Koniec skandynawskiego raju?

Przejrzyste zasady zatrudnienia, kurczowe trzymanie się przez pracodawców przepisów oraz wysokie wynagrodzenia sprawiają, że w Polsce Skandynawia jawi się jako raj dla pracowników. To Eldorado może jednak wkrótce przejść do historii.

Mieszkańcy Norwegii, Danii i Szwecji zawdzięczają swoją sytuację nie tylko prawnym regulacjom wprowadzonym jeszcze w I połowie XX wieku przez tamtejszą socjaldemokrację, ale również prężnie działającym związkom zawodowym działającym na wielu płaszczyznach. Poza wsparciem swoich członków na gruncie prawnym, np. w sytuacji konfliktu z władzami firmy, oferują one też ubezpieczenia, chociażby dodatkowe zasiłki w sytuacji utraty pracy, czy nawet usługi finansowe, jak jeden z największych duńskich banków – Arbejdernes Landsbank. Sytuacja to kompletnie niewyobrażalna w realiach wschodnioeuropejskiego szalejącego neoliberalizmu.
W odróżnieniu od Polski, skandynawskie relacje pracownik – pracodawca nie opierają się na Kodeksie Pracy, czy państwowych aktach prawnych, lecz na szczegółowych umowach zbiorowych dotyczących poszczególnych branż. Ogólnopaństwowe przepisy odnoszą się do kwestii BHP albo liczby godzin pracy, natomiast wysokość płac czy dodatkowe wynagrodzenie za nadgodziny ustalają branżowe związki i pracodawcy, a następnie spisują w wyżej wymienionych układach. W połączeniu z możliwością strajku oraz ochroną państwa układy branżowe były dotychczas świętością robotniczego szwedzkiego świata. Ale w ostatnich miesiącach socjaldemokratyczny rząd Stefana Lövfena podniósł na nie rękę.
We wrześniu 2018 roku szwedzki premier, chcąc zdobyć wotum zaufania w Riksdagu, złożył szereg wybitnie niepokojących obietnic. Jako ustępstwa na rzecz liberałów, którzy mieli w zamian poprzeć jego rząd, zapowiedział reformę prawa pracy uelastyczniającą zatrudnienie, obniżkę podatków i zmiany w zasadach wynajmu nieruchomości. Oczywiście prawicowa opozycja i liberałowie byli zachwyceni propozycjami często podkreślającego swoje związkowe korzenie Lövfena. Natomiast przeciwko nim, oprócz środowisk lewicowych, wystąpili też antyimigracyjni działacze Szwedzkich Demokratów.
Wkrótce Szwedzcy Socjaldemokraci musieli zapłacić rachunek za poparcie ich rządu przez liberałów. Nadarzyła się okazja do wymontowania jednego z najważniejszych bezpieczników chroniącego interesy pracowników w monarchii Karola XVI. Według jeszcze niedawno obowiązujących przepisów pracodawcy nie mogli podpisać porozumień grupowych wyłącznie z wybranymi związkami zawodowymi, przy pominięciu tych, które z jakichś powodów były dla nich niewygodne. Niekiedy komplikowało to sytuację biznesu, np. wtedy, gdy dana branża skupiała szereg zróżnicowanych zawodów. Przykładem może być sytuacja na lotniskach, gdzie osobne związki mogą mieć pracownicy naziemnej obsługi lotów, kontrolerzy ruchu czy logistycy. Nie zawsze ich interesy się pokrywały, niemniej jednak umowy zbiorowe musiały uwzględniać stanowiska wszystkich pracowników. To rozwiązanie uniemożliwiało rozgrywanie robotników poprzez faworyzowanie mniejszych organizacji bądź wręcz korumpowanie ich liderów. Niestety, w ostatnich miesiącach szwedzkie władze zmieniły korzystne przepisy.
Zaczęło się od konfliktu związków zawodowych portu Göteborg w 2016 roku, gdzie pracownicy dążyli do poprawienia warunków pracy, jednocześnie niektóre tamtejsze związki chciały podważyć umowy zbiorowe. Według liberalnych mediów, konflikt negatywnie wpłynął na kondycję finansową przedsiębiorstwa oraz płynność dostaw towarów. W tym roku sąd uznał, że nie można zorganizować strajku przeciw układowi zbiorowemu, jeśli znajdą się związki zawodowe chcące go bronić. Otworzyło to pracodawcom możliwość rozgrywania związków zawodowych, np. przeciwstawiając żądania stewardes pilotom i odwrotnie.
Jednocześnie szwedzkie władze oraz parlament podpisały prawo sankcjonujące te przepisy oraz radykalnie ograniczające możliwość legalnego wystąpienia przeciwko pracodawcom posiadającym układy grupowe. Od pierwszego sierpnia 2019 roku legalni przedstawiciele szwedzkich pracowników muszą najpierw negocjować z pracodawcą swoje żądania. Obalenie istniejących umów zbiorowych zostało niezwykle utrudnione. Nowe przepisy spotkały się z masową krytyką ze strony szwedzkich jurystów oraz organizacji robotniczych. Na drodze prawnej podjęto próby zmiany proliberalnych ustaw. Przyszłość jednak dopiero pokaże, czy będą one udane.
Jedno wiadomo już teraz: gabinet Stefana Lövfena przyjął taktykę salami i jest zdecydowany spłacić parlamentarne zobowiązania wobec prawicy. Stopniowo wykorzystuje kontrowersyjne konflikty na linii pracodawcy i pracownicy, aby sparaliżować szwedzkie związki zawodowe. Zanim organizacje pracownicze się obejrzą, zostaną pozbawione uprawnień, które zdawały się wywalczone raz na zawsze, oczywiste i jasne. Prawica zaciera ręce.

Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!

Do roboty!

Pruscy nauczyciele uważali, że nic tak dobrze nie robi na pobudzenie mądrości uczniów, jak masaż dolnych partii ciała.Z a pomocą rózg.

Czytając niektóre wypowiedzi liderów licznych partii lewicowych i lewico-podobnych, a zwłaszcza komentatorów uważających się za reprezentantów „lewicowego sumienia” obywateli naszego kraju, nietrudno zauważyć, że może zabrakło im pruskiego masażu. Widać, że za mało dopiekły im narodowo-katolickie rządy.
Znowu dają się oni uwieść ocieplonemu na czas kampanii wyborczej, pro społecznemu wizerunkowi nadzwyczajnej kasty rządzącej z PiS.
Wierzą naiwnie, że ich lewicowa chatka z kraja, zatem może przyszły walec narodowo-katolickiej kontrrewolucji ją ominie.
Nie łudźcie się. Jeśli po jesiennych wyborach parlamentarnych PiS zyska konstytucyjną większość, to przyśpieszy budowę narodowo-katolickiej IV RP. I wtedy jeńców brać nie będzie.
Powtarzam po raz kolejny i pewnie nie raz będę musiał to powtarzać na łamach „Trybuny”.
Podstawowym obowiązkiem SLD i innych formacji lewicowych jest powrót do polskiego parlamentu.
Bez głosu lewicy przyszły Sejm i Senat będą nieme. Ślepe na prawdziwe, ważne społeczne problemy.
SLD i inne formacje lewicowe muszą też zaprezentować program nowej, Piątej Rzeczpospolitej. Wyrosłej z demokratycznych tradycji III Rzeczpospolitej i społecznej wrażliwości na potrzeby warstw najuboższych dostrzeżone przez IV Rzeczpospolitą.
Ta V Rzeczpospolita powinna być demokratyczna i prosocjalna. Oferować przysłowiową wędkę tym, którzy potrzebują państwowego wsparcia dla rozwinięcia swej działalności zawodowej. I przysłowiową rybę tym, którzy z przeróżnych powodów nie odnajdą się w biznesie.
Wszystkim też powinna zapewnić poczucie własnej godności. Innej, niż ta oferowana obecnie przez elity PiS. Oparta na bezkrytycznym umiłowaniu narodu polskiego i niechęci do narodów innych.
Aby przyszły Sejm RP nie był niemy, SLD i informacje lewicowe muszą stanąć do wyborów razem innymi, prodemokratycznymi partiami.
Przypomnę, że SLD to sojusz lewicowców demokratycznych. I ta prodemokratyczność SLD daje tej partii wystarczającą legitymację do koalicji z innymi, pro demokratycznymi formacjami.
Patrząc przez pryzmat przyszłego wyniku wyborczego najkorzystniejsza dla SLD byłaby odnowiona Koalicja Europejska. I dla takiej prodemokratycznej centro-lewicowej Koalicji udział w niej SLD też byłby wielce korzystny.
Taka szeroka Koalicja byłaby również w interesie obywateli naszego kraju.
Nie wiem, czy taka Koalicja powstanie, bo zaślepienie ideologiczne liderów PSL może szansę na nią skutecznie zaprzepaścić.
SLD może wystartować też w koalicji partii i formacji lewicowych. Ta będzie miała spore szansę jeśli wystartuje w formule komitetu wyborczego, formule z pięcioprocentowym progiem wyborczym.
Cztery lata temu SLD dała się wmanewrować w koalicję z progiem wyborczym ośmioprocentowym i nie przekroczyła go.
Bo rzesza koalicjantów Sojuszu więcej gadała na posiedzeniach sztabów wyborczych niż pracowała w terenie. Rzadko rozmawiała z potencjalnymi Wyborcami.
Niestety, na polskiej lewicy roi się obecnie od samozwańczych przywódców. Marszałków i generałów „prawdziwej lewicy”.
Jednak kiedy potrzeba ludzi do pracy w czasie kampanii wyborczej, to często ci marszałkowie i generałowie zostają swych kwaterach głównych. Obserwowałem wszystkie kampanie wyborcze w ciągu ostatnich 30 lat. Kandydowałem w wielu wyborach. Doświadczyłem nie raz nieróbstwa i niekompetencji wielu liderów lewicowych i lewicopodobnych formacji mieniących się „Marszałami” i „Generałami”.
Ale nie czas teraz na wczorajsze żale i mazgajstwa. SLD musi wrócić do polskiego parlamentu, aby głos lewicy był słyszany i poważany.
Zatem do roboty towarzysze.
Nikt za nas tych wyborów nie wygra.

Socjal to nie wszystko!

Poziom ubóstwa w Polsce rośnie, bo ubóstwa nie załatwia się ochłapami w postaci 500+ tylko trwałą i godnie płatną pracą dla wszystkich.
Drobne na socjal nie zastąpią długotrwałego zatrudnienia, gwarantowanego mieszkania, czy poczucia bycia potrzebnym, którego kapitalizm w ogóle nie zapewnia.
Na tym też polega różnica pomiędzy kapitalizmem, który przez socjal, za ochłapy, kupuje sobie spokój społeczny i minimalnym kosztem pacyfikuje niezadowolenie społeczne u wykluczonych (będących dalej wykluczonymi), a prawdziwą lewicą i jej polityką, która zakłada trwałe włączenie każdego człowieka w pracę na rzecz społeczeństwa i całościowe decydowanie o jego kursie.
PiS-owski socjal to taka proteza od kapitału.
Same zasiłki nie tylko nie rozwiązują większości problemów, ale też nie są rozwiązaniem skutecznym, nawet tymczasowo.
W Polsce kapitalistyczny rynek sam zresztą z powrotem wpycha ludzi w biedę, bo przez inflację i wzrost cen realnie dalej obniża płace klasie pracującej, a 500+ to za mało żeby rzeczywiście przewartościować rynek pracy na taki, który byłby sprawiedliwszy. Kapitał swoim sposobem niweluje więc nawet wartość tych drobniutkich zdobyczy.
Dlatego marksiści nigdy nie byli orędownikami samych zasiłków i socjalu, a socjal i socjalizm to zupełnie dwie różne rzeczy. Karol Marks podobnie sceptycznie oceniał i krytykował kiedyś nawet samą walkę o wyższe płace, która bez walki z kapitałem i kapitalizmem jest jego zdaniem po prostu walką „o lepszą opłatę dla niewolników”, a nie tego przecież chcą marksiści.

Socjal popłaca

W najnowszym raporcie UNICEF-u w pierwszej piątce państw, które wykazują szczególną dbałość o rodzinę znalazły się trzy kraje skandynawskie, Estonia i Portugalia. Powstająca z kolan i prorodzinna Polska zajęła dopiero 23-cie miejsce spośród zbadanych 31 krajów UE i OECD.

Badania przeprowadziło Centrum Badawcze Innocenti, jednostka UNICEF-u. Eksperci analizowali precyzyjnie – jak głosi raport – „polityki przyjazne rodzinie”. Chodzi m.in. długość pełnopłatnego urlopu rodzicielskiego i dostęp do usług publicznych związanych z opieką nad dziećmi do sześciu lat. Autorzy raportu podkreślają, że polityki te służą wzmacnianiu więzi rodziców z dziećmi i mają kluczowe znaczenia dla „spójności społeczeństw”. Opublikowany 12 czerwca dokument nosi tytuł: „Czy najbogatsze kraje świata są przyjazne rodzinie? Polityka w krajach OECD i UE”.
Jeżeli chodzi o urlopy rodzicielskie prym wiedzie Estonia. Kraj ten oferuje matkom najdłuższy pełnopłatny urlop – 85 tygodni. Następne są Węgry – 72 tygodnie i Bułgaria – 61 tygodni. Polska w tej klasyfikacji uplasowała się na 13-tym miejscu – 42 tygodnie pełnopłatnego urlopu. Zaś USA są jedynym państwem (spośród badanych przez UNICEF), w którym nie ma żadnych regulacji dotyczących płatnych urlopów rodzicielskich.
W raporcie wskazuje się, iż wielu rodziców gotowych wrócić do pracy po urodzeniu się dziecka szuka możliwości opieki nad potomstwem, jednak nie mogą sobie na to pozwolić ze względu na wysoki koszt takich usług. W Wielkiej Brytanii najczęściej jako przyczynę rezygnacji z usług oferowanych przez placówki opieki nad dziećmi rodzicie podawali właśnie wysokie ceny. Tymczasem w Czechach, Danii i w Szwecji koszt stanowił problem jedynie dla jednego procenta rodziców, którzy deklarowali niezaspokojoną potrzebę opieki nad dzieckiem.
W raporcie UNICEF-u zawarto również wskazówki i rekomendacje, w jaki sposób kraje mogą być bardziej przyjazne rodzinie. Należy m.in.: ustawowo zapewnić rodzicom płatny urlop rodzicielski w wymiarze co najmniej pół roku, umożliwić dostęp do niedrogich placówek opieki na dziećmi, upewnić się, że matki mogą karmić piersią zarówno przed, jak i po powrocie do pracy dzięki zapewnieniu im wystarczająco długiego płatnego urlopu rodzicielskiego, zagwarantowaniu przerw w pracy oraz bezpiecznego i odpowiedniego miejsca do karmienia.
Tymczasem w Polsce samorządy zajmują się przyjmowaniem deklaracji „przeciwko seksualizacji dzieci”. UNICEF raczej tego nie doceni.

Unia socjalna czy neoliberalna? My, socjaliści

Główny problem, który przed wyborami europejskimi powinna postawić cała formacja lewicowa, powinien brzmieć: Unia Europejska socjalna czy neoliberalna? Wynika on wprost z deklaracji programowych poszczególnych ugrupowań lewicy oraz Stanowiska II Kongresu Lewicy z 2016 roku. Problem ten wyłonił się w wyniku krytycznej oceny procesów, jakie zachodzą we współczesnym świecie – a więc coraz szerszego protestu klas pracujących wobec narastającego rozwarstwienia społecznego i powszechnej dominacji kapitału nad pracą. Objawia się to m.in. narastaniem przewagi interesów korporacji międzynarodowych i banków nad interesami państw oraz obywateli.

W praktyce Unii Europejskiej efektem tych zjawisk jest narastająca biurokracja, mnożenie bytów, liczne przypadki gry pozorów. Jeżeli poważnie można brać pod uwagę ostatnią deklarację prezydenta Francji na temat zagrożeń dotyczących Unii i Europy jako kontynentu, to aktualny stan zarządzania Unią i jej perspektywy krytycznie ocenia zarówno lewica, jak i neoliberalna prawica.

Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że problemem może być w ramach naszej Koalicji Europejskiej możliwość realizacji swoich założeń programowych przez ugrupowania inne, niż te o neoliberalnej proweniencji. Obawy takie sygnalizował wcześniej aktyw różnych ugrupowań lewicy, powstała oddzielna Koalicja Lewica Razem, oddzielnie do wyborów idzie nowa prospołeczna formacja Wiosna. Pojawiają się również głosy obaw w środowiskach PSL. Z dużą rezerwą odniósł się do niej także były prezydent.

Powstanie Koalicji Europejskiej motywowane jest publicznie perspektywą wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej przez PiS. Alternatywą ma być koalicja, która Polskę w Unii zachowa. Jak wykazują ostatnie badania, Polacy są w dalszym ciągu euroentuzjastami i większość obywateli opowiada się zdecydowanie za obecnością naszego kraju w Unii. Dlatego też samo pytanie i plebiscyt, jakim mają być wybory majowe, wydaje się, że oparte jest na fałszywych przesłankach, które stawiają cynicznie, jako fundament porozumienia, liderzy Platformy Obywatelskiej. W związku z kryzysem tej formacji, jej racją bytu jest przejęcie przywództwa nad opozycją, zorganizowanie i wykorzystanie do realizacji własnego interesu – odbudowy konserwatywnej formacji neoliberalnej, która kontynuować będzie misję narzuconą z zewnątrz i opartą o stare wskazania Konsensusu Waszyngtońskiego.

Przy okazji powstawania Koalicji Europejskiej aktualne jest pytanie, na ile jej koncepcja, zarówno organizacyjna, jak i programowa, realizuje wyłącznie interesy polskiego establishmentu politycznego różnych orientacji, na ile zaś i czy w ogóle, jest wyrazem dbałości o interesy szeroko pojętego elektoratu – szczególnie ludzi pracy.

W sumie można powiedzieć, że udział SLD i kilku innych ugrupować z kręgu wcześniejszego porozumienia SLD – Lewica Razem w Koalicji Europejskiej może okazać się ryzykownym eksperymentem. Trzeba oczywiście zdawać sobie sprawę i przyjmować do wiadomości argumenty zwolenników takiego usytuowania wyborczego, jakie są wśród przedstawicieli części ugrupowań na lewicy.

Na tym tle ważne wydaje się być skalkulowanie ryzyka wyborczego i decyzji, jakie powinna podejmować polska lewica przed wyborami jesiennymi do Sejmu i Senatu. Moment ogłoszenia wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego w Polsce powinien być rozpoczęciem kampanii wyborów parlamentarnych. Rysuje się tutaj kilka ważnych problemów natury politycznej i organizacyjnej, które warto zidentyfikować i przemyśleć.

Lewica powinna wyzwolić się przede wszystkim z przekonania, które umocniło się po wyborach w 2015 roku, że „wolno jej mniej” i może być co najwyżej trzecią albo i czwartą siłą na polskiej scenie politycznej. Nikt nie walczy z tym zjawiskiem w naszych środowiskach, a ma ono jak sądzę uwarunkowania wyłącznie subiektywne, wynikające z kompleksów i niemocy niektórych liderów, a nie obiektywnych potrzeb wypływających z oczekiwań elektoratu.

Sukces, na razie medialny, ugrupowania Wiosna pokazuje, że właściwe i wyraziste postawienie problemów społecznych i politycznych kraju i społeczeństwa pozwala na zrozumienie i rezonans w wielu dotychczas zapomnianych środowiskach. Ma on bez wątpienia swoje źródła w populizmie, niemniej jednak jest bardzo realny.

Wydaje się, że racją bytu całej polskiej lewicy jest budowa niezależnego, suwerennego porozumienia przed wyborami parlamentarnymi opierającego swoje racje programowe o rzeczywiste problemy elektoratu pracowniczego.

Ani świnka, ani morska

Nie wiadomo w zasadzie, czym miałoby być 500 plus w tej formie, którą od lipca zaproponował Jarosław Kaczyński.
Jeśli ma to być lewicowy, prawdziwie ludowy socjal – bardzo proszę, niech prezes zaproponuje wprowadzenie doń widełek dochodowych „od góry” – tak, aby rzeczywiście pieniądze państwa szły na pomoc najuboższym. W przeciwnym razie reklamowanie w ten sposób kiełbasy wyborczej rozdawanej od sasa do lasa, dostarczycielowi paczek, górnikowi, nauczycielowi i prezesowi banku – jest najzwyczajniej w świecie nieuczciwością mającą zamknąć lewicy usta i na najbliższe parę lat ją zaszachować.
W tym wydaniu 500 plus nie jest to już „socjal” i jak najbardziej może być krytykowane z lewej strony, zwłaszcza że według statystyk „baby boom” rzekomo przez to świadczenie wywołany, zatrzymał się już jakiś czas temu.
W tej chwili flagowy program PiS jest jak świnka morska z popularnego dowcipu – ani to świnka, ani ona morska. Nie skłoni do rodzenia na potęgę jeszcze kolejnych i kolejnych dzieci. Nawet jeśli już kogoś skusiło, to raczej wątpliwe, że będzie kusić nadal na zasadzie „co rok to prorok”. Zaś transfer pieniędzy do kieszeni zamożnych rodziców, których dzieci i tak już uczęszczają do prywatnych szkół i mają start o wiele lepszy od rówieśników, budzi sprzeciw, kiedy mówimy o skali wydatków rzędu 10 miliardów dolarów rocznie (to dane agencji Reutera).
Kaczyński wykonał klasyczny ruch wyprzedzający. I to, trzeba przyznać, świadczy o jego sprycie. Nikt już nie ma tyle do obiecania. I o to właśnie chodziło.

Dzik za „pińcet”

Podobno PiS zarąbało lewicy socjalne punkty programu, i że to właśnie w działaniach Kaczyńskiego z ferajną można odnaleźć troskę o to, by ludziom żyło się lepiej.

 

PiS to trochę jak myśliwi, którzy głośno krzyczą o miłości do przyrody i zwierząt, i że to ich (myśliwych znaczy się) zasługą jest, iż po lasach biegają dziki, łanie, latają kuropatwy, bażanty a nawet kaczki (dzikie rzecz jasna).
Tyle, że przemilczają, iż na końcu kochania jest muszka i szczerbinka by „kochane” zwierzątko ukatrupić pewnym strzałem ku radości myśliwego (zwierzątko raczej się z tego nie cieszy).

 

Ora et labora

Ludzkie paniska z prawicy dbają więc o swego suwerena tak, jak myśliwy dba o dziki. Dają trochę do michy-paśnika, jak suweren się rozchoruje to nawet podleczą.
Rozrywkę godną mu pokażą — a to film o Smoleńsku, a to coś o żołnierzach wyklętych. Suweren ma mieć siłę do pracy i nie myśleć o jakiejś tam sprawiedliwości społecznej, wolnościach i prawach obywatelskich i tym podobnych, nikomu nie potrzebnych pierdołach. Ora et labora.
Jednym słowem — dobry PiS dba, by suweren cicho siedział i (teoretycznie) nie miał powodów do buntów. A jak buntować się zacznie, to szybko suwerenowi zostanie wskazane miejsce w szyku, na przykład przez brzytwa strzyżonych chłopaków z ONR w mundurkach Obrony Terytorialnej.

 

Po pińcet

Czy zatem lewica nie ma już nic do roboty? Moim zdaniem ma, a nawet potrzebna jest nadzwyczajnie. Przede wszystkim ma głośno mówić o tym, że wyzysk pracowników, łamanie ich praw i nadmierne sprzyjanie kapitałowi a nie pracy nie skończyło się wraz z rządami PiS-u, który dał „po pińcet” a dołoży jeszcze trzysta. Wręcz przeciwnie. Wielu pracodawców na prośbę o podwyżkę odpowiada – dostałeś pięć stów, więc nie bądź taki roszczeniowy. Tyle tylko, że nie wszyscy dostali, to po pierwsze, a po drugie – w naszym pięknym kraju płace tak się mają do dochodu narodowego jak w najczarniejszym kącie Afryki.
Ponadto lewica jest potrzebna żeby, tak jak godnego udziału w zyskach, równie głośno żądać nie z pańska nadanej i cząstkowej, ale rzeczywistej wolności: w mediach, w szkole, w życiu prywatnym i publicznym.
Nikt inny nie podniesie w tzw. politycznej debacie, że prekariat to nie wymysł, że to pracownicy a nie pracodawcy wytwarzają dobra i wypracowują zysk, że nie ma zgody na ograniczanie wolności a państwo i kościół, kościół i państwo to nie jedno i to samo.

 

Świecki Caritas

Oby tylko lewica nie dała się wepchnąć w stereotyp, że jej jedynym „celem” jest (i powinna być) dbałość o: bezrobotnych, odrzuconych i niezaadaptowanych do kapitalizmu.
Żeby była jak taki świecki Caritas.
Od swego powstania lewica zajmowała się walką, tak WALKĄ, pomiędzy kapitałem a pracą. I zawsze lewica stawała po stronie pracy, tzn. godnej płacy i praw pracowników.
Żaden pracodawca nie zarobi ani złotówki bez pracowników i to lewicy rolą jest uświadamianie wszystkim tego prostego faktu.
A jeśli tak, to nie może być zgody na to, by praca najemna była wynagradzana na poziomie pańszczyźnianego chłopa, a pan pracodawca co roku kupował sobie nowy sztucer, kapelusz z piórkiem i bryczkę, by polowanie było przyjemniejsze.