Wielkanocny koszyczek PiS

Nadchodzą najważniejsze święta dla chrześcijan, w Polsce tradycyjnie kojarzone z rodzinnym spotkaniem. Nasz rząd, arcykatolicki i nieustająco prorodzinny, nie mógł nie zrobić Polakom prezentów z tej okazji.

Tym bardziej, że trwa epidemia, nieogłoszenie stanu klęski żywiołowej nie powstrzymało koronawirusa ani nie sprawiło samo z siebie, że w polskich szpitalach wyrosły brakujące respiratory i maseczki. Gdy media nadają non stop co najmniej niepokojące komunikaty, rząd musi czymś rodaków pokrzepić. Ekonomiści lubią mówić o pakietach rozwiązań czy ustaw, ale to, co serwuje nam PiS, zasługuje na bardziej swojską nazwę. To nie żaden pakiet, tylko prawdziwy wielkanocny koszyczek, od serca wręczony wyborcom.

Jaja z pracowników

Nieważne, czy polski pracownik będzie zasiadał do wielkanocnego stołu w rozszerzonym rodzinnym gronie, łamiąc zalecenia ministra z podkrążonymi oczami, czy też ograniczy się do śniadania z domownikami. Będzie to śniadanie skromniejsze i z obawą o przyszłość w tle. Kilka nadtłuczonych jajek rzuconych pracownikowi przez rząd tego nie zmieni.
Podsumujmy: gdy prywatna firma znajdzie się w kłopotach, może zredukować wynagrodzenia pracowników o 1/5. 40 proc. wyłoży państwo, drugie 40 proc. miałby dać pracodawca. Chyba że wszystkie antykryzysowe tarcze – czy jak kto woli koszyki – nie wystarczą i z braku popytu na towary i usługi, których nie bdzie komu kupować, zamknie biznes. Żeby biznes jednak pociągnął, rząd dał pracodawcom nie tylko pieniądze, ale też prawo wydłużania czasu pracy. W tzw. sektorach krytycznych majaczy też dodatkowe zgniłe jajo, czyli możliwość wymuszania na pracownikach, by także poza standardowymi godzinami pracy trwali w gotowości, w zakładzie pracy albo innym miejscu wskazanym przez pracodawcę. Można też będzie takich pracowników zobowiązać, by odpoczywali również w miejscu wskazanym. Dobrze, że i świąt nie przyszło im spędzić na zakładzie.

Chrzanić prawa kobiet

Polki już kilka razy wykrzyczały w stronę rządzących, by przestali je pouczać w sprawie rodzenia dzieci i by raczej zliberalizowali prawo antyaborcyjne niż realizowali w tym zakresie kościelne zamówienia. Ostatni raz takie hasła wybrzmiały na Manifach 8 marca, tydzień przed ogłoszeniem zakazu zgromadzeń. Teraz jednak, gdy zakaz obowiązuje i żadnych demonstracji nie będzie, PiS może śmiało wrzucić do koszyka trochę chrzanu, specjalnie dla tej połowy społeczeństwa, dla której święto to zwykle nie miłe rodzinne spotkanie, tylko zasuwanie w kuchni i ogarnianie tzw. miłej atmosfery.

W porządku obrad Sejmu na 15 kwietnia znalazł się punkt 6: „Pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy o zmianie ustawy z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (druk nr 36) – uzasadnia przedstawiciel Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej Kaja Urszula Godek”. Osoba sprawozdawczyni gwarantuje, że to jest projekt, którego wynikiem jest całkowity i bezwzględny zakaz przerywania ciąży. Projekt zakłada sięgnięcie do kar więzienia za przerwanie ciąży (do 5 lat więzienia lub 3 lata za nieumyślne przerwanie ciąży).

Pisze posłanka Lewicy Marcelina Zawisza: „Zakaz aborcji uderzy w najbiedniejsze osoby. W te kobiety, które nie mają środków, żeby z narażeniem życia i zdrowia korzystać z podziemia aborcyjnego, czy europejskich standardów przerywania ciąży, które dostępne są dla Polek – w Czechach, czy na Słowacji. „Mając w perspektywie rosnące bezrobocie, spadające pensje, czy utrudniony dostęp do ochrony zdrowia nie możemy pozwolić na odbieranie kobietom resztek praw”.

Nie możemy pozwolić – to prawda. Ale co można w tym kierunku zrobić, gdy robić można coraz mniej?

Słona zapłata za śmieciówkę

Nie ma wielkanocnego koszyczka bez soli, choćby w symbolicznej ilości. Podobnie symboliczne będzie wsparcie dla ludzi, którzy w poprzednich latach pracowali na podstawie umów zlecenie i o dzieło. Pierwszy wariant tarczy dawał im 2080 zł jednorazowej zapomogi, o którą zresztą miał w ich imieniu występować były już pracodawca. Drugi jest minimalnie bardziej łaskawy. Pieniądze, które pozwolą przetrwać, ciągle w tej „zawrotnej” kwocie dwóch tysięcy z haczykiem, pracownik dostanie przez trzy miesiące z rzędu.

Związki zawodowe przez lata wzywały, by to raczej pracodawcy słono zapłacili za łamanie kodeksu pracy, za podsuwanie do podpisu umów śmieciowych, gdy etatowy charakter zatrudnienia był widoczny gołym okiem. Rząd od czasu do czasu nawet sprawiał wrażenie, że się w tej głosy wsłuchuje. Teraz już nie musi. Śmieciówkowi pracownicy zostają na kompletnym marginesie ze swoją zapomogą. Gdy odpadają protesty uliczne, pozostają im tylko łzy. Słone.

Kiełbasa wyborcza

Żeby rozdawać kiełbasę, muszą się odbyć wybory. I tym składnikiem wielkanocnego koszyka rząd zajmuje się z największym zaangażowaniem. Fakt, kiełbasa będzie marnej jakości, bez porównania z tłustym produktem z poprzednich edycji wyborczego show. Za to wybory PiS szykuje nam niezapomniane.

Przypomnijmy: ustawę o głosowaniu korespondencyjnym przepchnięto dopiero co. Trafiła kilka dni temu do Senatu, który ma zatem jeszcze dwadzieścia kilka z przepisowych 30 dni na wnoszenie poprawek. Jest niemal pewne, że do ponownego procedowania w Sejmie wróci 7 maja, a więc zaledwie trzy dni przez planowanymi wyborami. W tej sytuacji wątpliwym wydaje się by Poczta Polska zdążyła rozesłać karty do głosowania tak, aby 10 maja znalazły się w skrzynkach wszystkich obywateli. Według litery ustawy, wszystkim uprawnionym do głosowania mają być dostarczone tzw. pakiety wyborcze.

Głosowanie korespondencyjne, bez lokali, ma trwać jednego dnia od 6 do 20. W drugiej turze – tak samo. Wyborcy będą musieli umieścić kopertę z kartą w przygotowanej do tego specjalnej urnie pocztowej. Skrzynie te staną może w sklepach, może w placówkach pocztowych, z pewnością ustawią się do nich kolejki. Chyba że serwowana przez ostatnie lata kiełbasa nie wystarczy i ludzie nie wyjdą z domów. Ostatnie sondaże pokazywały, że część ma taki właśnie zamiar. Czy przekona ich kolejny składnik kryzysowej święconki?

Zdrowe zielone liście

W kolejce do urny pocztowej trzeba się będzie ustawić w maseczce – takiej samej, jakich brakuje w sklepach do tego stopnia, że nawet w szpitalach pracownicy stali się zależni od domowej produkcji ludzi dobrej woli. Fakt, minister z podkrążonymi oczami nie mówił wprost, że musi być maseczka, a nakazywał zasłaniać nos i usta. Czym kto akurat ma.

Złośliwi mogliby powiedzieć, że to rozporządzenie to już ewidentnie listek figowy, maskujący brak rządowej strategii i zasobów do walki z kryzysem. To tak, jakby z braku świątecznego ciasta i porządnej kiełbasy zamaskować braki w świątecznym koszyczku zieloną rzeżuchą i innymi roślinami, które nie przejmują się epidemią i rosną na wiosennym słoneczku. Wygląda dobrze, można nawet poczuć się człowiekiem bardziej odpowiedzialnym i dbałym o dietę i zdrowie.

Maseczki – białe czy też zielone niczym ta rzeżucha – nie przykryją jednak faktu, że jeśli w święta czy po jednak jakieś paskudztwo złapiemy, to trafimy do placówek służby zdrowia, która i bez epidemii chwiała się w posadach. Nie pomogą nawet abonamenty do rzekomo lepszej służby prywatnej, która walką z epidemią się nie zajmuje, bo trudno na tym zarobić. W pierwszej tarczy antykryzysowej było przynajmniej 7,5 mld na opiekę zdrowotną. W nowej nic ponadto nie przewidziano.

Baranek

On też musi stanąć na wielkanocnym stole. Chociaż w oczach prawicowych polityków baran to nie tyle symbol radosnych świąt, co każdy i każda z nas.
I chyba najlepszym życzeniem byłoby, żebyśmy, gdy już przetrwamy te dziwne czasy, w końcu dorobili się klasy politycznej, która będzie w nas widzieć kogoś innego, niż stado tych może sympatycznych, ale mało rozgarniętych zwierząt.

Wesołych Świąt!

Śmieciówkowy horror

Pandemia wirusa SARS-CoV-2 obnażyła słabość współczesnych państw. Czeka nas kryzys i głęboka recesja. Im gorszą pozycję w hierarchii społecznej zajmujesz, tym mocniejsze konsekwencje zaistniałej sytuacji poniesiesz.

Model produkcji towarów i dystrybucji usług oparty o dywersyfikację ryzyka, bez dywersyfikacji zysków, wysadzi naszą gospodarkę w powietrze, a po wszystkim może nie być czego zbierać.

Bez pracy i pieniędzy

Odkąd rząd podjął decyzję o zamknięciu galerii handlowych, pracownicy drobnych usług pozostają odcięci od możliwości zarobkowania. Cierpią zatrudnieni w gastronomii, handlu, przedstawiciele branży MICE (turystyka biznesowa), przewodnicy wycieczek, organizatorzy targów i imprez masowych. Po głowie dostał transport osobowy. Czy rząd im pomoże? Przedsiębiorcom pewnie tak. Pracownicy, którzy – w większości przypadków z naruszeniem Kodeksu Pracy – faktycznie przymuszeni zostali do podpisania umowy zlecenia lub umowy o dzieło, zostali zostawieni na pastwę losu. Dochody większości zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych urwą się 14 marca 2020 r.

Rząd wiedział

Rząd PiS doskonale wie o problemie. Sam obiecywał ukrócić patologie śmieciowego rynku pracy, był adresatem licznych apeli lewicy i związków zawodowych. Przez chwilę nawet wydawało się, że ma zamiar coś z problemem zrobić, bo wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej także dla osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych było ruchem dobrym. Ostatecznie jednak rządy PiS ugięły się pod naporem lobby wielkiego kapitału, a ten do perfekcji opanował indywidualizację zysków i uspołecznianie strat. Przypomnijmy, że w ogromnej większości przypadków polscy zatrudnieni na umowach zlecenie powinni mieć umowy o pracę. Gdy zleceniobiorca musiał wykonywać zlecenie w ściśle określonym miejscu i czasie i pozostawał w zależności od zleceniodawcy, gdy zlecenie nie mogło być wykonane przez osobę trzecią, gdy umowa koniecznie jest odpłatna, gdy zleceniodawca sprawuje nadzór nad zleceniobiorcą – należy się etat. Tak wynika z Kodeksu Pracy.

Kryzys uderzył w najsłabszych

Wśród zatrudnionych w oparciu o umowy cywilnoprawne, większość to osoby wykonujące proste prace, wymagające niskich kwalifikacji, próżno od nich oczekiwać doskonałej znajomości prawa pracy i własnych praw. Od kilku dni kilka milionów ludzi, z dnia na dzień, bez możliwości przygotowania się, znajduje się na przymusowym bezrobociu. Bez prawa do zasiłku, bez możliwości ubiegania się o wypłatę za czas przestoju. Gdy osoba pracuje na umowie o pracę i z niezawinionych przez nią powodów wykonanie pracy nie jest możliwe, odpowiedzialność za zaistniałą sytuację ponosi pracodawca, a prawo pracowników do wynagrodzenia podlega ochronie (Art. 81 §2 Kodeksu Pracy). Gdy nie ze swojej winy nie pracuje zatrudniony na umowie zlecenie, pracodawca tylko śmieje mu się w twarz.
Nietrudno się domyślić, że nagła utrata wynagrodzenia w sytuacji, w której osoby na śmieciówkach – czyli takie jak ja – przeznaczają średnio 50 proc. wynagrodzenia na wynajęcie mieszkania/pokoju, spowoduje, że osoby te albo nie będą miały co jeść, albo nie będą miały gdzie mieszkać. Przychylni lokatorom landlordzi zapewne zgodzą się na czasową redukcję kosztów wynajmu. Nieprzychylni – lokatorów wyrzucą.

Obok społecznego jest też aspekt czysto epidemiologiczny: niewolniczy model zatrudnienia, oparty o śmieciówki, będzie gwoździem do naszej trumny. W okresie poprzedzającym stan zagrożenia epidemicznego, osoby zatrudnione na umowy zlecenia, mimo złego samopoczucia, przychodziły do pracy. Nic to, że osoba osłabiona jest dużo bardziej podatna na infekcję koronawirusem, i – choć często przecież młoda – na rozsiewanie tego wirusa dalej. Ile osób w Polsce przychodziło do pracy i potencjalnie dalej rozsiewało koronawirusa? Gdyby osoby te objęte były ubezpieczeniem chorobowym, w przypadku wystąpienia pierwszych symptomów mogłyby poddać się domowej kwarantannie.

Prywatyzacja zysków, uspołecznienie strat

Pozostaje też sprawa zwykłej uczciwości. Pracownicy ponoszą negatywne konsekwencje spadku (braku) obrotów, natomiast w czasie, gdy te obroty rosły, nie mieli z tego tytułu żadnych korzyści. Jeżeli firma funkcjonuje przez 13h dziennie, płacąc 17 zł/h, to koszty stałe zatrudnienia wynoszą 221 zł/dzień. Dlaczego zatem, skoro pracownicy nie dostają wynagrodzenia w czasie, gdy firma nie działa, nie jest tak, że dostają pewien procent od przychodu powyżej 221 zł? System oparty o śmieciówki stworzył dla tzw. “przedsiębiorców” idealny model dywersyfikacji ryzyka bez dzielenia się potencjalnymi zyskami.

Czy czegoś nas to nauczy?

Żyjemy w państwie z kartonu i obecny kryzys powinien dać wszystkim do zrozumienia, że to się powinno zmienić. Ale czy się zmieni – wątpię. Prędzej spodziewam się narastania nastrojów ksenofobicznych, antyeuropejskich, antyglobalizacyjnych, wsobnych, zarządzania strachem. Globalizacja rozmontowała państwa z ich aparatem reagowania, zniszczyła wspólnotowość, doprowadziła do skrajnej atomizacji, w której – przez radykalnym indywidualizm – nie da się przeciwstawić poważnym zagrożeniom. Obawiam się, że odpowiedzią na ten brak wspólnotowości będzie wspólnotowość ekskluzywna, taki faszyzm 2.0.

Co boli trzydziestolatków?

Otwarci i przebojowi, a jednocześnie roszczeniowi, zuchwali, niesamodzielni. Tak zwykle się o nich pisze. Trzydziestolatkowie, rówieśnicy i rówieśniczki transformacji ustrojowej. Nie stać ich często na własne mieszkanie, niejednokrotnie pracują w sprekaryzowanych warunkach, rzadziej niż poprzednie pokolenia mają dzieci, nie wierzą w system emerytalny, rzadko podejmują aktywność polityczną.

A jak jest w szczegółach? Temat bolączek pokolenia trzydziestolatków podejmuje ekonomista dr Jakub Sawulski, sam ich rówieśnik, w swojej książce „Pokolenie 89. Młodzi o polskiej transformacji”. Autor przeprowadził wprawdzie kilkadziesiąt rozmów z ludźmi urodzonymi między 1986 a 1995 rokiem, ale to nie one stanowią najważniejszą część książki. Jest to przede wszystkim zbiór danych i analiz dotyczących głównych bolączek pokolenia ’89.
Autor nie zajmuje się tematem zwykle stanowiącym główną osnowę książek o transformacji czyli „Czy reformy Balcerowicza zakończyły się sukcesem?”. Dla pokolenia ’89 te reformy to prehistoria. Samą transformację jednak jako całość autor ocenia pozytywnie. Przypomina, że w latach 1990-2016 rokiem wskaźnik PKB na osobę wzrósł o 153 proc. Przeszliśmy tym samym z grona krajów o średnich dochodach do grona krajów o dochodach wysokich. W 2016 roku 85 proc. ludności świata żyło w krajach o niższym PKB na głowę niż Polska. I tyle, jeśli chodzi o sukcesy.
Zapomnieć o mieszkaniu…
Autor nie bez powodu tytułuje drugi rozdział „Młodzi bezdomni”. Aż 46 proc. młodych ludzi (w wieku 25-34 lata) mieszka bowiem z rodzicami. Jednak to nie czynniki kulturowe czy psychologiczne, jak często utrzymuje liberalna prasa, o tym decydują. Kluczowa okazuje się zwykła niedostępność mieszkań. W Polsce na 1000 obywateli przypadają 363 mieszkania, gorzej jest tylko na Słowacji (360) przy średniej dla UE 480. Niewystarczająca liczba mieszkań powoduje trwałą nierównowagę między ich właścicielami a najemcami. Mogą oni dzielić pokój na dwa mniejsze, dyktować sposób jego urządzenia, nie przeprowadzać odpowiednich remontów, czy też oferować mieszkania o bardzo niskim standardzie. Kupno własnego mieszkania wiąże się często z 30-letnim kredytem.
Wobec faktu, że wielu młodych wystarczającej zdolności kredytowej nie ma, najważniejsze dla nich są ceny wynajmu, a zwłaszcza stosunek tych cen do przeciętnej pensji. Średnia cena wynajmu średniego mieszkania wynosiła w lutym 2018 roku w Bydgoszczy 1528 zł, w Poznaniu 1886 zł, we Wrocławiu 2136 zł, w Gdańsku 2362 zł, w Warszawie 2889 zł. Tymczasem mediana wynagrodzeń w Polce wynosi na rękę 2500 złotych (połowa ludzi zarabia mniej, połowa więcej od tej wartości). Wynika z tego jasno, że samodzielne wynajmowanie mieszkania jest dla większości osób niedostępne; jak zauważa autor, „ciężko wynająć coś przyzwoitego nawet we dwoje”.
Rozwiązanie problemów mieszkaniowych widzi Sawulski w rozwoju towarzystw budownictwa społecznego, których celem jest budowanie mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach dla osób o średnich dochodach. W 80 proc. właścicielami,albo głównymi udziałowcami są gminy, a TBS-y mogłyby korzystać z preferencyjnych kredytów Krajowego Funduszu Mieszkaniowego powołanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego.
Co z głośnym programem Mieszkanie Dla Młodych? Sawulski udowadnia, że był finansowany w daleko niedostatecznym stopniu: w 2018 roku do rozdysponowania w ramach tego programu było zaledwie 381 mln złotych. Dla porównania: to niecałe 2 proc. wydatków przeznaczanych na program 500+.
Sawulskiemu podoba się funkcjonujące w Niemczech od 1982 r. tak zwane lustro czynszowe (niem. Mietspiegel), czyli fakt, że władze obowiązkowo cyklicznie publikują dane dotyczące porównywalnych stawek wynajmu mieszkań na danym obszarze (średnich, najniższych oraz najwyższych). Rozwiązanie takie chroni wynajmujących przed przepłacaniem za dany lokal. „W niemieckim prawie obowiązuje także ograniczenie, zgodnie z którym podwyżka czynszu nie może w ciągu trzech lat przekroczyć 20 proc. Od 2015 roku wprowadzono również zasadę, zgodnie z którą w określonych regionach kraju (z napiętą sytuacją mieszkaniową ) czynsz w nowych umowach najmu nie może być wyższy niż 110 proc. średniej stawki rynkowej” – pisze Sawulski.
… i o stałym zatrudnieniu
„Jesteśmy krajem o największym odsetku pracowników zatrudnionych na umowy czasowe w całej UE” – pisze dalej Sawulski. W Polsce na umowy o pracę na czas określony i umowy cywilnoprawne pracuje 28% proc. pracowników przy średniej dla UE 12 proc. Warto przy tym zauważyć, że 5 krajów o najniższym wskaźniku zatrudnienia na umowy czasowe w UE to kolejno Rumunia, Litwa, Łotwa, Estonia i Bułgaria, a więc kraje stosunkowo biedne. Nieprawdą jest zatem, że sprekaryzowane zatrudnienie jest charakterystyczne dla krajów uboższych lub tych, które przechodziły transformację.
Osoby zatrudnione na umowy czasowe będą miały niższe emerytury. Są oni znaczniej rzadziej niż pracownicy na umowach bezterminowych przez swoje firmy szkoleni. „Nietrudno to wytłumaczyć – firmie nie opłaca się inwestować w pracownika, jeśli nie wiążę z nim długoterminowej przyszłości. Zatrudnienie czasowe ponownie okazuje się więc swego rodzaju pułapką – umowa czasowa powoduje, że pracownik nie ma okazji podnosić w firmie swoich kwalifikacji, a brak wyższych kwalifikacji powoduje, że ma słabsze argumenty w walce o zatrudnienie stałe” – podkreśla autor. Wreszcie, zatrudnieni na umowach czasowych zarabiają średnio około 30 proc. mniej niż osoby zatrudnione na czas nieokreślony, częściej są też zmuszani do nadgodzin. Jest więc oczywiste, że umowy czasowe nie sprzyjają stabilizacji i decyzji o założeniu rodziny.
Przyczyną prekaryjności zatrudnienia w Polsce jest wysokie oskładkowanie i opodatkowanie niskich wynagrodzeń przy umowie o pracę. Przy tej samej wysokości wynagrodzenia można płacić aż ponad 40 proc. podatków i składek lub też mniej niż 15 proc. przy umowie o dzieło. System sprzyja więc ucieczce pracodawcy przed zatrudnianiem na umowę o pracę.
Uczciwy nie ma szans
Problemem polskiej gospodarki, a więc też młodych pracowników jest też nadmierna liczba mikrofirm. Chwalone i przedstawiane jako sposób na życie, charakteryzują się znacząco mniejszą wydajnością, a co za tym idzie niższymi płacami. W 2016 roku średnia płaca w mikrofirmach wynosiła 1900 złotych na rękę, a w firmach dużych ponad 3500 złotych.
Andrzej, rocznik 1990, który kilka lat temu założył firmę w branży zdominowanej przez mikroprzedsiebiorców tak mówi o tym środowisku: „Utrzymać się może tylko ten, kto kombinuje. Daje niskie pensje, umowy śmieciowe, zatrudnia na czarno, wypłaca część pensji w kopercie (…). Do tego kupuje puste faktury i nie płaci kontrahentom w terminie. Ten, kto chce być od początku uczciwy, nie ma szans”.
Normalką w małych firmach jest też płacenie minimalnej pensji i premii uzależnionej od wyników, czy też zmuszanie do pracy po kilkanaście godzin dziennie.
Na dzieci nie stać, emerytur nie będzie
Jak zauważa Sawulski: „Jeśli policzymy średni wskaźnik dzietności w państwach UE w dłuższym okresie od 2000 do 2016 roku to Polska z wynikiem 1,32 zajmuje ostatnie (!) miejsce w całej UE.”
Do czasu wprowadzenia programu 500 plus polityka prorodzinna w Polsce w zasadzie nie istniała. Jednak za największe zaniedbanie w polityce prorodzinnej uznaje autor niską dostępność żłobków i przedszkoli. W 2016 roku w opiece formalnej znajdowało się w Polsce nieco ponad 60 proc. dzieci w wieku 3-6 lat i 8 proc. przed ukończeniem dwóch lat. W Unii to odpowiednio 80 proc. i 30 proc.
Program 500 plus znacznie ograniczył skrajne ubóstwo, szczególnie wśród rodzin wielodzietnych. Jednak wbrew irracjonalnym oczekiwaniom PIS-u w 2017 roku liczba dzieci wzrosła jedynie o 20 tysięcy.
Perspektywa niskich emerytur i nieprzewidywalność systemu emerytalnego spędza sen z powiek niejednemu młodemu człowiekowi. W 2016 roku przeciętna emerytura wynosiła nieco ponad 60 proc. ostatniej płacy. W 2060 r., czyli kiedy dzisiejsze pokolenie 30-latków będzie przechodziło na emeryturę, szacowana kwota zastąpienia wyniesie zaledwie 24 proc., co stawiać nas będzie na szarym końcu UE. Osoba zarabiająca w 2016 roku w okolicach mediany płac (3500 złotych brutto, 2500 na rękę) otrzyma po 35 latach pracy około 950 złotych brutto (815 złotych netto).
U rozmówców Sawulskiego przeważa nieufność wobec systemu emerytalnego. Sam autor przy tym nie przesądza, czy obecny system jest dobry, czy też lepsza byłaby emerytura obywatelska gwarantująca pewien minimalny poziom świadczeń każdemu. Skłania się jednak do opinii, że najlepiej byłoby zachować obecny system i podwyższyć wiek emerytalny do 67 lat dla obu płci. Wtedy odsetek pobierających emeryturę minimalną spadłby z przewidywanych 70 proc. do 30 proc.
Kolejnym obszarem zainteresowania Sawulskiego jest edukacja. Tu należy podkreślić że nie jest prawdą, by młodzi Polacy znacznie częściej niż przedstawiciele innych narodów podejmowali studia wyższe. W grupie wiekowej 25-34 lata wykształceniem wyższym może pochwalić się 44 proc. Polaków, ale podobne wskaźniki występują wśród innych narodów OECD. Jednak rzadziej niż w innych krajach polscy studenci łączą studia z pracą. W 2017 roku jedynie 10 proc. osób w wieku 18-24 lata łączyło naukę z pracą w porównaniu z 46 proc. w Holandii, 39 proc. w Danii i 32 proc. w Niemczech. Niestety zarówno wykładowcy jak i pracodawcy w Polsce niechętnie spoglądają na próby łączenia nauki z pracą zawodową (nie dorywczą).
W ostatnim rozdziale „Obywatele zza ekranu monitora”, Sawulski próbuje zdiagnozować postawy młodych wobec polityki. Jego rozmówcy deklarują, że się nią interesują, chodzą na wybory. Jednak exit polls z pierwszej tury wyborów samorządowych z października 2018 roku rysują niepokojący obraz.
Bierność i strach
W wyborach wzięło udział zaledwie 35 proc. osób w wieku 18-29 lat i aż 55 proc. w wieku 60+. Jeśli jednak liczby te nałoży się na strukturę demograficzną Polski w roku 2060 to „liczba głosów oddanych przez osoby młode wynosiłaby 1,3 miliona, a przez osoby starsze 7,1 miliona. Oznaczałoby to, że w takiej demokracji AD 2060 politycy mieliby „minimalne bodźce do inwestowania w rozwój”. Młodzi ludzie znacząco rzadko angażują się w działalność organizacji politycznych. Czyni tak zaledwie 4 proc. osób w wieku 15-30 lat, podczas gdy w Austrii czy Niemczech jest to jedna na osiem, dziewięć osób.
Wzrost poparcia dla ugrupowań skrajnych łączy autor z upowszechnieniem internetu, kryzysem zaufania do instytucji politycznych i rozpowszechnieniem się strachu. Jak zauważa, strach odczuwa aż 67 proc. wyborców Trumpa i 45 proc. utożsamianej z systemem Hilary Clinton, a „W przypadku brexitu strach odczuwa 54 proc. jego zwolenników, ale jedynie 27 proc. jego przeciwników”. Wśród polskich rozmówców Sawulskiego dominowała nieufność wobec wszelkich partii. Autor wiąże ją z wojną plemion między zwolennikami PiS i PO. Jak ironizuje Sawulski, priorytetem dla polskich polityków była na przykład nowelizacja ustawy o IPN uchwalona w ciągu jednego dnia w czerwcu 2018 roku. Sprawy mieszkaniowe i demograficzne nie przyciągają takiej uwagi i zaangażowania.
Autor przypomina, że w wyborach z 2015 roku PiS i PO uzyskały łącznie 41 proc., podczas gdy 43 proc. „zgarnęły łącznie trzy partie które można zakwalifikować jako antysystemowe: Kukiz 25, KORWIN i Razem”. Dlaczego młodzi ludzie w tak znaczącym stopniu im zaufali? Tego, niestety, Sawulskiemu nie udaje się w pełni przekonująco wytłumaczyć.
Swoistym rozczarowaniem są również propozycje rozwiązań zdiagnozowanych problemów. W stosunku do ich skali wyglądają skromnie i cechuje je się swoisty konserwatyzm. Proponuje on kampanię drobnych „szturchnięć” (ang. nudges) mających zachęcić (w formie finansowanych przez państwo) programów edukacyjnych do udziału w polityce. Chodziłoby o zaszczepienie młodym ludziom już w szkołach przekonania że działalność publiczna jest czymś godnym i zasługującym na szacunek i uznanie. Autor „Pokolenia’89” przekonuje też, by podwyższyć pensje posłom, gdyż „Dzisiaj losowy dyrektor finansowy w średniej wielkości firmie zarabia dwa razy więcej niż poseł”. Pomocne w rozwiązywaniu problemów społecznych pokolenia transformacji ma być również… wprowadzenie konsultacji społecznych do ustaw na Twitterze czy Facebooku.
Książka Sawulskiego daje interesujący obraz wyzwań i bolączek pokolenia trzydziestolatków. Może być swoistym przewodnikiem dla polityków po problemach młodego pokolenia, wśród których, powtórzmy, wyróżniają się te związane z brakiem dostępnych mieszkań, odpowiedniej jakości miejsc pracy, czy niskim przyrostem naturalnym i niepewnymi emeryturami. Czy jednak proponowane przez niego rozwiązania są wystarczające?
O tym powinni zadecydować sami młodzi, ale skrajnie prawicowe poglądy znacznej ich części będą na pewno przeszkodą w racjonalnej i merytorycznej debacie. Dla lewicy wyłania się więc wyzwanie, przekonać młodych antysystemowców – i nie tylko – do swojej wizji stosunków pracy i własności.

Jakub Sawulski – „Pokolenie ’89. Młodzi o polskiej transformacji”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, str. 256, ISBN 978-83-66232-28-0.

Śmieciowy rynek… pracy

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrost liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.

GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Szacunkowa liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2017 r. wyniosła ok. 1,2 mln i w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r. zmniejszyła się o ok. 4 proc.

Dane GUS dowodzą, że wbrew tezom liberalnych ekspertów sytuacja na polskim rynku pracy wcale nie jest dobra. Rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną, a ponadto zwiększa się skala samozatrudnienia, które w wielu przypadkach ma charakter wymuszony. Chociaż spadła stopa bezrobocia, dużą część rynku pracy stanowią niestabilne, niskopłatne formy zatrudnienia.

Na dodatek Polska wciąż pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową według ostatnich danych GUS ma ponad 3,1 mln osób, czyli blisko 24 proc. pracowników etatowych. Ponadto setki tysięcy ludzi pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży, wolontariatu czy w szarej strefie. Łącznie około połowy pracujących ma niestandardowe rodzaje zatrudnienia, a na dodatek płace znacznej części pracowników budżetówki od wielu lat są zamrożone. Smutny obraz polskiego rynku pracy uzupełniają raporty Państwowej Inspekcji Pracy, z których wynika, że pracodawcy na masową skalę łamią przepisy prawa pracy, co dotyczy między innymi ewidencji czasu pracy czy omijania etatowego zatrudnienia. W świetle tych danych za ponury żart należy uznać często powtarzaną tezę, zgodnie z którą mamy w Polsce rynek pracownika.

Szklane domy

Odpowiedź na felieton Doroty Wellman, oburzonej, że młodzi Polacy nie idą z KOD-em bronić demokracji.

 

Na utyskiwania Doroty Wellman na temat młodych, którzy „czekają aż im się odetnie Netflixa” żeby ruszyć tyłki w obronie demokracji, w przeciwieństwie do pokolenia 60-latków, którzy poświęcali się w całości walce z systemem – zdążyli już odpowiedzieć Jan Śpiewak i Adam Wajrak. Celną polemiką z uniwersalnymi zarzutami z katalogu zaangażowanych działaczy KOD jest również tekst Kai Puto w Krytyce Politycznej, choć powstał wcześniej niż felieton Wellman w „Wysokich Obcasach”. Jednak i ja chciałabym dorzucić swoje trzy grosze do tej medialnej awantury.
Po mediach społecznościowych krąży jeszcze ciągle wypowiedź Waltera Chełstowskiego o mądrym KODzie i głupiej reszcie, zresztą Zaratustra Opozycji nie daje za wygraną i produkuje kolejne obraźliwe tweety w tym samym duchu. Teraz, oprócz Zaratustry, jeszcze i Wróżka Dorota postanowiła powiedzieć nam, „jak jest”. Dziękujemy, o oświeceni! Wyjaśnijcie nam jeszcze tylko, czy to Wasz przywilej uderzył Wam do głów tak bardzo, że zaczęliście mieć pretensję do ludzi, którzy próbują normalnie żyć w rzeczywistości śmieciowego zatrudnienia i wypłaty na czas postrzeganej w kategoriach wyjątku i dziwu nad dziwy? „Seriale im się zachciewa oglądać!” – sarkacie. Tacy z nas bezczelni roszczeniowcy!
Krytykuje Pani martyrologiczne zacięcie PiS, ale sama wchodzi dokładnie w tę samą narrację, wzbogaconą na dodatek starczym marudzeniem z serii „kiedyś to było…”. Wasi rodzice byli internowani, a wasi dziadkowie to już w ogóle, jak te kamienie na szaniec szli. Czego od nas chcecie, żebyśmy się wszyscy gremialnie podpalili pod Pałacem Kultury? Zrobili drugie powstanie warszawskie? Wystarczająco, jak mawiał klasyk, godnie?!
Zna Pani piosenkę Georgesa Brassensa „Śmierć za idee”? „My o przedwczesny zgon nie chcemy się już starać”. Oczywiście, dostrzegam różnicę. Nie każe nam Pani umierać dosłownie. Ale proszę od nas nie wymagać, żebyśmy, zapieprzając w nisko płatnej pracy i łapiąc po drodze kolejne fuchy, których jutro może nie być – nie wkurzali się, że nie możemy spokojnie pojechać w weekend nad wodę albo włączyć telewizji (tak, tego osławionego Netflixa – w naszym wynajętym pokoju albo 17-metrowej kawalerce) żeby ktoś się do nas nie przyczepił, że śmiemy czasem jeszcze trochę korzystać z życia. W imię utrzymania tego porządku mamy się jeszcze dać pokroić, bo pani Wellman i Chełstowski mówią, że tak trzeba?
Pani pokolenie miało inne bolączki. Nie znało smartfonów, ale nie znało też śmieciówek. Absurdem jest mieć do nas pretensję, że żyjąc w XXI wieku, chcemy korzystać ze zdobyczy XX. Tak, chcemy. To zbrodnia?
I tak połowa z tego, co obiecywali nasi rodzice (uczcie się języków, trzaskajcie bezpłatne staże, zakładajcie firmy, a będziecie kąpać się w dobrobycie) okazała się picem na wodę, szklanymi domami z opowieści ojca Czarusia Baryki. Za tłumaczenie z tych języków, co żeśmy się ich tak zawzięcie uczyli, dostajemy złodziejskie stawki za stronę maszynopisu. Wie Pani, jak wygląda praca w gastronomii w Polsce? Na Wyspach kelnerka ma swój, kupiony za gotówkę, dom i samochód. My pracujemy po 16 godzin, pracujemy tak naprawdę na zapas, bo nie mamy tego komfortu, że 30 lat przesiedzimy w jednym zakładzie. I jeszcze jesteśmy szturchani z jednej strony, że przydałoby się nam dowalić bykowe, bo taka z nas wygodnicka klasa średnia i z drugiej, że jesteśmy leniwe kluchy, nie to co wy, bohaterowie.
Błąd popełnia Jan Śpiewak, tłumacząc się pani Dorocie w imieniu swojego pokolenia. Jeżeli nie wiedziała do tej pory, ilu „młodych” można spotkać na demonstracjach w obronie praw zwierząt, ilu na blokadach eksmisji, a ilu na upamiętnieniach Dąbrowszczaków, to już się zapewne i tak nie dowie. Robimy tyle, ile możemy. Jeżeli chcieliście nas zdemotywować do końca, to gratulacje, udało Wam się bez pudła. Teraz już mamy pewność, że Netflix bardziej wart jest obrony niż cały ten pełen wyzysku i nierówności system, który pragniecie utrzymać.