Przerwana dekada

Nigdy nie piliśmy tyle wódki, nie jedliśmy tyle masła, nie słodziliśmy taką ilością cukru i nie wypalaliśmy tylu papierosów, jak w ostatnim roku Gierka. A do tego wszystkie granice były do przekroczenia jedynie na dowód osobisty z odpowiednią pieczątką. Polak potrafił!

Gdy czyta się dziś te gusowskie dane, a wtedy miało się na tyle lat, żeby wiedzieć o co wokół biega, a w dodatku nie mieszkało się na Śląsku, w Warszawie, albo innym mieście wojewódzkim, to ma się dziwne wrażenie, że ktoś poważnie traktuje cyferki, które powstały tylko by potwierdzać tezy ówczesnej władzy.

Byt określa świadomość

Jak bowiem interpretować dane mówiące, że w 1980 roku każdy z nas jadł tyle mięsa co dziś? Na prowincji szynkę oglądano tylko w „Potopie” Hoffmana. Żeby ją kupić, trzeba było nawiedzić duże miasto. Tak naprawdę, sklepy oferowały tam jedynie, co pośledniejsze fragmenty umięśnienia zabitych świń i krów, zaś w ladach z wędliną królowały pasztetowa i kaszanka.

Od sierpnia 1976 roku cukier był na kartki. Przypadało po 2 kg na osobę i kosztował 10,50 zł. Jak komuś było mało, to mógł doopatrzyć się w sklepie komercyjnym, ale już za 26 zł za kilogram.

Z dzisiejszej perspektywy, 2 kilo cukru na łeb, wydaje się ilością nie do przesłodzenia, ale trzeba pamiętać, że wtedy ludność pracująca miast i wsi zajmowała się masowo przerabianiem owoców na przetwory i domowym wypiekiem ciast. A najśmieszniejsze jest to, że gdyby wtedy i teraz podzielić cały cukier, przeznaczony do sprzedaży dla konsumentów indywidualnych i przemysłu, na statystyczną głowę, to wyjdzie, że zużywamy go niemal tyle samo.

W początkach roku 1980 bimber był wspomnieniem. Nie opłacało się go pędzić, bo Polski Monopol Spirytusowy zapewniał ciągłe dostawy gorzały i spirytusu. Naród skwapliwie z tego korzystał, osiągając wynik ok. 15 litrów wódki na przeciętnego Polaka w wieku od 0 do 100 lat. Cena pół litra wynosiła wówczas 120 zł.

Na żarcie 33 lata temu szło 23 procent zarobków. Na alkohol 14 procent. Może ta ostatnia dana wpływa na dziwny sentyment do czasów Gierka? Procenty zaburzają wszak postrzeganie.

Średnie zarobki w tamtych czasach to nieco ponad 5 tys. zł. Czarnorynkowy dolar był do nabycia za 120 zł. Flaszka „Wyborowej” w „Pewexie” kosztowała 95 centów, a Levisy, czy Wranglery 18 dolców, chyba, że trafiło się na promocję po 11. Oczywiście sklepy „Pewexu” też były tylko w dużych miastach. Tyle, że z dojazdem tam nie było żadnych problemów.

Według dzisiejszych ekologów PRL, z jego komunikacją publiczną, jest niedościgłym wzorcem. Autobusy dojeżdżały do każdej pipidówy. Zakłady pracy przywoziły i odwoziły chłoporobotników pod ich zagrody. Ceny biletów w PKS i PKP były bardziej niż przystępne. O komunikacji miejskiej nie wspominając.

Prymat ekologii w transporcie przejawiał się też w cenach rowerów. Za jedną wypłatę można było sobie sprawić trzy bicykle. Na rocznego Poloneza zaś (rocznego, bo na nówkę trzeba było mieć talon) trzeba było odkładać 100 procent zarobków przez 5 lat.

Ekologia ta nie przekładała się jednak na wskaźniki zdrowotne. Według Światowej Organizacji Zdrowia w drugiej połowie lat 70. w Polsce zaczęła rosnąć śmiertelność, osiągając maksimum w 1980. Dotyczyło to zwłaszcza mężczyzn w wieku 45-55 lat. Za główne przyczyny tego stanu uznano zanieczyszczenie środowiska, złe warunki pracy, przeludnione mieszkania, alkoholizm, złą dietę i pogorszenie się opieki medycznej.

Rzecz jasna, takie oceny do przeciętnego Polaka nie miały prawa trafiać. Dbał o to Urząd Kontroli Publikacji, Prasy i Widowisk, czyli cenzura. Działała ona jednak, jak wszystko w tych czasach – tak sobie. Zabraniała wydawać oficjalnie Andrzejewskiego, a puściła „Człowieka z marmuru”. Blokowała informacje o zanieczyszczeniu środowiska, ale nie miała oporów względem wyrywaniu murom zębów krat przez Jacka Kaczmarskiego. Zakazała puszczania w radiu „Rasputina” Boney M, ale przymknęła oko na „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Barei.

Oficjalna propaganda robiła władzy ludowej krzywdę. Wmówiła ludziom, że Polska jest dziesiątą potęgą przemysłową świata, a ludzie w to uwierzyli. I gdy wyjeżdżając na dowód osobisty do Budapesztu widzieli w tamtejszych sklepach Wranglery za forinty, w Czechosłowacji, półki sklepów mięsnych uginające się od wędlin, a w NRD szampon „Grune Apfel” i buty „Salamander”, to najzwyczajniej w świecie się wkurwiali.

Zaczęli jechać po ekscesach młodego Jaroszewicza, wymyślać przeloty Gierkowej do paryskich fryzjerni i przypierdalać się do zaopatrzenia sklepików w Komitetach Wojewódzkich. Tłumaczyli nawet z węgierskiego sformułowanie „edziogierek” co miało znaczyć bieda z nędzą.

Jako dzieci socjalizmu, Polacy przełomu lat 70 – 80-tych mieli wpojony egalitaryzm i nagle dostrzegli, że ci przy korycie mają więcej i mogą więcej.

Nadbudowa przerasta bazę

Politycznie, ostatni rok Gierka zaczął się tuż po odbębnieniu przez Wojtyłę, w czerwcu 1979 roku, wycieczki do Polski. Papieski wojaż dołożył się do, spowodowanego zimą stulecia, ponad miesięcznego przestoju gospodarki. Efektem tych dwu klęsk żywiołowych było to, że pierwszy raz po wojnie, PRL-owski PKB, zanurkował pod kreskę.

Wychwalacze „przerwanej dekady” opowiadają o wielkim skoku cywilizacyjnym, po roku 70-tym. O budowie niemal 600 zakładów, elektrowni, Centralnej Magistrali Kolejowej, „gierkówki”, Portu Północnego i 200-300 tysięcy mieszkań rocznie.

Wszystko fajnie, tyle, że fabryki i licencje kupowano w początku lat 70-tych. Przed wybuchem pierwszego powojennego kryzysu w gospodarce światowej, czyli krachu naftowego. Po nim, popyt na produkcję z nowych fabryk walnął się na tyle, że po roku 1976 przestano myśleć o kolejnych kredytowych inwestycjach. Widać było wyraźnie, że robi się coraz większa kicha.

W roku 1979 Polska miała do spłacenia 23 mld dolarów długu. Z tego 3,7 mld dolarów to były kredyty bieżące, handlowe np. na zakup zboża, surowców, które trzeba było od razu spłacić. Długi długookresowe wynosiły 19, 6 mld. dolarów. Same odsetki od nich to mniej więcej tyle ile 25 proc. ówczesnego, polskiego eksportu. Skala długu przerastała zdolność ich obsługi przez państwo, a gospodarka uzależniona od importu, na który ją nie stać, nie była w stanie produkować w dotychczasowej skali.

Ale z drugiej strony, zadłużenie wynosiło jedynie około 43% polskiego PKB. I to bez konstytucyjnej kotwicy zawieszonej na 60 procentach!

Wyznawcy gierkowego geniuszu mówią, że w roku 1980 Zachód nagle nabrał ochoty na polskie produkty. Pojawiły się szanse, by Polska przyspieszyła eksport. Wykorzystano to tylko częściowo, w pierwszej połowie roku. I znowu Polska rosłaby w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Niestety rozpoczęły się strajki.

A trzeba przyznać, że miał kto strajkować. W 1970 r. w polskim przemyśle pracowało ok. 3 mln 78 tys. ludzi. Po 10 latach, było ich już ok. 5 mln 245 tys. osób.

Z przemysłu utrzymywało się, wraz z rodzinami, ok. 14-16 mln ludzi, czyli ok. 40 proc. obywateli PRL. Zatrudnienie osiągnęło swój szczyt i nigdy już nie przekroczyło tego poziomu.

W dzisiejszych czasach, gdy rządowi brakuje kaski, to podnosi VAT, PIT czy inną akcyzę. Wtedy takich wynalazków fiskalnych nie było. Jedyna możliwość wydrenowania obywatela tkwiła w cięciu zarobków lub podwyższaniu cen. Podwyżka z roku 1976 zakończyła się jej odwołaniem, Radomiem i powstaniem KOR-u.

W początku 1980 roku władza nie miała dużego pola manewru. Próbowano wykorzystać metodę, dekadę później twórczo rozwiniętą przez Wałęsę. Gierek wymienił zderzak o nazwie Jaroszewicz na taki o nazwie Babiuch. Nic to nie dało. A na dodatek organizujący Igrzyska Olimpijskie towarzysze z Kremla domagali się wrzutki polskiego mięsa do moskiewskich sklepów. Prośbom Breżniewa się nie odmawiało. Na Wschód ruszyły transporty z żarciem. Rynek polski sechł. Na 1 lipca ogłoszono podwyżki cen mięsa. No i się zaczęło.

Opium dla mas

Stanął Lublin, Świdnik, Sanok i Tarnów. Postulaty były proste. Wstrzymać wzrost cen, dać podwyżki i przywrócić wkładkę mięsną w posiłku regeneracyjnym.

Władza dymała do strajkujących i podpisywała co chcieli. Z reguły zgadzała się na 40 proc podwyżki wynagrodzeń żądanych przez protestujących. Strajki gasły. Zaczynały się igrzyska. Dosłownie. Znicz olimpijski płonął na Łużnikach od 19 lipca do 3 sierpnia. Polscy sportowcy zdobywając wiele medali i wykonując gest Kozakiewicza, wyrządzili władzy ludowej niedźwiedzią przysługę. Polacy jeszcze bardziej uwierzyli, że są potęgą i zasługują na więcej.

Po igrzyskach ruszyła kolejna fala strajków i dotarła oczywiście do stoczni. Stoczni, które jak twierdzi Antoni Dudek, istniały tylko dlatego, że uskuteczniały „skrajnie deficytowy eksport statków do ZSRR”.

Strajki trwają, a Gierek coraz mniej. Na nic zdaje się kolejna zmiana premiera. Nic nie pomaga władzy wezwanie przez prymasa Wyszyńskiego robotników do rozsądku i zakończenia strajku. Dochodzi do podpisania porozumień sierpniowo wrześniowych, po czym Edward Gierek dostaje ataku serca i kończy karierę polityczną.

Od tego momentu zaczyna się jego legenda. Początkowo czarna, by z latami i publicystyką Janusza Rolickiego bieleć, czy wręcz błyszczeć. Legenda zaś zaczyna przechodzić w bajki.

Pierwsza jest o dobrym Gierku, co to zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Bajka ta pięknie zgrywa się z tezą samego Gierka, który twierdził, że strajki, które go obaliły były robotą złych ludzi z „esbecji”. Skoro lud tak bardzo kochał swego przywódcę, to czemu rok po jego upadku „Solidarność” liczyła 10 milionów członków? Chcieli obalić Kanię i Jaruzelskiego, aby przywrócić towarzysza Edwarda?

Druga, równie głupia legenda, mówi o tym, że Gierek był tak zamordystyczny, że pod jego koniec wszyscy byli antykomunistami. Więc, gdy przyjechał papież, Polacy się policzyli, przestali lękać i wespół w zespół zmienili oblicze ziemi, tej ziemi. Rzecz jasna, to w ramach tego antykomunizmu, nad bramą Stoczni widniał napis „Proletariusze wszystkich zakładów łączcie się”

Koniec dekady Gierka nie ma jednak nic wspólnego z bajkami. Gierek upadł, bo ludzie widzieli, że budując „Drugą Polskę” staczają się w Trzeci Świat. Upadł, bo zaczęły pojawiać się duże nierówności płacowe. Upadł, bo świetny pi-ar wystarczył tylko na sześć lat.

Ale nade wszystko upadł dlatego, że nie wpadł na pomysł, jak wypchnąć z „zielonej wyspy” kilka milionów ludzi do pracy w Wielkiej Brytanii, Holandii i Norwegii, a tym co zostali wypłacić zasiłki za które zapłacą następne pokolenia.

Wiemy, że nic nie wiemy

To stało się polską tradycją: badania opinii publicznej podają zmienne wyniki w zależności od sondażowni i oczywiście, od zamawiającego. Przed II turą wyborów rzeczywiście trudno wskazać zwycięzcę. Jest za to kilka ciekawych wskazówek.
Sondaże wskazują, że Duda i Trzaskowski idą łeb w łeb, a wynik wyborów prawdopodobnie do końca będzie niepewny. Propisowskie „Do Rzeczy” zamówiło sondaż w Estymatorze i wyszło jak drut, że wygra wybory Andrzej Duda z 50,1 proc., zaś po piętach będzie mu deptał Trzaskowski ze swoimi 49,1 proc. Różnice zatem są w granicach błędu statystycznego i obiecują, że gdyby rzeczywiście wybory zakończyły się takim wynikiem i tak minimalną różnicą między kandydatami, zaroiłoby się od oskarżeń o fałszerstwa wyborcze i protestów wyborczych, które rozpatrywałby w ostateczności zdominowany przez PiS wymiar sprawiedliwości.
Natomiast wp.pl zamówiło sondaż w IBRiS i tam wyszło, że wygra Trzaskowski (chęć głosowania na niego zadeklarowało 47,2 proc), natomiast Duda mógłby liczyć na życzliwość i głos 45,9 proc. głosujących. Udział w wyborach w tym badaniu zadeklarowało 65,4 proc ankietowanych. To oznacza, że są jeszcze duże rezerwy. Tym bardziej, że dla rp.pl sondaż przeprowadziła SW Research i na pytanie czy wiedzą na kogo oddadzą głoś, aż 7,2 proc odpowiedziało „nie”, a zatem ta pokaźna grupa może przechylić szalę na korzyść jednego lub drugiego kandydata w zależności od tego, jak skutecznie będą przekonywani przez sztaby wyborcze rywali. Mało tego, 12,2 proc. odpowiedziało, że wiedzą, na kogo zagłosują, ale mogą zmienić zdanie.
Według tego badania wiadomo, że 5,5 proc. nie pójdzie na wybory.
Oczekiwać należy, że w ciągu ostatniego tygodnia przed wyborami wobec tak wyrównanego wyścigu obie strony użyją wszelkich chwytów i środków, by osiągnąć zwycięstwo, co zapowiada jeszcze bardziej brudną kampanię niż ta przed pierwszą turą.

Gospodarka 48 godzin

Unia nam da
Jak zapowiedziała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, Unia przeznaczy 37,3 mld euro, aby łagodzić wpływ epidemii na unijną gospodarkę. Wcześniej mówiono o 25 mld euro. Jeszcze raz okazało się, jak błogosławione było przyjęcie Polski do UE. Nasz kraj ma dostać najwięcej z funduszu przeznaczonego na walkę ze skutkami koronawirusa, bo aż około 7,5 mld euro. Obdarowane państwa członkowskie będą mogły swobodnie decydować, komu zechcą udzielić pomocy publicznej z tych środków i nie będą karane, jeśli zwiększą swój deficyt budżetowy i dług publiczny. Dużo pieniędzy – dla siebie – wyłożą również Chiny na zwalczanie gospodarczych konsekwencji epidemii: prawie 16 miliardów dolarów. Nieco mniej na ten cel przeznaczą Indie – do 13,5 mld dolarów. Natomiast w Korei Południowej powstaje fundusz stymulacyjny w wysokości 9,8 mld dol. W Ameryce Północnej USA i Kanada obniżyły stopy procentowe o pół punktu procentowego (po raz pierwszy od 2009 r.). W Stanach 8,3 mld dol zostanie przeznaczone na zwalczanie koronawirusa i stworzenie szczepionek.

Oj, bo was skontrolujemy
Trwa wymiana ciosów między Marianem Banasiem, zbuntowanym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, a Prawem i Sprawiedliwością. Właśnie PiS jest domniemanym adresatem wystąpienia NIK „w sprawie pojawiających się doniesień o upolitycznieniu działalności NIK”, dotyczącego prób powiązania Izby – a zwłaszcza przeprowadzanych przez nią kontroli – z rzekomą działalnością polityczną. W wystąpieniu tym Kolegium Najwyższej Izby Kontroli (prezes jako przewodniczący, wiceprezesi, dyrektor generalny oraz 14 członków) jednogłośnie stwierdza, iż że wobec pojawiających się w przestrzeni medialnej doniesień, które próbują sytuować Izbę jako przedmiot albo narzędzie walki politycznej, należy przypomnieć, że NIK zajmuje się tymi obszarami państwa, w których zaangażowane są publiczne pieniądze lub majątek: sprawdza, czy instytucje publiczne wykonują swoje zadania w sposób skuteczny, wydajny i oszczędny. Izba działa według jasno określonych zasad: przejrzystości intencji, rzetelności informacji, apolityczności kontrolerów oraz kolegialności w podejmowaniu decyzji. Wystąpienie informuje (czy może raczej ostrzega), że w planowaniu kontroli ogromną rolę odgrywa Kolegium NIK, które zatwierdza priorytetowe tematy. Można by dopowiedzieć: niech więc rządzący nie podskakują, bo nie od nich zależy kiedy i w jakiej sprawie zostaną skontrolowani.

Będzie nas ubywać
Wedle Głównego Urzędu Statystycznego, ludność w Polsce na 31 grudnia 2019 r. liczyła 38,4 mln osób, z czego mieszkający na stałe stanowili 37,9 mln. Prognoza GUS na 2050 r. zakłada, że wtedy będzie nas 33,9 mln. Natomiast im dalej, tym będzie nas mniej, aż do całkowitego wymarcia Polaków (co spotka najprawdopodobniej niemal całą ludność Europy). To jednak jeszcze nie nastąpi zaraz, lecz za kilka tysięcy lat. W 2100 r. będzie żyć w Polsce jeszcze 27,5 mln. osób według Eurostatu, urzędu statytycznego Unii Europejskiej. Mniej optymistyczna jest Organizacja Narodów Zjednoczonych. ONZ prognozuje, iż w tymże 2100 r. będzie już tylko 23,0 mln Polaków.

Jak się mnożą „Wyklęci”

Przez ostatnie kilkanaście lat, antykomunistyczne, powojenne podziemie rozrosło się 15 – krotnie. I nic nie wskazuje, żeby na tym poprzestało.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało okólnik. Taki, żeby wszystkie „szkoły i placówki oświatowe” włączyły się w obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Pan minister Piontkowski chciałby „ aby uczniowie wspólnie z nauczycielami zorganizowali w pierwszym tygodniu marca wydarzenia edukacyjne poświęcone bohaterom podziemia antykomunistycznego. Mogą to być spotkania ze świadkami historii, wizyty w lokalnych miejscach pamięci, lekcje o „Żołnierzach Wyklętych” czy apele pamięci”.
Żeby jednak żadnemu belfrowi nic się nie pokićkało
i nie zrobił lekcji pokazującej, jak Kuraś „Ogień” wysyła do nieba Żydów, „Bury” – Białorusinów, a ludzie Łupaszki kogo popadnie, to okólnik zawiera tegoroczne doprecyzowanie co należy świętować i uwypuklać. Znaczy szkoły dostały wykładnię aktualnej polityki historycznej.
I mają uczyć, że „Powojenna konspiracja niepodległościowa była najliczniejszą formą zorganizowanego oporu polskiego społeczeństwa wobec reżimu komunistycznego”. Z cokołu spadła „Solidarność” z jej 10 mln członków, bo widać była albo niezorganizowana, albo nie walczyła z komuną, a poza tym miała w swoich szeregach Wałęsę i Frasyniuka, więc się w walce z reżimem nie liczy. Prof. Antoni Dudek zadałby przy tej okazji MEN pytanie o mikołajczykowski PSL, który miał jakiś milion członków – czy ta formacja była niezorganizowana, czy też nie antykomunistyczna?
MEN przytacza zatem dowody na najlicznieszość Wyklętych. „W zbrojnym podziemiu działało nawet 200 tys. osób zgrupowanych w oddziałach o różnej orientacji. Kolejnych 20 tys. walczyło w partyzantce” – pisze ministerstwo. Nie tłumacząc czym różni się partyzantka od oddziału zbrojnego i dlaczego jest jej nie tyle samo, tylko dziesięciokrotnie mniej.
Ale to i tak nic,
bo „Kilkaset tysięcy osób zapewniało łączność, aprowizację, wywiad i schronienie”.
Jakby nie patrzeć, wychodzi zatem, że z komunistami po wojnie regularnie napieprzał się jakiś milion Polaków. Zwłaszcza, że „Przeciwko władzy występowali także uczniowie zrzeszeni w podziemnych organizacji młodzieżowych – łącznie ok. 20 tys. młodych ludzi”.
Patriotyczny i bohaterski charakter Wyklętych przejawiał się zaś w tym, że „Oddziały zbrojne o antykomunistycznym charakterze walczyły z Urzędem Bezpieczeństwa, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicją Obywatelską”.
O tym, że leśni
napieprzali się też z 2 milionami czerwonoarmistów nie wspomniano. Ani o rozstrzeliwaniu zdrajców, którzy przyjęli ziemię z reformy rolnej.
Oczywiście nie ma w okólniku słowa o tym, że wiosną 1945 r. PPR miała 300 tys. członków, a w 1948 r. już 900 tys. Podanie tego mogłoby nieco zaciemnić młodzieży postrzeganie czasów, które mają mieć przekaz jasny, sprowadzający się do stwierdzenia, że naród polski w znakomitej większości walczył ze garstka zdrajców przyprowadzonych do nas przez Sowietów.
Informacje o liczebności PPR podali w 2007 r. w przedmowie do „Atlasu Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944 – 1956” prof. Rafał Wnuk z KUL i dr Sławomir Poleszak z IPN. Dokładnie w tym samym tekście sprzed 13 lat zawarli wszystko, co polscy historycy byli w stanie wygrzebać w archiwach o liczebności powojennego podziemia.
Czyli informację, że już w 1945 roku przed komisjami amnestyjnymi stanęło 30 217 osób, które zdały 2 tys. sztuk broni. Historycy dołożyli i fakt, że w wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, działalność swą ujawniło też 23 257 osób przetrzymywanych w więzieniach i aresztach. I wyszło im, że łącznie ta „amnestia objęła 76 574 osoby – członków organizacji podziemnych i oddziałów partyzanckich oraz dezerterów z WP, MO, KBW i UB”.
Wnuka i Poleszka środowisko historyków sobie ceni. I dlatego nikt nie kwestionuje liczb, które podają, a z nich wynika, że w 1945 r. w lesie przebywało 13-17 tys. osób, w 1946 r. 6600-8600, zaś po amnestii, w latach 1947-1950 przez oddziały przewinęło się do 1800 partyzantów.
Różnica między niecałymi 2 tysiącami, a 20 tysiącami Wyklętych, którymi posługuje się MEN jest zasadnicza, bo 10-krotna. I kłamliwa.
Żaden szanujący się badacz
nie pisze o kilkuset tysiącach osób czynnie wspomagających powojenne podziemie. Bo to bzdura jakaś jest i w dodatku zaprzeczająca narracji o krwawym terrorze i wszechobecnym donosicielstwie wprowadzonym przez UB. Ale dla MEN wciśnięcie takiego kitu uczniom, nie jest problemem.
Tak samo jak wymyślenie 20 tysięcy antykomunistycznie zorganizowanych uczniów. Poleszek i Wnuk, zjedli na tym zęby i – znając ich – też chcieliby taką liczbę wydmuchać. Ale niestety przeliczyli wszystko co się dało i doszli do wniosku, iż „do 1956 r. w Polsce powstało niemal tysiąc podziemnych grup młodzieżowych, przez które przewinęło się ponad 10 tys. osób.
Organizacje te można podzielić na kilka kategorii. Najliczniejsze nawiązywały do konspiracji wojennej i powojennej, co wyrażało się m.in. w przybieraniu takich nazw, jak AK, WiN czy NSZ . Dużą grupę stanowiły podziemne drużyny harcerskie”. Ponad 10 tys. to jednak nie MEN-owskie 20 tysięcy.
Podawana przez MEN,
idąca w dziesiątki tysięcy, liczebność Wyklętych, to nie jest ostatnie słowo obecnych władz IPN. Dlatego kierujący pracami Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie dr Tomasz Łabuszewski uważa, że „Liczba ok. 300 tys. osób wydaje się racjonalna. Jeżeli przyjmiemy, że w okresie największego rozwoju konspiracji antykomunistycznej w jej szeregach było ok. 200 tysięcy ludzi, to wydaje się, że w okresie tych kilku kolejnych lat możemy dodać 100 tys. osób, zwłaszcza, że ta konspiracja nie zaczyna się w roku 1945, ale moim zdaniem w końcu roku 1943”.
Pewien, że Wyklętych będzie z roku na rok coraz więcej, jest prof. Antoni Dudek. I z jednej strony go to śmieszy, a z drugiej każe przypomnieć jak to jeszcze 40 lat tremu, z komunistycznych kanap takich jak SDKPiL, ówczesna propaganda usiłowała uczynić organizacje masowe. Mechanizm i chęci się nie zmieniły. Tamtym chodziło o rozdmuchanie swojego mitu założycielskiego, tym o dokładnie to samo. A że wybrali sobie nie Solidarność i AK, to będą nadymać balonik z Wyklętymi do granic przyzwoitości.
I tylko szkolnej dziatwy żal…

Rynek pracy wciąż śmieciowy

Minęły już ponad trzy lata rządów PiS i pomimo deklaracji o dobrej zmianie na rynku pracy, nic takiego nie nastąpiło, a wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia sytuacji. Polski rynek pracy jest coraz bardziej podzielony – są dobrze płatne i względnie stabilne miejsca pracy dla części pracowników wysoko wykwalifikowanych, ale zarazem duża część rynku pozostaje zdominowana przez niskopłatne umowy śmieciowe. Jednocześnie rząd uparcie wspiera rodzimą, drobną przedsiębiorczość, chociaż warunki pracy w mikroprzedsiębiorstwach są najgorsze, a skala łamania praw pracowniczych największa.
Rząd ze wsparcia dla małych, polskich firm uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla drobnej rodzimej przedsiębiorczości i osłabienia korporacji zagranicznych. Okazuje się jednak, że zgodnie z danymi GUS sytuacja w małych firmach jest fatalna. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne. Tymczasem w Polsce jest ich coraz więcej i zatrudniają coraz więcej osób. W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach w 2017 r. wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Tymczasem w firmach zatrudniających ponad 9 osób średnia płaca w tym samym czasie wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej. Warto też zwrócić uwagę, że umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach według ostatnich danych miało tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc.. Blisko dwie trzecie miało umowy innego rodzaju.
W kampanii wyborczej PiS obiecywał radykalne ograniczenie śmieciówek i poprawę sytuacji osób o najniższych dochodach, niestety jednak obietnice nie zostały dotrzymane, a wręcz sytuacja części pracujących uległa pogorszeniu. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc.. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrostu liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.. Na dodatek z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że ponad jedna czwarta firm nie przestrzega przepisów dotyczących minimalnego wynagrodzenia.
GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Nieznacznie zmniejszyła się jedynie liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2017 r. takich osób było 1,2 mln, czyli o około 4 proc. mniej niż w 2016 r., ale skala śmieciowego zatrudnienia wciąż jest olbrzymia, a przecież jeszcze kilkaset tysięcy osób pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży i setki tysięcy ludzi pracuje w szarej strefie. Na dodatek Polska pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową pod koniec 2018 r. miało ponad 3 mln osób, czyli 23,4 proc. pracowników etatowych.
Nie ma też dobrej zmiany w zależnym bezpośrednio od władzy sektorze publicznym. PiS krytykował rządy PO-PSL za kilkuletnie zamrożenie płac w budżetówce, a tymczasem wynagrodzenia setek tysięcy pracowników sektora publicznego i samorządowego wciąż utrzymują się na bardzo niskim poziomie. W ciągu ostatnich trzech lat wynagrodzenia w budżetówce były wskaźnikowo zamrożone, choć rząd zwiększał fundusz płac o 1-2 mld zł rocznie. Oznaczało to, że jednostki budżetowe otrzymywały większe pieniądze, ale decyzje o podwyżkach podejmowali kierownicy poszczególnych placówek. W konsekwencji pensje pracowników posłusznych władzy rosły szybciej niż wszystkich innych. Niektórzy otrzymywali gigantyczne premie, nagrody i podwyżki, inni nie dostawali nic.
Również warunki pracy w spółkach skarbu państwa poprawiły się przede wszystkich dla nominatów obecnej władzy, a wielu prezesów bardzo źle traktuje pracowników, łamiąc prawa pracownicze, stosując mobbing i dyskryminując nieprzychylne rządowi związki zawodowe.
Wreszcie, pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego, wciąż na niskim poziomie pozostają w Polce wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia, co szczególnie dotyczy kobiet. Zgodnie z ostatnimi danymi GUS współczynnik aktywności zawodowej wyniósł w IV kw. 2018 r. 56,1 proc. (mężczyzn 64,9 proc., a kobiet zaledwie 48,0 proc.) wobec 56,8 proc. kwartał wcześniej (spadek o 0,6 pkt proc. u mężczyzn i 0,9 pkt. proc. u kobiet). Dwa lata wcześniej było to 56,3 proc., a trzy lata temu 56,5 proc.. Innymi słowy z roku na rok pogarszają się wskaźniki aktywności zawodowej! Pogorszył się też wskaźnik zatrudnienia. W IV kwartale 2018 r. wyniósł on 54,0 proc. (u mężczyzn 62,6 proc., a u kobiet tylko 46,1 proc.) wobec 54,6 proc. w III kw., co oznacza spadek o ponad 200 tys. osób. Warto zwrócić uwagę, że spadek u kobiet wyniósł aż 1 pkt proc., a u mężczyzn tylko 0,3 pkt, proc.
Okazuje się więc, że szybki rozwój gospodarczy, spadek bezrobocia, wzrost ściągalności podatków nie przełożyły się na znaczącą poprawę sytuacji pracowników. Rządy PiS to stracona szansa na rynku pracy.

Śmieciowy rynek… pracy

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrost liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.

GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Szacunkowa liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2017 r. wyniosła ok. 1,2 mln i w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r. zmniejszyła się o ok. 4 proc.

Dane GUS dowodzą, że wbrew tezom liberalnych ekspertów sytuacja na polskim rynku pracy wcale nie jest dobra. Rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną, a ponadto zwiększa się skala samozatrudnienia, które w wielu przypadkach ma charakter wymuszony. Chociaż spadła stopa bezrobocia, dużą część rynku pracy stanowią niestabilne, niskopłatne formy zatrudnienia.

Na dodatek Polska wciąż pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową według ostatnich danych GUS ma ponad 3,1 mln osób, czyli blisko 24 proc. pracowników etatowych. Ponadto setki tysięcy ludzi pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży, wolontariatu czy w szarej strefie. Łącznie około połowy pracujących ma niestandardowe rodzaje zatrudnienia, a na dodatek płace znacznej części pracowników budżetówki od wielu lat są zamrożone. Smutny obraz polskiego rynku pracy uzupełniają raporty Państwowej Inspekcji Pracy, z których wynika, że pracodawcy na masową skalę łamią przepisy prawa pracy, co dotyczy między innymi ewidencji czasu pracy czy omijania etatowego zatrudnienia. W świetle tych danych za ponury żart należy uznać często powtarzaną tezę, zgodnie z którą mamy w Polsce rynek pracownika.

68,5 mln uchodźców

Urząd Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców podał wiadomość o liczbie uchodźców, którzy w 2017 roku zmuszeni byli opuścić swoje domy z powodu konfliktów zbrojnych lub prześladowań. Było ich aż 68,5 miliona.

 

Wysoki Komisarz ds. Uchodźców (UNHCR) zwrócił uwagę, że to już piąty rok z rzędu, kiedy ta liczba wzrasta – i tym samym stanowi nowy, niechlubny rekord. W dodatku połowę uciekinierów stanowią dzieci. Na świecie w ubiegłym roku tylko oficjalnie odnotowano pojawienie się 16,2 miliona przesiedleńców (daje to 44 tys. dziennie i 31 osób co minutę).

„Uchodźcy, którzy uciekli ze swych krajów przed konfliktami i prześladowaniem, stanowią 25,4 mln z 68,5 mln przesiedleńców, czyli o 2,9 mln więcej niż w roku 2016. Jest to także największy wzrost odnotowany przez UNHCR w jednym roku” – czytamy w dokumencie. – ”Liczba osób ubiegających się o azyl, czyli tych, które wciąż oczekują na status uchodźcy pod koniec 2017 r. wzrosła o ok. 300 tys. do 3,1 mln. 40 milionów osób to osoby przesiedlone w obrębie swych krajów i liczba ta zmniejszyła się bardzo nieznacznie w porównaniu z rokiem 2016”.

– Znajdujemy się w decydującym momencie, kiedy odpowiednia reakcja na przymusowe przesiedlenia na całym świecie wymaga nowego i bardziej kompleksowego podejścia tak, by poszczególne kraje i społeczności nie były pozostawione samym sobie w tych sytuacjach – powiedział na konferencji prasowej Wysoki Komisarz Filippo Grandi.

Skąd uciekają ludzie? Ranking przedstawia się następująco: Syria, Afganistan, Sudan Południowy, Birma i Somalia – to kraje będące w zainteresowaniu UNHCR, spośród których pochodzi najwięcej ubiegłorocznych uchodźców (ponad 19 mln). Natomiast do osobnej kategorii wrzucono Palestynę, będącą pod opieką UNWRA (aż 5,4 mln).

Uchodźców wewnętrznych również najwięcej ma Syria. Później: Kolumbia, Demokratyczna Republika Konga i Afganistan.

Co ciekawe, raport pokazuje pewien trend, który może być dla opinii publicznej zaskoczeniem: 85 procent uchodźców ucieka do krajów rozwijających się, również na półkuli południowej, tymczasem „powszechne jest przekonanie, że osoby wygnane na całym świecie znajdują się głównie w krajach półkuli północnej”.