Williams już bez Williamsów

Niedzielny wyścig o Grand Prix Włoch zapisał się w historii Formuły 1 jako ostatnie zawody, w których zespołem Williamsa zarządzała rodzina Williamsów. Nowi właściciele brytyjskiej ekipy, amerykańskie konsorcjum Dorilton Capital, zwolnili Claire Williams z funkcji szefa zespołu, a wraz z córką odchodzi też legendarny założyciel tej wyścigowej stajni F1 Frank Williams. Z szacunku dla jego osiągnięć nowi właściciele zostawili jego nazwisko w nazwie zespołu.

Od poniedziałku Claire Williams już nie rządzi zespołem z Grove, a wraz z nią z jakiejkolwiek działalności w ekipie Williamsa wycofał się też jej ojciec, 78-letni Frank Williams, który w 1977 roku założył ten wyścigowy teamu i przez ponad 40 lat doprowadził go do wielu sukcesów – m.in. 16 tytułów mistrzowski w Formule 1, 144 wygranych wyścigów, 128 pole position, 133 najszybszych okrążeń. Zespół zadebiutował podczas Grand Prix Hiszpanii 1977, gdy kierowcą w samochodzie zespołu March był Patrick Nève. Rok później zaczęto produkcję własnych podwozi i jako konstruktor zadebiutował podczas Grand Prix Argentyny 1978. Pierwsze zwycięstwo zespołowi zdobył Clay Regazzoni podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii 1979. Podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii 1997, Jacques Villeneuve wygrał setny wyścig dla Williamsa, dzięki temu zespół został wtedy jednym z trzech ekip (razem z Ferrari i McLarenem), które mieli na swoim koncie wygranych ponad sto wyścigów. Wielu sławnych kierowców jeździło w barwach Williamsa – m.in. Alan Jones, Keke Rosberg, Nigel Mansell, Alain Prost, Nelson Piquet, Ayrton Senna, Damon Hill, Jacques Villeneuve czy Jenson Button. Wszyscy, z wyjątkiem Senny i Buttona, zdobyli mistrzowskie tytuły (1980, 1982, 1987, 1992, 1993, 1996, 1997). Ekipa z Grove ma też w dorobku dziewięć tytułów mistrza świata konstruktorów (1980, 1981, 1986, 1987, 1992, 1993, 1994, 1996, 1997).
Brazylijski kierowca Ayrton Senna został kierowcą Williamsa w sezonie 1994, zastępując równie słynnego Francuza Alaina Prosta. Podczas trzeciego wyścigu – Grand Prix San Marino, Brazylijczyk na szóstym okrążeniu na zakręcie Tamburello uderzył czołowo w betonową ścianę i zginął. Kierownictwo Williamsa zostało oskarżone przez włoski wymiar sprawiedliwości o nieumyślne spowodowanie śmierci brazylijskiego kierowcy. Sprawa ciągnęła się przez jedenaście lat i zakończyła dopiero 27 maja 2005 wyrokiem uniewinniającym.
W ostatnich latach brytyjska ekipa pogrążała się w kryzysie, czego w poprzednim sezonie doświadczył boleśnie Robert Kubica, którego Williams zatrudnił w roli kierowcy, ale dał do dyspozycji najgorszy samochód w stawce. W tym sezonie bolidy Williamsa nie są wiele lepsze i obaj kierowcy, George Russel i Nicholas Latifi ścigają się na nich w ogonie stawki.
Chociaż rodzina Williamsów po GP Włoch zakończyła swoją aktywność w Formule 1, stworzona przez nią marka pozostanie obecne w „królowej sportów motorowych”. Przyjmując zespół fundusz inwestycyjny Dorilton Capital zobowiązał się, że nie zmieni nazwy zespołu. W Grove nadal mają też funkcjonować fabryka i siedziba teamu. „Już od jakiegoś czasu krążyło sporo plotek na temat mojej pozycji w zespole. Dlatego chcę to wyjaśnić. Dorilton Capital chciał, abym została. To ja zadecydowałam, że odchodzę z firmy. Czułam, że to dobry moment, by odejść, że to będzie właściwy wybór. Po GP Włoch jeszcze przez kilka kolejnych tygodni będę pojawiać się w firmie by przekazywać Dorilton Capital informacje o zespole, przedstawię im kulisy pracy i wiedzę specjalistyczną, bo tego na razie bardzo potrzebują. Koniec rodzinnego Williamsa może być początkiem nowej ery z życiu zespołu. Formuła 1 była naszym żywiołem od dawna, ale teraz nadszedł czas na inny rozdział w historii rodziny Williamsów” – powiedziała Claire Williams podczas konferencji prasowej przed niedzielnym Grand Prix Włoch, podczas której ogłosiła swoje odejście.
Ale już podczas sobotnich kwalifikacji pozycje zajmowane przez kierowców Williamsa przypomniały wszystkim, dlaczego zmienił się właściciel zespołu. George Russell i Nicholas Latifi po startemu zajęli miejsca w ogonie stawki i z tych pozycji wystartowali do niedzielnego wyścigu głównego. Russell miał jednak krótką chwilę satysfakcji, gdy w pewnym momencie wyprzedził czterokrotnego mistrza świata Sebastiana Vettela, lecz zaraz potem okazało się, że bolid Ferrari prowadzony przez niemieckiego kierowcę po prostu się zepsuł. Prawdziwe ściganie miało miejsce tylko z przodu stawki, którą otwierał szybki jak wiatr Mercedes Brytyjczyka Lewisa Hamiltona.

Nadciąga katastrofa?

Epidemia koronawirusa całkowicie zatrzymała wyścigową karuzelę w Formule 1, zanim zdążyła ruszyć. Odwoływane są kolejne wyścigi i w tej chwili nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy sezon się zacznie.

Nigdy jeszcze Formuła 1 nie była w takim fatalnym położeniu. Ponad dekadę temu, gdy wybuchł kryzys finansowy, zespoły też ponosiły milionowe straty, ale chociaż mogły startować, bo wyścigi można było przecież organizować. Dzisiaj jest zdecydowanie gorzej, bo w pierwszej dekadzie kwietnia nie można wykluczyć, że tegoroczny sezon w ogóle się nie odbędzie. Nawet jeśli do czerwca epidemia zostanie powstrzymana, to nie wiadomo jak długo potrwa likwidacja jej skutków. Nie od razu przecież zostaną otwarte granice, zniesione wszystkie ograniczenia w podróżowaniu, a przede wszystkim – ustąpi strach przed zarażeniem koronawirusem, co będzie miało kluczowe znaczenie dla organizatorów imprez masowych.
A Formuła 1 żyje z kibiców, zaś bez nich ściganie się traci sens nie tylko sportowy, lecz także ekonomiczny.
Z powodu odwoływania kolejnych wyścigów nie zarabiają też zespoły, które zatrudniają setki wysoko kwalifikowanych i dobrze opłacanych pracowników. W tej chwili już kilka ekip sygnalizuje zagrożenie bankructwem. McLaren, Williams i Racing Point częściowo ograniczyły zatrudnienie, korzystając z programów ratunkowych wprowadzonych w Wielkiej Brytanii. To jednak rozwiązanie na krótką metę, bo skoro szefowie wszystkich ekip zaczynają naciskać na drastyczne cięcia kosztów i sugerują obniżenie limitu wydatków ze 175 do 100 mln dolarów, to wiadomo z góry, że będą zwalniać setki ludzi, a kierowcom ciąć kontrakty. A i to najsłabszych w stawce może nie uchronić przed finansową katastrofą i opuszczeniem Formuły 1, co przy skromnej liczebnie stawce dziesięciu zespołów będzie ogromnym ciosem nie tylko dla wizerunku „królowej sportów motorowych”, lecz przede wszystkim dla sportowej atrakcyjności wyścigów Formuły 1.

Wojna Williamsa z Kubicą

Ekipa Williamsa podczas Grand Prix Meksyku po raz kolejny zniweczyła wysiłek Roberta Kubicy. Brytyjczycy robią wszystko, żeby Polak nie okazał się lepszy od drugiego z kierowców zespołu George’a Russella.

W Meksyku Williams zaczął nieczyste zagrywki już podczas treningów, ale skandaliczny numer wyciął Kubicy w kwalifikacjach, dając mu do dyspozycji bolid z podwoziem w starszej specyfikacji, na dodatek fatalnie spasowanym z nadwoziem, przez co auto straciło na sterowności i tylko rutyna uchroniła polskiego kierowcę przed kraksą. Kwalifikacje zakończył rzecz jasna na ostatnim miejscu. Ale do niedzielnego wyścigu auto Kubicy jednak zmodyfikowano i zainstalowano w nim skrzydła oraz podwozie w najnowszej specyfikacji, przez co być może po raz pierwszy w tym sezonie brytyjski zespół posłał na tor oba swoje auta w takiej samej konfiguracji.

Polak wykorzystał okazję do maksimum i szybko zostawił swojego partnera z zespołu za plecami. Ekipa techniczna Williamsa skorygowała jednak tę sytuację na pierwszym pit-stopie, w którym przytrzymała Kubicę o kilka sekund dłużej niż zwykle i dzięki temu Russell wrócił na tor jako pierwszy. Polski kierowca nie dał mu jednak długo cieszyć się z tej przewagi, bo przy najbliższej okazji go zaatakował i wyprzedził, a następnie sukcesywnie powiększał przewagę. Nie dane mu było jednak ukończyć wyścigu przez młodym Brytyjczykiem, bo jego rodacy na kilka okrążeń przed końcem zmagań wezwali Kubicę dona dodatkowy pit-stop pod pretekstem rzekomego spadku ciśnienia w jednej z opon. Kubica przyjął polecenie z niedowierzaniem i zapewniał, że nie czuje żadnych zmian w zachowaniu auta, ostatecznie jednak podporządkował się decyzji zespołu i w efekcie ukończył Grand Prix Meksyku na ostatnim miejscu.

 

Williams znów się ośmieszył

Brytyjczyk Lewis Hamilton z ekipy Mercedesa wygrał w miniona niedzielę na torze w Soczi wyścig o Grand Prix Rosji. To jego 82. zwycięstwo w karierze. Tym razem żaden z kierowców Williamsa nie ukończył wyścigu. George Russell rozbił bolid, a wkrótce potem Robertowi Kubicy szefowie zespołu kazali przerwać wyścig i zjechać do boksu.

Faworytem wyścigu był Charles Leclerc z Ferrari, który w cuglach wygrał sobotnie kwalifikacje. Kierowca z Monako wykręcił w sobotę czas 1.31,628, a drugi Lewis Hamilton z Mercedesa był o 0,402 s gorszy, zaś trzeci Sebastian Vettel z Ferrari miał 0,425 s straty. Kubica jak zwykle w tym sezonie odpadł w pierwszej części kwalifikacji zajmując 18. miejsce, a wraz z nim odpadli też Fin Kimi Raikkonen (Alfa Romeo), Brytyjczyk George Russell (Willams), Tajlandczyk Alexander Albon (Red Bull) oraz Rosjanin Daniił Kwiat (Toro Rosso). Dla Kubicy tym razem porażka w kwalifikacjach nie miała żadnego znaczenia, bo i tak po wymianie jednostki napędowej za karę musiał startować z ostatniego rzędu.

Niedzielny wyścig Polak zaczął nieźle, bo jadąc na miękkich oponach awansował na 15. miejsce. Wtedy jednak dostał polecenie zjechania do boksu i wymieniono mu ogumienie na twardsze, przez co błyskawicznie zaczął tracić do rywali i spadł na ostatnie miejsce, na którym pewnie dojechałby do mety. Nie dane mu było jednak ukończyć zawodów, bo jego partner z zespołu George Russell wpadł na bandę i rozbił swój bolid doszczętnie. Tak na marginesie, to już drugi wyścig z rzędu, w którym Brytyjczyk rozwalił auto. Chwilę po jego kraksie Kubica dostał polecenie przerwania wyścigu i zjechał do boksu. Dlaczego? Bo Williams chciał oszczędzić części z jego auta, które zabierze do rekonstrukcji bolidu Russella. I tak chcąc nie chcą zespół z Grove potwierdził, że Kubica ściga się maszyną rezerwową.

 

Kubica na torze Monza

W Formule 1 nie ostygły jeszcze emocje po Grand Prix Belgii, a w najbliższy weekend odbędzie się kolejny wyścig, o Grand Prix Włoch na torze w Monza. Tu Robert Kubica po raz pierwszy wywalczył miejsce na podium.

Tym razem polski kierowca nawet nie ma żadnych szans na nie tylko na walkę o czołowe miejsc, lecz nawet na zdobycie punktu. Po wakacyjnej przerwie auta Williamsa podczas Grand Prix Belgii znowu wlokły się w ogonie stawki, a bolid Kubicy na jej szarym końcu. Podczas kwalifikacji zapalił się w nim silnik i Kubica w trakcie niedzielnego wyścigu nawet od swojego kolegi z zespołu George’a Russella był wolniejszy o kilkanaście sekund.

Przez tydzień niewiele da się zrobić i dlatego nikt nie zakłada nawet, że na Monzy kierowcy Williamsa włączą się do rywalizacji o punkty. Kubica w swoich wypowiedziach przed GP Italii ograniczał się zatem głównie do wspomnień z lepszych czasów. „To jeden z moich ulubionych torów. Jeździ się na nim ze sporymi prędkościami, do tego są strefy mocnego hamowania. Zwłaszcza do szykany w pierwszym sektorze. Na nim debiutowałem za kierownicą samochodu wyścigowego, tu po raz pierwszy wywalczyłem miejsce na podium w Formule 1. Na Monzie zawsze panuje dobra atmosfera i spodziewam się wsparcia ze strony wielu fanów” – powiedział Kubica w jednej wypowiedzi dla włoskich mediów.

Starszy inżynier wyścigowy Williamsa Dave Robson szczerze przyznał, że jego ekipa podczas Grand Prix Włoch znów będzie testować części gównie pod kątem sezonu 2020, ale przy okazji starając się je jak najlepiej dopasować do ustawień modelu FW42 w warunkach panujących na torze. Co z tego wyjdzie pokażą dwie sesje treningowe w piątek i sobotnie kwalifikacje. Niedzielny wyścig rozpocznie się o 15:10.

 

Formuła 1: Żółwie tempo Kubicy

Wyścig o Grand Prix Austrii dość nieoczekiwanie wygrał Max Verstappen (Red Bull-Honda), który w końcówce wyprzedził prowadzącego od startu Charlesa Leclerca (Ferrari). Po raz pierwszy w tym sezonie nie triumfowali kierowcy Mercedesa – Valtteri Bottas był trzeci, a lider klasyfikacji generalnej Lewis Hamilton dopiero piąty. Tradycyjnie ostatni linię mety minął Robert Kubica.

Broniący w Austrii tytułu Brytyjczyk Lewis Hamilton został cofnięty o trzy pozycje na starcie niedzielnego wyścigu o Grand Prix Austrii, ósmej rundy mistrzostw świata Formuły 1. To oznacza, że drugi w kwalifikacjach kierowca Mercedesa GP ruszy z piątej pozycji. Sędziowie nałożyli na Hamiltona karę za zajechanie drogi Finowi Kimiemu Raikkonenowi (Alfa Romeo-Ferrari) podczas pierwszej części kwalifikacji. Pole position na torze w Spielbergu wywalczył reprezentant Monako Charles Leclerc (Ferrari). Z pierwszej linii zamiast Hamiltona wystartował Holender Max Verstappen (Red Bull-Honda), a za nimi ustawieni byli Fin Valtteri Bottas (Mercedes GP) i Brytyjczyk Lando Norris (McLaren-Renault).

Robert Kubica tradycyjnie już zajął w kwalifikacjach ostatnie miejsce, tuż przed nim sklasyfikowany został jego kolega z teamu Brytyjczyk George Russell, który jednak najpierw został przesunięty niżej za utrudnienie jazdy Rosjaninowi Daniiłowi Kwiatowi (Toro Rosso-Honda), a potem sędziowie odesłali go do alei serwisowej. Była to kara za wymianę przedniego skrzydła w bolidzie brytyjskiego kierowcy. Ekipa Williamsa nie miała zapasowego w takiej samej specyfikacji i stąd ten kłopot.

Dzięki perypetiom rywali Kubica w niedzielnym wyścigu wystartował z 17. pozycji, przed Russelem, Carlosem Sainzem jr i Alexandrem Albonem. Zaczął dobrze i nawet awansował na 16. lokatę, lecz już po pięciu okrążeniach spadł na ostatnie, 20. miejsce. Potem los znowu wyciągnął do Polaka pomocną dłoń, bo za nieprawidłowy start sędziowie przesunęli Kevina Magnussena (Haas) na ostatnie miejsce. Duńczyk musiał karnie przejechać przez aleję serwisową i wrócił na tor ze stratą aż 27 sekund do Kubicy, który z kolei po 10 okrążeniach tracił już do 18. Russella ponad cztery sekundy.

Polski kierowca nie utrzymał długo przewagi na Magnussenem i ponownie znalazł się na końcu stawki. Różnica między nim a pozostałymi kierowcami jest wręcz zatrważająca na tym poziomie rywalizacji. Do przedostatniego w stawce Duńczyka po 50 okrążeniach tracił już ponad pół minuty.

A na czele wyścigu prowadzący od startu Charles Leclerc toczył zaciętą walkę z duetem kierowców Mercedesa – Maxa Verstappenm. Pod koniec do walki włączył się drugi z zawodników Ferrari Sebastian Vettel, ale ostatnie słowo należało do Holendra Maxa Verstappena (Red Bull-Honda), który jednak przy wyprzedzaniu Leclerca przyblokował rywala. Trzecie miejsce przypadło Bottasowi, czwarte Vettelowi, a piąte Hamiltonowi. Długo po nich linię mety minął w żółwim jadący w żółwim tempie Kubica.

 

Williams znowu za plecami rywali

Grand Prix Kanady to jedyny wyścig Formuły 1, w którym zwyciężył Robert Kubica. W tegorocznej edycji jako kierowca Williamsa nie miał na to żadnych szans.

Kubica zakończył sobotnie kwalifikacje na ostatniej pozycji, co obecnym sezonie jest już smutna dla jego fanów normą. Była to dla niego kolejna rozczarowujące sesja, w której okazał się znacząco gorszy nawet od drugiego z kierowców Williamsa, Brytyjczyka George’a Russella. „Kwalifikacje wypadły słabo. Brakowało nam przyczepności, strasznie się ślizgałem. Dotyczyło to przedniej i tylnej osi. Nie wiem z czego to się bierze, ale to się często zdarza. Bardziej walczę o utrzymanie się na torze niż jadę” – powiedział Kubica w Eleven Sports.

Wypowiedź Kubicy zbiegła się w czasie z wywiadem, jakiego lokalnej prasie w Montrealu udzielił Michael Latifi, ojciec Nicholasa, któremu brytyjski zespół dał pojeździć bolidem Kubicy podczas porannego piątkowego treningu. Latifi senior należy do najbogatszych Kanadyjczyków, jest gotów wesprzeć Williamsa solidną porcją gotówki, jeśli jego synalek dostanie posadę kierowcy w przyszłym roku. Z pewnością dla 34-letniego polskiego kierowcy nie jest to komfortowa sytuacja (wyścig GP Kanady zakończył się po zamknięciu wydania).

 

Williams nie odrodzi się w Monte Carlo

W najbliższy weekend odbędzie się kolejny wyścig w tegorocznym kalendarzu Formuły 1 – Grand Prix Monako. Do rywalizacji na ulicznym torze szykują się też ostatni w stawce kierowcy teamu Williamsa, Robert Kubice i George Russell.

Ciasny i kręty tor w Monako zawsze był wielkim wyzwaniem dla samochodów oraz kierowców. „Teraz bolidy są szersze i znacznie większe, więc będzie jeszcze trudniej niż w moich poprzednich tu startach. To specjalny wyścig, bardzo różniący się od wszystkich innych. Już w tym roku mieliśmy w Baku przedsmak wyścigu na torze ulicznym z zamkniętymi ścianami i barierkami. Tor w Monako ma jednak wiele innych cech i sam jestem ciekaw tej konfrontacji” – powiedział Kubica w wypowiedzi udzielonej oficjalnej stronie internetowej Williamsa. Russell też nie krył podniecenia startem w Grand Prix Monaco. „To kultowy tor. W ubiegłym roku w Formule 2 nie wypadłem najlepiej, bo był to mój najgorszy występ w roku, ale mam nadzieję, że teraz spiszę się lepiej” – zapewniał angielski kierowca.

Choć z brytyjskiego zespołu dochodziły głosy, że ciężko pracowano nad poprawą osiągów obu bolidów, nikt nie wierzy w radykalna poprawę wyników Williamsa. Umiejętności kierowców niewiele znaczą gdy nie mają do dyspozycji maszyn konkurencyjnych wobec maszyn rywali. Brytyjczycy próbują uporać się z największymi bolączkami ich samochodów, a tych jest długa lista. Jednak w zapowiadającym niedzielny wyścig o Grand Prix Monaco komunikacie Williamsa zabrzmiały pierwsze optymistyczne nutki. „Nasz zespół zaliczył udanie dwudniowe testy w Barcelonie i zamierzamy zaprezentować dokonane postępy już w ten weekend” – napisano. Inżynier Dave Robson wylał jednak trochę oliwy na te wzburzone fale emocji. „Na pewno pogłębiliśmy naszą wiedzę na temat samochodu oraz opon, ale czy będziemy to w stanie pokazać w Monako, nie jest takie oczywiste ze względu na wyjątkowy charakter toru i nieprzewidywalne warunki”– stwierdził Robson.

Czwartkowe treningi zdawały się potwierdzać jego obawy. Obaj kierowcy Williamsa, Kubica i Russell, pierwszej sesji tradycyjnie już plasowali się w ogonie stawki, tracąc do czołowych kierowców ponad trzy sekundy. Polak na domiar złego lekko uszkodził swój bolid i stracił przez to kilkanaście okrążeń. Podczas popołudniowego treningu było jeszcze gorzej, a dystans do czołówki przekroczył cztery sekundy. Kubica znów był ostatni.

 

Kubica ostatni w GP Australii

Inaugurujący nowy sezon królowej sportów motorowych wyścig o Grand Prix Australii wygrali kierowcy Mercedesa. Pierwszy był Fin Valtteri Bottas, który został liderem klasyfikacji generalnej, a drugi jego partner z zespołu Brytyjczyk Lewis Hamilton.

Wyścigu nie ukończyło trzech kierowców – Francuz Romain Grosjean (Haas), Australijczyk Daniel Ricciardo (Renault) oraz Hiszpan Carlos Sainz (McLaren) i tylko dlatego Robert Kubica ostatecznie zajął 17. miejsce. De facto polski kierowca Williamsa minął jednak metę jako ostatni w stawce zawodników, którzy ukończyli wyścig. Był z nich najwolniejszy i zdublował go nawet partner z zespołu Brytyjczyk George Russell, który zajął… 16. lokatę. Szansę na lepszy rezultat Polak stracił już na pierwszym zakręcie, gdy został potrącony przez auto Red Bulla kierowane przez Pierre’a Gasly’ego. Musiał wymienić uszkodzone części nadwozia, ale już do końca nie był w stanie nawiązać walki z rywalami. Rzecz jasna team Williamsa znalazł się na ostatnim miejscu w klasyfikacji konstruktorów.

Mimo tych słabiutkich wyników szefowie Williamsa byli z nich zadowoleni, chociaż tak naprawdę jedynym sukcesem ekipy było to, że oba jej bolidy ukończyły wyścig. Kubica tak skomentował swój pierwszy po ośmiu latach start w Formule 1: „Pozytywne jest to, że ukończyliśmy wyścig. W pewnym momencie usłyszałem od inżyniera, że mam dobre tempo. I zacząłem się śmiać”.

 

Paddy Lowe uciekł z Williamsa

Jako pierwszy wieść podał serwis „Autosport”, a potem potwierdził to rzecznik prasowy Williamsa, że dyrektor techniczny tego zespołu Paddy Lowe wziął urlop z „powodów osobistych”.

Wiadomość jest sensacyjna, bo przecież za już za kilka dni odbędzie się wyścig o Grand Prix Australii, będący pierwszą odsłoną sezonu Formuły 1. Lowe jako dyrektor techniczny był obwiniany za słabe osiągi przygotowanego na ten sezon bolidu FW42. Przypomnijmy, że brytyjski zespół z powodów opóźnień w montażu auta stracił dwa dni przedsezonowych testów na torze Catalunya w Barcelonie, a gdy już wreszcie pojawił się na torze, zdecydowanie odstawał w osiągach od reszty stawki.

Na domiar złego okazało się, że Williams złamał przepisy techniczne i jest zmuszony przeprojektować swój bolid. Obaj kierowcy ekipy, czyli Robert Kubica i George Russell, nie ukrywali rozczarowania tegoroczną konstrukcją i dawali do zrozumienia, że GP Australii spodziewają się wielu problemów. Lowe jeszcze w Barcelonie zapewniał, że nie obawia się utraty posady, ale jego nagłe odejście każe domniemywać, że to koniec jego rządów w padoku Williamsa.

Do ekipy z Growe 56-letni Brytyjczyk dołączył w 2017 roku, przechodząc z zespołu Mercedesa. Nie był to dla Williamsa udany transfer, bo przygotowany pod okiem Lowe’a ubiegłoroczny bolid okazał się fatalny. Lance Stroll i Sergiej Sirotkin zdobyli na tych autach w trakcie całego sezonu zaledwie siedem punktów.

Tegoroczny model też ma mnóstwo wad i niedoróbek, a największym problemem jest to, że odpowiednich norm nie spełnia przednie zawieszenie auta. Nie jest to dobra wiadomość na licznych fanów Kubicy.