Ustawa Gowina, statuty – nasze

Wszystko wskazuje na to, że pomimo ogólnopolskich protestów środowiska akademickiego ustawa o nauce i szkolnictwie wyższym przejdzie przez legislacyjne sito. Po drodze była i ciągle jest naprędce poprawiana, łagodzona w szczegółach pod wpływem rozmaitych głosów krytycznych i sprzecznych interesów.

 

Ostatecznie zadowoleni nie są z niej ani jej najzagorzalsi zwolennicy, ani najbardziej nieprzejednani krytycy. W zasadzie nie wiadomo już, jaki konkretnie cel spełniać ma taka ustawa, jaką spójną i całościową wizję szkolnictwa wyższego reprezentuje? Jednak właśnie dlatego, że mamy do czynienia ze niezidentyfikowanym obiektem ustawowym, przyszły rok akademicki możemy wykorzystać do tego, by zreperować go pod wieloma względami na poziomach naszych uczelni. Umożliwić mogą nam to prace nad ich statutami. Ważne, żebyśmy zaczęli już teraz. W warstwie systemowej walka między przeciwnikami i zwolennikami ustawy zakończyła się remisem, który nie satysfakcjonuje żadnej ze stron i na którym nie zyskuje szkolnictwo wyższe jako całość.

 

Przeciąganie liny

Pomimo że w toku prac i pod wpływem krytyki nacisk na międzynarodową konkurencyjność elitarnych ośrodków nieco osłabł, to protestującym nie udało się wywalczyć gwarancji, że uczelnie regionalne mają zapewnione perspektywy rozwoju. To największa porażka ruchu protestacyjnego. Z drugiej strony na froncie dotyczącym przyszłych modeli zarządzania uczelniami, udało się wywalczyć znaczące ustępstwa. Przede wszystkim osłabiono zagrożenie płynące dla autonomii uczelni ze strony nowego organu – rady uczelni – w którym dominującą rolę mieli odgrywać przedstawiciele spoza środowiska akademickiego. Nie powiodła się natomiast próba ograniczenia potencjalnie absolutystycznych uprawnień, jakie ustawa przyznaje rektorom. Nic dziwnego, że środowiska rektorskie żarliwie popierały zmiany i to one mogą czuć się największymi zwycięzcami przeciągania liny, które trwało przez ostatnich kilkanaście miesięcy. Z zapowiedzianych podwyżek cieszyć mogą się głodzeni dotychczas niskimi płacami pracownicy naukowi. Powody do zadowolenia mają także przyszli doktoranci, którzy objęci zostaną obligatoryjnym stypendium. Za pozytywną zmianę można uznać ograniczenie krytykowanej punktozy publikacyjnej – większy nacisk położono na jakość, a nie na ilość publikacji. Jednak pomimo tych pojedynczych plusów, pod względem systemowym ustawa nie stwarza warunków do równomiernego i stabilnego rozwoju ośrodków akademickich, grozi ograniczeniem dostępu do studiów na peryferiach, utrwala zależność finansowania badań od uznaniowego systemu grantowego, przymusza do wzmożonego uczestnictwa w międzynarodowym obiegu publikacyjnym (bez zapewnienia ku temu wymaganego wsparcia), wreszcie – daje rektorom szerokie uprawnienia, które trafiwszy w niepowołane ręce, mogą skutkować wieloma antyspołecznymi i wynikającymi z określonych preferencji światopoglądowych zmianami.

 

Przekuć miecze na lemiesze

Ruch protestacyjny nie powinien jednak składać przedwcześnie broni. Bez względu na to, czy będziemy kontynuować walkę na froncie ministerialnym – domagając się na przykład nowelizacji ustawy, kiedy wyjdą na jaw jej niedoróbki – na naszych uczelniach powinniśmy przekuć mecze na lemiesze.

 

Rektorzy – „my” czy „oni”?

Jest to tym bardziej istotne, że nowa ustawa daje uczelniom niespotykaną jak dotąd swobodę w określaniu swojego ustroju, wzorców zarządzania czy reprezentowanych wartości. Potencjalnie sprzyja ona rzeczywiście pogłębianiu autonomii uczelni poprzez odejście od modelu centralistycznego, który narzuca wszystkim jeden model funkcjonowania.
W praktyce jednak – wobec silnie wyeksponowanej w ustawie pozycji rektora i dekompozycji istniejących struktur wspólnoty akademickiej – może ona sprzyjać oligarchizacji. Zwłaszcza, że zapisane w ustawie przepisy przejściowe dają rektorom możliwość zawiązania zamkniętego układu, swoistej koterii, która zorganizowałaby uczelnię na nowo bez rzeczywistej partycypacji wspólnoty. Rektor z dotychczasowym senatem, niewybieranym od nowa na okoliczność fundamentalnych zmian w ustroju uczelni, mogą w łatwy sposób obsadzić w radzie uczelni przedstawicieli biznesu, Kościoła, albo po prostu swoich kolesi. Mogą, jeśli środowisko akademickie pozostanie uśpione. Dlatego prace nad nowym statutem to dobry moment do jego pobudki.

 

Zasiąść przy stole

Ale nie tylko groźba oligarchizacji powinna motywować nas do działania. Do wspólnoty akademickiej powinniśmy kierować przekaz alarmujący, że to od nowego statutu będzie zależała liczba wydziałów i ich kształt, istnienie instytucji zakładu, tryb wyboru rektora i dziekanów, szczegółowy sposób powoływania członków rady uczelni, model organizacji dydaktyki, implementacja nowego podziału na pracowników naukowo-dydaktycznych i dydaktycznych, ryzyko cięć kadrowych, sposób organizacji Szkół Doktorskich i perspektywy stypendiów za osiągnięcia, proporcje podziału dotacji statutowej dla konkretnych dyscyplin, lepsze zabezpieczenie przed molestowaniem seksualnym i mobbingiem w pracy – i wiele, wiele innych kwestii. Aby móc o nich porozmawiać, musimy najpierw zadbać o miejsce przy konsultacyjnym stole dla wszystkich zainteresowanych. Nie możemy zakładać, że władze rektorskie oddadzą nam je same z siebie. Być może gdzieś tak się stanie, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że byłoby to pod prąd logiki stojącej za ustawą.
Perspektywa otwarcia dyskusji może ich przerażać także dlatego, że będzie oznaczała feudalny opór ze strony dotychczasowych struktur wydziałowych, które zachowają się z gruntu konserwatywnie. Dlatego tak ważne jest wytrącenie im zawczasu z rąk argumentu, że dążenie do partycypacji umotywowane jest chęcią torpedowania wszelkich zmian i troski wyłącznie o swoje wpływy.

 

Akademickie Komitety Przyszłości

Opisywaną tu strategię przyjęliśmy na Uniwersytecie Śląskim. W czerwcu włączyliśmy się do ogólnopolskich działań Akademickiego Komitetu Protestacyjnego przeciwko ustawie Gowina. Zorganizowaliśmy dwie demonstracje – najpierw w trakcie koncertu z okazji 50-lecia uczelni, a następnie pod rektoratem. Nasze przedstawicielki były obecne na ogólnopolskim zjeździe AKP. Wysłaliśmy do pracowników uczelni mailing z naszym listem do władz rektorskich, w którym przedstawiliśmy część naszych postulatów możliwych do spełnienia na uniwersytecie bez względu na dalsze losy ustawy. Zebraliśmy pod nim podpisy 170 pracowników naukowych, doktorantek i studentów z kilku wydziałów. Następnie sami zaczęliśmy animować dialog o przyszłości uczelni. Odbyliśmy spotkanie ze związkiem zawodowym. W międzyczasie zmieniliśmy nazwę, ale pozostaliśmy przy starym skrócie: nazywamy się teraz Akademicki Komitet Przyszłości UŚ.
Gdy będzie trzeba, wrócimy do formuły protestacyjnej. Na razie zakładamy jednak, że władze rektorskie zrozumieją, że zaangażowanie wspólnoty akademickiej w prace nad statutem może pomóc rozładować napięcia społeczne i wypracować ustrój uczelni, który będzie odpowiadał na nasze obawy, potrzeby, ale i marzenia.
Staramy się otwarcie dyskutować o naszych doświadczeniach, poznawać nawzajem swoje perspektywy – wymyślać uniwersytet od nowa w sposób dialogiczny i nastawiony na kompromis.

Chcielibyśmy, żeby tryb prac nad statutem był bliski naszym własnym praktykom. Rezultaty tej działalności – prowadzonej w niesprzyjającym okresie wakacyjnym i bez znajomości finalnego kształtu ustawy – są całkiem obiecujące.

Poprzez uzupełnianie naszej wiedzy i doświadczeń, zyskujemy większą świadomość tego, jak dotąd działał uniwersytet i co może się na nim zmienić. Zyskujemy poczucie, że nasza praca nie musi być wyalienowanym wypełnianiem zewnętrznych wymogów – że możemy wziąć odpowiedzialność za ich współkształtowanie i sprofilować je nie tylko pod kątem naszych oczekiwań, ale mając na uwadze również jakość naszych przyszłych publikacji czy prowadzonych przez nas zajęć dla studentów.

Wychodząc z „idiotyzmu wydziałowego życia”, w którym widzimy tylko drzewa, a gubimy z pola widzenia las, udało nam się wypracować pierwsze postulaty, odnoszące się na razie przede wszystkim do trybu prac nad nowym statutem. Postulujemy większą jawność prac toczących się już teraz prac – z wykorzystaniem specjalnie do tego przygotowanej strony internetowej i gazetki. Chcielibyśmy, żeby kanały te nie służyły wyłącznie komunikowaniu przez władze rektorskie swojej wizji, ale były otwarte na dialog. Będziemy również przekonywać władze uczelni, że warto zatroszczyć się o bardziej aktywne pozyskiwanie zainteresowania proponowanymi zmianami – w tym celu zgłaszamy postulat przeprowadzenia piętnastominutowych spotkań informacyjnych o statucie i możliwościach zaangażowania w prace we wszystkich grupach zajęciowych. Nie zapominamy o tym, że w procesie tym powinniśmy zadbać o równą i szeroką reprezentację wszystkich grup związanych na uniwersytecie, ponieważ wierzymy, że perspektywa studenta czy doktorantki jest równie wartościowa, co punkt widzenia dziekanów czy rektorów.

Zabiegamy o to, żeby wszystkie chcące się zaangażować osoby mogły korzystać z merytorycznego wsparcia na regularnie organizowanych spotkaniach – brak znajomości przepisów prawa nie może być podstawą do dyskredytacji czyjejś wizji.

Aby zabezpieczyć się przed oligarchizacją, chcemy, żeby nasz uniwersytet zapisał w statucie prodemokratyczne rozwiązania związane zarówno z uchwaleniem statutu, jak i wyborami rektora i członków rady uczelni. Uważamy, że ogólnouczelniane referendum o charakterze opiniodawczym zapewniłoby nowemu statutowi silniejszą legitymizację i byłoby właściwym zwieńczeniem postulowanego przez nas trybu prac. Co do kandydatur na rektora i do rady uczelni, jesteśmy zdania, że określona liczba podpisów z poparciem pracowników z kilku wydziałów umacniałaby pozycję wybranych kandydatów poprzez zapewnienie silniejszego wpływu wspólnoty akademickiej na proces wyborczy.

Obecnie rozmawiamy już o swojej wizji statutu. Zastanawiamy się, w jaki sposób mógłby on sprzyjać demokratyzacji struktur, większej jawności czy wspieraniu jakości badań i kształcenia, praw pracowniczych oraz przeciwdziałaniu dyskryminacji. Widzimy tu pole do naprawy niektórych złych zapisów ustawy (np. zagwarantowanie, że wobec wprowadzenia niższego wieku emerytalnego kobiet niż mężczyzn, pracownice naukowe nie będą wypychane na wcześniejsze – i niższe – emerytury), wyeliminowania zdarzających się patologii (np. ustawiane konkursy, niewłaściwie prowadzone sprawy o molestowanie, prekaryzacja pracowników) czy otwarcia nowych możliwości rozwoju. Robimy to wszystko dlatego, że choć niebawem znajdziemy się w rzeczywistości ukształtowanej przez ustawę Gowina, to wierzymy, że łatwiej będzie nam w niej funkcjonować, jeśli uzupełnimy ją naszymi statutami. Nic o nas bez nas!

Polska nauka do poprawki

Nastały złe czasy dla polskiej edukacji. To już kolejny rząd, który lekceważy środowiska nauczycielskie i akademickie.

 

W V kadencji Senatu RP, w latach 2001-2005, pracowałam nad ustawą o szkolnictwie wyższym w Komisji Nauki, Edukacji i Sportu. Ustawa, uchwalona w 2004 r w czasie rządów SLD i Unii Pracy, tworzyła sprzyjające warunki prawne rozwoju polskich uczelni. Była w pełni akceptowana przez parlamentarzystów wszystkich opcji politycznych i środowiska uczelniane. W 2009 r rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego zmienił tę ustawę podporządkowując rozwiązania prawne idei neoliberalizmu oraz fetyszyzacji rankingów, punktów i grantów. Aktualnie obowiązująca ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym uchwalona przez PO hamuje rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce, upolitycznia i ogranicza obiektywne oceny rozwoju naukowego pracowników naukowych. Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że w skutek obowiązywania tej ustawy i podporządkowania logice biznesowej humanistyki i nauk społecznych, nastąpiła zapaść tych dziedzin.

 

Obowiązująca ustawa musi zostać zmieniona.

W warunkach obowiązującej ustawy uczelnie nie mają zapewnionych długofalowych warunków finansowania. Muszą zwalniać samodzielnych pracowników z tytułami profesorów i ograniczać zatrudnienie asystentów i adiunktów. Uczelnie nie mają środków finansowych na opłacanie recenzentom honorarium za recenzje wydawnictw i publikacji swoich pracowników. Nauczyciele akademiccy nie mają możliwości finansowych pokrywania kosztów publikacji i udziału w konferencjach naukowych. Uczelnia traktuje aktywność naukową jako prywatny problem pracownika. Liczba punktów zdobyta za opłaconą prywatnie publikację nie zawsze jest odpowiednikiem jej poziomu naukowego. Preferowane punktowo są publikacje w języku angielskim oraz w zagranicznych czasopismach. Nie jest cenione wsparcie naukowe przedsiębiorców przez polskich naukowców oraz przydatność publikacji naukowych dla praktyki gospodarczej w Polsce. Jakość dydaktyki nie jest traktowana priorytetowo. Funkcja wychowawcza uczelni jest zaniedbana i traktowana marginalnie. Pracownicy naukowo-dydaktyczni, aby móc dorobić do niskich pensji, muszą występować do rektora o wyrażenie zgody na pracę na drugim etacie. Od przychylności i subiektywnego kryterium oceny rektora zależy czy pracownik naukowo – dydaktyczny tę zgodę uzyska. Od lat w uczelniach trwa negatywna selekcja kadr ze względu na bardzo niskie płace. Niskie wynagrodzenia nie wystarczają na zakup książek, programów, komputerów, szkolenia. Tylko pasjonaci pracują w uczelniach. Zdolna młodzież poszukuje pracy poza uczelniami lub wyjeżdża zagranicę. Jest to proces o negatywnych skutkach dla naszego kraju i polskiej nauki.
System zarządzania nauką jest przestarzały, rozbudowany, niewydolny i kosztowny. Nie motywuje prowadzenia badań w przedsiębiorstwach o polskiej własności. Polska staje się przepompownią środków unijnych do zagranicznych ośrodków naukowych i beneficjentów rezultatów badań. Obowiązuje zbyt rozbudowana procedura składania i oceny wniosków o finansowanie badań naukowych. Wnioski składane do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowego Centrum Nauki, według obowiązujących instrukcji, muszą być przygotowane w języku angielskim, najczęściej na koszt naukowca, autora lub zespół autorski wniosku. Każdy wniosek zawiera oryginalny tytuł, tezy i cele badawcze, przedmiot i zakres badań, metody badawcze, system organizacji i zarządzania badaniami. Jest to cenne now how autora i uczelni. Z tego powodu cała treść wniosku powinna być chroniona przed konkurencją na rynku naukowym. Istnieją uzasadnione podejrzenia, że pomysły polskich naukowców są realizowane poza uczelnią, z której wywodzi się autor wniosku i wniosek. Recenzje projektów przez polskich naukowców są bardzo nisko opłacane. Uzyskanie przez polskie uczelnie i zespoły, w szczególności regionalne, środków na prowadzenie badań naukowych można porównać do loterii. Honorarium polskich naukowców za kierowanie zespołami badawczymi i udział w pracach naukowo – badawczych jest ograniczane oraz nieadekwatne do wkładu pracy i odpowiedzialności.
Pomimo zmiany rządu w 2015 r. nie zerwano ze szkodliwymi praktykami neoliberalnymi stosowanymi w szkolnictwie wyższym i nauce wdrożonymi przez rząd PO i PSL. Projekt ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce przedstawiony w Sejmie przez ministra Szkolnictwa Wyższego i Nauki Jarosława Gowina, wicepremiera w rządzie PIS, nie zmienia tego stanu. W ustawie zawarto złe rozwiązania w obszarze organizacji i zarządzania uczelniami. Zakłada się demontaż struktur organizacyjnych i funkcji sprawdzonych w historii szkolnictwa wyższego w Polsce. W myśl postanowień ustawy nastąpi obniżanie autonomii decyzyjnej polskich uczelni, obniżanie kryteriów naukowych wyboru na stanowiska rektorów, dyskryminowanie polskich naukowców i ich osiągnięć, niedofinansowanie nauki. Ustawa nie zawiera gwarancji stabilnego finansowania uczelni i badań naukowych. Proponowane rozwiązania doprowadzą do pogłębiania kryzysu polskiego szkolnictwa wyższego i nauki. Faworyzowanie uczelni uznanych za tzw. flagowe zablokuje rozwój regionalnych uczelni, nastąpi dalsza marginalizacja regionalnych ośrodków uniwersyteckich. Jak wynika z ostatniego raportu Polskiej Akademii Nauk dalszy podział na „Polskę A” i „Polskę B” oraz jego utrwalanie zakończy się w niedalekiej przyszłości zapaścią 122 miast. W sposób ukryty ustawa zakłada zróżnicowanie, skonfliktowanie i upolitycznienie środowiska polskich uczelni. To nie jest dobra zmiana, mimo wcześniejszych zapowiedzi. Konieczne jest porzucenie neoliberalnych dogmatów w nauce dotyczących „punktów w systemie”, finansowania badań w uznaniowych i nietransparentnych konkursach i zarządzania uczelnią przez osoby z zewnątrz uczelni. Wobec skrajnego niedofinansowania nauki w Polsce na tle innych państw UE, niezbędne jest także zwiększenie nakładów na badania zgodnie z unijnymi standardami zakładającymi przeznaczenia na ten cel co najmniej 3proc. PKB.

 

Projekt ustawy zakłada powstanie nowego, do końca nieokreślonego, organu zarządzającego uczelnią,

mianowicie rady uczelni. Najwięcej obaw wzbudza skład osobowy i funkcje rady uczelni, która będzie decydowała o wyborze rektora uczelni i zarządzała jej działalnością. Zakłada się, że ponad 50proc. składu rady będzie wywodzić się ze środowisk poza uczelnianych. Rodzi się pytanie kim będą członkowie rady uczelni wybierani ze środowiska zewnętrznego? Jakie będzie kryterium ich wyboru? Być może będą to politycy, którzy nie dostaną się do Sejmików i Parlamentu w nadchodzących wyborach oraz członkowie nowej partii Jarosława Gowina.
Zgodnie z projektem ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce do nowo powołanego organu zarządzającego – rady uczelni wejdzie od 6 do 8 osób powołanych przez senat uczelni z grona pracowników wraz z przewodniczącym samorządu studenckiego. Zgodnie z ustawą stanowić będą mniej niż 50proc. składu rady uczelni. Senat wskazywał będzie także interesariuszy, osoby spoza uczelni, wchodzące do rady uczelni. Przewodniczącym rady będzie osoba również pochodząca z zewnątrz. Rada uczelni, wyłaniać będzie dwóch kandydatów na rektora. Kolegium elektorów będzie wybierać rektora z dwóch osób narzuconych przez radę uczelni o mniejszościowym udziale nauczycieli akademickich. W tym układzie sił społeczność uczelniana nie będzie miała żadnego wpływy na wybór kandydatów i rektora uczelni. Senat uczelni, kolegium elektorów, a także pracownicy uczelni są w ustawie traktowani instrumentalnie. Aby móc wprowadzić swoich przedstawicieli, spoza grona pracowników uczelni, ustawowo obniżono wymagania w stosunku do kandydata na rektora. Rektorem może zostać osoba posiadająca stopień naukowy doktora nauk. Założono także uproszczoną, zależną od decyzji rektora, ścieżkę zdobywania tytułów profesora i stopnia doktora habilitowanego. Aby przygotować grunt do realizacji zamierzonego przejęcia uczelni przez partię i biznes, pierwszego rektora na okres roku będzie wskazywać, w trybie administracyjnym minister nauki i szkolnictwa wyższego, nawiązując z wybraną osobą stosunek pracy. Dlaczego minister wyznacza rektora ze swojej listy zamiast z grona społeczności akademickiej? W ten sposób uczelnie obdziera się z prestiżu jaki posiadają przez dziesięciolecia, wolności oraz autonomii decyzyjnej i demokratycznego systemu zarządzania. Jakim partnerem w stosunku do rektora, szanowanego naukowca, profesora zagranicznych uczelni, będzie asygnowany przez ministra, bez dorobku i doświadczenia naukowego, człowiek z zewnątrz uczelni. Dotychczas na stanowisku dziekana i rektora mogły pracować nauczyciele akademiccy posiadający tytuł profesora zwyczajnego i/lub doktora habilitowanego. W projekcie ustawy nie określono kryteriów zawodowych i naukowych w stosunku do osób z zewnątrz uczelni, tj. ponad 51proc. składu rady uczelni, która może przegłosować każdą decyzję rady i wybrać wskazanego przez nią rektora uczelni.
W projekcie ustawy zakłada się likwidację autonomii decyzyjnej wydziałów, jako podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni („Przesunięcie zarządzania z podstawowych jednostek na poziom całej uczelni”). W zamian zaproponowano w ustawie nowy poziom zarządzania w postaci rady uczelni, ciała nie związanego ze społecznością akademicką, ze składem osobowym stanowiącym mniej niż 50 proc. udziału pracowników uczelni i studentów.
Fikcją i propagandowym chwytem jest twierdzenia, że to wspólnota uczelni będzie wybierać władze uczelni i że zachowana zostanie tradycja wolności akademickiej i zrównoważonego rozwoju.
Zgodnie z projektem ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce rada uczelni, a de facto osoby spoza uczelni będzie uchwalać strategię uczelni, sprawować nadzór nad gospodarką finansową, sprawować nadzór nad zarządzaniem uczelnią, wskazywać kandydatów na rektora, opiniować plan rzeczowo – finansowy i sprawozdania z jego wykonania.
Czy osoby z zewnątrz, nie związane z uczelnią, sprawujące swoje funkcje w radzie uczelni z nadania ministra właściwego do spraw nauki i szkolnictwa wyższego będą posiadać odpowiednie kompetencje, prestiż i szacunek społeczności uczelnianej? Czy wezmą na siebie odpowiedzialność, w tym materialną za uczelnie?
Jest to zakamuflowana pięknymi słowami, najprostsza droga prowadząca do upadku uczelni państwowych, a następnie przejęcia ich majątku i funkcji przez sektor prywatny lub/i partyjne organizacje. Czy członkowie Prawa i Sprawiedliwości mają świadomość skutków zmiany systemu zarządzania państwowymi uczelniami?
W projekcie ustawy wprowadzono bardzo restrykcyjny system pracy nauczycieli akademickich określając liczbę godzin dydaktycznych. Zaplanowano 540 godz. dla asystenta i osób zatrudnionych na stanowisku równorzędnym, 360 godz. dla innego pracownika dydaktycznego, 240 godz. dla pracownika badawczo – dydaktycznego oraz obowiązek realizacji nadgodzin w wysokości maximum ¼ wymiaru zajęć dydaktycznych. Można zadać pytanie, kiedy pracownicy asystenci i inni pracownicy będą mieć czas na przygotowanie współczesnych, innowacyjnych treści wykładów, ćwiczeń, prezentacji oraz własny rozwój naukowy?
W projekcie ustawy dwa razy zwiększono czas pracy uprawniający nauczyciela akademickiego do płatnego urlopu dla poratowania zdrowia. Łączny czas trwania ograniczono do wymiaru jednego roku w okresie całego zatrudnienia, po 15 latach pracy. Jest to wielka krzywda, którą prawnie chce usankcjonować minister szkolnictwa wyższego i nauki. Wprowadzony zapis jest wyrazem braku szacunku do nauczycieli akademickich i ich ciężkiej, obciążonej chorobami zawodowymi, odpowiedzialnej pracy dydaktycznej, naukowej i wychowawczej. Pracując w warunkach założonych w projekcie ustawy nauczyciele nie dożyją do osiągnięcia 15 letniego stażu pracy. Nie do przyjęcia są bardzo niskie płace, nieadekwatne do posiadanego wykształcenia nauczycieli akademickich.

 

Czy na ten temat nie powinien wypowiedzieć się Związek Nauczycielstwa Polskiego?

W projekcie ustawy została zlikwidowana Centralna Komisja Kwalifikacyjna W jej miejsce zostaje wprowadzona Rada Doskonałości Naukowej (RDN). Zmiana dotyczy wyłącznie nazwy, bez zmiany istoty i funkcji oraz zasad działania członków Rady. W ustawie nadal utrzymany jest zapis, że RDN może odmówić wszczęcia postępowania w sprawie nadania tytułu profesora, a od jej decyzji przysługuje zażalenie do składu osobowego tej samej Rady Doskonalenia Nauki, bez ingerencji i kontroli właściwego ministra. Takie odwołanie z góry jest skazane na odmowę. Na postanowienia RDN o odmowie postępowania w sprawie nadania tytułu profesora wnioskodawcy przysługuje zażalenie wyłącznie do tego samego składu RDN. Jest to bezsensowny zapis, który nie zapewnia sprawiedliwej, obiektywnej oceny.
To był i jest zapis korupcjogenny, potencjalnie kreujący kliki osób o niskiej etyce zawodowej i moralności. Jak inaczej można ocenić sytuację, za rządów PO i PSL, kiedy jedna negatywna recenzja na sześć recenzji ogółem, w tym pięć pozytywnych decyduje o odrzuceniu wniosku o nadanie tytułu profesora. Na podkreślenie zasługuję fakt, że wśród 5 pozytywnych recenzji dwie są szczególnie ważne, ponieważ mają status recenzji napisanych przez superrecenzentów wyznaczonych przez CKK. To te recenzje, w przypadku wątpliwości, powinny decydować o pozytywnym głosowaniu nad zażaleniem złożonym do CKK. Opisuję ten nieetyczny mechanizm posiadając wiedzę z własnych doświadczeń. Osobiście zostałam skrzywdzona przez tryb postępowania i decyzję CKK za rządów PO i PSL. W środowisku naukowym jest wiele osób skrzywdzonych z tego powodu. Informowałam o fakcie ministra Jarosława Gowina przesyłając kopie zażalenia adresowaną do CKK z nadzieją, że w trwającej kadencji rządu Prawa i Sprawiedliwości nie będzie dochodzić do tego rodzaju nieprawidłowości. Od 2016 r. nie otrzymałam odpowiedzi na moje zażalenie. Kiedy działalność CKK, słusznie, została zawieszona Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie wydało decyzji o powtórnym rozpatrzeniu złożonych zażaleń i usunięcia nieprawidłowości. Sytuacja niesprawiedliwych ocen może się powtórzyć o ile nie nastąpi zmiana zapisu w projekcie nowej ustawy. Konieczne jest ustawowe wprowadzenie instrumentu kontroli RDN ze strony ministerstwa właściwego do spraw nauki i szkolnictwa wyższego. Nie było zasadne, przyjęte w projekcie ustawy, utajnianie nazwisk recenzentów. Cała procedura nadawania stopni i tytułów naukowych powinna być transparentna, obiektywna, sprawiedliwa i etyczna.
Procedura kontrolna działania Rady Doskonalenia Nauki nie jest zapisana w ustawie. W tym zakresie, w porównaniu do aktualnie obowiązującej ustawy – nic się nie zmieniło. Lobby dawnej Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej okazało się bardzo silne. Ona nadal działa. Właściwie RDN nadal będzie posiadać ustawową nieograniczoną władzę, bez jakiejkolwiek kontroli jej decyzji przez ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i nauki.
Ustawowo obniża się kryteria uzyskiwania stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego oraz zatrudniania osób na stanowiska profesorów uczelni. Wprowadzone zostały uznaniowe, a nie obiektywne, kryteria awansu naukowego. Doktor nauk może nabyć uprawnienia doktora habilitowanego w przypadku pracy w innym państwie, kierując zespołami badawczymi. Czyżby doktor nauk, kierując zespołami polskich naukowców i rozwiązując problemy naukowe i gospodarcze w Polsce, nie zasługiwał na to samo wyróżnienie? Dlaczego naukowcy pracujący w Polsce mają być dyskryminowani. Jest kolejny przykład lekceważenia polskich naukowców.
Nie można zatracić czujności słuchając pięknych i porywających propagandowych słów Pana Ministra Jarosława Gowina. Należy przeczytać ustawę – dokładnie, ze zrozumieniem i wyobraźnią skutków zawartych w niej zapisów. „Diabeł tkwi w szczegółach”. Np. stwierdzenie Pana ministra Jarosława Gowina, że „ustawa daje ośrodkom naukowym więcej niezależności: Konstytucja dla nauki zdecydowanie zwiększa autonomię uczelni” jest nieprawdziwe w świetle zapisów ustawowych. Zarządzane przez biznesmenów uczelnie zostaną doprowadzone do upadku a następnie do prywatyzacji ogromnego majątku państwowego. Są to tendencje wyniesione z rządów PO i PSL. Zostanie zniweczony dorobek wydziałów, jako gospodarzy majątku i środków finansowych. Wydziały zostaną zlikwidowane jakoby w imię integracji dyscyplinarnej uczelni. Jest to bardzo zły pomysł. Uczelnia może się rozwijać jako interdyscyplinarna organizacja bez likwidacji wydziałów. Zamierzona likwidacja wydziałów zmniejszy opór na drodze do liberalizacji i prywatyzacji uczelni. To jest właściwy cel.
Należy uszanować apel o zmiany w planie reformy nauki podpisany przez blisko 150 naukowców, pracowników instytucji naukowych i akademickich.
Mam nadzieję, że niezależnie od tego, która partia będzie u steru państwa polskie uczelnie pozostaną autonomiczne. Projekt ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” przedstawiony przez ministra i wicepremiera w rządzie PIS, Jarosława Gowina, bez istotnych zmian, nie powinien zostać przyjęty.

Komu sprzyja Gowin?

Odpowiedź jest prosta – nie demokracji, lecz biznesowi. Z uczestnikami Wolnych Dni Akademii na Uniwerystecie Jagiellońskim rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figaj (strajk.eu).

 

Które zapisy tzw. ustawy Gowina najbardziej panów oburzyły, skłoniły do podjęcia akcji protestacyjnej?

Prof. Tomasz Majewski: Kluczowy jest dla nas zapis mówiący o Radach Uczelni – wprowadza on gremia składające się w ponad 50 proc. z osób spoza uczelni. Nadawanie uprawnień decyzyjnych (a nie doradczych) takim ciałom jest niedopuszczalne. Otwiera on łatwą przestrzeń do instrumentalizacji publicznych uniwersytetów.
Obawiacie się upolitycznienia nauki? Czy może przewidujecie, że dojdzie do jej komercjalizacji?

TM: Możliwe jest i jedno, i drugie. Z jednej strony do rad mogą wejść osoby związane z biznesem, a środowisko biznesowe w polskich realiach nie jest znane z gestów takich jak ufundowanie uczelnianej katedry albo przekazanie któremuś z uniwersytetów znacznej donacji. Z drugiej do rad uczelni z łatwością trafią byli politycy samorządowi lub krajowi ze swoimi interesami i „znajomościami”, na którym zależy rektorom. Rada mogłaby istnieć jako gremium doradcze, powoływane fakultatywnie przez zainteresowane tym uczelnie – nie obligatoryjnie.

 

Gdzie jeszcze widzicie w zapisach ustawy zagrożenia?

TM: Aberracją jest pomysł „dostosowania polskiego rejestru dyscyplin do listy OECD”. Tradycje badawcze i podział dyscyplin, który jest efektem logiki badań, mają ustąpić przed porównywalnością wyników badań dopasowaną do R& D, czyli logiki wdrożeń dla biznesu. Bez zgody środowiska naukowego status samodzielnej dyscypliny mają stracić m.in. historia sztuki, archeologia czy łączone na siłę kulturoznawstwo i etnologia. Propozycje nowych dyscyplin humanistycznych można określić jako zbitki – filozofia z religioznawstwem, językoznawstwo z literaturoznawstwem czy wspomniana archeologia z historią… To dyscypliny tylko pozornie bliźniacze. Faktycznie charakteryzują się odmiennymi przedmiotami i metodami badań, oraz innymi „reżimami” publikowania.

Dezydery Barłowski: Ogromne kontrowersje budzi przede wszystkim kwestia likwidacji mniejszych ośrodków akademickich, do czego bez wątpienia doprowadzi ta ustawa. Jest to nie tylko wielka strata dla Akademii jako takiej, ale też uderzenie w całą społeczność tzw. „Polski B”. Likwidacja tych ośrodków przyczyni się do większego rozwarstwienia społecznego, które i tak jest bardzo niepokojące. Sprawa ta stanowi kwestię dość dziwną, jeśli zwrócimy uwagę na to, że właśnie z „małych ośrodków” pochodzi większość elektoratu rządzącej partii.
TM: To nie wszystko. Wcześniejsza emerytura dla kobiet-samodzielnych pracowników naukowych w wieku 60 lat powinna być możliwością, nie obligiem. Kuriozalne są poprawki do ustawy do artykułu 20 ustęp 1 i ustęp 7 z 30 maja b. r., które w sposób zakamuflowany odbierają starszym pracownikom uprawnienia w zakresie procedury wyboru elektorów mających wpływ na wybór rektora. Niedopuszczalne jest rozszerzanie uprawnień ministra, który chciałby „szczegółowo określać” program studiów, a także decydować o tym, czy mniejsza uczelnia będzie mogła otworzyć kierunek „niepokrywający się z dyscyplinami” z nowego rejestru. Otwiera to szerokie pole do ideologizacji nauczania i będzie wywierać „efekt mrożący” na pracowników naukowych – o to najwyraźniej ministrowi chodzi.

Wspomnę wreszcie o zapisach wskazujących na nowy tryb ewaluacji publikacji, które doprowadzą do obniżenia znaczenia i rangi języka polskiego w publikacjach naukowych. Odzyskanie niepodległości umożliwiło otwarcie polskich uczelni, rozwijanie terminologii naukowej w języku polskim, co jest szczególnie istotne dla nauk humanistycznych i nauk społecznych. Tak uczcimy setną rocznicę?

 

Jaka jest świadomość tych zagrożeń w społeczności krakowskich uczelni? A może ustawa ma na uniwersytetach swoich zwolenników?

DB: Projekt ministra Gowina różni się od wielu innych, jakie w ostatnich latach przepychał rząd, tym, że pracowano nad nim w sposób naprawdę „inteligentny”, rzec można – przebiegły. Minister wybierał sobie takich rozmówców, którzy byli mu na rękę.Ustawa 2.0 zwiększa władzę rektorów oraz tzw. wielkich ośrodków, więc na „szerokie konsultacje” zapraszano przychylne osoby z takich grup, a pojawiające się głosy sprzeciwu były wręcz ignorowane. Tak było np. z głosem profesorów UJ sprzeciwiających się likwidacji kulturoznawstwa. Zupełnie jakby np. o prawach i losie kobiet dyskutował i decydował Episkopat – brzmi znajomo, prawda? Do tego kluczowe prace nad projektem odbywają się teraz – w najgorętszym miesiącu na uczelni, gdy studentki i studenci skupieni są na sesji egzaminacyjnej, a pracownice/pracownicy i doktorantki/doktoranci, również zaangażowani w sesję, dodatkowo mają setki obowiązków formalnych, papierkowych.
Niemniej w krakowskim środowisku akademickim znalazła się grupa kilkuset osób, które nie są obojętne na przyszłość Uczelni. W pierwszej kolejności należy wymienić studentki i studentów UJ, UEK i AGH, którzy odważnie zdecydowali się na okupowanie budynków UJ – dzięki takim ludziom demokracja w tym kraju jeszcze jakoś się trzyma, a to, że mogę ich jako doktorant wspierać jest dla mnie wielkim honorem. Z kadry akademickiej samego Wydziału Polonistyki UJ pod listem wsparcia protestujących podpisało się kilkadziesiąt osób.

Jeśli przed tym protestem świadomość zagrożeń wynikających z ustawy nie była marginalna, ale nie była też szczególnie duża, to teraz świadomość członków społeczności uczelni wzrasta z godziny na godzinę.

 

Czy zgodziliby się panowie, że Ustawa 2.0 to nie początek, a kontynuacja szkodliwych dla polskiej nauki tendencji? Jeśli tak, to dlaczego dopiero teraz środowisko akademickie protestuje?

TM: Tak, reforma Gowina nie jest początkiem procesu niekorzystnych zmian legislacyjnych. To, że właśnie teraz rozpoczęły się protesty wynika m.in. z tego, że jej wprowadzenie oznaczałoby ostateczne spacyfikowanie wspólnoty akademickiej próbującej kontynuować krzewienie etosu Uniwersytetu jako wspólnoty poszukującej w coraz bardziej niekorzystnym otoczeniu prawno-finansowo-organizacyjnym. Otoczenie to zmierza do administracyjnego narzucania pracownikom nauki reguł niezgodnych z najgłębszymi wartościami akademickimi.
Wskażmy najważniejsze momenty, w których wdrażano zmiany szkodliwe dla polskiej Akademii.

TM: Reforma z roku 1990 była otwarciem śluzy dla „wolnej amerykanki rynkowej” w tworzeniu uczelni niepublicznych – wygenerowała boom edukacyjny bez rządowych nakładów na naukę i za cenę obniżenia jakości kształcenia. Reforma z 2011 minister Kudryckiej narzuciła nam szereg szykan administracyjnych i sposoby ewaluacji, które zaowocowały „punktozą” i „grantozą”. Wymusiła patrzenie na pracę naukową w kategoriach indywidualnych karier i brutalnej rywalizacji o nikłe zasoby finansowe na badania.

Dobrym elementem tamtej reformy było powołanie Narodowego Centrum Nauki, które ma coraz lepszy system oceny i ewaluacji projektów badawczych, wzmocniło pozycję wielu młodych badaczy, gdyż granty zatrzymały ich w polskim systemie nauki. Ale system grantowy ma ogromny minus – jest nim obciążanie naukowców ogromną pracą administracyjną przy obsłudze grantów i zmuszanie ich do samodzielnego poszukiwania środków na własne badania. Można to nazwać outsorcingiem funkcji badawczych. Do tego dochodzi prekaryzacja i niepewność zatrudnienia dla naukowców, którzy muszą stale „przyprowadzać pieniądze” z zewnątrz na uczelnie, w formie pozyskanych grantów.

 

Wtedy jednak środowisko naukowe nie protestowało tak stanowczo, jak obecnie.

TM: Bo żadna z wcześniejszych reform nie ingerowała tak głęboko w samostanowienie uczelni. Słynne zdanie ministra Gowina o „rozhermetyzowaniu uczelni” oznacza, że ludzie nauki nie powinni zarządzać sami, winni to robić za nich biznesmeni i politycy. Ustawa 2.0 ingeruje w to, gdzie i w jakim języku mamy publikować, określa za nas i bez naszej zgody, jaką dyscyplinę mamy obecnie reprezentować i z jakiej będziemy uzyskiwać stopnie naukowe.

 

Jeśli reforma Gowina nie uzdrawia sytuacji w polskiej nauce, to w jakim kierunku powinny iść zmiany, które by jej faktycznie pomogły? Bo to, że zmiany są konieczne, nie budzi raczej wątpliwości.

TM: Przede wszystkim reforma powinna być odroczona co najmniej o rok i faktycznie przedyskutowana ze środowiskami, które odnoszą się do niej krytycznie i pokazują jej negatywne konsekwencje. Nie tylko z grupami zgadzającymi się z ministrem, takimi jak prezydium KRASP, rektorzy uczelni czy fasadowy Parlament Studentów Polskich kierowany przez osobę kandydującą z list partii Gowina. W sprawie rejestru dyscyplin humanistycznych i społecznych należy uwzględnić np. głosy Komitetów Naukowych PAN i Towarzystw Naukowych, a następnie powrócić do pracy nad Polskim Współczynnikiem Wpływu, zamiast transferować olbrzymie publiczne środki do prywatnych konsorcjów posiadających bazy typu „SCOPUS”.
Z naszej strony dość jasnym postulatem pozytywnym jest również zwiększenie finansowania nauki. A nadto należy od nowa pomyśleć o Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej – bo ona dyskryminuje naukowców polskich pracujących od lat w trudnych warunkach polskiej Akademii. Powinno się wprowadzić osobą pulę na rozwijanie Centrów Badawczych, ustalić równy wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn.

 

A co z zarządzaniem uczelniami, jaką alternatywę można przedstawić dla gowinowskich Rad Uczelni?

TM: Dążenie do poprawy administrowania uniwersytetem nie może odbywać się na zasadzie „komercjalizacji”, osłabiania praw pracowniczych i likwidacji zarządzania kolegialnego. Wręcz przeciwnie, konieczna jest większa kolegialność! Wartością wspólnoty akademickiej jest właśnie jej modus operandi – konieczność stałej rozmowy z osobami o przeciwnych poglądach, nie zaś podejmowanie decyzji „ponad głowami”.

 

Przypomnijmy na zakończenie, jakie działania protestacyjne zostały podjęte na Uniwersytecie Jagiellońskim.

DB: W piątek 8 czerwca przed Collegium Novum odbyła się pikieta, której organizatorami byli m.in. Jakub Baran i Joanna Grzymała-Moszczyńska. W proteście uczestniczyło kilkaset osób – duża część to pracownicy/ce i studenci/tki Wydziału Polonistyki UJ, lecz pojawiło się też wiele osób spoza uniwersytetu. Równolegle studentki i studenci UJ, UEK i AGH rozpoczęli protest okupacyjny w sali 16 Wydziału Polonistyki przy ul. Gołębiej 20, który przeniósł się do pobliskiego budynku UJ przy ul. Grodzkiej. Odbywa się tam też „Akademicki Piknik Okupacyjny” –warsztaty, wykłady, debata na tematy związane ze zmianami w szkolnictwie wyższym. Do protestu na bieżąco przyłączają się przedstawiciele uczelnianych związków zawodowych, lecz główną siłą napędową są w tej chwili zaangażowane studentki i studenci. To oni/one okupują przestrzenie akademii, oni/one planują kolejne działania i to dzięki im my, jako doktoranci/tki, oraz pracownicy/pracownice możemy włączać się w solidarny protest. Razem nie zamierzamy się poddawać!

 

Dziękuję za rozmowę.

Protest środowiska akademickiego,rozpoczęty na Uniwersytecie Warszawskim i podjęty przez szereg ośrodków akademickich w całym kraju, wsparty przez związki zawodowe, relacjonowany na bieżąco na naszym portalu, trwa.
11 czerwca w mediach pojawiły się informacje, iż prezydent Andrzej Duda rozważa nawet zawetowanie gowinowskiej ustawy 2.0. Akademicki Komitet Protestacyjny wzywa do ogólnopolskiej mobilizacji 13 czerwca.