Przystanek do Niepodległej

Polska Ludowa nie przyjechała na radzieckich czołgach. Ona była już w Polsce przed II wojną światową.

 

Druga Rzeczpospolita powstała jako nowoczesna demokracja parlamentarno-gabinetowa. Wszyscy jej obywatele mieli mieć równe prawa, nawet kobiety. Pracownikom zagwarantowano ośmiogodzinny czas pracy. Mniejszościom narodowym – prawa Polaków. Wszystkim – edukację na poziomie przynajmniej podstawowym. To był efekt pierwszych rządów socjalistów tworzących początki nowoczesnego państwa polskiego. Drugiej Rzeczpospolitej.
U schyłku swego istnienia II Rzeczpospolita była już państwem autorytarnym. Jak wiele innych w ówczesnej Europie. Rządzonym przez wojskowo-ziemiańskie elity. Ze zdelegalizowaną opozycją komunistyczną i delegalizowanymi organizacjami radykalnych polskich narodowców i ukraińskich nacjonalistów. Z legalnymi opozycyjnymi partiami ludowymi i socjalistycznymi. Stale nękanymi policyjnymi prowokacjami, cenzurą państwową i polskim obozem koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej.
Była autorytarna i biedna. Państwem rolniczym z wyspami nowoczesnego przemysłu. Pariasem gospodarczym ówczesnej Europy. „Polskie drogi” były synonimem wielowiekowego zacofania. Jednocześnie dokonała wielkiego wysiłku scalając system prawny, oświatowy, transportowy trzech odrębnych dzielnic zintegrowanych wcześniej z trzema różnymi państwami.
Biedę kraju elity rządzące maskowały polityką regionalnego mocarstwa. Balansowaniem między Niemcami i ZSRR. Strategicznym sojuszem z równie mocarstwową Rumunią. Niekompetencję rządzenia nadrabiały fanfaronadą i „honorem”. By po klęsce wrześniowej honorowo wycofać się do Rumunii, pozostawiając kraj niemieckim i radzieckim agresorom.

 

Jest ONR-u spadkobiercą

Pod koniec lat trzydziestych sanacyjne rządy były zajadle krytykowane przez wszystkie opozycyjne ugrupowania polityczne. Legalnie działających socjalistów, ludowców, chadeków. Delegalizowanych radykalnych narodowców z ONR. Najsłabsi byli polscy komuniści. Zwłaszcza, że w 1938 roku w efekcie walk frakcyjnych w ZSRR, podporządkowany stalinowcom Komintern, czyli komunistyczną międzynarodówka, rozwiązał Komunistyczną Partię Polski. Nielegalnie działających polskich komunistów wezwano do Moskwy. I tam wymordowano ich. Ocaleli ci, którzy siedzieli wtedy w sanacyjnych więzieniach, jak Władysław Gomułka. Albo we francuskich obozach dla internowanych bojowników wojny przeciwko puczowi generała Franco, jak Eugeniusz Szyr. To Stalin był najskuteczniejszym „dekomunizatorem” polskich komunistów.
W dwóch ostatnich latach II Rzeczpospolitej najgłośniejszymi, najbardziej radykalnymi krytykami rządów sanacji byli młodzi radykałowie z ONR. To oni na łamach swych pism „Sztafety” i „Falangi” żądali radykalnej industrializacji Polski. Nacjonalizacji, czyli upaństwowienia, wielkich banków, przemysłu, lasów, handlu hurtowego i detalicznego. Dla nich powszechna nacjonalizacja oznaczała też złamanie kręgosłupa gospodarczego mniejszościom narodowym, zwłaszcza polskim Żydom.
Przyszła narodowa Polska miała być państwem bez widocznych mniejszości narodowych, jednego narodu polskiego. Dziedzictwem monolitycznej Polski piastowskiej, przeciwstawianej w narodowej publicystyce multikulturalnej Polsce jagiellońskiej.
Młodzi ONR-owcy nie wstydzili się swego totalitaryzmu i pogardy dla demokracji parlamentarnej. Dla zachodniego państwa prawa zachowującego trójpodział władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Marzyli o totalitarne zorganizowanym społeczeństwie w powszechne Organizacje Wychowania Narodu. Swoje „totalniaki” przeciwstawiali imposybilizmowi „rozlazłej demokracji parlamentarnej”. Chcieli zbudować państwo na wzór i podobieństwo ówczesnych faszystowskich Włoch. Państwo wielkich robót publicznych, nowoczesnej architektury, innowacyjnego przemysłu i silnej armii.
Aby dopiec sanacji potrafili w swym tygodniku „Sztafeta” prezentować industrialne sukcesy „chamskich Sowietów”, czyli ZSRR. Pytając rządzących II Rzeczpospolitą, czemu oni tego nie potrafią?

 

Car chłopa wyzwolił

Program gospodarczy Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego ogłoszony 22 lipca 1944 roku nie był zgodny z programem przedwojennych polskich komunistów. Zgodny był za to nie tylko z postulatami polskich socjalistów z PPS, ludowców z PSL-ów. Ale też z programami gospodarczymi emigracyjnego, londyńskiego rządu.
A z programami rządów sanacji różniła go jedynie radykalna reforma wolna, czyli przymusowe wywłaszczenie wielkich posiadaczy ziemskich.
Był za to wyjątkowo zgodny z przedwojennymi postulatami ONR-u. A Polska Ludowa w granicach piastowskich, bez mniejszości żydowskiej, z spacyfikowaną, przesiedloną mniejszością ukraińską, jawiła się jak spełnienie marzeń narodowców.
Spełnienia jednak nie było, bo PKWN, a potem PPR i PZPR swe polityczne słabości wzmacniała wsparciem Armii Czerwonej. Władzę swą legitymizowała strachem przed Wielkim Bratem. Racjonalizowała ją wyborem „mniejszego zła”.
Polski Ludowej nie zbudowali polscy komuniści, bo tych było w latach czterdziestych jak na lekarstwo. Stworzyli ją socjaliści, ludowcy, lewicowa i oportunistyczna inteligencja. A nawet drobnomieszczaństwo, zwane „prywatną inicjatywą”. Nękane stałymi podatkami i okresowymi domiarami, ale już pozbawione żydowskiej i ukraińskiej konkurencji.
Warto pamiętać, że Polska Ludowa w ciągu swego czterdziestopięcioletniego istnienia zmieniała się radykalnie. Nie było jednej Polski Ludowej. Inaczej wyglądała w latach 1945-49, inaczej w okresie stalinowskim, inaczej po Październiku 1956 roku, inaczej w „epoce Gierka”, zupełnie inaczej w czasie karnawału pierwszej „Solidarności”, potem stanu wojennego i schyłku Polski Ludowej w końcówce lat osiemdziesiątych.
Czy Manifest PKWN był autentycznym zapisem ówczesnych nastojów politycznych, czy tylko kamuflażem dla przyszłej polskiej republiki radzieckiej? Haczykiem chytrego Stalina na naiwne polskie polityczne płotki?
Stalin i jego następcy, pomimo ideologicznego kostiumu, byli przede wszystkim politycznymi pragmatykami. Chcieli mieć Polskę w swej strefie wpływów, skoro dostali ją w wyniku porozumienia trzech globalnych mocarstw.
Polskę Ludową stworzyły nie płynące z Moskwy rozkazy, lecz pokolenia „awansu społecznego”. Czyli wyrwane z bieda-wsi miliony chłopów przemienianych w miastową klasę robotniczą. Pokolenia przedwojennych robotników, i także rzesze „patriotycznych oportunistów”. Przedwojennych inteligentów i ich dzieci. Którzy po wyzwoleniu od Niemców nie poszli do lasów by dalej walczyć z radzieckimi okupantami, tylko ruszyli odbudowywać miasta i uniwersytety.
Podobni Rajmundowi Kaczyńskiemu i Jadwidze Kaczyńskiej. Rodzicom Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Rajmund Kaczyński, młody żołnierz AK nie poszedł do oddziałów „żołnierzy wyklętych”, tylko na politechniczne studia. Potem pracował wytrwale w Polsce Ludowej. Nawet reprezentował ją podczas intratnych kontraktów w Libii. Wtedy na takie wyjazdy ludzi wrogo do władz nie wysyłano.
Pani Jadwiga Kaczyńska latami pracowała w państwowym Instytucie Badań Literackich specjalizując się w dorobku Leona Kruczkowskiego.
Polska Ludowa nie była obcym ciałem w historii państwowości polskiej. Była dziejowym przystankiem na drodze do niepodległości. Stworzonym przez Bolesława Bieruta, Bolesława Piaseckiego, Władysława Gomułkę, Stefana Ignara, Edwarda Gierka, Rajmunda Kaczyńskiego, Wojciecha Jaruzelskiego, Jacka Kuronia. I wielu innych, różniących się poglądami patriotów.

Drogi ku niepodległości

Na przełomie XIX I XX wieku dwa dokonania artystyczne zrealizowane w przestrzeni publicznej miały szczególny wpływ na narodową świadomość pokoleń Polaków tamtych czasów.

 

Przywołując znaczące wydarzenia z naszej historii, wplatając się w nią, dzieliły swoje dalsze losy z narodem przez niemal cały wiek XX. Przetrwały po dzień dzisiejszy, acz ich obecny wymiar, z upływem lat i szeregiem zmian, także społecznych i politycznych, ma inny charakter. Pierwsze było Panoramą Racławicką, a drugą Pomnik Grunwaldzki w Krakowie.
Obraz „Bitwa pod Racławicami”, obejmujący całą widzialną przestrzeń wokół obserwatora, namalowany został pod kierunkiem Jana Styki i Wojciecha Kossaka, i po raz pierwszy wystawiony we Lwowie w 1894 roku, z okazji Powszechnej Wystawy Krajowej. Wyrażał, słowami Jana Styki, że „przed stu laty złączyły się wszystkie stany dla obrony Ojczyzny” i kontynuował, w innej artystycznej konwencji, wcześniejszy obraz Jana Matejki „Kościuszko pod Racławicami”. Oba te dzieła podkreślały znaczenie chłopstwa w walce o niepodległość, co stało się jednym z ważących haseł rodzącego się ruchu ludowego.

 

Dalsze dzieje

Panoramy wyznaczyły wojenne wydarzenia, w czasie których ukrywać się musiała we Lwowie przed radzieckimi i niemieckimi okupantami by, co prawda uszkodzona, wrócić do kraju. Postanowieniem Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej odzyskaną część zbiorów Zakładu Ossolińskich, wraz z Panoramą, umieszczono we Wrocławiu. Kolejny akt dramatu trwał, z krótką przerwą w okresie Październikowej nadziei, prawie lat czterdzieści. Mit-tabu wokół Panoramy Racławickiej, zrodzony z obawy przed ewentualnymi radzieckimi protestami, bądź ze zwykłego kunktatorstwa, był w swej wymowie wielką antypolską prowokacją. Odrestaurowana znalazła wreszcie swoje godne miejsce w 1985 roku, wśród pamiątek i ludzi ze Lwowa, których losy wojny skierowały do Wrocławia.

 

Idea grunwaldzkiego zwycięstwa

z 15 lipca 1410 roku, przywoływana przez stulecia, nabrała symbolicznego wymiaru i stała się niezwykle trwałą wartością narodową. Szczególne jej znaczenie miało miejsce w wieku XX – w różnych jego okresach, z rozlicznych przyczyn i za sprawą odmiennych politycznych wyzwań. Symbolami były: słynny obraz Jana Matejki, Pomnik Grunwaldzki w Krakowie, zespół pomnikowy na polach Grunwaldu, miecz Jagiełły i Order Krzyża Grunwaldu.
Obchody 500. rocznicy bitwy grunwaldzkiej odbywały się w szczególnej politycznej atmosferze, którą wyznaczały rosnące ambicje odzyskania polskiej państwowości i realizowany na ziemiach zaboru pruskiego kulturkampf skierowany, różnymi formami, przeciw ludności polskiej. Uroczystości w dniu 15 lipca 1910 roku uświetniło odsłonięcie Pomnika Grunwaldzkiego, autorstwa Antoniego Wiwulskiego, ufundowanego przez Ignacego Paderewskiego i ofiarowanego Krakowowi, nadto pierwsze publiczne wykonanie „Roty” Marii Konopnickiej, pod dyrekcją jej kompozytora Feliksa Nowowiejskiego. I to wszystko w obecności stu pięćdziesięciu tysięcy uczestników obchodów, przybyłych z trzech zaborów.
W czasach hitlerowskiej okupacji monument grunwaldzki podzielił los pomnika Kościuszki z wawelskiego bastionu i Adama Mickiewicza z Rynku Głównego w Krakowie. Polacy ginęli masowo, ginęły też pomniki, ale idea Grunwaldu nie tylko nie zginęła, a odrodziła się w czynie zbrojnym.

 

Podczas trwającej wojny,

15 lipca 1943 roku, w rocznicę bitwy, składali pierwszą przysięgę żołnierze nowo utworzonej Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, wg. obecnie obowiązującej IPN-owskiej interpretacji, tylko polskojęzyczni. Także z inicjatywy, znienawidzonych dziś i usuwanych z przestrzeni publicznej Gwardii Ludowej i Polskiej Partii Robotniczej narodził się Order Krzyża Grunwaldu, a później Odznaka Grunwaldzka, nadawana wszystkim żołnierzom polskim i partyzantom, którzy przyczynili się do zwycięstwa, walcząc na różnych frontach i w różnych krajach w okresie II wojny światowej. Aktualna polityka historyczna swój początek miała już w 1992 roku gdy „uznano nadawanie Orderu Krzyża Grunwaldu za zakończone, podobnie jak większości innych odznaczeń wojennych nadawanych za dotychczasowe zasługi.”. Pokrętne tłumaczenie zawiera się w słowach „podobnie jak większość”, czyli nie wszystkie, a prawda dotyczy inicjatorów tego orderu. Nowe polskie, po 1989 roku, władze były w stanie zmierzyć się nawet z mitem Grunwaldu.

 

Tamten czas

Zmagań z niemieckim najeźdźcą w naturalny sposób przywoływał pamięć zwycięstwa sprzed wieków, stąd nie dziwi tytuł w styczniowej krakowskiej prasie: „Miecz Jagiełły wyrąbie Wojsku Polskiemu drogę do Berlina.” Nie był to miecz symboliczny a ten z Pomnika Grunwaldzkiego, cudem, wraz z tarczami herbowymi, uratowany przez bohaterskich mieszkańców Krakowa, a w dniu 28 stycznia 1945 roku, w miejscu zburzonego monumentu, przekazany polskim wojskowym.
Ale i okres powojenny niósł dalej niemieckie zagrożenie gdyż nowe granice Polski z Ziemiami Odzyskanymi nie były uznawane przez szereg państw, na czele z Republiką Federalna Niemiec, w której rolę znaczącą odgrywał ruch rewizjonistyczny. Nie dziwi więc, że nie tylko z racji historycznej idea Grunwaldu odnalazła się w wyjątkowym programie obchodów 550-tej rocznicy bitwy. Nastąpiło wtedy odsłonięcie i otwarcie na polach grunwaldzkich szeregu obiektów: monumentalnego granitowego obelisku, masztów symbolizujących sztandary polskich i litewsko-ruskich chorągwi oraz amfiteatru z pomieszczeniami Muzeum Bitwy. Znalazły się tam również ocalone fragmenty zburzonego w Krakowie przez hitlerowców Pomnika Grunwaldzkiego. Temu wydarzeniu towarzyszyła premiera filmowej mega produkcji jaką byli „Krzyżacy”, jak się okazało najbardziej dochodowemu filmowi w historii polskiej kinematografii i absolutnemu hitowi, z oglądalnością ponad 32 milionów widzów.
Funkcje polityczne grunwaldzkiego mitu zakończyło dopiero 7 grudnia 1970 roku podpisanie układu PRL-RFN o uznaniu aktualnych granic Polski, który był wielkim dyplomatycznym sukcesem władz Polski Ludowej, i osobiście Władysława Gomułki, od lat przywiązującego do tej kwestii nadzwyczajną uwagę.

 

W Krakowie

powróciły już na swoje historyczne miejsca pomniki Mickiewicza i Kościuszki a Pomnik Grunwaldzki na nadzieję na powrót czekać musiał do 6 kwietnia 1972, kiedy to Telewizja Polska wyemitowała kolejny program „Piórkiem i węglem” autorstwa prof. Wiktora Zina, poświęcony Pomnikowi i idei jego odbudowy. Z inicjatywy ówczesnych władz (czytaj: komunistycznych) w tym samym roku powołano Społeczny Komitet Odbudowy, podjęto szereg prac dokumentacyjnych, rozpoczęto gromadzenie środków finansowych i zaproponowano wybitnemu artyście-rzeźbiarzowi prof. Marianowi Koniecznemu dokonanie rekonstrukcji pomnika. Prace trwały cztery lata, z których najdłużej te w pracowni Koniecznego, jako, że odtworzenie monumentu obejmującego nie tylko sam konny pomnik Jagiełły ale także szereg postaci na czterech jego ścianach, przy znikomej dokumentacji, wymagało nie tylko wiele czasu ale i twórczej inwencji.
Uroczystość odsłonięcia zrekonstruowanego Pomnika Grunwaldzkiego wraz z usytuowanym przed nim Grobem Nieznanego Żołnierza odbyła się 16 października 1976 roku, ale wcześniej miała miejsce szczególna operacja przeniesienia konnego posągu Jagiełły, umocowanego na linach pod helikopterem, na cokół pomnika. Tłum krakowian, który to obserwował, po drugiej, udanej próbie nie klaskał, jak to dzisiaj w zwyczaju, a zamarł w ciszy. Stało się bowiem coś bardzo ważnego w głębokim doznaniu godnej ciągłości naszych polskich dziejów.

 

Obecnie

i Pomnik, i Panorama są tylko historycznymi zabytkami i ważnymi znakami z przeszłości. A nasza ciągłość dziejów? Wybiórcza i zawłaszczana przez solidarnościowe rządy, w pisowskim wydaniu jedności narodu odnajdzie się podczas obchodów 100-lecia Niepodległości.

 

PS. Internetową drogą dotarła wiadomość o planowanej uroczystości, w dniu 13 lipca 2018, nadania, jednej z ulic we francuskim mieście Auby, imienia Edwarda Gierka. Może i na naszej polskiej ulicy zaświeci kiedyś słońce.

Drogi ku niepodległości

Prowadzili nas nimi przez czas zaborów, w zmartwychwstałym państwie, w okresie okupacji, wreszcie znowu w Polsce – nasi nauczyciele, profesorzy, wychowawcy.

 

11 listopada prawie wszystko odbędzie się, jak zwykle, czyli sporo maszerującego wojska, przemówienie prezydenta, składanie wieńców i tłum widzów. Tradycyjnie Święto Niepodległości sprowadzane jest od lat tylko do czynów i czasów walki zbrojnej, z pominięciem wszystkich pozostałych wysiłków Polaków na przestrzeni lat, którzy różnie, ale bardzo wymiernie, utrwalali marzenie o niepodległym państwie, a wyzwolony kraj odbudowywali i tworzyli bardziej dostatnim. Na honorowej trybunie i w pierwszym szeregu maszerujących zabraknie nauczycieli, którym należne są czołowe miejsca w paradzie niepodległości.

 

Maria i Antoni

z odmiennych stron ówczesnych, podzielonych ziem polskich, podążali ku wymarzonej Polsce. Ona, urodzona na kowieńskiej Litwie z rodzinnego domu wyniosła wspomnienia o dziadku, który w Powstaniu Styczniowym walczył o Polskę, a z nauk rodziców i starszego rodzeństwa znajomość ojczystego języka, bowiem w szkole uczono tylko po rosyjsku. On, z Galicji, będącej w pewnej mierze substytutem Polski, swojego pierwszego patriotycznego czynu dokonał rozbijając kałamarz pełen atramentu o portret Najjaśniejszego Pana, a później kradnąc, stacjonującym podczas Wielkiej Wojny Kozakom, nieupilnowaną pikę.
Gdy wybuchła Polska i stała się realnością, przepojeni wielkimi nadziejami na przyszłość i szukając swego aktywnego miejsca w dorosłym życiu, odnaleźli je w przyszłym nauczycielskim zawodzie. Ona ukończyła naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Żeńskim im. Królowej Jadwigi w Wilnie, on, w byłym cesarsko-królewskim, Seminarium Nauczycielskim Męskim im. Jana Długosza w Starym Sączu. Pierwszą pracę podjęła na Wileńszczyźnie, on, nie znajdując zatrudnienia w Małopolsce, wyjechał w jej poszukiwaniu na Kresy Wschodnie.

 

Podstawowymi problemami

odrodzonego państwa, poza formalnym zjednoczeniem ziem polskich, była organizacja i ujednolicenie administracji, systemu prawa, finansów i podatków, a w równie ważnym stopniu oświaty. Wtedy w Polsce, wśród osób powyżej 10 lat 33% stanowili analfabeci, nauczaniem początkowym było objętych w województwach wschodnich tylko 35% dzieci, które na wsiach uczęszczały do szkół z jednym lub dwoma nauczycielami.

 

Żyli i pracowali

w niewyobrażalnie trudnych dziś do pojęcia warunkach: w chłopskiej izbie paliła się naftowa lampa, zimą woda zamarzała w stojącym w pomieszczeniu wiadrze, naukę odbywały połączone klasy w wynajętym od gospodarza pomieszczeniu – czasem bywała to tylko szkoła jednoklasowa. Zaniedbane i często zawszone dzieci przychodziły bez butów, wkoło bieda i nędza, widniejące nadal zniszczenia wojenne, niektórzy ludzie z braku domów mieszkali jeszcze w ziemiankach. Maria uczyła litewską, białoruską i polską dzieciarnię, u Antoniego w piątek do szkoły nie przychodziły dzieci Tatarów, w sobotę Żydów, a w niedzielę katolików i prawosławnych.
Należało przetrwać to wszystko co najgorsze z nadzieją na lepsze czasy, uczyć dzieci nie tylko czytać i pisać, ale i Polski tak dla nich czasem nieznanej, dalekiej, często obcej, bo wielu na pytanie „Kto ty jesteś ?” odpowiadało, że tutejszy. Należało zachować poważanie, godność, ale i moc przedstawiciela państwa polskiego, co na tych ziemiach oznaczało, że Antoni posiadał służbową broń, konieczną w czasach powojennego bandytyzmu i bezprawia, którą później polecono nosić schowaną. I należało także uczyć się i nadal doskonalić w zawodzie, by zdać praktyczny egzamin, potem otrzymać „Dekret ustalenia” na stałego nauczyciela publicznych szkół powszechnych. Ale nie tylko, bowiem w tamtym czasie nauczyciele uczyli się także nowopowstałej Polski na organizowanych, w okresie wakacji, licznych kursach dokształcających, połączonych ze zwiedzaniem historycznych miejsc, również polskiego wybrzeża i polskich Tatr.

 

W 1905 roku

powołano Związek Nauczycieli Ludowych, oczekujący od swoich członków „dokładania wszelkich starań, aby nauczać dzieci języka polskiego i w duchu polskim”. Zwołany w 1919 r. Ogólnopolski Zjazd Nauczycielski – w atmosferze demokratycznych reform tamtego czasu – opowiedział się za jednolitą i bezpłatną szkołą powszechną i wprowadzeniem 7-letniego obowiązku szkolnego. W 1930 powstał jednolity Związek Nauczycielstwa Polskiego, któremu już w tamtym okresie zarzucano lewicowość i krytycyzm ówczesnego stanu oświaty.

 

Radykalizacja

poglądów społecznych, ale i politycznych, następowała poprzez konfrontację z każdym kolejnym dniem. Kiedy na święta Maria przyjeżdżała do Wilna i szła na nabożeństwo, to doznania nauczycielskiej codzienności nakładały się na obecne w Katedrze bogactwo lejące się złotem i przepychem. I właśnie wtedy zaczęła rodzić się i umacniać refleksja o niesprawiedliwym świecie, o pięknych słowach i zaprzeczających im czynom. Antoni poglądy społeczne wyniósł z rodzinnego, kolejarskiego domu, bowiem liczni wokół należeli do Polskiej Partii Socjalistycznej, a robotnicze instytucje opieki i kultury były tam powszechne.
1 września po pierwszej lekcji, bo dopiero wtedy dotarła wiadomość, Maria powiedziała dzieciom, aby poszły do domu i nie wracały, bo rozpoczęła się wojna. Nastał czas zsyłek na Syberię, udziału w tajnym nauczaniu, współpracy z polskim ruchem oporu, wreszcie udziału Antoniego w akcji „Ostra Brama” w lipcu 1944 roku.

 

Straty osobowe

Polski w czasie II wojny światowej oszacowało ogółem na ok. 6 mln, zginęło 33% nauczycieli szkół niższego szczebla. Ginęli w działaniach wojennych, w obozach zagłady, w rezultacie pacyfikacji, egzekucji i likwidacji gett, w więzieniach, obozach, wskutek epidemii, wycieńczenia, złego obchodzenia, na skutek doznanych ran, okaleczeń, nadmiernej pracy. Walczyli wszędzie: we Wrześniu, na Zachodzie i Wschodzie, w podziemiu i powstaniach, prowadząc tajne konspiracyjne nauczanie.

 

Pociąg złożony z węglarek

– kolejny transport repatriacyjny – wlókł się niemiłosiernie wolno, a granicę przekroczył gdzieś przed Białymstokiem. Patrzyli oboje w zamyśleniu na wschód, ziemię, którą żegnali na zawsze, a jechali w nieznane, do nowej Polski i na nowe zachodnie ziemie.
W małym podsudeckim miasteczku Antoni został kierownikiem punktu etapowego Państwowego Urzędu Repatriacyjnego; wysiedlał Niemców, na których czekały transporty na kolejowej bocznicy, i osadzał na gospodarstwach i w mieszkaniach przybywających tu Polaków z za Buga i centralnej Polski. Nabyta w szkole znajomość niemieckiego, łącznie ze szwabachą, znalazła zastosowanie. Był działaczem miejscowej PPS i kierownikiem szkoły rolniczej, a Maria nauczycielką w szkole powszechnej. Uczyli nowej Polski, zdecydowanie bliższej ich poglądom na sprawiedliwy świat.

 

Poderżnięcie gardła

Antoniemu obiecywał, gdy wróci, wysiedlany Hans, a histeria rozpoczętej zimnej wojny, wraz z nadejściem czasu stalinizmu zaważyła na ich powrocie do rodzinnego miasta Antoniego. Maria uczyła tu rzesze analfabetów, a do końca swej zawodowej drogi, języka rosyjskiego, nabytego w carskiej szkole. On ukochanej historii, geografii i biologii. Pasja społecznika skierowała go do Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, w którym organizował i wygłaszał dla okolicznych rolników pogadanki o najnowszych metodach gospodarowania i uprawy ziemi.
Już oboje na emeryturze, chętnie i często uczestniczyli w licznych imprezach organizowanych przez miejscowe ognisko ZNP, które skutecznie oparło się konkurencyjnej, nauczycielskiej Solidarności.

 

Pamięć,

szacunek, najgłębsze uznanie dla tysięcy nauczycieli – pionierów polskości na Kresach Wschodnich i Ziemiach Zachodnich, żołnierzy i wychowawców pokoleń, organizatorów życia społecznego i politycznego w dziejach naszego kraju – nie odnajdą się niestety w listopadowych obchodach niepodległości.

Święto dla wybranych

4 czerwca minęła 29 rocznica pierwszych wyborów po upadku Polski Ludowej. W powszechnej świadomości jest to symboliczna data inicjująca przemiany ustrojowe w Polsce i przejście od realnego socjalizmu do wolnorynkowego kapitalizmu.
Przez wiele lat 4 czerwca budził kontrowersje. Środowiska liberalne i prawicowe świętowały początek reform i odejście od PRL-u, a duża część elektoratu lewicowego niechętnie podchodziła do celebrowania tej daty, pamiętając o negatywnych skutkach transformacji. Po blisko 30 latach od zmiany ustrojowej dyskusja nad oceną reform praktycznie nie istnieje.
Polityka historyczna została zawłaszczona przez obóz solidarnościowy i mało kto rzetelnie ocenia sensowność ówczesnych przemian. Po jednej stronie sytuuje się środowisko liberalnych mediów i partii, które wciąż pozytywnie oceniają reformy Balcerowicza, a 4 czerwca jest dla nich świętem wolności i radosną datą zerwania z „komunizmem”. Po drugiej strony mamy coraz bardziej wyrazisty obóz obecnej władzy, który ostrożnie podchodzi do świętowania rocznicy wyborów. Nie chodzi tutaj jednak o bardziej zniuansowane podejście do reform Balcerowicza. Propisowscy komentatorzy rzadko kwestionują kierunek reform z początku lat 90., a krytykują przede wszystkim brak ostrej dekomunizacji oraz przypisywanie zasług w procesie transformacji Wałęsie, Mazowieckiemu czy Borusewiczowi, a nie braciom Kaczyńskim. Sama ocena PRL-u i przemian ustrojowych jest w obydwu obozach bardzo zbliżona.
W całej tej dyskusji znikła rzeczowa analiza przemian ustrojowych i ich ofiar. Tymczasem skutki reform dla znacznej części społeczeństwa były katastrofalne. W latach 1990-1991 PKB spadło o prawie 18 proc., poziom inflacji wyrażał się w liczbach trzycyfrowych, w ciągu 2 lat bezrobocie wzrosło do ponad 2 mln, już w pierwszym roku transformacji ponad dwukrotnie wzrósł odsetek ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego (z 15 proc. w 1989 r. do 31 proc. w 1990 r.). W pierwszych dwóch latach transformacji doszło też do radykalnego spadku produkcji i wydajności pracy. Realne wynagrodzenia spadły o aż 25 proc., zaś płace realne rolników zmniejszyły się w ciągu 2 lat o ponad połowę.
Transformacja doprowadziła też do olbrzymiego spadku liczby wybudowanych mieszkań, znacznego spadku liczby bibliotek i domów kultury, gigantycznego spadku liczby przedszkoli i żłobków oraz ograniczenia wielu innych form opieki nad dziećmi, które były rozwinięte w PRL-u. Znacznie wzrosła skala schorzeń psychicznych. Wszystkie te zjawiska w dyskusji na temat transformacji od lat są lekceważone, a entuzjaści Balcerowicza przedstawiają je jako konieczne skutki przemian.
W tym kontekście warto przypominać historyczną prawdę, unikać jednoznacznych ocen, a zarazem nie wpisywać się w festiwal jałowej ekscytacji. Dobrze się stało, że w 1989 r. zniesiono cenzurę, wprowadzono procedury demokratyczne, a Polska poprawiła relacje z krajami zachodnimi. Ale powinniśmy pamiętać, że przyjęty przez ówczesne władze model przemian ustrojowych zawierał mnóstwo patologii i trudno się dziwić, że dla milionów Polaków i Polek 4 czerwca nie jest radosną rocznicą.

Robiłem wszystko co mogłem

I wojna światowa przyniosła Polsce niepodległość. O to jak przedstawiać się będzie wolne państwo polskie gra toczyła się na wielu kierunkach. Także i w USA, gdzie o poparcie prezydenta Woodrow Wilsona zabiegali Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski.

Stany Zjednoczone a także sam prezydent Woodrow Wilson, zajęły w okresie I wojny światowej przyjazne stanowisko wobec odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach niewoli. Profesor Louis L. Gerson w swej książce p.t. „Woodrow Wilson and the Rebirth of Poland 1914-1920” wymienia następujące czynniki, które wpłynęły na przyjazne stanowisko Stanów Zjednoczonych wobec sprawy polskiej:
1. tradycje udziału Polaków w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych (Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski);
2. sympatia społeczeństwa amerykańskiego dla narodów uciskanych;
3. naciski ze strony Polonii na rząd amerykański;
4. działalność na forum Stanów Zjednoczonych organizacji pomocy gospodarczej dla Polski;
5. osobiste poglądy prezydenta Wilsona;
6. wreszcie tzw. czynnik negatywny – ponieważ Polska nie istniała jako niepodległe państwo prawie od powstania Stanów Zjednoczonych, wobec tego nie było tarć, konfliktów i sprzeczności między obu krajami w przeszłości.

Czynnik emocjonalny

Różna jest waga wspomnianych wyżej czynników. Nie można przeceniać zwłaszcza znaczenia czynników emocjonalnych, bowiem w grze interesów jaką jest niewątpliwie polityka nie stoją one na równi z czynnikami materialnymi.

Dwudziesty ósmy prezydent USA, Woodrow Wilson był pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych (1913-1921), który w czasie swego urzędowania przebył Atlantyk i odwiedził Europę. Był też pierwszym prezydentem USA, który zaangażował się w sprawy polskie a nawet prowadził swoją polską politykę. Oczywiście sprawiły to wydarzenia historyczne: I wojna światowa, odrodzenie się niepodległego państwa polskiego i nawiązanie po raz pierwszy w historii stosunków dyplomatycznych między Polską i Stanami Zjednoczonymi. Faktem jest, że Woodrow Wilson wniósł wkład w dzieło niepodległości Polski, choć jako autor książki „Historia narodu amerykańskiego” nie wyrażał się pochlebnie o Polakach.
W historiografii, zarówno polskiej jak i amerykańskiej, dotyczącej stosunków polsko-amerykańskich na ogół przywiązuje się przesadną wagę do wpływu, jaki na prezydenta Wilsona i jego najbliższych doradców miały niektóre osobistości polskie, przebywające wówczas w Stanach Zjednoczonych m.in. Ignacy Paderewski, Roman Dmowski, Jerzy Sosnowski. Ignacy Paderewski przybył do Stanów Zjednoczonych w 1915 r. jako przedstawiciel Polskiego Komitetu Narodowego, na czele którego stał Roman Dmowski. Paderewski miał zadanie zjednać sympatię Amerykanów dla sprawy polskiej. Już wówczas był znanym i lubianym artystą. W Ameryce organizował spotkania i wiece polityczne połączone z koncertami. Zorganizował ponad 300 tego typu imprez. Prasa amerykańska poświęcała dużo uwagi występom Paderewskiego, co ułatwiło propagowanie jego poglądów. Nawet ambasador niemiecki w Waszyngtonie hrabia Bernstorff donosił, że prasa amerykańska jest dobrze poinformowana o sprawach polskich przede wszystkim w wyniku działalności Paderewskiego. A płk Edward M. House pisał, że przyjazd Paderewskiego do Stanów Zjednoczonych ożywił sprawę polską. Nie można oczywiście przeceniać wpływu Paderewskiego na kształtowanie polityki amerykańskiej wobec Polski. Niemniej działalność Paderewskiego zjednywała sprawie polskiej sympatyków wśród wpływowych kół w Stanach Zjednoczonych.

Dzięki płk. House’owi Paderewski nawiązał osobisty kontakt z prezydentem Wilsonem i dzięki rekomendacji pułkownika House’a doszło latem 1916 r. do spotkania Paderewskiego z prezydentem w Białym Domu.

Moralny imperatyw

Po uroczystej kolacji Paderewski zasiadł do fortepianu. Grał utwory Chopina a następnie rozmawiał z prezydentem. Opowiedział mu historię rozbiorów Polski. Zrobiło to na prezydencie ogromne wrażenie. Idea odrodzenia państwa polskiego, jako moralnego obowiązku bardzo trafiła Wilsonowi do przekonania.
Wilson widocznie czuł się dobrze w towarzystwie polskiego artysty i polityka w jednej osobie, ponieważ zaprosił Paderewskiego w ważnym dniu swej politycznej kariery, a mianowicie w dniu wyborów prezydenckich 6 listopada 1916 r. Prezydent oczekując w napięciu w Białym Domu na kolejne meldunki z poszczególnych stanów o wynikach głosownia, postanowił zrelaksować się w towarzystwie Paderewskiego. Wilson był tego dnia wylewny wobec swego gościa. W pewnym momencie powiedział: Drogi panie Paderewski, mogę Panu powiedzieć, że Polska odrodzi się i będzie ponownie istniała. Dla Polski cud niepodległości nadejdzie z Zachodu, tak jak moje własne zwycięstwo nadejdzie poprzez cud z Zachodu.
Paderewski niewątpliwie miał pewien wpływ na Wilsona. Jego zaangażowanie w sprawy polskie musiało robić wrażenie na prezydencie. Świadczy o tym m.in. relacja Josephusa Danielsa, sekretarza sił morskich. W czasie wspólnego obiadu prezydent powiedział: Gdyby Pan słyszał przemówienia Paderewskiego na rzecz jego kraju. Przypominają one dawne przemówienia Patricka Henry: „Daj mi wolność lub śmierć”. Teraz rozumiem dlaczego nawet powściągliwy Jefferson był tak poruszony ogniem wolności w swoim sercu, ogniem, który nigdy nie zgasł. Znałem Paderewskiego jako mistrza harmonii, ale kiedy słuchałem jego wspaniałych apeli o kraj, czułem, że w zwycięstwie wydaje on akordy bardziej wysublimowane aniżeli wówczas, gdy wzrusza on tysiące ludzi harmonią dźwięków, wydobywających się z jego fortepianu.

Ignacy Paderewski przedkładał Wilsonowi różne memoriały dotyczące m.in. niepodległości Polski, konieczności przyznania. W Polsce Prus Wschodnich i Gdańska, konieczności utworzenia Armii Polskiej po stronie aliantów. Wilson z reguły odpowiadał uprzejmie ale krótko.

Jestem pełen podziwu…

Można przypuszczać, że dzięki kontaktom prezydenta Wilsona z Paderewskim i Dmowskim Wilson w kampanii wyborczej zdecydowanie wypowiedział się przeciw obowiązującym egzaminom z języka angielskiego dla imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych. Zjednało mu to poparcie Polonii. Zgłaszał również wiele deklaracji schlebiających Amerykanom polskiego pochodzenia. W liście do Ignacego Paderewskiego pisał: Jestem pełen podziwu dla polskiego charakteru. Ze studiów nad historią Polski czerpię natchnienie… Dziwne to, bowiem w czasie konferencji pokojowej w Wersalu premier Francji Georges Clemenceau był zaskoczony kompletną ignorancją Wilsona w sprawach polskich. Jednakże w wyborach w 1916 r. Paderewski i inni działacze polscy, przebywający w Stanach Zjednoczonych, agitowali na rzecz Wilsona. Także większość środowisk polonijnych poparła jego kandydaturę.
8 maja 1919 r. Paderewski wysłał do Wilsona list z wyrazami wdzięczności za pomoc i poparcie da Polski na konferencji pokojowej. W liście wyraził przekonanie, że „sprawa polska znajdzie pełną satysfakcję, będąc w pańskich wielkodusznych rękach”. Również 10 lipca 1919r. Paderewski przesłał Wilsonowi telegram z podziękowaniem za stanowisko w sprawie niepodległości Polski.
Latem 1919 r. Ignacy Paderewski zaprosił prezydenta Wilsona do odwiedzenia Polski przed powrotem do Stanów Zjednoczonych z konferencji pokojowej w Paryżu. Ponieważ nie mógł przyjąć sam zaproszenia, zwrócił się do Herberta Hoovera, późniejszego prezydenta USA, by zamiast niego pojechał do Polski. Hoover przyjechał do Warszawy 12 sierpnia 1919 r.

Nie tylko Paderewski

Kontakty osobiste z prezydentem Wilsonem miał również Roman Dmowski, który stał na czele Polskiego Komitetu Narodowego. To Paderewski zachęcił Dmowskiego, aby udał się do Stanów Zjednoczonych. We wrześniu 1918 r. Dmowski wziął udział w kongresie polonijnym w Detroit, gdzie udało mu się zjednać poparcie środowisk Polonii amerykańskiej. Ponieważ zwolenników Piłsudskiego zaczęto traktować jako „socjalistów” o „proniemieckich” sympatiach i „nielojalnych” wobec Stanów Zjednoczonych. Polski Komitet Narodowy uznano za jedynego legalnego przedstawiciela Polski. Rząd Paderewskiego Stany Zjednoczone uznały de jure dopiero 22 stycznia 1919 r.
Po zakończeniu kongresu polonijnego w Detroit 13 września 1918 r. Dmowski złożył półtoragodzinną wizytę Wilsonowi w Białym Domu. W swoich pamiętnikach „Polityka Polski” pisał, iż Wilson wysłuchał go z dużą uwagą, ale niewiele wiedział o sprawach polskich, nie rozumiał skomplikowanej sytuacji w Europie i upraszczał wiele zagadnień. Prezydent opowiadał się neutralizacją dolnego biegu Wisły i przekształceniem Gdańska w wolny port. Dmowski wskazywał na niedogodności ekonomiczne i strategiczne takiego rozwiązania. „Drogi Panie Dmowski – odpowiedział Wilson – kto po tej wojnie będzie mówił o strategicznych względach. Będziemy przecież mieli Ligę Narodów”. Stanęło na tym, że Wilson poprosił Dmowskiego o dostarczenie mu map państwa polskiego wraz z objaśnieniami i szczegółowymi informacjami dotyczącymi różnych regionów Polski.

Wilson źle poinformowany?

Dmowski przedstawia Wilsona jako człowieka kulturalnego o niegnanych manierach ale źle poinformowanego o sprawach polskich i nie rozumiejącego arkanów skomplikowanej sytuacji europejskiej. Jego zdaniem, Wilson przywiązywał nadmierną wagę do możliwości narzucenia sprawiedliwych rozwiązań innym państwom i zbyt optymistycznie oceniał poszanowanie prawa przez inne kraje.

8 października 1918 r. Dmowski przedłożył prezydentowi memorandum o przyszłych granicach Polski proponowanych przez Polski Komitet Narodowy. Wilson jednak nie zajmował się już tak szczegółowymi sprawami. Zawieszenie broni zastało Dmowskiego w Stanach Zjednoczonych. Próbował jeszcze raz uzyskać zobowiązanie poparcia bezpiecznych granic dla Polski, ale Wilson unikał podejmowania jakichkolwiek przyrzeczeń.

Nie będą rozczarowani?

W dniu zakończenia I wojny światowej Dmowski został zaproszony, by wysłuchać przemówienia Wilsona w Senacie. Potem udał się na pożegnalną audiencję do Białego Domu. Chciał uzyskać poparcie postulatów polskich działaczy na zbliżającej się konferencji pokojowej. Powiedział, że Polacy i Amerykanie polskiego pochodzenia oczekują, iż w granicach Polski znajdzie się nie tylko Poznań, ale także Śląsk i ziemie nadbałtyckie z Gdańskiem. Wilson w tym momencie spojrzał Dmowskiemu głęboko w oczy, po czym powiedział: Mam nadzieję, że nie będą oni rozczarowani. Była to obiecująca, ale ogólnikowa odpowiedź amerykańskiego prezydenta, który w tym momencie nie chciał się do niczego konkretnie zobowiązywać.
W czasie pożegnalnego spotkania z Romanem Dmowskim, przed powrotem do Ameryki, Wilson powiedział: Czy pamięta pan, kiedy poprosiłem pana w Waszyngtonie o mapy przyszłej Polski? Nie otrzymaliście wszystkiego, ale musicie przyznać, że to co dostaliście nie odbiega daleko od tego o co prosiliście. Robiłem wszystko co mogłem. „Jestem pewien – konkluduje Dmowski – że chciał on zrobić więcej”.

W niniejszym artykule przytoczyłem niektóre tylko informacje o osobistych kontaktach Ignacego Paderewskiego i Romana Dmowskiego z prezydentem Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilsonem.