Żużel: Na trybunach było tłoczno

Stęsknieni za żużlem kibice po zimowej przerwie tłumnie odwiedzili stadiony podczas inauguracyjnej kolejki PGE Ekstraligi. Cztery mecze obejrzało łącznie 55 812 widzów i była to najwyższa frekwencja w ostatnich latach. Pomysł rozgrywania dwóch spotkań w piątki i dwóch w niedzielę okazał się trafiony.

Oba piątkowe mecze, w Zielonej Górze (Falubaz – Get Well Toruń 53:37) i Częstochowie (Włókniarz – Stal Gorzów 47:43)), obejrzało na trybunach po 15 tysięcy kibiców. Ten znakomity wynik został poprawiony w niedzielę na stadionie w Lesznie, gdzie na potyczkę Unii ze Spartą Wrocław (50:40) wybrało się ponad 16 tysięcy fanów czarnego sportu. Najmniejszą widownię zgromadził mecz beniaminka żużlowej ekstraklasy Motoru Lublin z GKM Grudziądz (49:41), ale tylko dlatego, że lubelski stadion ma pojemność 9812 miejsc i tyle biletów tylko sprzedano. Chętnych na zakup wejściówek było jednak dwa razy więcej. W sumie wszystkie cztery spotkania 1. kolejki obejrzało z trybun 55 812 widzów. Dla porównania – w poprzednim sezonie inauguracyjna runda PGE Ekstraligi zgromadziła 38 974 widzów, a dwa lata temu 35 469.

Broniąca tytułu Unia Leszno już w pierwszy starcie potwierdziła przedsezonowe przewidywania, że także w obecnej edycji PGE Ekstraligi będzie najpoważniejszym kandydatem do mistrzostwa. Działaczom leszczyńskiego klubu udało się utrzymać skład z poprzedniego sezonu i mecz ze Spartą potwierdził słuszność tej decyzji. Unia ma szansę na na historyczny wyczyn, bo jeśli wygra także obecną edycję ekstraligi, zostanie pierwszą drużyną, która w XXI wieku dokona tej sztuki trzy razy z rzędu. Ekipa „Byków” w niedziele pewnie pokonała Spartę Wrocław 50:40, ale wrocławianie stosunkowo niską porażkę zawdzięczają fenomenalnej jeździe trzykrotnego indywidualnego mistrza świata (2013, 2015 i 2018) Taia Woffindena. Brytyjczyk wygrał pięć wyścigów i zademonstrował formę, która każe widzieć w nim faworyta także w tegorocznym cyklu Grand Prix.

To zła wiadomość dla naszych żużlowców, którzy od lat dominują w rywalizacji drużynowej i regularnie plasują się na niższych stopniach podium, lecz ten najbardziej prestiżowy tytuł od triumfu Tomasza Golloba w 2010 roku wciąż znajduje się poza ich zasięgiem. Przez te osiem sezonów wywalczyli czterokrotnie tytuły wicemistrzów (Jarosław Hampel w 2013, Krzysztof Kasprzyk w 2014, Patryk Dudek w 2017 i Bartosz Zmarzlik w 2018) oraz dwukrotnie zajmowali trzecia lokatę (Hampel w 2011 i Zmarzlik w 2016). Wspomniany Tomasz Gollob, który wciąż nie odzyskał sprawności po wypadku na torze motocrossowym dwa lata temu, wrócił w tym sezonie do żużlowego świata w nowej roli komentatora stacji nC+. On to właśnie ocenił, że kwartet naszych żużlowców (Zmarzlik, Maciej Janowski, Patryk Dudek i Janusz Kołodziej) w tej edycji cyklu Grand Prix właśnie w Woffindenie powinien upatrywać najgroźniejszego konkurenta.

Co do rywalizacji w PGE Ekstralidze, to po pierwszej kolejce jest jeszcze za wcześnie na typowanie faworytów. Tym bardziej, że nigdzie porażki nie zostały puszczone płazem. Najbardziej radykalni w rozliczeniach okazali się szefowie GKM Grudziądz, którzy przegraną w Lublinie uznali za kompromitację i wezwali wszystkich zawodników „na dywanik”.

 

Gollob wciąż cierpi

Profesor Marek Harat, pod kierunkiem którego prowadzone jest leczenie Tomasza Golloba, wyjawił niedawno, że stan zdrowia poszkodowanego w wypadku na torze motocrossowym żużlowca nie ulega poprawie.

 

Przypomnijmy, że Tomasz Gollob w kwietniu 2017 roku uległ wypadkowi w trakcie zawodów motocrossowych w Chełmnie. Mistrz świata na żużlu w wyniku upadku stracił czucie w nogach, a jego stan był tak poważny, że lekarze musieli wprowadzić go w stan śpiączki farmakologicznej. Doszło do uszkodzenia rdzenia kręgowego i skutków tego urazu jak do tej pory nie udało się usunąć. Gollobowi nie pomogła nawet kilkutygodniowa wizyta w wyspecjalizowanej w leczeniu urazów kręgosłupa klinice w Chinach. Mimo kolejnych operacji wciąż odczuwa bardzo silne bóle. Profesor Marek Harat w wypowiedziach dla mediów nie stwierdził: „Jego aktualna sytuacja nie jest optymistyczna. Chociaż ma zapewnione leczenie na najwyższym światowym poziomie, to efektów wciąż nie ma” – twierdzi lekarz.

Wieści są alarmujące. Ból z jakim się zmaga Gollob jest już tak silny, że uniemożliwia mu kontynuowanie rehabilitacji. Nie pomogło wszczepienie specjalnego stymulatora, który miał zmniejszyć cierpienie przykutego do szpitalnego łóżka żużlowca. Ostatnio nawet zmiana ułożenia ciała na łóżku wywołuje gorączkę i infekcje. „Bóle neuropatyczne są tak silne, że tradycyjne leki przeciwbólowe nie spełniają swojej roli. Gollobowi podaje się więc leki z grupy przeciwpadaczkowych, ale jego organizm niektórych z nie toleruje” – wyjaśnia profesor Harat. O zmagającym się z cierpieniem sportowcu pamiętają kibice i jego liczni przyjaciele ze świata sportu. Ich wsparcie zapewnia mu środki na leczenie i podtrzymuje na duchu w najtrudniejszych momentach.

 

Piotr Pawlicki mistrzem Polski na żużlu

Żużlowiec Unii Leszno Piotr Pawlicki wywalczył na torze macierzystego klubu pierwszy w karierze tytuł indywidualnego mistrza Polski. W finałowym wyścigu wyprzedził Macieja Janowskiego (Sparta Wrocław) i klubowego kolegę Janusza Kołodzieja.

 

Czwórka zawodników, która na torze Unii Leszno przystąpiła do decydującej walki o mistrzostwo Polski, nie była zaskoczeniem. Znaleźli się w niej Maciej Janowski, Bartosz Zmarzlik, Janusz Kołodziej Kołodziej i Piotr Pawlicki. Dwaj ostatni z wymienionych to zawodnicy Unii i znajomość toru była ich atutem. Nie obyło się jednak bez kontrowersji. Finałowy bieg musiał zostać powtórzony, bowiem na pierwszym wirażu Bartosz Zmarzlik trącił przednie koło motocykla Piotra Pawlickiego i spowodował jego upadek. Sędzia zawodów Krzysztof Meyze długo się zastanawiał, aż w końcu podjął decyzję o wykluczeniu żużlowca Stali Gorzów z powtórki. Powtórzony bieg pewnie wygrał Pawlicki, który prowadził od startu, a za jego plecami o wicemistrzowski tytuł zaciętą walkę stoczyli Janowski z Kołodziejem. Ostatecznie wrocławianin na mecie wyprzedził rywala o pół koła.

Zawody w Lesznie dostarczyły ponad sześciotysięcznej publiczności mnóstwo emocji. W większości wyścigów toczono zacięte walki o każdy punkt, ale już po kilku biegach było jasne, kto tego dnia będzie się liczył w rywalizacji o medale. Kibiców zmylił na początku zmylił trochę Janowski, który w mocno obsadzonym inauguracyjnym wyścigu (Piotr Pawlicki, Kołodziej, Zmarzlik) przyjechał jako ostatni, zaś w kolejnym swoim występie zaliczył defekt maszyny. Potem jednak wrocławianin wygrał trzy kolejne biegi i awansował do barażu, w którym o miejsce w finale powalczył z zawodnikami z miejsc 3-6 po rundzie zasadniczej. Rzutem na taśmę do barażu zakwalifikował się też młodzieżowiec Unii Bartosz Smektała, który zajął pierwsze miejsce w ostatnim biegu fazy zasadniczej. Sędzia musiał obejrzeć powtórkę, bo leszczynianin minął metę ramię w ramie z Adrianem Miedzińskim.

W zawodach na leszczyńskim torze nie liczył się broniący tytułu Szymon Woźniak. Rekordzistą indywidualnych MP jest Tomasz Gollob, który wygrywał je ośmiokrotnie, a na podium stawał w sumie aż 16 razy.

 

Czołówka IMP 2018:

1. Piotr Pawlicki (Unia Leszno)
14+3 (3,3,1,2,2,3);
2. Maciej Janowski (Sparta Wrocław) 11+2 (0,d,3,3,3,2);
3. Janusz Kołodziej (Unia Leszno)
13 (1,3,3,2,3,1);
4. Bartosz Zmarzlik (Stal Gorzów)
13 (2,3,2,3,3,w);
5. Piotr Protasiewicz (Falubaz Zielona Góra) 12+0 (3,2,2,3,2);
6. Bartosz Smektała (Unia Leszno)
10+1 (1,3,3,0,3);
7. Patryk Dudek (Falubaz Zielona Góra)
8 (3,0,1,3,1);
8. Mateusz Szczepaniak (ROW Rybnik)
8 (2,2,2,2,0);
9. Norbert Kościuch (Orzeł Łódź)
7 (3,2,0,2,0);
10. Adrian Miedziński (Włókniarz Częstochowa) 7 (1,1,2,1,2).