nawet w czasie swojej całej poprzedniej kadencji. Pewnie stąd szukając oszczędności w gminie wpadł na pomysł zmniejszenia godzin lekcji religii w szkołach. Z rachunku wyszło mu bowiem, że jak religii w podległych mu szkołach będzie o połowę mniej, to on burmistrz zapłaci za nią nie 500 tysięcy, ale tylko 200. Nieświadom co robi, napisał w tej sprawie list do metropolity przemyskiego, Adama Szala.
Zamiast odpowiedzi dostał list pasterski Szali, obowiązkowo odczytywany w kościołach całej diecezji. Z listu wynikało, co wierni mają myśleć o tych, co chcą umniejszyć liczbę godzin religii w szkole. I „którzy – jak to ujął Szala – propagują ideologie sprzeczne nie tylko z wiarą katolicką, ale godzące również w ogólnie przyjęte normy społeczne i wartości narodowe. Bo to właśnie tacy „chcą ograniczenia, a następnie wyrugowania lekcji religii ze szkół”. Jak się można domyślać, burmistrz Ustrzyk, szans na oszczędności zatem nie ma.

Święty geszeft

Prezydent Suwałk dwa lata prowadził rozmowy  z biskupem Jerzym Mazurem w sprawie kamicy przy Kościuszki 6. Kiedyś była tam szkoła rolnicza, potem przedszkole, a w końcu nauczycielskie kolegium języka polskiego. Kilkanaście lat temu miasto przekazało zabytkową nieruchomość Parafii św. Aleksandra z przeznaczeniem na dom pomocy. Kościół nie włożył w nieruchomość ani złotówki, więc z budynku zrobiła się ruina. Miasto sto razy powinno budynek, ze względu na niedotrzymanie przez Kościół słowa, odebrać. Ale nie z biskupami takie numery… Stąd po wyczerpujących negocjacjach stanęło na tym, że zniszczony budynek wróci do miasta, ale w zamian za to Suwałki sprzedadzą parafii ponad hektarową działkę za 1 proc. jej wartości.
W związku z czym deal z Kościołem zakończył się dla Suwałk wymierna stratą na gruncie i koniecznością wpompowania w ruinę kamienicy, w której ma być żłobek ponad 8 mln zł.
Suwalski przykład pokazuje najdobitniej, jak to jest gdy władza publiczna chce czegoś od Kościoła.
Wie coś o tym Jacek Majchrowski. Uczył się wszak jako prezydent na trzech metropolitach krakowskich. I na każdym dealu z nimi płynął. W sumie na grube miliony złotych. Bo tylko za nieruchomość przy ul. Totus Tuus w Krakowie wartą 2,8 mln netto Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!” zapłaciło 56 tys. zł! I jak widać po relacjach z Jędraszewskim takie robienie metropolicie dobrze to Krakowowi nie dało.
Dlatego nie ma się co dziwić, że gdy niedawno Jędraszewski zwrócił się do prezydenta krakowa o działkę po byłym motelu Krak, bo chce tam postawić kościół, to miasto pokazało mi środkowy palec i plan zagospodarowania stanowiący, że będzie tam park.

Proście, a będzie wam darowane

Inne miasta i wsie niczego się jednak w doświadczeń tych dużych nie uczą. Bo co miał z tego warszawski Ratusz, że wartą 19 mln zł działkę, otrzymała w użytkowanie wieczyste Archidiecezja Warszawska. Za nic. A teraz mogła stać się jej właścicielem na mocy pisowskich przepisów niemal za darmo. Co ma prezydent Lublina Żuk z tego, że tamtejsza kuria łyknęła kiedyś, wycenioną na ponad 550 tys. zł działkę przy ul. Nałkowskich za 55 zł. Dostała bowiem wynoszącą 99.99 proc. bonifikatę.
Co oprócz kłopotów ma były burmistrz Koprzywnicy, którego proboszcz poprosił o podłączenie kościoła do miejskiego systemu miejskiego ogrzewania. Oczywiście za free.
W wyborze mu to nie pomogło, a teraz jego następczyni proboszczowi śle rachunki, zaś na ex burmistrza poszczuła prokuraturę.
Proboszcz z Katowic zwrócił się rok temu do radnego z prośbą o sfinansowanie w całości remontu organów. Potrzebował pół miliona złotych. Radny napisał do prezydenta miasta, by ten zabezpieczył środki w nowym roku budżetowym. W normalnym kraju pismo takie wzbudziłoby śmiech i zajęło miejsce w koszu na makulaturę. Ale jesteśmy w Polsce. I dlatego w tegorocznym budżecie na organy poszła pierwsza transza środków. Znaczy 121 tysięcy zł. Na następny rok ma pójść więcej.
Mająca 2 kościoły parafia z gminy Krobia poprosiła miejscowy samorząd o przysługę finansową. I proszę. Kościół w Krobi dostanie 10 tys. zł na przebudowę dachu przebudowanego 10 lat temu, zaś kościół w Domachowie nawet 70 tys zł. A inne parafie z tej gminy nie poprosiły, więc pewnie dlatego nic nie dostają.
W kościele w Grzegorzowicach w gminie Waśniów w powiecie ostrowieckim rozpoczął się remont organów. Koszt prac to 123 tysiące złotych, a parafii liczącej niespełna tysiąc wiernych nie było stać na zebranie takiej kwoty. W normalnej instytucji szef takiej placówki pobiegłby do przełożonych. Ale w Kościele tak nie jest i wszyscy o tym wiedzą. Proboszcz miast do kurii, zwrócił się zatem o pomoc do lokalnych samorządów. Urząd Gminy w Waśniowie i Starostwo Powiatowe w Ostrowcu Świętokrzyskim użaliły się nad niedolą klechy i wyasygnowały po 20 tysięcy złotych. Kolejne 37 tysięcy złotych dołożył konserwator zabytków.
Pod Przemyślem są Maćkowice. A w nich pałac z dużym parkiem. Pałac ma kształt litery H, część środkowa i wschodnia ma dwie kondygnacje, natomiast część zachodnia trzy kondygnacje. Według wyceny rzeczoznawcy zatrudnionego przez gminę budynek wraz z działkami o łącznej powierzchni ponad 4,5 he jest wart niecały milion zł.
Pałac wpadł w oko kurii przemyskiej. Ale śmieszna i tak cena, była dla hierarchy za wysoka. Biskup poprosił zatem radę gminy Żurawica, żeby zrobiła dobry uczynek. I rada posłuchała. Dzięki temu kuria stanie się właścicielem hektarów i pałacu za 20 proc. wyceny. Znaczy za 199 tys zł.
W Szczecinie prośba Kościoła obniżyła wartość działki na Gumieńcach z 1 548 tys zł do 3 550 zł. W Rybniku 2,8 ha Kościół dostał za 500 zł. Bo poprosił.
W Głogówku też poprosił i dostał nawet 7 – arową działkę. I to mimo tego, że burmistrz nie mógł jej sprzedać. Gmina nienależną jej kasę oddała. Dla burmistrza prokuratura wnioskuje o 3 lata odsiadki, ale Kościół na bezprawnie nabytych włościach już prowadzi swoje biznesy.

Wszystkie te sytuacje pokazują, że jak Kościół coś chce, to dostaje. Ale jak władza czegoś chce od Kościoła, to dostaje odeń po łapach.
Z jednym małym wyjątkiem. Pana Mateusza Morawieckiego, do którego gdy był jeszcze bankowcem zwrócili się przedstawiciele kurii wrocławskiej i zaproponowali za bezcen sprzedaż 15 hektarów. Czyż to nie piękny przykład zupełnej bezinteresowności?