All about the money

Dostałem od nowego rektora Uniwersytetu Warszawskiego informację, że zajęć stacjonarnych na UW nie będzie w tym semestrze wcale albo prawie wcale. Bo covid. Wcześniej takie same decyzje podjęły senaty Uniwersytetu Śląskiego i SGH. Tymczasem minister Murdzek mówi, żeby wracać do nauki, bo nie ma przeciwskazań. A tu, masz ci Wiktor, jednak jakieś są.

Akuratnie jestem w trakcie webinarium w Lublinie. Webinarium to taka konferencja naukowa/wykład, prowadzona za pomocą internetu. Może być wyłącznie onlajnowa albo hybrydowa, tzn. trochę onlajnu i trochę stacjonarnie. Ta dzisiejsza, w Lublinie jest właśnie hybrydowa. Część prelegentów przyjechała do Lublina i mówi w czasie rzeczywistym. Przeważająca jednak część, w tym ja, wybrała wersję onlajnową. Organizatorzy udostępniają zainteresowanym stream i łączą się na czas prelekcji z mówcą; po wystąpieniu, podobnie jak drzewiej to bywało, następuje (lub nie) dyskusja. Niby wszystko odbywa się zgodnie ze sztuką i metodologią, jak Pan Bóg przykazał. Czegoś jednak brakuje.

Ci, którzy zdecydowali się przyjechać do Lublina i wziąć udział w konferencji na żywo, oprócz pamiątkowych dyplomów dostali w pakiecie przerwę kawową, w erze covidu ograniczoną do kwadransa bez kuluarowych dyskusji, oraz przerwę obiadową: zapakowane w folię i styropian lanczboxy oraz płyn dezynfekcyjny do zdezynfekowania dłoni. Konsumpcja odbywać się ma na stosowną odległość między konsumentami. Można na jej czas zrzucić maseczkę, ale jak ktoś umie spożywać bez zdejmowania, to nie musi. Tak ma wyglądać integracja środowiska akademickiego tu i teraz. Wymiana poglądów, krytyczny i kreatywny spór. Albo na odległość dwóch metrów w masce, albo przez internet. Z dwóch metrów ciężko się jednak ludziom wzajemnie odnaleźć, stuknąć kieliszkiem, wypić bruderszaft. Przez internet mało co słychać i niewiele widać, obraz i fonia zacinają się i nie można na niczym skupić uwagi. Ktoś w dyskursie naukowym zakorzeniony, może to jeszcze jakoś przecierpieć. W końcu idzie o prawdę, do ciężkiej cholery. Nie mogę sobie jednak wyobrazić, jak studenci, zwłaszcza pierwszych lat, mieli by się odnaleźć w tym przedziwnym i quasinaukowym cyberświecie. Bo z tym każdy się zgodzi, że jakość takiego kształcenia jest cokolwiek dyskusyjna, a w niektórych przypadkach/dziedzinach, po prostu żadna. Słuszność więc ma minister, że wzywa do nauki jak dawniej, przed covidem. Ma słuszność, ale nie ma pieniędzy.

Czemu trzy duże uczelnie zrezygnowały z nauki rzeczywistej kosztem zdalnej? Ano głównie dlatego, że nie mogłyby utrzymać narzuconych reżimów sanitarnych. Dodajmy, nie mogłyby za te same pieniądze, którymi muszą gospodarować na bieżąco. W oparciu o tę pulę państwowych dotacji, nie możliwym byłoby zapełnianie w odpowiednim stopniu sal seminaryjnych i wykładowych. Trzeba by zmniejszyć liczbę studentów, a tym samym zwiększyć zatrudnienie kadry. Dałoby się to uczynić, jednakże nie za darmo. Najpierw pan minister musiałby wysupłać u premiera dodatkowy grosz na extra pensum dla wykładowców i to jest cała tajemnica. Ale kto da kasę na naukę i wyższe uczelnie. Polikwidujcie deficytowe kierunki: filozofię, nauki społeczne, kulturoznawstwo, a sami zobaczycie, że oszczędności od razu się znajdą.

Gdyby jednak, jakimś cudem, pieniądze się znalazły, można by wtedy pousadzać studentów co drugi rząd. Pozmniejszać liczebność grup. Zapewniam, że nawet przed covidem, wszystkim wyszłoby to na zdrowie. Prowadzenie ćwiczeń w grupie 35 osobowej nie jest na UW, największej, polskiej uczelni, niczym nietypowym. Szłoby więc, przy odpowiedniej determinacji uczelnianych władz, to wszystko pohetać i ogarnąć; studenci wróciliby na uczelnie od października rzeczywiście a nie onlajnowo. Niestety, bez pieniędzy się nie uda. Jak ze służbą zdrowia; jeśli ma być nowoczesna i sprawna, trzeba na nią łożyć więcej niż na armię i nowe zabawki do zabijania. O tym już pan minister Murdzek nie wspomniał. Podobnie jak żaden inny minister, który wzywa do powrotu do normalnego życia jak przed covidem, ale nie mówi już, że nawet tak banalna sprawa jak życie, po covidzie, więcej ludzi kosztuje. Finansowo zwłaszcza.

Nawijałem na konferencji lubelskiej 15 minut. Raz mnie nie było widać, raz słychać. Raz jedno i drugie. Od października mam zacząć mówić młodym ludziom o tym i owym przez internet. Raz mnie nie będzie słychać, raz widać, a najczęściej młodzież po prostu wyłączy kamerę, żeby mieć święty spokój. Ja bym tak zrobił.

Głos lewicy

Granty, wnioski i niesprawiedliwość

 

Łukasz Moll krytykuje system przyznawania grantów i finansowania nauki na polskich uczelniach wyższych:

Sukces w postępowaniu grantowym to w dużej mierze, owszem, wynik ciężkiej pracy i talentu, ale te zdecydowanie nie wystarczą. Potrzebne jest zwykłe szczęście – to, żeby trafić na kompetentnych, a przy okazji nieuprzedzonych do tematu czy paradygmatu recenzentów. Niezbędny jest know how jak w ogóle pisać takie wnioski – to coś, czego nie nabywa się w toku kształcenia, coś, co ktoś bardziej doświadczony w tej materii musi Ci pokazać. Wobec tego nie obędzie się bez znajomości. Te mają niebagatelne znaczenie przy wyborze opiekuna projektu. Ze swoim tematem i obszarem zainteresowań na moim uniwersytecie nie znalazłbym absolutnie nikogo, kto miałby dorobek pozwalający wnioskowi przejść przez sito oceny. Oznacza to, że w wielu przypadkach trzeba uciec z peryferii do centrum – co też zrobiłem – a tego nie da się zrobić bez odpowiedniej sieci kontaktów, przy zdobywaniu której znowu odgrywają role rozmaite czynniki, na które nie do końca mamy wpływ.
Poza tym robota nad tym wnioskiem jest niewdzięczna. W przypadku porażki cały trud idzie po prostu na marne. Dołujące są negatywne opinie recenzentów, jeśli w oczywisty sposób wynikają z niekompetencji. Od takich recenzji nie ma ścieżki odwoławczej. Cały proces oceny jawi się jako obiektywny i merytokratyczny, stąd jeśli się nie udaje zaczynamy nadmiernie szukać winy po swojej stronie – przejrzenie tego, jak ten system działa, jak arbitralnie odsiewa jednych i wspiera drugich, wymaga odpowiedniego rozpoznania. Posiadanie go frustruje dodatkowo, bo co nam po takiej wiedzy, skoro nie jest premiowana?
Inaczej wreszcie aplikuje się o grant, gdy ma się stabilną sytuację zawodową albo jakieś zabezpieczenie materialne i wtedy to jest po prostu wzmocnienie naszego potencjału badawczego, szansa na wskoczenie na wyższy poziom, a inaczej, gdy grant jest dla Ciebie – tak jak dla mnie – ostatnią deską ratunku, która pozwoli Ci się utrzymać na powierzchni i pracować w zawodzie przynajmniej przez jakiś czas, a być może otwiera Ci drogę do stałego zatrudnienia w przyszłości.
Wiem, ilu bezsprzecznie bardziej zdolnych, pracowitych i interesujących ode mnie młodych akademików grantu nie dostało. Wiem też, ilu wyraźnie słabszych niż ja się na niego załapało. Biorąc to wszystko pod uwagę, nigdy nie będę jednym z tych, którzy powiedzą „jak najwięcej grantów, premiować tylko najlepszych, obiektywnie weryfikować czyjeś zdolności, nie dawać kasy byle komu”. Wystarczająco długo byłem tym „byle kim”, żeby widzieć się teraz po drugiej stronie.