Opłaca się strajkować

Zakończył się strajk w International Papers Kwidzyn. Pracownicy dostaną wyższe wynagrodzenia, za co podziękować mogą tylko i wyłącznie własnej determinacji. Nie ukrywają jednak, że liczyli na więcej.

Podwyżka pensji zasadniczej o 3,1 proc. oraz 150 zł brutto; wypłata jednorazowego dodatku w wysokości 500 zł brutto – to warunki, jakie udało się wywalczyć reprezentantom załogi fabryki światowego potentata w dziedzinie produkcji wyrobów z papieru i tektury.

Oczekiwania załogi były wyższe, co przyznają nawet członkowie zakładowej „Solidarności”, który prowadzili negocjacje i którym zabrakło animuszu, by pociągnąć strajk przez dłuższy czas, co mogłoby skłonić kapitalistę do ustępstw. Związkowcy podkreślili, że strajk nie był celem ich działań i woleliby gdyby do niego nie doszło.

– W zasadzie nie powinno dojść do takiej sytuacji i jesteśmy zdziwieni jak daleko posunął się pracodawca – mówi w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim” Marek Kordowski, przewodniczący Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników IP Kwidzyn. – Rzadko dochodzi przecież do zatrzymania takiej firmy jak IP. Gdy zaczęło się odstawianie kolejnych maszyn do końca liczyliśmy jednak, że pracodawca siądzie z nami do rozmów.

Pracownicy podkreślają, że wola dialogu ze strony szefostwa fabryki była minimalna. – Naprawdę byliśmy zaskoczeni tym, że pracodawca nie podjął żadnych prób porozumienia, ani po ogłoszeniu referendum, ani po ogłoszeniu strajku. Nie podjęto żadnych prób, aby nie dopuścić do tak trudnej i kosztowanej dla wszystkich decyzji – mówi Marek Ziarkowski z NSZZ „Solidarność” IP Kwidzyn.

Na początku czerwca pod fabryczną bramą odbył się protest załóg, sam strajk zakończył si kilka dni temu. W wiecu udział wzięło 400 związkowców z trzech organizacji działających w IP Kwidzyn: Międzyzakładowej Komisji Związkowej NSZZ „Solidarność”, Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników IP Kwidzyn oraz Związku Inżynierów i Techników IP Kwidzyn.

Strajk cieszył się poparciem 85 proc. załogi, pracownicy byli gotowi odmawiać pracy aż do skutku. Z kolei kierownictwo fabryki sprawiało wrażenie, jakby nic się nie działo. Zarząd zakładu przekonywał, że strajku się nie boi, bo na rynku papierniczym panuje zastój i i tak nie ma zamówień.

Po ogłoszeniu zakończenia rozmów, „Solidarność” przekonywała, że pracownicy mają na względzie również dobro całego przedsiębiorstwa. – Pomimo ogłoszenia strajku pracownicy zadbali bowiem o dobre odstawienie zakładu – mówił Kordowski, działacz „S”.

Wśród zatrudnionych pozostało poczucie niedosytu.

Fizjoterapeuci zdesperowani

Protesty tej grupy zawodowej w ubiegłym roku przeszły niemalże niezauważone. Jednak fizjoterapeuci się nie poddają.

Fizjoterapeuci z Hajnówki, Łomży, Moniek i Sokółki rozpoczęli spory zbiorowe ze swoimi pracodawcami. Walczą o podwyżki. Dołączenie ich kolegów po fachu z innych miejscowości wydaje się kwestią czasu. Sprawa dotyczy tyleż pieniędzy, co elementarnej pracowniczej godności. Protestujący chcą być traktowani na równi z pozostałym personelem medycznym.

W ubiegłym roku pracownicy SP ZOZ w Hajnówce wywalczyli 400 zł podwyżki. Nie brzmi to najgorzej, ale co w kontekście tegorocznego wzrostu płacy minimalnej o 350 zł przestaje być imponujące.

Dlatego teraz podlascy fizjoterapeuci zawiesili poprzeczkę wyżej: chcą, by ich pensje wzrosły o 1200 zł netto, a jeśli dyrekcja nie podejdzie do nich ze zrozumieniem – są gotowi nawet na głodówkę.

Będzie protest w całej Polsce

Związki zawodowe reprezentujące fizjoterapeutów zapowiadają protest w całej Polsce, który miałby się rozpocząć już wiosną. Szykują się spory zbiorowe z dyrekcjami kolejnych szpitali, demonstracje, być może solidarnie z innymi zawodami medycznymi, które – jak np. pielęgniarki – czują się lekceważone.

Ich główne postulaty to godna płaca, bezpłatne szkolenia, adekwatna wycena świadczeń wreszcie łatwiejszy dostęp pacjenta do fizjoterapii.
W przekonaniu związkowców fizjoterapia od dawna nie jest traktowana poważnie. Niedofinansowanie tej usługi medycznej powoduje wydłużanie się kolejek pacjentów do specjalistów, których z kolei ubywa. Nieuchronną konsekwencją będzie wyrzuceniem zabiegów fizjoterapeutycznych z systemu NFZ.

Ujmując sprawę jeszcze prościej: fizjoterapia, tak jak stomatologia, zostanie wówczas praktycznie sprywatyzowana. Dostęp do bezpłatnej służby zdrowia, zapisany przecież w konstytucji, stanie się jeszcze bardziej ograniczony.

Będzie strajk w Kauflandzie?

Kolejny punkt zapalny na mapie walk pracowniczych w Polsce. Tym razem osoby zatrudnione w sieci handlowej Kaufland upomnieli się o wyższe płace. Reprezentujący ich Wolny Związek Zawodowy „Jedność Pracownicza” ogłosił, że w firmie odbędzie się referendum strajkowe.

„Jedność Pracownicza”, najbardziej bojowy związek działający wśród pracowników Kauflandu nie boi się postawić odważnej propozycji. Związkowcy chcą aby wynagrodzenie dla każdego zatrudnionego wzrosło o 800 zł. Argumentują, że obecny poziom wynagrodzeń nie pozwala na godne życie, a jedynie na wegetację w poczuciu niedostatku. Koszty życia rosną, co obniża wartość pensji. Na dodatek pracownicy są obciążeni pracą ponad miarę, gdyż sieć boryka się z niedoborami kadrowymi.

– W porównaniu do poprzednich lat w marketach pracuje o wiele mniej osób, a pracy nie ubywa – powiedział Wojciech Jendrusiak, szef Międzyzakładowej Organizacji WZZ „Jedność Pracownicza” w sieci Kaufland.

Uczciwe, bo rynkowe?

Mimo, że podwyższenie wynagrodzeń pomogłoby rozwiązać problemy ze znalezieniem chętnych do pracy, zarząd Kauflandu nie zamierza spełnić oczekiwań pracowników. Biuro prasowe sieci przekonuje, że pensje są uczciwe, bo rynkowe.

– Każdego roku dostosowujemy poziom wynagrodzeń i dodatkowych świadczeń do warunków rynkowych i oczekiwań pracowników, tak aby móc zaoferować konkurencyjne rynkowo, a zarazem sprawiedliwe płac – czytamy w komunikacie.

Porozumienie nie zostało osiągnięte podczas ostatnich rozmów pomiędzy zarządem, a związkowcami. W tej sytuacji „Jedność Pracownicza” zamierza przejść do kolejnego etapu walki – przeprowadzić referendum strajkowe. Strony podpisały protokół rozbieżności i zakończyły rozmowy. Związkowcy zapowiadają, że najbliższym czasie przedstawią harmonogram przeprowadzenia głosowania.

– Każdy z pracowników będzie miał prawo wziąć udział w referendum strajkowym i odpowiedzieć na dwa pytania. Związek chce uzyskać odpowiedź na pytanie czy pracownicy są za przeprowadzeniem strajku i czy wezmą w nim czynny udział – mówi Wojciech Jendrusiak.

Inni mają więcej

Kaufland próbuje przekonać pracowników, że warunki płacowe są dobre, szczególnie dla tych, którzy nie chorują. „W kontekście pracy na popularnym w branży stanowisku kasjer/sprzedawca wynagrodzenie podstawowe wzrasta wraz ze stażem pracy. W pierwszym roku pracownicy mogą otrzymać nawet do 3400 zł brutto miesięcznie, w tym 400 zł za 100 proc. frekwencję w pracy, czyli tzw. dodatek motywacyjny” – czytamy w komunikacie firmy.

Pracownicy mają jednak inne zdania na ten temat. Szczególnie, że wiedzą, ile wynoszą zarobki u konkurencji. Pracownicy Lidla od 2019 mają od 2800 zł do 3550 zł brutto, czyli o 250 zł więcej niż przed rokiem i to bez żadnych dodatków za stuprocentową frekwencję, którą przecież nie tak łatwo wyrobić.

W lepszej sytuacji są również pracownicy Biedronki. Jeronimo Martins Polska, właściciel sieci ustąpił presji związków zawodowych i podniósł wynagrodzenia o 100-350 zł brutto miesięcznie w sklepach należących do sieci oraz o 150-500 zł w centrach dystrybucyjnych. Styczniowe podwyżki otrzyma niemal 57 tys. osób.

Kolejny pracowniczy zryw

Walka klas w Finlandii nabiera rumieńców. Ponad 15 tysięcy pracowników przemysłu drzewnego przerwało pracę, przystępując do strajku. Żądają wyższych płac i krótszego czasu pracy. Kapitaliści zareagowali po swojemu – zapowiedzieli lokaut – uniemożliwią przystąpienie do pracy zatrudnionym w kilkunastu zakładach.

Produkcja została wstrzymana w 110 zakładach produkujących towary papiernicze, meblarskie oraz przetwarzających drewno. Dla gospodarki pięciomilonowej Finlandii jest to bolesny cios, bo sektory te stanowią jedną z najważniejszych gałęzi przemysłu – niemal 20 proc. wpływów z eksportu.
Strajk ma potrwać przez trzy tygodnie. Chyba, że wcześniej strony dojdą do porozumienia. Na razie jednak nic na to nie wskazuje, bo kapitaliści przyjęli taktykę konfrontacyjną – w lutym na dojść do lokautu, który na trzy doby zamknie przed pracownikami bramy kilkunastu zakładów. W ten sposób właściciele chcą zaprotestować przeciwko organizowaniu strajków jako metodzie prowadzenia sporów zbiorowych.
Pracownicy oczekują, że będą zarabiać więcej, a ich czas pracy zostanie skrócony. Powołują się na rosnące zyski przedsiębiorstw oraz coraz głośniej artykułowany przez fińską klasę pracującą postulat skrócenia tygodnia pracy do czterech dni.
Co ciekawe, zwolenniczką takiego rozwiązania była do niedawna obecna premier Finlandii, Sanna Marin. W sierpniu 2019 roku, jeszcze jako ministra transportu zaprezentowała takie stanowisko na konferencji naukowej. „Czterodniowy tydzień pracy, sześciogodzinny dzień pracy, dlaczego nie mógłby to być kolejny krok? Czy 8. rano to prawda ostateczna? Moim zdaniem ludzie zasługują na to, by spędzać więcej czasu z rodzinami czy poświęcać go na aktywności kulturalne. To mógłby być kolejny krok w naszym zawodowym życiu” – mówiła polityczka, która trzy miesiące później objęła stanowisko premiera, co sprawiło, że musiała złagodzić swój przekaz pod wpływem partii. Obecnie fiński rząd nie planuje wcielenia w życie konceptu 4-dniowego tygodnia pracy.
W trwającym strajku uczestniczą również pracownicy tartaków i zakładów obróbki mechanicznej przemysłu drzewnego – ok. 6 tys. osób zrzeszonych w federacji pracowników branży przemysłowej (Teollisuusliito). Co ważne, pracy odmówili również zatrudnieni na stanowiskach zarządczych i administracyjnych w przemyśle papierniczym – ponad 2 tys. osób.
W listopadzie w Finlandii trwał wielki strajk pocztowców, w wyniku którego do dymisji podał się rząd. Na luty zaplanowany został natomiast strajk pracowników sektora chemicznego.

Represje po strajku

Ćwierć miliarda pracowników wzięło udział w środowym strajku generalnym przeciw neoliberalnej polityce rządu premiera Narendry Modiego z rasistowskiej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Rząd teraz kontratakuje: masowe aresztowania, lokauty, pozbawianie miesięcznych zarobków, kary dyscyplinarne, wysyłanie faszystowskich bojówek do zakładów pracy i na uniwersytety. Indie stały się przykładem politycznej symbiozy bezwzględnego autorytaryzmu z neoliberalizmem.

Już w czasie strajku, który objął zarówno sektor publiczny, jak i prywatny, doszło do starć manifestantów z policją – w Kalkucie policjanci użyli ostrej amunicji. Jednak wcześniejsze groźby rządowe nie bardzo wpłynęły na ograniczenie protestów, Indie stanęły na cały dzień.
Strajk, oprócz central związkowych, poparły obie indyjskie partie komunistyczne i nawet opozycyjna, prawicowa Partia Kongresowa. Strajkujący domagali się m.in. walki z bezrobociem, podstawowej ochrony socjalnej dla wszystkich pracowników, podniesienia groteskowo małej płacy minimalnej, jak i zniesienia grudniowej ustawy dyskryminującej mniejszość muzułmańską.
Rząd Modiego od maja zeszłego roku wprowadza ustawy ograniczające i tak nikłe prawa pracownicze, w tym prawo do strajku. Do tego prywatyzuje co się da z sektora publicznego (w tym np. Air India, czy koleje) i hurtowo zmniejsza podatki dla przedsiębiorstw.
W wiecach strajkowych wzięli też udział liczni rolnicy, miliony kobiet i mężczyzn, mimo zakazu manifestowania i policyjnej przemocy. Od trzech dni rząd blokuje internet w części stanów i prowadzi aresztowania liderów robotniczych.
Oprócz kar spadających na pracowników, rząd uruchomił bojówki RSS (Narodowego Stowarzyszenia Ochotników) – faszystowskiej partii, z której w 1980 r. wyłoniło się rasistowskie ugrupowanie obecnego premiera.
Mężczyźni uzbrojeni w kije i łomy biją licznych pracowników i studentów w zakładach pracy i w szkołach wyższych, w stolicy New Delhi i innych miastach, by ich ukarać za udział w strajku. Indyjska lewica porównuje zastosowaną przemoc i neoliberalne „reformy” do czasów kolonialnego niewolnictwa, gdy krajem rządzili Brytyjczycy. Tym razem jednak nie chodzi już o walkę o niepodległość, lecz walkę klas.

Stoją magazyny Amazona

Dla niemieckich pracowników Amazona okres noworoczno-świąteczny mija pod znakiem strajku. Do magazynów w Lipsku, Bad Hersfeld, Rheinbergu, Werne i Koblencji, które przerwały pracę już wcześniej, w piątek dołączyła placówka w Graben, na apel związku zawodowego Verdi.

Przyczyny protestu są w zasadzie takie same, jak w przypadku placówek Amazona na całym świecie. Mechanizm wyzysku oraz bezwzględnej eksploatacji człowieka nie różni się do tego, o jakim opowiadają polskie załogi centrów dystrybucyjnych. To również nie pierwszy strajk w niemieckim Amazonie w ostatnich miesiącach.
Sześć wymienionych na wstępie centrów dystrybucyjnych przerwało pracę również w porze jesiennych wyprzedaży, tzw. Black Friday i Cyber Monday.
– Amazon nie bierze pod uwagę zdrowia swoich pracowników. Ogromne ciśnienie, stały wzrost wydajności, stałe kontrole i monitoring oraz niewystarczający czas na odpoczynek są typowe dla tej firmy. Brakowało również uznania i docenienia – opowiada jedna z liderek strajkujących pracowników z Graben, Sylwia Lech.
Podkreśla, że sytuacja pracowników stała się szczególnie trudna w okresie świątecznym, gdy sprzedaż jest większa niż zwykle.
Zauważyła, że Amazon ponosi ogromne koszta, starając się mimo strajków dostarczać przesyłki jak zwykle, tymczasem napięcia wśród załóg można byłoby stosunkowo łatwo rozładować, rozmawiając z pracownikami i zawierając układ zbiorowy.
Zamiast tego koncern woli pracowników w specyficzny sposób upokarzać. – W ramach zachęty bożonarodzeniowej pracownicy nie otrzymali premii zgodnie z umową zbiorową, lecz kalendarz o wartości 96 eurocentów – powiedziała Sylwia Lech.
Koniec 2019 r. nie jest łatwy również dla Amazon we Francji. Po raz pierwszy firma musiała poinformować, ile pieniędzy wydała na podatki.
Uderzył w nią również trwający od 5 grudnia wielki strajk przeciwko wprowadzeniu niekorzystnego dla większości obywateli systemu emerytalnego. Przykładowo w magazynie Amazona w Blanc-Mesnil pracownicy blokowali wjazd na teren firmy, uniemożliwiając rozładunek ciężarówek z towarami.
Demonstrowali równocześnie przeciwko szykowanym niższym emeryturom, ale też formułowali konkretne zarzuty pod adresem francuskiego Amazona. Wybrzmiały znane zarzuty: nadużywanie instytucji pracy tymczasowej, brak odzieży roboczej, zbyt ciężkie pakunki do przenoszenia.
Czy w 2020 r. solidarność pracownicza zmusi koncern do ustępstw?

Niemiecki Amazon stoi

Ponad 2200 pracowników magazynów Amazon w Niemczech przystąpiło do strajku podczas corocznych wielkich wyprzedaży (Black Friday i Cyber Monday).

Związek zawodowy Verdi domaga się, by sprzedażowy gigant podpisał układ zbiorowy gwarantujący „pensje umożliwiające przeżycie i dobrą, zdrową pracę”. Zarzuca firmie faktyczne pozbawianie pracowników podstawowych praw i zmuszanie ich do pracy pod ekstremalną presją. Twierdzi, że są osoby, które zatrudnienie w Amazonie przypłaciły zdrowie.
Strajk, rozpoczęty w piątek, zaplanowany na cztery dni, do wtorku, objął centra dystrybucyjne w Lipsku, Koblencji, Graben, Werne, Rheinbergu i Bad Hersfeld. Od stanowisk odeszło 2200 pracowników i pracownic. To jednak mniejszość wszystkich niemieckich załóg Amazona – firma zatrudnia w Niemczech ok. 13 tys. ludzi.
Amazon stara się zminimalizować znaczenie strajku. Firma, która także w Polsce utrudnia życie organizacjom związkowym, przekonywała klientów, że absencja 2200 zatrudnionych nie przeszkodzi w kompletowaniu zamówień i wysyłaniu paczek. Jak jednak informują polscy związkowcy w Amazonie, działaczki i działacze Inicjatywy Pracowniczej, to raczej propaganda sukcesu. Do osób, które oczekiwały na paczki z niemieckiego Amazona, przychodzą powiadomienia o opóźnieniu przesyłek. – Domagamy się wraz ze strajkującymi kolegami i koleżankami z Niemiec szacunku, podwyżek, zaprzestania inwigilacji i stabilności! Bez nas Amazon nie istnieje! – piszą związkowcy.
O tym, czy strajk odbędzie się również w polskim Amazonie, zdecyduje wynik referendum prowadzonego przez Inicjatywę Pracowniczą, z której aktywistami o planowanym proteście i ogólnie warunkach pracy w koncernie rozmawiał w lipcu Portal Strajk. Uzyskanie frekwencji powyżej 50 proc. w firmie, gdzie obowiązuje system zmianowy i panuje duża rotacja (nie każdy wytrzymuje ciężkie warunki pracy) to ogromne wyzwanie.

W Kolumbii też wrze

Kolumbijczycy dołączyli do Ekwadorczyków, Chilijczyków i ostatnio – po zamachu stanu – Boliwijczyków, w walce przeciw polityce prawicy odbierania praw pracowniczych i powiększania nierówności społecznych. Uderzenia w garnki przebudziły na chwilę neoliberalnego prezydenta Ivana Duque, który obiecuje konsultacje społeczne przed swymi „reformami”.

To się nazywa cacerolazo – walenie tłumu w puste garnki za pomocą sztućców, najczęściej łyżek, choć niektórzy używają pałek perkusyjnych lub innych przedmiotów. Trwało ono w Bogocie dobre dwie i pół godziny i było słyszalne na wiele kilometrów. Podobnie jak na stołecznym placu Bolivara, takie koncerty odbyły się w innych miastach, m.in. w Cali, gdzie wprowadzono wkrótce policyjną, „z powodu zamieszek i rabunków”.
Zdecydowana większość manifestacji była pokojowa. W Bogocie ludzie skandowali „Niech żyje strajk generalny!”. Wieczorem część manifestantów starła się z policją, prawie 60 osób zostało rannych, w tym policjanci. Dziś w Bogocie znowu rozbrzmiewa cacerolazo – według sondaży, już 69 proc. Kolumbijczyków nie chce widzieć Ivana Duque jako prezydenta. „Kolumbia wygrała w ten historyczny dzień obywatelskiej mobilizacji” – ogłosił rano Krajowy Komitet Strajkowy federujący organizatorów protestu.
Duque rządzi ze swymi ludźmi od półtora roku i oczywiście zabrał się za „uelastycznienie”, tj. dalsze uśmieciowienie rynku pracy, forsowanie prywatnych funduszy emerytalnych, podwyższanie wieku emerytalnego itp. Tymczasem upada edukacja i wzrasta liczba bezkarnych zabójstw Indian, więc studenci i Indianie dołączyli do związków zawodowych. Kolumbijski prezydent oskarża sąsiednią, socjalistyczną Wenezuelę o wpływ na kolumbijski bunt społeczny.
Prezydent wystąpił w telewizji, by ostrzec, że podjął „niezbędne środki dla zagwarantowania porządku publicznego na całości terytorium kraju”, a oenzetowskie Biuro Praw Człowieka wyraziło „zaniepokojenie” znacznie podniesioną liczbą żołnierzy na ulicach bezpośrednio przed strajkiem i manifestacjami, jak i „nienawistną kampanią w internecie i mediach stygmatyzującą protesty społeczne”.
Strajk i manifestacje zostały ogłoszone przez kolumbijską federację związków zawodowych przeciw typowym, neoliberalnym pomysłom rządu – „uelastycznienia rynku pracy”, tj. odebrania kolejnych praw pracowniczych, osłabienia publicznych funduszy emerytalnych na rzecz prywatnych i podniesienia wieku emerytalnego.
Studenci, od których zaczęły się ostatnie manifestacje, domagają się dofinansowania zaniedbanej edukacji publicznej a miejscowi Indianie ochrony przed rasistowskimi mordercami: w samej prowincji Cauca (na południowym zachodzie kraju) zabito w tym roku ponad 50 osób.
Artyści i stowarzyszenia obywatelskie popierają ruch społeczny, jak i część opozycji, w tym FARC zrodzony z dawnej marksistowskiej partyzantki. Stronnictwo to sprzeciwia się zabijaniu swoich członków. Od czasu układu pokojowego sprzed trzech lat i przejścia FARC do oficjalnej polityki skrajnie prawicowe bojówki zamordowały ponad 170 dawnych partyzantów.
Prezydent nakazał tymczasem zamknięcie granic z Brazylią, Ekwadorem, Wenezuelą i Peru, by „obcokrajowcy nie naruszali porządku publicznego”.

Grecki strajk

Nowy, wybrany w lipcu grecki rząd prawicowego neoliberała Kyriakosa Mitsotakisa miał dziś do czynienia z pierwszym, dużym społecznym sprzeciwem: Mitsotakis chce „zreformować” rynek pracy, czyli zlikwidować układy zbiorowe pracy i ograniczyć prawo do strajku. Ludowy strajk sparaliżował Ateny.

Mimo deszczu, na ulice wyszło kilkanaście tysięcy ludzi, by dojść do placu Syntagma, naprzeciw parlamentu. Jednocześnie przestała działać sieć autobusowa, wystąpiły perturbacje w szpitalach, szkołach i sądach. Promy pozostały w porcie Pireusu, jak w całym zresztą kraju, w Atenach metro działało z przerwami. Dimitris Bratis, wiceprzewodniczący najważniejszego związku zawodowego pracowników publicznych, krzyczał do megafonu: „Dziś nasza mobilizacja pozwala zaznaczyć rządowi, że ciągle będziemy walczyć w obronie praw pracowniczych w sektorze publicznym i prywatnym!”
„Nie możemy się cofać” – powtarzali uczestnicy manifestacji, przeciwni likwidacji układów zbiorowych, które przywrócił lewicujący rząd Syrizy. Komuniści patrzą z niechęcią na „niszczenie związków zawodowych, które chronią pracowników”. „Musimy pokazać rządowi, że nie został wybrany po to, by niszczyć prawa pracownicze” – mówiła dziennikarzom Giorgia Bulemeti, nauczycielka ze szkoły specjalnej.
„Rząd przewiduje wprowadzenie w sektorze publicznym kontraktów np. czterech godzin pracy na tydzień… A my potrzebujemy pracy na cały etat, bo brak nam personelu, i nie chcemy śmieciowych umów o pracę” – mówiła. Grecja jest wymęczona latami polityki europejskiej, wdrażanej przez Syrizę, która zmniejszyła ludziom płace i emerytury, natomiast zwiększyła zadłużenie kraju i bezrobocie. Wielu Greków wyjeżdża za chlebem.

Chaos w Paryżu

Pociągi na 10 z 16 paryskich liniach metrach nie wożą się pasażerów. Miasto dusi się w korkach, ludzie wybierają się na piechotę do swoich miejsc pracy. Tak wygląda francuska stolica w dniu protestu pracowników komunikacji miejskiej, którzy nie mają zamiaru przyglądać się biernie jak prezydent-marionetka wielkiego kapitału – próbuje ich pozbawić bezpieczeństwa emerytalnego.

Dwie kolejne linie mają zostać uruchomione dopiero w godzinach szczytu. Całkowicie wyłączone są także dwie ważne linie pociągów podmiejskich łączących centrum z przedmieściami, m.in. z największym we Francji lotniskiem Roissy-Charles-de-Gaulle, co potęguje chaos komunikacyjny.
Zarząd transportu miejskiego RATP w akcie desperacji proponuje mieszkańcom na piątek alternatywne sposoby przemieszczania się – hulajnogą, rowerem czy skuterem.
To będzie największy strajk w sektorze transportu w stolicy Francji 2007 roku. Związkowcy akcentują, że to ostatnie ostrzeżenie w kierunku prezydenta Macrona, który rozpoczyna jedną ze swoich najbardziej antyspołecznych reform. Głowa państwa spłaca swój dług wobec możnych tego świata, jego plan zakłada m.in. wprowadzenie „uniwersalnego systemu” emerytalnego w miejsce obecnych 42 różnych opcji emerytalnych. Dotychczasowe przepisy określają gwarancje stabilności dla niektórych urzędników, pracowników największych przedsiębiorstw publicznych oraz wielu innych grup zawodowych np. marynarzy, notariuszy, pracowników
Opery Narodowej.
Macron chce klasę pracującą tego pozbawić. Jego zdaniem stabilne emerytury zbytnio obciążają budżet państwa.
Czy protesty przyniosą efekt? Agencja Reutera zauważa, że mimo zeszłorocznej fali protestów przeciwko reformie państwowej spółki kolejowej rząd w tej sprawie nie ustąpił. Od tego czasu jednak siła polityczna Macrona słabnie z powodu serii antyrządowych demonstracji ruchu „żółtych kamizelek”, co może wzmocnić pozycje negocjacyjną protestujących.
Jeśli chodzi o pracowników transportu stołecznego, obecny system emerytalny pozwala części z nich – maszynistom i innym ludziom pracującym pod ziemią – przejść na emeryturę w wieku 52 lat, czyli 10 lat wcześniej niż przewidują to ogólne zasady.