Kościół mówi ludzki głosem

Wigilijna „Wyborcza” publikuje rozmowę z księdzem Grzegorzem Strzelczykiem. Informatykiem w sutannie, z brodą drwala. To kapłan na miarę naszych czasów, i z Vetulanim pogada, a w autobusie koloratkę zdejmie, żeby być bliżej zwykłego człowieka. W rozmowie z Grzegorzem Wysockim mówi rzeczy mądre, refleksyjne, przestrzega przed wtrącaniem się współczesnych mężczyzn w feminizm, przed wchodzeniem w Schmittowską retorykę wojny. Docenia codzienną obecność, współistnienie w małych sąsiedzkich wspólnotach, bycie ze sobą na tyle, na ile to możliwe. Gdyby usiadł przy stole z ateistą, rozmawiałby z nim o tym, czy i kiedy istotniejsza jest sprawiedliwość, czy przebaczenie. Mam jednak pewien problem z księdzem Grzegorzem. Podobnego księdza Grzegorza spotkałam kiedyś w parafii moich dziadków. Miał dwa doktoraty, w tym jeden z filozofii. Właśnie pakował walizki – nie sprawdził się w podwarszawskiej Zielonce, bo ludzie nie rozumieli, co do nich mówi. Więc wysłano go do dalekiej Afryki, tam wprawdzie dalej nie będą go rozumieli, ale przynajmniej diecezja nie będzie się wstydzić za tego pryszczatego jeszcze szczyla, co pozjadał wszystkie rozumy i debatuje nad odcieniami szarości, relatywizuje kwestie, które trzeba po prostu przeliczyć, a potem sprawdzić, czy się zgadza. Mam problem z księżmi Grzegorzami, którzy biorą na siebie sprzątanie po polskim kościele. Bo to pięciu ochotników na krzyż z mopami w dłoniach, usiłujących ścierać hektolitry toksyn, które wylewa na zewnątrz międzynarodowy koncern. Mam problem, że z okazji świąt na siłę pokazuje się „inną twarz kościoła”. Oczywiście, świetnie, że na stu beznadziejnych trafi się jeden wybitny, który powie, że nie wolno oceniać moralnych wyborów bliźniego. Który jak siądzie ze mną, ateistką, do dyskusji, to przynajmniej będzie na tyle świadomy, żeby wiedzieć, że jak ucieknie w mechanizmy przemocowe, to przegra. Tylko że na koszulce tego pana z mopem nadal widnieje logo wielkiego koncernu. Koncernu, który dziś o północy odczyta listy pasterskie od swoich dyrektorów zarządzających. O czym będą te listy? Jak zwykle, o tradycji. A po nowym roku znowu posłuchamy sobie o tym, czemu in vitro to eksperymenty na ludziach, a nastolatka w szpitalu ma rodzić, a kościół potrzebuje cierpienia ofiar pedofilii. Ksiądz Grzegorz bezradnie rozkłada ręce, kiedy dziennikarz „Wyborczej” przytacza kolejne przykłady złej roboty korporacji: że za chwilę jakiś lekarz, powołując się na klauzulę sumienia, odmówi ratowania życia Jerzego Urbana; że księża nie wyobrażają sobie opcji utraty swoich przywilejów. Facet z mopem, jednym na cały terenowy oddział swojej firmy, wznosi oczy ku niebu: „no przecież można inaczej”. I ściera, ściera.
Drogi Panie, mam dla Pana świąteczną propozycję: zrzuć Pan tę firmową koszulkę, bo efekt tego wszystkiego będzie co najwyżej taki, że jeszcze parę wywiadów czy książek i wyślą Pana do tej nieszczęsnej Afryki, a ludzie czytający te wywiady będą się tylko niepotrzebnie łudzić, że Pańska firma zdobyła się na jakieś refleksje nad własną polityką. Pokażcie mi, drodzy prezesi tego liczącego 2 tysiące lat przedsiębiorstwa, że takich ludzi z mopami cenicie na tyle, żeby oddać im stery i posadzić na dyrektorskich stołkach w episkopacie, a nie wśród prostych maluczkich żyjących na prowincji, to wam uwierzę.

Świąteczny list do Pana Prezesa

Ponieważ w święta zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, my – Twoje koty, uprzejmie zwracamy się do Ciebie z pytaniem, dlaczego już nie walczysz o nasze prawa.
Gdzie się podziały Twoje deklaracje o „sercu dla zwierząt”? Koty z całego Żoliborza przychodzą do nas pytać, jak się sprawy mają. Najedliśmy się wstydu, kiedy musieliśmy tłumaczyć się na mieście z pomysłu podwyższenia VAT na leki weterynaryjne. Jarku,czyżbyś zupełnie nie kontrolował, co wyprawiają Twoi ludzie!
Zdajemy sobie sprawę, że ten przykład niekoniecznie Ci się spodoba – ale nawet Rosja wprowadziła u siebie ustawę o ochronie zwierząt, a u nas nadal nic. Miało nie być futer, obiecywałeś! Dobrze wiesz, że ta kwestia wymaga podjęcia męskiej decyzji. Udawanie, że na fermach zwiększy się kontrolę, to zawracanie głowy. Drogi Jarku, masz szansę rozbić prawdziwy układ! Bo to właśnie wśród rodzin polityków PO jest mnóstwo futrzarskich biznesów! Zróbże coś ponad podziałami! Tupnij nogą, nie każ czekać do kolejnych wyborów! Ten cały Czabański jest w porządku, ale brakuje mu ikry. 10 milionów futrzaków czeka na Twój, Prezesie, ruch.
A łańcuchy? Wszystko rozumiemy, na wsi masz swój elektorat. Ale mamy XXI wiek! Skoro prezes najpotężniejszej partii w kraju może dobrze traktować zwierzęta, to mogą i jego wyborcy. Jako koty, niekoniecznie lubimy się z psami. Ale mimo wszystko nie powinny stać przywiązane do budy na mrozie i dostawać resztek do jedzenia.
Ubój rytualny? Na serio zamierzasz to wspierać? Katolicy przestają już kupować na Wigilię żywego karpia, żeby nie męczyć zwierząt. Inne religie też mogą sobie darować.
Specjalną delegację wysłaliśmy w tym roku do Zbyszka Ziobry, bo zaostrzył kary za znęcanie się nad zwierzętami. Swój chłop! Zrobił na święta naprawdę dobrą robotę.
Ale Ty, Prezesie, ostatnio o nas zapominasz. Zajmujesz się bzdetami, takimi jak wpisy na Twitterze pani Pawłowicz. Odpuść dziewczynie. Nawet ją rozumiemy – niektórzy, tak jak my, potrafią przemówić ludzkim głosem tylko raz, dwa razy w roku…
Twoi ludzie są w większości politycznymi koniunkturalistami. Lubią gadać o wartościach, ale jak co do czego przychodzi, liczy się władza i głosy w urnie. Na co dzień niby tak nie cierpią PO, ale są w stanie się dogadać, żeby tylko nie stracić zysków z futer. Jeśli Ty nie zarządzisz dobrej zmiany dla zwierząt, to nikt się za nami nie wstawi.
Każdy umie pogadać sobie o miłości do ojczyzny na tle biało-czerwonej flagi. Ale nie każdego stać na to, żeby pokazać, że wartości naprawdę liczą się bardziej niż kasa. Liczą na Ciebie miliardy zwierząt.
My wiemy, jak świetnym jesteś opiekunem. Pozwól innym zwierzętom też się o tym przekonać. Do zgadania za rok!

Koty Fiona i Czaruś

Co zrobi milion?

Milion wyborców głosowało w wyborach samorządowych na kandydatów SLD – Lewica Razem. Można rzec, że już tylko milion, albo, że jeszcze aż milion.

Ten milion głosów to podstawowy kapitał polityczny jakim Sojusz Lewicy Demokratycznej jeszcze dysponuje. Niezwykle ważny w przyszłym roku. W czasie wyborów do Parlamentu Europejskiego oraz Sejmu i Senatu.

Parlamentarzyści SLD i Unii Pracy to jedyny głos polskiej lewicy w Parlamencie Europejskim. Innych lewicowych parlamentarzystów tam nie było. I zapewne tylko lewicowy blok wyborczy stworzony z udziałem SLD zapewni tam przyszła, polską lewicową reprezentację.

Nie dajcie się zwieść podsuwanymi wam przez prawicowe i liberalne media prognozami. Przewidującymi, że nowa partia Roberta Biedronia będzie reprezentacją lewicy w Parlamencie Europejskim. Programowe zapowiedzi jej lidera oraz jego współpracowników świadczą o odchodzeniu ich od programu europejskich socjalistów. Biedroń i jego współpracownicy jawią się zwolennikami liberalizmu w sferze obyczajowej i w gospodarce. Sojusznikami politycznymi polskich socjalistów.

Ale jeśli uda im się wejść do Parlamentu Europejskiego, to zapewne zasilą oni obecną tam frakcję liberałów. Nie będą u chrześcijańskich demokratów, bo tam znajdą się kandydaci PO i PSL. Ani we frakcji socjalistów i demokratów, którą zasilą kandydaci bloku lewicowego współtworzonego przez SLD.

Ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego nie jest tak radykalnie większościowa, jak te obowiązujące w wyborach samorządowych i do Sejmu i Senatu. Nawet gdyby przyszłoroczne wyborcy zamieniłyby się w plebiscyt pro i antyeuropejski, to milion wyborców daje szanse polskiej lewicy na jej reprezentację w Brukseli.

Zatem najrozsądniejszym wyborem w wyborach do Parlamentu Europejskiego byłaby wspólna lista partii lewicowych. Tworzona z SLD – Lewica Razem, Zielonych, Partii Razem.
Udział w wspólnym bloku z PO-PSL, na który naciskają związane z PO media, któremu patronuje Włodzimierz Cimoszewicz, grozi rozmydleniem programowym. Sam „antyPiSizm”, sama „proeuropejskość” jako jego spoiwo może nie wystarczyć.

Poza tym, taka, zdominowana przez Grzegorza Schetynę koalicja grozi, że to ten polityk będzie miał największy wpływ na pozycjonowanie kandydatów lewicowych na wspólnych listach wyborczych. Czyli to prawicowy polityk będzie decydował o przyszłym składzie lewicowej frakcji w PE.

Grzegorz Schetyna już zasygnalizował, że chętnie udostępni „miejsca biorące” na wspólnej liście byłym premierom Markowi Belce i Włodzimierzowi Cimoszewiczowi. Bardzo cenię ich kompetencje, ale reprezentacja obecnej polskiej lewicy w Parlamencie Europejskim nie może być zdominowana przez byłych polityków. W tym Marka Belki, który socjalistą nie był i nie jest.

Milion Wyborców to spory kapitał. Gdyby wszyscy, którzy zagłosowali w tym roku na kandydatów SLD – Lewica Razem do samorządów, poparli w 2019 roku kandydatów lewicy w wyborach do Sejmu RP i Senatu RP, to w polskim parlamencie znów zabrzmi lewicowy głos.

Pozostaje pytanie jak liczna i skuteczna może być taka przyszła reprezentacja wyłaniana w większościowej ordynacji. A ta premiuje wspólne listy wyborcze.

Ale taka wspólna lista wyborcza z całą anyPiSowską opozycją wymaga od lewicy bardzo silnie zaznaczonej podmiotowości programowej. I bardzo wyrazistych kandydatów. Gwarantujących swym dotychczasowym politycznym dorobkiem, że po zdobyciu mandatu parlamentarnego nie powędrują do konkurencyjnych ugrupowań. Taka wspólna lista wyborcza do Sejmu i Senatu wymaga też wielkiej aktywności wyborców i zrozumienia tak wyjątkowej sytuacji. Jeśli liderzy lewicy nie wyjaśnią, nie wytłumaczą wyborcom swych taktycznych wyborów, to mogą ten milionowy kapitał polityczny roztrwonić.

Czeka nas pracowity, przełomowy polityczny rok.

 

Wesołych Świat
Od całej Redakcji „Trybuny”

Wigilijnych doznań krąg

Pamięć starszych pokoleń Polaków sięga ostatniej światowej wojny, młodsi przywołują czasy późniejsze i współczesne, ale w swej istocie wszystkie te reminiscencje są bardzo zbieżne.

 

Łączy je obraz minionego, rodzinnego domu z wigilijnym stołem, rozświetloną choinką, prezentami dla dzieciaków, często wspólnym śpiewem kolęd, a nade wszystko, atmosfera i nastrój tego wyjątkowego dnia. Ale i dużo więcej, bo pewne sytuacje powtarzają się jak mantra, inne pozornie nowe odwzorowują poprzednie, a kolejne, pomimo upływu lat i zmieniającej się historii, są tożsame z już doznanymi.

 

Jedno wolne miejsce

przy wigilijnym stole było zawsze, w myśl tradycji, przeznaczone dla zagubionego wędrowca, którego do wspólnej wieczerzy należało zaprosić. W miarę biegnącego czasu i upływających wydarzeń zmieniało swoją symbolikę. W okresie minionej wojny przypominało najbliższych nieobecnych, wyrwanych z rodzinnego gniazda, zaginionych, gdzieś walczących, uwiezionych w hitlerowskich obozach czy w sowieckich łagrach. W powojennych czasach wolne przy stole nakrycie było znakiem oczekiwania i nadziei, że jednak żyje, że jest gdzieś tam w świecie, że wróci. W miarę upływu lat ta symbolika odchodziła w niepamięć, acz trudno było zapomnieć zdarzenia z kilku tragicznych, polskich miesięcy. Wreszcie przy wigilijnym stole to wolne miejsce czas pozbawił piętna przemocy zastępując je traumą pamięci o najbliższych, którzy odeszli, a tak przecież niedawno byli tu z nami.
Okazuje się jednak, że nadal jest bardzo potrzebne współczesnym wędrowcom – uchodźcom – nie tylko przy europejskim, ale i przy polskim stole. I odnajdują je we Francji nadzwyczaj skrupulatnie przestrzegającej rozdziału kościoła od państwa, w protestanckich Niemczech zmazujących grzechy przeszłości (a nie w IV Rzeszy z Twittera jak chciał Andrzej Duda), ale nie mogą znaleźć w podobno pełnej miłosierdzia katolickiej Polsce, rządzonej wespół-zespół przez sprawiedliwą partię oraz kościelnych hierarchów, której premier chce nadto chrystianizować Europę. Jeżeli już z przyczyn nami rządzących taką mamy państwową politykę w wigilijny dzień, to przynajmniej poprzedźmy go naszą pomocą tym, którzy tak bardzo jej potrzebują.

 

Dzielimy się opłatkiem,

najlepiej z kroplą miodu, wierzący i niewierzący także, traktując ten symbol i piękny zwyczaj jako okazję do złożenia życzeń bliskim, dowód wspólnoty oraz wzajemnego szacunku. Niestety nasza dzisiejsza polityczna aura nie sprzyja tym odwiecznym znakom, bowiem podziały wśród Polaków, także za aktywną sprawą naszego Kościoła, są tak głębokie i trwałe, że oprą się sile i znaczeniu świętego opłatka. Ostatnio Zbigniew Bujak powiedział, że „Tak podzielonego kraju jak obecnie swoją pamięcią nie sięgam”. Miejmy nadzieję, że przynajmniej przy naszym wigilijnym stole, tak nie będzie. W kolejne jednak zdumienie wprowadzą nas spotkania z opłatkiem zachlapanym do cna potokiem kłamstwa i codziennej nienawiści, organizowane w Sejmie czy przy innych publicznych okazjach.

 

Śpiewamy kolędy,

ale częściej tylko ich słuchamy, chyba, że wybierzemy się na Pasterkę. Prof. Julian Aleksandrowicz wspominał : „Noc wigilijna w roku 1943. Mroczna noc okupacji. Podkrakowska wieś. Zaciemnione okna. Jedynie „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi” i melodia tej kolędy splotła się z inną – przenikającą przez okna posterunku niemieckiej policji – „Heilige Nacht”. Było to wstrząsające zestawienie. Przypomnienie „Heilige Nacht” śpiewanego przez zbirów niemieckich wzbudziło refleksję nad sytuacją rodzaju ludzkiego, którego fragmentem przecież jesteśmy”.”
Jeszcze wcześniej, bo w czasie pierwszej światowej wojny, w noc wigilijną, wychodząc z okopów, śpiewali wspólnie tę samą kolędę „Stille Nacht! Heilige Nacht!” – „Silent Night Holy Night” niemieccy i angielscy żołnierze, przerywając na ten krótki czas okrutny, wzajemny mord. Ale w trwającej wojnie polsko-polskich plemion nie ma miejsca na antrakt i jednoczące, choć przez chwilę, słowa : „Cicha noc, święta noc, / Pokój niesie ludziom wszem”.
Przypomina mi się bardzo piękna kolęda śpiewana na Sądecczyźnie: „Dlaczego dzisiaj wśród ludzi / tyle łez, jęków, katuszy? / Bo nie ma miejsca dla Ciebie / w niejednej człowieczej duszy”. Przeraża aktualność tych strof w naszej codzienności, gdyż zabrakło także Boga w Jego licznych świątyniach i wśród wielu kapłanów.

 

Wigilijne potrawy,

a szczególnie karp, stał się w Polsce przez wszystkie powojenne lata znakiem pewnego dobrobytu, a na pewno zaprzeczeniem minionych czasów głodu. Aż tu nagle, już w XXI wieku okazuje się, że na ulicach spotykamy wiele żebrzących osób, głodne dzieci idą do szkoły, a większość zawartości „Szlachetnych paczek” stanowią produkty spożywcze. Tak urządziliśmy od nowa ten nasz kraj, że miejsce państwowej troski o obywatela zastąpione zostało charytatywnym gestem. Dobrze więc, że są te Święta, szkoda, że tylko raz w roku.

 

Zwierzęta mówią ludzkim głosem,

a licząca się część polityków i mediów głównie kłamstwem i face newsami. I mamy tu do rozstrzygnięcia problem egzystencjalny z punktu widzenia językoznawstwa. Zdanie egzystencjalne jest logiczne, proste, ma charakter stwierdzenia, że coś istnieje lub nie istnieje. Idąc tym śladem, czy we współczesnej Polsce, i szerzej, na świecie prawda istnieje czy już jej nie ma? Pewne jest tylko jedno, że w wigilijną noc zwierzaki powiedzą nam szczerą prawdę, co o nas myślą.

 

Prezenty pod choinką

dla większości publicznych instytucji są w tym roku podobne, bo rózgi różnią się jedynie tym, że dla mało szkodliwych są pozłacane, dla bardziej destrukcyjnych srebrne, a dla wszystkich pozostałych złych, których większość, bez tych upiększeń. Zasług na te szczególne prezenty było – pozwólcie, że po raz kolejny ich nie wymienię bo i sil brakuje do ciągłej powtórki – w nadmiarze. Popisywaliśmy się bowiem przez cały miniony rok w Polsce, w Europie i także na świecie.

 

Betlejemska szopka,

z którą w dziecięcym wieku chodziłem po kolędzie, miała też kukiełki: króla Heroda, hetmana, śmierć, Makitę i inne jeszcze. Na scenie aktualnej, polskiej szopki, siłą prezesa-naczelnika liczna plejada kukieł ze Zjednoczonej Prawicy odgrywa dramat już wielokrotnie znany z przeszłości, z wiadomym zakończeniem. Dzieje się to niestety, za naszym przyzwoleniem i z ciągle powtarzającymi się, ulubionymi polskimi swarami, tym razem we wspólnej pono, a rodzącej się w okropnych bólach, demokratycznej koalicji.

 

Nadzieja,

będąca najważniejszym przesłaniem strof, którymi w niełatwych latach osiemdziesiątych witał Boże Narodzenie poeta i dziennikarz Wiesław Kolarz, jest nadal oczekiwana nie tylko w grudniowe dni 2018 roku:

Musi przesilić się ten groźny sen
w zapachu siana jest przecież nadzieja
na lepsze czasy / na śmielszą kolędę
na słowo ciepłe i świeże jak chleb
Kruszy się zima
Pod obrusem śniegu
chowamy cicho kłujące źdźbła trosk
piekący piołun wypleniony z dni
i suszoną pokrzywę wiecznych niepokojów
Potem patrzymy w czujne ślepia gwiazd
szukając znaku kiedy się narodzi
oczekiwana przez nas ciągle miłość
A kiedy noc już dojrzeje do prawd
które zwierzęta wygarną nam w oczy
kiedy w jasełkach wiatr zagra kolędę
turoń zakłapie przepędzając strach
i świeczki mrozu zapłoną w jedlinie
Niech przyjdzie spokój
wokół nas i w nas
i spełni się co sobie myślimy – życzymy.

Nie dajmy się uwieść

W okresach przedświątecznych występuje szczególne nasilenie rozmaitych technik zakupowych, mających skutecznie opróżnić nasz portfel.

 

Jeśli kiedykolwiek wróciliśmy ze sklepu z zakupami, które po powrocie do domu przestały się nam podobać albo z rzeczami, których w ogóle nie planowaliśmy kupić, możliwe, że daliśmy się uwieść tzw. marketingowi sensorycznemu.
To nowoczesna nazwa, określająca jednak zestaw starych jak świat narzędzi, od zawsze stosowanych przez sprzedawców.
Chodzi w nich o tworzenie odpowiedniej atmosfery podczas robienia zakupów. Składają się na to stosownie dobrane zapachy, obrazy, dźwięki oraz oświetlenie w sklepach. Ich zadaniem jest przywoływanie pozytywnych emocji, ograniczanie pośpiechu (dlatego w hipermarketach nie wiszą zegary) i wprawianie klientów w dobry nastrój, by ci kupowali jak najwięcej.
Z badań Washington State University College of Business wynika, że osoby, które robią zakupy w otoczeniu kompozycji zapachowych, wydają średnio 20 proc. więcej, niż początkowo zamierzały. Wiarygodność tych badań jest wprawdzie nikła, ale wiadomo, że należy ograniczać zakupy, by nie nadwyrężyć domowego budżetu – a łatwo go przekroczyć przed Świętami, kiedy centra handlowe sięgają po wszelkie metody, by przyciągnąć klientów. Warto więc bronić się przed „nieświadomą” chęcią zakupów, by nie rozpocząć Nowego Roku z dziurą w domowej kasie.

 

Liczą się emocje

Od dawna wiadomo, że pod wpływem emocji możemy kupować więcej. By je uruchomić, potrzebne jest włączenie mechanizmów, które wpływają na zmysły. Szczególną uwagę zwraca się na powonienie, bo ono automatycznie przywołuje skojarzenia. Przykładowo, zapach świeżo parzonej kawy działa na kawoszy (herbaciarze są tu bardziej odporni) szybciej niż jej pierwszy łyk.
To znany Efekt Prousta (słynne skojarzenie między zapachami a wspomnieniami), który wykorzystuje się w marketingu, bazującym na odpowiednio skomponowanym zapachu, rozpylanym w miejscach sprzedaży. Jak mówi teoria, odpowiednio dopasowana do preferencji konsumenta woń przekłada się na jego pozytywny nastrój – klient, czując w sklepie zapach, który dobrze mu się kojarzy i podoba, prawdopodobnie podczas zakupów wyda więcej, niż planował.
Poprzez kompozycje zapachowe można również „nakłaniać” klienta do zakupu konkretnych rzeczy. Jak podaje Scent Marketing Institue, zapach świeżo wypiekanego chleba zwiększa chęć zakupu domu (to działa chyba tylko w bogatych krajach), a woń skóry i cedru zachęca do nabycia mebli. Więcej czasu spędzimy też w sklepach, a także wydamy więcej, gdy zostanie w nich rozpylony zapach kwiatowo-cytrusowy.
Z takich marketingowych narzędzi korzystają już od dawna sprzedawcy. Przed Wigilią możemy spodziewać się, że w galeriach handlowych będzie dało się wyczuć zapach pomarańczy i goździków lub przypraw korzennych, które kojarzą się z przyjemnym klimatem. To wystarczy, by wprawić nas w dobry nastrój i sprawić, że będziemy skłonni wydać więcej pieniędzy, niż zamierzaliśmy.

 

Nie zawsze wystarczy

Jak podaje BIG InfoMonitor, w ubiegłym roku na zakupy związane ze Świętami Bożego Narodzenia co 12 badany zaciągnął kredyt lub pożyczkę – lub opóźniał moment zapłaty bieżących rachunków, by „zaoszczędzić” pieniądze na świąteczną wędrówkę po sklepach. Według Deloitte, na tegoroczne święta wydamy średnio 1168 zł, a to stanowi kwotę zbliżoną do miesięcznych kosztów utrzymania. Z tego na prezenty przeznaczymy średnio 532 zł.
Po to, by nie kupować pod wpływem impulsu wywołanego przez techniki marketingu, co może odczuć nasz portfel, powinniśmy sporządzić dokładną listę zakupów, określić budżet na świąteczne wydatki i starać się go nie przekraczać.
– Święta trwają krótko, natomiast zaciągnięte pożyczki i kredyty na tę okazję, będziemy musieli spłacać jeszcze przez długie miesiące. Lepiej więc kartę kredytową zostawić w domu – radzi Diana Jarocka, ekspertka Intrum.
Na atmosferę, która sprzyja kupowaniu, nie wpływa wyłącznie dobrze dobrany zapach rozpylany w sklepach. Wiele zależy także od doboru muzyki i dźwięku w miejscu sprzedaży. Większość ludzi nie lubi ciszy. Jak wykazują ponoć badania Millward Brown, muzyka może zmienić nasz nastrój, dlatego też w zależności od zamierzonego efektu, w sklepach wykorzystuje się spokojne nuty lub energetyczne rytmy, które mają z jednej strony, poprawiać samopoczucie klientów, a co za tym idzie – zwiększać sprzedaż, a z drugiej, w ogóle zachęcać do zakupów, jeżeli nie mieliśmy takich planów. Wszystkim tym sztuczkom można się jednak oprzeć.

 

Ważne jak co leży

Przede wszystkim miejmy na uwadze, że dana rzecz może nam się wydawać atrakcyjna wyłącznie dzięki odpowiedniemu oświetleniu, które jest w sklepie. Jeżeli podczas zakupów wpadł nam w oko drogi produkt, na który nie do końca jesteśmy finansowo przygotowani, warto odłożyć decyzję o jego kupnie i przemyśleć ją na „chłodno” w domu oraz przede wszystkim skalkulować, czy taki wydatek nie nadwyręży naszego budżetu. Łatwo wydać za dużo, płacąc kartą kredytową i mieć później problemy. Każdy zakup powinien być przemyślany i wcześniej zaplanowany – dodaje Diana Jarocka.
Również ułożenie produktów w supermarketowych alejkach nigdy nie jest przypadkowe. Nie bez przyczyny często podstawowe produkty, po które najczęściej przychodzimy, zostają ustawione, tak, by było konieczne przemierzenie całego sklepu, aby włożyć je do koszyka. Sprzedawcy liczą, że dzięki temu kupimy także to, czego nie planowaliśmy. Towary, na sprzedaży, których sieciom zależy najbardziej, zostają wyeksponowane w taki sposób, aby przyciągały wzrok. Te zabieg są stosowane, bo przynoszą markom konkretne korzyści.
A w odpowiedzi, najlepiej sporządzić listę zakupów i z góry założyć. jaki budżet chcemy przeznaczyć na ten cel. Nie róbmy zakupów na ostatnią chwilę. Wtedy bowiem możemy być pewni, że wydamy więcej, niż planowaliśmy.

 

Sytuacje awaryjne

Gdy grozi nam deficyt, w ostateczności możemy wziąć pożyczkę. Dodatkowe środki zwykle potrzebne są szybko, jednak przy wyborze takiego produktu finansowego nie powinniśmy kierować się wyłącznie szybkością uzyskania pieniędzy.
– Dziś niemal każdy bank proponuje swoim klientom kredyty konsumenckie o oprocentowaniu poniżej 10 proc. w skali roku, na sumy sięgające kilku tys. zł. Taką pożyczkę można uzyskać szybko i spłacić w ciągu 12 miesięcy. Natomiast pożyczki pozabankowe wcale nie są „szybsze”, zaś ich zaciągnięcie często wiąże się z dodatkowymi, wysokimi kosztami. Lepiej więc na chłodno ocenić warunki oferty, a decyzję o pożyczce zawsze podejmować w pełni świadomie, nie pod presją czasu, ani konsultanta, który proponuje zawarcie umowy przez telefon – mówi Leszek Zięba. ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego
Obecnie banki i SKOK-i są zobowiązane do tego, by wraz z ofertą kredytu przedstawić dokładnie oprocentowanie, prowizję oraz wysokość rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania i całkowitą kwotę do spłaty.
Natomiast, gdy chcemy skorzystać z oferty chwilówki w parabanku, nie otrzymamy formularza informacyjnego, a całkowity koszt trudniej będzie nam wyliczyć z uwagi na szereg dodatkowych opłat, np. za rozpatrzenie wniosku, ubezpieczenie czy wizytę agenta w domu klienta. Ponadto, każdy dzień spóźnienia ze spłatą może powodować bardzo duże kary umowne. Powinniśmy więc wybierać takie formy finansowania, których warunki będą dla nas zrozumiałe i przejrzyste.
Ostatnią deską ratunku może być kredyt odnawialny. Nie pożyczamy wtedy od banku określonej kwoty, którą spłacamy w ratach, ale mamy do dyspozycji np. 1500 zł na świąteczne zakupy – a kwota ta spłaci się automatycznie, gdy na naszym koncie pojawią się nowe wpływy, np. pensja. Możemy spłacić wykorzystaną kwotę w okresie bezodsetkowym, za co nie poniesiemy dodatkowych kosztów.
Takie rozwiązanie sprawdzi się, jeśli jesteśmy w dobrej sytuacji finansowej, potrzebujemy chwilowo podreperować domowy budżet i wiemy, że szybko zwrócimy wykorzystaną kwotę. Generalnie jest to jednak prosta droga do szybkiego zadłużenia – więc należy korzystać z niej tylko gdy awaryjnie potrzebujemy dodatkowych środków.