Tępy antykomunizm a zmiana pokoleniowa

Zazwyczaj miewam niskie ciśnienie, dlatego oprócz porannej kawy mam zwyczaj podnoszenia go sobie lekturą do niej prawicowej prasy. Dziś, w ramach tej weekendowej rutyny, trafiłem w Plusie Minusie od Rzeczpospolitej na artykuł Piotra Zaremby ,,Między Greniuchem a Baumanem”. Nie będę ukrywał, że już na wstępie zdegustował mnie tytuł, dla taniej kontrowersji zestawiający światowej sławy naukowca z prowincjonalnym faszystowskim propagandzistą, jednak upatrując w tym szansy na zwalczenie wspomnianego niedociśnienia zdecydowałem się poświęcić i ów tekst przeczytać.

We wstępie autor pisze: ,,w tej sprawie jestem zakamieniałym symetrystą: nie wolno relatywizować ani faszyzmu, ani komunizmu. Dzisiaj w Polsce coraz usilniej próbuje się robić i jedno, i drugie”. Dalej Zaremba streszcza ,,dorobek” Tomasza Greniucha i po krótce opisuje kontrowersje, jakie wywołała jego nominacja na dyrektora wrocławskiego IPN-u. Przy okazji bardzo oszczędną krytykę byłego działacza ONR–u oraz wielbiciela hailowania i hitlerowskich kolaborantów przeplata hamletyzowaniem, iż ,,nie są to demoniczne zjawiska” i ,,otwartą pozostawia kwestię, czy taki relatywista w imię ideologii ma prawo do pracy, naukowej czy urzędniczej, w IPN”.

W kolejnych akapitach, zgodnie z przybraną pozą arbitra i ,,zakamieniałego symetrysty”, przechodzi do krytyki drugiej, komunistycznej ,,skrajności”, za której uosobienie służy mu postać Zygmunta Baumana. Okazję ku temu daje niedawne ukazanie się biografii wybitnego socjologa autorstwa Artura Domosławskiego pt. ,,Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana”. I o ile w przypadku Greniucha potępienie Zaremby było łagodne, można by nawet rzec dobrotliwe, o tyle tutaj autora ogarnia trwoga. Pisze: ,,szczególnie niepokojące jest to, bo relatywizują nie jak zawsze peerelowscy emeryci broniący własnych biografii. Pewien typ ocen staje się wyznaniem wiary nowych zwartych środowisk, wpływowych i w publicznej debacie znaczących”. A cóż to za oceny? W przypadku Baumana to niepotępianie tego, iż ,,swoją karierę naukową poprzedził paradowaniem z pistoletem w roli utrwalacza nowej władzy” i nie tylko ,,odmawiał uznania tego za błąd życiowy”, ale nawet ,,zapewniał, że niczego się nie wstydzi, bo walczył po dobrej stronie”.

Przerażanie Zaremby budzi to, że ,,z kolei młodsze generacje liberalnej i mniej liberalnej lewicy kupują tę wizję, bo jest poręczną bronią w dzisiejszych sporach”. Od tego bowiem tylko krok do sytuacji jak ,,w wielu krajach Europy czy USA, gdzie za sprzeciw wobec różnych dogmatów można zapłacić karierą. (…) Choć nad Wisłą rządzi prawica, powoli ten duch pojawia się już i u nas, na razie w postaci środowiskowych ostracyzmów i spraw dyscyplinarnych za niewłaściwe słowa. Na tym tle dr Greniuch i jego małpujący ducha zideologizowanych lat 30. koledzy jawią się jako nieskuteczni maniacy”.

Nie trzeba być wybitnie spostrzegawczym, by zobaczyć, że początkowa (i tak niezbyt silna) krytyka Greniucha i podnoszącego głowę faszyzmu służy Zarembie jedynie jako wygodne alibi, mające dać możliwość zaprezentowania się jako ,,wyważonego centrystę” i umożliwić realizację głównego celu. Celu, jakim jest zajadłe potępienie coraz popularniejszego, szczególnie wśród młodych ludzi, patrzenia na czasy Polski Ludowej bez uprzedzeń i antykomunistycznych kalek. Głos Zaremby robi tu za głos wszystkich kapłanów postsolidarnościowej narracji, według której PRL to najgorszy czas w polskiej historii i mroczna wyrwa między złotym okresem II RP i cudowną III RP. Przyzwyczajeni do 30 lat całkowitej dominacji tępego antykomunizmu, zaczynają oni powoli zdawać sobie sprawę, że młode pokolenie, wychowane już w kapitalistycznej Polsce, coraz odważniej porzuca te dogmaty i zaczyna otwarcie mówić o osiągnięciach i sukcesach Polski Ludowej. Stąd właśnie histerycznie ataki i sięganie do zgranej płyty o ,,dwóch tak samo złych okupacjach”.

Osobiście postać Zygmunta Baumana darzę szczególnym uznaniem. Nie tylko jako naukowca, teoretyka płynnej ponowoczesności i krytyka społeczeństwa konsumpcyjnego, ale przede wszystkim jako odważnego człowieka. Odważnego, gdy pod Kołobrzegiem przelewał krew w walce z nazistami, gdy po wojnie jako oficer KBW zwalczał bandytów z NZW, ale przede wszystkim, gdy po ’89 roku miał odwagę nie ulec powszechnemu wśród osób publicznych kajaniu się za swoją służbę w PRL-u i mainstreamowemu ,,przyznawaniu się do błędu”. Mimo iż spotykały go z tego powodu liczne nieprzyjemności, czy to ze strony wrocławskich kibiców wulgarnie zagłuszających jego wykład, czy ze strony krytycznych wobec niego liberalnych mediów, on nie bał się otwarcie mówić, że ,,w owym czasie, to komuniści proponowali najlepsze rozwiązania dla kraju”, a on sam ,,był zaangażowany w walkę z terroryzmem”. Dlatego cieszy mnie ukazanie się jego biografii i mam nadzieję, że zarówno ona sama i tocząca się wokół niej dyskusja zachęci jak najwięcej młodych ludzi do zapoznania się bez uprzedzeń z życiorysem i dorobkiem Zygmunta Baumana. Na przekór wyciu prawicowych pismaków i propagandzistów.

Czytanie „Dziennika Trybuny” jest zbędne,

w poprawnym towarzystwie nie na miejscu, a jeśli nawet ukazują się w nim interesujące i ważne teksty, to metodą naszych wolnych mediów są przemilczane. To druga strona czarnych ekranów i pierwszych stron gazet. One są w tym przypadku puste.

Ten rodzaj powszechnego postępowania wyraża przede wszystkim stosunek do politycznej linii programowej tytułu. Pomimo stałej obecności na jego łamach tematów z powszechnego, ważnego, publicznego obiegu, żaden z nich nie dostąpi szansy przedruku, cytowania, o polemice już nie wspominając.

Niby to samo, a zupełnie inaczej

Mijająca 2 marca 90. rocznica urodzin Michaiła Gorbaczowa przyniosła szereg poświęconych mu tekstów, wśród których na szczególną uwagę zasługują publikacje w „GW – Ale Historia” (27.02.2021) i w „D-T” (1.03.2021).

Pierwszą, bardzo obszerną – „Człowiek, który zmienił świat” – stanowi rozmowa Pawła Smoleńskiego z Adamem Michnikiem, która niewątpliwie jest czytelniczo interesująca, ale niezwykle uboga w stosunku do zapowiedzianego tytułu, a w jeszcze większym stopniu do znaczenia i roli jaką rzeczywiście odegrał jubilat.

Wywiad koncentruje się na kwestii Gorbaczow – Rosja, uwarunkowań zmieniającej się tamtej sytuacji i podejmowanych przez niego działań, ich trafności i błędów, trochę o demokratyzacji ówczesnego ustroju, i o współczesności z Nawalnym i Putinem oczywiście. Ale przecież – o czym rozmówcy zupełnie zapomnieli – nie za dokonane zmiany w samej Rosji Michaił Gorbaczow otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

Nadto zadziwia też krótka pamięć Michnika dotycząca wyjątkowego wpływu polityki Gorbaczowa na możliwość dokonania przeobrażeń ustrojowych, które miały miejsce w Polsce. Nie wiem czy za nią kryje się przekonanie o większej ważności Jana Pawła II, czy też o zdecydowanej wyższości Solidarności.

Ponad dwukolumnowy, a więc wielki materiał odbieram jako równie wielkie pomniejszanie Gorbaczowa, opowiadanie jedynie o poczynaniach ostatniego genseka imperium, bez prezentacji jego wpływu także na współczesność, gdyż pomieszczono go w gazetowym dodatku typu mówią wieki.

Jakże odmienny, analityczny tekst w „D-T” Jerzego Wiatra „Michaiła Gorbaczowa rola w historii Rosji i świata” nie tylko wypełnia temat prezentując tę postać wyjątkowo godnie – tak jak na to zasługuje – z uwzględnieniem odmiennych ocen, ale i jej historycznego znaczenia. Pisze autor:

„Nagrodę Nobla radziecki prezydent otrzymał za wkład w radykalną zmianę sytuacji podzielonego świata, a zwłaszcza za to, że swą polityką położył ostateczny kres ponurej – ale przez wiele lat traktowanej jako bardzo realna – perspektywie nowej wojny światowej, która musiałaby stać się nuklearną zagładą.”

„Gorbaczow był jedynym przywódcą radzieckim, który nie tylko zrozumiał zgubne skutki Zimnej Wojny dla społeczeństwa radzieckiego, ale także miał odwagę dokonać zasadniczej rewizji radzieckiej doktryny stosunków międzynarodowych. Odrzucił komunistyczny dogmat o nieuchronnym konflikcie między państwami socjalistycznymi i światem kapitalistycznym, a także – co szło jeszcze dalej – o istocie stosunków międzynarodowych jako części walki klasowej w skali światowej. W jego miejsce sformułował koncepcję „wspólnego europejskiego domu.”

„Bez zmiany polityki radzieckiej nie byłoby polskiego „okrągłego stołu”, wyborów czerwcowych i rządu Tadeusza Mazowieckiego. Podkreślał to wielokrotnie w rozmowach ze mną Wojciech Jaruzelski.”

Profesor Wiatr przywołuje także słowa Grzegorza Kołodki, że Gorbaczow był „Kolumbem transformacji”, a z Kolumbami tak bywa, że nie zawsze dopływają do wyznaczonego celu, a mimo to pozostają na zawsze w historii.

Nie spoczniemy, Nim dojdziemy

– w myśl znanej frazy – i jeszcze dalej Osiecka, a w wokalu „Czerwone gitary”: „ Czy warto było kochać nas? Może warto, lecz tą kartą źle grał czas…” Tym razem nie o miłość tu idzie, a o czas Polski Ludowej i nie spoczną mainstream’owe media, aż dojdą do upodlenia tamtego okresu w pamięci zbiorowej Polaków.

Dla Krzysztofa Vargi, jednego z tych niespoczywających i nadzwyczaj wytrwałych każda okazja ku osiągnieciu tego zbożnego celu jest dobra. W 2018 roku był nią wyprodukowany przez Showmax kryminał „Rojst”, a obecnie wypowiedzi Zygmunta Baumana i jego biografa Artura Domosławskiego.

Dziewięćset stronicowa praca „Wygnaniec” stała się tematem felietonu, który już w tytule mówi sam za siebie: „Głośna, samotność Baumana” ( „Newsweek”, 22-28.02.2021). Równie frapującym jest sam zamysł aby tego rodzaju poważne studium prezentować w tym gatunku dziennikarskim. Chyba, że w materii socjologii i filozofii Baumana niewiele ma Varga do powiedzenia. Ale za to koncentruje się na wątkach ubocznych, opisuje fragmenty życiorysów i przywary obu panów, a przede wszystkim ich polityczne sympatie i poglądy, okraszając je odautorskimi złośliwościami.
Fundamentalna myśl Baumana, że „„Najważniejszą kwestią jest jak dostosować społeczeństwo do indywidualnych potrzeb, a nie na odwrót” – wyznaczająca jego postawę – okazuje się nieważna dla Vargi. Za to na swój ulubiony temat pisze: „obrona Polski Ludowej [mająca miejsce w tej książce – Z. T.] – która rzeczywiście miała różne etapy: od krwawego stalinizmu przez łagodniejszą, ale wstrętną gomułkowszczyznę, gierkowską atrapę dobrobytu i liberalizacji, po stan wojenny i agonię systemu – jest tu irytująco nadmierna. Dyżurny argument, że owszem, nie było pełnej demokracji, były prześladowania opozycji, cenzura i więzienia, ale za to było równanie szans, awans społeczny, edukacja, elektryfikacja, darmowa służba zdrowia – jest tak skompromitowany, że w poważnej dyskusji nie powinno się do niego wracać.”

Poważna dyskusja z autorem tych słów jest po prostu niemożliwa. Irytacja Vargi wraz z przedstawionymi oceną i zaleceniem odpowiada schematowi, w którym autorowi wydaje się, że możliwe jest wypisywanie dowolnych opinii na każdy temat. I nie zdaje sobie nadto sprawy, że identyczny sposób pozwala dezawuować dosłownie wszystkie znane, inne pojęcia, np.: wolność, prawa człowieka i demokrację, także z czasów III RP. Mogą być więc one równie irytujące, skompromitowane, a do określonego czasu także nie powinno się wracać. Jedna i druga tak wyrażone opinie są równe zeru. A tę „elektryfikację”, którą Varga przywołał za Leninem, nawet w tej swojej frywolności mógł sobie darować. Tym bardziej, że zapomniał jeszcze dodać o „władzy rad”.

Redakcji, poważnego tygodnika, jakim niewątpliwie chce jawić się „Newsweek”, pogratulować należy tak wyjątkowej i pogłębionej prezentacji biografii Zygmunta Baumana. Autorowi bardzo zapracowanemu, bo to jego trzeci tekst w tym wydaniu, życzyć jednak należy lektury „Trybuny”.
W tym dzienniku poza bieżącymi, licznymi tekstami na wyróżnienie niewątpliwie zasługuje dział prezentujący nieprzemiennie – jak w żadnym innym medium – kulturę, nie tylko polską, literaturę, teatr, film. Równie poważne są rozważania publicystyczne, wśród których znalazło się wiele i o Zygmuncie Baumanie.

Przytaczam fragment ostatniego z nich: „Zygmunt Bauman w oczach biografów” Jerzego Wiatra („D-T”, 11.03.2021): „zawrotną karierę Baumana w ostatnim okresie jego życia, gdy stał się światowej sławy autorytetem intelektualnym, przyjmowanym przez papieża Franciszka i cytowanym przez papieża Benedykta XVI, obsypanym ponad dwudziestoma doktoratami honorowymi z uczelni rozsianych po całym świecie. Rosiak i Domosławski [autorzy dwóch biografii Baumana – Z.T.] różnią się jednak w ocenie dorobku uczonego. Rosiak referuje poglądy kilku – niezbyt zresztą wybitnych socjologów, którzy tę twórczość dezawuowali jako rzekomo niezbyt oryginalną eseistykę. Domosławski – odwrotnie. Daje nie tylko wyraz swemu bardzo wysokiemu uznaniu dla dorobku Baumana, ale także dostarcza czytelnikowi świetnego przewodnika po tej twórczości. Zgadzam się w pełni z takim podejściem. Krytyczne wypowiedzi na temat dorobku Baumana brzmią wręcz śmiesznie, gdy pojawiają się w ustach (lub w tekstach) osób, których dorobek naukowy z dużą dozą wyrozumiałości można uznać za co najwyżej średni.”

A co dopiero mówić o Krzysztofie Vardze ?

Odgrzewane kotlety, także jako specjalność medialna

nigdy do najsmaczniejszych nie należą, podobnie jak tytuł publikacji na Onecie „Fenomen jednej prezydentury. „Może się napił, ale był na Wschodzie, a tam tak trzeba” autorstwa Kamila Dziubki (28.02.2021).
Niesmaczne to zbyt delikatne określenie – po prostu chamskie w stosunku do byłego prezydenta i osoby Aleksandra Kwaśniewskiego. Nadto jeszcze uzupełnione zdjęciem, na którym widzimy Jolę i Olka pijących piwo. Dudka w poszukiwaniu atrakcyjnego tytułu wyrwał fragment z wypowiedzi Marcina Dumy, szefa fundacji IBRiS na temat przeprowadzonych badań polskich elit, a ktoś równie mądry w Onecie dołożył zdjęcie „na temat”.
Z przeprowadzonych badań wynika, że „Polacy generalnie bardzo dobrze oceniają prezydenturę Aleksandra Kwaśniewskiego. Ciepło mówili o nim wyborcy z wielu grup. Ta prezydentura jest już na tyle odległa, że jej złe elementy zacierają się w pamięci…Wizerunek Kwaśniewskiego bardzo wzmacnia też jego żona. Ona w pewien sposób przysłania jego słabe strony.”

I z tą wypowiedzią trudno się do końca zgodzić, bowiem zawiera jedno uogólnienie i sugeruje ocenę na podstawie także jedynej okoliczności. Mijający czas nie koniecznie wpływa na pozytywny ogląd np. byłych prezydentów Polski. Abstrahując już od czasów przedwojennych – plusy dla Narutowicza i Wojciechowskiego, a wielki minus dla Mościckiego – współcześnie Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa nie cieszą się powszechną pozytywną opinią Polaków. Co prawda pierwszy z zupełnie innych względów, pozbawionych logiki myślenia i rzetelnej wiedzy, ale jednak. Podobnie rzecz ma się z Lechem Kaczyńskim, pomimo wielkiej, propagandowej kampanii przeprowadzonej przez jego brata.

Wielu politykom, także z areopagu tych światowych, zdarzało się popełnić nie jedną gafę, co nigdy nie dezawuowało roli jaką odgrywali. W przypadku Kwaśniewskiego zdarzenie w Charkowie wypominać mu będą niektórzy do końca świta i jeszcze dzień dłużej. Szkoda, że ci wszyscy pamiętliwi nigdy nie zdobyli się na ujawnienia tajemnicy poliszynela, że ten alkohol spożywał wraz z osobą duchowną, która też w stanie wskazującym, acz lepszym, uczestniczyła w uroczystościach na cmentarzu polskich oficerów.
A propos „złych elementów” omawianej prezydentury i „słabych stron” osoby, obu panom polecam do intensywnej lektury tekst „Na czym polega fenomen Aleksandra Kwaśniewskiego” opublikowany 3 lipca w „Polityce”. Można tam przeczytać m.in.: „jego popularność nie tylko nie słabnie, jak w przypadku wielu innych polityków spalających się u władzy, ale właśnie przeżywa największy dotąd wzlot: CBOS zmierzyło ostatnio rekordowy wynik – 78 proc. społecznego zaufania. W ciągu ostatniego półrocza do i tak wyśmienitego i nieosiągalnego dla innych polityków wyniku dorzucił zatem Kwaśniewski kolejne 5 proc. Wiele wskazuje na to, że – jakby to szokująco nie zabrzmiało – papamobil na lotnisku w podkrakowskich Balicach wiózł niedawno dwie najpopularniejsze w Polsce osobistości.”

Dobrze również być „obiektywnym”,

Ileż to razy można było na łamach „GW” przeczytać o rozlicznych „komunistycznych” notablach, którym w odróżnieniu od narodu nigdy niczego nie zbywało. A tu okazuje się, że nie tylko współczesność (doświadczamy codziennie), ale i niezbyt daleka przeszłość (ukochana przez wielu, wspaniała II RP) w tej materii przewyższają o niebo siermiężność PRL-owskich elit. „ALE HISTORIA” (20.02.2021) objaśnia dokładnie kto mógł więcej w tamtych czasach, kto był lepszy od innych, a na dodatek przywołuje szereg słów Józefa Piłsudskiego, przy których sejmowe połajanki Kaczyńskiego są wzorem parlamentarnej kultury.
Ten „obiektywizm” wyraża się w braku jakiejkolwiek proporcji materiałów akceptujących i negujących określone zjawiska czy postacie, nie tylko z naszego politycznego życia. Także ze świata, bo niespodziewanie dowiedzieliśmy się, przy okazji pandemii, że w największej gospodarce świata są nie tylko miliony biednych, bezrobotnych ale i bardzo licznym grozi eksmisja z uwagi na niespłacone kredyty hipoteczne. W Stanach Zjednoczonych na Covid-19 pochowano już rekordowe w międzynarodowej skali ponad pół miliona osób i to w kraju wydającym, jako dużo ważniejsze niż zdrowie swoich obywateli, jedną trzecią światowych środków na zbrojenia. Z Rosji oczekiwać możemy tylko złych wiadomości i nie wiedzieć jakim cudem przebiła się, i niby po co, informacja, że podobno mają jakąś tam swoją szczepionkę na Covid. Podobnie z dalekowschodnim mocarstwem, bo poza powszechnym doświadczaniem rozlicznych dóbr tam produkowanych, sposób informacji o nim przypomina dawno zarzuconą, planszową grę w Chińczyka.

Czasem „D-T” jest pierwsza,

mimo nadzwyczaj ograniczonych możliwości. 5 lutego ukazał się tekst Tomasza Turowskiego „Dwadzieścia jeden salw („Operacja „Transatlantyk”)” opisujący m. in. akcje polskiego kontrwywiadu w czasie których pozyskiwano tajne materiały z zachodnich placówek dyplomatycznych posadowionych nie tylko w Warszawie. Dwa tygodnie później, dziewiętnastego Onet pochwalił się, że pisze o tym pierwszy, ale – co przyznać należy – wycofał się szybko z tego samozadowolenia. Powtórzył ten tekst swoim zwyczajem 7 marca, a „Duży Format” też po czasie podchwycił, jakby nowy, ten temat 22 lutego. Różnica polega nie tylko na czasie publikacji, ale i jej źródle: pierwszym jest były, zasłużony pułkownik polskiego wywiadu, na którego wolnym mediom nie sposób się powoływać; w pozostałych publikacjach ta sama książka innej osoby.

Rzecz w tym wymiarze nie jest nowa, pisał również o tym szczególnym sposobie informowania w „D-T” Marek Barański („Studniówka”, 22.02.2021). Tym razem dotyczył aktywnego finansowego wsparcia przez CIA działań opozycyjnych w PRL – na początku gwałtowne oburzenie i zaprzeczenia, a później potwierdzenie z amerykańskiego źródła.
Takie niby mniej istotne kwestie, a co powiedzieć o poważnych programowych materiałach, analizach i nieznanych wydarzeniach opisanych na łamach „D-T”?. Paradoks polega tu także na tym, że niejednokrotnie wspomniane media oczekują od Lewicy aktywnego udziału we froncie antypisowskim, jednocześnie na różne sposoby ją minimalizując, popierając każde poczynania ją osłabiające. Taka to w ich wydaniu cała prawda.

Zygmunt Bauman w oczach biografów

Ukazała się druga, bardzo obszerna i wartościowa biografia Zygmunta Baumana (1925-2017) – jednego z moich najbliższych przyjaciół, wybitnego uczonego a przede wszystkim światowej sławy myśliciela, którego idee odzwierciedlają rozterki człowieka naszej epoki. Nic przeto dziwnego, że wkrótce po jego śmierci zaczęły pojawiać się poświęcone mu książki, na przykład tom studiów pod redakcją włoskiego przyjaciela Baumana profesora Carlo Bordoni’ego („Zygmunt Bauman – sociologo della modernita, Milano-Udine 2020), a także dwie bardzo wartościowe biografie polskich autorów.

Pierwsza z tych biografii to książka Dariusza Rosiaka („Bauman”, Warszawa: Wydawnictwo WAM 2019) a druga to Artura Domosławskiego „Wygnaniec: 21 scen z życia Zygmunta Baumana”, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera 2021). Obie podchodzą do omawianego tematu w sposób rzetelny, obie opierają się na dziesiątkach godzin rozmów przeprowadzonych z osobami, które bohatera tych biografii znały lub (jak ja) z nim się blisko przyjaźniły. Wiele wątków tych biografii w sposób nieuchronny się pokrywa, na przykład – mało znana dotychczas – sprawa antysemickich szykan, jakich bohater tych biografii doznawał w dzieciństwie w przedwojennym Poznaniu.

Obaj autorzy zwracają uwagę na zawrotną karierę Baumana w ostatnim okresie jego życia, gdy stał się światowej sławy autorytetem intelektualnym, przyjmowanym przez papieża Franciszka i cytowanym przez papieża Benedykta XVI, obsypanym ponad dwudziestoma doktoratami honorowymi z uczelni rozsianych po całym świecie. Rosiak i Domosławski różnią się jednak w ocenie dorobku uczonego. Rosiak referuje poglądy kilku – niezbyt zresztą wybitnych – socjologów, którzy tę twórczość dezawuowali jako rzekomo niezbyt oryginalną eseistykę. Domosławski – odwrotnie. Daje nie tylko wyraz swemu bardzo wysokiemu uznaniu dla dorobku Baumana, ale także dostarcza czytelnikowi świetnego przewodnika po tej twórczości. Zgadzam się w pełni z takim podejściem. Krytyczne wypowiedzi na temat dorobku Baumana brzmią wręcz śmiesznie, gdy pojawiają się w ustach (lub w tekstach) osób, których dorobek naukowy z dużą dozą wyrozumiałości można uznać za co najwyżej średni.

Obaj biografowie Baumana wiele miejsca poświęcają jego drodze życiowej, przy czym obaj wyraźnie odcinają się do zajadłej kampanii oszczerstw, których wielkiemu uczonemu nie szczędziła polska radykalna prawica. Tak Rosiak, jak Domosławski, rozumieją motywy, które skłoniły młodego Baumana do wejścia na drogę pełnego zaangażowania się najpierw w walkę o wyzwolenie Polski ( w szeregach stworzonej w ZSRR polskiej armii) a potem w umacnianie nowego ustroju, postrzeganego przez niego jako nadzieja na Polskę sprawiedliwą, wolną od niesprawiedliwości społecznej i od antysemityzmu. Domosławski idzie dalej niż Rosiak w obronie ówczesnego stanowiska Baumana, gdyż – moim zdaniem, jak najsłuszniej – pokazuje, jak tragiczne dla Polski musiałyby być następstwa sytuacji, w której władze nowego państwa nie zdołałyby własnymi siłami pokonać – dziś tak gloryfikowanego – podziemia. Polska mogła podzielić los Litwy, Łotwy i Estonii i chyba nikt już nie sądzi, że nasi zachodni sojusznicy skutecznie upomnieliby się nią. Potępiający Baumana wielbiciele „żołnierzy wyklętych” zachowują się tak, jakby dramatycznej sytuacji powojennej Polski nie rozumieli.

Decyzja Janiny i Zygmunta Baumanów opuszczenia Polski w czerwcu 1968 roku była wymuszona nie tylko tym, że oboje stracili pracę w wyniku antysemickiej kampanii rozpętanej w marcu 1968 roku, ale także tym, że w stosunku do nich stosowano ( o czym Domosławski pisze bardzo obszernie) cały system szykan i represji mających na celu skłonienie ich do wyjazdu. Nie jest dla mnie jasne ( i z omawianych tu biografii to nie wynika), dlaczego właśnie wobec Baumana stosowano tego rodzaju presję, nie występującą w wypadku innych osób razem z nim usuniętych z Uniwersytetu Warszawskiego. Autorzy tej haniebnej kampanii już nie żyją, więc zapewne nigdy nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, co spowodowało, że właśnie Bauman został wybrany jako cel szczególnie zajadłych ataków. Hipotetycznie wskazałbym na to, ze miał on bliskich krewnych (własnych i żony) mieszkających w Izraelu, co mogło animatorom antysemickiej kampanii nasuwać myśl, że najłatwiej będzie właśnie Baumana wypchnąć z Polski. Jego emigracja miała zarazem ex post uzasadniać antysemickie ataki.

Domosławski bardzo wnikliwie i ciekawie przedstawia rozczarowanie Baumana izraelskim nacjonalizmem i kulisy jego decyzji o opuszczeniu tego kraju po zaledwie trzech latach pobytu. Będąc ofiarą nacjonalistycznej kampanii w Polsce Bauman bardzo źle czuł się tam, gdzie należał do uprzywilejowanej i uprawiającej etniczną dyskryminację większości. Po latach jego wnuk Michael Sfard stał się głośnym obrońcą Palestyńczyków – znienawidzonym przez izraelskich szowinistów tak jak jego dziadek przez ich polskich odpowiedników.

Tytuł książki Domosławskiego nawiązuje do tego, że Bauman był „wygnańcem” – człowiekiem, który nie mógł trwale zapuścić korzeni ani w Polsce ani w Izraelu. W odniesieniu do Polski to wygnanie znalazło kompromitujące dla największej polskiej uczelni uzupełnienie, gdy władze Uniwersytetu Warszawskiego odmówiły w 2006 roku odnowienia doktoratu Baumana – przy czym motywowano to jego polityczną przeszłością. Obaj autorzy decyzję tę oceniają negatywnie – Domosławski szczególnie kategorycznie.

Zabolała mnie ona osobiście, gdyż z Uniwersytetem Warszawskim byłem związany przez ponad pól wieku. Przytoczę w tym kontekście pewien szczegół przez obu autorów pominięty a rzucający światło na zachowanie władz mojej uczelni. W 1996 roku podjąłem decyzje o odznaczeniu Baumana Medalem Komisji Edukacji Narodowej, a ówczesny Rektor profesor Włodzimierz Siwiński chętnie użyczył Sali Złotej, najbardziej prestiżowej Sali Uniwersytetu Warszawskiego, na tę uroczystość. Odbyło się to w bardzo miłej atmosferze, bez jakichkolwiek wrogich wobec odznaczanego demonstracji. Co się zmieniło przez następne dziesięć lat? W życiu Baumana były to jedynie lata wielkich międzynarodowych sukcesów. Jeśli ktoś miał mu cokolwiek do zarzucenia, to nie dotyczyło to ostatniego okresu. Zmienił się jednak nie tylko minister edukacji, ale przede wszystkim klimat polityczny. Nie świadczy to pięknie o ludziach, którzy tę decyzję podjęli lub ją swymi nazwiskami firmowali.

Baumanowi kampania nienawiści nie mogła odebrać uznania, jaki zdobył sobie w świecie. Odebrała mu natomiast radość, z jaką przyjeżdżał pod koniec lat osiemdziesiątych do Polski. Gorzko i mądrze pisze o tym Artur Domosławski.

Autorzy obu omawianych tu książek pokazali, jak można napisać biografię kontrowersyjnej postaci w sposób rzetelny i sprawiedliwy. W ich ujęciu jest jednak pewna różnica. Domosławski jest ideowym synem Baumana, podziela jego lewicową wizję świata, której Bauman do końca życia pozostał wierny. W tym sensie jego książka stanowi nie tylko biografię uczonego, lecz także ważny głos na rzecz nieprzemijających wartości lewicowego dziedzictwa, w którym myśli Zygmunta Baumana mają trwałe miejsce.

Faszyzm nasz (nie)codzienny

Zbiegło się w czasie kilka wydarzeń różnej rangi, które razem jakoś wymusiły na mnie napisanie tego tekstu. Ot, taki doroczny dzień walki z depresją. Co roku urządzam sobie różne testy, z których wynika, że albo już mam, albo niedługo będę miał depresję. A ja sobie myślę, że to po prostu Polska, bo przecież w miarę normalnie funkcjonuję, robię to, co powinienem, a nawet zdarza mi się czasem przejawić jakąś nadzieję. Taki tam melancholiczny pesymizm, z którym się żyje i z którym się umiera, choć do karty zgonu wpisują coś innego.

W najnowszej „Polityce” Artur Domosławski opowiada Jackowi Żakowskiemu o swojej ostatniej książce: biografii Zygmunta Baumana. Na mój prywatny użytek nazwałbym profesora Baumana Tuwimem polskiej filozofii. Z Tuwimem łączyło go wiele, choć jednego rzuciło w czasie wojny na zachód, a drugiego na wschód. Jednemu i drugiemu odmawiano prawa do bycia Polakiem, jeden i drugi wykuwał swój los. Jeden i drugi chciał być Polakiem w Polsce takiej, jaka była po roku 1945. Tuwim nie dożył 1968 roku, być może na swoje szczęście. Bauman został wtedy wygnany ze swojej ojczyzny. Drugi raz wypędzono go w roku 2006. Pojawiła się oto propozycja, by na Uniwersytecie Warszawskim zorganizować uroczyste odnowienie doktoratu Zygmunta Baumana, wtedy już światowej sławy intelektualisty posiadającego tytuły doktora honoris causa. Komisja złożona z byłych i aktualnych rektorów jednomyślnie odmówiła zgody. Artur Domosławski sugeruje, że szacowne grono mogło zrobić na złość aktualnemu wicepremierowi Giertychowi z Ligi Polskich Rodzin, ale wolało wygnać Baumana po raz drugi. Wygnać filozofa, który przestał być komunistą, ale nigdy nie przestał być humanistą.

Domosławski stawia tezę, że jednym największych polskich problemów po transformacji jest antykomunizm polskiej inteligencji. Postawa ta uniemożliwia racjonalną dyskusję o historii i, chcąc nie chcąc, otwiera furtkę wszystkim odmianom antykomunizmu, z całą paletą różnych -izmów z faszyzmem włącznie. Jak wiadomo, nie ma lepszych antykomunistów niż faszyści – obojętne, czy ci z ONR, z NSZ, z Brygady Świętokrzyskiej czy… z IPN. Intrygujące jest to, że w ochronie faszystów i ich sympatyków przodują trzy instytucje: Instytut Pamięci Narodowej, Imperium Maryjne z Torunia i Katolicki Uniwersytet Lubelski. Chwilowo IPN uznał, że nie może się afiszować z hajlującym faszystą, pozostanie więc na etapie gloryfikowania Brygady Świętokrzyskiej. Oddział IPN we Wrocławiu został bez dyrektora. W Lubinie szepce się po kątach o na wpół tajnych komórkach FOS – Faszystowskiej Organizacji Studenckiej czy Twierdzy, zrzeszającej studentów KUL. Opierają się na zdrowych przedwojennych tradycjach – tradycjach ONR i OZ(o)N.

Do takich samych zdrowych idei, upowszechnianych przed wojną przez „Mały Dziennik” i całą rodzinę pism z Niepokalanowa, nawiązuje imperium medialne Ojca Rydzyka. Tak się przypadkiem składa, że notatka na temat „Małego Dziennika” jest w polskiej Wikipedii bardzo skąpa, a szkoda, bo materiał źródłowy zachował się w dużej ilości.

Na koniec informacja dobra albo zła. Tydzień temu ostatecznie zakończył się proces przeciw Robertowi Kolińskiemu o rzekome szkalowanie organizacji Elbląscy Patrioci oraz Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR) poprzez publiczne nazywanie ich faszystami. Wniosek o kasację został odrzucony i wciąż jeszcze można, przynajmniej do nowego procesu, faszystów faszystami nazywać. Sąd spełnił życzenie Tuwima i swoim wyrokiem słowom naszym, zmienionym chytrze przez krętaczy, jedyność przywrócił i prawdziwość, prawo znowu prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość… A faszyzm – faszyzm.

To taki bielszy odcień szarości w życiu naszym czerni.

Bauman: socjolog-socjalista

 Zygmunt Bauman był jednym z najbardziej cenionych na świecie polskim socjologiem i filozofem. Niektórzy jednak widzieli w nim przede wszystkim byłego żołnierza Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Inni wiedzieli o nim równie niewiele: że jest byłym rewizjonistą i postmodernistą. 

Zygmunt Bauman urodził się w 1925 r. w Poznaniu w zeświecczonej rodzinie żydowskiej. W 1931 r. jego przejściowo bezrobotny ojciec próbował popełnić samobójstwo skacząc z mostu, został jednak uratowany przez harcerzy. Widok ojca oblepionego wodorostami i mułem był jednym z jego pierwszych żywych wspomnień. Jak później wspominał, już wtedy zaczął się zastanawiać „Nad tym czy świat, który jest – z tym, że ojcowie skaczą do Warty, a koledzy kopią i duszą – musi być właśnie taki”. Młody Zygmunt odczuwał na własnej skórze to, że jest jednym z nielicznych Żydów wśród dzieci na poznańskich Jeżycach. Gdy szedł do szkoły czy do biblioteki, młodzi prześladowcy zawsze podążali za nim, lżąc go, szturchając, wyśmiewając.

3 września 1939, tydzień przed zdobyciem przez Niemców Poznania, rodzina Baumanów wyjeżdża na wschód. Ostatecznie ląduje w Wachtanie w obwodzie kirowskim. Zygmunt wstępuje do Komsomołu, a w 1942 roku kończy szkołę średnią z wyróżnieniem. Nie dane było mu jednak podjąć upragnionych studiów z fizyki, bowiem okazało się, że nie ma prawa osiedlić się w mieście Gorki. Pracuje więc najpierw jako spawacz, a następnie jako nauczyciel w szkole średniej i w styczniu 1944 r. zostaje zmobilizowany do pracy w moskiewskiej drogówce. Natyka się jednak na odezwę Związku Patriotów Polskich. Wstepuje ochotniczo do 1 Armii Polskiej. Jako człowiek wykształcony zostaje skierowany do szkoły dla oficerów polityczno-wychowawczych, a następnie przydzielony do 4 dywizji im Jana Kilińskiego. Przechodzi szlak bojowy od Chełma przez Warszawę po Wał Pomorski.

Zauroczenie nowym ustrojem

W 1945 r. 4 Dywizja Piechoty staje się podstawą nowo powołanego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którego głównym zadaniem było zwalczanie podziemia AK, NSZ, WiN oraz UPA. Bauman służy do 1953 r., dochodząc do stopnia majora. W 1946 roku wstępuje do PPR, dwa miesiące później podejmuje współpracę jako rezydent Informacji Wojskowej w Pułku Szkolnym KBW w Szczytnie. Współpraca ta nie trwała nawet roku. „Jak na żółtodzioba przystało, o tych sprawach wiedziałem tylko z powieści i sądziłem, że pomoc kontrwywiadowi wojskowemu jest oczywistym patriotycznym obowiązkiem” – mówił Bauman po latach.

W 1947 r. przenosi się do Warszawy,bierze ślub z Janiną Lewinson. Wspomnienia żony z getta warszawskiego, a następnie ukrywania się „po aryjskiej stronie” przyczynią się do powstania jego najsłynniejszej książki – „Modernity and Holocaust”. Tymczasem w marcu 1953 r. minister obrony Rokossowski przenosi Baumana do rezerwy. Poszło o to, że jego starsza siostra od 1938 r. mieszkała w Izraelu, o wyjazd starał się również ojciec Zygmunta.

Badacz

Służbę w wojsku łączy Zygmunt z nauką, studiując najpierw na Akademii Nauk Społecznych, a od 1952 r. na Wydziale Filozoficznym UW. Zostaje asystentem Juliana Hochfelda w Katedrze Materializmu Historycznego UW. Hochfeld był przedstawicielem tak zwanego otwartego marksizmu, który chciał twórczo korzystać z innych teorii filozoficznych i społecznych. Drugą osobą, jaką Bauman wymieniał często wśród swoich nauczycieli był niepodległościowy socjalista Stanisław Ossowski.

„Ossowski i Hochfeld (…) w swojej pracy naukowej kierowali się etycznymi motywami” – pisał Bauman. – „Istotę socjologicznego powołania widzieli, jak sądzę, w tym, że ludzie cierpią, a oni jako socjologowie, rozpoznając przyczyny ludzkiego cierpienia zdołają może to cierpienie złagodzić, albo nawet zahamować społeczną produkcję niedoli”. W 1956 r. Bauman obronił rozprawę doktorską na temat brytyjskiego socjalizmu, cztery lata później habilitował się. W pracy „Klasa-ruch-elita” ganił biurokratyzację brytyjskiego ruchu robotniczego i jego odejście od socjalistycznych ideałów oraz utratę wiary w sens podejmowanych działań.

Drogą do wyjścia z partyjnej ortodoksji stały się dla Baumana badania empiryczne. Pierwsze tdotyczyło motywacji członków partii w zakładzie produkcyjnym. Jak pisze biograf Baumana Dariusz Rosiak:„To było nowatorskie, jak na tamte czasy badanie empiryczne, którego rezultat mógł tylko spotęgować jego rozterki. Wynikało z niego, bowiem, że robotnicy wykazywali motywację bardziej ideową, inteligenci zaś – chodzi o inteligencję techniczną w zakładach pracy – bardziej pragmatyczną.” Ponieważ to inteligenci częściej zapisywali się do partii, Bauman wysnuł wniosek, że „wbrew oficjalnej wersji marksizmu – coraz większe wpływy w partii uzyskiwać będą kadry kierownicze”. Pesymistyczne wnioski płynęły też z badań nad postawami młodzieży. Ogromny wpływ na Baumana wywarł Gramsci i jego wydane w 1962 r. w Polsce pisma. Bez żadnej przesady można stwierdzić, że to włoski autor uchronił polskiego socjologa od przejścia w szeregi wrogów marksizmu. W 1967 r. widać już w tym, co pisze Bauman, zapowiedź jego programu etycznego, który będzie mu przyświecał przez całe życie: „Najważniejszą kwestią jest jak dostosować społeczeństwo do indywidualnych potrzeb, a nie na odwrót”. Bauman włącza się w dyskusje środowisk rewizjonistycznych, pomaga też Jackowi Kuroniowi w opracowaniu danych do słynnego „Listu do Partii”. Ale 25 marca 1968 r. w związku z kampanią antysemicką zostaje usunięty z uczelni .Wraz z żoną i trzema córkami emigruje do Izraela.

Intelektualista podejrzany

W Izraelu Bauman nie czuje się dobrze. Pracuje na uniwersytetach w Hajfie i Tel Avivie, ale mało publikuje. W artykule dla Ha’aretz z sierpnia 1970 roku krytykuje nacjonalizm izraelski, nierówności klasowe w tym państwie, a także okupację terytoriów arabskich. Jak zauważa Eva Illouz „szybko zrozumiał, że Izrael nie stanie się państwem dla wszystkich”. W 1997 r. w liście do przyjaciela Noaha Lasmana pisał: „Izrael jest największym żydowskim gettem w historii – a nadto własnej głównie produkcji (…). Czego Żydzi nie mogą znieść to otwartych granic, braku murów i braku wrogów za murem.”

W październiku 1970 r. Bauman obejmuje profesurę na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu w Leeds. Jak się po latach okazało, jako dysydent był obiektem zainteresowania nie tylko polskiego wywiadu, ale także Stasi. Publikuje „Objective Utopia” i „Culture as Praxis”. Pozostają one utrzymane w stylu socjologii zaangażowanej. Jednak dla ówczesnej brytyjskiej lewicowej elity intelektualnej pozostawał przez długi czas persona non grata, za mało marksistowski i pomawiany o współpracę z KGB.

Z entuzjazmem przyjął powstanie „Solidarności”, twierdząc w 1981 r. w tekście „On the Maturation of Socialism”, że kiedy „ciężkie wieko politycznego przymusu zostanie uchylone, twórczy potencjał robotników stanie się dominującym aspektem krajobrazu społecznego”.

Moralista

Książką, która zyskała mu status intelektualisty klasy światowej była praca z 1989 r. „Modernity and The Holocaust” („Nowoczesność i Zagłada”). Pisał w niej, że „Z punktu widzenia nowoczesności ludobójstwo nie jest ani czymś normalnym, ani też przypadkiem złego funkcjonowania. Ujawnia po prostu, czego jest w stanie dokona racjonalizująca, inżynieryjna tendencja nowoczesności, jeśli nie jest powstrzymywana i kontrolowana, jeśli pluralizm sił społecznych uległ erozji, zgodnie z żądaniem nowoczesności”.

8 czerwca 1988 r. Bauman zostaje wykreślony z listy osób niepożądanych w PRL i wkrótce zaczyna pojawiać się w Polsce. Niemniej nigdy nie osiedlił się ponownie w kraju. Pisał już w 1989 r.: „Jak za szlachty, jak za zaborców, jak za pułkowników, jak za komunistów panowie inteligenci z Warszawy powiadają chamom, co mają robić i jak ich cudownie urządzą”. Dla młodzieży i części naukowców Bauman staje się idolem, inni go nienawidzą – szczególnym echem odbił się też incydent z Wrocławia, kiedy to kilkunastoosobowa grupa członków Narodowego Odrodzenia Polski zakłóciła jego wykład.

Począwszy od wydania w 1993 r. książki „Postmodern Ethics” i esejów „Dwa szkice o moralności ponowoczesnej” z 1994 r. Bauman staje się w coraz większym stopniu moralistą. Przeciwstawia etykę – odgórnie narzucaną przez kaznodziejów i filozofów, rodzącej się w każdym człowieku moralności. Zbliża się też do Kościoła katolickiego, choć na własnych zasadach, dostrzegając wagę pewnych elementów nauczania społecznego Kościoła, wagę Ewangelii. Pod koniec życia mówi o swojej fascynacji nauczaniem Franciszka. Z kolei 2013 r. arcybiskup Vicenzo Paglia przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny mówi: „Doszliśmy do tego, że przyjęliśmy z zadowoleniem diagnozy socjologów takich jak Bauman, którzy mówią o społeczeństwo płynnym. Nie zdajemy sobie sprawy, że żyć w społeczeństwie płynnym to żyć w społeczeństwie bez stałego fundamentu, bez wzajemnego zaufania, pomocy”. Bauman nigdy nie dokonał aktu wiary, a mimo to Kościół był gotów się od niego uczyć.

Bauman był mistrzem eseju, wypełnionego dygresjami, metaforami, nawiązaniami do literatury czy sztuki. Równocześnie wedle niektórych jego wadą było zbyt nikłe korzystanie z dorobku klasyków socjologii i podatność na łatwe generalizacje. By zrozumieć myśli „późnego” Baumana, warto zajrzeć do jego „Zindywidualizowanego społeczeństwa”: „Udźwig mostu mierzy się siłą udźwigu jego najsłabszego przęsła. Ludzką jakość społeczeństwa należałoby zmierzyć jakością życia jego najsłabszych członków”. Stąd też był Bauman niegiętym rzecznikiem wykluczonych, bezrobotnych, niepełnosprawnych, ubogich czy też imigrantów i uchodźców. Wszystkich wyalienowanych, samotnych, porzuconych przez instytucje i bliźnich. Tych którym płynność relacji międzyludzkich i niestabilność egzystencji najbardziej doskwiera. Tak pozostał wierny swojemu socjologicznemu i filozoficznemu powołaniu.

Przeklęta nostalgia, niezbędna solidarność

Czy czeka nas powrót do hobbesowskiej sytuacji walki wszystkich ze wszystkimi? Powrót do plemienności i narastająca fala nacjonalizmów? Nadal narastające nierówności? Dalsza „prywatyzacja nadziei” i przerodzenie się społeczeństwa w zbiór jednoosobowych wysepek?

W obliczu rosnących nierówności i podziałów społecznych oraz malejących dla większości ludzi szans życiowych, zaczyna rządzić nami nostalgia za nigdy nie istniejącą, wyimaginowaną przeszłością- ostrzegał nieżyjący już profesor Zygmunt Bauman w swojej ostatniej książce „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”.
Profesora Zygmunta Baumana, autora pojęcia „płynnej nowoczesności”, nie trzeba nikomu przedstawiać. Wśród jego ponad 100 prac, co najmniej kilka weszło do kanonu lewicowej myśli socjologicznej i filozoficznej. Dla pokolenia dzisiejszych 30- i 40-latków Bauman i jego prace takie jak „Globalizacja”, „Nowoczesność i Zagłada”, „Płynna nowoczesność” to ważny punkt odniesienia na drodze do kształtowania własnej tożsamości intelektualnej i wrażliwości społecznej. Socjolog i socjalista Bauman do końca życia pozostawał przeciwnikiem neoliberalizmu, nacjonalizmu i neokonserwatyzmu. Świadectwem tego jest ostatnia książka, którą udało mu się dokończyć – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”.
Powrót do przeszłości
Klasyczna utopia ulokowana była w przyszłości. Czym więc jest tytułowa retrotopia? Dziś przyszłość budzi obawy i nieufność, gdyż jesteśmy poddani działaniom nieokiełznanych sił rynkowych i globalizacji, procesom, których nikt w pełni nie kontroluje, a niewielu rozumie. Retrotopia jest zwróceniem się w kierunku przeszłości, nostalgią za przeszłością, jednak nie taką, jak ona realnie wyglądała, a jak ją sobie naiwnie wyobrażamy.
Neoliberałowie tacy jak Margaret Thatcher czy Ronald Reagan sprywatyzowali ideę postępu. Każdy miał być kowalem własnego losu, każdy miał być samowystarczalny. Jednak dla wielu być może dla większości ludzi taka wolność i samowystarczalność okazała się nieznośnym ciężarem. Obawiamy się dziś utraty pracy i kwalifikacji oraz tego, że nasze dzieci nie osiągną naszej pozycji społecznej. W płynnej nowoczesności, którą w zasadzie można utożsamić z epoką neoliberalizmu indywidualne szczęście i dobre społeczeństwo nie są już od siebie wzajem zależne. Jak pisze Bauman o epoce neoliberalizmu i globalizacji: „Celem nie była już budowa doskonalszego społeczeństwa, (gdyż wszelkie środki poprawy okazały się w praktyce beznadziejne), ale polepszenie własnej indywidualnej pozycji wewnątrz zasadniczo i ostatecznie niedającego się naprawić społeczeństwa. Zamiast wspólnego udziału w zdobyczach kolektywnego wysiłku na rzecz społecznej reformy pojawiło się współzawodnictwo i pozyskiwane dzięki niemu łupy przywłaszczane przez poszczególne jednostki”.
Przemoc wyrosła z frustracji
W epoce stałej nowoczesności państwo poskramiało „zwierzę w człowieku”. Nie dało rady jednak kompletnie przeobrazić człowieka, a jedynie skryło istniejącą w ludziach agresję. Dziś już nie wierzymy, że państwu uda się powstrzymać akty przemocy. Jesteśmy zainfekowani strachem i agresją wylewającą się z ekranów, zarówno za sprawą wojen jak i za sprawą indywidualnego terroryzmu czy przestępczości. Media sprzyjają fenomenowi naśladownictwa w przemocy. Częstotliwość pokazywania aktów przemocy staje się usprawiedliwieniem tych aktów. Stają się one sposobem na zdobycie choćby iluzorycznej sławy i poczucia kontroli nad swoim otoczeniem.
Bauman jednak twierdzi, że najważniejszą przyczyną rozwoju przestępczości i przemocy jest niestabilność rynku pracy i kultura konsumpcyjna, które zmieszane ze sobą tworzą pożywkę dla wszechobecnego gniewu. Ofiary agresji i przemocy często są przypadkowe i losowe. Prawdziwą przyczyną gniewu, agresji i stosowania przemocy jest niemoc wobec wszechogarniających i niekontrolowanych procesów ekonomicznych. Przemoc jest postrzegana przez sprawców jako lekarstwo na egzystencję pozbawioną wyrazu i przyszłości. Jednakże nie daje ona trwałego zaspokojenia agresywnego popędu, gdyż zwykle przeciwnik jest rażąco i w sposób widoczny słabszy. Bauman twierdzi przy tym, że najczęściej w akty ekstremalnej przemocy angażują się „wybrakowani konsumenci” czyli osoby wykluczone ekonomicznie, lub jako takie się postrzegające. Zauważa też, że często płynna jest granica między „wojną wszystkich ze wszystkimi” a konkurencją, do której jesteśmy nieustannie przyuczani.
Różne języki, obce plemiona
Innym niepokojącym Baumana trendem jest powrót do plemienności, małych nie rozmawiających ze sobą nawzajem wspólnot lokalnych czy też politycznych. Te małe wspólnoty obiecują pozorne bezpieczeństwo arbitralnie wyznaczonym „nam”, ale skutkują wykluczeniem „ich”. Także nacjonalizm, jak podkreśla autor ma złowrogie janusowe oblicze, skutkuje niesłuchaniem „onych”. Jednocześnie jednak cytuje badacza nacjonalizmów Anthony’ego D. Smitha, który twierdzi, że „ognie nacjonalizmu nigdy nie zostały ugaszone, jedynie tymczasowo przysłoniła je nasza świadomość tego, jak straszne niosą konsekwencje. Nawet w świecie Zachodu etniczny nacjonalizm przetrwał pod pozorem socjaldemokracji i liberalizmu”. Profesor marzy przy tym o świecie, w którym sprawa przynależności narodowej byłaby kwestią osobistego wyboru, tak jak postulował w 1907 roku socjaldemokrata i marksista Otto Bauer. W świecie Bauera narody nie pokrywałyby się koniecznie z konkretnym terytorium, byłyby wspólnotami kulturowymi.
Bauman podkreśla przy tym, że w dzisiejszych czasach migracja jest zjawiskiem nieuniknionym i że przybysze do Europy są często produktem nieudanych przedsięwzięć politycznych i militarnych Zachodu. Podobnie jak nieskuteczne jest myślenie, że budując przydomowy schron ocalejemy na wypadek wojny atomowej, nierealne jest myślenie, że odgrodzimy się od światowych przepływów ludności.
Kolejnym powrotem, jaki być może nas czeka jest powrót do XIX-wiecznych nierówności społecznych. Bauman cytuje tutaj Benjamina Disraeliego, który w 1845 roku w powieści „Sybil” ustami jej bohatera, działacza robotniczego Waltera Gerarda następująco zobrazował sytuację w Anglii gdzie istniały: „Dwa narody; między nimi nie ma kontaktu ani porozumienia; które są tak nieświadome nawyków, myśli i uczuć tego drugiego jakby zamieszkiwały odrębne strefy lub odrębne planety; które są inaczej wychowane, inaczej karmione, kształtowane innymi obyczajami, nie podlegają tym samym prawom”.
Miraże wolnego rynku
Podobną sytuację mamy dzisiaj, jednak nie tylko w rozwiniętych państwach kapitalistycznych, takich jak USA, ale w skali globalnej. Jak zauważa Bauman większość czasu, który dzieli nas od 1845 roku poświęcona była staraniom, by diagnoza Disraelego straciła moc. Wydawało się, że cel ten jest bliski do osiągnięcia podczas 30 wspaniałych powojennych lat zachodniego państwa socjalnego. Panował wówczas konsensus, że zadaniem państwa jest prowadzenie takiej polityki, która by zapewniała wszystkim pracę i godną płacę. Niestety na wskutek globalizacji i działalności grubych ryb finansjery kapitał podważył podstawy państwa dobrobytu. Dziś na każdą próbę podwyższenia podatków czy zwiększenia wydatków socjalnych nomadyczna finansjera reaguje histerycznie.
Zygmunt Bauman przytacza kilka danych na temat wzrostu globalnych nierówności. Przypomina, że 85 multimiliarderów ma bogactwo równe bogactwu biedniejszej połowy ludzkości, a w USA 86 % bogactwa jest w rękach najbogatszych 10% Amerykanów. Trendy też nie wyglądają dobrze. Między 2010 a 2014 rokiem majątek amerykańskich gospodarstw domowych, posiadających aktywa finansowe w wysokości co najmniej 1 mln dolarów, wzrastał średnio o 7,2% rocznie, podczas gdy majątek pozostałych rodzin rósł osiem razy wolniej.
Jak zauważa Bauman, „„efekt skapywania” [the trickle down effect] bogactwa do puli powszechnego dobrostanu jest w zasadzie mitem, trzeba jednak dodać, że twardą rzeczywistością jest sposób w jaki mit ten działa na powszechne poczucie niedostatku, a w konsekwencji na poziom aspiracji”.
Autor „Retrotopii” z entuzjazmem odnosi się do idei powszechnego dochodu podstawowego. Jego zdaniem wielką zaletą dochodu podstawowego jest powszechność takiego świadczenia, będąca powrotem do pierwotnych ideałów państwa opiekuńczego. Dzisiejsze państwo bowiem odeszło od filozofii uniwersalizmu, selektywnie przyznając świadczenia socjalne, przy czym nieuchronnie naznacza i upokarza.
Lord Beveridge tworząc podstawy brytyjskiego państwa opiekuńczego, w latach 40 tych XX wieku, uważał, że jego zadaniem jest zapewnić materialne warunki wolności, czyli wolność od nędzy, ignorancji, niedostatku, bezczynności i chorób. Zdaniem Baumana, dochód podstawowy, wypłacany niezależnie od wysokości dochodów powinien być prawem obywatela w całej Unii Europejskiej.
Czy da się ocalić świat egoistów?
Ostatni czwarty rozdział książki zatytułowany jest „Powrót do łona” „Łono” jest tu metaforą na stan zobojętnienia i nirwany, wolności od bólu, do którego większość z nas, zdaniem Baumana, dąży. Jednak jest to dążenie nierealne, gdyż praca i cierpienie, a także niepewność zawsze będą do pewnego stopnia z nami.
Wedle Autora, staliśmy się narcyzami skupionymi na samych sobie, swoich odczuciach i stanie własnego ciała. Co więcej, większość z nas nie myśli ani o przeszłości ani o przyszłości, ale chce jedynie doraźnie poprawić swój stan, kupując gadżety czy korzystając z pomocy psychoterapeutów. Od życia oczekujemy nirwany, poszukujemy schronów, które dadzą nam wytchnienie od kontaktów z innymi ludźmi. Chcemy jedynie natychmiastowego zaspokojenia swoich zachcianek, a życie dla siebie, a nie dla innych, przodków czy potomków, stało się celem samym w sobie.
Z dezaprobatą odnosi się do praktyki rozwiązywania wszelkich problemów przez kontakt z coachami czy psychoterapeutami. Nie umiemy już nawiązywać relacji z innymi, stajemy się coraz bardziej samotni, nie umiemy już szukać wsparcia i zrozumienia dla naszych wyborów. Jak podaje Autor „Retroutopii” w Sztokholmie, 58% ludzi prowadzi jednoosobowe gospodarstwa domowe, a jedna na cztery osoby umiera samotnie. Jak zauważa Bauman, rozpad więzi międzyludzkich widać już na przykładzie par, które nie potrafią być ze sobą całe życie, a określenia takie jak „moja miłość”, czy „mój mąż/żona” zostały zastąpione określeniem „mój partner”.
Jakie rozwiązania proponuje Bauman, poza dochodem podstawowym? Apeluje o rozszerzenie solidarności na poziom globalny, mimo, że w przeciwieństwie do poprzednich bitew o zwiększenie zasięgu integracji politycznej „owo nowe zadanie nie może posłużyć się tu „ani bronią wyznaczania wspólnego wroga”, ani wybiegiem „nasi kontra tamci”, co wcześniej wypróbowano i co uchodzi za warunek konieczny zwycięstwa.
Bauman ostrzega też przed nacjonalistycznymi demagogami i ludźmi takimi jak Samuel Huntington, twórca koncepcji „starcia cywilizacji”, który twierdził, że „bez prawdziwych wrogów nie ma prawdziwych przyjaciół”. W epilogu Bauman przywołuje słowa papieża Franciszka, którego uważał za jednego z największych intelektualistów naszych czasów. Papież podkreśla w nich znaczenie kultury dialogu i współodpowiedzialności za bliźniego. Jednak zdaniem Baumana musimy pamiętać też, „by kwestię ludzkiego zjednoczenia” wyjąć z rąk polityków i przekazać ją „pod opiekę codziennych spotkań sąsiadów oraz kolegów z pracy, spotkań, w których wszyscy uczestniczymy i odbierani jesteśmy jako troskliwi lub nieczuli rodzice, wierni lub nielojalni partnerzy, pomocni lub nieżyczliwi sąsiedzi, przyjemne lub nieprzyjemne towarzystwo, a nie jako okazy wzajemnie sobie obcych cywilizacji, tradycji, religii czy tożsamości etnicznych”.
Jednak, by taka kultura dialogu miała szanse powodzenia musi się też dokonać, mówiąc słowami papieża Franciszka „sprawiedliwy podział owoców ziemi i ludzkiej pracy. Jak ostrzega Bauman, albo wkroczymy na tą drogę, albo „skończymy we wspólnej mogile”.
„Retrotopia” jest niewątpliwie dziełem interesującym i skłaniającym do refleksji. Trzeba jednak poczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze Bauman nie chciał stworzenia jakiegoś zunifikowanego państwa światowego, gdyż zdawał sobie sprawę, że unifikacja świata mogłaby się skończyć globalnym państwem totalitarnym. Oprócz wysuwania postulatu dochodu podstawowego podkreślał też konieczność tworzenia wysokiej jakości miejsc pracy. Niewątpliwie liczył też zarówno na oddolne zdemokratyzowanie życia społecznego, jak i na powstanie nowych form międzynarodowej współpracy.
Do końca życia Bauman pozostawał liberalnym socjalistą i miał nadzieję, że stworzymy świat bez nienawiści, świat, gdzie więcej ludzi będzie cieszyć się wolnością, a więc przede wszystkim będzie posiadać zasoby, które uczynią ich wolnym od strachu i wiecznej walki o przetrwanie. Jednak czeka nas długa i wyboista droga, gdyż większość ludzi nie jest przyzwyczajona do aktywności politycznej, poza okresem wyborów.

Zygmunt Bauman – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”, przekład Karolina Lebek, PWN, Warszawa 2018, str.302, ISBN 978-83-011-9855-8.

Retrotopia czyli globalna epidemia nostalgii

W pewnym fragmencie studium Zygmunta Baumana pojawia się uwaga o tym, że tak jak w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku świat ogarnęła gorączka postępu i lewicowości, tak dziś żyjemy w czasach podobnej gorączki, tyle że z przeciwnym znakiem – gorączki konserwatyzmu i prób cofania się w przeszłość.

Tak jakby ludzkość, utraciwszy wiarę w skuteczność lewicowych, socjalistycznych i komunistycznych, ale i liberalnych recept, postanowiła sięgnąć do tego, co już było, pod pretekstem, że to co było, tak naprawdę było lepsze niż to, co jest dziś.

„Oto i my, mieszkańcy ery zamętu i rozdźwięku – pisze Bauman – ery, w której wszystko – lub prawie wszystko – może się zdarzyć, a przy tym nic – lub prawie nic – nie daje się przedsięwziąć z przekonaniem i pewnością, że uda się doprowadzić to do końca ery, w której skutki gonią za przyczynami, przyczyny starają się tropić swe skutki, a ich sukces jest pod tym względem minimalny i kurczy się coraz bardziej (…)”

Retrotopia jest rezultatem nostalgii, w ujęciu cytowanej przez Baumana profesorki literatury Swietłany Boym będącej „poczuciem straty miejsca i poczuciem przemieszczenia się, ale również „romantyczną relacją z własną fantazją”. Nostalgia, którą kiedyś uważano za rodzaj schorzenia psychicznego, nerwowego i stosowano na nią nawet określone leki, w XX wieku stała się „nieuleczalną kondycją związaną ze nowoczesnością”. Boym określa obecny stan cywilizacji światowej jako „globalną epidemię nostalgii, afektywną tęsknotę za wspólnotą o zbiorowej pamięci, pragnienie ciągłości w pofragmentowanym świecie”. Obecna globalna epidemia nostalgii zastąpiła dawną, sięgającą od Oświecenia po lata siedemdziesiąte, „epidemię gorączki postępu”. Retrotopia jest też tęsknotą za światem, który tak naprawdę nie istniał, ponieważ wyobrażenie przeszłości przetworzone przez nasze wyobrażenia („dawne, dobre czasy”), mity, jest rozbieżne z jej rzeczywistym kształtem. Bauman pisze: „Taki obrót spraw spowodował, że wahadło nastrojów społecznych wychyliło się w dokładnie przeciwną stronę: (…) nadziei na poprawę warunków bytowych w niepewną i aż nazbyt wyraźnie wątpliwą przeszłość, cenioną za domniemaną stabilność (…)”. Bauman nie dotyka w swoich wywodach żadnej szczegółowej kwestii politycznej, nie odnosi się do procesów zachodzących w Europie i świecie, do radykalnego wzrostu popularności politycznego populizmu. Dojście do władzy Trumpa, Orbána czy Kaczyńskiego w Polsce, to tylko niektóre wyrazy retrotopijnych skłonności, choć retrotopia objawia się nie tylko w polityce, ale także kulturze, obyczajowości, oglądzie świata

Autor „Retrotopii” rozpisał opisywane zjawisko na cztery aspekty ujęte w czterech częściach: „Powrót do Hobbesa?”, „Powrót do plemion”, „Powrót do nierówności” i „Powrót do łona”. Przy okazji lektury szkicu Baumana warto uwzględnić aspekt języka w jaki ujmuje on swoje analizy, tezy i spostrzeżenia. To rodzaj języka znanego z lektur wielu autorów z dziedziny najszerzej pojętej humanistyki, język na wysokim poziomie abstrakcji filozoficznej, fragmentami enigmatyczny, sprawiający czasem wrażenie, jakby dążenie do finezji i pomysłowości frazy było silniejsze niż dążenie do klarowności, jasności wywodu. To język czytelniczo atrakcyjny, ale warto czytać to studium konfrontując jego język z zasobem własnych obserwacji i przemyśleń. Pożytek z tej lektury ogromny.

Zygmunt Bauman – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”, przekł. Karolina Lebek Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 2018, str. 301, ISBN 978-83-19855-8.