Krwawe cytryny i G8

Dlaczego 20 lat po wydarzeniach na G8 w Genui należy o nich przypomnieć? Z dwóch powodów. Po pierwsze było to „najpoważniejsze zawieszenie demokracji w kraju zachodnioeuropejskim od czasów drugiej wojny światowej”. Po drugie, w Genui umarła – lub raczej została zabita – inna polityka, tworzona oddolnie przez ruchy społeczne, stowarzyszenia, związki, kolektywy, grupy, czyli przez ludzi, którzy wierzyli, że „Inny świat jest możliwy”. Dziś, po 20 latach nawet tacy ekonomiści, jak Carlo Cottarelli, były dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przyznają, że „antyklobaliści widzieli znacznie dalej, podczas gdy ci, którzy kierowali wówczas ekonomią i finansami, byli tylko częściowo świadomi rozmiarów zachodzących zmian.”

„Zawieźli mnie do Bolzaneto. Zostałem ciężko pobity już wcześniej, kiedy robiłem zdjęcia ludziom z black blocu. Przywieziono mnie w suce razem z 20 innymi osobami. Ręce ciasno związane plastikową taśmą. Wrzucono nas do suki jak worki, potem zaczęło się pałowanie i obelgi. Policjanci śpiewali okładając nas na oślep: raz, dwa, trzy, viva Pinochet, cztery pięć Żydom śmierć, sześć siedem, czarnuchom też… Czułem, że mam złamaną nogę i widziałem sceny odrażające: policjanci ciągnęli za włosy jakąś Szwedkę, gasili papierosy na rękach innej dziewczyny z Francji. Jakiś chłopak posikał się ze strachu lub dlatego, że nie mógł już wytrzymać. Najgorsze wydarzyło się, gdy weszła policja więzienna. Nie widziałem nigdy takiej przemocy. Założyli czarne rękawice z poduszkami i przez godzinę bili nas bez przerwy, każdego z osobna, na wyrywki. Ciągle myślę o chłopaku, który odbił się od ściany, pozostawiając na niej strużkę krwi. Wreszcie około 4 rano wywieziono nas do więzienia w Aleksandrii.” – dwadzieścia lat temu opowiadał Alfonso De Munno, 26-letni fotoreporter z Rzymu, który został zatrzymany podczas protestów na ulicach Genui.
Co wydarzyło się w Genui 20 lat temu?
Wielki szczyt ośmiu najbardziej uprzemysłowionych krajów świata, który odbył się w Genui, w dniach 19-21 lipca 2001 roku, był międzynarodowym debiutem Silvia Berlusconiego, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej został premierem Włoch po raz drugi. To jednak nie on decydował o szczycie i jego lokalizacji, lecz tylko odziedziczył go po lewicowym rządzie, starając się ugościć możnych i potężnych tego świata jak najlepiej. Do słonecznej Italii przybyli wtedy George W. Bush, świeżo upieczony prezydent Stanów Zjednoczonych; Władimir Putin, równie świeży prezydent Rosji; Jun’ichirō Koizumi, debiutujący premier Japonii oraz dobrze już znani Jacques Chirac, prezydent Francji; Jean Chrétien, premier Kanady; Gerhard Schröder, kanclerz Republiki Federalnej Niemiec i Tony Blair, premier Wielkiej Brytanii. Włoskie, nadmorskie miasto, zostało zmilitaryzowane, a jego serce przemieniono w niedostępną twierdzę, nazwaną „czerwoną strefą”. Mogli przebywać w niej tylko wybrani: delegacje rządowe i akredytowani dziennikarze jako poczet. Gospodarz Berlusconi zadbał o każdy szczegół: na cytrynowych drzewkach zdobiących dziedziniec genuiskiego Pałacu Dożów dowiązano na żyłkach dodatkowe cytryny, dając iluzję obfitości. Czerwoną strefę ogrodzono murem z metalowej kraty, aby odgrodzić się i zabezpieczyć przed protestantami na zewnątrz kontestującymi neoliberalną globalizację. Według organizatorów Genoa Social Forum, kierowanego przez Vittorio Agnoletto, do miasta przybyło wtedy blisko 200 tys. osób z całego świata: stowarzyszenia, ruchy społeczne, związki zawodowe, organizacje pozarządowe, organizacje katolickie, lewicowcy, antyglobaliści, alterglobaliści, pacyfiści, anarchiści, autonomiści, transnacjonaliści, antyimperialiści, trzecioświatowcy, feministki, ekolodzy i zaangażowani księża, jak Luigi Ciotti. Ludy Seattell. Cała galaktyka różnorodna ideowo i niejednolita organizacyjnie, która powstała po manifestacjach w Seattel, w 1999 roku, przeciwko Światowej Organizacji Handlu i zaczęła cementować sią na Światowym Forum Społecznym w Porto Alegre w Brazylii, gdzie od 25 do 30 stycznia 2001 r. odbył się pierwszy szczyt w opozycji do Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, w Szwajcarii. No-Global. Również oni do Genui przywieźli ze sobą cytryny w plecakach, traktowane jako antidotum na gaz łzawiący… Nieśli banery: „Inny świat jest możliwy” oraz „Wy G8, My 6 miliardów ludzi”.
Kiedy po dwudziestu latach wraca się do tamtych wydarzeń i ponownie analizuje fakty, wydaje się, że klimat wojny, krążył nad genuiskim G8, jak fatum od samego początku i że innego scenariusza być nie mogło… Wszyscy dobrze wiedzieli, że do Genui nadciąga również Black Bloc i znali już jego taktykę. Włoski wywiad otrzymał różne ostrzeżenia. Dziś niektóre z nich śmieszą: „anarchiści niemieccy będą rzucać woreczkami z krwią zakażoną AIDS”, „eko-terroryści będą strzelać z proc kapsułkami z czerwoną farbą”. Inne zastanawiają. Jak podał dziennik „La Repubblica”, 19 czerwca 2001 r., agenci byłego KGB przekazali swoim zachodnim kolegom, że Osama Bin Laden, zaprzysięgły wróg Ameryki i przywódca islamskiego terroryzmu, może próbować dokonać zamachu na George’a Busha podczas jego pobytu w stolicy Ligurii. Alarm podniósł już wcześniej wywiad niemiecki, precyzując, że atak miałby nastąpić przy pomocy zdalnie sterowanych samolotów, załadowanych materiałami wybuchowymi, nakierowanych na miejsce, w którym miał się odbywać szczyt.
Szczytowi G8 towarzyszył klimat „strategii napięcia”, znany we Włoszech dobrze z okresu terroryzmu. Wysłano kilka przesyłek-bomb. Rozsiewano fałszywe informacje alimentując strach i wrogość. Nawet BBC nadała reportaż, w którym informowano, że włoska policja zakupiła 200 worków na zwłoki…
Innego scenariusza być nie mogło…
87 spalonych samochodów, 41 zdewastowanych sklepów, 34 banki, 16 stacji benzynowych. Kostka brukowa wyrwana doszczętnie, podpalone śmietniki, zniszczone samochody. Przynajmniej 100 miliardów lirów strat materialnych. Jedna ofiara śmiertelna… To bilans trzydniowej wojny miejskiej podczas G8.
Protesty ruchu antyglobalistycznego w Genui rozpoczęły się 19 lipca, od demonstracji domagającej się praw dla migrantów, w której brało udział ok 50 tys. osób, w tym wielu obcokrajowców. Drobne incydenty nie zakłóciły spokoju. Do miasta napływało coraz więcej ludzi, mających wziąć udział w licznych manifestacjach przewidzianych na piątek i sobotę i dla których zorganizowano zakwaterowanie w szkołach, instytucjach, na stadionie, w różnych dzielnicach.
Pierwsze, poważne zajścia miały miejsce wczesnym popołudniem, w piątek 20 lipca, w okolicach Placu Polo da Novi. Czarny blok ekstremistów liczący około 400 osób, z maskami przeciwgazowymi, kominiarkami, hełmami i pałkami, zaatakował kordon utworzony przez karabinierów w pobliżu stacji Brignole, rzucając koktajle Mołotowa i kamienie, i szybko uciekając po ataku. Policja interweniowała na ślepo strzelając gazem i pałując tłum pokojowych demonstrantów. Relacje filmowe, zarówno te na żywo prowadzone przez telewizje, jak i ujawnione później filmy amatorskie, udokumentowały brutalność włoskich policjantów, nieuzasadnione ataki na bezbronnych manifestantów, a także konfliktowe relacje pomiędzy manifestantami pokojowymi i osobnikami w czarnych strojach i kominiarkach, które dewastowały miasto. Pacyfiści próbowali utworzyć kordon by odizolować anarchistów na Piazza Manin. Taktyka jednak zawiodła. Później black bloc zaatakował więzienie, uszkadzając kamery monitoringu i drzwi, rzucając butelki samozapalne. Niemal jednocześnie doszło do starcia pod siedzibą liguryjskiego dowództwa karabinierów, w rejonie Corso Italia oraz bocznych ulic, gdzie został ranny w głowę oficer Luca Puliti, co było powodem rozprzestrzenienia się wśród mundurowych błędnej informacji, że jeden z kolegów nie żyje. Już od południa czarny blok przez kilka godzin „działał” w okolicy pomiędzy Corso Sardegna i Via Archimede, dewastując stację benzynową, bank, supermarket, wyrywając kostkę brukową, znaki drogowe, podpalając śmietniki i niszcząc zaparkowane samochody. Pomimo licznych zgłoszeń na centralę ze strony mieszkańców, siły policyjne nie interweniowały. Anarchiści poruszali się bezkarnie między czerwoną strefą a peryferiami, mieszając się w pochody autoryzowane, atakując policję i dewastując doszczętnie miasto. Tuż przed szesnastą doszło do ataku karabinierów w rynsztunku bojowym na pacyfistyczny, autoryzowany marsz Białych Kombinezonów na ulicy Tolemaide. Karabinierzy zaatakowali gazem łzawiącym i bezlitośnie bili bezbronnych manifestantów oraz dziennikarzy i fotoreporterów. Jak wynika z późniejszych ustaleń włoskich mediów, korpus policyjno-wojskowy liczący blisko 300 ludzi, wspierany przez opancerzone pojazdy i furgonetki, najprawdopodobniej pomylił drogę i zamiast zaatakować czarny blok, całą agresję wyładował na pacyfistach w białych kombinezonach, z których niektórzy zaczęli się bronić zamknięci w kotle.
W tych okolicznościach, na pobliskim Placu Alimonda, około godz. 17.20, zginął 21- letni chłopak Carlo Giuliani. Po szarży na autoryzowaną demonstrację, część karabinierów zaczęła się wycofywać, zabezpieczana z tyłu przez dwa samochody. Jedna z furgonetek z trzema karabinierami na pokładzie (kierowca Filippo Cavataio, Mario Placanica i Dario Raffone), podczas manewru zaklinowała się koło śmietnika. Wtedy zaatakowali ją manifestanci rzucając kamieniami i gaśnicą. Młody karabinier Mario Placanica wyciągnął pistolet i strzelił. Pocisk trafił Giulianiego w policzek. Chłopak zginął na miejscu. Wycofująca się furgonetka policyjna przejechała po leżącym ciele dwa razy. Tożsamość ofiary została ujawniona dopiero późnym wieczorem, gdy świat obiegły już zdjęcia jednego z fotoreporterów Reutersa.
Kilka miesięcy później ówczesny minister spraw wewnętrznych Claudio Scajola, przyznał, że wieczorem 20 lipca nakazał policji strzelać do demonstrantów w przypadku przekroczenia czerwonej strefy, motywując to napiętą sytuacją i zagrożeniem terrorystycznym.
Również kolejnego dnia, w sobotę 21 lipca miały miejsce zamieszki. Grupy black blocu i chuligani niszczący symbole kapitalistycznego, zglobalizowanego systemu, znowu mieszali się z pokojowymi demonstrantami, działając na ich szkodę. Policja pozwalała im dewastować miasto bezkarnie przez kilka godzin, po południu natomiast znowu zaatakowała pacyfistyczną manifestację, gazując i pałując ludzi, którzy szli z podniesionymi rękami i dłońmi pomalowanymi na biało. Nie szczędziła ciosów przedstawicielom prasy ubranym w jaskrawe kamizelki i z identyfikatorami, członkom służby medycznej, a nawet lewicowym parlamentarzystom. Do spektakularnej batalii doszło w okolicach Placu Kennedy, gdzie ustawiono barykady i podpalono kilka samochodów. Pochód, który według organizatorów liczył ponad 200 tys. osób, został rozbity na dwie części i próbował się rozproszyć. Sytuacja była bardzo niebezpieczna, gdyż nie było odwrotu. Mogło dojść do masakry. Policja ścigała bezbronnych manifestantów w bocznych ulicach, bijąc brutalnie również osoby starsze i ranne. Kilkaset osób odniosło rany. Kilkadziesiąt aresztowano – jak się później okazało także bezpodstawnie i bezprawnie.
Już w sobotę, większość manifestantów zaczęła opuszczać miasto. Inni musieli poczekać do następnego dnia. Wystarczyło tylko nadzorować „odpływ”. Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić.
Wieczorem 21 lipca 2001 r. między 22:00 a północą do zespołu szkół Diaz (Pertini i Pascoli), które były centrum koordynacyjnym Genoa Social Forum oraz siedzibą niezależnych mediów Indimedia, i gdzie nocowali aktywiści z różnych krajów mający opuścić Genuę następnego dnia, wtargnęły oddziały bojowe policji, wspierane operacyjnie przez bataliony karabinierów. Mundurowi i agenci w cywilu na oślep bili pałkami ludzi śpiących w śpiworach. Zniszczyli cały sprzęt komputerowy i fotograficzny, zarekwirowali dyski z materiałami GSF. Odbyła się prawdziwa jatka. Policja wkroczyła do szkoły twierdząc, że właśnie tu podjechała ciężarówka, z której podczas manifestacji wyciągnięto broń użytą przez black bloc: metalowe pręty, kije, koktajle Mołotowa, a także właśnie stąd rzucano kamieniami w patrol, który przed wieczorem przejeżdżał pod budynkiem. Bezpośrednim powodem rozpoczęcia akcji miał być nożowy atak jednego z aktywistów na policjanta, mającego rozpocząć przeszukanie.
Aresztowano 93 osoby, a 61 rannych trafiło do szpitala, z czego trzech w stanie ciężkim i jeden w śpiączce. Pierwszą osobą, która została pobita i odniosła najcięższe obrażenia był młody angielski dziennikarz Mark Covell, którego policja dorwała jeszcze przed bramą Diaz.
Policjanci wynieśli dowody przestępstwa antyglobalistów, świadczące o tym, że w Diaz czarny blok miał swoją kwaterę generalną: dwie butelki koktajlu Mołotowa, nóż, kilka kijów, kominiarki, chustki. Pokazano je nazajutrz na konferencji prasowej, na której swoje oświadczenie złożył również jeden z funkcjonariuszy Massimo Nucera, pokazując dziurę w mundurze i kamizelce ochronnej po domniemanym ataku nożem.
Zatrzymanych zostali przewiezieni do aresztu tymczasowego Bolzaneto. Odebrano im dokumenty i portfele, zdjęto odciski palców, a następnie przesłuchiwano używając metod uwłaczających godności ludzkiej i kwalifikujących się jako tortura. Bito pałkami i rękawicami tak, aby nie pozostawiać śladów do obdukcji, ubliżano, pluto w twarz, zmuszano do stania godzinami pod ścianą z rękami podniesionymi do góry. Nie pozwalano wyjść do ubikacji, grożono gwałtem, gaszono papierosy na rękach, zastraszano, przymuszono do podpisania zeznań w języku włoskim oraz oświadczeń o tym, że rezygnują z kontaktu z placówkami dyplomatycznymi własnych krajów. Przeciwko zatrzymanym wniesiono oskarżenia o popełnienie dewastacji, aktów wandalizmu, ataku na policjantów, stawiania oporu podczas aresztu. Z Bolzaneto przewieziono ich później do regularnych więzień. Ten sam los spotkał ludzi zatrzymanych podczas manifestacji. Po kilku dniach, kiedy zaczęły pojawiać się filmy i zdjęcia, a cała prasa zagraniczna pisała o tym co stało się na G8, a później w Diaz i Bolzaneto, sprawę zaczęto wyjaśniać.
20 lat później…
Co wiemy dziś o tym, co naprawdę wydarzyło się na G8? Wciąż nie wszystko. Jak zakończyły się dochodzenia i procesy? Dość zaskakująco.
Decyzja o przeprowadzeniu akcji w szkole Diaz zapadła na dwóch spotkaniach w genuiskim komisariacie. W pierwszym wzięli udział: zastępca szefa policji Ansoino Andreassi; prefekt Arnaldo La Barbera; komisarz policji Genui Francesco Colucci; szef Centralnej Służby Operacyjnej Policji Francesco Gratteri; dyrektor DIGOS (Wydział Dochodzeń Ogólnych i Operacji Specjalnych) w Genui Spartaco Mortola, szef genujskiego oddziału policji prewencyjnej Nando Dominici; dyrektor UCIGOS (Centralne biuro dochodzeń ogólnych i operacji specjalnych) Giovanni Luperi; kierownik DIGOS z Bolonii Lorenzo Murgolo, a następnie zastępca komisarza Genui Massimiliano Di Bernardini i zastępca szefa centralnych służb operacyjnych Gilberto Caldarozzi, który zgłosił rzekomy atak na patrol pod szkołą Diaz, stanowiący pretekst interwencji. Sprzeciw w stosunku do akcji wyraził jedynie szef policji Andreassi i dyrektor DIGOS Mortola, który jednak miał niewiele do powiedzenia. O operacji poinformowano telefonicznie ówczesnego komendanta policji Gianni De Gennaro.
Wiadomo, że policja wniosła do Diaz i ukryła dwa koktajle Mołotowa, znalezione wcześniej na ulicach Genui. To one miały być dowodem, że w budynku nocowali członkowie czarnego bloku. Podrzucono też pręty metalowe i kije, znalezione na pobliskiej budowie. Plastikową torebkę z butelkami benzyny, wysocy rangą oficerowie oraz ich szefowie przekazywali sobie z rąk do rąk, co nagrano na amatorskim filmie nakręconym z budynku naprzeciw szkoły, który stał się później dowodem w procesie. Funkcjonariusz Massimo Nucera, który złożył oświadczenie na konferencji prasowej, a później fałszywe zeznania, że został pchnięty nożem, tak naprawdę zrobił to sam. Brutalne pobicie dziennikarza Marka Covell’a już przed szkołą Diaz świadczyło o tym, że policjanci z VII rzymskiego eksperymentalnego batalionu policji prewencyjnej oraz inni agenci, wtargnęli do środka z zamiarem agresji i z poczuciem całkowitej bezkarności oraz przyzwolenia z najwyższych szczebli.
W sprawie wydarzeń mających miejsce w szkole Diaz proces zakończył się dopiero w 2012 r. W pierwszej instancji, w 2008 r. najwyższe władze policji zostały uniewinnione. Dopiero dwa lata później w procesie drugiego stopnia skazano 25 z 27 oskarżonych, w tym dowódców policji odpowiedzialnych za akcję w Diaz, m.in.: Francesco Gratteriego, Giovanniego Luperi, Gilberto Caldarozziego oraz Vincenzo Canteriniego – szefa rzymskiego batalionu policji prewencyjnej i Michelangelo Fourniera – dowódcę VII eksperymentalnego batalionu, utworzonego specjalnie do działań na G8. Fournier, podczas procesu zeznał, że to, co działo się w Diaz było „meksykańską rzeźnią”. Kary, na które skazano oskarżonych nie przekraczały pięciu lat pozbawienia wolności. Niektóre z zarzucanych im przestępstw, w trakcie długiego procesu uległy przedawnieniu. Dodatkowo ustawa wprowadzona w 2006 r., gwarantowała wszystkim skazanym funkcjonariuszom obniżenie wyroku o trzy lata. W międzyczasie wielu dowódców, którzy podjęli decyzję o akcji w Diaz zrobiło karierę. W 2020 roku włoskie media i opinię publiczną zbulwersował fakt, że funkcjonariusze Pietro Troiani i Salvatore Gava, którzy 21 lipca 2001 roku wnieśli do Diaz dwa koktajle Mołotowa, a później złożyli fałszywe zeznania, doczekali się awansu za całokształt pracy i wzorowe postępowanie.
Żaden z funkcjonariuszy biorących bezpośredni udział w „meksykańskiej rzeźni” nie został zidentyfikowany i ukarany. Zarówno 60 skarg złożonych przez ofiary zmaskrowane w Diaz, jak i 200 skarg wniesionych przez manifestantów pobitych na ulicach Genui, zostało oddalonych z powodu niemożności zidentyfikowania agentów odpowiedzialnych za fakty, ze względu na jednolity hełm i czerwone chusty, którymi prawie wszyscy zakrywali twarz, i nie posiadali identyfikatorów.
Dziś wiemy, że areszt przejściowy w Bolzaneto został otworzony już 17 lipca 2001 r., z przeznaczeniem, aby wyłapać i zamknąć w nim członków czarnego bloku. Nie udało się to. Zeznając w sali sądowej w 2007 r., zastępca szefa genujskiej policji Ansoino Andreassi powiedział, że już od spotkania na komisariacie było jasne, że operacja w Diaz powinna mieć na celu nie tylko przeszukanie, ale i masowe aresztowania. „Istnieje niepisana zasada, zgodnie z którą jeśli dochodzi do przemocy lub nieporządku, którym nie można było zapobiec, muszą one zostać zrekompensowane pewną liczbą aresztowań.” – powiedział Andreassi. Również szef rzymskiego oddziału policji prewencyjnej Vincenzo Canterini, był zdania, że do masakry w Diaz dopuszczono, aby odkupić złe wrażenie, jakie policja zrobiła podczas dwóch dni manifestacji w Genui. Do Diaz wpuszczono funkcjonariuszy ze wszystkich oddziałów, którzy, zirytowani i przytłoczeni dwudniowymi starciami, wyładowali się poprzez masakrę bezbronnych demonstrantów, podżegani przez mężczyzn w cywilu, z policyjnymi kamizelkami i zakrytymi twarzami, których nikt nigdy nie rozpoznał.
Procesy dotyczące aktów przemocy w Bolzaneto zakończyły się w 2013 r. Wyrok Sądu Kasacyjnego, podkreślający wagę faktów, które doprowadziły do poważnego zawieszenia praworządności, uniewinnił 4 i skazał 7. Maksymalna kara to trzy lata i dwa miesiące. Otrzymał ją zastępcę szefa Bezpieczeństwa Publicznego Luigi Pigozzi, który rozerwał palce ręki jednego z więźniów. Inni funkcjonariusze policji więziennej i lekarka Sonia Sciandra otrzymali po roku więzienia. Kary prawie całkowicie zostały objęte amnestią, ze względu na ustawę z 2006 r. Sąd kasacyjny obniżył wysokość odszkodowania cywilnego przyznanego w drugiej instancji i opiewającego łącznie na 10 mln. euro, co spowodowało dalsze trudności ponad 155 ofiar z otrzymaniem zadośćuczynienia. W wyniku długiego procesu i braku przestępstwa tortury we włoskim kodeksie karnym, oskarżenia w stosunku 37 funkcjonariuszy uległy przedawnieniu.
W związku z tym, że we Włoszech prawo nie przewidywało przestępstwa tortur, do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu apelację złożył Arnaldo Cestaro, 62-letni mężczyzna, który w budynku Diaz nocował przypadkiem i został brutalnie pobity podczas nalotu na szkołę. Miał złamane ramię, nogę i dziesięć żeber. W 2015 r. Trybunał w Strasburgu skazał Włochy na wypłacenie odszkodowania dla Cestaro w wysokości 45 tys. euro, uznając niektóre akty przemocy policji w Diaz za tortury. Motywacja wyroku mówiła również o tym, iż fakt, że prawo włoskie nie uwzględnia przestępstwa tortury, prowadzi to do niechybnego przedawnienia wielu wykroczeń, które powinny być tak traktowane. Dwa lata później trybunał strasburski skazał Włochy na wypłacenie podobnych odszkodowań 29 ofiarom pobitym w areszcie Bolzaneto.
Przestępstwo tortury, usankcjonowane w Strasburgu przez Europejską konwencję o zapobieganiu torturom oraz nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu, w 1987 r., zostało wprowadzone we Włoszech dopiero 5 lipca 2017 r.
Amnesty International uznała, że ​​wyroki dotyczące wydarzeń na G8 w Genui „nie odzwierciedlają powagi stwierdzonych przestępstw i … dotyczą bardzo małej liczby osób, które uczestniczyły w aktach przemocy i działaniach przestępczych, mających na celu ukrycie popełnionych przestępstw”.
Dziś o G8 – corocznym, międzynarodowym forum gospodarczym, odbywającym się w latach 1997-2014, na którym spotykali się przywódcy ośmiu najbardziej uprzemysłowionych krajów świata Kanady, Francji, Niemiec, Japonii, Włoch, Wielkiej Brytanii, Rosji i Stanów Zjednoczonych oraz przedstawiciele Unii Europejskiej, już prawie zapomnieliśmy. Zmieniła się równowaga geopolityczna świata i w jego miejsce powołano G7 i G20. O antyglobalizmie też coraz ciszej
Ruch ukuł hasło „inny świat jest możliwy”, przetłumaczony i używany we wszystkich językach, i od stycznia 2001 roku spotyka się co roku w Porto Alegre na Światowym Forum Społecznym, w przeciwieństwie do Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Organizuje „kontrfora” na międzynarodowych szczytach i zdobywa coraz większe zainteresowanie mediów.
W 2002 roku, po ataku na bliźniacze wieże i późniejszej wojnie w Afganistanie, ruch połączył się w szerszy ruch pacyfistyczny. Żądania „innego możliwego świata” wysuwane przez protestujących mieszają się z żądaniami sprzeciwu wobec polityki wojskowej rządu George’a W. Busha, a wytyczenie granic ruchu staje się jeszcze trudniejsze.

Płonie Ameryka Łacińska

Najpierw peruwiańska oligarchia pozbyła się prezydenta Martina Vizcarry, potem lud, wychodząc masowo na ulice, zmusił do rezygnacji desygnowanego przez parlament następcę. Ale w społecznej rewolcie chodzi o coś więcej, niż sprawy personalne.

10 listopada Manuel Merino został zaprzysiężony na prezydenta po tym, gdy parlament przegłosował impeachment Martina Vizcarry. 15 listopada został zmuszony do rezygnacji. Skrajnie prawicowy polityk nie nacieszył się władzą, bo przesadził z pacyfikowaniem społecznych nastrojów już na samym początku. Gdy ludzie wyszli na ulicę protestować przeciwko parlamentarnemu zamachowi stanu, zostali potraktowani brutalnie: w trakcie rozpędzania tłumu demonstrującego w Limie w ubiegłą sobotę zginęły dwie osoby, a rannych zostało około 100. Ponadto zgłoszono zaginięcie ponad 40 młodych ludzi. Śmiertelnymi ofiarami policyjnej przemocy padli dwaj studenci: dwudziestodwuletni Jack Brian Pintado Sánchez i dwudziestoczteroletni Jordan Inti Sotelo Carnago.
Nie tylko w sobotę doszło do brutalnych aktów represji: demonstrowano w całym Peru, a policja wielokrotnie atakowała pokojowe protesty gazem łzawiącym i pieprzowym oraz gumowymi pociskami. Powszechnie podaje się, że stosowała również ostrą amunicję.
Presja na Merino spotęgowała się w momencie rezygnacji zdecydowanej większości jego skrajnie prawicowego gabinetu. 13 członków jego rządu zrezygnowało zaledwie kilka dni po nominacji. Wśród tych, którzy podali się do dymisji, byli minister spraw wewnętrznych i były generał policji, Gastón Rodriguez, który miał czelność bronić agresywnych policjantów, twierdząc, że ich metody były uzasadnione. Inny z podających się do dymisji ministrów zasugerował, że masowe demonstracje nie były spontaniczne, lecz zostały zorganizowane przez pozostałości maoistowskiej partyzantki, Świetlistego Szlaku. Merino za skompromitowanego uznały największe autorytety peruwiańskiej prawicowej oligarchii: powieściopisarz i były kandydat na prezydenta Mario Vargas Llosa oraz Keiko Fujimori, liderka Fuerza Popular i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego, uwięzionego za tworzenie szwadronów śmierci i korupcję. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, dymisji Merino zażądało także stowarzyszenie pracodawców CONFIEP. Na koniec sam Kongres postawił mu ultimatum, że jeśli nie odejdzie, w ciągu kilku godzin zbierze się w celu głosowania nad usunięciem go ze stanowiska.
Obalony prezydent Martin Vizcarra liczył na decyzję Trybunału Konstytucyjnego o przywróceniu go na stanowisko. Trybunał miał orzec, czy Kongres miał prawo powołać się w jego przypadku na niejasną część konstytucji z 1993 roku, która zezwala na impeachment prezydenta na podstawie „trwałej niezdolności moralnej”. Klauzula ta jest szeroko interpretowana jako odnosząca się do psychicznej lub fizycznej niezdolności do pełnienia funkcji prezydenta. W przypadku Vizcarry powołano się jednak na nią, przekonując, że człowiek skorumpowany nie może być prezydentem, a Vizcarra za udzielenie zezwoleń na budowę miał wziąć setki tysięcy dolarów łapówek. Było to wiele lat temu, gdy był gubernatorem południowego regionu górniczego Moquegua.
Doniesienia o korupcji są całkowicie wiarygodne. Praktycznie każdy żyjący były prezydent Peru jest zamieszany w masowy skandal związany z przekupstwem i odbiorem zamówień publicznych na roboty budowlane, udzielonych brazylijskiemu gigantowi budowlanemu Odebrecht i jego peruwiańskim partnerom. Ponad połowa ze 105 członków Kongresu głosujących za impeachmentem Vizcarry stoi w obliczu podobnych zarzutów. Problem polega jednak na tym, że oświadczenia złożone przez oskarżonych w tej gigantycznej aferze, którzy obciążyli zeznaniami Vizcarrę, nie zostały nawet zbadane. Co dopiero mówić o ustaleniu, na ile są wiarygodne, czy też o wyroku sądowym w sprawie. W głosowaniu nad impeachmentem członkowie Kongresu wygłosili również demagogiczne przemówienia potępiające Vizcarrę za katastrofalną politykę wewnętrzną w trakcie pandemii COVID-19, mówiąc, że oddają swoje głosy w imieniu zmarłych. Przy 934 899 przypadkach i 35 177 zabitych, Peru ma najwyższy na świecie wskaźnik śmiertelności per capita, dwukrotnie wyższy niż USA i Brazylia. To oczywiście statystyka dramatyczna i nieprzynosząca rządowi chwały, ale neoliberalni peruwiańscy prawicowcy są doprawdy ostatnimi osobami, które mogą załamywać ręce nad służbą zdrowia w swoim kraju.
Jednak to nie z powodu Vizcarry Peruwiańczycy masowo wyszli na ulice. Napędza ich nienawiść do skorumpowanego Kongresu i całego systemu politycznego w Peru. Impeachment, a właściwie zamach stanu przeprowadzony zaledwie pięć miesięcy przed planowanymi wyborami prezydenckimi, to tylko jeden z przejawów tego, jak bardzo ten system jest chory. I nic dziwnego, że Merino, który został tymczasowym prezydentem, gdyż był wcześniej przewodniczącym Kongresu, nigdy nie był postrzegany przez społeczeństwo jako realna szansa na zmianę.
Większość centrolewicowego Frente Amplio głosowała w Kongresie za impeachmentem, a jeden z jego liderów Rocío Silva Santisteban został nominowany w niedzielę na nowego szefa Kongresu. To próba nadania „lewego” oblicza politycznym manewrom peruwiańskiej burżuazji i zdobycia głosów lewicy, która nic na tym nie skorzysta. Niestety socjaldemokraci idealnie dali się zapędzić w pułapkę: Verónika Mendoza, pseudolewicowa polityk, która ubiega się o nominację na prezydenta, potępiła Vizcarrę za dążenie do powrotu na urząd. Mendoza została wypędzona z masowej demonstracji w mieście Cusco, gdzie słusznie postrzegano ją jako kolejnego członka znienawidzonego establishmentu politycznego.
W ostatnim tygodniu w Peru wydarzyły się jedne z największych demonstracji w swojej historii. Setki tysięcy młodych ludzi krzyczących „Merino wynoś się” i „Zadzieracie z niewłaściwym pokoleniem” wylało się na ulice całego kraju. W
Główna demonstracja w czwartek 12 listopada odbyła się w Limie. Młodzież dosłownie zalała stołeczny centralny plac San Martin, maszerując milami od dzielnic średniej klasy wyższej, takich jak Miraflores, a także od północnych i południowych zubożałych dzielnic, w których żyją miliony rodzin robotniczych. Do protestu przyłączyły się grupy studentów z Universidad Nacional Mayor de San Marcos (UNMSM). – Manifestujemy nasze uczucia – powiedział jeden z demonstrantów, Marcelo, portalowi World Socialist Web. -Nasi politycy są skorumpowani i niewykwalifikowani. To niewyobrażalne, że Kongres zagłosowałby za impeachmentem, kiedy znajdujemy się w samym środku wielkiego kryzysu zdrowotnego. Oni o tym wiedzą, ale bardziej zależy im na tym, co mają w kieszeni. Chcemy pieniędzy na zdrowie i edukację.
Starszy pracownik, który przyłączył się do protestu, powiedział: – Pracowałem w hotelu Crillon aż do jego zamknięcia w 1999 roku. Teraz żyję z emerytury, która wynosi 1000 soles (300 dolarów). Poza tym mam chorą córkę. Nie wiem, co robić. Sądownictwo nie działa. Co do socjalizmu, myślę, że słuszne byłoby zapewnienie opieki zdrowotnej i edukacji dla wszystkich. Poza tym potrzebna jest pensja, która pozwala na godne życie.
– Jestem przeciwny stanowi wyjątkowemu. Vizcarra powinien był skończyć swoją kadencję. A potem można go osądzić, czy przyjmował łapówki od Brazylijczyków. Dobrze jest wyjść na ulice, żeby nas posłuchali, ale co wtedy? Nie mogę znaleźć na to odpowiedzi. Wiem tylko, że kapitalizm nas niszczy – podsumował Paul, student prywatnego uniwersytetu.
Demonstracje odbyły się w miastach w całym kraju od Tacna przy południowej granicy z Chile, po Chiclayo i Trujillo na północy.
W ociekającym hipokryzją oświadczeniu Departament Stanu USA zdążył pogratulować Merino. Zanim neoliberał podał się do dymisji, miał okazję przeczytać, że jego wybór pozwoli on na przeprowadzenie w kwietniu peruwiańskich wyborów wraz z „udanym demokratycznym przejściem do nowej administracji”. Waszyngton wytłumaczył ponadto, że Peruwiańczycy powinni korzystać z „prawa do demokracji”, w tym „prawa do pokojowego protestu”. To mówi rząd USA, który zmobilizował zmilitaryzowaną policję przeciwko protestującym i dąży do unieważnienia wyników wyborów prezydenckich!
Bojowość młodzieży, która wyszła na ulice, ma swoje korzenie w nierozwiązywalnym kryzysie peruwiańskiego kapitalizmu, który został gwałtownie przyspieszony przez pandemię COVID-19. Oprócz najgorszego wskaźnika umieralności, Peru stoi w obliczu największego spadku produktu krajowego brutto spośród wszystkich dużych gospodarek, z 30-procentowym spadkiem w stosunku do roku poprzedniego i prawie 50 procentowym bezrobociem na obszarach miejskich. Są to warunki leżące u podstaw przedłużającego się kryzysu rządów w peruwiańskiej kapitalistycznej oligarchii. Przybrał on formę wewnętrznego konfliktu między władzą wykonawczą i ustawodawczą, a wojsko odgrywa w nim rolę ostatecznego arbitra. Pod koniec września 2019 roku Vizcarra, przy wyraźnym poparciu sił zbrojnych, zamknął Kongres i rządził przez wiele miesięcy dekretami. W zeszłym tygodniu wojsko zmieniło swoją lojalność po spotkaniu z Merino, popierając zamach parlamentarny.
Jeśli wojsko i cała klasa rządząca wycofują się z zamachu stanu, a kolejny tymczasowy prezydent Francisco Sagastin nie będzie już strzelał do ludzi to tylko ze strachu, że masowe protesty staną się nie do opanowania, wywołując szeroką walkę społeczną ze strony klasy pracującej i najbardziej uciskanych warstw społeczeństwa. W warunkach, w których pracodawcy forsują politykę powrotu do pracy bez żadnych zabezpieczeń w obliczu ciągłych masowych zgonów na COVID-19, zarówno peruwiańska klasa rządząca, jak i ponadnarodowe korporacje górnicze pragną zahamować kryzys polityczny przy pomocy sił pseudolewicowych. Dobrze wiedzą, że ich polityka będzie wymagała zastosowania środków represyjnych wobec peruwiańskich pracowników. I można tylko żałować, że peruwiańskiej klasie pracującej brakuje rewolucyjnego przywództwa opartego na międzynarodowym i socjalistycznym programie.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu World Socialist Web Site. Tłumaczenie i adaptacja: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Zamach majowy

„Druk kart do głosowania został podjęty”, ogłosił w telewizjach minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Obwieszczając tym samym, że uknuty zamach stanu czas zacząć.

Jaśniepan prezes Kaczyński jawnie prze do zorganizowania majowych wyborów prezydenckich. Ma duże szanse spełnić swe zamierzenia, bo ma za sobą gromadę Sasinów, którzy wykonają każde zlecone zadanie pana prezesa. Bez względu czy będzie one zgodne z obowiązującym jeszcze prawem, czy już nie.

Prze do wyborów nie zważając na groźbę wzrostu ofiar mnożącej się na wyborczej pożywce pandemii.

Cóż, trwa walka o najlepszą Polskę. Przecież Historia, tak zapewne wierzy pan prezes, szybko przyzna mu rację. Skoro dziś czci się dowódców, którzy wywołali Powstanie Warszawskie i przy okazji stworzyli największy cmentarz w tej części Europy, to te dodatkowe ofiary zarazy, też zostaną złożone na kolejnym ołtarzu Ojczyzny.

Elity PiS szykują wybory prezydenckie tak, aby wygrał je Andrzej Duda. W każdym terminie i w każdym wariancie głosowania. Bez względu na ich konstytucyjność, prawość, frekwencję głosujących. Bez względu na późniejszą pozycję szalbiersko wybranego prezydenta RP.

Bez względu też na reakcję liderów Unii Europejskiej. Zresztą, im bardziej będzie ona krytyczna dla elit PiS, tym będzie lepiej dla narodowo-katolickiej propagandy i samopoczucia żelaznego elektoratu pana prezesa. Znów usłyszą, że wraża Europa nie chce propolskiego prezydenta.

Szykują się do wyborów z nadzieją na wsparcie, albo przynajmniej neutralną postawę, administracji prezydenta Donalda Trumpa. Jej głos będzie miał dla elit PiS znaczenie.

Dla dobrych, choć wasalnych relacji z administracją USA porzucą marzenia o kontrolowaniu lub opodatkowaniu dużych amerykańskich firm. Przełkną też każda krytykę płynącą z anten nietykalnej, bo „amerykańskiej” TVN.

Jeśli jednak wyborów nie uda się przeprowadzić w maju, z powodu zarazy albo kiepskiej logistyki armii pana prezesa, to opozycja dostanie lanie za jej parlamentarne obstrukcje.

Wtedy jaśniepan prezes nakaże, pan prezydent Duda ogłosi, a Sejm przegłosuje stan wyjątkowy.

Pluszowy dla zwolenników PiS i protegowanych pani ambasador USA. Kolczasty stan klęski dla obecnej opozycji, zwłaszcza tych „zdradzieckich mord”.

Wtedy pan prezydent Duda będzie mógł dalej „prezydencić”, a rządzące elity PiS skorzystać ze swych nowych „wyjątkowych” uprawnień.
Wprowadzić „wyjątkowo” cenzurę dla wybranych, czyli opozycyjnych mediów. „Wyjątkowo” i dodatkowo odizolować najbardziej aktywnych opozycjonistów. Dezorganizować „wyjątkowymi” metodami działalność opozycyjnych partii politycznych i sprzyjających opozycji instytucji.

Wtedy zarządzający Polską rząd będzie mógł pójść „koreańską” drogą. Preferowaną przez pana premiera Morawieckiego w polityce gospodarczej. Skopiować, lepiej lub gorzej, południowokoreański model rozwoju narodowego przemysłu.

Kryzys gospodarczy wywołany pandemią pozwoli rządzącym uzasadnić „wyjątkowe” zawieszenie obowiązywania kodeksu pracy, systemu emerytalnego, wprowadzenie pracy za przysłowiową „miskę kaszy”.

A rząd i jego bliscy „zawsze się wyżywią”.

Cóż zatem ma robić opozycja? Zwłaszcza ta lewicowa?

Teraz musi przeciwstawiać się majowym wyborom prezydenckim. Ale jednocześnie musi być gotową do uczestnictwa w nich. Najgłupiej byłoby już teraz ogłaszać bojkot majowych wyborów, demobilizować tym opozycyjny elektorat, schodzić bez walki z boiska.

Opozycja powinna już teraz przygotowywać się do PiSowskiego stanu „wyjątkowego”. Nosić zawsze szczoteczkę do zębów wraz z niezbędnikiem internowanego.

Powinna już teraz stworzyć system informowania i komunikowania się odpowiedni do „wyjątkowych” sytuacji. System opieki prawnej i materialnej na czas stanu wyjątkowego.

Powinna rozwijać i wzmacniać istniejące lewicowe media. Komunikację z międzynarodowymi organizacjami skupiającymi partie lewicowe, demokratyczne, proeuropejskie. Przygotowywać się na „długi marsz”. Na „wybory brzeskie”, nawet na „Berezę”.

Bo jeśli znów sprawdzi się spostrzeżenie Marksa, że historia powtarza się zwykle jako farsa wcześniejszego dramatu, to w systemie jaśniepańskiej psycho dyktatury lekko jej nie będzie.

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Co po zamachu na gen. Solejmaniego?

Chusty, koszule, szaliki leciały w stronę platformy z trumnami zabitych w piątkowym amerykańskim zamachu bombowym, którego głównym celem był charyzmatyczny irański gen. Kasem Solejmani. Ta scena powtarzała się podczas uroczystości pogrzebowych w Iraku i w samym Iranie. W obu krajach zawieszonych dziś między płaczem a gniewem, jak na całym nieszczęsnym Bliskim Wschodzie, śmierć generała wywołała wstrząs, którego fala obiegła całą planetę pod postacią panicznych obaw przed „trzecią wojną światową”.

Gazeta.pl informowała swoich czytelników, że w uroczystościach w Teheranie wzięły udział „tysiące” osób. Dwa-trzy tysiące? Nie, to były dwa-trzy miliony, jak w Awhazie, Meszhedzie i innych miastach żegnających zabitych w bagdadzkim zamachu. Żałobnicy zjeżdżali się z regionów tych metropolii, jakby cały kraj chciał wziąć udział w pogrzebie. Tysiące rzucanych chust i koszul, jeśli dotarły do mężczyzn na platformie, wracały odrzucone w tłum po otarciu ich o trumnę generała, by stać się znakiem jedności, rodzajem relikwii po „męczenniku”, które mają wzmocnić pogrążonych w żałobie.
Jeśli porównać irański status społeczny gen. Solejmaniego do polskiej historii, byłby on skrzyżowaniem Kościuszki i Lelewela, z dodatkiem Piłsudskiego. Byłby uosobieniem hasła „za wolność naszą i waszą” skierowanym przeciw mocarstwom, które chcą kontrolować nie tylko Iran, ale i cały roponośny region. Rytualne slogany przeciw imperium amerykańskiemu i jego regionalnym sojusznikom – izraelskiemu reżimowi apartheidu i saudyjskiej tyranii – wykrzykiwane na pogrzebie, zostały w różnych formach powtórzone w Jemenie, Libanie, Palestynie, Syrii i Iraku, lecz rozkazodawca zamachu Donald Trump musi czuć się pewnie: chodzi wszak o kraje skutecznie przetrącone kolonialnymi wojnami i okupacjami, które przyszły z Zachodu.

Śmierć na zamówienie

Gen. Solejmani znalazł się na celowniku Izraelczyków w 2006 r., zaraz po kolejnej, zbrojnej napaści państwa żydowskiego na Liban. W regionie nazywają te wydarzenia „wojną 33-dniową”: Izraelczykom udało się wtedy zniszczyć prawie całą libańską infrastrukturę cywilną, jako tako odbudowaną po poprzednich wojnach, ale pierwszy raz zostali wypchnięci z kraju przez zjednoczone siły Hezbollahu (Partii Boga) i libańskiego wojska. Solejmani był już wtedy od sześciu lat szefem operacji zagranicznych Korpusu Strażników Rewolucji: to on nauczył wtedy Libańczyków, jak powstrzymać armię izraelską i odtąd datuje się jego renoma „geniusza wojskowego”, szczególnie speca od tzw. działań asymetrycznych, na które skazane są słabsze strony konfliktu.
Izraelczycy starali się więc go zabić, ale słynna skuteczność Mosadu doznała pewnej kompromitacji – nic z tego nie wychodziło. W końcu dwa lata temu zwrócili się do Amerykanów, by zrobili to swoimi środkami, lecz Trump wtedy odmówił zadowalając się pochwaleniem izraelskich zamiarów. Według Times of Israel, ostatnia izraelska próba miała miejsce trzy miesiące temu, kiedy agenci podłożyli pół tony trotylu pod podłogę miejsca, gdzie generał miał się pojawić, lecz się nie pojawił. Wysiłki izraelskiej skrajnej prawicy i amerykańskich neokonserwatystów, by Stany Zjednoczone zaryzykowały otwartą napaść na Iran musiały poczekać na odpowiedni kontekst natury wyborczej.

Kłopoty bliźniaków

To, co najbardziej zdziwiło bliskowschodnich komentatorów, to fakt, że Amerykanie przyznali się do zamachu. Mogli działać „po izraelsku”, dyskretnie, czyli udawać, że to nie oni, co nie dałoby natychmiastowego pretekstu władzom irańskim do otwartego organizowania odwetu. Teoria iracko-irańska jakoby Trump wziął po prostu na siebie działanie izraelskie ma pewne podstawy, ale właściwie nie ma znaczenia. Obaj przywódcy – Netanjahu i Trump – są w podobnej sytuacji: mają na karku procesy w swoich krajach (karne w Izraelu, destytucja w Stanach) i widmo wyborów przed sobą. Są politycznymi bliźniakami: należą do skrajnej, nacjonalistycznej prawicy, dla której ewentualna wojna stanowi „pewną” szansę na przedłużenie władzy.
Ale nie da się zredukować czynu Trumpa/Netanjahu do chęci przykrycia swoich kłopotów w Kongresie czy Knesecie. Trump od początku kadencji deklarował, że nie chce wojny z Iranem (wbrew Netanjahu), gdyż uznawał, że może być wyborczo niebezpieczna, a jednocześnie robił wszystko, by doprowadzić na jej skraj, na wypadek, gdyby okazała się jednak użyteczna (w zgodzie z Netanjahu). Dlatego uległ izraelskim naciskom na wycofanie się z układu atomowego z Iranem, nałożył sankcje i wprowadził „politykę maksymalnego nacisku”. Zamach na Solejmaniego to przyznanie, że ta polityka poniosła porażkę, że prowokacja do ewentualnej wojny potrzebuje czegoś mocniejszego.

Drugie przyjście Jezusa

Sytuacja polityczna Trumpa w Stanach jest mocniejsza od politycznego losu Netanjahu w Izraelu. Zebrał już tyle pieniędzy na kampanię, że wszyscy Demokraci mogą się już schować i pozostała mu tylko dbałość o los Izraela, bo to zapewni mu głosy dziesiątek milionów wyznawców syjonizmu chrześcijańskiego. Od ponad 70 lat wierzą oni, że popieranie Izraela przyśpieszy – poprzez „wielką wojnę Armageddon” – koniec obecnego świata i paruzję Jezusa Chrystusa. Ten super-twardy elektorat jest ważniejszy nawet od lokalnego lobby proizraelskiego, które zaczyna się mocno wahać, jeśli chodzi o los samego Netanjahu. Jednak polityczna alternatywa izraelska, tj, gen. Benny Gantz, tak samo popiera wojnę przeciw Iranowi, jak Netanjahu. Tu być może kryje się rozwiązanie zagadki przyznania się do zamachu. Trump zaczyna być pewien, że wygra wybory w obu przypadkach, mimo lub dzięki wojnie.
Solejmani był przydatny Amerykanom, kiedy zmienili priorytet wojny w Syrii, z obalenia tamtejszego rządu na walkę z dżihadystami, którzy mieli służyć temu obaleniu. Popierane wcześniej przez USA Państwo Islamskie (PI) stało się niebezpieczne szczególnie w Iraku, więc irackie, proirańskie oddziały Haszd asz-Szaabi (Siły Mobilizacji Ludowej lub Jednostki Pospolitego Ruszenia), którym patronował Solejmani, mogły wygrać wojnę przeciw PI przy wsparciu amerykańskiego lotnictwa i irackiej armii. W Syrii jednak elitarne, irańskie jednostki Solejmaniego zapędziły się za PI i Al-Kaidą aż pod izraelską granicę, podczas gdy Izrael wspierał przez nią dżihadystów (nawet leczył w swoich szpitalach), dla podtrzymania osłabiającego Syrię chaosu. Wcześniej, czy później, irański generał-strateg musiał więc zostać zlikwidowany, poniekąd w imię przyjścia Jezusa.

Zagadka K-1

Ostatni, gwałtowny zwrot polityczny zaczął się 27 grudnia 2019 r., kiedy nie wiadomo kto zabił, nie wiadomo kogo. Stało się to w amerykańskiej bazie wojskowej K-1 pod Kirkukiem na północy Iraku. Jacyś niezidentyfikowani sprawcy ostrzelali tę bazę i mieli zabić jednego, niespodziewanie anonimowego Amerykanina, określanego przez Pentagon jako „przedsiębiorca” lub „podwykonawca” (ale nie „cywil”), co oznacza prawdopodobnie najemnika którejś z amerykańskich, prywatnych spółek wojskowych, jeśli ów człowiek w ogóle istniał.
Tak, czy inaczej, następnego dnia do premiera Iraku Abd al-Mahdiego zadzwonił Mark Esper, sekretarz obrony USA, żeby go poinformować o decyzji zbombardowania „baz Haszd asz-Szaabi i Hezbollahu”. Premier poprosił Espera o spotkanie i odrzucił tę decyzję z powodu dwóch problemów: nie ma czegoś takiego jak „bazy Haszd asz-Szaabi”, gdyż jednostki te już kilka lat temu zostały wcielone do armii irackiej (pod nadzorem amerykańskim zresztą) i nie ma żadnego dowodu, by domniemanej śmierci Amerykanina było winne irackie wojsko, które nota bene stacjonuje razem z Amerykanami w K-1. Esper zwrócił uwagę, że nie dzwoni, by negocjować, a jedynie informować, i niecałe pół godziny później amerykańskie samoloty posiekały bombami irackie posterunki na pustynnej granicy z Syrią, ponad pół tysiąca kilometrów od K-1.

Iracki gniew

Wśród prawie setki zabitych i rannych żołnierzy irackich, dziewięciu miało na mundurach naszywki jednostki, w którą teoretycznie celowali Amerykanie. Strefę tę bombardowali już wcześniej Izraelczycy, przy okazji rutynowego bombardowania Syrii. Dla Amerykanów irackie pilnowanie granicy było zbyt szczelne, gdyż stanowiło przeszkodę w napływie byłych irackich dżihadystów, zatrudnianych przez nich do pomocy przy pilnowaniu syryjskich pól naftowych na wschodzie tego kraju, które Trump postanowił zatrzymać do dyspozycji Stanów Zjednoczonych.
Jak wiadomo, amerykańska jatka wywołała manifestację protestu pod ambasadą imperium w Bagdadzie, w czasie której nikomu włos z głowy nie spadł. Wybito z trudem dwie pancerne szyby, ale to wszystko. Zrealizowało się natomiast marzenie gen. Solejmaniego – iracka klasa polityczna w końcu zjednoczyła się przeciw Amerykanom. Projekt ustawy o wyrzuceniu obcych wojsk z Iraku powstał jeszcze przed zamachem na generała, gdy przebywał w Libanie. Gestykulacje Trumpa, w postaci gróźb nałożenia sankcji na Irak, czy masowego bombardowania Iranu, przykrywają nagi fakt, że Stany Zjednoczone nie są w stanie utrzymać swych wpływów w Iraku, mimo zabicia setek tysięcy Irakijczyków, śmierci własnych żołnierzy i najemników, wydania bilionów dolarów, zachowania baz wojskowych i podległego im do niedawna rządu.

Co teraz?

Po zamachu na Solejmaniego wszyscy jakby wstrzymali oddech. W Europie wielu publicystom przypomniał się zamach na austriackiego arcyksięcia, który uchodzi za przyczynę pierwszej wielkiej rzezi światowej: stąd nieco automatyczne obawy przed trzecią. Tercet USA-Izrael-Saudowie ma teraz przeciw sobie całą „oś ruchu oporu” (jak lubi się nazywać) w sześciu krajach Bliskiego Wschodu, nieporównanie od niego słabszych, jeśli odliczyć Iran, który ma jednak pewien potencjał obronny. Niektórzy oczekują riposty Iranu z dnia na dzień, choć Solejmaniego jeszcze nie pogrzebano. „Ruch oporu” musi najpierw zorientować się, kto i jak zdradził generała. Póki co, odpowiada groźbami na groźby Trumpa.
To, co się obecnie dzieje się złego na Bliskim Wschodzie ma głębokie korzenie historyczne: przeszłość kolonialną, gdy europejskie mocarstwa po I wojnie światowej rysowały granice podległych państw bez oglądania się na realności narodowo-wyznaniowe, a potem powstanie kolonialnego państwa Izrael, co skazało region na rodzaj wiecznej wojny. Napaści amerykańskie i zachodnie wzniecanie wahhabickiego dżihadyzmu przyczyniło się do dzieła zniszczenia, przeciw któremu walczył zabity generał. Dziesiątki tysięcy rodzin zawdzięczają mu ocalenie z tej ogólnej masakry, lecz nadchodzi jej nowy rozdział, który może zakrwawić chusty i koszule.

Kura zagrożony?

Czwartkowa „Rzeczpospolita” donosi, że wniosek Grzegorza Podżornego pozostanie bez dalszego biegu, a Jacek Kurski kolejny raz ocali głowę. Kaczyński chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie straty wizerunkowe przynosi jego partii TVP.
Do wyborów jeszcze dziewięć miesięcy – przez ten czas PiS zdążyłby jeszcze nadrobić stracone punkty, ale warunek jest jeden: odsunięcie Kurskiego od mediów publicznych i uderzenie się w pierś (choćby na pokaz) po śmierci Pawła Adamowicza.
Mają zapewne rację dziennikarze „Rzepy”, że nic z tego nie będzie, ale odnotowują, że prezes dostrzega problem: „W środę Sejm miał zająć się projektem ustawy, który zapewniłby mediom publicznym ponad miliard złotych rekompensaty. Niespodziewanie jednak w środę rano okazało się, że projekt spadł z porządku obrad” – pisze red. Michał Kolanko.
Poniedziałkowych „Wiadomości” nie jest w stanie obronić nikt, nawet prorządowi publicyści.
Przypomnijmy, że w środę 16 stycznia zawieszono proces gdańskiego ratusza wytoczony przeciwko TVP za inny zmanipulowany materiał, stawiający w złym świetle zmarłego prezydenta – pokazano tam Pawła Adamowicza jako zwolennika ściągania do Polski agresywnych, niebezpiecznych band uchodźców. Miasto stwierdziło, że naruszono jego dobre imię. Poszła skarga do KRRiT, Rady Mediów Narodowych i do sądu. Postępowanie zostanie wznowione, kiedy rządy obejmie komisarz Aleksandra Dulkiewicz. Telewizja tłumaczyła się dość mętnie, choć przyznała, że to co wyemitowano, nie było w porządku:
„Do naruszenia (…) dobrego imienia, wiarygodności i zaufania społecznego Gminy Miasta Gdańsk nie mogły przyczynić się nawet ewentualne, drobne nieprawidłowości związane z montażem audycji, które zostały niezwłocznie naprawione” – pisał Piotr Lichota, ówczesny dyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej TVP. W lipcu 2017 Kurski spuścił z tonu. Podpisał się pod wyjaśnieniami szefa TAI, w których możemy przeczytać: „W trakcie postępowania wyjaśniającego stwierdzono pewne uchybienia warsztatowe. W związku z tym, zarówno autor materiału, jak i wydawca programu zostali decyzją władz TVP SA zawieszeni w obowiązkach na okres jednego miesiąca, a przedmiotowy materiał został usunięty z mediów społecznościowych”. Jak się okazało, materiał z 2016 był tylko przygrywką do tego, co „Wiadomości” pokazały w ostatni poniedziałek.
W środę wieczorem pod redakcją TVP Info przy Pl. Powstańców Warszawy odbył się protest „Stop propagandzie nienawiści”.
Ps. z ostatniej chwili: Jak możemy się dowiedzieć z oświadczenia wydanego po ostatnim proteście, to TVP czuje się ofiarą nagonki. Podkreślono w nim, że pracownicy i współpracownicy TVP stali się ofiarami „niczym nieuzasadnionej nagonki i agresji”, a „pod adresem niektórych z nich i ich rodzin kierowane są groźby. Zarząd TVP informuje, że wszelkie tego typu zachowania są zgłaszane do właściwych organów”.

Nie o hejt tutaj chodzi!

To co dzieje się w mediach i polityce wokół sprawy zabójstwa prezydenta Gdańska, to zwykła zadyma. Sprawę sprowadzono do tzw. hej tu, który zapełnia fora internetowe. Towarzyszy temu dyskusja wokół tzw. mowy nienawiści i jej konsekwencji w obszarze świadomości społecznej. Mówimy bezrozumnie o widocznych skutkach, a o przyczynach tych zjawisk panuje cisza.
Z hejtem spotykamy się od lat, jako jedną z pochodnych istnienia mediów społecznościowych, które otworzyły świat informacji dla przeciętnych ludzi, mających dostęp do Internetu. Nie jest to nowe zjawisko w stosunkach międzyludzkich. Wcześniej objawiało się ono w postaci plotki, pomówienia. Sfera społeczna istnieje dzięki relacjom wzajemnym pomiędzy ludźmi, a media, w tym szczególnie, w ostatnich latach nowe media, to ułatwiają. Wołanie o likwidację, bądź ograniczenie hejtu można uznać w tej sytuacji za naiwność, brak wiedzy, lub uczestnictwo w zaciemnianiu społecznego obrazu dziś, w istniejących uwarunkowaniach społecznych i politycznych.
Zastanowić się trzeba nad tym, dlaczego uruchomiono dziś tak powierzchowną dyskusję o stanie świadomości Polaków, bez prób sięgania do źródeł i przyczyn tego zjawiska. Przyczyny są dość złożone, ich analiza wydaje się konieczna. Sytuacja społeczna zmierza bowiem szybko do przesilenia, a ono może nie być dla Polski najlepszym rozwiązaniem, choć widać siły, które wyraźnie do tego dążą.
Jeśli spojrzymy na kształtowanie się współczesnej wizji Polski XXI wieku, to daje się zauważyć, że od 1976 roku (wydarzenia w Radomiu), mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym, w którym wyłącznie jednym z epizodów był stan wojenny w grudniu 1981 roku czy też oddanie władzy przez PZPR w 1989 roku. Kraj i społeczeństwo jest przez kolejne ekipy polityczne, wywodzące się z różnych nurtów ideowych zarządzany kryzysowo, brak jest stabilizacji, jednej spójnej wizji rozwoju opartej o narodowy interes Polaków, tu i teraz.
Trzeba podkreślić, że na sytuację w Polsce ma zdecydowany wpływ sytuacja międzynarodowa i kształtowanie się świata pojałtańskiego, w ramach którego zarysowują się dwie przynajmniej koncepcje organizmu globalnego przyszłości: kontynuacja dotychczasowego jednobiegunowego organizmu z dominacją USA oraz budowa nowego, wielobiegunowego, zrównoważonego modelu opartego o kilka centrów cywilizacyjnych. Polska jest na linii frontu, stąd zapewne nasza sytuacja wewnętrzna wygląda tak, jak ją widzimy ostatnio.
Wracając do sytuacji aktualnej, trzeba podkreślić, że Polska targana jest koleją falą konfliktów społecznych i politycznych, których wynikiem może być nowy układ sił wewnętrznych po wyborach europejskich i parlamentarnych. Istnieje realna groźba dla rządzącej dziś koalicji prawicowej utraty władzy. Może to spowodować konieczność odejścia jednych ludzi i przyjścia innych, choć wśród rozumnej części społeczeństwa pojawia się pytanie: a co to zmieni?
Zauważyć trzeba, że jednym z głównych motywów walki o władzę w Polsce od dwóch dziesięcioleci nie jest czynienie dobrze i rozwój, ale władza sama w sobie, dająca dostęp do środków publicznych. Przykładów to potwierdzających jest wiele. Innym znaczącym elementem jest fakt, że kolejne ekipy rządzące w Polsce realizują wyłącznie wytyczne Konsensusu Waszyngtońskiego i jego linię neoliberalną w ekonomi i stosunkach społecznych. Dzieje się tak, mimo iż neoliberalizm w skali globalnej odchodzi w niesławie, pozostawiając po sobie ogromne rozwarstwienie i jednocześnie ogromny potencjał rewolucyjnego protest w całym świecie. Widać to również u nas. Jest on cynicznie wykorzystywany do walki politycznej, która zaczyna wylewać się na ulice.
Oceniając stan sytuacji w Polsce można zaryzykować tezę, że rządzące od kilkunastu lat kolejne ekipy polityczne nie są zdolne do wyprowadzenia kraju z narastającego kryzysu. Wywodzą się one z jednego pnia ideowo-politycznego, z jednej tradycji – przełomu sierpniowego. Narastający w Polsce konflikt jest ich dziełem. Zewnętrznie objawiane spory i różnice mają charakter pozorny, są często mylące dla elektoratu. Wielu rozumie je, jako cyniczną walkę o łupy.
Tak więc konkludując, nie o hejt tutaj chodzi, a o fundamentalne spory dotyczące sprawowania, utraty lub odzyskania władzy. Hejt jest pochodną szerszych procesów, którym ktoś patronuje i próbuje nimi zarządzać. Włączane jest w to społeczeństwo, narasta powszechna agresja, ukształtował się trwale w społecznej świadomości synonim „obcego”, z którym nie można już rozmawiać, a trzeba go zabić. To straszne zjawisko. Gdzie my jesteśmy, gdzie jest znaczący w historii Polski Kościół, który dziś stał się jedną ze stron konfliktu?
Polityka przestała być sztuką dialogu, kompromisu, szacunku do inaczej myślącego partnera, stała się polem konfrontacji i walki na śmierć i życie. Szkoda Polski.

13 stycznia

Od jakiegoś czasu czuliśmy, że to może się stać. Stało się.

Szkoda, że dopiero po Jego śmierci na powrót sięgnęliśmy po zapomniany już tomik poezji Wisławy Szymborskiej. I wiersz „Nienawiść”:
Spójrzcie, jak wciąż sprawna,
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

Narutowicz

Analogia wydaje się oczywista. Zamordowany w 1922 prezydent Gabriel Narutowicz. I 97 lat później, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Ale Rafał Madajczak na łamach portalu naTemat.pl pisze też o zasadniczych różnicach obu mordów. Zabójca Narutowicza, Eligiusz Niewiadomski był znanym historykiem sztuki. I narodowcem sympatyzującym z obozem Romana Dmowskiego. Zabójca Adamowicza – pospolitym bandytą. Trudno go podejrzewać o głębszą motywację polityczną zabójstwa.
A jednak tamta Polska i ta dzisiejsza miały wiele wspólnego. Publicysta naTemat.pl przytacza komentarze ówczesnej „Rzeczpospolitej” i „Gazety Warszawskiej”. „Pisano o «większości polskiej» sponiewieranej przez «jątrzący» wybór Narutowicza m.in. głosami mniejszości narodowych II RP, w tym żydowskiej. Pisano o patriotycznej młodzieży, której gniewu i troski o polskość «nikt uczciwy potępić nie zdoła»” – stara się odtworzyć atmosferę tamtych lat Rafał Madajczak.
Dzisiaj wystarczy kliknąć pilotem. By na kanałach informacyjnych telewizji publicznej usłyszeć usprawiedliwienia ekscesów narodowców. Słowa zachwytu, choćby po niedawnym marszu niepodległości. Tłumaczenia, że portrety europarlamentarzystów wiszące na szubienicach w centrum Katowic, to… przecież nie ludzie.
Niewiadomski zapewne czytywał „Gazetę Warszawską”. Stefanowi W. telewizja Kurskiego i inne media prawicowe od dawna wtłaczały do głowy przekonanie, że całe zło to „wina Tuska”. Nie było Tuska? Ale pod ręką znalazł się Adamowicz.

Klepsydra

Klepsydry z nazwiskiem Pawła Adamowicza pojawiły się w Gdańsku już bardzo dawno – wspomina Jacek Karnowski, prezydent Sopotu i jednocześnie przyjaciel zamordowanego prezydenta. To miał być taki „happening” Młodzieży Wszechpolskiej, protestującej przeciwko proimigranckiemu stanowisku prezydenta Gdańska. Karnowski przytacza fragment pisma, które wówczas prezydent Adamowicz skierował do prokuratury. „Prokuratura nie powinna przechodzić obojętnie obok tego rodzaju działań, gdyż prowadzą one do brutalizacji życia politycznego w Polsce. (…) Jeśli prokuratura nie podejmie działań w tego rodzaju sprawach, to niedługo mogą się pojawić w przestrzeni publicznej polityczne wyroki śmierci”. Prokuratura sprawę umorzyła. Pierwszy wyrok wykonano 13 stycznia.
Tymczasem prokuratura kierowana przez Zbigniewa Ziobrę uznała, że wyrok dziesięciu miesięcy dla delikwenta, który na wrocławskim Rynku spalił kukłę Żyda – to wyrok zbyt wysoki. Wrocławscy prokuratorzy wnieśli apelację, prosząc sąd, by karę pozbawienia wolności zamienił na prace społeczne. Przecież podpalono tylko kukłę. Nie Żyda. Pamiętam, jak adwokaci zwracali uwagę na absolutny precedens praktyki sądowej. Gdy to prokurator, a nie adwokat, prosił o łagodny wymiar kary dla oskarżonego.

A na drzewach…

Wystarczy w internetowej wyszukiwarce wpisać początek: „A na drzewach…”. By pojawił się link do youtubowego kanału „muzyka” kryjącego się pod nickiem Songo_23. „A na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści” – krzyczy w ekstazie Songo_23. Już piąty rok. Bo „utwór” pojawił się na Youtube w 2014 roku.
I nikomu to nie przeszkadza. Nawet tak wyczulonym na mowę nienawiści administratorom mediów społecznościowych. Wycinającym z postów każdą „kurwę” i „chuja”. Bo to, o czym śpiewa Songo_23 to przecież wyłącznie „twórczość artystyczna”.
Dziwi to Was? Mnie nie. Półtora roku temu w Radomiu kolesie w koszulkach z napisem „Młodzież Wszechpolska” pobili działacza KOD-u. „To sytuacja, która nie powinna mieć miejsca, ale też ich rozumiem” – powiedziała potem Beata Mazurek, rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości. A rząd Mateusza Morawieckiego próbował nas przekonać, że gdy mąż pierwszy raz sprawi lanie swojej ślubnej, to nie jest żadna przemoc domowa. Ostatecznie przecież: „zupa była za słona”…
W takiej Polsce żyjemy. I w takiej Polsce dorastał Stefan W.

Orkiestra gra

Propagandziści z orkiestry Kurskiego już wiedzą, co powiedzieć „ciemnemu ludowi”. Oglądałem ostatnio sporo programów na kanale informacyjnym TVPiS. Pierwsze zaskoczenie? Właśnie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Tak jak media publiczne starały się w ostatnich latach unikać jakichkolwiek wzmianek o WOŚP, tak teraz o Orkiestrze mówi się tam od rana do wieczora. Ale nie o woluntariuszach, zbiórce i zakupach dla szpitali.
Od rana do wieczora w TVP Info sami specjaliści. Od imprez masowych. Z policji. Z uniwersytetów. Nawet pisowski senator, Krzysztof Cugowski, w roli specjalisty od bezpieczeństwa. Wszyscy są zgodni. Zawiniła organizacja. Brak ochrony. Bramek. Wykrywaczy metali. Jakby na imprezy WOŚP wchodziło się jak na lotnisko, nie byłoby tego, co się stało. Paranoja.
A „mordy zdradzieckie”? Szubienice w Katowicach? „Zrozumienie” rzeczniczki PiS-u dla chuliganów z Młodzieży Wszechpolskiej. I cała ta – dotychczas bezkrwawa – wojna polsko-polska? Którą, licząc na polityczny uzysk, wywołali rządzący. Nie, to wszystko nie miało znaczenia. Prawica ma już prawdziwego sprawcę. To Owsiak!
Gdy prokuratura zatrzymała Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego, głos zabrał Zbigniew Ziobro. Tłumaczył, dlaczego kilka lat temu bandyci dotkliwie pobili wiceszefa KNF, zajmującego się przekrętami w SKOK-ach. „Być może Wojciech Kwaśniak został zaatakowany, bo Komisja Nadzoru Finansowego przez lata rozzuchwalała przestępców” – powiedział na antenie TVP minister sprawiedliwości.
Pewnie Ziobro już układa w głowie kolejną sentencję. „Być może Paweł Adamowicz został zamordowany, bo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy przez lata zachęcała do tego nożowników” – usłyszymy niebawem. A o 6 rano do drzwi Jerzego O. zapuka policja. „Dziki kraj” – tymi słowami zakończył swoją ostatnią konferencję prasową Jurek Owsiak.

Światełko do nieba

To miało być „światełko do nieba”. Czy nam się to podoba, czy nie, mord na prezydencie Gdańska zawsze będzie kojarzył się z czterema literami. WOŚP! Tak jak mówiąc o Smoleńsku, nie mamy przed oczyma pięknej starówki rosyjskiego miasta. Jaka więc przyszłość czeka Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy?
Musi grać! Myślę, że każda następna edycja będzie zaczynała się od minuty ciszy. I wspomnienia tragedii, która wydarzyła się podczas 27. Finału. Ale potem Orkiestra musi grać. Jeszcze głośniej, niż dotychczas. Bo tak reagują na przemoc wszystkie wolne społeczeństwa.
Po 11 września. Po zamachu w Londynie. W Barcelonie. Zawsze na ulicach pojawiały się tłumy ludzi. By pokazać, że terroryści – nawet najlepiej uzbrojeni – nie są w stanie zastraszyć społeczeństwa. Nie są w stanie wygrać z żadną demokratyczną społecznością. A taką społeczność od lat tworzy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. Nie martwmy się o Owsiaka. Złożył rezygnację. Ale wróci. Jestem tego pewien.
Przegrać muszą również ci, którzy świadomie od trzech lat nie zgadzali się na pomoc państwa w organizacji imprez WOŚP-u. W poniedziałek, we wrocławskim radiu, zadałem pytanie. Jak to jest możliwe, że warszawskie „procesje smoleńskie” ochraniało kilka tysięcy funkcjonariuszy policji państwowej. A w Gdańsku za bezpieczeństwo finału WOŚP odpowiadało 50 ochroniarzy. W tym grupa okazjonalnie zatrudnionych studentów.
Joachim Brudziński wielokrotnie intonował „bojowe” zawołanie PiS-u: „Komuniści i złodzieje…”. Dzisiaj jest szefem MSWiA. Może poda szczegółowe informacje o tym, jakie zadania postawił przed policją, by 27. Finał WOŚP był bezpieczny.

Polak katolik

PiS straszy obcymi. Niestety, skutecznie. Opowiadał mi warszawski znajomy. O kolorze skóry odbiegającym od „czystej rasy polskiej”. Narastającą niechęć Polaków odczuwa na co dzień. Od jakiegoś czasu stara się nie wychodzić na ulicę po zmroku. Bo nienawiść niejedno ma imię.
Paweł Adamowicz – wbrew antyimigranckiej histerii – półtora roku temu zadeklarował, że Gdańsk będzie przyjmował uchodźców. Zginął z rąk Polaka. Zapewne katolika.

Noga, hołota i morda

Na koniec druga szala wagi. By ktoś nie myślał, że mowa nienawiści ciąży wyłącznie po jednej stronie. To prawda, że dzisiejszych polityków prawicy – z „mordami zdradzieckimi” wykrzyczanymi przez Kaczyńskiego – trudno przebić. Ale początków obecnego apogeum trzeba szukać znacznie wcześniej.
Pamiętamy słowa Wałęsy: „Panu to ja mogę nogę podać”. Wtedy jeszcze nie za dobrze wiedzieliśmy, jak uczyć się mowy nienawiści. A przy dzisiejszym hejcie, słowa Wałęsy skierowane do prezydenta Kwaśniewskiego to prawie niewinny żart.
Osobiście bardzo zabolały mnie słowa o „naćpanej hołocie”. Siedziałem wtedy w pustawej sali sejmowej. Gdy Leszek Miller skierował wzrok również w moją stronę.
Nie zamierzam umniejszać zasług Lecha Wałęsy w okresie przemian ustrojowych. Ani „dokopać” Leszkowi Millerowi. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że niezwykle trudno znaleźć w Polsce polityka. Który nie wrzucił choćby małego kamyczka do ogrodu z napisem „mowa nienawiści”.

Oczy snajpera

Nie, nie będzie happy endu. Tak jak nie było „narodowego pojednania” po katastrofie smoleńskiej. Wówczas niektórzy łudzili się, że będzie lepiej. Było coraz gorzej.
Gdy minie szok po pierwszym zamordowanym prezydencie w III RP – oby ostatnim – polityka wróci w stare koleiny. Nienawiść nie zniknie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
– ona jedna.
Gorzkie słowa Szymborskiej niech nie stanowią usprawiedliwienia. Przyzwolenia na taką Polskę. Jaką zobaczyliśmy 13 stycznia. Wierzę, że mimo wszystko jesteśmy w stanie zatrzymać „snajpera nienawiści”.

Próba zamachu

W sobotę podczas uroczystości wojskowych w Caracas doszło do nieudanego zamachu na życie prezydenta Nicolása Maduro. Agresję na głowę państwa podjęto przy użyciu dronów. Przywódca odpowiedzialnością za atak obarczył siły prawicowe w kraju i w sąsiedniej Kolumbii.

 

W sobotę o godzinie 17.41 czasu miejscowego podczas parady wojskowej w stolicy Wenezueli doszło do incydentu, który władze wyjaśniły jako próbę zamachu na prezydenta przemawiającego wówczas na uroczystości. Tego samego dnia wieczorem Maduro potwierdził tę wersję w specjalnym telewizyjnym wystąpieniu. O zlecenie zamachów oskarżył “prawicowe siły imperialistyczne”.
– Podjęto dziś próbę zamachu na moje życie i wszystko wskazuje na wenezuelską i kolumbijską skrajną prawicę. Kryje się za tym również nazwisko Jose Manuel Santos – powiedział Maduro, mając na myśli prezydenta Kolumbii.

Następca Hugo Cháveza poinformował, że sprawców schwytano i są przesłuchiwani. Określił dochodzenie jako zaawansowane i zdradził, że osoby odpowiedzialne za zaplanowanie i sfinansowanie próby zamachu mieszkają w USA na Florydzie. Przywódca Wenezueli zwrócił się również do prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa:

– Liczę na to, że rząd Trumpa jest zdeterminowany do walki z terrorystami dokonującymi zamachów w pokojowo nastawionych krajach na naszym kontynencie, jak Wenezuela.
Próbę zamachu potwierdził minister informacji Jorge Rodriguez: – Wszczęto już dochodzenie – powiedział – Kilka obiektów latających, przypominających drony, wyposażonych w ładunki wybuchowe, zostało zdetonowanych w pobliżu platformy prezydenckiej i kilku innych miejscach uroczystego zgromadzenia.

Rodriguez podkreślił, że samemu prezydentowi nic się nie stało i natychmiast powrócił do swoich obowiązków, natomiast rannych zostało siedmiu żołnierzy.

Moment zamachu uchwycony został na zapisie telewizyjnym podczas relacji z sobotniej parady wojskowej z okazji 81 rocznicy utworzenia Gwardii Narodowej w Wenezueli. Na filmie widać, jak Nicolás Maduro przerywa przemówienie i wraz ze stojącą obok niego żoną z niepokojem patrzą w górę. W następnym ujęciu widać zamieszanie jakie powstaje przed jego trybuną: żołnierze stojący na baczność zrywają się i biegną w stronę miejsca, z którego przemawiał prezydent. Tu zapis się urywa.

Agencja AFP ujawniła też zdjęcia budynku niedaleko miejsca, w którym przemawiał prezydent, noszącego ślady, jakie mogły powstać podczas detonacji ładunku wybuchowego.

Od pięciu lat na tle poważnego kryzysu gospodarczego w Wenezueli dochodzi do starć sił rządowych ze zwolennikami opozycji, podczas których padły liczne ofiary śmiertelne po obu stronach. Maduro wielokrotnie oskarżał liberalną opozycję o współpracę z USA celem siłowego obalenia jego rządu.

Wyrazy ubolewania i solidarności z Maduro przesłał prezydent Boliwii Evo Morales. Przywódca Kolumbii José Manuel Santos kategorycznie zaprzeczył oskarżeniom Maduro i nazwał je absurdalnymi.