Władza nawet nie udaje sprzeciwu wobec Nord Stream 2

PiS-owscy prominenci w rozmowach z członkami władz Niemiec czy Rosji boją się, nomen omen, choćby pis-nąć, że są przeciwni budowie drugiej nitki gazociągu z Rosji do Niemiec.
Od pięciu lat polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi, mocno rozreklamowane postępowanie, mające ponoć zapobiec budowie gazociągu Nord Stream 2, biegnącego pod dnem Bałtyku z Rosji do Niemiec.
„Ponoć” – bo rzekome polskie starania o storpedowanie budowy drugiej nitki Nord Stream 2 to wyłącznie propaganda, która ma pokazać, jak to rząd PiS walczy o polskie interesy energetyczne. W rzeczywistości jest to jedynie teatr odgrywany przez prominentów PiS na użytek krajowy, bo na forum międzynarodowym, podczas spotkań z członkami władz Niemiec czy Rosji, przedstawiciele PiS-owskiego rządu boją się, nomen omen, choćby pis-nąć, że chcą wstrzymać budowę tego gazociągu.
Oficjalnie, władze Niemiec czy Rosji nawet nie wiedzą, że strona polska jest przeciwna tej budowie, bo przecież nikt z rządu PiS nie ośmielił się ich o tym zawiadomić w formalny sposób. Raz, miesiąc temu, na wspólnej konferencji prasowej polskiego i niemieckiego Ministra Spraw Zagranicznych w Warszawie, Jacek Czaputowicz w obecności szefa niemieckiego MSZ Heiko Maasa oświadczył, iż gazociąg Nord Stream 2 jest krytycznie oceniany przez Polskę, gdyż nie zapewnia bezpieczeństwa energetycznego Europie, uzależniając dostawy dużych ilości gazu od jednego dostawcy, jakim jest Gazprom.
Jednocześnie, polski minister stwierdził jednak, iż Polska dywersyfikuje dostawy gazu, popierając budowę gazociągu Baltic Pipe i sprowadzając gaz statkami do gazoportu w Świnoujściu. W ten sposób Jacek Czaputowicz osłabił swe wątlutkie „zdanie odrębne”, no bo skoro Polska kupuje coraz więcej gazu od dostawców innych, niż Gazprom, to uruchomienie Nord Stream 2 raczej jej nie zaszkodzi.
Znając faktyczną uległość PiS-owskiej ekipy wobec Niemiec, wydaje się zresztą, że wypowiedzenie tej jednej, krytycznej uwagi wobec Nord Stream 2 zostało uzgodnione ze stroną niemiecką – po to, żeby rząd PiS mógł zachować twarz i nie zmagał się z zarzutami, że nic nie robi dla zablokowania dokończenia budowy gazociągu.
W rzeczywistości, Niemcy i Rosja oczywiście wiedzą, że Polsce nie podoba się Nord Stream 2 – ale wiedzą to dzięki protestowi ekipy Platformy Obywatelskiej, która naprawdę, a nie tylko propagandowo, wystąpiła przeciwko budowie Nord Stream 2.
W 2017 r, Donald Tusk ówczesny przewodniczący Rady Europejskiej, napisał list do Jean-Claude Junckera, stwierdzając, iż gazociąg rosyjski będzie szkodliwy nie tylko dla Polski, ale dla całej Unii Europejskiej, gdyż jeszcze bardziej zwiększy uzależnienie Europy od rosyjskiego gazu i umocni pozycję Gazpromu jako dominującego dostawcy gazu do UE. Natomiast polska komisarz Elżbieta Bieńkowska, jako jedyna w całej Komisji Europejskiej jednoznacznie sprzeciwiła się budowie Nord Stream 2.
PIS-owscy prominenci nigdy nie odważą się na takie wystąpienia. Oni są mocni tylko w słowach, na krajowym podwórku – a nie w negocjacjach z reprezentantami władz innych państw.
W ten scenariusz lękliwego zaniechania dobrze wpisują się poczynania – czy raczej ich brak – Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Wedle oświadczeń szefostwa UOKiK, aktywność tego urzędu wygląda tak, że w czerwcu bieżącego roku prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie przeciw Gazpromowi za „brak współpracy” podczas prowadzonego dochodzenia antymonopolowego.
Ów brak współpracy, to niechęć rosyjskiego koncernu do udzielania prezesowi UOKiK-owi jakichkolwiek informacji. Gazpromowi, jak straszy UOKiK, za ów brak udzielenia informacji grozi kara w wysokości do 50 mln EUR, niezależna od konsekwencji wynikających z postępowania o dokonanie koncentracji firm budujących Nord Stream 2 bez zgody prezesa UOKiK.
Rzecz w tym, że Gazprom ma w głębokim poważaniu i polskie kary za „brak współpracy”, i rzekome „konsekwencje” mogące być efektem jakiegoś postępowania antymonopolowego w sprawie Nord Stream 2, prowadzonego jakoby przez UOKiK.
Jak zapewnia UOKiK, postępowanie w sprawie budowy gazociągu Nord Stream 2 rozpoczęło się w 2015 r. Wtedy to do UOKiK wpłynął, wymagany formalnie przez prawo unijne, wniosek sześciu spółek (Gazprom, Engie Energy, Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall) o wydanie zgody na utworzenie wspólnego przedsiębiorstwa odpowiedzialnego za budowę i eksploatację gazociągu Nord Stream 2.
W 2016 r. UOKiK wydał zastrzeżenia do koncentracji, w których uznał, że planowana transakcja mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji i przedstawił swoje zastrzeżenia. PiS-owska propaganda sukcesu zaczęła zaś rozgłaszać, jak to dzięki skutecznym staraniom nowych władz, nasz kraj zatrzyma budowę Nord Stream 2. Zagraniczni przedsiębiorcy wycofali wniosek, co w teorii miało oznaczać brak połączenia. Tyle, że nie przejęli się oni zastrzeżeniami polskiego UOKiKu – i mimo to sześć spółek podpisało umowę na finansowanie gazociągu. Nasz urząd nie miał o tym pojęcia, dowiedział się o wszystkim dzięki informacjom z mediów.
W rezultacie, UOKiK powiadomił, iż rozpoczyna kolejne postępowanie przeciw Gazpromowi i jego pięciu kontrahentom – tym razem o dokonanie transakcji finansowania budowy gazociągu bez zgody UOKiK. Długo to trwało, ale wreszcie, po wystąpieniu Donalda Tuska i Elżbiety Bieńkowskiej, rząd PiS uznał, że trzeba pokazać, iż coś się robi w sprawie Nord Stream 2. Tak więc, w 2018 r. UOKiK postawił sześciu wspomnianym spółkom zarzuty finansowania budowy gazociągu bez wymaganej prawnie zgody.
Te przedsiębiorstwa naturalnie nie przejęły się doniesieniami o „zarzutach” jakie miał im postawić UOKiK – i dalej robiły swoje. Postępowanie, które w rzeczywistości nie zostało naprawdę rozpoczęte, odłożono zaś ad acta.
Czas jednak płynął, a polska opinia publiczna coraz wyraźniej zauważała zaś, że PiS-owska władza, wbrew swoim deklaracjom, nic nie robi, by zablokować Nord Stream 2. Trzeba było pokazać jakiś cień aktywności – więc po wielu miesiącach bezczynności, na początku 2020 r. prezes UOKiK zwrócił się do Gazpromu o przekazanie stronie polskiej dokumentów istotnych dla sprawy.
Chodziło tu o kontrakty zawarte przez spółkę zależną Gazpromu z pozostałymi firmami finansującymi budowę Nord Stream 2. Były to przede wszystkim umowy przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw i magazynowania paliw gazowych. Oczywiście Gazprom olał polska prośbę. „Pomimo ciążącego na nim obowiązku współpracy z Urzędem przedsiębiorca nie przekazał tych informacji” – żalił się UOKiK.
Jak powiedział prezes UOKiK Tomasz Chróstny, przepisy są jasne i takie same dla wszystkich, jednak Gazprom kilkukrotnie odmówił przekazania dokumentów istotnych dla prowadzonego przez nas dochodzenia.
„Rosyjski potentat gazowy nie może działać ponad prawem, dlatego wszcząłem przeciwko Gazpromowi postępowanie w sprawie nałożenia kary za nieudzielenie informacji podczas prowadzonego postępowania. Zgodnie z prawem spółce grozi sankcja finansowa do wysokości 50 mln euro” – oświadczył Tomasz Chróstny.
Dodał on, że jeśli transakcja ma wpływ na krajowy rynek lub grupa kapitałowa osiąga na nim odpowiedni obrót, to także zagraniczny przedsiębiorca ma obowiązek zgłosić transakcję do urzędu antymonopolowego danego kraju i odpowiedzieć na jego wezwania. Podstawą tychże obowiązków są przepisy europejskie, na których opiera się polska ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów.
Nie trzeba dodawać, że Gazprom przejął się tym wystąpieniem Tomasza Chróstnego dokładnie tak samo, jak i innymi poczynaniami UOKiK w sprawie Nord Stream 2. Podobnie zachowują się i inni uczestnicy konsorcjum sześciu spółek. Gazprom to bowiem kolejna firma, która nie współpracowała z UOKiK w toku postępowania dotyczącego bezprawnego utworzenia podmiotu finansującego Nord Stream 2.
W ubiegłym roku UOKiK nałożył 172 mln zł kary na spółkę Engie Energy, która nie przekazała Urzędowi informacji o paliwach gazowych, m.in. umów przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw czy magazynowania. Oczywiście wspomniana spółka także nie przejęła się tą karą – i nie zamierza płacić ani grosza. Strona polska ma zresztą tego świadomość, więc prezes UOKiK oświadczył, że urząd będzie się starał zrobić wszystko, by tę karę wyegzekwować – ale jak dodał, kara jest precedensowa, więc sposób jej egzekucji będzie też precedensowy. Dopowiedzmy tu, że po prostu żadnej egzekucji nie będzie.
Dziś prezes UOKiK próbuje robić dobrą minę do gry, w której nie ma szans na zwycięstwo. Oświadcza więc, że szczególnie naganne jest to, iż wielkie, międzynarodowe koncerny nie stosują się do obowiązujących przepisów prawa – ale zapewnia też, że jeśli ów brak współpracy miał spowolnić działania UOKiK w sprawie budowy Nord Stream 2, to te koncerny nie osiągnęły swego celu.
„Mamy już odpowiedni materiał dowodowy i zbliżamy się do końca dochodzenia w sprawie koncentracji bez uzyskania zgody UOKiK – mówi prezes Tomasz Chróstny. Przypomina, że za naruszenie zakazu dokonania koncentracji bez uzyskania zgody prezesa krajowego UOKiK grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu przedsiębiorcy (co w przypadku tych sześciu spółek oznaczałoby gigantyczne sumy). Ponadto, jeżeli koncentracja została dokonana, a przywrócenie konkurencji na rynku nie jest możliwe, prezes Urzędu może nakazać zbycie całości lub części majątku przedsiębiorcy, udziałów lub akcji zapewniających kontrolę nad przedsiębiorcą, a także rozwiązanie spółki, nad którą przedsiębiorcy sprawują wspólną kontrolę.
Cóż, wszystko to być może, ale w rzeczywistości, te groźby UOKiK należy między bajki włożyć. Prezes Tomasz Chróstny ma tego świadomość, więc ostrożnie nie mówi, jaki może być ów koniec dochodzenia w sprawie UOKiK.
A prawda jest taka – o czym wszyscy wiedzą – że tylko ewentualne sankcje ze strony prezydenta Stanów Zjednoczonych mogą zagrozić dokończeniu drugiej nitki gazociągu z Rosji do Niemiec, nie zaś jakiekolwiek postępowanie podjęte przez UOKiK. Na cichy, dyskretny pisk PiS-owskiej ekipy nikt przecież nie zwraca uwagi.

Przemoc i pogarda Francja

Mało kto wie, że dzisiaj Francuzi manifestują podwójnie. Wszystkie kamery są skierowane na barykady „żółtych kamizelek” w ogniu, na Polach Elizejskich, skąd policja próbuje przemocą wyrzucić manifestantów, ale w Paryżu kilka kilometrów dalej, jak w blisko w 50 innych miastach, przeszły dziś pochody kobiet i mężczyzn, którzy w rok po pojawieniu się planetarnego ruchu #metoo domagają się „skończenia z seksistowską przemocą ”. „Jesteśmy kurewskimi feministkami” – skandowały kobiety przy Placu Opery, przejmując to pogardliwe określenie na znak swej determinacji.

 

Francuskie media oligarchiczne i prorządowe skupiają się naturalnie na przemocy „żółtych kamizelek” w Paryżu, tej przemocy, która jest odpowiedzią na przemoc władzy. Nie chodzi tu nawet o te granaty hukowe, te gazy łzawiące, pałki i wozy bojowe, które rząd Macrona wystawił zamiast jakiejś odpowiedzi politycznej na niezadowolenie (łagodnie mówiąc) 77 proc. społeczeństwa. Chodzi o przemoc przez nie przemilczaną, która wyciska łzy kobiet i mężczyzn nawet bez gazów łzawiących: przemoc wielkiego kapitału, uosobioną przez neoliberalny ekstremizm Emmanuela Macrona.
Kto wie, może gdyby okradaniu klas najniżej uposażonych, tych milionów ludzi, którzy ledwie wiążą koniec z końcem lub wcale ich nie wiążą, nie towarzyszyła jawna dla nich pogarda ze strony młodego bankiera-milionera, gdyby ekonomicznej przemocy nie towarzyszyły słowa o „ludziach, którzy są niczym”, może wtedy Macronowi by się udało. W wielu państwach klasa wielkich posiadaczy dzięki swym pieniądzom i wpływom opanowała prawodawstwo, by je przystosować do swoich interesów kosztem reszty społeczeństwa, ale potrafiła lepiej dbać o pozory, niczym ten pijany mąż, który po pobiciu żony i wytrzeźwieniu mówi „kocham cię”, aż do następnego razu.
Ale Macron, ten „idealny zięć” z czasów kampanii wyborczej, nie dość, że nazwał się Jowiszem (Dzeusem), tj. bogiem, to po zrobieniu bezprecedensowych prezentów dla klasy możnych, która w niego zainwestowała („uwolnienie” od podatków miliarderów, milionerów, wielkich przemysłowców, akcjonariuszy, rentierów itp.) postanowił odbić budżetowe straty na klasach, o których mówił, że to „leniwi alkoholicy” lub „palacze”, którym „nie chce się przejść na drugą stronę ulicy, by znaleźć pracę i kredyt” . Na tych, którzy zarabiają pensję minimalną lub mniej, na emerytach, bezrobotnych, studentach i nawet na tej niższej klasie średniej, która go poparła w wyborach.
Przemocowy „czaruś” rzeczywiście okazał się „antysystemowy”, jak twierdził: obala francuski system socjalny i kodeks pracy, wszystko, co pomagało jeszcze hamować neoliberalny wzrost nierówności społecznych. Już dziewięć milionów ludzi we Francji żyje poniżej progu ubóstwa. Przemoc klasowa czy seksistowska, wynikają z poczucia bezkarnej siły, lecz gdy podbija ją jeszcze widoczna pogarda, może zostać wywołany bardzo gwałtowny opór. Jeśli Macron tego nie zrozumie, może nie dotrwać do końca kadencji. Walka przeciw przemocy silniejszych wymaga nierzadko długiego czasu, o czym doskonale wiedzą bite, czy gwałcone kobiety. Ale dzisiaj w Paryżu obie manifestacje miały tę samą nadzieję, że jeśli nawet nie wygra się od razu, to trzeba próbować.

Gowin do domu!

Polska nauka nieprzerwanie od 2007 roku jest przedmiotem motywowanej ideologicznie „restrukturyzacji”, której głównym paliwem jest idea neoliberalna. Uwiąd polskiej humanistyki i nauk społecznych wynikający chociażby ze szkodliwego podporządkowania tych dziedzin logice biznesowej, fetyszyzacji rankingów, punktów oraz grantów to wyzwanie, z którym trzeba jak najszybciej się zmierzyć. Pomimo zmiany rządu z prawicy rynkowej na prawicę narodową nie nastąpiło jednak zerwanie z praktyką polityczną Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Dziś widać wyraźnie, że „reformy” Platformy Obywatelskiej doprowadziły do pogłębienia kryzysu polskiej nauki. Mimo to propozycje ustawowe rządu Prawa i Sprawiedliwości idą w kierunku kontynuacji działań rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Lansowane przez ministra Gowina utworzenie tzw. rad uczelni składających się w większości z osób spoza wspólnoty akademickiej to poważny zamach na niezależność ośrodków naukowo-dydaktycznych to cofanie polskiej nauki w rozwoju, to outsourcingowanie zarządzania uniwersytetami oraz dalsze komercjalizowanie nauki.
Reforma ministra Gowina dotycząca faworyzowania uczelni flagowych wpisują się w szkodliwą koncepcję „rozwoju” polaryzacyjno-dyfuzyjnego, która była wychwalana przez Platformę Obywatelską, a deklaratywnie krytykowana przez Prawo i Sprawiedliwość w ich programie politycznym z 2014 roku. Dziwi, dlaczego posłowie, radni, burmistrzowie oraz prezydenci miast z poręki Prawa i Sprawiedliwości, którzy powinni być adwokatami swoich małych Ojczyzn, nie protestują przed dalszą marginalizacją regionalnych ośrodków uniwersyteckich. Jak wynika z ostatniego raportu Polskiej Akademii Nauk dalszy podział na „Polskę A” i „Polskę B” oraz jego utrwalanie zakończy się w niedalekiej przyszłości zapaścią 122 miast.
Dodatkowo w ustawie wspierania uczelni flagowych brakuje konkretnych pozycji w budżecie państwa, podobnie jak miało to miejsce w „reformie” szkolnej minister Zalewskiej. Brak wspomnianych środków na rzecz uczelni flagowych może skutkować tym, że biedniejsza część Polski będzie dotować bogatsze ośrodki z Warszawy, Krakowa, Katowic, Poznania i Wrocławia. Ucierpią na tym regionalne uczelnie oraz mieszkańcy mniejszych miast, którzy stracą szansę studiowania w miejscu zamieszkania.
SLD krytycznie odnosi się do reformy proponowanej przez rząd. Konieczne jest porzucenie neoliberalnych dogmatów w nauce dotyczących „punktów w systemie” oraz finansowania badań poprzez granty przyznawanych w uznaniowych i nietransparentnych konkursach. Wobec skrajnego niedofinansowania nauki w Polsce na tle innych państw UE, niezbędne jest także zwiększenia nakładów na badania, rozwój zgodnie z unijnymi standardami zakładającymi przeznaczanie na ten cel co najmniej 3 proc. PKB. Dodatkowo w kontekście wydawania 2 proc. na pakt militarny SLD postuluje równe wydatki na pakt cywilizacyjny, którego nauka i szkolnictwo wyższe są fundamentem.
Polskie uczelnie potrzebują reformy, jednak zmiana ta powinna zmierzać w zupełnie innym kierunku niż ten narzucany przez prorynkową i narodową prawicę. Alternatywny, kompleksowy projekt reform przedstawiły Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego oraz Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. SLD w pełni popiera postulaty RSzWiN ZNP oraz KKHP, jako organizacji, które od lat działają na rzecz odejścia od szkodliwych, wolnorynkowych praktyk trzech kolejnych rządów w dziedzinie nauki.

Dramat w Baranowie

Jest taki film Larsa von Triera, nazywa się Melancholia. Mieszkańcy Ziemi widzą inną planetę, wcześniej ukrytą za Słońcem, teraz nadciągającą kursem kolizyjnym. Apokalipsa jest nieunikniona.

 

Gmina Baranów liczy nieco ponad 5000 mieszkańców. 92 proc. jej powierzchni to tereny rolne. Lasów nie ma żadnych. Trochę jak w Irlandii. Tyle, że cyrkulacja wiatrów jest mniej uciążliwa. I teren jest płaski. A ziemia żyzna. Głównie gleby drugiej i trzeciej klasy. Rolnicy uprawiają rośliny warzywne i zboża. Jadąc drogą z Baranowa do Kask, dawnej siedziby władz gminy, napotykam głównie pola kukurydzy. To właśnie specyfika geologiczna sprawiła, że zapadł wyrok śmierci. Eksperyzę lokalizacyjną przeprowadzono jeszcze za rządów SLD. Wytypowano wówczas kilkanaście lokalizacji, w tym Baranów. Pomysł wzniesienia megalotniska przestał być brany pod uwagę na kilkanaście lat. Aż nastały rządy Prawa i Sprawiedliwości.
– Zastanawiałam się po co PiS-owi to lotnisko – kręci głową Krzysztof, trzydziestolatek, którego spotykam w Baranowie. Obiecał pokazać mi strefę. Tak miejscowi nazywają obszar, na który w 2020 roku mają wjechać buldożery. – Przecież to są ogromne koszty, niewyobrażalne pieniądze wyrzucone w błoto – denerwuje się mój kierowca. Krzysztof miesza w okolicach Nowego Dworu Mazowieckiego, po ojcu miał odziedziczyć siedem hektatów w gminie Baranów. – Przecież można rozbudować Modlin. Tam jest sporo miejsca i nikogo nie trzeba wywłaszczać. Tam powinno być centralne lotnisko – przekonuje. Krzysztof nie odziedziczy gospodarstwa, bo dorobek jego ojca znajduje się w strefie. Dla niego nie jest to tragedia. – Jeśli rząd zaoferuje poważne pieniądze, to ja jestem za, ale wiem, że tacie ciężko będzie to zostawić.
Na 66,2 km kwadratowych z włączeniem części gminy Wiskitki i skrawków gminy Teresin na mocy specustawy powstanie teren inwestycyjny, na którym do 2028 roku wzniesiony ma zostać Centralny Port Komunikacyjny. Budową zarządzać będzie utworzona do tego spółka. Specustawa została już przegłosowana w Sejmie. W nocy. Na początku czerwca podpisał ją Andrzej Duda. Również w nocy. Wiadomo, że ponad 30 km zostanie zrównanych z ziemią. To będzie istny armagedon. Na pozostałym obszarze mają powstać usługi: hotele, restauracje oraz, co najważniejsze – Airport City – miasto, w którym ma zamieszkać 50 tys. ludzi, w tym większość przyszłych pracowników obiektu. Z specustawy nie dowiadujemy się jednak na jakich warunkach będą prowadzone wywłaszczenia.
Pani Anna mieszka w Stanisławowie. Wraz z mężem zajmują się polem. Kilka hektarów, kiedyś jeszcze dzierżawili, potem dali sobie spokój. Nie są potentatami, nawet jak na warunki lokalne. Dzieci uczą się w Warszawie. W gminie mają wielu krewnych.
– Rozmawiałam dzisiaj rano z moją mamą i naszła mnie taka myśl, ze w zasadzie to ja jestem bardzo wdzięczna temu panu z rządu, co był u nas na spotkaniu – mówi nalewając mi wody z dzbanka. – A wie Pan za co? Bo dzięki niemu uświadomiłam sobie ile to wszystko jest dla mnie warte. Moja mama ma ponad 80 lat. Kiedy usłyszała, że tutaj wszystko będzie zrównane z ziemią i trzeba będzie się przenosić nie wiadomo gdzie, to powiedziała, że ona woli tutaj umrzeć. I wie Pan, ja jej się wcale nie dziwię. Tutaj jest sporo starszych osób, nie wszystkie mają korzenie z dziada pradziada, ale wiele z nich spędziło tu całe życie. Pan to jest młody, dla pana przeprowadzka to pewnie nic strasznego, ale ja się boję, a co dopiero mama. Ale ich, w tej Warszawie, to chyba nie obchodzi.
Najczarniejszy scenariusz dla matki pani Anny całe szczęście się nie spełni. Stanisławów cudem uniknął egzekucji.
– Uczciwie? (śmiech) Czy oni postępują uczciwie wobec nas? – Pani Katarzyna, która jest mieszkanką strefy, w referendum zagłosowała dwa razy na nie. Choć wahała się czy w ogóle wziąć udział w głosowaniu. Nie wierzyła w moc sprawczą plebiscytu, który określa jako „fałszywy gest” Moje pytanie o uczciwość rządzących powtarza kilka razy uśmiechając się z ironią i zrezygnowaniem. – W zasadzie to nie mogę powiedzieć, że oni nas w czymkolwiek okłamali. Ale jest tyle ważnych spraw, o których my nie wiemy nic, że jesteśmy po prostu przerażeni. Nie wiemy ile dostaniemy za nasz dom, jeśli zostaniemy wywłaszczeni. A co więcej – nie wiemy, co z kredytem, który wzięliśmy na ten dom. W jednym z banków powiedzieli, że powiedzieli mi, że takiego kredytu nie da się przenieść na inną nieruchomość. A więc pewnie trzeba będzie spłacić to, co mieliśmy rozłożone na ponad 20 lat. To mi się w głowie nie mieści. A są tutaj ludzie, który mają kredyty na działalność. Ich również nikt nie okłamał. Po prostu rząd nie myśli o tym, co z nami będzie – pani Kasia po raz kolejny się roześmiała, tym razem jednak bardziej nerwowo.
Dla osób takich jak pani Katarzyna możliwością jest przebudowa. Ale nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo jakie opcje będą do wyboru. Może się okazać, że nową „małą ojczyzną” mieszkańców gminy Baranów będzie Puszcza Notecka albo Roztocze. – To wyrwanie ludzi z korzeniami – mówi moja rozmówczyni.
– Proszę Pana, ja nie wierzę, ze tutaj cokolwiek powstanie – dołącza do nas mąż. – Za kilka lat to może być największy plac niedokończonej budowy w Polsce. Taki pomnik nieudacznictwa Kaczyńskiego. To miał być pomnik? (śmiech). – No dobrze, niech to będzie pomnik. Niech ludzie będą sobie przypominać, widząc te terany zdewastowane, jak gospodarzyli rządzący. Szkoda tylko tych ludzi, bardzo mi szkoda. Ja sobie poradzę, ale jest wielu, dla których to jest całe życie.
Referendum odbyło się 17 czerwca. W upalny dzień do urn poszło 47 proc. mieszkańców. Sporo jak na referendum w Polsce. Na pytanie: „Czy chce Pan/Pani budowy CPK w gminie Baranów?” aż 84 proc. głosujących odpowiedziało „nie”. Pytanie nr 2 brzmiało „Czy zgadzasz się na warunki rozliczeń zaproponowane przez Rząd RP mieszkańców Gminy Baranów w związku z budową CPK?”. Krzyżyk przy „nie” postawiło 94 proc. uczestników plebiscytu.
– Ludzie nie wiedzą jak będą szacowane ich budynki – wyjaśnia mi Mirosława Kuran, sołtys Kasek, przyjmując mnie w swoim ogrodzie. Na płocie przed domem wisi baner Stowarzyszenia „Zanim Powstanie Lotnisko”. – Niektórzy mają kilkuletnie domy czy pomieszczenia gospodarcze. Są tutaj doskonale utrzymane obory, remontowane co kilka lat. tutaj nasuwa się pytanie: po co państwu tak ogromny teren? Obawiamy się jednego – że państwo weźmie część tych ziem sprzeda potem po wyższej cenie, czyli zostaniemy po prostu oszukani.
Powagę problemu potwierdza również Jan Franciszek Nowak, przewodniczący Rady Gminy Baranów. – Są tutaj działki, które wcześniej przez kilka lat były wystawione na sprzedaż po 250 tysięcy. Teraz błyskawicznie schodzą po 400 tysięcy – tłumaczy samorządowiec. Inflacja dostrzegalna jest także w Żyrardowie. W największym mieście w okolicy przyszłego lotniska ceny mieszkań skoczyły już o 30 proc.
Mirosława Kuran pamięta swoje pierwsze spotkanie z Mikołajem Wildem, sekretarzem stanu w ministerstwie infrastruktury, odpowiedzialnym za koordynacje projektu CPK. Pogadanka odbyła się w Kaskach w połowie kwietnia. – To było coś okropnego – wspomina – Zjawiła się taka kobieta, która przyjechała z panem Wildem. Powiedziała nam coś nieprzyjemnego, nie powtórzę, bo to było coś bardzo obraźliwego. Podczas spotkania bałam się odezwać, taka panowała atmosfera, obawiałam się, że potem będę mieć nieprzyjemności. W końcu zapytałam o warunki wywłaszczenia. Nie tylko w swoim imieniu, ale również w imieniu mieszkańców. Tutaj nie mieszkają tylko rolnicy. Ale również osoby, które mają swoje mniejsze i większe domy. Jeżeli to ma być tylko 40 zł za metr, to na pewno oferowana kwota nie zrekompensuje strat. Najgorsze jest to, że nie wiadomo na jakie to będą warunki. My chcielibyśmy kupić ziemię gdzieś tutaj w okolicy, za tereny, które zostaną nam zabrane. Ja nie pójdę w Domu Tucholskie. Chcielibyśmy w naszym powiecie taką ziemię kupić. Drugiego gospodarstwa nie postawimy – wzdycha sołtys Kuran. Pokazuje mi drzewo za jednym z budynków.
– My jesteśmy dorobkiewiczami. Ten dąb rósł już tutaj, kiedy zaczynaliśmy. Ja sobie nie wyobrażam, że przyjdą spychacze i buldożery i zetną to drzewo, rozjadą tężnie, którą tutaj mamy, zbudzą kościół, na który zbieraliśmy pieniądze – mówi ze łzami w oczach. Po chwili dołącza do nas jej mąż. Wspólnie zakładali gospodarstwo ponad 25 lat temu. – Było nam ciężko, bardzo ciężko, ale przetrwaliśmy. Teraz mamy dom i to wszystko dookoła – mówi z dumą spoglądając na męża, który się uśmiecha i częstuje nas papierosem. Jego ziemie znajdują się w strefie, gmina Teresin. Ich los jest przesądzony. Gospodarstwo cudem ocaleje. Granica lotniska będzie przebiegać niecałe dwa kilometry dalej. Wyznaczać ją będą dwie rzeki o pięknych nazwach – Pisia i Pisią Gągolina.
Piękne są również Kaski, miejscowość pani sołtys. Po zakończeniu rozmowy państwo Kuran odwieźli mnie do Teresina. Po drodze zatrzymaliśmy się przy sążniach (…). – Boimy się hałasu, boimy się, że zakończy się życie jakie znamy – wzdycha pani Mirosława.
Podczas rozmów z innymi mieszkańcami gminy dowiedziałem się, że kobieta, która towarzyszyła pełnomocnikowi Wildowi nazwała mieszkańców „bydłem”. Protekcjonalny stosunek przedstawicieli rządu, a także mediów i tzw. „warszawki” to budzi sporo żalu. – My nie jesteśmy żadną ciemnotą. Znamy się na pieniądzach, potrafimy liczyć i planować. W reportażach telewizyjnych celowo są pokazywane bezębne babcinki, które mówią coś o zagubieniu. A tutaj, niedaleko mieszka filozof, kawałek dalej znawca antycznej Grecji. Z mężem jeździmy do teatru, opery, na kabarety – wylicza pani sołtys.
Nie dla wszystkich będzie to apokalipsa. Ludzie ze strefy sprawiają wrażenie pogodzonych z losem. Jedni nie widzą możliwości skutecznego wyrażenie sprzeciwu. Wielu spośród nich nie poszło głosować. Inni cieszą się, bo mają coś jeszcze poza gminą. – Co z tego, że gleby dobre jak susza jest i niskie to wyrosło – mówi pan Mirosław ze wsi Struniany, która zostanie zburzona w całości. – Mam sady w okolicach Tarczyna, mam gdzie się wynieść – opowiada mi podwożąc mnie do Kasek. W referendum głosował na „tak” dla lotniska, ale „nie” dla warunków, jakie rząd zaproponował mieszańcom. – Mam 16 hektarów, uprawiam kukurydzę i pszenice oraz stawy, przy których szykowałem agroturystykę – wymienia. – Większość wysiedleńców jest zadowolona. Ludzie powinni na tym skorzystać? A ci z poza strefy? – No cóż, oni pewnie zadowoleni nie będą.