Gdy rękoczyny ratują życie

Może się niestety zdarzyć, że w trakcie jedzenia komuś wbije się w gardło ość.
Tegoroczne Boże Narodzenie, mimo że w mniejszym gronie, spędzimy zapewne przy suto zastawionym, świątecznym stole. Niestety, w wyniku braku ostrożności lub nieszczęśliwego wypadku, mogą zdarzyć się sytuacje, w których konieczne będzie udzielenie pierwszej pomocy.
Polska tradycja mówi o tym, by na wigilijnym stole pojawił się karp i inne gatunki ryb. Zdarzyć się jednak może, że w trakcie jedzenia niefortunnie wbije nam się w gardło ość. Czy powszechnie znany sposób zagryzania ości skórką chleba jest dobrym pomysłem? – W żadnym wypadku! Mechanizm połykania działa tak, że mięśnie gardła zaciskają się, przez co ość łatwo może wbić się głębiej. Samodzielne usuwanie jej np. pęsetą może spowodować uszkodzenie błony śluzowej gardła lub dróg oddechowych. W tej sytuacji warto udać się do specjalisty, który usunie ość – radzi Marcin Pieczyński, ratownik medyczny.
Oczywiście w Wigilię mogą być problemy ze znalezieniem specjalisty od wyciągania ości z gardła. W takiej sytuacji grozi nam, że będziemy mieli całkowicie zepsute święta. Pogotowie ratunkowe do nas nie przyjedzie, a do żadnego szpitala na izbę przyjęć nie zostaniemy wpuszczeni.
Nie tylko jednak ości, ale także klocki, koraliki i inne drobne elementy zabawkowe mogą przysporzyć kłopotów. Pamiętajmy, by nadzorować zabawę dzieci, ponieważ wystarczy chwila nieuwagi, aby doprowadzić do nieszczęścia.
Przy zakrztuszeniu dochodzi do częściowej niedrożności górnych dróg oddechowych, czyli jamy ustnej gardła, krtani lub tchawicy. Jego objawami są silny kaszel, utrudniony oddech i zaczerwienienie twarzy.
Przedłużające się zakrztuszenie lub całkowita niedrożność dróg oddechowych czyli zadławienie, mogą doprowadzić do niedotlenienia, sinicy poszkodowanego, a w konsekwencji zatrzymania oddechu i krążenia, czyli do śmierci. Stąd tak ważna jest znajomość pierwszej pomocy i jak najszybsze przystąpienie do działań w celu usunięcia ciała obcego.
Jak reagować w przypadku zakrztuszenia i zadławienia? Mówi o tym ratownik Maciej Pieczyński: – Pierwsza pomoc polega przede wszystkim na zachęcaniu takiej osoby do bardziej intensywnego kaszlu. Jeśli sam kaszel nie pomaga, staramy się pomóc rękoczynami: uderzeniami w okolicę międzyłopatkową lub uściśnięciami nadbrzusza. Pamiętajmy, by nie ograniczać mu możliwości odkrztuszania i kaszlu. Osoba krztusząca się i niedotleniona jest zdenerwowana zaistniałą sytuacją i może nie reagować adekwatnie, dlatego też warto uprzedzać ją o kolejnych podejmowanych przez nas czynnościach.
Schemat postępowania jest zaś następujący: asekurując poszkodowanego, staramy się go pochylić, by grawitacja ułatwiła pozbycie się ciała obcego. Uderzamy dłonią w okolicę międzyłopatkową. Staramy się wykonywać posuwiste ruchy w taki sposób, jakbyśmy chcieli wysunąć ciało obce. Jeśli uderzenie nie pomogło, powtarzamy je do 5 prób.
Jeśli uderzenia między łopatki nadal nie pomogły, stosujemy rękoczyn (chwyt) Heimlicha. Stajemy nieco z boku, za plecami poszkodowanego. Obejmujemy go oburącz. W tym celu układamy dłonie splecione w pięść, w połowie odległości pomiędzy zakończeniem mostka a pępkiem. Zdecydowanym, krótkim ruchem podciągamy ułożone na nadbrzuszu dłonie do siebie i do góry. Jeśli ta czynność nie przyniesie rezultatu, powtarzamy ją do 5 prób.
Jeśli w dalszym ciągu nie pozbyliśmy się ciała obcego z dróg oddechowych, kontynuujemy na przemian czynności: do 5 prób uderzeń w okolicę międzyłopatkową i do 5 prób uciśnięć nadbrzusza. Jeżeli i te próby nie przyniosą pozbycia się ciała obcego z dróg oddechowych, w wyniku niedotlenienia może dojść do utraty przytomności i zatrzymania krążenia. Należy wówczas rozpocząć resuscytację (czynności mające utrzymać przepływ krwi przez mózg i mięsień sercowy oraz przywrócenie czynności układu krążenia) zgodnie z zasadami BLS (Basic Life Support – podstawowe zabiegi resuscytacyjne). Pamiętajmy, by przed przystąpieniem do czynności ratunkowych jak najszybciej wezwać zespół ratownictwa medycznego (999 lub 112).
Wiele nieprzyjemnych sytuacji czyha na nas w ferworze bożonarodzeniowych przygotowań. Okres przedświąteczny jest czasem wzmożonej aktywności, a najwięcej wypadków zdarza się w domu. Zanim zasiądziemy do wigilijnego stołu, czekają nas porządki i przygotowywanie potraw. A kiedy dochodzi do tego stres, pośpiech i świąteczna gorączka, o nieprzyjemne w skutkach zdarzenia nietrudno.
Nie zapominajmy zatem o zachowaniu ostrożności i podstawowych zasad bezpieczeństwa – zarówno przed, jak i w trakcie świąt.

We Włoszech święta z ograniczeniami

„To będzie inne Boże Narodzenie niż wszystkie.” – zapowiedział premier Włoch Giuseppe Conte. Zgodnie z nowym dekretem rządowym obowiązującym od 4 grudnia do 15 stycznia 2021 r., wprowadzono szereg obostrzeń obowiązujących zarówno mieszkańców Włoch, jak i tych, którzy w tym okresie będą chcieli odwiedzić ten kraj.

Od 21 grudnia 2020 r. do 6 stycznia 2021 r. na całym terytorium kraju obowiązuje zakaz przemieszczania się poza terytorium regionów lub województw autonomicznych, w dniach 25 i 26 grudnia 2020 r. oraz 1 stycznia W 2021 r., obowiązuje zakaz przemieszczania się również pomiędzy gminami, z wyjątkiem podróży motywowanych udokumentowanymi potrzebami zawodowymi, zdrowotnymi lub wyższą koniecznością. Podczas Bożego Narodzenia będzie obowiązywać godzina policyjna od 22.00 do 5.00 (obecnie zakaz poruszania się bez uzasadnienia obowiązuje w godzinach 24.00 do 5.00), a w Sylwestra przedłużono ją do godziny siódmej rano. Na początku zakładano, że w obiadach lub kolacjach świątecznych będzie mogło uczestniczyć maksymalnie 6-8 osób. Ostatecznie nie wprowadzono żadnego ograniczenia. Premier Conte wyjaśnił: „W systemie liberalno-demokratycznym nie możemy wchodzić do domów ludzi i nakładać surowych ograniczeń. Możemy ograniczyć się jedynie do silnej rekomendacji. Zdecydowanie odradzamy przyjmowanie w domu osób nie zamieszkujących wspólnie, zwłaszcza przy takich okazjach, które są bardziej towarzyskie i intymne. To niezbędny środek ostrożności nie tylko dla nas, ale także dla ochrony naszych bliskich, zwłaszcza rodziców i dziadków.”

Pasterka zostanie więc przesunięta na godzinę 20:00. Konferencja Episkopatu Włoch zwróciła się do parafii o zaplanowanie kilku mszy świątecznych w dzień Bożego Narodzenia, aby uniknąć zgromadzeń. Protokoły obowiązujące od maja ubiegłego roku przewidują w kościołach używanie maseczek, dezynfekcję rąk, zachowanie odstępu i opróżnienie chrzcielnic z wody święconej. Komunia jest najczęściej rozdawana na rękę.

Turystyka we Włoszech

Turystów przybywających do Włoch obowiązują nowe zasady: 1) 10.12–20.12 obowiązek przedstawienia negatywnego wyniku testu molekularnego lub antygenowego wykonanego w ciągu 48 h przed przekroczeniem granicy Włoch; w razie braku testu obowiązek poddania się 14-dniowej kwarantanni; 2) 21.12–06.01 obowiązek poddania się 14-dniowej kwarantannie; 3) 07.01–15.01 obowiązek przedstawienia negatywnego wyniku testu molekularnego lub antygenowego wykonanego w ciągu 48 h przed przekroczeniem granicy Włoch; chyba, że przebywało się na terytorium Polski w dniach 21.12-06.01, wtedy również przyjeżdżając do Włoch należy poddać się 14-dniowej kwarantannie.

Ośrodki narciarskie we Włoszech będą zamknięte co najmniej do 6 stycznia. Pozostają zamknięte wszystkie muzea i parki archeologiczne na całym terenie kraju oraz na terenie Watykanu. Nie można zwiedzać ani Koloseum, ani Muzeów Watykańskich. Otwarta pozostaje Bazylika św. Piotra oraz inne przybytki kultu.

Hotele we Włoszech pozostają otwarte, ale w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia nie będzie można organizować przyjęć i kolacji. W związku z tym restauracje hotelowe zostaną zamknięte o godzinie 18:00, a po tym czasie będzie dozwolona tylko obsługa pokojowa.

Od 4 grudnia do 15 stycznia, w święta i dzień przed świętami, w centrach handlowych otwarte będą tylko sklepy spożywcze, apteki, sklepy parafarmaceutyczne, ze zdrową żywnością, tytoniowe oraz kioski. Od 4 grudnia do 6 stycznia godziny otwarcia wszystkich innych sklepów zostały przedłużone do godz. 21.00.

W dalszym ciągu restauracje, bary i puby pozostają otwarte do godz. 18.00. Podczas świąt, przy jednym stoliku będą mogły zasiadać osoby tylko z tej samej rodziny.

W dalszym ciągu na terenie Włoch obowiązuje posiadanie przy sobie zaświadczenia uzasadniającego cele w przypadkach poruszania się podczas godziny policyjnej czy przemieszczania się po terenie kraju w okresie przedświątecznym objętym obostrzeniami wprowadzonymi przez nowy dekret.

Nie ma czego świętować w tym roku

Włosi w tym roku nie mają wielkiej ochoty na świętowanie. Wszyscy mają nadzieję, że 2020 skończy się jak najszybciej, a nadchodzący rok będzie lepszy. Włoski rząd chce za wszelką cenę uniknąć błędów jakie zostały popełnione podczas letnich wakacji, kiedy to pozwolono obywatelom na dość dużą swobodę, także w celu ratowania wielu sektorów gospodarki i odreagowania po całkowitym lockdownie. „Otwarcie dyskotek latem kosztowało kraj 20 tys. zgonów na koronowirusa. Tych śmierci można było uniknąć i należy uniknąć kolejnych.” – komentował profesor Massimo Galli, dyrektor szpitala Sacco w Mediolanie, jeden z najbardziej liczących się wirusologów.

2 grudnia, w ciągu doby, we Włoszech zmarły 993 osoby – to najwyższy negatywny rekord dobowy od początku pandemii. 27 marca, w czasie ścisłego lockdownu, zmarło 969 osób. Włochy to kraj, w którym zabójczość Sars-Cov2 pozostaje nadal najwyższa w Europie i wciąż trudno zrozumieć dlaczego. Od początku epidemii umarło już ponad 60 tys. osób. Średni wiek zmarłych to 80 lat. Odchodzi całe włoskie pokolenie dziadków. To jeden z powodów, dla którego w tym kraju zdecydowano się wprowadzić tak ścisłe obostrzenia na święta, które są zawsze okazją do wielopokoleniowych spotkań rodzinnych.

Choć druga fala epidemii zaczyna słabnąć, włoscy epidemiolodzy nie są optymistami. „Grudzień i styczeń to będą okropne miesiące.” – powiedział Walter Ricciardi, doradca ministerstwa zdrowia Roberto Speranza i profesor higieny na Katolickim Uniwersytecie w Rzymie. „Co może się wydarzyć w styczniu? Trzecia fala, spodziewamy się tego, znając historię poprzednich pandemii. Skala będzie zależeć od nas”. – twierdzi Fabrizio Pregliasco, wirusolog z uniwersytetu w Mediolanie.

Szczepienia

Włochy powinny otrzymać ponad 200 milionów dawek szczepionki Pfizer, w ciągu następnych 15 miesięcy. Musi być ona przechowywana w temperaturze -80 stopni C i na jej skład wyznaczono największą europejską bazę wojskową w Pratica di Mare pod Rzymem. Punkty szczepień zostaną wyznaczone w 300 szpitalach na całym terytorium kraju. W pierwszej kolejności będą szczepione osoby starsze i zagrożone oraz personel medyczny. Osoby, które przeszły Covid19 zostaną zaszczepione na końcu, gdyż jest nadzieja że nabyta już odporność ochroni ich przed zachorowaniem przez kilka miesięcy. „Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem do końca września we Włoszech może być zaszczepionych 100 mln osób.” – powiedział komisarz ds. sytuacji kryzysowych Domenico Arcuri. Dodał również, że we Włoszech będą szczepieni także obcokrajowcy żyjący tu legalnie, jak i migranci, gdyż jest to ważne dla dobra ogółu społeczeństwa. Na razie nie ma mowy o żadnym przymusie szczepień, ważne jednak jest aby zaszczepiła się jak największa liczba osób.

Listy do Mikołaja

Nie mieszka w Laponii, a w Poznaniu, nie ma bujnej, długiej i białej brody, lecz gładką twarz. Nie nosi też charakterystycznego czerwonego stroju, ale jego znakiem rozpoznawczym jest coś o niebo piękniejszego: wielkie, gołębie i z całą pewnością czerwone serce, które gotowe jest bezinteresownie pomagać. Słowem: pomysłodawca i założyciel akcji Listy do Mikołaja – Zbigniew Reiss.

Biorąc pod uwagę niniejszą prezentację, naszą rozmowę chciałabym zacząć od próby zdefiniowania altruizmu i empatii. Jaki Pana zdaniem mają one wydźwięk obecnie?

Nie będę tutaj cytował sztampowych definicji empatii czy altruizmu, bo przecież każdy je zna. Choć bez wątpienia to cechy, które w obecnych czasach są na wagę złota.


Czy Grinch chce popsuć Gwiazdkę tylko po to, by Mikołaj mógł ją uratować? Nie bez przyczyny zadaję to pytanie w z pozoru tylko żartobliwym tonie, wszak uratował Pan już – zwłaszcza dzieciom – niejedne Święta Bożego Narodzenia…

Przyznam szczerze, że nie wiem kto to jest Grinch… Nie jestem miłośnikiem telewizji, a zapewne tę postać mógłbym tam zobaczyć. Natomiast bez względu na to, co zamierza zrobić owy Grinch, ja osobiście zamierzam sprawić dzieciom i rodzinom ogromną radość na święta, co czynię już faktycznie wiele lat.

Wszystko to niezbicie dowodzi, że święty Mikołaj mieszka w Polsce i zobowiązał się już od ponad dwóch dekad czytać wiele listów. Gdzie bije źródło powołanej przez Pana do życia akcji Listy do Mikołaja?

Historia akcji jest z pozoru banalna: około 20 lat temu kupiłem komputer. Ustanowienie połączenia z netem było dla mnie wielkim problemem, ale w końcu udało się. Początki to przeglądanie właśnie powstających portali, czytanie tekstów o tym, jak buduje się strony internetowe; nie ukrywam, było to dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Po jakimś czasie, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, postanowiłem razem z synem napisać list do świętego Mikołaja właśnie przez Internet. I co? I nic, nie ma takiej strony w polskim Internecie…

Przespana noc, a rano pomysł: to przecież my możemy taką stronę sami zbudować! I zaczęło się szukanie w necie informacji na temat budowy prostych stronek www. Oczywiście, proste informację na ten temat były dostępne: jakiś html, jakieś serwery, domeny… Ojej… Co za koszmar!

W końcu to pojąłem: pierwsza strona pt. Listy do św. Mikołaja była dostępna dla wszystkich użytkowników Internetu. Ale była radocha: tylko listów nie było… Skąd teraz wziąć listy do świętego? Jak dobrze pamiętam, te pierwsze to były moje i syna. Na wszelki wypadek umieściłem też adres poczty elektronicznej dla odwiedzających. Nie minęło kilka godzin, a te zaczęły napływać z całej Polski. Były to teksty od dzieci, rodziców, czasem też od mniej lub bardziej zdesperowanych osób…

Robiło się ciężko, dodawanie listów na stronę zajmowało kilka godzin dziennie. Teraz strona jest zautomatyzowana, wystarczy, że zatwierdzę dany tekst, a ten pojawia się na portalu, oczywiście bez danych osobowych – te są ukryte po stronie administracyjnej. Oczywiście system jest bardzo złożony, ale to zbyt skomplikowane i na tłumaczenie trzeba by poświęcić wiele godzin.

Przychodziły też listy od dzieci, które nawet nie mogły pomarzyć o prezentach na Święta; bardzo mnie to bolało, bardzo się wzruszałem, kiedy czytałem te wszystkie, jakże dziecięce prośby. Trudno było tak żyć ze świadomością, iż strona ta istnieje, bo istnieje. Postanowiłem wiec podziałać: wysyłałem prośby wraz z listami od dzieci do znajomych, aby ci kupili chociażby jakikolwiek prezent dla danej osoby. Zdziwienie wielkie: ludziom jednak przed Świętami serca się otwierają – nie otrzymałem ani jednej odpowiedzi negatywnej! Ale radość: nie tylko ja wraz z rodziną będę się cieszyć w te cudowne dni, ale także inne dzieci.

I już tak pozostało: akcję Listy do świętego Mikołaja prowadzę od wielu już lat z dużym powodzeniem.

Z roku na rok przedsięwzięcie to prowadzi Pan z coraz większym rozmachem, dlatego teraz, czyli na ogólnopolską już skalę, święty Mikołaj korzysta z pomocy zaufanych Elfów. Z nieskrywaną radością przyznam, że jestem jednym z nich. Ile osób liczy cała gromada Elfów i co należy do ich obowiązków?

Przez te wszystkie lata siłą rozpędu akcja stała się ogólnopolską, a wręcz i światowa, ponieważ Polonia mieszkająca na całym świecie przyłącza się do niej w charakterze Darczyńców. Zatem sam święty Mikołaj nie dałby rady podołać tej całej pędzącej machinie.

Elfy towarzyszą mi na każdym kroku, zwłaszcza te z najbliższego domowego zacisza, bez których na co dzień nie byłbym w stanie czytać ogromu listów, jakie przychodzą, prowadzić korespondencji z Darczyńcami czy rozmów czysto organizacyjnych związanych z akcją.

Pragnę tutaj wymienić Agnieszkę Kapitan-Jesionek, Marysię Szymańską czy Macieja Borowskiego. Oczywiście, jest tez grupa niezliczonych Elfów, które na różnych etapach włączają się we wszelaką pomoc i każdy z nich ma przydzielone zadania.


Dołączają także media i ludzie świata kultury. Kto zgodził się zostać ambasadorami w tym roku i czy jeszcze możliwym jest, aby się przyłączyć? Jakie warunki należy spełnić, by móc patronować akcji?

Zarówno media, jak i ludzie kultury od lat są naszymi ambasadorami. Niezmiennie towarzyszy nam Kasia Bujakiewicz czy Mieczysław Hryniewicz. Przez kilka lat wspierali nas też już nieżyjący, niestety Marek Jackowski czy Bohdan Smoleń.

A w tym roku dołączyła do nas Pani Renata Dancewicz. Mamy również pewne niespodzianki, w tym muzyczną bardzo znanego zespołu, ale o tym trochę później. Zachęcamy do śledzenia naszego profilu na Facebooku.

Oczywiście, jest nam niezmiernie miło, że mamy tak zacne grono ambasadorów, choć przyznam szczerze, że dość selektywnie dobieramy osoby, wybierając te z ogromnymi sercami, które wielokrotnie to udowodniły pomagając innym.

Warto tutaj wspomnieć, że nasi patroni stają się również często Darczyńcami dla nadawców listów.

Proszę przybliżyć jej przebieg, bo przecież od napisania listu wszystko dopiero się zaczyna…

To prawda. Proces jest bardzo prosty: dziecko, rodzina czy jakakolwiek osoba wchodząc na naszą stronę: www.listydomikolaja.pl, pisze list, w którym zawiera swoje skrywane życzenia świątecznych prezentów i wysyła je do świętego Mikołaja.

Następnie Elfy lub ja osobiście, po weryfikacji umieszczamy ten list na naszej stronie. Warto tutaj podkreślić, że Darczyńca sam wybiera sobie list, a tym samym osoby, które chce obdarować. Nie muszą to być spełnione dokładnie wszystkie oczekiwania nadawcy listu, ale tę sferę pozostawiamy już konkretnemu Darczyńcy.

Korzystając z okazji, wszystkich zachęcam do odwiedzania naszej strony i pisania listów na www.listydomikolaja.pl.

Który z dotychczas nadesłanych listów wzbudził w Panu największe emocje, przez co może Pan uznać, że na zawsze go zapamięta?

Wiele listów wzbudza emocje, dlatego trudno wybrać jeden konkretny. Pozwolę sobie tutaj przytoczyć dwa nadesłane w tym roku:

  • Kochany święty Mikołaju! Mam ma imię Nadia, mam 11 lat i mam jeszcze trzy siostry: Julia 14 lat Gaja 3 latka i Liwia 10 miesięcy. Moja mama nie pracuje, bo opiekuje się nami, a tata teraz pracuje tylko dorywczo. Bardzo chciałybyśmy dostać coś w prezencie pod choinkę .Ucieszymy się ze wszystkiego. Serdecznie Cię pozdrawiamy.
  • Drogi Mikołaju! Proszę abyś odwiedził moją starszą, schorowana sąsiadkę i dał jej trochę słodyczy i jedzonka. Proszę, będzie się cieszyć na same święta, bo jest samotna, Ola.

Wiem już, że nie wszystkim listom można sprostać… Czy jednak istnieje nadzieja na mikołajową rekompensatę i choć cień szansy na uśmiech na twarzy tego, kto o niemożliwe prosi?

Niestety nie.

Gdyby spojrzeć na wszystkie nadesłane przez lata listy, jaki Pana zdaniem maluje się w nich obraz człowieka i świata?

Na to pytanie nie znajduję uniwersalnej odpowiedzi, ale warto, by odpowiedzieć na nie w swoim sercu, bo przecież zarówno człowiek jak i świat pokazują różne oblicza.

Dlatego stań przed lustrem i zadaj sobie pytanie: kim jestem? Czy moja postawa wobec drugiego człowieka zasługuje na pochwałę? Odpowiedzi te nierzadko mogą zaskoczyć burząc nasz zdawałoby się pod każdym względem idealny wizerunek, ale wierzę, że zawsze warto podjąć próbę naprawy świata zaczynając każdego dnia na nowo właśnie od siebie…

Popuśćmy wodze fantazji i załóżmy, że jest Pan w stanie podarować jeden globalny prezent dla wszystkich. Co by nim było?

Byłoby to zdrowie.

Mówimy głównie o prezentach, które za przyczyną Pańskiej akcji ma szansę otrzymać wielu ludzi, a co chciałby Pan dostać wyłącznie dla siebie, załóżmy – od świątecznego Aniołka?

Przyznam szczerze, że taki świąteczny Aniołek zawitał do mnie w tym roku trochę wcześniej i dostałem farby do malowania akrylowe i olejnenajlepszych firm na świecie. Do tego podobrazia z naturalnego lnu. Moje świąteczne życzenie w kwestii prezentu spełniło się na 120 procent i już je używam, ale o tym cicho sza 

Każdy z nas inaczej pojmuje szczęście. Czy w Święta jak i w pozostałe dni roku kalendarzowego należy upatrywać go wyłącznie w prezentach?

Absolutnie nie. Szczęściem jest obudzić się rano obok ukochanej osoby, spędzać wspólnie cudownie chwile, cieszyć się życiem czy wyjściem na spacer z psami.

Dla mnie to też możliwość ucieczki w świat obrazów i malowania, zamknięcia się w swojej pracowni i tworzenia.

Co Pan czuje, kiedy szczęśliwi zarówno obdarowani, jak i darczyńcy piszą do Pana w Wigilię?

Takie podziękowania płyną już od pierwszych tygodni trwania akcji w danym roku. To cudowne uczucie spełnienia i czynienia dobra towarzyszy mi jeszcze długo po Świętach, kiedy już wiem, że po krótkim urlopie muszę zakasać rękawy i myśleć o przygotowaniach do kolejnych.

Czy właśnie owo uczucie jest największą nagrodą za wszystkie trudy związane z przewodnictwem akcji Listy do Mikołaja?

Bez wątpienia tak. Szczęście innych jest moim szczęściem. Nie ma nic piękniejszego niż pochylić się i pomóc osobie potrzebującej.

Co Pan robi po zakończeniu przedsięwzięcia w danym roku? Wyjeżdża na urlop i na takiż sam wysyła swoje Elfy, czy wręcz przeciwnie – rozpoczyna się planowanie kolejnej edycji?

Na pewno musimy wszyscy odespać ten czas. W tych najaktywniejszych tygodniach śpimy po 3 – 4 godziny na dobę. To jednak trochę mało. Myślę, że po trzech intensywnych miesiącach pracy zarówno z moją narzeczoną (już wkrótce żoną) i resztą Elfów, zasługujemy na mały odpoczynek. Nie wiem, dokąd teraz uciekniemy na chwilkę, ponieważ pandemia trochę to utrudnia. Na szczęście nie jesteśmy z Agnieszką wymagający i wystarczy nam własne towarzystwo, odrobina samotności i spokoju w naszym domu, w obecności naszych uroczych psów.

Jak przedstawia się Mikołaj w Pana dziecięcych wspomnieniach?

Oczywiście bajkowo. Potężny starszy pan, z długą białą brodą, w czerwonym przebraniu i z ogromną czapą na głowie. No i najważniejsze – z workiem przepełnionym prezentami. Do tego sanie, renifery i mnóstwo śniegu.

Mimo wieku ten obraz jest niezmienny w mojej wyobraźni od dzieciństwa i taki już zapewne pozostanie na zawsze. Kiedy miałem piętnaście lat, a nie jestem już młodym człowiekiem, marzyłem o zegarku elektronicznym – dostałem go i to był najpiękniejszy prezent, jaki otrzymałem w dzieciństwie. Do dzisiaj mogę zanucić wszystkie dziesięć melodyjek, jakie posiadał.

Za sprawą wszechobecnych komercji i reklam, wizerunek świętego Mikołaja jest nieco wypaczony, jednak nie mogę się powstrzymać przed zadaniem tego pytania – mianowicie: czy Pan tak jak on, również preferuje czerwony kolor, ciastka, mleko itp.?

Chyba już trochę niechcący odpowiedziałem na to pytanie. Ale tak, kolor czerwony to symbol tych świąt, a ciasteczka i mleczko zawsze czekają na mnie przygotowane przez Dzieci. Przynajmniej tak wynika ze wszystkich tych listów, które czytam.

Skoro święty Mikołaj zagościł nietypowo na blogu książkowym to grzechem byłoby nie zapytać, czy w natłoku spraw i morzu listów, które muszą przejść przez Pana ręce, udaje się znaleźć czas na lekturę?

Uwielbiam czytać książki i nierzadko uciekam w ten świat, ale nie przed Bożym Narodzeniem. Często zdarza się nam razem z Agnieszką napisać jakieś świąteczne opowiadanie, ale póki co trafiają one wszystkie do szuflady mikołajowego biurka i czekają na publikację.

Czego mogłabym Panu życzyć?

Myślę, że w obecnej sytuacji wirusowej to przede wszystkim zdrowia i sił na kolejne lata działań w mojej akcji. Oczywiście, proszę o więcej listów i Darczyńców, żeby jak najwięcej ludzi poczuło magię świąt, zasiadło do wigilijnego stołu z uśmiechem na twarzach i cieszyło się szczęściem z faktu, że jest ktoś, kto o Nich pamięta i tym kimś jestem ja i moje Elfy.

W ostatnim słowie do Czytelników chciałbym powiedzieć jeszcze…

Drodzy Czytelnicy, serdecznie Państwa zapraszam na naszą stronę www.listydomikolaja.pl . Jeśli tylko potrzebujecie pomocy, piszcie do nas listy lub stańcie się Darczyńcami pomagając spełniać marzenia innych.

Na stronie znajdziecie kilka słów o mnie i o naszej akcji, dlatego również i do tej lektury Państwa zachęcam.

Bardzo dziękuję Panu za czas poświęcony na tę niezwykłą rozmowę.

Ze Zbigniewem Reissem rozmawiała Iwona Niezgoda – pomysłodawczyni i organizatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, prowadząca bloga Góralka Czyta.

Brzemię świątecznych zakupów

Na prezenty i inne przyjemności wydajemy coraz więcej, ale większość z nas potrafi zachować dyscyplinę finansową.

Święta zbliżają się wielkimi krokami i już w drugiej połowie listopada w większości sklepów możemy spotkać półki ze świątecznymi stroikami, a galerie handlowe zaczynają świecić kolorowymi światełkami. Co więc zrobić, aby nasz portfel przed świętami nie zaczął świecić pustkami?
W ubiegłym roku Polacy na zakupy świąteczne wydali 272 euro (równowartość 1168 zł). Jest to zaledwie o 64 zł więcej, niż w 2017 roku (257 euro, czyli 1104 zł).
Wydaje się, że jak na czas generalnie rosnącej konsumpcji krajowej jest to przyrost niewielki, wystawiający niezłe świadectwo roztropności finansowej rodaków. Spośród tych deklarowanych 1168 zł wydawaliśmy: na prezenty – 532 zł, na artykuły spożywcze – 511 zł, a na spotkania towarzyskie 125 zł – wynika z zeszłorocznego badania firmy Deloitte.
Inna sprawa, że jak pokazuje badanie, Polacy spośród mieszkańców państw europejskich są szczególnie skłonni aby przekraczać założony budżet na wydatki świąteczne. 53 proc. badanych deklaruje, że zapewne przekroczy go o ponad 200 zł, podczas gdy średnia „przekroczenia” dla Europy to 32 zł.

Ostrożnie z pożyczkami

Nasze wydatki na prezenty świąteczne rosną w tempie nieco ponad 3 proc. rocznie, ale w internecie znacznie szybciej – na prezenty kupowane online wydajemy już o prawie 9 proc. więcej rok do roku. W przypadku wielu rodzin wpływ na to mogą mieć środki z rządowego programu Rodzina 500 plus.
Na rosnące zakupy wpływ może mieć oczywiście większa zasobność naszych portfeli, ale także i, zauważalny przez Polaków wzrost cen. Z jednej strony nominalnie mamy zatem więcej, ale jest to skutecznie „zjadane” zwłaszcza przez część wydatków związanych właśnie z żywnością, czy rozmaitymi usługami.
Wszystkie badania pokazują, że większość Polaków sfinansuje tegoroczne święta z pensji lub oszczędności.
Mimo szaleńczego wręcz nasilenia reklam różnych pożyczek i kredytów konsumpcyjnych, zaledwie co dwunasty z nas zamierza zaciągnąć kredyt lub pożyczkę, albo przesunie płatność rachunków.
Dobrze już rozumiemy, że przedświątecznych pożyczek należy unikać jak ognia. Co piąty z grona tych, którzy zamierzają wspomagać się pożyczkami bądź kredytami, przeczuwa niestety, że popadnie w finansowe kłopoty z powodu bożonarodzeniowych wydatków.

Nie wierzcie promocjom

Nie jest tajemnicą, że przed świętami produkty w sklepach drożeją. Kłamliwe są wszelkie reklamy mówiące o promocjach świątecznych czy nadzwyczajnych obniżkach. Również i listopadowe wyprzedaże to w dużej mierze lipa, bo ceny tylko sporadycznie bywają niższe. Warto więc pamiętać o dyscyplinie finansowej, a najlepiej przygotować wcześniej plan, którego będziemy się trzymać podczas robienia zakupów.
Dużą część świątecznych wydatków pochłaniają prezenty, a zatem teoretycznie możnaby je kupić wcześniej. Można też trafić na rozmaite akcje rabatowe oraz skorzystać z ofert klubów zakupowych, które niekiedy pozwolą na złapanie okazji. Niekiedy zdarzają się także wyprzedaże garażowe rzeczy używanych, które przywędrowały do nas ze Stanów Zjednoczonych i stopniowo zaczynają zyskiwać popularność.
Można w ten sposób „przewietrzyć szafy” oraz zarobić na rzeczach, które nam się już nie przydadzą – a z drugiej strony jest to szansa na upolowanie fajnego prezentu, np. na targach vintage (to taka bardziej elegancka nazwa targów staroci czy pchlich targów), gdzie czasem da się znaleźć interesujące bibeloty, książki, czy biżuterię. Oczywiście im bliżej świat, tym o to trudniej.

Warto mieć poduszkę

Najlepszą rzeczą jaką możemy zrobić przed świętami jest przygotowanie poduszki finansowej – tak aby mogła zamortyzować ona upadek naszych finansów wywołany nadchodzącymi wydatkami.
Czyli, trzebaby wcześniej trochę zaoszczędzić. Problem w tym, że większość Polaków ciągle nie bardzo ma co zaoszczędzić. Gdy zaś już cokolwiek zaoszczędzą, to ich pieniądze są systematycznie konsumowane przez rosnącą inflację. Oszczędności mogą też zostać zrujnowane przez nieprzewidziane kłopoty: wydatki nieplanowane, związane z pogorszeniem stanu zdrowia bądź jakąś sytuacją kryzysową.
Generalnie oszczędności Polaków wynikają przede wszystkim z ograniczenia bieżących wydatków, nie zaś z lepszego gospodarowania pieniędzmi czy pojawieniem się nadwyżek w portfelu.
Według raportu GfK Polonia, Polacy stopniowo oszczędzają coraz więcej, jednak wciąż pozostają w tyle za sąsiadami. Skumulowane oszczędności polskich gospodarstw domowych w Polsce wynoszą 2,2 proc. produktu krajowego brutto, natomiast w Niemczech wartość ta wynosi ponad 11 proc. PKB.
Większość z nas odkłada kwoty, wynoszące średnio pomiędzy 100 a 250 złotych miesięcznie. Aby święta nie były dla nas zaskoczeniem warto więc już wcześniej przeznaczać na ten cel choć część miesięcznych oszczędności.
Dyscypliny finansowej nie nauczymy się z dnia na dzień, ale możemy przyjrzeć się swoim wydatkom i zanotować, ile pochłaniają Święta Bożego Narodzenia – a potem wrócić do tego rozliczenia za rok, gdy zaczniemy myśleć o wydatkach na święta 2020 r.

Kościół mówi ludzki głosem

Wigilijna „Wyborcza” publikuje rozmowę z księdzem Grzegorzem Strzelczykiem. Informatykiem w sutannie, z brodą drwala. To kapłan na miarę naszych czasów, i z Vetulanim pogada, a w autobusie koloratkę zdejmie, żeby być bliżej zwykłego człowieka. W rozmowie z Grzegorzem Wysockim mówi rzeczy mądre, refleksyjne, przestrzega przed wtrącaniem się współczesnych mężczyzn w feminizm, przed wchodzeniem w Schmittowską retorykę wojny. Docenia codzienną obecność, współistnienie w małych sąsiedzkich wspólnotach, bycie ze sobą na tyle, na ile to możliwe. Gdyby usiadł przy stole z ateistą, rozmawiałby z nim o tym, czy i kiedy istotniejsza jest sprawiedliwość, czy przebaczenie. Mam jednak pewien problem z księdzem Grzegorzem. Podobnego księdza Grzegorza spotkałam kiedyś w parafii moich dziadków. Miał dwa doktoraty, w tym jeden z filozofii. Właśnie pakował walizki – nie sprawdził się w podwarszawskiej Zielonce, bo ludzie nie rozumieli, co do nich mówi. Więc wysłano go do dalekiej Afryki, tam wprawdzie dalej nie będą go rozumieli, ale przynajmniej diecezja nie będzie się wstydzić za tego pryszczatego jeszcze szczyla, co pozjadał wszystkie rozumy i debatuje nad odcieniami szarości, relatywizuje kwestie, które trzeba po prostu przeliczyć, a potem sprawdzić, czy się zgadza. Mam problem z księżmi Grzegorzami, którzy biorą na siebie sprzątanie po polskim kościele. Bo to pięciu ochotników na krzyż z mopami w dłoniach, usiłujących ścierać hektolitry toksyn, które wylewa na zewnątrz międzynarodowy koncern. Mam problem, że z okazji świąt na siłę pokazuje się „inną twarz kościoła”. Oczywiście, świetnie, że na stu beznadziejnych trafi się jeden wybitny, który powie, że nie wolno oceniać moralnych wyborów bliźniego. Który jak siądzie ze mną, ateistką, do dyskusji, to przynajmniej będzie na tyle świadomy, żeby wiedzieć, że jak ucieknie w mechanizmy przemocowe, to przegra. Tylko że na koszulce tego pana z mopem nadal widnieje logo wielkiego koncernu. Koncernu, który dziś o północy odczyta listy pasterskie od swoich dyrektorów zarządzających. O czym będą te listy? Jak zwykle, o tradycji. A po nowym roku znowu posłuchamy sobie o tym, czemu in vitro to eksperymenty na ludziach, a nastolatka w szpitalu ma rodzić, a kościół potrzebuje cierpienia ofiar pedofilii. Ksiądz Grzegorz bezradnie rozkłada ręce, kiedy dziennikarz „Wyborczej” przytacza kolejne przykłady złej roboty korporacji: że za chwilę jakiś lekarz, powołując się na klauzulę sumienia, odmówi ratowania życia Jerzego Urbana; że księża nie wyobrażają sobie opcji utraty swoich przywilejów. Facet z mopem, jednym na cały terenowy oddział swojej firmy, wznosi oczy ku niebu: „no przecież można inaczej”. I ściera, ściera.
Drogi Panie, mam dla Pana świąteczną propozycję: zrzuć Pan tę firmową koszulkę, bo efekt tego wszystkiego będzie co najwyżej taki, że jeszcze parę wywiadów czy książek i wyślą Pana do tej nieszczęsnej Afryki, a ludzie czytający te wywiady będą się tylko niepotrzebnie łudzić, że Pańska firma zdobyła się na jakieś refleksje nad własną polityką. Pokażcie mi, drodzy prezesi tego liczącego 2 tysiące lat przedsiębiorstwa, że takich ludzi z mopami cenicie na tyle, żeby oddać im stery i posadzić na dyrektorskich stołkach w episkopacie, a nie wśród prostych maluczkich żyjących na prowincji, to wam uwierzę.

Świąteczny list do Pana Prezesa

Ponieważ w święta zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, my – Twoje koty, uprzejmie zwracamy się do Ciebie z pytaniem, dlaczego już nie walczysz o nasze prawa.
Gdzie się podziały Twoje deklaracje o „sercu dla zwierząt”? Koty z całego Żoliborza przychodzą do nas pytać, jak się sprawy mają. Najedliśmy się wstydu, kiedy musieliśmy tłumaczyć się na mieście z pomysłu podwyższenia VAT na leki weterynaryjne. Jarku,czyżbyś zupełnie nie kontrolował, co wyprawiają Twoi ludzie!
Zdajemy sobie sprawę, że ten przykład niekoniecznie Ci się spodoba – ale nawet Rosja wprowadziła u siebie ustawę o ochronie zwierząt, a u nas nadal nic. Miało nie być futer, obiecywałeś! Dobrze wiesz, że ta kwestia wymaga podjęcia męskiej decyzji. Udawanie, że na fermach zwiększy się kontrolę, to zawracanie głowy. Drogi Jarku, masz szansę rozbić prawdziwy układ! Bo to właśnie wśród rodzin polityków PO jest mnóstwo futrzarskich biznesów! Zróbże coś ponad podziałami! Tupnij nogą, nie każ czekać do kolejnych wyborów! Ten cały Czabański jest w porządku, ale brakuje mu ikry. 10 milionów futrzaków czeka na Twój, Prezesie, ruch.
A łańcuchy? Wszystko rozumiemy, na wsi masz swój elektorat. Ale mamy XXI wiek! Skoro prezes najpotężniejszej partii w kraju może dobrze traktować zwierzęta, to mogą i jego wyborcy. Jako koty, niekoniecznie lubimy się z psami. Ale mimo wszystko nie powinny stać przywiązane do budy na mrozie i dostawać resztek do jedzenia.
Ubój rytualny? Na serio zamierzasz to wspierać? Katolicy przestają już kupować na Wigilię żywego karpia, żeby nie męczyć zwierząt. Inne religie też mogą sobie darować.
Specjalną delegację wysłaliśmy w tym roku do Zbyszka Ziobry, bo zaostrzył kary za znęcanie się nad zwierzętami. Swój chłop! Zrobił na święta naprawdę dobrą robotę.
Ale Ty, Prezesie, ostatnio o nas zapominasz. Zajmujesz się bzdetami, takimi jak wpisy na Twitterze pani Pawłowicz. Odpuść dziewczynie. Nawet ją rozumiemy – niektórzy, tak jak my, potrafią przemówić ludzkim głosem tylko raz, dwa razy w roku…
Twoi ludzie są w większości politycznymi koniunkturalistami. Lubią gadać o wartościach, ale jak co do czego przychodzi, liczy się władza i głosy w urnie. Na co dzień niby tak nie cierpią PO, ale są w stanie się dogadać, żeby tylko nie stracić zysków z futer. Jeśli Ty nie zarządzisz dobrej zmiany dla zwierząt, to nikt się za nami nie wstawi.
Każdy umie pogadać sobie o miłości do ojczyzny na tle biało-czerwonej flagi. Ale nie każdego stać na to, żeby pokazać, że wartości naprawdę liczą się bardziej niż kasa. Liczą na Ciebie miliardy zwierząt.
My wiemy, jak świetnym jesteś opiekunem. Pozwól innym zwierzętom też się o tym przekonać. Do zgadania za rok!

Koty Fiona i Czaruś

Co zrobi milion?

Milion wyborców głosowało w wyborach samorządowych na kandydatów SLD – Lewica Razem. Można rzec, że już tylko milion, albo, że jeszcze aż milion.

Ten milion głosów to podstawowy kapitał polityczny jakim Sojusz Lewicy Demokratycznej jeszcze dysponuje. Niezwykle ważny w przyszłym roku. W czasie wyborów do Parlamentu Europejskiego oraz Sejmu i Senatu.

Parlamentarzyści SLD i Unii Pracy to jedyny głos polskiej lewicy w Parlamencie Europejskim. Innych lewicowych parlamentarzystów tam nie było. I zapewne tylko lewicowy blok wyborczy stworzony z udziałem SLD zapewni tam przyszła, polską lewicową reprezentację.

Nie dajcie się zwieść podsuwanymi wam przez prawicowe i liberalne media prognozami. Przewidującymi, że nowa partia Roberta Biedronia będzie reprezentacją lewicy w Parlamencie Europejskim. Programowe zapowiedzi jej lidera oraz jego współpracowników świadczą o odchodzeniu ich od programu europejskich socjalistów. Biedroń i jego współpracownicy jawią się zwolennikami liberalizmu w sferze obyczajowej i w gospodarce. Sojusznikami politycznymi polskich socjalistów.

Ale jeśli uda im się wejść do Parlamentu Europejskiego, to zapewne zasilą oni obecną tam frakcję liberałów. Nie będą u chrześcijańskich demokratów, bo tam znajdą się kandydaci PO i PSL. Ani we frakcji socjalistów i demokratów, którą zasilą kandydaci bloku lewicowego współtworzonego przez SLD.

Ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego nie jest tak radykalnie większościowa, jak te obowiązujące w wyborach samorządowych i do Sejmu i Senatu. Nawet gdyby przyszłoroczne wyborcy zamieniłyby się w plebiscyt pro i antyeuropejski, to milion wyborców daje szanse polskiej lewicy na jej reprezentację w Brukseli.

Zatem najrozsądniejszym wyborem w wyborach do Parlamentu Europejskiego byłaby wspólna lista partii lewicowych. Tworzona z SLD – Lewica Razem, Zielonych, Partii Razem.
Udział w wspólnym bloku z PO-PSL, na który naciskają związane z PO media, któremu patronuje Włodzimierz Cimoszewicz, grozi rozmydleniem programowym. Sam „antyPiSizm”, sama „proeuropejskość” jako jego spoiwo może nie wystarczyć.

Poza tym, taka, zdominowana przez Grzegorza Schetynę koalicja grozi, że to ten polityk będzie miał największy wpływ na pozycjonowanie kandydatów lewicowych na wspólnych listach wyborczych. Czyli to prawicowy polityk będzie decydował o przyszłym składzie lewicowej frakcji w PE.

Grzegorz Schetyna już zasygnalizował, że chętnie udostępni „miejsca biorące” na wspólnej liście byłym premierom Markowi Belce i Włodzimierzowi Cimoszewiczowi. Bardzo cenię ich kompetencje, ale reprezentacja obecnej polskiej lewicy w Parlamencie Europejskim nie może być zdominowana przez byłych polityków. W tym Marka Belki, który socjalistą nie był i nie jest.

Milion Wyborców to spory kapitał. Gdyby wszyscy, którzy zagłosowali w tym roku na kandydatów SLD – Lewica Razem do samorządów, poparli w 2019 roku kandydatów lewicy w wyborach do Sejmu RP i Senatu RP, to w polskim parlamencie znów zabrzmi lewicowy głos.

Pozostaje pytanie jak liczna i skuteczna może być taka przyszła reprezentacja wyłaniana w większościowej ordynacji. A ta premiuje wspólne listy wyborcze.

Ale taka wspólna lista wyborcza z całą anyPiSowską opozycją wymaga od lewicy bardzo silnie zaznaczonej podmiotowości programowej. I bardzo wyrazistych kandydatów. Gwarantujących swym dotychczasowym politycznym dorobkiem, że po zdobyciu mandatu parlamentarnego nie powędrują do konkurencyjnych ugrupowań. Taka wspólna lista wyborcza do Sejmu i Senatu wymaga też wielkiej aktywności wyborców i zrozumienia tak wyjątkowej sytuacji. Jeśli liderzy lewicy nie wyjaśnią, nie wytłumaczą wyborcom swych taktycznych wyborów, to mogą ten milionowy kapitał polityczny roztrwonić.

Czeka nas pracowity, przełomowy polityczny rok.

 

Wesołych Świat
Od całej Redakcji „Trybuny”

Wigilijnych doznań krąg

Pamięć starszych pokoleń Polaków sięga ostatniej światowej wojny, młodsi przywołują czasy późniejsze i współczesne, ale w swej istocie wszystkie te reminiscencje są bardzo zbieżne.

 

Łączy je obraz minionego, rodzinnego domu z wigilijnym stołem, rozświetloną choinką, prezentami dla dzieciaków, często wspólnym śpiewem kolęd, a nade wszystko, atmosfera i nastrój tego wyjątkowego dnia. Ale i dużo więcej, bo pewne sytuacje powtarzają się jak mantra, inne pozornie nowe odwzorowują poprzednie, a kolejne, pomimo upływu lat i zmieniającej się historii, są tożsame z już doznanymi.

 

Jedno wolne miejsce

przy wigilijnym stole było zawsze, w myśl tradycji, przeznaczone dla zagubionego wędrowca, którego do wspólnej wieczerzy należało zaprosić. W miarę biegnącego czasu i upływających wydarzeń zmieniało swoją symbolikę. W okresie minionej wojny przypominało najbliższych nieobecnych, wyrwanych z rodzinnego gniazda, zaginionych, gdzieś walczących, uwiezionych w hitlerowskich obozach czy w sowieckich łagrach. W powojennych czasach wolne przy stole nakrycie było znakiem oczekiwania i nadziei, że jednak żyje, że jest gdzieś tam w świecie, że wróci. W miarę upływu lat ta symbolika odchodziła w niepamięć, acz trudno było zapomnieć zdarzenia z kilku tragicznych, polskich miesięcy. Wreszcie przy wigilijnym stole to wolne miejsce czas pozbawił piętna przemocy zastępując je traumą pamięci o najbliższych, którzy odeszli, a tak przecież niedawno byli tu z nami.
Okazuje się jednak, że nadal jest bardzo potrzebne współczesnym wędrowcom – uchodźcom – nie tylko przy europejskim, ale i przy polskim stole. I odnajdują je we Francji nadzwyczaj skrupulatnie przestrzegającej rozdziału kościoła od państwa, w protestanckich Niemczech zmazujących grzechy przeszłości (a nie w IV Rzeszy z Twittera jak chciał Andrzej Duda), ale nie mogą znaleźć w podobno pełnej miłosierdzia katolickiej Polsce, rządzonej wespół-zespół przez sprawiedliwą partię oraz kościelnych hierarchów, której premier chce nadto chrystianizować Europę. Jeżeli już z przyczyn nami rządzących taką mamy państwową politykę w wigilijny dzień, to przynajmniej poprzedźmy go naszą pomocą tym, którzy tak bardzo jej potrzebują.

 

Dzielimy się opłatkiem,

najlepiej z kroplą miodu, wierzący i niewierzący także, traktując ten symbol i piękny zwyczaj jako okazję do złożenia życzeń bliskim, dowód wspólnoty oraz wzajemnego szacunku. Niestety nasza dzisiejsza polityczna aura nie sprzyja tym odwiecznym znakom, bowiem podziały wśród Polaków, także za aktywną sprawą naszego Kościoła, są tak głębokie i trwałe, że oprą się sile i znaczeniu świętego opłatka. Ostatnio Zbigniew Bujak powiedział, że „Tak podzielonego kraju jak obecnie swoją pamięcią nie sięgam”. Miejmy nadzieję, że przynajmniej przy naszym wigilijnym stole, tak nie będzie. W kolejne jednak zdumienie wprowadzą nas spotkania z opłatkiem zachlapanym do cna potokiem kłamstwa i codziennej nienawiści, organizowane w Sejmie czy przy innych publicznych okazjach.

 

Śpiewamy kolędy,

ale częściej tylko ich słuchamy, chyba, że wybierzemy się na Pasterkę. Prof. Julian Aleksandrowicz wspominał : „Noc wigilijna w roku 1943. Mroczna noc okupacji. Podkrakowska wieś. Zaciemnione okna. Jedynie „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi” i melodia tej kolędy splotła się z inną – przenikającą przez okna posterunku niemieckiej policji – „Heilige Nacht”. Było to wstrząsające zestawienie. Przypomnienie „Heilige Nacht” śpiewanego przez zbirów niemieckich wzbudziło refleksję nad sytuacją rodzaju ludzkiego, którego fragmentem przecież jesteśmy”.”
Jeszcze wcześniej, bo w czasie pierwszej światowej wojny, w noc wigilijną, wychodząc z okopów, śpiewali wspólnie tę samą kolędę „Stille Nacht! Heilige Nacht!” – „Silent Night Holy Night” niemieccy i angielscy żołnierze, przerywając na ten krótki czas okrutny, wzajemny mord. Ale w trwającej wojnie polsko-polskich plemion nie ma miejsca na antrakt i jednoczące, choć przez chwilę, słowa : „Cicha noc, święta noc, / Pokój niesie ludziom wszem”.
Przypomina mi się bardzo piękna kolęda śpiewana na Sądecczyźnie: „Dlaczego dzisiaj wśród ludzi / tyle łez, jęków, katuszy? / Bo nie ma miejsca dla Ciebie / w niejednej człowieczej duszy”. Przeraża aktualność tych strof w naszej codzienności, gdyż zabrakło także Boga w Jego licznych świątyniach i wśród wielu kapłanów.

 

Wigilijne potrawy,

a szczególnie karp, stał się w Polsce przez wszystkie powojenne lata znakiem pewnego dobrobytu, a na pewno zaprzeczeniem minionych czasów głodu. Aż tu nagle, już w XXI wieku okazuje się, że na ulicach spotykamy wiele żebrzących osób, głodne dzieci idą do szkoły, a większość zawartości „Szlachetnych paczek” stanowią produkty spożywcze. Tak urządziliśmy od nowa ten nasz kraj, że miejsce państwowej troski o obywatela zastąpione zostało charytatywnym gestem. Dobrze więc, że są te Święta, szkoda, że tylko raz w roku.

 

Zwierzęta mówią ludzkim głosem,

a licząca się część polityków i mediów głównie kłamstwem i face newsami. I mamy tu do rozstrzygnięcia problem egzystencjalny z punktu widzenia językoznawstwa. Zdanie egzystencjalne jest logiczne, proste, ma charakter stwierdzenia, że coś istnieje lub nie istnieje. Idąc tym śladem, czy we współczesnej Polsce, i szerzej, na świecie prawda istnieje czy już jej nie ma? Pewne jest tylko jedno, że w wigilijną noc zwierzaki powiedzą nam szczerą prawdę, co o nas myślą.

 

Prezenty pod choinką

dla większości publicznych instytucji są w tym roku podobne, bo rózgi różnią się jedynie tym, że dla mało szkodliwych są pozłacane, dla bardziej destrukcyjnych srebrne, a dla wszystkich pozostałych złych, których większość, bez tych upiększeń. Zasług na te szczególne prezenty było – pozwólcie, że po raz kolejny ich nie wymienię bo i sil brakuje do ciągłej powtórki – w nadmiarze. Popisywaliśmy się bowiem przez cały miniony rok w Polsce, w Europie i także na świecie.

 

Betlejemska szopka,

z którą w dziecięcym wieku chodziłem po kolędzie, miała też kukiełki: króla Heroda, hetmana, śmierć, Makitę i inne jeszcze. Na scenie aktualnej, polskiej szopki, siłą prezesa-naczelnika liczna plejada kukieł ze Zjednoczonej Prawicy odgrywa dramat już wielokrotnie znany z przeszłości, z wiadomym zakończeniem. Dzieje się to niestety, za naszym przyzwoleniem i z ciągle powtarzającymi się, ulubionymi polskimi swarami, tym razem we wspólnej pono, a rodzącej się w okropnych bólach, demokratycznej koalicji.

 

Nadzieja,

będąca najważniejszym przesłaniem strof, którymi w niełatwych latach osiemdziesiątych witał Boże Narodzenie poeta i dziennikarz Wiesław Kolarz, jest nadal oczekiwana nie tylko w grudniowe dni 2018 roku:

Musi przesilić się ten groźny sen
w zapachu siana jest przecież nadzieja
na lepsze czasy / na śmielszą kolędę
na słowo ciepłe i świeże jak chleb
Kruszy się zima
Pod obrusem śniegu
chowamy cicho kłujące źdźbła trosk
piekący piołun wypleniony z dni
i suszoną pokrzywę wiecznych niepokojów
Potem patrzymy w czujne ślepia gwiazd
szukając znaku kiedy się narodzi
oczekiwana przez nas ciągle miłość
A kiedy noc już dojrzeje do prawd
które zwierzęta wygarną nam w oczy
kiedy w jasełkach wiatr zagra kolędę
turoń zakłapie przepędzając strach
i świeczki mrozu zapłoną w jedlinie
Niech przyjdzie spokój
wokół nas i w nas
i spełni się co sobie myślimy – życzymy.

Nie dajmy się uwieść

W okresach przedświątecznych występuje szczególne nasilenie rozmaitych technik zakupowych, mających skutecznie opróżnić nasz portfel.

 

Jeśli kiedykolwiek wróciliśmy ze sklepu z zakupami, które po powrocie do domu przestały się nam podobać albo z rzeczami, których w ogóle nie planowaliśmy kupić, możliwe, że daliśmy się uwieść tzw. marketingowi sensorycznemu.
To nowoczesna nazwa, określająca jednak zestaw starych jak świat narzędzi, od zawsze stosowanych przez sprzedawców.
Chodzi w nich o tworzenie odpowiedniej atmosfery podczas robienia zakupów. Składają się na to stosownie dobrane zapachy, obrazy, dźwięki oraz oświetlenie w sklepach. Ich zadaniem jest przywoływanie pozytywnych emocji, ograniczanie pośpiechu (dlatego w hipermarketach nie wiszą zegary) i wprawianie klientów w dobry nastrój, by ci kupowali jak najwięcej.
Z badań Washington State University College of Business wynika, że osoby, które robią zakupy w otoczeniu kompozycji zapachowych, wydają średnio 20 proc. więcej, niż początkowo zamierzały. Wiarygodność tych badań jest wprawdzie nikła, ale wiadomo, że należy ograniczać zakupy, by nie nadwyrężyć domowego budżetu – a łatwo go przekroczyć przed Świętami, kiedy centra handlowe sięgają po wszelkie metody, by przyciągnąć klientów. Warto więc bronić się przed „nieświadomą” chęcią zakupów, by nie rozpocząć Nowego Roku z dziurą w domowej kasie.

 

Liczą się emocje

Od dawna wiadomo, że pod wpływem emocji możemy kupować więcej. By je uruchomić, potrzebne jest włączenie mechanizmów, które wpływają na zmysły. Szczególną uwagę zwraca się na powonienie, bo ono automatycznie przywołuje skojarzenia. Przykładowo, zapach świeżo parzonej kawy działa na kawoszy (herbaciarze są tu bardziej odporni) szybciej niż jej pierwszy łyk.
To znany Efekt Prousta (słynne skojarzenie między zapachami a wspomnieniami), który wykorzystuje się w marketingu, bazującym na odpowiednio skomponowanym zapachu, rozpylanym w miejscach sprzedaży. Jak mówi teoria, odpowiednio dopasowana do preferencji konsumenta woń przekłada się na jego pozytywny nastrój – klient, czując w sklepie zapach, który dobrze mu się kojarzy i podoba, prawdopodobnie podczas zakupów wyda więcej, niż planował.
Poprzez kompozycje zapachowe można również „nakłaniać” klienta do zakupu konkretnych rzeczy. Jak podaje Scent Marketing Institue, zapach świeżo wypiekanego chleba zwiększa chęć zakupu domu (to działa chyba tylko w bogatych krajach), a woń skóry i cedru zachęca do nabycia mebli. Więcej czasu spędzimy też w sklepach, a także wydamy więcej, gdy zostanie w nich rozpylony zapach kwiatowo-cytrusowy.
Z takich marketingowych narzędzi korzystają już od dawna sprzedawcy. Przed Wigilią możemy spodziewać się, że w galeriach handlowych będzie dało się wyczuć zapach pomarańczy i goździków lub przypraw korzennych, które kojarzą się z przyjemnym klimatem. To wystarczy, by wprawić nas w dobry nastrój i sprawić, że będziemy skłonni wydać więcej pieniędzy, niż zamierzaliśmy.

 

Nie zawsze wystarczy

Jak podaje BIG InfoMonitor, w ubiegłym roku na zakupy związane ze Świętami Bożego Narodzenia co 12 badany zaciągnął kredyt lub pożyczkę – lub opóźniał moment zapłaty bieżących rachunków, by „zaoszczędzić” pieniądze na świąteczną wędrówkę po sklepach. Według Deloitte, na tegoroczne święta wydamy średnio 1168 zł, a to stanowi kwotę zbliżoną do miesięcznych kosztów utrzymania. Z tego na prezenty przeznaczymy średnio 532 zł.
Po to, by nie kupować pod wpływem impulsu wywołanego przez techniki marketingu, co może odczuć nasz portfel, powinniśmy sporządzić dokładną listę zakupów, określić budżet na świąteczne wydatki i starać się go nie przekraczać.
– Święta trwają krótko, natomiast zaciągnięte pożyczki i kredyty na tę okazję, będziemy musieli spłacać jeszcze przez długie miesiące. Lepiej więc kartę kredytową zostawić w domu – radzi Diana Jarocka, ekspertka Intrum.
Na atmosferę, która sprzyja kupowaniu, nie wpływa wyłącznie dobrze dobrany zapach rozpylany w sklepach. Wiele zależy także od doboru muzyki i dźwięku w miejscu sprzedaży. Większość ludzi nie lubi ciszy. Jak wykazują ponoć badania Millward Brown, muzyka może zmienić nasz nastrój, dlatego też w zależności od zamierzonego efektu, w sklepach wykorzystuje się spokojne nuty lub energetyczne rytmy, które mają z jednej strony, poprawiać samopoczucie klientów, a co za tym idzie – zwiększać sprzedaż, a z drugiej, w ogóle zachęcać do zakupów, jeżeli nie mieliśmy takich planów. Wszystkim tym sztuczkom można się jednak oprzeć.

 

Ważne jak co leży

Przede wszystkim miejmy na uwadze, że dana rzecz może nam się wydawać atrakcyjna wyłącznie dzięki odpowiedniemu oświetleniu, które jest w sklepie. Jeżeli podczas zakupów wpadł nam w oko drogi produkt, na który nie do końca jesteśmy finansowo przygotowani, warto odłożyć decyzję o jego kupnie i przemyśleć ją na „chłodno” w domu oraz przede wszystkim skalkulować, czy taki wydatek nie nadwyręży naszego budżetu. Łatwo wydać za dużo, płacąc kartą kredytową i mieć później problemy. Każdy zakup powinien być przemyślany i wcześniej zaplanowany – dodaje Diana Jarocka.
Również ułożenie produktów w supermarketowych alejkach nigdy nie jest przypadkowe. Nie bez przyczyny często podstawowe produkty, po które najczęściej przychodzimy, zostają ustawione, tak, by było konieczne przemierzenie całego sklepu, aby włożyć je do koszyka. Sprzedawcy liczą, że dzięki temu kupimy także to, czego nie planowaliśmy. Towary, na sprzedaży, których sieciom zależy najbardziej, zostają wyeksponowane w taki sposób, aby przyciągały wzrok. Te zabieg są stosowane, bo przynoszą markom konkretne korzyści.
A w odpowiedzi, najlepiej sporządzić listę zakupów i z góry założyć. jaki budżet chcemy przeznaczyć na ten cel. Nie róbmy zakupów na ostatnią chwilę. Wtedy bowiem możemy być pewni, że wydamy więcej, niż planowaliśmy.

 

Sytuacje awaryjne

Gdy grozi nam deficyt, w ostateczności możemy wziąć pożyczkę. Dodatkowe środki zwykle potrzebne są szybko, jednak przy wyborze takiego produktu finansowego nie powinniśmy kierować się wyłącznie szybkością uzyskania pieniędzy.
– Dziś niemal każdy bank proponuje swoim klientom kredyty konsumenckie o oprocentowaniu poniżej 10 proc. w skali roku, na sumy sięgające kilku tys. zł. Taką pożyczkę można uzyskać szybko i spłacić w ciągu 12 miesięcy. Natomiast pożyczki pozabankowe wcale nie są „szybsze”, zaś ich zaciągnięcie często wiąże się z dodatkowymi, wysokimi kosztami. Lepiej więc na chłodno ocenić warunki oferty, a decyzję o pożyczce zawsze podejmować w pełni świadomie, nie pod presją czasu, ani konsultanta, który proponuje zawarcie umowy przez telefon – mówi Leszek Zięba. ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego
Obecnie banki i SKOK-i są zobowiązane do tego, by wraz z ofertą kredytu przedstawić dokładnie oprocentowanie, prowizję oraz wysokość rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania i całkowitą kwotę do spłaty.
Natomiast, gdy chcemy skorzystać z oferty chwilówki w parabanku, nie otrzymamy formularza informacyjnego, a całkowity koszt trudniej będzie nam wyliczyć z uwagi na szereg dodatkowych opłat, np. za rozpatrzenie wniosku, ubezpieczenie czy wizytę agenta w domu klienta. Ponadto, każdy dzień spóźnienia ze spłatą może powodować bardzo duże kary umowne. Powinniśmy więc wybierać takie formy finansowania, których warunki będą dla nas zrozumiałe i przejrzyste.
Ostatnią deską ratunku może być kredyt odnawialny. Nie pożyczamy wtedy od banku określonej kwoty, którą spłacamy w ratach, ale mamy do dyspozycji np. 1500 zł na świąteczne zakupy – a kwota ta spłaci się automatycznie, gdy na naszym koncie pojawią się nowe wpływy, np. pensja. Możemy spłacić wykorzystaną kwotę w okresie bezodsetkowym, za co nie poniesiemy dodatkowych kosztów.
Takie rozwiązanie sprawdzi się, jeśli jesteśmy w dobrej sytuacji finansowej, potrzebujemy chwilowo podreperować domowy budżet i wiemy, że szybko zwrócimy wykorzystaną kwotę. Generalnie jest to jednak prosta droga do szybkiego zadłużenia – więc należy korzystać z niej tylko gdy awaryjnie potrzebujemy dodatkowych środków.