Polska liga gorsza od luksemburskiej

Porażki Lecha z KRC Genk (0:2) i Jagiellonii z KAA Gent (0:1) w kw. Ligi Europy szokiem nie są, bo to belgijskie kluby. Ale klęska Legii z zespołem z Luksemburga to kompromitacja.

 

Legioniści w pierwszym meczu przegrali przed własną publicznością z F91 Dudelange 1:2. Był to chyba najgorszy występ stołecznej drużyny w całej jej historii. Kibice byli na nich wściekli i może dobrze się stało, że Komisja Dyscyplinarna UEFA za użycie przez fanów warszawskiej drużyny środków pirotechnicznych podczas wcześniejszego wyjazdowego meczu w eliminacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava nałożyła na nich zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców w jednym meczu europejskich pucharów rozgrywanym poza Warszawą i ta kara przypadnie właśnie na rewanżowe spotkanie z F91 Dudelange. Na Legię nałożono też karę finansową w wysokości 60 tys. euro. Ekipa mistrzów Polski jest w głębokim kryzysie, ale mimo porażki u siebie, z trzech polskich drużyn grających w kwalifikacjach Ligi Europy ma chyba największe szanse na wywalczenie awansu do IV rundy. Półamatorski zespół z Luksemburga dla normalnie grających legionistów to jest przeciwnik, z którym nawet na jego boisku powinni wygrać różnicą kilku goli.

W dużo gorszej sytuacji znalazł się Lech Poznań, który na wyjeździe przegrał z KRC Genk 0:2. Ten wynik jest jednak mylący, bo belgijski zespół miał miażdżącą przewagę i tylko przez brak skuteczności nie wygrał wyżej. Podobnie rzecz się ma z Jagiellonią, która u siebie uległa KAA Gent 0:1 i w rewanżu tej straty na pewno nie odrobi.
A Legia, Lech i Jagiellonia to przecież trzy najlepsze zespoły Lotto Ekstraklasy. Wstyd przyznać, ale miarą ich poziomu nie są już ligi słowacka, czeska czy belgijska, lecz półamatorska ekstraklasa Luksemburga. A skoro tak, to może pora i w naszej lidze urealnić płace piłkarzy?

Wyniki 4. kolejki Lotto Ekstraklasy: Lechia Gdańsk – Miedź Legnica 2:0;  Wisła Kraków – Wisła Płock 1:1; Pogoń Szczecin – Cracovia 1:1;  Arka Gdynia – Górnik Zabrze 1:1;

 

Lech nabiera rozpędu

Po trzech kolejkach spotkań tylko Piast Gliwice i Lech Poznań mają na koncie komplet punktów. Dla drużyny „Kolejorza” trzy wygrane mecze na początku rozgrywek to najlepsze osiągnięcie w XXI wieku.

 

Mecz Śląska z Lechem był starciem dwóch niepokonanych drużyn w tym sezonie. Trener wrocławskiego zespołu Tadeusz Pawłowski nie ma na głowie europejskich pucharów, nie musiał zatem oszczędzać swoich najlepszych graczy i rotować składem. Jego odpowiednik w Lechu, Ivan Djurdjević, takiego komfortu nie ma i dlatego zdecydował się na kilka roszad w porównaniu ze składem, jaki wystawił do rozegranego w miniony czwartkowego meczu pucharowego z Szachtiorem Soligorsk. Szkoleniowiec ekipy „Kolejorza” przemeblował zwłaszcza drugą linię i wzmocnił atak, posyłając do walki dwóch nowo pozyskanych Portugalczyków – Pedro Tibę i Joao Amarala oraz najlepszego snajpera Duńczyka Christiana Gytkjaera. Ta ofensywna potęga okazała się potęgą jedynie na papierze, bo lechici oddali jeden strzał na bramkę Śląska.

Wrocławianie mieli optyczną przewagę i strzelali gole. W sumie trafili do siatki bramki Lecha aż czterokrotnie. Dlaczego zatem przegrali mecz 0:1? Bo sędzia Daniel Stefański żadnej z czterech bramek zdobytych przez wrocławian nie uznał, co pewnie w historii naszej ligi jest wydarzeniem raczej wyjątkowym.

W jedynym golu strzelonym przez graczy Lecha arbiter żadnych nieprawidłowości się nie dopatrzył. Zwycięskie trafienie zaliczył Tiba z podania wprowadzonego po przerwie Kamila Jóźwiaka. I w takich nadzwyczajnych okolicznościach poznański zespół zaliczył trzecie zwycięstwo z rzędu. W XXI wieku tak znakomitego wejścia w ligowy sezon lechici jeszcze nie mieli. Do tej pory najlepiej zaczynali rozgrywki w edycjach 2011-2012 oraz 2012-2013, gdy w trzech premierowych kolejkach inkasowali po siedem punktów. Lech ustępuje w tabeli tylko Piastowi Gliwice, który prowadzi lepszym bilansem bramkowym. Ale ta kolejność może się zmienić już w 4. kolejce, bo gliwiczanie zagrają w Warszawie z Legią, natomiast poznaniacy podejmą u siebie Zagłębie Sosnowiec. Niestety, znów przyjdzie im zagrać przy pustych trybunach, ale to już ostatni mecz, w którym obowiązuje kara nałożona przez wojewodę.

Ekipa „Kolejorza” jest uważana za najpoważniejszego, obok Legii, kandydata do mistrzowskiego tytułu. Do poniedziałku w roli konkurenta tej dwójki trener Cracovii Michał Probierz widział też swój zespół. Po porażkach w dwóch pierwszych kolejkach „Pasy” na zakończenie trzeciej serii spotkań zremisowały u siebie po fatalnej grze 0:0 z Arką. Probierz po tym meczu przyznał, że przed sezonem zbyt optymistycznie ocenił możliwości. Teraz jego celem będzie nie mistrzostwo, lecz walka o utrzymanie.

 

Wyniki Lotto Ekstraklasy

Wyniki 3. kolejki:

 

Piast Gliwice – Zagłębie Lubin 2:1

Gole: Joel Valencia (23), Tom Hateley (83) – Patryk Tuszyński (33). Żółte kartki: Tosik, Dziwniel (Zagłębie). Sędziował: Paweł Gil. Widzów: 4114.

 

Wisła Płock – Korona Kielce 1:2

Gole: Carlitos (90) – Elia Soriano (53 karny), Ivan Jukić (90). Żółte kartki: Merebaszwili, Furman, Stefańczyk, Uryga, Dźwigała – Gardawski, Malarczyk, Kosakiewicz.
Czerwona kartka: Giorgi Merebaszwili (34., Wisła, za drugą żółtą).
Sędziował: Łukasz Szczech.
Widzów: 4126.

 

Zagłębie Sosnowiec – Pogoń Szczecin 3:0

Gole: Tomasz Hołota (5 s), Konrad Wrzesiński (84), Żarko Udovicić (90).
Żółte kartki: Nuno Malheiro, Udovičić – Frączczak, Hołota, Stec. Sędziował: Jarosław Przybył.
Widzów: 4338.

 

Legia Warszawa – Lechia Gdańsk 0:0

Żółte kartki: Nalepa, Mak, Fila (Lechia).
Sędziował: Tomasz Musiał.
Widzów: 16 153.

 

Miedź Legnica – Górnik Zabrze 1:3

Gole: Mateusz Piątkowski (27) – Dani Suarez (73), Igor Angulo (76), Szymon Żurkowski (87). Żółte kartki: Purzycki – Suarez, Żurkowski. Sędziował: Tomasz Kwiatkowski.
Widzów: 5614.

 

Jagiellonia Białystok – Wisła Kraków 1:0

Gol: Arvydas Novikovas (60).
Żółte kartki: Runje – Ondrasek. Czerwona kartka: Michał Buchalik (57., Wisła, za faul taktyczny). Sędziował: Szymon Marciniak.
Widzów: 12 373.

 

Śląsk Wrocław – Lech Poznań 0:1

Gol: Pedro Tiba (82).
Żółte kartki: Augusto – Trałka, Gytkjaer.
Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 17 926.

 

Cracovia – Arka Gdynia 0:0

Żółte kartki: Rapa – Sołdecki, Zarandia.
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 5283.

 

1. Piast Gliwice       3    9    6:2
2. Lech Poznań       3    9   5:1
3. Zagłębie L.          3    6    6:4
4. Jagiellonia          3    6    3:1
5. Górnik                 3    5    5:3
6. Lechia                 3     5   2:1
7. Śląsk                    3    4    4:3
8. Korona                3    4    4:4
9. Wisła K.              3    4    2:2
10. Legia                  3    4    3:4
11. Zagłębie S.        3     3    5:4
12. Miedź                3     3    3:5
13. Arka                   3    2    0:2
14. Wisła P.             3     1    3:5
15. Cracovia            3     1    1:5
16. Pogoń                3     0   0:6

Piast rządzi w lidze

W poprzednim sezonie zespół Piasta Gliwice niemal do ostatniej kolejki musiał walczyć o utrzymanie. Nowe rozgrywki podopieczni Waldemara Fornalika rozpoczęli jednak z rozmachem wygrywając trzy pierwsze spotkania.

 

Zagłębie Lubin przyjechało na mecz do Gliwic w roli lidera ekstraklasy, ale gospodarze ustępowali im jedynie gorszym bilansem bramkowym. Trener „Miedziowych” Mariusz Lewandowski chyba trochę się przestraszył potyczki z Piastem, bo zaczął majstrować w swojej dobrze funkcjonującej w dwóch poprzednich spotkaniach piłkarskiej maszynerii. No i przedobrzył, bo wprowadzone przez niego zmiany w taktyce i ustawieniu zespołu nie przyniosły mu żadnej korzyści, za to wydatnie ułatwiły zadanie drużynie prowadzonej przez byłego selekcjonera reprezentacji Polski. Po meczu trener „Miedziowych” nie zwalał jednak winy na swoich podwładnych, tylko przyznał się po męsku do błędu. „Gratuluję Piastowi zwycięstwa. Wygrali z nami zasłużenie, byli drużyną lepszą przez cały mecz. Porażkę biorę na siebie, bo nie trafiłem z wyborem składu i zmianami” – stwierdził na pomeczowej konferencji Lewandowski.

Fornalik nie krył zadowolenia ze zwycięstwa, ale też nie omieszkał przypomnieć, że w maju jego piłkarzy nie ceniono nawet w Piaście, a władze klubu rozważały też zmianę szkoleniowca. „Uważam, że w ludzi trzeba wierzyć. Łatwo jest krytykować, trudniej dostrzec pozytywy. Mamy zespół, który teraz wygrywa, ale który zapewne przegra jeszcze niejedno spotkanie. Ta grupa ludzi się jednak świetnie rozumie i dobrze razem funkcjonuje. Jeden pomaga drugiemu, a wszystko podporządkowane jest dobru drużyny” – zdradził tajemnicę sukcesów gliwiczan trener Fornalik.

Były selekcjoner biało-czerwonych znów jest na trenerskim topie i na razie nie musi martwić się o przyszłość. Takiego kłopotu nie ma też tymczasowy trener Legii Aleksandar Vuković, który zastąpił zwolnionego Deana Klafuricie i poprowadził zespół w spotkaniu z Lechią Gdańsk. Bezbramkowy remis klęską nie jest, ale kibice stołecznej drużyny nie byli zachwyceni ani wynikiem, ani stylem gry zespołu. Vuković zdradza już aspiracje do wzięcia drużyny na „pełny etat”, wątpliwe jednak by dostał taką szansę akurat w Legii.

Najbardziej nieszczęśliwym trenerem w naszej ekstraklasie w tej chwili jest bez wątpienia Kosta Runjaić, pod wodza którego dobrze grająca w poprzednim sezonie Pogoń Szczecin zaliczyła falstart w obecnych rozgrywkach, przegrywając z kretesem trzy pierwsze spotkania. Klęska 0:3 z Zagłębiem Sosnowiec zepchnęła „Portowców” na ostatnie miejsce w tabeli. Zero punktów, zero strzelonych goli i sześć straconych to nie jest bilans, który pozwala trenerowi w naszej lidze na spokojny sen.

 

Legia Warszawa: Pieniądze to jeszcze nie wszystko

Piłkarze Legii po raz drugi z rzędu odpadli w kwalifikacjach Ligi Mistrzów w kompromitującym stylu. Pomysł właściciela klubu Dariusza Mioduskiego, żeby sprawy sportowe oddać w ręce chorwackich trenerów, zakończył się wielką klapą. Nie wypalił też jego plan zastąpienia Chorwatów zwolnioną przez PZPN ekipą Adama Nawałki.

 

Mioduski odniósł sukces w biznesie jako prawa ręka Jana Kulczyka. W Legii już tak dobrze mu się nie powiodło, choć pojawił się w klubie w roli większościowego akcjonariusza (przejął 60 procent udziałów). Po jakimś czasie okazało się, że chociaż dwaj jego wspólnicy, Bogusław Leśnodorski i Maciej Wandzel, mieli razem jedynie 40 procent akcji, to w klubie de facto mieli więcej do powiedzenia od Mioduskiego i bez żenady z tej władzy korzystali.

Dzięki nadzwyczajnemu zbiegowi okoliczności i nieziemskiemu fartowi pod ich rządami Legia zdołała awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów i zarobić dzięki temu gigantyczne jak na realia naszego klubowego futbolu pieniądze, które pozwoliły uzyskać warszawskiemu klubowi finansową przewagę nad krajową konkurencją. Ta przewaga okazała się per saldo iluzoryczna, bo Leśnodorski jako prezes Legii miał nadzwyczaj lekką rękę do wydawania pieniędzy na transfery i pensje zawodników.

 

Słowacy biedniejsi, ale lepsi

Mioduski w końcu pozbył się obu wspólników odkupując ich udziały i stał się jedynym właścicielem Legii, ale w roli wszechwładnego szefa klubu jak na razie kompletnie sobie nie radzi. Na futbolu najwyraźniej się nie zna, a w każdym razie nie na tyle, żeby samemu ocenić czy jakiś trener czy piłkarz będzie wzmocnieniem Legii. Jednym z jego największych błędów było powierzenie zespołu trenerom z Chorwacji – Romeo Jozakowi, a po nim Deanowi Klafuriciowi, zaś rolę dyrektora sportowego ich rodakowi Ivanovi Kepcii.

Chorwackie rządy na beznadziejnie słabą polska ligę jeszcze wystarczyły, bo legioniści zdobyli mistrzostwo i puchar, ale w rywalizacji o awans do Ligi Mistrzów okazali się gorsi od słowackiego Spartaka Trnava, którego trenerem jest wyrzucony za słabe wyniki z Piasta Gliwice Radoslav Latal, a trzon zespołu tworzą zawodnicy, którzy nie przebili się do podstawowych składów drużyn naszej ekstraklasy. Najlepszym komentarzem do tej klęski jest przytaczane z lubością przez słowackie media wyliczenie, z którego wynika, że budżet Legii jest wyższy od budżetu całej słowackiej ligi. To oczywiście nie do końca jest prawdą, ale ładnie brzmi w tytułach.

Trudno jednak zakwestionować oczywiste fakty. Każdy z legionistów w Spartaku Trnava byłby zapewne niekwestionowaną gwiazdą, podczas gdy każdy z graczy zespołu trenera Latala miałby w Legii problem z załapaniem się nawet na ławkę rezerwowych.

 

Najważniejsza jest drużyna

Filarem linii defensywnej Legii jest uczestnik Euro 2016 i mistrzostw świata Michał Pazdan, zaś w Spartaku jego odpowiednikiem jest Boris Godal, który jako zawodnik Zagłębia Lubin zagrał w naszej ekstraklasie ledwie w sześciu meczach. W środku boiska w warszawskim zespole gra inny reprezentant Polski Krzysztof Mączyński, a w Spartaku Erik Grendel, który nie przebił się w Górniku Zabrze. No i wreszcie Legia miała w ataku pozyskanego latem z Wisły Kraków hiszpańskiego król strzelców Lotto Ekstraklasy Carlitosa, natomiast w słowackim zespole jego odpowiednikiem jest Jan Vlasko, odesłany do domu po nieudanym epizodzie Zagłębiu Lubin.

To oczywiście nie oznacza, że słowacki zespół został zbudowany z odrzutów z polskiej ekstraklasy, ale zderzenie tych kilku nazwisk powinno dać do myślenia prezesom i właścicielom polskich klubów, czy na pewno zatrudniani przez za duże pieniądze trenerzy i dyrektorzy sportowi znają się na swoim fachu. Klafurić najwyraźniej zna się słabo, skoro nie potrafił przygotować odpowiednio zespołu do rywalizacji o awans do finansowego raju jakim jest Liga Mistrzów. Jego niekompetencji dowodzi też decyzja o wystawieniu do gry w rewanżu Marko Vesovicia i Domagoja Antolicia, którzy w tym arcyważnym meczu osłabli zespół wylatując z boiska za podejrzanie kretyńskie faule.

Nie ulega wątpliwości, że Legia odpadła w starciu ze Spartakiem tylko dlatego, że Klafurić nie potrafił z grupy piłkarzy jakich miał do dyspozycji stworzyć drużyny. I przegrał, bo jego odpowiednik w słowackim klubie, Radoslav Latal, z przeciętnych graczy taką drużynę zbudował. Europy z nią raczej nie podbije, ale na wyeliminowanie mistrzów Polski sił jej w zupełności starczyło.

 

Koniec tematu Nawałki

Tuż po meczu ze Spartakiem Dariusz Mioduski przed telewizyjnymi kamerami uciął medialne spekulacje na temat zatrudnienia w Legii Adama Nawałki. Wkrótce potem obie strony lekko odsłoniły zaprzyjaźnionym żurnalistom kulisy prowadzonych negocjacji, ale teraz nie ma już w zasadzie żadnego znaczenia, czy to Nawałka odrzucił propozycje właściciela Legii, czy też właściciel Legii uznał oczekiwania byłego selekcjonera za zbyt wygórowane i postanowił poszukać tańszego trenera.
Obojętnie kto ostatecznie przejmie stery na Łazienkowskiej, Legia i tak będzie najpoważniejszym kandydatem do mistrzowskiego tytułu. Cóż jednak z tego, skoro wynika to nie z rosnącej siły stołecznego klubu, lecz wyłącznie ze słabości konkurentów.

Dariusz Mioduski na razie nie ma dobrego pomysłu na zarządzanie klubem i nie ma też dość własnych pieniędzy, żeby na dłuższą metę finansować popełniane błędy. Będzie więc musiał albo sprzedać swoje udziały, albo podzielić się władzą. Inaczej zmuszą go do tego stołeczni kibice…

 

Udany start Lecha

Po dwóch kolejkach liderem jest Zagłębie Lubin, ale oprócz „Miedziowych” kompletem punktów na koncie mogą pochwalić się też zespoły Lecha Poznań i Piasta Gliwice. Na drugim biegunie znalazły się drużyny Cracovii i Pogoni Szczecin i Zagłębia Sosnowiec.

 

Dwa zwycięstwa w pierwszych dwóch meczach – ostatni raz piłkarze Lecha Poznań tak udanie rozpoczęli zmagania w ekstraklasie w sezonie 2012-2013. Wtedy „Kolejorz” zaczął od wygranej u siebie z Ruchem Chorzów 4:0, a tydzień później pokonał w Warszawie Polonią 2:1. Dobra passa urwała się już w trzeciej kolejce, bo z Górnikiem Zabrze lechici wywalczyli tylko bezbramkowy remis. Teraz może być podobnie, bo w trzeciej kolejce poznański zespół zagra na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław, który obecny sezon także zaczął obiecująco. „Wysokie miejsce w tabeli w tym momencie nic nam nie daje. Nieważne jak się zaczyna, tylko jak się kończy. Żeby skończyło się dobrze, musimy teraz doskonalić nasz sposób gry i ciężko pracować na treningach. Innej drogi do sukcesu nie widzę” – przekonuje trener lechitów Ivan Djurdjević.

Ale zanim gracze „Kolejorza” wyjdą na murawę stadionu we Wrocławiu, w czwartek 2 sierpnia przyjdzie im stoczyć rewanżową potyczkę w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z białoruskim Szachtiorem Soligorsk. W pierwszym meczu padł remis 1:1, więc ekipa „Kolejorza” ma dobrą pozycję wyjściową w rewanżu. No i nie będzie musiała grać z Białorusinami, jak z Cracovią, przy pustych trybunach. Wojewoda wielkopolski skrócił nałożoną na klub karę zamknięcia trybun. Awans do III rundy w tej sytuacji jest obowiązkiem graczy Lecha.

Po dwóch kolejkach ekstraklasy za wcześnie jest na wyciąganie jakiś ogólnych wniosków, nie da się jednak nie zauważyć fatalnego startu Cracovii. Przed sezonem trener „Pasów” Michał Probierz odważnie zapowiadał, że jego zespół będzie walczył o najwyższe cele, na razie jednak krakowski zespół trzyma w tabeli czerwoną latarnię. W trzeciej kolejce zagra u siebie z Arką Gdynia, potem czeka go wyjazd do Szczecina, a na koniec serii potyczka w Krakowie z sensacyjnym liderem Zagłębiem Lubin. Niewykluczone, że po tych pięciu kolejkach wielu kibiców odetchnie z ulgą, że to nie Probierza prezes PZPN Zbigniew Boniek wybrał na nowego selekcjonera reprezentacji Polski.

Tylko trzy zespoły w dwóch pierwszych kolejkach wywalczyły komplety punktów – poza wspomnianymi już Zagłębiem Lubin i Lechem jeszcze tylko Piast Gliwice. Trener Waldemar Fornalik po poprzednim sezonie znalazł się w niekomfortowej sytuacji, bo władze klubu rozważały zatrudnienie innego szkoleniowca. Ostatecznie były selekcjoner reprezentacji Polski utrzymał posadę i przez wakacje poukładał zespół na nowo. Na razie przynosi to dobre efekty.

 

W Legii czekają na Nawałkę?

Trener Legii Dean Klafurić przeżywa trudne dni. Chociaż zespół fatalnie wystartował, to na razie tak naprawdę przegrał tylko walkę o mało ważny Superpuchar. Mimo to media spekulują, że już w środę 1 sierpnia zastąpi go na Łazienkowskiej Adam Nawałka.

 

Niezależnie od wyniku rewanżowego meczu w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava, Klafurić zostanie w środę zdymisjonowany, a jego miejsce zajmie były selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka. Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze sportowi „Super Expressu”. Wedle ich relacji prezes stołecznego klubu Dariusz Mioduski chciał zatrudnić Nawałkę zaraz po nieudanych dla naszej reprezentacji mistrzostwach świata, lecz on odmówił zasłaniając się koniecznością wypełnienia do końca kontraktu z PZPN, wygasającego jak się okazało dopiero z końcem lipca tego roku. A środa 1 sierpnia będzie pierwszym dniem, w którym były selekcjoner będzie mógł podjąć pracę w nowym miejscu. Tak się jednak złożyło, że dzień wcześniej legioniści stoczą rewanżowy bój ze słowackim Spartakiem Trnava. W pierwszym meczu u siebie przegrali w fatalnym stylu 0:2 i mało kto daje im szanse na odrobienie strat w rewanżu. Tej opinii nie zmieniło znacząco nawet sobotnie zwycięstwo Legii w Kielcach z Koroną (2:1).

Pod wodzą Klafuricia legioniści w tym sezonie wygrali jeszcze tylko dwa mecze w kwalifikacjach Ligi Mistrzów z półamatorskim Cork City, a trzy spotkania z silniejszymi rywalami przegrali – z Arką Gdynia o Superpuchar, z Zagłębiem Lubin w 1. kolejce ekstraklasy i u siebie ze Spartakiem. I ponoć właśnie ta ostatni porażka miała przesądzić o losie Klafuricia. „SE” podaje, że Nawałka ma zarabiać jako trener Legii co najmniej 350 tysięcy euro rocznie. Jeśli to prawda, w nowej pracy będzie miał lepiej pod tym względem niż w poprzedniej. PZPN wyceniał pracę Nawałki w ostatnich dwóch latach na ćwierć miliona euro rocznie plus premie za wyniki.

Wygrana w Kielcach może jednak tym misternym planie namieszać, bo Spartak nie jest mocniejszą drużyną od Korony, a skoro Klafuriciowi udało się wygrać, to przecież ta sztuka może mu się udać też Trnavie. I co wtedy? Zmienienie trenera, który w końcówce poprzedniego sezonu opanował kryzys w zespole i zdobył z nim podwójną koronę, a teraz mimo słabego początku znów wstąpił na zwycięską ścieżkę, zostanie uznane za błąd. Nawałka może go rzecz jasna szybko przykryć lepszymi wynikami i radykalna poprawą stylu gry zespołu Legii, tylko czy naprawdę jest w stanie tego dokonać?
To jest już jednak zmartwienie Legii. Jej rywale walczą o swoje, a po dwóch pierwszych kolejkach można wnosić, że w tym sezonie o najwyższe laury będzie się bić prowadzone przez Mariusza Lewandowskiego Zagłębie Lubin.

 

Ekstra jest kasa, nie klasa

Ciekawe, czy po wtorkowej kompromitacji Legii Warszawa w meczu II rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava szefowie PKO BP nadal uważają, że zrobili dobry interes podpisując umowę sponsorską z Ekstraklasą SA.

 

Zapowiada się kolejna klęska polskich zespołów klubowych w europejskich pucharach i tym razem nie zdoła jej przykryć propagandowym całunem nawet PZPN, bo po mundialowej klęsce drużyny Adama Nawałki sam musi teraz fastrygować swój zszargany wizerunek. Wybór Jerzego Brzęczka na nowego selekcjonera biało-czerwonych wbrew oczekiwaniom nie okazał się czynnikiem osłabiającym niezadowolenie kibiców. Tylko wygrana lub ostatecznie remis z Włochami w pierwszym meczu Ligi Narodów może poprawić nastroje.

Całkiem niewykluczone, że to w sumie niezbyt istotne spotkanie może nabrać znaczenia, jeśli po trzeciej rundzie eliminacji Ligi Europy w europejskich pucharach nie będzie już ani jednej polskiej drużyny. Z naszego kwartetu w tej fazie kwalifikacji na pewno wystąpi Legia Warszawa, ale dla mistrzów Polski to żaden powód do chwały, tylko konsekwencja odpadnięcia w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów. A po pierwszym meczu ze Spartakiem Trnava, przegranym przez legionistów na własnym stadionie 0:2, chyba nikt już nie zakłada, że w rewanżu stołeczny zespół zdoła odrobić te straty i awansować do kolejnej rundy.

 

Infekcja albo trenerskie błędy

Ostatnie półtora roku w polskim futbolu trudno uznać za pasmo sukcesów. W czerwcu 2017 roku w rozgrywanych w naszym kraju młodzieżowych mistrzostwach Europy skompromitowała się reprezentacja do lat 21. Po niej w lipcu i sierpniu to samo zrobiły nasze zespoły klubowe w kwalifikacjach europejskich pucharów. To wszystko poszło jednak na bok, bo kibice cieszyli się awansem reprezentacji na mundial w Rosji. W tym roku sytuacja się jednak powtórzyła, tylko że zamiast klęski kadry U-21 w czerwcu przeżyliśmy klęskę pierwszej reprezentacji. Zabolała na tyle mocno, że teraz każda dotknięcie niezagojonej jeszcze rany doprowadza nas do szału.

Po wtorkowym meczu nie ma żadnych podstaw do optymizmu. Słowacki zespół był po prostu wyraźnie lepszy i mógł zdobyć więcej bramek, na szczęście bramkarzowi Legii Arkadiuszowi Malarzowi rzekoma infekcja wirusowa, która zdaniem trenera Deana Klafuricia dopadła jego piłkarzy w przeddzień meczu, nie osłabiła refleksu. Co miał wpuścić, to wpuścił, bo przy obu straconych golach nie miał żadnych szans na udaną interwencję, lecz w kilku sytuacja podbramkowych spisał się bez zarzutu. Niestety, nie da się tego powiedzieć o jego kolegach z pola.

Im być może owa „infekcja” faktycznie spętała nogi, bo na tle graczy słowackiej drużyny, z których znaczna część nie poradziła sobie wcześniej w naszych klubowych zespołach (w tym obaj strzelcy goli dla Spartaka), legioniści wyglądali jak nowicjusze, którzy nie wiedzą jak mają grać. A to już jest działka trenera i wygląda na to, że Klafurić wyleci z Legii już po rewanżowym meczu w Trnavie. No, chyba że go wygra 3:0, ale to nie jest możliwe do wykonania.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, co takiego powoduje, że już drugi sezon z rzędu Legia rozpoczyna w tak fatalnym stylu. Najbogatszy i przez to najsilniejszy polski zespół klubowy w letnim oknie transferowym ściągnął z Wisły Kraków Carlitosa, króla strzelców ekstraklasy w poprzednim sezonie. Na razie Hiszpan na Łazienkowskiej nie zachwyca, co oznacza, że podczas wakacji mocno się zaniedbał. Wróci zapewne do dawnej formy gdzieś na przełomie sierpnia i września, tylko że jego nie ściągnięto na Łazienkowską żeby strzelał gole tylko w Lotto Ekstraklasie. Miał pomóc Legii w europejskich pucharach, nikt jednak nie zapytał hiszpańskiego piłkarza, jakie są jego sportowe cele.

A co jeśli szczytem aspiracji Carlitosa jest tylko gra w naszej ekstraklasie? Miał oferty z drugoligowych klubów hiszpańskich, ale je odrzucił. Nie oferowały mu większych zarobków niż ma w Legii, a skoro tak, to lepiej grać w niezbyt wymagającej polskiej ekstraklasie i być w niej gwiazdą, niż pałętać się na oczach rodaków na zapleczu Primera Division.

 

Pieniądze to nie wszystko

Co jest przyczyną kiepskich wyników naszych klubowych zespołów, trafnie zdiagnozował serbski piłkarz Legii Miroslav Radović. „Naszym największym problemem jest brak zgrania. W zeszłym roku też mieliśmy problem, ponieważ późno zostały zrobione transfery i może to było przyczyną porażek. W tym sezonie było z tym lepiej, bo transfery dokonane zostały we właściwym czasie. Rzecz w tym, że w Legii co sezon dochodzi do wymiany siedmiu-ośmiu graczy z podstawowego składu. Mam na to inny przykład – Victorii Pilzno. Ten klub ma budżet 2-3 razy mniejszy od Legii, ale praktycznie ci sami piłkarze grają tam od pięciu lat. A u nas już niewielu zawodników z obecnego składu pamięta występ w Lidze Mistrzów. Za porażkę ze Spartakiem zasłużyliśmy na surową krytykę. Mimo wszystko nawet w myślach nie rozważam, że w rewanżu ich nie wyeliminujemy. Latem solidnie trenowaliśmy i jesteśmy dobrze przygotowani do sezonu. Może z taktyka jest coś nie tak, ale to są rzeczy stosunkowo łatwe do poprawienia” – przekonywał Radović.

Problemy klubów nie są na szczęście problemami kibiców. Fani przy braku wyników po prostu przestają chodzić na mecze.

 

Lotto Ekstraklasa: Dolny Śląsk górą

Inauguracja rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy nie wypadła zbyt okazale. W ośmiu meczach padło 18 goli, a na trybunach mimo pięknej pogody zjawiło się 78639 kibiców, co daje średnio 9830 widzów na jedno spotkanie.

 

Największa widownia była w Zabrzu – 16 683 osób, najmniejsza w Sosnowcu – 4500. Wypada jednak odnotować, że w miniony weekend najliczniejszą widownię we wszystkich ligach piłkarskich w naszym kraju miał trzecioligowy Widzew Łódź, którego mecz z Olimpią Elbląg (1:0) obejrzało 17 431 kibiców. Ale frekwencja na widzewskim obiekcie to fenomen na światową skalę. Fani broniącej tytułu Legii Warszawa najwyraźniej są jeszcze na wakacjach, bo na inaugurujący nowy sezon mecz z Zagłębiem Lubin przybyło ich tylko 12 278. A jeszcze piłkarze stołecznej drużyny sprawili im paskudnego psikusa przegrywając z „Miedziowymi” 1:3. Ta porażka jeszcze niczego nie przesądza, bo poprzedni sezon, zwieńczony zdobyciem podwójnej korony (Puchar Polski także padł ich łupem), legioniści również rozpoczęli od porażki.

Z czołowego kwartetu poprzednich rozgrywek (Legia, Jagiellonia, Lech, Górnik), komplet punktów zdobył jedynie Lech Poznań, który wygrał na wyjeździe z przygotowaną do sezonu jeszcze przez Jerzego Brzęczka (obecnie trenerem „Nafciarzy” jest Dariusz Dźwigała) Wisłą Płock 2:1. Jeden punkt zdobył Górnik Zabrze, który zremisowane 1:1 spotkanie z Koroną Kielce rozpoczął jedenastką złożoną wyłącznie z polskich piłkarzy, co jest w naszej ekstraklasie ewenementem.
Dla porównania aspirująca do walki o mistrzostwo Polski Cracovia w przegranym na wyjeździe spotkaniu ze Śląskiem Wrocław miała w wyjściowym składzie tylko czterech Polaków, a wspomniana już Legia wystawiła aż ośmiu cudzoziemców. Ta personalna polityka okazała się mało skuteczna, bo po pierwszej kolejce Cracovia i Legia są na dnie ligowej tabeli. A na szczycie znalazły się zwycięskie w starciach z tymi drużynami zespoły z Dolnego Śląsk.

Trzeci zespół z tego regionu, Miedź Legnica, w swoim debiutanckim występie w ekstraklasie także zanotował zwycięstwo, pokonując na własnym stadionie Pogoń Szczecin 1:0. Drugi z beniaminków ekstraklasy, Zagłębie Sosnowiec, przegrał u siebie z walczącym w poprzednim sezonie do końca o utrzymanie Piastem Gliwice 1:2. Ta porażka nie najlepiej wróży sosnowiczanom na przyszłość.

Wicemistrz Polski Jagiellonia Białystok przed własną publicznością przegrała z Lechią Gdańsk 0:1. Oba zespoły kończyli mecz w dziesiątkę, a ukaranego za brutalny faul czerwoną kartką Sławomira Peszkę czeka w środę rozprawa przed Wydziałem Dyscypliny PZPN. Już wiadomo, że żadne tłumaczenie nie uchroni go od kary dyskwalifikacji, niewiadomą jest tylko jej wymiar.

 

Wyniki 1. kolejki ekstraklasy

Legia Warszawa – Zagłębie Lubin 1:3
Gole: Adam Hlousek (37) – Patryk Tuszyński (15 i 87), Filip Starzyński (21 karny).
Żółte kartki: Vesović, Żyro – Dąbrowski.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 12 278.

Wisła Kraków – Arka Gdynia 0:0
Żółta kartka: Cvijanović (Arka).
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Widzów: 9215.

Jagiellonia Białystok – Lechia Gdańsk 0:1
Gol: Flavio Paixao (10).
Żółte kartki: Sheridan, Romanczuk – Stolarski, Nalepa, Kuciak, Joao Nunes, Mladenović. Czerwone kartki: Guilherme (68., Jagiellonia) – Sławomir Peszko (90., Lechia).
Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa).
Widzów: 11 766.

Miedź Legnica – Pogoń Szczecin 1:0
Gol: Petteri Forsell (90).
Żółte kartki: Łobodziński – Kożulj.
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 5587.

Śląsk Wrocław – Cracovia 3:1
Gole: Piotr Celeban (14), Augusto (57), Jakub Kosecki (89) – Gerard Oliva (30).
Żółte kartki: Ahmadzadeh – Diego Ferraresso, Helik, Hernandez.
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 496.

Górnik Zabrze – Korona Kielce 1:1
Gole: Daniel Smuga (46) – Ivan Jukić (62).
Żółte kartki: Urynowicz, Wiśniewski – Soriano, Żubrowski, Malarczyk.
Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 16 683.

Wisła Płock – Lech Poznań 1:2
Gole: Giorgi Merebaszwili (77) – Łukasz Trałka (16), Pedro Tiba (89).
Żółte kartki: Stefańczyk – Raduț, Burić.
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Widzów: 8114.

Zagłębie Sosnowiec – Piast Gliwice 1:2
Gole: Vamara Sanogo (36) – Aleksandar Sedlar (67 karny), Tomasz Jodłowiec (80).
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Widzów: 4500.

Peszko popsuł inaugurację ekstraklasy

Koniec wakacji w polskim futbolu klubowym. W miniony weekend rozpoczęły się rozgrywki w trzech najwyższych klasach rozgrywkowych. Największe zainteresowanie rzecz jasna wzbudziła inauguracja zmagań w ekstraklasie.

 

W przededniu rozpoczęcia rozgrywek piłkarska ekstraklasa zyskała nowego sponsora. PKO BP przez trzy lata będzie partnerem głównym rozgrywek, które nadal jednak będą się odbywać pod szyldem należącej do Totalizatora Sportowego marki Lotto. Bank PKP BP zamierza w swoich długofalowych planach współpracy z ekstraklasą wspierać rozwój piłkarskich talentów. „Chcemy angażować się w proces budowy silnej ligi najpopularniejszej w Polsce dyscypliny sportu. Zależy nam na jej rozwoju a przede wszystkim wspieraniu młodych talentów. Będziemy współpracować na wielu płaszczyznach oferując dużą wiedzę ekspercką z zakresu finansów, która powinna przynieść korzyści zarówno klubom, jak i zawodnikom występującym w Ekstraklasie. Podobnie, jak w zachodnich rozgrywkach, Bank uruchomi system emerytalny dla graczy w Polsce. Wspierając Ekstraklasę chcemy być jeszcze bliżej naszych klientów” – zapowiedział w stosownym oświadczeniu prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło.

Totalizator Sportowy natomiast przedłużył umowę sponsorską na kolejne trzy lata. Logo rozgrywek z logotypem Lotto pozostanie m.in. na koszulkach piłkarzy oraz w przestrzeni reklamowej wszystkich szesnastu stadionów. Ponadto będzie eksponowany podczas transmisji telewizyjnych z meczów w trakcie całego sezonu, a także za pośrednictwem wszelkich kanałów komunikacji prowadzonych przez kluby i ligę. Lotto jest sponsorem tytularnym Ekstraklasy od dwóch sezonów. W pierwszym sezonie Totalizator Sportowy zapłacił za to ok. 10 mln zł, a w drugim ok. 7 mln zł. Wcześniej przez dwa lata sponsorem rozgrywek była należąca do Totalizatora Sportowego marka Keno. Oprócz umów z tymi dwoma potentatami spółka Ekstraklasa SA może też pochwalić się przedłużeniem umów sponsorskich z wszystkimi dotychczasowymi partnerami. Na stadionach Lotto Ekstraklasy nadal obecne więc będą dwie marki firmy Oshee (Oshee, Combu), Henryk Kania i Aztorin. Dzięki temu budżet sponsorski rozgrywek wzrósł dwukrotnie i wynosi teraz około 30 mln złotych. Pieniądze te zostaną rozdzielone między kluby.

Nie wiadomo jednak jak te środki zostaną spożytkowane. Poziom sportowy naszej ekstraklasy wciąż pozostawia wiele do życzenia, czego dowodem są męczarnie naszych drużyn w kwalifikacjach Ligi Mistrzów (Legii) i Ligi Europy (Lecha i Górnika oraz mierne widowiska zafundowane kibicom w pierwszej kolejce nowego sezonu. Największą sensacją była rzecz jasna porażka na własnym stadionie broniącej mistrzowskiego tytułu Legii z Zagłębiem Lubin (1:3), ale większym echem odbił się brutalny faul piłkarza Lechii Gdańsk Sławomira Peszki na zawodniku Jagiellonii Arvidasie Novikovasie. Bandycki wybryk Peszki popsuł i tak niezbyt udaną inaugurację.