Trójkąt utajniony

W Polsce dzieją się niezwykle ważne wydarzenia, które nie znajdują jednak swego należytego odzwierciedlenia w krajowych mediach.

W zeszłym tygodniu polskie media żyły rządową wojną propagandową z Konwencją Stambulską oraz nowymi ogniskami koronowirusa. Owe batalie skutecznie „przykryły” wydarzenia niezwykle ważne dla relacji polsko- ukraińskich. W Warszawie obyło się uroczyste otwarcie nowej siedziby Ambasady Ukrainy w Polsce. Z udziałem ministrów spraw zagranicznych Ukrainy i Polski Dmytra Kuleby i Jacka Czaputowicza.

„Przeszedłem korytarzami budynku i taką właśnie chcemy widzieć Ukrainę w świecie: wygodną, nowoczesną, elegancką, zręczną i napełnioną sensem. Jestem przekonany, że ten budynek symbolizuje Ukrainę, którą chcemy zbudować”, powiedział wtedy minister Kuleba korespondentowi portalu Ukrinform.

W czasie otwarcia przemawiał też pan minister Czaputowicz. Uznał, że nowy budynek ambasady to „dobry symbol zakorzenienia Ukraińców w polskim społeczeństwie”. Ocenił, że ich obecność jest „bardzo ważna dla polskiej gospodarki”. Ponieważ jest ich coraz więcej, to potrzebują lepszej opieki konsularnej. Otwarcie nowego budynku ambasady i konsulatu ułatwi Ukraińcom życie w Polsce.

Pan minister zadeklarował, że „Polska konsekwentnie wspiera suwerenność i niezależność Ukrainy w granicach wyznaczonych przez prawo międzynarodowe”. Będzie nadal wspierać Kijów na drodze do UE i NATO.Przypomniał też, że wizyta ministra Kuleby i otwarcie ukraińskiej placówki przypadają na ważną rocznicę – Stulecia porozumienia Piłsudskiego z Petlurą. „To są historyczne ramy, na których możemy budować naszą obecną współpracę między naszymi krajami i naszymi społeczeństwami”, zadeklarował.

Trójkąt Lubelski

Otwarcie nowej ambasady Ukrainy zbiegło się z narodzeniem nowego formatu sąsiedzkiej współpracy. Jego narodziny ogłosili ministrowie spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kuleba, Litwy Linas Linkevicius, i Polski pan Jacek Czaputowicz. Uczynili to w Lublinie, pod pomnikiem Unii Lubelskiej. Co miało wskazywać historyczne korzenie przyszłej współpracy.
Polski minister wyjaśnił, że Trójkąt Lubelski nie będzie sformalizowaną instytucją, ale nieformalną platformą dla regularnych spotkań, wymiany informacji i współpracy. Zacznie się ona od stworzenia nowych stanowisk „oficerów łącznikowych” w resortach spraw zagranicznych trzech krajów oraz regularnych trójstronnych konsultacji na szczeblu ministrów i dyrektorów departamentów. „Być może współpraca ta rozszerzy się także na inne instytucje”, przewidywał pan minister Czaputowicz.

Dzięki nowemu Trójkątowi trzy sąsiedzkie kraje będą rozwijać cele Partnerstwa Wschodniego, skutecznie zwalczać pandemię koronawirusa, wspierać europejskie i euroatlantyckie aspiracje Ukrainy, współpracę w ramach Inicjatywy Trójmorza. A także „LitPolUkrbrig, którą uznano za udaną formę wojskowej współpracy na wschodniej flance NATO”. Kolejne trójstronne spotkanie ma odbyć się w Kijowie. Jednym z jego głównych tematów będzie wspólna walka z rosyjską dezinformacją i reinterpretacją historii. Jest to bardzo ważne w kontekście konfliktu w Donbasie, który wygasł tylko pozornie, przypomniał pan minister Czaputowicz.

Z Banderą czy bez

Zgodny ton deklaracji wspólnej polityki historycznej ukrył istniejące, nadal nierozwiązane konflikty między politykami historycznymi. W polskim mediach wspomniano jedynie o problemie polskiej szkoły w Mościskach, której grozić może ukrainizacja programu nauczania. O czym media ukraińskie nie informowały. Poinformowały za to, że minister Kuleba uzależnił zgodę na dalsze polskie prace poszukiwawczo- ekshumacyjne na Ukrainie od odnowienia przez stronę polską pomnika-cmentarza żołnierzy UPA, poległych w walce z Armią Czerwoną, na podkarpackiej górze Monastyrz. Pomnik zdewastowali w 2016 r. nieznani sprawcy.

Minister Kuleba

„zwrócił uwagę na znaczenie postawy szacunku wobec pochowanych w Polsce ukraińskich wojskowych”, szczególnie do grobów żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej, którzy byli polskimi sojusznikami podczas wojny z bolszewikami w 1920 roku. Przypomniał, że strona polska niejednokrotnie twierdziła, że każdy ma prawo do godnego pochówku na terytorium Polski, niezależnie od pochodzenia czy przynależności do ugrupowań wojskowych lub politycznych. O tym stanowisku ukraińskiego ministra polskie media głównego nurtu nie poinformowały.

Do czasu wyborów parlamentarnych i prezydenckich politycy PiS i związane z nimi media starały się nagłaśniać wszelkie przejawy ukraińskiego gloryfikowania UPA i Bandery. Sam pan prezes Jarosław Kaczyński skierował do ukraińskiego prezydenta Petra Poroszenki przestrogę, że „Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie”. Elity PiS wielokrotnie też okazywały swą niechęć do samego Poroszenki i jego współpracowników. Uważały, że zatrudniają oni jako zagranicznych ekspertów jedynie ludzi związanych z PO: Sławomira Nowaka, Marcina Święcickiego, Balcerowicza nawet. Kiedy ekipa prezydenta Zełenskiego zaczęła rozliczać poprzedników, i przy okazji także znienawidzonego przez elity PiS, zatrudnionego tam Nowaka, wówczas sympatie wobec obecnego ukraińskiego prezydenta od razu w PiS wzrosły.

Do czasu wyborów elity i media PiS cynicznie wykorzystywały środowiska kresowiaków. Wspierały pamięć o rzezi wołyńskiej, krytykowały ukraińskich nacjonalistów gloryfikujących UPA i Banderę. Walczyły o wpływy w tych środowiskach z politykami Kukiz15, Konfederacji i organizacjami zrzeszającymi kombatantów Ludowego Wojska Polskiego. Chodziło tylko o głosy środowisk kresowych i kombatanckich. W tym roku uroczystości upamiętniających akty ludobójstwa na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej nie było. Co ze zdumieniem odnotowały media związane z Konfederacją i środowiskami kombatanckimi. Oficjalnym powodem zaniechania był koronawirus. Ale wiewiórki w Warszawie ćwierkają, że elity PiS postanowiły zresetować relacje z ekipą prezydenta Zełenskiego. Przewartościować politykę historyczną.

„Chcielibyśmy, aby wznowiła prace komisja historyczna, odpowiednie resorty. Musimy też prowadzić badania, oceniać naszą historię, zwłaszcza te trudne, tragiczne jej epizody, tak aby nie była ona przeszkodą do dzisiejszej współpracy między naszymi państwami i społeczeństwami – powiedział pan minister Czaputowicz. Podkreślił też, że polska mniejszość na Ukrainie, jak i ukraińska mniejszość w Polsce spełniają „bardzo ważną rolę w relacjach obu państw”. Powiedział, że „historii nie możemy zmienić” i dlatego oba kraje powinny działać tak, żeby „nasze dwa narody w przyszłości miały wyłącznie dobre strony”.

Zaś minister Kułeba zadeklarował, że Polska i Ukraina są bliskimi partnerami i przyjaciółmi, których łączy „rozumienie europejskich i światowych procesów”. Wyraził wdzięczność za „konsekwentne wsparcie, którego Polska udziela Ukrainie w UE i w NATO”. Zapowiedział stworzenia międzynarodowe grupy zajmującej się problemem deokupacji Krymu. Polska mogłaby być jednym z jej liderów. Co mile łachocze mocarstwowe ego elit PiS, leczy ich międzynarodowe kompleksy.

Teraz gospodarka

Polska gospodarka potrzebuje i będzie potrzebować pracowników z Ukrainy. Zwłaszcza kiedy napłyną pieniądze z Unii Europejskiej przeznaczone na inwestycje. Kiedy ruszy program inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną. Zapotrzebowania to widzą też Ukraińcy. W 2019 roku to oni kupowali najwięcej mieszkań w Polsce. Wyprzedzając Niemców i Chińczyków. Polskie firmy chciałyby więcej zarabiać na Ukrainie. Nie tylko one, konkurencja jest tam wielka. Ale zarabianie w czasach wojen o historię bywa dodatkowo utrudnione.

Zatem kalkulacja elit PiS jest prosta. Zmieniamy akcenty polityki historycznej wobec Ukrainy. Od teraz akcentujemy sojusz antyradziecki Piłsudskiego i Petlury, a spory o UPA wyciszamy. Pozostawiamy je historykom. Zresztą na razie cały ten reset polsko- ukraiński czynimy po cichu. Bez propagandowych fanfar. Nie wspominamy o nim, podobnie jak o obietnicach niezłomnej, antybanderowskiej postawy złożonych środowiskom kresowym i kombatantom.

Do najbliższych wyborów parlamentarnych pozostały trzy lata. W tym czasie część niezadowolonych wyborców z niespełnionych obietnic opuści ten ziemski padół. Biologia i pandemia też elitom PiS pomoże.

Syn i ojciec

Jedna z kart dramatycznej historii stosunków polsko-ukraińskich.

Kresy Wschodnie Polski. Lata wojny. Rok 1943. Mieszkali tam Polacy, Ukraińcy i inne narodowości. Właściwie nie było wsi i miast, w których mieszkały różne nacje. Od lat Polacy i Ukraińcy stanowili większość mieszkańców. Była to kraina mozaiki narodowościowej. Niemal od stuleci tak było. Po I wojnie światowej osiedliły się tam tysiące Polaków. Władze Polski niepodległej nadawały tam ziemie osadnikom wojskowym.

Lachy

Była to żyzna ziemia. Otrzymali oni znaczną pomoc finansową i materialną od państwa polskiego. Tworzono duże, zasobne gospodarstwa rolne, na które z zazdrością spoglądali Ukraińcy, nazywając ich właścicieli panami, Lachami. Ogromny dramat ludności polskiej na tych terenach rozpoczął się w czasach parcia Niemców na wschód. Zajęli oni znaczne obszary byłego Związku Radzieckiego.
Ich polityka narodowościowa sprzyjała powstaniu ośrodków nacjonalistów ukraińskich o charakterze zbrojnym i politycznym. Niemcy zapowiadali pomoc w powstaniu państwa ukraińskiego. Niezależnej, wolnej Ukrainy. Oczywiście była to tylko gra propagandowa w celu uzyskania poparcia działań zaborczych Niemiec.
W tych to warunkach rozpoczął się dramat polsko-ukraiński, w którym zamordowano w sposób okrutny tysiące Polaków. Wiele źródeł historycznych wymienia 200 tysięcy. Były to przerażające mordy Polaków. Ginęli tylko dlatego, że byli Polakami. Tak jak Żydzi, bo byli Żydami, przedstawicielami innej, gorszej rasy ludzi. Ginęli w odwecie i Ukraińcy.
Wieś polsko-ukraińska jak wiele innych na Wołyniu. Zamieszkiwali ją Polacy i Ukraińcy, Żydzi i Białorusini. Byli sąsiadami. Spotykały się dzieci i młodzież obu narodów. Żyli w przyjaźni. Razem grali w piłkę, tańczyli na wiejskich potańcówkach. Powstawały małżeństwa polsko-ukraińskie.

Byli sąsiadami

Znali się od dzieciństwa, obcując nieustannie ze sobą. Na wesela przychodzili mieszkańcy niemal całej wsi. Taki był zwyczaj od dziesiątków lat. Żyli po prostu w zgodzie, a nawet i przyjaźni. Zaczęło się to zmieniać na gorsze po wkroczeniu Niemców na te ziemie. Bogate, zasobne gospodarstwa Polaków były solą w oku dla ideologów nacjonalistów ukraińskich. Ich zbrojne ramię UPA wypowiedziała bezwzględną walkę Polakom.
Niemcy, licząc na ich wsparcie, obiecali po wojnie pomoc w powstaniu niezależnej Ukrainy, samodzielnego państwa.
Ale wróćmy do wspomnianej wyżej wsi na Wołyniu. Do jednej z rodzin polsko-ukraińskich. Ona Polka, a on Ukrainiec. Przez kilka lat żyło się im dobrze. Byli szanowani przez mieszkańców wsi. Nie byli wyjątkiem małżeństwa polsko-ukraińskiego. Nikt im nie dokuczał.

Stado gęsi i kaczek

Małżeństwo miało syna. Był już dorosły, miał 18 lat. Powodziło im się dobrze. Urodzajna ziemia rodziła dobre plony pszenicy i buraków cukrowych. Liczna trzoda chlewna, ptactwo, krowy i kilka tuczników. Stado gęsi i kaczek, które buszowały w wiejskim, wspólnym stawie. Ale wśród mieszkańców byli i tacy, którzy zazdrościli im ich dostatku, chociaż na przednówku pożyczali sąsiadom zboże i ziemniaki do zasiewu.
Zbliżały się jednak dramatyczne czasy w ich spokojnym życiu. I to, podobnie jak w setkach wsi na Wołyniu, oddziały zbrojne UPA rosły w siłę, obejmując swym zasięgiem znaczne obszary. Kierownictwo tego ugrupowania zaleciło Ukraińcom bezwzględną walkę z ludnością pochodzenia polskiego: mieli być wymordowani wszyscy, starcy i dzieci pochodzenia polskiego.
Programowym hasłem była walka o niepodległą Ukrainę. Polacy podejmowali walkę obronną, tworząc zgrupowania samoobronne. Rozpoczęły się okrutne mordy całych rodzin pochodzenia polskiego.
Zbliżała się północ. Syna wciąż nie było w domu. Jego rodzice z niepokojem spoglądali w okna. A on nie wracał. Złe przeczucia i niepewność. Ich myśli były dramatyczne. Mało mówili do siebie. Nie mogli spać. Czekali na powrót syna. Cisza. Nic nie mówili. Nie wiedzieli jeszcze, że ich syn był już członkiem jednego z oddziałów nacjonalistów ukraińskich. Dotychczas syna oceniali pozytywnie, młody, a taki rozważny. Pomagał w pracy w polu i utrzymaniu licznej trzody chlewnej. Mówili do sąsiadów, że mają dobrego syna.

Po północy

Nie mieli dotychczas żadnych sygnałów, że ich syn, jednak, jest jednym z tych, którzy mordują Polaków. A on już popierał czynnie propagandę głoszącą, że trzeba likwidować panów Polaków i przejmować ich gospodarstwa. Po północy syn wrócił. Nie powitał rodziców z uśmiechem na twarzy, jak to czynił dotychczas, gdy wracał późno z potańcówki wiejskiej. Rodzice zasypali go pytaniami, gdzie był, co robił tak długo w nocy.
Myśleli, że może przebywał z dziewczyną, z którą spotykał się wieczorami. Zawsze mówił o spotkaniach z dziewczyną z sąsiedniej wsi. Na pytania rodziców nie odpowiedział. Milczał. Głowę miał pochyloną. Podszedł do niego ojciec, pytając, a on odpowiedział szeptem, biorąc ojca za dłoń i wchodząc do drugiego pokoju. Zamknął za sobą drzwi, żeby matka nie słyszała, co mówił ojcu.

Rozkaz – zastrzelić matkę

Patrząc na ojca, miał bladą twarz i smutny jej wyraz. Z wielkim wysiłkiem wypowiedział słowa: Mam rozkaz zastrzelić matkę, bo jest Polką, a Polacy są naszymi wrogami, zabrali nam ziemię i nie popierają naszej walki o powstanie suwerennej, wolnej Ukrainy, naszego narodowego państwa. Wyjął z kieszeni kurtki pistolet. Te słowa syna wywołały u ojca trwogę, mało brakowało, by padł na ziemię. Cisza trwała ileś sekund. Był w stanie trwogi i rozważał, co ma czynić. Czy pozwolić zastrzelić matkę, jego żonę, która urodziła mu upragnionego syna. Mijały sekundy.
Wreszcie straszna, dramatyczna decyzja. W tym czasie syn jeszcze powiedział, że jeśli nie wykona rozkazu, to czeka go rozstrzelanie za zdradę narodową.
– Tato, jestem młody, ja chcę żyć, nie umierać – mówił roztrzęsiony.
Po paru sekundach ojciec powiedział ściszonym głosem: Synu, to twoja matka, jesteś bliskim krewnym, masz tę samą krew. Będziesz potępiony za matkobójstwo.
– Tato, ja muszę! – niemal wykrzyknął. – Ja to zrobię!
Między twoją matką a mną nie ma pokrewieństwa, jest tylko urzędowy zapis – odparł ojciec. Syn trochę się zastanawiał, będąc wyraźnie zaskoczony tym, co przed chwilą powiedział jego ojciec, Ukrainiec, wyraził zgodę, by to ojciec zastrzelił matkę. Przekazał ojcu pistolet, mówiąc, by uważał, bo jest naładowany, tylko trzeba odbezpieczyć. Odbezpieczając pistolet ojciec skierował lufę w pierś syna.

Strzał

Padł strzał. Syn padł na ziemię. Pojawiła się krew na ubraniu. Ojciec, klęcząc nad synem, głośno płakał. Matka zabitego syna usłyszawszy strzał, weszła do pokoju. Też klęczała i głośno płakała, że jej ukochany jedynak leżał martwy na ziemi. Ojciec przez dłuższy czas nic nie mówił do żony, a łzy płynęły niemal strumieniem z jego oczu.
– Boże, dlaczego nas tak ukarałeś – pytała matka. – Co się tu stało! – nie mówiła, lecz krzyczała.
A on odpowiedział, że musiał to zrobić, bo syn na rozkaz miał ją zastrzelić.
– Boże, swoją matkę! to zbrodniarze, nie ludzie – mówił do żony.
Zostawili wszystko, cały swój majątek, gospodarstwo, które tworzyli przez wiele lat. Uciekli ze swojej wsi. Zwierzęta i ptactwo wypuścili na podwórko, otwierając bramę. Psa też uwolnili z łańcucha, każąc mu zostać, by nie utrudniał ucieczki przed banderowcami. Uciekali z wioski, w której po rodzinie żony przejęli gospodarkę i dobrze im tu się żyło, mimo pracy od rana do nocy, jak to bywa w gospodarstwach rolnych. Praca jest zawsze, cały rok, zimą i latem.

Byli katolikami

Pistolet, którym zastrzelił syna wyrzucił już w lesie w pewnej odległości od wioski. Mogli się przecież spodziewać pościgu ukraińskich oprawców. Było jeszcze ciemno. Może nikt ich nie widział – myśleli, prosząc o to Boga. Byli katolikami. Nie wiedzieli, dokąd mają iść, byle jak najdalej od wioski. Zastanawiali się, co robić, gdzie się udać i ukryć. Rozdzielili się. Tak będzie bezpieczniej.
Była już druga połowa roku. Ustalili, że spotkają się dopiero wtedy, gdy odejdą na bezpieczną odległość.
Było jeszcze ciepło, deszcz nie padał. Musieli rozglądać się, czy ich nikt nie śledzi. Teren ucieczki był zamieszkiwany przez Ukraińców. Trwoga przeszywała ich ciała. Las pełen zarośli. Nie można było się ukryć. Mieli mięso i chleb, który upiekli dwa dni przed tym tragicznym wydarzeniem.

Siekiery i widły

No i stało się. Nad ranem zostali zauważeni przez nieliczną grupę ludzi, którzy mieli różne rodzaje broni oraz siekiery i widły. Od razu wiedzieli, z kim mają do czynienia. Wśród nich były kobiety, które miały w rękach grube drewniane kołki. Otoczyli ich. Mąż szepnął do żony, że muszą udawać uciekinierów przed Polakami, że są rodziną ukraińską. Dowódca pytał ich, co tu robią i dokąd idą. Odpowiedzi ojca brzmiały dość wiarygodnie. Ukraińcy przyglądali się im niedowierzająco.
– Jak się ściemni, to pójdziecie z nami – usłyszeli polecenie.
Ta wypowiedź poraziła ich niczym ogień. Wiedzieli, gdzie oni idą i co mają zamiar czynić. Atak na polskie siedziby i gospodarstwa, które mają słabą obronę, bo mieszkańcy nie zdążyli uciec do większych osiedli, które już miały zorganizowaną samoobronę.
– Pójdziecie z nami – jeden z nich powiedział ponownie.
Uzbrojono ich, on dostał widły, ona nóż do podrzynania gardeł Polakom.
– Jeszcze będziemy odpoczywać. Musimy ich zaskoczyć w czasie snu, a oni późno kładą się do łóżek.
Ściemniło się.
– Co robić – zastanawiali się. – Uciekać? Nie, zabiją nas tu, w lesie – myśleli. Trwoga i strach ogarnęły ich myśli.
– Co robić, jak uciec od tej bandy morderców. Daleko przecież nie oddalili się od swojej wioski. Mogą być rozpoznani jako zabójcy syna – medytowali.
Z żoną ustalili, że nocą, gdy będą się zbliżać do osiedla, na które planowano morderczy atak i będą rozstawieni na stanowiskach, muszą uciekać pojedynczo w różne strony, w odwrotnych kierunkach.

W odwrotnych kierunkach

Określili teren spotkania po udanej ucieczce, bo na pewno ich rozstawią w różnych miejscach. I tak zrobili. Gdy oddział rozpoczął atak na polskie zabudowania, padły strzały ze strony mieszkańców, zaskakując bandziorów z UPA. Korzystając z zamieszania, zdecydowali się na ucieczkę w kierunku odwrotnym do ataku. Uciekali co sił, aby jak najdalej oddalić się od tych ludzi z siekierami i widłami. Nie oglądali się. Ratowali życie. Biegli. Po pewnym czasie, gdy spotkali się w umówionym miejscu, zobaczyli ogień palących się zabudowań. Mogli się tylko domyślać, że trwa tam mordercza walka o życie mieszkańców.
Słyszeli pojedyncze strzały broni palnej. Mieszkańcy podjęli walkę, bowiem ich czujki rozpoznały, że zbliżają się banderowcy. Trwała zażarta walka atakujących z obrońcami życia. Gdy uciekali, zaczęło się już rozwidniać. Nastawał kolejny ciepły dzień ich dramatycznego życia. Jakże okrutnego. Mówili do siebie, że ich to musiało spotkać.
– Co robić, gdzie się udać, jak żyć, przyjdzie zima, mrozy – rozmyślali. Przeżywali smutne dni pełne niepokoju o jutro.
– Co jeszcze może nas spotkać? – pytała żona męża, którego jeszcze bardziej kochała, gdy poświęcił syna, by ona mogła żyć.
Ale co to za życie po takiej rodzinnej tragedii. Czy nie lepiej byłoby, gdyby to ona zginęła.
– Jeszcze nie wiedziała, że urodzi córkę i drugiego syna i będą mieli nowe gospodarstwo na zachodzie Polski po zakończeniu wojny.

Już nie było odwrotu

Uciekając przed siebie w kierunku zachodnim i wychodząc z lasu, ujrzeli pojedyncze zabudowania gospodarcze. Nie było to okazałe siedlisko ludzi oddalone od wsi o parę kilometrów. Ale na pastwisku pod lasem pasły się dwie krowy. To już było coś. Mieli mleko i jego przetwory. Pastucha nie było widać. Powiedział żonie, że wejdzie do tego domu.
– Ty czekaj tu na mnie – powiedział żonie. Nie pokazuj się ludziom, bo mogą tu pojawić się różne osoby. Nie wiadomo, kto Polak, a kto Ukrainiec.
– Dobrze, idź. Będę czekać, aż dasz mi jakiś znak, że mam przyjść – odpowiedziała.
Skierował kroki w kierunku zabudowań. W obejściu nie było nikogo. Zapukał do frontowych drzwi. Czas się dłużył. Tak mu się wydawało. Usłyszał po ukraińsku – proszę. Zatrwożył się. Ukraińcy? Ale nie ma już odwrotu. Jego ucieczka tylko by pogorszyła ich sytuację. Wszedł.

Chleb własnego wypieku

Przy stole siedziała czteroosobowa rodzina. Młode małżeństwo i dwoje dzieci, córka i syn. Mieli po parę lat. Jedli zupę mleczną z kaszy jęczmiennej i chleb własnego wypieku, jak się później dowie. Na stole leżał także biały ser, całe to jadło własnej produkcji jak u niego we własnym domu, którego już nie ma. Popatrzył na to jadło.
Zauważył to gospodarz domu, zapraszając do stołu. Po chwili wahania usiadł przy tym zastawionym stole. Był zachęcany do jadła, nic jednak nie mówił, że w lesie czeka na niego żona. Jedli w ciszy, a gdy śniadanie się skończyło, gospodarz zaczął go pytać, co tu robi samotny w lesie, gdzie mieszka, w której wsi. Wiedząc już, że spotkał rodzinę ukraińską, musiał kłamać.
Odpowiedział, że uciekli z wioski, która została zaatakowana przez uzbrojonych Polaków. Z nim uciekła i jego żona, która jest w lesie. Żona gospodarza powiedziała, by ją przyprowadził, bo na pewno jest głodna. Tak uczynił, dziękując za zaproszenie.

Z motyką…

Przebywali już drugi dzień u tego ukraińskiego rolnika. Wieczór. Rozmawiali. Gospodarz powiedział – porywają się z motyką na słońce. Niepodległej Ukrainy nie będzie po wojnie. Stalin dogada się z Zachodem. Niepotrzebnie giną Polacy i Ukraińcy. Mąż zastanawiał się, czy gospodarz mówi tak tylko dlatego, bo chce się dowiedzieć, przed kim on ucieka.
Po trzech dniach pobytu u tej ukraińskiej rodziny podziękowali za gościnność. Prawdy jednak nie ujawnił, dlaczego ucieka.
Daty z kalendarza
Jest rok 1944. Armia Czerwona przekracza rzekę Bug, gromiąc niemieckiego okupanta na terenach Polski. Nasi bohaterowie, ojciec i matka zabitego syna, po licznych, wręcz dramatycznych przejściach, przebywali już w Polsce.
Był rok 1945. Na ziemiach odzyskanych dostali gospodarstwo rolne w jednej z wsi Dolnego Śląska, gdzie przesiedlono również wielu Ukraińców z Polski wschodniej. Powodziło im się dobrze. Murowane zabudowania, energia elektryczna, woda. Warunki lepsze niż tam na Wołyniu. Jednak do końca swego życia ciernie im uwierały w ich myślach i świadomości. On do końca życia nie miał uśmiechu na twarzy.
Los chciał, że pozbawił życia swego syna, za cenę życia jego żony. Odwiedzali wielokrotnie mogiłę syna, a łzy same płynęły z ich oczu. Pani Jadwiga urodziła córkę i drugiego syna, ale ten pierwszy wciąż był bliski jej sercu.
Teraz siostra i brat odwiedzają miejsce, gdzie spoczywa ich starszy brat. Nie dowiedzieli się jednak od rodziców prawdy o przyczynach jego śmierci. Była to dramatyczna tajemnica rodzinna. Pan Władysław Beck wiedział o okolicznościach śmierci tego młodego człowieka, którego urodziła matka Polka, a ojcem był Ukrainiec.
To właśnie on opowiedział mi tę historię. Jest to jednostkowe, ale jedno z bardzo wielu zdarzeń w historii relacji polsko-ukraińskich.

Krajobraz po bitwie warszawskiej

Bitwa polsko-bolszewicka pogrążyła republiki radzieckie w długotrwałym izolacjonizmie. To zdeterminowało charakter utworzonego w 1922 r. Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

 

Za wypaczenia socjalizmu w ZSRR nie można winić tylko jednej konkretnej postaci. Przecenianie roli jednostki byłoby niezgodne z materializmem historycznym. Autorytarny charakter ZSRR był więc przede wszystkim konsekwencją izolacjonizmu. W podobny izolacjonizm popadła również Polska i to głównie ona ucierpiała na awanturniczej polityce zagranicznej Józefa Piłsudskiego.
I wojna światowa była eksplozją szowinizmu i imperializmu. Jedynie międzynarodowy ruch robotniczy mógł przeciwstawić się nacjonalistycznej burżuazji i jej wojennym tendencjom. Ruch socjalistyczny ostatecznie zawiódł. Opcja bolszewicka była jedną z nielicznych, które skutecznie przeciwstawiły się imperialistycznej wojnie. Od samego początku bolszewicy prowadzili agitację antywojenną. W lutym 1917 roku obalono skompromitowany carat. Burżuazyjno-demokratyczny zryw nie zakończył jednak bezsensownych działań wojennych prowadzonych przez Imperium Rosyjskie. Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego dążył do rządów bonapartystycznych, został jednak obalony przez bolszewików. To był też początek końca pierwszej wojny światowej.
Młode państwo radzieckie wycofało się z wojny, jednak w latach 1918-1921 trwała w Rosji radzieckiej wojna domowa. Przeciwko bolszewickiej Rosji wystąpiły siły monarchistyczne („biali”) i związane z Rządem Tymczasowym, wspierane przez zagraniczną burżuazję. Lew Trocki w pracy „Terroryzm i komunizm” pisał: „Kautsky przedstawia radzieckich robotników a i całą w ogóle rosyjską klasę robotniczą jako zbiorowisko egoistów, nierobów i samolubów. Ani słowem nie mówi o niebywałym w historii – z punktu widzenia rozmachu podłości – zachowaniu rosyjskiej bur­żuazji, o jej narodowych zdradach: o wydaniu Rygi Niemcom w celach «pedagogicznych»; o przygotowaniu takiego samego wydania Petersburga; o jej 129 odezwie do obcych armii, cze­chosłowackiej, niemieckiej, rumuńskiej, angielskiej, japońskiej, francuskiej, arabskiej i mu­rzyńskiej, przeciwko rosyjskim robotnikom i chłopom; o jej spiskach i zabójstwach za pienią­dze Ententy; o wykorzystaniu jej blokady nie tylko śmiertelnego wyczerpania naszych dzieci, lecz także systematycznego, niezmordowanego, wytrwałego rozprzestrzeniania w całym świecie niesłychanego łgarstwa i oszczerstw”. Rosyjscy komuniści byli w tej walce osamotnieni.
Gdy na byłym terytorium Imperium Rosyjskiego trwała wojna domowa, w Europie trwała walka robotnicza. Powstały Bawarska Republika Rad i Węgierska Republika Rad. 7 listopada 1918 r. utworzono w Polsce Rząd Ludowy pod wodzą Ignacego Daszyńskiego obiecujący m. in. nacjonalizację przemysłu, 8 godzinny dzień pracy i reformę rolną. Istniał on jednak tylko do 19 listopada 1918 r. Robotniczy entuzjazm trwał krótko. Jednostki Freikorpsu, paramilitarne formacje do których wstępowali zarówno monarchiści jak i socjaldemokraci, stłumiły Bawarską Republikę Rad. Do podobnego stłumienia rewolucji doszło na Węgrzech. Węgierska Republika Rad powołana w 1919 r., rządzona przez Bélę Kuna została obalona przez wojska Mikołaja Horthy de Nagybanya, który zaprowadził pierwszą po I wojnie światowej prawicową dyktaturę w Europie. Polscy socjaliści zachowywali się podobnie jak socjaldemokraci niemieccy – spacyfikowali polski ruch robotniczy, w tym utworzoną 6 listopada 1918 r. Republikę Tarnobrzeską. Młode państwo polskie pragnęło również realizować swoje imperialne ambicje tocząc batalie o wschodnie granice. Polska chcąc wykorzystać słabość państwa radzieckiego i mas rosyjskich wyniszczonych przez wojnę domową dążyła do wojny polsko-bolszewickiej.
Wojna polsko-bolszewicka stworzyła mit jakoby bolszewizm był w swojej istocie antypolski. To stworzona przez rzekomego zwycięzcę bzdura. Nie byłoby niepodległości Polski bez Rewolucji Październikowej. To rząd bolszewicki, nie Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego, zwrócił Polsce ziemię zanim zrobiła to reszta zaborców. Kluczowa była w tym rola Feliksa Dzierżyńskiego w anulowaniu samych zaborów.
Polska miała zdecydowanie lepsze warunki by zostać państwem socjalistycznym niż Rosja i republiki sąsiednie. Zabory pozostawiły Polsce bardziej uprzemysłowione tereny, m. in. ziemie polskie były najbardziej uprzemysłowionym obszarem na terenie Imperium Rosyjskiego. Niepodległa Polska nie wykorzystała jednak swojego materialnego potencjału. Historia w dosadny sposób przyznała rację Róży Luksemburg i jej teorii organicznego wcielenia. Protekcjonistyczny kapitalizm rosyjski przyczynił się do rozwoju przemysłu na terenie Królestwa Polskiego o czym pisała działaczka SDKPIL w swojej pracy doktorskiej „Rozwój przemysłu w Polsce”.
Róża Luksemburg twierdziła, że niepodległość Polski może przyczynić się do zerwania zależności gospodarczych, tym samym do upadku przemysłu. Tak też się stało w niepodległej burżuazyjnej Polsce – doszło do dezindustrializacji, choć wcale nie musiało. W tym miejscu należy odróżnić wolność polityczną od zależności gospodarczych, na co wskazywał chociażby Lenin w polemice z Różą Luksemburg broniąc postulatu niepodległości Polski. Dezindustrializacja wynikała z konfliktu polsko-radzieckiego. II RP nie odzyskała poziomu uprzemysłowienia sprzed I wojny światowej.
Uprzemysłowienie w II RP szło opornie, COP i Gdynia były wyjątkami. Wówczas gospodarka radziecka, odporna na kryzys światowy 1929 roku, rozwijała się błyskawicznie. Polska dopiero po II wojnie światowej, wraz z rozwijaniem przemysłu przez rządy Polski Ludowej przezwyciężała swą nędzę. Jak głoszą rozmaici historycy – w 1920 roku „uratowano Europę przed bolszewizmem”. Dodajmy jednak, że od tego czasu prym w Europie wiodły prawicowe dyktatury. Od Węgier począwszy, przez Włochy, gdzie ruch robotniczy nie zdołał zatrzymać faszystów, po Hiszpanię generała Franco.
Lenin przewidział, że następna wojna światowa będzie jeszcze bardziej okrutna. Pokój okresu międzywojennego nawet nie próbował zachować pozorów długotrwałości, gospodarki poszczególnych krajów były zorientowane na wojnę i zbrojenia. W Europie panował też wszechobecny autorytaryzm. W Polsce w 1926 r. doszło do zamachu majowego w którym wojska Piłsudskiego obaliły rządy parlamentarne. Pucz poparła lwia część ruchu robotniczego, w tym Komunistyczna Partia Polski i Polska Partia Socjalistyczna, mając nadzieje na rewolucję socjalną. Zamiast tego Piłsudski postawił na sojusz z ziemiaństwem, zaś tych, którzy wcześniej go popierali zamykał do politycznego więzienia – Berezy Kartuskiej.
Rusofobia i antykomunizm Piłsudskiego uczyniły go ślepym na interes Polski. Były socjalista skazał Polskę na peryferyjny kapitalizm z elementami feudalizmu. Wykorzystał on ruch robotniczy by oprzeć swoją dyktatorską władzę na zgniłym „porozumieniu narodowym”, a w gruncie rzeczy na czystej ideologii władzy i zgniłej polityce rzekomej równowagi między sąsiadami. W 1933 r. władzę w Niemczech objęło NSDAP wspierane przez niemieckich i zagranicznych przemysłowców. Niemcy zaczęły się zbroić w błyskawicznym tempie. Skutki były łatwe do przewidzenia.
W 1935 roku Józef Stalin zdobył władzę absolutną. W tym samym roku zmarł Józef Piłsudski. Po jego śmierci jego brunatni następcy mieli bardziej proniemieckie sympatie. Sanacyjne elity chadzały nawet na polowania z Hermanem Goeringiem. Stalin coraz bardziej uderzał w narodowe tony, co wiązało się także z zagrożeniem zewnętrznym. Owocem coraz bardziej patriotycznej propagandy były filmy historyczne takie jak „Aleksander Newski” Sergieja Eisensteina z 1938, czy „Minin i Pożarski” Wsiewołoda Pudowkina z 1939, które powstały jako odpowiedź na wrogość ze strony Polski i Niemiec.
Druga połowa lat 30-tych to również czas krwawych czystek w ZSRR. Zginęło również wielu działaczy Komunistycznej Partii Polski. KPP była także intensywnie infiltrowana przez sanacyjny wywiad. W tamtym okresie zamordowanych zostało także wielu doświadczonych wojskowych, w tym Michaił Tuchaczewski, który w 1920 roku wiódł Armię Czerwoną na Warszawę. Stalin nie wysłuchał wtedy jego rozkazu by udać się na Warszawę i sam wyruszył na Ukrainę. Tuchaczewski chciał wówczas dla niego kary śmierci za niesubordynację. Chwile przed swoją śmiercią Tuchaczewski dążył do porozumienia z Niemcami.
Czy nadużyciem jest obarczać odpowiedzialnością za czystki i za grzechy izolacjonizmu burżuazję? Z pewnością należy ją obarczyć za powszechną faszyzację Europy. 15 sierpnia uratowano zachodnią burżuazję kosztem m.in. Polski. Polska straciła swe szanse na rozwój na długie lata. Częściowo nieświadomie pogrążyła też w izolacjonizmie młode państwo radzieckie, a przede wszystkim siebie i to po to by zachodnie mieszczaństwo czuło się bezpieczniejsze. Burżuazja broni swojego panowania na różne sposoby – raz przekupując Matką Boską, raz faszystów czy nazistów. Gdyby socjalizm rozprzestrzenił się po całej Europie jego charakter byłby prawdopodobnie zupełnie inny.
Krótkowzroczność sanacyjnych elit miała swój wpływ także na pakt Ribbentrop-Mołotow i okupację Polski w 1939 r. Dla Stalina oznaczało to „jedno faszystowskie państwo mniej”, a właściwie pozbycie się jednego z bardziej wrogich dla ZSRR państw. Sanacyjni politycy nie chcąc zachować resztek godności, na czele z Rydzem-Śmigłym uciekli do Rumunii. Nikt rządzących w II RP wojskowych za to nie zdegradował, jak dziś degraduje się Jaruzelskiego za to, że wziął na siebie odpowiedzialność za swoje poczynania. Sanacyjne elity nie cieszyły się też powszechnym poparciem narodu. Podkreślał to m. in. przeciwny sanacji Władysław Sikorski.
Sanacyjni politycy mają swoich niegodziwych następców w politykach III RP, szczególnie w partii obecnie rządzącej. Po upadku Polski Ludowej po raz kolejny doszło do dezindustrializacji tym razem za sprawą terapii szokowej i neoliberalnych recept. Teoria organicznego wcielenia Róży Luksemburg ma już tu mniejsze zastosowanie, wszak przemysł na wskutek jeszcze brutalniejszej terapii szokowej upadał również Rosji. Jednak skłócenie Polski w Rosją w czasach III RP również znacznie hamuje polską gospodarkę. Sankcje gospodarcze nałożone przez UE na Rosję po tzw. „Euromajdanie” szkodzą głównie polskim rolnikom i sadownikom. Najgorsza jest jednak nieustannie nakręcana prowojenna atmosfera tym razem już nie przeciwko państwu rewolucyjnemu tylko konserwatywnej Rosji. Rząd PIS-u interesuje głównie interes amerykańskich firm zbrojeniowych.
Warto też porównać stosunek polskich polityków do ukraińskiego ruchu narodowego z okresu wojny polsko-bolszewickiej i czasów współczesnych. Ukraińcy pod wodzą Szymona Petruli sprzymierzyli się z wojskami Piłsudskiego przeciwko bolszewikom. Ludzie Petruli jednak przegrali swoją sprawę, Piłsudski potraktował ich bardzo instrumentalnie. Część z nich utworzyło później podwaliny dla ukraińskiego szowinizmu, zdecydowanie antypolskiego – OUN i UPA. Obecnie rządzący rząd na Ukrainie w swojej polityce historycznej odwołuje się raczej do UPA i OUN niż do Szymona Petruli. To nie przeszkadza władzom Polski popierać tamtejszego rządu.
Dzisiejsza Polska nie jest, tak jak II RP, odizolowana od świata, choć PIS dąży do skłócenia nas ze wszystkimi sąsiadami. Jednak tak samo jak w II RP obecni polscy politycy realizują interesy państw zachodnich kosztem interesu Polski, deklarując hurrapatriotyzm. PIS pod tym względem bije wszystkich poprzedników na głowę. Nikt dotąd nie był tak nienawistny wobec Rosji, nikt nie kochał bardziej Polski i nikt bardziej nie kochał NATO.
Samo NATO nie daje zaś Polsce żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa, także ze względu na nasze położenie geograficzne. Polska jak najszybciej powinna opuścić Pakt Północno-Atlantycki przestać służyć za poligon dla obcych sił, kosztem obywateli Polski i polskich podatników skupujących złom z USA. Obecność Polski w NATO to nieustanne prowokacje i nakręcanie atmosfery zagrożenia w interesie światowej finansjery. Kto wie, czy obecna polityka zagraniczna neosanacji nie jest nawet bardziej samobójcza niż ta elit sanacyjnych z lat 30 ubiegłego wieku.

Wojna polsko-ukraińska pod banderą pojednania narodowego

Pojednanie polsko-ukraińskie ponad trudną historią to wielkie osiągnięcie wolnej Polski i wolnej Ukrainy. To efekt wysiłków obydwu społeczeństw i zasługa wszystkich ekip rządzących w naszych krajach, także kolejnych prezydentów Polaki i Ukrainy – napisali w Apelu prezydenci Ukrainy Leonid Krawczuk, Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko oraz polscy prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski. Wszyscy z nich to byli prezydenci.
„Pojednanie i współpraca pomiędzy Polską i Ukrainą leży w żywotnym interesie obu narodów, ma istotne znaczenie dla przyszłości całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jest strategicznie ważne dla bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO i UE stojących w obliczu wyzwania, jakim jest agresja na Ukrainę” – argumentowali i dodali:
„Dlatego też z ogromnym niepokojem patrzymy na pojawiające się w ostatnim czasie zjawiska zagrażające pojednaniu i współpracy. Troską napawa nas zwłaszcza narastanie sporów i negatywnych emocji wokół bolesnych doświadczeń w historii wzajemnych stosunków.
Uważamy, ze między innymi ta trudna przeszłość powinna zachęcać współczesnych Polaków i Ukraińców do dalszych wysiłków na rzecz pojednania i współpracy z myślą o lepszej przyszłości naszych narodów i państw. Mnie może my być zakładnikami historii. Musimy uczyć się poszanowani odmiennych wrażliwości historycznych i szukać w przeszłości przede wszystkim tego, co nas łączy. Musimy okazać szacunek mogiłom ofiar dawnych konfliktów polsko-ukraińskich. Niczego z historii nie da się wymazać czy unieważnić, to fakt, lecz nawet najbardziej bolesne doświadczenia można uczynić źródłem wspólnej refleksji z myślą o przyszłych pokoleniach Polaków i Ukraińców”.
I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, piątka prezydentów zaapelowała „o obronę procesów pojednania między naszymi narodami”. Zaapelowali do ”władz państwowych, kościołów, samorządów, organizacji pozarządowych, mediów, środowisk akademickich, do wszystkich zwolenników pojednania, zbliżenia i przyjaźni miedzy naszymi narodami”. Apelowali o „prowadzenie cierpliwego dialogu, przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym i ekstremalnym zachowaniom, o edukacje oparta na prawdzie i rzetelnych źródłach historycznych i na wzajemnym szacunku”.
„Niech pamięć o niewinnych ofiarach dawnych konfliktów polsko-ukraińskich łączy nasze kraje i narody we wspólnej refleksji i wspólnym dążeniu ku przyszłości opartej na współpracy i przyjaźni” – zakończyli . Dla jednych optymistycznie, dla innych prowokacyjnie.
Apel prezydentów zdecydowanie poparł w prorządowym tygodniku „Sieci” profesor Przemysław Żurawski vel Grajewski wpływowy doradca w ministerstwie spraw zagranicznych. Zaapelował o pojednanie z Ukrainą w imię walki ze wspólnym wrogiem, czyli Rosją.
„Każdy rosyjski czołg zniszczony przez Ukraińców w Donbasie nigdy nie pojawi się w Polsce. Gdyby Polska została zaatakowana, dobrze mieć takiego sojusznika u swojego boku”.
Pytany o antypolską działalności Organizacji ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii wyjaśnił, że „Nie ma u nas świadomości, że tradycja OUN-UPA jest tradycją rodzinna w zaledwie 5 z 25 obwodów Ukrainy. Na wschód od dawnej granicy Ii RP jest to świeża publicystycznie powłoczka, rozgrywana dziś politycznie, ale bez głębszego zakorzenienia. Poza tym jest to przede wszystkim tradycja zaciętej partyzantki antysowieckiej. Dla Polaków będzie to zaskoczeniem, ale badania socjologiczne pokazują, że te grupy społeczne, które najmocniej popierają kult OUN-UPA,są zarazem środowiskami żywiącymi najwięcej sympatii do Polski”. I dodaje, że „ w tamtej wyobraźni społecznej UPA to symbol zaciętej walki antysowieckiej. Polska to z kolei symbol odwiecznego oporu przeciw imperializmowi rosyjskiemu. Te dwa elementy nie kłócą się ze sobą, nawet łącza. Nie istnieje natomiast na Ukrainie pamięć o rzezi wołyńskiej, a jeśli gdzieś jest, to nie jest publicznie demonstrowana. To odwrotność tego, z czym mamy do czynienia w Polsce. U nas UPA jest pamiętana wyłącznie w kontekście mordów na Wołyniu i Galicji, ewentualnie walk w Bieszczadach. Nie funkcjonuje natomiast w naszej świadomości jako zaciekła partyzantka antysowiecka”.
Zupełnie inne zdanie wyraził były premier III RP Leszek Miller: „Dwóch byłych polskich prezydentów i trzech ukraińskich wystosowało apel w obronie pojednania Polski i Ukrainy. Autorzy odezwy wnoszą m.in. o prowadzenie stałego, cierpliwego dialogu, o przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym i ekstremalnym zachowaniom, o edukację opartą na prawdzie i rzetelnych źródłach historycznych. Bardzo to piękne tyle tylko, że jednym z sygnatariuszy apelu jest Wiktor Juszczenko, który uczynił kult Stepana Bandery i Romana Szuchewycza oficjalną doktryną państwową. Co więcej były prezydent określił Banderę mianem „świętego” i oświadczył, że nadał mu tytuł Bohatera Ukrainy absolutnie świadomie. Juszczenko, przemawiając niedawno w Warszawie, postawił znak równości między zbrodniczą UPA i Armią Krajową, a były szef ukraińskiego IPN poradził, aby polskie władze, negocjując bolesny problem ekshumacji ofiar ludobójstwa na Wołyniu, czyniły to za pośrednictwem republiki San Escobar.
Do kogo zatem byli prezydenci apelują o przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym, skoro nacjonalizm ukraiński kwitnie u naszych sąsiadów w najlepsze? Kogo mają na myśli, jeśli obecny prezydent Ukrainy w odpowiedzi na nieśmiałe protesty dotyczące rehabilitacji ukraińskich nacjonalistów i faszystów oświadczył: „uznając za bohaterów narodowych UPA i Banderę, Ukraina nie powinna brać pod uwagę krytycznych opinii innych państw, w tym nawet ich oficjalnych protestów i negatywnych reakcji”. Problem z naszymi sąsiadami nie wynika tylko z nierozliczonego i nieosądzonego wojennego ludobójstwa dokonanego na Polakach na Wołyniu, ale przede wszystkim z tego, co czynią dziś. A dziś z ich woli mordercy stają się bohaterami. Byli prezydenci piszą, że nie możemy być zakładnikami historii, ale nie o historię tu chodzi. Idzie o wzorce i wartości, na których wychowywani są młodzi Ukraińcy. O to, że dziedzictwo zbrodniczego nacjonalizmu Bandery, Doncowa i Szuchewycza, tradycje UPA i SS Galizien przy akceptacji ukraińskich przywódców weszło do szkolnych podręczników i staje się wzorcami dla młodego pokolenia. W apelu byłych prezydentów nie ma na ten temat ani słowa. Na szczęście widzą to inni. „Mój przyjaciel Poroszenko powiedział kilka dni temu, że Ukraina to UE i NATO. Na obecną chwilę nie mamy do czynienia ani z jednym, ani z drugim. Wszyscy muszą to wiedzieć” – oświadczył szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Teraz czekają nas setna rocznica walk polsko-ukraińskich o Lwów i 75 rocznica mordów na Wołyniu. Do pojednania ukraińsko – polskiego wtedy zapewne nie dojdzie. Do tego potrzebne jest też pojednanie polsko – polskie. A tego też nie widać.