Wielki powrót ustawy bezkarnościowej

Ustawa zwalniająca urzędników z odpowiedzialności za naruszenie obowiązków służbowych lub innych przepisów prawa podczas zwalczania pandemii lub zapobiegania koronawirusowi wraca do Sejmu.

Posłowie Solidarnej Polski, którzy wcześniej zaklinali się, że jej nie poprą, doprowadzając do zdjęcia projektu z porządku obrad, raczej nie będą już głosować przeciw. Nie po to zawarto nową umowę koalicyjną.

Wirus wszystko tłumaczy

Ustawa zawierała następujący zapis: „Nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania Covid-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”

Uniemożliwiłaby tym samym np. pociągnięcie do odpowiedzialności organizatorów niedoszłych wyborów kopertowych (skądinąd i tak umiarkowanie prawdopodobne), ale i otwierałaby drogę do całkowitej bezkarności państwowych urzędników. Praktycznie każde działanie rządowych nominatów i każdy wydatek mogłyby zostać uzasadnione walką z pandemią. Ziobro pozował na bezkompromisowego szeryfa, który na coś podobnego nie pozwoli, jednak teraz, gdy jego partia podpisała nową umowę koalicyjną z PiS i Porozumieniem, najpewniej zweryfikuje swoje stanowisko.

Nie chcą nieporozumień

Jak poinformował Marcin Horała z PiS, w celu uniknięcia dalszych „nieporozumień” Zjednoczona Prawica będzie prowadzić dalsze wewnętrzne konsultacje. Utworzona zostanie rada koalicyjna, na forum której projekty ustaw wnoszone do Sejmu będą przygotowywane i omawiane tak, by później przedstawiciele Zjednoczonej Prawicy byli zjednoczeni naprawdę.

– Musi być takie miejsce, w którym będzie wiadomo, które projekty są projektami koalicyjnymi. Wszyscy koalicjanci są wtedy zobowiązani do ich popierania – powiedział Horała.

Ustawa bezkarnościowa, według badań sondażowych, nie jest aprobowana przez większość społeczeństwa. W przeprowadzonym 22 września badaniu United Surveys 48,9 proc. ankietowanych oceniło ją zdecydowanie źle, a 12,3 proc. – raczej źle, co daje ponad 60 proc. ocen negatywnych. Dobrze i zdecydowanie dobrze o ustawie myśli nieco ponad 27 proc. ankietowanych.

To nie wróżba z fusów

bo taki też być może wynik aktualnego kryzysu w Zjednoczonej Prawicy

Znane od lat powiedzenie, że nikt PiS-owi bardziej nie zaszkodzi jak on sam sobie nie jest oczywiście podstawą prognoz analityków sceny politycznej, niemniej jednak, w aktualnym przebiegu wydarzeń, coś jest na rzeczy. Dwa projekty ustaw nie powinny wywołać takiego kryzysu.

Pierwsza ustawa,

powszechnie określana jako o bezkarności urzędników, w ogóle nie powinna być procedowana, gdyż wypełnia takie oczekiwania rządzących Art.6. Ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Nadto z uwagi na obowiązującą powszechnie zasadę Lex retro non agit – prawo nie działa wstecz – skutki byłej bezkarności urzędników nie mogłyby podlegać żadnej ochronie prawnej. Ale Zbigniew Ziobro, naruszający przepisy Konstytucji i dewastujący wymiar sprawiedliwości oraz tak często reinterpretujący przepisy na swoją korzyść, uniósł się w tej kwestii w szczególny sposób, powołując się na równość obywateli wobec prawa.

Drugi projekt ustawy,

popularnie nazywanej o ochronie zwierząt, poza słusznie reprezentowaną ideą, zawierał szereg niedoróbek. To wszystko, poprzez konsultacje i pracę nad tekstem można było zmienić, ale jak się okazało, zwierzęta wcale nie były tu najważniejsze. W obronie krzywdy jaką spotka podobno naszą wieś i futerkowych przedsiębiorców wystąpili niespodziewanie po raz pierwszy Konfederaci i Solidarna Polska, a prezes PSL Kosiniak-Kamysz w demagogicznej sejmowej mowie zapędził się nawet do nieposzanowania historii, tradycji i dobra wsi polskiej. Abstrahując od tych wyborczych wyzwań do potencjalnego elektoratu, nikt prawie nie podał, że tych przedsiębiorców jest zaledwie kilkuset, a nadto, jak wiele osób zatrudniają i czy ich rzeczywisty związek ze wsią polega jedynie na położonych tam fermach.

Wiele osób sądzi do dziś,

że przyczyną wybuchu I wojny światowej był zamach w Sarajewie, a ówczesne europejskie potęgi wojny wcale nie chciały, ale jakoś tak wyszło, że 10 mln ludzi zginęło. To niewątpliwie przesadzone porównanie do pęknięcia w Zjednoczonej Prawicy ma o tyle sens, że tak, jak za decyzjami wielkich mocarstw kryły się imperialne interesy, tak za reakcją Gowina i Ziobry na wspomniane ustawy dbałość o aktualną pozycję i przyszłość swoich ugrupowań, a tego drugiego nadto walka z Morawieckim o schedę po Kaczyńskim. Co prawda biedne zwierzaki na tym sporze, dzięki poparciu ustawy przez PO i Lewicę, zyskały, natomiast przyszłość Prawa i Sprawiedliwości wywołuje tajfuny wypowiedzi i prognoz.

Oświadczenia i zapowiedzi

dotyczące rozpadu prawicowej koalicji wraz z perspektywą nowych wyborów, do których tym razem PiS pójdzie samodzielnie, wywołują na ogół niedowierzanie, oparte są bowiem na podobnej sytuacji sprzed lat, gdy partia Kaczyńskiego przyspieszone wybory przegrała. Przypuszcza się raczej, że powyższe znaki, połączone z rozpoczętą akcją dyscyplinowania posłów PiS, którzy zapomnieli co oznacza dyscyplina klubowa, będącą także przykładem dla pozostałych rokoszan, ma na celu skłonienie ich do przyjęcia postawy ugodowej. Brutalne uzmysłowienie poniesionych strat własnych, rodzinnych, towarzysko-układowych, a więc w sumie dotychczasowej pozycji i związanej z nią kasy, stanowić może uzasadnienie do zmiany barw, bądź pełnego podporządkowania się hegemonowi. Jeżeli dodać informacje o rozlicznych zabiegach wkoło ewentualnych nowych koalicjantów, to rzeczywiście zapowiedź nowych wyborów spełniać może rolę straszaka.

Uwarunkowania zaistniałej sytuacji

to nie tylko trwający od dawna ostry spor Ziobry z Morawieckim i czynione przez Kaczyńskiego próby jego obrony, planowana promocja na wiceszefa partii oraz blokada SP w telewizji rządowej. Postrzegana przez PiS zbyt duża samodzielność koalicjantów – sprzeciw wobec majowych wyborów, narzucenie ideologicznej ofensywy atny-LGBT i w podobnych kierunkach, nadto nierozwiązywalny konflikt z Unią Europejską – skutkowało ograniczeniem dla dwóch mniejszych liczby ich ministrów i niekorzystnymi warunkami koalicyjnej umowy.

Problem nieprzestrzegania praworządności wraz z możliwymi finansowymi retorsjami ze strony Unii Europejskiej stwarza bardzo realne niebezpieczeństwo ekonomiczne, a w pewnej konsekwencji i społeczne. Co prawda uważa się, że Kaczyński potrafi umiejętnie zarządzać polityczną sytuacją kryzysową, ale nie w sferze pozbawionej pełnej politycznej kontroli.

Ziobro licytował

mając ku temu swoje kalkulacje, a zapewne i zabezpieczenia, uznając ograniczenia narzucane przez PiS za grożące eliminacją SP i jego osoby z życia publicznego. Fiasko rozmów koalicyjnych stanowiło dla niego graniczny, a jednocześnie najlepszy moment do konfrontacji, w świetle obrony równości obywateli promującej go w oczach wyborców, a jednocześnie w związku z ustawą o ochronie zwierząt dyskwalifikującą PiS w części jego tradycyjnego, wiejskiego elektoratu, który może odwrócić się od partii Kaczyńskiego. To drugie było w rozumowaniu Ziobry stanowiło przeszkodą dla nowych wyborów. Sprzyjał mu również wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie w sprawie próby przeprowadzenia korespondencyjnych wyborów prezydenckich w maju tego roku. Sąd uznał, że decyzje Morawieckiego zostały „wydane bez podstawy prawnej i z rażącym naruszeniem prawa”.

Wszystkie najważniejsze dokonania Ziobry, dewastujące wymiar sprawiedliwości, które niewątpliwie konsultował i wykonywał z polecenia bądź za akceptacją prezesa PiS, przy kolejnej niesubordynacji tracą swoje znaczenie. Ma tu niejako zastosowanie, przeniesione na polityczną praktykę, stare przysłowie, o tym, że koń zawinił, a Cygana powiesili. Uwzględniając dobrą pamięć prezesa i niechęć do Ziobry jako zdrajcy, na koniec jego kariery czeka niecierpliwie zbyt wielu w szeregach PiS, szczególnie wśród starej gwardii. Odejście Ziobry z wymiaru sprawiedliwości pozwoliło by, jak w swoim czasie dymisja premier Beaty Szydło, na jakieś próby rozładowania napięć z instytucjami Unii Europejskiej, być może nawet na wycofanie się z pewnych rozwiązań na rzecz spodziewanych unijnych środków.

Pomysły Marka Borowskiego aby osłabić wpływy Ziobry poprzez odebranie mu funduszu solidarności, będącego podstawą finansową dla jego partyjnych działań, bądź Leszka Milera o rozdzieleniu funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego nie wydają się możliwe do wprowadzenia w życie; Zbigniew Ziobro pozbawiony kluczowych decyzji i wpływów prokuratorskich, a nadto podstaw materialnej działalności SP, na to nie przystanie, widząc w tym jedynie odłożenie politycznego wyroku śmierci. Równie wątpliwa jest dalsza cierpliwość prezesa PIS, bowiem tym razem postanowił zagrać va banque i jest przekonany, że wygra podtrzymując tym samym mit o swojej wiarygodności. Czas do namysłu jaki podobno dostał Ziobro zasadniczo niczego w jego sytuacji nie zmieni, bo to prezes a nie on dyktować będzie warunki ewentualnego rozejmu.
Natomiast losy Porozumienia, pomimo chwilowego sojuszu z Solidarna Polską, nie koniecznie są przesądzone, gdyż nie raz już bywało, że Jarosław Gowin dawał dowód spolegliwego partnera PiS. Ta prognoza stoi jednak w sprzeczności z pamięcią Kaczyńskiego i okazaną ostatnio nielojalnością.

Wariant B

Okazać się jednak może, że pomimo wcześniejszych zapowiedzi ze strony PiS o tym, że nie ma mowy o rządzie mniejszościowym, w świetle nieudanych, opisanych powyżej zabiegów i kalkulacji narodzi się jednak konieczność takiego rozwiązania, a następnie nieuniknionych nowych wyborów.

Zanim to jednak ewentualnie nastąpi zostanie dokonana tzw. rekonstrukcja rządu, której, tym razem, podstawowym celem będzie wyrzucenie wszystkich koalicjantów z posad ministrów, wiceministrów i z innych, ważnych stanowisk. Wraz z tymi decyzjami będzie miała miejsce powszechna czystka w spółkach skarbu państwa i pozostałych państwowych instytucjach. Pozwoli to przede wszystkim zasadniczo ograniczyć możliwości i wpływy w niewielkim zresztą elektoracie Solidarnej Polski i Porozumienia (w obu ugrupowaniach prawdopodobnie poniżej progu w, co w konsekwencji sytuować je będzie poza Sejmem. W tak poprzedzonych i przygotowanych wyborach PiS liczy na zwycięstwo, a niewątpliwie na sytuację, w której decydować będzie o kształcie nowego rządu.

Te przewidywania

mogą jednak mieć odmienny przebieg gdyby Zbigniew Ziobro zdecydował się, w geście zemsty i rozpaczy, na użycie w tej walce przeciw pisowskiej broni atomowej (nowe wybory) własnej broni wodorowej, na którą składają się, gromadzone zapewne – w to chyba nikt nie wątpi – przez lata, rozliczne haki na politycznych przeciwników. Pierwszą niewątpliwie salwę skieruje na Mateusza Morawieckiego, lecz mogłaby być ani nie ostatnią, ani nie tylko w tym kierunku. Wszechwładny szef służ specjalnych minister Kamiński niewątpliwie nie byłby dłużny i minioną wojnę na teczki zastąpiła by aktualna zawierucha na „dossier”.

W nieustabilizowanym demokratycznie kraju,

po ewentualnych, nowych wyborach parlamentarnych, może łatwo nastąpić rozkład i bezład życia politycznego, gdyż w Sejmie znajdą się ugrupowania, które żadną miarą porozumieć się nie będą mogły ze sobą. Nic nowego, to w polskim parlamencie już przerabialiśmy, tyle, że nikt nie odpowie na pytanie co dalej?

A tak w ogóle to może być oczywiście jeszcze inaczej.