Rząd znów zlekceważył związkowców

Zaledwie 4,3 proc. – o tyle mają wzrosnąć wynagrodzenia dla pracowników budżetówki w roku 2022. Rząd uważa, że to pracownicy powinni być wdzięczni. Ci jednak mają inne zdanie.

Sfera budżetowa w Polsce wciąż będzie strefą niskich płac, wciąż będą odchodzić wartościowi pracownicy, a ci, którzy zostaną, skazani będą na wegetacje i brak perspektyw. To efekt decyzji rządu z 24 sierpnia, który w uchwalonej ustawie budżetowej wyraźnie poskąpił grosza ludziom, którzy na co dzień pracują na rzecz państwa.

OPZZ: postulaty związkowców nie zostały zrealizowane

Centrala przypomina, że propozycją strony związkowej było co najmniej 12 proc. podwyżki dla pracowników sfery budżetowej. Ten postulat został zgłoszony w Radzie Dialogu Społecznego przez OPZZ, NSZZ „Solidarność” i Forum Związków Zawodowych w maju bieżącego roku.

„Ta propozycja rządu w połączeniu z wysoką inflacją, wzrostem cen podstawowych artykułów żywnościowych, usług czy stałych opłat związanych z utrzymaniem gospodarstw domowych nie sprawi, że trudna sytuacja materialna pracowników budżetówki ulegnie poprawie” – wskazuje kierownictwo OPZZ.

Centrala zwraca uwagę, że w Polsce nadal obowiązuje stan epidemii i wraz z czwartą falą COVID-19 na pracowników będą nakładane kolejne zadania. „Dzięki zaangażowaniu pracowników, m.in. urzędów, służb i inspekcji, rząd mógł skutecznie realizować działania w zakresie zwalczania koronawirusa” – pisze OPZZ.

Organizacja wskazuje, że rządzący byli na bieżąco informowani o potrzebach pracowników. „12 sierpnia wystosowaliśmy kolejne, wspólne stanowisko w tej sprawie. 18 sierpnia organizacje członkowskie OPZZ, reprezentujące pracowników państwowej sfery budżetowej, skierowały pismo do premiera, w którym zapowiadają podjęcie zgodnych z prawem działań, aby przypomnieć, że bez pracowników tej sfery polskie państwo nie jest w stanie funkcjonować” – ostrzega kierownictwo OPZZ.

Sobie nie żałowali, pracownikom żałują

W jeszcze mocniejszych słowach podwyżki skomentowała Związkowa Alternatywa.

„Ciąg dalszy lekceważenia i pogardy dla pracowników sfery budżetowej ze strony PIS-owskiego rządu. Władza podniosła sobie wynagrodzenia o 60 proc., a tymczasem budżetówce proponuje wzrost funduszu płac o 4,3 proc., przy czym nie zgadza się na waloryzacje płac, tylko chce podwyżek dla pracowników wskazanych przez kierowników poszczególnych placówek” – czytamy w komunikacie ZA.

Europejska płaca minimalna to fundament eurointegracji

My, związkowcy z różnych branż zrzeszeni w organizacji Związkowa Alternatywa, jesteśmy zdumieni i zbulwersowani listem organizacji pracodawców, w tym Związku Pracodawców i Przedsiębiorców, przeciwko przepisom na rzecz uregulowania płacy minimalnej na poziomie unijnym.

List ten jest dostępny pod adresem: https://zpp.net.pl/wp-content/uploads/2021/04/23.04.2021-List-ws.-Europejskiej-P%C5%82acy-Minimalnej.pdf).

Inicjatywa Komisji Europejskiej, by ustalić standardy minimalnego wynagrodzenia w całej UE to ważny element procesu integracji europejskiej, a zarazem wyraz jakże ważnej i potrzebnej troski o prawa osób o najniższych dochodach. Inicjatywa KE jest tym bardziej istotna, że działania instytucji unijnych wciąż przywiązują zbyt małą wagę do praw pracowniczych.

Zarazem cele Komisji są bardzo umiarkowane:
w projekcie unijnej dyrektywy o płacy minimalnej znalazł się zapis, że najniższa krajowa nie powinna być niższa niż 60 proc. mediany (środkowa wartość płacy w gospodarce) lub 50 proc. średniego wynagrodzenia w danym kraju. To dobry kierunek zmian, który dałby niskoopłacanym pracownikom elementarną przewidywalność co do minimalnych standardów płacowych w kolejnych latach. I, doprawdy, ciągle nie jest to dużo.

Jednocześnie przyjęcie konkretnych kryteriów dotyczących ustalania poziomu płacy minimalnej częściowo uniezależniałoby jej poziom od koniunktury politycznej.

Warto w tym kontekście zauważyć, że płaca minimalna w Polsce przekracza obecnie poziom 50 proc. średniego wynagrodzenia. Czemu wobec tego nie tylko wielu pracodawców, ale też rząd sprzeciwia się pomysłom unijnym? Najwyraźniej chcą, by w kolejnych latach można było
skokowo obniżyć minimalne wynagrodzenie i dowolnie manipulować jego poziomem, w zależności od kaprysów władzy politycznej i ekonomicznej. Naszym zdaniem to bardzo zły kierunek myślenia.

Pracodawcy twierdzą, że płaca minimalna może mieć negatywny wpływ na konkurencyjność firm, pozbawić pracy część osób o niskich dochodach i zwiększyć liczbę osób zatrudnionych nieformalnie. Uważają też, że unijne regulacje płacowe mogłyby zaburzyć obowiązujące systemy rokowań zbiorowych.

Trudno pojąć, skąd te argumenty. Dane empiryczne nie potwierdzają tezy, że wysoka płaca minimalna prowadzi do wzrostu bezrobocia czy zwiększenia skali szarej strefy. Nie ma takiej korelacji ani w Polsce, ani w innych krajach. Co więcej, w latach, gdy wzrost płacy minimalnej był najszybszy, stopa bezrobocia w Polsce znacznie spadała.

Nie ma też związku między wysokością płacy minimalnej i szarą strefą.
Ponadto warto pamiętać, że KE chce korelacji między płacą minimalną i średnią/medianą, a nie arbitralnego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niezależnie od sytuacji na rynku pracy. W tym kontekście pismo ZPP jest tym bardziej niezrozumiałe. Wydaje się raczej, że pracodawcy grożą łamaniem prawa w razie przyjęcia systemowych regulacji odnośnie płacy minimalnej. To podejście naganne i nie do zaakceptowania. Skoro zaś są przedsiębiorcy, którzy nie chcą płacić pracownikom przynajmniej minimalnego wynagrodzenia, to znaczy, że nie nadają się do prowadzenia działalności gospodarczej i powinni zniknąć z rynku. Trudno też zgodzić się z opinią, że wysoka płaca minimalna zaburzy rokowania zbiorowe, tym bardziej, że w Polsce skala układów zbiorowych należy do najniższych w Unii Europejskiej. Skoro zaś ich nie ma, to tym bardziej ważne jest, by obowiązywały precyzyjne zapisy dotyczące całego rynku pracy.

W czasie kryzysu związanego z epidemią koronawirusa jest bardzo ważne, by podjąć działania na rzecz stabilizacji rynku pracy i zwiększenia bezpieczeństwa zatrudnienia. Ten cel powinien być ważny tak dla władz krajowych, jak i unijnych. Z całą pewnością ustanowienie płacy minimalnej na godnym poziomie powinno być elementem realizacji tego celu.

LOT zwalnia

300 osób straci zatrudnienie w Polskich Liniach Lotniczych LOT. Zarząd spółki podpisał porozumienie ze związkami zawodowymi, którym udało się wywalczyć w miarę cywilizowane kryteria odejść.

Prezes LOT Rafał Milczarski po zakończeniu decydującej tury negocjacji sprawiał wrażenie zadowolonego.

„Dziękuję związkom zawodowym za konstruktywną współpracę i osiągnięte porozumienie. Rozstanie z niektórymi naszymi pracownikami to jedna z najtrudniejszych decyzji, realizowanych przeze mnie jako menedżera. Jest ona niezbędna by uchronić większość zespołu i zapewnić stabilizację PLL LOT” – wyrecytował w oficjalnym komunikacie. Dużo mniej rozmowny był kilka dni wcześniej, gdy posłowie Koalici Obywatelskiej
chcieli przeprowadzić w spółce kontrolę poselską.

– Dariusz Joński, Paweł Poncyliusz, Michał Szczerba i Maciej Lasek spotkali się z prezesem, Rafałem Milczarskim, który powiedział im, że spółka zaoszczędzi na zwolnieniach 30 mln zł. Posłowie spytali, skąd w tej sytuacji zwolnienia, skoro wsparcie od państwa dla PLL LOT wynosi prawie 3 mld zł. Spytali też, kiedy ostatnio prezes osobiście rozmawiał z zakładowymi związkami. Wtedy prezes oburzony wyszedł ze spotkania, nie odpowiadając na pytania – relacjonował Piotr Szumlewicz, przewodniczący centrali Związkowa Alternatywa.

Czy powody do dobrego humoru mogą mieć również pracownicy LOT? Z pewnością nie. Pracę straci 300 z nich. 150 odejdzie już w ciągu pierwszych dwóch kwartałów bieżącego roku. Druga połowa pożegna się z firmą w okresie dwuletnim. Jak podaje LOT, zakończono także współpracę z 200 osobami, które łączyły z LOT-em umowy typu business-to-business. Niczego nie zmieniły argumenty związków zawodowych, których przedstawicielki przekonywały, że choćby do zrealizowania planowanej siatki połączeń wakacyjnych LOT będzie potrzebował załóg.

Co udało się wywalczyć związkowcom?

Wobec betonowej postawy zarządu nie byli w stanie zapobiec zwolnieniom, jednak ich determinacja zmusiła szefostwo do określenia relatywnie klarownych kryteriów typowania pracowników do zwolnienia. Zarząd zgodził się na uruchomienie programu odejść dobrowolnych – ci pracownicy pożegnają się w pierwszej kolejności. Następnie firmę opuści grupa osób wybranych według jasnych zasad. W ciągu kolejnych dwóch lat odejść mają wyłącznie osoby, które osiągną wiek emerytalny. Jako taktyczny sukces określić można również fakt, że LOT nie zdoła zwolnić tylu doświadczonych i uzwiązkowionych pracowników, ilu pierwotnie zamierzał.

Związkowcy nie zamierzają jednak odpuszczać. – Przygotowujemy pozwy do sądu odnośnie przedstawionych rozwiązań – zapowiada Szumlewcz.
Reprezentanci pracowników LOT próbowali zabrać głos naposiedzeniu sejmowej komisji infrastruktury, zwołanym na wniosek posłów opozycji, gdzie chcieli wnioskować o anulowanie procesu zwolnień i wyjaśnienie, jak potrzeba oszczędzania na załogach ma się do otrzymanej pomocy.

Sejm zamknięty

– Niestety decyzją władz straży marszałkowskiej strona związkowa nie została wpuszczona na komisję. Posłowie opozycji interweniowali, ale mundurowi nie wyrazili zgody – mówi Szumlewicz, jeden z niewpuszczonych.

LOT otrzymał pożyczkę w kwocie 1,8 mld zł oraz bezzwrotne wsparcie w wysokości 1,1 mld zł z Polskiego Funduszu Rozwoju. Zarząd spółki przekonuje, że bez tych pieniędzy i bez dalszych oszczędności nie miałby szans na przetrwanie pandemii i załamania na światowym rynku lotniczym.

Jesteśmy zbulwersowani…

… polityką Polskich Linii Lotniczych LOT, na dodatek wspieraną przez rząd.

Najpierw zarząd firmy obniżył etatowym stewardessom wynagrodzenia o połowę, co sprawiło, że zarobki większości z nich spadły poniżej poziomu płacy minimalnej. W tym czasie spółka nie starała się o pomoc w ramach tarczy antykryzysowych.

Następnie, kilkanaście dni temu, dowiedzieliśmy się, że rząd wesprze narodowego przewoźnika kwotą aż 2,9 mld zł. Mimo obiecanego wsparcia, zarząd spółki ogłosił plan zwolnień grupowych, który ma objąć około 300 pracowników etatowych. W tym samym czasie firma nie planuje cięć ani wśród kadry zarządzającej, ani wśród samozatrudnionych.

Decyzje władz spółki są niespójne, niezrozumiałe i niekorzystne dla załóg. To kolejny element kampanii przeciwko pracownikom mającym umowy etatowe. Wiele wskazuje na to, że władze firmy chcą wykorzystać okres epidemii do pozbycia się wszystkich pracowników etatowych. Dzieje się tak, chociaż sam fakt istnienia kontraktów B2B w firmie budzi poważne wątpliwości prawne i kompromituje narodowego przewoźnika. Osoby samozatrudnione wykonują bowiem dokładnie te same obowiązki i są w tej samej podległości służbowej wobec pracodawcy, co osoby mające umowę na etat. W świetle przepisów prawa kontrakty powinny zniknąć z PLL LOT.

Związkowa Alternatywa domaga się rezygnacji z planowanych zwolnień grupowych i przeznaczenia części kwoty pozyskanej od rządu na poprawę warunków pracy etatowych pracowników. Podniesienie podstawowych wynagrodzeń każdego etatowego pracownika personelu pokładowego o 1400 zł, czyli 50 proc. płacy minimalnej, kosztowałoby w skali całego roku około 8,5 mln zł, czyli 0,003 proc. wsparcia oferowanego przez rząd. Trudno nam pojąć, dlaczego pracodawca nie może wydać ułamka pomocy rządowej na pensje dla załóg, bez których samoloty PLL LOT nie mogłoby latać.

Jeżeli zaś sytuacja finansowa spółki wymaga ciąć, to w pierwszej kolejności domagamy się oszczędności w wydatkach na kadrę zarządzającą firmy oraz likwidacji samozatrudnienia.

Trzaskowski rozczarował

Rafał Trzaskowski planuje założyć związek zawodowy „Nowa Solidarność”. W Polsce uzwiązkowienie jest bardzo niskie, więc każda nowa inicjatywa na tym obszarze mogłaby przyczynić się do poprawy sytuacji pracowników.

Niestety pierwsze deklaracje prezydenta Warszawy nie nastrajają optymistycznie i można mieć wątpliwości, czy nowa inicjatywa będzie w ogóle dotyczyć pracowników. Mówiąc o nowym związku, Trzaskowski zwrócił uwagę na kluczowe jego zdaniem problemy, jakim są wysokie składki ZUS i groźba likwidacji podatku liniowego dla przedsiębiorców. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę, że podatek liniowy wprowadzony ponad 15 lat temu przez rząd Leszka Millera był ukłonem w kierunku najlepiej zarabiających przedsiębiorców. Osoby rozliczające się według podatku 19% mają średnie miesięczne dochody przekraczające 20 tys. zł, a wyłączenie ich z powszechnego systemu podatkowego kosztuje co roku budżet państwa kilka miliardów złotych. W tym kontekście przypominamy prezydentowi Warszawy, że związki zawodowe zajmują się walką o prawa pracownicze, a nie o niższe podatki i składki dla przedsiębiorców.

Związkowa Alternatywa broni osób pracujących w ramach umów cywilno-prawnych, gdy ich niestandardowe zatrudnienie stanowi wynik nacisku pracodawcy i gdy zgodnie z prawem powinni mieć umowy etatowe. Taka sytuacja ma na przykład miejsce w Polskich Liniach Lotniczych LOT, gdzie ponad połowa załogi ma kontrakty B2B, chociaż osoby na samozatrudnieniu wykonują dokładnie te same obowiązki, co pracownicy etatowi.

Przypominamy też, że podczas niedawnej kampanii prezydenckiej, pomimo naszych licznych apeli, Trzaskowski nie przedstawił ani jednego postulatu propracowniczego. Ówczesnemu kandydatowi na prezydenta kraju zwracaliśmy wtedy uwagę na patologie w spółkach skarbu państwa, prosiliśmy o wsparcie dla polskich opiekunek pracujących w Niemczech, apelowaliśmy o poparcie naszej inicjatywy, by wprowadzić znacznie wyższe płace dla osób pracujących w niedziele, proponowaliśmy wspólne działania na rzecz przeciwdziałania mobbingowi i dyskryminacji. Niestety Trzaskowski w swojej kampanii nie sformułował żadnego postulatu wychodzącego naprzeciw oczekiwaniom pracowników.

W tej sytuacji trudno nam wierzyć, że nowa inicjatywa prezydenta Warszawy wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom pracowników. W naszej codziennej działalności szukamy jednak sojuszników wszędzie, gdzie to jest możliwe, niezależnie od barw politycznych. Dlatego będziemy mile zaskoczeni, gdy Rafał Trzaskowski przyłączy się do naszych działań na rzecz wyższych płac, bardziej stabilnego zatrudnienia, przestrzegania przepisów BHP, ograniczenia nierówności społecznych, walki z mobbingiem i dyskryminacją.

Ministerstwo nie pomoże opiekunkom

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej odpowiedziało na list Związkowej Alternatywy z propozycją objęcia polskich opiekunek i opiekunów pracujących w Niemczech układem zbiorowym. Z odpowiedzi wynika, że w przekonaniu ministerstwa ich sytuacja wcale nie jest tak trudna, jak wynika z doświadczeń pracowników, trudne za to byłoby podjęcie przez resort działań w ich obronie.

– Obecnie zdecydowana większość opiekunek pracuje w szarej strefie lub w ramach niskopłatnych i niestabilnych umów cywilno-prawnych. Nawet gdy opiekunki są zatrudniane na etat, mają bardzo niskie zarobki, a ich prawa, w tym dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy, są mocno ograniczane – napisały do minister Maląg pracownice zrzeszone w Związkowej Alternatywie Opiekunek. Wskazywały również, że zwykle pracują w oparciu o umowy z kilkudniowym okresem wypowiedzenia, więc ich ich zatrudnienie jest skrajnie niestabilne. Powszechną praktyką jest również zmuszanie opiekunek do pracy na rzecz rodzin seniorów przekraczającej zakres opieki nad osobą starszą. Do tego znaczną część zarobków pochłania prowizja dla agencji pośrednictwa pracy, jeśli to z jej udziałem zawarta została umowa z rodziną seniorki lub seniora. Opiekunki proponowały, by ministerstwo podjęło się stworzenia własnej agencji rządowej, dbającej o interes polskich obywateli, a nie tylko o własny zysk.

Odpowiedź ministerstwa rozczarowała działaczy i działaczki Związkowej Alternatywy. Podpisana pod listem podsekretarz stanu Alina Nowak wyraziła przekonanie, że agencje pośrednictwa same skorygują swoje postępowanie, jeśli zauważą, że pracownicy i pracownice poszukują zatrudnienia bez ich pomocy. Jeśli tak będzie, przekonuje ministerstwo, „agencje same zdecydują się na obniżenie swoich zysków i jednoczesne zapewnienie opiekunkom umów zapewniających nie tylko lepsze warunki płacowe, ale również zapewniających bezpieczeństwo i higienę pracy”. Dodatkowo resort radzi, by korzystać z usług EURES (Europejskich Służb Zatrudnienia) i pamiętać o tym, że zadania związane z pracą w Unii Europejskiej realizują też urzędy wojewódzkie.

Co do podjęcia rozmów ze stroną niemiecką w sprawie zawarcia układu zbiorowego dla opiekunek i opiekunów, ministerstwo w liście w zasadzie rozkłada ręce, kwitując, że uregulowanie warunków pracy takich osób byłoby „trudne”.

– Najwyraźniej rząd nie dba o polskie opiekunki w Niemczech, a przy okazji nie zna przepisów niemieckich w sektorze opieki, które wymagają pracy etatowej dla każdego pracownika opieki – komentuje przewodniczący Związkowej Alternatywy, Piotr Szumlewicz.

Związkowca jeszcze bardziej uderzyła niewiedza na temat realnej sytuacji polskich pracownic opieki, warunków, jakie są im oferowane podczas starań o pracę w Niemczech i to, że zamiast przynajmniej spróbować działać na poziomie instytucjonalnym, ministerstwo woli tylko pouczać.

– Z uwagi na to, że osoby starsze stanowią jedną piątą społeczeństwa niemieckiego, zapotrzebowanie na pracę opiekunów osób starszych w Niemczech jest bardzo duże. W związku z tym polskie opiekunki, decydujące się na wykonywanie swojej ciężkiej pracy w Niemczech, powinny mieć świadomość, że ich pozycja negocjacyjna przy zawieraniu umowy z agencją zatrudnienia jest dobra, a oferowane przez agencje wynagrodzenie powinno być wyraźnie wyższe od minimalnych stawek – czytamy w piśmie resortu.

Ministerstwo wyraża zatem niezachwiane przekonanie, że rynek wszystko ureguluje, byle pracownicy odpowiednio się o to starali. Związkowa Alternatywa zapowiada ze swojej strony, że będzie nadal występować w obronie wyzyskiwanych polskich opiekunek.

O tarczę 5.0 – tarczę społeczną

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa domaga się przygotowania przez obóz rządzący tarczy 5,0, która zwiększyłaby stabilność zatrudnienia i ograniczyła skalę bezprawia na rynku pracy.

Stanowczo protestujemy przeciwko dalszemu uśmieciawianiu rynku pracy i wykorzystywaniu epidemii koronawirusa dla omijania prawa pracy. Naszym zdaniem epidemia to czas, który powinien być wykorzystany dla wzrostu stabilności pracy i radykalnego ograniczenia umów niestandardowych.

O szacunek dla kodeksu pracy

Przede wszystkim domagamy się bezwzględnego egzekwowania zasady, zgodnie z którą gdy jest określone miejsce i czas pracy oraz istnieje podległość służbowa, pracodawca ma obowiązek zatrudnienia na etat niezależnie od woli stron. Nieprzestrzeganie tej zasady powinno wiązać się z wysokimi karami dla pracodawców i natychmiastową zamianą śmieciówki na etat. Dotyczy to między innymi wszystkich pracowników służby zdrowia, górnictwa, gastronomii, ochrony czy handlu. To zawody, w których jasno określone są kodeksowe wymogi pracy etatowej i umowy niestandardowe powinny być całkowicie zakazane. Dotyczy to też Polskich Linii Lotniczych LOT, w których niezgodnie z prawem są zatrudniani piloci i stewardessy w ramach samozatrudnienia.

Mocniejsza inspekcja

Aby ułatwić respektowanie prawa dotyczącego wymogu zatrudniania na etat, Państwowa Inspekcja Pracy powinna otrzymać kompetencje zamiany śmieciówek na etaty z natychmiastową wykonalnością. Uważamy też, że Inspekcja Pracy powinna być wzmocniona poprzez przyznanie przedstawicielom związków zawodowych wszystkich kompetencji inspektorów PIP. A zatem związkowcy również powinni zdobyć możliwość ustalania stosunku pracy i karania mandatami nieuczciwych pracodawców.

Zamknąć sprawę śmieciówek

Zarazem w związku z koronawirusem uważamy, że rząd powinien zachęcać do zamiany umów niestandardowych na etaty. W wyjątkowej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, firmy mogłyby dostać możliwość zamiany umów niestandardowych zawartych z pracownikami na etaty bez ponoszenia kar za dotychczasowe unikanie umów o pracę. Dzięki temu czas kryzysu posłużyłby do ograniczenia skali bezprawia i zwiększenia stabilności na rynku pracy.

Układy zbiorowe

Postulujemy też wprowadzenie obowiązku zawierania branżowych układów zbiorowych. Przedstawiciele pracodawców i strony pracowniczej powinni zawierać porozumienia obowiązujące wszystkie firmy działające w obrębie danej branży. Takie porozumienia wyznaczałyby zasady dotyczące wysokości płac, czasu pracy czy wypłacania premii dotyczące wszystkich pracowników zatrudnionych w każdej z branż. To wyzwanie, przed którym stoją partnerzy społeczni w najbliższych miesiącach.
Natomiast w trybie natychmiastowym rząd powinien ograniczyć możliwość wypowiadania już podpisanych układów zbiorowych i porozumień płacowych w zakładach pracy. Skoro w kolejnych tarczach firmy otrzymują wysokie wsparcie na utrzymanie miejsc pracy, to trudno się zgodzić z odbieraniem pracownikom bezpieczeństwa zatrudnienia.

Nie dla zwolnień w budżetówce

Wreszcie stanowczo protestujemy przeciwko zwolnieniom i cięciom w sektorze budżetowym i samorządowym. Czas epidemii to okres, gdy rola państwa i samorządu jest szczególnie istotna w pomocy obywatelom. Dlatego w ramach Tarczy 5,0 rząd powinien uruchomić dodatkowe środki, które pozwoliłyby na ochronę miejsc pracy w sferze budżetowej i samorządowej.

Autor jest przewodniczącym związku zawodowego Związkowa Alternatywa.

Związki piętnują patologie

Przeciwko łamaniu praw pracowniczych w spółkach skarbu państwa i antypracowniczym zapisom w kolejnych tarczach antykryzysowych wyszli protestować działacze Związkowej Alternatywy, Inicjatywy Pracowniczej i organizacji lewicy społecznej. Symbolicznie wsparła ich Lewica parlamentarna.

Pod monumentalny gmach Ministerstwa Aktywów Państwowych przybyło około stu protestujących. Ich główne bolączki nakreślił, otwierając zgromadzenie, Piotr Szumlewicz, przewodniczący Związkowej Alternatywy. Przypomniał, że rząd, przedstawiający się jako prospołeczny, uzależnił przyznawanie pomocy przedsiębiorstwom od cięcia pracowniczych wynagrodzeń. W tym zaś segmencie rynku pracy, gdzie w pełni kontroluje sytuację, zapowiada nie stabilizację miejsc pracy i gwarancje dla pracowników, ale zwolnienia. Chodzi o planowane cięcia w administracji państwowej, podwójnie absurdalne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w sytuacji kryzysowej państwo potrzebuje sprawnie działającego aparatu i doświadczonych urzędników.

Po Szumlewiczu głos zabrała Monika Żelazik, przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego w PLL LOT. Jej organizacja toczy obecnie kolejny spór zbiorowy z zarządem państwowej spółki. Charyzmatyczna działaczka przypomniała, że bez pracowników nie działa żadna gospodarka i czas najwyższy, by ludzie obudzili się i przypomnieli sobie tę prostą prawdę.

Organizujmy się!

O tym, że pracownicy dysponują potężną broni, jaką jest strajk, przypomniała Justyna Samolińska z Inicjatywy Pracowniczej. Wezwała, by organizować się w związkach zawodowych, gdyż wspólne działanie pozwala skuteczniej dochodzić swoich praw. Dowiodło tego np. porozumienie zawarte z kierownictwem swojego zakładu pracy przez komisję IP w zakładzie Avon w Garwolinie, dające pracownikom podstawowe gwarancje na czas kryzysu, o którym pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”. .

O działania na zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, zaapelował Piotr Ikonowicz, który przybył na demonstrację razem z grupą aktywistek i aktywistów Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Większość z nich to zwykli ludzie pracy, w tym tacy, którzy na własnej skórze odczuli efekty „antykryzysowych” programów rządu. Przez to, że pracownicy są podzieleni, żaden z pierwszoplanowych polityków nie czuje, że musi się z nimi liczyć. Gdzie są kandydaci na prezydenta, zapytał nieco retorycznie działacz.

Politycy nie dopisali

Jedynie klub Lewicy uznał za stosowne przysłać swoich delegatów na demonstrację. Jako że w tym samym czasie odbywała się konwencja Roberta Biedronia, socjaldemokratów reprezentowali Adrian Zandberg i Maciej Konieczny. Przemówił ten drugi, wyrażając uznanie dla walki związkowców. Przypomniał również, że i parlamentarnej Lewicy udało się, w miarę jej ograniczonego pola manewru, wywalczyć pewne korekty w tarczach antykryzysowych. Jeszcze w maju jej parlamentarzystom udało się wpisać do tarczy limit zarobków i premii zarządów firm, które otrzymają pomoc państwową, by z pieniędzy tych naprawdę ratowano miejsca pracy. Dosłownie na dniach natomiast Lewica skutecznie wprowadziła możliwość samodzielnego występowania o skromne postojowe przez osoby zatrudniane na „śmieciówkach”. Dotąd musieli to robić pracodawcy, a jak pokazała praktyka, niektórzy woleli nie przyznawać się do takich form zatrudnienia.

Zamrożą płacę minimalną?

Tego właśnie oczekują od rządu – obok nowych pomysłów na wspieranie biznesu – organizacje pracodawców.

W ostatnich latach najniższe przewidywane prawem wynagrodzenie systematycznie rosło. W 2020 r. wynosiło 2600 zł brutto, co daje 1920 zł netto. W przypadku umów cywilnoprawnych („śmieciowych”) minimalna stawka godzinowa ustalona została na poziomie 17 zł (netto – 11). Wzrost płacy minimalnej w porównaniu z rokiem poprzednim wyniósł 15,6 proc. i ta tendencja miała się utrzymywać. W 2021 r. rząd obiecywał wynagrodzenie minimalne 3000 zł brutto (2150 na rękę).

Pracodawcy: żadnych podwyżek!

Pojawił się jednak koronawirus, na rynku pracy ruszyły zwolnienia i obniżki płac, a przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan bardzo nie chcą, by państwo zobowiązało ich do poniesienia wynagrodzeń najsłabiej opłacanych pracowników. Twierdzą, że w obecnej sytuacji nie ma miejsca na żadne ruchy, które zwiększałyby koszty pracy. Ich postulat jest prosty: niech płaca minimalna zostanie w czasie epidemii zamrożona. Podobnie proste stanowisko wyrażali w mediach eksperci Pracodawców RP. – Poczekajmy na liczby i fakty, ale jestem przekonany, że pokażą one, iż nie ma przestrzeni dla podwyżek – tłumaczył w money.pl Sławomir Dudek, główny ekonomista organizacji.

Wymagałoby to nadzwyczajnego zainterweniowania w samą ustawę dotyczącą płacy minimalnej, bo przewiduje ona gwarancję jej podwyższania w oparciu o prognozę wskaźnika cen. A te już w bieżącym roku szły w górę…

Na inicjatywę pracodawców z oburzeniem zareagował związek zawodowy Związkowa Alternatywa. Domaga się on, by rząd zrealizował swoje wcześniejsze obietnice niezależnie od kryzysu i podniósł płacę minimalną w 2012 r. do 3000 zł brutto.

Związki: wzrośnie ubóstwo!

– W czasie kryzysu istotne jest, by zachować dynamikę popytu wewnętrznego i poziom konsumpcji. Obniżanie płac niewątpliwie przyczyniłoby się do pogłębienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i gospodarce – komentuje Piotr Szumlewicz, przewodniczący ZA. W jego ocenie ratowanie miejsc pracy to nie wszystko. Ludzie muszą jeszcze dysponować środkami, za które opłacą mieszkanie, media, a także będą w stanie nabywać produkty i usługi. Gdy upadnie popyt, firmy i tak staną się nierentowne, niezależnie od tego, jak bardzo zaoszczędzono na ich pracownikach.

– Roczny poziom inflacji wciąż przekracza 3 proc., a ceny żywności wzrosły w ciągu ostatniego roku o blisko 8 proc.. Zamrożenie płacy minimalnej oznoaczałoby zatem spadek realnych płac najgorzej opłacanych pracowników i wzrost skali ubóstwa wśród osób pracujących.w przyszłym roku do 3000 zł brutto – alarmują związkowcy.

Jeszcze pod koniec kwietnia o możliwe zamrożenie płacy minimalnej pytała Ministerstwo Finansów posłanka Katarzyna Osos (KO). Otrzymała cokolwiek wymijającą odpowiedź. Po przedstawieniu całej procedury wyliczania płacy minimalnej podsekretarz stanu w resorcie finansów stwierdził jedynie, że minister rodziny, pracy i polityki społecznej przedstawi projekt w tej sprawie najpierw pod obrady rządu, a potem na forum Rady Dialogu Społecznego z opóźnieniem. Wywołanym, oczywiście, koronawirusem. Na wydanie rozporządzenia w sprawie wysokości płacy rząd ma czas do września.

Prawicy pomysł na kryzys

Związkowcy chcą wprowadzenia Minimalnego Dochodu Gwarantowanego. Propozycja nie podoba się jednak ich prawicowym przeciwnikom politycznym; poseł Sośnierz (Konfederacja) uważa ten pomysł za zabójczy dla gospodarki.

W czasie epidemii pojawia się coraz więcej pomysłów na wyjście z kryzysu. Związkowcy z ZA (Związkowa Alternatywa) zaproponowali, aby wprowadzić w kraju Minimalny Dochód Gwarantowany: 1500 zł netto dostać miałby każdy, kto stracił pracę lub jego zarobki spadły poniżej przywołanego progu.

Propozycja ZA – przynajmniej czysto teoretycznie – brzmi bardzo atrakcyjnie. Postanowiłem jednak zapytać o zdanie osobę z przeciwnej strony barykady. Dobromir Sośnierz, poseł Konfederacji, nie zostawił na związkowcach suchej nitki. Polityk uważa, że ich pomysł to tak naprawdę propozycja wprowadzenia kolejnego zasiłku dla bezrobotnych…

Dlaczego jest Pan przeciwko propozycji związkowców?

Jestem przeciwko z wielu powodów, ale oczywiście najważniejszy jest dla mnie argument pryncypialny – nikt nie ma prawa żyć na cudzy koszt, żaden wolny człowiek nie może być zobowiązany do utrzymywania innych ludzi nieświadczących dla niego żadnych usług. Przymusowa praca na rzecz innych ludzi jest cechą rozpoznawczą niewolnika.

To, że nie ma na to pieniędzy i ma to katastrofalne skutki społeczne, też jest oczywiście ważne, ale najważniejszy jest argument moralny – to po prostu niesprawiedliwe.

Co stałoby się w przypadku wprowadzenia takiego zasiłku?

Przede wszystkim w sytuacji gwałtownego załamania się wpływów do budżetu, zwiększyłoby to zadłużenie i zapewne spowodowało jeszcze większy dodruk pieniądza, a zatem inflację.

Jeszcze bardziej zniszczyłoby to motywację ludzi do pracy. Ludzie, którzy pracują na pół etatu, dostają często mniej niż proponowany dochód gwarantowany. W takiej sytuacji nikt normalny nie będzie nadal pracował tylko po to, żeby mieć mniej niż ktoś, kto nie pracuje.

Już teraz udział w społeczeństwie płatników netto w stosunku do beneficjentów budżetu jest niepokojący. W zasadzie beneficjenci już teraz są w stanie przegłosować tych, którzy na nich pracują. Każdy ruch w kierunku powiększania tej dysproporcji jest ruchem w kierunku zbiorowego samobójstwa.

Wszelkie zasiłki osłabiają związek między pracą a powodzeniem w życiu. Im mniej w życiu zależy od pracy, tym mniej ludzie są skłonni pracować, starać się, angażować czy ryzykować. Jest to ześlizgiwanie się w dekadencję.

Skąd związkowcy wzięliby pieniądze na tak daleko idący pomysł?

To pytanie do nich. Zapewne z opodatkowania, pożyczek i emisji pieniądza. Wszystkie te zjawiska są oczywiście głęboko szkodliwe. Opodatkowanie jest w istocie karą za aktywność, pożyczki powodują odkładanie skutków w przyszłość, a emisja okrada ludzi z oszczędności.

Gdyby dochód miał być bezwarunkowy, to taki program w ogóle byłby niemożliwy do sfinansowania. 1500 zł dla każdego dorosłego przed emeryturą to jakieś 425 bilionów złotych rocznie.

Co tak duży wydatek oznacza dla państwa?

Na to już odpowiedziałem w zasadzie – oznacza to przyspieszenie negatywnych procesów dezaktywizacji zawodowej, zwiększenie kosztów pracy, inflację, wzrost zadłużenia, wzrost poczucia krzywdy wśród płatników netto, a więc zapewne emigrację tych ludzi.

Jakie propozycje lepiej zastosować w walce z obecnym kryzysem?

Radykalna deregulacja, zniesienie wielu zbędnych barier, obniżenie podatków, ucięcie bezwarunkowego socjalu. To pchnęłoby ludzi do aktywności zawodowej i sprawiło, że wiele rzeczy, których teraz nie opłaca się robić, stałoby się opłacalnymi. Do tego trzeba oczywiście rozsądnej polityki zarządzania epidemią, a nie tylko pasywnej kwarantanny, a na to się zupełnie nie zanosi.

Dziękuję.