Bigos tygodniowy

Spłonęła katedra Notre-Dame w Paryżu – ikona Francji. To nie była tylko gotycka katedra chrześcijańska, lecz być może najważniejsza budowla Francji jako takiej. Potworna strata dla światowego dziedzictwa kulturowego. To tak jakby w Polsce spłonął Wawel. Miałem tę katedrę w wyobraźni od najwcześniejszego dzieciństwa, a lata później po raz pierwszy zobaczyłem ją na własne oczy. Ukazanie się powieści Wiktora Hugo „Notre-Dame de Paris” (1831) wpłynęło na decyzję o pierwszym wielkim remoncie tej budowli w jej dziejach. I właśnie w tej powieści jest scena pożaru w katedrze. Niesamowite zdarzenie, jakby rodem z wielkiej literatury francuskiej, z najbardziej ponurych, apokaliptycznych fantazji. Nieszczęśliwy przypadek czy zakamuflowany akt terrorystyczny?

*****
Prawicowy publicysta Piotra Zaręba, za którym jego środowisko nie przepada, bo wolny jest od serwilizmu Karnowskich i dęcia w propisowską trąbkę propagandową powiedział, że jeśli strajk spełznie na niczym, to szkoły przepełnione rozgoryczonymi nauczycielami staną się „fortecami antypisizmu”. Coś jest na rzeczy. Nie bez wpływu na to będą też obrazki z egzaminów, na których widać ściągniętych pomagierów w sutannach, przywodzące na myśl szkołę we frankistowskiej Hiszpanii i salazarowskiej Portugalii. Tam kler odgrywał rolę bezpośredniego sojusznika opresyjnych reżymów klerykalno-nacjonalistycznych. Jednak o roli mediatora w konflikcie nauczyciele-rząd PiS, kler, po swojej wszechstronnej kompromitacji, mógłby już tylko pomarzyć. I to też jest miarą nowej sytuacji w Polsce.

*****
Jolanta Hajdasz, wiceprezeska prawicowego Stowarzyszenia dziennikarzy Polskich opowiada się za likwidacją opresyjnego wobec dziennikarzy kagańcowego paragrafu 212 kodeksu karnego. Proszę bardzo, jestem za, ale zróbmy to samo z represyjnym paragrafem o tzw. obrazie uczuć religijnych.

*****
Proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Lublinie, ksiądz Eugeniusz Szymański modlił się podczas nabożeństwa o „opamiętanie się nauczycieli”. Dodał, że „kiedyś nauczyciele uczyli za darmo i oddawali życie za swoich uczniów”. W reakcji na to kilka osób wyszło z kościoła. Ksiądz Szymański miał też problem z frekwencją na rekolekcjach, więc rzekł do obecnych uczniów: „Przecież nie chodzicie do szkoły, bo jest strajk i tym bardziej powinno być was więcej”. Jak zwykle więc oberwało się nie wagarowiczom, lecz tym Bogu ducha winnym, którzy nie zwagarowali. „Ci co nie przyszli, zapłacą wysoką cenę za nieobecność. Zwłaszcza po śmierci” – dodał proboszcz Szymański. Po pierwsze, Bóg zapłać. Po drugie, ksiądz może tego nie wie, ale argument odnoszący się do tego, co po śmierci, akurat na młodzież szkolną działa słabo. Przy okazji dorocznych rekolekcji wraca nieodmiennie kwestia służbowego angażowania nauczycieli do odprowadzania uczniów do kościoła, tam i z powrotem. Na przykład w Szkole Podstawowej nr 21 im. Królowej Jadwigi, w Lublinie jest to zapisane w harmonogramie zajęć w czasie rekolekcji. Podobnie jest oczywiście w setkach, jeśli nie tysiącach szkół w całym kraju. Jeśli nauczyciel nie zgłasza sprzeciwu, to – powiedzmy – nie ma problemu. Jeśli jednak jako ateista trzyma się z dala od obrzędów religijnych, to co?

*****
Oto jeden z przejawów klasyki pisiorstwa. Skoro strajk nauczycieli utrudnił przeprowadzenie w normalnym trybie egzaminów w szkołach, to pani minister Zalewska ze swoim otoczeniem wymyślili, żeby do przeprowadzenia egzaminów zaangażować kogo popadnie, a kto wyrazi zgodę: emerytów, wojskowych, strażaków i kogo tam jeszcze, czyli z totalna pogarda dla prawa, które bardzo ściśle określa uprawnienia do bycia egzaminatorem. Czyli pospolite pisowskie ruszenie według zasady „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie egzaminatora”. Kto wie czy egzaminatorów nie łapali z ulicy. Przypomina to scenę z radzieckiego filmu „Czapajewa”. Brakowało lekarzy i Czapajew kazał łapać pierwszych z brzegu felczerów i pielęgniarzy, żeby podejmowali praktykę lekarską i robili operacje. Kiedy mu tłumaczono, że uzyskanie dyplomu lekarskiego wymaga studiów i zdania surowego egzaminu. „Przeegzaminować i wydać” – odpowiedział na to Czapajew.

*****
Leon Knabit od lat kreowany w TVP na miłą twarz kleru polskiego, objawił ostatnio prawdziwą, czyli mordę niemiłą. Uznał strajk nauczycieli za „antypaństwowy” i wzywa do interwencji prokuratora generalnego. Nie spodobał mu się też protest pod hasłem „Hańba biskupia” i stwierdził, że klesza pedofilia to jakieś nędzne promile. Z klechy zawsze na ostatek wyjdzie klecha, mimo to nie rozstaję się z warunkową i umiarkowaną sympatią do nielicznych przedstawicieli kleru.

*****
Przemysław Czarnek, wojewoda lubelski, to najbardziej zideologizowany wojewoda w kraju, stały gość w „Studiu Polska” w TVPiS u Ogórkowej. Za jego zniewagi pod adresem LGBT („obrzydliwe obnoszenie po ulicach zboczeń i dewiacji”) została mu wytoczona sprawa sądowa. No, ale przecież to Pan Bóg pana Czarneka (podobno nazwisk się nie odmienia) stworzył płciowość, i tę hetero i tę homoseksualną. Jak może być obrzydliwe to, co stworzył Stwórca?

*****
Jeśli więc prezes Broniarz i strajkujący nauczyciele uważają, że o ile pisiorom udało się przeskoczyć barierę związaną z egzaminami, o tyle nie przeskoczą kwestii klasyfikacji uczniów, to odradzałbym im taki optymizm. A cóż to dla pisiorskiego MEN wydać rozporządzenie, które pozwoli przekazać uprawnienia rady pedagogicznej trzyosobowym komisjom powołanym przez kuratoria, a jeśliby zabrakło ludzi, to dać kuratorom jednoosobowe uprawnienia do dokonania hurtowej klasyfikacji. A ileż to roboty? Pisiory dadzą radę.

*****
Kolejna regionalna konwencja PiS odbyła się w minioną sobotę w Lublinie. Prezes tym razem nie zaryzykował wystąpienia z kolejną „piątką”, bo po pierwsze, mieszek jest opróżniony, a poza tym licho nie śpi i mogłoby to pobudzić do protestów kolejne grupy zawodowe, które uświadomiłyby sobie że w pisowskich planach robienia dobrze, dla nich jednak miejsca zabrakło. Konwencja ograniczyła się do pełnego chełpliwości i dowcipkowania przemówienia Młodego Morawieckiego oraz zarzekania się Prezesa przeciw przyjęciu przez Polskę waluty euro, bo to „spowoduje wzrost cen”. Sęk w tym, że wzrost cen postępuje i bez euro, a 500 plus to dziś w najlepszym razie realnie 450 plus i szybko to idzie do siły nabywczej 400 plus.

*****
Dorota Buchwald nie jest już dyrektorką Instytutu Teatralnego. Pożal się Boże Minister Kultury Gliński pozbył się „wrażej” dyrektorki i zastąpił ją Elżbietą Wrotnowską-Gmyz, nota bene żoną Cezarego Gmyza, korespondenta TVPiS (wstydu nie mają w tej nepotycznej ostentacji!). A kiedy w ubiegłym roku na pisałem o zamiarach Glińskiego, to z jego resortu przyszło pismo bezczelnie wymuszające na redakcji „Trybuny” sprostowanie pod pretekstem czysto formalnej nieścisłości w przekazie. A wyszło na moje, bo jak zwał tak zwał, ale Gliński chciał się Doroty Buchwald pozbyć i się pozbył. Więc po co był ten bezczelny myk z żądaniem sprostowania?

Zdecydujcie się!

„Ilu znasz dobrych nauczycieli?” – zapytał sarkastycznie mój kolega zagadnięty o strajk. „A ilu znasz dobrych dziennikarzy?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Ja znam różnych – od bardzo dobrych, po takich, którzy nigdy w życiu nie powinni pisać tekstów ani relacjonować wydarzeń. Tak jak w przypadku nauczycieli, nie jest to jednolita grupa, nie ma więc sensu stosować odpowiedzialności zbiorowej.
„Czemu oni uczą tylu zbędnych rzeczy i przeładowują mózgi dzieci wiedzą?”.
„A czemu ty piszesz teksty na osiem tysięcy znaków, choć spokojnie to, co masz do przekazania, zmieściłbyś w czterech?”. Bo ktoś narzuca zasady pracy. Czasem mądre, czasem niezbyt.
Nikt już nie pamięta, że nauczyciele wysypywali na ulicach kredę w geście sprzeciwu wobec „deformy” minister Zalewskiej. Prawo strajkowe nie pozwala im porzucić pracy z powodów innych niż niezadowolenie z warunków zatrudnienia bądź wynagrodzenia.
Naprawdę, skończmy już z tym obwinianiem szeregowych pracowników za głupie decyzje „góry”, do których po prostu muszą się stosować. Bo i cóż mają robić? Pójść i podpalić MEN?
Strajkują – „roszczeniowcy”.
Nie strajkują – „bezczynnie patrzą jak nasze dzieci giną!”.
Zdecydujcie się. I przynajmniej w doborze metody krytyki bądźcie konsekwentni.

Oto, co z tą Polską

Obserwujemy obecnie narastające pęknięcie między położeniem pracowników sektora publicznego i prywatnego, z których uformowana zostać miała mityczna polska klasa średnia. Po jednej stronie coraz lepiej zarabiający informatycy, marketingowcy, coachowie i korposzczury, po drugiej stojący w miejscu nauczyciele, akademicy, pracownicy kultury i urzędnicy. Niebawem różnica między nimi może wyglądać tak jakby żyli w dwóch państwach o różnej zamożności, w dwóch różnych światach.
A przecież światy te się spotykają. I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie „American Psycho”), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety. Aż pęknięcie narasta do tego poziomu, że do wspólnych wypadów trzeba znaleźć sobie kogoś innego, bo jakoś tak przestaje wypadać – tym bogatszym dlatego, że z plebsem to wstyd, a tym biedniejszym też wstyd, ale to dlatego, że widzą jak bardzo są w tyle. Poza tym u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: „Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?”.
Niestety dla równościowej polityki to wcale nie jest łatwa sytuacja. Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze), chociaż kapitały te – których nie można łatwo wymienić na pieniądze – stają się świstkiem papieru. Ale są jednak ostatnim świadectwem tego, że „plebs to nie my”, nawet jeśli tenże plebs coraz częściej lepiej zarabia i może sobie pozwolić na nieosiągalną dla nas konsumpcję, co boli tym bardziej, że ta konsumpcja tak mało szykowna, nieprzemyślana, wystawna i obciachowa jednocześnie.
Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też – w drugą stroną – plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło. PiS-owska nagonka może tu trafiać na podatny grunt.
Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.

Wsparcie protestujących

Polska Partia Socjalistyczna, od początku swego 127 letniego istnienia uważała, że przyszłość narodu polskiego związana jest nierozerwalnie z wychowaniem i edukacją młodego pokolenia, które powinno budować nowoczesną i spójną wizję człowieka i społeczeństwa. Nauczyciele odgrywają kluczową rolę w realizacji tego celu.
Obecna sytuacja materialna nauczycieli pozostaje w głębokiej sprzeczności z ich potrzebami i rolą w społeczeństwie.
W pełni popieramy postulaty płacowe nauczycieli oraz innych pracowników oświaty i rozumiemy, że w sytuacji braku właściwej troski rządu o stan polskiej oświaty uzasadnione jest przejście do radykalnych form protestu.
Popieramy działania związków zawodowych zrzeszających nauczycieli w walce o prawa wszystkich nauczycieli. Doceniamy szczególnie rolę Związku Nauczycielstwa Polskiego w niezłomnym prezentowaniu postulatów i organizację protestu.
Podobnie jak Związek Nauczycielstwa Polskiego uważamy, że zmiany strukturalne, szczególnie w tak wrażliwej dziedzinie jak wychowanie młodego pokolenia, nie mogą odbywać się w atmosferze bałaganu i stanu niepewności, który dotyka dzieci, młodzież, ich rodziców i nauczycieli.
Wyrażamy również głęboką obawę o niezależność światopoglądową nauczycieli w szkole zreformowanej według wizji PiS.

Fajterzy

Kuratorzy sądowi – jedna z niewielu grup zawodowych, która nie domaga się podwyżek, ale po prostu umożliwienia im efektywnego wykonywania pracy zgodnie z tym, co teoretycznie gwarantują im przepisy.

Postanowili pójść drogą nauczycieli i pracowników sądowych sekretariatów. Kuratorzy zawodowi chcą „wstać z kolan”, ale uświadomili sobie, że najpierw muszą się zorganizować od podstaw. Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych jeszcze nie zdążył sfinalizować rejestracji w KRS, a już przygotował m.in. pismo do Zbigniewa Ziobry, w którym domaga się, by Ministerstwo Sprawiedliwości konsultowało z nim wszelkie akty prawne dotyczące bezpośrednio pracy kuratorów. Są zdeterminowani, by głośno upominać się o swoje. Kiedy ze sceny zejdą nauczyciele, kuratorzy mogą sporo namieszać.
„Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych chce być odpowiedzialnym partnerem Ministra Sprawiedliwości w zakresie kształtowania spraw dotyczących kuratorów sądowych i dążyć do konstruktywnych rozwiązań w atmosferze dialogu i porozumienia. (…)” – czytamy w piśmie do Zbigniewa Ziobry. Pokój, miłość i zrozumienie. Ale dalej przestaje już być tak słodko. Związek informuje, że powstał na mocy uchwały i domaga się jasnej informacji, na jakim etapie prowadzone są w ministerstwie prace nad nowelizacją ustawy, żąda też konsultacji wszelkich aktów prawnych ze środowiskiem. To efekt wieloletnich praktyk, polegających na tym, że rzesza „pomysłowych Dobromirów” z Ministerstwa Sprawiedliwości kształtowała coraz to nowymi przepisami pracę kuratorów zza biurka, praktycznie bez znajomości codziennych realiów tej pracy. Zwłaszcza w aspekcie działań w terenie i skutecznej pracy resocjalizacyjnej z podopiecznymi.
Pod pismem do Zbigniewa Ziobry podpisała się przewodnicząca OZZ KS Magdalena Huzar. To kuratorka rodzinna z Kłodzka na Dolnym Śląsku. Na razie jest przewodniczącą in spe, bo do tej pory zarejestrowano Komitet Założycielski, kolejnym krokiem będzie powołanie Zarządu Krajowego i Prezydium.
Grupa założycielska liczyła 44 osoby z 17 okręgów sądowych z całej Polski. Kuratorzy są dumni, że wreszcie powołali do życia swój związek i jednocześnie mają trochę poczucia winy, że zdecydowali się na to tak późno. Ale ci, którzy podjęli się bycia funkcyjnymi, są pełni energii. Chcą mieć wpływ na to, co „góra” ustala na temat ich pracy, ale wiedzą, że bez związkowego szyldu w rozmowach z Ziobrą będą bezsilni. Powoli tworzą struktury, jeszcze bez pełnej tożsamości prawnej.
***
Kurator znajduje się gdzieś w połowie sądowej drabiny prestiżu. Musi skończyć aplikację jak „prawdziwy prawnik”, ale de facto jest hybrydą pracownika socjalnego, pracownika biurowego i adwokata. Kurator karny (dla dorosłych) zajmuje się podopiecznymi po wyrokach z Kk – ma pod opieką swoich osobistych dozorowanych, „obsługuje” przerwy w karze pozbawienia wolności, dozory elektroniczne czyli „bransoletki”, wykonuje wywiady środowiskowe, nadzoruje kuratorów społecznych sprawujących dozory w jego imieniu (kurator społeczny może mieć do 10 spraw. Pełniłam tę funkcję ponad 6 lat). Kuratorzy rodzinni mają podobne obowiązki, z tą różnicą, że mają pod nadzorem całe rodziny, uczestniczą też w tzw. widzeniach rodzica z dzieckiem. W listopadzie 2018 Polską wstrząsnęło wydarzenie z warszawskiego Bemowa, gdy podczas widzenia 35-letni mężczyzna udał się z 4-letnim synkiem do toalety, gdzie w akcie desperacji otruł siebie i dziecko.
Media były bezlitosne dla kuratorki. Czy słusznie? Nie ma bardziej niewdzięcznego „medialnie” zawodu. Kurator ma być jak Batman – na niebie powinien wyświetlać mu się sygnał alarmowy, kiedy Kowalski upije się bardziej niż zwykle i zamachnie się na żonę tasakiem. Wymaga się, aby kurator miał pod kontrolą każdą sekundę życia swoich podopiecznych – ich wydatki, ich nałogi, ich życie seksualne, ich potrzeby fizjologiczne. Ale tak, aby nie został oskarżony z drugiej mańki – że odebrał dzieci za biedę. A on ma tylko legitymację, kartkę papieru i autorytet, który musi sobie w relacji z podopiecznym wypracować. Zasłużyć na zaufanie, a nie tylko na łatkę upierdliwego sądowego dozorcy, jest trudno. Ale to władza i niedostosowane do rzeczywistości przepisy utrudniają kuratorom realizowanie ich misji. Podwyżki – jasne, przydałyby się. Ale głównym demonem pracy kuratora jest nadmiar obowiązków. To praca, która nie kończy się nigdy.
– Naszą zmorą jest podział etatów i nierówny podział obciążenia w okręgach – mówi przyszła przewodnicząca Magdalena Huzar. – Rozporządzenie mówi, że kurator, na przykład rodzinny, może mieć od 15 do 25 nadzorów. Nie znam takiego kuratora w Polsce, który ma 15 nadzorów. To jak jednorożec, kwiat paproci. Jesteśmy zawaleni wywiadami środowiskowymi (bezpłatnymi). Nie mamy czasu pracować z naszymi osobistymi podopiecznymi i ich rodzinami – czasami starcza go, żeby wpaść raz na miesiąc i policzyć dzieci. Nie ma limitu wywiadów do wykonania. U mnie w zespole jedna kuratorka wykonała w zeszłym miesiącu 50 wywiadów. To jest 50 wyjazdów w teren, gdzie trzeba zebrać szczegółowe informacje i je opisać. A przeciętny kurator zawodowy ma w referacie od 50 do 100 „stałych” spraw. Jego obowiązkiem jest czuwać nad tymi ludźmi. Proszę mi powiedzieć, jak to fizycznie zrobić? Rozciągnąć dobę? A kiedy iść z podopiecznymi na przykład do urzędu miasta żeby coś załatwić? Jak nawiązać z nimi jakąś więź? Jak zauważyć, że dzieje się coś niepokojącego?
***
Papierologia rośnie. O wszelkie wiążące decyzje dotyczące podopiecznych kurator musi występować do sądu. W przypadku na przykład kary ograniczenia wolności (to tzw. prace społeczne) lub dozoru elektronicznego (bransoletka), gdy podopieczny zachoruje i nie jest w stanie jakichś obowiązków wykonywać, na decyzję sędziego trzeba czekać tygodniami. Gdyby leżało to w gestii kuratora, wszystko mogłoby dziać się sprawniej. Dlatego związkowcy chcą rozszerzenia swoich uprawnień.
– Sędziowie nie rozumieją czasochłonności tej pracy – mówi Magdalena Huzar. – Czasem zdarzają się sytuacje, które są potencjalną tykającą bombą. Jedna pani dostała udział w kontaktach kuratorskich ojca z dzieckiem. On jest cudzoziemcem. Ona nie zna języka. Jak ma wykonać poprawnie swoje obowiązki? Jak ma czuwać nad bezpieczeństwem dziecka? Za udział w kontaktach płaci się nam 191 złotych brutto za wizytę, a liczba kontaktów, tak jak wywiadów, jest nielimitowana. W dodatku to wszystko jest poza naszym formalnym obciążeniem, ale ma opcji, żeby odmówić. Pracujemy w sobotę i niedzielę, jedna wizyta trwa od 2 do nawet 9 godzin. Nie mamy kiedy odpocząć, nie mamy za to oddanego żadnego wolnego dnia. Pracujemy w święta. Pracujemy praktycznie cały czas. Chcemy unormowania standardów naszego obciążenia, bo już robimy bokami.
***
Wśród kuratorów rodzi się bunt. Przyjeżdżają kontrolerzy, którzy muszą przekopać akta dozorów – tych osobistych, na które nie zostaje już czasu.
– Skoro kładą nacisk na to, jak pracujemy z dozorowanymi i chcą nas z tego rozliczać, to niech nam to do cholery umożliwią – wzdycha przewodnicząca OZZ KS. – Niech zdejmą z nas te dodatkowe czynności i dadzą w spokoju pomagać rodzinom. Wiadomo, jedni podopieczni wymagają intensywniejszej opieki, inni radzą sobie sami. Ale to powinno być nasze główne zadanie: praca ze środowiskiem osób skazanych i nadzorowanych, nieletnich. W tej chwili sprowadza się nas do kontrolerów, sprawdzających, czy oni żyją. Ale kiedy coś się stanie, winni jesteśmy my. „Gdzie był kurator?” – pytają wtedy media. Ale nie da się w ciągu 15- czy 20-minutowej rozmowy zdiagnozować i uzdrowić rodziny.
***
Bezpieczeństwo kuratorów – to kolejny problem. Część bogatszych sądów ma na wyposażeniu GPS-y, tak zwanego „bezpiecznego kuratora”. Znowu podział na lepszych i gorszych. Niektórym poszczęściło się nawet na tyle, że dostali gaz pieprzowy. No i zestaw „małego chemika” – testy na obecność narkotyków, a także alkomaty – po jednym na zespół. Ale to już wyższa szkoła absurdu.
– Na te testy poszło mnóstwo kasy. Ustawa daje mi prawo zbadać nieletniego. Ale co z tego, że ja go zbadam, jak rodzic zażąda powtórnego badania. I co ja mam wtedy zrobić? Wieźć go swoim autem? Gdzie? Na SOR? I czekać tam osiem godzin? Nie mamy podpisanych umów z laboratoriami. To martwy przepis. Dano nam narzędzie, z którego i tak nie możemy korzystać.
Wszędzie muszą dojeżdżać własnym autem. A jeśli go nie mają? Do niektórych miejsc dojeżdża jeden autobus dziennie. Nie ma możliwości odmowy, kiedy nie ma opcji dojazdu do podopiecznego. Owszem, otrzymują tzw. zwrot kosztów pracy – za benzynę – był naliczany, kiedy paliwo kosztowało dwa złote za litr. A nie pięć. Nie mają ubezpieczeń z tytułu ryzyka zawodowego – kontaktu z chorymi, z uzależnionymi od narkotyków.
***
System wynagrodzeń.
– Chciałabym mieć taką firmę jak sąd – wzdycha moja rozmówczyni. – W tej chwili u mnie w zespole nie ma trzech osób. Ktoś ich zadania musi przejąć. Grosza za to nie widzimy. Na swój awans czekałam pięć lat, ale rekordziści np. ci podlegający pod Katowice, czekają nawet 10 i więcej. Co z tego, że już dawno spełniają wszystkie wymogi z ustawy? Nie ma pieniędzy. Ale są też okręgi, gdzie do awansów nie ma kolejek. To zależy od sądów apelacyjnych. W tej chwili na emeryturę przechodzi u nas jedna kuratorka ze stopniem specjalisty. Te pieniądze przecież zostaną w puli, za to można awansować kolejną osobę z kolejki. Ale tak się nie dzieje i nikt nam nie tłumaczy, dlaczego. Nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić. My nie chcemy podwyżek wprost, chcemy przejrzystego systemu nagród, chcemy przestrzegania ustawy.
W sądach nie funkcjonuje osobny budżet na funkcjonowanie kuratorskiej służby sądowej.
***
Nie wolno im strajkować. Nie mają jeszcze pomysłu na akcję ogólnopolską, ale rozważają odmowę wyjazdów w teren. Domagają się, żeby kierownicy zespołów i kuratorzy okręgowi byli kadencyjni.
Chcą, żeby urzędnicy z ministerstwa konsultowali z nimi wszystkie nowe przepisy – żeby nie dopuścić do sytuacji, że ich pracą zarządza ktoś, kto przez dwadzieścia lat nie wstawał zza biurka i nie wie, jak wygląda praca w terenie.
Mieli wielką nadzieję, że po raporcie NIK na temat kuratorów wstawi się za nimi Adam Bodnar. Ale on potraktował sprawę wybiórczo – zainteresował się wyłącznie brakiem kompetencji kierowników zespołów i kuratorów okręgowych do kontroli. Resztę zagadnień, które poruszyła NIK (m.in. przeciążenie pracą) pominął. Do niego też OZZ KS przygotowuje pismo.
Na razie na to pierwsze Zbigniew Ziobro nic im nie odpisał. Minister nie jest przecież od tego, żeby gadać z suwerenem.

Do nauczycielki Kornhauser

Pani Agato, a może trzeba się było jednak nie odzywać? Ja przepraszam za zamieszanie, już nie będę więcej nalegać. Mam tylko jedną prośbę: jak już wróci Pani uczyć do szkoły, proszę podzielić się wysokością swoich zarobków i przyznać, czy to rzeczywiście takie kokosy. I tak dobrze, że nie błysnęła Pani żadną poradą życiową przebijającą Bronisława Komorowskiego – np. „wyjdź za głowę państwa, wtedy podwyżka nie będzie ci potrzebna”.

***

„Wyborcza” wywołała wilka z lasu – o tym, co powiedziała jedna pani drugiej pani w pokoju nauczycielskim krakowskiego liceum, deliberują dziś wszyscy: począwszy od dyrektora szkoły, przez przedstawicieli ZNP aż po rzecznika prezydenta. Pan dyrektor zarzeka się, że rozmowy Agaty Dudy z nauczycielkami z pewnością nie miały charakteru politycznego. Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, choć nie było go na miejscu i dyskusji nie słyszał, jest pewien, że „Wyborcza” pisze „jakieś bzdury”. Szefowa krakowskiego ZNP twierdzi natomiast, że rozmowy prezydentowej podczas wizyty w szkole, bez względu na to, czy była to wizyta prywatna, czy nie, nie mają znaczenia dla przygotowywanego protestu. Wszyscy wymienieni powyżej nie mają racji.
Fakty stoją po stronie gazety: była i rozmawiała. To akurat potwierdzają wszyscy. I raczej wątpliwe jest, że opowiadała o tym, jak zakwitły pierwsze przebiśniegi, a wredna koleżanka nakłamała prasie, że odwodziła nauczycieli od strajku. Sęk w tym, że pani Agata chyba znów zapomniała, że w jej wykonaniu prywatne jest polityczne. Tak samo jak polityczne było wcześniej jej milczenie, czy tego chciała czy nie. I nawet jeśli rzeczywiście jej „misja uspokajania szkół” to nadinterpretacja, a ona po prostu szepnęła coś off the record trzem osobom na uszko, to przekaz pozostaje ten sam: dajcie spokój, nic nie ugracie, nie macie nikogo po swojej stronie. To istotna informacja, może bez wpływu na kalendarz związkowych działań, toczących się swoim torem, ale na pewno nie bez wpływu na nauczycielskie morale. Wysyp rozlegających się zewsząd pełnych żalu pytań: „ale jak to nie macie na podwyżki, skoro mieliście na nowe obietnice? Skoro mieliście na TVP?” padających z nauczycielskich ust jest całkowicie zrozumiały.
Szczerze? Ciekawa jestem, jak potoczą się losy strajku w tej konkretnej szkole. Dyrektor, znajomy pani prezydentowej, wydaje się tak sterroryzowany, że gdyby mógł, najchętniej zaprzeczyłby wszystkiemu na zapas, łącznie z faktem, że Ziemia krąży wokół Słońca i przeprosiłby pisemnie rząd za to, że jego podwładni w ogóle żyją. Fakt pozostaje faktem: prywatnie czy nie prywatnie, pierwsza dama znów pokazała suwerenowi plecy.

Czas strajku

Od 10.00 rano do 14.00 w poniedziałek w całym kraju protestowały zarówno załogi samolotów, jak i personel naziemny.

W proteście wzięli udział pracownicy zrzeszeni w sześciu związkach zawodowych. Związkowcy wydali oświadczenie, w którym wyjaśniali przyczyny faktu, że lotniska stanęły dziś na cztery godziny: stało się tak „z powodu konkurowania między liniami lotniczymi pogarsza się sytuacja pracowników i dochodzi do praktyk dumpingowych w kwestii kontraktów”.
Protestują głównie pracownicy państwowych linii Alitalia – które odwołały 95 lotów krajowych. Natomiast dołączyli do nich również związkowcy pracowników Air Italy – u nich protest przybrał ostrzejszą formę. Potrwa dobę z przerwą na poranne i wieczorne godziny nasilenia ruchu lotniczego. Alitalia wdrożyła ponoć specjalny plan na czas strajku tak, by pasażerowie posiadający bilety na loty międzynarodowe na 25 kwietnia odlecieli.
Jednak dla pracowników to niestety nie koniec kłopotów: branża zmaga się z nimi bezskutecznie od miesięcy. W ubiegłym roku strajki zorganizowali włoscy kontrolerzy lotów zrzeszeni w autonomicznych związkach zawodowych: protestowali przeciw niesatysfakcjonującym warunkom pracy, niskim płacom i planowanym zwolnieniom. Na rzymskim lotnisku Fiumicino nie odbyło się wówczas około 100 lotów, w tym 85 Alitalii. W całym kraju kontrolerzy zablokowali ich ponad 700.

Walka o godność na poczcie

O zmaganiach listonoszy o ludzkie warunki pracy i płacy i o tym, jak kierownictwo Poczty Polskiej stara się ich złamać pozwami sądowymi, roszcząc sobie prawo do nietykalności, Paweł Jaworski (strajk.eu) rozmawia z Jakubem Żaczkiem, działaczem Związku Syndykalistów Polski.

Paweł Jaworski: Poczta Polska ściga cię sądownie. Sugerują nawet, że jesteś zagrożeniem dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa. Naprawdę jesteś taki groźny?
Jakub Żaczek: Też się zastanawiam. Nigdy nie przypuszczałem, że jestem aż tak wpływowy i niebezpieczny. Czytanie aktu oskarżenia Poczty Polskiej jest pewnym zastrzykiem dla ego, choć jest tam oczywiście przesada. Mój wpływ nie był taki, jak zostało to opisane.
To prawda, że [jako Związek Syndykalistów Polski] już od dłuższego czasu interesujemy się tym, co się dzieje na poczcie. Fora elektroniczne na ten temat prowadziliśmy już od 2006 r. Pod postem na temat strajku na Poczcie Polskiej wiele lat wypowiadały się osoby tam pracujące. To jest archiwum zawierające dobre dziesięć lat komentarzy. Od początku było ono cierniem w oku dyrekcji Poczty Polskiej. Przez długi czas starali się dowiedzieć, kto to prowadzi i doprowadzić do zamknięcia strony. Później, kiedy cały ruch społecznościowy przeniósł się z portali na Facebook, powstała znana w branży strona Listonosze Polska. Nagłaśniamy tam problemy występujące na poczcie. Miała też duży wpływ na protesty, które miały miejsce dwa lata temu, na wywalczenie podwyżek – symbolicznych, ale jednak –oraz pewnych ustępstw na polu rozliczania nadgodzin, weryfikację obciążeń listonoszy i ich rejonizacji. To zmiany niewystarczające, dlatego protesty były kontynuowane. Ostatnio był to tzw. tydzień dbałości o swoje zdrowie…

Czyli branie zwolnień L4, jak w przypadku pielęgniarek i pracowników sądowych, policjantów…
Tak, wśród listonoszy zapanowała “grypa gołębi pocztowych” i zmusiła ich do zadbania o swoje zdrowie. Zachęcaliśmy do tego również na stronie Listonosze Polska. Każdy ma prawo myśleć o zdrowiu, dlatego listonosze udali się do lekarza, sprawdzili swój stan zdrowia i odpowiednio zareagowali.
Czemu akurat teraz Poczta Polska wytoczyła ci proces? Przecież twoja aktywność trwa już dwa lata…
To nie jest tak, że dopiero teraz zareagowali. Dwa lata temu zorganizowaliśmy ogólnopolskie protesty pocztowców, m.in. demonstrację w Warszawie, w której uczestniczyło około 2 tys. osób, głównie listonoszy. To dużo, biorąc pod uwagę ogólną liczbę 20 tys. listonoszy w kraju.

Byłem organizatorem tamtej demonstracji. Dyrekcja skierowała wtedy do prokuratury doniesienie o przestępstwie, gdzie przypisywano mi m.in. pomówienie, na podstawie słów, które padły na innej, wcześniejszej demonstracji, organizowanej przez inną osobę. Nie dbali za bardzo o konsekwencję. Nie mieli dowodów na autorstwo wpisów w internecie, które przypisywali mi, a z których wiele było zamieszczanych przez samych listonoszy. Ich pozew został dwukrotnie umorzony przez prokuraturę. Złożyli w końcu prywatny akt oskarżenia. Rok trwała przepychanka między sądami w Śródmieściu i na Mokotowie o właściwość miejscową mojego “przestępstwa” i teraz, 9 kwietnia, w końcu odbędzie się proces.

Co ci konkretnie zarzucają?
Oskarżają mnie głównie o rzekomo nieprawdziwe zarzuty pod adresem kierownictwa. W tego typu procesie ciężar dowodu spoczywa niestety na oskarżonym, więc my musimy udowodnić, że to, co mówiłem, jest prawdą. Z tym nie będzie problemu. Natomiast ktoś z klientów poczty zamieścił w internecie komentarz, że listy są niedoręczone na czas, na co ja odpowiedziałem: “Pogadamy o tym po rewolucji, OK?” Oni to zinterpretowali jako wezwanie do zaprowadzenia krwawych porządków na poczcie. A to był zwykły żart – żadnych gilotyn nie ustawiałem pod zarządem.

Ciekawe w tej sprawie jest to, że związki zawodowe na poczcie nie są zainteresowane losem pocztowców tak jak ZSP…
NSZZ “Solidarność” współpracuje z zarządem Poczty przeciwko pracownikom. Tak było np. w sprawie Klaudiusza Wieczorka (pracownik Poczty Polskiej zwolniony dyscyplinarnie – przyp. red.), gdzie akt oskarżenia przeciwko niemu, autorstwa Poczty Polskiej, zawierał też stwierdzenie, że obraził pocztową “Solidarność”. Dyrekcja wystąpiła w obronie “S”. Na stronie internetowej “S” pojawiają się komentarze, z których wynika, że mają dostęp do akt oskarżenia.

Co dokładnie dyrekcja uznała za pomówienie?
Zarzucaliśmy kierownictwu firmy niewypłacanie nadgodzin, co jest potwierdzone w procesach sądowych przez wielu świadków. Nie ma wystarczającej obsady. Pensje nie rosną tak, jak twierdzi zarząd, który czasem podaje jakieś super optymistyczne dane, z których wynika, że listonosze zarabiają 3-4 tys. zł. To nieprawda, zarabiają niewiele ponad pensję minimalną. Podwyżki pozorne wynikają z właśnie ze wzrostu wynagrodzenia minimalnego, a rzeczywiste to podwyżki o 150 zł, które zostały wywalczone przez protesty plus jednorazowe premie w wysokości kilkuset złotych.

Czy cokolwiek się zmieniło na lepsze?
Nie. Teraz, w wyniku “grypy gołębi pocztowych” inne związki się obudziły i też żądają podwyżek. Protesty trzeba kontynuować, bo listonosze są traktowani źle. Są np. podpisywane umowy z Alibabą na dostarczanie przesyłek komercyjnych. To powoduje, że doręczyciel zamiast nosić listy polecone, taszczy pudełka z butami i nie może się wyrobić ze swoimi normalnymi obowiązkami. Poczta podpisała dodatkowe kontrakty i nie chce się dzielić z pracownikami dodatkowymi zyskami, a także wymusza na nich dodatkową pracę i uniemożliwia im spełnianie ich podstawowych obowiązków, bo tych zadań nie da się wykonać w przewidzianym czasie.

Kierownictwo twierdzi, że to nieprawda?
Tak: że to jest pomówienie i że to my jesteśmy źródłem niezadowolenia wśród pocztowców, bo gdyby nie my, to nie byłoby problemu.

W akcie oskarżenia szeregowi listonosze są traktowani wyłącznie jako ofiary waszej propagandy. Kierownictwo wydaje się twierdzić, że wszystko zostało wymyślone przez was i to wy wmawiacie listonoszom ich niezadowolenie.
To paranoiczna konstrukcja i nie wiem, na ile sama dyrekcja w nią wierzy. Skargi na Pocztę docierały do nas już od 2006 r. Wszystko, o czym mówiliśmy, miało źródło w doniesieniach o konkretnych urzędach, od konkretnych osób. Mamy świadków, wszystko są to pracownicy Poczty Polskiej – aktualni lub byli, bo zdarzały się zwolnienia za działalność pod różnymi pretekstami.
Odbywały się już procesy. Jeden z nich zakończył się ugodą, dwa inne nadal trwają. Żądamy przywrócenia do pracy osób niesłusznie zwolnionych. Jeden pracownik, Zbyszek został już przywrócony do pracy po strajku w 2006 r., ale sądy nie wykazywały się raczej zrozumieniem, więc nie mamy pewności, czy tak samo będzie z innymi.

Dyrekcja zarzuca ci radykalne działania, których jedynym celem jest jakoby wyrządzenie szkody spółce. Poza tym, podobno zagrażasz bezpieczeństwu kraju, bo narażasz Pocztę, która jest w myśl prawa przedsiębiorstwem “o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym”.
To bzdura, bo moją jedyną motywacją jest poprawa warunków pracy pracowników Poczty. Jestem anarchistą, mam określone poglądy, ale czy wykonałem jakieś konkretne radykalne działania zagrażające bezpieczeństwu kraju? Bardzo wątpię. Tak samo nie działałem na szkodę Poczty Polskiej. Tak naprawdę na jej szkodę działa zarząd, odmawiając ludzkiego traktowania pracowników, powodując, że odchodzą z pracy, że nie są w stanie wykonywać obowiązków, że jest ich za mało. Firma, która tak funkcjonuje, nie ma szans na przetrwanie. Zrzucanie winy na pracowników, którzy mówią o tym wprost i chcą poprawy sytuacji, jest stawianiem sprawy na głowie.

Do aktu oskarżenia dołączony jest też raport wewnętrzny Poczty Polskiej sprzed dwóch lat na temat działalności ZSP. Czujecie się inwigilowani?
W tym raporcie była sugestia, żeby naszą sprawę zgłosić do ABW. Dotychczas nikt do mnie nie pukał o piątej nad ranem, więc nie mam pojęcia, czy się mną zajmują. Podejrzewam, że jednak nie. Co do inwigilacji, to wiem już, że każdy wpis na FB może być pretekstem do kolejnej sprawy i często mi się zdarza, że różne firmy i czyściciele kamienic interesują się moimi wpisami. Nasza działalność nie jest tajna. Zmierza ona do egzekwowania uprawnień pracowników, m.in. zaległych pensji, wypłat za nadgodziny. Tak należy rozumieć nadal toczące się sprawy sądowe, m.in. Rafała Czerskiego, który żąda zapłaty. Chodzi nam też o to, żeby w ramach walki o konkretne sprawy pracownicy łączyli się i działali razem, również w ZSP. To miały na celu nasze działania: pomogliśmy im mieć spójne hasła, spójny program, a poza tym rozpoznawalną markę, jaką się stali Listonosze Polska. To wszystko by nie istniało, gdyby nie było potrzeby poprawy sytuacji listonoszy.

Jak możecie być skuteczni, skoro ZSP ani nie ma osobowości prawnej, bo nie ma was w KRS, ani w ogóle nie chcecie tworzyć związków zawodowych?
Nie do końca. Jako ZSP nie jesteśmy zarejestrowani, bo nie widzimy takiej potrzeby, ale mamy inną strukturę widniejącą w KRS, którą posługujemy się jako narzędziem. Przydaje się np. żeby móc reprezentować pracowników w procesach sądowych. Bierzemy też pod uwagę tworzenie takich struktur na poczcie. Być może ogłosimy to w najbliższych miesiącach.

Zarówno ZSP jak i sami listonosze podkreślają, że związki zawodowe na poczcie działają w interesie kierownictwa, więc jaką praktycznie oferujecie im alternatywę?
W polskich warunkach w przedsiębiorstwie takim jak Poczta Polska spór zbiorowy i legalny strajk są praktycznie niemożliwe. Nie jest w stanie go przeprowadzić ani “Solidarność”, ani nikt inny. Główne związki blokują takie rozwiązanie, bo są zblatowane z zarządem. Inne związki w myśl prawa nie są reprezentatywne, więc też go nie mogą rozpocząć. Realna siła przetargowa pracowników jest zależna nie od ich legalnego umocowania, tylko od ich możliwości strajkowych. Braliśmy udział w strajku w szpitalu wojewódzkim w Bełchatowie, gdzie w ciągu jednego dnia 50 kobiet, wcześniej na outsourcingu, wywalczyło umowy o pracę. Było to możliwe, bo następnego dnia szpital miał być już ewakuowany – dyrekcja musiała podjąć taką decyzję. Wszystko zależy od siły nacisku i determinacji.

Czy w okresie od czasu pamiętnej demonstracji pocztowców coś się zmieniło w warunkach pracy i płacy?
Mam informacje, że w okresie od czerwca do sierpnia 2018 r. zostało wypłacone dodatkowe 172 zł netto, była też premia czasowo-jakościowa 210 zł brutto. Gdzieniegdzie zostały wprowadzone płatne nadgodziny i reorganizacja rejonów. To natomiast nie wszędzie zostało uregulowane i nie zatrzymało odchodzących osób. Były więc pewne efekty naszych działań, trudno jednak powiedzieć, że spełniono postulaty.

Zalewska kontratakuje

Minister Zalewska nie ma sobie i MEN nic do zarzucenia w sytuacji nadciągającego strajku nauczycieli w całym kraju, a niskim płacom w sektorze jest winna PO.

Uważa, że może spokojnie objąć funkcję deputowanej Parlamentu Europejskiego, bo spełniła się całkowicie na stanowisku rządowym w Polsce, a jej reforma ma się świetnie. Zapowiada też, że da zdecydowany odpór karcie LGBT w Warszawie.
W wywiadzie jaki w sobotę 16 marca rano ukazał się na jednym z portali minister edukacji Anna Zalewska najwyraźniej wątpi, czy zapowiadany na kwiecień strajk nauczycieli będzie odmową pracy na wielką skalę i uniemożliwi egzaminy gimnazjalne.
– Poczekamy na wynik nauczycielskiego referendum, który może przybierać różnego rodzaju formy – mówi szefowa MEN, podczas gdy faktycznie, jak już pisał Portal Strajk, nauczyciele w szkołach, gdzie referenda już się odbyły, w zdecydowanej większości opowiadają się za strajkiem.
Zalewska jednocześnie utrzymuje, że nie ma sobie nic do zarzucenia w kwestii podwyżek, jakich żądają nauczyciele, a ZNP zaprasza na “dalsze rozmowy”, oskarżając jednocześnie związek o niechęć do dialogu. Czołowy nauczycielski postulat podniesienia wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł określiła jako “zaporowy” i niemożliwy do realizacji ze względów budżetowych. Mówi, że budżet na ten rok jest już zamknięty, nie odnosząc się jednak do faktu, że główny postulat i groźba strajku były przez ZNP artykułowane od połowy roku ubiegłego.
Szefowa ministerstwa uparcie powtarza, że proponowane przez resort symboliczne podwyżki, gdzie nauczyciele dyplomowani dostaną w trzech turach dodatkowe 508 zł, a pozostali mniej, to na razie absolutny pułap. Nie wyklucza co prawda dyskusji o kolejnych podwyżkach w przyszłości i zaprasza ZNP do dalszych rozmów, podczas gdy przez cały ubiegły rok MEN regularnie ignorował głos związku.
– Kompromis zakłada, że my się gdzieś w pół drogi spotykamy – podkreśla przedstawicielka rządu, upominając ZNP, chociaż nie wiadomo, co w świetle dotychczasowych doświadczeń miałoby to oznaczać.
Pani minister nie ma wątpliwości, że jej rząd zrobił dla nauczycieli wszystko, co było możliwe. – Z mojej strony jest wyłącznie dobra wola – powtarza, a sedna problemu z niskimi zarobkami upatruje w polityce poprzedniej ekipy.
– Jestem ministrem edukacji, który oddał nauczycielom wszystko to, co zabrali moi poprzednicy, pamiętając, że nauczyciele zasługują na podwyżki, do których się zobowiązałam. (…) Nie wywołuję żadnych konfliktów. Zapowiedziałam podwyżki i je zrealizowałam przy absolutnym spokoju i aprobacie związków zawodowych.
Zalewska odżegnuje się od podejrzeń, że jej kandydatura do Parlamentu Europejskiego jest ucieczką od problemów polskiej edukacji, z którymi nie daje sobie rady.
– Jarosław Kaczyński i premier Beata Szydło poprosili mnie, abym z tego mandatu zrezygnowała i poszła do najtrudniejszego resortu z jednym celem: abym przeprowadziła reformy. I tak właśnie się stało. (…) Reforma jest dopilnowana (…) Jesteśmy absolutnie spokojni.
Pani minister zapowiedziała jednocześnie, że będzie walczyć z kartą LGBT w warszawskich szkołach, bo jej postanowienia są jej zdaniem niekonstytucyjne.
– W systemie oświaty nie występuje ktoś taki jak „latarnik”. Jest za to pedagog czy psycholog – zastrzega i zapewnia, że “latarnicy”, czyli osoby sygnalizujące dyskryminację osób LGBT, absolutnie do szkół nie wejdą. – To jest niezgodne z prawem. Będziemy tego bezwzględnie pilnować.

Strajk nauczycieli puka do drzwi

25 marca w szkołach odbędą się referenda strajkowe, zaś 8 kwietnia, jeśli taka będzie wola nauczycielek i nauczycieli, rozpocznie się bezterminowy protest – ogłosił dziś przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz.

Prezydium związku zawodowego, który od ponad roku domaga się podwyższenia wynagrodzeń nauczycieli o 1000 zł, ustaliło treść pytania, jakie zostanie postawione uczestnikom referendum strajkowego. Będzie się ono odnosić właśnie do ignorowanych przez MEN postulatów finansowych pedagogów: „Czy wobec niespełnienia żądania do podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych o 1000 złotych z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 roku jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku?”. Jeśli w referendum zagłosuje przynajmniej połowa uprawnionych, w poniedziałek 8 kwietnia nauczyciele przerwą pracę – do odwołania.

Na konferencji Sławomir Broniarz mówił o tym, że nauczyciele wyczerpali wszystkie formy prowadzenia dialogu. Podkreślał, że uczestnictwo w Zespole ds. Statusu Zawodowego Nauczycieli i rozmowy z minister Anną Zalewską nic nie dawały.

– Nie było ze strony MEN żadnej woli do negocjacji – podsumował związkowiec. Trudno się z nim nie zgodzić w świetle tego, jak Anna Zalewska traktowała nauczycieli, ostentacyjnie porozumiewając się głównie z prorządowym związkiem zawodowym, „Solidarnością”, a w mediach rozpowszechniając zawyżone szacunki dotyczące płac w szkołach.

ZNP informuje, że w spór zbiorowy z pracodawcami weszło w zależności od województwa od 82 do 85 proc. szkół i przedszkoli. W skali całego kraju – 78 proc. Mobilizacja środowiska nauczycielskiego jest faktycznie wyższa niż kiedykolwiek. W grupach zrzeszających nauczycieli w mediach społecznościowych nieustannie padają wezwania, by działać „teraz albo nigdy”, zawalczyć o szacunek dla zawodu i przyszłość samych szkół, którym już obecnie trudno przyciągać utalentowanych absolwentów wyższych uczelni. Tych pedagogów, którzy jeszcze wahali się, czy strajkować, mobilizują pełne pogardy komentarze prawicowych polityków dotyczące ich pracy. Jak sugestia Krzysztofa Szczerskiego, że nauczycielki i nauczyciele mogą dostać pieniądze jak wszyscy Polacy, w postaci 500+ na urodzone/spłodzone dzieci, więc nie powinni mieć o nic pretensji.

W podobnym duchu wypowiedział się zresztą wiceminister edukacji narodowej Maciej Kopeć, odpowiadając na zapowiedzi ZNP. Powtórzył wielokrotnie obalane przez związek dane o rzekomych wysokich podwyżkach i zarobkach w szkolnictwie. Przekonywał także, że nauczyciele nie mają powodów do zmartwień, bo przecież trafiają do nich transfery społeczne wprowadzone przez PiS, a teraz, wraz ze zwolnieniem najmłodszych dorosłych z płacenia PIT-u, dojdą następne korzyści.

Z poparciem dla nauczycieli wystąpiła natomiast lewica. – Wielu wchodziło w ten zawód z poczuciem misji. Wielu się wypalało i zostawało z narastającymi frustracjami. Dość tyrania za jałmużnę. Dość wydawania grubych milionów na deformę edukacji – pisze na Facebooku partia Razem.