Unia socjalna czy neoliberalna? My, socjaliści

Główny problem, który przed wyborami europejskimi powinna postawić cała formacja lewicowa, powinien brzmieć: Unia Europejska socjalna czy neoliberalna? Wynika on wprost z deklaracji programowych poszczególnych ugrupowań lewicy oraz Stanowiska II Kongresu Lewicy z 2016 roku. Problem ten wyłonił się w wyniku krytycznej oceny procesów, jakie zachodzą we współczesnym świecie – a więc coraz szerszego protestu klas pracujących wobec narastającego rozwarstwienia społecznego i powszechnej dominacji kapitału nad pracą. Objawia się to m.in. narastaniem przewagi interesów korporacji międzynarodowych i banków nad interesami państw oraz obywateli.

W praktyce Unii Europejskiej efektem tych zjawisk jest narastająca biurokracja, mnożenie bytów, liczne przypadki gry pozorów. Jeżeli poważnie można brać pod uwagę ostatnią deklarację prezydenta Francji na temat zagrożeń dotyczących Unii i Europy jako kontynentu, to aktualny stan zarządzania Unią i jej perspektywy krytycznie ocenia zarówno lewica, jak i neoliberalna prawica.

Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że problemem może być w ramach naszej Koalicji Europejskiej możliwość realizacji swoich założeń programowych przez ugrupowania inne, niż te o neoliberalnej proweniencji. Obawy takie sygnalizował wcześniej aktyw różnych ugrupowań lewicy, powstała oddzielna Koalicja Lewica Razem, oddzielnie do wyborów idzie nowa prospołeczna formacja Wiosna. Pojawiają się również głosy obaw w środowiskach PSL. Z dużą rezerwą odniósł się do niej także były prezydent.

Powstanie Koalicji Europejskiej motywowane jest publicznie perspektywą wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej przez PiS. Alternatywą ma być koalicja, która Polskę w Unii zachowa. Jak wykazują ostatnie badania, Polacy są w dalszym ciągu euroentuzjastami i większość obywateli opowiada się zdecydowanie za obecnością naszego kraju w Unii. Dlatego też samo pytanie i plebiscyt, jakim mają być wybory majowe, wydaje się, że oparte jest na fałszywych przesłankach, które stawiają cynicznie, jako fundament porozumienia, liderzy Platformy Obywatelskiej. W związku z kryzysem tej formacji, jej racją bytu jest przejęcie przywództwa nad opozycją, zorganizowanie i wykorzystanie do realizacji własnego interesu – odbudowy konserwatywnej formacji neoliberalnej, która kontynuować będzie misję narzuconą z zewnątrz i opartą o stare wskazania Konsensusu Waszyngtońskiego.

Przy okazji powstawania Koalicji Europejskiej aktualne jest pytanie, na ile jej koncepcja, zarówno organizacyjna, jak i programowa, realizuje wyłącznie interesy polskiego establishmentu politycznego różnych orientacji, na ile zaś i czy w ogóle, jest wyrazem dbałości o interesy szeroko pojętego elektoratu – szczególnie ludzi pracy.

W sumie można powiedzieć, że udział SLD i kilku innych ugrupować z kręgu wcześniejszego porozumienia SLD – Lewica Razem w Koalicji Europejskiej może okazać się ryzykownym eksperymentem. Trzeba oczywiście zdawać sobie sprawę i przyjmować do wiadomości argumenty zwolenników takiego usytuowania wyborczego, jakie są wśród przedstawicieli części ugrupowań na lewicy.

Na tym tle ważne wydaje się być skalkulowanie ryzyka wyborczego i decyzji, jakie powinna podejmować polska lewica przed wyborami jesiennymi do Sejmu i Senatu. Moment ogłoszenia wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego w Polsce powinien być rozpoczęciem kampanii wyborów parlamentarnych. Rysuje się tutaj kilka ważnych problemów natury politycznej i organizacyjnej, które warto zidentyfikować i przemyśleć.

Lewica powinna wyzwolić się przede wszystkim z przekonania, które umocniło się po wyborach w 2015 roku, że „wolno jej mniej” i może być co najwyżej trzecią albo i czwartą siłą na polskiej scenie politycznej. Nikt nie walczy z tym zjawiskiem w naszych środowiskach, a ma ono jak sądzę uwarunkowania wyłącznie subiektywne, wynikające z kompleksów i niemocy niektórych liderów, a nie obiektywnych potrzeb wypływających z oczekiwań elektoratu.

Sukces, na razie medialny, ugrupowania Wiosna pokazuje, że właściwe i wyraziste postawienie problemów społecznych i politycznych kraju i społeczeństwa pozwala na zrozumienie i rezonans w wielu dotychczas zapomnianych środowiskach. Ma on bez wątpienia swoje źródła w populizmie, niemniej jednak jest bardzo realny.

Wydaje się, że racją bytu całej polskiej lewicy jest budowa niezależnego, suwerennego porozumienia przed wyborami parlamentarnymi opierającego swoje racje programowe o rzeczywiste problemy elektoratu pracowniczego.

Ani świnka, ani morska

Nie wiadomo w zasadzie, czym miałoby być 500 plus w tej formie, którą od lipca zaproponował Jarosław Kaczyński.
Jeśli ma to być lewicowy, prawdziwie ludowy socjal – bardzo proszę, niech prezes zaproponuje wprowadzenie doń widełek dochodowych „od góry” – tak, aby rzeczywiście pieniądze państwa szły na pomoc najuboższym. W przeciwnym razie reklamowanie w ten sposób kiełbasy wyborczej rozdawanej od sasa do lasa, dostarczycielowi paczek, górnikowi, nauczycielowi i prezesowi banku – jest najzwyczajniej w świecie nieuczciwością mającą zamknąć lewicy usta i na najbliższe parę lat ją zaszachować.
W tym wydaniu 500 plus nie jest to już „socjal” i jak najbardziej może być krytykowane z lewej strony, zwłaszcza że według statystyk „baby boom” rzekomo przez to świadczenie wywołany, zatrzymał się już jakiś czas temu.
W tej chwili flagowy program PiS jest jak świnka morska z popularnego dowcipu – ani to świnka, ani ona morska. Nie skłoni do rodzenia na potęgę jeszcze kolejnych i kolejnych dzieci. Nawet jeśli już kogoś skusiło, to raczej wątpliwe, że będzie kusić nadal na zasadzie „co rok to prorok”. Zaś transfer pieniędzy do kieszeni zamożnych rodziców, których dzieci i tak już uczęszczają do prywatnych szkół i mają start o wiele lepszy od rówieśników, budzi sprzeciw, kiedy mówimy o skali wydatków rzędu 10 miliardów dolarów rocznie (to dane agencji Reutera).
Kaczyński wykonał klasyczny ruch wyprzedzający. I to, trzeba przyznać, świadczy o jego sprycie. Nikt już nie ma tyle do obiecania. I o to właśnie chodziło.

Dzik za „pińcet”

Podobno PiS zarąbało lewicy socjalne punkty programu, i że to właśnie w działaniach Kaczyńskiego z ferajną można odnaleźć troskę o to, by ludziom żyło się lepiej.

 

PiS to trochę jak myśliwi, którzy głośno krzyczą o miłości do przyrody i zwierząt, i że to ich (myśliwych znaczy się) zasługą jest, iż po lasach biegają dziki, łanie, latają kuropatwy, bażanty a nawet kaczki (dzikie rzecz jasna).
Tyle, że przemilczają, iż na końcu kochania jest muszka i szczerbinka by „kochane” zwierzątko ukatrupić pewnym strzałem ku radości myśliwego (zwierzątko raczej się z tego nie cieszy).

 

Ora et labora

Ludzkie paniska z prawicy dbają więc o swego suwerena tak, jak myśliwy dba o dziki. Dają trochę do michy-paśnika, jak suweren się rozchoruje to nawet podleczą.
Rozrywkę godną mu pokażą — a to film o Smoleńsku, a to coś o żołnierzach wyklętych. Suweren ma mieć siłę do pracy i nie myśleć o jakiejś tam sprawiedliwości społecznej, wolnościach i prawach obywatelskich i tym podobnych, nikomu nie potrzebnych pierdołach. Ora et labora.
Jednym słowem — dobry PiS dba, by suweren cicho siedział i (teoretycznie) nie miał powodów do buntów. A jak buntować się zacznie, to szybko suwerenowi zostanie wskazane miejsce w szyku, na przykład przez brzytwa strzyżonych chłopaków z ONR w mundurkach Obrony Terytorialnej.

 

Po pińcet

Czy zatem lewica nie ma już nic do roboty? Moim zdaniem ma, a nawet potrzebna jest nadzwyczajnie. Przede wszystkim ma głośno mówić o tym, że wyzysk pracowników, łamanie ich praw i nadmierne sprzyjanie kapitałowi a nie pracy nie skończyło się wraz z rządami PiS-u, który dał „po pińcet” a dołoży jeszcze trzysta. Wręcz przeciwnie. Wielu pracodawców na prośbę o podwyżkę odpowiada – dostałeś pięć stów, więc nie bądź taki roszczeniowy. Tyle tylko, że nie wszyscy dostali, to po pierwsze, a po drugie – w naszym pięknym kraju płace tak się mają do dochodu narodowego jak w najczarniejszym kącie Afryki.
Ponadto lewica jest potrzebna żeby, tak jak godnego udziału w zyskach, równie głośno żądać nie z pańska nadanej i cząstkowej, ale rzeczywistej wolności: w mediach, w szkole, w życiu prywatnym i publicznym.
Nikt inny nie podniesie w tzw. politycznej debacie, że prekariat to nie wymysł, że to pracownicy a nie pracodawcy wytwarzają dobra i wypracowują zysk, że nie ma zgody na ograniczanie wolności a państwo i kościół, kościół i państwo to nie jedno i to samo.

 

Świecki Caritas

Oby tylko lewica nie dała się wepchnąć w stereotyp, że jej jedynym „celem” jest (i powinna być) dbałość o: bezrobotnych, odrzuconych i niezaadaptowanych do kapitalizmu.
Żeby była jak taki świecki Caritas.
Od swego powstania lewica zajmowała się walką, tak WALKĄ, pomiędzy kapitałem a pracą. I zawsze lewica stawała po stronie pracy, tzn. godnej płacy i praw pracowników.
Żaden pracodawca nie zarobi ani złotówki bez pracowników i to lewicy rolą jest uświadamianie wszystkim tego prostego faktu.
A jeśli tak, to nie może być zgody na to, by praca najemna była wynagradzana na poziomie pańszczyźnianego chłopa, a pan pracodawca co roku kupował sobie nowy sztucer, kapelusz z piórkiem i bryczkę, by polowanie było przyjemniejsze.