Francja ma dość Macrona

Jeśli ktoś wybiera się do Francji w grudniu, powinien wiedzieć, że jego pobyt może być mocno skomplikowany. Prezydent Emmanuel Macron ma przeciw sobie większość społeczeństwa, które od 5 grudnia zamierza zatrzymać kraj, by uchronić się przed jego kolejną neoliberalną „reformą” – tym razem emerytur.

Sprytni spece od komunikacji poradzili rządowi, by prezentował swój pomysł jako wręcz lewicowy, podjęty w imię sprawiedliwości społecznej, równości męsko-damskiej i walki z przywilejami. Ale ludzie już zrozumieli, że kiedy neoliberałowie ładnie mówią, lepiej pilnować portfela.
Już na początku roku oligarchiczne media zaczęły mówić o „przywilejach emerytalnych” różnych grup zawodowych; potem harmonijnie przejęli ten język politycy rządzącej partii Macrona. Chodzi o specjalne emerytury dla ciężkich i odpowiedzialnych zawodów, zdobyte w walce pracowniczej. Przewidują one z reguły nieco wcześniejsze odejście z pracy i trochę wyższe wypłaty. Zamiast tego ludzie Macrona proponują jednolity system powszechny, uzależniający wysokość emerytury od liczby zdobytych punktów, których wartość może być modyfikowana. Chodzi oczywiście o powszechne zmniejszenie wypłat, by usprawnić przepływ bogactw z dołu do oligarchicznej góry.
Beneficjenci specjalnych emerytur, w tym np. kolejarze, stanowią niecałe trzy proc. emerytów, ale reforma ma objąć wszystkich. Z symulacji przeprowadzonych przez różne ogranizmy naukowe wynika, że najwięcej stracą kobiety, jeśli miały dzieci, ale właściwie wszyscy będą poszkodowani, oprócz najbogatszych. Stąd sprzeciw wobec projektu, który można nazwać ogólnospołecznym, bo wyliczanie różnych grup, które mają zamiar wziąć udział w manifestacjach i strajku generalnym, trochę trwa.
Pierwsze zaczęły protestować związki zawodowe kolejarzy: od 5 grudnia stanie paryskie metro a dalekobieżne pociągi będą wielką rzadkością. Na lotniskach dużo lepiej nie będzie: 11 związków zawodowych Air France wzywa do strajku. Strajkować będą też pocztowcy i ochrona zdrowia, szczególnie pogotowia ratunkowe. To samo z branżą energetyczną – chce nawet wyłączyć prąd w budynkach rządowych. Do nich dołączą jeszcze studenci, nauczyciele, adwokaci, kierowcy autobusów i furgonetek, taksówkarze, rolnicy, emeryci, część administracji i przede wszystkim ogół „żółtych kamizelek”. Wisienka na torcie: nawet policjanci mają zamiar protestować, co szczególnie niepokoi reżim macronistów. Neoliberalny ekstremizm prezydenta doprowadził już do tylu niepokojów, że ten zapowiadający się nie wygląda wyjątkowo, a jednak Macron odwołał wszystkie wizyty zagraniczne, a ludzie zaczynają robić zapasy. Cała opozycja parlamentarna – oprócz Republikanów z klasycznej prawicy – wzywa do walki: komuniści, „socjaliści”, lewicowa Nieuległa Francja i populistyczne Zjednoczenie Narodowe. „Żółte kamizelki” są zdeterminowane blokować co się da, dopóki rząd nie odwoła swego projektu. Według ostatnich sondaży, ponad 60 proc. Francuzów popiera ruch protestu.
Wygląda na to, że neoliberałowie już ponieśli porażkę: ich strategia publicznego ściemniania, dotąd tak skuteczna, przestała funkcjonować. Ostatnie konsultacje rządu ze związkowcami nic nie dały, ludzie nie mają zamiaru być dalej oszukiwani przez politycznych spryciarzy służących tylko jednej, najbogatszej klasie społecznej. Jeśli więc wybieracie się nad Sekwanę w grudniu, musicie uzbroić się w cierpliwość.

Powrót kamizelek

W sobotę minęła rocznica pierwszego wystąpienia Żółtych Kamizelek. W szczycie popularności ten ruch protestu, który zaczynał od sprzeciwiania się podwyżkom podatku od paliw, uderzającym głównie w pracowników z prowincji, mobilizował setki tysięcy ludzi.

Nie przeszkodziło to prezydentowi Macronowi kontynuować polityki neoliberalnych „reform”. Wczoraj gromadzące się w Paryżu Kamizelki zostały już tradycyjnie potraktowane gazem łzawiącym.
W dniu sobotniej mobilizacji, również już tradycyjnie, zamknięte zostały Pola Elizejskie i 23 stacje metra w centrum miasta. Sam zaś wiec Żółtych Kamizelek na Placu Włoskim (Place d’Italie) w 13 dzielnicy został błyskawicznie uznany za nielegalny, gdyż grupa radykalnych demonstrantów z czarnego bloku zniszczyła placówkę banku HSBC położoną przy placu. W innym miejscu, przy Porte de Champerret doszło do przepychanek między protestującymi i policją, ponadto funkcjonariusze przepędzili manifestantów, którzy zamierzali blokować metropolitalną obwodnicę. Prefekt Didier Lallement ogłosił wówczas, że odwołuje wydane wcześniej zezwolenie na przeprowadzenie demonstracji. Ponad 100 osób zatrzymano.
Zgromadzenia miały miejsce również poza Paryżem. Brało w nich udział po kilkaset-kilka tysięcy osób. Wiece Żółtych Kamizelek nie budzą już takich emocji jak jeszcze wiosną tego roku. Ruchowi protestu, spontanicznemu i pozbawionemu jasnego kierownictwa, udało się doprowadzić do odwołania podatku od paliw, który był praprzyczyną wystąpień. Inne, dalej idące postulaty, jak dymisja prezydenta Macrona czy zwiększenie zakresu mechanizmów demokracji bezpośredniej, zostały zignorowane. Podczas demonstracji ponad dwa tysiące osób odniosło rany, kilkadziesiąt – ciężkie obrażenia. 11 osób straciło podczas protestów życie.
Gdy media korporacyjne ubolewały w rocznicę głównie nad stratami, jakie poniosła francuska gospodarka w wyniku niepokojów – CNN wyliczył 850 mln euro po stronie biznesu i prawie 300 mln po stronie państwa – w społeczeństwie nadal tli się gniew. 14 listopada stanęła po raz kolejny służba zdrowia, zaś na 5 grudnia planowany jest strajk generalny przeciwko antyspołecznej reformie emerytalnej. Żółte Kamizelki zamierzają brać udział w protestach wspólnie z organizacjami związkowymi.

Powrót kamizelek

Po okresie wakacyjnym, gdy protesty „żółtych kamizelek” zadawały się wytracać moment, ostatnia sobota przyniosła radykalną zmianę. I nowy kontekst protestów – „kamizelki” połączyły się z obrońcami klimatu.

Nie zdążyła minąć 14:00, gdy policja ogłosiła aresztowanie ponad stu osób. Do pierwszych starć ludzi z policją doszło już na dworcu św. Łazarza, potem koło kościoła św. Marii Magdaleny. „Żółte kamizelki” postanowiły nie wkładać dziś kamizelek, więc policja atakowała każdą grupę ludzi. W końcu zapłonęły barykady, jest wielu aresztowanych i rannych.
Nielegalna manifestacja „żółtych kamizelek” z Pól Elizejskich, mimo represji i łapanek połączyła się z legalnym marszem na rzecz ratowania klimatu w Dzielnicy Łacińskiej, obok Ogrodu Luksemburskiego. Na bulwarze św. Michała manifestanci razem skandowali „Wszyscy nienawidzą policji!”, „Rewolucja!”, „Spadaj Macron!” lub „Spierdalajcie!” – do policji. Tłum zrobił się tak duży, że policji było trudniej dzielić pochód na części i każdą grupę rozpraszać oddzielnie. Po stronie manifestantów byli ubrani w swój kolor ludzie z Black bloc, którzy przeprowadzili mały, niszczycielski napad na budynek banku i okoliczne agencje handlu nieruchomościami.
Na Paryż rząd rzucił dziś 7, 5 tys. uzbrojonych policjantów, z wyrzutniami pocisków, działkami wodnymi i granatami z gazem. Ganiani po mieście manifestanci zgromadzili się na lewym brzegu rzeki : „Będzie goręcej niż na Kubie!” – skandowali nie tylko obrońcy klimatu. Na sztandarach „RIC” – domaganie się referendum z inicjatywy obywatelskiej i znowu skandowanie „A-anti-anti-capi-tali-sme!”, na przodzie napis „Klimat i sprawiedliwość społeczna!”.
„Jesteśmy tutaj!” – śpiewały „żółte kamizelki”, dla których to 45 tydzień protestów. Było bardzo ciepło, słonecznie, ale klimat psuł się od samego rana. Wysiadający na St. Lazare zostali przywitani gazem, pałowano grupki ludzi. Na lewym brzegu powstała barykada z płonących skuterów i motocykli. Poleciało trochę szyb, wybitych zalegającymi hulajnogami. Jest sporo strat materialnych. Po każdym ataku policji biegający w różne strony medics zajmowali się rannymi, szybko pojawiła się straż pożarna.
Mimo to manifestacja skierowała się do Bercy, ministerstwa finansów. Szły za nią oddziały policji obrzucane od czasu do czasu czym popadnie. Siedziba Banku Ludowego została cokolwiek pokiereszowana i otagowana napisem „Żaden bank nie jest ludowy”. Greenpeace uznał, że jest tak niebezpiecznie, że ogłosił rozwiązanie marszu, lecz nie bardzo został wysłuchany. Na początku przyszłego miesiąca będą z kolei manifestować policjanci, którzy „już nie mogą”.

Rosja przygania Francji

Rosjanie wezwali Francję do powstrzymania się od „dawania lekcji” w sprawie masowego aresztowania manifestantów na sobotnim proteście antyrządowym w Moskwie. Oskarżyli ją o używanie „wszystkich metod represyjnych” przeciw „żółtym kamizelkom” i o „skrajną obłudę”.

We wrześniu odbędą się w Rosji wybory lokalne. Niektórzy kandydaci opozycji zostali odrzuceni przez komisje wyborcze, co stało się powodem sobotniego protestu. Manifestacja nie została zgłoszona. Według jednej z organizacji pozarządowych, policja miała wtedy aresztować 1400 osób, liczba nie widziana od początku powrotu prezydenta Putina na Kreml w 2012 r.
W poniedziałek wieczorem francuskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało do „szybkiego uwolnienia” zatrzymanych i „wyraziło głęboką troskę” wobec tych wypadków. Wtedy już olbrzymia większość aresztowanych była od dawna w domu, gdyż zwalniano ludzi zaraz po sprawdzeniu tożsamości.
„I to mówi Francja, gdzie przez prawie rok dochodziło do prawdziwej walki policji z manifestantami!” – zareagowała Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Władze francuskie praktykowały na własnej populacji wszystkie rodzaje metod represyjnych: gazy łzawiące, działka wodne i masowe aresztowania” – przypominała. Dodała, że „manifestacje nie były dozwolone, a policja działała jakby to byli obcy okupanci, a nie Francuzi”.
Wczoraj rosyjskie sądy ogłosiły, że w sumie po manifestacji aresztowano tymczasowo ok. 60 osób, a 160 wlepiono mandaty. Znany opozycjonista Aleksej Nawalny został skazany na 30 dni aresztu za nawoływanie do niezgłoszonej manifestacji.

Wielka mobilizacja

Od początku buntu „żółtych kamizelek“ nie widziano takich tłumów w Paryżu i innych miastach. W ramach „konwergencji walk“ do protestujących dołączyli obrońcy klimatu. Na Polach Elizejskich od początku dochodziło do starć z policją. „Black bloc“ zaatakował luksusowe butiki i restauracje słynnej alei. Stanęły barykady, doszło do pożarów.

Wczoraj miała zakończyć się „debata narodowa“ zarządzona przez prezydenta Macrona w styczniu. Polegała ona przede wszystkim na transmitowanych w telewizji spotkaniach prezydenta z merami miejscowości różnych regionów kraju i wyglądała na kampanię jego partii (LREM) przed wyborami europejskimi. Rząd chce przedłużyć ją jeszcze o miesiąc, ale „żółte kamizelki“ chcą czynów, nie słów. Dzisiejsze manifestacje miały świadczyć o żywotności ruchu.
Postulaty są ciągle te same: podniesienie poziomu życia, wprowadzenie sprawiedliwości podatkowej (przywrócić podatki dla najbogatszych) i demokratyzacja kraju poprzez referenda RIC. Ludzie chcieliby też dymisji prezydenta Macrona i ministra policji Castanera, odpowiedzialnego za stosowanie nieproporcjonalnej przemocy wobec manifestantów. Śledztwo w tej sprawie podjął Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka. To już 18 „akt“ protestów, 18 tydzień od połowy listopada. Władze oczekują zadyszki tego ruchu, ale determinacja „żółtych kamizelek“ nie słabnie. Nie słabnie też przemoc „wandali” towarzyszących manifestacjom. W Paryżu od rana na ulice wyjechały wozy pancerne i ciężarówki policji. Na Polach Elizejskich wkrótce zapłonęły kioski z prasą. Młodzi, ubrani na czarno mężczyźni zdemolowali kilka sklepów znanych marek. Ten los podzieliła też słynna restauracja Fouquet’s, ulubione miejsce b. prezydenta Sarkozy’ego.
Tłum skandował „Rewolucja, rewolucja!“, „Kto sieje biedę, zbiera gniew“, „Koniec miesiąca, koniec świata – ta sama walka!“. Do podobnych manifestacji doszło we wszystkich miastach Francji.

Kamizelki ze związkami

W dniu, w którym prezydencka partia przegłosowała w parlamencie totalitarną ustawę przeciw manifestacjom publicznym, na ulice Paryża i innych miast Francji wyszły dziesiątki tysięcy ludzi, by domagać się demokratyzacji Francji i sprawiedliwości społecznej, przeciw neoliberalnemu, faszyzującemu szaleństwu oligarchii. Pierwszy raz związek zawodowy CGT oficjalnie wystąpił obok „żółtych kamizelek”.

Lewicowy postulat „konwergencji walk” (łączenia się różnych środowisk – związkowych i politycznych – na rzecz wspólnych interesów) realizował się dziś w całym kraju. Wspólne manifestacje związkowców, „żółtych kamizelek”, które dotąd traktowały związki raczej nieufnie, stowarzyszeń młodzieżowych i lewicowych partii politycznych odbyły się m.in. w Marsylii, Lyonie, Tuluzie, Caen, Strasburgu, Hawrze, Rennes, Clermont-Ferrand, Bordeaux i Nîmes.
W Paryżu 30-tysięczny tłum został zaatakowany przez policję, doszło do starć i przepychanek, podobnie w Bordeaux i kilku innych miastach, jednak na ogół protesty odbyły się w spokoju. Wszędzie podnoszono te same postulaty: dymisji Macrona, podniesienia najniższych płac, sprawiedliwości fiskalnej, wprowadzenia referendów RIC, obrony usług publicznych i przeciw ograniczaniu prawa do manifestacji.
Dziś szczególnie oburza ta ostatnia sprawa: neoliberalny reżim Macrona poszedł drogą kolaboranckiego reżimu Vichy, na którego czele stal marszałek Pétain: na podstawie decyzji administracyjnych będzie można zamykać wyznaczone przedtem osoby pod pretekstem „podejrzeń o zagrożenie dla porządku publicznego”. Protestował nawet deputowany, którego trudno posądzić o lewicowość – arystokrata Charles Amédée du Buisson de Courson: – Mój ojciec został wyznaczony i ścigany przez policję Vichy, nazwany terrorystą, podczas gdy był patriotą. (…) Ta ustawa jest szaleństwem. Nie wolno niszczyć wolności publicznych!
„Żółte kamizelki” szykują się do „Aktu 13” swych protestów w najbliższą sobotę. Można się spodziewać, że liczba uczestników wzrośnie . Postulaty „żółtych kamizelek” popiera znaczna większość Francuzów.
Solidarność z „żółtymi kamizelkami” demonstrowano również w Warszawie. „Dziś Paryż – jutro Warszawa!” – zabrzmiało we wtorkowy wieczór przed budynkiem francuskiej ambasady w stolicy Polski. Kilkadziesiąt osób, aktywistów i aktywistek, działaczy i działaczek związkowych symbolicznie przekazało wyrazy solidarności uczestnikom masowych protestów Żółtych Kamizelek. Była również mowa o ostatnich wydarzeniach w polskim ruchu pracowniczych – niestety, niewesołych.
Prowadzący zgromadzenie Jakub Grzegorczyk ze związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza na wstępie przypomniał, że Żółte Kamizelki to ruch, który powstał w odpowiedzi na antyspołeczne, neoliberalne reformy „demokratycznego” prezydenta Emmanuela Macrona. I nie tylko jego – „liberalny zwrot” we francuskiej polityce dokonał się ponad trzy dekady temu i systematycznie prowadzi do pauperyzacji społeczeństwa. Cięcia socjalne, prywatyzacja usług publicznych sprzyjają narastaniu nierówności i działają na korzyść wyłącznie najzamożniejszych.
Francuzi i Francuzki w końcu się przeciwko temu zbuntowali i nie tylko demonstrują na ulicach, ale i podejmują próby samoorganizowania się w lokalnych zgromadzeniach, oddolnych organizacjach – podkreślała działaczka mówiąca w imieniu Pracowniczej Demokracji, zaznaczając, że ruch rozwija się, chociaż ma do czynienia z represjami, bezpardonową policyjną przemocą. Tadek Zinowski, członek kolektywu Syrena, wskazał, że skala tej przemocy przeczy wizerunkowi Francji jako najstarszej europejskiej nowoczesnej republiki, wzorowego państwa laickiego i demokratycznego. Demokracja liberalna kończy się, gdy ludzie próbują sami się organizować, a nie tylko wybierać między partią bardziej liberalną i bardziej konserwatywną. Wtedy przeciwko nim kierowane są pałki policyjne – mówił Zinowski.

Akt XII

„Akt 12” cotygodniowych, sobotnich manifestacji „żółtych kamizelek” poświęcono ofiarom policji – rannym i zabitym w czasie manifestacji antyrządowych. Tysiące lekko, setki ciężko rannych, dziesiątki na zawsze okaleczonych z powodu strzelania przez policję kauczukowymi kulami: ten bilans podnoszony przez uczestników dzisiejszego Wielkiego Marszu Rannych nie powstrzymał policji przed kolejnymi atakami na manifestantów. Są kolejni aresztowani i ranni.

Rada Stanu (odpowiednik polskiego Naczelnego Sądu Administracyjnego) odrzuciła pozwy o zakaz używania przez policję strzelb LBD, które powodują śmierć i ciężkie rany manifestantów, jak też granatów hukowo-rozpryskowych i innych, eksplodujących niebezpiecznymi środkami chemicznymi. Około południa w sobotę w Paryżu ruszyła manifestacja, na której czele znaleźli się ranni na wózkach, o kulach, osoby, które straciły oko. Protestujące tłumy spotkały się na Placu Republiki, na którym po oficjalnym zakończeniu demonstracji uczestnicy zostali zaatakowani przez policję. Starcia trwały kilka godzin.

W innych miastach siły bezpieczeństwa używały granatów z gazem łzawiącym i działek wodnych przeciw demonstrantom jeszcze w trakcie marszów. Do starć doszło m.in. w Starsburgu, Tuluzie, Bordeaux, Marsyli, Lyonie, Caen, Morlaix i Valence. Z kolei tam, gdzie manifestantów nie atakowano, nie doszło do żadnych incydentów. Poza kwestią policyjnej przemocy główne postulaty „żółtych kamizelek” nie zmieniły się: podniesienie poziomu życia najmniej zarabiających, demokratyzacja kraju poprzez wprowadzenie referendów RIC i dymisja neoliberalnego prezydenta Macrona.

Manifestantów szczególnie oburza celowanie przez policjantów w głowy. 4-centymetrowe plastikowo-kauczukowe kule nie tylko trwale oślepiają, ale też powodują złamania kości czaszki, co w efekcie kończy się komplikacjami neurologicznymi. Ten rodzaj brutalnych represji – potępionych w tym tygodniu przez Radę Europy – ma na celu zniechęcenie „żółtych kamizelek” do protestów, lecz pozostaje nieskuteczny – ludzie nie dali się zastraszyć, mobilizacja protestujących nie słabnie. Jak poprzednio, kolejne osoby z ranami głowy odwieziono do szpitali. „Żółte kamizelki” planują teraz strajk generalny, do którego miałoby dojść, jeśli dołączą doń związki zawodowe. Według ostatnich sondaży, między 69 a 76 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

W ubiegłym tygodniu władze przeforsowały przyjęcie ustawę dającą specjalne uprawnienia administracji. Przedstawiciele rządu (prefekci) będą mogli decydować – na podstawie własnej decyzji administracyjnej – kto może brać udział w manifestacjach. Ustawa skierowana jest wyraźnie przeciw „żółtym kamizelkom”, przewiduje pozbawienie prawa do uczestnictwa w manifestacjach osób, które władza będzie podejrzewać o „szczególne zagrożenie dla porządku publicznego”. Opozycja nazywa to „wypaczeniem autorytarnym”.

Francuski minister spraw wewnętrznych w rządzie prezydenta Macrona Christophe Castaner przepchnął przez parlament – dzięki głosom większościowej partii prezydenckiej (LREM) – ustawę, który budzi bardzo żywe protesty na lewicy, wśród części prawicy i nawet wśród niektórych deputowanych LREM. Ustawa jest wzorowana na możliwości wprowadzenia takich zakazów na stadionach piłkarskich, z tym, że tu ustawa dotyka bezpośrednio wolności podstawowych.

Przed przewidzianymi manifestacjami osoby „podejrzane” (choćby nigdy nie zostały skazane) będą musiały zgłaszać się na komisariaty. Gdyby jednak zechciały manifestować, grozi im więzienie i słone mandaty (nawet do 15 tys. euro). Wszystkie będą wpisane na listę osób poszukiwanych tak, by policjanci mogli od razu, dzięki połączeniom elektronicznym, wiedzieć z kim mają do czynienia.
Jeszcze na sali obrad centrowy deputowany Charles de Courson nazwał ustawę „czystym, antydemokratycznym szaleństwem”: „To jakaś kompletna dewiacja! Wróciliśmy do czasów Vichy! Obudźcie się koledzy! Za czasów Vichy, jeśli bylibyście „podejrzani” przez urzędnika o należenie do ruchu oporu poszlibyście siedzieć. (…) Zobaczycie, kiedy będzie jeszcze inny rząd – skrajnej prawicy, a wy będziecie w opozycji!”.

Jeśli miał na myśli Zjednoczenie Narodowe (dawny Front Narodowy) Marine Le Pen, to podobnie jak Partia Socjalistyczna, komuniści i lewicowa Nieuległa Francja jest ono całkowicie przeciwne nowej ustawie. „To LREM jest skrajną prawicą” – mówili deputowani o „okolicznościowym prawie” skierowanym przeciw „żółtym kamizelkom”, manifestującym mimo krwawych represji reżimu Macrona. Prezydent obawia się szczególnie postulatu demokratyzacji kraju, referendów RIC. Nowa ustawa po przejściu przez Senat ma zostać definitywnie przyjęta 5 lutego.

Na ten sam dzień zaplanowane jest również przejście rewolty „żółtych kamizelek” do następnego etapu. Teraz nie będą to jedynie manifestacje uliczne i blokady, ale również strajk generalny.

Jako pierwsza wezwała do strajku branżowa gałąź energetyki i górnictwa centrali CGT (Confédération Générale du Travail). Stanowiło to przełom, gdyż do tego momentu francuski ruch związkowy raczej dystansował się od „żółtych kamizelek”. Teraz się to zmienia. Do akcji strajkowej nawołują także radykalni przywódcy protestów – Eric Drouet i Maxime Nicolle. „Trzeba, aby wszyscy, którzy popierają nasze działania, przyłączyli się do strajku, gdyż jedyną rzeczą, jaka zmusi rząd do ustępstw bez przemocy jest działanie na struktury gospodarcze” – powiedziała Nicolle.

Kara za „kamizelki”

Prezydent Francji Emmanuel Macron pojechał na prowincję, do małej gminy Grand Bourgtheroulde w Normandii, by uroczyście rozpocząć debatę narodową na tematy wyznaczone przez rząd.

Prezydent nie wypowiada nazwy „żółtych kamizelek” (GJ) w żadnym wystąpieniu od początku kryzysu i nie chce ich widzieć: w dniu wizyty szefa państwa noszenie takich kamizelek kosztowało 135 euro mandatu. Policja fotografowała dokumenty osób zmierzających do wsi. Czy ONZ podejmie śledztwo przeciw nadużyciom represji policyjnych?

Organizacje ochrony praw człowieka protestują przeciw fotografowaniu dokumentów, w obawie powstania policyjnej kartoteki manifestantów antyrządowych. Powstała narodowa petycja do ONZ o wszczęcie śledztwa w sprawie brutalności policji. Wśród 93 osób ciężko ranionych przez policję większość (68) padła ofiarą wyrzutni kul plastikowo-gumowych. Policjanci celują głównie w głowy, 13 osób straciło oko. Na ulicach pojawiła się kampania plakatowa na ten temat: afisze prezentowały Macrona i członków rządu z ranami po LBD 40. Żaden ruch społeczny po wojnie nie przyniósł tyle ofiar (są i śmiertelne).

W tym kontekście prezydent Macron zachwalał w Grand Bourgtheroulde zalety debaty narodowej, którą ogłosił w reakcji na kryzys „żółtych kamizelek”. Zbuntowani uważają to jednak za ściemnianie polityczne, sposób na zyskanie na czasie, podczas gdy czas działać. Rząd zapewniał, że w czasie debaty będzie można mówić o wszystkim, oprócz kwestionowania dotychczasowych „reform” Macrona (w tym zniesienia podatku od wielkich fortun ISF), spraw europejskich, finansów państwa i orientacji polityki rządu. Tymczasem „żółte kamizelki” chcą głównie RIC i zmniejszenia cen artykułów pierwszej potrzeby.

Mimo policyjnej blokady, do wsi przedostało się ok. setki „żółtych kamizelek”, więcej zostało zatrzymanych po drodze, było nawet nakładanie kajdanek. „Nie przyjechaliśmy tu żeby chuliganić, tylko pokazać, że nie odpuścimy. Jeśli pojedzie do innej gminy, pojedziemy za nim ” – odgrażała się jedna z uczestniczek zakazanej manifestacji, 40–letnia Nadège. Od początku kryzysu Macron nie może pokazywać się spokojnie poza Pałacem Elizejskim, bo zbyt często docierają doń bezceremonialne krzyki manifestantów. Woli wizyty-niespodzianki, w gminach, które o to nie prosiły.
„ISF nie jest tabu ani totemem” – powiedział pojednawczo prezydent, ale dodał w przemówieniu, że „trzeba większej odpowiedzialności ludzi w trudnej sytuacji, bo są wśród nich porządni, ale i tacy, którzy się wygłupiają”. Takie określenie „żółtych kamizelek” nie wywołało entuzjazmu. Według krytyków, te słowa dowodzą braku świadomości społecznej prezydenta.

Wydarzenie roku

No powiedzcie mi, że zdarzyło się coś ważniejszego w tym roku, jeśli chodzi o wydarzenia społeczno-polityczne naszego kontynentu, czy nawet świata.

 

Zaczęło się od cen paliwa, by doprowadzić do zachwiania losem Francji, a pośrednio Unii. Zglobalizowana potęga na glinianych nogach neoliberalizmu zatacza się niczym Jean-Claude Juncker. Czy należy ograniczać usługi publiczne, jak każe Komisja Europejska? Dlaczego „zwijać państwo”, skoro koncerny międzynarodowe już nie chcą płacić podatków? Padają różne gorączkowe pytania, które mogą wysadzić w powietrze sklerotyczną demokrację przedstawicielską Francji.

„Ten kraj to nie start-up” – tłumaczył posłom z partii prezydenta Jean-Luc Mélenchon, lider francuskiej lewicy (LCI) – „Zdarzają mu się wielkie projekty i uczucia, nazywane rewolucjami. Nasz kraj przeżywa właśnie proces obywatelskiej rewolucji, w której postulaty socjalne krzyżują się z postulatami politycznymi. Jest to właściwe dla historii Francji, w każdej sytuacji porównywalnej z obecną.”

„Żółte kamizelki” (GJ) mogłyby być wydarzeniem roku ze względu na sam niebywały lans demokratycznego ubioru, który stał się nagle modny: w 22 krajach ludzie zaczęli w nim wychodzić na ulice. Można to porównać do francuskiego upowszechnienia spódniczek mini w latach 60. Proroczo zapowiadały wielki społeczno-polityczny przewrót, no i miały zasięg prawie globalny. W Polsce, ale i we Francji, niektórzy woleli przyrównywać ruch GJ do rewolucji 1905 r., przegranej, lecz zwiastującej prawdziwą dziejową bombę. Nie drodzy, nikt nie będzie czekał 12 lat, we Francji się gotuje.

Oglądałem zdjęcia z symbolicznego pogrzebu dziesięciu „żółtych kamizelek”, osób, które zginęły od początku protestów. Również te szeregi zdjęć pobitych, poranionych i okaleczonych przez policję ludzi. Policjanci używają kontrowersyjnych granatów GLI-F4, eksplodujących ładunkiem z gazem łzawiącym. To one przyniosły najwięcej ofiar, a są jeszcze gumowe kule i inne wynalazki. GJ mają już swoją martyrologię, internet przypomina wojenne i rewolucyjne piosenki, to tu, to tam buduje się symboliczne gilotyny. Na jednym z publicznych, symbolicznych sądów skazano prezydenta Macrona na śmierć przez ucięcie głowy toporem i wykonano wyrok na jego kukle. Może jest w tym coś z wudu, ale przede wszystkim zdradza gniew.

Prooligarchiczny rząd widzi w GJ krwawą tłuszczę analfabetów. Stanislas Guerini, szef partii prezydenckiej Macrona (LREM), oświadczył, że postulowane Referendum z Inicjatywy Obywatelskiej (RIC) doprowadzi do kary śmierci albo ucinania genitaliów przestępcom seksualnym, a Gilles Le Gendre – arystokrata paryski i szef grupy LREM w parlamencie – dodał, że reformy prezydenta i jego partii były po prostu „zbyt inteligentne, zbyt subtelne”, by populacja mogła je zrozumieć. Do tego wszystkie media powtórzyły zmienne detale skandalu w wagonie paryskiego metra, gdzie trzej podpici GJ śpiewali „Macron musi odejść” i kazali „spadać” starszej pani, gdy wytknęła im prawdopodobny antysemityzm. Jeden miał wtedy powiedzieć, że „też był w Auschwitz” i „się śmiał”. W walnięciu medialną maczugą antysemityzmu ma być coś ostatecznego, jak w rzuconym zaklęciu.

Jednak coś wisi w powietrzu, więc rząd dał podwyżki policjantom. Nie chce utrzymać porządku za pomocą porozumienia społecznego, lecz siły. Nie będzie podwyższać pielęgniarkom, czy nauczycielom, nie będzie o tym rozmawiać. „Prezydent bogatych” zbroi swą straż, by go ustrzegła przed rozeźlonymi ludźmi pragnącymi społecznej sprawiedliwości i uczestniczącej demokracji. Jak ta czerń śmie? Ten właśnie stosunek władzy do wydarzenia roku buduje determinację ludzi, którzy stoją na blokadach i planują kolejne „akty” protestów. Pomijani gromadnie powstali z gniewem. Nic ważniejszego się nie wydarzyło.

Kamizelki w Café Kryzys

23 grudnia w warszawskim Café Kryzys odbyło się spotkanie z mieszkającą we Francji działaczką Moniką Karbowską, która opowiedziała o protestach Żółtych Kamizelek – głównych postulatach ruchu oraz przebiegu protestów.

 

Żółte Kamizelki zrzeszają głównie ludzi pochodzących z małych miast i wsi, którzy sprzeciwili się podwyżce podatku oznaczającej wyższe ceny paliwa. Na skutek likwidacji transportu publicznego ludzie ci dojeżdżają do pracy samochodami. W wielu regionach Francji funkcjonowanie bez samochodu stało się niemożliwe. Koszty jego utrzymania stanowią ogromne obciążenie, zwłaszcza dla słabiej zarabiających.

Protesty Żółtych Kamizelek w Paryżu odbywają się na Polach Elizejskich, pomimo zakazu demonstrowania obowiązującego na tej reprezentacyjnej ulicy. Protesty trwają już od ponad miesiąca, od 18 listopada. Protestujący uczestniczą w nich po pracy i następuje rotacja demonstrujących. Początkową reakcją władz było zignorowanie ruchu. Później prezydent Macron i inni przedstawiciele jego partii odnosili się do kamizelek z pogardą. Jak powiedziała Karbowska, podczas starć widać było, że policja dostała pozwolenie na rozbicie protestów wszelkimi środkami. Od 8 grudnia w wyniku starć oraz wypadków zginęło we Francji już 9 osób. Nie spowodowało to żadnej reakcji ze strony Unii Europejskiej oraz protestów przeciwko „brakowi praworządności”.
Karbowska opowiedziała o tym, jak lokalne Żółte Kamizelki organizowały akcje odwiedzania w domach deputowanych partii rządzącej. Okazało się to skuteczne, ponieważ politycy przestali wypowiadać się przeciwko protestującym.

Większość z 42 postulatów przedstawionych przez Kamizelki ma lewicowy charakter, na przykład podwyższenie pensji minimalnej, zwiększenie progresji podatkowej, wstrzymanie prywatyzacji autostrad, czy eliminację bezdomności. Protesty mają charakter inny od strajków z poprzednich lat, ponieważ nie stoją za nimi związki zawodowe. Ruch Żółtych Kamizelek odrzucił partyjne afiliacje. Lewicowi deputowani pojawiają się na protestach, jednak bez partyjnych szyldów. Zagrożeniem jest infiltracja ze strony skrajnej prawicy. Prawica usiłuje kierować gniew społeczny przeciwko obcym, twierdząc, że protestujący są „prawdziwym narodem” i „prawdziwymi Francuzami”. Same Żółte Kamizelki starają się unikać skojarzeń z przekazami rasistowskimi i nacjonalistycznymi.

Odnosząc się do perspektyw ruchu Monika Karbowska stwierdziła, że możliwe jest ich czasowe wygaśnięcie i rozlanie się kolejnej fali w przyszłym roku.