Ministerstwo nie pomoże opiekunkom

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej odpowiedziało na list Związkowej Alternatywy z propozycją objęcia polskich opiekunek i opiekunów pracujących w Niemczech układem zbiorowym. Z odpowiedzi wynika, że w przekonaniu ministerstwa ich sytuacja wcale nie jest tak trudna, jak wynika z doświadczeń pracowników, trudne za to byłoby podjęcie przez resort działań w ich obronie.

– Obecnie zdecydowana większość opiekunek pracuje w szarej strefie lub w ramach niskopłatnych i niestabilnych umów cywilno-prawnych. Nawet gdy opiekunki są zatrudniane na etat, mają bardzo niskie zarobki, a ich prawa, w tym dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy, są mocno ograniczane – napisały do minister Maląg pracownice zrzeszone w Związkowej Alternatywie Opiekunek. Wskazywały również, że zwykle pracują w oparciu o umowy z kilkudniowym okresem wypowiedzenia, więc ich ich zatrudnienie jest skrajnie niestabilne. Powszechną praktyką jest również zmuszanie opiekunek do pracy na rzecz rodzin seniorów przekraczającej zakres opieki nad osobą starszą. Do tego znaczną część zarobków pochłania prowizja dla agencji pośrednictwa pracy, jeśli to z jej udziałem zawarta została umowa z rodziną seniorki lub seniora. Opiekunki proponowały, by ministerstwo podjęło się stworzenia własnej agencji rządowej, dbającej o interes polskich obywateli, a nie tylko o własny zysk.

Odpowiedź ministerstwa rozczarowała działaczy i działaczki Związkowej Alternatywy. Podpisana pod listem podsekretarz stanu Alina Nowak wyraziła przekonanie, że agencje pośrednictwa same skorygują swoje postępowanie, jeśli zauważą, że pracownicy i pracownice poszukują zatrudnienia bez ich pomocy. Jeśli tak będzie, przekonuje ministerstwo, „agencje same zdecydują się na obniżenie swoich zysków i jednoczesne zapewnienie opiekunkom umów zapewniających nie tylko lepsze warunki płacowe, ale również zapewniających bezpieczeństwo i higienę pracy”. Dodatkowo resort radzi, by korzystać z usług EURES (Europejskich Służb Zatrudnienia) i pamiętać o tym, że zadania związane z pracą w Unii Europejskiej realizują też urzędy wojewódzkie.

Co do podjęcia rozmów ze stroną niemiecką w sprawie zawarcia układu zbiorowego dla opiekunek i opiekunów, ministerstwo w liście w zasadzie rozkłada ręce, kwitując, że uregulowanie warunków pracy takich osób byłoby „trudne”.

– Najwyraźniej rząd nie dba o polskie opiekunki w Niemczech, a przy okazji nie zna przepisów niemieckich w sektorze opieki, które wymagają pracy etatowej dla każdego pracownika opieki – komentuje przewodniczący Związkowej Alternatywy, Piotr Szumlewicz.

Związkowca jeszcze bardziej uderzyła niewiedza na temat realnej sytuacji polskich pracownic opieki, warunków, jakie są im oferowane podczas starań o pracę w Niemczech i to, że zamiast przynajmniej spróbować działać na poziomie instytucjonalnym, ministerstwo woli tylko pouczać.

– Z uwagi na to, że osoby starsze stanowią jedną piątą społeczeństwa niemieckiego, zapotrzebowanie na pracę opiekunów osób starszych w Niemczech jest bardzo duże. W związku z tym polskie opiekunki, decydujące się na wykonywanie swojej ciężkiej pracy w Niemczech, powinny mieć świadomość, że ich pozycja negocjacyjna przy zawieraniu umowy z agencją zatrudnienia jest dobra, a oferowane przez agencje wynagrodzenie powinno być wyraźnie wyższe od minimalnych stawek – czytamy w piśmie resortu.

Ministerstwo wyraża zatem niezachwiane przekonanie, że rynek wszystko ureguluje, byle pracownicy odpowiednio się o to starali. Związkowa Alternatywa zapowiada ze swojej strony, że będzie nadal występować w obronie wyzyskiwanych polskich opiekunek.

O tarczę 5.0 – tarczę społeczną

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa domaga się przygotowania przez obóz rządzący tarczy 5,0, która zwiększyłaby stabilność zatrudnienia i ograniczyła skalę bezprawia na rynku pracy.

Stanowczo protestujemy przeciwko dalszemu uśmieciawianiu rynku pracy i wykorzystywaniu epidemii koronawirusa dla omijania prawa pracy. Naszym zdaniem epidemia to czas, który powinien być wykorzystany dla wzrostu stabilności pracy i radykalnego ograniczenia umów niestandardowych.

O szacunek dla kodeksu pracy

Przede wszystkim domagamy się bezwzględnego egzekwowania zasady, zgodnie z którą gdy jest określone miejsce i czas pracy oraz istnieje podległość służbowa, pracodawca ma obowiązek zatrudnienia na etat niezależnie od woli stron. Nieprzestrzeganie tej zasady powinno wiązać się z wysokimi karami dla pracodawców i natychmiastową zamianą śmieciówki na etat. Dotyczy to między innymi wszystkich pracowników służby zdrowia, górnictwa, gastronomii, ochrony czy handlu. To zawody, w których jasno określone są kodeksowe wymogi pracy etatowej i umowy niestandardowe powinny być całkowicie zakazane. Dotyczy to też Polskich Linii Lotniczych LOT, w których niezgodnie z prawem są zatrudniani piloci i stewardessy w ramach samozatrudnienia.

Mocniejsza inspekcja

Aby ułatwić respektowanie prawa dotyczącego wymogu zatrudniania na etat, Państwowa Inspekcja Pracy powinna otrzymać kompetencje zamiany śmieciówek na etaty z natychmiastową wykonalnością. Uważamy też, że Inspekcja Pracy powinna być wzmocniona poprzez przyznanie przedstawicielom związków zawodowych wszystkich kompetencji inspektorów PIP. A zatem związkowcy również powinni zdobyć możliwość ustalania stosunku pracy i karania mandatami nieuczciwych pracodawców.

Zamknąć sprawę śmieciówek

Zarazem w związku z koronawirusem uważamy, że rząd powinien zachęcać do zamiany umów niestandardowych na etaty. W wyjątkowej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, firmy mogłyby dostać możliwość zamiany umów niestandardowych zawartych z pracownikami na etaty bez ponoszenia kar za dotychczasowe unikanie umów o pracę. Dzięki temu czas kryzysu posłużyłby do ograniczenia skali bezprawia i zwiększenia stabilności na rynku pracy.

Układy zbiorowe

Postulujemy też wprowadzenie obowiązku zawierania branżowych układów zbiorowych. Przedstawiciele pracodawców i strony pracowniczej powinni zawierać porozumienia obowiązujące wszystkie firmy działające w obrębie danej branży. Takie porozumienia wyznaczałyby zasady dotyczące wysokości płac, czasu pracy czy wypłacania premii dotyczące wszystkich pracowników zatrudnionych w każdej z branż. To wyzwanie, przed którym stoją partnerzy społeczni w najbliższych miesiącach.
Natomiast w trybie natychmiastowym rząd powinien ograniczyć możliwość wypowiadania już podpisanych układów zbiorowych i porozumień płacowych w zakładach pracy. Skoro w kolejnych tarczach firmy otrzymują wysokie wsparcie na utrzymanie miejsc pracy, to trudno się zgodzić z odbieraniem pracownikom bezpieczeństwa zatrudnienia.

Nie dla zwolnień w budżetówce

Wreszcie stanowczo protestujemy przeciwko zwolnieniom i cięciom w sektorze budżetowym i samorządowym. Czas epidemii to okres, gdy rola państwa i samorządu jest szczególnie istotna w pomocy obywatelom. Dlatego w ramach Tarczy 5,0 rząd powinien uruchomić dodatkowe środki, które pozwoliłyby na ochronę miejsc pracy w sferze budżetowej i samorządowej.

Autor jest przewodniczącym związku zawodowego Związkowa Alternatywa.

Związki piętnują patologie

Przeciwko łamaniu praw pracowniczych w spółkach skarbu państwa i antypracowniczym zapisom w kolejnych tarczach antykryzysowych wyszli protestować działacze Związkowej Alternatywy, Inicjatywy Pracowniczej i organizacji lewicy społecznej. Symbolicznie wsparła ich Lewica parlamentarna.

Pod monumentalny gmach Ministerstwa Aktywów Państwowych przybyło około stu protestujących. Ich główne bolączki nakreślił, otwierając zgromadzenie, Piotr Szumlewicz, przewodniczący Związkowej Alternatywy. Przypomniał, że rząd, przedstawiający się jako prospołeczny, uzależnił przyznawanie pomocy przedsiębiorstwom od cięcia pracowniczych wynagrodzeń. W tym zaś segmencie rynku pracy, gdzie w pełni kontroluje sytuację, zapowiada nie stabilizację miejsc pracy i gwarancje dla pracowników, ale zwolnienia. Chodzi o planowane cięcia w administracji państwowej, podwójnie absurdalne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w sytuacji kryzysowej państwo potrzebuje sprawnie działającego aparatu i doświadczonych urzędników.

Po Szumlewiczu głos zabrała Monika Żelazik, przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego w PLL LOT. Jej organizacja toczy obecnie kolejny spór zbiorowy z zarządem państwowej spółki. Charyzmatyczna działaczka przypomniała, że bez pracowników nie działa żadna gospodarka i czas najwyższy, by ludzie obudzili się i przypomnieli sobie tę prostą prawdę.

Organizujmy się!

O tym, że pracownicy dysponują potężną broni, jaką jest strajk, przypomniała Justyna Samolińska z Inicjatywy Pracowniczej. Wezwała, by organizować się w związkach zawodowych, gdyż wspólne działanie pozwala skuteczniej dochodzić swoich praw. Dowiodło tego np. porozumienie zawarte z kierownictwem swojego zakładu pracy przez komisję IP w zakładzie Avon w Garwolinie, dające pracownikom podstawowe gwarancje na czas kryzysu, o którym pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”. .

O działania na zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, zaapelował Piotr Ikonowicz, który przybył na demonstrację razem z grupą aktywistek i aktywistów Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Większość z nich to zwykli ludzie pracy, w tym tacy, którzy na własnej skórze odczuli efekty „antykryzysowych” programów rządu. Przez to, że pracownicy są podzieleni, żaden z pierwszoplanowych polityków nie czuje, że musi się z nimi liczyć. Gdzie są kandydaci na prezydenta, zapytał nieco retorycznie działacz.

Politycy nie dopisali

Jedynie klub Lewicy uznał za stosowne przysłać swoich delegatów na demonstrację. Jako że w tym samym czasie odbywała się konwencja Roberta Biedronia, socjaldemokratów reprezentowali Adrian Zandberg i Maciej Konieczny. Przemówił ten drugi, wyrażając uznanie dla walki związkowców. Przypomniał również, że i parlamentarnej Lewicy udało się, w miarę jej ograniczonego pola manewru, wywalczyć pewne korekty w tarczach antykryzysowych. Jeszcze w maju jej parlamentarzystom udało się wpisać do tarczy limit zarobków i premii zarządów firm, które otrzymają pomoc państwową, by z pieniędzy tych naprawdę ratowano miejsca pracy. Dosłownie na dniach natomiast Lewica skutecznie wprowadziła możliwość samodzielnego występowania o skromne postojowe przez osoby zatrudniane na „śmieciówkach”. Dotąd musieli to robić pracodawcy, a jak pokazała praktyka, niektórzy woleli nie przyznawać się do takich form zatrudnienia.

Zamrożą płacę minimalną?

Tego właśnie oczekują od rządu – obok nowych pomysłów na wspieranie biznesu – organizacje pracodawców.

W ostatnich latach najniższe przewidywane prawem wynagrodzenie systematycznie rosło. W 2020 r. wynosiło 2600 zł brutto, co daje 1920 zł netto. W przypadku umów cywilnoprawnych („śmieciowych”) minimalna stawka godzinowa ustalona została na poziomie 17 zł (netto – 11). Wzrost płacy minimalnej w porównaniu z rokiem poprzednim wyniósł 15,6 proc. i ta tendencja miała się utrzymywać. W 2021 r. rząd obiecywał wynagrodzenie minimalne 3000 zł brutto (2150 na rękę).

Pracodawcy: żadnych podwyżek!

Pojawił się jednak koronawirus, na rynku pracy ruszyły zwolnienia i obniżki płac, a przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan bardzo nie chcą, by państwo zobowiązało ich do poniesienia wynagrodzeń najsłabiej opłacanych pracowników. Twierdzą, że w obecnej sytuacji nie ma miejsca na żadne ruchy, które zwiększałyby koszty pracy. Ich postulat jest prosty: niech płaca minimalna zostanie w czasie epidemii zamrożona. Podobnie proste stanowisko wyrażali w mediach eksperci Pracodawców RP. – Poczekajmy na liczby i fakty, ale jestem przekonany, że pokażą one, iż nie ma przestrzeni dla podwyżek – tłumaczył w money.pl Sławomir Dudek, główny ekonomista organizacji.

Wymagałoby to nadzwyczajnego zainterweniowania w samą ustawę dotyczącą płacy minimalnej, bo przewiduje ona gwarancję jej podwyższania w oparciu o prognozę wskaźnika cen. A te już w bieżącym roku szły w górę…

Na inicjatywę pracodawców z oburzeniem zareagował związek zawodowy Związkowa Alternatywa. Domaga się on, by rząd zrealizował swoje wcześniejsze obietnice niezależnie od kryzysu i podniósł płacę minimalną w 2012 r. do 3000 zł brutto.

Związki: wzrośnie ubóstwo!

– W czasie kryzysu istotne jest, by zachować dynamikę popytu wewnętrznego i poziom konsumpcji. Obniżanie płac niewątpliwie przyczyniłoby się do pogłębienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i gospodarce – komentuje Piotr Szumlewicz, przewodniczący ZA. W jego ocenie ratowanie miejsc pracy to nie wszystko. Ludzie muszą jeszcze dysponować środkami, za które opłacą mieszkanie, media, a także będą w stanie nabywać produkty i usługi. Gdy upadnie popyt, firmy i tak staną się nierentowne, niezależnie od tego, jak bardzo zaoszczędzono na ich pracownikach.

– Roczny poziom inflacji wciąż przekracza 3 proc., a ceny żywności wzrosły w ciągu ostatniego roku o blisko 8 proc.. Zamrożenie płacy minimalnej oznoaczałoby zatem spadek realnych płac najgorzej opłacanych pracowników i wzrost skali ubóstwa wśród osób pracujących.w przyszłym roku do 3000 zł brutto – alarmują związkowcy.

Jeszcze pod koniec kwietnia o możliwe zamrożenie płacy minimalnej pytała Ministerstwo Finansów posłanka Katarzyna Osos (KO). Otrzymała cokolwiek wymijającą odpowiedź. Po przedstawieniu całej procedury wyliczania płacy minimalnej podsekretarz stanu w resorcie finansów stwierdził jedynie, że minister rodziny, pracy i polityki społecznej przedstawi projekt w tej sprawie najpierw pod obrady rządu, a potem na forum Rady Dialogu Społecznego z opóźnieniem. Wywołanym, oczywiście, koronawirusem. Na wydanie rozporządzenia w sprawie wysokości płacy rząd ma czas do września.

Prawicy pomysł na kryzys

Związkowcy chcą wprowadzenia Minimalnego Dochodu Gwarantowanego. Propozycja nie podoba się jednak ich prawicowym przeciwnikom politycznym; poseł Sośnierz (Konfederacja) uważa ten pomysł za zabójczy dla gospodarki.

W czasie epidemii pojawia się coraz więcej pomysłów na wyjście z kryzysu. Związkowcy z ZA (Związkowa Alternatywa) zaproponowali, aby wprowadzić w kraju Minimalny Dochód Gwarantowany: 1500 zł netto dostać miałby każdy, kto stracił pracę lub jego zarobki spadły poniżej przywołanego progu.

Propozycja ZA – przynajmniej czysto teoretycznie – brzmi bardzo atrakcyjnie. Postanowiłem jednak zapytać o zdanie osobę z przeciwnej strony barykady. Dobromir Sośnierz, poseł Konfederacji, nie zostawił na związkowcach suchej nitki. Polityk uważa, że ich pomysł to tak naprawdę propozycja wprowadzenia kolejnego zasiłku dla bezrobotnych…

Dlaczego jest Pan przeciwko propozycji związkowców?

Jestem przeciwko z wielu powodów, ale oczywiście najważniejszy jest dla mnie argument pryncypialny – nikt nie ma prawa żyć na cudzy koszt, żaden wolny człowiek nie może być zobowiązany do utrzymywania innych ludzi nieświadczących dla niego żadnych usług. Przymusowa praca na rzecz innych ludzi jest cechą rozpoznawczą niewolnika.

To, że nie ma na to pieniędzy i ma to katastrofalne skutki społeczne, też jest oczywiście ważne, ale najważniejszy jest argument moralny – to po prostu niesprawiedliwe.

Co stałoby się w przypadku wprowadzenia takiego zasiłku?

Przede wszystkim w sytuacji gwałtownego załamania się wpływów do budżetu, zwiększyłoby to zadłużenie i zapewne spowodowało jeszcze większy dodruk pieniądza, a zatem inflację.

Jeszcze bardziej zniszczyłoby to motywację ludzi do pracy. Ludzie, którzy pracują na pół etatu, dostają często mniej niż proponowany dochód gwarantowany. W takiej sytuacji nikt normalny nie będzie nadal pracował tylko po to, żeby mieć mniej niż ktoś, kto nie pracuje.

Już teraz udział w społeczeństwie płatników netto w stosunku do beneficjentów budżetu jest niepokojący. W zasadzie beneficjenci już teraz są w stanie przegłosować tych, którzy na nich pracują. Każdy ruch w kierunku powiększania tej dysproporcji jest ruchem w kierunku zbiorowego samobójstwa.

Wszelkie zasiłki osłabiają związek między pracą a powodzeniem w życiu. Im mniej w życiu zależy od pracy, tym mniej ludzie są skłonni pracować, starać się, angażować czy ryzykować. Jest to ześlizgiwanie się w dekadencję.

Skąd związkowcy wzięliby pieniądze na tak daleko idący pomysł?

To pytanie do nich. Zapewne z opodatkowania, pożyczek i emisji pieniądza. Wszystkie te zjawiska są oczywiście głęboko szkodliwe. Opodatkowanie jest w istocie karą za aktywność, pożyczki powodują odkładanie skutków w przyszłość, a emisja okrada ludzi z oszczędności.

Gdyby dochód miał być bezwarunkowy, to taki program w ogóle byłby niemożliwy do sfinansowania. 1500 zł dla każdego dorosłego przed emeryturą to jakieś 425 bilionów złotych rocznie.

Co tak duży wydatek oznacza dla państwa?

Na to już odpowiedziałem w zasadzie – oznacza to przyspieszenie negatywnych procesów dezaktywizacji zawodowej, zwiększenie kosztów pracy, inflację, wzrost zadłużenia, wzrost poczucia krzywdy wśród płatników netto, a więc zapewne emigrację tych ludzi.

Jakie propozycje lepiej zastosować w walce z obecnym kryzysem?

Radykalna deregulacja, zniesienie wielu zbędnych barier, obniżenie podatków, ucięcie bezwarunkowego socjalu. To pchnęłoby ludzi do aktywności zawodowej i sprawiło, że wiele rzeczy, których teraz nie opłaca się robić, stałoby się opłacalnymi. Do tego trzeba oczywiście rozsądnej polityki zarządzania epidemią, a nie tylko pasywnej kwarantanny, a na to się zupełnie nie zanosi.

Dziękuję.

Ograniczmy nierówności w zakładach pracy!

Krytykując ustawę Lewicy dotyczącą zmian w systemie emerytalnym, wielu posłów, tak z obozu rządzącego, jak i opozycyjnego, krytycznie odnosiło się między innymi do pomysłu wprowadzenia tzw. maksymalnej emerytury. Lewica chciała bowiem, aby maksymalna emerytura stanowiła co najwyżej sześciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Dla polityków z innych partii, ale też przedstawicieli pracodawców, takie rozwiązanie byłoby niedopuszczalnym ograniczeniem dopuszczalnych nierówności.

Trudno zrozumieć opór wielu ekspertów i polityków wobec propozycji Lewicy, biorąc pod uwagę fakt, że obecnie zaledwie ok. 120 osób otrzymuje emeryturę przekraczającą sześciokrotność płacy minimalnej. Okazuje się, że wciąż nierówności w systemie emerytalnym nie są bardzo wysokie, a w każdym razie niższe od nierówności płacowych. Dlatego wydaje się, że warto zastanowić się nie tylko nad wprowadzeniem limitów nierówności w ramach systemu emerytalnego, ale przede wszystkim pomyśleć, jak ograniczyć olbrzymie nierówności płacowe.

Kokosy dla zarządów

Obecnie w wielu firmach, w tym w spółkach skarbu państwa, mamy często do czynienia z sytuacją, gdy znaczna część pracowników wciąż zarabia stawki oscylujące wokół płacy minimalnej, zwalnia się pracowników, tnie fundusz płac, a kadra zarządzająca otrzymuje gigantyczne honoraria. Dzieje się tak często niezależnie od kondycji zakładu pracy.
Prawie zawsze kosztami kryzysu obciąża się pracowników, a pensje prezesów nie są w żaden sposób skorelowane z wynikami firmy. Dla odmiany w okresie prosperity rosną zyski przedsiębiorstwa i pensje zarządów, opinia publiczna słyszy, że to wyłącznie oni są architektami sukcesów kierowanych przez siebie podmiotów. A płace pracowników? Oczywiście stoją w miejscu.

Pracownik nie ma motywacji

To mechanizm nieracjonalny, niesprawiedliwy i odbierający motywację do pracy. Brak mechanizmów partycypacji załogi w zyskach przyczynia się też do wzrostu nierówności społecznych, które niszczą więzi społeczne i wzajemne zaufanie, prowadzą do częstszych chorób i stresów, są zagrożeniem dla demokracji i dobra wspólnego. A przypomnijmy, że w Polsce te więzi niszczy również powszechna plaga przepracowania i nakręcanie przez media sztucznych nagonek.

W Polsce praktycznie nie istnieją układy zbiorowe, a związki zawodowe mają mały wpływ na funkcjonowanie rynku pracy. W tej sytuacji tym bardziej potrzebne są ustawowe mechanizmy ograniczania patologii na rynku pracy. Aby zapewnić partycypację pracowników w zyskach firmy i zarazem ograniczyć dysproporcje w zarobkach, warto rozważyć wprowadzenie limitów nierówności płacowych w obrębie przedsiębiorstwa.

Zmniejszyć dysproporcje

Takim rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie proponowanej niedawno przez Związkową Alternatywę zasady, zgodnie z którą dochody najlepiej opłacanego menedżera danej firmy nie mogłyby przekraczać ośmiokrotności zarobków najgorzej zarabiającego pracownika. Przy czym należałoby wprowadzić takie obostrzenia, aby zarobki kadry zarządzającej obejmowały wszelkie premie, nagrody i inne dodatki.

Gdyby więc najniżej opłacany pracownik zarabiał miesięcznie 3 tys. zł brutto, to prezes mógłby otrzymywać maksimum 24 tys. zł. Chcąc podwyższyć swoją pensję do 40 tys. zł, prezes musiałby zwiększyć minimalne wynagrodzenie w firmie do 5 tys. zł. . Gdyby sytuacja firmy była trudna i prezes chciałby obniżyć pensje pracownikom, musiałby równocześnie obniżyć również honorarium dla siebie.

W ten sposób pracownicy mieliby poczucie, że partycypują w zyskach firmy i ich zarobki są przynajmniej częściowo uzależnione od jej wyników. Hasła o wspólnej pracy całej załogi na sukces przedsiębiorstwa zyskałyby poważniejsze, materialne podstawy. Wprowadzenie tej zasady zwiększyłoby motywację do pracy i ograniczyło arbitralne, niczym nieuzasadnione nierówności w obrębie każdego zakładu pracy.

Skrócić czas pracy!

Polacy pracują ciężko, długo i za małe pieniądze.

Według danych OECD w 2018 roku Niemcy przepracowali 1363 godziny, Duńczycy 1392, Belgowie 1545, Japończycy 1680, Węgrzy – 1741. Polscy pracownicy przepracowali zaś aż 1792 godzin rocznie, czyli prawie najwięcej ze wszystkich badanych krajów. Z państw Unii Europejskiej wyprzedziła nas jedynie Grecja.

Bezpłatne nadgodziny

Polacy nie tylko mają długi standardowy czas pracy – 8 godzin dziennie, 40 godzin tygodniowo – ale też przepisy o nim są najzwyczajniej obchodzone. Setki tysięcy pracowników wykonuje swoje obowiązki w nadgodzinach. Na dodatek Państwowa Inspekcja Pracy wskazuje, że kilkanaście proc. pracowników nie otrzymuje dodatkowych wynagrodzeń za nadgodziny. W praktyce oznacza to, że realne stawki za godzinę pracy są o wiele niższe niż wynikałoby to z oficjalnych danych.

Warto też przypomnieć, że w 2013 roku ówczesna władza wydłużyła dopuszczalny okres rozliczeniowy czasu pracy z 4 do 12 miesięcy, co stało się źródłem konfliktu między rządem i związkami zawodowymi. W praktyce oznaczało to, że pracodawcy mogli przez pół roku wydłużać tygodniowy czas pracy to 50 godzin, a kolejne pół roku skracać go do 30 godzin, nie płacąc dodatków za nadgodziny. Od tamtego czasu minęło już kilku lat i przepisy nie uległy zmianie

Wykończeni i zestresowani

W ciągu ostatnich lat ma też miejsce znaczny wzrost wymuszonego samozatrudnienia i umów cywilno-prawnych, w których przepisy ograniczające czas pracy nie obowiązują. Dotyczy to między innymi pracowników służby zdrowia. Mało kto zwraca uwagę, że przemęczony i śpiący lekarz ryzykuje nie tylko swoim zdrowiem i życiem, ale też zagraża bezpieczeństwu pacjenta.

Polscy pracownicy są przepracowani, przemęczeni, zestresowani, co obniża wydajność ich pracy, sprzyja wypadkom, pogarsza stosunki między nimi i pracodawcami, zaburza relacje między życiem prywatnym i zawodowym.
Dlatego pomysł partii Razem i Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, aby stopniowo skracać tygodniowy wymiar czasu pracy najpierw do 38, a docelowo do 35 godzin, jest bardzo dobry. To rozwiązanie, które przyczyniłoby się do wzrostu wydajności pracy, poprawy stanu zdrowia pracowników, do zwiększenia satysfakcji z pracy i spadku stresu. Jednocześnie pozwoliłoby na wzrost liczby zatrudnionych. Pomimo niskiej stopy bezrobocia, odsetek osób pracujących i aktywnych zawodowo należy w Polsce do najniższych w Unii Europejskiej. To rozwiązanie, z którego skorzysta zdecydowana większość społeczeństwa.

Do pracy, rodacy

Spada aktywność zawodowa Polek i Polaków. Wnioski? Potrzebne skrócenie czasu pracy, wyższe wynagrodzenia, koniec śmieciówek.

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa z niepokojem przyjął najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w ciągu ostatniego roku spadła liczba aktywnych zawodowo Polaków i Polek. Wyniki badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) wskazują, że osoby aktywne zawodowo stanowiły w II kwartale 2019 roku 56,2 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. W porównaniu z II kwartałem 2018 roku wskaźnik ten spadł o 0,3 p. proc., czyli o 151 tys. osób. Stało się tak pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego. W II kwartale 2019 r. na 1000 osób pracujących przypadało aż 837 osób bezrobotnych lub biernych zawodowo. Warto zwrócić uwagę, że w tym czasie nie zmienił się wskaźnik aktywności mężczyzn, a wskaźnik aktywności zawodowej kobiet spadł o 0,5 pkt proc. Obecnie aktywnych zawodowo mężczyzn jest 64,9 proc., a aktywnych zawodowo kobiet tylko 48,3 proc.. Różnicami między płciami przekracza więc 16 pkt proc.
Tak wysoki odsetek osób biernych zawodowo i bezrobotnych grozi kryzysem finansów publicznych i niewydajnością systemu emerytalnego. Brak pracy zarobkowej ma też negatywne skutki społeczno-psychologiczne, pozbawiając wielu osób kontaktów z innymi osobami i uniemożliwiając samorealizację zawodową.
W ciągu ostatniego roku mieliśmy też do czynienia ze stagnacją odnośnie odsetka osób pracujących. Osoby pracujące stanowiły w II kwartale 2019 roku 54,4 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej, czyli dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Warto natomiast zwrócić uwagę że nastąpił spadek zatrudnienia u kobiet o 0,3 pkt proc. i zarazem wzrost zatrudnienia u mężczyzn – również o 0,3 pkt proc. W konsekwencji wzrosła różnica między odsetkiem pracujących kobiet i mężczyzn. Wskaźnik zatrudnienia u mężczyzn wyniósł 62,8 proc., a u kobiet zaledwie 46,8 proc., co jest jednym z najgorszych wyników w Unii Europejskiej.
W tym kontekście apelujemy do rządu i opozycji o pilne przedstawienie rozwiązań na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej polskiego społeczeństwa, w tym szczególnie wdrożenie programu na rzecz godnej pracy dla kobiet.
Szczególnie ważne jest wdrożenie rozwiązań pozwalających na łączenie ról zawodowych i rodzinnych – chodzi tu między innymi o rozpowszechnienie wysokiej jakości publicznych żłobków i przedszkoli, wprowadzenie do szkół pełnowartościowych posiłków, rozwinięcie i dofinansowanie opieki senioralnej. Potrzebny jest też pakiet na rzecz wyższych płac i bardziej stabilnego zatrudnienia. Dlatego zaproponowaliśmy podniesienie płacy minimalnej w przyszłym roku co najmniej do poziomu 50 proc. średniego wynagrodzenia, czyli około 2620 zł brutto oraz podniesienie wynagrodzeń o 15 proc. w sektorze publicznym, w którym kobiety stanowią większość. Naszym zdaniem szczególną rolę w jakości życia społecznego odgrywa służba zdrowia, edukacja i pomoc socjalna – dlatego w tych trzech branżach wynagrodzenia w przyszłym roku powinny wzrosnąć o 30 proc.. Uważamy też, że bardzo negatywnie na wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia wpływa wysoki odsetek umów niestandardowych, które na dodatek często są narzucane bezprawnie. Dlatego opowiadamy się za bezwzględnym egzekwowaniem 22 artykułu Kodeksu Pracy, zgodnie z którym, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to pracodawca ma obowiązek podpisać z pracownikiem umowę na etat. Skala umów zleceń i samozatrudnienia powinna być radykalnie ograniczenia. Uważamy też, że dla wielu osób bardzo korzystnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie 2,5 razy wyższych wynagrodzeń za każdą pracę w niedzielę, co pozwoliłoby im ograniczyć czas pracy w dni powszednie. Pożądanym rozwiązaniem dla polskiego rynku pracy byłoby również skrócenie czasu pracy przynajmniej o 2 godziny tygodniowo oraz wydłużenie urlopu wypoczynkowego do 32 dni. Istotnym wyzwaniem jest też aktywizacja zawodowa seniorów i seniorek, w tym skrócenie czasu pracy dla osób starszych.

Chcemy wyższych płac!

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa ponownie domaga się podjęcia przez rząd działań na rzecz obligatoryjnego wprowadzenia znacznie wyższych płac za pracę w niedziele i święta niż za pracę w dni powszednie. Rząd Prawa i Sprawiedliwości lekceważy setki tysięcy pracowników wykonujących swoje obowiązki w niedziele i święta. Odrębne regulacje zostały przyjęte jedynie dla handlu i w praktyce często wcale nie są one korzystne dla świata pracy. W niedziele i święta wciąż otwartych jest mnóstwo małych sklepów, w których praca jest szczególnie ciężka i niskopłatna, a prawo pracy jest łamane na masową skalę. Jednocześnie pracownicy dużych placówek handlowych ciężej i dłużej pracują w piątki i soboty, nie otrzymując za swoją pracę dodatkowego wynagrodzenia. Ustawa o handlu w niedziele miała być poddana korekcie, ale najwyraźniej rząd wycofał się nie tylko ze zmian, ale nawet z dyskusji na ich temat.
Naszym zdaniem przepisy odnośnie pracy w niedziele i święta powinny dotyczyć wszystkich branż i być korzystne płacowo dla pracowników. Dlatego opowiadamy się za 2,5 razy wyższymi wynagrodzeniami za każdą pracę w niedziele i święta, niezależnie od branży i regionu. Nowe rozwiązania dotyczyłyby między innymi handlu, gastronomii, ochrony energetyki, policji, wojska, służby zdrowia czy transportu. Dla wielu pracowników, którzy pracują w niedziele i święta, byłby to znaczący wzrost zarobków.

Poczta i (nie)równe płace

Zrzeszony w nowej centrali związków zawodowych, Związkowej Alternatywie, Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty domaga się daleko idących zmian w systemie wynagrodzeń na Poczcie Polskiej i podjęcia prac nad nowym zakładowym układem zbiorowym.

WZZPP wskazuje, że obecny system wynagrodzeń na Poczcie Polskiej dopuszcza olbrzymie nierówności płacowe między pracownikami zatrudnionymi na tych samych stanowiskach. W praktyce oznacza to, że zarząd może arbitralnie różnicować wysokość wynagrodzeń między pracownikami mającymi ten sam zakres obowiązków, w tym uprzywilejowywać pracowników należących do posłusznych mu związków zawodowych.
Zdaniem WZZPP obecnie obowiązujące rozwiązania są sprzeczne z prawem pracy i niesprawiedliwe. Stąd w dniu dzisiejszym przewodniczący związku, Piotr Moniuszko przesłał do zarządu Poczty pismo, w którym domaga się pilnego podjęcia prac nad nowym układem zbiorowym.
Równe place za tę samą pracę to jeden z postulatów programowych Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa. W ciągu najbliższych miesięcy będziemy walczyć o respektowanie tej zasady w wielu instytucjach państwowych, spółkach skarbu państwa i firmach prywatnych.

Poniżej treść pisma WZZPP do zarządu Poczty Polskiej.:

Równe traktowanie w zatrudnieniu jest jedną z podstawowych zasad prawa pracy. Pracodawca nie może dyskryminować pracowników z przyczyn wymienionych w kodeksie pracy. Jeśli świadczenie pracy wymaga od pracowników porównywalnego doświadczenia, kwalifikacji, odpowiedzialności czy wysiłku, to praca ta uznawana jest za pracę o jednakowej wartości. Pracownicy wykonujący takie same obowiązki powinni mieć wynagrodzenia w jednakowej wysokości. Nierówne wynagrodzenie w takich przypadku jest wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i narusza przepisy kodeksu pracy.
Obowiązujący w Poczcie Polskiej S.A. Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy, jako porozumienie pomiędzy pracodawcą, a częścią działających w PP S.A. związków zawodowych jest ewidentnym przykładem nierównego traktowania, wręcz wprowadza dyskryminację płacową pracowników. Tak zwane „widełki” w tabeli zaszeregowań powodują, że pracownicy zatrudnieni na tym samym stanowisku, wykonujący te same czynności, a więc pracę o tej samej wartości otrzymują wynagrodzenia zasadnicze różniące się nawet o 2000 zł.
Dołączając do tego niesprawiedliwie naliczany dodatek stażowy, bo liczony procentowo od wynagrodzenia zasadniczego, powoduje jeszcze większe różnice w ostatecznym wynagrodzeniu pomiędzy pracownikami.
W związku z powyższym, żądamy najpóźniej do 30 września 2019 r. rozpoczęcia prac nad nowym Zakładowym Układem Zbiorowym Pracy dla Pracowników Poczty S.A., który w sposób prosty, zrozumiały i przejrzysty zagwarantuje równe traktowanie nie tylko w zakresie wynagrodzeń, ale i dodatkowych świadczeń.