Niedostrzeżony wirus egoizmu

Chyba nie ma nikogo, kto by słuchając codziennych komunikatów o rosnącej liczbie nowych zachorowań i zgonów z powodu Covid-19, nie odczuwał poważnego zaniepokojenia. Koronawirus szaleje w najlepsze i coraz bardziej nam zagraża. Niestety, nie tylko on. W jego cieniu wspaniale się rozwija wcale nie mniej niebezpieczny wirus znieczulicy moralnej, wirus antyhumanitaryzmu. Poświęcę kilka chwil jednemu z jego przejawów.

Wiadomo, iż w tym roku bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy się szczepić przeciw grypie. Wiadomo też, że w najbliższych miesiącach nie uda się sprowadzić do kraju potrzebnej ilości szczepionek. Co w tej sytuacji zachowali się nasi rodacy? Ano, jak słyszeliśmy, gdy tylko pojawiły się takie możliwości, silni i zdrowi rzucili się w te pędy do aptek wykupując po kilka sztuk szczepionek. Być może myślą przy tym o dobru członków swojej rodziny, niewykluczone, jednak, iż chcą je później korzystnie odsprzedać zdesperowanym pacjentom. stając się „szczepionkowymi konikami”. Ale zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku pozostają na bakier z moralnością. Dlaczego? To oczywiste. Jeśli czegoś jest za mało, to albo stosujemy zasadę: kto pierwszy, ten lepszy albo dajemy to coś tym, którym to jest najbardziej potrzebne. Nie powinno budzić niczyich wątpliwości, że tam, gdzie chodzi o ratowanie zdrowia, a nawet życia, pierwsza zasada odpada. Byłoby po prostu skandalem, gdybyśmy jako społeczeństwo pozostawili bez żadnej ochrony np. pracowników służby zdrowia, pensjonariuszy i obsługę domów spokojnej starości, nauczycieli wychowawców, szczególnie pracujących w internatach i domach dziecka, personel żłobków, osoby schorowane i w podeszłym wieku.

Tu zresztą też wprowadziłabym różne stopnie zagrożenia. I tak np. jak wielu Polaków, zastanawiałam się w sierpniu, gdy jeszcze nic nie wiedzieliśmy, że szczepionek będzie za mało, czy po raz pierwszy w życiu się nie zaszczepić. Teraz jednak wiem, że taką decyzję należy odłożyć na lepsze czasy. Oczywiście z wiekiem przyplątały się do mnie jakieś dolegliwości, i często jestem podziębiona, ale ogólnie biorąc, raczej nie narzekam na zdrowie, a na grypę chorowałam z całą moją klasą blisko sześćdziesiąt lat temu, gdy po raz pierwszy nawiedził nas wirus z Azji. Specjalnie więc nie ryzykuję przesuwając się na koniec kolejki i ustępując miejsca osobie chorowitej i „łapiącej” wszystko, co się tylko da, choćby była ona ode mnie dużo młodsza.

Niestety, zachowanie wspomnianych „koników szczepionkowych” świadczy, iż nie wszyscy tak podchodzą do sprawy. Czyż tak trudno sobie wyobrazić, że ktoś powie: „A co mnie obchodzi jakiś stary zdechlak. On i tak długo nie pociągnie, a ja jestem jeszcze dość młody i chcę żyć”.

Wątpię, czy tak myślącym egoistom da się przemówić do serc i sumień. Tu więc nie apele są potrzebne, ale stosowne działania. rządu. Szczepionki w ogóle nie powinny trafić do wolnej sprzedaży w aptekach, lecz resort zdrowia od razu powinien je skierować do szpitali, przychodni i innych placówek służby zdrowia. Władze lokalne (samorządowe i administracja państwowa) musiałyby zadbać, by w porozumieniu z nimi zorganizować szczepienia dla wspomnianych uprzednio grup zawodowych, a o pacjentów indywidualnych zatroszczyliby się ich lekarze. Wbrew pozorom nie byłoby to dla nich jakimś nowym obciążeniem. Przecież w świetle obowiązującej praktyki każdy przed zaszczepieniem się musi uzyskać aktualne skierowanie od lekarza i dopiero wtedy udaje się do gabinetu zabiegowego, o ile nie jest to pora szczepienia dzieci. W tym ostatnim przypadku trzeba przyjść innego dnia lub o innej godzinie. Dla lekarza natomiast chyba nie ma większego znaczenia, kogo i o jakiej porze ma zbadać. Jeżeli w międzyczasie nic się nie zmieniło, to do niedawna przynajmniej przy WZW typu B nie trzeba było najpierw iść do apteki; szczepionka czekała na nas w przychodni, a płaciło się za nią w rejestracji. Cóż stoi na przeszkodzie, by tak samo było w przypadku zabezpieczenia się przed grypą? Chyba tylko brak dobrej woli i niepojęte zamiłowanie do bałaganu oraz obojętność na to, co stanie się z ludźmi mniej przebojowymi, niezaradnymi, nie umiejącymi skutecznie wyegzekwować przysługujących im z racji wieku i stanu zdrowia uprawnień, którzy na dodatek nie mają pieniędzy, by kupić szczepionkę od pokątnych handlarzy.

Lewica przeciw dyskryminacji

– Ostrzegaliśmy, że to łamanie praw człowieka i dyskryminacja. Posłowie Lewicy wyślą do samorządów projekt uchwały podkreślającej wagę poszanowania praw człowieka i niedyskryminacji – powiedzieli posłowie Lewicy Hanna Gill-Piątek i Krzysztof Śmiszek po tym, gdy okazało się, że gminy, które ustanowiły u siebie „strefy wolne od LGBT” naprawdę stracą z tego powodu unijne pieniądze.

Przewodnicząca parlamentarnego zespołu miast oraz przewodniczący zespołu ds. równouprawnienia LGBT zapowiedzieli, że będą apelować do gmin, który przyjęły takie uchwały, o wycofanie się z nich. Chodzi tu nie tylko o uchwały dosłownie atakujące mniejszości seksualne, ale i te, gdzie nietolerancję zakryto płaszczykiem „dbałości o prawa rodziny”. Posłowie zamierzają również kontaktować się z tymi samorządami lokalnymi, które sprawę dopiero rozważają. Być może smutny przykład gmin wykluczonych z programu miast partnerskich wywoła jakieś wrażenie.

– Będziemy apelować do samorządów, które uchwały już podjęły, żeby je uchyliły, a tam, gdzie są dopiero planowane, będziemy im przeciwdziałać. Nie może być tak, że mieszkańcy ponoszą konsekwencje poglądów kilku radnych, którzy uważają, że osoby LGBT nie zasługują na szacunek – komentuje sprawę Hanna Gill-Piątek.

Krzysztof Śmiszek akcentował, że Unia Europejska to prawa i obowiązki, szansa na dodatkowe pieniądze, ale też zobowiązanie do przestrzegania określonych zasad. – Jedną z nich jest niedyskryminacja – powiedział.
– Śmiszek wskazał drogę do względnie honorowego wyjścia z sytuacji. Jest nim gotowy projekt nowej uchwały, kasującej wykluczające strefy i podkreślającej ideę praw człowieka. Prześle go samorządom Lewica.
Samorządy to jednak nie wszystko. Wszak w ostatniej kampanii wyborczej nagonkę na osoby LGBT włączył do arsenału środków mobilizowania elektoratu sam prezydent Andrzej Duda.

– Prezydent Duda podpisał przecież w czasie kampanii Kartę Rodziny dla całej Polski. Dziś dostajemy sygnał od Komisji Europejskiej, że tego typu deklaracje dyskryminujące dużą część Polek i Polaków również będą spotykać się z konsekwencjami – zauważyła Hanna Gill-Piątek.

Gospodarka 48 godzin

Festiwal obietnic
Tarcza antykryzysowa wciąż nie działa tak jak powinna, a wybory prezydenckie coraz bliżej. Dlatego rząd PiS sypie kolejnymi obietnicami. Ostatnio Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19. Jak zapowiada rząd, już niedługo te ważne rozwiązania pomogą firmom w zachowaniu miejsc pracy. „Uruchomimy ponad 560 mln zł na dopłaty do odsetek kredytów dla firm, które wpadły w kłopoty przez COVID-19” – stwierdza Rada Ministrów. W tym roku na ten cel ma pójść prawie 300 mln zł, a reszta – ponoć w przyszłym. Powinno to wygenerować kredyty o wartości ok. 32 mld zł. Banki będą więc udzielać kredytów przedsiębiorstwom dotkniętym skutkami wirusa, a do odsetek dopłacą podatnicy, czyli państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Wsparcie ma trafić także do przedsiębiorców działających w sektorze podstawowej produkcji rolnej. Rząd chce również chronić polskie firmy przed wrogimi przejęciami przez inwestorów spoza Unii Europejskiej w momencie, w którym – ze względu na epidemię – ich wycena może być szczególnie niska. Przyszłe rozwiązania dotyczące kontroli przejęć spółek mają obowiązywać przez 2 lata. Transakcje nabycia znacznej liczby udziałów w takich spółkach będą kontrolowane przez prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – co jednakże ze względu na niską skuteczność tego urzedu mieć będzie głównie znaczenie propagandowe.
Wsparcie otrzymają także samorządy (żeby nie mówiono, że PiS tak je tępi). Podwojony na kilka miesięcy ma zostać udział powiatów, w tym większych miast, w dochodach z gospodarki nieruchomościami Skarbu Państwa – od 1 maja tylko do końca 2020 r. Złagodzona będzie reguła fiskalna ograniczająca zadłużanie się samorządów. W związku z COVID-19, w tym roku możliwa będzie nierównowaga budżetu samorządów, powiększona dodatkowo o wartość faktycznego zmniejszenia się dochodów. Tzw. janosikowe (płacone przez zamożniejsze samorządy na rzecz biedniejszych) – przypadające w maju i czerwcu 2020 r., będzie można zapłacić w drugim półroczu tego roku. W bieżącym roku samorządy będą mogły przeznaczyć pieniądze z tzw. funduszu korkowego (środki pozyskiwane od przedsiębiorców sprzedających alkohol) na przeciwdziałanie i łagodzenie skutków koronawirusa. Rząd chce też obniżyć koszty udziału wykonawców w przetargach, a także poprawić ich płynność finansową. Nie będzie już obowiązku żądania wadium – ale tylko w przetargach o wielkiej wartości, powyżej progów unijnych. Wprowadzony ma być obowiązek zapłaty wynagrodzenia w częściach lub udzielania zaliczek przy dłuższych umowach dotyczących zamówienia publicznego. Obniżona zostanie dopuszczalna wysokość zabezpieczenia przy zamówieniach publicznych.
Wśród obietnic dla tzw. zwykłych obywateli jest zaś zapowiedź możliwości zawieszenia spłaty kredytu i odsetek (najwyżej do 3 miesięcy). To także ma tylko znaczenie propagandowe, bo taka możliwość jest zawsze, co nie znaczy, że można z niej skorzystać. Ma to dotyczyć wyłącznie osób, które straciły pracę lub inne główne źródło dochodu po 13 marca 2020 r. Ponadto, nieco więcej darowizn będzie można odliczyć od podstawy obliczania podatku dochodowego. Będzie to dotyczyć darowizn przekazanych na rzecz domów dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży, noclegowni, schronisk dla osób bezdomnych, czy domów pomocy społecznej.

Lewica: samorządy potrzebują koła ratunkowego

Samorządy mogą wskutek pandemii stracić nawet 20 mld złotych: z jednej strony ponosiły większe wydatki związane z pomocą społeczną i spełnianiem zaostrzonych norm sanitarnych, z drugiej – osiągnęły niższe wpływy z podatków.

Nowy projekt ustawy złożony w Sejmie przez klub Lewicy przedstawia możliwość zrekompensowania tych strat. W przekonaniu socjaldemokratycznych posłów kryzys nie powinien być przyczyną załamania się usług publicznych, należy też ratować przed ostrym hamowaniem zaplanowane w samorządach inwestycje, które miały służyć wszystkim mieszkańcom. Kluczowy zapis projektu przewiduje subwencję rekompensującą dla samorządów. Miałaby ona objąć dochody utracone w wyniku zagrożenia ekonomicznego w następstwie wystąpienia COVID-19 oraz stosowania ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. Autorzy projektu sugerują, by wyniosła połowę utraconego dochodu z udziałów we wpływach z podatku dochodowego od osób fizycznych oraz z podatku dochodowego od osób prawnych.

Serce Polski

Przypominają także, że podczas kryzysu samorządy ponosiły koszty związane z obsługą pomocy dla lokalnych przedsiębiorców, adaptacją szkół i przedszkoli do pracy przy zaostrzonych normach bezpieczeństwa, a wreszcie czekają je wydatki związane z organizacją wyborów prezydenckich.

Kandydat Lewicy na prezydenta Robert Biedroń nazwał samorządy „bijącym sercem Polski” i przypomniał, jak wiele zadań związanych z codziennym funkcjonowaniem obywateli wykonują właśnie one.
– To one finansują szpitale, kierują szkołami, zarządzają opieką społeczną i innymi sieciami wsparcia. Dbają o to, żeby jeździły autobusy, a z naszych kranów leciała ciepła woda. Kiedy przychodzi do ratowania mieszkańców miast i miasteczek w czasie pandemii koronawirusa rząd zostawił je same. Nie ma w Polsce gminy ani miasta, które nie ucierpiałyby w wyniku pandemii – podkreślił.

– Wpływy Łodzi z podatków w kwietniu były niższe niż rok wcześniej o niemal połowę. Samorządy nie czekały na wsparcie rządu, kiedy kupowały środki ochrony, wspierały przedsiębiorców. Teraz to bardzo odczuwają – pokazała te straty na konkretnym przykładzie wiceprezydent Łodzi Małgorzata Moskwa-Wodnicka. Ubytki w przychodach nie ominą nawet najsilniejszych finansowo metropolii. Związek Miast Polskich szacuje straty na 20 mld złotych, Robert Biedroń wskazywał, że budżety walczących z kryzysem samorządów są nawet o 40 proc. uboższe.

Dość jazdy na gapę!

Ratunkiem dla samorządów ma być nie tylko ogólna rekompensata, ale też dotacje celowe. Po to, by w lokalnych budżetach na pewno nie zabrakło na edukację czy opiekę zdrowotną (nie tylko na walkę z epidemią).
– Panie Premierze, dość jazdy na gapę, kosztem samorządów i ich mieszkańców. Samorządowcy ze wszystkich zakątków Polski wystawiają PiS-owi rachunek za wykonaną za was pracę. Niech pan pokaże, że jesteście uczciwi i zapłaćcie! – apelował do Mateusza Morawieckiego poseł Marcin Kulasek.

Posłowie Lewicy podkreślali, że rząd przypisuje sobie wszystkie zasługi w walce z epidemią, a nawet je rozdmuchuje. Tymczasem zgodnie z „ustawą koronawirusową” z 2 marca premier ma prawo zlecać samorządom określone zadania związane ze zwalczaniem rozprzestrzeniania się choroby. I słusznie, tyle tylko, że na wykonanie tych czynności potrzebne są pieniądze, a te wcale nie płyną szerokim strumieniem. Równocześnie samorządowcy są zaskakiwani podejmowanymi na szczeblu centralnym decyzjami, które dotyczą bezpośrednio prowadzonych przez nie instytucji. Ostatnio np. zobowiązano ich do otwierania żłobków i przedszkoli, bez szczegółowych instrukcji, bez testów dla ich personelu.

Swoich samorządowców mają w Polsce wszystkie liczące się partie polityczne. Dlatego Lewica ma nadzieję, że akurat ten projekt zyska wsparcie ponad podziałami i sprawnie trafi pod obrady Sejmu.

Jak Kuba Bogu, tak Kuba Bogu

Nie pytaj co Kościół może dać tobie. Pomyśl co ty możesz dać Kościołowi.

Od 30 lat, ilekroć władza świecka chce coś od Kościoła, to słyszy, cichsze lub głośniejsze nie. To cichsze jest zawsze wstępem do targowania się. A ponieważ negocjacje z Kościołem zawsze sprowadzają się do niewytłumaczalnych rozsądkiem żądań, to państwo i samorządy starają się od Kościoła niczego nie chcieć.
I miast dyskutować z proboszczem o zamianie kawałka działki przeszkadzającej w budowie drogi, czy ulicy, wójtowie wolą żeby nowa arteria była nawet o parę kilometrów dłuższa, bo to i tak wyjdzie per saldo taniej.

Mocni Głódziem

Czasem jednak nie da się i prezydent, burmistrz, czy wójt musi o coś Kościół poprosić. Tak porobiło się na okoliczność tegorocznego podwójnego rocznika w liceach. Duże miasta stanęły w obliczu fizycznego braku sal lekcyjnych. Sytuację rozwiązałaby zgoda na jedną w tygodniu, zamiast dwóch lekcję religii.
Wiceprezydent Warszawy, Renata Kaznowska, na początku roku skrobnęła prośby do biskupa Romualda Kamińskiego z diecezji warszawsko-praskiej oraz jego sąsiada zza Wisły kardynała Kazimierza Nycza. Od obu przyszło zapewnienie, że dyrektorzy, którzy zgłoszą problemy, dostaną zgodę na odstępstwo od dwóch godzin religii tygodniowo w klasach pierwszych. 109 dyrektorów szkół wystąpiło więc do biskupów o dyspensę z jednej religii. I widać wielu było w kuriach podpadniętych, bo tylko 83 szkoły dostały błogosławieństwo dla jednej godziny nauki paciorka.
Wydział Edukacji Urzędu Miasta Łodzi napisał zaś do abp Grzegorza Rysia, a ten zgodził się bez mrugnięcia okiem.
W Gdańsku, z Głódziem tak łatwo nie poszło. Już podczas oficjalnego spotkania z katechetami, purpurat kategorycznie odmówił zgody na zmniejszenie liczby lekcji religii w szkołach. Wszyscy wiedzieli, że „flaszka” jest cięty na prezydent Dulkiewicz, więc wzięli się na sposób. Do kurii napisali zatem uniżone prośby dyrektorzy liceów. I, o dziwo, na ośmiu składających wnioski ośmiu dostało zgodę.

Niezgoda księdza arcybiskupa

Jacka Majchrowskiego do wynegocjowania zmniejszonej religii obligowała uchwała Rady Miasta Krakowa. Puścił zatem do Jędraszewskiego list z czołobitnym sformułowaniem, iż „zgoda Księdza Arcybiskupa przyczyniłaby się do poprawy warunków nauki krakowskich uczniów”. No i takim błagalnym passusem: „Jeszcze raz zapewniam, że miałaby ona charakter jednorazowej decyzji w związku z absolutnie wyjątkową sytuacją rocznika uczniów, którego ona dotyczy”.
Jędraszewski nawet nie pofatygował się odpowiedzieć. Wytypował do tej roli dyrektora Wydziału Katechetycznego Kurii Metropolitalnej w Krakowie księdza Andrzeja Kieliana. A ten poszedł na całość i napisał, że „Z dotychczasowych wypowiedzi i oświadczeń wynika, iż zarówno Małopolskie Kuratorium Oświaty, jak i krakowski Magistrat zapewniają, że oświata w Krakowie i całej Małopolsce jest dobrze przygotowana na nadchodzącą zwiększoną rekrutację do klas pierwszych szkół ponadpodstawowych. (…) Nie było także do tej pory żadnych sygnałów dotyczących ograniczenia ilości godzin religii. Władze miasta zgodnie zapewniały od początku bieżącego roku, że nie będą występować do Kurii w tej sprawie”. Co znaczyło mniej więcej tyle, żeby Majchrowski spadał na drzewo.
Burmistrz Ustrzyk Dolnych niczego się chyba o Kościele nie nauczył na KUL-u. Ani nawet w czasie swojej całej poprzedniej kadencji. Pewnie stąd szukając oszczędności w gminie wpadł na pomysł zmniejszenia godzin lekcji religii w szkołach. Z rachunku wyszło mu bowiem, że jak religii w podległych mu szkołach będzie o połowę mniej, to on burmistrz zapłaci za nią nie 500 tysięcy, ale tylko 200. Nieświadom co robi, napisał w tej sprawie list do metropolity przemyskiego, Adama Szala.
Zamiast odpowiedzi dostał list pasterski Szali, obowiązkowo odczytywany w kościołach całej diecezji. Z listu wynikało, co wierni mają myśleć o tych, co chcą umniejszyć liczbę godzin religii w szkole. I „którzy – jak to ujął Szala – propagują ideologie sprzeczne nie tylko z wiarą katolicką, ale godzące również w ogólnie przyjęte normy społeczne i wartości narodowe. Bo to właśnie tacy „chcą ograniczenia, a następnie wyrugowania lekcji religii ze szkół”. Jak się można domyślać, burmistrz Ustrzyk, szans na oszczędności zatem nie ma.

Święty geszeft

Prezydent Suwałk dwa lata prowadził rozmowy  z biskupem Jerzym Mazurem w sprawie kamicy przy Kościuszki 6. Kiedyś była tam szkoła rolnicza, potem przedszkole, a w końcu nauczycielskie kolegium języka polskiego. Kilkanaście lat temu miasto przekazało zabytkową nieruchomość Parafii św. Aleksandra z przeznaczeniem na dom pomocy. Kościół nie włożył w nieruchomość ani złotówki, więc z budynku zrobiła się ruina. Miasto sto razy powinno budynek, ze względu na niedotrzymanie przez Kościół słowa, odebrać. Ale nie z biskupami takie numery… Stąd po wyczerpujących negocjacjach stanęło na tym, że zniszczony budynek wróci do miasta, ale w zamian za to Suwałki sprzedadzą parafii ponad hektarową działkę za 1 proc. jej wartości.
W związku z czym deal z Kościołem zakończył się dla Suwałk wymierna stratą na gruncie i koniecznością wpompowania w ruinę kamienicy, w której ma być żłobek ponad 8 mln zł.
Suwalski przykład pokazuje najdobitniej, jak to jest gdy władza publiczna chce czegoś od Kościoła.
Wie coś o tym Jacek Majchrowski. Uczył się wszak jako prezydent na trzech metropolitach krakowskich. I na każdym dealu z nimi płynął. W sumie na grube miliony złotych. Bo tylko za nieruchomość przy ul. Totus Tuus w Krakowie wartą 2,8 mln netto Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!” zapłaciło 56 tys. zł! I jak widać po relacjach z Jędraszewskim takie robienie metropolicie dobrze to Krakowowi nie dało.
Dlatego nie ma się co dziwić, że gdy niedawno Jędraszewski zwrócił się do prezydenta krakowa o działkę po byłym motelu Krak, bo chce tam postawić kościół, to miasto pokazało mi środkowy palec i plan zagospodarowania stanowiący, że będzie tam park.

Proście, a będzie wam darowane

Inne miasta i wsie niczego się jednak w doświadczeń tych dużych nie uczą. Bo co miał z tego warszawski Ratusz, że wartą 19 mln zł działkę, otrzymała w użytkowanie wieczyste Archidiecezja Warszawska. Za nic. A teraz mogła stać się jej właścicielem na mocy pisowskich przepisów niemal za darmo. Co ma prezydent Lublina Żuk z tego, że tamtejsza kuria łyknęła kiedyś, wycenioną na ponad 550 tys. zł działkę przy ul. Nałkowskich za 55 zł. Dostała bowiem wynoszącą 99.99 proc. bonifikatę.
Co oprócz kłopotów ma były burmistrz Koprzywnicy, którego proboszcz poprosił o podłączenie kościoła do miejskiego systemu miejskiego ogrzewania. Oczywiście za free.
W wyborze mu to nie pomogło, a teraz jego następczyni proboszczowi śle rachunki, zaś na ex burmistrza poszczuła prokuraturę.
Proboszcz z Katowic zwrócił się rok temu do radnego z prośbą o sfinansowanie w całości remontu organów. Potrzebował pół miliona złotych. Radny napisał do prezydenta miasta, by ten zabezpieczył środki w nowym roku budżetowym. W normalnym kraju pismo takie wzbudziłoby śmiech i zajęło miejsce w koszu na makulaturę. Ale jesteśmy w Polsce. I dlatego w tegorocznym budżecie na organy poszła pierwsza transza środków. Znaczy 121 tysięcy zł. Na następny rok ma pójść więcej.
Mająca 2 kościoły parafia z gminy Krobia poprosiła miejscowy samorząd o przysługę finansową. I proszę. Kościół w Krobi dostanie 10 tys. zł na przebudowę dachu przebudowanego 10 lat temu, zaś kościół w Domachowie nawet 70 tys zł. A inne parafie z tej gminy nie poprosiły, więc pewnie dlatego nic nie dostają.
W kościele w Grzegorzowicach w gminie Waśniów w powiecie ostrowieckim rozpoczął się remont organów. Koszt prac to 123 tysiące złotych, a parafii liczącej niespełna tysiąc wiernych nie było stać na zebranie takiej kwoty. W normalnej instytucji szef takiej placówki pobiegłby do przełożonych. Ale w Kościele tak nie jest i wszyscy o tym wiedzą. Proboszcz miast do kurii, zwrócił się zatem o pomoc do lokalnych samorządów. Urząd Gminy w Waśniowie i Starostwo Powiatowe w Ostrowcu Świętokrzyskim użaliły się nad niedolą klechy i wyasygnowały po 20 tysięcy złotych. Kolejne 37 tysięcy złotych dołożył konserwator zabytków.
Pod Przemyślem są Maćkowice. A w nich pałac z dużym parkiem. Pałac ma kształt litery H, część środkowa i wschodnia ma dwie kondygnacje, natomiast część zachodnia trzy kondygnacje. Według wyceny rzeczoznawcy zatrudnionego przez gminę budynek wraz z działkami o łącznej powierzchni ponad 4,5 he jest wart niecały milion zł.
Pałac wpadł w oko kurii przemyskiej. Ale śmieszna i tak cena, była dla hierarchy za wysoka. Biskup poprosił zatem radę gminy Żurawica, żeby zrobiła dobry uczynek. I rada posłuchała. Dzięki temu kuria stanie się właścicielem hektarów i pałacu za 20 proc. wyceny. Znaczy za 199 tys zł.
W Szczecinie prośba Kościoła obniżyła wartość działki na Gumieńcach z 1 548 tys zł do 3 550 zł. W Rybniku 2,8 ha Kościół dostał za 500 zł. Bo poprosił.
W Głogówku też poprosił i dostał nawet 7 – arową działkę. I to mimo tego, że burmistrz nie mógł jej sprzedać. Gmina nienależną jej kasę oddała. Dla burmistrza prokuratura wnioskuje o 3 lata odsiadki, ale Kościół na bezprawnie nabytych włościach już prowadzi swoje biznesy.

Wszystkie te sytuacje pokazują, że jak Kościół coś chce, to dostaje. Ale jak władza czegoś chce od Kościoła, to dostaje odeń po łapach.
Z jednym małym wyjątkiem. Pana Mateusza Morawieckiego, do którego gdy był jeszcze bankowcem zwrócili się przedstawiciele kurii wrocławskiej i zaproponowali za bezcen sprzedaż 15 hektarów. Czyż to nie piękny przykład zupełnej bezinteresowności?

PiS nie chce zwalczać smogu

Rząd nic nie robi, by w Polsce było czystsze powietrze. Woli zwalać swoje obowiązki na samorządy lokalne.

Rząd PiS wymyślił sposób jak ukryć swoją indolencję i bezczynność w zwalczaniu zanieczyszczeń powietrza. Postanowił przerzucić ten obowiązek na samorządy.
Dlatego właśnie Rada Ministrów przyjęła nowelizację prawa ochrony środowiska oraz ustawy o zarządzaniu kryzysowym.
Projekt przewiduje przyspieszenie – rękami samorządów – eliminacji zagrożeń związanych z występowaniem nadmiernych stężeń niektórych zanieczyszczeń powietrza. Dotyczy to zwłaszcza przekroczeń dopuszczalnych poziomów pyłów PM10 i PM2,5, a także dwutlenku azotu oraz benzoapirenu.

Częściej umierają? No to trudno

Polska ma bardzo duże kłopoty z dotrzymaniem wymogów jakości powietrza, ze względu na zanieczyszczenie pyłami zawieszonymi. Na 46 stref w Polsce, dopuszczalny poziom skażeń jest przekraczany w 44. Za przekroczenia te odpowiada zwłaszcza sektor bytowo-komunalny oraz transport.
Skala zaniedbań PiS-owskiej władzy jest tak duża, że według Światowej Organizacji Zdrowia zanieczyszczone powietrze w Polsce jest przyczyną przedwczesnej śmierci ok. 45 tys. osób rocznie. Z kolei tzw. niska emisja – wytwarzana w dużym stopniu przez małe zakłady i gospodarstwa wykorzystujące do ogrzewania kotły na paliwo stałe – odpowiada w Polsce za ok. 19 tys. przedwczesnych zgonów.
Rząd kompletnie nie przejmuje się rosnącą liczbą zgonów. Nic nie umie na to poradzić – a i absolutnie nie ma ochoty, bo musiałby ograniczyć spalanie węgla, co naruszyłoby interesy lobby górniczego.
Rada Ministrów uznała więc, że podstawą do działań naprawczych w sferze ochrony powietrza ma być aktywność samorządów – a konkretnie, uchwała sejmiku województwa w sprawie programu ochrony powietrza.
Mamy niby rządowy program „Czyste Powietrze” ale jest on już taką lipą, że sam rząd nie zwraca na niego uwagi, O czyste powietrze mają zatem walczyć samorządy. Rząd jest od ważniejszych spraw.

Będziemy więcej kontrolować

Dzisiejsze przepisy mówią, że sejmik województwa, w terminie 18 miesięcy od dnia otrzymania wyników oceny poziomów szkodliwych substancji w powietrzu (taką ocenę przeprowadzają wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska i klasyfikacji stref) – określa program ochrony powietrza w swojej uchwale.
Zgodnie z decyzją rządu, teraz samorządy będą miały mniej czasu na przygotowanie programów ochrony powietrza. Termin zostanie skrócony o 3 miesiące, więc będą musiały się zmieścić w 15 miesiącach. Ostateczny termin przyjęcia tych programów przez sejmiki wojewódzkie rząd wyznaczył na 15 czerwca 2020 r.
Rząd PiS postanowił też zająć się tym, co lubi najbardziej – czyli kontrolowaniem innych.
Aby wzmocnić kontrolę realizacji programów ochrony powierza, Rada Ministrów narzuciła samorządom obowiązek corocznego monitorowania przez zarząd województwa postępu działań naprawczych nawet na szczeblu gminnym. Kontrolowane będzie wykonanie planów ochrony powietrza oraz wynikających z nich planów działań krótkoterminowych.
„Nałożono dodatkowe zadania na administrację samorządową” – szczerze stwierdza Rada Ministrów, wskazując, iż działania kontrolne umożliwią monitorowanie skuteczności realizowanych zadań.
Tyle, że od samego monitorowania i kontrolowania nic się nie poprawi – tak jak od mieszania herbata nie zrobi się słodsza.
Wśród tych dodatkowych obowiązków, które rząd PiS, zamiast sobie, narzuca samorządom, znalazł się wymóg przygotowania dodatkowej dokumentacji i sprawozdawczości oraz monitorowanie stopnia realizacji działań, na poziomie od gminy do województwa.
Do nowych zadań urzędu marszałkowskiego należeć będzie teraz stała weryfikacja stanu zaawansowania poszczególnych działań i przygotowywanie szczegółowych informacji oraz sprawozdań dla ministra środowiska.
Nasilenie kontroli i sprawozdawczości – taka jest recepta PiS na zapewnienie czystszego powietrza w Polsce.
Rząd narzuci też samorządom nowy kształt planów ochrony powietrza – ale to, jakie zmiany będą one musiały wprowadzić do tych planów, zostanie określone szczegółowo w rozporządzeniu ministra środowiska. Rozporządzenie załatwi to po cichu, bez publicznego roztrząsania, nieuniknionego, gdy przepisy „stają na rządzie”.
Jednym z nowych obowiązków samorządów będzie też, jak podkreśla Rada Ministrów, „nawiązanie ciągłej, stałej współpracy z innymi podmiotami oraz prowadzenie bieżącej i systematycznej analizy skuteczności działań naprawczych wprowadzanych na poziomie regionalnym”.

To nie my, to rzecz samorządów

Jak wskazuje Rada Ministrów, samorządy zostaną wyraźnie zobowiązane do tego, by ich działania przewidziane w programie umożliwiały ograniczenie przekroczeń wartości dopuszczalnych, w możliwie najkrótszym terminie.
A może rząd PiS nałożyłby na siebie taki obowiązek, zamiast zwalać własne zadania na innych? Na to jednak nie można liczyć. „Dobra zmiana” do perfekcji opanowała sposoby migania się od roboty. A jeśli w dodatku przy okazji może wziąć pod but samorządy lokalne (bo idea samorządności jest wraża dla PiS), to jeszcze lepiej.
Dobrym przykładem na to, że rząd PiS tylko pozoruje walkę ze smogiem, jest rozporządzenie ministra rozwoju i finansów z 1 sierpnia 2017 r. w sprawie wymagań dla kotłów na paliwo stałe. Rozporządzenie wprowadziło restrykcyjne wymagania dla takich pieców. Od 1 października 2017 r. obowiązuje zaś zakaz stosowania tzw. rusztu awaryjnego, zaostrzono normy dotyczące tlenku węgla, związków gazowych oraz pyłów.
Wszystko to guzik pomogło, bo kotły-”kopciuchy’ są sprzedawane i użytkowane bez przeszkód, tyle, że pod inną nazwą. Rząd skąpi pieniędzy na sfinansowanie ich wymiany, szkodliwym miałem węglowym można handlować bez przeszkód, a poziom skażeń badany jest sporadycznie.
Dziś więc rząd stwierdza: „Mimo przeprowadzonej nowelizacji rozporządzenia z 1 sierpnia 2017 r., niezbędne okazało się wprowadzanie zmian na poziomie ustawowym”. I tradycyjnie, sposobem na zwalczenie smogu ma być poprawa „efektywności systemu kontroli przestrzegania przepisów dotyczących wymagań dla kotłów na paliwo stałe”.
Tym razem dodatkowe zadania nałożono na organy Inspekcji Handlowej. Będą one mogły nakładać na przedsiębiorców kary pieniężne do 5 proc. przychodu uzyskanego przez nich ze sprzedaży przestarzałych kotłów.
Rząd utrzymuje, że wyeliminuje to sprzedawców i producentów fałszujących świadectwa jakości pieców lub sprzedających kotły „bezklasowe” pod innymi nazwami. Nic takiego naturalnie się nie stanie, o czym rząd doskonale wie – ale wie też, że łatwiej wydawać wyssane z palca przepisy i w ten sposób pokazywać, że coś się robi, zamiast na serio wziąć się do poważnej walki ze smogiem.

Szare drogi powiatu

Tam, gdzie chodzi o to, by na własnym terenie łatwiej się dało dojechać, samorządy potrafią działać dość sprawne i skutecznie.

 

Mamy w Polsce około 400 tys kilometrów dróg (utwardzonych, nie polnych). Tylko niewielka ich część to autostrady i dwupasmówki.
O jakości transportu samochodowego w Polsce decydują samorządy. One bowiem zarządzają całą, olbrzymią resztą dróg, obejmującą ponad 370 tys km.
I są to, jak śpiewała Maryla Rodowicz, głównie „szare drogi powiatu”. A także, dodajmy, i gmin. Najczęściej takimi właśnie drogami poruszają się mieszkańcy naszego kraju. Poruszają się, z roku na rok coraz sprawniej. Zapoczątkowany przez rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego narodowy program przebudowy dróg lokalnych, okazał się sukcesem.

 

Asfalt rządzi

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, z tych ponad 370 tys km dróg publicznych zarządzanych przez gminy i powiaty, prawie dwie trzecie ma obecnie nawierzchnie określane fachowo jako ulepszone: czyli głównie bitumiczne (a mówiąc po ludzku asfaltowe), betonowe lub z kostki brukowej.
Pozostałe miały nawierzchnie brukowcową (kocie łby) i tłuczniową – w sumie ok. 6 proc.), oraz gruntową (ubitą ziemię) – 34 proc.
W 2001 r. tych dróg gruntowych oraz z brukowcami i tłuczniem było więcej, bo jeszcze w sumie ponad 50 proc. Systematyczne kierowanie środków na rozwój lokalnej infrastruktury drogowej umożliwiło zmniejszenie ich odsetka do niespełna 40 proc. na koniec 2016 r.
Tak więc, większość dróg gminnych i powiatowych jest już na przejezdnym poziomie.
Nadal jednak wymagają one wielkich inwestycji – bo nie powinno być tak, żeby w XXI wieku w Europie aż co trzecia polska droga lokalna miała zwykłą nawierzchnię gruntową. Odsetek długości dróg gminnych o nawierzchni gruntowej wynosi blisko 47 proc., a powiatowych – ponad 8 proc.

 

Samorządy pomagają państwu

Obecny, PiS-owski „Program rozwoju gminnej i powiatowej infrastruktury drogowej na lata 2016-2019” jest prostą kontynuacją realizowanego za czasów PO i PSL narodowego programu przebudowy dróg lokalnych.
Zgodnie z jego założeniami, przewiduje się udzielanie samorządom dotacji z budżetu państwa na dofinansowanie budowy oraz remontów dróg powiatowych i gminnych.
W perspektywie czterech lat (2016-2019) zaplanowano przeznaczenie na ten cel 3,5 mld zł (pierwotnie 4 mld zł).
W dwóch pierwszych latach realizacji programu, ze środków budżetu państwa wydano 1,6 mld zł, co przy jednoczesnym zaangażowaniu środków samorządowych w wysokości 1,7 mld zł, umożliwiło remonty i budowę na odcinkach dróg liczących blisko 3,5 tys. km.
Jak widać, bez pomocy samorządów, PiS-owski program drogowy byłby skazany na niepowodzenie.
Za fundusze, które przez pierwsze trzy lata programu wykorzystano prawie w całości, zbudowano albo zmodernizowano tysiące kilometrów dróg. Poprawił się zatem stan techniczny lokalnej sieci transportowej.
Koszula jest bliska ciału, więc władze samorządowe na ogół przykładały się do budowy tego, co ma im służyć.
Generalnie, dobrze sformułowały one wnioski, prawidłowo przygotowały oraz realizowały inwestycje drogowe. Zapewniły też, we współpracy z wojewodami, terminowość prac, dzięki czemu kwotę przeznaczoną na realizację programu wykorzystano w ponad 99 proc. W sumie, budowano porządnie, rzeczywiście poprawiając parametry techniczne dróg i poziom bezpieczeństwa uczestników ruchu.

 

Potrzebne drogowe przyśpieszenie

Według raportów Światowego Forum Ekonomicznego, w 2012 r. Polska zajmowała 122 miejsce pod względem jakości sieci drogowej. Ostatnie, 140 miejsce przypadło Mołdawii, zaś liderem była Francja.
W 2017 r. Polska przesunęła się już na 72 miejsce. Tym razem pierwsze miejsce zajęły Zjednoczone Emiraty Arabskie, zaś stawkę zamyka Madagaskar. Nasz postęp jest więc wyraźny – z ogona, do środka tabeli. Żeby jeszcze polscy drogowcy nauczyli się prawidłowo znakować drogi, bo na razie ich drogowskazy bardzo często zawierają mylne komunikaty, które wprowadzają kierowców w błąd i powodują, że wybierają oni błędną drogę.
Powyżej 70 miejsca w tym rankingu jakości dróg, trudno będzie jednak się przesunąć. Rzecz bowiem w tym, że potrzeby inwestycyjne samorządów lokalnych, w opinii ekspertów szacowane są na ok. 100 mld zł. Same samorządy nie wygospodarują odpowiedniej ilości pieniędzy na modernizację lokalnej infrastruktury drogowej. Rząd PiS mówi o kilku miliardach, co w praktyce oznacza nakłady wynoszące średnio najwyżej 1 mld zł rocznie.
Za takie pieniądze modernizacja tylko dróg gruntowych potrwa ponad 50 lat. Inne drogi lokalne, w tym czasie nieremontowane, popadną w ruinę. Należałoby więc wydać na drogi dużo więcej.

Pokusa autorytaryzmu

Wójt, burmistrz czy prezydent to nie władca absolutny – choć czasem chce nim być.

 

Skoro już usłyszeliśmy, co mają do powiedzenia politycy, to teraz można na spokojnie podsumować wybory samorządowe. Wybory te pokazały coś pozytywnego, jeśli chodzi o lokalne społeczności.
Pierwsze pozytywne zjawisko to rekordowa frekwencja. Ponad 50% w pierwszej, a blisko 50% w drugiej turze. Zdaję sobie sprawę, że jest ona wynikiem nie tylko zainteresowania mieszkańców losem gmin ale także efektem sytuacji politycznej w kraju – niemniej wysoka frekwencja zawsze zasługuje na uznanie.

 

Za czymś, a nie przeciw

Mam nadzieję, że wysoka frekwencja to początek trwałego trendu i zmiany postawy Polaków. Z tej złej, która opiera się tylko na narzekaniu; na tę dobrą, związaną ze świadomością, że każdy głos może wiele znaczyć.
Jeszcze lepiej by było, gdybyśmy częściej głosowali za czymś (nawet bardziej za czymś – za programem, pomysłem – niż za kimś, czyli osobą), a nie na złość komuś. Ale od czegoś trzeba zacząć.
Po drugie, w warunkach permanentnej walki dwóch wielkich obozów politycznych, walki przekładającej się również na wybory lokalne, bezpartyjnym komitetom udało się wykroić spory kawałek tortu. Bezpartyjni Samorządowcy w sejmikach uzyskali tylko kilkuprocentowy wynik, ale za to w miastach…! Byli, biorąc pod uwagę liczbę zwycięzców, liderem drugiej tury.
Burmistrzowie, prezydenci i wójtowie z lokalnych komitetów wybierani byli chętniej, niż kandydaci popierani przez partie. To znaczy, że wyborcy coraz lepiej rozumieją, że wielka polityka wielką polityką, a problemy miast, miasteczek i wsi nie rozwiążą się same.

 

Bez księstw udzielnych

Nowi (i starzy, ale ponownie wybrani) włodarze gmin i miast muszą jednak walczyć z wielką pokusą.
Im silniejszy mandat, im większe poparcie mieszkańców wyrażone w wyborach, tym większe przekonanie, że mają prawo rządzić, jak im się żywnie podoba. Nie! – gminy i miasta, jak to trafnie zauważyli eksperci Instytutu Staszica, nie są udzielnymi księstwami, a wójt, burmistrz czy prezydent to nie władca absolutny. Musi działać w granicach prawa, nie może ograniczać prawa do krytyki. Choć, niestety, ma ku temu narzędzia.
Na przykład cały czas nie jest rozwiązana sprawa gazet samorządowych. Wydawane przez gminy tytuły zabijają niezależną lokalną prasę, a same są tubami propagandowymi rządzącej większości.

 

Nie ograniczać demokracji

Inna kwestia, bardzo głośna ostatnio, to możliwość zakazu zgromadzeń publicznych, jaką dysponuje organ gminy. Wspomniany Instytut Staszica ogłosił analizę, z której wynika, że wydając takie zakazy, gminy praktycznie nie prowadzą postępowania dowodowego, które powinno wykazać, że zgromadzenie naruszy prawo.
To trochę tak, jakby sądowi do skazania za kradzież wystarczał fakt, że podsądny ma złą opinię i był już karany, a poza tym sąsiedzi mówią, że na pewno ukradł… Demokracja bywa trudna i brutalna, lecz jej ograniczanie przynosi zawsze złe skutki.
Mam nadzieję, że z tegorocznych wyborów samorządowcy wyciągnęli ważny wniosek – nic nie jest dane raz na zawsze, a na poparcie mieszkańców trzeba solidnie zapracować.
Bo ludzie już nie chcą zostawać w domach, nie chcą tylko narzekać, ale chcą decydować, w jakim otoczeniu będą żyli. Mam również nadzieję, że na tej postawie nigdy się nie zawiodą.

Prawda zawsze się obroni

Wyniki z drugiej tury wyborów prezydentów wielkich i średnich miast oraz burmistrzów w mniejszych pokazują, że zdecydowanie zwyciężają kandydaci antypisu. Przypomnę, że to duże miasta decydują o pozycji gospodarczej naszego kraju. Sama Warszawa wytwarza 18 procent krajowego PKB. 8 największych miast Polski wytwarza prawie połowę naszego PKB. To te miasta i wiele innych sprawiają, że są pieniądze na 500+ i inne świadczenia socjalne wprowadzone – i słusznie – przez PiS. Te miasta otwarte są na postęp, liberalizm poglądowy, lgną do Europy, są kreatorami życia gospodarczego, kulturalnego i nauki. Rolnictwo wytwarza tylko 2,5 procenta naszego PKB, choć bez niego nie da się żyć. PiS atakował środowiska wielkomiejskie, skłócał elektorat wielkomiejski z wiejskim. Sugerował, że ludzie, którym się gorzej wiedzie są biedni dlatego, że ci bogatsi, w miastach ich okradają. W pewnej części PiS-owi to jątrzenie się udało. To, że przy podziale dóbr narodowych rząd PO zaniedbał polską prowincję to osobna kwestia.
Tymczasem wszyscy mieszkańcy naszego kraju muszą nawzajem się wspierać i solidarnie sobie pomagać. PiS postanowił rządzić poprzez skłócanie społeczeństwa. Środowiska miejskie nie dały się na to nabrać. Zarządzanie poprzez konfliktowanie może być skuteczne tylko na krótką metę. PiS-owskie kłamanie, że poprzednia władza nic nie zrobiła i okradała kraj też ma krótkie nogi. Przypominania, że jak wygra antypis, to nie będzie w samorządach pieniędzy też wyborcy się nie przestraszyli.
Wyborcy zaczynają dostrzegać brzydkie metody rządów PiS polegających na manipulacji opinią publiczną, oszczędnym gospodarowaniu prawdą, ubliżaniu całym grupom społecznym, fałszowaniu historii, itp. Prawda zawsze się obroni, ale to nie oznacza, że rządy PO – PSL były oparte na prawdzie i sprawiedliwym traktowaniu wszystkich grup obywateli. Wyborcy też to ocenili. Warto w polityce być uczciwym. Czy PiS to zrozumie?

Jak zatrzymać znikające ciepło

Polska jest zbyt biednym krajem, żeby nadal mogła sobie pozwalać na ogrzewanie (i zatruwanie) powietrza.

 

W domu intensywnie pracują kaloryfery, mimo to w pomieszczeniach nie udaje się uzyskać komfortowej temperatury.
Dlaczego tak się dzieje? To wynik dużych strat ciepła, które są spowodowane głównie niewłaściwym izolowaniem i dociepleniem murów naszego „M”.
Okazuje się bowiem, że trzy na cztery domy w Polsce cechuje niska efektywność energetyczna. To zaś powoduje, że ucieka ciepłe powietrze, a wraz z nim również niemałe sumy pieniędzy, które wydajemy w sezonie jesienno-zimowym na ogrzewanie.

 

Przestańcie truć

Rozwiązaniem może być usunięcie wad i usterek powodujących uciekanie ciepła, czyli termomodernizacja. Problem jednak w tym, że zaledwie połowę Polaków byłoby stać na sfinansowanie takich działań z własnej kieszeni.
Termomodernizacja jest w Europie Zachodniej codziennością od lat. W Polsce też mówiło się o niej od dawna, ale w rzeczywistości poczynania termomodernizacyjne nabrały rozmachu dopiero za rządów PO-PSL.
Wtedy to powstał Fundusz Termomodernizacji i Remontów – narzędzie państwa, które od 2012 r. aktywnie wspierało poprawę efektywności energetycznej.
Niestety, po dojściu do władzy, rząd PiS w praktyce zarzucił działania termomodernizacyjne. Zlikwidował też system wsparcia termomodernizacji budynków jednorodzinnych. Te lata bierności trudno będzie nadrobić.
Dopiero w tym roku pojawiły się zapowiedzi wznowienia prac nad poprawą efektywności energetycznej budynków w Polsce, jednak mają one głównie wymiar propagandowy.
W rzeczywistości, termomodernizacja w wydaniu PiS ogranicza się tylko do jednego miasta, Skawiny, a i to na razie tylko teoretycznie. Bo jeśli chodzi o ograniczanie strat ciepła, to całe nasze państwo obecnie funkcjonuje tylko teoretycznie.

 

Gdy trzeba wyręczać rząd

Na szczęście są jeszcze samorządy, które swymi działaniami próbują nadrabiać bierność i zaniedbania rządu PiS.
W wielu aglomeracjach w całej Polsce działają programy walki ze smogiem, w ramach których spółdzielnie, wspólnoty mieszkaniowe, a także i mieszkańcy na własną rękę, mogą ubiegać się o dotację na wymianę pieca w mieszkaniu czy przyłączenie budynku do sieci gazowej.
Aby skorzystać ze wsparcia tego rodzaju, warto się upewnić, jaki program antysmogowy jest prowadzony w danym mieście. Trzeba zorientować się, jak wygląda procedura udzielania środków, a także sprawdzić terminy składania wniosku o udzielenie dofinansowania, które powinny widnieć na stronie internetowej stosownego urzędu – żeby nie przegapić okazji na otrzymanie pieniędzy.

 

Szukanie pieniędzy

Przedsięwzięcia termomodernizacyjne, które pozwolą obniżyć rachunki za ogrzewanie, można także przeprowadzić, korzystając z kredytu dofinansowanego przez Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Taki kredyt, z dopłatą do kapitału na poziomie nawet do 40 proc. kosztów całej inwestycji, możemy zaciągnąć w Banku Ochrony Środowiska.
Dostępność pożyczek i warunki ich przyznawania różnią się w poszczególnych województwach. Zależy to od modelu wspierania poczynań termomodernizacyjnych, przyjętych przez samorządy. Jeżeli w naszym miejscu zamieszkania bank nie przyjmuje wniosków na taki dofinansowany kredyt, możemy postarać się o uzyskanie wsparcia finansowego od miasta lub gminy., zgodnie z warunkami lokalnego programu antysmogowego.
Najczęściej można uzyskać dofinansowanie wymiany pieca węglowego, „kopciucha”, na piec najwyższej klasy grzewczej, albo na na gazowy.

 

Pora na wymianę

Według Głównego Urzędu Statystycznego, wydatki związane z ogrzewaniem w sezonie jesienno-zimowym stanowią nawet 20 proc. wszystkich kosztów utrzymania.
Tyle wynosi ogólnopolska średnia, jednak z jeszcze wyższymi wydatkami muszą liczyć się osoby mieszkające w niewystarczająco ocieplonych budynkach, w których w dodatku zwykle są też przestarzałe technologie grzewcze. Takie budynki mają niską efektywność energetyczną. Przez to, trudno o uzyskanie w jego wnętrzach komfortowej temperatury, która powinna wynosić około 21 stopni – a ogrzewanie pochłania znaczne sumy pieniędzy.
Podstawowe działania, jakie należy wtedy podjąć, to zwykle zakup nowego kotła grzewczego, docieplenia budynku z zewnątrz, oraz wymiana okien i drzwi na bardziej szczelne, a przez to zatrzymujące całe ciepło w środku.

 

W starym piecu

Podliczając koszty takiego niezbędnego remontu, które mogą wynosić nawet kilkanaście tysięcy złotych, nie należy jednak załamywać rąk. Gdy nie ma co liczyć na wsparcie ze strony rządu, można bowiem skorzystać z kilku komercyjnych możliwości sfinansowania termomodernizacji, która podniesie komfort przebywania w mieszkaniu jesienią i zimą. To oczywiście kosztuje, ale w dłuższej perspektywie pozwoli też zaoszczędzić pieniądze.
Jedną z takich możliwości są ekokredyty, które weszły na stałe do oferty niektórych banków.
– Część z nich oferuje preferencyjne kredyty na cele modernizacyjne, np. na wymianę kotła węglowego na gazowy, zakup i montaż instalacji ogrzewania centralnego czy docieplenie budynku. Zdarza się, że banki zwalniają klientów z prowizji, oferują niskie, stałe oprocentowanie lub małą marżę. Wysokość takiego wsparcia jest elastyczna Inna możliwość to dofinansowanie do kredytu w ramach premii termomodernizacyjnej Banku Gospodarstwa Krajowego. O taki kredyt można ubiegać się w bankach współpracujących z BGK – mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Warto się wziąć za docieplanie budynków i ograniczanie strat ciepła. Inwestycja w termomodernizację nie tylko podnosi komfort życia i obniża rachunki za ogrzewanie, ale również zmniejsza negatywny wpływ przestarzałego systemu grzewczego na środowisko.
Nawet bowiem jeśli ktoś ma w domu starego węglowego „kopciucha” zatruwającego środowisko, to gdy jego dom będzie ocieplony i lepiej uszczelniony, wystarczy krótsze palenie w takim piecu, aby osiągnąć wymaganą temperaturę. Do atmosfery trafi zatem mniej trujących dymów.