Gospodarka 48 godzin

Mniej na turystykę

Podczas tegorocznych wakacji statystyczny klient korzystający z kart płatniczych wydał na swe podróże nieco ponad 2000 zł, o jedną trzecią mniej niż przed rokiem. Wśród zagranicznych kierunków królowała Chorwacja, Bułgaria i Turcja. Natomiast w Polsce największy wzrost liczby transakcji kartami odnotowano na Warmii i Mazurach,
w Białowieży, Borach Tucholskich, Bieszczadach, Tatrach, Beskidach i Karkonoszach. W tych regionach wzrosty były zdecydowanie wyższe niż w powiatach nadmorskich, które już wcześniej zawsze były zatłoczone tak bardzo, że w czasie tegorocznych wakacji nie zanotowały jakiegoś istotnego wzrostu. Tak więc, rzesza turystów, która w tym roku została w Polsce, wybierała raczej jeziora, góry i lasy – ustalili analitycy Santander Banku Polska, którzy porównali płatności kartami klientów w lipcu i sierpniu br. oraz zestawili je z poziomem wydatków w ubiegłoroczne wakacje. Niezmiennie, największą kategorię wydatków kartami stanowią zakupy w sklepach i marketach spożywczych. Średnia wartość typowo wakacyjnych wydatków kartami na turystykę, przejazdy autostradami i hotele spadła w stosunku do ubiegłego roku, odpowiednio, o 27, 8 i 6 proc.

Red. Passent i Oriana

Redaktor Daniel Passent na łamach tygodnika „Polityka” wspomina swoje warszawskie spotkanie z Orianą Fallaci. Jak napisał, włoska dziennikarka chciała się z nim zobaczyć – przyszła do niego na kilkugodzinny „coaching” przed swoim wywiadem z Lechem Wałęsą. Przypomnijmy, że dobrych kilka lat później to red. Passent przeprowadził wywiad z Orianą Fallaci. W rozmowie, która ukazała się w „Polityce”, znalazły się krytyczne wypowiedzi słynnej włoskiej dziennikarki na temat szefa Solidarności. Ten wywiad miał swój dalszy ciąg – wkrótce redakcja „Polityki” opublikowała list, czy też sprostowanie Oriany Fallaci, w którym po części zdementowała ona swe słowa dotyczące Lecha Wałęsy, zawarte w rozmowie przeprowadzonej z nią przez red. Passenta. Z listu można wywnioskować, iż zaprezentowane w tym wywiadzie krytyczne opinie Oriany Fallaci na temat szefa Solidarności, jakby nie całkiem dokładnie odzwierciedlały to co faktycznie powiedziała. Tak więc, niewykluczone, iż być może w rzeczywistości nie miała ona tak negatywnego zdania o Lechu Wałęsie, jak mogło wynikać z jej słów, przedstawionych na łamach „Polityki” przez red. Passenta.

Krwawy duński przykład
Obecnie oprócz Polski jedenaście państw Unii Europejskiej nie zakazuje ani nie ogranicza przepisami hodowli zwierząt futerkowych na swoim terytorium. Do krajów, w których hodowla jest dozwolona, należą: Bułgaria, Cypr, Finlandia, Francja, Grecja, Irlandia, Portugalia, Rumunia oraz kraje bałtyckie. Pozostałe państwa UE albo zakazują hodowli bezpośrednio, albo stosują rygorystyczne przepisy w kwestii utrzymania dobrostanu zwierząt, przez co hodowla przestała być opłacalna. Jak wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju, takie rozwiązanie zastosowały Niemcy, Szwecja i Włochy. W niektórych krajach zakaz jest zaś częściowy – dotyczy tylko niektórych gatunków zwierząt futerkowych. Na przykład Dania zakazuje hodowli lisów, ale nie zakazuje hodowli norek, będąc największym producentem futer z norek w UE. Dania to jednak taki kraj, gdzie w ogrodach zoologicznych morduje się i ćwiartuje zdrowe dzikie zwierzęta, zapraszając dzieci na te krwawe pokazy.

Księga Wyjścia (61)

Ballada o pienińskich szlakach.

Postanowiłem zrobić sobie urlop, oderwać od wszystkiego, zostawić za sobą świat, nabrać dystansu i tak po ludzku odpocząć. Cel – poszukiwanie zagubionej samotności.
Jeżdżę tam, gdzie mnie nogi, pociąg, fantazja i autobusy – poniosą. Szukam miejsc bez ludzi i zasięgu. Niestety, są wszędzie. Przez Katowice i Kraków dotarłem w Pieniny. Wysokich Tatr i kręte, bieszczadzkie ścieżki. Poznałem już wcześniej bardzo dobrze.
Faktycznie, można było znaleźć tam samotność. Położyć się na połoninie. I oglądać skaczące po skałach kozice.
Trudno jednak, w dobie smartfonów i wszechobecnego zasięgu całkowicie oderwać się od świata. Sytuacja na Białorusi zdominowała wszelkie inne doniesienia. Chociaż nic nowego się tam nie wydarzyło, nic nie zmieniło, to świat wrze z oburzenia. A to znaczy, że za chwilę NATO coś tam wykombinuje. Teraz szykują grunt pod interwencję, urabiając światową opinię publiczną.
Nie trzeba być jasnowidzem z Człuchowa, by wiedzieć, że coś niedobrego się wydarzy.
Miałem się oderwać, a zamiast tego już mnie ponosi. Wszystko przez to, że mam zasięg i czytam, różne doniesienia.
Pieniny są bardzo piękne, każdy masyw, każda część gór, ma trochę inną specyfikę, wszędzie jest ciut inaczej.
Idealne dla sprawdzenia kondycji. Wędrówka po nich może dać w kość. Byłoby pięknie, ale…
Te urzekające szlaki, psują sami turyści. Z puszką piwa w dłoni, co chwilę słyszałem za plecami, że te „je..nie kamienie”, „Pier..ne góry”. No cóż, górskie szlaki są prawie zawsze kamieniste.
Pierwotnie, gdy dowiedziałem się, że wejście na Trzy Korony jest płatne, chciałem napisać felieton pełen oburzenia. Wprawdzie płaci się dopiero na szczycie – sześć zlotych, więc jeśli ktoś nie dotrze, to ma całą masę wrażeń za free.
Gdy jednak zobaczyłem zachowanie ludzi, wyrzucane puszki i butelki, to przestałem się dziwić. Przecież ktoś musi to później posprzątać.
Zastanawiałem się w jakim celu ktoś, komu nie sprawia to frajdy pakuje się na najwyższe partie gór, przeklinając po drodze każdy kamień, konar, a nawet całe góry.
Jan Himilsbach mawiał, „po co jeździć na wczasy, kiedy wódki można napić się w domu”.
Drogi turysto, jeśli przypadkiem trafisz w góry, a nie masz genu kozicy, albo yeti, to nie pakuj się na szlak. Po co? Posłuchaj rady Himilsbacha.
Przecież możesz sobie zrobić jakiś fotomontaż. Zdjęć jest w Internecie do jasnej cholery, a Photoshop pięknie Cię tam umiejscowi. Będzie selfik jak się patrzy, a Ty będziesz mógł wrzucić do sieci, chwaląc się znajomym jak to w trudzie i znoju pokonujesz kolejne wierchy.
Nie warto, lepiej dać zarobić właścicielowi miejscowej knajpy i wypocząć, niż przeklinać i zaśmiecać to naprawę urocze miejsce.
Jutro wybieram się w Tatry, nie byłem tam dwadzieścia lat. Może tam znajdę ciszę.
Szczegółową relację zdam, gdy wrócę, teraz tak dla zachęty zamieszczę fragment – jedno krótkie opowiadanie – z mojej nowej książki, czyli „Utwory żebrane, powrót z dna”. Miłej lektury i do przeczytania w kolejnym odcinku.
Przy Placu MDM
Choć brzmi to jak bajka, to nią nie jest, wiem, bo tak się składa, że poniższa historia przydarzyła się akurat mnie, ale zapewne niewielu z Was w nią uwierzy…
Zdarzyło się to blisko dwadzieścia lat temu, gdy po powrocie z niedawno zakończonej wojny w byłej już Jugosławii, na jakiś czas zrezygnowałem z pracy w dziennikarskim zawodzie. Wspomnienia z tej wojny, tego co tam widziałem, niekiedy uczestniczyłem, były tak mocne, że wszelkie krajowe tematy, pomysły czy reportaże wydawały się niewarte uwagi, a co dopiero pisania o nich. Jedyne, co udało mi się jeszcze zrobić to napisać i w miarę sprawnie wydać książkę traktującą o tym konflikcie. Wydaniem i dystrybucją zajęło się jedno z bardziej prestiżowych wydawnictw, co nie powiem, napawało mnie pewną dumą. Doprowadziliśmy sprawy do końca – książka poszła w świat i zaczęła żyć własnym życiem, a ja powoli i o tym zapominałem. Gdy nie pamiętałem już o niczym, całkowicie się zatraciłem. Dałem się ponieść nałogom. Bez hamulców i asekuracji. Byłem już po rozwodzie i było mi wszystko jedno. Włóczyłem się wiec po świecie, pijąc na umór w rożnych miastach u znajomych w hotelach lub melinach. Póki były pieniądze, wszystko wydawało się w porządku. Bardziej chcąc niż nie chcąc, zapijałam się na śmierć. Marzyłem, by któregoś razu nie ocknąć się po libacji. Nie piszę obudzić, bo zatraciłem pory dnia i nocy. Budziłem się i piłem, piłem tak długo, póki nie zasnąłem.
Wylądowałem w końcu w Warszawie – po kilku dniach ostrego melanżu w stolicy spłukałem się wreszcie do zera. Popłynęły wszystkie zarobione wcześniej pieniądze. A nie było ich mało. W końcu stałem wraz z dwoma kumplami na placu MDM bez grosza i patrzyłem z chodnika w okna jakiejś drogiej, eleganckiej restauracji. Pruszył lekki śnieg, nawet miło było popatrzeć, jak ludzie dźwigają zapakowane świąteczne prezenty. Nie znałem dokładnej daty, ale według tego, co widziałem, nadchodziły święta. Ktoś niósł choinkę, w licznych butikach wzmożony ruch, a prawie każdy wychodził z czymś w ładnie zapakowanym pudełku, lub specjalnej torbie z Mikołajami, gwiazdką i tym wszystkim, z czym kojarzą się święta Bożego Narodzenia. Przeszywało mnie upiorne zimno będące konsekwencją zarówno niskiej temperatury, mroźnego wiatru, ale – przede wszystkim – ulatującego z organizmu alkoholu. Gapiłem się na tę restaurację przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno sam bywałem w niej gościem. Wpadałem na obiad, albo zapraszałem znajomych. Niedaleko stąd była jedna z kilku redakcji, w której pracowałem, zaliczanych do najbardziej opiniotwórczych, a zarobki przewyższały moje potrzeby. Życie układało się pięknie. Wojna jednak skutecznie przerwała tę sielankę. Nie czułem ani żalu, ani rozczarowania. Tylko ten przenikliwy ziąb. Nie miałem też pomysłu dokąd pójść i kogo odwiedzić. Zresztą i tak, jeśli nie było to pijackim złudzeniem, trafiłem na termin tuż przedświąteczny, co zdawały się potwierdzać pootwierane sklepy, wystrój miasta i ci ludzie z prezentami. Jedyne, co czułem to lekką zazdrość, że mają gdzie pójść, ten obraz w mojej głowie wyidealizował ich rodziny. Taka projekcja własnych pragnień.. Tak czy inaczej, nie był to dobry moment składania niezapowiedzianych wizyt niedawnym znajomym. Tym bardziej, że było nas trzech, przecież nie zostawię kumpli na łasce najbliższej ławki. Galerie handlowe dopiero raczkowały i najbliższa to chyba była Promenada. To też nie miało znaczenia, bo nawet gdyby już funkcjonowały, to i tak nie miałbym o tym pojęcia. Jedyne co nam zostało to dworzec centralny. „Poratuje pan złotówką?” – zapytał mijający mnie żebrak. Popatrzyłem na niego chyba lekko rozbawionym wzrokiem, przecież widać było, że sam jestem mocno skacowany, zżulony, i nie wyglądałem jakbym wyskoczył spod prysznica. Fakt, miałem na sobie markowe ubrania, ale były już mocno zapuszczone po tych wszystkich wcześniejszych podróżach, pociągach, autobusach i melinach. Zdziwił mnie, ale ponieważ zwykle odpowiadam, gdy ktoś się do mnie zwraca, to i jemu odpowiedziałem – „Chłopie, nie widzisz, że ledwo się na nogach trzymam?
Przecież dałbym sobie rękę obciąć za ćwiartkę, a za piwo palca”. Zatrzymał się i przeszył mnie wzrokiem – „Nie masz pieniędzy?” – zapytał – „Ani grosza” – odpowiedziałem. „To masz” wcisnął mi w dłoń monetę i poszedł dalej. Nie było tego dużo, odebrałem to jako symboliczny gest. W otwartej dłoni przyglądałem się dwudziestogroszówce, którą mi wręczył. Nie wiedziałem, śmiać się, płakać czy pójść do lombardu zastawić ostatnią cenną rzecz jaka mi została, czyli telefon. W trakcie podejmowania decyzji, gdy już byłem skłonny ruszyć jak najszybciej do znanego mi lombardu przy ulicy Emilii Plater, telefon ten zadzwonił. Oczywiście, odebrałem natychmiast. Był to dyrektor wydawnictwa, które wydało moją książkę. Powiedział, że hurtownie przesłały mu część pieniędzy i chciałby się ze mną na bieżąco rozliczyć. Zapytał, kiedy będę w Warszawie, ewentualnie czy wolę przekazem, czy na konto. Niemalże krzyknąłem z wrażenia: powiedziałem mu, że jestem w centrum i w ciągu pół godziny dotrę. Po tym rozliczeniu, kupiłem sobie ćwiartkę wódki, by jakoś dojść do siebie zostawiając część kasy kolegom, którzy cierpieli jak ja, po czym wsiadłem w pociąg i pojechałem do domu, by następnego dnia zgłosić się na odtrucie. To był przełom. Bez trudu odbudowałem pozycję i finansową stabilizację, jednak do zawodu dziennikarza wróciłem dopiero po dziesięciu latach, a po odtruciu i pierwszej terapii zająłem się handlem obrazami. Otworzyłem galerię w Kazimierzu Dolnym. Trafiłem na złoty okres tej branży i naprawdę szybko zarobiłem niewielką fortunę. Ale to już temat na osobne opowiadanie…

Smogowa opłata klimatyczna

Za oddychanie zatrutym powietrzem trzeba jeszcze dopłacać.

Turyści, którzy odwiedzili ostatnio Toruń, Sandomierz i Szczyrk zaskarżyli pobieraną tam opłatę miejscową. Jak twierdzą, opłaty są bezprawne, gdyż miasta nie spełniają kryteriów czystości powietrza.
Wszystkie te trzy miasta według Generalnej Inspekcji Ochrony Środowiska leżą w strefach przekroczeń norm jakości powietrza i notują je niejednokrotnie.
Naczelny Sąd Administracyjny w marcu 2018 r. orzekł, że tam, gdzie ani miasto, ani strefa w której się ono znajduje, nie spełniają kryteriów czystości powietrza, nie można pobierać opłaty miejscowej.
W Polsce na 46 stref jakości powietrza tylko 12 spełniało normy zdrowotne dla stężeń pyłu PM10, a tylko trzy dla rakotwórczego benzoapirenu. Ani Toruń, ani Sandomierz, ani Szczyrk nie znajdują się na terenie czystej strefy. Od turystów miasta pobierają opłatę w wysokości ok. 2 złotych dziennie za „szczególne korzystne właściwości klimatyczne i walory krajobrazowe”. Jakość powietrza wciąż jednak pozostawia wiele do życzenia.
– Wybrałem się do Sandomierza, żeby zwiedzić to piękne średniowieczne miasteczko, znane z lokalnych winnic i przytulnej, zwartej zabudowy. Nie spodziewałem się, że będę musiał mierzyć się z takim smogiem – nie przystawało to nijak do wizji Sandomierza, jaką znam z mediów. Przez większość 35-minutowej drogi z dworca oddychałem na przemian spalinami samochodowymi i czarnym dymem z kopciuchów. To wszystko w mieście, które pobiera opłatę miejscową, m.in. za czyste powietrze. Okazało się, że lepiej zejść do miejskich lochów – tam jest lepsze powietrze niż na zewnątrz” – mówi Beniamin Łuczyński, działacz stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”.
Łuczyński dodaje, że podobny zawód spotkał go w kopernikańskim Toruniu, gdzie dym z kominów na ulicach miesza się ze spalinami z rur wydechowych. Szczególnie dotkliwe było to w obrębie zespołu staromiejskiego oraz Bydgoskiego Przedmieścia. Są to piękne spacerowe dzielnice – efekt psuje jednak powszechny smog, który utrudnia zwiedzanie tych miejsc w sezonie grzewczym i przy większym ruchu samochodów.
15 marca 2018 roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok w sprawie poboru opłat w Zakopanem. Orzekł, że miasto Zakopane nielegalnie ściąga opłaty miejscowe od turystów – i podkreślił, iż nie zostały dopełnione wymagania klimatyczne, aby je pobierać. Wówczas sąd, po trzech latach, wydał wyrok w sprawie turysty, który odwiedził Zakopane w 2015 r. i zakwestionował pobór opłaty klimatycznej. Według niego podatek został pobrany bezprawnie, bo miasto i strefa, w której leży, nie spełniają kryteriów czystości powietrza. Takich, walczących przed sądem turystów, jest jednak na razie bardzo niewielu.

Pekin razem z Chopinem

W gospodarce turystycznej jest wielki potencjał rozwoju współpracy Chin i Polski.

– Ogromny potencjał turystyczny ma dla nas postać Fryderyka Chopina, który urodził się i tworzył na Mazowszu, a w Chinach jest niezwykle popularny – powiedziała pani Wang Yue, wicedyrektor (w randze wiceministra) Miejskiego Biura Kultury i Turystyki w Pekinie.
O rozwoju i możliwościach współpracy w coraz ważniejszej dziedzinie gospodarki, jaką staje się dziś turystyka, strony chińska i polska rozmawiały w siedzibie Mazowieckiej Regionalnej Organizacji Turystycznej w Warszawie.
Odbyło się tam spotkanie delegacji z Państwa Środka: przedstawicieli Miejskiego Biura Kultury i Turystyki w Pekinie oraz pekińskich biur podróży – z reprezentantami polskiej branży turystycznej.
Dla strony polskiej najważniejszym tematem był rozwój turystyki przyjazdowej do Polski, a przede wszystkim na Mazowsze. W ogromnym państwie chińskim jest wielu chętnych do odwiedzenia tego regionu. Chińczycy poszukują nowych, ciekawych kierunków i nowych produktów turystycznych, a Mazowsze ma w tych dziedzinach wiele do zaoferowania.
Wang Chunfeng, wiceprezes firmy Utour, największego touroperatora na rynku chińskim podał kilka danych statystycznych świadczących o wielkim potencjale rozwojowym gospodarki turystycznej. W pierwszej połowie 2018 roku Utour wysłał do Europy trzy miliony turystów, co stanowiło 40 proc. wzrostu w stosunku do roku 2017.
Nasz kraj ma w tym spory, choć wciąż nie do końca satysfakcjonujący udział. Można szacować, że w całym ubiegłym roku do Polski przybyło ok. 140 tys. turystów z Chin. Wydali w naszym kraju prawie miliard złotych. Polskich turystów w Chinach było zaś nie tak dużo mniej – w 2018 r. pojechało tam ponad 70 tys. Polaków.
W tym roku chińskich gości będzie zapewne u nas dużo więcej niż w 2018. Pod koniec ubiegłego roku nasz kraj otrzymał bowiem od prestiżowego magazynu turystycznego China Travel Agent tytuł „New Holiday Destination of the Year 2018”. Polska została uhonorowana w ten sposób jako jedyny kraj w Europie.
Warto tu przypomnieć, że w 2013 r. Polskę odwiedziło zaledwie 40 tys. gości z Państwa Środka.
Wang Chunfeng jest przekonany, że Europa Wschodnia, w tym Polska, będą bardzo modne, dlatego już dziś poszukuje nowych, atrakcyjnych produktów turystycznych w naszym kraju. Okazuje się, że właśnie Mazowsze ze swymi lotniskami, doskonałą siecią dróg oraz infrastrukturą kulturalną, wypoczynkową i hotelową jest jednym z najciekawszych kierunków przyjazdów do Polski.
Pani Wang Yue wskazała, że możemy postawić na turystykę medyczną – zabiegi w klinikach, rehabilitację i wypoczynek w naszych ośrodkach uzdrowiskowych. A także na turystykę edukacyjną dla dzieci i młodzieży z Chin. Tylko w samym Pekinie jest około stu szkół średnich i wyższych, które są bardzo zainteresowane realizacją programów edukacyjnych w Polsce.
Współpraca w tym zakresie już się rozpoczęła. W sierpniu tego roku przyjechała na Mazowsze pierwsza pilotażowa grupa rodziców i dzieci ze szkół artystycznych w Pekinie. W programie pobytu, oprócz Warszawy, znalazły się takie wydarzenia jak interaktywny wykład o Chopinie, oraz warsztaty robienia kwiatów z bibuły w Europejskim Centrum Artystycznym w Sannikach z udziałem naszych twórców ludowych – które wzbudziły nadzwyczajne zainteresowanie chińskich gości.
Ale to nie wszystko. Kolejnym hitem pobytu dzieci i rodziców z Chin okazał się dzień spędzony w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu. Tam również goście uczestniczyli w warsztatach – wytwarzania świec z wosku i malowania na szkle.
Nic nie mogło jednak przebić warsztatów tanecznych i wokalnych w siedzibie Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”, gdzie dzieci nauczyły się polskich piosenek ludowych oraz przygotowały pod okiem instruktora układ taneczny oparty na polskich tańcach ludowych. W programie nie zabrakło też oczywiście wizyty w Żelazowej Woli – miejscu urodzin Fryderyka Chopina.
Dla Mazowsza była to duża szansa na zainteresowanie Chińczyków ciekawymi produktami turystycznymi. Chińscy goście nie ukrywali zaś, że są zachwyceni naszą kulturą i potencjałem turystycznym. Zadeklarowali już chęć powrotu z kolejnymi grupami dzieci i młodzieży na edukacyjno-artystyczne szlaki Mazowsza. Współpraca zatem zapowiada się bardzo dobrze z korzyścią dla obu stron.

Magiczny Pekin w Warszawie

Rośnie obopólne zainteresowanie, w stolicy Państwa Środka jest coraz więcej turystów z Warszawy, u nas coraz częściej słychać język chiński.

Do naszej stolicy przyjechała stolica Chin. W Warszawie 26 sierpnia odbyła się impreza promocyjna pod hasłem „Magiczny Pekin”. Jest to reakcja na rozwijające się relacje pomiędzy dwoma miastami, nie tylko gospodarcze.
Szybko rośnie liczba naszych turystów w Pekinie – i odwrotnie. Ta tendencja będzie się nasilać, choćby dlatego, że Pekin to miasto Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 r. (hasło na Olimpiadę 2022 głosi: „Radosne spotkanie na czystym lodzie i śniegu”).

Poznawanie partnera

W trakcie wielogodzinnej, otwartej dla wszystkich akcji promocyjnej, goście (a było ich wielu bo impreza odbywała się w dużym centrum handlowym Blue City) mieli okazję obejrzeć niebanalną wystawę fotografii, która składała się z ponad 40 zdjęć, portretujących stolicę Chin w jej czterech aspektach: historia, nowoczesność, kultura i życie codzienne.
Można było także zwiedzać Pekin za pomocą okularów pokazujących wirtualną rzeczywistość (technologia VR). Na scenie zaprezentowano pokazy tańców chińskich oraz sztuk walki. Do odwiedzin zachęcały też specjalnie przygotowane stoiska, gdzie można było poznać kulturę parzenia herbaty (od Chińczyków, wiele wieków później, przyjęli ją Japończycy), przywdziać chińskie stroje i zrobić sobie zdjęcia, czy też samemu stworzyć orientalną operową maskę.
Podczas imprezy swoje oferty przedstawiły linie lotnicze Air China i PLL LOT (od października wzrośnie liczba bezpośrednich połączeń) oraz Konsorcjum Polskich Biur Podróży. Pracownicy Chińskiego Centrum Wizowego przybliżali zainteresowanym możliwości uzyskania wizy do Państwa Środka (w sprawniejszej niż dotychczas formule). Znana blogerka Aleksandra Świstow, „Pojechana”, autorka książki „Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin”, opowiadała o Pekinie. Był też czas na konkursy z nagrodami.

Mocniejsze więzi

W spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele Miejskiego Biura Kultury i Turystyki w Pekinie, Mazowieckiej Regionalnej Organizacji Turystycznej oraz ambasady Chin. Z okazji imprezy „Magiczny Pekin” w Warszawie gościła też Wan Yue, wicedyrektorka Miejskiego Biura Kultury i Turystyki Pekinu (w randze wiceministra).
Pani Wan Yue powiedziała między innymi: – Celem władz Pekinu jest upraszczanie i skracanie procedury wizowej oraz pomaganie Polakom pragnącym przyjechać do stolicy Państwa Środka. Takie wydarzenia jak „Magiczny Pekin” to zdaniem władz chińskiej stolicy szansa na pogłębienie obustronnego zrozumienia, zacieśnienie przyjaźni pomiędzy Warszawą a Pekinem oraz tworzenie nowych możliwości wspólnego rozwoju.
Pani Wan Yue oraz wicedyrektorka Mazowieckiej Regionalnej Organizacji Turystycznej Iwona Majewska poinformowały o oficjalnym nawiązaniu współpracy między organizacjami z obu miast dla rozwoju turystyki. Iwona Majewska zwróciła uwagę na zainteresowanie turystów z Chin ofertą prezentowaną przez region Mazowsze, szczególnie związaną z postacią Fryderyka Chopina, a także warsztatami artystycznymi odbywającymi się w zespole pieśni i tańca „Mazowsze”.

Wakacje według nowych przepisów

Jeśli nasze biuro podróży upadnie, to hotelarz np. we Włoszech, Grecji czy Chorwacji nie będzie mógł już wyrzucić nas z pokoju na ulicę.

 

Wkrótce, 1 lipca wchodzą w życie nowe przepisy dotyczące imprez turystycznych i usług powiązanych z nimi. Wprawdzie do wycieczek wykupionych przed tą datą stosuje się dotychczasowe reguły postępowania, ale ponieważ Polacy wciąż jeszcze chętnie planują swe wyjazdy wakacyjne na ostatnią chwilę, więc gros tegorocznych urlopowiczów może skorzystać z nowych uregulowań.
Dzięki nowym przepisom konsumenci w całej Unii Europejskiej będą chronieni na takim samym poziomie. Zmienią się też zasady reklamacji wyjazdów, podwyższania cen wycieczki czy rozwiązania umowy. Podróżni zyskają więcej praw w przypadku niewypłacalności organizatora wypoczynku – bo do tej pory mogli liczyć na pokrycie kosztów powrotu do kraju i zwrot wpłaconych, ale niewykorzystanych kwot (zwykle bardzo trudny do wyegzekwowania).

 

Można wypoczywać dalej

Z pewnością najważniejszą zmianą jest to, że gdy biuro podróży zbankrutuje po 1 lipca, to turyści będą mogli kontynuować wypoczynek, tak jak było to przewidziane w umowie.                                                                                    Jeśli więc są oni na wakacjach w kraju Unii Europejskiej, to żaden tamtejszy hotelarz nie może ich wyrzucać z pokojów, jeśli polskie biuro podróży odmówi mu zapłaty ustalonej kwoty. To nie nasz problem. Naturalnie w Egipcie, Maroku, Turcji, czy innych krajach nie należących do Unii, ta regulacja nie będzie obowiązywać.

 

Jeśli drożeje, to i musi stanieć

Według nowych przepisów jeśli organizator wyjazdu podniesie cenę o więcej niż 8 proc., turysta może odstąpić od umowy i nie poniesie żadnych kosztów. Dotychczas nie było takiej możliwości.
Nie zmienia się to, że biuro podróży może podnieść cenę najpóźniej na trzy tygodnie przed wyjazdem. Nadal ma do tego prawo tylko w trzech przypadkach: gdy podrożeje transport, np. z powodu podwyżek cen paliwa, gdy wzrosną podatki lub opłaty od usług turystycznych czy opłaty lotniskowe, oraz gdy wzrosną kursy walut.
Możliwość podwyżki ceny organizator musi oczywiście wpisać do umowy, inaczej nie może jej zmienić.
Co więcej, gdy biuro podróży zastrzegło w umowie, że wycieczka może podrożeć, jeśli wzrosną ceny paliwa, to w odwrotnej sytuacji – jeśli ceny spadną – musi obniżyć cenę imprezy (o ile oczywiście zwrócimy na to uwagę biuru). To samo naturalnie dotyczy dwóch pozostałych sytuacji. Wtedy również możemy skutecznie domagać się obniżki.

 

Nie zapraszajmy agenta do domu

Tak jak do tej pory turysta nie poniesie żadnych kosztów przy rezygnacji z wyjazdu wtedy, gdy biuro podróży zmieni główne warunki imprezy, czyli jej miejsce, czas trwania oraz rodzaj środka transportu. Gdy jednak wprowadziło do programu imprezy tylko nieznaczne zmiany i zastrzegło sobie do tego prawo w umowie, takiego prawa nie ma.
Nowością jest natomiast to, że będzie można bez konsekwencji odstąpić od umowy – czyli zrezygnować z wyjazdu i odzyskać całą kasę – jeśli wystąpią nadzwyczajne okoliczności w miejscu wyjazdu. Przydarzy się tam groźna epidemia, wybuchnie wulkan, jest zagrożenie terroryzmem, przeszedł cyklon, zdarzyło się trzęsienie ziemi. W takim przypadku organizator wycieczki musi zwrócić wpłacone pieniądze w ciągu 14 dni.
Ponadto, nowe przepisy dają możliwości odstąpienia w ciągu 14 dni od umowy zawartej poza lokalem firmy, czyli na ogół w domu klienta – ale wtedy, gdy nie było to wynikiem jego wcześniejszej inicjatywy.
Oznacza to, że klient nie będzie mógł zrezygnować z wyjazdu bez ponoszenia konsekwencji finansowych, jeśli to on wcześniej zadzwonił do biura podróży i zaprosił agenta do siebie. Jeśli natomiast agent sam zadzwonił i wprosił się do domu klienta, to przywilej rezygnacji bez dodatkowych kosztów jak najbardziej przysługuje.
Można rozwiązać umowę także w innych sytuacjach, np. z ważnych powodów osobistych. Wtedy jednak należy się liczyć z tym, że biuro podróży potrąci sobie tzw. „uzasadnioną opłatę” za odstąpienie.
Zgodnie z nowymi przepisami, biuro może wpisać do umowy, ile ta opłata będzie wynosić w zależności od wyprzedzenia, z jakim odstąpi się od umowy. Na żądanie klienta organizator musi przedstawić uzasadnienie wysokości tych opłat.
Biuro podróży tak jak dotychczas może zastrzec w umowie, że impreza się nie odbędzie, jeśli zgłosi się zbyt mało uczestników.
Do tej pory organizator sam określał w umowie, do kiedy może ją odwołać. Nowe przepisy wskazują konkretne terminy, w jakich najpóźniej może to zrobić: 20 dni przed imprezą, która trwa ponad 6 dni, 7 dni przed imprezą, która trwa 2-6 dni, 48 godzin przed imprezą krótszą niż 2 dni. Biuro podróży zwraca wtedy turystom wszystkie wpłaty w ciągu 14 dni, ale nie płaci im żadnego odszkodowania. Nowe regulacje poszerzają także obowiązek udzielenia podróżnemu informacji o ubezpieczeniu od kosztów rezygnacji z udziału w imprezie turystycznej.

 

Im później, tym mniej

Do tej pory można było złożyć reklamację w ciągu 30 dni po zakończeniu wycieczki. Po 1 lipca ten termin znika. Naturalnie, zastrzeżenia do jakości usług warto zgłosić jak najszybciej, najlepiej jeszcze w trakcie wyjazdu. Nowe prawo mówi jednak, że swoich praw można dochodzić przez 3 lata – dopiero wtedy roszczenia podróżnego się przedawnią.
W praktyce oznacza to, że reklamację można złożyć nawet po 2 latach i 11 miesiącach. Przepis mówi jednak, że jeśli wcześniej nie zgłaszało się problemów (alarmując np. w recepcji hotelowej), to będzie to brane pod uwagę przy ustalaniu ewentualnej obniżki ceny czy rekompensaty.
Czyli, jeśli dopiero po prawie trzech latach przypomnimy sobie, że warto zgłosić reklamację, to ewentualna rekompensata będzie iluzoryczna.
Jest jednak także minus nowego przepisu. Do tej pory przedsiębiorca musiał odpowiedzieć na reklamację w ciągu 30 dni. Jeśli tego nie zrobił, oznaczało to, że uznał ją za uzasadnioną – i można było skutecznie podnieść to w trakcie procesu z nim. Nowe przepisy tej kwestii nie regulują, co oznacza, że może olać naszą reklamację bez konsekwencji, iż zostanie to potraktowane jako jej uznanie.
Nowością jest również to, że od 1 lipca reklamację można złożyć nie tylko u organizatora wyjazdu (czyli w biurze podróży), ale także u agenta, który sprzedał ci wycieczkę. Można się u niego domagać obniżenia ceny czy odszkodowania lub zadośćuczynienia za poniesione szkody bądź niską jakość usługi. Krystyna Krawczyk, dyrektor w biurze Rzecznika Finansowego podkreśla jednak, że przepisy innej nowej ustawy (o dystrybucji ubezpieczeń), formalnie nie wiążą sprzedawców w biurach turystycznych.
Oznacza to w praktyce, że jeśli sami nie będziemy wiedzieć o nowych przepisach wchodzących w życie 1 lipca, to nikt nas o tym nie poinformuje. Co jest zresztą zgodne ze starorzymską regułą, iż ignorantia iuris nocet.