Kapitalizm niszczy sam siebie

O bezkarności międzynarodowych korporacji, działalności związkowej i determinacji, by stawiać opór – Antonina Steffen (strajk.eu) rozmawia z Giovannim Comedą, rzecznikiem Włoskiej Federacji Metalowców – FIOM. To jedna z organizacji związkowych, które walczą o uratowanie kilkuset miejsc pracy w fabryce Whirlpool w Neapolu.

Jak i kiedy zaczął się konflikt między kierownictwem firmy Whirlpool a pracownikami fabryki w Neapolu? Z tego co mi wiadomo, pierwsze tarcia miały miejsce jeszcze długo przed pandemią koronawirusa.
25 października 2018 r. podpisana została umowa dotycząca inwestycji firmy Whirpool w całych Włoszech, a więc także filii neapolitańskiej. Wartość tej inwestycji wynosiła 17 milionów euro. Z jednej strony Whirlpool obiecał zainwestować we włoskie zakłady, ale z drugiej to rząd wyłożył fundusze między innymi na ubezpieczenia społeczne i zasoby ogólne. W momencie podpisania porozumienia ministrem był Luigi di Maio. Po podpisaniu owego porozumienia, Whirlpool przystąpił do procesu inwestycji, mechanizacji. My jako związkowcy staraliśmy się patrzeć Whirpoolowi na ręce podczas tego procesu, ale firma coraz bardziej nam to utrudniała. 31 maja 2019 r. zostaliśmy wezwani na zebranie w Rzymie i na tym posiedzeniu Whirlpool zaprezentował slajdy dotyczące utrzymania inwestycji, których się podjął, w tym także fabryki w Neapolu. Okazało się, że ich plany są całkowicie niezgodne z tym, co przewidywało porozumienie podpisane w 2018. Ta zdrada ze strony firmy dała początek walce i hasłu „Neapol nie odpuszcza”. Zdrada ta jednak nie dotyczyła wyłącznie pracowników. Whirlpool pojawił się we Włoszech około 25 lat temu, kiedy wchodził na rynek europejski i przejął drobne, już wtedy obecne zakłady. W Neapolu był to IGNIS. Whirlpool potrzebował zarówno samych placówek, jak i wiedzy oraz doświadczenia, które my posiadaliśmy. To nasze kompetencje, nasze zasoby i nasz profesjonalizm pozwolił Whirlpoolowi na sukces w Europie w ciągu tych dwudziestu pięciu lat. A teraz stopniowo wykorzystują cały ten otrzymany potencjał, przesuwając produkcję na wschód. Nasza fabryka została wybudowana z publicznych pieniędzy – ze środków pochodzących z Cassa del Mezzogiorno, a więc funduszu, który po II wojnie światowej miał rozwijać gospodarkę na Południu Włoch. Nie chcemy dopuścić do jej zniszczenia. A wiemy, że Whirlpool już zamknął oddziały w Niemczech, we Francji. Zlikwidowali fabrykę w Turynie, a także drugą nieopodal, w Casercie. Na jej miejscu został tylko magazyn. I jeśli fabryka dawała miejsce pracy ośmiuset osobom, z kolei do pracy w magazynie potrzebnych ich jest tylko dwieście. Oczywiście porozumienie z 2018 zakładało przeniesienie części pracowników z Caserty do fabryki w Neapolu i pewność zatrudnienia dla osób w niej pracujących. Teraz mamy powtórkę.
Whirlpool zamierza oszczędzać kosztem ludzi?
Zamiary koncernu są dość jasne – przesunąć większość produkcji na kraje wschodnie, ale dalej zbijać majątek w Europie. To rynek europejski jest niezwykle bogaty i atrakcyjny dla inwestorów – tutaj żyje pięćset i pół miliona osób z najwyższym dochodem. A więc tutaj powinna spoczywać siła Europy. My mówimy: jeśli chcesz sprzedawać na rynku europejskim, to również produkcję powinieneś ulokować w Europie. Walczymy o interes całej Europy, nie tylko nasz czysto pracowniczy. Mamy do czynienia ze walką, który należy prowadzić również od strony polityki.
A włoskich polityków ta sprawa interesuje?
Została podjęta walka przeciw międzynarodowej korporacji i decyzjom uważanymi przez nią za nieodwracalne. Tak, wywołało to również reakcję ze strony polityków. W ciągu ostatniego miesiąca parlamentarzyści stanęli po stronie Neapolu i naszej fabryki po części ze względów propracowniczych, po części dlatego, że to ich okręg wyborczy, po części ze względów czysto symbolicznych. Mówię tu o całego parlamentu zarówno ze strony opozycji, jak i obecnej większości, która ma wpływ na rząd Draghiego. Spotkaliśmy się zresztą z samym Draghim, który uznał całą sytuację za zniewagę ze strony korporacji. Whirlpool nie zastosował się ani do porozumienia z 2018 r. ani też nie wykorzystał trzynastu tygodni, rozwiązania zaproponowanego przez rząd. Firmy przez 13 tygodni mogły uzyskać fundusze z Cassa Integrale i dać sobie czas na znalezienie polubownego rozwiązania, na co Whirlpool nie przystał. Następnie miało miejsce spotkanie z Enrico Lettą, liderem Partii Demokratycznej, jednej z najistotniejszych partii włoskiej „lewicy”, która w ciągu ostatnich lat przesunęła się bardziej w centrum. Teraz Letta chce skierować ją nieco bardziej na lewo.
Ta partia wcześniej funkcjonowała jako Komunistyczna Partia Włoch (PCI), prawda?
Tak, Partia Demokratyczna bierze swój początek od Partii Komunistycznej, ewoluowała w PDS (Partito Democratico Della Sinistra), następnie – DS (Democratici di Sinistra) aż do nazwy dzisiejszej. Została w ostatecznym rozrachunku partią bloku centrolewicowego z Italia Viva Renziego, czyli czymś absolutnie przeciwnym od swojej idei wyjściowej. Dopiero teraz to, co Letta mówi i robi wskazuje na to, że chce przesunąć Partię Demokratyczną nieco bardziej w lewą stronę. Wychodząc od naszej sprawy chce przywołać wartości, którymi partia niegdyś się kierowała.Krótko mówiąc – nasza walka była w stanie wywołać poruszenie w parlamencie, który oczywiście nie obliguje rządu do niczego, ale nadaje mu jakiś kierunek. Wszystkie najważniejsze partie wzięły naszą stronę. Jest jednak jeden zasadniczy problem – międzynarodowe korporacje nie uznają prymatu polityki. To, co stało się w ciągu tych ostatnich dwudziestu paru lat obrazuje, że bogactwo w rękach nielicznych umacnia wielkie koncerny na tyle, że mogą raz dogadać się z politykami, a bez żadnych konsekwencji ich ignorować.
Posiadają kapitał, więc mają władzę.
I to jest właśnie problem demokracji. Ci, którzy mają władzę ekonomiczną, posiadają władzę absolutną. System demokratyczny jest jedynie konturem dla ich poczynań. Lud jest w rękach korporacji i pozostaje pod ich wpływem, nie pod wpływem osób, które zostały wyłonione w wyborach. To wszystko doskonale obrazuje słabość dzisiejszej demokracji. Potwierdza kryzys polityki, którego nie zakończyła głośna antykorupcyjna operacja Czyste Ręce. Siedziałem przy wielu stołach ministerialnych, także wtedy kiedy Di Maio przekazał 17 milionów z publicznych pieniędzy na inwestycję w Neapolu. Myśleliśmy, że po tej propozycji rządu nastąpi jakaś refleksja ze strony korporacji. Myśl w rodzaju: „w porządku, dali nam pieniądze, których nie musimy wykładać, więc będziemy przestrzegać porozumienia”. Byliśmy w błędzie.
Czy to, co mówi pan o kryzysie demokracji, to stanowisko całej FIOM? Jakie jest oblicze polityczne Włoskiej Federacji Metalowców? Kto w niej działa? Czy są to osoby związane z partiami czy innymi organizacjami, tak jak w Polsce?
FIOM ma prawie 120 lat. Jej historia zaczyna się od pierwszych walk robotniczych w pierwszych latach XX wieku. FIOM rodzi się w Livorno, jako akt obrony społeczności robotniczej, a więc związki z lewicowymi partiami są tu dość oczywiste. Kryzys włoskiej polityki przyniósł oddalenie się związków zawodowych od niej. Do końca lat siedemdziesiątych istniało coś w rodzaju wzajemnego napędu między związkami zawodowymi a Komunistyczną Partią Włoch, przepływ osób ale też wzrost świadomości. Wraz z kryzysem lat osiemdziesiątych, klęską Czystych Rąk ta zależność została przerwana. Teraz związki zawodowe wchodzą w dialog ze wszystkimi, bez względu na to, czy dana partia jest prawicowa czy lewicowa. Dzięki temu możemy zachować ogromną niezależność, nie podlegamy politykom bezpośrednio.
Tak jest lepiej?
Oczywiście byłoby świetną sprawą mieć w polityce kogoś reprezentującego interesy klasy robotniczej byłoby świetną sprawą. Niemniej na dzień dzisiejszy pracujemy nad solidarnością robotniczą, która nie ma wydźwięku politycznego. Zwłaszcza, że środowisko pracownicze jest obecnie dość niespójne: być może w fabrykach na północy głosuje się na Ligę Salviniego, może na Movimento 5 Stelle. Nie ma już tej jedności poglądowej, bo nie ma partii która reprezentowałaby interes ludzi pracy. W 2021 r. Whirlpool zadeklarował, że chcą podnieść produkcję we Włoszech z 4 do 5 milionów, więc miejsc pracy dla osób z Neapolu starczyłoby bez obaw. I to jest najbardziej barbarzyński aspekt firm międzynarodowych: mimo wzrostu będą zwalniać pracowników, by móc zadowolić swoich akcjonariuszy. Koncerny zawsze będą szukać miejsc, gdzie będą mogły produkować najtaniej, ze stratą dla pracowników w innych krajach. Zatrzymanie tej rzezi wymaga zmian na poziomie systemowym. Kapitalizm finalnie niszczy sam siebie, bo ciągłe pomnażanie zysków w końcu prowadzi do degradacji społeczeństwa. Zapłacą za to wszyscy. Stawiamy więc opór. To rzecz znana od dawna, a z drugiej strony jakże nowoczesna i aktualna.
Ten opór we Włoszech jest czymś, co szczególnie mnie interesuje. W Polsce strajk to rozwiązanie absolutnie ostateczne, ludzie boją się protestować, nawet jeśli chodzi o grupy zawodowe niesamowicie uciskane. A Włochy często nawet stereotypowo kojarzone są ze strajkowaniem. I właśnie o ten duch włoskiego strajku chciałam zapytać. To kwestia odmiennego charakteru? Innej tradycji?
Nie sądzę, aby istniały różnice między pracownikiem włoskim, pracownikiem polskim czy pracownikiem z Ameryki Południowej. To bardziej kwestia tkanki społecznej, z której się wyrosło. Doskonale rozumiem szantaż, któremu poddawani są polscy pracownicy oraz tę konkurencje, która widoczna jest również we Włoszech. Korzysta z tego aspektu również Whirlpool, który posiada fabryki w Polsce. Różnice są czysto antropologiczne, my przeżyliśmy faszyzm; oczywiście moje pokolenie nie doświadczyło go bezpośrednio, ale w naszej świadomości historycznej ten opór przeciwko wszystkiemu i wszystkim pozostał, nawet w najbardziej beznadziejnych momentach. Opór sam w sobie posiada elementy ataku. Stawiasz opór, a rzeczywistość wokół ciebie się zmienia. Odwrócenie sytuacji przez pandemię świetnie to obrazuje: inaczej by to wszystko wyglądało, gdybyśmy odpuścili w 2019, kiedy Whirlpool nam powiedział, że produkty się nie sprzedają. Osobiście zawsze odwołuje się do tych najcięższych fragmentów naszej historii, kiedy osoby takie jak Gramsci czy Togliatti, wbrew wszystkim, opierali się na prawdzie i rozumie. My opieramy się dokładnie na tym samym. Mamy rację i prowadzimy słuszna walkę, którą będziemy kontynuować. Jeśli jest sprawiedliwość na tym świecie, to my musimy o nią walczyć. Teraz to już nie jest tylko walka o miejsca pracy, ale walka tych, którzy nie chcą się ugiąć pod potęgą gospodarczą. Być może zawsze będzie tak, że tę ekonomiczną władzę będzie dzierżyć kilka osób, ale my i tak musimy próbować się opierać.
Czy rząd boi się włoskiego oporu, czy raczej wychodzi z takiego założenia, że strajk jest naturalnym elementem życia społecznego i rząd nie powinien się w te sprawy mieszać, bo to spór między pracownikami a przedsiębiorcami?
Polityka liczy się ze strajkami zorganizowanymi, generalnymi. To, co robimy, zawsze pozostawia rządzących w trudnej sytuacji, bo to jest walka na kilku frontach, walka na poziomie medialnym, społecznym. Z tym politycy muszą się liczyć, bo wywołujemy emocje również na poziomie parlamentarnym. Robisz strajk jednego dnia, ten dzień się kończy, ale stawiasz w trudnej sytuacji nie tylko polityków, ale również koncern, nawet tymi drobnymi działaniami. Jak Wietnamczycy zdołali się oprzeć Stanom Zjednoczonym? Nie mogli prowadzić walki na froncie, bo zostaliby zmieceni z powierzchni ziemi. Prowadzili drobne akcje i skorzystali z siły, jaką jest opinia publiczna. Wojna zakończyła się dzięki manifestacjom, które odbywały się w Nowym Jorku. Oczywiście proporcje są całkowicie różne, bo my mówimy o walce pracowników. Ale i oni organizują akcję za akcją, aby stymulować opinię publiczną, politykę i działania koncernu. Gospodarka musi mieć serce, to nie mogą być wyłącznie liczby. Nie chcemy robić żadnej rewolucji, odpowiedni czas na rewolucję nie istnieje. Ale ekonomia musi brać pod uwagę wzajemny wpływ ludzi i firm. Whirlpool może zmienić decyzję i przydałoby mu się to nawet z ekonomicznego punktu widzenia. Byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby zrozumieli, że nie chodzi tylko o biznes, ale też o człowieka, który, jeśli jako pracownik będzie czuł się usytuowany w centrum, to będzie pracował lepiej. Będzie szczęśliwszy, bardziej przywiązany do firmy i jego wydajność będzie większa. Wierzę w system, gdzie to właśnie człowiek jest w centrum. Co przekazała nam pandemia – jeśli człowiek się zatrzymuje, zatrzymuje się również gospodarka. Nie chodzi o to, żebyśmy wszyscy posiadali IPhone’a, ale żebyśmy wszyscy mieli możliwość godnego życia.

Wielki strajk w Trzemesznie

Stanął zakład Paroc Polska, miejsce pracy blisko 800 ludzi. Pracownicy próbowali dogadać się z zarządem, w czerwcu przeprowadzili strajk ostrzegawczy. Ale to na firmie wrażenia nie robiło.

Teraz jest poważniej. Zarząd już zapewnia o gotowości do dialogu, bo zapewne rozumie, że każdy dzień przestoju to straty. Co więcej, im dłuższa przerwa w produkcji, tym dłużej potrwa rozruch maszyn po jej wznowieniu.

Paroc Polska produkuje izolację z kamiennej wełny mineralnej. Nie stracił na pandemii, wręcz przeciwnie. Codziennie z zakładu wyjeżdżało 200 samochodów z gotowymi produktami. Ale pracownicy nie korzystali na świetnej kondycji międzynarodowego pracodawcy.

– Blisko co piąty z pracowników Paroc Polska pracuje na śmieciowej, bo terminowej umowie o pracę. Dodatek stażowy po 40 latach pracy wynosi 160 zł brutto. Żeby płaca w skali miesiąca była naprawdę godna, trzeba pracować w nadgodzinach, inaczej nie ma kokosów. 40 godzinny czas pracy w tygodniu jest więc żartem – opisuje bolączki załogi Grzegorz Ilnicki, prawnik i działacz związkowy, który od trzech lat doradza pracownikom zakładu w Trzemesznie i wspiera ich również teraz. Strajk koordynują Konfederacja Pracy oraz Solidarność ’80.

Pracownicy walczą zatem o minimum godnego traktowania: umowę na czas nieokreślony dla każdego, kto przepracuje pół roku i sprawdzi się, zarobki uwzględniające trudność i szkodliwość pracy na zapylonej hali, waloryzację wynagrodzeń co roku. Zapowiadają, że tym razem nie ustąpią. Strajk jest bezterminowy.

Opłaca się strajkować

Zakończył się strajk w International Papers Kwidzyn. Pracownicy dostaną wyższe wynagrodzenia, za co podziękować mogą tylko i wyłącznie własnej determinacji. Nie ukrywają jednak, że liczyli na więcej.

Podwyżka pensji zasadniczej o 3,1 proc. oraz 150 zł brutto; wypłata jednorazowego dodatku w wysokości 500 zł brutto – to warunki, jakie udało się wywalczyć reprezentantom załogi fabryki światowego potentata w dziedzinie produkcji wyrobów z papieru i tektury.

Oczekiwania załogi były wyższe, co przyznają nawet członkowie zakładowej „Solidarności”, który prowadzili negocjacje i którym zabrakło animuszu, by pociągnąć strajk przez dłuższy czas, co mogłoby skłonić kapitalistę do ustępstw. Związkowcy podkreślili, że strajk nie był celem ich działań i woleliby gdyby do niego nie doszło.

– W zasadzie nie powinno dojść do takiej sytuacji i jesteśmy zdziwieni jak daleko posunął się pracodawca – mówi w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim” Marek Kordowski, przewodniczący Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników IP Kwidzyn. – Rzadko dochodzi przecież do zatrzymania takiej firmy jak IP. Gdy zaczęło się odstawianie kolejnych maszyn do końca liczyliśmy jednak, że pracodawca siądzie z nami do rozmów.

Pracownicy podkreślają, że wola dialogu ze strony szefostwa fabryki była minimalna. – Naprawdę byliśmy zaskoczeni tym, że pracodawca nie podjął żadnych prób porozumienia, ani po ogłoszeniu referendum, ani po ogłoszeniu strajku. Nie podjęto żadnych prób, aby nie dopuścić do tak trudnej i kosztowanej dla wszystkich decyzji – mówi Marek Ziarkowski z NSZZ „Solidarność” IP Kwidzyn.

Na początku czerwca pod fabryczną bramą odbył się protest załóg, sam strajk zakończył si kilka dni temu. W wiecu udział wzięło 400 związkowców z trzech organizacji działających w IP Kwidzyn: Międzyzakładowej Komisji Związkowej NSZZ „Solidarność”, Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników IP Kwidzyn oraz Związku Inżynierów i Techników IP Kwidzyn.

Strajk cieszył się poparciem 85 proc. załogi, pracownicy byli gotowi odmawiać pracy aż do skutku. Z kolei kierownictwo fabryki sprawiało wrażenie, jakby nic się nie działo. Zarząd zakładu przekonywał, że strajku się nie boi, bo na rynku papierniczym panuje zastój i i tak nie ma zamówień.

Po ogłoszeniu zakończenia rozmów, „Solidarność” przekonywała, że pracownicy mają na względzie również dobro całego przedsiębiorstwa. – Pomimo ogłoszenia strajku pracownicy zadbali bowiem o dobre odstawienie zakładu – mówił Kordowski, działacz „S”.

Wśród zatrudnionych pozostało poczucie niedosytu.

Fizjoterapeuci zdesperowani

Protesty tej grupy zawodowej w ubiegłym roku przeszły niemalże niezauważone. Jednak fizjoterapeuci się nie poddają.

Fizjoterapeuci z Hajnówki, Łomży, Moniek i Sokółki rozpoczęli spory zbiorowe ze swoimi pracodawcami. Walczą o podwyżki. Dołączenie ich kolegów po fachu z innych miejscowości wydaje się kwestią czasu. Sprawa dotyczy tyleż pieniędzy, co elementarnej pracowniczej godności. Protestujący chcą być traktowani na równi z pozostałym personelem medycznym.

W ubiegłym roku pracownicy SP ZOZ w Hajnówce wywalczyli 400 zł podwyżki. Nie brzmi to najgorzej, ale co w kontekście tegorocznego wzrostu płacy minimalnej o 350 zł przestaje być imponujące.

Dlatego teraz podlascy fizjoterapeuci zawiesili poprzeczkę wyżej: chcą, by ich pensje wzrosły o 1200 zł netto, a jeśli dyrekcja nie podejdzie do nich ze zrozumieniem – są gotowi nawet na głodówkę.

Będzie protest w całej Polsce

Związki zawodowe reprezentujące fizjoterapeutów zapowiadają protest w całej Polsce, który miałby się rozpocząć już wiosną. Szykują się spory zbiorowe z dyrekcjami kolejnych szpitali, demonstracje, być może solidarnie z innymi zawodami medycznymi, które – jak np. pielęgniarki – czują się lekceważone.

Ich główne postulaty to godna płaca, bezpłatne szkolenia, adekwatna wycena świadczeń wreszcie łatwiejszy dostęp pacjenta do fizjoterapii.
W przekonaniu związkowców fizjoterapia od dawna nie jest traktowana poważnie. Niedofinansowanie tej usługi medycznej powoduje wydłużanie się kolejek pacjentów do specjalistów, których z kolei ubywa. Nieuchronną konsekwencją będzie wyrzuceniem zabiegów fizjoterapeutycznych z systemu NFZ.

Ujmując sprawę jeszcze prościej: fizjoterapia, tak jak stomatologia, zostanie wówczas praktycznie sprywatyzowana. Dostęp do bezpłatnej służby zdrowia, zapisany przecież w konstytucji, stanie się jeszcze bardziej ograniczony.

Będzie strajk w Kauflandzie?

Kolejny punkt zapalny na mapie walk pracowniczych w Polsce. Tym razem osoby zatrudnione w sieci handlowej Kaufland upomnieli się o wyższe płace. Reprezentujący ich Wolny Związek Zawodowy „Jedność Pracownicza” ogłosił, że w firmie odbędzie się referendum strajkowe.

„Jedność Pracownicza”, najbardziej bojowy związek działający wśród pracowników Kauflandu nie boi się postawić odważnej propozycji. Związkowcy chcą aby wynagrodzenie dla każdego zatrudnionego wzrosło o 800 zł. Argumentują, że obecny poziom wynagrodzeń nie pozwala na godne życie, a jedynie na wegetację w poczuciu niedostatku. Koszty życia rosną, co obniża wartość pensji. Na dodatek pracownicy są obciążeni pracą ponad miarę, gdyż sieć boryka się z niedoborami kadrowymi.

– W porównaniu do poprzednich lat w marketach pracuje o wiele mniej osób, a pracy nie ubywa – powiedział Wojciech Jendrusiak, szef Międzyzakładowej Organizacji WZZ „Jedność Pracownicza” w sieci Kaufland.

Uczciwe, bo rynkowe?

Mimo, że podwyższenie wynagrodzeń pomogłoby rozwiązać problemy ze znalezieniem chętnych do pracy, zarząd Kauflandu nie zamierza spełnić oczekiwań pracowników. Biuro prasowe sieci przekonuje, że pensje są uczciwe, bo rynkowe.

– Każdego roku dostosowujemy poziom wynagrodzeń i dodatkowych świadczeń do warunków rynkowych i oczekiwań pracowników, tak aby móc zaoferować konkurencyjne rynkowo, a zarazem sprawiedliwe płac – czytamy w komunikacie.

Porozumienie nie zostało osiągnięte podczas ostatnich rozmów pomiędzy zarządem, a związkowcami. W tej sytuacji „Jedność Pracownicza” zamierza przejść do kolejnego etapu walki – przeprowadzić referendum strajkowe. Strony podpisały protokół rozbieżności i zakończyły rozmowy. Związkowcy zapowiadają, że najbliższym czasie przedstawią harmonogram przeprowadzenia głosowania.

– Każdy z pracowników będzie miał prawo wziąć udział w referendum strajkowym i odpowiedzieć na dwa pytania. Związek chce uzyskać odpowiedź na pytanie czy pracownicy są za przeprowadzeniem strajku i czy wezmą w nim czynny udział – mówi Wojciech Jendrusiak.

Inni mają więcej

Kaufland próbuje przekonać pracowników, że warunki płacowe są dobre, szczególnie dla tych, którzy nie chorują. „W kontekście pracy na popularnym w branży stanowisku kasjer/sprzedawca wynagrodzenie podstawowe wzrasta wraz ze stażem pracy. W pierwszym roku pracownicy mogą otrzymać nawet do 3400 zł brutto miesięcznie, w tym 400 zł za 100 proc. frekwencję w pracy, czyli tzw. dodatek motywacyjny” – czytamy w komunikacie firmy.

Pracownicy mają jednak inne zdania na ten temat. Szczególnie, że wiedzą, ile wynoszą zarobki u konkurencji. Pracownicy Lidla od 2019 mają od 2800 zł do 3550 zł brutto, czyli o 250 zł więcej niż przed rokiem i to bez żadnych dodatków za stuprocentową frekwencję, którą przecież nie tak łatwo wyrobić.

W lepszej sytuacji są również pracownicy Biedronki. Jeronimo Martins Polska, właściciel sieci ustąpił presji związków zawodowych i podniósł wynagrodzenia o 100-350 zł brutto miesięcznie w sklepach należących do sieci oraz o 150-500 zł w centrach dystrybucyjnych. Styczniowe podwyżki otrzyma niemal 57 tys. osób.

Kolejny pracowniczy zryw

Walka klas w Finlandii nabiera rumieńców. Ponad 15 tysięcy pracowników przemysłu drzewnego przerwało pracę, przystępując do strajku. Żądają wyższych płac i krótszego czasu pracy. Kapitaliści zareagowali po swojemu – zapowiedzieli lokaut – uniemożliwią przystąpienie do pracy zatrudnionym w kilkunastu zakładach.

Produkcja została wstrzymana w 110 zakładach produkujących towary papiernicze, meblarskie oraz przetwarzających drewno. Dla gospodarki pięciomilonowej Finlandii jest to bolesny cios, bo sektory te stanowią jedną z najważniejszych gałęzi przemysłu – niemal 20 proc. wpływów z eksportu.
Strajk ma potrwać przez trzy tygodnie. Chyba, że wcześniej strony dojdą do porozumienia. Na razie jednak nic na to nie wskazuje, bo kapitaliści przyjęli taktykę konfrontacyjną – w lutym na dojść do lokautu, który na trzy doby zamknie przed pracownikami bramy kilkunastu zakładów. W ten sposób właściciele chcą zaprotestować przeciwko organizowaniu strajków jako metodzie prowadzenia sporów zbiorowych.
Pracownicy oczekują, że będą zarabiać więcej, a ich czas pracy zostanie skrócony. Powołują się na rosnące zyski przedsiębiorstw oraz coraz głośniej artykułowany przez fińską klasę pracującą postulat skrócenia tygodnia pracy do czterech dni.
Co ciekawe, zwolenniczką takiego rozwiązania była do niedawna obecna premier Finlandii, Sanna Marin. W sierpniu 2019 roku, jeszcze jako ministra transportu zaprezentowała takie stanowisko na konferencji naukowej. „Czterodniowy tydzień pracy, sześciogodzinny dzień pracy, dlaczego nie mógłby to być kolejny krok? Czy 8. rano to prawda ostateczna? Moim zdaniem ludzie zasługują na to, by spędzać więcej czasu z rodzinami czy poświęcać go na aktywności kulturalne. To mógłby być kolejny krok w naszym zawodowym życiu” – mówiła polityczka, która trzy miesiące później objęła stanowisko premiera, co sprawiło, że musiała złagodzić swój przekaz pod wpływem partii. Obecnie fiński rząd nie planuje wcielenia w życie konceptu 4-dniowego tygodnia pracy.
W trwającym strajku uczestniczą również pracownicy tartaków i zakładów obróbki mechanicznej przemysłu drzewnego – ok. 6 tys. osób zrzeszonych w federacji pracowników branży przemysłowej (Teollisuusliito). Co ważne, pracy odmówili również zatrudnieni na stanowiskach zarządczych i administracyjnych w przemyśle papierniczym – ponad 2 tys. osób.
W listopadzie w Finlandii trwał wielki strajk pocztowców, w wyniku którego do dymisji podał się rząd. Na luty zaplanowany został natomiast strajk pracowników sektora chemicznego.

Represje po strajku

Ćwierć miliarda pracowników wzięło udział w środowym strajku generalnym przeciw neoliberalnej polityce rządu premiera Narendry Modiego z rasistowskiej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Rząd teraz kontratakuje: masowe aresztowania, lokauty, pozbawianie miesięcznych zarobków, kary dyscyplinarne, wysyłanie faszystowskich bojówek do zakładów pracy i na uniwersytety. Indie stały się przykładem politycznej symbiozy bezwzględnego autorytaryzmu z neoliberalizmem.

Już w czasie strajku, który objął zarówno sektor publiczny, jak i prywatny, doszło do starć manifestantów z policją – w Kalkucie policjanci użyli ostrej amunicji. Jednak wcześniejsze groźby rządowe nie bardzo wpłynęły na ograniczenie protestów, Indie stanęły na cały dzień.
Strajk, oprócz central związkowych, poparły obie indyjskie partie komunistyczne i nawet opozycyjna, prawicowa Partia Kongresowa. Strajkujący domagali się m.in. walki z bezrobociem, podstawowej ochrony socjalnej dla wszystkich pracowników, podniesienia groteskowo małej płacy minimalnej, jak i zniesienia grudniowej ustawy dyskryminującej mniejszość muzułmańską.
Rząd Modiego od maja zeszłego roku wprowadza ustawy ograniczające i tak nikłe prawa pracownicze, w tym prawo do strajku. Do tego prywatyzuje co się da z sektora publicznego (w tym np. Air India, czy koleje) i hurtowo zmniejsza podatki dla przedsiębiorstw.
W wiecach strajkowych wzięli też udział liczni rolnicy, miliony kobiet i mężczyzn, mimo zakazu manifestowania i policyjnej przemocy. Od trzech dni rząd blokuje internet w części stanów i prowadzi aresztowania liderów robotniczych.
Oprócz kar spadających na pracowników, rząd uruchomił bojówki RSS (Narodowego Stowarzyszenia Ochotników) – faszystowskiej partii, z której w 1980 r. wyłoniło się rasistowskie ugrupowanie obecnego premiera.
Mężczyźni uzbrojeni w kije i łomy biją licznych pracowników i studentów w zakładach pracy i w szkołach wyższych, w stolicy New Delhi i innych miastach, by ich ukarać za udział w strajku. Indyjska lewica porównuje zastosowaną przemoc i neoliberalne „reformy” do czasów kolonialnego niewolnictwa, gdy krajem rządzili Brytyjczycy. Tym razem jednak nie chodzi już o walkę o niepodległość, lecz walkę klas.

Stoją magazyny Amazona

Dla niemieckich pracowników Amazona okres noworoczno-świąteczny mija pod znakiem strajku. Do magazynów w Lipsku, Bad Hersfeld, Rheinbergu, Werne i Koblencji, które przerwały pracę już wcześniej, w piątek dołączyła placówka w Graben, na apel związku zawodowego Verdi.

Przyczyny protestu są w zasadzie takie same, jak w przypadku placówek Amazona na całym świecie. Mechanizm wyzysku oraz bezwzględnej eksploatacji człowieka nie różni się do tego, o jakim opowiadają polskie załogi centrów dystrybucyjnych. To również nie pierwszy strajk w niemieckim Amazonie w ostatnich miesiącach.
Sześć wymienionych na wstępie centrów dystrybucyjnych przerwało pracę również w porze jesiennych wyprzedaży, tzw. Black Friday i Cyber Monday.
– Amazon nie bierze pod uwagę zdrowia swoich pracowników. Ogromne ciśnienie, stały wzrost wydajności, stałe kontrole i monitoring oraz niewystarczający czas na odpoczynek są typowe dla tej firmy. Brakowało również uznania i docenienia – opowiada jedna z liderek strajkujących pracowników z Graben, Sylwia Lech.
Podkreśla, że sytuacja pracowników stała się szczególnie trudna w okresie świątecznym, gdy sprzedaż jest większa niż zwykle.
Zauważyła, że Amazon ponosi ogromne koszta, starając się mimo strajków dostarczać przesyłki jak zwykle, tymczasem napięcia wśród załóg można byłoby stosunkowo łatwo rozładować, rozmawiając z pracownikami i zawierając układ zbiorowy.
Zamiast tego koncern woli pracowników w specyficzny sposób upokarzać. – W ramach zachęty bożonarodzeniowej pracownicy nie otrzymali premii zgodnie z umową zbiorową, lecz kalendarz o wartości 96 eurocentów – powiedziała Sylwia Lech.
Koniec 2019 r. nie jest łatwy również dla Amazon we Francji. Po raz pierwszy firma musiała poinformować, ile pieniędzy wydała na podatki.
Uderzył w nią również trwający od 5 grudnia wielki strajk przeciwko wprowadzeniu niekorzystnego dla większości obywateli systemu emerytalnego. Przykładowo w magazynie Amazona w Blanc-Mesnil pracownicy blokowali wjazd na teren firmy, uniemożliwiając rozładunek ciężarówek z towarami.
Demonstrowali równocześnie przeciwko szykowanym niższym emeryturom, ale też formułowali konkretne zarzuty pod adresem francuskiego Amazona. Wybrzmiały znane zarzuty: nadużywanie instytucji pracy tymczasowej, brak odzieży roboczej, zbyt ciężkie pakunki do przenoszenia.
Czy w 2020 r. solidarność pracownicza zmusi koncern do ustępstw?

Niemiecki Amazon stoi

Ponad 2200 pracowników magazynów Amazon w Niemczech przystąpiło do strajku podczas corocznych wielkich wyprzedaży (Black Friday i Cyber Monday).

Związek zawodowy Verdi domaga się, by sprzedażowy gigant podpisał układ zbiorowy gwarantujący „pensje umożliwiające przeżycie i dobrą, zdrową pracę”. Zarzuca firmie faktyczne pozbawianie pracowników podstawowych praw i zmuszanie ich do pracy pod ekstremalną presją. Twierdzi, że są osoby, które zatrudnienie w Amazonie przypłaciły zdrowie.
Strajk, rozpoczęty w piątek, zaplanowany na cztery dni, do wtorku, objął centra dystrybucyjne w Lipsku, Koblencji, Graben, Werne, Rheinbergu i Bad Hersfeld. Od stanowisk odeszło 2200 pracowników i pracownic. To jednak mniejszość wszystkich niemieckich załóg Amazona – firma zatrudnia w Niemczech ok. 13 tys. ludzi.
Amazon stara się zminimalizować znaczenie strajku. Firma, która także w Polsce utrudnia życie organizacjom związkowym, przekonywała klientów, że absencja 2200 zatrudnionych nie przeszkodzi w kompletowaniu zamówień i wysyłaniu paczek. Jak jednak informują polscy związkowcy w Amazonie, działaczki i działacze Inicjatywy Pracowniczej, to raczej propaganda sukcesu. Do osób, które oczekiwały na paczki z niemieckiego Amazona, przychodzą powiadomienia o opóźnieniu przesyłek. – Domagamy się wraz ze strajkującymi kolegami i koleżankami z Niemiec szacunku, podwyżek, zaprzestania inwigilacji i stabilności! Bez nas Amazon nie istnieje! – piszą związkowcy.
O tym, czy strajk odbędzie się również w polskim Amazonie, zdecyduje wynik referendum prowadzonego przez Inicjatywę Pracowniczą, z której aktywistami o planowanym proteście i ogólnie warunkach pracy w koncernie rozmawiał w lipcu Portal Strajk. Uzyskanie frekwencji powyżej 50 proc. w firmie, gdzie obowiązuje system zmianowy i panuje duża rotacja (nie każdy wytrzymuje ciężkie warunki pracy) to ogromne wyzwanie.

W Kolumbii też wrze

Kolumbijczycy dołączyli do Ekwadorczyków, Chilijczyków i ostatnio – po zamachu stanu – Boliwijczyków, w walce przeciw polityce prawicy odbierania praw pracowniczych i powiększania nierówności społecznych. Uderzenia w garnki przebudziły na chwilę neoliberalnego prezydenta Ivana Duque, który obiecuje konsultacje społeczne przed swymi „reformami”.

To się nazywa cacerolazo – walenie tłumu w puste garnki za pomocą sztućców, najczęściej łyżek, choć niektórzy używają pałek perkusyjnych lub innych przedmiotów. Trwało ono w Bogocie dobre dwie i pół godziny i było słyszalne na wiele kilometrów. Podobnie jak na stołecznym placu Bolivara, takie koncerty odbyły się w innych miastach, m.in. w Cali, gdzie wprowadzono wkrótce policyjną, „z powodu zamieszek i rabunków”.
Zdecydowana większość manifestacji była pokojowa. W Bogocie ludzie skandowali „Niech żyje strajk generalny!”. Wieczorem część manifestantów starła się z policją, prawie 60 osób zostało rannych, w tym policjanci. Dziś w Bogocie znowu rozbrzmiewa cacerolazo – według sondaży, już 69 proc. Kolumbijczyków nie chce widzieć Ivana Duque jako prezydenta. „Kolumbia wygrała w ten historyczny dzień obywatelskiej mobilizacji” – ogłosił rano Krajowy Komitet Strajkowy federujący organizatorów protestu.
Duque rządzi ze swymi ludźmi od półtora roku i oczywiście zabrał się za „uelastycznienie”, tj. dalsze uśmieciowienie rynku pracy, forsowanie prywatnych funduszy emerytalnych, podwyższanie wieku emerytalnego itp. Tymczasem upada edukacja i wzrasta liczba bezkarnych zabójstw Indian, więc studenci i Indianie dołączyli do związków zawodowych. Kolumbijski prezydent oskarża sąsiednią, socjalistyczną Wenezuelę o wpływ na kolumbijski bunt społeczny.
Prezydent wystąpił w telewizji, by ostrzec, że podjął „niezbędne środki dla zagwarantowania porządku publicznego na całości terytorium kraju”, a oenzetowskie Biuro Praw Człowieka wyraziło „zaniepokojenie” znacznie podniesioną liczbą żołnierzy na ulicach bezpośrednio przed strajkiem i manifestacjami, jak i „nienawistną kampanią w internecie i mediach stygmatyzującą protesty społeczne”.
Strajk i manifestacje zostały ogłoszone przez kolumbijską federację związków zawodowych przeciw typowym, neoliberalnym pomysłom rządu – „uelastycznienia rynku pracy”, tj. odebrania kolejnych praw pracowniczych, osłabienia publicznych funduszy emerytalnych na rzecz prywatnych i podniesienia wieku emerytalnego.
Studenci, od których zaczęły się ostatnie manifestacje, domagają się dofinansowania zaniedbanej edukacji publicznej a miejscowi Indianie ochrony przed rasistowskimi mordercami: w samej prowincji Cauca (na południowym zachodzie kraju) zabito w tym roku ponad 50 osób.
Artyści i stowarzyszenia obywatelskie popierają ruch społeczny, jak i część opozycji, w tym FARC zrodzony z dawnej marksistowskiej partyzantki. Stronnictwo to sprzeciwia się zabijaniu swoich członków. Od czasu układu pokojowego sprzed trzech lat i przejścia FARC do oficjalnej polityki skrajnie prawicowe bojówki zamordowały ponad 170 dawnych partyzantów.
Prezydent nakazał tymczasem zamknięcie granic z Brazylią, Ekwadorem, Wenezuelą i Peru, by „obcokrajowcy nie naruszali porządku publicznego”.