Lewica = przedsiębiorczość

Władza nie lubi, jak każe się jej słuchać prawdy na swój temat. Woli żyć iluzją, że tylko nieliczni źle jej życzą, a cała reszta jest jej z gruntu przychylna. M. in. dlatego, w jedenastą rocznicę katastrofy smoleńskiej, władza urządziła obchody sama dla siebie. A wszystkich tych, którym dzięki władzy wali się świat i interesy życia idą w ruinę, spacyfikowała za pomocą aparatu represji. I od razu zrobiło się więcej miejsca dla własnego ego.

Strajk przedsiębiorców i Paweł Tanajno chcieli wykrzyczeć w twarz premierowi i prezesowi, że polityka lockdownu zabija. Dosłownie. Nie wierzycie? Dwa przykłady sprzed paru dni. Nastolatka nałykała się paracetamolu. Gdyby czasy i procedury były względnie normalne, zrobiono by jej płukanie żołądka i po sprawie. Dziewczynka miała jednak pecha, bo była covid dodatnia, bezobjawowa. W takich wypadkach wszczęta została procedura. Ta mówi, że wpierw trzeba ją przyjąć na covidowy oddział. Te są oczywiście przepełnione. Efekt? Dziewczynę wożoną z punktu A do punktu B. Teraz czeka na przeszczep wątroby i nie wiadomo czy doczeka. Przykład numer dwa. Zdrowa kobieta w 36-tym tygodniu ciąży ze zdrowym dzieckiem, dostaje krwawienia z dróg rodnych. Gdyby nie było covidowej procedury, w każdym szpitalu położniczym przystąpiono by od razu do czynności. Niestety, pani miała dodatni covid, o czym dowiedziała się na miejscu, gdyż także nie miała żadnych objawów. I tak jak w poprzednim przypadku-wożenie karetką ze szpitala do szpitala. Bo procedura. Dziecko wyciągnięto mocno niedotlenione, z ubytkiem kości ciemieniowej i zgniłymi kiszkami. Jeśliby wpierw ratowano je i matkę, zapewne ciążę udało by się donosić i urodziłoby się zdrowe, a tak czeka teraz w inkubatorze na szybką śmierć, bo dostało 1 punkt w skali Apgar i nikt nie chce się podjąć operacji. Mało Wam? Pójdziecie do znajomego lekarza i zapytajcie go przy wódce, czy nie słyszał u siebie o czymś podobnym.
W biznesie, małym i nieco większym, podobne dramaty też się dzieją. Nie dziwi więc wściekłość ludzi, którzy tracą dorobki swojego życia oraz desperacja, do jakiej rząd i prezydent ich doprowadzają. Doskonale ich rozumiem. Podobnie, jak rozumiem Piotra Ikonowicza, który walczy o zwalnianych z zakładów pracowników, tylko dlatego, że odważyli się zachorować. Chciałbym jednak, żeby spróbował również walczyć o tych wszystkich, którzy zwalniają ludzi nie przez ich ułomność i wątłe zdrowie, ale przez opresję Państwa polskiego, która nie pozostawia im wyboru. Jak już wielokrotnie pisałem, czasy pandemii uprzytomniają wszystkim ludziom myślącym, że konflikt nie biegnie, jak chciałoby wielu dogmatyków, po osi wiecznego sporu kapitał-pracownik, a bardziej człowiek versus państwo.

Człowiek; mikroprzedsiębiorca, samozatrudniony, pracownik umysłowy, fizyczny czy sezonowy. Ich główny oprawcą jest nienasycona urzędniczo-etatystyczna hydra, trzymana na pasku przez bezdusznych polityków pokroju Morawieckiego. Nie trusty, kartele i nierówność społeczna, ale Państwo, które dla obywatela jest niestety uświadomioną koniecznością. Tam gdzie są ludzie Lewicy, musi być też wyczulenie społeczne na niegodziwość i niesprawiedliwość, której doznają dziś także ci, którzy pozostają w orbicie zainteresowań Korwina. Nie może być tak, że jak komuś nie w smak wysokie podatki i socjalizm, nie należy się o niego upominać. Więcej, należy dziś stawać po stronie małych przedsiębiorców jak nigdy dotąd, bo jeżeli będziemy tolerować rządową grandę ubieraną w covidowy drelich, za chwile przedsiębiorcy staną się bezrobotnymi, a wraz z nimi rzesze pracowników, na których nie nastarcza z tarczy pomocowej. Wolę mieć więc Państwo, gdzie przedsiębiorca nie pójdzie głosować na Lewicę ale da zarobić prostaczkom, niż mieć za chwilę biedotę, którą Lewica będzie mogła zagarnąć pod spódnicę i wspólnie popłakiwać nad swoim nędznym losem. I tego głosu na Lewicy naszej bardzo mi dziś brakuje; że głośno nie krzyczy, że dzieje się krzywda, bo ludzie nie mogą pracować. Owszem, są pomysły z zasiłkami, ale na miły Bóg, dajmy ludziom zarobić na chleb swoimi rękami, a nie zasiłkami i tarczami. Oni naprawdę mają poukładane w głowach i chcą sami decydować o swoim losie. Chcą też dawać zarobić innym. Trudno jednak wymagać od murarza, żeby budował piękne domy, kiedy na rok zabiera się mu cement i kielnię. Całe to pomocnictwo na nic się zda. Naszym bogactwem są ludzie, a nie pełne budżety i nadwyżki z ropy czy gazu. Trzeba pozwolić ludziom wrócić do pracy, a chyba o to winno Lewicy chodzić, czyż nie? O pracę. O jej sens. O przywrócenie godności człowieka pracującego i poszanowanie jego praw.

Kiedy naród próbuje pokazać swoje niezadowolenie rządzącym, ci osłaniają się przed nim kordonem policji, tak, żeby przypadkiem w relacjach rządowej telewizji, nie przedostał się żaden transparent z ośmioma gwiazdkami. Policjanci, ściągani z całego miasta i z sąsiednich garnizonów, chronią władzę przed obywatelami, w czasie, w którym mogliby ścigać złodziei albo dilerów. Ścigają tymczasem ludzi za brak maseczek. Patrolują puste parkany i place zabaw, z nadzieją, że może gdzieś tam czai się bezmaseczkowy anarchista. Jeżdżą i sprawdzają, czy ktoś nie wyszedł po zakupy, bo przebywa na kwarantannie. Bronią i służą. Tylko kto na to wszystko zarobi i kto wyżywi?

Kłopoty PiS dopiero się zaczną

– Prawdziwe wstrząsy tektoniczne mogą się zdarzyć, kiedy wszyscy będziemy sobie zdawać sprawę, że pandemia się kończy, bo w takich sytuacjach uruchamia się lawina społecznych rewindykacji – mówi dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Wróciła sprawa zakazu aborcji. W wielu miastach znowu zawrzało. Dlaczego teraz?

RAFAŁ CHWEDORUK: Ten temat tworzy wspólny mianownik dla różnych grup społecznych, różnych pokoleń, tworzy czytelną linię podziału politycznego. Wreszcie także jest to spór, który, poza kilkoma minipaństwami, wszędzie w Europie został rozstrzygnięty na rzecz liberalnych rozwiązań, z reguły w powojennym półwieczu.

W długoterminowej perspektywie, ze względu na cywilizacyjne przemiany, utrzymanie nie tylko właśnie zaostrzanych przepisów, ale też tzw. kompromisu aborcyjnego, czyli efektu zgody ówczesnej prawicy z częścią liberałów w latach 90., będzie niemożliwe w Polsce, można się tylko zastanawiać nad tym, kiedy i w jakim politycznym kontekście dojdzie do liberalizacji.

Według jednego z ostatnich sondaży wybory wygrałoby Prawo i Sprawiedliwość z poparciem 32,5 proc. Koalicja Obywatelska ma 21 proc., a Polska 2050 16,2. Rozumiem, że nie jest pan zaskoczony takimi wynikami?

Takie wyniki nie są niczym szczególnym i pokazują coś, z czego nie zdajemy sobie sprawy, a mianowicie, że żyjemy w jednym z najstabilniejszych systemów partyjnych już nie tylko w regonie, ale i w całej Europie. W wielu krajach mamy tektoniczne wstrząsy; Włochy, Hiszpania, Portugalia, Niemcy, niektóre z państw nordyckich – widać, że dochodzi tam do przetasowań na historyczną skalę. U nas od ukształtowania się podziału 2+2+1, czyli dwie wielkie partie, dwie średnie w postaci PSL i SLD i jedna mała, z reguły populistyczna, niewiele się zmienia.

Aż chciałoby się powiedzieć, że tak wyczekiwana przez polski naród mieszczańska nuda świata zachodniego, jeżeli chodzi o politykę, zaistniała na dobre.

W ostatnich miesiącach wszyscy zwracali uwagę na spadek PiS-u w sondażach, dziś największe zainteresowanie wzbudza wewnętrzny mecz w PO, w którym dla niepoznaki jeden z graczy występuje pod innymi barwami, mam oczywiście na myśli rywalizację między ruchem Hołowni a PO.

Skąd ta stabilność?

Mamy ogromny skok śmiertelności, ciągnącą się już rok pandemię, protesty, bunt przedsiębiorców plus klasyczny nepotyzm, jak historia z zaszczepieniem posła Girzyńskiego czy narty posłanki Emilewicz.
Sama pandemia raczej konserwuje podziały, nieco ogranicza możliwości oddziaływania polityków, kieruje debatę w stronę jednego tematu. Mógł się zdarzyć zryw w postaci kwestii przerywania ciąży, ale miało to miejsce w zasadzie jeszcze w interludium między głównymi falami pandemii.

Prawdziwe wstrząsy tektoniczne mogą się zdarzyć, kiedy wszyscy będziemy sobie zdawać sprawę, że pandemia się kończy, bo w takich sytuacjach uruchamia się lawina społecznych rewindykacji. Powszechne stają się wtedy oczekiwania czegoś na kształt rekompensaty za czas wyrzeczeń, nawet jeżeli nie uznajemy, że było to winą rządzących, to od nich oczekujemy np. podwyżki pensji, lepszych warunków zatrudnienia, inwestycji itd. Wiele rządów tego doświadczyło, poniekąd rząd PO-PSL po światowym kryzysie nie zrozumiał rosnących aspiracji i podniósł wiek emerytalny. Zapłacił za to wysoką cenę.

Skoro system partyjny jest stabilny, tzn. że podziały wśród obywateli także są trwałe, czyli podziały partyjne zaczęły się pokrywać z różnicami interesów wielkich grup społecznych.

Przypomnę tylko, że podział PO i PiS zaczął się od niewinnej wojny domowej dwóch postsolidarnościowych partii, które były w zasadzie już w koalicji. Być może to wszystko wymknęło się później spod kontroli i okazało się, że dzielimy się rzeczywiście na liberałów i konserwatystów, na Polskę solidarną i liberalną, na Polskę wielkich miast i prowincji itd.

Dowiedzieliśmy się w ten sposób sporo o sobie jako o społeczeństwie, a nakładanie się na siebie kolejnych osi konfliktów tylko umocniło konflikt. Potem to już same główne partie miały interes, żeby tak pozostało, bo w ten sposób mogły blokować konkurencję.

Szczepienie posła Girzyńskiego nie będzie symboliczną ośmiorniczką PiS-u?

Skoro powyższy podział społeczeństwa jest tak trwały, to znaczy, że większość konsumentów polityki od razu przyjmie za prawdę to, co mówi ugrupowanie, na które głosuje. Narracja drugiej strony jest a priori odrzucana i w tej sytuacji jeden epizod z posłem, jeszcze w sytuacji, kiedy PiS od razu go zawiesił, nie mógł zadziałać.

Oczywiście on sygnalizuje główny problem PiS-u, z którego zresztą opozycja nie potrafi skorzystać, czyli kłopoty kadrowe. Ta kwestia cały czas będzie ciążyć rządzącej partii, która, z wielu powodów, nie może sobie pozwolić na tak elastyczne reagowanie, na jakie mogą sobie pozwolić partie opozycyjne.

W tym kontekście opozycja przez kilka ostatnich lat popełniała błąd, próbując przedstawić jako ofiarę rządów PiS-u przedstawicieli elit społecznych. To w olbrzymim stopniu znieczuliło tę część opinii publicznej, która mogłaby się zawahać w swoich preferencjach i w innej sytuacji stwierdzić, że politycy PiS-u też stali się elitą oderwaną od rzeczywistości.

Stąd kiedy zdarza się taka sytuacja, jak z panią Emilewicz czy z panem Girzyńskim, to nie będzie efektów sondażowych i wszyscy pozostaną na tych samych pozycjach.

Czy bunt przedsiębiorców może zagrozić stabilności rządów PiS-u, tym bardziej, że buntują się regiony, które w wyborach popierały prawicę, jak Małopolska czy Podkarpacie?

Mamy w Polsce tendencję do zaliczania do przedsiębiorców różnych grup społecznych. Przedsiębiorcą jest zarówno wielki biznesmen kontrolujący bank, jak i właściciel warzywniaka czy ktoś zmuszony do samozatrudnienia. Nie sądzę wobec tego, aby obecny „bunt przedsiębiorców” to było coś bardzo istotnego.

Po pierwsze szeroko pojęci przedsiębiorcy zawsze byli grupą niedoreprezentowaną wśród wyborców PiS-u. Zatem w olbrzymim stopniu ci, którzy zdecydują się na jakąś formę protestu, już wcześniej statystycznie częściej należeli do tych, którzy głosowali na PO. Co do czynnika geograficznego, to można powiedzieć, że zarówno PO, jak i PiS to takie polskie Volksparteien, jak to nazywają Niemcy, czyli wielkie partie, które mają poparcie we wszystkich regionach, we wszystkich grupach, oczywiście nie symetrycznie.

Wiadomo, że np. SPD będzie zawsze potężna w Bremie, a słaba w Badenii-Wirtembergii, a CDU na odwrót. Tak też jest w Polsce, są regiony, gdzie większe poparcie ma PO, swoje regiony ma PiS, ale przecież jak spojrzymy np. na bastion prawicy w Polsce, jakim jest Podhale, gdzie PiS osiąga niebotyczne wyniki, to zauważymy też, że w samym Zakopanem są one wyraźnie niższe. Zatem protesty właścicieli lokalnych firm nie oznaczają, że od rządzącej partii odwraca się większość jej miejscowego elektoratu. Ten protest, póki co, obejmuje w sensie makroekonomicznym niezbyt duży segment gospodarki i nie zanosi się na jego geometryczny rozwój.

Dla PiS problemem będzie raczej wspomniany moment, w którym to, co najgorsze, zacznie przemijać, bo wtedy PiS zderzy się nie tylko z oczekiwaniami tych grup, które najczęściej głosują na drugą stronę – np. pracowników służby zdrowia, nauczycieli, części biznesu, ale i niektórych kręgów wyborców z własnego elektoratu, a spełnienie narastających oczekiwań może być, ze względów ekonomicznych, trudne.

Czyli to nie jest wina opozycji, „która zajmuje się sobą”?

Ze strony opozycji nie doczekaliśmy się spójnej narracji w sprawie walki z pandemią, ponieważ z jednej strony pojawiają się zarzuty, że walka z pandemią jest słabo zorganizowana, a rządzący są niedostatecznie zdeterminowani, czyli poniekąd, że powinno się jeszcze bardziej rygorystycznie walczyć.

Z drugiej strony pojawiają się ukłony w stronę grup, które chcą łamać restrykcje. Te dwie narracje wzajemnie się wykluczają, bo nie można jednocześnie zarzucać rządzącym, że restrykcje są za małe i za duże, ale rozumiem, że stworzenie takiej spójnej narracji jest niezwykle trudne, choćby dlatego, że w liberalnym elektoracie jest obecnych wielu przedsiębiorców.

Dla PiS dużo groźniejsza byłaby konsekwentnie przedstawiana ta pierwsza sytuacja, w której obywatele uznaliby, że PiS sobie nie radzi i nie jest wystarczająco zdeterminowany, że w działania władzy wdarł się chaos, a polityka pełna jest partykularyzmów.

To wynika chociażby ze struktury wiekowej wyborców PiS-u, wśród których odnaleźć można liczne grono osób z grup najbardziej zagrożonych COVID-em.

Dlaczego ruchowi Szymona Hołowni rośnie poparcie?

Bo wszyscy pamiętają jeszcze wybory prezydenckie, a jego zaplecze z wielkim wysiłkiem i determinacją stara się podtrzymywać to zainteresowanie. Także dlatego, że dość trafnie wybrano moment ataku na PO tuż przed jej rocznicą. Wiadomo, że nie mogą istnieć obok siebie dwie, niemal takie same partie, tak samo jak było to z Nowoczesną i PO. Dodatkowo komplikuje sprawę fakt, że na zapleczu Szymona Hołowni mamy liczną reprezentacje osób bliskich Donaldowi Tuskowi.

Z tej sytuacji wynika, że Szymon Hołownia nie jest drugim Macronem i nie będzie pozyskiwał wyborców w poprzek głównych elektoratów. W jego programie prezydenckim niewiele w istocie było oferowane wyborcom bardziej socjalnym, a także bardziej konserwatywnym światopoglądowo, a cały jego wizerunek ukształtowany w kampanii wyborczej czyni go atrakcyjnym dla młodych wyborców o często nieokreślonych poglądach, choć raczej liberalnych niż konserwatywnych, oraz dla tradycyjnych liberalnych wyborców. Ten atak ma sens, bo casus Kukiza i Palikota pokazały, że bez struktur lokalnych zdolnych do uczestniczenia w wyborach samorządowych żadna partia nie przetrwa, niezależnie od tego, jak bardzo popularnego będzie miała lidera.

Szymon Hołownia znajdując się pod presją czasu musi zdążyć z pozyskaniem takich struktur z innych partii, głównie z PO. Wreszcie poparcie dla tego polityka jest znaczące także dlatego, że PO reaguje zupełnie inaczej, niż reagowała w czasach Grzegorza Schetyny, gdy miała problem z Nowoczesną i z KOD-em. Wystarczyło kilka miesięcy i mogliśmy oglądać dwa spektakularne polityczne nokauty, a PO z 15-proc. sondaży awansowała na poziom ok. 25 procent poparcia. Choć dziś jest nieco słabsza, niż za czasów poprzedniego kierownictwa, to w PO nie widać jak dotąd poważniejszych prób wykorzystania swoich zasobów do politycznej walki z Szymonem Hołownią.

Jeśli kierownictwo PO w pełni kontroluje struktury partii i zdecyduje się na taką walkę, to będzie faworytem. Platforma ma wciąż potężne zasoby. Zwracam też uwagę na pewną sztuczność obecnej sytuacji i powszechności tezy o kryzysie Platformy. Notowania PO nie idą w górę, ale nie widać też strategicznego załamania. W ostatnich wyborach ta partia uzyskała paręset tysięcy nowych wyborców. W liczbie oddanych głosów to był najlepszy rezultat PO od 2011 roku. To znaczy, że jej logo już tak bardzo nie odstrasza.

Jeśli dobrze przecież przygotowany atak na PO jednak długofalowo się powiedzie, notowania Platformy zdecydowanie osłabną, to stworzy to nową sytuację wśród opozycji, zakłóci dotychczasowe hierarchie i aktualne stanie się pytanie o nowe przywództwo i nowe ośrodki decyzyjne w miejsce kierownictw głównych partii.

Osoby w otoczeniu Szymona Hołowni mogą być tu pewną podpowiedzią, kto stałby się beneficjentem takich zmian. Oczywiście tym staraniom będzie też przyklaskiwać ulica Nowogrodzka, dla której powrót Donalda Tuska byłby rozwiązaniem wielu dylematów i szansą powrotu na stare, wypróbowane tory, które doprowadziły PiS do władzy.

Kto cię słucha???

Najgłupszym, co może zrobić człowiek innemu, to wmawiać mu, że wie, jak ten pierwszy się czuje, kiedy widać jak na dłoni, że nie ma o tym zielonego pojęcia. Współczuć, zasromać się, pochylać nad losem innego. Mówić: wiem jak ci ciężko. Mówić, dla mówienia. Czasami więc lepiej zamilknąć, żeby nie robić z siebie błazna.

Prezydent Polski Duda udzielił niedawno wywiadu dla telewizji komercyjnej. To już dało komentatorom życia politycznego w naszym kraju powody do zastanowienia. Czyżby próba otwarcia się na drugą stronę? Czasy są wymarzone, żeby zaczynać odrywać z siebie pisowską łatkę i stroić się we własny drelich, bo im gorzej, tym lepiej. Dość szybko jednak prezydent pokazał, że uniformu zmieniać nie zamierza i nadal będzie dziarsko maszerował, ramię w ramię, przy „Marszałku”. Taki pieszczotliwy pseudonim ma Jarosław Kaczyński u swoich najbardziej oddanych mołojców. Żeby jeszcze prezydent zaczął mówić, za co kocha Jarosława i jego partię, to niech tam sobie gada po próżnicy, bo kto go słucha, chyba babka głucha. Andrzej Duda poszedł w wywiadzie o krok dalej, i jął się silić na artykułowanie swoich własnych przemyśleń. I tu sprawa się rypła.
Zapytany o przedsiębiorców, którzy otwierają swoje biznesy wbrew zakazom, prezydent oświadczył, że rozumie ich desperację, ale łamania rządowych zakazów nie pochwala. Jak wychowawca w klasach 1-3, który napomina dziatwę: rozumiem, że troszczysz się o dobro szkoły i naskarżyłeś na Piotrusia, że nie zmienił butów, ale donosicielstwa nie lubię. Rozumiem, dobrzy ludzie, że jest Wam ciężko, 18 filmów o tym zrobiłem, ale samowolki nikt mi tu robił nie będzie. Od porządku jest policja. No właśnie, o policji też pan prezydent się zająknął. Zapytany o przemoc, gaz i teleskopowe pałki na protestach Strajku Kobiet oświadczył, że tam, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Innymi słowy, jak się idzie na zadymę, trzeba się liczyć z tym, że się dostanie pałą przez plecy. Tak było, jest i będzie. A na tle innych państw, nasze organa władzy milicyjnej wypadają jak harcerstwo. Niech się więc ci wszyscy, co oberwali miotaczem gazu cieszą, że się skończyło tylko tak, bo jakby trafili na francuskiego stróża prawa, co się w tańcu nie pir…oli, to inaczej byśmy rozmawiali. Jeśli jednak komuś nadal w naszym demokratycznym kraju źle, to nikt nikogo pod pistoletem nie trzyma. Jeszcze. Może zmienić otoczenie, jeśli tylko otworzą na oścież lotniska. Podobnie, jeśli komuś nie w smak bycie prokuratorem, może się przeflancować na adwokata, radcę prawnego albo komornika. Pan prezydent wie to najlepiej, bo sam odebrał gruntowne, prawnicze wykształcenie, i jeśli tylko zechce, zawsze będzie mógł wrócić do zawodu. Przecież do końca życia nie będzie prezydentem, więc z czegoś trzeba żyć na starość. Woli człowiek bardziej osiadły tryb życia, to zostaje adwokatem. Jak lubi przygodę, adrenalinę i niepewność jutra, wybiera dla siebie zawód np. prokuratora albo księdza, bo zarówno jednego jak i drugiego jego przełożeni mogą przesuwać z parafii do parafii, z prokuratury do prokuratury, kiedy zajdzie taka potrzeba. I mylą się ci wszyscy, którzy widzą w delegowaniu prokuratorów do odległych jednostki elementy politycznej dintojry. Ot, po prostu są wakaty, więc minister musi je kimś zapełnić. Przecież nie pośle do pracy piekarzy czy zdunów. O co więc ta afera? Trzeba było zostać piekarzem, to by nikt człowieka po Polsce nie ganiał, jak psa z pęcherzem.

I tak przez dzień boży cały, plótł prezydent swe pochwały. Dla rządu i rządzących ma się rozumieć. Dla stylu i poszanowania przezeń prawa i obyczaju. Zdobył się też na niemały gram empatii, zapewniając przedsiębiorców o swoim dlań ciepłym serduszku, ale cóż on, jako prezydent może zrobić. Radzi zacisnąć zęby, te które jeszcze ludziom zostały, i przeczekać w spokoju do wiosny a później się zobaczy. Wizjoner.
Jak się chodzi na wywiady do prezydenta, bo do prezydenta u nas się chodzi, a nie prezydent chodzi po telewizjach, wprzódy wywiad taki dość szczegółowo się przygotowuje. Normą na tym szczeblu jest wcześniejsze zaznajomienie pytaego z pytaniami, ewentualnie z obszarami tematycznymi, które będą w rozmowie poruszane, żeby człowiek mógł się przygotować. Zastanawiam się, czy może coś mi umknęło i dziś jest już inaczej, czy ktoś tu pokpił sprawę i nie przygotował się z prezydentem do rozmowy. A może było tak, że prezydent poszedł na żywioł i mówił, co naprawdę myśli. Ale jeśli tak właśnie miałoby być, to po tym, cośmy usłyszeli, pora umierać.

Policja antykryzysowa

Chaos i agresywne działania mundurowych – to przede wszystkim zobaczyła opinia publiczna podczas sobotniego protestu w Warszawie.

Wydarzenie było opisywane w internecie jako strajk przedsiębiorców, ale pojawili się na nim nie tylko ludzie faktycznie prowadzący biznes. Do protestu organizowanego m.in. przez Pawła Tanajnę dołączyło wielu pracowników czy osób prowadzących jednoosobową działalność, którzy stracili źródło zarobku. Wsparła ich również rolnicza Agrounia. Trudno powiedzieć, ilu z nich faktycznie utożsamiało się z postulatami, jakie rozpowszechnia w internecie Tanajno czy wspierający protest posłowie Konfederacji, ilu było po prostu wściekłych na całokształt polityki rządu w czasie pandemii, a ilu reprezentowało egzotyczne środowiska negujące istnienie koronawirusa. Żadna inna organizacja – lewicowa, związkowa – nie próbowała nawet organizować ulicznych protestów., ściśle respektując wprowadzony na czas epidemii zakaz zgromadzeń.

Rozbite zgromadzenie

Organizatorzy tzw. strajku przedsiębiorców twierdzili, że zgromadzenie jest legalne. Jego uczestników rozstawili w odstępach i – w odróżnieniu od wcześniejszego protestu pod kancelarią premiera – apelowali o zakrywanie twarzy. Demonstranci byli przekonani, że są na miejscu legalnie, jednak ściśle rzecz biorąc warszawski ratusz nie wydał zgody na demonstrację, powołując się na przepisy antykryzysowe. Policja otoczyła zebranych ścisłym kordonem i nie pozwalała im odejść z Placu Zamkowego. Potem przez kilka godzin pojedynczo zabierała demonstrantów do radiowozów. Trafili na komisariaty pod Warszawą (m.in. w Grodzisku czy Pruszkowie), gdzie za złamanie rządowych rozporządzeń epidemiologicznych wystawiano mandaty w różnej wysokości. Niektórym uczestnikom zgromadzenia, gromadzącym się poza Placem Zamkowym, udało się przejść przez centrum miasta ze swoimi transparentami. W relacjach mediów dominowały jednak obrazy z placu i działania policjantów., którzy łącznie zatrzymali 380 osób Wnoszenie do radiowozów ludzi, którzy zarzekali się, że nie robili nic złego czy przepychanka funkcjonariuszy z posłanką Klaudią Jachirą robiły fatalne wrażenie.

Czego chcieli?

Pod jakimi hasłami w ogóle zebrali się protestujący? Wielu mówiło w mediach, że chcieli wyrazić ogólny gniew z powodu działań rządu, bezczynności, tego, że nie dociera do nich żadna pomoc, o której głośno mówi się w publicznych mediach.

Sedno postulatów „strajku” to jednak jeszcze mocniejsze osłony dla biznesu – rząd miałby pokryć poniesione przez prywatnych przedsiębiorców straty w pełnej wysokości, wziąć na siebie wypłaty odpraw w razie zwolnień pracowników, a także „wykreślić przepisy zamiast tworzyć nowe” i „redukować liczbę urzędów i urzędników”. To kroki, których na czas kryzysu nie podjęło żadne państwo. Żadne, nie tylko polskie tanie państwo nie jest w stanie w stu procentach pokryć strat biznesu, zarazem rezygnując z własnych przychodów i zwalniając pracowników własnej administracji, a do tego zostawiając w bardzo trudnej sytuacji pracowników najemnych. Czyli nadal większość społeczeństwa.

Pomóc, ale rozsądnie

– W przypadku firm borykających się z trudnościami w związku z szalejącą pandemią państwo powinno odpowiednio je oceniać i pomagać tym, które są przyszłościowe i będą mogły już zaraz wrócić na prostą. Ta pomoc nie powinna jednak odbywać się za darmo – komentuje postulaty przedsiębiorców lewicowy działacz i filozof Tymoteusz Kochan. – Niedopuszczalne jest też obniżanie składek na zdrowie i ubezpieczenie społeczne. Państwo nie może być przysłowiowym samobójcą i nie może pomagać rezygnując ze swoich własnych wpływów, bo byłoby to równoznaczne z wbiciem noża we własne plecy. Wszyscy borykający się z trudnościami i pozbawieni środków do życia przedsiębiorcy powinni mieć (razem z pracownikami) zagwarantowane kryzysowe świadczenie w wysokości płacy minimalnej lub pensję w wysokości 2379,66 zł brutto, czyli w wysokości najczęściej wypłacanego obecnie pracownikom w Polsce wynagrodzenia – proponuje publicysta.

Pacyfikować, nie rozmawiać

Zakres pomocy dla wszystkich poszkodowanych przez kryzys – pracowników, drobnych i średnich przedsiębiorców, bezrobotnych – mógłby być przedmiotem eksperckiej dyskusji. To wszystko mogłoby być przedmiotem dialogu z udziałem ekonomistów, związków zawodowych, organizacji społecznych. Rząd i opozycja wspólnie mogłyby dojść do tego, jakie rozwiązania antykryzysowe są wykonalne i zapobiegną pogłębianiu się ogólnospołecznego kryzysu. Czy nie pomogłoby to w uspokojeniu nastrojów Polaków, którzy po dwóch miesiącach w ciągłym napięciu są coraz bardziej u kresu wytrzymałości?

PiS wolał jednak załatwić sprawę znanym sobie sposobem. Plan antykryzysowy będzie taki, jak wymyślono na Nowogrodzkiej, pomoc zostanie udzielona w takim zakresie, jak zdecydował rząd i prezes. Żadnej dyskusji. Gdyby protestowali pracownicy, potraktowano by ich tak samo. Może to zresztą jeszcze przed nami.