Wiemy, że nic nie wiemy

To stało się polską tradycją: badania opinii publicznej podają zmienne wyniki w zależności od sondażowni i oczywiście, od zamawiającego. Przed II turą wyborów rzeczywiście trudno wskazać zwycięzcę. Jest za to kilka ciekawych wskazówek.
Sondaże wskazują, że Duda i Trzaskowski idą łeb w łeb, a wynik wyborów prawdopodobnie do końca będzie niepewny. Propisowskie „Do Rzeczy” zamówiło sondaż w Estymatorze i wyszło jak drut, że wygra wybory Andrzej Duda z 50,1 proc., zaś po piętach będzie mu deptał Trzaskowski ze swoimi 49,1 proc. Różnice zatem są w granicach błędu statystycznego i obiecują, że gdyby rzeczywiście wybory zakończyły się takim wynikiem i tak minimalną różnicą między kandydatami, zaroiłoby się od oskarżeń o fałszerstwa wyborcze i protestów wyborczych, które rozpatrywałby w ostateczności zdominowany przez PiS wymiar sprawiedliwości.
Natomiast wp.pl zamówiło sondaż w IBRiS i tam wyszło, że wygra Trzaskowski (chęć głosowania na niego zadeklarowało 47,2 proc), natomiast Duda mógłby liczyć na życzliwość i głos 45,9 proc. głosujących. Udział w wyborach w tym badaniu zadeklarowało 65,4 proc ankietowanych. To oznacza, że są jeszcze duże rezerwy. Tym bardziej, że dla rp.pl sondaż przeprowadziła SW Research i na pytanie czy wiedzą na kogo oddadzą głoś, aż 7,2 proc odpowiedziało „nie”, a zatem ta pokaźna grupa może przechylić szalę na korzyść jednego lub drugiego kandydata w zależności od tego, jak skutecznie będą przekonywani przez sztaby wyborcze rywali. Mało tego, 12,2 proc. odpowiedziało, że wiedzą, na kogo zagłosują, ale mogą zmienić zdanie.
Według tego badania wiadomo, że 5,5 proc. nie pójdzie na wybory.
Oczekiwać należy, że w ciągu ostatniego tygodnia przed wyborami wobec tak wyrównanego wyścigu obie strony użyją wszelkich chwytów i środków, by osiągnąć zwycięstwo, co zapowiada jeszcze bardziej brudną kampanię niż ta przed pierwszą turą.

Gospodarka 48 godzin

Unia nam da
Jak zapowiedziała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, Unia przeznaczy 37,3 mld euro, aby łagodzić wpływ epidemii na unijną gospodarkę. Wcześniej mówiono o 25 mld euro. Jeszcze raz okazało się, jak błogosławione było przyjęcie Polski do UE. Nasz kraj ma dostać najwięcej z funduszu przeznaczonego na walkę ze skutkami koronawirusa, bo aż około 7,5 mld euro. Obdarowane państwa członkowskie będą mogły swobodnie decydować, komu zechcą udzielić pomocy publicznej z tych środków i nie będą karane, jeśli zwiększą swój deficyt budżetowy i dług publiczny. Dużo pieniędzy – dla siebie – wyłożą również Chiny na zwalczanie gospodarczych konsekwencji epidemii: prawie 16 miliardów dolarów. Nieco mniej na ten cel przeznaczą Indie – do 13,5 mld dolarów. Natomiast w Korei Południowej powstaje fundusz stymulacyjny w wysokości 9,8 mld dol. W Ameryce Północnej USA i Kanada obniżyły stopy procentowe o pół punktu procentowego (po raz pierwszy od 2009 r.). W Stanach 8,3 mld dol zostanie przeznaczone na zwalczanie koronawirusa i stworzenie szczepionek.

Oj, bo was skontrolujemy
Trwa wymiana ciosów między Marianem Banasiem, zbuntowanym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, a Prawem i Sprawiedliwością. Właśnie PiS jest domniemanym adresatem wystąpienia NIK „w sprawie pojawiających się doniesień o upolitycznieniu działalności NIK”, dotyczącego prób powiązania Izby – a zwłaszcza przeprowadzanych przez nią kontroli – z rzekomą działalnością polityczną. W wystąpieniu tym Kolegium Najwyższej Izby Kontroli (prezes jako przewodniczący, wiceprezesi, dyrektor generalny oraz 14 członków) jednogłośnie stwierdza, iż że wobec pojawiających się w przestrzeni medialnej doniesień, które próbują sytuować Izbę jako przedmiot albo narzędzie walki politycznej, należy przypomnieć, że NIK zajmuje się tymi obszarami państwa, w których zaangażowane są publiczne pieniądze lub majątek: sprawdza, czy instytucje publiczne wykonują swoje zadania w sposób skuteczny, wydajny i oszczędny. Izba działa według jasno określonych zasad: przejrzystości intencji, rzetelności informacji, apolityczności kontrolerów oraz kolegialności w podejmowaniu decyzji. Wystąpienie informuje (czy może raczej ostrzega), że w planowaniu kontroli ogromną rolę odgrywa Kolegium NIK, które zatwierdza priorytetowe tematy. Można by dopowiedzieć: niech więc rządzący nie podskakują, bo nie od nich zależy kiedy i w jakiej sprawie zostaną skontrolowani.

Będzie nas ubywać
Wedle Głównego Urzędu Statystycznego, ludność w Polsce na 31 grudnia 2019 r. liczyła 38,4 mln osób, z czego mieszkający na stałe stanowili 37,9 mln. Prognoza GUS na 2050 r. zakłada, że wtedy będzie nas 33,9 mln. Natomiast im dalej, tym będzie nas mniej, aż do całkowitego wymarcia Polaków (co spotka najprawdopodobniej niemal całą ludność Europy). To jednak jeszcze nie nastąpi zaraz, lecz za kilka tysięcy lat. W 2100 r. będzie żyć w Polsce jeszcze 27,5 mln. osób według Eurostatu, urzędu statytycznego Unii Europejskiej. Mniej optymistyczna jest Organizacja Narodów Zjednoczonych. ONZ prognozuje, iż w tymże 2100 r. będzie już tylko 23,0 mln Polaków.

Jak się mnożą „Wyklęci”

Przez ostatnie kilkanaście lat, antykomunistyczne, powojenne podziemie rozrosło się 15 – krotnie. I nic nie wskazuje, żeby na tym poprzestało.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało okólnik. Taki, żeby wszystkie „szkoły i placówki oświatowe” włączyły się w obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Pan minister Piontkowski chciałby „ aby uczniowie wspólnie z nauczycielami zorganizowali w pierwszym tygodniu marca wydarzenia edukacyjne poświęcone bohaterom podziemia antykomunistycznego. Mogą to być spotkania ze świadkami historii, wizyty w lokalnych miejscach pamięci, lekcje o „Żołnierzach Wyklętych” czy apele pamięci”.
Żeby jednak żadnemu belfrowi nic się nie pokićkało
i nie zrobił lekcji pokazującej, jak Kuraś „Ogień” wysyła do nieba Żydów, „Bury” – Białorusinów, a ludzie Łupaszki kogo popadnie, to okólnik zawiera tegoroczne doprecyzowanie co należy świętować i uwypuklać. Znaczy szkoły dostały wykładnię aktualnej polityki historycznej.
I mają uczyć, że „Powojenna konspiracja niepodległościowa była najliczniejszą formą zorganizowanego oporu polskiego społeczeństwa wobec reżimu komunistycznego”. Z cokołu spadła „Solidarność” z jej 10 mln członków, bo widać była albo niezorganizowana, albo nie walczyła z komuną, a poza tym miała w swoich szeregach Wałęsę i Frasyniuka, więc się w walce z reżimem nie liczy. Prof. Antoni Dudek zadałby przy tej okazji MEN pytanie o mikołajczykowski PSL, który miał jakiś milion członków – czy ta formacja była niezorganizowana, czy też nie antykomunistyczna?
MEN przytacza zatem dowody na najlicznieszość Wyklętych. „W zbrojnym podziemiu działało nawet 200 tys. osób zgrupowanych w oddziałach o różnej orientacji. Kolejnych 20 tys. walczyło w partyzantce” – pisze ministerstwo. Nie tłumacząc czym różni się partyzantka od oddziału zbrojnego i dlaczego jest jej nie tyle samo, tylko dziesięciokrotnie mniej.
Ale to i tak nic,
bo „Kilkaset tysięcy osób zapewniało łączność, aprowizację, wywiad i schronienie”.
Jakby nie patrzeć, wychodzi zatem, że z komunistami po wojnie regularnie napieprzał się jakiś milion Polaków. Zwłaszcza, że „Przeciwko władzy występowali także uczniowie zrzeszeni w podziemnych organizacji młodzieżowych – łącznie ok. 20 tys. młodych ludzi”.
Patriotyczny i bohaterski charakter Wyklętych przejawiał się zaś w tym, że „Oddziały zbrojne o antykomunistycznym charakterze walczyły z Urzędem Bezpieczeństwa, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicją Obywatelską”.
O tym, że leśni
napieprzali się też z 2 milionami czerwonoarmistów nie wspomniano. Ani o rozstrzeliwaniu zdrajców, którzy przyjęli ziemię z reformy rolnej.
Oczywiście nie ma w okólniku słowa o tym, że wiosną 1945 r. PPR miała 300 tys. członków, a w 1948 r. już 900 tys. Podanie tego mogłoby nieco zaciemnić młodzieży postrzeganie czasów, które mają mieć przekaz jasny, sprowadzający się do stwierdzenia, że naród polski w znakomitej większości walczył ze garstka zdrajców przyprowadzonych do nas przez Sowietów.
Informacje o liczebności PPR podali w 2007 r. w przedmowie do „Atlasu Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944 – 1956” prof. Rafał Wnuk z KUL i dr Sławomir Poleszak z IPN. Dokładnie w tym samym tekście sprzed 13 lat zawarli wszystko, co polscy historycy byli w stanie wygrzebać w archiwach o liczebności powojennego podziemia.
Czyli informację, że już w 1945 roku przed komisjami amnestyjnymi stanęło 30 217 osób, które zdały 2 tys. sztuk broni. Historycy dołożyli i fakt, że w wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, działalność swą ujawniło też 23 257 osób przetrzymywanych w więzieniach i aresztach. I wyszło im, że łącznie ta „amnestia objęła 76 574 osoby – członków organizacji podziemnych i oddziałów partyzanckich oraz dezerterów z WP, MO, KBW i UB”.
Wnuka i Poleszka środowisko historyków sobie ceni. I dlatego nikt nie kwestionuje liczb, które podają, a z nich wynika, że w 1945 r. w lesie przebywało 13-17 tys. osób, w 1946 r. 6600-8600, zaś po amnestii, w latach 1947-1950 przez oddziały przewinęło się do 1800 partyzantów.
Różnica między niecałymi 2 tysiącami, a 20 tysiącami Wyklętych, którymi posługuje się MEN jest zasadnicza, bo 10-krotna. I kłamliwa.
Żaden szanujący się badacz
nie pisze o kilkuset tysiącach osób czynnie wspomagających powojenne podziemie. Bo to bzdura jakaś jest i w dodatku zaprzeczająca narracji o krwawym terrorze i wszechobecnym donosicielstwie wprowadzonym przez UB. Ale dla MEN wciśnięcie takiego kitu uczniom, nie jest problemem.
Tak samo jak wymyślenie 20 tysięcy antykomunistycznie zorganizowanych uczniów. Poleszek i Wnuk, zjedli na tym zęby i – znając ich – też chcieliby taką liczbę wydmuchać. Ale niestety przeliczyli wszystko co się dało i doszli do wniosku, iż „do 1956 r. w Polsce powstało niemal tysiąc podziemnych grup młodzieżowych, przez które przewinęło się ponad 10 tys. osób.
Organizacje te można podzielić na kilka kategorii. Najliczniejsze nawiązywały do konspiracji wojennej i powojennej, co wyrażało się m.in. w przybieraniu takich nazw, jak AK, WiN czy NSZ . Dużą grupę stanowiły podziemne drużyny harcerskie”. Ponad 10 tys. to jednak nie MEN-owskie 20 tysięcy.
Podawana przez MEN,
idąca w dziesiątki tysięcy, liczebność Wyklętych, to nie jest ostatnie słowo obecnych władz IPN. Dlatego kierujący pracami Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie dr Tomasz Łabuszewski uważa, że „Liczba ok. 300 tys. osób wydaje się racjonalna. Jeżeli przyjmiemy, że w okresie największego rozwoju konspiracji antykomunistycznej w jej szeregach było ok. 200 tysięcy ludzi, to wydaje się, że w okresie tych kilku kolejnych lat możemy dodać 100 tys. osób, zwłaszcza, że ta konspiracja nie zaczyna się w roku 1945, ale moim zdaniem w końcu roku 1943”.
Pewien, że Wyklętych będzie z roku na rok coraz więcej, jest prof. Antoni Dudek. I z jednej strony go to śmieszy, a z drugiej każe przypomnieć jak to jeszcze 40 lat tremu, z komunistycznych kanap takich jak SDKPiL, ówczesna propaganda usiłowała uczynić organizacje masowe. Mechanizm i chęci się nie zmieniły. Tamtym chodziło o rozdmuchanie swojego mitu założycielskiego, tym o dokładnie to samo. A że wybrali sobie nie Solidarność i AK, to będą nadymać balonik z Wyklętymi do granic przyzwoitości.
I tylko szkolnej dziatwy żal…

Rynek pracy wciąż śmieciowy

Minęły już ponad trzy lata rządów PiS i pomimo deklaracji o dobrej zmianie na rynku pracy, nic takiego nie nastąpiło, a wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia sytuacji. Polski rynek pracy jest coraz bardziej podzielony – są dobrze płatne i względnie stabilne miejsca pracy dla części pracowników wysoko wykwalifikowanych, ale zarazem duża część rynku pozostaje zdominowana przez niskopłatne umowy śmieciowe. Jednocześnie rząd uparcie wspiera rodzimą, drobną przedsiębiorczość, chociaż warunki pracy w mikroprzedsiębiorstwach są najgorsze, a skala łamania praw pracowniczych największa.
Rząd ze wsparcia dla małych, polskich firm uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla drobnej rodzimej przedsiębiorczości i osłabienia korporacji zagranicznych. Okazuje się jednak, że zgodnie z danymi GUS sytuacja w małych firmach jest fatalna. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne. Tymczasem w Polsce jest ich coraz więcej i zatrudniają coraz więcej osób. W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach w 2017 r. wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Tymczasem w firmach zatrudniających ponad 9 osób średnia płaca w tym samym czasie wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej. Warto też zwrócić uwagę, że umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach według ostatnich danych miało tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc.. Blisko dwie trzecie miało umowy innego rodzaju.
W kampanii wyborczej PiS obiecywał radykalne ograniczenie śmieciówek i poprawę sytuacji osób o najniższych dochodach, niestety jednak obietnice nie zostały dotrzymane, a wręcz sytuacja części pracujących uległa pogorszeniu. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc.. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrostu liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.. Na dodatek z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że ponad jedna czwarta firm nie przestrzega przepisów dotyczących minimalnego wynagrodzenia.
GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Nieznacznie zmniejszyła się jedynie liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2017 r. takich osób było 1,2 mln, czyli o około 4 proc. mniej niż w 2016 r., ale skala śmieciowego zatrudnienia wciąż jest olbrzymia, a przecież jeszcze kilkaset tysięcy osób pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży i setki tysięcy ludzi pracuje w szarej strefie. Na dodatek Polska pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową pod koniec 2018 r. miało ponad 3 mln osób, czyli 23,4 proc. pracowników etatowych.
Nie ma też dobrej zmiany w zależnym bezpośrednio od władzy sektorze publicznym. PiS krytykował rządy PO-PSL za kilkuletnie zamrożenie płac w budżetówce, a tymczasem wynagrodzenia setek tysięcy pracowników sektora publicznego i samorządowego wciąż utrzymują się na bardzo niskim poziomie. W ciągu ostatnich trzech lat wynagrodzenia w budżetówce były wskaźnikowo zamrożone, choć rząd zwiększał fundusz płac o 1-2 mld zł rocznie. Oznaczało to, że jednostki budżetowe otrzymywały większe pieniądze, ale decyzje o podwyżkach podejmowali kierownicy poszczególnych placówek. W konsekwencji pensje pracowników posłusznych władzy rosły szybciej niż wszystkich innych. Niektórzy otrzymywali gigantyczne premie, nagrody i podwyżki, inni nie dostawali nic.
Również warunki pracy w spółkach skarbu państwa poprawiły się przede wszystkich dla nominatów obecnej władzy, a wielu prezesów bardzo źle traktuje pracowników, łamiąc prawa pracownicze, stosując mobbing i dyskryminując nieprzychylne rządowi związki zawodowe.
Wreszcie, pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego, wciąż na niskim poziomie pozostają w Polce wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia, co szczególnie dotyczy kobiet. Zgodnie z ostatnimi danymi GUS współczynnik aktywności zawodowej wyniósł w IV kw. 2018 r. 56,1 proc. (mężczyzn 64,9 proc., a kobiet zaledwie 48,0 proc.) wobec 56,8 proc. kwartał wcześniej (spadek o 0,6 pkt proc. u mężczyzn i 0,9 pkt. proc. u kobiet). Dwa lata wcześniej było to 56,3 proc., a trzy lata temu 56,5 proc.. Innymi słowy z roku na rok pogarszają się wskaźniki aktywności zawodowej! Pogorszył się też wskaźnik zatrudnienia. W IV kwartale 2018 r. wyniósł on 54,0 proc. (u mężczyzn 62,6 proc., a u kobiet tylko 46,1 proc.) wobec 54,6 proc. w III kw., co oznacza spadek o ponad 200 tys. osób. Warto zwrócić uwagę, że spadek u kobiet wyniósł aż 1 pkt proc., a u mężczyzn tylko 0,3 pkt, proc.
Okazuje się więc, że szybki rozwój gospodarczy, spadek bezrobocia, wzrost ściągalności podatków nie przełożyły się na znaczącą poprawę sytuacji pracowników. Rządy PiS to stracona szansa na rynku pracy.

Śmieciowy rynek… pracy

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrost liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.

GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Szacunkowa liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2017 r. wyniosła ok. 1,2 mln i w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r. zmniejszyła się o ok. 4 proc.

Dane GUS dowodzą, że wbrew tezom liberalnych ekspertów sytuacja na polskim rynku pracy wcale nie jest dobra. Rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną, a ponadto zwiększa się skala samozatrudnienia, które w wielu przypadkach ma charakter wymuszony. Chociaż spadła stopa bezrobocia, dużą część rynku pracy stanowią niestabilne, niskopłatne formy zatrudnienia.

Na dodatek Polska wciąż pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową według ostatnich danych GUS ma ponad 3,1 mln osób, czyli blisko 24 proc. pracowników etatowych. Ponadto setki tysięcy ludzi pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży, wolontariatu czy w szarej strefie. Łącznie około połowy pracujących ma niestandardowe rodzaje zatrudnienia, a na dodatek płace znacznej części pracowników budżetówki od wielu lat są zamrożone. Smutny obraz polskiego rynku pracy uzupełniają raporty Państwowej Inspekcji Pracy, z których wynika, że pracodawcy na masową skalę łamią przepisy prawa pracy, co dotyczy między innymi ewidencji czasu pracy czy omijania etatowego zatrudnienia. W świetle tych danych za ponury żart należy uznać często powtarzaną tezę, zgodnie z którą mamy w Polsce rynek pracownika.

68,5 mln uchodźców

Urząd Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców podał wiadomość o liczbie uchodźców, którzy w 2017 roku zmuszeni byli opuścić swoje domy z powodu konfliktów zbrojnych lub prześladowań. Było ich aż 68,5 miliona.

 

Wysoki Komisarz ds. Uchodźców (UNHCR) zwrócił uwagę, że to już piąty rok z rzędu, kiedy ta liczba wzrasta – i tym samym stanowi nowy, niechlubny rekord. W dodatku połowę uciekinierów stanowią dzieci. Na świecie w ubiegłym roku tylko oficjalnie odnotowano pojawienie się 16,2 miliona przesiedleńców (daje to 44 tys. dziennie i 31 osób co minutę).

„Uchodźcy, którzy uciekli ze swych krajów przed konfliktami i prześladowaniem, stanowią 25,4 mln z 68,5 mln przesiedleńców, czyli o 2,9 mln więcej niż w roku 2016. Jest to także największy wzrost odnotowany przez UNHCR w jednym roku” – czytamy w dokumencie. – ”Liczba osób ubiegających się o azyl, czyli tych, które wciąż oczekują na status uchodźcy pod koniec 2017 r. wzrosła o ok. 300 tys. do 3,1 mln. 40 milionów osób to osoby przesiedlone w obrębie swych krajów i liczba ta zmniejszyła się bardzo nieznacznie w porównaniu z rokiem 2016”.

– Znajdujemy się w decydującym momencie, kiedy odpowiednia reakcja na przymusowe przesiedlenia na całym świecie wymaga nowego i bardziej kompleksowego podejścia tak, by poszczególne kraje i społeczności nie były pozostawione samym sobie w tych sytuacjach – powiedział na konferencji prasowej Wysoki Komisarz Filippo Grandi.

Skąd uciekają ludzie? Ranking przedstawia się następująco: Syria, Afganistan, Sudan Południowy, Birma i Somalia – to kraje będące w zainteresowaniu UNHCR, spośród których pochodzi najwięcej ubiegłorocznych uchodźców (ponad 19 mln). Natomiast do osobnej kategorii wrzucono Palestynę, będącą pod opieką UNWRA (aż 5,4 mln).

Uchodźców wewnętrznych również najwięcej ma Syria. Później: Kolumbia, Demokratyczna Republika Konga i Afganistan.

Co ciekawe, raport pokazuje pewien trend, który może być dla opinii publicznej zaskoczeniem: 85 procent uchodźców ucieka do krajów rozwijających się, również na półkuli południowej, tymczasem „powszechne jest przekonanie, że osoby wygnane na całym świecie znajdują się głównie w krajach półkuli północnej”.