Burza, analogie i przestrogi

„Burza” czyli „Der Szturem. Cwiszyn” rozpętała się w najmniejszym teatrze świata – tak skomentowała ten spektakl Gołda Tencer. Czas pandemii ograniczył liczbę widzów do czternastu, a nie obowiązywała jeszcze w stolicy nawet żółta strefa.

To już szósta inscenizacja „Burzy” Williama Szekspira w stolicy w tym stuleciu, po spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego (TR Warszawa, 2003). Jarosława Kiliana (Teatr Polski, 2003), Igora Gorzkowskiego (Teatr Ochoty/ Studio Teatralne Koło, 2012), Dana Jemmetta (ponownie Teatr Polski, 2012) i Pawła Miśkiewicza (Teatr Narodowy), a wkrótce, lada dzień czeka nas kolejna premiera na motywach „Burzy” w TR Warszawa w reżyserii Grzegorza Jarzyny). Jednak ta „Burza” w najmniejszym teatrze świata, zasługuje na uwagę szczególną, po pierwsze dlatego, że grana jest w jest w języku jidysz, a po drugie, że dzieję się pomiędzy wyspą Prospera, na która zagnało rozbitków ze statku po straszliwej burzy a Zagładą, która pozostaje w historii burzą najdzikszą, do niczego niepodobną w swej skali i okrucieństwie, z niezabliźnionymi po dziś dzień ranami.
Ziściło się marzenie twórców Teatru Żydowskiego, aby wrócić do szekspirowskiej Burzy granej w jidysz, wystawionej ponad 60 lat temu przez Folks Un Jungt Theater w Łodzi (1938) w inscenizacji Leona Schillera. Przeszła ona do historii jako „apologia wolności w coraz bardziej brunatniejącej rzeczywistości”, jak to przypomniała w teatralnym programie „Der Szturmem” prof. Krystyna Duniec, autorka książki o szekspirowskich inscenizacjach Leona Schillera, „Kaprysy Prospera”.
Łódzka premiera miała miejsce w sali Filharmonii, mieszczącej 1200 widzów. Spektakl szedł ponad 30 razy, co oznacza, że tamtą „Burzę” obejrzało w Łodzi około 40 tysięcy widzów, nie licząc widzów w stolicy, do której zjechał Folks Un Jungt Theater na gościnne występy wiosną 1939 roku – na kilka miesięcy przed wybuchem wojny. O takiej frekwencji scenka przy Senatorskiej nawet marzyć nie może.
Maleńka salka, w której zrealizował swoją wersję „Burzy” Damian Josef Neć, różni się pod każdym względem od wielkiej sali łódzkiej filharmonii. Reżyser doskonale zdawał sobie sprawę z ograniczeń, ale i walorów przestrzeni, nie rezygnując jednak z podjęcia schillerowskiej myśli: „Bardzo interesuje nas, jak wybrzmi ten dramat 82 lata po łódzkiej premierze „Burzy” w podzielonej wewnętrznymi sporami Polsce, czy jidysz stanie się metaprzestrogą przed demonami powtarzającej się historii – mówił przed premierą.
Reżyser przepołowił niewielką salkę przy Senatorskiej na dwoje podestem, ustawionym wzdłuż sali teatralnej. Na tym wąskim, anonimowym wybiegu rozegrają się sceny na wyspie Prospera, tutaj też wkroczy koszmar Zagłady, najtragiczniejszej burzy, jakiej zaznała ludzkość. Po obu stronach podestu-wybiegu usiądą widzowie, mając przed sobą nie tylko aktorów, ale i innych widzów obserwujących po drugiej stronie widowisko. Po bokach tak przeorganizowanej przestrzeni ulokował reżyser zasłony, dzielące salę od kulis, pełniące też funkcję ekranów, na których pojawią się obrazy ginącego, burzonego miasta.
Zaskakująca okazała się obsada – reżyser zawiesił obowiązujące prawa biologi, choć para zakochanych, Miranda i Ferdynand, młody książę, który znajdzie się na wyspie Prospera, okaże się ucieleśnieniem odwiecznego marzenia o szczęściu, niezależnego od wieku i doświadczenia bohaterów. Połączy ich łaknienie bliskości, zawsze silne, w każdym wieku. W roli Mirandy objawia się na scenie nestorka Teatru Żydowskiego Wanda Siemiaszko. Jej dziewczęce zauroczenie Ferdynandem, prostota zwierzeń i zdumiewająca lekkość ruchu wprawiają widzów w zachwyt. Ferdynand, wprawdzie młodszy, ale też nie młodzieniec – w tej roli pełen ciepła Jerzy Walczak, który wciela się jednocześnie w rolę eterycznego Ariela, także sprawia wrażenie istoty niematerialnej. Porusza się na ekstremalnie wysokich szpilkach, w obcisłym kostiumie, jego ruchy są zwinne, pełne choreograficznych, niemal baletowych etiud. Kiedy publiczność wchodzi na salę Ariel, skąpo oświetlany, leży nieruchomo na podeście – potem budzi się do życia i na rozkaz Prospera tworzy zawiłe związki między postaciami, a sam staje się Ferdynandem.
W tej inscenizacji nikt z aktorów nie ma łatwego zadania. Kaliban (Marcin Błaszak), kroczy po scenie jakby musiał utrzymać poniżej bioder niewyobrażalny ciężar. Porusza się pochylony do tyłu, na podkurczonych nogach niczym aktor z teatru japońskiego i tylko on miota czasem wyzwiska pod adresem Prospera w języku polskim (w tym spektaklu języku obcym). Ale to on właśnie w pewnym momencie okaże się hitlerowskim oprawcą. A Prospero (Henryk Rajfer) i pozostali ludzie na wyspie, mieszkańcy i przybysze, ofiarami zmierzającymi do Treblinki, W ten sposób tragedia Zagłady jednoczy się z „Burzą”, którą zapowiadają podszyte antysemityzmem pytania zadawane przez Trinkulo (Joanna Przybyłowska), adresowane kolejno do poszczególnych widzów, czy rozpoznali kiedyś Żyda („bo Żyd to Żyd”).
Nie zabraknie w tej budzącej trwogę „Burzy” momentów humorystycznych – reżyser pozostawił zabawną scenę spotkania pijanych rozbitków – prym tu wiedzie Stefano (Barbara Szeliga), choć nierzadko humor igrą tutaj ze śmiercią, jak w piosence zmierzających do obozu zagłady – kto nie pamięta tych klimatów, niech sięgnie w „Wolnych lekturach” po wiersz Władysława Szlengla „Mała stacja Treblinki”. Reżyser naznacza rysem odkupienia Antonia, zdradzieckiego brata Prospera, który pozbawił go tronu i wygnał na pewną śmierć (Marek Węglarski), a teraz przykryty tałesem wpełza na scenę, aby dołączyć do ofiar Zagłady i szukać przebaczenia. Wkracza też do spektaklu performatywna prywatność aktorów, użalających się na wciąż powtarzane jak mantra ich sceniczne wcielenia, buntujących się przeciw przypominaniu czasów Zagłady.
Czy to w ogóle można opowiedzieć? To pytanie kryje się pod spodem obrazów powoływanych do istnienia na scenie i wyświetlanych na ekranach, świat ginie, następuje kres, któremu nie może zapobiec czarodziejska pałeczka Prospera. Żywa pozostaje jedynie tląca się miłość staruszki Mirandy i starzejącego się Ferdynanda.
Zaskakujący to spektakl, o mocnym przesłaniu i silny wykonaniem, nawiązujący dialog z wcześniejsza niemal o 20 lat „Burzą” Krzysztofa Warlikowskiego, który podjął próbę grzechów odpuszczenia prawdziwym winowajcom, malując dramat pełen smutku, w którym tylko pełga płomyczek nadziei. Neć poszedł dalej, nie ograniczając się tylko do sugerowania analogii między „Burzą” i Zagładą i próbą jej zgłębienia, ale nadając „Burzy” sankcję Zagłady, a Zagładę nasycając duchem „Burzy”.
Warto zauważyć, że i w „Burzy” Warlikowskiego pojawiły się w finale stare kobiety (w obrzędzie weselnym) w łowickich strojach – wyraźny sygnał, że tropy kulturowe nie znają wieku ani płci. Podobnie zdarzyło się w inscenizacji „Snu nocy letniej” w reżyserii Gábora Máté (Teatr Dramatyczny, 2018), w którym włóczą się po scenie grupy zniedołężniałych elfów (nierzadko zaopatrzonych w balkoniki) i zramolałych rzemieślników. Jak widać, Neć korzysta z otwartych już furtek, ale korzysta z nich, aby osiągnąć własny cel. Idzie mu o to, aby wzbudzić pamięciowy wstrząs, tak poruszyć widzem, aby wywołać w nim ciąg nieuchronnych skojarzeń prowadzących do odrzucenia przemocy, nienawiści, odwołującej się do kategorii obcości.
Na koniec zważmy na tytuł spektaklu „Der szturem. Cwiszyn”, czyli po polsku „Burza. Pomiędzy”. Ten drugi człon tytułu kieruje myśl i wyobraźnię widza ku temu, co dzieje się pomiędzy, a więc między wielką literą Szekspirowskiej „Burzy” a wielką burzą epoki Zagłady. Reżyser namawia widza do pochylenia się nad analogiami, które na pierwszy rzut oka mogą się wydawać odległe i nieaktualne, a po głębszej analizie wręcz obsesyjnie bliskie. Pamiętajmy i więcej nie dajmy się zwieść, przestrzega reżyser.

BURZA Williama Shakespeare’a. tłum. Yosef Goldberg, reżyseria i dramaturgia Damian Josef Neć, scenografia, kostiumy, wizualizacje Marta Wieczorek, Maciej Czuchryta, muzyka Sławomir Kupczak, choreografia Szymon Dobosik, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, premiera 3 października 2020.