Lotto Ekstraklasa: Miliony dla agentów

W minionym tygodniu PZPN podał do publicznej wiadomości zestawienie wydatków, jakie kluby uczestniczące w rozgrywkach szczebla centralnego przeznaczyły na prowizje dla piłkarskich agentów. W ekstraklasie oraz I i II lidze w sumie zmarnowano na ten cel ponad 34 mln złotych.

Raport opublikowany przez PZPN obejmuje okres od 1 kwietnia 2018 do 31 marca 2019 roku. W tym czasie kluby ekstraklasy wydały na prowizje dla reprezentujących interesy piłkarzy agentów 32 mln złotych, pierwszoligowe dwa miliony złotych, a drugoligowe 700 tys. złotych. Rekordzistą pod tym względem okazał się poznański Lech, który przekazał do kieszeni handlarzy piłkarskim towarem dokładnie 6 936 559 złotych. Działacze „Kolejorza” mają lekką rękę do tego typu wydatków, bo rok wcześniej wydali na ten cel 7,5 mln złotych. Niewiele mniej szczodrzy dla agentów są włodarze warszawskiej Legii, bo w ostatnim roku przeznaczyli na ich prowizje 5 915 600 złotych, ale zważywszy na fakt, że rok wcześniej była to kwota bliska 10 mln złotych, widać już jakiś umiar.

Zdumiewa natomiast wysoka pozycja w tym rankingu rozrzutników zagrożonej spadkiem Wisły Płock. Szefowie „Nafciarzy” nie dysponują wielkim budżetem, a mimo to z klubowej kasy wywalili na transferowych pośredników aż 5 260 495 złotych. Kolejne miejsca w zestawieniu zajmują Pogoń Szczecin (3 115 244), Zagłębie Lubin (2 605 523), Cracovia (1 633 362), Lechia Gdańsk (1 608 682), Jagiellonia Białystok (1 461 771), Górnik Zabrze (798 240), Śląsk Wrocław (643 215), Zagłębie Sosnowiec (533 997), Piast Gliwice (494 602), Korona Kielce (368 455), Arka Gdynia (314 062), Miedź Legnica (312 233), a ostatnie miejsce zajęła Wisła Kraków, która na prowizje dla agentów wydała zaledwie 66 916 złotych, chociaż w przerwie zimowej z powodu ogólnie znanych problemów musiała wymienić niemal połowę kadry zespołu.

Najbardziej intrygujące w tym procederze jest to, że przepisy FIFA i UEFA, a siłą rzeczy także PZPN, w ogóle dopuszczają możliwość pobierania przez agentów piłkarzy prowizji od klubów, chociaż powinni je otrzymywać jako procent od wynegocjowanych przez nich kontraktów zawodników. Ktoś tu kręci gigantyczne „lody” w majestacie piłkarskiego prawa.

Zestaw par 30. kolejki Lotto Ekstraklasy
Wszystkie mecz 13 kwietnia w sobotę, początek godz. 18:00:
Arka Gdynia – Miedź Legnica, sędziuje Piotr Lasyk (Bytom); Cracovia – Lechia Gdańsk, sędziuje Krzysztof Jakubik (Siedlce); Lech Poznań – Jagiellonia Białystok, sędziuje Bartosz Frankowski (Toruń); Legia Warszawa – Pogoń Szczecin, sędziuje Wojciech Myć (Lublin); Piast Gliwice – Korona Kielce, sędziuje Jarosław Przybył (Kluczbork); Śląsk Wrocław – Górnik Zabrze, sędziuje Tomasz Kwiatkowski (Warszawa); Zagłębie Lubin – Wisła Kraków, sędziuje Paweł Raczkowski (Warszawa); Zagłębie Sosnowiec – Wisła Płock, sędziuje Daniel Stefański (Bydgoszcz).

 

Pięć drużyn liczy na cud

Przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej sezonu pięć zespołów (Lechia, Legia, Piast, Cracovia i Zagłębie Lubin) jest już pewnych gry w grupie mistrzowskiej. Na obsadzenie pozostałych trzech miejsc szanse ma jeszcze pięć drużyn.

Sytuacja jest skomplikowana dla całej piątki zespołów aspirujących do zajęcia miejsca w czołowej ósemce, ale w najtrudniejszym położeniu znalazła się Korona. Szanse kielczan na zakwalifikowanie się do elity są w zasadzie tylko teoretyczne, bo muszą w ostatniej kolejce wygrać na wyjeździe z z Piastem Gliwice, a także liczyć na bardzo wysoką porażkę Pogoni Szczecin z Legią oraz Wisły Kraków z Zagłębiem Lubin, a także na remis Lecha z Jagiellonią.

Koroniarzom degradacja jednak nie zagraża, bo nawet jeśli ostatecznie wylądują w grupie spadkowej, to będą mieli ogromną przewagę punktową nad niżej obecnie klasyfikowanymi zespołami Zagłębia Sosnowiec, Wisły Płock, Arki, Górnika, Miedzi i Śląska.

W niewiele lepszym położeniu znalazła się Pogoń. Gdyby „Portowcy” wygrali z Arką w 29. kolejce (zremisowali 3:3), mieliby awans do grupy mistrzowskiej w kieszeni, a tak muszą teraz pokonać w ostatniej serii spotkań Legię, bo tylko zwycięstwo da im miejsce w Top 8 bez oglądania sie na wyniki innych spotkań. W przypadku remisu szczecinianie będą musieli liczyć na porażkę Wisły Kraków lub porażkę albo remis Lecha. Pogoń zapewni sobie miejsce w grupie mistrzowskiej także w przypadku remisu lub porażki Wisły Kraków, jednoczesnych porażkach Wisły i Lecha, porażki Lecha oraz remisu lub porażki Korony.

Pokonać jednak Legię nie będzie „Portowcom” łatwo, bo po zwolnieniu portugalskiego trenera-zamordysty Ricardo Sa Pinto legioniści pod wodzą duetu Aleksandar Vuković – Marek Saganowski wyraźnie odżyli i z każdym kolejnym meczem nabierają wiatru w żagle. W dwóch meczach (z Jagiellonią i Górnikiem) zdobyli komplet punktów, strzelając pięć goli i tracąc jednego. W Zabrzu o swoich strzeleckich umiejętnościach przypomniał Carlitos. Jego dwie bramki zapewniły Legii zwycięstwo, na uwagę zasługuje jednak łatwość, z jaką hiszpański napastnik dochodził do strzeleckich sytuacji. Niewykluczone, że w jego rosnąca forma może w końcówce sezonu okazać się decydującym czynnikiem w wyścigu o mistrzostwo.

Wprawdzie pod względem jakości i stylu gry wielkiej poprawy u legionistów nie widać, ale na ich szczęście równie topornie na boisku prezentuje się drużyna prowadzącej w tabeli Lechii. Gdańszczanie nadrabiają to walecznością, lecz taka siłowa gra ma swoją cenę, którą przyjdzie im zapłacić właśnie na finiszu.

 

Lotto Ekstraklasa: Bałagan na finiszu

Wygrane Legii Warszawa i Lecha Poznań w 28. kolejce przeczą tezie, że nagłe zmiany trenerów niczemu dobremu nie służą. Zmiennikom Ricardo Sa Pinto i Adama Nawałki wystarczyły dwa dni na dokonanie radykalnej zmiany w stylu gry legionistów i lechitów. Ale już w najbliższy weekend okaże się, czy zwyżka formy jest trwała, czy były to tylko jednorazowe zrywy.

Nasza piłkarska ekstraklasa jak wiadomo nie prezentuje wysokiego poziomu sportowego. Dowodzą tego choćby słabiutkie w ostatnich latach wyniki polskich zespołów klubowych w europejskich rozgrywkach pucharowych. Ale ma to też pewien walor, bo dzięki temu liga jest wyrównana i nieprzewidywalna. Wisła Kraków w niedzielę gromi aspirującą do mistrzowskiego tytułu Legię 4:0, a trzy dni później przegrywa w Sosnowcu z broniącym się przed spadkiem Zagłębiem 3:4. Tymczasem zdewastowana przez wiślaków Legia w tym samym czasie dokonuje zmiany trenera i w środę rozbija na swoim boisku Jagiellonię 3:0.

Podobną metamorfozę przeszła drużyna Lecha Poznań, która pod wodzą Adama Nawałki w sobotę w żenującym stylu ledwo zremisowała w Kielcach z Koroną 0:0, a w środę niemal w tym samym składzie wygrywa z Pogonią Szczecin 3:2, prowadząc do 86. minuty 3:0. W tych trzech spotkaniach padło aż 15 goli, a w pozostałych pięciu zaledwie sześć, chociaż były wśród nich mecze z udziałem lidera Lechii Gdańsk, trzeciego w tabeli Piasta Gliwice i czwartej Cracovii. I mówiąc pół żartem, pół serio – to chyba jest znak rozpoznawczy naszej rodzimej ekstraklasy, że zajmowane aktualnie w tabeli miejsce rzadko kiedy odzwierciedla faktyczną klasą sportową zespołu.

Jeśli drużyna nagle przestaje zdobywać punkty, powodów tego stanu rzeczy może być kilka, ale ich źródłem zawsze są pieniądze i czyjejś zagrożone interesy – piłkarzy, ich agentów, klubowych działaczy, a także właścicieli klubów. Trener w tym „łańcuchu pokarmowym” jest najsłabszym ogniwem i w gruncie rzeczy chronią go tylko zapisy w kontrakcie gwarantujące wypłatę odszkodowania w przypadku jego przedwczesnego zerwania. Jak bardzo jest to złudna osłona świadczą choćby ostatnie dymisje Adama Nawałki w Lechu, Portugalczyka Ricardo Sa Pinto w Legii, Hiszpana Jose Antonio Vicuny w Wiśle Płock i Zbigniewa Smółki w Arce Gdynia.

Tego ostatniego właściciel klubu zdymisjonował na godzinę przed derbowym meczem z Lechią, ponoć pod wpływem szantażu ze strony gdyńskich kiboli, chociaż równie wiarygodnie brzmi teza, że Smółkę uwalił pewien agent, którego kilku piłkarzy ten trener nie wystawiał do gry. Oni pewnie w poniedziałek w meczu ze Śląskiem zagrają i Arka wreszcie w tym roku wygra.

Zestaw par 29. kolejki
Piątek: Korona – Zagłębie Lubin, godz. 18:00; Miedź – Cracovia, godz. 20:30. Sobota: Wisła Kraków – Piast, godz. 18:00; Lechia – Lech, godz. 20:30; Jagiellonia – Zagłębie Sosnowiec, godz. 15:30. Niedziela: Pogoń – Arka, godz. 15:30; Górnik – Legia, godz. 18:00. Poniedziałek: Wisła Płock – Śląsk Wrocław, godz. 18:00.

 

Lotto Ekstraklasa: Rekordy frekwencji padają w derbach

W 26. kolejce padł rekord frekwencji w tym sezonie naszej piłkarskiej ekstraklasy. Derby Krakowa Wisła – Cracovia obejrzało 28 235 widzów. Dotychczasowy rekord, ustanowiony w derbach Trójmiasta Lechia Gdańsk – Arka Gdynia został pobity o trzy tysiące.

Wbrew pozorom rekordowa liczba widzów na stadionie Wisły w Krakowie jest tak naprawdę frekwencyjną porażką Lotto Ekstraklasy. A to dlatego, że najlepszy w tym sezonie wynik, ustanowiony dopiero w 26. kolejce po rozegraniu 206 meczów z udziałem publiczności, w poprzednim byłby dopiero na siódmym miejscu. Co prawda rekord frekwencji padł w spotkaniu 30. kolejki Lecha z Górnikiem, na które przyszło w Poznaniu 36 941 osób, ale pięć pozostałych lepszych niż w tym sezonie wyników ustanowiono wcześniej.

Wracając do 26. kolejki obecnych rozgrywek, to poza Krakowem przyzwoita liczba widzów stawiła się jeszcze tylko w Warszawie na Łazienkowskiej. Starcie Legii ze Śląskiem (1:0) obejrzało w stolicy 18 342 osób. Na pozostałych sześciu stadionach nigdzie frekwencja nie przekroczyła 10 tysięcy, nawet w Białymstoku, gdzie na spotkanie Jagiellonii z Korona Kielce stawiło się zaledwie 7 660 kibiców.

Księgowy Lecha musi rwać włosy z głowy, bo po słabych w tym roku wynikach fani „Kolejorza” obrazili się na swój zespół. Przegrany 0:3 mecz z Górnikiem Zabrze obejrzało tylko 9 881 widzów, a pamiętajmy, że stadion w Poznaniu ma ponad 42 tysiące miejsc.

Ale w naszej ekstraklasie nawet dobre wyniki nie zawsze przekładają się na wzrost frekwencji. Przekonują o tym przykłady Zagłębie Lubin (5823 widzów w spotkaniu z Arką Gdynia) i rewelacji wiosennej rundy Piasta Gliwice (5573 osoby na meczu z Miedzią Legnica). Tradycyjnie już niewielu fanów wybrało się na stadion w Płocku (2511 na przegranym 0:2 meczu z Pogonią) i w Sosnowcu (tylko 2624 widzów przyszło zobaczyć jak ich zespół gra z liderem ligi Lechią Gdańsk). Po 26. kolejkach najliczniejszą widownią może pochwalić się Legia (średnia na mecz 13 392). Druga jest Wisła Kraków (15 791), trzecia Lechia (13 892), czwarty Lech (13 183, a piąty Górnik (12 405 widzów).

 

Lechici nie chcą Nawałki?

Mamy pierwszy w tym roku „czas na reprezentację”. W cieniu Jerzego Brzęczka swoje problemy w Lechu próbuje rozwiązać jego poprzednik na selekcjonerskim stołku Adam Nawałka. Zaczął od utajnienia przed mediami i kibicami treningów zespołu „Kolejorza”.

Nad głową byłego selekcjonera czarne chmury zbierają się już od dłuższego czasu. Nic dziwnego – w rundzie wiosennej zespół Lecha zdobył ledwie sześć punktów w sześciu meczach, czyli na 18 możliwych do wywalczenia. Dwa ostatnie spotkania przegrał z zespołami, które walczą jedynie o utrzymanie w lidze (2:3 z Miedzią na wyjeździe i 0:3 z Górnikiem Zabrze u siebie). Kibice „Kolejorza” mają do piłkarzy i ich trenera pretensje nie tylko za porażki, ale też za żenująco słaby poziom gry zaprezentowany w tych potyczkach, zwłaszcza ostatniej z Górnikiem.

Niezadowolenie fanów odbija się na frekwencji – na meczu z zabrzanami było zaledwie 9 881 widzów, co jest wynikiem od prawie pięć tysięcy niższym od przeciętnej frekwencji w tym sezonie na stadionie przy Bułgarskiej wynoszącej 13 183 w 11 spotkaniach. Realnie oceniając, lechici mogą w tej chwili odłożyć na bok przedsezonowe aspiracje włączenia się do walki o mistrzowski tytuł, bo realnie grozi im wypadnięcie z grupy mistrzowskiej. W czterech ostatnich meczach jakie pozostały im do rozegrania zmierzą się z Koroną, Pogonią, Lechią i Jagiellonią, a zatem zespołami z górnej połówki tabeli ekstraklasy. Trudno spodziewać się w nich kompletu punktów zważywszy na fakt, że w dotychczasowych starciach z ekipami z czołowej ósemki „Kolejorz” na 39 możliwych do zdobycia punktów wywalczył zaledwie osiem.

Atmosfera w klubie zrobiła się więc gęsta, a po mieście zaczęły krążyć plotki, że piłkarze Lecha nie są zadowoleni z rządów Nawałki i słabymi wynikami chcą doprowadzić do jego dymisji. Ponoć zarzucają mu, że w okresie przygotowawczym przesadził z obciążeniami (coś może być w tym na rzeczy, bo Lech przegrał wszystkie zimowe sparingi), a teraz z kolei przesadza w drugą stronę, bo ordynuje treningi zbyt lekkie, a na domiar złego monotonne i ukierunkowane na ćwiczenie taktycznych schematów, które dla rywali szybko przestają być tajemnicą. Doszło nawet do tego, głosi kolejna plotka, że gracze „Kolejorza” w nieformalnych rozmowach zarzucają niedawnemu selekcjonerowi reprezentacji Polski nawet „braki warsztatowe”.

Nawałka rzecz jasna nie komentuje tych plotek, nawiasem mówiąc nie komentuje w ogóle niczego co jest związane z jego pracą w Lechu, więc pod tym względem stosuje strategię wypracowaną do mistrzostwa w okresie pięciu lat pracy z kadrą biało-czerwonych, ale w przypadku braku wyników jest to maniera irytująca.

 

Legia nadal goni Lechię

Przewodzące w tabeli zespoły Lechii i Legii wygrały swoje mecze w 26. kolejce i powiększyły przewagę punktową nad resztą stawki. Z wyścigu o tytuł po drugiej porażce z rzędu odpadła Jagiellonia, a jej miejsce na czele grupy pościgowej zajął Piast.

Lider ekstraklasy w sobotę zmierzył się na wyjeździe z ostatnim w tabeli Zagłębiem Sosnowiec i rzecz jasna był faworytem, chociaż sosnowiczanie w dwóch ostatnich meczach na własnym stadionie wygrali strzelając w nich aż siedem goli. Ale przeciwko Lechii nie zagrał najgroźniejszy z napastników Zagłębia Vamara Sanogo, zaś Olaf Nowak i Giorgi Gebedawa zdaniem trenera Valdasa Ivanauskasa nie gwarantowali jakości, więc w linii ataku zagrali pomocnicy Mateusz Możdżeń i Szymon Pawłowski. Wynik meczu ustalił już w 8. minucie rozgrywający gdańskiej drużyny Daniel Łukasuk, zdobywając bramkę kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego. Żadnemu z innych graczy nie udało się powtórzyć tego wyczynu, chociaż piłka aż czterokrotnie uderzała w poprzeczkę.

Legia w sobotę podejmowała u siebie Śląsk po zakończeniu potyczki Lechii z Zagłębiem, legioniści znali zatem wynik i mieli świadomość, że z wrocławskim zespołem nie mogą przegrać. Na trybunach zasiadło ponad 18 tysięcy kibiców już bardzo niezadowolonych po środowej porażce Legii z Rakowem Częstochowa w ćwierćfinale Pucharu Polski, więc ewentualna przegrana ze Śląskiem wywołałaby potężny wybuch niezadowolenia. Gracze stołecznej drużyny mieli jednak tego dnia mnóstwo szczęścia i sędziego po swojej stronie. Do przerwy był bezbramkowy remis i nic nie zapowiadało zmiany tego wyniku, ale po zmianie stron zagrana na oślep w pole karne wrocławian piłka trafiła przypadkowo w rękę Igora Tarasovsa i arbiter Daniel Stefański z Bydgoszczy bez wahania odgwizdał „jedenastkę”, którą na bramkę zamienił najskuteczniejszy strzelec Legii Carlitos (było to jego 11 ligowe trafienie w obecnym sezonie).

Goście mieli szansę na wyrównanie z rzutu karnego w doliczonym czasie gry, ale sędzia najpierw podyktował „jedenastkę” za faul Pawła Stolarskiego w polu karnym na Arkadiuszu Piechu, po czym skorzystał z pomocy systemu VAR i anulował karnego. Raz jeszcze sięgnął po zapis wideo rozstrzygając scysję Piecha z Cafu, w której Portugalczyk próbował opluć polskiego napastnika Śląska i za karę dostał czerwona kartkę. Stefański trochę się w końcówce spotkania pogubił, doliczając w sumie aż 14 minut. Legioniści zdobyli ostatecznie komplet punktów i utrzymali dystans dwóch punktów straty do Lechii.

Nieudany weekend mieli natomiast trenerzy Lecha Poznań Adam Nawałka i Jagiellonii Białystok Ireneusz Mamrot. Ich zespoły przegrały sromotnie na swoich boiskach – „Kolejorz” uległ aż 0:3 Górnikowi Zabrze, a białostocczanie dostali baty od Korony Kielce 1:3. Na zwycięską ścieżkę wkroczyła Pogoń Szczecin wygrywając na wyjeździe 2:0 z Wisłą Płock i dzięki temu przeskoczyła w tabeli Jagiellonię.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia trwoni przewagę

Im bliżej końca fazy zasadniczej rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy, tym sytuacja w tabeli robi się bardziej zagmatwana. W dwóch ostatnich kolejkach Lechia Gdańsk zaliczyła porażkę i remis, przez co roztrwoniła siedmiopunktową przewagę nad drugą Legią.

Niewykluczone, że już w następnej kolejce Lechia będzie musiała ustąpić miejsca Legii na fotelu lidera. Gdańszczan czeka bowiem wyjazdowa potyczka z Zagłębiem Sosnowiec, a legioniści u siebie zagrają ze Śląskiem Wrocław. Ta niepewność bierze się stąd, że zespół Lechii w rundzie wiosennej gra w kratkę. W pięciu tegorocznych kolejkach gdańszczanie grali kolejno z Pogonią Szczecin (2:1), Koroną Kielce (0:0), Wisłą Kraków (1:0), Zagłębiem Lubin (1:2) i Wisłą Płock (1:1). Dwa zwycięstwa, dwa remisy i jedna porażka to może nie jest jakoś szczególnie tragiczny bilans, ale w praktyce oznacza to stratę siedmiu punktów na 15 możliwych do zdobycia. Zespołowi walczącemu o mistrzowski tytuł takie marnotrawstwo zwyczajnie nie przystoi.

Kończący 25. kolejkę poniedziałkowy mecz z Wisłą Płock potwierdził dobitnie przeciętną formę ekipy trenera Piotra Stokowca. Z boiska wiało nudą, bo „Nafciarze” skutecznie przeszkadzali gospodarzom w rozwijaniu akcji ofensywnych, a sami tylko od czasu do czasu pozwalali sobie na kontrataki. Piłkarze schodzili na przerwę przy wyniku 0:0 i żegnani gwizdami nielicznej publiczności. Niewiele ponad osiem tysięcy widzów na trybunach mającego 42 tysiące miejsce obiektu to kolejny argument za rezygnacją z rozgrywania ligowych spotkań w poniedziałkowe popołudnia.

Po zmianie stron zniecierpliwieni kibice coraz częściej gwizdami wyrażali swoją dezaprobatę dla jakości widowiska. Nudę pierwsi przerwali płocczanie. Po rzucie wolnym piłkę w bramce zmieścił Alan Uryga i Wisła, która walczy o wydostanie się ze strefy spadkowej, objęła prowadzenie i znalazła się na dobrej drodze do odniesienia drugiego w tym sezonie zwycięstwa z Lechią.

Gracze Lechii są już zmęczeni

Dwie sytuacje na boisku odmieniły przebieg spotkania. Najpierw za drugi faul czerwoną kartką zobaczył Grzegorz Kuświk i wyleciał z boiska, co pozwoliło gospodarzom na uzyskanie wyraźnej przewagi, którą w końcu przekuli na wyrównującego gola. Jake McGing sfaulował w polu karnym Artura Sobiecha, a „jedenastkę” na gola zamienił Flavio Paixao, który tym razem się nie pomylił i zaliczył 14 ligowe trafienie w obecnym sezonie. Portugalczyk ma już na koncie 14 bramek i jest wiceliderem klasyfikacji strzelców ekstraklasy. Lepszy od niego jest tylko hiszpański napastnik Górnika Zabrze Igor Angulo, który prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 15 goli. Na trzecim miejscu jest najskuteczniejszy Polak w Lotto Ekstraklasie Marcin Robak ze Śląska Wrocław, który ma na koncie 13 trafień, za nim jest Duńczyk Christian Gytkjaer z Lecha (12), nieobecny już w Wiśle Kraków Czech Zdenek Ondrasek (11) oraz hiszpański snajper Legii Carlitos (10).

Wisła Płock ostatecznie jednak wywiozła z Gdańska jeden punkt. Trener Lechii Piotr Stokowiec słaby występ swoich podopiecznych tłumaczył… zmęczeniem. „Nie był to nasz wielki mecz. Zagraliśmy słabiej w ofensywie. Celowo nie chcieliśmy od początku rzucić się na Wisłę Płock, bo takie były nasze założenia. Wiedzieliśmy, że jakie rywale mają atuty w ofensywie. Nadziewaliśmy się na ich kontry, ale to była dobra lekcja, bo teraz wiemy, że musimy mocniej popracować nad grą ofensywną. Było widać dużo marazmu w grze niektórych moich zawodnikach, zwłaszcza tych, którzy dużo grają. Byli wyraźnie zmęczeni, ale nie chcę by traktowano te słowa jako próbę ich usprawiedliwienia. Po prostu zwracam uwagę na ten fakt” – stwierdził szkoleniowiec gdańskiej drużyny.

Legioniści szykują się do skoku

Ścigająca gdańszczan drużyna Legii też w tym roku stracił punkty. Z pięciu rozegranych meczów wygrała trzy (1:0 z Wisłą Płock, 2:0 z Miedzią Legnica i teraz 2:1 z Arką Gdynia), ale to były zespoły z grupy spadkowej. W starciach z ekipami z grupy mistrzowskie legioniści nie dali rady – przegrali na wyjeździe z Lechem 0:2 i w takim samym rozmiarze u siebie z Cracovią. Do końca fazy zasadniczej czekają ich jeszcze potyczki u siebie ze Śląskiem, Jagiellonią i Pogonią, a na wyjazdach z Górnikiem i Wisłą Kraków. Nie są to rzecz jasna rywale niemożliwi do pokonania, ale z taką grą jaką Legia pokazała w Gdyni w spotkaniu z przeżywającą kryzys Arką, na komplet punktów gracze stołecznego klubu raczej nie powinni liczyć.

Który zatem zespół ostatecznie zajmie pierwsze miejsce po rundzie zasadniczej? Pewnie któryś z dwójki Lechia, Legia, bo mają sporą przewagę nad trzecim w tabeli Piastem (Legia siedem, a Lechia 10 punktów). Ale mimo to w gronie pretendentów trzeba umieścić też gliwiczan, bo oni z pięciu rozegranych meczów przegrali tylko jeden – na inauguracje rundy wiosennej z Cracovią. W czterech kolejnych zdobyli komplet punktów i co ważniejsze, prezentując w nich równą, wysoką formę. Trener Piasta Waldemar Fornalik zdołał po nieudanym poprzednim sezonie przebudować na nowo ograbiony z najlepszych graczy zespół i wygląda na to, że w obecnych rozgrywkach gliwiczanie mogą pokusić się nawet o coś więcej niż tylko miejsce gwarantujące start w kwalifikacjach do Ligi Europy.

Zważywszy na chwiejną formę zespołów Lechii, Legii, Jagiellonii i Lecha, pierwszy mistrzowski tytuł dla Piasta w tym sezonie wydaje się możliwy do zdobycia jak nigdy wcześniej.

 

Błaszczykowski na boisku Wiśle nie pomaga

Wkład Jakuba Błaszczykowskiego w ratowanie Wisły Kraków przed upadkiem jest trudny do przecenienia, ale jako piłkarz 105-krotny reprezentant Polski póki co nie przynosi ekipie „Białej Gwiazdy” większego pożytku. Świadczą o tym jego mizerne statystyki.

W czterech dotychczasowych występach po powrocie do Wisły Błaszczykowski zdobył jedną bramkę, w meczu ze Śląskiem Wrocław (1:0) wykorzystał z rzutu karnego. Na razie to jego jedyne celne uderzenie na bramkę rywali w czterech próbach na jakie się zdecydował, co oznacza, że strzelał średnio raz w meczu. Trochę mało jak na gracza z takim dorobkiem i doświadczeniem. Ale to jeszcze nie wszystko. Błaszczykowski nie zaliczył jeszcze asysty, a nawet nie stworzył partnerom choćby jednej okazji bramkowej. Mimo to jego partnerzy z zespołu obdarzają go pełnym zaufaniem i podają do niego piłkę (dostał w sumie 142 podań, najwięcej z wszystkich ofensywnych graczy Wisły), chociaż nie przynosi to zespołowi większych korzyści. Kapitan „Białej Gwiazdy” podawał do kolegów ze skutecznością na poziomie 67 procent. Pod tym względem należy do najsłabszych graczy w ekipie wiślaków. Ponadto z danych zebranych przez inStat Błaszczykowski ma najwięcej strat piłki (41), choć w żadnym meczu nie był pod tym względem najgorszy. Błaszczykowski zatracił też swój mocny kiedyś atut, czyli drvbling. W czterech występach próbował okiwać rywali 18 razy, ale powodzeniem zakończyło się tylko siedem prób.

Trudno oczekiwać, że w kilka tygodni Kuba nadrobi miesiące bez regularnych występów. W poprzednim roku więcej czasu spędził na boisku w meczach reprezentacji (397 minut), niż zagrał w drużynie VfL Wolfsburg (122). Ale za chwilę trener Jerzy Brzęczek ogłosi powołania na marcowe mecze reprezentacji, a wiadomo, że Błaszczykowski wrócił do Wisły głównie po to, żeby odbudować dawną formę i zasłużyć na miejsce w kadrze. Jeśli chodzi o Wisłę, problemu nie ma, bo pamiętajmy, że ten piłkarz gra w tym klubie za 500 złotych miesięcznie. Ale reprezentacja to inna para kaloszy. Niestety, statystyki pokazują, że na kadrę Błaszczykowski na razie jest za slaby.

 

 

 

Legia traci dystans do Lechii

W Poznaniu Lech pokonał Legię Warszawa 2:0. Porażkę legionistów wykorzystali piłkarze Lechii Gdańsk. Zespół lidera ekstraklasy wygrał u siebie z Wisłą Kraków 1:0 i powiększył punktową przewagę nad legionistami do siedmiu punktów.

Lechici zaczęli ten rok od dwóch porażek – najpierw przegrali u siebie 1:2 z Zagłębiem Lubin, a potem na wyjeździe 0:4 z Piastem Gliwice. Legia natomiast rundę wiosenną zaczęła od wygranej 1:0 na wyjeździe z Wisłą Płock, a potem przegrał na Łazienkowskiej z Cracovia 0:2. W tabeli przed sobotnią potyczką z „Kolejorzem” legioniści zajmowali druga lokatę z dorobkiem 42 punktów i stratą czterech „oczek” do prowadzącej Lechii Gdańsk.

Poznański zespół dość szybko objął prowadzenie, bo już w 8. minucie spotkania. Po dośrodkowaniu lechitów w pole karne Legii obrońca gości Marko Vesović tak niefortunnie odbił piłkę, że trafił nią w nogę Nikoli Vujadinovicia. Odbita piłka zmieniła kierunek i wpadła do siatki zaskoczonego bramkarz przyjezdnych Radosława Majeckiego. Do przerwy wynik już nie uległ zmianie.

Poziom meczu był słabiutki. Dość powiedzieć, że przez siedemdziesiąt minut piłkarze obu drużyn oddali w sumie trzy celne strzały na bramkę – dwukrotnie udało się to lechitom i raz legionistom. W 78. minucie Jóźwiak został przewrócony w polu karnym Legii i sędzia Tomasz Musiał bez wahania podyktował rzut karny. „Jedenastkę” pewnie wyegzekwował Christian Gytkjaer i podwyższył wynik meczu na 2:0. Gracze Lecha nie pozwolili rywalom na odrobienie strat, ale i sami nie dążyli do zdobycia trzeciej bramki, takim też wynikiem zakończył się mecz dwóch zespołów wciąż aspirujących do zdobycia mistrzowskiego tytułu. Przynajmniej w warstwie deklaratywnej, bo realnie szanse na to są coraz bardziej iluzoryczne.
Postarali się o to piłkarze Lechii Gdańsk, którzy niedługo po zakończeniu potyczki w Poznaniu zmierzyli się na swoim stadionie z Wisłą Kraków i pokonali ja 1:0. Dzięki wygranej odskoczyli Legii na siedem punktów oraz utrzymali przewagę 13 punktów nad Lechem.

Wyniki 23. kolejki:
Arka Gdynia – Piast Gliwice 1:2
Gole: Damian Zbozień (88) – Jakub Czerwiński (28), Joel Valencia (42). Widzów: 3501.
Korona Kielce – Pogoń Szczecin 1:1
Gole: Wato Arweladze (84) – Adam Buksa (20). Widzów: 5583.
Górnik Zabrze – Zagłębie Sosnowiec 2:1
Gole: Walerian Gwilia (12), Igor Angulo (60) – Żarko Udovicić (51). Widzów: 13 884.
Lech Poznań – Legia Warszawa 2:0
Gole: Nikola Vujadinović (8), Christian Gytkjær (79 karny). Widzów: 24 164.
Lechia Gdańsk – Wisła Kraków 1:0
Gol: Filip Mladenović (41). Widzów: 12 557.
Niedzielne mecze Miedzi Legnica z Wisłą Płock i Cracovii z Jagiellonią zakończyły się po zamknięciu wydania. Spotkanie Śląska Wrocław z Zagłębiem Lubin odbędzie się w poniedziałek (początek godz. 18:00).

 

Lotto Ekstraklasa: Porażka Wisły w Zabrzu

Kończący 21. kolejkę poniedziałkowy mecz Górnika Zabrze z Wisłą Kraków był sportowym wydarzeniem gównie ze względu na pierwszy po ponad 11 latach przerwy występ Jakuba Błaszczykowskiego w polskiej ekstraklasie.

Pierwszy po ponad 11 latach występ w polskiej ekstraklasie 105-krotnego reprezentanta Polski przyciągnął na stadion w Zabrzu 14 689 widzów, co było frekwencyjnym rekordem pierwszej po zimowej przerwie kolejce spotkań. Nie wszyscy fani Górnika potraktowali jednak Błaszczykowskiego życzliwie, taryfy ulgowej nie dostał też od graczy walczącej o unikniecie degradacji zabrzańskiej jedenastki. Był pieczołowicie pilnowany przez cały mecz i bezpardonowo atakowany, co sprawiło, że jego pierwszy po latach występ w barwach „Białej Gwiazdy” nie wypadł okazale, chociaż zarazem zaprzeczył sugestiom, że 33-letni skrzydłowy powinien już pomyśleć o piłkarskiej emeryturze.

Kapitan Wisły okazał się najszybszym zawodnikiem w swojej drużynie. Zmierzono mu, że podczas sprintu osiągnął 32,13 km/h. Drugi pod tym względem w krakowskim zespole Maciej Sadlok osiągnął 31,84 km/h. Cóż jednak z tego, skoro w swoim 52. występie w polskiej ekstraklasie Błaszczykowski nie stworzył żadnej okazji bramkowej ani dla siebie, ani dla kolegów, nie wykonał też an i jednego udanego dryblingu. W linii pomocy przyćmił go sprowadzony zimą z Zagłębia Lubin strzelec obu goli dla Górnika Mateusz Matras.

Cud zatem się nie zdarzył. Wisła Kraków po stracie siedmiu kluczowych zawodników jest już zupełnie innym zespołem niż jesienią ubiegłego roku. Chorwat Marko Kolar jest dużo słabszy od Zdenka Ondraszka i nie absorbuje obrony rywali w takim stopniu, jak robił to czeski napastnik. Sławomir Peszko zagrał ambitnie, podobnie jak Błaszczykowski, ale obaj nie dali zespołowi takiej kreatywności w grze, jaką zapewniali w środkowej linii Dawid Kort, Jesus Imaz i Tibor Halilović.

„Górnik Zabrze był lepszy. Szybko strzelił gola, a my nie byliśmy w stanie odpowiedzieć. Wiadomo, jakie mamy problemy, ale ja wierzę we wszystkich zawodników, którzy są w kadrze Wisły. Mamy umiejętności, musimy tylko w nie uwierzyć i pokazać je na boisku. Co do mnie, to czuję się dobrze fizycznie. W meczu z Górnikiem nie wszystko wyszło tak, jakbym chciał, ale sport daje szybką możliwość rehabilitacji” – podsumował Błaszczykowski.

Wiślacy po tej porażce wypadli z grupy mistrzowskiej, a ich miejsce zajęła Cracovia. Górnik dzięki zwycięstwu opuścił strefę spadkową awansując na 14. miejsce.