Odkorkowani

Po wielotygodniowym przymusowym odcięciu od żywej publiczności teatry nareszcie wracają do domu. W ostatni weekend odbyło się w całej Polsce chyba kilkadziesiąt premier.

Marcin Bortkiewicz napisał na Facebooku, komentując zapowiedzianą premierę „Pikniku nad wiszącą skałą” w Teatrze Narodowym: „Powodzenia!!! Wszyscy chyba dziś mamy premiery teatralne”. To prawda – i Marcin Bortkiewicz pisząc te słowa czekał na swoją premierę jako współautor (wraz z Magdaleną Gauer) dramatu „Noc Walpurgii”.
Andrzej Seweryn wyszedłszy przed kurtynę w Teatrze Polskim w Warszawie przywitał zamaskowaną publiczność, wyrażając radość ze spotkania i po szekspirowsku poprosił – jeśli spektakl się spodoba – aby powiedzieć o nim znajomym, a jeśli nie, nie mówić nic. Może coś przeczuwał.
Tak czy owak, repertuar został odkorkowany i ruszyły premiery od Bałtyku po Tatry, większość teatrów zapowiada ich po trzy-cztery w nadchodzącym miesiącu, będzie naprawdę co oglądać, o czym świadczy ten właśnie tydzień, gdzie dla przykładu we Wrocławiu Teatr Polski wznowił działalność po przerwie premierą komedii absurdu Sébastiena Thiéry’ego „Kasta la vista” w reżyserii Jacka Bończyka. Wrocławski Teatr Współczesny z kolei zaprosił na przedstawienie wg powieści holenderskiego pisarza Arnona Grunberga w reżyserii Pawła Miśkiewicza, Teatr Polski w Podziemiu na „Planetę małp” w reżyserii Marcina Libera, a Teatr Muzyczny „Capitol” na „Alicję” wg arcydzieła Lewisa Carrolla.
Tymczasem w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku premiera spektaklu „Boga mordu” w reżyserii Katarzyny Deszcz, a w Teatrze im. Wandy Siemiaszkowej w Rzeszowie zamówionego przez teatr dramatu Jarosława Jakubowskiego „Hiob’51” w reżyserii dyrektora Jana Nowary (rzecz o lokalnym „żołnierzu wyklętym”). I tak można wymieniać długo, nie spodziewając się, że na afiszu zagoszczą same tytuły łatwe i przyjemne.
Tylko w samej Warszawie w ten burzliwy weekend miało miejsce ponad 10 premier, m.in.: szekspirowski „Król Lear” w Dramatycznym w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego z Haliną Łabonarską w roli tytułowej, „Uciekinierki” w Ateneum, francuska komedia w reżyserii Wojciecha Adamczyka z udziałem Magdaleny Zawadzkiej i Sylwii Zmitrowicz, „Baba-dziwo” Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej w reżyserii Ewy Domańskiej w Polskim, „Przebudzenie wiosny” Wedekinda w Teatrze Ochoty, „Skóra węża” Artura Urbańskiego i „Piknik pod Wiszącą Skałą” wg klasycznej powieści Joan Lindsay w reżyserii Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym, wspomniana „Noc Walpurgii” w Żydowskim, „Raj. Potop” Thomasa Köcka, młodego dramaturga austriackiego, ukazującego apokaliptyczny świat, zdewastowany przez człowieka – rzecz reżyseruje Grzegorz Jaremko, a w Teatrze Roma musical o emancypacji kobiet Waitress. Nietrudno zauważyć, że w stolicy w roli głównej nadal kobiety. Przypatrzmy się kilku z nich.
Początek premierowemu życiu w Warszawie po wymuszonej pandemią przerwie dała prapremiera „Skóry węża” Artura Urbańskiego na scenie przy Wierzbowej Teatru Narodowego. Chociaż to sztuka o Bertolcie Brechcie żerującym na oddanych mu bez reszty kobietach, żonie Helenie Weigel (Aleksandra Justa) i kochankach, a w szczególności udręczonej alkoholizmem Ruth Berlau (Beata Fudalej), samego Brechta na scenie nie zobaczymy. Spotkamy za to jego asystenta-stażystę Konrada Swinarskiego (Paweł Głowaty), który w Berliner Ensemble rozpoczynał swoją wspaniałą drogę charyzmatycznego reżysera. To właśnie Swinarski obserwować będzie walkę kobiet o Brechta, nawet po jego śmierci, kiedy wyszarpywać sobie będą prawa spadkowe.
Nie pierwszy to dramat odsłaniający niezbyt frapujące oblicze artysty jako człowieka prywatnego. Wielkość dokonań artysty nie zawsze chodzi w parze z jego wielkością w życiu codziennym. Czasem artysta żywi się swymi najbliższymi. Siłą tego spektaklu są kreacje dwóch rywalizujących kobiet, żony i odtrąconej kochanki, i niewielki, ale znaczący epizod Marka Barbasiewicza w roli wykonawcy maski pośmiertnej Brechta. Jego dzieło staje się znakiem przetrwania i duchowej korespondencji z tym, który odszedł. Artur Urbański, sięgając po liczne świadectwa (pamiętniki, listy, dokumentację), skonstruował przejmującą sztukę nawiązującą do poetyki Brechta (songi z muzyką Szymona Nidzworskiego). Kobiety toczą tu walkę o bycie „widzialną”.
A o co biją się w sztuce „Baba-dziwo”? Jej przedwojenna prapremiera w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego (1938) stała się wydarzeniem – recenzenci i publiczność bezbłędnie odcyfrowali jej antyfaszystowskie przesłanie, a w dyktatorce Validzie zamaskowanego Adolfa Hitlera. Wybrzmiało to szczególnie silnie na rok przed agresją hitlerowską na Polskę. Reżyserował Wacław Radulski, a premierze patronował dyrektor sceny, Karol Frycz. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska była zachwycona, szczerze gratulowała dyrektorowi wspólnego sukcesu. Tadeusz Sinko dostrzegł w obszernej recenzji opublikowanej na łamach „Czasu” – powinowactwa dramatu Jasnorzewskiej z „Królem Ubu” Jarry’ego i groteską Witkacego.
Pozostała „Baba-dziwo” bodaj jedyną sztuką cenionej liryczki, wracającą co pewien czas na afisz, niekiedy z powodzeniem. Tak jak to miało miejsce w Teatrze Polskim 35 lat temu, kiedy w rolę Validy wcieliła się władcza Nina Andrycz. Wprawdzie zauważano, że krytyczny pazur sztuki mocno stępiał, ale sama rola Niny Andrycz budziła podziw. Jak dzisiaj pobrzmiewa ta satyra groteską podszyta? Czy broni się przed zarzutem dość potulnej krytyki totalitaryzmu w obliczu tego wszystkiego, czego ludzkość doznała i dowiedziała się o zbrodniach przeciw ludzkości? Andrzej Wanat widział w tej sztuce dość powierzchowną próbę konfrontacji poetki z faszyzmem. Zresztą nie wiadomo do końca, w jakiej sprawie sztuka została napisana – jako argument w walce feministek o prawa kobiet czy przeciw nim?
Premiera w Polskim nie rozwiała tych wątpliwości – ani reżyserka, ani aktorki nie potrafiły przekonać, że mamy do czynienia z czymś więcej niż pokazem bezradności wobec niebezpieczeństw czyhających na demokrację. Role budowane na jednym pomyśle dały w rezultacie przedstawienie mdłe, a wątłe aluzje do współczesności nie były w stanie wywołać żywej reakcji widzów. Mimo mocnego finału, który zawdzięcza pomysły Dürrenmattowi („Wizyta starszej pani”) i Ionesco („Krzesła”), spektakl pozostał martwy. To było już trzecie podejście do premiery, bo pandemia dwukrotnie to uniemożliwiła (wyjąwszy premierę on line). Tak bywa z przedstawieniami „przenoszonymi”. Tracą energię, zanim udało się ją rozniecić.
Kolejna weekendowa prapremiera – „Noc Walpurgii”, spektakl Teatru Żydowskiego, wystawiany w nietypowym miejscu – w byłej kawiarni „Nowy Świat”, na podstawie scenariusza głośnego, wielokrotnie nagradzanego filmu Marcina Bortkiewicza pod tym samym tytułem energii nie straciła. Grają dwie obsady, Ewa Tucholska, Piotr Siwek (ich widziałem) i Monika Chrząstowska, Dominik Rybiałek. Reżyserka zastrzega się, że powstały dwa różne spektakle, o rezultacie decydują bowiem osobowości aktorów.
To już trzecia materializacja tematu, opracowanego przez Magdalenę Gauer. Najpierw powstał jej monodram zamówiony przez słupski Teatr Rondo – grany pod tytułem „Diva” (premiera w roku 2010) w wykonaniu Wiolety Komar i reżyserii Stanisława Miedziewskiego, zdobył worek nagród na festiwalach monodramów w Polsce i za granicą (od Nowego Jorku po Kilonię). Potem narodził się scenariusz filmowy i debiutancki film Marcina Bortkiewicza, uważany przez krytykę filmową za jeden z najważniejszych debiutów ostatniej dekady. Bortkiewicz w roli divy obsadził Małgorzatę Zajączkowską, o której pisano, że zagrała swoją najlepszą rolę. I teraz premiera spektaklu na podstawie tego samego scenariusza filmowego znowu przynosi wydarzenie dużej miary.
Na stworzonym w „Nowym Świecie” minimalistycznym wybiegu-scenie, z obu stron zamkniętym ekranami, a z jednej także podwyższeniem dla gwiazdy, która na nim tkwi, kiedy widzowie napływają do sali, z drugiej zaś toaletką z aktorskiej garderoby, i otoczonym gęstwiną mikrofonów jak zasiekami, przetoczy się całe życie Nory Sedler, wielkiej gwiazdy operowej, do której po spektaklu zapuka dziennikarz. Dziennikarz nie do końca okaże się dziennikarzem, a gwiazda nie tylko divą. Odegra z nim traumatyczną psychodramę o prześladowaniu i zagrożeniu, ciągłym polowaniu w Auschwitz, w którym to ona była zwierzyną. Przemoc, gwałt i krew sąsiadują tu z pożądaniem i falującym napięciem emocjonalnym. Śmiały montaż scen, w którym przeplatają się ze sobą sceny o różnym nasyceniu emocjonalnym, podkreśla muzyka i świetnie przylegające do spektaklu sceny filmowe. Na koniec dochodzi do wybuchu i wyciszonego finału, w którym relacje między uczestnikami gry w myśliwego i zwierzynę ulegną odwróceniu.
Ewa Tucholska ma za sobą wiele udanych ról w Teatrze Żydowskim, toteż jej energetyczna, wampiryczna rola nie zaskakuje. Ale Piotr Siwek, absolwent klasy mistrzowskiej Wieniamina Filsztyńskiego (to światowa marka!) w Sankt Petersburgu błyskotliwie w tym duecie debiutuje. Prawdziwa, wstrząsająca Noc Walpurgii z szalejącymi demonami przeszłości.

Burza, analogie i przestrogi

„Burza” czyli „Der Szturem. Cwiszyn” rozpętała się w najmniejszym teatrze świata – tak skomentowała ten spektakl Gołda Tencer. Czas pandemii ograniczył liczbę widzów do czternastu, a nie obowiązywała jeszcze w stolicy nawet żółta strefa.

To już szósta inscenizacja „Burzy” Williama Szekspira w stolicy w tym stuleciu, po spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego (TR Warszawa, 2003). Jarosława Kiliana (Teatr Polski, 2003), Igora Gorzkowskiego (Teatr Ochoty/ Studio Teatralne Koło, 2012), Dana Jemmetta (ponownie Teatr Polski, 2012) i Pawła Miśkiewicza (Teatr Narodowy), a wkrótce, lada dzień czeka nas kolejna premiera na motywach „Burzy” w TR Warszawa w reżyserii Grzegorza Jarzyny). Jednak ta „Burza” w najmniejszym teatrze świata, zasługuje na uwagę szczególną, po pierwsze dlatego, że grana jest w jest w języku jidysz, a po drugie, że dzieję się pomiędzy wyspą Prospera, na która zagnało rozbitków ze statku po straszliwej burzy a Zagładą, która pozostaje w historii burzą najdzikszą, do niczego niepodobną w swej skali i okrucieństwie, z niezabliźnionymi po dziś dzień ranami.
Ziściło się marzenie twórców Teatru Żydowskiego, aby wrócić do szekspirowskiej Burzy granej w jidysz, wystawionej ponad 60 lat temu przez Folks Un Jungt Theater w Łodzi (1938) w inscenizacji Leona Schillera. Przeszła ona do historii jako „apologia wolności w coraz bardziej brunatniejącej rzeczywistości”, jak to przypomniała w teatralnym programie „Der Szturmem” prof. Krystyna Duniec, autorka książki o szekspirowskich inscenizacjach Leona Schillera, „Kaprysy Prospera”.
Łódzka premiera miała miejsce w sali Filharmonii, mieszczącej 1200 widzów. Spektakl szedł ponad 30 razy, co oznacza, że tamtą „Burzę” obejrzało w Łodzi około 40 tysięcy widzów, nie licząc widzów w stolicy, do której zjechał Folks Un Jungt Theater na gościnne występy wiosną 1939 roku – na kilka miesięcy przed wybuchem wojny. O takiej frekwencji scenka przy Senatorskiej nawet marzyć nie może.
Maleńka salka, w której zrealizował swoją wersję „Burzy” Damian Josef Neć, różni się pod każdym względem od wielkiej sali łódzkiej filharmonii. Reżyser doskonale zdawał sobie sprawę z ograniczeń, ale i walorów przestrzeni, nie rezygnując jednak z podjęcia schillerowskiej myśli: „Bardzo interesuje nas, jak wybrzmi ten dramat 82 lata po łódzkiej premierze „Burzy” w podzielonej wewnętrznymi sporami Polsce, czy jidysz stanie się metaprzestrogą przed demonami powtarzającej się historii – mówił przed premierą.
Reżyser przepołowił niewielką salkę przy Senatorskiej na dwoje podestem, ustawionym wzdłuż sali teatralnej. Na tym wąskim, anonimowym wybiegu rozegrają się sceny na wyspie Prospera, tutaj też wkroczy koszmar Zagłady, najtragiczniejszej burzy, jakiej zaznała ludzkość. Po obu stronach podestu-wybiegu usiądą widzowie, mając przed sobą nie tylko aktorów, ale i innych widzów obserwujących po drugiej stronie widowisko. Po bokach tak przeorganizowanej przestrzeni ulokował reżyser zasłony, dzielące salę od kulis, pełniące też funkcję ekranów, na których pojawią się obrazy ginącego, burzonego miasta.
Zaskakująca okazała się obsada – reżyser zawiesił obowiązujące prawa biologi, choć para zakochanych, Miranda i Ferdynand, młody książę, który znajdzie się na wyspie Prospera, okaże się ucieleśnieniem odwiecznego marzenia o szczęściu, niezależnego od wieku i doświadczenia bohaterów. Połączy ich łaknienie bliskości, zawsze silne, w każdym wieku. W roli Mirandy objawia się na scenie nestorka Teatru Żydowskiego Wanda Siemiaszko. Jej dziewczęce zauroczenie Ferdynandem, prostota zwierzeń i zdumiewająca lekkość ruchu wprawiają widzów w zachwyt. Ferdynand, wprawdzie młodszy, ale też nie młodzieniec – w tej roli pełen ciepła Jerzy Walczak, który wciela się jednocześnie w rolę eterycznego Ariela, także sprawia wrażenie istoty niematerialnej. Porusza się na ekstremalnie wysokich szpilkach, w obcisłym kostiumie, jego ruchy są zwinne, pełne choreograficznych, niemal baletowych etiud. Kiedy publiczność wchodzi na salę Ariel, skąpo oświetlany, leży nieruchomo na podeście – potem budzi się do życia i na rozkaz Prospera tworzy zawiłe związki między postaciami, a sam staje się Ferdynandem.
W tej inscenizacji nikt z aktorów nie ma łatwego zadania. Kaliban (Marcin Błaszak), kroczy po scenie jakby musiał utrzymać poniżej bioder niewyobrażalny ciężar. Porusza się pochylony do tyłu, na podkurczonych nogach niczym aktor z teatru japońskiego i tylko on miota czasem wyzwiska pod adresem Prospera w języku polskim (w tym spektaklu języku obcym). Ale to on właśnie w pewnym momencie okaże się hitlerowskim oprawcą. A Prospero (Henryk Rajfer) i pozostali ludzie na wyspie, mieszkańcy i przybysze, ofiarami zmierzającymi do Treblinki, W ten sposób tragedia Zagłady jednoczy się z „Burzą”, którą zapowiadają podszyte antysemityzmem pytania zadawane przez Trinkulo (Joanna Przybyłowska), adresowane kolejno do poszczególnych widzów, czy rozpoznali kiedyś Żyda („bo Żyd to Żyd”).
Nie zabraknie w tej budzącej trwogę „Burzy” momentów humorystycznych – reżyser pozostawił zabawną scenę spotkania pijanych rozbitków – prym tu wiedzie Stefano (Barbara Szeliga), choć nierzadko humor igrą tutaj ze śmiercią, jak w piosence zmierzających do obozu zagłady – kto nie pamięta tych klimatów, niech sięgnie w „Wolnych lekturach” po wiersz Władysława Szlengla „Mała stacja Treblinki”. Reżyser naznacza rysem odkupienia Antonia, zdradzieckiego brata Prospera, który pozbawił go tronu i wygnał na pewną śmierć (Marek Węglarski), a teraz przykryty tałesem wpełza na scenę, aby dołączyć do ofiar Zagłady i szukać przebaczenia. Wkracza też do spektaklu performatywna prywatność aktorów, użalających się na wciąż powtarzane jak mantra ich sceniczne wcielenia, buntujących się przeciw przypominaniu czasów Zagłady.
Czy to w ogóle można opowiedzieć? To pytanie kryje się pod spodem obrazów powoływanych do istnienia na scenie i wyświetlanych na ekranach, świat ginie, następuje kres, któremu nie może zapobiec czarodziejska pałeczka Prospera. Żywa pozostaje jedynie tląca się miłość staruszki Mirandy i starzejącego się Ferdynanda.
Zaskakujący to spektakl, o mocnym przesłaniu i silny wykonaniem, nawiązujący dialog z wcześniejsza niemal o 20 lat „Burzą” Krzysztofa Warlikowskiego, który podjął próbę grzechów odpuszczenia prawdziwym winowajcom, malując dramat pełen smutku, w którym tylko pełga płomyczek nadziei. Neć poszedł dalej, nie ograniczając się tylko do sugerowania analogii między „Burzą” i Zagładą i próbą jej zgłębienia, ale nadając „Burzy” sankcję Zagłady, a Zagładę nasycając duchem „Burzy”.
Warto zauważyć, że i w „Burzy” Warlikowskiego pojawiły się w finale stare kobiety (w obrzędzie weselnym) w łowickich strojach – wyraźny sygnał, że tropy kulturowe nie znają wieku ani płci. Podobnie zdarzyło się w inscenizacji „Snu nocy letniej” w reżyserii Gábora Máté (Teatr Dramatyczny, 2018), w którym włóczą się po scenie grupy zniedołężniałych elfów (nierzadko zaopatrzonych w balkoniki) i zramolałych rzemieślników. Jak widać, Neć korzysta z otwartych już furtek, ale korzysta z nich, aby osiągnąć własny cel. Idzie mu o to, aby wzbudzić pamięciowy wstrząs, tak poruszyć widzem, aby wywołać w nim ciąg nieuchronnych skojarzeń prowadzących do odrzucenia przemocy, nienawiści, odwołującej się do kategorii obcości.
Na koniec zważmy na tytuł spektaklu „Der szturem. Cwiszyn”, czyli po polsku „Burza. Pomiędzy”. Ten drugi człon tytułu kieruje myśl i wyobraźnię widza ku temu, co dzieje się pomiędzy, a więc między wielką literą Szekspirowskiej „Burzy” a wielką burzą epoki Zagłady. Reżyser namawia widza do pochylenia się nad analogiami, które na pierwszy rzut oka mogą się wydawać odległe i nieaktualne, a po głębszej analizie wręcz obsesyjnie bliskie. Pamiętajmy i więcej nie dajmy się zwieść, przestrzega reżyser.

BURZA Williama Shakespeare’a. tłum. Yosef Goldberg, reżyseria i dramaturgia Damian Josef Neć, scenografia, kostiumy, wizualizacje Marta Wieczorek, Maciej Czuchryta, muzyka Sławomir Kupczak, choreografia Szymon Dobosik, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, premiera 3 października 2020.

Widzę ich twarze

To wielka księga. Monumentalna – objętość prawie 600 stron, mnogość zdjęć, chyba kilkaset, setki bliskich, znajomych i nieznanych twarzy. Powstała nie tylko opowieść o losach Gołdy Tencer, artystki, związanej od pół wieku z Teatrem Żydowskim.

„Jidisze mame” Katarzyny Przybyszewskiej-Ortonowskiej i Gołdy Tencer to nie tylko opowieść o małej Geni z ulicy Próchnika 28 w Łodzi, która kieruje dzisiaj wielką fundacją Shalom, dorocznym festiwalem Warszawa Singera i Teatrem Żydowskim im. Ester Rachel i Idy Kamińskich. To także opowieść o jej pokoleniu, o generacji rówieśników, koleżankach i kolegach z Żydowskiej Szkoły im. Icchoka Lejba Pereca w Łodzi. Nie do przecenienia świadectwo historii, a przy tym lektura fascynująca, pociągająca rozmachem i klimatem.
Łódzkie początki
Wszystko zaczęło się w Łodzi. Także ta książka; przed kilkoma laty przyjechały tu ze współautorką, aby popatrzeć na stare kąty. I tak się zaczęła ich podróż do wspomnień, myśli, marzeń, radości i smutków, które właśnie w Łodzi kiełkowały.
Tu się urodziła i dorastała w kochającej rodzinie pod opiekuńczym skrzydłem mamy i jej nadzwyczajnych potraw. Wśród koleżanek i przyjaciół, zawsze tłumnie odwiedzających ich mieszkanie na Próchnika. Tu chodziła do uwielbianej przez wszystkich szkoły, gdzie grywała pierwsze role w teatrze uczniowskim.
To już nie była ta przedwojenna Łódź, drugie po Warszawie wielkie skupisko polskich Żydów, którzy stanowili trzecią część jej mieszkańców (ponad dwieście tysięcy). Ale wciąż była to Łódź, w której na niewielkim skrawku przetrwały żydowskie tradycje, pamięć i toczyło się barwne życie, czego najlepszym dowodem była szkoła Pereca.
Z czasem szkoła zaczęła się kurczyć – ubywało uczniów, nauczycieli, a po wojnie 6-dniowej 1967 roku te ubytki rosły już lawinowo. Na koniec prawie nikt nie został. Z rocznika maturalnego Gołdy tylko ona, reszta rozpierzchła się po świecie. Choć to niewłaściwe określenie – jak pisze Gołda Tencer – zostali „wyjechani”. Zostali „wyjechani” także najbliżsi, a wśród nich ukochany brat Janusz. To ówczesne polskie władze ich „rozpierzchły”, antysemicka atmosfera, niepewność jutra, znajome z przeszłości brunatne tony.
Teatralne zawodowe początki Geni, a od marca 1968 Gołdy, jak nakazywała się nazywać, także zdarzyły się w Łodzi, najpierw w teatrze lalki „Arlekin”, potem w teatrze muzycznym, skąd dość szybko przeniosła się do Warszawy, aby na zawsze wrosnąć w zespół Teatru Żydowskiego. Do Łodzi długo nie chciała, nie mogła wracać. Ale to minęło z czasem.
Teatr jak życie
W tym samym dniu, kiedy przyjechała do Warszawy na zaproszenie Juliusza Bergera, aby znaleźć się w zespole Teatru Żydowskiego, a było to 9 września 1969 roku, dyrekcję teatru objął Szymon Szurmiej. Nie znali się wówczas, nie przypuszczała, że spędzą razem 44 lata. Kiedy przybyła do Żydowskiego, witano ją jako „gotową” aktorkę, była przecież po teatrze muzycznym.
Tymczasem tak naprawdę niewiele wtedy umiała, śpiewała tylko w chórze, aktorstwa miała uczyć się w Żydowskim u boku sławnych dawnych gwiazd, których garstka pozostała w Teatrze Żydowskim. Nie były to bowiem łatwe lata – lukom w zespole towarzyszyły luki na widowni. Także publiczność w dużej mierze została „wyjechana”. Trzeba było mieć odwagę, upór, poczucie misji, żeby w takich okolicznościach nie tylko przetrwać, ale przeprowadzić Teatr Żydowski do nowych czasów, zmieniając stopniowo jego estetykę. Tak też się stało i o tym trudzie książka opowiada – o premierach, sukcesach, wojażach zagranicznych, zdobywanej akceptacji – niemała w tym zasługa Idy Kamińskiej, która po wyjeździe z Polski po Marcu 1968, odwiedziła Teatr Żydowski i poniekąd „namaściła” swoich następców.
Nie sposób tu sensownie opowiedzieć o dziesiątkach lat w Żydowskim, które dla Gołdy Tencer oznaczały wiele premier, ról, także filmowych, i pięknych pieśni, którymi podbijała serca widowni w Polsce i za granicą, w tym pieśni ukochanych, takich jak „Miasteczko Bełz”, „Rebeka” czy „Jidishe mame”.
Teatr stał się jej domem od razu i dosłownie. Nie miała gdzie w Warszawie mieszkać i początkowo sypiała w garderobie Idy Kamińskiej. Potem stał się domem dlatego, że granica między życiem prywatnym a teatralnym została całkowicie zatarta. Chociaż… no, właśnie. Symboliczna miała okazać się pieśń „Jidishe mame”. Po urodzeniu syna Dawida stała się typową żydowską matką, opiekunką bez granic. Dawid Szurmiej lubi opowiadać żart o tym, jaka jest różnica między żydowską matką a terrorystą? Odpowiedź brzmi: Z terrorystą zawsze można negocjować.
Strażniczka pamięci
W każdej rodzinie żydowskiej jest ktoś odpowiedzialny za pamięć. Ktoś, kto dba, aby przeszłość nie została zapomniana. Gołda Tencer tej roli została przeznaczona, a może to sama sobie tę rolę wybrała. Gromadzi wszystko, choć nie zawsze porządkuje. Zbiera, tropi ślady. Wiąże fakty. Jeśli we własnej rodzinie tyle pozostało tajemnic, które zatopił w mroku Holocaust, to ile jest ich w całej społeczności miasta, kraju, narodu?
Pewnie takie jest źródło jej wielkiej akcji „Wciąż widzę ich twarze”, dzięki której powstała (i nadal powstaje) gigantyczna kolekcja zdjęć, dokumentów żydowskiego świata, który już nie istnieje, ale przetrwał na fotografiach. Tworzone z nich wystawy dokumentacyjne, ich wymiar poznawczy i emocjonalny sprawiły, że stały się obiektem prawdziwej zazdrości zawodowych kolekcjonerów przeszłości, historyków, badaczy, muzealników:
„Pamiętam – wspomina artystka – jak dyrektor Yad Vashem, Avner Shalev, mówił przy mnie do swoich pracowników:
– Przecież ona jest aktorką. – Tu wskazywał na mnie i wznosił oczy do nieba. – A wy jesteście historykami, dokumentalistami, archiwistami. Dlaczego nikt z was nie wpadł na taki pomysł?”.
Wystawa, która powstała dzięki Gołdzie Tencer, zjechała pół świata i wciąż krąży, budząc nieodmiennie żywe zainteresowanie.
Przyłapać czas
„Jidishe mame” jest książką, która przyłapuje czas na gorącym uczynku. Kiedy przeglądam ją po raz pierwszy, 1 września po promocji książki w Teatrze Kwadrat, w ostatnim dniu XVI Festiwalu „Warszawa Singera” i uroczystości wręczenia Gołdzie Tencer Nagrody im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya, w Epilogu księgi znajduję te słowa:
Życie mnie zaskakuje,
Nieustannie.
Ostatnio otrzymałam pismo.
Zarząd Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych/ Klubu Krytyki Teatralnej Stowarzyszenia Dziennikarzy RP przyznał doroczną Nagrodę im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya ‘2019 GOŁDZIE TENCER za tworzenie nowych przestrzeni polskiego teatru, którego integralną częścią jest prowadzony przez Nią i unowocześniany Teatr Żydowski.(…)
Wśród dotychczasowych laureatów nagrody znaleźli się inscenizatorzy, m.in.: Krystyna Skuszanka i Jerzy Krasowski, Erwin Axer, Adam Hanuszkiewicz, Henryk Tomaszewski, Lidia Zamkow, Jerzy Jarocki, Andrzej Wajda, Konrad Swinarski, Tadeusz Kantor, Maja Komorowska, Ewa Dałkowska, Elżbieta Kępińska, Joanna Żółkowska, Krystyna Janda, Zbigniew Zapasiewcz i dramaturg Sławomir Mrożek.
Do tego grona laureatów, reprezentujących najlepsze karty polskiego teatru dołącza GOŁDA TENCER, wybitna aktorka i pieśniarka, scenarzystka i reżyserka, inicjatorka festiwalu Warszawa Singera i wielu innych działań służących ciągłości pamięci i otwartych ku przyszłości, niestrudzona dyrektorka Teatru Żydowskiego, która w trudnym czasie, kiedy teatr pozbawiony został stałej siedziby, nie tylko zachowała ciągłość pracy teatru, ale nadała mu nowe impulsy i energię. Jej wielką zasługą jest umiejętne wiązanie tradycji i nowoczesności, powagi i humoru, misji i rozrywki, nieustanne poszukiwanie nowych przestrzeni, w których teatr staje się językiem porozumienia i dialogu
Zarząd Polskiej Sekcji AICT
Co można powiedzieć, gdy dostaje się takie wyróżnienie?
Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!”.
Do tego cytatu-komentarza dodać muszę fragment z mojej laudacji na cześć Laureatki, którą wygłosiłem tamtego wieczora. Proszę to potraktować jako dopisek do tej księgi, wciąż „puchnącej” nowymi faktami:
„Nie mam wątpliwości, że teatr żydowski jest częścią kultury polskiej” – pisała w niedawno wydanej fundamentalnej księdze o teatrze polskim i żydowskim „Polska Szulamis” profesor Anna Kuligowska-Korzeniewska. Wyraz temu przekonaniu dali też jurorzy Nagrody Boya, podkreślając w werdykcie organiczny związek sceny polskiej i żydowskiej.
Uroczystemu wręczeniu nagrody Boya towarzyszy zwykle laudacja na część laureatki czy laureata. Mamy jednak do czynienia z sytuacją wyjątkową. Od ponad tygodnia trwa przecież nieustająca laudacja – mam na myśli XVI Festiwal „Warszawa Singera”, dziecko dojrzewające i kwitnące pod ręką Gołdy Tencer.
Dzisiaj pojawia się przed naszymi oczami druga wielka i ważka laudacja – to księga „Jidisze mame”, potężny tom będący zapisem myśli, doświadczeń i dokonań Gołdy Tencer i jej pokolenia (…).
Ale trwa też trzecia laudacja pisana każdego dnia – to niekończąca się opowieść o wytrwałej walce artystki, „odnowicielki życia żydowskiego i życia kultury Żydów w Polsce”, jak to określił trafnie Remigiusz Grzela, nie tylko o przetrwanie, ale stabilny rozwój i nowoczesne oblicze współczesnego teatru żydowskiego w Polsce. Stąd też utrata siedziby Teatru Żydowskiego przy placu Grzybowskim, choć strata niebywała, nie wytrąciła jej cugli z rąk – nadal powozi wozem teatralnym Żydowskiego niczym wozem Tespisa, który jeszcze silniej niż w przeszłości splata się z działaniami innych scen, przenika je, pojawiając się w nieoczekiwanych przestrzeniach i konfiguracjach, nie tylko przy okazji festiwalu Singera. Ta budząca szacunek praca i wiara w sukces już owocuje. Teatr pod jej ręką rozkwita, oferując widzom głębokie przeżycia i nowe krajobrazy, łącząc tradycję z nowoczesnością, przełamując bariery pokoleniowe i estetyczne.
Marzył o tym przed laty Tadeusz Żeleński-Boy, kiedy pisał o zniesieniu „chińskiego muru” między kulturą polską i żydowską. Toteż witamy Gołdę Tencer w ekskluzywnym klubie laureatów Nagrody Boya z prawdziwą radością i poczuciem solidarności dla jej pięknego dzieła”.
Znowu na walizkach
Ostanie lata nie szczędziły Gołdzie Tencer bolesnych razów. Śmierć ukochanego Szymona, a potem, kiedy udało jej się zapewnić Teatrowi ciągłość, brutalne zburzenie gmachu Teatru Żydowskiego przy placu Grzybowskim. To był haniebny krok. – Nie mogę przejeżdżać przez plac Grzybowski – pisze Gołda Tencer. – W miejscu, w którym był kiedyś Teatr Żydowski, teraz jest parking, Rosną tam jeszcze drzewa, które sadziliśmy z Szymonem, ale kto wie, ile przetrwają „pozbawione korzeni”.

JIDISHE MAME Katarzyny Przybyłowskiej-Ortanowskiej i Gołdy Tencer, s. 582, ISBN 978-83-8177-078-1, Warszawa 2019

Bo słowo musi być święte

Na scenie prawdziwy rejwach. Ludzie krążą, z megafonów nieistniejącego, a zaaranżowanego na scenie, dworca kolejowego płyną dziwne komunikaty o opóźnionych i odłożonych połączeniach znikąd donikąd.

 

Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi, ktoś biegnie. Ktoś się spieszy, a ktoś inny zwleka z zadaniem pytania. Z boku przy laptopie rezyduje autor (w jego roli Jerzy Walczak), który wysłuchuje cierpliwie opowieści bohaterów powstającej właśnie książki, Opowieści ludzi o chwiejnej tożsamości, ukrywających albo odkrywających swoją stłumioną żydowskość, broniących swojej polskości, żądających od autora wsparcia albo zaświadczenia, kim są, a przynajmniej rady, co mają ze sobą począć. Mikołajowi Grynbergowi udało się oddać duszną atmosferę niepewności, wyparcia, buntu pamięci, która domaga się ujawnienia, Andrzejowi Krakowskiemu zaś wydestylowanie z tych opowieści nie tylko aury, ale i linii dramaturgicznej, która prowadzi do samoidentyfikacji.

„Rejwach” to kolejny, oryginalny spektakl Teatru Żydowskiego (na wygnaniu), który zmaga się z tematem pamięci, który próbuje oswoić przeszłość i ujawnić niepokoje dręczące tych, którzy zgubili po drodze swoją tożsamość albo zostali nieświadomie odcięci od korzeni. I nagle się dowiedzieli. Mądry i ważny spektakl. Najlepszy dowód, ze Żydowski daje sobie radę w niełatwych warunkach działania, bez własnej siedziby, a co więcej wciąż poszukuje nowych przestrzeni i nowego języka.

Wyrazem tych rozbudzonych ambicji była

 

inauguracja sceny muzycznej

Teatru. Odbyło się to w świetnej atmosferze na scenie Klubu Garnizonowego w Warszawie. Gołdzie Tencer udało się namówić Jana Młynarskiego i Marcina Maseckiego, aby przyjęli rolę kuratorów sceny muzycznej. Na inaugurację panowie, wspomagani przez znakomitego skrzypka Marcina Markowicza, wystąpili razem z Gołdą Tencer, która brawurowo wykonała za zakończenie „Bay mir bistu szejn” Jacoba Jacobsa i Szolema Sekundy, przebój, który zawładnął w okresie międzywojennym Ameryką i Warszawą. Na scenie powstał niezwykły duet, bo Jan Młynarski odpowiedział fragmentem innego przeboju (znanego m.in. z wykonania Andrzeja Boguckiego, obdarzonego lekko przydymionym, wibrującym głosem), „Czy ty wiesz, moja mała”. Tencer śpiewała w jidisz, Młynarski po polsku, a sala szalała.

Pomysł na ten wieczór był znakomity. Artyści postanowili oprowadzić nas po nieistniejącym już świecie piosenki, jazz badu, kabaretu lat międzywojnia, oświetlając reflektorem twórczość artystów łączących żydowską i polską wrażliwość, bo zarówno teksty, jak i muzyka rozrywkowa chwilami pobrzmiewa tonami o wyraźnie żydowskich korzeniach, polskich romantycznych uniesieniach i… amerykańskim polorze. Muzycy w tamtej epoce lgnęli do amerykańskiego brzmienia. Mowa przecież o twórcach najwybitniejszych polskiej rozrywki czasów międzywojennych, o Goldzie, Właście Petersburskim, o takich tekściarzach jak Hemar czy Tuwim. Można by tę listę na pewno poszerzać, ale i tak koncert mienił się wieloma barwami od liryzmu po cudowne poczucie humoru. Młynarski podbił serca widowni liryczną piosenką „Srulek” Emanuela Schlechtera, rozpoczynającą się od słów: „Syneczku złoty, Srulku mój/ Nad tobą czuwa ojciec twój”…
To był nie tylko koncert inauguracyjny, ale także jubileusz, a właściwie

 

jubileusz na bis

Gołda Tencer bowiem swoje 50-lecie twórczości artystycznej obchodziła niedawno w Łodzi. W mieście, gdzie faktycznie debiutowała. Ale warszawscy przyjaciele wymogli stołeczny bis. W pierwszej części wieczoru były więc wspomnienia i lektura fragmentów wypowiedzi wielu twórców, krytyków, przyjaciół o Gołdzie Tencer, które zebrano w pięknie wydanym albumiku, poświęconym artystce. Znalazł się w nim nawet zabawny a słodki wiersz pochwalny Ryszarda Marka Grońskiego pod znaczącą nazwą „Laurka”:

Ta laurka to jest hołd
dla najbardziej znanej z Gołd.
Gołdy Meir dawno nie ma,
Gołda Tencer prac za dwie ma…

Pracy ma rzeczywiście huk, czasem trudno uwierzyć, jak to potrafi powiązać. Cały czas jednak towarzyszy jej poczucie niespłaconego długu, jakiegoś obowiązku ciążącego na niej jako artystce. Stąd też napisała z okazji swojego jubileuszu te słowa: „Ojczyzną Żydów jest Pamięć. Wydawałoby się wręcz, że jest ona oddzielna, jakby odrębna od ludzi, istnieje w nich mimo ich samych”. I jeszcze to: „Wszystkie moje działania zmierzają do jednego – do tego, by głos setek tysięcy żydowskich istnień, które nie mogą dać świadectwa, został wypowiedziany”. To jej credo.
Jubileusz artystki odbywał się w dobrym nastroju. Tuż przed festiwalem Warszawa Singera, który jest wspólnym dzieckiem Teatru Żydowskiego i Fundacji Shalom, a więc także tuż przed jubileuszem Tencer, stołeczny Ratusz zdecydował o przeznaczeniu na nową siedzibę Teatru Żydowskiego posesji przy ulicy Próżnej 14, położonej na skrzyżowaniu z Placem Grzybowskim. Oznacza to, że Żydowski wygnany z placu Grzybowskiego powróci na Plac Grzybowski. Ratusz wydzielił 150 milionów na inwestycje mające dostosować wybrany obiekt do potrzeb teatru. Przyszłość rysuje się więc w jasnych barwach i Żydowski wszedł w nowy sezon z nadzieją na lepsze czasy.

Forpocztą tego nastroju stał się koncert Tencer/ Masecki/ Młynarski/ Markowicz. Z okazji jubileuszu Maciej Nowak napisał we wspomnianym albumie piękny tekst, nazywając Gołdę Tencer „Mamełe” – doprawdy trudno znaleźć lepsze określenie: „Gołda przeprowadziła swój teatr przez Morze Czerwone. Scementowała zespół i pracowników, przyciągnęła najwybitniejszych i najmodniejszych polskich reżyserów XXI-go wieku. Dzięki jej inicjatywie zaczęli tu pracować Maja Kleczewska, Monika Strzępka i Paweł Demirski, Anna Smolar, Michał Zadara, Jędrzej Piaskowski, Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin. (…) Odważnie bierze też na swoje barki dzieło wybudowania nowej siedziby Teatru Żydowskiego w Warszawie. Nowego domu dla żydowskich artystów. W starotestamentowej tradycji wiele jest mocnych kobiet: Estera, Sara, Judyta. Gołda Tencer godnie kontynuuje tę matczyną misję”. Co tu dużo gadać, Nowak trafił w dziesiątkę.
Tak jak twórcy koncertu, którego jedną z pereł było wykonanie nieśmiertelnego przeboju

 

Mariana Hemara „Słowo musi być święte”.

Tą nieodparcie zabawną piosenką zasłynął Kazimierz Krukowski-Lopek (a może było na odwrót – to ta piosenka zasłynęła dzięki niemu, znanemu i lubianemu artyście kabaretów „Qui pro quo” i „Banda”), który wykonywał ją już w roku 1932 i nigdy się z nią nie rozstał. Miałem szczęście widzieć jeszcze Krukowskiego śpiewającego tę piosenkę Hemara w warszawskiej „Syrenie”. Nic nie przeszkadzało, że Lopka zżerał już wtedy Parkinson, że trzęsła mu się głowa i głos. I tak wywoływał huragany śmiechu.
Jan Młynarski nie próbuje Lopka naśladować, idzie swoją drogą, ale cudownie akcentuje paradoksy tekstu, a szczególnie rytmiczną maestrię wyrafinowanego refrenu:

Bo słowo musi być święte,
bo słowo musi być święte,
Powiedziało się
to potem chciało się,
czy nie chciało się – jest mus.
Bo u mnie tak jest przyjęte,
że słowo musi być święte,
podjęło się, zabrnęło się,
wypsnęło się – szlus!

Po skończonym koncercie w foyer spotkałem Macieja Wojtyszkę, który szykuje się do reżyserii kolejnego spektaklu w Teatrze Żydowskim, to będzie „Josie Kałb” na podstawie powieści Israela Joszuy Singera. „Słowo musi być święte”, komentował Wojtyszko, „Młynarski powinien zadedykować Ratuszowi, szkoda, że mu tego nie podpowiedziałem”. Zdziwiłem się. „Chodzi o budowę nowej siedziby teatru. Lepiej przypominać i dmuchać na zimne”.

I tu zacytował: „Podjęło się, zabrnęło się, wypsnęło się – szlus!”.