Rosja przygania Francji

Rosjanie wezwali Francję do powstrzymania się od „dawania lekcji” w sprawie masowego aresztowania manifestantów na sobotnim proteście antyrządowym w Moskwie. Oskarżyli ją o używanie „wszystkich metod represyjnych” przeciw „żółtym kamizelkom” i o „skrajną obłudę”.

We wrześniu odbędą się w Rosji wybory lokalne. Niektórzy kandydaci opozycji zostali odrzuceni przez komisje wyborcze, co stało się powodem sobotniego protestu. Manifestacja nie została zgłoszona. Według jednej z organizacji pozarządowych, policja miała wtedy aresztować 1400 osób, liczba nie widziana od początku powrotu prezydenta Putina na Kreml w 2012 r.
W poniedziałek wieczorem francuskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało do „szybkiego uwolnienia” zatrzymanych i „wyraziło głęboką troskę” wobec tych wypadków. Wtedy już olbrzymia większość aresztowanych była od dawna w domu, gdyż zwalniano ludzi zaraz po sprawdzeniu tożsamości.
„I to mówi Francja, gdzie przez prawie rok dochodziło do prawdziwej walki policji z manifestantami!” – zareagowała Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Władze francuskie praktykowały na własnej populacji wszystkie rodzaje metod represyjnych: gazy łzawiące, działka wodne i masowe aresztowania” – przypominała. Dodała, że „manifestacje nie były dozwolone, a policja działała jakby to byli obcy okupanci, a nie Francuzi”.
Wczoraj rosyjskie sądy ogłosiły, że w sumie po manifestacji aresztowano tymczasowo ok. 60 osób, a 160 wlepiono mandaty. Znany opozycjonista Aleksej Nawalny został skazany na 30 dni aresztu za nawoływanie do niezgłoszonej manifestacji.

Wielka mobilizacja

Od początku buntu „żółtych kamizelek“ nie widziano takich tłumów w Paryżu i innych miastach. W ramach „konwergencji walk“ do protestujących dołączyli obrońcy klimatu. Na Polach Elizejskich od początku dochodziło do starć z policją. „Black bloc“ zaatakował luksusowe butiki i restauracje słynnej alei. Stanęły barykady, doszło do pożarów.

Wczoraj miała zakończyć się „debata narodowa“ zarządzona przez prezydenta Macrona w styczniu. Polegała ona przede wszystkim na transmitowanych w telewizji spotkaniach prezydenta z merami miejscowości różnych regionów kraju i wyglądała na kampanię jego partii (LREM) przed wyborami europejskimi. Rząd chce przedłużyć ją jeszcze o miesiąc, ale „żółte kamizelki“ chcą czynów, nie słów. Dzisiejsze manifestacje miały świadczyć o żywotności ruchu.
Postulaty są ciągle te same: podniesienie poziomu życia, wprowadzenie sprawiedliwości podatkowej (przywrócić podatki dla najbogatszych) i demokratyzacja kraju poprzez referenda RIC. Ludzie chcieliby też dymisji prezydenta Macrona i ministra policji Castanera, odpowiedzialnego za stosowanie nieproporcjonalnej przemocy wobec manifestantów. Śledztwo w tej sprawie podjął Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka. To już 18 „akt“ protestów, 18 tydzień od połowy listopada. Władze oczekują zadyszki tego ruchu, ale determinacja „żółtych kamizelek“ nie słabnie. Nie słabnie też przemoc „wandali” towarzyszących manifestacjom. W Paryżu od rana na ulice wyjechały wozy pancerne i ciężarówki policji. Na Polach Elizejskich wkrótce zapłonęły kioski z prasą. Młodzi, ubrani na czarno mężczyźni zdemolowali kilka sklepów znanych marek. Ten los podzieliła też słynna restauracja Fouquet’s, ulubione miejsce b. prezydenta Sarkozy’ego.
Tłum skandował „Rewolucja, rewolucja!“, „Kto sieje biedę, zbiera gniew“, „Koniec miesiąca, koniec świata – ta sama walka!“. Do podobnych manifestacji doszło we wszystkich miastach Francji.

Kamizelki ze związkami

W dniu, w którym prezydencka partia przegłosowała w parlamencie totalitarną ustawę przeciw manifestacjom publicznym, na ulice Paryża i innych miast Francji wyszły dziesiątki tysięcy ludzi, by domagać się demokratyzacji Francji i sprawiedliwości społecznej, przeciw neoliberalnemu, faszyzującemu szaleństwu oligarchii. Pierwszy raz związek zawodowy CGT oficjalnie wystąpił obok „żółtych kamizelek”.

Lewicowy postulat „konwergencji walk” (łączenia się różnych środowisk – związkowych i politycznych – na rzecz wspólnych interesów) realizował się dziś w całym kraju. Wspólne manifestacje związkowców, „żółtych kamizelek”, które dotąd traktowały związki raczej nieufnie, stowarzyszeń młodzieżowych i lewicowych partii politycznych odbyły się m.in. w Marsylii, Lyonie, Tuluzie, Caen, Strasburgu, Hawrze, Rennes, Clermont-Ferrand, Bordeaux i Nîmes.
W Paryżu 30-tysięczny tłum został zaatakowany przez policję, doszło do starć i przepychanek, podobnie w Bordeaux i kilku innych miastach, jednak na ogół protesty odbyły się w spokoju. Wszędzie podnoszono te same postulaty: dymisji Macrona, podniesienia najniższych płac, sprawiedliwości fiskalnej, wprowadzenia referendów RIC, obrony usług publicznych i przeciw ograniczaniu prawa do manifestacji.
Dziś szczególnie oburza ta ostatnia sprawa: neoliberalny reżim Macrona poszedł drogą kolaboranckiego reżimu Vichy, na którego czele stal marszałek Pétain: na podstawie decyzji administracyjnych będzie można zamykać wyznaczone przedtem osoby pod pretekstem „podejrzeń o zagrożenie dla porządku publicznego”. Protestował nawet deputowany, którego trudno posądzić o lewicowość – arystokrata Charles Amédée du Buisson de Courson: – Mój ojciec został wyznaczony i ścigany przez policję Vichy, nazwany terrorystą, podczas gdy był patriotą. (…) Ta ustawa jest szaleństwem. Nie wolno niszczyć wolności publicznych!
„Żółte kamizelki” szykują się do „Aktu 13” swych protestów w najbliższą sobotę. Można się spodziewać, że liczba uczestników wzrośnie . Postulaty „żółtych kamizelek” popiera znaczna większość Francuzów.
Solidarność z „żółtymi kamizelkami” demonstrowano również w Warszawie. „Dziś Paryż – jutro Warszawa!” – zabrzmiało we wtorkowy wieczór przed budynkiem francuskiej ambasady w stolicy Polski. Kilkadziesiąt osób, aktywistów i aktywistek, działaczy i działaczek związkowych symbolicznie przekazało wyrazy solidarności uczestnikom masowych protestów Żółtych Kamizelek. Była również mowa o ostatnich wydarzeniach w polskim ruchu pracowniczych – niestety, niewesołych.
Prowadzący zgromadzenie Jakub Grzegorczyk ze związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza na wstępie przypomniał, że Żółte Kamizelki to ruch, który powstał w odpowiedzi na antyspołeczne, neoliberalne reformy „demokratycznego” prezydenta Emmanuela Macrona. I nie tylko jego – „liberalny zwrot” we francuskiej polityce dokonał się ponad trzy dekady temu i systematycznie prowadzi do pauperyzacji społeczeństwa. Cięcia socjalne, prywatyzacja usług publicznych sprzyjają narastaniu nierówności i działają na korzyść wyłącznie najzamożniejszych.
Francuzi i Francuzki w końcu się przeciwko temu zbuntowali i nie tylko demonstrują na ulicach, ale i podejmują próby samoorganizowania się w lokalnych zgromadzeniach, oddolnych organizacjach – podkreślała działaczka mówiąca w imieniu Pracowniczej Demokracji, zaznaczając, że ruch rozwija się, chociaż ma do czynienia z represjami, bezpardonową policyjną przemocą. Tadek Zinowski, członek kolektywu Syrena, wskazał, że skala tej przemocy przeczy wizerunkowi Francji jako najstarszej europejskiej nowoczesnej republiki, wzorowego państwa laickiego i demokratycznego. Demokracja liberalna kończy się, gdy ludzie próbują sami się organizować, a nie tylko wybierać między partią bardziej liberalną i bardziej konserwatywną. Wtedy przeciwko nim kierowane są pałki policyjne – mówił Zinowski.

Akt XII

„Akt 12” cotygodniowych, sobotnich manifestacji „żółtych kamizelek” poświęcono ofiarom policji – rannym i zabitym w czasie manifestacji antyrządowych. Tysiące lekko, setki ciężko rannych, dziesiątki na zawsze okaleczonych z powodu strzelania przez policję kauczukowymi kulami: ten bilans podnoszony przez uczestników dzisiejszego Wielkiego Marszu Rannych nie powstrzymał policji przed kolejnymi atakami na manifestantów. Są kolejni aresztowani i ranni.

Rada Stanu (odpowiednik polskiego Naczelnego Sądu Administracyjnego) odrzuciła pozwy o zakaz używania przez policję strzelb LBD, które powodują śmierć i ciężkie rany manifestantów, jak też granatów hukowo-rozpryskowych i innych, eksplodujących niebezpiecznymi środkami chemicznymi. Około południa w sobotę w Paryżu ruszyła manifestacja, na której czele znaleźli się ranni na wózkach, o kulach, osoby, które straciły oko. Protestujące tłumy spotkały się na Placu Republiki, na którym po oficjalnym zakończeniu demonstracji uczestnicy zostali zaatakowani przez policję. Starcia trwały kilka godzin.

W innych miastach siły bezpieczeństwa używały granatów z gazem łzawiącym i działek wodnych przeciw demonstrantom jeszcze w trakcie marszów. Do starć doszło m.in. w Starsburgu, Tuluzie, Bordeaux, Marsyli, Lyonie, Caen, Morlaix i Valence. Z kolei tam, gdzie manifestantów nie atakowano, nie doszło do żadnych incydentów. Poza kwestią policyjnej przemocy główne postulaty „żółtych kamizelek” nie zmieniły się: podniesienie poziomu życia najmniej zarabiających, demokratyzacja kraju poprzez wprowadzenie referendów RIC i dymisja neoliberalnego prezydenta Macrona.

Manifestantów szczególnie oburza celowanie przez policjantów w głowy. 4-centymetrowe plastikowo-kauczukowe kule nie tylko trwale oślepiają, ale też powodują złamania kości czaszki, co w efekcie kończy się komplikacjami neurologicznymi. Ten rodzaj brutalnych represji – potępionych w tym tygodniu przez Radę Europy – ma na celu zniechęcenie „żółtych kamizelek” do protestów, lecz pozostaje nieskuteczny – ludzie nie dali się zastraszyć, mobilizacja protestujących nie słabnie. Jak poprzednio, kolejne osoby z ranami głowy odwieziono do szpitali. „Żółte kamizelki” planują teraz strajk generalny, do którego miałoby dojść, jeśli dołączą doń związki zawodowe. Według ostatnich sondaży, między 69 a 76 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

W ubiegłym tygodniu władze przeforsowały przyjęcie ustawę dającą specjalne uprawnienia administracji. Przedstawiciele rządu (prefekci) będą mogli decydować – na podstawie własnej decyzji administracyjnej – kto może brać udział w manifestacjach. Ustawa skierowana jest wyraźnie przeciw „żółtym kamizelkom”, przewiduje pozbawienie prawa do uczestnictwa w manifestacjach osób, które władza będzie podejrzewać o „szczególne zagrożenie dla porządku publicznego”. Opozycja nazywa to „wypaczeniem autorytarnym”.

Francuski minister spraw wewnętrznych w rządzie prezydenta Macrona Christophe Castaner przepchnął przez parlament – dzięki głosom większościowej partii prezydenckiej (LREM) – ustawę, który budzi bardzo żywe protesty na lewicy, wśród części prawicy i nawet wśród niektórych deputowanych LREM. Ustawa jest wzorowana na możliwości wprowadzenia takich zakazów na stadionach piłkarskich, z tym, że tu ustawa dotyka bezpośrednio wolności podstawowych.

Przed przewidzianymi manifestacjami osoby „podejrzane” (choćby nigdy nie zostały skazane) będą musiały zgłaszać się na komisariaty. Gdyby jednak zechciały manifestować, grozi im więzienie i słone mandaty (nawet do 15 tys. euro). Wszystkie będą wpisane na listę osób poszukiwanych tak, by policjanci mogli od razu, dzięki połączeniom elektronicznym, wiedzieć z kim mają do czynienia.
Jeszcze na sali obrad centrowy deputowany Charles de Courson nazwał ustawę „czystym, antydemokratycznym szaleństwem”: „To jakaś kompletna dewiacja! Wróciliśmy do czasów Vichy! Obudźcie się koledzy! Za czasów Vichy, jeśli bylibyście „podejrzani” przez urzędnika o należenie do ruchu oporu poszlibyście siedzieć. (…) Zobaczycie, kiedy będzie jeszcze inny rząd – skrajnej prawicy, a wy będziecie w opozycji!”.

Jeśli miał na myśli Zjednoczenie Narodowe (dawny Front Narodowy) Marine Le Pen, to podobnie jak Partia Socjalistyczna, komuniści i lewicowa Nieuległa Francja jest ono całkowicie przeciwne nowej ustawie. „To LREM jest skrajną prawicą” – mówili deputowani o „okolicznościowym prawie” skierowanym przeciw „żółtym kamizelkom”, manifestującym mimo krwawych represji reżimu Macrona. Prezydent obawia się szczególnie postulatu demokratyzacji kraju, referendów RIC. Nowa ustawa po przejściu przez Senat ma zostać definitywnie przyjęta 5 lutego.

Na ten sam dzień zaplanowane jest również przejście rewolty „żółtych kamizelek” do następnego etapu. Teraz nie będą to jedynie manifestacje uliczne i blokady, ale również strajk generalny.

Jako pierwsza wezwała do strajku branżowa gałąź energetyki i górnictwa centrali CGT (Confédération Générale du Travail). Stanowiło to przełom, gdyż do tego momentu francuski ruch związkowy raczej dystansował się od „żółtych kamizelek”. Teraz się to zmienia. Do akcji strajkowej nawołują także radykalni przywódcy protestów – Eric Drouet i Maxime Nicolle. „Trzeba, aby wszyscy, którzy popierają nasze działania, przyłączyli się do strajku, gdyż jedyną rzeczą, jaka zmusi rząd do ustępstw bez przemocy jest działanie na struktury gospodarcze” – powiedziała Nicolle.

Kara za „kamizelki”

Prezydent Francji Emmanuel Macron pojechał na prowincję, do małej gminy Grand Bourgtheroulde w Normandii, by uroczyście rozpocząć debatę narodową na tematy wyznaczone przez rząd.

Prezydent nie wypowiada nazwy „żółtych kamizelek” (GJ) w żadnym wystąpieniu od początku kryzysu i nie chce ich widzieć: w dniu wizyty szefa państwa noszenie takich kamizelek kosztowało 135 euro mandatu. Policja fotografowała dokumenty osób zmierzających do wsi. Czy ONZ podejmie śledztwo przeciw nadużyciom represji policyjnych?

Organizacje ochrony praw człowieka protestują przeciw fotografowaniu dokumentów, w obawie powstania policyjnej kartoteki manifestantów antyrządowych. Powstała narodowa petycja do ONZ o wszczęcie śledztwa w sprawie brutalności policji. Wśród 93 osób ciężko ranionych przez policję większość (68) padła ofiarą wyrzutni kul plastikowo-gumowych. Policjanci celują głównie w głowy, 13 osób straciło oko. Na ulicach pojawiła się kampania plakatowa na ten temat: afisze prezentowały Macrona i członków rządu z ranami po LBD 40. Żaden ruch społeczny po wojnie nie przyniósł tyle ofiar (są i śmiertelne).

W tym kontekście prezydent Macron zachwalał w Grand Bourgtheroulde zalety debaty narodowej, którą ogłosił w reakcji na kryzys „żółtych kamizelek”. Zbuntowani uważają to jednak za ściemnianie polityczne, sposób na zyskanie na czasie, podczas gdy czas działać. Rząd zapewniał, że w czasie debaty będzie można mówić o wszystkim, oprócz kwestionowania dotychczasowych „reform” Macrona (w tym zniesienia podatku od wielkich fortun ISF), spraw europejskich, finansów państwa i orientacji polityki rządu. Tymczasem „żółte kamizelki” chcą głównie RIC i zmniejszenia cen artykułów pierwszej potrzeby.

Mimo policyjnej blokady, do wsi przedostało się ok. setki „żółtych kamizelek”, więcej zostało zatrzymanych po drodze, było nawet nakładanie kajdanek. „Nie przyjechaliśmy tu żeby chuliganić, tylko pokazać, że nie odpuścimy. Jeśli pojedzie do innej gminy, pojedziemy za nim ” – odgrażała się jedna z uczestniczek zakazanej manifestacji, 40–letnia Nadège. Od początku kryzysu Macron nie może pokazywać się spokojnie poza Pałacem Elizejskim, bo zbyt często docierają doń bezceremonialne krzyki manifestantów. Woli wizyty-niespodzianki, w gminach, które o to nie prosiły.
„ISF nie jest tabu ani totemem” – powiedział pojednawczo prezydent, ale dodał w przemówieniu, że „trzeba większej odpowiedzialności ludzi w trudnej sytuacji, bo są wśród nich porządni, ale i tacy, którzy się wygłupiają”. Takie określenie „żółtych kamizelek” nie wywołało entuzjazmu. Według krytyków, te słowa dowodzą braku świadomości społecznej prezydenta.

Wydarzenie roku

No powiedzcie mi, że zdarzyło się coś ważniejszego w tym roku, jeśli chodzi o wydarzenia społeczno-polityczne naszego kontynentu, czy nawet świata.

 

Zaczęło się od cen paliwa, by doprowadzić do zachwiania losem Francji, a pośrednio Unii. Zglobalizowana potęga na glinianych nogach neoliberalizmu zatacza się niczym Jean-Claude Juncker. Czy należy ograniczać usługi publiczne, jak każe Komisja Europejska? Dlaczego „zwijać państwo”, skoro koncerny międzynarodowe już nie chcą płacić podatków? Padają różne gorączkowe pytania, które mogą wysadzić w powietrze sklerotyczną demokrację przedstawicielską Francji.

„Ten kraj to nie start-up” – tłumaczył posłom z partii prezydenta Jean-Luc Mélenchon, lider francuskiej lewicy (LCI) – „Zdarzają mu się wielkie projekty i uczucia, nazywane rewolucjami. Nasz kraj przeżywa właśnie proces obywatelskiej rewolucji, w której postulaty socjalne krzyżują się z postulatami politycznymi. Jest to właściwe dla historii Francji, w każdej sytuacji porównywalnej z obecną.”

„Żółte kamizelki” (GJ) mogłyby być wydarzeniem roku ze względu na sam niebywały lans demokratycznego ubioru, który stał się nagle modny: w 22 krajach ludzie zaczęli w nim wychodzić na ulice. Można to porównać do francuskiego upowszechnienia spódniczek mini w latach 60. Proroczo zapowiadały wielki społeczno-polityczny przewrót, no i miały zasięg prawie globalny. W Polsce, ale i we Francji, niektórzy woleli przyrównywać ruch GJ do rewolucji 1905 r., przegranej, lecz zwiastującej prawdziwą dziejową bombę. Nie drodzy, nikt nie będzie czekał 12 lat, we Francji się gotuje.

Oglądałem zdjęcia z symbolicznego pogrzebu dziesięciu „żółtych kamizelek”, osób, które zginęły od początku protestów. Również te szeregi zdjęć pobitych, poranionych i okaleczonych przez policję ludzi. Policjanci używają kontrowersyjnych granatów GLI-F4, eksplodujących ładunkiem z gazem łzawiącym. To one przyniosły najwięcej ofiar, a są jeszcze gumowe kule i inne wynalazki. GJ mają już swoją martyrologię, internet przypomina wojenne i rewolucyjne piosenki, to tu, to tam buduje się symboliczne gilotyny. Na jednym z publicznych, symbolicznych sądów skazano prezydenta Macrona na śmierć przez ucięcie głowy toporem i wykonano wyrok na jego kukle. Może jest w tym coś z wudu, ale przede wszystkim zdradza gniew.

Prooligarchiczny rząd widzi w GJ krwawą tłuszczę analfabetów. Stanislas Guerini, szef partii prezydenckiej Macrona (LREM), oświadczył, że postulowane Referendum z Inicjatywy Obywatelskiej (RIC) doprowadzi do kary śmierci albo ucinania genitaliów przestępcom seksualnym, a Gilles Le Gendre – arystokrata paryski i szef grupy LREM w parlamencie – dodał, że reformy prezydenta i jego partii były po prostu „zbyt inteligentne, zbyt subtelne”, by populacja mogła je zrozumieć. Do tego wszystkie media powtórzyły zmienne detale skandalu w wagonie paryskiego metra, gdzie trzej podpici GJ śpiewali „Macron musi odejść” i kazali „spadać” starszej pani, gdy wytknęła im prawdopodobny antysemityzm. Jeden miał wtedy powiedzieć, że „też był w Auschwitz” i „się śmiał”. W walnięciu medialną maczugą antysemityzmu ma być coś ostatecznego, jak w rzuconym zaklęciu.

Jednak coś wisi w powietrzu, więc rząd dał podwyżki policjantom. Nie chce utrzymać porządku za pomocą porozumienia społecznego, lecz siły. Nie będzie podwyższać pielęgniarkom, czy nauczycielom, nie będzie o tym rozmawiać. „Prezydent bogatych” zbroi swą straż, by go ustrzegła przed rozeźlonymi ludźmi pragnącymi społecznej sprawiedliwości i uczestniczącej demokracji. Jak ta czerń śmie? Ten właśnie stosunek władzy do wydarzenia roku buduje determinację ludzi, którzy stoją na blokadach i planują kolejne „akty” protestów. Pomijani gromadnie powstali z gniewem. Nic ważniejszego się nie wydarzyło.

Kamizelki w Café Kryzys

23 grudnia w warszawskim Café Kryzys odbyło się spotkanie z mieszkającą we Francji działaczką Moniką Karbowską, która opowiedziała o protestach Żółtych Kamizelek – głównych postulatach ruchu oraz przebiegu protestów.

 

Żółte Kamizelki zrzeszają głównie ludzi pochodzących z małych miast i wsi, którzy sprzeciwili się podwyżce podatku oznaczającej wyższe ceny paliwa. Na skutek likwidacji transportu publicznego ludzie ci dojeżdżają do pracy samochodami. W wielu regionach Francji funkcjonowanie bez samochodu stało się niemożliwe. Koszty jego utrzymania stanowią ogromne obciążenie, zwłaszcza dla słabiej zarabiających.

Protesty Żółtych Kamizelek w Paryżu odbywają się na Polach Elizejskich, pomimo zakazu demonstrowania obowiązującego na tej reprezentacyjnej ulicy. Protesty trwają już od ponad miesiąca, od 18 listopada. Protestujący uczestniczą w nich po pracy i następuje rotacja demonstrujących. Początkową reakcją władz było zignorowanie ruchu. Później prezydent Macron i inni przedstawiciele jego partii odnosili się do kamizelek z pogardą. Jak powiedziała Karbowska, podczas starć widać było, że policja dostała pozwolenie na rozbicie protestów wszelkimi środkami. Od 8 grudnia w wyniku starć oraz wypadków zginęło we Francji już 9 osób. Nie spowodowało to żadnej reakcji ze strony Unii Europejskiej oraz protestów przeciwko „brakowi praworządności”.
Karbowska opowiedziała o tym, jak lokalne Żółte Kamizelki organizowały akcje odwiedzania w domach deputowanych partii rządzącej. Okazało się to skuteczne, ponieważ politycy przestali wypowiadać się przeciwko protestującym.

Większość z 42 postulatów przedstawionych przez Kamizelki ma lewicowy charakter, na przykład podwyższenie pensji minimalnej, zwiększenie progresji podatkowej, wstrzymanie prywatyzacji autostrad, czy eliminację bezdomności. Protesty mają charakter inny od strajków z poprzednich lat, ponieważ nie stoją za nimi związki zawodowe. Ruch Żółtych Kamizelek odrzucił partyjne afiliacje. Lewicowi deputowani pojawiają się na protestach, jednak bez partyjnych szyldów. Zagrożeniem jest infiltracja ze strony skrajnej prawicy. Prawica usiłuje kierować gniew społeczny przeciwko obcym, twierdząc, że protestujący są „prawdziwym narodem” i „prawdziwymi Francuzami”. Same Żółte Kamizelki starają się unikać skojarzeń z przekazami rasistowskimi i nacjonalistycznymi.

Odnosząc się do perspektyw ruchu Monika Karbowska stwierdziła, że możliwe jest ich czasowe wygaśnięcie i rozlanie się kolejnej fali w przyszłym roku.

Akt V – spokojniejszy

Jeszcze raz wezwania rządu do powstrzymania się od manifestacji nie zrobiły wrażenia na zbuntowanych „żółtych kamizelkach”. Mobilizacja była mniejsza w Paryżu, gdzie znowu na ulice wyjechały wozy pancerne a policja używa gazów łzawiących i hukowych, by rozproszyć tłum na Polach Elizejskich i Placu Opery, jednak na prowincji blokady, przemarsze i demonstracje miały podobną skalę jak tydzień temu.

 

W sobotę rano niedaleko Placu Gwiazdy do „żółtych kamizelek” dołączyła artystka Deborah de Robertis, która zorganizowała performance wzięty początkowo za wystąpienie „Femenu”: pięć nieruchomych kobiet w symbolicznych strojach Marianny (symbolu Francji) stanęło z odsłoniętymi piersiami naprzeciw policji. Wkrótce manifestanci, których policja nie chciała wpuścić na jezdnię Pól, przełamali blokadę i rozwinęli transparenty. Żądania dymisji prezydenta, rozwiązania parlamentu i ustanowienia referendum z inicjatywy obywatelskiej (RIC) zniknęły jednak w chmurach gazu.

Policja zrobiła wszystko, by nie dopuścić manifestantów do stolicy – zablokowano autobusy, zatrzymywano ludzi na dworcach, na drogach wiodących do Paryża ustawiono blokady z przeszukiwaniem samochodów, co spowodowało ogromne korki. Po południu, ci którzy się jednak przedostali , stali się ofiarami ataków policji.

Poniedziałkowe przemówienie prezydenta Macrona raczej zdeterminowało ludzi, niż ich uspokoiło. „Ustępstwa” władzy są uważane za „rzucenie okruchów” lub „oszustwo”. Hasła „rząd = oligarchia”, „nie damy się przestraszyć”. „precz z dyktaturą”oraz domaganie się odwołania przywilejów dla najbogatszych dominują na manifestacjach w dużych miastach. W Nantes i Bordeaux trwają starcia manifestantów z policją, lecz gdzie indziej na ogół jest spokojniej. Ruch protestu zakorzenił się trwale na terytoriach wiejskich i w małych miasteczkach, gdzie powstają stałe struktury przygotowujące „rewolucję demokratyczną”.

W centrum postulatów „żółtych kamizelek”, oprócz demokratyzacji kraju, pozostaje wdrożenie innej, bardziej sprawiedliwej dystrybucji bogactw. Ludzie są zmęczeni tygodniami protestu, ale pozostają zmobilizowani. Szukają innych form protestu, zastanawiają się nad ponowną falą demonstracji w przyszłym roku.

 

Już tylko lewica

„Żółte kamizelki” mają teraz poparcie w zasadzie jedynie partii lewicowych, Nieuległej Francji i – z radykalnej lewicy – komunistów i NPA (Nowa Partia Antykaptalistyczna). Poniedziałkowe orędzie Macrona potwierdziło to, czego wielu się obawiało, że skrajnie neoliberalna linia polityczna rządu pozostanie konsekwentnie zachowana. Prezydent nie przemówił do „żółtych kamizelek”, tylko do klasy średniej, gotowej popierać władzę lub protestujących w zależności od okoliczności. Zwrócił się do tych, którzy do tej pory popierali protesty, ale mogą zmienić zdanie. Do tych, których ogłoszone „ustępstwa” nie dotyczą, ale którzy mogą sądzić, że dzięki nim „żółte kamizelki” dostały to, czego się domagały i że kontynuacja protestów jest nieuprawniona.

Jeśli wierzyć sondażom telefonicznym zrealizowanym po przemówieniu Macrona (ale przed zamachem), 69 proc. Francuzów ciągle popiera „żółte kamizelki”, ale 54 proc. chciałoby, by ruch protestu już zgasł. Byłby to spory sukces strategii marketingowej prezydenta w sytuacji, gdy zaoferował tak mało. Najbardziej spektakularne „ustępstwo” – podwyżka płacy minimalnej – jest pozorne. Owe 100 euro więcej nie będzie pochodziło od zatrudniaczy: to tylko państwowy zasiłek z podatków, który zostanie wypłacony wcześniej, zamiast jak przewidywano rozbity na trzy lata. Nie będzie liczył się więc do emerytury, za to dzięki niemu najsłabiej zarabiający pracownicy wpadną na pierwszy próg podatkowy… bardzo sprytne. Dzień wcześniej na wiosek rządu parlament przegłosował za to praktyczne uwolnienie najbogatszych od kolejnego podatku – „exit tax”, co im pomoże w ucieczkach podatkowych.

 

Widmo terroryzmu

Do tej pory „żółte kamizelki” były straszone atakami terrorystycznymi głównie z zagranicy. Anonimowe, izraelskie konto twitterowe należące do niejakiej „Rosanny” dwa razy już zapowiadało zamachy Państwa Islamskiego na francuskie manifestacje, co jednak nie robiło wrażenia, oprócz ogólnych przebąkiwań prorządowych komentatorów o „osłabieniu antyterrorystycznej czujności policji” z winy „kamizelek”, gdyż policja musiała koncentrować się na śledzeniu i konfrontacjach z nimi właśnie.

Pierwszymi na świecie, którzy opublikowali zaraz po strasburskim zamachu zdjęcie i dane podejrzanego Cherifa Chekatta, byli zresztą Izraelczycy (na 24 godziny przed francuską policją). „Rosanna” była spóźniona, dopiero trzecia, gdyż pierwszego tweeta z tymi danymi wrzucił Ronan Solomon z Tel-Awiwu, „niezależny analityk”, związany ściśle z wojskiem i rządem izraelskim. Gdy Solomon skasował swego tweeta, o 23.00 tego samego wieczora dane Chekatta opublikował BNL News, izraelski portal informacyjny w USA, „Rosanna” – trzy minuty później. Wszystkie trzy konta wyrażają na co dzień poglądy izraelskiej skrajnej prawicy.

 

Macron straszy

Chamska polityka klasowa Macrona, jego odmowa demokratyzacji francuskiego systemu politycznego i nieograniczone faworyzowanie oligarchii, wyraziła się w kilku dodatkowych słowach prezydenta o ochronie „głębokiej tożsamości narodu” i imigracji, którą należy „przemyśleć”. To stary numer: „nie miejcie pretensji do niesprawiedliwości systemu, tylko do migrantów”. Przy okazji potępiał przemoc i zapowiadał „surowe karanie” tych, którzy się do niej odwołują, ale oczywiście nie ma nic przeciw sprzedaży francuskiej broni Arabii Saudyjskiej, która od ponad trzech lat katuje Jemen. Jego straszenie manifestantów zostało podbite nazajutrz doniesieniami o „tajnym” wyposażeniu wozów pancernych, których minionej soboty użyto przeciw cywilom w Paryżu: były mianowicie zaopatrzone w broń chemiczną, działka strzelające proszkiem obezwładniającym, który po jednej salwie „kładzie wszystkich na terenie wielkości jednego-dwóch boisk piłkarskich”. Proszkiem tym w końcu nie strzelano, ale sugestia „żeby uważać” jest mocna.

Trzecim elementem straszenia, po imigrantach i sile policji, był zwielokrotniony dyskurs typu „może być gorzej”, gdyż oszczędności budżetowe są „niezbędne” ze względu na gigantyczny dług publiczny, sięgający 100 proc. PKB. Wiąże się z tym pewna ciekawostka. W 1973 r., kiedy dług Francji nie przekraczał 15 proc. PKB, postanowiono zmniejszyć dług poprzez przyjęcie tzw. ustawy Pompidou-Rothschilda, która odbierała francuskiemu bankowi centralnemu możliwość udzielania państwu bezprocentowych kredytów na rzecz banków prywatnych, które procenty oczywiście biorą (miało to „zdyscyplinować” branie kredytów). Prywatyzacja kreacji pieniądza została następnie wpisana do europejskiego traktatu z Maastricht i później Lizbońskiego mimo, że fatalne, odwrotne skutki tego posunięcia były już dobrze znane. Prezydent Pompidou był, podobnie jak Macron, dyrektorem w banku Rothschildów przed objęciem steru Francji.

 

Prezydent-zombie

Choć neoliberałowie przeszli do ofensywy, pozycja Macrona w społeczeństwie francuskim została bardzo osłabiona i nie wiadomo, co miałoby się zdarzyć, by prezydent zdołał to odwrócić. Oczywiście próbuje usunąć w cień cały głęboki, polityczny i socjologiczny wymiar konfliktu społecznego, zgnieść jego potencjalnie insurekcyjny charakter, by zredukować go do „100 euro i marsa”, jak nazywają jego propozycje „żółte kamizelki”, czyli do kilku pozornych posunięć ekonomicznych, ale to się na dłuższą metę nie uda. Setki tysięcy ludzi zapłaciło za tego rzuconego „marsa” tygodniami mobilizacji, staniem w deszcz i niepogodę na rondach i skrzyżowaniach, gdzie zrodziły się tysiące „struktur poziomych” domagających się poważnego traktowania.

Sklerotyczny profil demokracji przedstawicielskiej, tak łatwo poddającej się niewidzialnym wpływom, powinien według „żółtych” ustąpić – choć po części – zaletom demokracji bezpośredniej, trudniejszej do manipulacji. Na to Macron nie ma żadnej odpowiedzi, pragnie zakonserwowania przekupnego systemu, pomijając jednak to, co już ma miejsce: uderzający wzrost świadomości klasowej. „Żółte kamizelki” uważają się za suwerenny lud i prowadzą walkę „dołów” z „górą”. Identyfikują się z prowincjonalnymi „dołami”, by zbudować kraj bardziej sprawiedliwy, chcą uczestniczyć, a nie pozostawać na jakimś olbrzymim, lekceważonym marginesie. Straszenie i zbywanie w tej sytuacji nie są dobrą receptą na spokój.

 

Dzielić inaczej

Poza postulatami politycznymi, jak żądanie dymisji prezydenta, czy rozwiązanie parlamentu na rzecz Konstytuanty, ruch „żółtych kamizelek” domaga się takiego dzielenia bogactw, by zachować usługi publiczne i system socjalny ustanowiony po II wojnie światowej. Na przeszkodzie stoi nie tylko neoliberalny ekstremizm Macrona i podobnych, ale też polityka społeczno-gospodarcza Unii Europejskiej, dążąca do jak najszerszych prywatyzacji kosztem wszystkiego, co publiczne. Ten problem może się w obecnych warunkach tylko powiększać. Rozwiązanie paradoksu, że np. Francja nigdy nie była tak bogata, jak teraz, podczas gdy masy społeczne biednieją, może zostać rozwiązany demokratycznie lub gwałtownie, co tak czy inaczej zapowiada kolejne wstrząsy.

W mediach występują różni eksperci, którzy tłumaczą, że w sytuacji zagrożenia terrorystycznego nie należy niczego manifestować, tylko czekać na teoretyczne „uspokojenie”, a w obecnym przypadku na schwytanie podejrzanego. Wygląda to tak, jakby jeden człowiek sterroryzował całą Francję. Nieufność do rządu i mediów osiągnęła już ten poziom, że mało kto bierze to całkiem serio, ale ta wszechobecna propaganda być może zmusi niejednego do rezygnacji z jazdy do Paryża, czy domagania się uznania swych praw w miejscu zamieszkania bądź pracy. Jeśli strach zwycięży determinację, która wyziera z oświadczeń protestujących, to jednak nie na długo. Przyszły rok nie będzie rokiem spokoju.

Będzie „Akt V”

Prezydent Francji Emmanuel Macron wygłosił w końcu oczekiwane od tygodni orędzie telewizyjne oferując kilka środków, które według niego mogłyby jeśli nie zakończyć protesty, to przynajmniej podzielić „żółte kamizelki”. Przede wszystkim zagroził „surowymi karami” tym, którzy „atakują policję i żandarmów”. „Jego potępienie przemocy to narzekanie gwałciciela, że ofiara używa przemocy, by się bronić” – skomentował lewicowy ekonomista i politolog Etienne Chouard, który uważa, że bezprecedensowa przemoc ekonomiczna wprowadzona przez Macrona jest winna obecnej sytuacji społecznej Francji.

 

Oprócz kija pogróżek Macron użył marchewki w postaci ulżenia niektórym sektorom społeczeństwa. Od nowego roku ma działać „socjalno-gospodarczy stan wyjątkowy”. Płaca minimalna ma więc wzrosnąć o 100 euro, ale tak, „by nie kosztowało to zatrudniaczy ani jednego euro”, tj. będzie finansowana z podatków. Wprowadzona podwyżka podatków dla emerytów będzie anulowana dla tych, którzy dostają mniej niż 2000 euro, ale emerytury dalej – jak postanowił wcześniej – nie będą indeksowane według inflacji, czyli będą spadać. Do tego ogłosił defiskalizację godzin nadliczbowych i zwrócił się z prośbą do zatrudniaczy, by na początku roku wypłacili pracownikom jednorazową premię nadzwyczajną. Nie będzie to obowiązkowe.

Jean-Luc Mélenchon, lider lewicowej Nieuległej Francji (LFI), zwrócił uwagę, że znaczna część najsłabiej uposażonych nie skorzysta z żadnej obietnicy Macrona, jak bezrobotni oraz ci, którzy nie zarabiają nawet płacy minimalnej (szczególnie kobiety) lub tylko nieco więcej. Ponadto wszystkie „ustępstwa” Macrona mają zostać opłacone przez podatników i ubezpieczonych społecznie, czyli bynajmniej nie przez najbogatszych i wielkich właścicieli – podatek od wielkich fortun nie zostanie przywrócony, mimo, że należało to do głównych postulatów „żółtych kamizelek”. Akcjonariusze pozostaną chronieni, jak i wielcy zatrudniacze: dostaną 40 miliardów euro zniżek podatkowych, za co zapłaci ogół Francuzów.

Pierwsze reakcje „żółtych kamizelek” to satysfakcja z „pierwszych ustępstw rządu”, ale i wielkie rozczarowanie, ze względu na zupełne pominięcie przez prezydenta całego szeregu wysuwanych postulatów ekonomicznych i politycznych, jak np. kwestia referendów i uwzględnienie demokracji bezpośredniej. Brak przywrócenia podatków dla najbogatszych zostało przyjęte z wyraźnym oburzeniem. Dla wielu Macron pozostanie więc „prezydentem bogatych”, mimo, że pierwszy raz wydał się pokorniejszy. Nie było mowy o rozwiązaniu parlamentu, dziś zupełnie nie reprezentatywnego, nie wspominając o dymisji prezydenta. „Żółte kamizelki” będą dyskutować nad „ustępstwami” Macrona, lecz póki co mają zamiar kontynuować protesty i zapowiadają ich „Akt V” w najbliższą sobotę.

 

Uwstecznieni

Obywatele i obywatelki Francji, zamiast do kościołów (a, zapomniałam – pozamykali je) co sobotę i niedzielę nadziewają na grzbiety żółte kamizelki i maszerują głównymi ulicami, bulwarami swych miast, głośno przy tym krzycząc.

 

Od czasu do czasu podpalają też jakiś stojący samochód, przez co stają się nie tyle „manifestantami, świadomymi swych praw”, co – jak to kiedyś w Polsce – „chuliganami”, których – rzecz jasna – trzeba traktować tak jak na to „chuligani” zasługują. Bić pałką, polewać wodą, kopać i ciągnąć za włosy…
Normalność.
Poczytałam sobie jednak 21 – nie, nie, więcej ich tam, tych postulatów było…
Na czoło wybijają się żądania:
– podwyższenia płacy minimalnej (wszak większość zarabia tylko tyle, ile ta płaca wynosi);
– regulacji czynszów mieszkaniowych;
– pracy „na stałe”, a nie na „śmieciówkach”.
Reszta to dekoracyjne drobiazgi w rodzaju „zmiany progów podatkowych”.
Trudno mi Francuzów zrozumieć. Bieruta u nich nie było, komuniści – owszem, byli, ale żeby tak obywatelom w głowach zdążyli namącić?
Regulowane czynsze? I „mossakowscy” mają jeść od tego chlebek z dżemikiem?
Pensje w górę? A dlaczego, skoro dookoła tylu imigrantów, których przymusi się do roboty za połowę dotychczasowej pensji minimalnej?
No i stałość-pewność zatrudnienia. Wszak w Europie, do której zmierzamy, każdy robotnik, pędzący na rowerze do roboty ze skibkami z pasztetówą, ma nie mieć pewności, czy danego poranka jaka robota mu jeszcze w ręce wpadnie i czy czasem reszty dnia nie doczeka za bramą, jak to drzewiej bywało.
Ręce opadają.
Zatem pora na reedukację. I wysyłkę: Korwina-Mikke, T. Lisa i kilku innych. No, i Lecha Wałęsy, który w obliczu podobnie nieroztropnych żądań, radził:
– Pałować!
Jak to każdy przywódca związkowy miał w zwyczaju czynić, gdy zapomniał – czcząc stan robotniczy szampanem i krewetkami – skąd mu nogi wyrastają.
Słowem: w 1989 roku Francuzi nauczali nas „wolnego rynku”, a dziś – jakby odwrotnie.
Polak to się jednak szybko uczy. I od głupot, w rodzaju „regulowania czynszów”, będzie się trzymać z daleka. Bo lubi swój „czynszyk” w wysokości pensji minimalnej, lubi swą pensję minimalną, i nadal chce każdego dnia „konkurować”,”konkurować” i jeszcze raz „konkurować”.
Np. z Ukraińcami w „Amazonie”.